poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ciekawostki z życia gwiazd Złotej Ery Hollywood - „Ostatni z żywych: Opowieści z fabryki snów” Roger Moore


 *Ostatni z żywych*
Roger Moore

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Last Man Standing
*Gatunek:* autobiografia
*Rok pierwszego wydania:* 2015
*Liczba stron:* 285
*Wydawnictwo:* REBIS
Gdy ktoś umiera, jest tak, jakby wyszedł do innego pokoju; wiemy, że tam jest, ale nie mamy klucza, więc nie możemy tam wejść.
*Krótko o fabule:*
W tej bajecznej kolekcji anegdot sir Roger wspomina zabawne i zaskakujące epizody z własnego życia - od pracy modela na początku lat 50. po realizację siódmej części Gwiezdnych wojen w Pinewood Studios - a także zasłyszane historie o imponującym gronie gwiazd, takich jak Frank Sinatra, Gregory Peck, David Niven, Joan Collins, Michael Caine, Christopher Lee i wiele innych. Ostatni z żywych to klasyczny, intrygujący i dowcipny Moore w szczytowej formie.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Prawda jest taka, że raczej nie sięgam po biografie czy autobiografie. Do tej pory kojarzyły mi się z książkami przesyconymi faktami z życia gwiazdy, które mimo że ciekawe, nie potrafią wciągnąć jak zwyczajna fabuła. Na szczęście postanowiłam przeczytać Ostatniego z żywych i w końcu mogę zmienić zdanie.
Roger Moore urodził się w 1927 roku, a zmarł 23ego maja 2017 roku. Tę książkę wydano w Polsce dwa lata przed jego śmiercią, a z kart tryska ogromny optymizm i humor tego brytyjskiego aktora. Najbardziej znany jest z postaci Jamesa Bonda (w którego wcielał się w latach 1973-1985) i z serialu Święty.
Moje największe obawy polegały na tym, że nie znam twórczości tego aktora. Oczywiście, widziałam któregoś Bonda w jego wykonaniu (swoją drogą, muszę sobie odświeżyć całą tę serię). Jednak na tej podstawie trudno byłoby mi określić się jako jego fankę czy antyfankę. Na szczęście już pierwsze rozdziały rozwiały moje wątpliwości - ta książka nie dotyczy życia Rogera Moore. A raczej nie tylko jego życia. To także olbrzymi zbiór anegdot ze świata kina, często dotyczących gwiazd, które znam i podziwiam. Czyli to takie wspomnienia aktora na temat przemysłu, w którym obracał się od lat młodzieńczych. 
Dowiemy się również wielu ciekawostek na temat pana Moore. Przeprowadzi nas przez wydarzenia ze swojego życia, sprytnie wplatając w międzyczasie usłyszane anegdoty na temat innych osób z branży. Sam Roger zaczynał jako model i statysta (w Cezarze i Kleopatrze grał rzymskiego żołnierza), a jego przełomem w karierze okazała się rola w serialu Święty. Dzięki niej zdobył sławę, a później pracował z wielkimi nazwiskami przemysłu filmowego. Przyjaźnił się m.in. z Michaelem Cainem czy Frankiem Sinatrą. Udzielał się również charytatywnie, był ambasadorem dobrej woli UNICEF. A także, co najważniejsze w kontekście tej notki, był świetnym gawędziarzem i udało mu się wydać kilka książek.
młody Roger Moore z Elizabeth Taylor - źródło
Nie będę jednak oszukiwać - najlepszymi fragmentami książki są właśnie ciekawostki z życia gwiazd minionych lat. Często dość pikantne, bo Moore jest bezkompromisowy i już we wstępie przyznaje, że nie będzie hamował języka, chcąc przedstawić sytuacje jak najbardziej rzeczywiście. Dowiemy się m.in. jaka była przyczyna sławetnego konfliktu między Bettie Davis a Joan Crawford. Swoją drogą Moore się nie patyczkuje i przedstawia Davis w dość negatywnym świetle, cytuje nawet jej słowa po śmierci Joan. Podobno nie chciała przestać źle mówić o aktorce i zapytana o to odparła: „To, że ktoś umarł, nie oznacza jeszcze, że się zmienił.”.
Książka podzielona została na kilka rozdziałów. Do najlepszych zaliczam te, w których występowało najwięcej znanych mi nazwisk, czyli o aktorkach w Zabawne i zadziorne - panie w rolach głównych oraz o słynnej „Szczurzej paczce”, czyli Rat Pack. Przyjemnie się czytało o perypetiach tak znanych osób jak Frank Sinatra, Ava Gardner, Sammy Davis Jr czy Grace Kelly. 
Dla równowagi były też fragmenty, które interesowały mnie mniej. Przykładowo ostatnie rozdziały, które dotyczyły producentów, szczególnie mnie nie pociągały. Było tam kilka ciekawych informacji, zwłaszcza na temat talentu tych ludzi do pozyskiwania pieniędzy i negocjacji, ale nie były to tak absorbujące anegdoty jak te dotyczące gwiazd.
Trzeba też wspomnieć o wydaniu książki, które robi wrażenie. Twarda okładka, a we wnętrzu całe mnóstwo zdjęć. Sprawia to, że lektura przebiega naprawdę błyskawicznie. Ponad dwieście stron, z gawędziarskim talentem Moore'a i historycznymi ilustracjami zajmie Wam najwyżej kilka godzin.
Zapewne nie jest to pozycja dla każdego. Jednak jeżeli interesujecie się kinem, a to ze Złotej Ery Hollywood jest Wam szczególnie bliskie, to warto zajrzeć do autobiografii Rogera Moore i dowiedzieć się więcej na temat naszych ulubionych gwiazd i samego przemysłu filmowego. Pomimo że autora nie ma już z nami, to wciąż możemy go spotkać. Chociażby na ekranie domowego telewizora. Ja na pewno będę chciała nadrobić jego filmografię.




Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

piątek, 11 sierpnia 2017

Rozwiązanie konkursu [„Lśnij, morze Edenu” i „Kobieta na schodach”]

Cześć.

Jak widzicie (albo i nie) zaszły tutaj pewne zmiany. Przede wszystkim przeniosłam się na nową domenę i zmieniłam nazwę bloga. Mam nadzieję, że przyzwyczaicie się do tej nowej i będziecie nadal mnie wspierać w blogowych działaniach. Jeżeli się zastanawiacie dlaczego właśnie Micha, to podpowiem, że ma to związek z moim prawdziwym imieniem :) Wydaje mi się, że teraz będzie bardziej osobiście, bo Magiel był trochę nieprzemyślany i ad hoc (szczególnie, że to jednak mało oryginalna nazwa, biorąc pod uwagę masę innych magli w świadomości społeczeństwa), a utrzymał się i tak dość długo.

Jest jednak sprawa o której nie wiedziałam podczas przeprowadzki, a która zabolała najmocniej. Utrata komentarzy.

Z tego powodu naprawdę jest mi ogromnie smutno, bo była w nich prawdziwa skarbnica - i Waszego zdania na różne tematy, i polecajek, i dyskusji. Ale staram się sama pocieszać, mówiąc: będą następne! I na to liczę, czytelnicy ;)

Jednak nie przedłużając, czas ogłosić wyniki konkursu. Na szczęście wszystkie komentarze przetrwały na moim mailu. 

Zwycięzcami zostają:

Gratuluję i maile do wygranych właśnie zostały wysłane. Gdyby był jakiś problem to piszcie do mnie :)

A na dniach powinny pojawić się recenzje książek: „Ostatni z żywych” Rogere'a Moore oraz „Bohater Wieków” Brandon Sanderson.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Upadek jednej cywilizacji i ewolucja innej - „Dzieci czasu” Adrian Tchaikowsky

Cała i zdrowa wróciłam z najpiękniejszego festiwalu muzycznego! Łapcie więc od razu świeżutką opinię na temat Dzieci czasu, czyli fascynującej książki science ficion.


*Dzieci czasu*
Adrian Tchaikowsky

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Children of Time
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 566
*Wydawnictwo:* REBIS
A jednak najwyraźniej budowanie przyszłości nie jest takie proste. Każda nić łączy się z kolejną i niełatwo jest przestać je splatać.
*Krótko o fabule:*
Ostatni ludzie opuścili umierającą Ziemię, by desperacko poszukiwać wśród gwiazd nowego domu. Odkrywają prawdziwy skarb, pozostałość po dawnej eksploracji kosmosu: terraformowaną planetę, jakby wprost przygotowaną na ich przyjęcie. Nowy Eden okazuje się jednak daleki od idyllicznej przystani dla ludzkości. Eksperymenty z czasów ziemskiego Starego Imperium stworzyły tam cywilizację, która dla ludzi jawi się niczym najgorszy koszmar. Szybko staje się jasne, że w nieuchronnym konflikcie może ocaleć tylko zwycięzca. Gra o przetrwanie będzie bezwzględna. Czy ludzie zasługują na to, by zostać spadkobiercami nowej Ziemi?
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Powieści science fiction wciąż nie zajmują ciepłego miejsca w moim sercu. Niby niedaleko im do fantastyki, ale ja o wiele bardziej preferuję ten drugi gatunek. Nie zrażam się jednak - nadal poszukuję i daje szansę kolejnym tytułom. Dzieci czasu zainteresowały mnie dzięki temu, że zdobyły nagrodę im. Arhtura C. Clarke'a (pierwszą książką uhonorowaną tą nagrodą była Opowieść podręcznej Margaret Atwood). Po skończonej lekturze mogę powiedzieć, że było warto. 
Adrian Tchaikowsky, a właściwie Adrian Czajkowski to syn polskich emigrantów, mieszkający w Anglii. Studiował zoologię i psychologię, pracował jako radca prawny w Leeds. Interesuje się historią naturalną, ze szczególnym naciskiem na świat owadów. Sławę zdobył dzięki cyklowi fantasy Cienie Potępionych.
To, co często zawadzało mi w pozycjach tego gatunku było lekceważenie elementów technicznych, które niesie ze sobą człon „science”. Wydawało mi się, że autorzy zarysowują jedynie tło wydarzeń, bez skupiania się na szczegółach świata przedstawionego. Tym razem jednak otrzymałam tego nawet z nadwyżką. Widać od razu, że Tchaikowsky przenosi swoje zainteresowania w treść Dzieci czasu - wszystko tutaj ma naukowe wytłumaczenie i wydaje się logicznym następstwem ewolucji znanego nam świata. 
Narracja prowadzona jest z dwóch perspektyw. Pierwszą jest ta, która przedstawia poczynania mieszkańców ostatniego statku-arki, Gilgamesza, z ludzkim ładunkiem, mającym za zadanie znalezienie i osiedlenie się na nowej planecie. Druga natomiast pokazuje nam, przyspieszoną za pomocą specjalnego wirusa, ewolucję gatunku owadów na przestrzeni tysiącleci. Czyli mamy jeden rozdział o poczynaniach ludzi w kosmosie, a drugi na temat życia jednego z milionów pająków, mieszkającego na zielonej planecie. I nigdy bym się nie spodziewała, że czytanie o przygodach owadów może tak wciągać.
źródło
Autor wybrał na swoich bohaterów ciekawe jednostki ze społeczeństwa. Na ostatnim statku-arce rozkazy wydaje twardą ręką Guyen, szefem ochrony jest Karst, sprawami sprzętowymi od strony inżynierskiej zajmuje się Lain, a taką główną postacią jest Holsten, czyli specjalista od zadań lingwistycznych. Jak to się dzieje, że bohaterowie nie zmieniają się w przeciągu tysięcy lat? Oczywiście skorzystano z pomysłu „drzemek” - czas mija, ale dla człowieka śpiącego w kapsule na statku staje w miejscu. To dość typowe rozwiązanie. Zadziwia natomiast to, które zostało zastosowane na zielonej planecie. Tam poznajemy trzy główne pająki - samice Portię i Biancę oraz samca, Fabiana. Te owady nie przeżyją tysięcy lat, ale w kolejnych częściach będziemy poznawać historię z perspektywy ich potomków, dla ułatwienia nazywanych tymi samymi imionami. Tak jak postacie ludzkie były mi dość obojętne, traktowałam je raczej jako narzędzie do pchnięcia akcji do przodu, tak do tych owadzich się przywiązałam! Trochę to trwało, ale wraz z biegiem historii szczerze kibicowałam rozwojowi tej nowej, fascynującej cywilizacji z zaradną pajęczycą, Portią, na czele.
Jednym z najciekawszych elementów książki jest właśnie opis, w jaki sposób terraformowana planeta została tak licznie zaludniona i jak wyglądały poszczególne etapy tego procesu. Dzięki temu, że co kolejną część przeskakujemy w czasie, mogliśmy dość dokładnie poznać następujące po sobie ery życia planety. Autor tłumaczy szybkość postępu pająków tajemniczym wirusem, który pierwotnie przeznaczony był dla małp - niestety eksperyment się nie powiódł i zamiast małp na planecie zostały jedynie owady, na które zadziałał nanowirus.
Początkowo podchodziłam z dystansem do pomysłu wyboru pająków jako swoich bohaterów. Jak już wspomniałam, z czasem zmieniłam zdanie. Osobiście za tym gatunkiem nie przepadam, ale w książce sprawdził się idealnie. Duża w tym zasługa wiedzy autora - wykorzystał ciekawostki ze świata owadów, a niektóre ich zachowania odnosiły się do naszej historii. Jak wiadomo tym gatunkiem rządzą samice, które samców traktują jako taki środek do rozmnażania, a po wszystkim jeszcze się nimi posilają. Wraz z rozwojem cywilizacji pojawia się więc odwieczny problem równouprawnienia, ugryziony tym razem z drugiej strony! Bardzo podobał mi się ten pomysł.
Na uznanie zasługuje również to, w jaki sposób te dwa różne wątki znajdowały części wspólne. Oprócz akcji wewnątrz poszczególnych narracji, pojawiały się też momenty konfrontacji tych dwóch światów, a całość zmierzała ku nieuchronnej wojnie. Przyznam, że im bliżej końca tym bardziej byłam ciekawa jak to wszystko się rozwiąże, a autor wybrał opcję najbardziej zaskakującą. 
Dzieci czasu to pozycja obowiązkowa dla fanów science fiction. Oryginalna, napisana z rozmachem i ogromną wnikliwością od strony technicznej opowieść o upadku jednej cywilizacji i jednoczesnym powstaniu innej. Przestroga przed tym, co może spotkać ludzkość, jeżeli nadal będziemy przeć w kierunku wzajemnego wyniszczania siebie nawzajem i środowiska. Polecam.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lipcowy magiel filmowy

Dawno nie było tego typu wpisu, ale nie ma co się dziwić - ostatnimi czasy oglądam coraz mniej filmów (o czym już wspominałam w podsumowaniu półrocza). Jednak w połowie lipca dostałam małego kopa i postanowiłam trochę tytułów nadrobić.
Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA.


Sekretne życie zwierzaków domowych (2016)

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że lubię oglądać wszelakie animacje i bajki. Kiedy zobaczyłam zwiastun Sekretnego życia zwierzaków domowych to z miejsca się zakochałam i marzyłam o obejrzeniu tej produkcji. Okazało się jednak, że nie było warto.
Max (Tomasz Borkowski) jest szczęśliwym pupilem swojej pani i prowadzi sekretne życie, kiedy zostaje sam w domu, jak wszystkie zwierzaki. Jednak sielanka ulega zmianie - do jego domu wprowadza się bowiem nowy lokator, pies Duke (Jakub Wieczorek).
Niestety, nie macie co wierzyć zwiastunowi i różnym opisom. Ta bajka nie jest o tym, co robią nasze zwierzaki kiedy nie ma nas w domu. Owszem, znajdzie się takich kilka scen (większość pokazana jest zresztą w zwiastunie), ale po krótkim wstępie fabuła skupia się na przygodach psów - Maxa i Duke'a, którzy się gubią, wpadają w tarapaty, są ścigani i ratowani przez przyjaciół. Już brzmi dość bezbarwnie. Niestety jest jeszcze gorzej, bo moim zdaniem ta animacja nie jest ani dla dorosłych (ponieważ za dużo tam głupiutkich pościgów, stworzonych żeby zainteresować dzieci, a zarazem słabo rozpisanych, nic nie wnoszących, nudnych scen) ani dla maluchów (pokazalibyście swoim podopiecznym film, w którym pada zdanie: „Nie muszę wiedzieć jak to się nazywa, żeby to zabijać”?). Słabo w tym filmie wypada przesłanie moralizatorskie, całość przynudza. Bajkę ratuje kilka bardzo dobrych scen, które są raczej przerywnikiem w całości. I postać kota, która wypadła chyba najlepiej.

Moja ocena: 4/10

Destrukcja (2015)

Niedawno wspominałam sobie seanse filmowe z Jakiem Gyllenhaalem w roli głównej i stwierdziłam, że większość z nich była na bardzo dobrym poziomie. Przeglądając ofertę telewizji natknęłam się na Destrukcję, którą od dawna chciałam zobaczyć. 
Davis (Jake Gyllenhaal) to odnoszący sukcesy bankier, który - zdawałoby się - ma w życiu wszystko. Pewnego dnia w wypadku samochodowym ginie jego żona, a on stara się znaleźć sposób na poradzenie sobie ze stratą. 
Filmów dotyczących tego trudnego tematu było już całe mnóstwo i muszę przyznać, że Destrukcja na ich tle wypada bardzo mdło. Co prawda Jake stara się jak może, jak zresztą cała obsada, ale nie udało im się przeskoczyć mielizn wynikających z fabuły. Przyznam, że nie kupiłam postaci Davisa i jego przemiany, a także jego radzenia sobie ze stratą za pomocą wyładowania fizycznego. To mogłoby zadziałać, ale nie w przypadku tak rozpisanej postaci. Nie zadowalają również relacje głównego bohatera z całą resztą - nie poczułam tam ani jednej prawdziwej więzi. Film broni się aktorstwem i kilkoma dobrymi scenami, ale w porównaniu z produkcjami o podobnej tematyce to średniak. 

Moja ocena: 5/10

Baby driver (2017)

W ciągu ostatnich kilku tygodni trudno było nie usłyszeć pełnych zachwytów opinii na temat tej gorącej, letniej produkcji. Nastawiłam się na coś wspaniałego, szczególnie że Scott Pilgrim kontra świat (tego samego reżysera) to była niezła jazda bez trzymanki. Zapowiadał się więc oryginalny film akcji.
Baby (Ansel Elgort) prowadzi samochód tak, jakby urodził się za kierownicą. Pracuje dla bossa, który zleca mu przewożenie przestępców na miejsce akcji i wywożenie ich stamtąd bezpiecznie. Kiedy Baby poznaje Deborę (Lily James) postanawia zerwać z kryminalną przeszłością. Nie będzie to jednak takie proste.
Miał być oryginalny, bardzo dobry film akcji. Dostaliśmy natomiast bardzo dobry od strony technicznej kolejny film o pościgach, tych złych i szybkich samochodach. Przyznaję, że montaż, soundtrack i zdjęcia robiły wrażenie i uratowały ten film od całkowitej sztampowości. Jednak sama fabuła nie miała zbyt wiele oryginalności do zaoferowania. Szczególnie zawodzi pierwsza część, w której wszystko jest przewidywalne i po prostu nudne (zwłaszcza jeżeli ktoś nie jest fanem scen akcji). Lepiej zaczęło być już pod koniec, kiedy można było zauważyć trochę szaleństwa znanego z poprzedniego filmu reżysera. To jednak za mało, żeby uznać ten film za jakiś wybitny. Strona techniczna jak najbardziej na tak, aktorzy słodko radzą sobie na ekranie (chociaż samo rozpisanie postaci już bardzo schematyczne). Gdyby pokręcony poziom zakończenia przenieść na całość to bardziej by mnie to kupiło. A tak to dobrze zrealizowany film akcji, ale nic poza tym.

Moja ocena: 6/10

Plan Maggie (2015)

Lubię filmy z Gretą Gerwing. Może nie widziałam jeszcze ich zbyt wielu, ale ten jej czar na ekranie do mnie po prostu przemawia. A w Planie Maggie oprócz niej mamy jeszcze Ethana Hawke'a i Julianne Moore. No i wiecie już dlaczego chciałam zobaczyć.
Maggie (Greta Gerwing) mieszka w Nowym Jorku, pracuje na uniwersytecie jako konsultantka do spraw związanych z przyszłymi planami zawodowymi studentów. Postanawia zajść w ciążę, przez inseminację. Splata się to w czasie z poznaniem przystojnego (ale żonatego) wykładowcy - Johna (Ethan Hawke).
Bardzo dobrze spędziłam czas przy tym filmie. To taka komedia romantyczna, ale z bardziej niezależnym zacięciem, bez takiej schematyczności, z lepszym scenariuszem i świetnymi rolami. Każdy z aktorów pokazał się tutaj z bardzo dobrej strony. Greta jak zawsze czarowała, ale tym razem była mniej bezradna i zagubiona, a bardziej zdeterminowana i dążąca do celu. Julianne miała rolę drugoplanową, ale poradziła sobie świetnie w roli egocentrycznej Dunki. W filmie uwagę kradną przede wszystkim kobiety, ale dobrze wypada również Ethan Hawke, który z biegiem czasu nabiera jeszcze więcej wdzięku i kolejny raz podbija moje damskie serce. Jeżeli szukacie przyjemnej komedii romantycznej, ale nie takiej typowej jak spod sztandaru Hollywood, to ten film będzie dla Was. Podobało mi się ujęcie matczynej miłości i przedstawienie innego podejścia do miłości (albo jej braku) w związku. Czasami ogromne zakochanie znika i okazuje się, że to było tak naprawdę zauroczenie. No cóż.

Moja ocena: 7/10

Król Artur: Legenda miecza (2017)

Fanką filmów z elementami fantastyki jestem od zawsze, a te dotyczące legend rycerzy Okrągłego Stołu często mi się podobały. Po zobaczeniu zwiastuna nowego Króla Artura miałam mieszane uczucia i spodziewałam się czegoś raczej z niższej półki. Ale pozytywnie się zaskoczyłam
Po śmierci króla Uthera (Eric Bana) władzę w kraju obejmuje zły Vortigern (Jude Law). Szybko okazuje się, że jego rządy upłyną pod sztandarem ucisku ludności, a jedyną osobą stojącą mu na drodze może być zaginiony syn króla - Artur (Charlie Hunnam). Przeszukuje więc kraj w celu odnalezienia chłopaka potrafiącego wyciągnąć mityczny miecz z kamienia.
Przede wszystkim to był jeden z tych seansów kinowych, który minął mi błyskawicznie. Guy Ritchie, reżyser filmu, zdołał utrzymać moją ciekawość, jak również uwagę mojego współtowarzysza w kinie. Poprzedni obraz Ritchiego (Kryptonim U.N.C.L.E.) jakoś mnie nie przekonał, ale po reżyserze sławetnego Przekrętu najwidoczniej wciąż można się spodziewać dobrych filmów. Mnie kupił przede wszystkim takim oryginalnym połączeniem średniowiecznego klimatu ze współczesnymi, brytyjskimi gangami. Kto by się spodziewał - sprawdziło się to znakomicie. Co prawda duża tu zasługa genialnej ścieżki dźwiękowej i ... montażu. Montaż tutaj sprawił, że ciekawość sięgała zenitu, a reżyser gładko lawirował między przeszłością, przyszłością i teraźniejszością. Wszystko to z nutką humoru i mrugnięciem oka. Przeszkadza samo tło i legenda króla Artura, bo te sceny nawiązujące do znanej historii wypadały najgorzej. I postać złego rozpisana dość słabo (z serii „Jestem zły, pragnę władzy, ARGH!). Ale Jude Law w tej roli nadrabia charyzmą. Oprócz niego ekran kradła dla mnie postać maga, grana przez Astrid Berges-Frisbey. Moim zdaniem warto, szczególnie kiedy nastawiamy się na średniaka - ja się bawiłam przednio.

Moja ocena: 7/10

Spider-Man: Homecoming (2017)

Ostatnio stwierdziłam, że filmy o superbohaterach przestają być kinem dla mnie. To całe ratowania świata przed tym Złym z kosmosu, który chce rozwalić Ziemię mnie nie przekonuje (nawet druga część Strażników Galaktyki poszła trochę w tę stronę, a szkoda, bo pierwsza tak mi się podobała). Jednak zawsze miałam sentyment do człowieka-pająka i nie mogłam sobie odmówić wizyty w kinie.
Petera Parkera spotykamy świeżo po wydarzeniach znanych nam z ostatniej części Avengersów. Chłopak bardzo chce być częścią świata superbohaterów, jednak póki co musi zadowolić się pomocą mieszkańcom swojego miasta. Tymczasem na horyzoncie pojawia się sprawa przemytu broni, którą Spider-Man zamierza się zająć.
Ale to było dobre! Nowy Spider-Man nie sili się na zbędny patos, który tak często znajdujemy w tego typu produkcjach. To po prostu historia młodego chłopaka, który zyskał niebywałe moce i próbuje się z nimi oswoić. Nie będzie tutaj ponownie ogólnie znanego wstępu (ugryzienie przez pająka, przemiana itp.) tylko od razu wskoczymy w rzeczywistość Petera, która jest trochę geekowska, a równocześnie czarująca. To raczej historia dla młodzieży, co jest determinowane przez wiek bohaterów, ale ja (chociaż starsza) bawiłam się przednio, a humor trafiał w moje gusta (np. bardzo mnie śmieszyły wstawki z tej szkolnej telewizji!). Czyli jest lekko i przyjemnie, a zarazem historia jest ciekawa i wciąga. Bo tym razem nasz antagonista to nie jakiś Władca Planety X tylko szary obywatel, który miał pomysł na biznes i posunął się w nim za daleko. Na dodatek w tej roli idealnie sprawdza się Michael Keaton, który świetnie oddał swój charakter. Pochwały należą się oczywiście Tomowi Hollandowi za najlepszego do tej pory Petera Parkera. Podobało mi się też jak wpleciono wątek MJ, która nie jest tym razem zwykłą heroiną, ma charakterek i coś do powiedzenia. Dużo można pisać, ale podsumowując - nowy Spider-man to lekki, komediowy film o superbohaterach bez nadęcia, który idealnie umili Wasz wieczór.

Moja ocena: 8/10

Dunkierka (2017)

Postawmy sprawę jasno - nie jestem fanką filmów wojennych. Nawet jeżeli coś jest dobrze zrealizowane zazwyczaj mnie nie porusza i chociaż doceniam, to nie polecam. Tym razem było trochę inaczej.
Trudno jest tutaj pisać o fabule. Mamy po prostu sytuację, w której alianccy żołnierze, otoczeni przez wrogie wojska starają się wrócić do domu.
Brawa dla Christophera Nolana za tchnięcie odrobiny oryginalności do kina wojennego. Nareszcie nie mamy typowego filmu z bohaterskimi poświęceniami i wysokobudżetowymi scenami batalistycznymi. Jest minimalistycznie, a dzięki temu łatwiej wyczuć klimat niepokoju płynący z obrazu. Niemal potrafimy wyczuć napięcie odciętych wojsk, które z jednej strony mają nacierającego wroga, a z drugiej zdradziecki ocean. Na pewno pomaga genialna warstwa dźwiękowa i muzyczna (Hanz Zimmer jak zawsze nie zawodzi), która zdecydowanie zasługuje na Oscara. Podoba mi się też brak jednego bohatera, obserwujemy historię z kilku perspektyw, a każda z postaci ma zaledwie kilkanaście kwestii w filmie - większość opiera się na obrazie, dialogi są dość sporadyczne i w tym przypadku sprawdza się to idealnie. Cała warstwa techniczna zachwyca, aktorzy wypadają prawdziwie, a widz przejmuje się ich losem. Jedyne co może razić to ostatnia scena, która jednak pozostawia poczucie zagubienia z serii to co w końcu reżyser chciał przekazać?. Ale można chyba przymknąć na to oko, bo do kina i tak warto się wybrać.

Moja ocena: 8/10


A Wy, co ostatnio widzieliście?

czwartek, 27 lipca 2017

Konkurs [„Lśnij, morze Edenu” i „Kobieta na schodach”]

Ze względów formalnych musiałam dokonać pewnych zmian w regulaminie, dlatego ponownie wrzucam konkursową notkę. Liczę że weźmiecie udział ;)

 Dzisiaj przychodzę do Was z (już dawno obiecanym) konkursem! Do wygrania są dwie książki - wybierajcie więc lekturę, która Was bardziej interesuje i bierzcie udział. O Kobiecie na schodach pisałam już swoją opinię (TUTAJ), o Lśnij, morze Edenu również (TUTAJ).

baner konkursowy (nie zwracajcie uwagi na złą datę początkową ;))

Co trzeba zrobić, aby wygrać egzemplarz książki „Lśnij, morze Edenu" Andresa Ibanez lub „Kobieta na schodach" Bernharda Schlink? :
1) Zgłosić chęć udziału w konkursie
2) Podać swój adres e-mail
3) Wybrać jedną książkę, która Cię interesuje
4) Uzasadnić krótko swój wybór
*5) Udostępnić baner konkursowy albo informację o konkursie na swoim Facebooku lub blogu (nieobowiązkowe)
*6) Być publicznym obserwatorem mojego bloga (nieobowiązkowe)

Przykładowe zgłoszenie może wyglądać tak:
Zgłaszam się!
Adres e-mail:
Wybieram:
Ponieważ:
*Baner: 
*Obserwuję bloga jako:
Zgłoszenia od 27.07.17 r. do 10.08.17 r.
Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jestem ja, natomiast fundatorem nagrody jest Wydawnictwo Rebis
2. Nagrodą w konkursie są egzemplarze książek "Lśnij, morze Edenu" Andres Inabez, "Kobieta na schodach" Bernhard Schlink.
3. Aby konkurs się odbył, musi się zgłosić min. 8 osób.
4. Konkurs trwa od 27.07.2017 r. do 10.08.2017 r. do godziny 23:59. Zgłoszenia po tym terminie nie będą brane pod uwagę.
5. Aby wziąć udział w konkursie należy: podać adres e-mail, wybrać książkę i uzasadnić swój wybór.
6. Uczestnikiem może być każdy, kto posiada adres korespondencyjny na terenie Polski.
7. Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od daty zakończenia konkursu
8. Zwycięzcy zostanie wyłoniony przeze mnie.
9. O wygranej poinformuję  zwycięzców drogą mailową. Na przesłanie zwrotnego e-maila z adresem zwycięzca ma 5 dni, w innym przypadku odbędzie się powtórne losowanie.
10. Koszty wysyłki pokrywa organizator.


Powodzenia! :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Sporo tytułów do nadrobienia, czyli moja serialowa lista must-see

W kalifornijskim San Diego trwa w najlepsze Comic Con, czyli jeden z najbardziej popularnych konwentów dla fanów komiksów, kina, seriali i wszystkiego związanego z fantastyką. Można się zastanawiać co obchodzi to nas, Polaków, mieszkających po drugiej stronie globu. Otóż sporo, bo to tam mają miejsce wszelkie spotkania z twórcami, więc dochodzą do nas najświeższe newsy, a także to, na co wszyscy najbardziej czekają, czyli zwiastuny nadchodzących produkcji. Wczoraj zobaczyłam między innymi zapowiedź drugiego sezonu Stranger Things i po prostu nie mogę się już doczekać premiery! 
Na fali tej ekscytacji stwierdziłam, że zrobię małą listę seriali, które wciąż mam do obejrzenia (a oczywiście brakuje mi na nie czasu). Przejdźmy więc do meritum.

1. Twin Peaks (1990-1991)

źródło
Tutaj mój największy wstyd serialowy. Tak, nie widziałam kultowego Twin Peaks! Najgorsze jest to, że każdy kto widział bardzo go wychwala, a ja wciąż nie mogę nic na jego temat powiedzieć. Na dodatek większość uważa go za najlepszy serial, który kiedykolwiek powstał. Cóż, trudno się dziwić, w końcu reżyserował to David Lynch, a po nim można się spodziewać czegoś naprawdę pokręconego, ale równocześnie wciągającego. Koniecznie muszę nadrobić, szczególnie że niedawno pojawił się nowy sezon, ciekawe jak się on ma do klasycznej wersji z lat 90tych.

2. Feud (2017-)

źródło
Od obejrzenia przeze mnie cudownego filmu Co się zdarzyło Baby Jane? minęło już jakieś pięć lat. Jednak wspomnienia niektórych scen wciąż zostały żywe w pamięci. To był naprawdę bardzo dobry film, a wiele zawdzięczał genialnym kreacjom aktorskim. I Bettie Davis, i Joan Crawford stanęły na wysokości zadania i zagrały po mistrzowsku. Nie mogłabym więc sobie wybaczyć, gdybym nie zobaczyła Feud, ośmioodcinkowego serialu, który opowiada o konflikcie tych dwóch aktorek podczas kręcenia filmu. Twórcą jest Ryan Murphy, główne role dostały się Jessice Lange i Susan Sarandon - lepszego wyboru chyba nie było. Muszę nadrobić.

3. Anne (2017-)

źródło
Odkąd zobaczyłam pierwszy zwiastun przebierałam nóżkami z niecierpliwością. Ania z Zielonego Wzgórza to spora część mojego nastoletniego życia, pamiętam że z przyjemnością zaczytywałam się w kolejnych przygodach Ani Shirley. Uwielbiam też filmy z Megan Follows w roli tytułowej, które również lata temu oglądałam wiele razy. Podobno ta serialowa wersja trochę się różni od pierwowzoru i jest jakby bardziej mroczna, ale mnie to nie powinno przeszkadzać. Zresztą, seriale, które wypuszcza Netflix zazwyczaj dają radę. Muszę czym prędzej nadrobić, szczególnie że odcinków na razie jest niewiele.

4. The Crown (2016)

źródło
O tym serialu zrobiło się bardzo głośno zaraz po emisji, a każdy kto się na jego temat wypowiadał to wychwalał. Fabuła skupia się wokół życia królowej Elżbiety II od śmierci jej ojca do czasów obecnych. Nie jest to okres historyczny, który specjalnie mnie interesuje, ale naprawdę ciężko przejść obojętnie wokół tych pochwalnych recenzji i wygranych nagród (m.in. Złoty Glob i Satelita). Na dodatek to kolejny krótki serial, ma jedynie dziesięć odcinków, więc nadrabianie nie powinno zająć sporo czasu.

5. The Handmaid's Tale (2017-)

źródło
Kolejny świeży, głośny tytuł wśród serialowych nowości. Powstał na podstawie powieści napisanej przez Margaret Atwood o tej samej nazwie. Antyutopia, której historia skupiona jest na kobiecej części społeczeństwa - podobno mocna rzecz. W głównych rolach zobaczymy m.in. Elizabeth Moss czy Josepha Finnesa., czyli kolejne głośne nazwiska na małym ekranie. Mam tylko jeden problem. Bardzo chciałabym najpierw poznać książkowy pierwowzór, więc zapewne oglądanie jeszcze trochę poczeka.

6. Legion (2017-)

źródło
Doszłam do etapu, w którym zwykłe filmy superbohaterskie mnie nudzą. Kiedyś mogłam się zachwycać tysięczną częścią Avengersów czy X-menów, ale teraz zazwyczaj potrzebuję czegoś więcej, pewnej dozy oryginalności, takiego podjęcia ryzyka przez twórców. Może dlatego nie mogłam się wkręcić w serialowego Daredevila, bo chociaż porządnie zrobiony, to wciąż taka typowa superhero produkcja? Ale bez obaw, bo z pomocą przychodzi mi Legion, czyli serial, który już w zwiastunie prezentuje to inne podejście do tematu. Do tego dorzućmy sporo dobrych recenzji i mam kolejny serial na liście do nadrobienia!

źródło
Założyłam sobie, że stworzę listę pięciu tytułów (dobra, wyszło sześć), a wciąż sporo innych produkcji tłucze mi się gdzieś z tyłu głowy. Bo przecież mam do obejrzenia rozpoczęte już House of cards (utknęłam w drugim sezonie) i Orange is the new black (tutaj został mi najnowszy sezon). A oprócz tego? Chciałabym w końcu zobaczyć o co tyle szumu z Breaking Bad (ale to ma tyyyyle odcinków), zobaczyć świeżutkie, pełne gwiazd Big Little Lies, dobrze się bawić przy ekranizacji A Series of Unfortunate Events, sprawdzić czy dam się wciągnąć, tak jak rzesze fanów w Doctor Who (tylko tam też mnóstwo nadrabiania) i może dla rozrywki obejrzeć w końcu Jane the Virgin. Tylko skąd na to znaleźć czas?

A Wy co oglądacie, a co chcielibyście nadrobić? Czekam na komentarze, może poszerzę jeszcze swoją listę ;)



czwartek, 20 lipca 2017

„Amerykańscy bogowie”, czyli wyobraźcie sobie, że bóstwa (zapomniane i współczesne) żyją wśród nas

Zapewne każdy z nas kojarzy któryś z tych typów. Starsza pani, siedząca przy stoliku z talią kart bądź namiętnie wpatrująca się w fusy, wyczytująca z nich naszą przyszłość. Zatwardziały, starszy palacz, pracujący w pobliskiej rzeźni, którego narzędziem zbrodni jest specjalny pistolet do zabijania świń. Bądź też rozwydrzony hulaka, którego można spotkać co tydzień w tym samym pubie, popijającego piwko i szukającego okazji do bójki. Kojarzymy? No to teraz wyobraźcie sobie, że to nie są tacy zwykli ludzie. Ale skoro nie zwykli ludzie, to kto? Ha, no właśnie:
Chyba nietrudno się domyślić dlaczego zainteresował mnie właśnie ten serial amerykańskiej stacji Starz. Neil Gaiman to jeden z moich ulubionych autorów i zdecydowanie ten, którego książki dość dokładnie udało mi się poznać (chociaż na szczęście dawkuję sobie tę twórczość i trochę jeszcze mi zostało). Amerykańscy bogowie to właśnie ten tytuł, który przyniósł mu ogólnoświatową sławę i uwielbienie milionów fanów. Przyznaję, że to nie jest moja ulubiona książka, która wyszła spod jego pióra, trudno jednak nie docenić jej treści. Nareszcie też docenili ją serialowi twórcy zza oceanu i dostaliśmy porządną ekranizację tej powieści. 
Ale z czym mamy tutaj do czynienia? Główny bohater, Cień, odlicza już swoje ostatnie godziny w więzieniu, kiedy dowiaduje się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Mężczyzna jest w niemałym szoku, szczególnie że na światło dzienne wychodzi również domniemany romans jego małżonki. Zagubiony, z mętlikiem w głowie, spotyka na swojej drodze tajemniczego jegomościa (który przedstawia się bieżącym dniem tygodnia) - Pana Wednesday'a. Cień otrzymuje od niego propozycję pracy, która zmieni cały jego dotychczasowy światopogląd.
Twórcami serialu są ludzie odpowiedzialni za udaną produkcję, która zyskała niemałą sławę także u nas - Hannibala (2013-2015). Przyznaję, że sama miałam w planach nadrobić ten tytuł, ale na razie wciąż mi z tym serialem nie po drodze. Jednak już po pierwszym odcinku American gods widać, że twórcy widoku krwi się nie boją, a nawet znajdują w nim pewną wartość estetyczną. Dlatego nie bądźcie zdziwieni kiedy zobaczycie niemal deszcze posoki i eksplodujące ciała - taką sobie wybrali konwencję. To prawda, że prezentowało się to ładnie, jednak momentami czułam, że techniczni przesadzają z ilością slow-motion. Po obejrzeniu całego sezonu trudno jednak nie pochwalić strony technicznej, która jest na wysokim poziomie (chociaż w bardzo osobliwym klimacie). Zdjęcia i montaż dają radę, a trudno pominąć też świetne wybory tła muzycznego.
Najsilniejszą stronę serial prezentuje jednak w warstwie aktorskiej. Goście od castingu spisali się po prostu na medal i dostaliśmy mnóstwo cudownych postaci, niemal żywcem wyjętych z kart książki. Prym oczywiście wiedzie tutaj Ian McShane, który gra pana Wednesday'a. Ma taką ilość charyzmy, że jak tylko pojawia się na ekranie to kradnie całą uwagę widza. Jest po prostu bezbłędny. Dobrze wypada także Ricky Whittle w roli Cienia - początkowo wydawał mi się sztywny i taki nieobecny, ale później przypomniałam sobie, że taki właśnie był bohater książki. I prawdą jest, że idealnie oddał charakter stworzony przez Gaimana. Cały drugi plan również robi wrażenie: Emily Browning świetnie zagrała charakterną Laurę, a Pablo Schreiber to wymarzony leprechaun. A to nie koniec, bo genialnie prezentują się także wszystkie epizodyczne role różnych bogów. Każdy z nich zapada w pamięć i jest obsadzony po prostu idealnie, od grubiańskiego Czernoboga (Peter Stormare) po słodką Wielkanoc (Kristin Chenoweth).
Jestem zachwycona, że postanowiono Amerykańskich bogów stworzyć właśnie w formie serialowej. Niezaprzeczalny jest fakt, że w ostatnich latach mały ekran wcale nie odbiega poziomem od tego, co zobaczymy w kinie, a jednocześnie twórcy nie muszą się nigdzie spieszyć. I w tym serialu zdecydowanie wrzucili sobie na luz. To prawda, że przez to niektóre momenty zdają się trochę niepotrzebne i mogą wybijać z głównej akcji bądź po prostu przynudzać, ale fani mogą być zadowoleni - dostaną więcej materiału. Osią fabuły jest podróż Cienia i pana Wednesday'a przez Amerykę w poszukiwaniu starych bogów, ale dostaniemy odcinki, w których ich historia nie ruszy się do przodu ani na milimetr. Będzie za to retrospekcja z życia Laury Moon, a także kostiumowy odcinek (piękny!) na temat przeszłości Szalonego Sweeney'a. Natomiast warto też wspomnieć, że każdy epizod rozpoczyna krótka wstawka na temat jakiegoś przeszłego wierzenia. Niektóre z nich były genialne, inne tylko w porządku, ale to na pewno ciekawy pomysł.
Ten serial to taka mieszanka wybuchowa. Bo przede wszystkim to fantastyka, ale będzie też trochę wstawek historycznych, czysto kostiumowych, będzie miejsce na romans (a nawet więcej niż jeden) czy trochę czarnej komedii. A kto czytał książkę ten wie, że pojawi się też wątek kryminalnej zagadki, której serialowego rozwiązania nie mogę się doczekać. 
Amerykańscy bogowie sławę zyskali dzięki intrygującej tematyce. Starcie dawnych, zapomnianych już przez większość wierzeń z naszą nową „wiarą”, czyli nowoczesnymi zastępnikami religii, jak technologia czy kino. W książce sprawdziło się to bardzo dobrze i serial także jest na odpowiedniej drodze do sukcesu. Dla mnie, jako laika, ciekawym doświadczeniem było poznawanie kolejnych starych wierzeń, szczególnie że o większości naprawdę nie miałam zielonego pojęcia.

Warto też wspomnieć, że serial przeznaczony jest dla widzów dorosłych. Oprócz wulgarnego języka, brutalności i mnóstwa krwi będzie też trochę golizny, więc ostrzegam.

I polecam. Chociaż proponuję najpierw zapoznać się z książką ;)

Ktoś z Was widział? Ktoś jest zainteresowany?

niedziela, 16 lipca 2017

Przygodowa fabuła z magiczną, poetycką otoczką - „Lśnij, morze Edenu” Andrés Ibáñez

Na początku zaznaczam, że m.in. tę książkę możecie wygrać w konkursie - wystarczy się zgłosić i mieć szczęście w losowaniu. Zapraszam serdecznie TUTAJ.


*Lśnij, morze Edenu*
Andrés Ibáñez

*Język oryginalny:* hiszpański
*Tytuł oryginału:* Brilla, mar del Edén
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 816
*Wydawnictwo:* REBIS
Najchętniej bym ją przytulił i prosił, błagał, by mnie pokochała, by dała mi trochę miłości, choćby tylko odrobinę. Tyle że nie da się nikogo prosić o miłość, akurat o miłość się nie da. Można prosić o cokolwiek: o pieniądze, jedzenie, dom, opiekę, o życie albo nawet o śmierć, ale nie można prosić o miłość, bez względu na to, jak bardzo się jej potrzebuje.
*Krótko o fabule:*
Lecący z Los Angeles do Singapuru samolot pasażerski rozbija się pośrodku Pacyfiku, a dziewięćdziesięcioro pozostałych przy życiu rozbitków trafia na z pozoru bezludną rajską wyspę, gdzie na pozbawionych kontaktu ze światem zewnętrznym nieszczęśników czyhają najprzeróżniejsze tajemnicze niebezpieczeństwa. Wśród ocalałych są przedstawiciele różnych narodów, zawodów i stanów. Narratorem opowieści jest hiszpański kompozytor Juan Barbarín, zamieszkały w Stanach Zjednoczonych miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Autor w mistrzowski sposób snuje opowieść o świecie pogrążonym w kryzysie i proponuje nową ścieżkę, która rodzi się z muzyki i milczenia.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Pierwsze spojrzenie na książkę wystarczyło, żebym zainteresowała się tym tytułem. Pomijając już przyciągającą wzrok grafikę, informacja od wydawcy, że to będzie taki miks Burzy Szekspira, Władcy much Goldinga i serialu Zagubieni sprawiła, że zapragnęłam ją przeczytać. Może mam tak jak autor, Andrés Ibáñez, że bezludne wyspy po prostu mnie fascynują, bo każdy z tamtych tytułów wywoływał we mnie spore emocje. Bo gdzie najlepiej poznać tajniki ludzkiego zachowania niż w sytuacjach kryzysowych, kiedy człowiek zostaje wyrwany ze swojej strefy komfortu i przeniesiony z grupą przeróżnych charakterów w swoistą dżunglę, gdzie czai się mnóstwo tajemnic? 
Andrés Ibáñez urodził się w Madrycie, w 1961. Jest poetą, pisarzem (napisał swoją wersję Don Kichota, kiedy miał pięć lat!), pianistą jazzowym. Podczas pobytu w Nowym Jorku tworzył również sztuki teatralne. Uwielbia opowieści o bezludnych wyspach. Uważa, że książki nie służą do uczenia nas, a raczej do doświadczania czegoś, przeżywania.
Muszę przyznać, że mnie udało się przeżyć taką przygodę podczas czytania Lśnij, morze Edenu. To prawdziwa cegiełka, a ja przez cały okres czytania czułam się trochę jak w rollercoasterze. Były momenty, w których powieść trzymała w garści całą uwagę, kiedy po prostu spijałam każde słowo napisane przez Ibáñeza. Ale znalazły się też fragmenty lekko irytujące bądź przegadane i rozwleczone. Po wszystkim mogę jednak oświadczyć - warto się z nią zapoznać.
Rozpocznę może od tej gorszej strony książki. Tak, bywa ona chwilami przeciągnięta, szczególnie jest to zauważalne w drugiej części powieści. Wydaje mi się, że autor momentami przeszarżował z tą metafizyką, nawiązaniami do mistycyzmu i religii Dalekiego Wschodu. Wiem, że to był jego wybór, żeby ukazać właśnie tę ideologię i zgadzam się z tym, że pasuje ona do fabuły, ale sposób w którym podaje nam pewne rozwiązania był moim zdaniem przesadzony. Trudno też nie wspomnieć o bardzo dosadnym „inspirowaniu się” wymienionymi na okładce tytułami. Chwilami można odnieść wrażenie, że autor wręcz plagiatuje znane nam historie.
Po tym akapicie można wnosić, że książka nie przypadła mi do gustu, a jest wręcz przeciwnie. Uważam, że to wspaniała lektura, która nie uchowała się przed kilkoma wadami, ale przy tej objętości jak najbardziej to wybaczam. Szczególnie, że tak wiele stron nadrobiło te wpadki z nawiązką, angażując mnie tak bardzo w tę historię. W tym miejscu wypada usprawiedliwić trochę jedną z wad, czyli to plagiatowanie. Na początku można odnieść takie wrażenie, szczególnie w kontekście serialu Zagubieni. Wśród bohaterów mamy m.in. Wade'a, który odkąd przybył na wyspę odzyskał czucie w nogach. Brzmi znajomo? A to nie wszystko, bo w Lśnij, morze Edenu znajdziemy mnóstwo sytuacji niemal żywcem wyjętych z serialu. Okazuje się, że autor nie tylko się inspirował, a raczej czerpał ze znanych nam tytułów, podebrał bohaterów i wrzucił ich później do jednego wielkiego wora, jakim jest ta wyspa. Wyspa, będąca niejako również bohaterem powieści, prawie-żywym organizmem, który jednym daje, drugim odbiera, a przede wszystkim daje szansę. Szansę na poprawę, na znalezienie prawdziwego znaczenia szczęścia oraz tego, co nas napędza i sprawia, że chce się żyć.
źródło
W kwestii bohaterów mamy więc tutaj całą gamę przeróżnych charakterów. Wielu z nich możemy kojarzyć z popkultury, jak bohaterowie serialu Zagubieni czy doktor Manhattan z komiksu Strażnicy, ale spotkamy również takich, którzy są postaciami historycznymi, jak Anton Bruckner (austriacki kompozytor) czy Shōkō Asahara (założyciel sekty religijnej Aum Shinrikyō). Naszym narratorem natomiast będzie Juan Barbarin, hiszpański kompozytor, miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Jest to wspaniały przewodnik po świecie przedstawionym, człowiek, który szybko nawiązuje kontakty, często słucha życiowych historii rozbitków i bierze udział we wszystkich ważnych wydarzeniach. Finalnie okazuje się bardzo ważny w kontekście prób wydostania się z wyspy. 
Trudno jest tutaj opowiedzieć o wszystkich bohaterach, ponieważ jest ich naprawdę cała masa. Warto jednak wspomnieć, że pojawia się kilka takich długich rozdziałów-opowiadań, dotyczących przeszłości poszczególnych postaci. I to były naprawdę świetne, niesamowicie wciągające historie. Nawet nie wiem, która zrobiła na mnie największe wrażenie, ale postawię na tę, dotyczącą Meksykanki - Xóchitl. Poruszająca, zaskakująca i przepełniona akcją. 
Książka jednak zapadnie mi w pamięci przede wszystkim ze względu na magiczny styl autora. Niektórzy mogą stwierdzić, że to podchodzi już pod grafomanię i czyste lanie wody, a ja powiem: geniusz. To właśnie dzięki temu jak książka została napisana mogłam się przenieść na wyspę i przeżywać rozterki każdego z bohaterów. A nawet był to taki impuls do zastanowienia się nad tym, co otacza i mnie. Nad tym, co wyspa mogłaby zrobić z moim życiem - dałaby coś czy odebrała? 
Nigdy bym nie pomyślała, że opis jakiejś postaci na dwie strony może tak mnie zafascynować. Ale to jak autor wymieniał elementy charakteru Christiny spijałam z zachwytem, mimo tego, że były to bardzo przyziemne informacje (fragment zaczyna się od „Christina bardzo lubiła kwiaty i kolorowe przedmioty ze szkła, urocze drobiazgi, figurki, portmonetki... Lubiła też słodycze, nie tylko typowe madryckie fiołki czy żelki, lecz także lizaki Chupa Chups i inne.”, str.251). W takich momentach stwierdzałam z czystym sumieniem, że mam do czynienia ze swoistym pisarzem-czarodziejem.
Jeżeli już wspomniałam postać Christiny to muszę pochwalić wątek miłosny. Z założenia miał to być kolejny z wielu wątków, a stał się niemal główną osią fabuły. To prawda, że pojawia się w treści dość sporadycznie, ale to jakby on jest motorem napędowym poczynań głównego bohatera i prowadzi do wielkiego finału. A rozpisany jest zgrabnie i wiarygodnie, z nutką dramatyzmu, która porwała moje serce, a zarazem bez zbędnego sentymentalizmu.
Zazwyczaj nie skupiam się na elementach estetycznych, ale w tym przypadku trudno przejść obojętnie obok okładki książki, którą narysował sam autor. Idealnie koresponduje z treścią powieści. Jeżeli więc patrząc na nią macie wrażenie, że to jakiś dziwaczny zlepek różnych postaci, to możecie być pewni, że właśnie to otrzymacie w środku. Oprócz postaci z Zagubionych, spogląda z niej także Anton Bruckner, doktor Manhattan, Shōkō Asahara i Robert Bolano. Na pierwszym planie natomiast ważna część historii czyli kobieta, jak ją Bóg stworzył. Tak, w książce sporo jest erotyzmu, w końcu nasz główny bohater kobiety uwielbia i podziwia ich piękno. Zresztą lektura w ogóle przeznaczona jest dla osób dorosłych (zachowania mieszkańców wyspy są pełne bestialskiej brutalności).
Kończąc, mogę tylko powiedzieć, że Lśnij, morze Edenu to na pewno powieść, którą będę pamiętać na długo. Ta hiszpańska eksplozja okazała się wspaniałą przygodą, a Ibáñez osiągnął swój cel i stworzył pełnoprawną fabułę połączoną z otoczką poezji. Mimo kilku rozwleczonych momentów, uważam że warto się z nią zapoznać. A ja dzięki autorowi zasłuchuję się w Brucknerze i szukam książek autorstwa Bolano!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

Wywiad z autorem

sobota, 8 lipca 2017

Odpowiedzialność za losy świata leży na Twoich barkach - „Wrota obelisków” N.K. Jemisin



*Wrota obelisków*
N.K. Jemisin

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Obelisk Gate
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2 Pęknięta Ziemia
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 432
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
To zadziwiająco ożywcze uczucie. Być osądzanym na podstawie tego, co robisz, a nie tego, czym jesteś.
*Krótko o fabule:*
Tak właśnie kończy się świat – po raz ostatni.
Nastaje Sezon, a ludzkość pogrąża się w długiej, zimnej nocy.
Essun – kiedyś opiekuńcza matka, obecnie mścicielka – znalazła schronienie, nie zdołała jednak odszukać córki. Spotyka dziesięciopierściennika Alabastra, który ma do niej prośbę. Jeśli Essun ją spełni, los Bezruchu zostanie przypieczętowany na zawsze. Daleko stamtąd jej córka, Nassun, rośnie w siłę, a jej wybory mogą doprowadzić do rozerwania świata.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
 W grudniu zachwycałam się pierwszym tomem trylogii Pękniętej Ziemi - Piątą porą roku, która została laureatką m.in. nagrody Hugo. Była to właśnie jedna z tych książek, której kontynuacji wypatrywałam z niecierpliwością i na którą rzuciłam się od razu, kiedy dostałam ją w swoje ręce. Po skończonej lekturze zadałam sobie pytanie: czy sprostała moim wymaganiom, po świetnym pierwszym tomie? Odpowiedź brzmi - oczywiście, że tak!
Zazwyczaj przy kontynuacjach powoli wkraczam z powrotem w świat przedstawiony, przypominam sobie bohaterów, koneksje między postaciami, wydarzenia z poprzednich tomów. Tym razem było inaczej - już od pierwszych stron poczułam się jak w domu. Znowu duża w tym zasługa drugoosobowej narracji, która tak świetnie się sprawdza w przypadku tej serii. Szczególnie, że po Piątej porze roku jesteśmy już świadomi kto opowiada nam tę historię, do kogo się zwraca i kim jest. Tym razem postać tego narratora zostanie trochę rozwinięta, a my dowiemy się trochę więcej na temat jego przyszłych planów związanych z Essun.
Właśnie - Essun. To naprawdę cudowna główna bohaterka. Jej przeszłość dość precyzyjnie przedstawił nam pierwszy tom, więc we Wrotach obelisków mamy do czynienia z w pełni wykreowaną postacią. Na dodatek tak oryginalną! Tak, to znowu bohaterka z silną, kobiecą osobowością, ale w tak różnym rodzaju od reszty występujących w fantastyce/dystopiach. Przede wszystkim różni ją wiek - Essun to ponad czterdziestoletnia, dojrzała kobieta. Do swoich celów podchodzi też trochę inaczej, bo nie porywa się z motyką na księżyc, a stara się analizować, uczyć, zrozumieć otoczenie. A wspólnotę, w której się znalazła zaczyna traktować jako swój nowy dom, którego mieszkańców chce uchronić przed efektami Piątej pory roku. Najbardziej jednak zależy jej na znalezieniu swojej córki, Nassun. I w tym miejscu należy wspomnieć o tym, że narracja jest dwutorowa - z jednej strony poznajemy dalsze losy Essun we wspólnocie, a z drugiej dowiemy się co stało się z jej córką, po rozpoczęciu Piątej pory roku.
źródło
Siłą rzeczy akcja książki też jest trochę podzielona. Wydarzenia we wspólnocie nie są przepełnione akcją - to raczej opisy zmieniającego się świata, pojawiających się w związku z tym problemów i tego, jak sobie z różnymi nowościami poradzić. Wiele zatem będzie rozmów z przywódczynią wspólnoty czy poznania funkcjonowania tego społeczeństwa. Jednak najciekawszym wątkiem w tej części książki okazał się ten dotyczący Alabastra i historii obelisków. Nie wiem dlaczego, ale po przeczytaniu drugiej części mam mocne skojarzenia z animowaną Atlantydą (te unoszące się obeliski, działające trochę za pomocą mocy; świat działający po kataklizmie; kobieta, zdolna połączyć się z ogromnymi kamieniami). I cóż, jestem bardzo ciekawa jak te wątki się rozwiną w kolejnej części, bo spodziewam się, że zajmą sporą jej część.
Druga część to historia Nassun, w której akcji jest już trochę więcej. Szczególnie, że dziewczyna wpada w dość interesujące towarzystwo. W tych segmentach uda nam się bliżej poznać charakter nastolatki, przejdziemy z nią przez szkolenie, a także, dzięki jej wątkowi, dokładniej poznamy  intrygujące postacie Stróżów. Bardzo podobało mi się wspominanie momentów, w których Essun uczyła swoją córkę górotwórstwa, ukrywając się z tym przed mieszkańcami Yumenes, a przede wszystkim przed własnym mężem - dzięki temu postacie nabrały jeszcze więcej kolorów.
Książka wzbudziła we mnie dość silne emocje. Jedna ze scen sprawiła, że łzy stanęły mi w oczach - a wszystko to opisane oszczędnym językiem, przynoszącym jednak sporą falę emocjonalną. W takich przypadkach muszę się zgodzić, że mniej znaczy więcej. Porusza także fakt, że nadal można zauważyć zainteresowanie autorki tematem dyskryminacji całych grup społecznych ze względów od nich niezależnych - cech, z którymi po prostu się rodzą. Ten wątek wciąż się pojawia, przedstawiany jest z różnych perspektyw, a czytelnika wciąż może zadziwiać brutalność niektórych względem górotworów.
Jedyne czego mi brakowało to tego efektu wow, jaki towarzyszył mi podczas czytania pierwszej części. Wiadomo, że coś takiego trudno przebić. Ale spokojnie, Jemisin nadal zaskakuje, tylko to już nie jest na taką samą skalę co w Piątej porze roku.
Trylogia Pękniętej Ziemi trzyma na razie poziom bardzo dobry. To na pewno książki, o których niełatwo będzie zapomnieć, tak oryginalne w mrowiu pozycji z gatunku. Nadal załamuje mnie jedno - dlaczego one tak szybko się kończą? Zdecydowanie chcę już trzeci tom! 

Moja ocena: 8+/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

niedziela, 2 lipca 2017

Pół roku 2017 minęło - małe podsumowanie

Jak wiecie nie robię miesięcznych podsumowań, ale zdecydowałam się skomentować minione półrocze. Już w styczniu stwierdziłam, że nie narzucę sobie żadnych celów czytelniczych (w zeszłym roku dobiłam do 52 książek i nadal jestem z siebie dumna). A wszystko to przez zmianę trybu mojego życia. Z cudownego studenckiego czasu przeszłam w tryb osoby pracującej i cóż, to wiele u mnie zmieniło. Wstawanie o 5:30, powroty do domu o 16:30 powodują, że z dnia nie zostaje mi zbyt wiele. Szczególnie dodając do tego moje hobby, na które poświęcam sporo czasu w sezonie (marzec-maj i październik-grudzień) i te nieszczęsne nadgodziny (bo firma się nie wyrabia).

Trochę żałuję, że kiedy już uda mi się usiąść wygodnie z książką, to jest to prawdopodobnie pozycja od wydawnictwa. Cóż, takie czytam w pierwszej kolejności. Na szczęście staram się coraz bardziej zastanawiać nad tym, co wybieram i zazwyczaj otrzymana lektura jest czystą przyjemnością. Jednak gdy zerkam w stronę mojej zagraconej biblioteczki robi mi się trochę przykro. Tyle tam dobroci jeszcze czeka na przeczytanie (może urlop uratuje je od zapomnienia?).


Książek, przeczytanych w tym roku, mam na koncie 20. Może nie jest to imponujący wynik, ale podliczyłam też łączną liczbę stron i wyszło mi 9348, czyli miesięczna średnia wychodzi na poziomie 1500 stron, co już moim zdaniem jest całkiem dobrym wynikiem.
W miarę dobrze idzie mi również wypełnianie swojego planu z TEGO wpisu. Nadrobiłam już Studnię Wstąpienia Brandona Sandersona (zaczęłam też Bohatera Wieków), Czas żniw Samanthy Shannon i Kasację Remigiusza Mroza.

Drugą sprawą jest liczba oglądanych filmów, która z roku na rok drastycznie maleje. Wydaje mi się, że po prostu coraz częściej stawiam czytanie nad oglądanie. A trzeba Wam wiedzieć, że wcześniej oglądałam filmy namiętnie, niemal po kilka dziennie. Trochę statystyki: w 2016 roku obejrzałam 127 pozycje, w 2015 było to 338, w 2014 natomiast 450! Na dzień dzisiejszy ta liczba wygląda o wiele, WIELE gorzej - to tylko 43 filmy. Chyba zdecyduje się zaprowadzić większą równowagę i zrezygnować z czasu czytelniczego na rzecz tego spędzonego na oglądanie filmów. Szczególnie, że coraz częściej wieczorem wiem, że nie mam zbyt wiele czasu, zanim zmorzy mnie sen, więc zamiast czegoś pełnometrażowego wybieram odcinek kolejnego serialu. Od teraz poświęcę więcej czasu filmom, a co za tym idzie - wróci regularnie magiel filmowy!
Jeżeli chodzi o wizyty w teatrze to jestem zadowolona z ich ilości, natomiast wciąż nie potrafię się zebrać do napisania jakiejś recenzji. Mam wrażenie, że są one mało interesujące dla czytelników, ponieważ większość przedstawień ma miejsce we Wrocławiu. Zbierałam się do napisania paru słów o tegorocznym Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, w ramach którego obejrzałam dyplom Akademii Teatralnej z Warszawy - Pibloktoq, z piosenkami Marii Peszek w roli głównej (polecam!). Widziałam też spektakl Kochanie, zabiłam nasze koty, w reżyserii Cezarego Studniaka, na podstawie książki Doroty Masłowskiej i drugi etap konkursu głównego PPA. Oprócz tego udało mi się obejrzeć kilka mniej głośnych przedstawień, jak Las Angeliki Pytel czy Medee. O przekraczaniu. Byłam też w Teatrze Polskim, oczywiście byłam ciekawa jak będzie działał po zmianach. Po Mirandolinie mogę stwierdzić tylko tyle, że nie działa. W zeszłym tygodniu udało mi się zawędrować na festiwal Matla w Poznaniu i obejrzeć Historie Bałkańskie - takie cztery krótkie spektakle w ramach Sceny Debiutów. Widzicie więc, że chadzam, ale rzadko piszę. Może się to też zmieni, na co liczę. O musicalu Wiedźmin, na który bilety dorwałam na styczeń przyszłego roku na pewno skrobnę kilka słów!

Muzycznie też za wiele się nie dzieje, a całą winę zwalam w tym przypadku na Spotify, które daje nam zbyt łatwy dostęp do utworów. Przez to nawet niczego nie wyszukuję, tylko klikam play, w którąś z polecanych mi playlist i zazwyczaj jestem zadowolona. Zazwyczaj są to klimaty indie, soul, blues, jazz i akustyczne składanki. Natomiast takim muzycznym wydarzeniem na pewno będzie Woodstock, na który w tym roku oczywiście znowu się wybieram.


To by było tyle, jeżeli chodzi o podsumowanie. Teraz pytanie do Was: może chcielibyście coś doradzić mi w kwestii blogowania? Czego powinnam robić więcej, a czego mniej? Myślę też nad zmianą nazwy i postaraniem się o porządne logo, ale to jeszcze się zobaczy. W każdym razie - czekam na komentarze! I podzielcie się koniecznie jak Wam minęło to półrocze!


środa, 28 czerwca 2017

Przerażające trzęsawiska i psia legenda - „Pies Baskerville'ów” Arthur Conan Doyle



*Pies Baskervillów*
Arthur Conan Doyle

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Hound of the Baskerville  
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* opowiadanie
*Rok pierwszego wydania:* 1902
*Liczba stron:* 180
*Wydawnictwo:* MG

Nie ma tak złego mężczyzny, po którym by nie płakała kobieta...
*Krótko o fabule:* 
Genialny detektyw Sherlock Holmes, wraz ze swym asystentem, nieco ociężałym doktorem Watsonem, muszą tym razem zmierzyć się z tajemniczym potworem, przypominającym ogromnego psa, który grasuje na angielskiej prowincji zabijając samotnych wędrowców.
Czy detektywi rzeczywiście stają tym razem wobec paranormalnego zjawiska? Czy ofiary potwora coś łączy?
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Każdy z nas ma chyba taką listę wstydu, na której znajdują się książki, które musimy przeczytać, ale wciąż brakuje na nie czasu. Na mojej można znaleźć całą masę klasyki, którą z mozołem nadrabiam. Najgorsze jest jednak to, że zaczynam to traktować jako takie swoiste zadanie - cel, do którego dążę. Później się okazuje, że klasyka sprawia mi nawet więcej czystej radości i dostarcza rozrywki niż współczesna literatura. Tak było niedawno z Hrabią Monte Christo, tak jest też teraz z Psem Baskervillów.
Nazwisko autora chyba wszyscy znają - Sir Arthur Ignatius Conan Doyle. Z wykształcenia lekarz, z pasją poświęcił się jednak pisaniu powieści. Najbardziej znaną postacią przez niego wykreowaną jest oczywiście Sherlock Holmes. Pierwowzorem tego bohatera był nauczyciel Doyle'a, lekarz królewski Joseph Bell.
Pamiętam, że w mojej rodzinnej biblioteczce był egzemplarz Przygód Sherlocka Holmesa. Ja jednak nigdy nie byłam fanką kryminałów, więc nie ciągnęło mnie do tej lektury, szczególnie że zawsze było coś lepszego do czytania (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Jako że proza pana Doyle'a uznawana jest za klasykę podejrzewałam, że to lektura z rodzaju tych ciężkich, przy których trzeba się skupić i skoncentrować, a takich książek to miałam dość w szkole. Dlatego odkładałam te opowiadania w czasie, aż do teraz. I mam ochotę pogadać sobie z młodszą wersją mnie i wyperswadować jej z głowy te głupoty. Bo okazało się, że Psa Baskervillów czyta się po prostu cudownie.
Styl autora jest niesamowicie lekki, szczególnie biorąc pod uwagę lata, w których przygody Sherlocka opisywał. Nie będziemy odczuwać znużenia czy przeciągniętych na siłę wydarzeń. Całość jest przepełniona wartką akcją, a właśnie dzięki temu czytelnik bardziej doceni wszelkie opisy, które pojawiają się w treści. Moim zdaniem pan Doyle idealnie przedstawił tajemnicze trzęsawiska, które zamieszkuje przerażający pies. W zwięzły sposób wprowadził nas w klimat tego miejsca.
źródło
Wszyscy doskonale wiemy, że od dobrych kilku lat panuje moda na postać Sherlocka Holmesa. Powstały filmy ze znanym aktorem - Robertem Downey Jr., a przede wszystkim rekordy popularności wciąż bije brytyjski serial, w którym rolę detektywa odgrywa Benedict Cumberbatch. Dlatego sama postać Holmesa wydaje nam się bliska i czytając te przygody czujemy się trochę jakbyśmy wrócili do historii naszego dobrego znajomego. Bardzo ciekawie jest poznać ten pierwowzór, który nie różni się zbytnio od tego, którego wyobrażałam sobie na podstawie różnych adaptacji. To nadal król dedukcji, który potrafi wiele zaryzykować tylko po to, żeby znaleźć rozwiązanie danej zagadki. Chociaż tak naprawdę w przypadku Psa Baskervillów bliżej możemy poznać Watsona, który jest tutaj narratorem. To dzięki jego opowiadaniu i listom, które pisze dowiadujemy się wszystkiego na temat bieżących wydarzeń. Podobał mi się ten pomysł, ponieważ mieliśmy szansę na równi z nim analizować otrzymane wskazówki, a jednocześnie byliśmy niejako poza całym planem, który wymyślił sam Sherlock - dzięki temu daliśmy się zaskoczyć tak samo jak Watson.
Na tak niewielkiej ilości stron udało się autorowi wykreować kilka pełnokrwistych, barwnych postaci. Oprócz Henryka Baskerville'a, wokół którego toczy się cała intryga poznamy też wieloletnich służących jego rodu (którzy ukrywają kilka sekretów), ekscentrycznych sąsiadów (on - z zamiłowania botanik, ona - tajemnicza piękność), lekarza rodziny (który pragnie rozwikłać zagadkę klątwy rodu). Mimo że każdej z tych postaci poświęcono dość niewiele miejsca w książce, to mamy wrażenie jakbyśmy wiedzieli o nich naprawdę sporo. 
Sama zagadka też jest bardzo ciekawa. Przede wszystkim intryga jest zgrabnie poprowadzona - dostajemy masę klocków, które w miarę czytania zaczynają wskakiwać na odpowiednie miejsca i tworzyć całość. Może nie doświadczymy tutaj efektu: wow, za nic w świecie się nie spodziewałam!, ale i tak kilka zaskoczeń powinno się pojawić. 
Wydaje mi się, że każdy powinien przynajmniej dać szansę książkom o Sherlocku Holmesie. Podejrzewam, że wciągną Was tak jak mnie, i nawet się nie obejrzycie kiedy przewrócicie ostatnią stronę. To klasyk, który mimo upływu lat wciąż zapewnia mnóstwo rozrywki: postacie są barwne, opisy wprowadzają czytelnika w mroczny klimat, a zagadka zaskarbia uwagę od pierwszych stron. Polecam!

Moja ocena: 8/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka