czwartek, 19 października 2017

„En avant, marche!” i „nicht schalfen” na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym DIALOG

Pamiętam, że kilka lat temu marzyłam o tym, żeby wziąć udział w festiwalu DIALOG, czyli Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym we Wrocławiu. Żeby móc zobaczyć te wszystkie głośne sztuki z całego świata. Trochę smutny jest fakt, że udało mi się w końcu wybrać na spektakle, kiedy repertuar prezentuje się dość ubogo (brak niezbędnego dofinansowania zrobił swoje). Nie udało mi się też zdobyć biletów na bardziej kontrowersyjne tytuły, jednak i tak jestem usatysfakcjonowana tym, co widziałam. 

źródło
Pierwszym spektaklem, który obejrzałam był En avant, marche! w reżyserii Alaina Platela i Franka Van Laecke. Szczerze powiedziawszy, nie przygotowałam się do niego specjalnie, więc wszystko było niejaką niespodzianką. To niesamowicie fascynująca historia starzejącego się i schorowanego muzyka, dla którego bycie częścią orkiestry znaczy całe życie. Przez te prawie dwie godziny będziemy obserwować jego frustracje, ambicje, chęć łapania się chwili i parcia do przodu pomimo choroby. Poczujemy, że warto cieszyć się życiem, wypełniając je muzyką naszego serca. W przypadku naszego bohatera ta muzyka płynie z instrumentów dętych, które są częścią orkiestry, robiącej ogromne wrażenie. Artyści występujący na scenie są prawdziwymi wirtuozami i nie chciało się przestawać ich słuchać i na nich patrzeć. Szczególnie w pamięci zapada chwila „sprzątania” sceny, kiedy uwaga widza skupia się na muzyku, grającym pałeczkami na wszystkim wokół (począwszy od krzeseł a skończywszy na swoich współtowarzyszach). Trwa to może minutę, a kiedy się kończy zostajemy z nowym ułożeniem scenografii i poczuciem, że nie mamy pojęcia kiedy to się stało. To tylko pokazuje, że spektakl potrafił złapać uwagę widza i nie puszczać ani na chwilę. 
źródło
Podobało mi się również tempo całości, sceny energiczne i pełne werwy, przeplatane były z emocjonalnymi i melancholijnymi uzewnętrznieniami bohaterów. Jeżeli o nich chodzi, to oczywiście prym wiedzie Wim Opbrouck, który nadaje kierunek całej fabule i właściwie prowadzi specyficzny monolog, mieszając wciąż różne języki. Dzięki temu nie ma problemu ze zrozumieniem treści, ponieważ bohater będzie przeplatał zdania w języku angielskim, niemieckim, francuskim, włoskim, a czasami nawet polskim (miły akcent, doceniamy). Także napisy są właściwie zbędne. Trudno też nie wspomnieć o talencie pana Opboucka, który oprócz niezaprzeczalnych zdolności aktorskich, pokazał gamę innych umiejętności - śpiew operowy czy cała sekwencja taneczna, z figurami baletowymi. W głowie jednak wciąż mam obraz scen, w których Wim nabierał wody do ust, a następnie płucząc gardło wytwarzał niepowtarzalne melodie. A to tylko jedna z takich magicznych scen. 
Także było warto. Wspaniała, dopracowana muzyka na żywo, płynąca z całej orkiestry, ciekawa tematyka, zdecydowanie bliska mojej estetyce, perfekcyjne wykonanie i trzymanie uwagi widza cały spektakl. Świetne przeżycie.

źródło
Po zachwytach nad En avant, marche! zdecydowałam się wybrać na kolejny spektakl reżyserowany przez Alaina Platela, pod tytułem nicht schlafen. Tym razem tematyka zgoła inna - przenosimy się w serce wojny, powstałej w wyobraźni reżysera. Na środku sceny leżą trzy martwe zwierzęta, a wokół nich grupa tancerzy będzie walczyła o przetrwanie, znalezienie swojego miejsca w nowym świecie, będzie przeżywała małe miłości i będzie doświadczała śmierci. Całość przedstawiona jedynie za pomocą ruchu i kilku dźwięków wydawanych przez artystów. 
Od pierwszego wejrzenia uderza różnorodność tancerzy. Reżyser świadomie stworzył taką mieszankę kulturową, a każdemu pozwolił zachować swoją indywidualność. Dzięki temu nawet w scenach ze wspólnym układem tanecznym, wszyscy mają utrzymaną swoją postać, a każdy ruch odbywa się inaczej, mimo wspólnych wytycznych choreograficznych. 
W przypadku tego spektaklu zdarzyły mi się momenty dłużyzn (możliwe, że przedstawienia taneczne nie należą po prostu do moich ulubionych). Reżyser pozwolił sobie na rozciągnięcie poszczególnych scen w czasie - przez pierwsze kilkanaście minut możemy więc oglądać, jak tancerze ze sobą walczą, dosłownie rozdzierając sobie wzajemnie ubrania. Jeżeli miałabym jednak jakąś scenę wyróżnić, to na pewno w pamięci pozostała mi ta, w której jeden z artystów „umiera” - jego wiotkie ciało, niesione przez współtowarzyszy, przekładane z miejsca na miejsce, naprawdę sprawia wrażenie pustego. Niesamowita świadomość ciała. Trudno też zapomnieć o energicznej scenie tańca z dzwonkami na kostkach, która wniosła nową świeżość, w idealnym momencie spektaklu. Finalnie, to przedstawienie bardzo aktualne, skłaniające do refleksji, a zarazem przepiękne wizualnie i dopracowane muzycznie. 
źródło

Ten tekst to oczywiście luźna opinia, a nie żadna recenzja teatralna. Jestem za dużym laikiem, żeby takie pisać. Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że warto się interesować, warto szukać i warto dawać szansę festiwalom teatralnym. Mnie udało się trafić na prawdziwą perełkę, która wciąż siedzi mi w głowie. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie mi dane częściej bywać uczestnikiem takich wydarzeń. 


niedziela, 15 października 2017

Wyrzuty sumienia jako wystarczająca kara? - „I nie było już nikogo” Agatha Christie

Moja pierwsza książka królowej kryminałów. Przeczytana trochę pod wpływem polecenia, trochę pod wpływem nadchodzącej premiery Morderstwa w Orient Ekspressie. Teraz koniecznie muszę sięgnąć po jakąś ekranizację poniższej książki!
*I nie było już nikogo*
Agatha Christie

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* And Then There Were None  
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1939
*Liczba stron:* 216
*Wydawnictwo:* Wydawnictwo Dolnośląskie

 Łatwiej uwierzyć w kłamstwo niż w prawdę. 
*Krótko o fabule:*
Dziesięć osób, każda podejrzana o morderstwo, zostaje zaproszonych przez tajemniczego gospodarza do domu na wyspie. Gdy ginie druga osoba, goście szybko zdają sobie sprawę, że to, co początkowo uważali za nieszczęśliwy wypadek, jest robotą zabójcy. Postanawiają odkryć jego tożsamość, ale okazuje się, że nikt nie ma alibi. Odizolowani od społeczeństwa, niezdolni do opuszczenia miejsca pobytu, umierają jeden po drugim w sposób opisany w dziecięcej rymowance, która wywieszona jest w ich pokojach.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Za książki autorstwa pani Agathy Christie, znanej także jako królowa kryminałów, zabierałam się już od wielu lat. Jej sława zdaje się nie blednąć, a teksty, które napisała wciąż stają się źródłem inspiracji współczesnych twórców. Książki są nadal chętnie ekranizowane i adaptowane (wystarczy wspomnieć nadchodzącą premierę Morderstwa w Orient Ekspresie).  Ja postanowiłam sięgnąć po tytuł I nie było już nikogo, za sprawą pewnego polecenia (dziękuję k-czyta!). Jak przebiegło to pierwsze spotkanie z królową? 

Kilka słów wstępu na temat samej pani Christie. Jest to najlepiej sprzedająca się autorka wszech czasów, wydała ponad 90 powieści i wiele sztuk teatralnych. Była też członkiem, a później prezesem, Klubu Detektywów, który zrzeszał autorów powieści kryminalnych. 

Powieść I nie było już nikogo znana jest również pod pierwotnym tytułem Dziesięciu Murzynków. Oba te tytuły odnoszą się do wierszyka prezentowanego w książce, w jednym tłumaczeniu jego bohaterami są murzynki, a w drugim żołnierzyki. Ja czytałam tę drugą wersję. To właśnie wokół tej krótkiej rymowanki kręci się cała zagadka kryminalna. Poszczególne wersety przedstawiają sposób w jaki znika kolejny z żołnierzyków. Natomiast na tajemniczej wyspie zaczynają umierać goście, a każdy w okolicznościach podobnych do tych z wierszyka. Bohaterowie w swoich pokojach znajdują nad kominkiem wiszący tekst rymowanki, który staje się złowieszczym przypomnieniem o nadchodzącej katastrofie. 


wierszyk, wokół którego uknuta jest intryga, źródło

Zawsze powtarzam, że nie przepadam za kryminałami, jednak te z klasycznym podejściem trafiają do mnie bardziej niż inne. Jakiś czas temu chwaliłam Sherlocka, a teraz muszę przyznać, że kryminał Christie naprawdę przypadł mi do gustu. Przede wszystkim podoba mi się pomysł zamknięcia grupy podejrzanych i ofiar w miejscu, z którego nie mogą uciec. Tym razem jest to wyspa, na którą każdy zostaje zaproszony przez kogoś innego, ale posiadającego takie same inicjały - U.N. Owen (co jest ciekawą grą słów z angielskim „unknown”, czyli „nieznany”). 

Trochę zadziwia mnie fakt, że wiedząc od początku co będzie się działo (w końcu wierszyk po kolei przedstawia śmierć każdego z mieszkańców wyspy) wciąż czytało się książkę z zapartym tchem. Przede wszystkim trybiki w głowie pracowały na pełnych obrotach, przeskakując z podejrzanego na podejrzanego. Miałam ich podczas lektury kilku, ale autorka po kolei się ich pozbywała. Jeżeli więc jesteście dobrzy w wyjaśnianiu zagadek kryminalnych to zmierzcie się z tą książką - mnie zakończenie naprawdę zaskoczyło

Bohaterowie są wykreowani bardzo dobrze. To dość krótka lektura, więc nie poznamy życiorysu każdego z nich, ale z rozdziału na rozdział będziemy się dowiadywać coraz więcej, a przeszłość naszych niewinnych duszyczek zacznie nabierać coraz bardziej mrocznych barw. Trzeba pochwalić zdolność autorki do przedstawiania osób, które w towarzystwie wydawały się uosobieniami dobra i wrażliwości, a dopiero kiedy zostawały same ze swoimi zmorami przeszłości pokazywały prawdziwą twarz. To wtedy unaoczniały się gnębiące ich wyrzuty sumienia. 

I nie było już nikogo to książka, która jest świetnym punktem wyjścia do burzliwych dyskusji. Porusza tematy związane ze zbrodnią i karą, pozostawia czytelnika z zagwozdką na temat tych wszystkich osób, które zostały uniewinnione, chociaż zbrodnię popełniły. Z drugiej strony zastanowimy się czy można usprawiedliwiać ludzi, którzy decydują się na własną rękę wymierzać tamtym karę. I czy wyrzuty sumienia, gnębiące bohaterów nie powinny zostać uznane za już wystarczającą katorgę. Czyli dostajemy rozrywkowy kryminał, który wciąga i zaskakuje, a zarazem niesie pewną wartość. Ja na pewno na tej książce Agathy Christie nie poprzestanę i będę dalej zaznajamiać się z jej twórczością.

Moja ocena: 7+/10


środa, 11 października 2017

Patrzeć na człowieka czy naprawdę go widzieć? - „Zapadła dziura. Bone Gap” Laura Ruby



*Zapadła dziura. Bone Gap*
Laura Ruby

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Bone Gap
*Gatunek:* literatura młodzieżowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 350
*Wydawnictwo:* REBIS 
- Przepraszam - wymamrotał przeprosiny ogólne za wszystko to, czym był i czym nie był, i wszystko to, czego nie potrafił odpuścić. 
*Krótko o fabule:*
Wszyscy wiedzą, że Bone Gap to dziura. Dziura, w którą można wpaść. Dziura, w której można przepaść. I dlatego, kiedy nagle znika piękna Róża, nikogo to właściwie nie dziwi. Ale Finn wie, co się tak naprawdę stało. Wie, że dziewczyna została porwana przez niebezpiecznego mężczyznę, którego twarzy chłopak za nic nie może sobie przypomnieć. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Każdy z nas zna mit o władcy piekieł, Hadesie, który zakochał się w pięknej Persefonie i porwał ją do Krainy Umarłych. Bone Gap to historia, nawiązująca do tego mitu. Autorka używa znanych stamtąd schematów, z których tworzy pomysł na fabułę - powierza istotną rolę otaczającej bohaterów przyrodzie, na czele z szepczącymi polami kukurydzy i serwuje całość z tajemniczym, kryminalnym wątkiem porwania. Na dodatek dorzuca ogromną łyżkę magii. Wynikiem jest ciekawa i warta poznania powieść młodzieżowa.

Laura Ruby wychowała się w New Jersey, a obecnie mieszka w okolicy Chicago. Prowadzi warsztaty, na których uczy pisania książek z gatunku fantastyki. Ma na swoim koncie dziesięć powieści, a za Bone Gap zgarnęła Nagrodę Printz. 

W kwestii książek spod szyldu realizmu magicznego mogę się uważać za świeżynkę. Nie czytałam ani Marqueza ani Cortazara. Mam za sobą i uwielbiam Mistrza i Małgorzatę, ale to pewnie trochę mało, żeby nazwać się znawcą. Tak naprawdę zakochałam się w tym gatunku dzięki Jakubowi Małeckiemu. Dlatego dałam szansę powieści młodzieżowej Bone Gap (chociaż staram się ich ostatnio unikać). Przyciągnął mnie fakt, że na okładce tkwi cytat: „Realizm magiczny w najbardziej magicznym wydaniu”. I muszę przyznać, że to czysta prawda, a ja jestem z lektury zadowolona. 

Należy pamiętać, że książka Bone Gap to wciąż powieść skierowana do nastolatków. Będziemy mieć więc bardziej przystępny język, młodych bohaterów, a poruszane tematy będą po prostu bliższe młodzieżowym sercom. O dziwo, nie pociągało to za sobą lawiny infantylności, którą często w tego typu książkach możemy spotkać. Autorka zgrabnie tka swoją historię, przedstawiając nam perypetie normalnych bohaterów, a później nagle zalewa nas falą magii z postaciami z innego świata. Element zaskoczenia wypada zgrabnie, a czytelnika prawdziwie wciąga historia, na tyle, że trudno odłożyć książkę na bok. Mam jednak pewien problem z tym, że realizm magiczny nie był stosowany konsekwentnie od początku do końca. Chwilami wydawało mi się, że to po prostu powieść młodzieżowa, do której dodano elementy fantastyki. Z tego też względu, powtórzę za innymi opiniami, że Bone Gap idealnie sprawdzi się jako wprowadzenie w gatunek realizmu magicznego. Z tej powieści gładko będzie można przejść w rejony trochę poważniejsze i zawierające więcej głębi w przekazie. 

źródło
Może trochę wbrew moim oczekiwaniom, najlepiej wypadła, moim zdaniem, część obyczajowa. Czytanie o braciach O'Sullivan, ich trudnej przeszłości, problemach z rodzinną komunikacją, zamykaniu się na innych i ciągłym strachu przed utratą kolejnych bliskich osób, zrobiło na mnie spore wrażenie. Trochę mniej podeszły mi wątki miłosne braci, ale to taki mój standard przy powieściach młodzieżowych. W przypadku Bone Gap były powyżej przeciętnej (szczególnie historia Finna i Petey, gdzie momentami naprawdę ich relacja przypadła mi do gustu), ale to wciąż wątki, które zawierają sporo młodzieżowych uniesień, za czym po prostu nie przepadam. 

Za to kreacja samych bohaterów przedstawia się zadowalająco. Duża w tym zasługa Finna, z którym spędzamy najwięcej czasu (i dobrze). To postać, dzięki której zaangażowałam się w tę historię. Podoba mi się pomysł na pokazanie wydarzeń z jego perspektywy, szczególnie że ta jest dość oryginalna (nie chcę zdradzać za dużo, ale pomysł na to, jak on widzi świat, jest moim zdaniem bardzo udany). Oprócz niego, swoje rozdziały dostają też inni bohaterowie, tak żebyśmy mieli wgląd w przeszłość, która determinuje to co dzieje się w ich późniejszym życiu. 

Ciekawostką na pewno będzie fakt, że Laura Ruby jedną z głównych postaci uczyniła Polkę - Różę. To piękne dziewczę, które wyrwało się z jednej z wielu krajowych mieścin i udało się w podróż do Stanów, gdzie w planach było odbyć wymianę studencką. Nie będę oczywiście zdradzać jak się jej losy potoczyły, jak poznała braci O'Sullivanów i jak została porwana - to wszystko znajdziecie w książce. Mogę tylko wspomnieć, że miło było przeczytać jak to lepiła z chłopakami pierogi. A niemiło było przeczytać, że pomimo odbytej podróży nie potrafi po angielsku powiedzieć „kocham Cię”, bo zamiast tego w książce widnieje „ja kochać Ciebie” (ale nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy oryginału, chociaż podejrzewam, że zawinił ten drugi).  

Fabularnie książka ma naprawdę wiele do zaproponowania. Pojawia się tutaj tajemnicze porwanie, które jest osią fabularną całości. Nie jest to jednak typowy wątek kryminalny, ponieważ miejsce śledztwa zajmują raczej przeżycia emocjonalne bohaterów. Następnie te liczne wstawki z przeszłości poszczególnych bohaterów, czyli taka młodzieżowa obyczajówka. Oczywiście będzie też miejsce na wspomniane wcześniej wątki miłosne. I magię, która w tym wydaniu jest naprawdę osobliwa. Moim zdaniem nawet trochę za bardzo - osobiście samo zakończenie nie wywarło na mnie wrażenia, ze względu na jego podane na tacy przesłanie, z magią niczym w bajkach dla dzieci. A może po ciekawym rozwoju akcji po prostu nie byłam przygotowana na taki finał?

Jednak przede wszystkim Bone Gap to historia o akceptacji i miłości, ukazująca, że liczy się wnętrze człowieka, a nie jego fizjonomia. Autorka przekazuje nam tę znaną prawdę, zarazem pokazując, że społeczeństwo wciąż nie potrafi przyjąć jej do zrozumienia. Poznamy więc bohaterów, którzy będą prawdziwie widzieli innych, a nie jedynie na nich patrzyli, ale też takich, którzy przykleją innym łatkę piękności bądź brzyduli. Zobaczymy jak działa małomiasteczkowa społeczność, w której plotki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, a ludzie chętnie przyjmują zdanie innych jako swoje własne. I co najważniejsze, poznamy osoby, które wyłamują się z tego stereotypu, widzą ludzi naprawdę i płyną pod prąd. Może jest im trochę trudniej niż reszcie, ale finalnie mogą zatriumfować i być z siebie dumni. A to ładna lekcja na przyszłość.

Moja ocena: 7/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.


sobota, 7 października 2017

Współczesna literatura a tradycyjne wartości - „Rdza” Jakub Małecki

Książkę wciąż można wygrać na moim Instagramie (konkurs do 14.10) -> LINK.
Swoją drogą zauważyłam, że co książka od Małeckiego to SQN przedstawia nam lepsze okładki. Nie mogę się doczekać jak będzie wyglądała kolejna powieść Jakuba, ja na pewno muszę ją mieć w swojej biblioteczce. 

*Rdza*
Jakub Małecki

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* społeczna, obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 283
*Wydawnictwo:* SQN
Bo co to jest za wielka sztuka chodzić po ciemku, jak się ciemności nie boisz? Sztuka jest chodzić po ciemku, jak się od tego cały człowiek trzęsie. To jest wielkie szczęście, bać się.  Tylko wtedy można pokazać, że się jest odważnym.”
*Krótko o fabule:*
Lato 2002 roku. Czekając na powrót rodziców z wielkiego miasta, siedmioletni Szymon układa monety na torach. Nie wie, że jego życie już nigdy nie będzie takie, jak dotychczas. 
Kilka dekad wcześniej jego babka, Tośka, wyrusza w podróż, którą zapamięta na zawsze. Wyrwana z bezpiecznego domu dziewczynka trafia do obcego świata, którego zasad musi się nauczyć. Jako dorosła kobieta stanie przed konsekwencją swoich dawnych wyborów. 
Losy tych dwojga splatają się w sposób, którego żadne z nich się nie spodziewa. Zmuszeni żyć ze sobą, pomimo różnic, Szymon i Tośka próbują zrozumieć się nawzajem i uwierzyć, że wszystko będzie dobrze. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
„Rdza” to książka, której nienawidzę i którą kocham jednocześnie. Nienawidzę za to, że Małecki po raz kolejny rzuca na czytelnika czar, który sprawia że nie można się oderwać od czytania. Nie potrafiłam odstawić książki na bok, gdy już raz się w niej zanurzyłam (może to jakiś literacki mentalista). Kocham za to, że przez te krótkie chwile nie istniało nic innego. I tylko gdzieś w głębi rosła mi ogromna, ciemna gula, która narastała z każdą kolejną historią bohaterów, która kolekcjonowała uśmiechy, zagarniała siniaki, ociekała łzami, czytała komiksy i trzymała się za rękę. A na koniec podeszła pod gardło i wywołała lawinę emocji.

Do lektury podchodziłam dość ostrożnie. Dygot i Ślady pochłonęłam niemal jednym tchem, kończąc jedną historię, wchodziłam w kolejną. Na tej podstawie stwierdziłam, że... tak. Że Małecki to nazwisko warte śledzenia. I czekałam, czekałam na tę kolejną powieść, w głowie zbierając te oczekiwania, które wciąż rosły. A później, gdy trzymałam lekturę w ręce pomyślałam: a jeżeli się pomyliłam, a co jeśli tamte zachwyty przeżyłam pod wpływem chwili, a teraz to na pewno będzie inaczej, a teraz przeczytam, przyswoję i po prostu zapomnę, ot tak. Wystarczyło jednak przewrócić pierwsze kartki i przestać myśleć. A zacząć czuć.

Autor ma pewną zdolność, która nie przestaje zadziwiać. On nie opisuje dla mnie rzeczywistości, a pozwala ją odczuwać. Często prosty styl narracji kojarzył mi się z oszczędnością w niesionym ładunku emocjonalnym. Ale teraz już rozumiem, że brak patosu i używania utartych sformowań i zagrywek czasami może kryć pod powierzchnią inny rodzaj emocji. Taki, który nie trafia człowieka w twarz, ale kiełkuje w jego wnętrzu, żeby powoli, wraz z rozwojem akcji, rozlać się po całym ciele. 


źródło
Nie mogę powiedzieć, że podczas lektury Rdzy doszukałam się czegoś nowego w stylu, którym posługuje się Małecki. To nadal ten sam sposób opowiadania, zwięzły, ale zarazem wartościowy, którego zdania składane są w sposób zaskakujący i sprawiają, że chcemy je zapisać, zapamiętać i rozkładać na części pierwsze. Jednak sam wydźwięk powieści, poruszane tematy i uczucie, które pozostawia różnią się, moim zdaniem, od poprzednich książek autora.

Tym razem Jakub Małecki stawia na oklepany literacki temat, jakim jest przyjaźń. I tę przedstawia nam pod wieloma kątami, z perspektywy różnych bohaterów i innych czasów. Na główny plan wychodzi ta łącząca głównego bohatera, Szymka, z Budzikiem. To bardzo dobrze nakreślona relacja, która opowiada o wzlotach i upadkach, a każdy z nich skutkuje zmianą w życiu bohaterów. Książka zaczyna się sceną, w której chłopcy bawią się czy torach i kończy się w tym samym miejscu i w tym samym towarzystwie - wychodzi z tego zgrabna klamra. Jednak jeżeli przyjrzymy się bliżej, to wiele wątków pobocznych również napędzanych jest przez przyjaźń. Doktor zaprzyjaźnia się z Hołowczycem, a Sabina z Józkiem Kłodą. Ci pierwsi są swoimi kompanami do kieliszka, a w alkoholu szukają zapomnienia. Drudzy stają się swoimi powiernikami, wymieniając całą masę listów. Mamy więc temat, który łączy mnóstwo wątków pobocznych, ale w sposób bardzo subtelny i niemal niewidoczny. 

Wiele jest tutaj wtórnych pomysłów, ale opisane są w tak fascynujący sposób, że trudno za to autora winić (a ja nawet poklaskuję i nie obrażę się, jeśli będzie tego jeszcze więcej). Jakub Małecki ponownie za miejsce wydarzeń obiera sobie małą wieś, a za bohaterów prostych, szarych ludzi, którzy może nie robią najbardziej ekscytujących rzeczy pod słońcem, ale zarazem ich codzienność (pięknie opisana przez autora) niezmiennie intryguje i wciąga. Po raz kolejny też odnosi się do wojny i stara się przedstawić to, jaki ślad pozostawia po sobie w mentalności ludzi (widać to podczas fragmentów o Niewidzialnym Człowieku). Znajdziemy tutaj też wątek miejscowej legendy, takiej lokalnej historii, na temat tego co wydarzyło się w sąsiedztwie przed wielu laty. I tego, jak ta historia wpływa na kolejne pokolenia miejscowej ludności.

Nie wiem czy potrafię zrozumieć jak autorowi udało się to po raz kolejny, ale po prostu znowu mnie zachwycił. Rdza to przepiękna historia o przyjaźni, rodzinie, wychowaniu i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Wydaje się, że to proste, tradycyjne wartości, ale przedstawione są w sposób iście magiczny. Na dodatek książka napisana jest w taki sposób, że nie da się odłożyć jej na bok ani na chwilę. Wciąga, fascynuje i wywołuje masę emocji. Mnie nadal mało, więc już czekam na kolejne książki Jakuba Małeckiego!


Moja ocena: 9+/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

poniedziałek, 2 października 2017

Zbiór opowiadań inspirowany wycieczką po Stanach Zjednoczonych - „Drobinki nieśmiertelności” Jakub Ćwiek



*Drobinki nieśmiertelności*
Jakub Ćwiek

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* literatura współczesna
*Forma:* zbiór opowiadań
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 312
*Wydawnictwo:* SQN
 Chodzi o to, że ja wierzę. Zarówno w Boga, jak i w Amerykę właśnie. Wierzę, że to kraj niebywałych możliwości, kraj szans i amerykańskiego snu. Ziemia obiecana? Być może, na pewno kiedyś do tego zmierzaliśmy, kiedyś byliśmy na szczycie. 
*Krótko o fabule:*
Co łączy Rocky’ego Balboę i pewnego starszego pana? Jaką historię kryją stare schody w Georgii? Komu nowoorleańscy muzycy naprawdę sprzedają duszę i jak zostać bogiem w Nowym Jorku? Drobinki nieśmiertelności to podparta licznymi przykładami odpowiedź na najczęściej zadawane pisarzom pytanie, czyli skąd czerpią pomysły. Tym razem źródłem inspiracji dla Jakuba Ćwieka były miejsca i zdarzenia związane z jego popkulturową podróżą przez Stany Zjednoczone.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Jakub Ćwiek znany jest ze swojej fascynacji Stanami Zjednoczonymi. Upust swojej miłości dał w poprzedniej książce, w której opisał wielką przygodę, jaką przeżył z grupą swoich znajomych w podróży śladami popkultury w Ameryce. O książce pisałam już rok temu (link do recenzji). Przyznam, że podobał mi się ten oryginalny pamiętnik, nawet jeżeli wiele odniesień do popkultury było mi obcych. Tym razem Ćwiek napisał coś bliższego mojemu gustowi. Jest to zbiór opowiadań, dla których inspiracją były elementy tej podróży. 

Muszę powiedzieć, że autor ma prawdziwy talent do snucia opowieści. Można to wywnioskować już po przeczytaniu kilku jego książek bądź po prostu po spotkaniu, na którym można posłuchać go na żywo. To naprawdę człowiek, który ma gadane i potrafi z wielu sytuacji wyciągnąć to, co najlepsze, tworząc dzięki temu ciekawe anegdoty. Drobinki nieśmiertelności ten jego talent pokazują. Widać to szczególnie patrząc na konfrontację każdego opowiadania z inspiracją do niego. Te krótkie, zawierające się w kilku zdaniach wstawki, w których autor przedstawia myśl kryjącą się za fabułą sprawiają, że doceniamy jego łatwość w kreowaniu opowieści. Z jednego zdania bądź zapamiętanego widoku potrafił napisać pełnoprawne opowiadanie. To jest rzecz, którą zdecydowanie należy podziwiać i co wróży mu bardzo dobrą przyszłość w świecie literatury. 
źródło
Niestety, pomimo talentu autora, przeszkadza mi zamysł wyciskania historii z drobnych inspiracji, tworząc opowiadania, które nie są wysokich lotów. Nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę dobra rozrywka, ale po prostu znam inne książki autora i uważam, że stać go na o wiele więcej. Porównując z innymi napisanymi przez niego lekturami, ta wypada dość średnio. Niemal jakby były to opowiadania, które napisał jako zadanie na lekcję polskiego. Widać, że ma talent do ich kreowania, ale dla mnie za mało kryło się tam prawdziwej głębi. Tak jakby autor chciał po prostu przelać na karty historie, które nagle mu wpadły do głowy, ale które nie zostały przez niego specjalnie przemyślane. Takie mam przynajmniej wrażenie. Po prostu mogłam mieć zbyt wygórowane oczekiwania, bo w końcu niektóre książki Ćwieka należą do moich ulubionych (kocham serię o Kłamcy!). 

Nie wyciągajcie pochopnych wniosków z poprzedniego akapitu, bo ogólnie jest nieźle. Moim zdaniem poniżej oczekiwań, które mogliśmy mieć na podstawie twórczości autora, ale wciąż dobrze. Ten zbiór opowiadań idealnie sprawdził się jako towarzysz moich podróży. Kiedy miałam tylko niedługą chwilę mogłam otworzyć książkę i przeczytać jeden z tekstów - większość jest naprawdę dość krótkich, a przeczytanie całej książki może zająć dosłownie kilka godzin. Wrażenie robi na pewno wydanie książki. Okładka przykuwa wzrok i moim zdaniem jest naprawdę świetna. Przed każdym z opowiadań znajdziemy też mapkę z zaznaczonym miejscem akcji i ilustracją, dotyczącą danego tekstu. Bardzo mi się ten zabieg podobał.

Co do treści, to jest różnie (chyba nikogo to nie dziwi, skoro mowa o zbiorze opowiadań). Oczywiście w zależności od tekstu albo prawdziwie się wciągałam albo czytałam, tak tylko, żeby skończyć. Podobało mi się opowiadanie Dusza to szkarłatna mgła, może ze względu na inną formę (napisane jako list), ale też dlatego, że niosło spory ładunek emocjonalny, dotyczyło borykania się z traumą wojenną. I przedstawione było w ciekawy sposób, bez zbędnego patosu. Dodatkowo wrażenie zrobiło Nie masz tu więcej przyjaciół, Eugene, szczególnie po przeczytaniu historycznej inspiracji (podczas powodzi po huraganie Katrina, ubogie dzielnice Nowego Orleanu zostały celowo zatopione, tylko żeby ratować tę turystyczną część). Trochę słabiej wspominam chociażby Świętego, który moim zdaniem sprawdziłby się lepiej jako dodatek do poprzedniej książki autora. To w ogóle mógłby być dobry pomysł, żeby połączyć Drobinki nieśmiertelności z Przez stany POPświadomości w jeden tom. Obie lektury świetnie się uzupełniają, a jako osobne książki czegoś im brakuje. 

Zbiór opowiadań Drobinki nieśmiertelności pokaże Wam talent i lekkość autora do tworzenia historii. Dla fanów Jakuba Ćwieka to pozycja obowiązkowa, bo można przekonać się jak radzi sobie z krótką formą w gatunku innym niż fantastyka. Nie należy jednak nastawiać się na arcydzieło, a raczej na przyjemną rozrywkę. Miłe dopełnienie jego poprzedniej książki.

Moja ocena: 6/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.



piątek, 29 września 2017

Złota era Hollywood - od czego zacząć (cz. 1, filmy z serii: na uśmiech)

Wygodnie jest oglądać same filmowe nowości i na ich podstawie rozmawiać o kinie. Czasami jednak przychodzi nam ochota na zabranie się za coś innego, trochę starszego, ale nie wiemy od czego zacząć. Oczywiście ścieżek mamy mnóstwo, bo możemy nadrabiać kino nieme, filmy Kubricka, kino azjatyckie czy niezależne produkcje europejskie. Ja przybliżę Wam jeden z moich ulubionych rodzajów kina, czyli filmy ze złotej ery Hollywood.
To klasyka kina w najlepszym wydaniu, którą po prostu warto poznać. Ten typ filmów wyróżnia przede wszystkim poleganie na dobrym scenariuszu. Tutaj nie zobaczymy efektownych pościgów czy postaci stworzonych za pomocą techniki CGI. To kino zawsze kojarzyło mi się z wizytami w teatrze - widz ma przed sobą kilka postaci, główną intrygę i za pomocą dobrze rozpisanych dialogów oraz aktorstwa na wysokim poziomie może spędzić miło czas.
Postanowiłam podzielić wpis na dwie części - pierwsza będzie zawierać lżejsze pozycje, komedie, musicale, a w drugiej skupię się na trochę poważniejszym kinie. Zaczynajmy!


Deszczowa piosenka (1952)

źródło
Zacznijmy może od tego głośnego tytułu, obok którego nie da się przejść obojętnie. Każdy z nas kojarzy  tytułową piosenkę, a nawet całą sekwencję taneczną, którą wykonuje do niej Gene Kelly. Teraz, gdy tylko usłyszymy pierwsze takty od razu widzimy aktora bujającego się na latarni w strugach deszczu. Uwierzcie mi na słowo, że cały film dostarcza jeszcze wielu takich wspaniałych scen. To cudowna rozrywka, szczególnie dla fanów musicali, z genialną obsadą (oprócz Gene'a Kelly, występuje mama Carrie Fisher, młodziutka Debbie Reynolds i Donald O'Connor, który sprawdził się w roli idealnie). Fabuła skupia się na historycznym momencie pojawienia się kina mówionego (wspomina się słynnego Śpiewaka z jazzbandu, czyli pierwszego filmu dźwiękowego) i pokazuje jak z tym faktem radzą sobie twórcy - aktorzy, producenci, reżyserzy. To już ciekawy temat, a dokładając do tego wspaniałe utwory muzyczne (oprócz tytułowego, kojarzycie może Good Morning i Make'em Laugh), z godnym podziwu wykonaniem (stepowanie!) mamy zagwarantowaną rozrywkę, a jednocześnie wycieczkę w przeszłość kina, w towarzystwie samych dużych nazwisk, której szybko nie zapomnimy. 

Wielki wyścig (1965)

źródło
Tym razem coś z innej beczki i innej dekady. W przypadku Wielkiego wyścigu wystarczy rzut oka na zdjęcie powyżej - reżyser, Blake Edwards, rzuca tortem w Natalie Wood, grającą jedną z głównych ról. Już wiadomo czego się spodziewać po filmie. To jedna z najbardziej zabawnych, slapstickowych komedii, w której gagi polegają właśnie na prostych, znanych sztuczkach, jak obrzucanie się jedzeniem czy urządzanie przypadkowej bójki, z serii: uderzył jeden, a tamten oddał innemu, etc. Zazwyczaj wymagam więcej od komedii (szczególnie, że nawet tutaj zdarzały się momenty lekko przeciągnięte i nużące), ale w tym przypadku i tak bawiłam się przednio. Możliwe, że spora w tym zasługa genialnych aktorów: Tony'ego Curtisa i Jacka Lemmona, którzy grają dwie postacie, mające największe szanse w tytułowym wyścigu. Historia jest banalna - automobile starają się o pierwsze miejsce na mecie, a do przemierzenia mają trasę od Nowego Jorku do Paryża. Pojawia się też miejsce na pokazanie emancypowanej kobiety, w momencie kiedy na prowadzenie wychodzi Maggie, grana przez Natalie Wood. Dla mnie to zawsze będzie taka komedia niedzielna, którą można spokojnie obejrzeć całą rodziną i która każdego ma szansę rozbawić. 

Parada wielkanocna (1948)

źródło
Tytuł może nieco mniej znany, co może dziwić patrząc chociażby na słynne nazwiska w obsadzie. Film zresztą miał sporego pecha, jeżeli chodzi o aktorów. Na początku główną męską rolę miał zagrać Gene Kelly, jednak za sprawą nieszczęśliwego wypadku (złamanie nogi w kostce) nie mógł przez jakiś czas tańczyć, więc postanowiono go zastąpić. Freda Astaire'a ściągnięto z emerytury, proponując przejęcie angażu. Ann Miller również zastąpiła poprzedniczkę - Cyd Charisse, która nabawiła się fizycznej kontuzji. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, a para Astaire-Garland sprawdziła się na ekranie. Fabularnie to często powtarzana współcześnie klisza. Don Hewes (Fred Astaire) rozstaje się z utalentowaną partnerką i zakłada się z przyjacielem, że nawet ze słabej, prowincjonalnej tancerki zrobi gwiazdę na miarę jego Nadine. Tak poznaje Hannah, którą gra pełna uroku Judy Garland. Film pełen jest zabawnych sytuacji, związanych z zakładem. Na dodatek mamy tutaj do czynienia z miłosnym kołem - Hannah zakochuje się w Donie, który kocha Nadine, która ma inny obiekt westchnień, itd. Trzeba też wspomnieć o wspaniałych, jazzowych utworach muzycznych, z których niektóre bawią do łez, jak ten, z którego pochodzi powyższe zdjęcie, Couple of Swells. W filmie pojawia się również scena parodiująca jeden z najwcześniejszych filmów Astaire'a. Mowa tutaj o słynnym tańcu do Cheek to Cheek z Top Hat, tutaj pokazujący nieokrzesanie postaci, granej przez Garland, próbującej połapać się w plątaninie piór. Film uroczo zabawny.

Filadelfijska opowieść (1940)

źródło
Ze świata musicali przenieśmy się do podwalin komedii romantycznej. Filadelfijska opowieść to nie jest jednak kolejna banalna historyjka, a wszystko za sprawą scenariusza, opartego na podstawie sztuki Philipa Barry'ego. To historia Tracy (Katherine Hepburn), która właśnie przygotowuje się do ślubu z lordem Kittredgem (John Howard). Niespodziewanie do jej domu przybywają żądni sensacji dziennikarze, a także jej były mąż, Dexter (Cary Grant), z którym nie rozstała się w najlepszych relacjach. Za scenariusz zgarnięto w 1940 roku Oscara, więc możecie być pewni, że ta historia jest naprawdę frapująca. Przede wszystkim bardzo dobrze rozpisane są w tym przypadku postaci, dzięki czemu aktorzy mają spore pole do popisu. Katherine gra kobietę zadziorną, nie bojącą się wyrażania swojego zdania, a jej relacja z byłym mężem pełna jest ironicznych komentarzy i obustronnej złośliwości. Ale jak wiadomo - kto się czubi, ten się lubi! To jeszcze nic, bo bynajmniej nie tylko główne role są warte uwagi. Cały drugi i trzeci plan również daje radę, na tyle że James Stewart, grający dziennikarza, za drugoplanową rolę otrzymał Oscara. Film jest przede wszystkim bardzo ciekawą, oryginalną komedią romantyczną, z inteligentnym humorem pełnym klasy. Samo zakończenie jest moim zdaniem zaskakujące, ale to chyba działa jedynie na plus. Każdy powinien to obejrzeć.

Rzymskie wakacje (1953)

źródło
Jeżeli jesteśmy w tematyce komedii romantycznych to nie może zabraknąć tutaj jakiegoś filmu z Audrey Hepburn (mimo zbieżności nazwisk, niespokrewnionej z Katherine). Wiele jest tytułów w jej filmografii wartych zobaczenia, na czele z cudownym Śniadaniem u Tiffany'ego i wszystkie są godne polecenia. Ja umieszczam tutaj Rzymskie wakacje, za które Audrey dostała swojego pierwszego, a zarazem ostatniego Oscara w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa. Grana przez nią postać, księżniczka Anna, ma dosyć życia pod ciągłym nadzorem służby. Podczas wycieczki po Europie, trafia w końcu do Rzymu, gdzie postanawia spędzić dzień incognito, jako normalna dziewczyna. Tam poznaje dziennikarza Joe (Gregory Peck), który decyduje się jej towarzyszyć. Jak widać temat bogatych panien, które udają ludzi z niższych sfer od lat ma się dobrze, bo takie filmy wciąż powstają i mają swoich wiernych fanów. Jest coś przyciągającego w tym podglądaniu zderzenia świata bogaczy z codziennością normalnego szarego człowieka. Zresztą, scenariusz napisał genialny Trumbo (chociaż Oscara w jego imieniu odebrał ktoś inny - jeżeli chcecie poznać historię tego zakazanego w Hollywood scenarzysty, obejrzyjcie film pod tytułem Trumbo), więc możecie wierzyć, że jest na wysokim poziomie. Na dodatek dochodzi czar płynący z ekranu dzięki parze Hepburn-Peck. Znana komediowa scena z wkładaniem ręki przez Greogry'ego do środka rzeźby została zaimprowizowana, zatem słodka reakcja Audrey jest całkowicie naturalna. Już ta scena pokazuje, że aktorka wprost urodziła się do ról w komediach romantycznych i trudno się w niej po seansie nie zakochać. 

Pół żartem, pół serio (1959)

źródło
Nie mogło oczywiście zabraknąć nazwiska Marilyn Monroe, a jak komedia z jej udziałem, to najlepszym wyborem musi być Pół żartem, pół serio. To jeden z tych filmów, które oglądałam już kilka razy i zawsze jak jest emitowany w telewizji to zawieszam na nim oko. Reżyserem jest dobrze znany Billy Wilder, który ma talent do tworzenia dzieł kompletnych, idealnie wyważonych. Historia jest dość prosta: mamy dwóch muzyków, saksofonistę Joe (Tony Curtis) i kontrabasistę Jerry'ego (Jack Lemmon), którzy po serii przykrych wypadków stają się ścigani przez mafiozów. Szukają więc najlepszego miejsca do ukrycia. Wybór pada na wędrującą na Florydę orkiestrę żeńską. Oczywiście, żeby pozostać incognito muszą skorzystać z przebrania. Jasnym wydaje się, że spora zasługa w odniesionym sukcesie filmu należy do tych dwóch męskich aktorów. Ich odzwierciedlanie kobiecych członków zespołu sprawdza się idealnie i bawi do łez. Jako wisienkę na torcie mamy jeszcze Marilyn Monroe, która akurat jest dość specyficzną aktorką i może nie każdemu przypaść do gustu. Ja nawet ten jej czar i słodycz kupuję. Chociaż podobno sama praca na planie z nią to była katorga oraz psychiczne przygotowanie się na masę dubli. Cóż, ważne, że efekt jest zadowalający. Przyjemny jest tutaj ten wątek romantyczny, szczególnie, że generuje nowe zabawne sytuacje - chociażby kiedy przebrany za kobietę Lemmon zmuszony jest podrywać mężczyznę. Naprawdę warto obejrzeć tę komedię, trudno powstrzymać śmiech!

Oczywiście filmów do polecenia jest jeszcze całe mnóstwo, jeżeli chcecie więcej to mała lista bonusowa:
- musicale: Dźwięki muzyki,  Spotkamy się w St. Louis, Panowie w cylindrach, Moja najmilsza, Nie jedzcie stokrotek, Podnieść kotwicę;
- komedie/komedie romantyczne: Książę i aktoreczka, Dziewczyna Piętaszek, Dziewczyna z Piątej Alei, Pokochajmy się, Zabawna buzia, Sabrina, Szarada, Mężczyźni wolą blondynki, My fair lady, Słodka Irma, Arszenik i stare koronki.


Lubicie tego typu kino? Może macie swoje ulubione tytuły?

niedziela, 24 września 2017

Poznajmy mroczny świat Zmroczy - „Dwie karty” Agnieszka Hałas

Aktualnie wygrzewam na chorwackich plażach, ale udało mi się znaleźć czas na naskrobanie kilku słów na temat tej ciekawej, polskiej fantastyki.
Oprócz tego, zapraszam do wzięcia udziału w konkursie na moim Instagramie, gdzie do wygrania Rdza Jakuba Małeckiego. LINK

*Dwie karty*
Agnieszka Hałas

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2011
*Liczba stron:* 372
*Wydawnictwo:* REBIS 
Nie znam lęku. Jestem synem mroku, władcą nocy, panem wichru. 
*Krótko o fabule:*
Srebrni magowie bezlitośnie ścigają wyznawców czarnej magii, uznanej za skażoną. Demony z Otchłani przybierają ludzką postać i przenikają do świata śmiertelników... W Shan Vaola nad Zatoką Snów pojawia się na wpół obłąkany człowiek z twarzą pociętą bliznami, który pamięta jedynie urywki ze swej przeszłości. W tunelach podziemnego świata żywiołaków i chowańców, ifrytów i homunkulusów, żebraków i przestępców, stopniowo odkrywa swoje magiczne talenty.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Często szukamy fantastycznych doznań w amerykańskich, głośnych tytułach, zamiast skupić się na tym, co rodzime. Ja w ogóle cenię sobie polską fantastykę, zachwycałam się Wiedźminem Sapkowskiego, wspaniale bawiłam się przy Kłamcy Ćwieka czy Dożywociu Kisiel. Dlatego niezmiennie staram się kolejnym tego typu pozycjom dawać szansę. Dwie karty na szczęście sprawdziły się jako świetna lektura.

Agnieszka Hałas urodziła się w 1980 roku, z wykształcenia jest biologiem molekularnym. Studia doktoranckie zdecydowała się kontynuować w Heidelbergu. Z zamiłowania - pisarka. Tworzy przede wszystkim opowiadania fantasy, ale ma na swoim koncie sporo wierszy i powieści, w tym wznawianą przez wydawnictwo Rebis serię Teatru Węży

Ostatnio panuje jakaś moda na wznawianie książek fantasy (szczególnie prym wiedzie tutaj wydawnictwo fabryka słów). Czy to dobrze czy źle - zależy od tytułu i jego losów. W przypadku Dwóch kart, ta decyzja była moim zdaniem jak najbardziej poprawna. Wcześniej nic o autorce nie słyszałam, jej książki najczęściej można było dostać w postaci ebooków, a nawet gdybym zobaczyła wcześniej wydany Teatr Węży, z niepasującymi do siebie okładkami, każdy tom wydany przez inne wydawnictwo - chyba i tak bym się nie skusiła. I miałabym czego żałować.

Moim zdaniem najważniejszą podwaliną dobrego fantasy jest świat przedstawiony. Jeżeli wymyślamy od podstaw nowe krainy, to musimy skupić się na dopracowaniu każdego szczegółu - kto je zamieszkuje, jaka jest jej historia, w jakich bogów wierzą jej mieszkańcy. I nawet jeżeli nie zdradzimy wszystkich aspektów danego świata, to czytelnik musi wyczuć, że autor ma w głowie wszystkie elementy odpowiednio ułożone. I tak na szczęście jest w przypadku Dwóch kart. To właśnie świat przedstawiony zrobił tutaj na mnie największe wrażenie. 

fan art autorstwa Rafała Wokacza, źródło (strona autorki)

Już od pierwszych stron widać, że autorka poświęciła sporo czasu na wykreowanie swoich krain. Dostaniemy opis początku jej świata, taki skrót mitologiczny, z bogami, odpowiadającymi za poszczególne aspekty życia ludzi (wielu zbliżonych jest do tych z mitologii greckiej) i ich walce z demonami. Dowiemy się skąd wziął się podział na magię srebrną, czyli tą dobrą, jasną oraz czarną, skażoną. Otrzymamy wyjaśnienie co do Zmroczy, której zadaniem jest osłaniać świat materialny przed duchami czy żywiołakami. Wszystko w dużym skrócie, ale na tyle dokładnie opisane, żebyśmy bez problemu mogli przystąpić do pełnoprawnej fabuły. 

Głównym bohaterem książki jest Brune, czarny mag, żmij, z twarzą pokrytą bliznami, niesamowitą mocą i całkowitym brakiem pamięci. W pierwszej części pojawią się jedynie przebłyski tego, co się stało w jego przeszłości, po więcej będziemy musieli zgłosić się w kolejnych częściach. Dzięki temu zabiegowi to postać niezwykle intrygująca, o której chce się czytać i którą chce się poznawać. Wokół niego natomiast wyrasta wiele innych ciekawych charakterów. Szczególna w tym zasługa skupienia się przez autorkę na opisywaniu mieszkańców jej krain. W Podziemiach można spotkać ludzi z kocimi/szczurzymi głowami, chowańców o pajęczych nogach czy niebezpieczne demony - ifryty. Każda z postaci, z ras jest niezwykle oryginalna i idealnie pasuje do świata przedstawionego. 

Dwie karty opisują nie tylko przygody Brune'a. Od razu można wyczuć, że to dopiero początek czegoś większego, bo autorka skupia się na wielu innych wątkach. Poznamy królową demonów i jej sługusów, przyjrzymy się jak wyglądają eksperymenty srebrnych magów, jak żyje sobie król podziemnego światka, a także w jaki sposób prosperuje ciągle przeładowany szpital. Przez tą mnogość wątków czytanie przypominało mi bardziej zbiór opowiadań ze świata Zmroczy niż fabularną historię. Jednak pod koniec to się zmienia i możemy zauważyć pewien kierunek, który autorka nadaje całości. Ale to taki jedyny minus, którego się doszukałam. 

Pierwsza część Teatru Węży to porządna podwalina pod kolejne przygody Brune'a i jego znajomych. Umiejętnie wykreowany świat przedstawiony na długo zostanie w mojej pamięci i na pewno będę chciała do niego wrócić. Autorka nie decyduje się na proste rozwiązania, często przełamuje utarte schematy i wrzuca czytelnika na głęboką wodę. Wielu bohaterów pokaże nam, jak łatwo jest złamać człowieka, gdzie jest granica, za którą zostaje tylko rozpacz i popadnięcie w nałogi. I zostawi nas z pytaniem, czy zawsze to, co jasne jest dobre, a to, co czarne - złe. 

Moja ocena: 7/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka