niedziela, 8 września 2019

Baśń pełna kolorów - „Rozjemca” Brandon Sanderson


*Rozjemca*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Warbreaker
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2009
*Liczba stron:* 672
*Wydawnictwo:* MAG 

Chciałem tylko powiedzieć, że nie można nikogo zrozumieć, dopóki się nie zrozumie, z jakiego powodu robi to, co robi. Każdy człowiek jest we własnej historii bohaterem, księżniczko.
*Krótko o fabule:*
Opowieść o dwóch siostrach, które urodziły się księżniczkami, o Królu-Bogu, który ma poślubić jedną z nich, pomniejszym bóstwie, które nie wierzy w siebie, i o nieśmiertelnym człowieku starającym się naprawić błędy, jakich dopuścił się setki lat temu. W ich świecie ci, którzy zginęli w chwalebny sposób, powracają jako bogowie i żyją w zamknięciu w stolicy Hallandren. W tym samym świecie o potędze magii stanowi moc zwana Biochromą, oparta na Oddechach, które można zbierać jedynie pojedynczo od konkretnych osób. Dzięki Oddechom i czerpaniu koloru z nieożywionych przedmiotów Rozbudzający są w stanie zarówno dopuszczać się nikczemności, jak i tworzyć cuda. Siri i Vivenna, księżniczki Idris; Dar Pieśni, zniechęcony bóg odwagi, Król-Bóg Susebron i tajemniczy Vasher - Rozjemca, zetkną się z jednymi i drugimi.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Brandon Sanderson robi się nudny. I nie dlatego, że powtarza jakieś swoje schematy bądź kreuje takich samych bohaterów. Po prostu każda kolejna jego lektura sprawia mi identycznie niesamowitą przyjemność podczas czytania. Będąc fanem fantastyki chyba trudno być odpornym na czar jego pióra.

Trochę będę się tutaj powtarzać, bo cóż, Sanderson znowu to zrobił - wykreował niesamowity świat przedstawiony. Tym razem od początku czułam o wiele bardziej baśniowy klimat, z którego biło więcej słodyczy niż zazwyczaj. Nie znajdziemy tutaj wiązań ze sprenami i wypowiadania rycerskich przysiąg, nie będzie używania metali do przyciągania i odpychania przedmiotów. Tym razem skupiamy się na Oddechach. Każdy bohater ma taki Oddech i może go komuś oddać za pomocą specjalnej, magicznej formułki. Dochodzi do sytuacji, w których są osoby zbierające je całe życie i przekazujące dalej. W taki sposób niektórzy posiadają ich całe setki. Co Oddechy dają? Wiecie, takie typowe benefity - wyostrzone zmysły, przede wszystkim słuchu i wzroku. Jednak także zdolność ożywiania przedmiotów. Możemy przykładowo złapać kawałek liny i rozkazać jej, że ma opleść przeciwnika.

Już sam pomysł na system magiczny jest więc ciekawy, a Sanderson dodaje do tego kilka sprytnych zabiegów. Przede wszystkim nasi bohaterowie sami nie są wszystkowiedzący - przez ostatnie kilkaset lat horyzonty na temat Oddechów były poszerzane, nikt jednak nie zna dokładnie możliwości tej dziedziny. To, że dopiero grubo za połową poznajemy więcej szczegółów w kwestii podstaw działania tej magii pozwala nam ugruntować zdobytą wiedzę i poukładać sobie wszystko w głowie. Jednak nawet po zakończeniu lektury nie będziemy znać pełnego obrazka działania magii BioChromy. Sanderson wie co robi, jeżeli chodzi o wprowadzanie w świat przedstawiony.

źródło
Wspominałam już, że Rozjemca to najbardziej baśniowa historia Sandersona. Chyba przede wszystkim przez to, kim są dwie główne bohaterki. Vivienna i Siri to księżniczki, które są zmuszane do postępowania zgodnie ze swoją pozycją w państwie. Jedna z nich zostaje przekazana jako przyszła żona króla wrogiego kraju. Druga wyrusza w ślad za nią i wplątuje się w życie specyficznej grupy społecznej. I jeszcze najciekawsze grono postaci - bogowie Hallandren. Dość tajemniczy bohaterowie, w których nieziemskość wierzy ludność państwa i do których się modli. Każdy z nich kiedyś był człowiekiem, jednak dzięki honorowej śmierci odrodził się jako istota boska. Bardzo to ciekawa zgraja, szczególnie ich problem z odrodzeniem się bez świadomości poprzedniego życia był fascynujący. Także rozumiecie skąd baśniowość - księżniczki, które potrafią na zawołanie zmieniać kolor swoich włosów (a także nieświadomie, pod wpływem emocji), bogowie, którzy mieszkają w zamkach i są wielbieni przez krajan, służba, która wie więcej niż się można spodziewać, a do tego wielkie miłości i pałacowe intrygi.

Bardzo doceniam, że autor nadal nie traci świeżości w zaskakujących pomysłach. Znowu pojawił się zwrot akcji, którego się nie spodziewałam. Przez to czytanie staje się jedną, wielką rozrywką. Oczywiście, nie jest zupełnie kolorowo - jak to u Sandersona znowu akcja rozkręca się dość długo. Sporo miejsca zajmie wprowadzanie w świat, poznawanie charakterów postaci i magicznych aspektów. Także początek może znudzić, ale gdzieś od połowy nie możemy już odłożyć lektury. Ja się przyzwyczaiłam, że tak z Sandersonem mamy.

Można powiedzieć, że głównymi bohaterkami są nasze dwie księżniczki, jednak poznamy również kilka innych postaci pierwszoplanowych i masę drugoplanowych. Świetny był wątek Vashera - kto nie lubi tajemniczych, milczących, pełnych umiejętności wielkoludów? Natomiast najemnicy okazali się źródłem sporej ilości humoru, a ich przeszłość i intencje były intrygujące. Trudno tutaj wspomnieć o wszystkich, jednak bohaterowie byli po prostu barwni jak cała książka.

Jeżeli jesteście fanami Sandersona to nie muszę Was do Rozjemcy przekonywać. To znowu kawał dobrej fantastyki, tylko tym razem bardziej baśniowej. Wciąż trzeba przebrnąć przez cięższy początek, jednak ten czas zostanie doceniony pod koniec, kiedy wszystkie elementy układanki zaczną wskakiwać na swoje miejsce, a my poczujemy czystą satysfakcję z lektury.

Moja ocena: 8-/10



niedziela, 1 września 2019

Sierpniowa micha filmów

Słomiany wdowiec (1955)

źródło
Ostatnio coraz rzadziej zaglądam do klasyki Hollywood. Co prawda, swego czasu sporo jej nadrobiłam i po prostu potrzebowałam dłuższej przerwy. Niestety, mój ostatni wybór padł na Słomianego wdowca, który jest bardziej rozczarowującym starym kinem niż rozrywkowym, do którego to miana aspirował.
Żona Richarda Shermana (Tom Ewell) wyjeżdża z ich synem na wakacje. W tym czasie do sąsiedniego mieszkania wprowadza się atrakcyjna dziewczyna (Marilyn Monroe), z którą Sherman nawiązuje znajomość.
Mój problem z tym filmem polega na tym, że Słomiany wdowiec porusza trudny temat kryzysu w związku małżeńskim w nieodpowiedni sposób. Oglądanie pozostawionego na chwilę mężczyzny, który zaczyna wyobrażać sobie liczne romanse napawa widza odstręczeniem. Jego frustracje, próby zerwania z nałogami i seksualne fantazje prowadzą do tego, że bohatera trudno polubić. Szczególnie, że sam temat kryzysu potraktowany jest tutaj raczej jako źródło (niezbyt udanej) komedii. Co ratuje ten film? Obecność Marilyn Monroe. Przyznaję, że dla scen, w których brała udział warto było przez ten tytuł przebrnąć. Biła z niej tak niesamowita charyzma - odkąd pojawia się na ekranie wzrok ucieka jedynie w jej stronę. Co prawda, to znowu rola kuszącej seksbomby, zgodnie z tym jak Monroe została zaszufladkowana. Jednak co możemy poradzić, skoro radziła sobie z takim zadaniem bezbłędnie. To jest też ten film, z którego pochodzi słynna scena z podwiewaną przez metro sukienką - klasyka, którą wszyscy znają.
Podobno sam reżyser, Bill Wilder, miał po latach zastrzeżenia do tego filmu. Cóż, nie dziwię się, że człowiek mający na koncie takie dzieła jak Garsoniera czy Bulwar Zachodzącego Słońca wstydził się Słomianego Wdowca. To film nudny, a mężczyźni w nim są irytujący do bólu. W całości Monroe jest jak promyk słońca w ciemnym pomieszczeniu. 

Moja ocena: 4/10

Truposze nie umierają (2019)

źródło
Jima Jarmuscha uwielbiam za kilka filmów. Pierwsze spotkanie przy genialnym Kawa i papierosy, później ugruntowana sympatia przy pomocy Broken Flowers i Tylko kochankowie przeżyją. Przede mną sporo jego starszych filmów, ale na razie wybrałam się na najnowszy do kina.
Fabularnie to typowy film o apokalipsie zombie. W małym miasteczku pewnej nocy z grobów zaczynają wychodzić żywe trupy, które posilają się mieszkańcami, powtarzając w kółko „starbucks”, „iphone” czy inny wynalazek współczesnego świata, którego im brakuje po śmierci. Policjanci z pobliskiego komisariatu zajmują się sprawą tajemniczych morderstw. 
Fabuła nie była tutaj najważniejsza, już po kilku minutach filmu wiadomo, ze Jarmusch skupia się na pastiszu. Problem był taki, że ja nie oglądałam wielu filmów o zombie i nie mam za bardzo porównania. W kwestiach klimatu - podobało mi się powolne tempo całości, a z często powtarzaną tytułową piosenką idealnie współgrało. Reżyser stawia na specyficzne poczucie humoru, a ja kilka razy parsknęłam w kinie głośnym śmiechem. Komediowe wstawki w wykonaniu takich aktorów dają radę. Puszczanie oka do widza odbywało się dość często, w scenie z brelokiem z Gwiezdnych Wojen (jak wiemy Adam Driver gra Kylo Rena) czy podczas omawiania co w scenariuszu od Jima znalazł bohater Drivera, a co Murray'a. W ogóle jeżeli przy tym jesteśmy - aktorsko to perełka. Adam Driver jako pesymista jest cudowny, a w parze z Billem Murrayem to można ich jeść łyżkami po prostu. Pokazują talent komediowy, w tym surowym, dziwnym stylu, który uwielbiam. Wspaniałe gwiazdy pojawiły się także w tle. W sumie to kto nie chciałby zagrać u Jarmuscha, nawet sztywnego zombiaka? Steve Busceni świetnie poradził sobie z irytującym sąsiadem-farmerem, ale to Tilda Swinton kradnie dla siebie drugi plan. Rola dla niej idealna albo ona idealna do roli. W każdym razie wyszło z jej strony bezbłędnie.
Ogólnie jednak mam z filmem problem. To zdecydowanie było przemyślane posunięcie ze strony Jarmuscha, jednak nie za bardzo wiem, w którą stronę chciał uderzyć. Bo jeżeli chodziło o pomysł na zombie-materialistów, to końcówka trochę go zniszczyła - bardziej dosłownie się chyba nie dało. Podejrzewam wiec, że może chodziło jeszcze o coś innego, czego jednak z filmu nie udało mi się wyłapać. Także, jak na Jarmuscha jednak trochę rozczarowanie. Dla mnie wciąż w porządku rozrywka - dla aktorów i kilku świetnych gagów warto.

Moja ocena: 6/10


Whitney (2018)

źródło
Która z mam nie piała z zachwytu nad Whitney Houston? To prawdziwa diwa, która na zawsze zostanie w sercach wielu z nas. Można nie przepadać za gatunkiem, w którym śpiewała swoje utwory, ale trudno nie znać jej nieśmiertelnych piosenek. 
W filmie dokumentalnym Whitney poznamy jej historię z wielu źródeł bliskich Houston. Wywiad został poprowadzony z jej mamą, braćmi, mężem, asystentem - także wszystko poznamy z pierwszej ręki. Przyznaję, że sama forma dokumentu jest dość schematyczna, na szczęście jednak historia jest na tyle wciągająca, że całość ogląda się dobrze.
Reżyser w skrócie przedstawia drogę Whitney na szczyt, a później skupia się na jej licznych problemach, które doprowadziły do przedwczesnej śmierci. Jej rodzice przygotowywali ją do kariery od małego, wiele członków rodziny profesjonalnie zajmowało się śpiewem. Kiedy Whitney zdobyła sławę nagle zaczęły się problemy - zaczęło się od zarzucania jej, że tworzona muzyka jest za bardzo „biała”, później doszły zarzuty o biseksualizm i zbyt zażyłe stosunki z asystentką, Robyn. To kolejny przykład tego, jak sława może zniszczyć człowieka. Oglądając początkowe nagrania, na których Whitney z uśmiechem na ustach pracowała w studio nagrań robiło się ciepło na sercu. Jednak chwilę później jej bracia przyznają się do tego, że to oni podsunęli jej narkotyki. Patrzenie na upadek tego talentu był naprawdę bolesny.
Trzeba przyznać, że czas przy oglądaniu Whitney mija w okamgnieniu. Przeplatanie rozmów z bliskimi z przebitkami koncertowymi nadaje całości odpowiedniego tempa, a historia Houston staje się dla nas jeszcze bliższa. Na pewno jest to dokument wart uwagi, szczególnie jeśli lubicie artystkę.

Moja ocena: 7/10


Zabawna dziewczyna (1968)

źródło
Przeglądając ofertę Netflixa natknęłam się na Funny Girl z Barbarą Streisand w roli głównej. Skojarzyłam tytuł, bo sporo piosenek z tego musicalu znalazło się jako covery w serialu Glee, który swego czasu namiętnie oglądałam. Od pierwszych minut przepadłam dla tego filmu.
Fanny Brice (Barbara Streisand) marzy o karierze w show-biznesie. Po tym jak dostała niewielką rolę w miejskim teatrze została zauważona i uznana za materiał na świetną aktorkę komediową. Jej kariera nabrała koloru, a życie uczuciowe zaczęło rozkwitać za sprawą czarującego hazardzisty - Nicka Arnsteina (Omar Sharif).
Oglądanie tego filmu to była dla mnie czysta przyjemność. Spora w tym zasługa Streisand, która jako Fanny prezentuje cały wachlarz swoich najlepszych umiejętności. Cudownie śpiewa, charyzmatycznie gra, a przede wszystkim ma świetne wyczucie komediowe. Dzięki temu jej postać staje się barwna, a my widzimy w niej trochę samą Barbarę. Muszę przyznać, że rozumiem decyzję Akademii dotyczącą przyznania jej Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową. To naprawdę kompleksowy wykon, który wart był docenienia. Towarzyszący jej Omar ma niesamowity urok i czar lat minionych. Oglądając jak patrzy na kobietę i jak z nią rozmawia trudno nie zrozumieć zafascynowania głównej bohaterki. Jednak w scenach śpiewanych odstaje od fenomenalnej Barbary. Fabularnie byłam również miło zaskoczona. Spodziewałam się dość typowej komedii romantycznej, a tutaj znalazło się trochę miejsca na poruszenie znanego problemu - sława jednego z partnerów, jego sukces zaczyna przytłaczać drugą osobę w związku. Tym bardziej doceniam, że to kobieta zbiera laury, a mężczyzna żyje w jej cieniu (pamiętajmy, że mówimy o roku 1968). Cała historia była urocza, z mrocznym i przygnębiającym elementem, co pozwoliło bardziej gryźć się w tę fabułę. 
Nie zapominajmy także o kwestii muzycznej, która jest tutaj taka świetna. To naprawdę sporo piosenek, które jest znane w świecie musicalomaniaków - „Don't Rain on My Parade” czy „I'm the Greatest Star” to naprawdę sławne hity. Także dla fanów musicalu to pozycja obowiązkowa. Dla mnie rozrywka przednia i czarująca historia. Czego chcieć więcej?

Moja ocena: 8/10


Pewnego razu... w Hollywood (2019)

źródło
Chyba najbardziej oczekiwany film tej części roku (bo pamiętam wciąż, że to rok należący do Avengersów). Dziewiąty tytuł w karierze Tarantino miał bardzo dobre otwarcie w Stanach, ocena na IMBD na tę chwilę to 8,1/10. Oczekiwania były więc spore, a jak wyszło?
Jeżeli nastawialiście się na krwawą historię o grupie Mansona to możecie się trochę rozczarować. W Pewnego razu... w Hollywood postać lidera sekty jest mocno drugoplanowa. Widzowie przede wszystkim będą śledzić losy dwóch fikcyjnych postaci - aktora Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio) i jego kaskadera Cliffa Booth (Brad Pitt). To ich przyjaźń i perypetie w branży filmowej będą w centrum wydarzeń. Nawet Sharon Tate (Margot Robbie) ma tutaj raczej drugoplanową rolę i przewija się w tle.
Na początek warto ustalić jedno - to nie jest typowy film Tarantino. Tym razem, bardziej niż do tej pory, oddaje hołd staremu kinu Hollywood. Jak wiecie, Quentin zawsze powtarza, że jest przede wszystkim ogromnym fanem filmów, a tutaj pozwala sobie na pokazanie tej miłości. Sięga po temat kina lat 60tych/70tych, bliski jego gustowi i bawi się konwencją na pełnych obrotach. Nie boi się dłużyzn, pozwala przez kilka minut obserwować prującego autostradą Bootha, wrzuca pełno scen zza kulis powstawania westernów i dokłada sporo dygresji do głównej historii. Rozumiem to, że wielu widzów to znudzi, jednak mi trudno nie docenić tych anegdotek. Cała sekwencja z nagrywaniem westernu, w którym Rick występuje w wąsiku i kurtce z frędzlami to filmowe złoto, a gra DiCaprio rozbraja na łopatki. Równie świetnie wypada wizyta Bootha na ranczu, gdzie przesiaduje sekta Mansona - budowanie napięcia na piątkę.
Przez wielowątkowość i tkanie swojej historii przez ponad dwie godziny z filmu zapewne można wyciągnąć wiele dla siebie. Dla mnie najciekawszym elementem fabuły było wypalanie się gwiazd Hollywood. Spora tutaj zasługa genialnej roli DiCaprio, który daje swojej postaci odpowiednią ilość głębi - Dalton przeżył swoje pięć minut podczas kręcenia westernowego tasiemca, przez jakiś czas odcinał od tego kupony, a teraz czuje jak się stacza. Fabryka Snów wyssała jego najlepsze lata życia i pozostawiła na lodzie. Nie potrafi wydostać się ze swojej szufladki „tego złego na Dzikim Zachodzie”.
Cała sekwencja końcowa zaskakuje, a Tarantino pozwala sobie na skomentowanie obecności krwawych jatek w filmach i ich wpływu na społeczeństwo. Czyli komentuje trochę sam siebie i swoje brutalne kino. Podobno reżyser polecał przed seansem powrót do klasyków, które potrzebne są do zobaczenia pełnego kontekstu. To akurat trochę mi przeszkadzało w oglądaniu - nieznajomość licznych odniesień do dawnego kina.
Reżyser zdecydowanie zrobił kolejny krok w tworzeniu kina. Jego najnowszy film podzieli widzów, jedni będą się doszukiwać w scenach czegoś więcej, inni stwierdzą, że Tarantino ich wynudził. Pytanie brzmi czy po tym kroku jest gdzie nadal iść czy tak jak w przypadku Daltona teraz ścieżka prowadzi tylko w dół?

Moja ocena: 8+/10




Oprócz tego widziałam:

  • Party (2017) - znowu współczesne czarno-białe kino. Niestety tym razem do mnie nie trafiło. Film powstał na podstawie sztuki teatralnej, jednak nawet pomimo wspaniałej obsady wyszło wyjątkowo nudno. Moja ocena: 5/10
  • Wodzirej (1977) - zaskakująco dobry film. Spodziewałam się raczej zwykłej fabuły, w której przyjrzę się młodemu Jerzemu Stuhrowi, a tymczasem dostałam nadal aktualną rzecz o prawach rządzących w show-biznesie. Szkoda tylko, że dźwięk tak słaby, czasami trudno było aktorów zrozumieć. Moja ocena: 8/10

sobota, 24 sierpnia 2019

Babskie sprawy - „Good Girls” i „Derry Girls” (Netflix)

Good Girls (2018-)

źródło
Niedawno na Netflixie pojawił się drugi sezon serialu Good Girls. Pierwszy wszedł mi bardzo przyjemnie, oglądałam go już dość dawno, ale jakoś nie było okazji podzielić się opinią. Nawet dobrze wyszło, bo wydaje mi się, że dopiero po tych najnowszych odcinkach mamy jakąś wizję całości. Serial powstaje dla stacji NBC, ale my możemy oglądać go na Netflixie.
Na początku poznajemy trzy główne bohaterki - siostry Beth (Christina Hendricks) i Annie (Mae Whitman) oraz ich przyjaciółkę Ruby (Retta). Beth właśnie się dowiedziała, że jej mąż to zawodowy kłamca i zapomniał jej wspomnieć, że toną w długach, Ruby próbuje zorganizować pieniądze na kurację dla swojej ciężko chorej córki, a Annie stara się wiązać koniec z końcem, pracując w supermarkecie i wychowując nastoletnią córkę. Każda z kobiet potrzebuje zastrzyku gotówki i potrzebuje go szybko. Postanawiają więc napaść na supermarket. Ale to tylko pierwszy krok w kierunku przestępczego życia - okazuje się, że nie jest tak łatwo czysto z tego wyjść, za to każda próba wydostania się pogrąża je głębiej w interesy półświatka.
Pierwszy sezon to była przyjemna rozrywka, którą przyjmowałam w określonych dawkach. Za to kiedy włączyłam drugi to oglądałam już odcinek po odcinku. Zżyłam się w dziewczynami i nie mogłam się doczekać jak skończą się ich problemy. Bo z jednej strony mamy taki trochę kryminał, serial akcji - porachunki z mafią, pranie pieniędzy, nawet sprawy morderstwa, ale z drugiej - to przede wszystkim historia o kobietach. O tym ile potrafią poświęcić, żeby pomóc bliskim, jak znajdują siłę w ciężkich chwilach. I wreszcie o pięknej przyjaźni, w której jeden wieczór spędzamy na obrabowaniu sklepu, a następnego będziemy leżeć razem w łóżku, popijać alkohol i rozmawiać o trudnościach życia rodzicielskiego. Podane w formie jak najbardziej lekkostrawnej dla widza, bez przesadnej egzaltacji - tak z puszczeniem oka, że przyjmiemy zasadę że to wszystko fikcja, więc możemy spodziewać się sytuacji typu umarł, a potem uciekł.
Na dodatek warto wspomnieć o trzech odtwórczyniach głównych ról, dzięki którym te postacie wzbudzają tyle emocji. Mają między sobą świetną chemię i naprawdę łatwo jest uwierzyć, że łączy je prawdziwa przyjaźń. Ja na pewno nie mogę się doczekać ich kolejnych przygód.

Derry girls (2018-)

źródło
Kiedy ostatnio leżałam chora w domu nie miałam ochoty na nic - czy to czytanie czy oglądanie. No najlepiej leżeć plackiem i patrzeć w sufit, bo na niczym nie dało się skupić. Na szczęście włączyłam pierwszy odcinek Derry Girls i nie wiem jakim cudem, ale połknęłam pół sezonu w jeden wieczór. Jak się zapewne domyślacie, nie zajęło mi dużo czasu, żeby nadrobić wszystkie dostępne odcinki.
W pierwszym odcinku poznajemy cztery dziewczyny - Erin (Saoirse-Monica Jackson), mieszkającą z nią kuzynkę Orlę (Louisa Harland), ich przyjaciółkę Clare (Nicola Coughlan) i Michelle (Jamie-Lee O'Donnell). Do tej ostatniej przeprowadza się kuzyn z Anglii i dołącza do paczki. Podczas dwóch sezonów będziemy świadkami wielu wpadek bohaterów i równie licznych prób wyjścia cało z opresji. Musicie jednak wiedzieć, że ta grupka przyciąga kłopoty jak magnes.
Akcja serialu ma miejsce w Irlandii Północnej lat 90tych. Świetnie utrzymany jest klimat czasów, niepokoje związane z ówczesnym konfliktem (znany jako The Troubles). O wszystkich sytuacjach związanym z tłem historycznym dowiadujemy się mimochodem, przy okazji, bo jednak Derry Girls to przede wszystkim opowieść o nastoletnich perypetiach, a kraj po prostu w tym samym czasie przechodzi przemiany. 
Derry Girls to jeden z najzabawniejszych seriali, jakie ostatnio dane mi było zobaczyć. Humor czasami jest dość wulgarny, szczególnie za sprawą Michelle, ale naprawdę przynosi mnóstwo rozrywki. Postacie są mocno zróżnicowane, każda z komediowym zacięciem. Erin z literackimi ambicjami, zupełnie zakręcona Orla, przejmująca się wszystkim Clare, szalona i szukająca kłopotów Michelle i w końcu zagubiony w babskim świecie James. Szczególnie podobało mi się jak została poprowadzona historia tego ostatniego, która ma świetne zamknięcie w drugim sezonie. Paczka głównych bohaterów to mieszanka wybuchowa, z którą nie da się nudzić. Nawet jeżeli ich pobudki są słuszne, to i tak zawsze lądują z ręką w nocniku, dostając za swoje zachowanie rodzicielskie upomnienia.
Mimo komediowego wydźwięku serial porusza także sprawy kontrowersyjne, jak akceptowanie różnych preferencji seksualnych czy różnych religii, ale robi to w bardzo nienachalny i subtelny sposób. Nie będzie nas specjalnie pouczać, po prostu kiedy jedna dziewczyna wyzna, że jest lesbijką, reszta powie „ok” i przejdzie z tym do porządku dziennego. 
Dynamika w paczce nastolatków jest naprawdę na medal, ale są jeszcze dwa środowiska w serialu, o których warto wspomnieć. Przede wszystkim rodzina Erin, która dostarcza kolejną porcję humoru. Ojciec wciąż rugany przez dziadka, ciotka trochę oderwana od rzeczywistości (wiadomo po kim zachowanie odziedziczyła Orla) i matka próbująca trzymać wszystko w kupie. Ach! No i jeszcze wujek, którego wszyscy wolą unikać, bo jest najnudniejszym możliwym towarzystwem (świetnie przedstawiony, dawno kogoś tak nudzącego, a zarazem ciekawego do oglądanie nie widziałam). Drugie środowisko to szkoła prowadzona przez zakonnice, które mają już trochę po dziurki w nosie uczniów. 
Dawno nie widziałam takiej ilości aktorów z komediowymi zdolnościami. Na szczęście scenariusz pozwala im błyszczeć i mam nadzieję, że to nie zmieni się w przyszłych sezonach.


Znacie któryś z tych seriali? 

sobota, 17 sierpnia 2019

Rodzina z wyboru - „Krwawa Róża” Nicholas Eames


*Krwawa Róża*
Nicholas Eames

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Bloody Rose
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 552
*Wydawnictwo:* Rebis

"Każdy, kto walczy sam, dba tylko o siebie. W chwili zagrożenia robi to, czego wymaga ocalenie. Każdy, kto walczy w barwach jakiegoś wielmoży, czeka chwili, by zbiec z pola bitwy za swoim panem, gdy sprawy przybiorą zły obrót. Tymczasem więź pomiędzy członkami grupy była czymś innym. [...] Gdy walczy się obok osób, których życie jest człowiekowi droższe od własnego, poddanie się strachowi najzwyczajniej w świecie nie wchodzi w grę. Dlatego że nic nie jest tak straszne jak perspektywa utracenia grupy."
*Krótko o fabule:*
Pam Hashford ma już dość pracy w podrzędnej spelunce, w której jej głównym zadaniem jest nalewanie piwa sławnym na cały świat najemnikom i wysłuchiwanie pieśni chwalących ich czyny, wyśpiewywanych przez podchmielonych bardów. Gdy w mieście pojawia się najsłynniejsza grupa, prowadzona przez niesławną Krwawą Różę, Tam wykorzystuje pierwszą nadarzającą się okazję, by dołączyć do znanych awanturników jako ich bard. Oto przygoda, której tak desperacko pragnęła – problem w tym, że może się ona zakończyć dwojako: zdobyciem ogromnej sławy albo śmiercią.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Krwawa Róża to kontynuacja zeszłorocznej premiery, Królów Wyldu (LINK do recenzji). Pierwszy tom przede wszystkim zaskakuje sporą dawką humoru i charakternymi bohaterami w postaci podstarzałych najemników. Druga część dorównuje poprzedniczce i udowadnia, że Nicholas Eames to dla fanów fantastyki nazwisko, które warto zapamiętać.

Na początku spotkał mnie niemały zawód - w centrum wydarzeń znajdzie się Róża i jej grupa o nazwie Baśń, więc nie będzie nam dane przebywać ze znanymi i lubianymi członkami Sagi. Nie znaczy to, że emerytowani najemnicy w ogóle nie występują w drugiej części, ale jest ich niestety dość mało. Eames po prostu zdecydował, że dalsza historia Grandualu lepiej zostanie przedstawiona z perspktywy Baśni i miał oczywiście rację. Kiedy członkowie Sagi spokojnie ogrzewali się przy kominku, grupa Róży zmieniała losy świata.

Naszą narratorką jest Pam, siedemnastoletnia córka dwóch legend świata najemników. Jej ojciec stara się uchronić ją przed pójściem w ślady rodziców i, jak się domyślacie, odnosi porażkę. Pam rzuca pracę w tawernie i rusza w świat jako nowy bard Baśni i to z jej punktu widzenia będziemy obserwowali kolejne wydarzenia. Na szczęście jako bard jest obecna przy najważniejszych i najciekawszych przygodach, więc wszystko poznamy z pierwszej ręki. Nie ma sensu porównywać jej sposobu narracji do tego z Królów Wyldy. Clay Cooper miał całkiem inne motywacje i bolączki, z którymi musiał się zmierzyć. Historia Pam to raczej przykład typowej młodzieżowej coming-of-age story. Dziewczyna będzie przechodzić przemianę w podróży, przeżyje kilka wzlotów i upadków, wychodząc z nich jako dojrzała kobieta.

źródło
Nicholas Eames udowodnił, że ma talent do kreowania charakterów i w Krwawej Róży to potwierdza. Przede wszystkim wie ile znaczy przeszłość każdego z nich i jak wpływa ona na ich zachowanie. Brune, szukający swojej tożsamości, pozbawiony korzeni, Cora, wciąż walcząca z prześladującymi wspomieniami przeżytych traum czy Róża, która niestrudzenie stara się udowodnić, że nie jest tylko córką słynnego Gabriela - każda z postaci jest charyzmatyczna, a poznawanie ich przeszłości było niesamowicie absorbujące. Na dodatek Eames potrafi rzecz niesłychaną - otóż zbiera tę kupę postaci, z których każda jest na swój sposób złamana i boryka się z naprawdę mrocznymi utrapieniami, a później dodaje do nich dawkę humoru. Dlatego podczas czytania nie czujemy się przytłoczeni, a całość wypada raczej lekko i zabawnie, niż może na to wskazywać mrok, kryjący się w postaciach. Nie mogę ominąć tutaj również faktu, że główna bohaterka należy do społeczności LGBT. Nie pamiętam takiego innego przypadku w fantastyce, żeby autor zdecydował się postawić w centrum swojej historii osobę homoseksualną. Dla mnie pomysł na duży plus.

Krwawa Róża, tak jak i Królowie Wyldu, to wciąż dość typowe i schematyczne fantasy. Znowu mamy grupkę bohaterów, którzy muszą uchronić świat przed zemstą głównego antagonisty, w tym przypadku Królowej Zimy. W paczce znajdzie się miejsce dla śmieszkowania, przekomarzania, ale też dzielenia się historiami z przeszłości, lekcji fechtunku i picia na umór. Baśń będzie przemierzać Grandual, a podczas wędrówki znajdziemy sporo czasu na poznanie każdego z nich. Na końcu zaś nastąpi epickie starcie. Oryginalność Eamesa leży jednak w tym, jak kreuje swoje postaci oraz, że mając te wszystkie dość oklepane motywy potrafi (przede wszystkim dzięki poczuciu humoru) wnieść do nich iskrę nowego życia. Na dłużej w pamięci zapadnie pomysł na postać tuszowiedźmy, która potrafi przywołać wytatuowane na ciele, prześladujące ją potwory, ale niezapomniana będzie też historia rodziny zmiennokształtnego. Także konceptów autorowi nie brakuje.

Druga książka Nicholasa Eamesa wypada tak dobrze, jak poprzedniczka. Trochę długo się rozkręca, ma sporo cech typowych dla gatunku, ale niesie ze sobą równie piękne przesłanie, co Królowie Wyldu. Otóż, w kupie siła. Może zapamiętamy imiona tylko poszczególnych bohaterów, ale to umiejętność pracy w grupie, wzajemne zaufanie i wsparcie pozwala wygrywać kolejne wojny. A bohaterowie, którzy zostali porzuceni bądź zranieni przez członków swojej biologicznej familii? Zawsze mogą wybrać sobie nową rodzinę i stworzyć z nią nierozerwalne więzy, co potwierdza historia najemników z Krwawej Róży.

Moja ocena: 8-/10


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

„Good Omens” T. Pratchett i N. Gaiman - książka vs. serial

Swego czasu miałam lekkiego świra na punkcie książek Neila Gaimana. Czytałam jedną po drugiej i z każdą kolejną lekturą coraz bardziej go ceniłam. Ostatnią wydaną pozycją, Mitologią nordycką, akurat się rozczarowałam, ale mam jeszcze kilka starszych jego powieści do nadrobienia, łącznie z komiksami o Sandmanie.
Kiedy świat obiegła wiadomość o ekranizacji Dobrego Omena, to bardzo się ucieszyłam. Amerykańscy bogowie, serial na podstawie innej jego książki, przypadł mi do gustu (więcej możecie przeczytać o nim TUTAJ). Był dość pokręcony, zresztą tak samo jak pierwowzór, ale oglądało się naprawdę dobrze. W przypadku Good Omens doświadczymy czegoś zupełnie innego.
Zaznaczam, że przede mną była przygoda z książką i z serialem - właśnie w takiej kolejności udało mi się je poznać w ciągu ostatnich kilku tygodni.
źródło
Jest to coś zupełnie innego od chociażby wspomnianych Amerykańskich bogów dlatego, że mamy do czynienia z pracą wspólną. Zaczęło się właśnie od Gaimana, który inspirując się powieściami/filmami The Jew of Malta Christophera Marlowe, The Omen i Just William Richmala Cromptona napisał niejako parodię tej ostatniej pozycji o tytule: William The Antichrist. Kiedy wysłał szkic książki do Terry'ego Pratchetta, ten zapytał czy może wziąć udział w przedsięwzięciu. Gaiman, jako fan i przyjaciel Pratchetta był propozycją zachwycony i oczywiście się zgodził. Obaj autorzy mieszkali wtedy w Anglii, a pracowali przekazując między sobą kolejne zapiski na dyskietkach (pamiętajmy moi drodzy, że mówimy o circa 1988 roku!). Podsumowując współpracę stwierdzili, że trudno na sztywno oddzielić kto był odpowiedzialny za którą część książki, jednak wspomnieli, że Gaiman bardziej skupił się na Czterech Jeźdźcach, a Pratchett na Adamie i jego przyjaciołach. Finalnie to Terry fizycznie napisał większą część powieści, chociaż sporo pomysłów miało źródło w długich rozmowach telefonicznych, które autorzy często prowadzili.

Także mamy za sobą kilka słów o genezie książki, warto przejść do przedstawienia fabuły. W telegraficznym skrócie: diabeł i anioł wypełniają na przestrzeni wieków zadania na Ziemi, podczas których ich ścieżki często się przecinają. W końcu demon Crowley dostaje za zadanie dostarczyć do wybranej angielskiej rodziny Antychrysta i trzymać pieczę nad jego dojrzewaniem. Obawiając się skutków Apokalipsy, czyli zniszczenia wszelkiego życia na Ziemi, które zdążył już znacznie polubić, postanawia połączyć siły z aniołem Azirafalem i zapobiec nieszczęściu.
źródło

Książka

Jeżeli chodzi o pierwowzór: moim zdaniem bardzo czuć wpływ Terry'ego Pratchetta na całość. Do tej pory czytałam tylko jedną jego powieść (całe lata temu - Kolor magii) i miałam z nią niemały problem. Jakoś wtedy nie przekonał mnie pokręcony humor autora i chociaż ogólnie książka mi się spodobała to nieszczególnie zachęciła do dalszego czytania Świata Dysku. Prawdą jest, że z wiekiem człowiek zaczyna doceniać trochę inne aspekty literatury i cóż, teraz ten zabawny koloryt bardzo mi się spodobał. To nadal specyficzny humor, ale tym razem naprawdę polubiłam inteligentny dowcip Pratchetta.
Fabuła rozwijała się w ciekawy, często zaskakujący sposób, całość idzie do przodu raczej mozolnie, pozwalając sobie na liczne zboczenia z głównej ścieżki. Wprowadzenie kilku głównych postaci było świetnym pomysłem, przeskakiwanie między ich historiami okazało się absorbujące. Problematyczne natomiast były częste nawiązania do sytuacji i bohaterów niemal zupełnie niezwiązanych z główną akcją. Czasem lekturze towarzyszyło lekkie zdezorientowanie, zdawało mi się, że nie potrafię śledzić fabuły, a zaraz okazywało się, że dany fragment to tylko dygresja, która wnosi małe ziarenko do całości. Kiedy już się przyzwyczaiłam do tych anegdotek to nawet je polubiłam, ale potrzebowałam trochę czasu na zasymilowanie się z nimi. Trzeba przyznać, że jest ich naprawdę sporo jak na tak niewielką powieść.
Na koniec dodam, że podczas czytania miałam wrażenie, że nijak nie jest to materiał na serial. Także tym bardziej chciałam zobaczyć jak twórcy z tego zadania wybrnęli.

Serial

Książka Dobry Omen została napisana przez dwa głośne nazwiska z grona twórców fantastycznej literatury, także nic w tym dziwnego, że wiele osób pragnęło ją zekranizować. Jednym z zainteresowanych reżyserów był Terry Gilliam, a w głównych rolach planował obsadzić Johnny'ego Deppa i Robina Williamsa (mówimy o początkach lat dwutysięcznych).
Nad wersją, którą możemy teraz oglądać pieczę trzymał Neil Gaiman, który zaznaczył w wielu wywiadach, że chciał przede wszystkim stworzyć coś, co spodobałoby się Terry'emu, który zmarł w 2015 roku. Podobno blisko końca swoich dni napisał do Neila list ze zdaniem: Please do this for me (pl: Proszę, zrób to dla mnie). Kiedy Gaiman wrócił z pogrzebu od razu usiadł do pisania scenariusza.
Za reżyserię odpowiedzialny został Douglas Mackinnon (na koncie ma takie tytuły jak Doctor Who czy Outlander). Natomiast wśród obsady pojawiły się same perełki brytyjskiego aktorstwa. Przede wszystkim główna dwójka: Michael Sheen i David Tennant. Na drugim planie równie ciekawie. Warto wspomnieć, że wiele z tych osób to Neil Gaiman zachęcił do współpracy, m.in. napisał do Jona Hamma czy chciałby zagrać Gabriela, na co aktor odpisał krótkim: Tak.
Całość składa się z sześciu odcinków i, o dziwo, naprawdę trzyma się kupy z wydarzeniami znanymi z książki. Serio, moim zdaniem w sporym stopniu oddaje klimat pierwowzoru, z dziwacznym humorem, ale także większością wydarzeń. Nawet wiele dygresji z książki zostało zachowanych w ekranizacji. Wychodzi na to, że czasami warto oddać pisanie scenariusza w ręce człowieka odpowiedzialnego za pierwotną historię.
źródło

Książka a serial

Jeżeli miałabym porównać książkę do serialu to powiem Wam tyle: one świetnie ze sobą współgrają. Oczywiście, polecam Wam zacząć od papierowej wersji, poznać klimat tej historii i przejść ją z uśmiechem na twarzy. Mam wrażenie, że odwrotna kolejność sporo odbierze książce. Chociaż może ktoś próbował poznawać przygody anioła i demona właśnie zaczynając od serialu i jest z tego powodu zadowolony? Dajcie znać.
W serialu zostało zastosowanych kilka świetnych chwytów, żeby wzbudzać ciekawość a zarazem trzymać się oryginału. Przede wszystkim wprowadzono postać narratora-Boga, któremu głosu użyczyła genialna Frances McDormand. To dzięki niemu tak gładko przejdziemy między różnymi anegdotkami. Dodatkowo, główną odczuwalną dla mnie różnicą, była waga postaci Crowleya i Azirafala. W książce pełnią faktycznie ważną rolę, ale to w serialu są naprawdę na pierwszym planie. I chwała niebiosom, bo Tennant i Sheen to wybuchowa mieszanka, której nie da się nie kochać. Obaj nadają swoim postaciom taką masę charakteru, że nie można mieć ich dosyć. Na szczęście Gaiman zaspokoił spragnionych widzów i dołożył w trzecim odcinku całą sekwencję opowiadającą historię ich relacji na przestrzeni wieków - nie było tego w książce, a ogląda się z czystą uciechą. W serialu sporo miejsca poświęcone także zostało mieszkańcom piekła i nieba. Przede wszystkim całkiem nowa postać Gabriela (wspaniale oddana przez przezabawnego Hamma), ale także sekwencja w ostanim odcinku została dopisana na potrzeby serialu. Podobno elementy związane z archaniołem Gaiman z Pratchettem wypracowali na rzecz zaplanowanej kontynuacji, która nie ujrzała światła dziennego.
Natomiast w drugą stronę - z serialu został wycięty wątek z tymi drugimi jeźdźcami, pojawiło się też kilka zmian w treści (zabawa Ich czy kolor włosów Crowleya), a niektóre anegdoty zostały pominięte.

Neil Gaiman i Terry Pratchett, źródło

Muszę przyznać, że i przy książce i przy serialu bawiłam się przednio. Uważam, że pierwowzór momentami jest zbyt chaotyczny, a ekranizacja tak bardzo skupia się na głównej dwójce bohaterów, że po macoszemu traktuje resztę wątków, ale całościowo to prawdziwa perełka dla fanów tego dziwnego humoru. Natomiast dla fanów fantastyki punkt obowiązkowy, najlepiej w kolejności: książka -> serial.

wtorek, 6 sierpnia 2019

„Notre Dame de Paris” (Teatr Muzyczny w Gdyni)

Och, jak dobrze czasami być ignorantem!
Ogólnie uważam się za fankę musicali, jednak z naciskiem na ich filmowe adaptacje. Z teatrem muzycznym najczęściej mam styczność we wrocławskim Capitolu, ale jakoś ciężko mi się wybrać do chociażby warszawskich teatrów Rampa czy Roma. Natomiast dziwnym sposobem w Teatrze Muzycznym w Gdyni byłam już drugi raz, chociaż mam troszeńkę dalej. Ciężko jednak rywalizować z muzyczną adaptacją Wiedźmina, natomiast o premierze Notre Dame de Paris swego czasu było bardzo głośno (w dobrym tego słowa znaczeniu). Problem (a raczej jego brak) polegał na tym, że wyłączając kilka powszechnie znanych faktów miałam niewielką wiedzę o tym musicalu. Historia dzwonnika była mi znana jedynie z animacji Disneya (tak, książka Katedra Marii Panny w Paryżu Victora Hugo wciąż leży nieprzeczytana na  półce), a co do pierwowzoru francuskiego to kojarzyłam tylko Belle w wykonaniu Garou. Także przyznaję, jestem ignorantką. Ale podejrzewam, że dzięki temu spektakl Notre Dame de Paris w Gdyni okazał się dla mnie tak wspaniałym doświadczeniem.
źródło
Po raz pierwszy na tak dużym spektaklu udało mi się zdobyć miejsce w pierwszym rzędzie. Zazwyczaj wiąże się to z lekkim stresem - a co, jeżeli scena będzie na tyle podwyższona, że trzeba będzie zadzierać głowę; a co, jeżeli stracimy obraz całości, bo będziemy za blisko? Okazało się jednak, że to miejsce było strzałem w dziesiątkę! Od początku jesteśmy tak blisko akcji, że nie da się od niej zdystansować, ciągle jesteśmy zaabsorbowani wydarzeniami na scenie. Na dodatek widać jak na dłoni twarze aktorów, które dodają ekstra dawkę emocji do wydobywanych dźwięków, muzyki i ruchu, a odbiór całości dużo na tym zyskuje. Mam wrażenie, że oglądanie z dalszych rzędów może skutkować utratą sporej dawki zabawy.

Zacznijmy jednak od historii. Przyznam, że ciekawym doświadczeniem było podejście do musicalu tak nieprzygotowanym. Fabuła znana z Dzwonnika z Notre Dame szybko idzie w niepamięć, a zdanie o różnych postaciach trzeba na bieżąco przewartościowywać. Dla mnie był to duży plus, bo mogłam z ciekawością śledzić poszczególne losy bohaterów, nie wiedząc co ich czeka w kolejnym kroku. Zdecydowanie to historia bardziej mroczna i smutna niż myślałam, o ludzkich namiętnościach, o pożądaniu, które niesie ze sobą niszczycielską siłę. Zawsze uważałam, że Frollo to jeden z najciekawszych antybohaterów, postać tragiczna, targana tak ludzkimi uczuciami - kocha i nienawidzi jednocześnie. Najsłabiej fabularnie wypada historia miłosna Esmeraldy i Phoebusa. Tak naprawdę nie wiemy skąd się to uczucie wzięło i co je podtrzymuje. W ogóle fascynacja Esmeraldą w musicalu wydaje się trochę wyssana z palca, bo oprócz tego że jest urodziwa to nie widać w niej nic nadzwyczajnego. Jednak wina za wszelkie niedociągnięcia fabularne powinna być zrzucona raczej na twórców oryginału.

źródło
Dochodzimy tutaj do kolejnego plusa mojej ignorancji. Przez to, że nie wiedziałam wiele o musicalu mogłam przeżywać go po raz pierwszy, a okazało się, że to po prostu kopia francuskiej produkcji. Tworzyły ją nawet te same osoby, więc scenografia i kostiumy są przeniesione jeden do jednego. Także jeżeli mamy się czepiać ubogiego wystroju sceny to pretensje powinny być raczej skierowane do oryginalnych twórców. Ja w sumie lubię ubogą scenografię, w której pomysł zastępuje prawdziwy przedmiot. Tym razem ogromna ściana katedry wystarczyła do opowiedzenia historii.

Szczerze powiedziawszy, nie traktuję Notre Dame de Paris jako zwykłego musicalu. Moim zdaniem to po prostu widowisko, któremu bliżej do koncertu. Fabuła może nie jest tutaj najważniejsza, momentami wydaje się tylko pretekstem do zaśpiewania kolejnej piosenki. To chyba też pierwszy widziany przeze mnie musical, w którym jeden utwór przechodził automatycznie w kolejny - także poza słowem śpiewanym dialogu nie doświadczyliśmy. Tym bardziej ciężko oceniać Notre Dame de Paris jako spektakl. Fabuła była na dalszym tle, a aktorzy w musicalu grają zupełnie inaczej, bo tutaj ton głosu wydaje się najważniejszy.

Jeżeli chodzi o aktorów/wokalistów to mam do powiedzenia tylko jedno - Jan Traczyk! Już pierwsze minuty sprawiły, że został moim ulubieńcem, a wykon Po nieba kresy pięły się katedry zostaje w głowie na długo po zakończeniu spektaklu. Ogólnie cała obsada daje radę. W pierwszym akcie miałam trochę problem z Frollo (Piotr Płuska), ale później sporo zyskał w moich oczach i został jednym z ulubieńców. Świetnie poradzili sobie także Janusz Kruciński jako Quasimodo i Krzysztof Wojciechowski jako Clopin. Maciej Podgórzak był poprawny, ale mam wrażenie że Phoebus to najsłabiej rozpisana postać, toteż wypada dość płasko w porównaniu z resztą obsady. Ewa Kłosowicz śpiewająco wyszła z zadania, jednak dla mnie jej bohaterka, Esmeralda, również miała słabiej nakreślony charakter, o czym wspomniałam wcześniej.

źródło

Na koniec wspomnę o największym plusie i minusie produkcji. Zacznijmy od wady - tutaj mam na myśli tłumaczenia tekstu, które momentami naprawdę raziły w uszy. Za to niezaprzeczalną zaletą Notre Dame de Paris jest cała załoga tancerzy/akrobatów. Wspaniale oddają klimat, pokazują całą masę talentu, wszystko robią na sto procent, a ich energia wręcz bucha w twarz widzom z pierwszego rzędu. Trudno nie wspomnieć tutaj o cudownych pokazach tanecznych w Dręczy mnie czy układu akrobatycznego z podwieszonymi pod sufitem dzwonami. Naprawdę mam wrażenie, że spora zasługa sukcesu musicalu tkwi właśnie w tych momentach kiedy tancerze podkręcają tempo całości i to dzięki nim nie przeszkadza nam taka ilość śpiewanych ballad. Równowaga w tym wypadku jest najważniejsza.

Cieszę się, że moje pierwsze spotkanie z Notre Dame de Paris nastąpiło właśnie w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Cudownie było być świadkiem tego widowiska, aktorzy i akrobaci spisali się na medal. Ciekawa jestem jak wypada w konfrontacji z francuską wersją, ale póki co nie mam zamiaru robić porównania. Wolę pozostawić w pamięci świetne polskie przedstawienie.


środa, 31 lipca 2019

Lipcowa micha filmów


Król lew (2019)

źródło
Kiedy wszyscy z niecierpliwością oczekiwali nowej odsłony Króla Lwa ja patrzyłam na ten remake raczej z nutką niepewności. Początkowo zapowiadało się dobrze - przypomnienie ukochanej historii z dzieciństwa z doborową obsadą. Jednak już zwiastun sprawił, że łatwiej było mi kwestionować słuszność tego filmu. Do kina się w końcu wybrałam i cóż, moje obawy się potwierdziły.
Nie będę Wam tutaj przybliżać fabuły, bo przecież wszyscy znamy animację z 1994 roku, a jeżeli nie znamy to lecimy nadrabiać, bo to naprawdę arcydzieło filmów animowanych, które na zawsze pozostaje w naszych sercach. Co do remake'u - w tym przypadku naprawdę nie rozumiem po co tworzyć tego typu obraz. Chodzi o to, że fabuła jest identyczna, w nowej wersji brakuje tylko wielu zabawnych wstawek, które działały w poprzedniej animacji, ale dla tej byłyby za mało realistyczne. I tutaj miałam problem, bo zamiast oglądać film dla dzieci czułam się jak na filmie przyrodniczym. To jest zarzut, ale też największy atut nowego Króla Lwa. Animacja jest po prostu genialna. Naprawdę miałam wrażenie jakbym oglądała prawdziwe zwierzęta, ta dbałość o szczegóły, ujęcia natury - no po prostu bomba. Problem był taki, że już nie pamiętam kiedy tak bardzo się wynudziłam w kinie. Znałam przebieg historii, a animowane zwierzęta nie przekazały mi na tyle emocji, żebym mogła się przejąć ich losem. Pozostało docenianie animacji i wspomnienia dotyczące oryginału. Plusem jest na pewno fakt, że przypomniałam sobie jak świetny był stary Król Lew i teraz chętnie do niego wrócę.
Wydaje mi się, że nie jest to film bardzo zły, ale po prostu taki, o którym wolę od razu zapomnieć. Na przykład spodziewałam się, że ulubieńcy publiczności, Timon i Pumba, mogą wyjść tragicznie, a tutaj okazało się, że twórcy jakoś sobie z nimi poradzili i pozwolili im wnieść odrobinę humoru do całości. Wciąż jednak nie umywają się do poprzedników. 
Cały seans wspominam jako prawdziwy festiwal ziewania, niestety. Piękna technika animacji, zachwycające ujęcia i wyzbyte emocji zwierzaki. Dla mnie najgorszy spośród remake'ów Disneya.
Wiem jednak, że wielu osobom się podobało, więc zapewne warto przekonać się na własnej skórze.

Moja ocena: 4/10


Człowiek, który zabił Don Kichota (2018)

źródło

Terry Gilliam, reżyser tego filmu, znany jest z takich pokręconych i odrealnionych tytułów jak Las Vegas Parano czy Nieustraszeni bracia Grimm. Człowieka, który zabił Don Kichota udało mu się nakręcić po latach starań. Podobno prace nad nim zaczął już w 1989 roku, ale z braku środków był wciąż przekładany w czasie. Gilliam jednak z uporem maniaka wracał do tego pomysłu i w końcu udało się przedstawić produkt końcowy.
Mam ostatnio szczęście do filmów o kulisach kręcenia filmów. Tym razem główny bohater, Toby (Adam Driver) to reżyser, który zdobył sławę, a teraz odcina od niej kupony produkując dzieła, z których nie jest dumny. Zaczyna wracać myślami do swojego debiutu opowiadającego o przygodach Don Kichota, gdzie w głównej roli zagrał amator, szewc z wykształcenia (Jonathan Pryce). Tak się składa, że ich ścieżki znowu się przecinają. Jednak starzec jest głęboko przekonany, że faktycznie jest słynnym Don Kichotem, a Toby to jego wierny giermek - Sancho Pansa. Fabuła jest na tyle intrygująca, że spodziewałam się czegoś nadzwyczajnego, absurdalnego i pokręconego, ale zarazem absorbującego. Niestety, filmowi brak tej iskry, którą miały starsze tytuły Gilliama. Może dlatego, że tak często odkładał ten pomysł, tak często zmieniał fabułę i obsadę, że w końcu nie wszystko ze sobą zagrało. Miałam wrażenie, że temat przemiany reżysera Toby'ego był zbyt dosłowny - zepsuty mężczyzna, który zszedł na złą drogę powraca do czasów kiedy artystyczne spełnienie było ważniejsze od forsy i przynosiło mu prawdziwą satysfakcję. Nie jest to nic odkrywczego. Na dodatek sam scenariusz znudził mnie po jakichś dwudziestu minutach i od tej pory oglądałam bez większych emocji.
Trzeba przyznać, że zdjęcia i scenografia podnosiły trochę przyjemność z oglądania. Jednak największym plusem zdecydowanie byli aktorzy, a konkretnie dwójka głównych bohaterów. Adam Driver i Jonathan Pryce tworzą świetny, dynamiczny duet i to dla nich warto ten film obejrzeć.

Moja ocena: 5/10


Yesterday (2019)

źródło
Ostatnio jesteśmy świadkami prawdziwego wysypu filmów związanych ze znanymi muzykami. Rocketman okazał się wspaniałą przygodą, Bohemian Rhapsody rozczarowaniem. Danny Boyle stwierdził, że podejdzie do muzyki, tym razem nieśmiertelnej grupy The Beatles, z całkiem innej strony. Nie jest to absolutnie film tego pokroju, co dwa wspomniane wcześniej - tym razem będzie to taka komedia romantyczna z Beatlesami w tle.
Jack Malik (Himesh Patel) to chłopak, który od wielu lat stara się zaistnieć w świecie muzyki. Niestety, jedyne co mu się udaje to małe koncerty „do kotleta” w pobliskim pubie. Pewnego wieczora Jack zostaje potrącony przez autobus i budzi się w świecie, w którym nikt nie słyszał o muzyce Beatlesów. Postanawia przypomnieć wszystkim geniusz ich piosenek.
Na pewno podobał mi się pomysł na całość. Zamiast tworzyć kolejnego biopicka, Boyle nakręcił film rozrywkowy, w którym pokazał, że świat bez muzyki Beatlesów byłby o wiele smutniejszy. Pamiętam, że kiedy odkryłam że ta grupa ma tak wiele, tak różnorodnych utworów to zupełnie dla nich przepadłam. Do tej pory często do nich wracam i przesłuchuję różne płyty w nieskończoność. Tym bardziej cieszyłam się na Yesterday, szczególnie w reżyserii Boyle'a. Niestety, trochę za bardzo się napaliłam. Okazało się, że widz dostanie jedynie kolejną komedię romantyczną. Nie jest to film wybitny, taki do którego chce się wracać i polecać wszystkim. Raczej umilacz czasu, na leniwe popołudnie. Na szczęście jako taki sprawdza się dobrze. Na seansie się nie nudziłam, a dzięki niemu zdałam sobie sprawę, że gdybym ja miała sobie przypomnieć całą piosenkę Beatlesów to mogłoby być ciężko. Muszę przyznać, że trochę żałowałam, że tak niewiele było tutaj muzyki. Po zwiastunie spodziewałam się niemal musicalu, a dostajemy Beatlesów raczej we fragmentach i niewielkiej ilości. Za to na pewno podobał mi się angielski klimat początku, przyjaciele i rodzina, która wspiera Jacka na swój, dość specyficzny sposób. No i oczywiście wątek miłosny, który był poprowadzony dobrze. Szczególnie cieszył moment wycieczki do Liverpoolu, gdzie twórcy pozwolili postaciom pobyć ze sobą, a nam uwierzyć w ich uczucie. Lily James radzi sobie z postacią śpiewająco, jest charyzmatyczna i sympatyczna, a partnerujący jej Himesh Patel wypada poprawnie. To, co najbardziej mnie raziło to schematyczne podejście do świata show-biznesu. Postać managerki, która zrobi wszystko, żeby zarobić na piosenkarzu, narzucająca mu nowy styl życia zdecydowanie mnie nie przekonała. Ed Sheeran, który ma tutaj nadzwyczaj dużą rolę wypada raczej słabo.
Jednak wciąż, jako komedia romantyczna z muzyką Beatlesów w tle Yesterday się sprawdza. Dlatego proponuję nastawić się na to i na nic więcej, bo nowy Boyle przechodzi bez fajerwerków.

Moja ocena: 7-/10


Spider-Man: Daleko od domu (2019)

źródło
Film, na który wszyscy fani przygód słynnej grupy Avangers czekali z niecierpliwością. Pewne historie się kończą, a starzy wyjadacze robią miejsce nowemu pokoleniu. Najlepszym jego przedstawicielem jest właśnie Peter Parker, czyli nasz ulubiony superbohater z przedmieść, Spider-Man.
Tym razem to ten tytuł, do którego lepiej nie podchodzić bez przygotowania, bo zawiera duży spoiler do niedawnej premiery, Avengers: Endgame. Jednak patrząc na niesamowity wynik box office tego tytułu (niedawno Avengersi pobili Avatara i zajmują zaszczytne pierwsze miejsce) mam wrażenie, że wszyscy zainteresowani kinem superbohaterskim już go widzieli. Przed nami więc część dalsza, zobaczymy w jaki sposób świat stara się pozbierać „po pstryknięciu”. Natomiast Peter próbuje pogodzić się z odejściem ważnych dla niego osób, a jednocześnie skorzystać z wakacji, żeby odetchnąć od ciągłej walki ze złem. Dobrze się domyślacie - uciekając do Europy właśnie na walkę trafia.
Muszę przyznać, że Tom Holland wyciąga z postaci człowieka-pająka wszystko co najlepsze. To zawsze był mój ulubiony superbohater, więc świetnie jest oglądać kogoś, kto oddaje mu sprawiedliwość. Jest zabawny i uroczy, ale także czasami niepewny siebie, czasami nieśmiały, jak to każdy nastolatek. Uwielbiam wszystkie wstawki z burzliwego życia młodzieży i szczerze - żałuję, że nie było ich więcej. Wiem, że wszyscy chcą oglądać zabawy techników z CGI i to naprawdę robi wrażenie. Szczególnie, że mają tutaj spore pole do popisu. Jednak, co ja poradzę, że wolę wstawki z codziennego życia nastolatka i to ta strona superbohaterstwa wydaje mi się najbardziej ciekawa? Dlatego uważam, że film był dobry, ale dla mnie pierwsza odsłona przygód Spider-Mana plasowała się o oczko wyżej. Za to na pewno miło było zobaczyć rozwój sytuacji między Peterem a MJ, no i Jake Gyllenhaal zagrał śpiewająco (wyglądał jakby dobrze się bawił przy tworzeniu tej roli).
Najbardziej jednak pamiętam scenę po napisach. Bardzo dobra bomba na koniec, która zaostrza apetyt na więcej!

Moja ocena: 7/10


Ed Wood (1994)

źródło
Kiedy pierwszy raz zagłębiłam się w filmografię Tima Burtona to byłam szczerze zachwycona. Jego styl był oryginalny, mroczny, czasami zahaczający o kicz, ale zawsze trafiający do mojego serducha. Gnijąca panna młoda, Sweeney Todd i Edward Nożycoręki to moje ulubione filmy wszechczasów. Przyznaję, że oglądałam je lata temu i nie wiem czy teraz byłabym równie oczarowana, ale ich klimat sprawiał mi niesamowitą uciechę. Tym bardziej szkoda, że ostatnie jego filmy przynoszą zazwyczaj rozczarowanie.
Na szczęście zostało mi kilka tytułów z przeszłości Burtona. Tak wyszło, że piętnastym obejrzanym przeze mnie filmem z jego filmografii został Ed Wood. Tytułowa postać to reżyser mianowany najgorszym twórcą kina, znany z tekturowej scenografii, zatrudniania aktorów-amatorów i sympatii do ubierania się w damskie ubrania. Burton pokazał, że można z tego materiału zrobić naprawdę niebanalną biografię. To wciągająca historia perypetii Eda, który darzy kino ogromną miłością. Cóż z tego, że brak mu umiejętności? Nadrabia to wszystko pasją i niegasnącym zaangażowaniem. Film sprawia masę uśmiechu, a zarazem pokazuje nam marzyciela, który jest szczęśliwy z samego procesu twórczego, mimo niezrozumienia innych. W ogóle tematyka odstawania od społeczeństwa, podążania inną ścieżką była bardzo często ekspoatowana przez Burtona, a ja nieustannie ją doceniam. Całość jest nakręcona w czerni i bieli, co podkręca dodatkowo klimat starego Hollywood. Najbardziej niesamowity jest tutaj wątek przyjaźni między Woodem a Belą. To naprawdę wzruszająca więź, która połączyła dwie osoby o tej samej pasji  - pasji do tworzenia filmów. W kwestiach aktorskich Ed Wood ma się bardzo dobrze, bo Burton pozwala aktorom zabłyszczeć w dość ekscentrycznych rolach. Stary, dobry Johnny Depp prezentuje się świetnie, ale to Martin Landau kradnie dla siebie całe show. Nie można odwrócić wzroku od tego charyzmatycznego staruszka. Do tego nie mogłabym nie wspomnieć o wspaniałej roli drugoplanowej Billa Murraya, który wnosił dla mnie najwięcej momentów komediowych. Także ten film przypomina mi dlaczego kocham stare kino Burtona i pozwala mi na utrzymywanie nadziei, że jeszcze kiedyś wróci do swojej dawnej formy.

Moja ocena: 8/10


Polowanie (2012)

źródło
Dość długi miałam odwyk od kina niezależnego. Kiedy człowiek często czuje się zmęczony to ma ochotę raczej na lżejsze filmy, a najlepiej to seriale z krótkimi, dwudziestominutowymi odcinkami. Na szczęście któregoś dnia przyszła mi ochota na coś innego i włączyłam Polowanie.
Jak przystało na kino skandynawskie, wszystko jest w stonowanych barwach, dość statyczne, a akcja początkowo toczy się dość mozolnie. Lucas (Mads Mikkelsen) pracuje w przedszkolu. Świetnie radzi sobie z dziećmi, wszyscy podopieczni za nim przepadają. W swoim miasteczku trzyma się z kilkoma wieloletnimi przyjaciółmi. Wszystko ulega zmianie kiedy jedno z dzieci oskarża go o molestowanie. To tylko początek filmu i muszę przyznać, że od momentu tego wyznania widz ogląda jak zahipnotyzowany. To fascynujące uczucie śledzić zachowanie ludzi w takiej sytuacji, jaki wpływ na ich zdanie ma opinia innych, jak łatwo jest zacząć kogoś potępiać bez możliwości wytłumaczenia. Jednak, jak to lubi być w kinie niezależnym, nic tutaj nie jest jednoznaczne. To nie jest tak, że nagle wszyscy są tacy najgorsi. Bo przecież postawmy się w tej sytuacji: córka Twoja/Twojego przyjaciela twierdzi, że była molestowana przez tego człowieka. Łatwo powiedzieć, że można podejść do tego racjonalnie i na spokojnie wysłuchać obu stron. Zastanówmy się jednak chwilkę dłużej i dodajmy do tego, że tutaj działają silne emocje. Film naszpikowany jest takimi tematami do przemyślenia. Na dodatek to bardzo wciągające kino. Napięcie jest tutaj budowane bezbłędnie, a my nie wiemy kiedy zaciskamy mocno kciuki i ronimy łzy. Aktorsko poziom jest niesamowity. Mads Mikkelsen wykreował postać niezwykle frapującą, z którą trudno nie sympatyzować. Jest trochę wycofany, ale tym mocniej odczuwamy targające nim emocje, tym bardziej przeżywamy jego chwile zwątpienia. Za tę rolę zdobył w 2012 roku Złotą Palmę w Cannes, a ja mogę przyznać, że zasłużył na to wyróżnienie.
Polowanie to film bardzo niepozorny, który ogląda się w pełnym napięciu. Naprawdę warto dać mu szansę.

Moja ocena: 8/10




niedziela, 28 lipca 2019

„Barry” i „The Kominsky Method”, czyli w teatrze siła

Barry (2018-)

źródło
Barry to serial komediowy, który gorąco polecał mi jeden ze znajomych. Znając jego poczucie humoru spodziewałam się czegoś ekscentrycznego, ale byłam raczej przekonana, że trafi w mój gust (oboje lubimy m.in. twórczość pana Taika Waititi, więc sami rozumiecie, że o poziom humoru byłam spokojna).

Barry Berkman (Bill Hader) jest byłym żołnierzem, którego poznajemy kilka lat po powrocie z wojny. Aktualnie pracuje jako seryjny zabójca, a zlecenia wynajduje mu wujek, który zdecydowanie zbyt duży procent wynagrodzenia chowa do swojej kieszeni. Podczas kolejnego zadania Barry musi pozbyć się mężczyzny, który uczęszcza na zajęcia teatralne. Mały zastrzyk ze strony świata teatru sprawia, że Berkman skłania się ku zmianie ścieżki rozwoju i zostaniu aktorem.

Pomysł na połączenie dwóch tak różnych światów wydaje się absurdalny z wielu powodów. Chodzi o to, że Barry to człowiek, który przeżył sporo traumatycznych wydarzeń. Mało tego - nadal pomnaża ilość dokonanych morderstw, a wszystkie związane z tymi przygodami emocje skrzętnie tłumi w sobie. Po krótkim zapoznaniu możemy o nim powiedzieć: człowiek z kamienną twarzą, taką wiecie - zupełnie wyprutą z uczuć. A przecież w aktorstwie właśnie o to przekazanie emocji chodzi. Na szczęście Barry trafia na zajęcia z raczej nieporadną grupką osób, więc nawet specjalnie się nie wyróżnia. Wszelkie jego próby zmierzenia się z zadaniami aktorskimi są jednym ze źródeł dobrej zabawy, jaką dostarcza nam serial. To mały fragment karuzeli śmiechu, bo, jak na dobrą komedię przystało, mamy tutaj sporo humoru w różnej formie. Do mnie przede wszystkim trafia ten zupełnie czarny humor, w którym najjaśniejszą gwiazdą jest członek czeczeńskiej mafii. Naprawdę wystarczy, żeby Anthony Carrigan się odezwał, a mój mózg już wytwarza endorfiny. Także wątek walk mafiozów, który wydawał się być na początku zupełnie poboczny stał się moim ulubionym. Zupełnie z innej strony mamy też humor wynikający z nieporadności Barry'ego w odnalezieniu się w grupie rówieśników. Przez fakt, że zazwyczaj zadawał się z typami spod ciemnej gwiazdy, teraz nie wie jak poradzić sobie z nowymi przyjaciółmi i potencjalną miłością. Jest więc na każde zawołanie swojej partnerki, spełniając jej zachcianki, a jednocześnie boryka się z próbą odmawiania podjęcia się kolejnych zleceń ze strony swojego wuja. To ciekawy paradoks - człowiek, który tak dobrze radzi sobie w środku akcji, potrafiący wyjść z niemałych tarapatów nie potrafi być mocny w codziennym życiu i powiedzieć „nie” w twarz drugiej osobie.

Pod względem aktorskim i realizatorskim Barry stoi na bardzo wysokim poziomie. Aktorzy czują się bardzo pewnie w gatunku komedii. Bill Hader, grający główną postać, to człowiek znany i ceniony za Saturday Night Live, który już za rolę Barry'ego został nagrodzony kilkoma statuetkami. To faktycznie on niesie największy aktorski ciężar serialu, ale dostarcza wszystko w świetnej formie - nieważne czy gra nieporadnego członka trupy teatralnej czy pewnego siebie zabijakę - zawsze jest przekonujący. Partnerują mu świetni Henry Winkler w roli zapatrzonego w siebie mentora teatralnego, wuj Stephen Root, przeciągający go na mroczną stronę i Sarah Goldberg, której celem jest odnieść sukces w aktorstwie za wszelką cenę. Każdy jest charakterystyczny, a relacje między poszczególnymi postaciami nie są puste, a zbudowane na mocnym gruncie. Mnie oczywiście najbardziej cieszy wątek znajomości Barry'ego i Noho Hanka (wspomniany wcześniej Carrigan). Ten duet to zabawowa petarda. Natomiast od strony realizatorskiej - wspaniały montaż, a jak wiemy timing w komedii jest bardzo ważny. Już sama czołówka, która zdaje się takim twardym wtrąceniem pokazuje, że twórcy ryzykują i dobrze na tym wychodzą.

Wydaje mi się, że największa siła Barry'ego tkwi w inteligentnym scenariuszu. Twórcy nie idą prostą drogą, robiąc z wszystkiego komedię. Są momenty kiedy Barry naprawdę przynosi masę różnych emocji. Szczególnie warto przytoczyć tutaj morderstwa, których bardzo nie chciał wykonać, ale wiedział, że musi (chociażby pamiętna scena w samochodzie z pierwszego sezonu). Scenarzyści sprytnie wykorzystują przygody związane z mroczną stroną bohatera i pokazują jego walkę z samym sobą. Świetnie ogląda się, jak Barry powoli zaczyna przekuwać silne wydarzenia ze swojego życia w sztukę aktorską (może robi to trochę nieświadomie, ale skutecznie). Drugi sezon wydaje się bardziej mroczny. Winić zapewne należy to, że każdy krok Barry'ego zdaje się pogrążać go coraz głębiej w świecie zbrodni. Niełatwo jest skończyć z życiem mordercy, mając taką przeszłość i ciągnące się niedokończone sprawy.

Serial trzyma poziom przez całe dwa sezony. Dziwi mnie tylko, że nadal niewiele osób go zna i o nim mówi. Warto dać mu szansę. To krótkie, 20-minutowe odcinki, które sprawiają masę frajdy i potrzymają trochę w napięciu. Jeżeli nie znacie, spróbujcie. Ja przepadłam i na razie uważam, że to rewelacyjny twór, ale zobaczymy jak zostaną poprowadzone kolejne sezony.


The Kominsky Method (2018-)

źródło
Niemal w tym samym czasie co Barry pojawił się kolejny serial związany z kursem aktorstwa. Tym razem chodzi o produkcję Netflixa, The Kominsky Method. Jeżeli kojarzycie nazwiska Michael Douglas i Alan Arkin, to już możecie się spodziewać, że mając je w zanadrzu poziom serialu będzie naprawdę wysoki.

Sandy Kominsky (Michael Douglas) to podstarzały aktor, który prowadzi szkółkę aktorską, gdzie naucza „metody Kominsky'ego”. Boryka się z problemami finansowymi, wciąż poszukuje miłości swojego życia, a kolejne zlecenia aktorskie go nie satysfakcjonują. Norman Newlander (Alan Arkin) to jego agent, a zarazem długoletni przyjaciel.

Serial na razie składa się z ośmiu odcinków, a każdy z nich trwa mniej więcej pół godziny. Ogląda się go naprawdę błyskawicznie. Od pierwszych minut wiemy, że będzie to porządna produkcja, ze świetnymi, błyskotliwymi dialogami i genialnym aktorstwem. Sporo tutaj scen, w których dwójka głównych bohaterów po prostu rozmawia, a my oglądamy to z niegasnącym zainteresowaniem. Scenariusz naprawdę pozwolił Douglasowi i Arkinowi błyszczeć. Szczególnie zachwyca ten drugi. Postać Normana jest trochę zgryźliwa, mająca do wszystkiego uszczypliwy komentarz, chodzący przykład pesymisty. Zarazem czuć bijące od niego ciepło. Przede wszystkim widać to w scenach z jego żoną, ale sprawdza się także w postaci przyjaciela Sandy'ego. Także Arkin zdecydowanie kradnie ten serial. Douglas jest także bardzo dobry, ma trochę mniej charakternego bohatera, ale radzi sobie śpiewająco. Możecie więc być spokojni - duet głównych bohaterów staje na wysokości zadania.

Scenariusz najczęściej sięga po tematy trudne i, wydawać by się mogło, mało komediowe. Będzie o przemijaniu, chorobach, starości, o uzależnieniach i szansach, z których się nie skorzystało. Serial należy do gatunku komedii, bo to wszystko przedstawia w sposób lekki, z sarkastycznym komentarzem. Nie zmieniło to jednak faktu, że na kilku pierwszych odcinkach wylewałam rzewne łzy nad losem bohaterów. To było chyba dla mnie największe zaskoczenie - całość ogląda się jako komedyjkę, a zaraz wzrusza jak dobry dramat.

I tym razem zajęcia aktorskie to dobre źródło komedii. Znajdzie się miejsce dla kilku charakterystycznych uczestników, jednak ogólny poziom plasuje się zdecydowanie wyżej niż tych w Barry'm. Czasami zdarzają się przebłyski talentu, a Sandy momentami daje naprawdę dobre rady.

The Kominsky Method ma już na koncie Złotego Globa, a kolejny sezon został zamówiony. To porcja porządnej rozrywki, przy której może nie będziemy boków zrywać, ale na pewno zadowolimy się inteligentnym dialogiem dwójki dojrzałych twórców.




Znacie któryś z tych tytułów? Ja przyznaję, że z dwójki przedstawionych powyżej bliższy mojemu gustowi jest Barry, ale na kolejny sezon The Kominsky Method również czekam. A Wy?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka