niedziela, 22 listopada 2020

„Strona świata” Wojciech Jagielski - dawka świeżej historii z różnych stron świata w pigułce

„Strona świata”
Wojciech Jagielski

*Gatunek:* podróżniczy, zbiór reportaży
*Rok pierwszego wydania:* 2020
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* Znak

Nigdy za to nie brakowało krzywd i pokrzywdzonych. Wystarczyło ich tylko skrzyknąć, wcisnąć w garść karabiny i poprowadzić. Wojny, rozpychająca się pustynia i susze pozbawiły ludzi zajęcia i grosza, martwa ziemia przestała żywić. Wystarczyło, by partyzanci pojawili się w wiosce, a za garść banknotów każdy prawie mężczyzna gotów był do nich przystać. Tym bardziej, że wojna nadawała życiu ułudę sensu i celu, jakiego nie dawała głodowa wegetacja.

*Krótko o fabule:*
Strona świata jest wyborem najciekawszych, aktualnych tekstów Wojciecha Jagielskiego z ostatnich lat, publikowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”.
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*

Czy nazwanie dziecka Donald Trump może przynieść pecha? Które państwa nie tak dawno zmieniły nazwy swoich stolic bądź je przeniosły? Jak potoczyła się historia żony Nelsona Mandeli? Co Egipcjanie myślą o znanym piłkarzu Mohammedzie Salah? To tylko część pytań, które próbuje rozwikłać dziennikarz w tomie Strona świata, czyli niedawno wydanym zbiorze reportaży napisanych przez Wojciecha Jagielskiego. Są to teksty, które stworzył na przestrzeni ostatnich trzech lat dla Tygodnika Powszechnego, a ogólnym tematem jest współczesny świat i zmiany w nim zachodzące.

Strona świata to moje drugie spotkanie z twórczością słynnego reportażysty, wcześniej czytałam jego Na wschód od zachodu, czyli sprawozdanie z sytuacji współczesnych hipisów, szukających swojej oazy spokoju i wolności. W przypadku Strony świata będziemy mieć do czynienia z naprawdę sporą ilością informacji na różne tematy, ponieważ tym razem Jagielski nie skupia się na jednym i konkretnym problemie, a raczej próbuje dać nam obraz świata, analizując go na podstawie najświeższej historii. Powód nagromadzenia w lekturze wielu tematów jest prosty - same teksty powstawały w celu opublikowania ich na łamach Tygodnika Powszechnego, a nie były zaplanowane na formę zamkniętej książki. Jednak wydaje mi się, że pomysł umieszczenia tych różnych reportaży w jednym miejscu okazał się strzałem w dziesiątkę.

Nelson Mandela i Winnie Mandela, źródło

Od razu warto zaznaczyć, że to nie jest tego typu książka, z którą zasiada się w fotelu i czyta od deski do deski. Ja przyznaję, że nawet tego próbowałam, ale szybko poległam. Przede wszystkim moja niewielka wiedza na temat zmian w państwach Dalekiego Wschodu czy w krajach afrykańskich wymagała dodatkowych pokładów skupienia podczas lektury. Są w Stronie świata teksty, w których autor swobodnie używa nazwisk, miejsc, wydarzeń, które dla mnie były obce i wtedy czytanie szło dość opornie. Same rozdziały są jednak na tyle krótkie (cóż, w końcu zajmują tyle co standardowy materiał w gazecie), że dawkowanie czytania wpływa pozytywnie na odbiór całości. I takie podejście Wam polecam, bo je sprawdziłam na własnej skórze.

Siłą reportaży Wojciecha Jagielskiego jest to, że potrafi z perspektywy historii zwykłego człowieka przedstawić problem całego kraju. Z jednej strony: tak, wiele jego tesktów dotyczy głów państw i ważnych polityków, ale często rzuca więcej światła na życie zwykłego członka społeczeństwa - tak jest np. w pierwszym tekście o podupadającym biznesie domów na wodzie, który jest punktem wyjścia do objaśnienia sytuacji w Kaszmirze po wojnach indyjsko-pakistańskich. 

To również niesamowite, że statystyczny Europejczyk tak niewiele wie o wydarzeniach na świecie. Dla nas istnieje tylko nasz kontynent i może jeszcze Ameryka, a reszta przemija gdzieś bokiem. Dlatego kiedy w końcu czytamy o tych omijanych fragmentach globu to okazuje się, że wydarzenia rozgrywające się na Wschodzie czy w Afryce potrafią mocno zadziwić i wstrząsnąć. Już ostatnio przeraziła mnie brutalna historia Iranu, o której przeczytałam w Szachinszachu Kapuścińskiego, a teraz przekonałam się, że sporo innych krajów przechodzi podobne kryzysy. Tym bardziej warto po Stronę świata siegnąć, ponieważ reportaże tego typu potrafią naprawdę otworzyć oczy mieszkańcowi Europy.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

niedziela, 15 listopada 2020

„Opowieści: Białe noce, Cudza żona, Sen wujaszka, Krokodyl” Fiodor Dostojewski - jesienna dawka klasyki

*Opowieści: Białe noce, Cudza żona, Sen wujaszka, Krokodyl*
Fiodor Dostojewski

*Język oryginalny:* rosyjski
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* zbiór opowiadań
*Liczba stron:* 280
*Wydawnictwo:* MG

 Nowy sen – nowe szczęście! Nowa dawka subtelnej, rozkosznej trucizny!
*Krótko o fabule:*
Fiodor Dostojewski – mistrz zaglądania do duszy – w czterech nowelach, które prezentujemy Państwu w tym tomie opowiada cztery cudownie różne historie. 
- opis wydawcy


*Moja ocena:*

Co roku kiedy na zewnątrz robi się chłodniej, dni stają się krótsze, a liście nabierają złotych kolorów to nachodzi mnie ochota na literaturę klasyczną. Szczęśliwym trafem wydawnictwo MG niedawno wydało zbiór opowiadań autorstwa Fiodora Dostojewskiego, więc nie dość, że wpadła mi w ręce klasyka literatury to na dodatek rosyjska. Lepszego kompana w jesiennej melancholii chyba znaleźć nie można. 

Tym razem nie jest to pełnowymiarowa powieść, a cztery krótsze teksty. Do tej pory nie miałam do czynienia z formą opowiadania w wykonaniu Dostojewskiego, tym bardziej byłam ciekawa jak w niej wypadnie. Oczywiście, nie ma co dyskutować - autor był geniuszem i czytanie jego prozy to bardzo satysfakcjonujące doznanie. 

W Białych nocach, opowiadaniu otwierającym całość poznajemy mężczyznę-samotnika, marzyciela, który wieczorami włóczy się ulicami Sankt Petersburga. Akcja całej historii trwa cztery noce. Pierwszej mężczyzna spotyka zapłakaną kobietę, dla której przełamuje swoją nieśmiałość i rozpoczyna rozmowę. Szybko się okazuje, że to jego bratnia dusza, samotna dziewczyna w wielkim mieście, nieszczęśliwie zakochana. Spędzają sporo czasu na rozmowie, a nasz główny bohater szybko traci dla niej głowę. To opowieść o nadziei na spotkanie ukochanej, o rozczarowaniach, które sprowadza nam życie, o tym że czasami warto zrobić pierwszy krok. Czytało się je wspaniale.

Kolejnym tytułem jest Cudza żona. W tym przypadku mamy do czynienia z zazdrosnym mężem i jego perypetiami, kiedy próbuje nakryć swoją (chociaż jak sam utrzymuje - „cudzą”) żonę na zdradzie. Ta krótka historia okazała się bardzo lekka i przechylała się w stronę tragikomedii. Temat faktycznie jest dość poważny, bo zazdrość w związku potrafi mocno namieszać, ale to uczucie popycha bohatera do ekstremalnych wyczynów, łącznie z wparowaniem do czyjegoś mieszkania, a później ukrywaniem się pod łóżkiem. Ten moment najmocniej zapadł mi w pamięci, a całość - przyjemna do przeczytania, jednak nie zostaje z czytelnikiem na dłużej.

Sen wujaszka to najdłuższe opowiadanie w zbiorze i moim zdaniem najlepsze. Co prawda, Białe noce także bardzo przypadły mi do gustu (ach, ten klimat nocnego Petersburga ma w sobie jakiś czar), ale Sen wujaszka najmocniej mnie zaintrygował. Chyba to świadczy o tym, że jednak preferuję dłuższe formy w wykonaniu Dostojewskiego. Tutaj mamy więcej szczegółów, bohaterowie dostają historie z przeszłości, które powoli odkrywane potrafią rzucić nowe światło na wydarzenia. A głównym wyjściem do akcji jest przyjazd bogatego księcia, tytułowego wujaszka, do domu Marii Aleksandrowny, która posiada pannę na wydaniu (właściwie nazywaną już w otoczeniu starą panną). Zaczyna się gra, zimna kalkulacja jak tutaj staremu księciu zareklamować swoją córkę, zachęcić go do zaręczyn. Majątek księcia jest pokaźny, a główna bohaterka ma plan. Oczywiście szybko okazuje się, że jedna wpadka potrafi zrujnować wszystkie założenia, a miłości nie da się narzucić, szczególnie komuś kto już raz kochał.

Tytułem zamykającym całość jest Krokodyl, mocno abstrakcyjne opowiadanie o mężczyźnie zjedzonym przez krokodyla. Człowiek nie zostaje przez gada strawiony, a zaczyna egzystować w jego wnętrzu, stając się lokalną sensacją. Mężczyzna w nowym położeniu czuje się dobrze i nie zamierza go opuszczać. Na zewnątrz zostawia przyjaciela, który prowadzi narrację opowiadania i żonę, szybko przenoszącą uczucia na odwiedzających ją towarzyszy. Historia krótka, zabawna i warta poznania.

Niektórzy mówią o Fiodorze Dostojewskim, że to on „odkrył podświadomość”, ponieważ tak umiejętnie potrafił pokazywać meandry ludzkiej psychiki. W tych czterech opowiadaniach zawartych jest wiele opisów ludzkich namiętności, z miłością na czele, ujętych z różnej perspektywy. Czasem człowieka niszczy zazdrość, czasem chęć sławy, czasem myśl o zysku - to wszystko w tych krótkich historiach znajdziemy. Napisane tak, że jesienne przesiadywanie pod kocem, kiedy na zewnątrz panują egipskie ciemności stanie się pełniejszym doświadczeniem.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

środa, 11 listopada 2020

„Cudze słowa” Wit Szostak - Jak Cię czują, tak Cię piszą

„Cudze słowa”
Wit Szostak

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 280
Wydawnictwo: Powergraph

Nie ma go tu. Był bogiem. Kochałam go.

Krótko o fabule:
W „Cudzych słowach” Wita Szostaka siedem osób kreśli portret Benedykta. Z każdej opowieści wyłania się inny bohater. Czy twórca najoryginalniejszej z krakowskich restauracji, ukochany uczeń charyzmatycznego filozofa i kochanek dwóch niezwykłych kobiet to na pewno ta sama osoba?
- opis wydawcy 


Moja ocena:

Dawniej miałam pewne uprzedzenia do współczesnej polskiej prozy, ale rodzimi autorzy konsekwentnie, na każdym kroku mnie zaskakują i udowadniają jak bardzo się myliłam. Dzięki ich utworom przeżywam kolejne przygody literackie w różnych formach: czy to dzięki gęstej prozie Szczepana Twardocha czy opowiadaniom Olgi Tokarczuk czy nawet ostatnio przeczytanemu kryminałowi Anny Kańtoch. Każda taka lektura utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy być z czego dumni. 

Tym razem wybór padł na nowość wydawniczą Cudze słowa i było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Wita Szostaka. Trochę się obawiałam, że próba zrozumienia tematu mnie przerośnie, ponieważ gdzieś się natknęłam na opinie, że autor kojarzony jest z trudniejszą literaturą. Może po części także dlatego, że używający pseudonimu Dobrosław Kot to doktor habilitowany filozofii, który wykłada na jednym z uniwersytetów. Jednak Cudze słowa okazały się nad wyraz lekkostrawne, a finalnie były pyszną ucztą literacką. 

Powieść podzielona jest na kilka części, nazwanych od włoskich pozycji w menu: poczynając od przystawki (Antipasti), a na deserze kończąc (Dolce). W każdym takim segmencie otrzymamy podrozdziały napisane z perspektywy siedmiu osób, a dotyczyć one będą głównego bohatera - Benedykta Rysia. Tutaj od razu można zauważyć, że ciekawym zabiegiem okazało się postawienie w centrum postaci, która sama nie dochodzi do głosu. Wszystko, czego dowiemy się o jego życiu będzie przekazane przez siedem osób pobocznych. Także jego sylwetka zostanie nakreślona różnie, w zależności od tego kto akurat będzie prowadził opowieść.

źródło

Dobrze, ale na początku muszę pochwalić coś, co uderza od pierwszych stron i zaskakuje do samego końca. Mam tutaj na myśli styl autora, który jest po prostu elektryzujący, nie potrafimy oderwać się od tych krótkich, pełnych emocji zdań, tak prostych, a jednocześnie tak pełnych przekazu. Wit Szostak korzysta ze słów niczym czarodziej i w tym przypadku można mu tylko pozazdrościć umiejętności tworzenia. Takie cudze słowa zdecydowanie dobrze smakują. Wspomnieć warto również o tym, że narratorów mamy siedmiu, toteż daje nam to siedem jakże różnych stylów narracji, z których w pamięci zostają przede wszystkim: mocno filozoficzny styl Magdaleny i pisany w trzeciej osobie styl Jakuba. Także autor niedość, że potrafi czarować słowem to jeszcze na różne sposoby, dopasowując styl do charakteru danego narratora.

Zaskakujący dla mnie okazał się fakt, że sama fabuła była łatwo przyswajalna i najprościej ujmując: wciągająca. Momentami czułam się jakbym czytała kryminał, a wszystko za sprawą dozy tajemniczości wprowadzonej do powieści. Autor raczy nas strzępkami informacji, każdy z bohaterów/narratorów dorzuca cegiełkę, ale sporo czasu minie zanim tak naprawdę zbudujemy sobie obraz głównej postaci, jakąś oś czasu i dopasujemy do niej poznane wydarzenia. Szostak potrafił zachować dużo ważnych faktów niemal do samego końca, więc co jakiś czas zaczynaliśmy więcej rozumieć, widzieć powiązania - nie tylko między danym narratorem a Benedyktem, ale także między różnymi narratorami. Mała bomba rzucona na ostatniej stronie również dobrze się w klimat tajemnicy wpisuje.

Cudze słowa zdecydowanie przekonały mnie do twórczości autora i teraz chętnie zapoznam się z jego wcześniejszymi książkami. To była świetna przygoda, a poznawanie obrazu człowieka przefiltrowanego przez charakter danego narratora dało nam tak naprawdę kilka różnych odcieni jednej osoby. Dodatkowo, powoli odkrywaliśmy historię każdego z siódemki narratorów, a wśród nich wiele czytelników znajdzie coś dla siebie (mnie bardzo spodobały się fragmenty z przeszłości ojca Benedykta). Cudze słowa to pięciodaniowa porcja literatury, która powinna Wam po prostu zasmakować.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Powergraph

środa, 4 listopada 2020

Girl power! - filmy z silnymi bohaterkami w rolach głównych

 Cisza na stronie i w mediach społecznościowych spowodowana była tym, jaka decyzja zapadła niedawno w Trybunale Konstytucyjnym. Podobnie jak wiele osób w Polsce nie dowierzałam, że to naprawdę miało miejsce w europejskim kraju, w XXI wieku. Następujące po tym dniu chwile były przepełnione emocjonalną huśtawką, śledzeniem wydarzeń, protestami i ciągłym myśleniem o sprawie zaostrzenia prawa aborcyjnego oraz odbieraniu człowiekowi prawa wyboru. Jeżeli możemy wyciągnąć coś dobrego z ostatnich tygodni to na pewno fakt, że kobiety to twarde bestie i potrafią walczyć o swoje. Także dzisiaj post dla osób szukających silnych kobiet w kinie - kilka tytułów, które ujmują ten temat w kinematografii z różnych perspektyw i w różnych formach.


Kobieta vs. męskie zasady

Wśród przykładów kina, gdzie grupka kobiet przeciwstawia się akceptowaniu męskich zasad od razu na myśl nasuwa mi się Mad Max: Fury Road (2015). Po tytule można się spodziewać, że to film akcji o mężczyźnie, ale szybko okazuje się, że to nie na nim skupimy swoją uwagę. Będziemy podążać fabularną ścieżką nieustraszonej Furiosy (w tej roli świetna Charlize Theron), która stara się uratować grupkę kobiet, uciekających przed przywódcą mrocznej Cytadeli. To walka z systemem, a jednocześnie pokazuje kobiecą solidarność przeciwko bestialskiemu zniewoleniu przez mężczyzn. Podobnie tematycznie jest w Mustangu (2015), o którym już na blogu wspominałam, chociaż to zupełnie przeciwny biegun do postapokaliptycznego klimaciku filmu George'a Millera. Tutaj jest po prostu realistycznie, bo akcja ma miejsce w małej tureckiej miejscowości, w której piątka sióstr jest wychowywana przez babcię. Na co dzień spotykają się z przedmiotowym traktowaniem przez mężczyzn, a ich jedynym zadaniem jest dobrze wyjść za mąż. Młodzieńczy bunt, siostrzane wsparcie, sprzeciw wobec konserwatywnym zasadom i patriarchatowi - wszystko to łączy się z przepięknie poprowadzoną narracją i świetnymi rolami aktorskimi. Na koniec, jako bonus warto dorzucić film Żebro Adama (1949), gdzie bohaterka grana przez Katherine Hepburn podejmuje się obrony w sądzie kobiety, która próbowała zastrzelić męża. To świetnie napisana i jeszcze lepiej zagrana komedia, która porusza temat emancypacji kobiet i walki o swoje prawa. Mocna Hepburn na sali sądowej zdominowanej liczebnie przez mężczyzn jest tym, czego potrzebujemy.


Kiedy codzienność zmusza do walki

Kobieca siła często nie tkwi w zrywach, buntach i heroicznych czynach, a przejawia się w codziennych zmaganiach. W Romie (2018), kandydacie do Oscara za najlepszy film, Alfonso Cuaron stworzył melancholijną, intensywną w swojej przyziemności oraz niespieszną historię o kobietach. Z jednej strony Sofia, matka czwórki dzieci, a z drugiej pracująca u niej Cleo. Mężczyźni są tutaj bardziej tłem, tymi, którzy zawodzą, którzy porzucają kobiety i swoje dzieci. Natomiast kobiety trzymają się razem i wytwarzają więzi zbudowane na silnych podstawach: miłości, zaufaniu i akceptacji. Może to nie jest kino dla każdego, ale ja w tym czarno-białym świecie się odnalazłam, zapłakałam nad losem bohaterek i zachwyciłam się całością. Innym przykładem będzie tutaj także główna bohaterka Do szpiku kości (2010), grana przez wspaniale debiutującą Jennifer Lawrence. Przenosimy się z Meksyku do Stanów Zjednoczonych, a konkretnie do Wyżyny Ozark, na skraju Missouri i Arkansas. Młoda dziewczyna poszukuje zaginionego ojca, a przy okazji zajmuje się domem i rodzeństwem, czego nie jest w stanie zrobić jej matka. Mimo swojego wieku to bardzo zaradna i wytrzymała postać, która w tym zimnym i bardzo zdemoralizowanym otoczeniu stara się przetrwać, prowadząc swoje śledztwo na przekór przeciwnościom. Widziałam nawet przypisywanie tego filmu do nurtu neo-noir, czyli kina noir ze współczesnym czasem akcji i kobietą w roli detektywa. 

Surrealizm, podkreślający moc kobiety

Temat kobiecej siły nie zawsze musi być potraktowany na poważnie, czasami ubranie całości w lżejszą bądź surrealistyczną formę pomaga w podkreśleniu mocy jednostki. Można to zaobserwować m.in. w Faworycie (2018), gdzie dwie nieustępliwe kobiece postacie walczą o swoje miejsce na dworze, posługując się sprytem, po trupach dążąc do celu. To bardzo charakterne damy, które same upominają się o swoje, niejako przejmują typowe role męskie (takie przejmowanie można też zaobserwować w innych współczesnych filmach, np. w Zaginionej dziewczynie Finchera). Do tego obserwowanie wykonów aktorskich głównej trójki przyprawia o natychmiastowy zachwyt. Kolejny tytuł, jeszcze bardziej odjechany niż film Lanthimosa, to O dziewczynie, która wraca sama do domu (2014). To następny czarno-biały film na liście, ale zupełnym zbiegiem okoliczności. W przypadku irańskiego obrazu mamy do czynienia z kobietą-wampirem, która wieczorami poluje na złych mężczyzn. Brzmi to trochę szmirowo, ale w tym przypadku opis fabuły może nas tylko zmylić. Klimacik zdjęć, czarny humor i arthousowy styl pozwalają wyjść filmowi z tego obronną ręką. To bardzo oryginalna, mocno surrealistyczna wizja świata wampirów, w którym główna bohaterka jeździ wieczorami po mrocznych uliczkach miasteczka na deskorolce i w wielkiej pelerynie na plecach, polując na mężczyzn. Świetny debiut reżyserski Ani Lily Amirpour.

W grupie siła

Zaprzyjaźnione grupy kobiet kojarzą mi się mocniej z serialami niż z filmem, nie znaczy to jednak że brakuje nam kilku silnych reprezentantów z dużego ekranu. Na pewno warto wspomnieć czwórkę dziewczyn ze Stowarzyszenia Wędrujących Dżinsów (2005), młodzieżowego filmu o utrzymywaniu przyjaźni na odległość, wypełniający nas pewnością że warto mieć towarzystwo, któremu możemy się zwierzyć ze wszystkiego. W ogóle tej grupowej solidarności naprawdę dużo jest w kinie dla nastolatków, bo w młodości oglądałam ją w m.in. Bring it On (2000) czy Pitch Perfect (2012). Dla mnie dość świeżym przykładem takiego wzajemnego wsparcia znajdziemy w Małych Kobietkach (2019), a mówię tutaj o ekranizacji Grety Gerwig, bo innych nie widziałam. To wspaniały przykład tego, że feminizm nie narzuca kobiecie porzucenia życia gospodyni domowej i znalezienia pracy (tak jak nadal część społeczeństwa myśli), tylko że pozwala każdej z nas na wybór. I takim sposobem: Jo rusza podbijać świat jako pisarka, ale Meg zostaje w domu, żeby zająć się mężem i dziećmi, i to jest jak najbardziej w porządku. Siostry wspierają się na każdym kroku i mimo sporych różnic w charakterach widać w ich relacjach silną więź. Przyjaźń między kobietami jest również podkreślona w klasyku kina, czyli Thelmie i Louise (1991). W tym przypadku może brakuje większej brygady dziewczyn, ale te dwie tytułowe bohaterki łączy naprawdę specjalne uczucie, którego można tylko pozazdrościć. Jestem też na świeżo po seansie filmu Ślicznotki (2019), znowu zupełnie inny tematycznie, bo o pracownicach nocnego klubu, które postanawiają w nielegalny sposób zarobić na klientach. Szybko przekonamy się, że wszystko idzie dobrze, póki dziewczyny trzymają się razem i sobie wzajemnie pomagają.

Superbohaterka w fantastyce

Od dłuższego czasu obserwujemy ciekawe zjawisko przeniesienia ciężaru bycia głównym bohaterem powieści fantasy na osobę płci żeńskiej. Kiedyś mieliśmy Wiedźmina, Conana i Hobbita, gdzie silne kobiety były raczej umieszczone gdzieś wśród postaci drugoplanowych. Współcześnie coraz więcej pojawia się ich jednak na pierwszym planie. Doczekaliśmy się pierwszego filmu z Marvela o superbohaterce, Captain Marvel (2019), dostaliśmy świetnie obsadzoną nową Wonder Woman (2017). Jednak najwięcej tych twardych postaci pojawiło się w młodzieżowej fantastyce, z czego najbardziej znaną jest zdecydowanie Katniss Everdeen z Igrzysk Śmierci (2012). Zwykła dziewczyna, która znajduje w sobie siłę, żeby sprzeciwić się aktualnej władzy, wzniecić ogień rewolucji, która prowadzi do obalenia tyrana. Natykając się niedawno na znak błyskawicy na środkach komunikacji miejskiej od razu przypomniał mi się znak kosogłosa, który malowali członkowie rebelii. Błędem byłoby także ominąć bohaterki ze świata Gwiezdnych wojen. Klasyka wymaga, żeby wspomnieć o księżniczce Lei, która wcale nie potrzebuje rycerza, a nawet sama nim może zostać. Nie boi się stawić czoła najgorszym złoczyńcom, a blasterem posługuje się z wyczuciem i pewnością. W nowej trylogii dostaliśmy nawet mocną babkę w centrum wydarzeń. Rey to postać, która zdecydowanie potrafi wzbudzić sympatię widza, w czym zapewne spora zasługa grającej ją Daisy Ridley. W każdym razie kobiety w fantastyce z dumą stawiają czoła przeciwnikom i przekonują do siebie grupy popleczników.

Wyprzedzając swoje czasy

Niedawno obejrzałam na HBO tytuł Ich własna liga (1992), czyli film familijny, z rodzaju tych bardzo lekkich i przyjemnych. To dobry przykład kobiecej solidarności, gdzie w centrum wydarzeń mamy grupkę dziewczyn - mimo że pojawia się w filmie taka gwiazda jak Tom Hanks, to mężczyźni grają tutaj drugie skrzypce. Najważniejsze są bohaterki, z których w czasie wojny formułuje się liga baseballu, żeby zapełnić lukę w tym sporcie pozostawioną przez walczących na froncie mężczyzn. Szybko okazuje się, że ich rozgrywki budzą równie duże emocje jak baseball męski. Finalnie to historyczny moment, w którym coś w tym sporcie się zmienia, a kobieta może wybrać czy chce kontynuować karierę czy spełniać się jedynie jako matka i żona. Innym tytułem, który warto tutaj wspomnieć jest film Ukryte działania (2016), w którym trójka kobiet pracujących dla NASA angażuje się w prace związane z wysłaniem w kosmos pierwszego Amerykanina. Lata 50. i 60. zeszłego wieku, kobiety porzucają narzucone im społecznie role, szukają spełnienia w dziedzinach, które je interesują. Może samego seansu nie wspominam jakoś ekscytująco, ale temat na pewno ważny, szczególnie że całość oparta została na prawdziwych wydarzeniach.

Jedna przeciwko wszystkim

Często bywa też tak, że kobieta sama musi powiedzieć dość i postawić na swoim. Najbardziej popularnym przykładem jest tutaj chyba film Erin Brokovich (2000), gdzie tytułowa bohaterka wypowiada wojnę dużemu koncernowi, który zanieczyszcza wodę w miasteczku. Ta postać o niewyparzonym języku stawia czynny opór, zbiera powoli sojuszników, ale dochodzi do celu przede wszystkim dzięki swojej nieustępliwości. Mocno zapadająca w pamięć jest też historia bohaterki Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri (2017), walczącej z szeryfem o sprawiedliwość dla swojej zamordowanej córki. Film dotyka tematu przemocy wobec kobiet, a główna postać, fenomenalnie grana przez Frances McDormand, to kobieta pełna bólu, a także ogromnej siły walki. Samotnie stawia czoło szeryfom czy księżom, wdając się z nimi w słowne potyczki, nigdy nie hamując się w wypowiedzeniu swojego zdania. Całkiem inną walkę, bo w celu pogodzenia się ze sobą przechodzi bohaterka Wild (2014). Postać, grana przez Reese Witherspoon, próbując poradzić sobie z przeszłością postanawia pokonać trudny szlak Pacific Crest Trail. Także w różnych sytuacjach spotykamy nasze bohaterki, ale postawione pod ścianą zawsze walczą jak lwice.


Najmłodsi też znajdą coś dla siebie, bo mocne postaci pojawiają się także w wielu animacjach. Pierwsze na myśl nasuwają się: Mulan, Brave i Vaiana, każda warta obejrzenia (ja już do najmłodszych nie należę, a uwielbiam każdą z nich). Do tego trzeba tutaj dorzucić tytuły ze studia Ghibli, gdzie sporo charakternych kobiet/dziewcząt się znajdzie, z brzegu rzucę Księżniczkę Monomoke i Podniebną pocztę Kiki. Z filmów także jest jeszcze kilka tytułów, o których nie wspomniałam, jak Uśmiech Mony Lisy czy Brooklyn, ale liczę na to, że podzielicie się kolejnymi przykładami w komentarzach. 

Seriali tutaj nie ujmowałam, chociaż również spora grupa by się uzbierała, w końcu Girl Power mamy i w Orange is the new black, i w Derry girls, i w Big little lies, i w takiej animacji jak She-Ra. Także to temat na inny raz.

środa, 21 października 2020

Micha polecanych filmów

Wpisów z serii micha filmów nie było tutaj naprawdę dawno. Nie znaczy to, że filmów nie oglądałam, a raczej że ostatnimi czasy skupiłam się bardziej na czytaniu i nadrabianiu seriali. W tym momencie nie potrafiłabym napisać opinii o każdym obejrzanym tytule, ponieważ trochę za dużo czasu od seansów minęło. Postanowiłam zatem skupić się na tych, które podobały mi się bardziej i które chciałabym Wam polecić. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że w przyszłości planuję wrócić do bardziej systematycznego pisania o filmach.

Niedawno miałam ochotę na film z kategorii kina niezależnego, a poszukiwania odpowiedniego tytułu okazały się bardzo owocne: trafiłam na zdobywcę Złotej Palmy w Cannes, który można aktualnie znaleźć na Netfliksie. Na pierwszy rzut oka przywołuje skojarzenia z zeszłorocznym zdobywcą Oscara, Parasite, co działa tylko na plus, w końcu film John-ho Bonga to była prawdziwa petarda. Złodziejaszki to historia dość oryginalnej rodzinki: babcia, która jest głównym żywicielem ekipy, wnuczka, która pracuje w czymś w rodzaju nocnego klubu; matka i ojciec, który wraz z synem para się sklepową kradzieżą. Wszyscy zamknięci na kilku metrach kwadratowych. Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy do tej grupy dołącza pięcioletnia Yuri. Film jest niespieszny, reżyser powoli pokazuje nam codzienność tej „rodziny” oraz przedstawia warunki, w których żyją, co pozwala przyjrzeć się łączących ich uczuciom. To tego typu film, który wszystkie emocje kryje pod powierzchnią, ale daje im ujście pod koniec oglądania. Widz natomiast zostaje z pytaniami jak to jest z tą rodziną, jak ważną rolę pełnią więzy krwi, czy rodzinę można sobie wybrać i jak wygląda tworzenie mocnej więzi między rodzicami a dziećmi. Poruszający, ale spokojny, lekki, ale tragiczny, mocny, ale czuły. Do tego podobała mi się ta warstwa tajemniczości budowana od pierwszych scen, gdzie czegoś się domyślamy, ale dalsze oglądanie pokaże, że raczej będzie to błędne przypuszczenie. Co jak co - warto.

Z dokumentami zazwyczaj mi jakoś nie po drodze, ale ten doczekał się nominacji do Oscara i ogólnie trudno było o nim nie usłyszeć, nie tylko w Internecie, ale także od moich znajomych. Takich znajomych, którym w ciemno ufam w sprawie filmowych poleceń. Udało mi się dorwać Krainę miodu w Ninatece i rzutem na taśmę, bo ostatniego dnia dostępności go obejrzałam. To dokument o Hatidze, która mieszka ze swoją matką w macedońskiej wiosce i zajmuje się zbieraniem miodu. Pewnego dnia w sąsiedztwie pojawia się wielodzietna rodzina również zainteresowana hodowlą pszczół. Główna bohaterka, Hatidze to taka cudowna postać, ciepła i wzbudzająca natychmiastową sympatię. Wspaniale jest oglądać życie człowieka tak pełnego empatii, kochającego naturę, który pozbawiony jest kompletnie grzechów współczesnego społeczeństwa - takich jak chociażby materializm i chęć zarobku. W ogóle coraz rzadziej zwracamy uwagę na otoczenie, jeżeli przy wzbogacaniu się niszczona jest praca innych to trudno - wzruszamy ramionami i idziemy dalej. Oprócz takich ciekawych spostrzeżeń społecznych, można też wskazać dużo więcej dobra: pięknie poruszony temat samotności, pełne oddanie w kwestii opieki nad rodzicem. Cudowne jest też prowadzenie narracji, chwytają za serce przepiękne zdjęcia, świetni bohaterowie. Po prostu miodzio!

Niedawno pisałam o książkowym pierwowzorze, chociaż tak naprawdę najpierw obejrzałam ten film, a dopiero później przeczytałam lekturę. Przyznaję, że po zapoznaniu się z powieścią tym bardziej doceniam scenariusz, ponieważ powstał na podstawie ponad setki listów, wysyłanych przez różnych bohaterów. Przedstawienie tego w postaci pełnometrażowego filmu wymagało sporej pracy, a ta się opłaciła. To historia spisku markizy i wicehrabiego, polegającego na kilku podbojach miłosnych i zemście na członkach socjety. Fani filmów kostiumowych będą wniebowzięci, możemy tutaj oglądać wspaniałe wnętrza pałaców, cudowne suknie, upięcia włosów, do tego mocną charakteryzację - całość tworzy przepiękny, kolorowy obraz, od którego trudno odwrócić wzrok. Na dodatek Glenn Close gra tutaj tak wspaniale, uwielbiam tę aktorkę. Chociaż warto zaznaczyć, że popisów jest tutaj przynajmniej kilka, bo mamy też Malkovicha w roli Valmonta czy młodą Umę Thurman w roli Cecylii. To po prostu porządna porcja klasyki. A jeżeli jesteście ciekawi jakie tematy są w niej poruszane to odsyłam do wcześniejszej notki, w której opisuję książkowy pierwowzór.

Blue Jay to taki mało znany film, ja w ogóle nie kojarzyłam tego tytułu przed obejrzeniem. Wynalazłam go na Netfliksie i kompletnie mnie w sobie rozkochał. Opowiada o dwójce osób, które spotykają się po latach niewidzenia podczas zakupów w supermarkecie. Umawiają się na kawę.i spędzają razem jeden dzień, a my powoli odkrywamy, że kiedyś była to para zakochanych nastolatków. To film pełen emocji, melancholijny, a zarazem ciepły. Scenariusz napisany został na dwóch aktorów, to spokojna historia, skupiona na dialogu. Brak akcji tutaj zupełnie nie przeszkadza, rozmowy pary słucha się z niegasnącym zainteresowaniem. Aktorzy poradzili sobie z trudnym zadaniem udźwignięcia ciągłego bycia w centrum wydarzeń, z czego Sarah Paulson kradnie tutaj show i hipnotyzuje przez cały czas. Mamy tutaj także do czynienia z pięknymi, czarno-białymi zdjęciami. Za każdym razem jak wspominam ten film to aż mam ochotę zobaczyć go jeszcze raz i jeszcze raz sobie na seansie popłakać.

Już przy Krainie miodu pisałam, że dokumenty to nie moja bajka, a tutaj zaskoczenie - kolejny tego typu film na liście poleceń. W sumie nie wiem jak znalazł się na mojej liście do obejrzenia, ale cieszę się, że kiedyś go sobie zapisałam. Opis fabuły można spłycić do określenia, że będziemy śledzić codzienne życie kilku deskorolkarzy. I na początku faktycznie obserwujemy ich wyczyny sportowe, imprezowanie, a także przedstawiona zostanie krótka historia poznania się całej paczki. Jednak szybko film zacznie nam mówić o wiele więcej. Tematowi przemocy domowej zostaje tutaj poświęcone naprawdę sporo czasu, a zostanie pokazany z wielu perspektyw i na wielu przykładach. Sporym plusem jest fakt, że materiał powstawał na przestrzeni lat, a reżyser to człowiek wrażliwy i potrafił wyciągnąć z ludzi mocne, szczere, pełne emocji wyznania. To film, który po prostu warto zobaczyć.
Nieobliczalny Taika Waititi i jeden z jego wcześniejszych filmów. Od razu nasuwa się podobieństwo do najnowszego tytułu reżysera, Jojo Rabbit. Tutaj również całość skupi się przede wszystkim na relacji dziecka z dorosłym mężczyznom, który ponownie nie będzie jego ojcem. Ale po kolei: Ricky to sierota, który wędruje z jednej rodziny zastępczej do kolejnej. Poznajemy go w momencie kiedy pojawia się na progu czułej Belli i mieszkającego z nią, wycofanego Heca. Żeby obyć się bez spoilerów: w wyniku pewnych wydarzeń Ricky i Hec zaczynają szaloną ucieczkę i muszą poradzić sobie w dziczy. Film jest bardzo dobry na wielu płaszczyznach, przede wszystkim jak na komedię familijną jest oryginalny, żarty są na poziomie (w końcu to Waititi), a tempo akcji idealnie wyważone między scenami dynamicznych pościgów i poważnych rozmów dwójki bohaterów. Do tego wszystko w otoczeniu pięknej przyrody, świetnie zagrane i napisane. Czego chcieć więcej?

A Wy, co ciekawego ostatnio widzieliście? 

sobota, 17 października 2020

„Niebezpieczne związki” Pierre Choderlos de Laclos - bezlitosna zabawa uczuciami

„Niebezpieczne związki”
Pierre Choderlos de Laclos

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1782
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: MG

Co za pewność siebie u tego człowieka, który ośmiela się zasypiać spokojnie, gdy obrażona przezeń kobieta nie zemściła się jeszcze.

Krótko o fabule:
Czy miłość może zabić? U źródeł intrygi leży urażona ambicja pięknej markizy de Merteuil. Aby zemścić się na mężczyźnie, który przedłożył nad jej wdzięki świeżość i niewinność wychowanego w klasztorze dziewczęcia, namawia dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont, aby uwiódł Cecylię de Volanges – właśnie ową cnotliwą i naiwną pannę. Pragnie, aby młody małżonek znalazł w swoim łożu zamiast zawstydzonej dziewicy wyrafinowaną kochankę. Valmont początkowo odmawia, gdyż nudzi go perspektywa łatwej zdobyczy, zwłaszcza że zafascynowany jest niedostępną pięknością – prezydentową de Tourvel. W przeciwieństwie do markizy, która jedynie udaje cnotliwą i pobożną damę, pani de Tourvel rzeczywiście zasługuje na swoją znakomitą reputację; dlatego też cyniczny Valmont traktuje ten podbój jako wielkie wyzwanie. Markiza musi więc działać innymi sposobami: jako przyjaciółka matki Cecylii często widuje młodą dziewczynę. Stopniowo zdobywa zaufanie dziewczyny, staje się powiernicą i doradczynią. Widząc odwzajemnione zainteresowanie młodej panny kawalerem Danceny, podsyca je i steruje wydarzeniami, by wzniecić ogień uczucia Cecylii…
- opis wydawcy 


Moja ocena:

Rok 1782, Francja. Laclos wydaje Niebezpieczne związki i od razu wybucha skandal, ludzie oburzają się tę przepełnioną miłosnymi igraszkami deprawującą treść, a sama powieść zostaje zakazana - we Francji nie można było jej czytać od 1815 aż do 1875 roku. Tyle kontrowersji wokół książki sprawia, że tym bardziej wszyscy są nią zainteresowani, także staje się prawdziwym bestsellerem i wkrada się do grona klasyków literatury. 

Ja popełniłam jeden podstawowy błąd: przed sięgnięciem po powieść obejrzałam film z 1988 roku w reżyserii Stephena Frears. Swoją drogą bardzo dobry film ze świetnymi popisami aktorskimi Glenn Close i Johna Malkovicha w rolach głównych. W pewnym stopniu odebrałam sobie radość z poznawania tej historii i zagłębiania się w zawiłe intrygi oraz obrzydliwe knowania zepsutych bogaczy. Bez znajomości treści byłabym zapewne mocniej zaintrygowana, ale na szczęście sama lektura kryła o wiele więcej wrażeń. Także i tak trudno było się od czytania oderwać. 

Niebezpieczne związki napisane są w formie ponad stu listów. Korespondencja dotyczy przede wszystkim dwójki słynnych i cenionych arystokratów: markizy de Merteuil i wicehrabiego Valmonta. Ich listów jest chyba najwięcej i są one najdłuższe - zajmują się w nich przede wszystkim detalicznym planowaniem uwiedzenia konkretnych bohaterów, ale będą nam również opowiadać historie z ich otoczenia, poznamy dzięki nim sporo plotek. Autorów listów będzie jednak więcej, każdy z ważnych bohaterów będzie prowadził swój wątek - Cecylia pisuje do swojej przyjaciółki z klasztoru, pani de Tourvel do zaufanej bliskiej osoby - ten zabieg pozwolił na ciągłe zmiany punktu widzenia (szczególnie przydatne w momentach, kiedy różne osoby opisują to samo wydarzenie), a dodatkowo, sprawia że powieść staje się wielowarstwowa. Będziemy mogli zobaczyć rozterki kobiet, które zostają wplątane w intrygę, obserwować jak powoli zaczynają coraz głębiej wpadać w sieć rozstawioną przez wicehrabiego i markizę.

źródło

Zainteresowanie tą powieścią epistolarną wydaje się niegasnące, kolejne pokolenia czytelników zagłębiają się w arystokratyczny świat Francji XVIII wieku i zdają się znajdować tam coś dla siebie. Autor zasłużył sobie na tę uwagę, ponieważ jego postaci są przemyślane, mają mocne podstawy psychologiczne, ich charaktery są żywe i wzbudzają emocje. Valmont i de Merteuil to postacie napędzane znudzeniem, szukają sobie rozrywki mieszając w życiu innych, cieszy ich psucie kolejnych osób, szerzenie deprawacji, sami znajdują uciechę w zmienianiu partnerów łóżkowych i w wielu podbojach seksualnych. Główni bohaterowie, którzy są tak naprawdę czarnymi charakterami historii tym bardziej zaciekawiają czytelnika. 

Książka ta pozostaje również zapisem minionej epoki. Wydana na krótko przed rewolucją pokazuje jak wyglądało życie ówczesnej arystokracji zamkniętej w pałacach, z nudów oddającej się gorszącym czynom. Pozwalają sobie na nie, dopóki nikt o nich nie wie. To społeczeństwo szuka sensacji w życiu innych, uwielbia plotki i pragnie poniżyć znajomych, a najlepiej doprowadzić do skandalu. Samemu w tym wszystkim pozostać bez skazy w opinii publicznej. W tym społeczeństwie nie ma miejsca dla szczerości, prawdy, jeżeli ktoś ma zasady moralne zostaje od razu okrzyknięty na salonach „świętoszką” i niemal wykluczony z towarzystwa. 

Niebezpieczne związki mimo swoich lat wciąż zachęcają uniwersalnymi tematami, znajdziemy wśród nich m. in. zemstę, zazdrość, pożądanie i miłość. Z ekscytacją ogląda się jak skrupulatnie utkana intryga ulega rozpadowi kiedy ludzie nie chcą dokonywać kroków, które zostały im wybrane przez innych bohaterów. Okazuje się, że nie da się przewidzieć ludzkiego zachowania, ludzkich uczuć, a miłość traktowana jako zabawa towarzyska z komedii przeradza się w tragedię głównych intrygantów. 

I na koniec dodam tylko, że tłumaczenie Tadeusza Boya-Żeleńskiego to perełka.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

wtorek, 6 października 2020

„Szachinszach” Ryszard Kapuściński - niekończąca się polityka strachu

„Szachinszach”
Ryszard Kapuściński

Gatunek: literatura faktu
Rok pierwszego wydania: 1982
Liczba stron: 143
Wydawnictwo: Agora

Wszystkie książki o wszystkich rewolucjach zaczynają się od rozdziału, który mówi o zgniliźnie władzy upadającej albo o nędzy i cierpieniach ludu. A przecież powinny one zaczynać się od rozdziału z dziedziny psychologii - o tym jak udręczony, zalękniony człowiek nagle przełamuje strach, przestaje się bać. Powinien być opisany cały ten niezwykły proces, który czasem dokonuje się w jednej chwili, jak wstrząs, jak oczyszczenie. Człowiek pozbywa się strachu, czuje się wolny. Bez tego nie byłoby rewolucji.

Krótko o fabule:
Obraz panowania i upadku szacha Iranu Mohammeda Rezy Pahlaviego. Fascynujący reportaż ukazuje kluczowy konflikt końca XX wieku między odgórną rewolucją, usiłującą wprowadzić „nowoczesność”, a kontrrewolucją fanatycznego integryzmu muzułmańskiego ajatollaha Chomeiniego.  
- opis wydawcy 


Moja ocena:

Patrząc wstecz na minione miesiące 2020 roku, stwierdzam, że mogę być zadowolona z jakości tegorocznych lektur. Dotychczas nie natknęłam się jednak na coś, co poruszyłoby mnie głębiej, co mogłabym z czystym sumieniem okrzyknąć rewelacją. Aż do teraz, bo oto we wrześniu przyszła w końcu pora, żeby sięgnąć po moją pierwszą książkę Ryszarda Kapuścińskiego. I to było zupełnie niesamowite spotkanie. 

Nie wiem czego się spodziewałam otwierając tę książkę. Wiedziałam oczywiście, że autor jest okrzyknięty królem reportażu, że to prawdziwy mistrz w kategorii literatury faktu. Ja jednak nie bardzo potrafię się odnaleźć w meandrach tego gatunku, dlatego podchodziłam do niej z pewną dozą rezerwy. Lektura okazała się zupełnie innym przeżyciem niż się spodziewałam, o wiele bardziej angażującym, otwierającym oczy i takim... ludzkim. 

Ryszard Kapuściński w prawdziwie magiczny sposób snuje opowieść o historii Iranu. Osobiście często załamuję ręce nad swoją ignorancją i obojętnością w sprawie śledzenia wydarzeń ze świata i przyznaję ze wstydem, że sam temat rewolucji irańskiej był dla mnie obcy. Jednak nie trzeba być wcześniej przygotowanym, bo autor nie dość, że wszystkie ważne wydarzenia nam przybliży, to jednocześnie sprawi, że odczujemy je o wiele intensywniej, dzięki jego wnikliwym spostrzeżeniom. Szachinszach nie przedstawi nam po prostu faktów dotyczących rewolucji w Iranie, on pozwoli nam się pochylić nad przykładami zachowania ludzi w tak odmiennej kulturze, które na własne oczy zobaczył autor, a komentarze Kapuścińskiego pozwolą odczuć ogromne pokłady jego empatii i ciekawości względem drugiego człowieka. 

źródło

Styl autora jest lekki, co zaskakuje, szczególnie w zestawieniu z poruszaną tematyką. Nakreślając kolejne zdarzenia odwołuje się przykładowo do fotografii - zaczyna czytelnikowi opisywać zdjęcie, a przy okazji rozszerza ten opis o wydarzenia i fakty z nim związane. Zabieg oryginalny, a wykonanie bez zarzutu. Wizja świata w Szachinszachu jest przerażająca, a autor sprawia, że zarazem niesamowicie fascynuje nas podczas czytania. Zdecydowanie nie jest to kolejna lektura, którą przeczytamy i o której zapomnimy. Opisy zostają z nami na dłużej, szczególnie przedstawienie brutalnych tortur i obrazu społeczeństwa, które wciąż wpada w te same pułapki, mszcząc się na swoich oprawcach i wprowadzając po raz wtóry politykę strachu.

Wiele z przytoczonych w Szachinszachu faktów zdawało mi się wręcz czystą abstrakcją, trudno uwierzyć, że to wszystko miało miejsce w tak niedalekiej przeszłości. Oto Iran, mając w swoich zasobach płynne złoto w postaci ropy naftowej dobija targu z Ameryką i podwyższa roczny dochód państwa o miliardy dolarów. Pieniądze, które zamiast zainwestować w edukację i rozwój państwa szach poświęca na zupełnie abstrakcyjne cele. Oczywiście pokaźna suma trafi do osób u władzy, które budują sobie wille i przechowują pieniądze w zagranicznych bankach, starając się wyciągnąć jak największe kwoty kosztem życia milionów szarych mieszkańców państwa. Co jeszcze było głównym wydatkiem? Otóż, prawdziwa obsesja szacha, czyli sprzęt bojowy i uzbrojenie. Ogromną część majątku Iranu poświęcono dla armii, która to skrupulatnie wykonuje misję szacha - trzyma społeczeństwo w ryzach porywając ludzi z ulicy, torturując i w końcu mordując z zimną krwią. Szach w końcu musi być pewny, że nikt nie zwróci się przeciwko niemu, a nawet nie wypowie zdania, które może w jakiś sposób insynuować sprzeciw wobec władzy. W tym przedziwnym sposobie prowadzenia państwa posuwa się jednak o krok dalej i żeby doścignąć rozwinięty świat Zachodu postanawia dokonać poważnych zakupów. Inwestuje w najdroższe czołgi, samoloty i sprzęty, których używają rozwinięte technologicznie kraje, zapominając tylko o jednym - nie posiada w państwie ludzi, którzy potrafiliby je obsłużyć. Zamiast jednak tworzyć nowe miejsca rozwoju i pracy, postanawia zapłacić obcokrajowcom, kusząc ich niebotycznymi kwotami. Dochodzi do kolejnego absurdu - na pustyniach zalegają drogie helikoptery i czołgi, a zwykły mieszkaniec Iranu nie ma dostępu do studni z wodą. Tego typu ciekawostek i nie mieszczących się w głowie, ale prawdziwych wydarzeń znajdzie się w książce o wiele więcej.

Wszystko to zostaje w czytelniku, szczególnie że słyszy te historie od człowieka, który był w Iranie, który opisuje codzienność prostych ludzi, którzy tak długo żyli w strachu, że w końcu musieli się zbuntować przeciwko władzy. Ale także człowieka, który szczerze przeżywa los tego społeczeństwa, który był świadkiem wielu rewolucji, a każda odcisnęła w nim swoje piętno. Dzięki Szachinszachowi spojrzymy na fakty w zupełnie inny sposób, zwrócimy uwagę na sprawdzoną tutaj zasadę utrzymywania nieedukowanego społeczeństwa w ciągłym strachu, dowiemy się gdzie znajduje się punkt zapalny dla wybuchu rewolucji i dlaczego zmian nie da się wprowadzić z dnia na dzień, a także posłuchamy o nienawiści, która rodzi nienawiść. Koniec książki Kapuścińskiego przepełniony jest uczuciem smutku i melancholii, bo ludzie, którzy w końcu wyrwali się ze szponów tyrana popełniają jego błędy. Brakuje przywódców, którzy znają odpowiedź na pytanie „Co dalej?”, więc społeczeństwo wpada w znane i wypróbowane tory. Torturowani stają się egzekutorami. 

poniedziałek, 28 września 2020

„Wiosna zaginionych” Anna Kańtoch - w katowickiej dzielnicy coraz więcej pytań

„Wiosna zaginionych”
Anna Kańtoch

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2020
*Liczba stron:* 400
*Wydawnictwo:* Marginesy

Nadzieja potrafi zrobić z nas idiotów, ale jeszcze większych idiotów robi z nas czasem strach.

*Krótko o fabule:*
Krystyna, emerytowana policjantka, jako młoda dziewczyna straciła w tajemniczych okolicznościach brata. W 1963 roku piątka studentów, dwie dziewczyny i trzech chłopaków, wyruszyła w Tatry, troje z nich zostało odnalezionych martwych, jeden – brat Krystyny – zaginął bez wieści. Wrócił tylko Jacek.  Teraz, po ponad pięćdziesięciu latach, Krystyna niespodziewanie spotyka go w osiedlowym sklepie w katowickim Nikiszowcu. Okazuje się, że Jacek od jakiegoś czasu pod zmienionym nazwiskiem mieszka w tej samej dzielnicy. Krystyna postanawia zmusić go do zdradzenia, co wydarzyło się w górach, a może nawet dokonać zemsty – w tym celu późnym wieczorem wybiera się do jego domu z nożem w plecaku. Gdy jednak wchodzi do willi, zastaje Jacka zamordowanego.
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*

Kryminały to nie jest moja bajka, czytałam ich w życiu naprawdę niewiele, także bardzo daleko mi do znawcy gatunku. Ostrzegam, że moja opinia będzie więc napisana z punktu widzenia zupełnego laika. Musicie wiedzieć, że nawet nie interesując się tymi historiami z dreszczykiem trudno było nie słyszeć o autorce, Annie Kańtoch. Sporą ma grupę fanów, a wśród napisanych przez nią książek znalazło się też miejsce dla kilku tytułów z gatunku fantastyki. Mnie wcześniej nie dane było jej twórczości poznać, chociaż napalałam się na przeczytanie jakiejś jej książki od dłuższego czasu. W końcu padło na nowość od wydawnictwa Marginesy i od razu mogę przyznać - nie zawiodłam się.

Ostatnio coraz ciężej jest mi skupić się na lekturze, jest tak, że poczytam godzinkę i muszę robić sobie przerwę. Sprawa z Wiosną zaginionych była zupełnie inna - zerknęłam na pierwszy rozdział, później jeszcze kolejny i ani się obejrzałam, a już książkę kończyłam. Nie chodzi tutaj nawet o samą podstawę dobrego kryminału, czyli nagromadzone tajemnice i pytania, których rozwiązanie chcemy poznać. Tutaj przede wszystkim styl pisania pani Kańtoch sprawił, że nie chciało się odkładać książki - Wiosna zaginionych to powieść, którą naprawdę czyta się z czystą przyjemnością i w ekspresowym tempie.

Postawienie w głównej roli podstarzałej, emerytowanej policjantki, mieszkanki Katowic, okazał się strzałem w dziesiątkę. Autorka znalazła bardzo ciekawą, polską protagonistkę, dała jej dobrze zarysowaną przeszłość, kilka wad, a także bystrość oraz jasność umysłu, wręcz zaskakującą na ten wiek. Krystyna prowadzi rozdziały jej poświęcone w pierwszej osobie, relacjonując swoje życie z wystarczającą dozą wnikliwości, pochylając się nad sprawami, które zrobiła w swoim życiu źle, opisując swoje żale i nieprzepracowane traumy z przeszłości. To niesamowite jak długo człowiek potrafi rozmyślać o wydarzeniach, które miały miejsce lata temu, a jednak w przypadku Krystyny i sprawy jej brata nie mamy prawa się dziwić. Tajemnicze morderstwo, związane z zaginięciem z przeszłości, to prawdziwy wyzwalacz wspomnień, które wracają echem po wielu latach i nadal wzbudzają emocje.

źródło

Wracając do stylu pisania autorki, warto zaznaczyć jej umiejętność przedstawienia codzienności polskiego osiedla. Anna Kańtoch postarała się, żeby wszystkie szczegóły były dopracowane, a tło historii mocno zarysowane, a zrobiła to bez zbędnych, długich opisów, bardziej wplatając je zgrabnie w główną akcję. Krystyna żyje w niewielkim mieszkaniu, często plotkuje z sąsiadkami na pobliskiej ławce, zajada się gotowymi daniami, kupuje pulpety i gołąbki w słoiku, za co nieustannie dostaje reprymendę od córki. Jej wnuk przesiaduje ciągle przy komputerze, grając w fortnite'a i prowadząc internetowy pamiętnik, gdzie może się wyżalić na niekończące kłótnie rodziców i wszelkie kłębiące się w nim tajemnice. Wnuczka natomiast, studentka ASP, angażuje się w pomaganie zwierzętom i wprost przepada za swoją babcią, z którą ma bardzo dobry kontakt. Sporo tutaj dobrze nakreślonych charakterów, a autorka pozwala nam poznać ich za sprawą zmiany punktu widzenia - czasami czytamy rozdziały dotyczące Krystyny (te są napisane w pierwszej osobie), a czasami opisujące życie policjanta Grygi. Dzięki temu przekrój społeczeństwa i problemów różnych osób będzie większy. 

Dobrze, ale przejdźmy do tego, czego w kryminale każdy poszukuje - jak to jest z tą główną intrygą, czy zagadka jest wystarczająca, a rozwiązanie satysfakcjonujące? Z odpowiedzią nie jest wcale tak prosto, bo Anna Kańtoch wodzi nas za nos od samego początku. Kiedy poznajemy pierwszą tajemnicę z przeszłości głównej bohaterki, zaczynamy szukać wytłumaczenia. Jednak zamiast zbliżać się do rozwiązania, poszlaki zaczną się mnożyć i za moment zamiast szukać tego jednego wyjaśnienia, będziemy mieć całą garść pytań bez odpowiedzi. Wspaniale się ten zabieg sprawdził, powolne odkrywanie przeszłości Jacka doprowadziło do kilku interesujących tropów, a czytelnik mógł zacząć domyślać się rozwiązania. Ja byłam w miarę blisko, ale i tak autorce udało się mnie w kilku miejscach zaskoczyć. Wiele pytań zostało jeszcze bez odpowiedzi, ale dzięki temu czytelnicy chętnie sięgną po kolejny tom. Ja na pewno z przyjemnością wrócę do przygód Krystyny i reszty bohaterów.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy.

poniedziałek, 21 września 2020

„Drzewo życzeń” i „Ostatni jednorożec” - literatura dziecięca warta poznania

*Drzewo życzeń*
Katherine Applegate

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Wishtree
*Gatunek:* dziecięca/młodzieżowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 176
*Wydawnictwo:* Dwie siostry

"To wielki dar, umieć kochać siebie i to, czym się jest."

*Krótko o fabule:*
Razem ze swoją przyjaciółką wroną Bongo i innymi zwierzętami, które żyją w jego dziuplach i gałęziach, Dąb czuwa nad okolicą. Mogłoby się wydawać, że nic już go nie zaskoczy. Ale pewnego dnia do jednego z domów przy jego ulicy wprowadza się rodzina z zagranicy. Nie wszyscy życzliwie ją witają. Wkrótce wydarza się coś, co sprawi, że Dąb złamie najważniejszą zasadę wszystkich roślin i zwierząt i… przemówi do ludzi.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*

Drzewo życzeń znam przede wszystkim z polecenia dwóch osób, autorek książkowych miejsc w sieci, kolejno: bibliofilem.byc i cholera czyta. Ufam recenzjom tych dziewczyn, więc przy nadarzającej się okazji książkę zakupiłam. Narracja pierwszoosobowa prowadzona jest przez stary dąb, który pełni funkcję miejscowego Drzewa życzeń - co roku ludzie wieszają na nim karteczki bądź wstążeczki z zapisanymi skrytymi pragnieniami. Pewnego dnia w sąsiedztwie pojawia się nowa rodzina imigrantów, która zostaje niemiło przyjęta przez mieszkańców, co oburza dąb i grupkę zamieszkujących go zwierząt. Postanawiają więc coś na tę niechęć do sąsiadów zaradzić.

Ta krótka historia przekaże nam sporo ważnych lekcji na temat akceptacji, przyjaźni, tolerancji i zrozumienia drugiego człowieka. Robi to wszystko w formie lekkiej, przystępnej dla młodego czytelnika - Dąb będzie trochę moralizował, jak na stare drzewo przystało, ale poprowadzi również zabawne sprzeczki z wroną Bongo, a także wyśmieje bawiące się w jego konarach zwierzątka. Ani na chwilę nie poczujemy, że coś tutaj jest przekazywane na siłę, każda lekcja będzie wydawała się jak najbardziej naturalna i zrozumiała. Podczas czytania czuje się czystą radość, że taka książka powstała, chociaż mi zdarzyło się także uronić kilka łez - cóż, pod koniec zagrała na emocjach. Wydawnictwo Dwie siostry wykonało świetną robotę jeżeli chodzi o wnętrze powieści, całość ozdabiają liczne rysunki, przepięknie uzupełniające historię. Drzewo życzeń łączy miłą i przyjemną lekturę, która rozczuli niejedno serce z ważną treścią o aktualnych problemach. Jeżeli mamy przekazywać najmłodszym istotne wartości - ta lektura na pewno w tym pomoże. A i wielu dorosłym również przydałoby się poznać historię Samar i spojrzeć na nią z perspektywy dwustuletniego drzewa, które ma dość nietolerancji i wykluczenia. To ważna lekcja dla nas wszystkich, niezależnie od wieku.

*Ostatni jednorożec*
Peter S. Beagle

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The last unicorn
*Gatunek:* dziecięca/młodzieżowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1968
*Liczba stron:* 340
*Wydawnictwo:* Nowa baśń

"(...) nawet najwięksi czarodzieje są bezsilni wobec dwojga ludzi, którzy trzymają się razem..."

*Krótko o fabule:*
Jednorogini żyła w lesie liliowym i pędziła żywot samotny. Pewnego dnia ruszyła w podróż w poszukiwaniu podobnych sobie. W towarzystwie nieudolnego magika Szmendryka i nieustraszonej Molly po raz pierwszy od urodzin poznaje uroki i trudy życia. Jej droga wiedzie do zamku podupadłego monarchy – i do konfrontacji z bestią, która wytrzebiła jej gatunek. 
- opis wydawcy


*Moja ocena:*

Ostatni jednorożec to klasyka powieści fantasy, którą zapewne powinnam poznać jako młodszy czytelnik. Jakimś cudem ani książki ani ekranizacji (w formie animacji) wcześniej nie znałam, toteż wznowienie wydawnictwa Nowa baśń pojawiło się w samą porę. Ostatni jednorożec to wspaniała pozycja na przejście ze świata baśni do świata trochę bardziej dorosłego gatunku fantasy. Będziemy mieć do czynienia z królami, magicznymi stworzeniami i klątwami, ale jednocześnie zobaczymy jak zmienia się świat, w którym ludzie przestają dostrzegać magię wokół siebie, skupieni na pędzeniu do przodu, nie zwracający uwagi nawet wtedy, gdy jednorożec pojawi im się przed oczami. Bohaterowie są zbudowani na silnych fundamentach, to nie są bajkowi książęta bez skazy - w tym przypadku każdy ma swoje wady, które stara się naprawić. Wciąż nad całością można wyczuć aurę baśniowości z wszystkimi schematycznymi elementami: wyprawami na przerażające potwory i misjami ratunkowymi, z ciekawymi magicznymi stworzeniami i okrutnymi wiedźmami, rzucającymi klątwy na zamki, wreszcie z czarnym charakterem do pokonania i grupą bohaterów, którzy mu się przeciwstawiają. 

Beagle tak kreuje postaci i wydarzenia, że dorosły człowiek nie chce przerywać czytania, chce wiedzieć co się stało z zagubionymi jednorożcami, chce odnaleźć ten element magii, który niegdyś był obecny w jego życiu, chce dowiedzieć się kto, dlaczego i gdzie go schował. Po drodze jednak dowiadujemy się, że magia wcale nie uciekła, tylko my przestaliśmy jej szukać. Podsumowując, to naprawdę świetna pozycja dla młodego entuzjasty fantastyki.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka