sobota, 17 listopada 2018

Mały update serialowy - co ostatnio oglądałam

Jeżeli zastanawiacie się czemu coraz mniej piszę o filmach, to odpowiedź brzmi: bo oglądam o wiele więcej seriali niż kiedyś. Netflix sprawił, że moja lista telewizyjnych tasiemców do obejrzenia rośnie z dnia na dzień. Dzisiaj więc małe podsumowanie ostatnich miesięcy. Jako że oglądam więcej, niż miałabym czas i chęci opisywać, stwierdziłam, że zamiast kompletnie olać moje wrażenia z małego ekranu, to przedstawię je w skrótowej formie.

1. Grace i Grace

źródło

Pochodząca z Irlandii pokojówka zostaje oskarżona o zamordowanie swojego pracodawcy. Dr Simon Jordan postanawia dociec prawdy, poprzez przeprowadzenie wywiadu psychologicznego dziewczyny.
Na serial natknęłam się na Netflixie, podczas przeglądania proponowanych mi tytułów. Co nieco już o nim słyszałam, a biorąc pod uwagę fakt, że składał się jedynie z sześciu odcinków postanowiłam nie zwlekać dłużej i po prostu go włączyć. Jego fabuła oparta jest na powieści autorstwa Margaret Atwood, pisarki znanej najbardziej dzięki głośnej Opowieści podręcznej, którą miałam przyjemność w tym roku przeczytać. Widać tutaj nić powiązania między dwoma tworami, autorka dobrze zna i chętnie eksploruje kobiece charaktery. Serial jest dość równy na przestrzeni tych sześciu odcinków, więc jeżeli nie spodoba Wam się klimat na początku, to raczej nie wciągniecie się w kolejne losy Grace. Ja zdecydowanie chciałam poznać zakończenie jej historii. Forma rozmowy z psychologiem i przypominanie sobie wydarzeń ze swojego życia, wydawała mi się dość oklepanym, eksploatowanym tematem. Jednak przyznam, że całość miała w sobie coś, co zatrzymało mnie na dłużej, główna bohaterka magnetyzowała i przyciągałała uwagę widza, a ja do końca nie mogłam rozgryźć co kryje się za tą niewinną buźką. I to chyba największy plus tej produkcji, ta niejednoznaczność, kolejne warstwy odkrywające się na przestrzeni trwania serialu. Na dodatek świetnie sprawdza się tutaj scenografia, kostiumy, casting i zgrabnie napisany scenariusz. Polecam.

Moja ocena: 7/10

2. Lucyfer (sezon 3)

źródło
Więcej o serialu (dwóch pierwszych sezonach) pisałam już na blogu TUTAJ.
Niedawno pojawiła się informacja o kasacji tego serialu przez stację FOX. Pierwszą moją reakcją był smutek typowej fangirl, ale z drugiej strony - trzeci sezon był naprawdę kiepski. Serial stracił swoją iskrę, nie przyciąga mnie jak w poprzednich sezonach, nowa postać nie wprowadziła tyle zamieszania, ile mogłaby, a jeżeli chodzi o bohaterów drugoplanowych to chyba scenarzyści nie bardzo wiedzieli co z nimi zrobić. Wynikło z tego to, że mam po dziurki w nosie Amadiela i chętnie zobaczyłabym jak wraca do swojego Tatuśka. Pozostaje fakt, że Lucyfer ma wiele elementów typowego guilty pleasure, szczególnie w moim typie - zawsze lubiłam połączenie fantastyki ze współczesnością. Więc ogólnie się cieszę, że Netflix postanowił kontynuować prace nam tym serialem, może uda się lepiej wycisnąć ten naprawdę dobry pomysł i dorzucą do niego porządną fabułę. Szczególnie, że ostatni odcinek zostawił widzów w niezłym szoku i byłoby bardzo smutno, gdybyśmy nie dowiedzieli się co było dalej. Pojawiły się także dwa dodatkowe odcinki, które również mnie nie porwały. Ogólnie, trzeci sezon to niewypał, sezon drugi pozostaje najlepszy - szkoda, że Lucyfer zaliczył taką sinusoidę.

3. Black Mirror (sezony 1-3)

źródło

Historie osadzone w przyszłości, opowiedziane w osobnych odcinkach. Każda z nich opowiada o innych przykrych konsekwencjach rozwoju naszej cywilizacji, pokazując w sposób karykaturalny do czego może dojść jeśli nic się nie zmieni.
Black Mirror to prawdziwy hit wśród seriali. Każdy z nas zna kogoś, kto się nim zachwyca i nam go polecał. I słusznie, bo to rzecz bardzo mocna i warta każdej minuty. Dlaczego więc nie mam za sobą wszystkich odcinków? A to prosta sprawa - Black Mirror to taki serial, który umożliwia nam najprostsze i wygodne dawkowanie. Poszczególne odcinki to po prostu osobne historie, takie mini filmy, trwające zazwyczaj 40 minut. Oczywiście, wszystkie powiązane są tematyką przyszłości, która za każdym razem maluje się w dość ciemnych barwach, a jednocześnie jest bardzo prawdopodobna. Jako że te odcinki są zamkniętymi historiami, to po zakończonym seansie nie musimy koniecznie włączać kolejnego, żeby dowiedzieć się co było dalej. W przypadku takiej formy normalnym jest, że bywają wzloty i upadki. Trzeba jednak przyznać, że wzloty są naprawdę wysokie, a upadki mało bolesne. Większość odcinków jest rewelacyjna, od pomysłu, poprzez wszystkie aspekty techniczne, grę aktorską, po puentę. Najbardziej w pamięć zapadają te z zaskoczeniem, np. Biały niedźwiedź, który przechodzi od dziwnej, wręcz nieciekawej historii do jednej z najlepszych, dzięki pięknemu podsumowaniu, wszystko w 42 minuty. Zresztą takich ulubieńców mam kilka, a mimo że od obejrzenia minęło sporo czasu, to wciąż te historie tkwią w pamięci. Bardzo lubię m.in. San Junipero czy Wersję próbną (ten vibe horroru naprawdę mnie przeraził). Pozostaje mi go Wam polecić, jeżeli jeszcze nie widzieliście!

Moja ocena: 8/10 (średnia, bo każdy odcinek jest trochę inny)

4. Grace i Frankie (sezon 1)

źródło
Życie dwóch odwiecznych rywalek wywraca się do góry nogami, gdy ich mężowie oznajmiają, że są w sobie zakochani i planują małżeństwo.
Poszukując czegoś lekkiego natknęłam się na ten serial. Dwudziestominutowe odcinki i polecenie na jednej ze stron skusiło mnie na obejrzenie odcinka - skończyło się na całym sezonie. To naprawdę przyjemna rozrywka. Nie będę jednak ukrywać, że główną tego zasługą jest genialne aktorstwo ze strony dwóch tytułowych bohaterek. Jane Fonda i Lily Tomlin to prawdziwe legendy i fakt, że zechciały zagrać w tym serialu już powinien nas przekonać, że warto dać mu szansę. Może czasami wydawać się, że jest skierowany bardziej dla pań w średnim wieku, ale ja z ręką na sercu mówię, że bawiłam się przednio. Pomysł na rozpoczęcie serialu dość ekscentryczny, ale byłam w szoku jak łatwo było mi uwierzyć w ten związek między dwoma siedemdziesięciolatkami. I trudno nie współczuć bohaterom, którzy wybierając szczęście musieli zranić bardzo im bliskie osoby. To dobrze, że twórcy nie zdecydowali się po prostu na zrzucenie na żony bomby w postaci informacji o homoseksualizmie, a pokazali nam, że taka decyzja wymagała wielu poświęceń i sporej ilości odwagi. Nie będę Wam ściemniać, że to genialna produkcja, którą każdy powinien obejrzeć. Wielu stwierdzi, że to dla nich idealna rozrywka, resztę może wynudzić. Warto jednak dać mu szansę. Ja skończyłam pierwszy sezon i robię sobie przerwę, ale zapewne kiedyś wrócę do perypetii tych intrygujących pań.

Moja ocena: 6+/10

5. New Girl (sezon 7)

źródło
Więcej o serialu (sezonach 1-4) pisałam kupę czasu temu, TUTAJ.
Zawsze bardzo lubiłam ten serial, uważam że to jeden z najlepszych krótkich czasoumilaczy. W New Girl poznałam paczkę przyjaciół, których chciałabym mieć w prawdziwym życiu. Rozumiecie, tak jak kiedyś wszyscy chcieli dołączyć do paczki Rachel, Chandlera, Joeya i reszty bohaterów Przyjaciół, tak ja marzyłam o poznaniu takiej bandy wariatów jak Nick, Jess czy Schmidt. Dlatego, gdy zapowiedziano ostatni sezon, który miał być takim epilogiem do przygód ukochanych postaci bardzo się ucieszyłam. Całość składa się jedynie z ośmiu odcinków i nie wierzę, że to powiem, ale dobrze że tylko z tylu. Niestety, zabieg przeskoczenia kilka lat do przodu nie wyszedł twórcom i trochę brakowało tego ciepła połączonego z humorem, który bił z serialu na przestrzeni poprzednich sezonów. Wyglądało to tak, jakby chcieli po łebkach przeskoczyć po poszczególnych tematach i doprowadzić to do typowego zakończenia - ślub, dziecko, praca, wszystko idealnie ułożone. Nie zmienia to faktu, że wszystkie poprzednie sezony to złoto, do których mam nadzieję w przyszłości wracać w celu poprawienia sobie humoru. Trudno zapomnieć o tak genialnych scenach jak ta z pierwszego odcinka kiedy chłopaki śpiewają dla Jess piosenkę z Dirty Dancing czy o szalonych pomysłach Winstona, jak ten z wpuszczeniem szopa na wesele. Do tego możemy tutaj znaleźć jeden z najbardziej emocjonujących związków, bo Jess i Nick chemię między sobą mieli niesamowitą, szczególnie w pierwszych dwóch sezonach. Dlatego wszystkim polecam oglądanie, ale siódmy sezon można sobie odpuścić.



Jakie seriale Wy oglądacie? :)

niedziela, 11 listopada 2018

Renomowani najemnicy wracają do akcji - „Królowie Wyldu” Nicholas Eames


*Królowie Wyldu*
Nicholas Eames

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Kings of the Wild
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 528
*Wydawnictwo:* Rebis

"Historia jest jak toczące się koło. Taka właśnie jest, pomyślał z goryczą Clay. Obraca się i obraca, mieląc nas na proch."
*Krótko o fabule:*
Clay Cooper i członkowie jego grupy niegdyś zasłynęli jako najokrutniejsi najemnicy, najlepsi z najlepszych w tej części Wyldu. Dni ich chwały dawno przeminęły, a oni sami oddalili się od siebie, rozpili się, przytyli i zestarzeli. Pewnego dnia na progu Claya pojawia się jego dawny kompan, Gabriel. Prośba, z którą przybywa, dotyczy misji, jakiej może się podjąć tylko ktoś bardzo odważny bądź bardzo głupi.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Któż nie lubi słuchać historii o nieustraszonych bohaterach - pięknych, młodych, pełnych wigoru i energii, do których dziewczyny nocą wzdychają, a chłopcy zazdroszczą i pragną być tacy jak oni? W fantastyce możemy znaleźć całe mnóstwo takich postaci pierwszoplanowych, jesteśmy do nich już przyzwyczajeni i rzadko zdajemy sobie sprawę z tego jak wyświechtany jest to pomysł na protagonistów. Dopiero po przeczytaniu debiutu literackiego Nicholasa Eamesa uderzyło mnie jak dobrze czasami towarzyszyć w fantastycznych przygodach trochę innym bohaterom.

Królowie Wyldu podbili zagraniczny rynek książkowy. Nicholas Eames zdobył za swoją powieść garść nagród i wygrał kilka plebiscytów, a na zagranicznych portalach literackich pozycja ta ma naprawdę dobre oceny. W Polsce jakoś o niej ciszej, ale mam nadzieję, że to się zmieni i więcej osób dołączy do fanów Sagi. Tak jak dołączyłam i ja.

Kiedy wymuskanych młodzianów zastępują emerytowani najemnicy można spodziewać się różnych scenariuszy, a autor wybiera najlepszy z możliwych. Ci starzy wyjadacze dają radę lepiej niż niejeden nastolatek! Prawda, że czasami im w plecach coś chrupnie albo brzuszek piwny przeszkodzi we wspinaniu się na wzgórza, ale z ich wnętrza bucha prawdziwy ogień. I temperatura nie spada w tej powieści ani na chwilę - akcja jest wartka, a każdy rozdział przynosi nowych bohaterów i emocjonujące przygody. W tej kwestii to taka typowa fantastyczna powieść drogi, w której postacie podczas podróży do celu natykają się na różne przeszkody do pokonania. A ja tęskniłam za tego typu rozrywkową lekturą.

Świat przedstawiony jest może dość sztampowy - mamy tajemniczy, budzący trwogę las, w którym roi się od potworów, kilka grodów, rządzonych przez majętnych władców i naglący problem - oblężoną przez hordę Castię. Głowy rodów zastanawiają się czy wysyłać posiłki na ratunek czy pozwolić miastu upaść. Naszym bohaterom bliższa jest inna sprawa - na czele ostatniej linii obrony Castii stoi Rose, córka Gabriela z niegdyś najlepszej grupy najemników, czyli Sagi. A żeby było jeszcze ciekawiej, to aby dostać się do miasta trzeba oczywiście przejść przez najeżony potworami las. Stwory natomiast przypominają postaci z gier RPG. Co prawda w najbardziej znaną, Dungeons&Dragons nie miałam okazji grać, ale kobolty i wywerny okupowały także świat Warcrafta.
sporo jest fan artów z książki, ale ten bawi mnie najbardziej, autorstwa Aurry Tan, źródło

Siła powieści Nicholasa Eamesa tkwi niezaprzeczalnie w kreacji bohaterów, a szczególnie pierwszoplanowego, Claya Coopera. Kiedy go poznajemy pracuje jako strażnik na murach miasta, stara się uciułać z żoną na otwarcie gospody, a wieczorami słucha opowieści swojej dziewięcioletniej córki o złapanych nad rzeką żabach. Wydawać by się mogło, że trudno o nudniejszego jegomościa. Tym bardziej zadziwiają odkrywane powoli historie z jego przeszłości, a kiedy zbliża się koniec powieści z czystym sercem przyznałam, że to jeden z najlepszych bohaterów we współczesnej fantastyce. Cichy, na większość pytań odpowiadający wzruszeniem ramion, ale zarazem na wskroś dobry, pomocny i kochany. Oczywiście nie moglibyśmy poznać bliżej jego charakteru, gdyby nie zestawienie go z resztą członków Sagi. Autor postarał się, żeby każdy był barwny na swój sposób. Złoty Gabriel, który niegdyś był niejako liderem grupy, teraz wydaje się szarą myszką, która musi się ukorzyć i poprosić o pomoc w ratowaniu córki. Korg, ekscentryczny mag, któremu zdarzają się liczne pomyłki podczas rzucania czarów, ale zarazem jest genialnym wynalazcą. Matrick, zaglądający za często do butelki, który za sprawą dobrego mariażu został królem jednego z grodów. I Ganelon, o którym lepiej za wiele nie pisać, żeby nie zdradzić niespodzianki. A każdy z nich ma zdolności, które połączone tworzą element, dzięki któremu okrzyknięto ich najlepszą grupą najemników wszech czasów.

Mając na podorędziu takich bohaterów nie możemy się nudzić. Korg i Matrick dokładają porcję humoru, ale przede wszystkim wśród Sagi wyczuwalna jest prawdziwa więź rodzinna. Mimo tego, że lata świetności dawno mają już za sobą decydują się na podróż wgłąb przerażającego, pełnego potworów Wyldu w szczytnym celu. Zostawiają swoje życie codzienne, zbierają manatki i idą, bo kiedy rodzina potrzebuje pomocy to trzeba stawić się na wezwanie. Piękny jest moment podczas bitwy, w którym wyznają sobie braterską miłość. Naprawdę ciężko nie polubić tej zgrai podstarzałych łobuzów.

Jeżeli zajrzycie na oryginalną okładkę książki to zobaczycie, że czcionka, jaką wypisany jest tytuł, przywodzi na myśl te, którymi wypisywane są nazwy dużych zespołów rockowych. W treści ukryte są bowiem odniesienia do tego typu muzyki lat 80tych. W polskim przekładzie sprawa ma się trochę inaczej, ale podejrzewam, że budzi podobne emocje. Robert J. Szmidt poradził sobie z przeniesieniem świata Eamesa na nasze rodzime poletko i dzięki temu możemy spotkać na kartach powieści takie postaci jak Gerald Biały Wilkor i grupy najemników o nazwach: Ich Stroje, Czerwone Topory, Poparzeni Magmą Trzy.

Jest w Królach Wyldu taka scena: bohaterowie wychodzą na arenę walczyć z chimerą, następuje ładna ekspozycja każdego z nich, opis noszonej broni, pancerzu, no - high fantasy pełną gębą. Opis jednak kończy się tym, że otwierają się wrota do legowiska chimery, a Clay Cooper nie wytrzymuje i zwraca swoje śniadanie przed milionami gapiów, bo dzień wcześniej z chłopakami za dużo wypili. I taka jest właśnie ta książka - łączy to, co kochamy w typowym fantasy z humorem i odmiennymi bohaterami. Po przebrnięciu przez pierwsze sto stron możemy już rozkoszować się w pełni światem, wykreowanym przez Eamesa. Ja na pewno do niego wrócę na drugą część.

Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

poniedziałek, 5 listopada 2018

„Blaszany bębenek” (Teatr Muzyczny Capitol)

Mieszkańcom Wrocławia trudno było przeoczyć nową premierę Teatru Muzycznego Capitol. Kiedy na budynku rozwieszono plakaty, na których widniała grafika niepokojąco przypominająca symbol nazistowskich Niemiec w mieście zrobiło się na temat premiery głośno. Cel marketingowy osiągnięty, bo Blaszany bębenek był na ustach osób związanych z teatrem i takich, którzy raczej nie pojawiają się na widowniach. Słuszności akcji promocyjnej komentować nie zamierzam, akurat bilety kupione miałam na długo przed nią, a już wtedy sale były niemal zapełnione. Taki urok Wrocławia - o dobre miejsca na spektaklach Capitolu trzeba trochę powalczyć i być zawsze czujnym.

Blaszany bębenek to pierwsza część trylogii gdańskiej, napisanej przez Guntera Grassa, pisarza narodowości niemiecko-kaszubskiej, laureata Nagrody Nobla. Wokół postaci autora przez wiele lat narastało sporo kontrowersji m.in. ze względu na fakt, że jako chłopak zgłosił się do służby w SS, a później oskarżany był również o antysemityzm. Polscy czytelnicy przez długi czas nie mieli dostępu do powieści Grassa, które były cenzurowane i szykanowane przez wielu ówczesnych działaczy.
Blaszany bębenek to historia Oskara Matzeratha - dziecka, które w wieku trzech lat postanowiło przestać rosnąć na znak protestu. Obserwujemy życie chłopaka, a w tle mają miejsce wydarzenia zmieniające dotychczasowy świat - do władzy dochodzi Hitler i wybucha II wojna światowa.
Wojciech Kościelniak czaruje widzów od pierwszej sceny - trudno nie dać się od początku porwać tej historii i sposobowi jej przedstawienia. Kiedy kurtyna się rozsuwa znajdujemy się w świecie zabawek, świecie widzianym oczami dziecka. Obrazek jest niezapomniany, kostiumy i charakteryzacja robią ogromne wrażenie, wszystko dopracowane jest w najmniejszych szczegółach. Do tego choreografia, za którą odpowiada Ewelina Adamska-Porczyk dodaje finalnego blasku tej scenie. Jednak to wszystko za moment będzie wydawać się błahostką, bo na scenę wkracza Oskar (Katarzyna Pietruska) i oświadcza nam, że zobaczymy „wodewil, zagrany przez zabawki dla zabawek i o zabawkach”, a my nie będziemy w stanie odwrócić wzroku od tej małej postaci na scenie. Trudne stało zadanie przed reżyserem, bo jak pokazać, że Oskar w wieku trzech lat przestał rosnąć? Ekipa wyszła z opałów obronną ręką, a pomysłodawczynią podobno była Agata Kucińska (na codzień pracująca we Wrocławskim Teatrze Lalek). Zasugerowała ona, żeby zastosować technikę tintamareską, czyli wykorzystanie twarzy aktora z doczepionym korpusem lalki. Sprawdza się to idealnie, a zdolności lalkarskie i aktorskie Katarzyny Pietruskiej robią ogromne wrażenie. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak ciężko musiało się grać, będąc w tak niewygodnych pozycjach (większość spektaklu Katarzyna spędziła na kolanach). Po premierze słychać było mnóstwo zachwytów nad Agatą Kucińską, która również gra Oskara, ale po naszym spektaklu byliśmy zgodni, że nie wiemy jak można byłoby to zrobić lepiej. Chyba będziemy musieli pójść jeszcze raz i się przekonać jak poradziła sobie druga aktorka.
Swoją drogą to, że Oskara gra kobieta w ogóle nie przeszkadzało w odbiorze, a dziecinny głos Pietruskiej pasował do roli małego chłopca.

Pierwszy akt spektaklu mija niepostrzeżenie i zanim się obejrzymy już czeka nas przerwa. Całe dwie godziny nie ma miejsca na nudę. Jesteśmy świadkami dzieciństwa Oskara, gdzie dramat rodzinny jest wciągający, świetnie zagrany, a wstawki muzyczne pasują idealnie. Justyna Szafran ponownie kradnie dla siebie mnóstwo uwagi grając kaszubską babkę z charyzmą i pazurem. Podczas jej śpiewania pojawia się gęsia skórka, a nawet przechodzą dreszcze z wrażenia. Jej zaczepki w stronę widzów wypadają naturalnie i dodają kolejną dawkę humoru tej postaci. Ta kobieta to prawdziwy skarb Capitolu. Ciekawy był również pomysł na wprowadzenie Czarnej Kucharki, tajemniczej postaci, która co jakiś czas przechadza się po scenie swoim specyficznym krokiem i mierzy nas przeszywającym wzrokiem. Każde jej pojawienie się zbiega się w czasie z małą katastrofą, można więc podejrzewać, że to personifikacja jakiegoś przerażającego Fatum.
Wątek rodziców Oskara ogląda się z niegasnącym zainteresowaniem. Jego matka wyszła za mąż za Niemca, który świetnie radzi sobie w kuchni, za to gorzej w życiu uczuciowym, więc miłosne uniesienia wiążą ją z kuzynem (pracownikiem polskiej poczty). Oskar wychowywany jest w bardzo toksycznym środowisku, wciąż zastanawia się który z mężczyzn jest jego ojcem, a ta niekończąca się niepewność będzie miała wpływ na ukształtowanie jego charakteru i dalsze życiowe decyzje.
Warto też wspomnieć, że role trójki rodziców zostały świetnie zagrane przez Alicję Kalinowską (Agnieszka, mama Oskara), Artura Caturiana (Alfred) i Błażeja Stencla (Jan, kuzyn Agnieszki). To wspaniały dramat rodzinny, któremu poświęcono dostatecznie sporo czasu, żebyśmy mieli czas związać się emocjonalnie z bohaterami i dobrze ich poznać, do tego stopnia, że czekają nas chwile radosne, ale i wzruszające z nimi związane.

Muzycznie to mały majstersztyk, do tego orkiestra świetnie sobie radzi z wykonaniem i na żywo robi to wspaniałe wrażenie. Oprócz wspomnianej wcześniej Szafran, która dostaje na początku spektaklu charyzmatyczny utwór, warto wyróżnić też piosenkę nauczycielki bądź tę, w której akcja podzielona jest na akty, a my możemy przyjrzeć się tragedii rodzinnej. Także sporo tutaj wspaniałych, porywających taktów, ale nie obyło się bez gorszych momentów. Szczególnie w drugim akcie pojawiają się piosenki, które wydają się trochę wciśnięte na siłę i od razu ulatują z pamięci.
Niestety, tak jak pierwszy akt jest moim zdaniem genialny, tak drugi trochę traci uwagę widza. Czujemy się przerzucani między wątkami, które zostają ledwo liźnięte. Wydawało mi się, że akcja była pośpieszana, a przechodzenie z piosenki do piosenki przestało mieć ciągłość logiczną. Niemal czuło się, że zostają wrzucone po to, żeby kolejne osoby mogły zabłysnąć. Brakowało mi skupienia się na fabule, chociaż rozumiem, że taka już specyfika adaptacji - przecież jakoś trzeba było te 800 stron powieści zmieścić w czasie ponad trzygodzinnego spektaklu.
Kostiumy i charakteryzacja są świetnym dopełnieniem całości. Przerysowane, karykaturalne białe twarze świetnie korespondowały z mechanicznym sposobem poruszania się i przywodziły na myśl fakt, że Ci ludzie zachowują się niczym zabawki. Wykorzystanie środków multimedialnych do wyświetlania tła sprawdziło się bardzo dobrze i często było ciekawym dodatkiem do utworów muzycznych.
Jeżeli zastanawiacie się czy warto wybrać się do teatru na Blaszany bębenek to przestańcie się zastanawiać, bo mówię Wam, że warto. Pomijając poziom aktorski, dopracowanie technicznych detali i ciekawą fabułę to zobaczenie popisu lalkarskiego robi tutaj ogromne wrażenie. Dlatego, jeżeli będziecie mieć możliwość to wybierzcie się na ten spektakl!

Moja ocena: 7+/10



*zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony teatru - LINK

poniedziałek, 29 października 2018

Micha filmów, które polecam

Znowu się trochę opuściłam i nie notowałam swoich wrażeń zaraz po obejrzeniu danego filmu. Dlatego dzisiaj tylko cztery tytuły, ale wszystkie warte uwagi. Trochę z serii: dla każdego coś dobrego, bo wszystkie te tytuły mnie do siebie przekonały, chociaż bardzo się od siebie różnią.

Bliscy nieznajomi (2018)

źródło
Zazwyczaj nie oglądam dokumentów. Wybierając filmy na tegorocznym American Film Festiwal natknęłam się jednak na ten tytuł, obejrzałam zwiastun, poczytałam zagraniczne opinie i stwierdziłam, że się przejdę. Warto było.
Dokument Tima Wardle'a opowiada o spotkaniu trzech identycznych 19-latków - dorastających z dala od siebie braci - do którego doszło w latach 80. Historia ta natychmiast stała się sensacją medialną - trojaczki pojawiały się w prasie i telewizji, wystąpiły nawet w kultowym "Rozpaczliwie poszukując Susan" i założyły nowojorską knajpę Triplets. 
Chyba muszę skończyć z tym odrzucaniem dokumentów. W mojej głowie nadal kołacze się to głupie przeświadczenie, że dokument to nudne, suche przedstawianie faktów. W przypadku Bliskich nieznajomych okazało się, że niedość, iż dokument może mieć wciągającą fabułę to jeszcze potrafi wyskoczyć z wieloma ciekawymi plot twistami i zostawić w głowie zagadnienie, nad którym można trochę pomyśleć po seansie. Oczywiście odradzam Wam czytanie szczegółowych opisów, bo zrujnujecie sobie zabawę w bycie zaskakiwanym. Pierwsza część filmu skupia się na historii trojaczków, które zostały rozdzielone po urodzeniu i adoptowane przez trzy różne rodziny. Świetnie się słucha tej opowieści, którą raczą nas bracia - jest wciągająca, pełna emocji, kiedy wspominają swoje pierwsze spotkanie to wręcz czujemy ekscytację, którą oni wtedy odczuwali. To naprawdę niesamowita historia zjednoczenia, odnalezienia brakującej części układanki w swoim życiu. Piękna, wzruszająca, którą napisało życie. Między wywiady z poszczególnymi bohaterami wplątane zostały nagrania, przypominające trochę stary sposób kręcenia dokumentów, ale zmontowane były na tyle sprawnie, że nie psuje to jakości filmu. Jednak najlepsze są oczywiście te elementy, których nie spodziewaliśmy się po obejrzeniu zwiastuna. Zaczynają się pojawiać pytania o moralność, wyższość nauki nad jednostką, dylemat czy ważniejsze jest dziedziczenie cech czy wychowanie. I ukazywane są z różnych, bardzo ciekawych perspektyw. Największym dla mnie plusem było pojawienie się starszej pani naukowiec, która miała inne zdanie niż reszta rozmówców, ale jej wypowiedź nie była zaprezentowana przez to w gorszym świetle, żeby narzucić nam jakieś zdanie. Po prostu wychodzimy z kina i możemy od razu zacząć dyskutować. Polecam.

Moja ocena: 8/10

Narodziny gwiazdy (2018)

źródło
Losy najnowszej wersji „Narodzin gwiazdy” były dość burzliwe. Początkowo reżyserią miał się zająć Clint Eastwood, a w rolę uzdolnionej dziewczyny wcielić się miała Beyonce. Po szeregu zmian stanęło na Bradley'u Cooperze za kamerą i w głównej roli, który na swoją ekranową partnerkę wybrał Lady Gagę. Nie spodziewałam się tego, ale wybór był idealny.
Jackson Maine (Bradley Cooper), gwiazdor muzyki country, którego kariera chyli się ku upadkowi odkrywa utalentowaną, nieznaną nikomu piosenkarkę Ally (Lady Gaga). Kiedy między tą dwójką wybucha płomienny romans, Jack nakłania Ally do wyjścia z cienia i pomaga jej osiągnąć sławę.
Miło jest być zaskakiwanym. Szczególnie tak pozytywnie. Zaczynając od tego, że po filmie spodziewałam się raczej kolejnej hollywoodzkiej historyjki „od zera do bohatera”, a kończąc na tym, że główną rolę powierzono nie aktorce, a piosenkarce. Tymczasem wystarczyło trochę dobrych reżyserskich pomysłów, naturalne dialogi i człowiek nieświadomie został wciągnięty w tę historię miłosną. Brawa należą się przede wszystkim Cooperowi, który w swoim debiucie reżyserskim postawił raczej na realizm niż blichtr świata show-biznesu. Dokonał kilku świetnych wyborów, a najlepszym było zatrudnienie do roli Ally Lady Gagi. Byłam przygotowana na poprawne wykonanie zadania (recenzje wystarczająco ją wychwalały), ale trudno było mi uwierzyć, że nie znajdzie się tam jakaś sztuczność. W końcu wiemy, że gwiazda lubi kontrowersje i artystyczną przesadę w przekazywaniu emocji. Tutaj jednak kompletne zaskoczenie - Gaga gra naturalnie, bez makijażu wygląda przepięknie i tworzy z Cooperem wspaniałą więź. To, że kobieta śpiewać potrafi chyba dla wszystkich jest jasne, a tutaj czasami zdarzają się dreszcze z zachwytu (uwielbiam jej solówkę w Shallow, gdzieś od 2:30 minuty). W ogóle sceny koncertowe są taką perełką tego filmu. Trzeba wspomnieć o tym, że wszystkie zostały nagrane na żywo podczas festiwalów, przed prawdziwą publicznością, a aktorzy nie korzystali z playbacków. Brakowało funduszy na zatrudnienie takiej masy statystów i wyszło to na dobre. Matthew Libatique, odpowiedzialny za zdjęcia, potrafił w tej ogromnej ilości dźwięków, światła i publiczności stworzyć wrażenie intymności między dwójką głównych bohaterów. Takich świetnych scen romantycznych będzie tutaj dużo więcej, w pamięci mam m.in. tę w wannie, w której Ally maluje Jacksonowi rzęsy i dokleja sztuczne brwi, które miała na sobie w momencie poznania. Najbardziej jednak błyszczy tutaj Bradley Cooper, który zdecydowanie powinien przestać być kojarzony z komediami typu „Kac Vegas”. W „Narodzinach gwiazdy” daje wiarygodny popis aktorskich umiejętności, obniża trochę swój głos, zapuszcza gęstą brodę, a przede wszystkim staje się muzykiem. Podobno przed filmem śpiewał jedynie pod prysznicem, ale kilka miesięcy przygotowań i proszę bardzo! Śpiewa i gra na gitarze, jakby się taki urodził. Na dodatek wspaniale wychodzą mu sceny, w których nadużywa alkoholu i narkotyków, nie szarżuje ani na chwilę, jest niesamowicie wiarygodny.
Przejdźmy jednak do fabuły. Wałkowana już po raz czwarty (pierwsze „Narodziny gwiazdy” na ekrany kin wkroczyły w 1937 roku), po kilku dostosowaniach okazuje się nadal aktualna. Wcześniej oglądałam jedynie wersję z Judy Garland, ale to wystarczyło mi, żeby nie przeżyć żadnych zaskoczeń fabularnych. Pierwsza część filmu jest rewelacyjna, bo Cooper daje nam sporo czasu, żeby wgryźć się w preludium relacji Ally-Jackson. Jednak kiedy sprawy zaczynają nabierać tempa, traci się uwagę widza, wydarzenia zdają się pospieszane i poszatkowane. Wtedy całą warstwę fabularną ratuje relacja głównych bohaterów, bez tego trudno byłoby przełknąć przewidywalność kolejnych scen. Szkoda, że Cooper nie postanowił bardziej uciec od tych hollywoodzkich klisz. Oprócz tego, to jak na musical brakowało mi więcej kawałków, które tłuką się widzowi po głowie jeszcze po wyjściu z kina.
Pewne jest to, że film zbierze przed ekranami sporą publiczność. Dawno nie było w kinie melodramatu, który pomimo kilku mankamentów potrafi przekonać do siebie. Ja zostałam zaskoczona na plus. Ale ja to romantyczka w duszy jestem, a dawno żadnej dobrej historii o miłości nie widziałam, więc może dlatego.

Moja ocena: 8/10


Manhattan (1979)

źródło
Ostatnim filmem Woody'ego Allena, o którym tutaj pisałam był genialny tytuł: Miłość i śmierć. Teraz już mogę wywnioskować, że reżyser w latach 70tych zdecydowanie miał dobry flow, bo Manhattan to kolejna perełka.
Isaac Davis utrzymuje się z dostarczania skeczów do telewizji. Nie radzi sobie z kobietami. Dwukrotnie rozwiedziony, płaci alimenty obu paniom i utrzymuje syna, Willy'ego.  Wiąże się z siedemnastoletnią uczennicą, Tracy, mimo że tak duża różnica wieku wprawia go w zakłopotanie.
Że filmy Allena są specyficzne to chyba każdy wie. Nie wszystkim przypadnie do gustu ich przegadany, intelektualny styl z neurotycznym bohaterem w roli głównej. Zwróćmy jednak uwagę, że niewielu reżyserom udaje się to, co właśnie jemu. Ot, mamy zwykłe historie mieszkańców Nowego Jorku - trochę komediowo zaplątane, trochę dramatycznie się zazębiające. Zdrada, rozwód, związek z młodszą kobietą, czyli nic czego w kinie jeszcze nie widzieliśmy. Allen jednak robi z tej historii coś więcej. Przede wszystkim dzięki wspaniałemu scenariuszowi, który pozwala aktorom wygłaszać długie tyrady na temat radzenia sobie z emocjami, wpływu talentu na osiągnięcie sukcesu czy ogólnie pojętej sztuki. Każdy dialog i monolog jest piekielnie interesujący, widz wręcz spija słowa z ust aktorów, a na dodatek ten scenariusz rozśmiesza do łez. Aktorzy natomiast dokładają swoją cegiełkę do finalnego sukcesu. Świetne role Diane Keaton, Mariel Hemingway (wnuczki Ernesta Hemingwaya!) i drugoplanowej Meryl Streep budują postacie cudownych partnerek, z którymi konfrontuje się typowy dla Allena bohater, zagrany przez samego reżysera, oczywiście idealnie go przedstawiający. Jest dodatkowo w filmie pewna nutka nostalgii i melancholii, w czym sporą zasługę mają czarno-białe zdjęcia Gordona Willisa. Jestem z tych osób, które do Stanów Zjednoczonych raczej nie ciągnie, ale po tym filmie chętnie usiadłabym na ławeczce przy moście bądź w jednej z głośnych, pełnych dymu papierosowego knajp. Najlepiej gdyby towarzyszyła temu muzyka Gershwina, która w Manhattanie robi spore wrażenie. W takich warunkach słuchanie o przerażającej, ale nieuchronnej wizji śmierci czy niespełnionej miłości wydaje się czymś zupełnie naturalnym.
Manhattan to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów Allena, który sprawił, że mam ochotę nadrobić wszystkie jego starsze produkcje. I Wam też to polecam, to naprawdę inna jakość od jego nowszych tytułów. 

Moja ocena: 9/10


Tajemnice Silver Lake (2018)

źródło
Podczas seansu Tajemnic Silver Lake kilka osób opuściło kino, a ja nie mogłam przestać patrzeć jak zaczarowana w stronę ekranu. Wniosek z tego taki, że film mocno dzieli widzów. Ostatnio David Robert Mitchell za sprawą swojego poprzedniego filmu, Coś za mną chodzi, sprawił, że jakoś się przemogłam i obejrzałam horror (gatunek, który raczej staram się omijać), a teraz przekonał mnie do czekania na każdy jego kolejny film.
Sam (Andrew Garfield) jest bezrobotnym pożeraczem popkultury z Los Angeles, który chciałby zrobić coś sensownego, ale chwilowo poprzestaje na masturbacji i grze na Nintendo. Tajemnicze zniknięcie atrakcyjnej dziewczyny z sąsiedztwa obudzi jednak w młodzieńcu niezmordowanego Philipa Marlowe'a. 
Na film zwróciłam uwagę poprzez jego udział w ciekawych festiwalach filmowych. Właściwie nie byłam nastawiona, żeby wybrać się do kina, ale akurat miałam wolny wieczór, a repertuar niczym szczególnym nie zachęcał. Z tej początkowej obojętności narodziła się miłość. Specyficzna, bo można powiedzieć, że miłość do miłości. Miłości Davida Roberta Mitchella do kina. Miałam wrażenie, że każda scena musiała sprawiać masę frajdy podczas jej tworzenia. To tego typu film, po którym widać, że reżyser ma coś do powiedzenia i wie jakich środków chce użyć, żeby to powiedzieć. Porusza tematy bardzo współczesne, ale robi to w sposób tak oryginalny, że trudno nie dać się zaczarować.  Bawi się z widzem, zwodzi go na manowce, popycha bohatera w świat psychodelicznych snów, żeby go za chwilę wybudzić, a później pokazuje prawdę, która posiada na swojej powierzchni pozostałość tej sennej rzeczywistości. I w końcu sami nie wiemy gdzie całość zmierza, co się wydarzyło, a co było jedynie marą bohatera. 
Dzięki sprawnemu prowadzeniu kamery, świetnemu montażowi dźwięku reżyser przechodzi płynnie pomiędzy gatunkami filmowymi. Mamy momenty pełne napięcia, rodem z horroru, wyszukiwanie przez bohatera rozwiązania zagadki, co przypomina dobrą porcję filmu sensacyjnego, detektywistycznego, a chwilami absurd dociera do tej granicy, w której pozostaje nam się jedynie roześmiać. Za tę karuzelę cenię film tym bardziej!
Tematy ślepej wiary w istnienie teorii spiskowych i szukania znaczenia w każdym małym znaku, otrzymanym od życia zostały podjęte w sposób pomysłowy i fascynujący. W pewnym momencie możemy poczuć się trochę znużeni ciągłymi symbolami, otaczającymi bohatera, ale chwilę później uświadamiamy sobie, że to nie one go otaczają, tylko on tak bardzo chce je zobaczyć, że zaczynają go pogrążać w coraz większym szaleństwie. To prawda, że Mitchel oprócz masy symboli dokłada do swojego filmu również wesołą ferajnę przeróżnych wątków pobocznych, które nawet nie posiadają odpowiedniego zakończenia i po wyjściu z kina wiszą dalej gdzieś w połowie rozwinięte. Przymykam na to oko za fakt, jak wspaniale się bawiłam podczas tego karnawału różnych bohaterów. Andrew Garfield jest naszą główną postacią i radzi sobie dobrze. Cieszy mnie jego obecność w takim mniej komercyjnym kinie i liczę na więcej. I na pewno czekam na kolejny film Mitchella!

Moja ocena: 9/10


sobota, 20 października 2018

Magia wokół nas, czyli o tym, że gatunek urban fantasy ma się dobrze

Zastanawiając się nad fantastyką, a konkretniej nad światem przedstawionym tego gatunku najczęściej materializują się w naszych myślach klimaty przypominające średniowiecze. Warowne zamki, odważni rycerze, bezwzględni królowie, przerażające wiedźmy, nawiedzone lasy i walka dobra ze złem. Zazwyczaj autorzy muszą się wtedy postarać przy kreowaniu rzeczywistości, tak żeby wydała się czytelnikowi oryginalna (co czasami ich przerasta). Jednak o tym kiedy indziej, a dzisiaj zamierzam ugryźć temat z innej strony. Bo wrzucenie czytelnika w zupełnie nowy świat, napędzany wyobraźnią autora jest niesamowite, ale równie ciekawe wydaje się inne podejście. Mianowicie, wymieszanie otaczającego nas świata (wraz z wszystkimi jego technicznymi aspektami) z magicznymi stworzeniami. Najczęściej w tym przypadku mówimy o gatunku urban fantasy, który zyskuje wciąż nowych fanów i jest coraz częściej eksploatowany. Co to takiego?

źródło
Możemy mówić o urban fantasy jako podgatunku fantastyki, w którego przypadku magia wkracza do świata techniki - może to być w czasach teraźniejszych, ale też w przeszłości i w przyszłości, najczęściej dotyczy to istniejących miejsc na naszej planecie. Słowo „urban” zobowiązuje do tego, żeby akcja miała miejsce w jednym z miast, chociaż wyróżniamy też tzw. „rural fantasy”, którego akcja rozgrywa się w mniejszych miejscowościach lub wsiach. Za prekursorkę gatunku uważa się Emmę Bull, autorkę powieści Wojna o dąb. Aktualnie autorzy bardzo często skłaniają się do pisania powieści urban fantasy, wspaniale można to zaobserwować na naszym, krajowym poletku. Zacznijmy jednak od głośniejszych tytułów na świecie.
Moją pierwszą stycznością z gatunkiem była powieść Neila Gaimana pod tytułem Nigdziebądź. Jej bohater, Richard to zwykły, szary mieszkaniec Londynu, którego życie zmienia się diametralnie po tym jak pomaga rannej dziewczynie. Traci pracę, narzeczoną i spokój ducha, ale zyskuje przyjaźń i przeżywa niesamowite przygody kiedy okazuje się, że pod ulicami Londynu tętni inne, magiczne życie. Powieść ma wszystko, czego wypatrujemy w porządnym urban fantasy - wartką, rozrywkową akcję, pomieszanie prawdziwego miasta z magiczną otoczką, trzymające w napięciu sceny pościgu i łączenie rzeczywistych elementów z fantastyką. Oczywiście, jak na Gaimana przystało, wszystko bardzo oryginalne i zaskakujące. W swojej karierze stworzył jeszcze kilka tego typu powieści - trzeba w tym miejscu polecić cudownych Amerykańskich bogów, Chłopaków Anansiego czy Księgę Cmentarną.
źródło
We wszelkich zagraniczych zestawieniach książek urban fantasy pojawia się kilka konkretnych, sztandarowych tytułów. Przede wszystkim wymieniany jest Jim Butcher i jego seria Akta Harry'ego Dresdena. Harry pracuje jako konsultant w chicagowskiej policji, gdzie pomaga przy śledztwach paranormalnych, tam, gdzie zwykli śmiertelnicy nie dają sobie rady. Kolejna pozycja to przygody Kate Daniels napisane przez Ilonę Andrews. Dziewczyna mieszka w Atlancie, w której czary płatają figle - co jakiś czas fale magii wyłączają całą elektryczność. Kate natomiast nie ufa technologii i przy sobie woli nosić staromodny, ale niezawodny miecz. Seria właśnie niedawno była wznawiana przez Fabrykę Słów i zamierzam zebrać całą, odświeżyć sobie pierwszy tom i ruszyć dalej z przygodami Kate. Oprócz tych dwóch pozycji mogliście się też spotkać z serią o Mercedes Thompson autorstwa Patricii Briggs bądź Kronikami Żelaznego Druida Kevina Hearne'a.
Chciałabym zwrócić jednak uwagę, że zagranica zagranicą, ale u nas gatunek urban fantasy ma się naprawdę świetnie. Zacznę może od najczęściej wymienianej autorki, czyli Anety Jadowskiej, której książki koniecznie muszę nadrobić. W jej dorobku znajduje się seria o Dorze Wilk, ale też świeższa pozycja rozpoczynająca się książką Dziewczyna z Dzielnicy Cudów. Skłonię się jednak w stronę autorów, z którymi miałam przyjemność się zaznajomić. Urban fantasy w wykonaniu Marty Kisiel zawsze sprawia ogromną frajdę. W Nomen Omen wspaniale wplotła swoją magiczną fabułę w klimatyczny wrocławski krajobraz. To samo udaje się Martynie Raduchowskiej, która w Szamance od umarlaków przedstawia nam świeżo upieczoną studentkę wrocławskiego uniwersytetu - Idę, która ma pewną przypadłość. Otóż, widzi martwych ludzi. Jednak należałoby też wspomnieć o męskiej reprezentacji, czyli Jakubie Ćwieku, który nie dość, że plącze w swoich opowieściach otaczający nas świat z magią, to jeszcze dorzuca do niej postacie znane z mitologii bądź bajek. I w przypadku Kłamcy, i w przypadku Chłopców wychodzi mu to przednio. Teraz czekam aż zabiorę się za Grimm City. Nie wypada też ominąć Anny Lange i jej książki Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, w której bohaterowie prowadzą śledztwo w XIX-wiecznym Londynie, ale oczywiście niepozbawionym ciekawego systemu magicznego. 
źródło
Skąd takie zainteresowanie gatunkiem? Wydaje mi się, że jest kilka powodów. Przede wszystkim urban fantasy jest o wiele lżejsze i przyjemniejsze od typowej fantastyki. Zarazem jeżeli mówimy o historii raczej pogodnej, zabawnej (jak w książkach Marty Kisiel), jak i w pozycjach bardziej mrocznych (jak u Gaimana). To zawsze będzie opowieść napisana dla rozrywki czytelnika, która wciąga niepostrzeżenie w świat, który o wiele szybciej możemy przyswoić, bo jest nam dobrze znany. Pozwala też czytelnikowi wierzyć, że wokół nas może istnieć magia, a sąsiad to tak naprawdę potężny czarodziej, tylko wszystko to jest sprytnie schowane i jedynie wybrańcy mogą z tym obcować. Na dodatek zazwyczaj w tego typu książkach mamy do czynienia z jakimś śledztwem, zabójstwami, sprawami kryminalnymi. Dodając do tego dużą metropolię otrzymujemy świetną, magiczną książkę sensacyjną, a nawet taki kryminał na sterydach z potężnym, czarodziejskim kopem. I nawet fani romansów znajdą tutaj swoje miejsce, bo urban fantasy często jest punktem wyjścia do napisania paranormal romance'u, jak to było chociażby w przypadku serii o Sookie Stackhouse czy naszej rodzimej Szeptuchy Katarzyny Bereniki Miszczuk.


Co myślicie o tym gatunku? Lubicie tego typu książki? Może polecicie mi swoich ulubieńców?


Krótka lista dla osób chcących przeżywać przygodę z urban fantasy:
1) Akta Harry'ego Dresdena, Jim Butcher, wyd. MAG
2) Kate Daniels, Ilona Andrews, wyd. Fabryka Słów
3) Mercedes Thompson, Patricia Briggs, wyd. Fabryka Słów
4) Kroniki Żelaznego Druida, Kevin Hearne, wyd. Rebis
5) Szamanka od umarlaków, Martyna Raduchowska, wyd. Uroboros
6) Chłopcy, Kłamca, Grimm City, Jakub Ćwiek, wyd. SQN
7) Dziewczyna z Dzielnicy Cudów i inne książki autorki - Aneta Jadowska, wyd. SQN
8) Nomen Omen, Marta Kisiel, wyd. Uroboros
9) Amerykańscy bogowie, Nigdziebądź, Chłopaki Anansiego i w ogóle Neil Gaiman, wyd. MAG
10) Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, Anna Lande, wyd. SQN



sobota, 13 października 2018

Morza szum, ptaków śpiew i pohamowany ziew - „Manhattan Beach” Jennifer Egan



*Manhattan Beach*
Jennifer Egan

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Manhattan Beach
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 592
*Wydawnictwo:* Znak Literanova

"Ilekroć Anna przenosiła się ze świata ojca do świata matki i Lydii, miała wrażenie, że uwolniła się od jednego życia na rzecz drugiego, głębszego."
*Krótko o fabule:*
Jest rok 1943, dziewiętnastoletnia Anna Kerrigan nurkuje w okolicach Staten Island. Do tej pory, jako jedyna kobieta nurek, schodziła pod wodę, by naprawiać zniszczone statki, które walczyły na Pacyfiku. Teraz nurkuje w poszukiwaniu ciała swojego ojca. Kilka lat wcześniej Anna towarzyszyła ojcu podczas wizyty w posiadłości Dextera Stylesa, szemranego biznesmena, który dorobił się na czarnym rynku w czasach prohibicji. Spotkanie na Manhattan Beach trwało krótko, jednak losy tych trojga splotły się już na zawsze.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Bardzo często kuszą mnie książki nagradzane, wyróżniane w różnych konkursach i plebiscytach. Mimo że opis Manhattan Beach wydawał mi się mało interesujący, to już określenie jej powieścią roku przez mieszkańców Nowego Jorku, nominacja do National Book Award i fakt, że autorka była wcześniej nagrodzona Pulitzerem przyciągało mnie do powieści jak magnes. Trudno też było nie zauważyć całej masy pozytywnych recenzji po premierze. Niestety, w tym przypadku pełne ekscytacji oczekiwania roztrzaskały się o nużącą fabułę.

W Manhattan Beach śledzimy niejako dwa osobne wątki, z których obszerniejszym jest ten dotyczący Anny, a pobocznym jest burzliwa historia podróży morskiej jej ojca. Chociaż oba mają mocne momenty, to żaden nie zostaje z nami na dłużej i nie wywołuje większych emocji. Początek sprawił, że miałam nadzieję na pełnokrwiste, charyzmatyczne postaci, za którymi będę maszerowała z przyjemnością przez lekturę. Pierwszy rozdział naprawdę sporo obiecuje, autorka czaruje czytelnika pięknymi, surowymi opisami, a kiedy Anna zrzuca buty i zanurza gołe stopy w zimnym piasku na tytułowej plaży, możemy aż poczuć przechodzący ją dreszcz. Jednak z czasem traci się ten niesamowity magnetyzm i zostaje nam zwykła historia w ładnym opakowaniu. Brakuje mi w niej jakiejś iskry, czegoś co pozwoliłoby mi ją zapamiętać.
źródło
Nie przepadam za powieściami obyczajowymi i w przypadku Manhattan Beach nie było w tej kwestii zaskoczenia. Tak liczne pochwalne recenzje sprawiły, że spodziewałam się przełamania mojej awersji, myślałam: „to pewnie taka książka, która w końcu mnie do tego gatunku przekona”. Jednak tak się nie stało. Wydaje mi się, że to musi być wspaniała podróż w przeszłość dla mieszkańców Nowego Jorku - autorka wykonała masę rzetelnej roboty wyszukując informacje z czasów wojennych na przeróżne tematy, przykładowo: specjalistycznej pracy w stoczni, precyzyjnie opisanej czynności nurkowania, po takie szczegóły jak tytuły filmów granych w kinach czy dawnych audycji radiowych. I ta jej ciężka praca wyszła na dobre, bo wstawki historyczne sprawiały mi najwięcej przyjemności.

Wspaniale jest ta książka napisana, styl robi ogromne wrażenie, wyczuwa się w nim taką surowość, ale zarazem i subtelność. Wątek feministyczny wybrzmiewa w jak najlepszych nutach, pokazywanie kobiety walczącej o swoje miejsce w bardzo męskim świecie wydaje nam się naturalną koleją rzeczy, za sprawą postawy Anny i jej podejścia do życia. Ona nie chce pokazać mężczyznom, że też da radę, ona po prostu chce zostać nurkiem. A że żadna kobieta wcześniej tego nie robiła? To trudno, będzie pierwsza! Problem polegał na tym, że to była tylko kropla w morzu wątków. Ich ilość i poprowadzenie fabuły sprawiły, że żaden nie stał się dla mnie głównym i prowadzącym, a zarazem żaden nie był mi naprawdę bliski. Kiedy już zaczynałam zakochiwać się w relacji Anny z ojcem, ten nagle znika. Kiedy rozwija się jakieś uczucie miedzy dwójką osób, nagle zostaje przerwane. Kiedy zaczynam z zainteresowaniem śledzić losy siostrzanej więzi i ta gdzieś ulatuje. Także były motywy, które wydawały mi się bardziej interesujące, jak chociażby relacja między Anną a Lydią, ale zabrakło miejsca na satysfakcjonujący ich rozwój. Zamiast tego pojawiało się znowu kilka kolejnych wątków.

Mam trochę problem z Manhattan Beach. Doceniam jej zalety, wiem, że wiele osób może ją pokochać, ale ja nie zostałam do niej przekonana. Dla mnie jest poprawna, a nie tego się po tym głośnym tytule spodziewałam. Ogromny misz-masz wątków w tym przypadku zadziałał moim zdaniem na niekorzyść, a ja czułam się przerzucana między zamkniętymi przyjęciami dla elity, mafijnymi porachunkami, przygodami morskiej żeglugi i miłosnymi uniesieniami. Co za tym idzie - po lekturze nie został większy ślad.
Za to po inne książki Egan sięgnę na pewno, chociażby dlatego, że ta podobno jest tak różna od tych, które wcześniej pisała.

Moja ocena: 6-/10



niedziela, 7 października 2018

Ida śledzi demona. Pech śledzi Idę. - „Demon Luster” Martyna Raduchowska



*Demon Luster*
Martyna Raduchowska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 416
*Wydawnictwo:* Uroboros
"Ona jest niezniszczalna. Wrzucisz taką do wulkanu, to ci pamiątki przyniesie."
*Krótko o fabule:*
Ida powoli godzi się ze swoim przeznaczeniem. Dziewczyna jest szamanką od umarlaków, nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Ida dojrzewa do swojej roli i świata, z jakim będzie musiała się już niedługo zmierzyć. A ten zapowiada się dosyć ponuro. W jej misji przeszkadza jej łaknący dusz Demon luster. Tym razem jednak nie może liczyć na niczyją pomoc. Ponownie przekonuje się, że szósty zmysł nie zawsze jest błogosławieństwem...
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Pierwszą część przygód Idy Brzezińskiej, Szamankę od umarlaków, czytałam jeszcze w 2012 roku. Pamiętam, że wtedy niechcący natknęłam się na nią w bibliotece i skusił mnie opis. Okazało się, że wybór był trafny, bo przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. Teraz, sięgając po Demona Luster zastanawiałam się czy nie wyrosłam już z tego typu historii i czy w ogóle odkurzę jakoś fakty z pierwszej części. Nie było potrzeby martwić się na zapas - to kolejny raz była świetna przygoda.

Martyna Raduchowska utwierdziła mnie tą książką w przekonaniu, że świetnie radzi sobie w operowaniu słowem. Demona Luster czytało się po prostu z czystą przyjemnością. Każdy powrót do lektury wywoływał uśmiech i pozwalał na oderwanie się od rzeczywistości. Akcja jest wartka, ale nie cierpi na brak logiczności - to naprawdę przemyślana intryga. Miło jest przeczytać książkę napisaną dla rozrywki, która dostarcza ją w świetnej, wciągającej formie.

Możliwe, że podświadomie Demon Luster jest mi bliski, bo jego akcja dzieje się we Wrocławiu, czyli „moim” mieście od czasów studiów. Ida też przyjeżdża do niego w celach edukacyjnych, ale mając na głowie demony, duchy i czytaczy myśli musiała lekko zmienić priorytety. Chyba ją rozumiecie, nie? Kto normalny myślałby o sesji, kolokwiach i zaliczeniach, kiedy ma na głowie prawdziwą śmiertelną klątwę i depczącego mu po piętach Pecha? Swoją drogą, chociaż ciężko się do tego przyznać, to z tego Pecha bardzo ciekawa postać wyszła, którą trzeba polubić. Mimo niemiłych przypadłości, które przyciąga jak magnes.

źródło
Tym razem nie tylko Ida będzie naszą główną bohaterką. To prawda, że jej historia jest w centrum wydarzeń, ale okazała się świetnym punktem wyjścia dla pokazania przeszłości innej postaci, czyli Kruchego. Sporo miejsca poświęconego będzie wydarzeniom, które go ukształtowały i doprowadziły do miejsca, w którym się akurat znajduje. Rozjaśni się dzięki temu jego motywacja do pomocy Idzie. Tutaj muszę wtrącić, że ich duet sprawdził się na medal. Relacja została zbudowana tak szybko, a zarazem wypadła tak naturalnie, że zaczynam się zastanawiać czy wkopanie dwójki osób w tego rodzaju śledztwo (paranormalne) nie jest po prostu przepisem na gwarantowany sukces. Chociaż byłoby to krzywdzące w stosunku do autorki, która tę przyjacielską więź zbudowała dzięki zgrabnie napisanym postaciom. Kruchy jest charyzmatyczny, z tą wciskaną na siłę pomocą, wiecznym głodem i paczką papierosów pod ręką. Jednak to Ida zgarnia dla siebie więcej sympatii, szczególnie w porównaniu z pierwszym tomem. Zapamiętałam ją jako zwykłą dziewczynę z problemami, czasami za mocno dramatyzującą, ale na pewno lepszą niż większość bohaterek z młodzieżowych książek fantasy. Tym razem pokazuje się jej inna odsłona, bardziej dojrzała, zaradna, która nie chce obarczać innych swoimi problemami. Oczywiście przechodzi chwile słabości, ale są one całkowicie zrozumiałe w jej sytuacji. I dzięki nim tym bardziej jej kibicujemy.

Demon Luster jest lepszy od poprzedniej części również w warstwie fabularnej. Szamanka od umarlaków dość sporo czasu poświęciła na wprowadzenie czytelnika w świat, zapoznanie się z bohaterami, a akcja rozpędzała się dopiero pod koniec lektury. W kontynuacji intryga zagęszcza się od pierwszych stron i to w świetnej formie - dzięki przesłuchaniu Idy możemy bez przeszkód odświeżyć sobie wydarzenia z poprzedniego tomu i od razu zacząć analizować jej obecną sytuację. Podobała mi się historia złoczyńcy, której kolejne warstwy sukcesywnie otwierały się przed czytelnikiem.

Po prostu warto zapoznać się z przygodami Idy Brzezińskiej i towarzyszącego jej Pecha. To naprawdę przyjemna, niezobowiązująca rozrywka, która potrafi umilić niejedną chwilę. Ja na pewno mam ochotę wrócić kiedyś do świata wykreowanego przez Martynę Raduchowską. Wam też to polecam.


Moja ocena: 8/10


niedziela, 30 września 2018

„Dom z papieru”, czyli z serialu kryminalnego w telenowelę

Jestem wdzięczna niebiosom, że ten serial powstał ze względu na jedną rzecz. Jeden malutki element. Mianowicie, dzięki twórcom Domu z papieru poznałam piękną piosenkę Bella ciao.

 Tak, to jest naprawdę największy plus zapoznania się z tym serialem.

Dom z papieru pojawił się cichaczem na Netflixie i podbił serca sporego grona Polaków. Wśród znajomych zaczął pojawiać się trend rozmawiania o nim, w Internecie można było się natknąć na ludzi polecających ten hiszpański tytuł. Nie jest to może mój ulubiony gatunek, ale chyba każdy z nas lubi obejrzeć dobry kryminał/thriller. Znalazłam w końcu czas i postanowiłam dać mu szansę. Po włączeniu pierwszego odcinka pokiwałam głową, przyznając rację wielbicielom serialu. A po wyłączeniu ostatniego westchnęłam z rozczarowania.

źródło
Ośmioro przestępców barykaduje się z zakładnikami w hiszpańskiej mennicy. W międzyczasie geniusz wśród złodziei, mózg całej operacji - Profesor (Álvaro Morte) manipuluje policją, by zrealizować swój plan.
Nie mogę stwierdzić, że Dom z papieru jest zły, bo byłaby to nieprawda. Zacznijmy od tego, że pomysł na fabułę jest bardzo ekscytujący. Po pierwszym odcinku mamy wrażenie, że spotkamy się z czymś oryginalnym, a do tego komentującym trochę sytuację polityczną danego kraju, zahaczającym o działanie policji i polityków, a zarazem trzymającym w ciągłym napięciu. Powoli jednak wszystko ulega zmianie, a marzenia o czymś więcej niż zwykła „historyjka o rabusiach” uciekają w zapomnienie.
Niestety, jeżeli w tego typu serialu problem leży w scenariuszu, to już nic go nie udźwignie (no, chyba że cudowna piosenka). Szkoda mi potencjału, bo początek naprawdę łapie widza za mordeczę i nie chce puścić. A później pojawiają się wątki telenowelowe. Romanse wyssane z palca, które przypominają trochę gimnazjalne zauroczenia. I dobra, zrozumiałabym, że taki wątek jest potrzebny temu serialowi. Ale na litość boską, jeden by wystarczył! Tutaj natomiast mnożą się jak grzyby po deszczu, jakby każdy z młodych aktorów musiał dostać parę. Nie wierzę, że mówię to ja, fanka dobrego wątku romantycznego w każdym serialu, ale za dużo tej słodkiej miłości.
źródło
Najgorszym jednak wątkiem był ten dotyczący Arturito. Postaci wręcz kuriozalnej, która w jednym momencie była zahukanym człowieczkiem, obawiającym się co się stanie jeżeli żona dowie się o kochance i rozdartym pomiędzy obecną rodziną a zapowiedzią kolejnego dziecka, żeby zaraz w drugim zgrywać bohatera i wymyślać nowe to sposoby na przechytrzenie porywaczy. Moim zdaniem sensu tam nie było, a wciskanie wszędzie jego postaci skutkowało tylko nieustanną irytacją na głupotę tego bohatera.

Muszę przyznać, że podobała mi się kolorystyka zastosowana w serialu - ciemne wnętrza mennicy i pięknie kontrastujące z nimi kostiumy porywaczy tworzyły ładne obrazki. Nie mam też zastrzeżeń co do montażu, szczególnie robiącego wrażenie w momentach przeplatania retrospekcji z teraźniejszością. Za każdym razem ten zabieg przechodził zgrabnie i ciekawie. Na dodatek, mimo czepiania się fabuły, sama historia była na tyle intrygująca, że zatrzymała mnie do końca drugiego sezonu. Po prostu byłam ciekawa jak to się wszystko rozwiąże, a to już spory plus. Szkoda, że po drodze pojawiało się tyle słabszych wątków i niepotrzebnych scen, ale pomysły Profesora wciąż robiły wrażenie i zatrzymywały przed ekranem. Żałuję tylko, że twórcy nie byli jeszcze bardziej odważni w fabularnych decyzjach.
źródło
Jeżeli chodzi o aktorstwo to jest różnie. Trzeba przyznać, że od razu widać, że Hiszpanie mają trochę inny temperament - wiele z ról zdawało się wręcz przerysowanych. Może to też wina nierównego scenariusza, ale młodzi aktorzy podczas emocjonalnych scen starali się wycisnąć z nich ostatnie soki co sprawiało wrażenie nienaturalności. A można było wziąć przykład z takiego Pedro Alonso, czyli serialowego Berlina, który bardzo małymi środkami zbudował sobie zdecydowanie najciekawszą postać, a przez bycie konsekwentnym w jej odgrywaniu, również najbardziej wiarygodną. Oprócz tego na plus wypadł Profesor, pani Inspektor do czasu (w drugim sezonie zaliczyła spory spadek, ale ponownie - raczej to wina scenarzystów), podobała mi się również Nairobi, ale w pewnym momencie dostała do zagrania melodramatyczną mowę do zakładników, po której jej postać się nieco rozlazła. Toteż rozumiecie, że były tutaj dobre strony, a te złe wynikły raczej z pójścia w stronę telenoweli, zamiast trzymać się strony kryminalnej. Szkoda.

Kiedy ktoś mi mówi, że Dom z papieru to świetny serial, to kompletnie rozumiem jego zdanie. Ma w sobie w końcu dużo akcji, trzyma w napięciu, a w pewnym momencie koloruje wszystko jaskrawymi kolorami. Jednym słowem - absorbuje. Jednak jeżeli poszukamy tam prawdy i zaczniemy trochę analizować zachowania postaci, to zaczyna się nam ta pozytywna wizja rozpadać. Dlatego przekazuję Wam jedno - podejdźcie do niego jak do telenoweli na speedzie, a będziecie zachwyceni. Szukając thrillera, który ma do zaproponowania coś więcej możecie się, jak ja, trochę rozczarować. Ale pamiętajcie - wszystko nadrobi Wam Bella Ciao!

Moja ocena: 6/10


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka