sobota, 20 lipca 2019

Dlaczego wciąż kręcimy czarno-białe filmy?

Noah Baumbach, odpowiedzialny za reżyserię tytułu Frances Ha, powiedział w jednym z wywiadów dla magazynu Variety: Większość filmowców, gdyby ich zapytać, chciałaby w pewnym momencie kariery stworzyć film czarno-biały. Co takiego pociąga reżyserów w tym monochromatycznym świecie, że postanawiają niemal cofnąć się w czasie i wyrzec udogodnień współczesnej techniki?
„Frances Ha”, reż. Noah Baumbach źródło
Zacznijmy od wytłumaczenia dość prostego, ale dającego niesamowity efekt. Tworząc film o tematyce starego kina używanie czarno-białych zdjęć potrafi zdziałać cuda. Najlepszym przykładem będzie tutaj wielki wygrany gali oscarowej 2012 roku - francuski Artysta, w reżyserii Michela Hazanaviciusa. To tytuł, w którym poznajemy gwiazdę filmów niemych, zmuszoną do pogodzenia się z nastaniem ery dźwięku w kinie. Prawdziwy ewenement: nie dość, że czarno-biały to jeszcze niemy. Reżyser przez długi czas próbował znaleźć studio chętne do wyprodukowania Artysty, jednak większość słysząc jego pomysł znacząco pukała się w głowę. Kiedy w końcu pojawił się w kinach zgarnął wszystko, łącznie z uwielbieniem fanów. Wygrał sympatię właśnie tym zestawieniem ciężkich czarno-białych zdjęć ze sporą dawką lekkości, pochodzącą z humorystycznego scenariusza i świetnego aktorstwa. To w ogóle jeden z moich ulubionych filmów.
Kolejnym przykładem takiego użycia monochromatycznych zdjęć jest Ed Wood. Film Tima Burtona o ekscentrycznym reżyserze, mianowanym jednym z najgorszych twórców kina wszech czasów (wtedy jeszcze nikt nie słyszał o Tommy'm Wiseau). Kolejny raz zdjęcia pozwalają nam przenieść się w czasie i zobaczyć proces składania filmu przez pryzmat minionych czasów. Na dodatek czerń i biel zdają się być idealnym punktem zaczepienia dla Tima Burtona. On rozumie te barwy i potrafi oddać ich klimat, przeplatając grozę Wampiry z lekkością przebierającego się w damskie ciuszki Eda.
„Artysta”, reż. Michel Hazanavicius źródło
Alexander Payne, dwukrotny zdobywca Oscara za scenariusz, ubolewał nad zaprzestaniem kręcenia filmów czarno-białych, tłumacząc, że ta forma odeszła z kina ze względów komercyjnych, a nie artystycznych. Dlatego uparł się, żeby jego następny tytuł, Nebraska, pozostał monochromatyczny. Producenci zdecydowali, że w takim razie obcinają mu budżet, ale Payne i tak zrobił po swojemu. I ponownie był to świetny pomysł. Tym razem czarno-białe zdjęcia pozwalają mocniej skupić się na przedstawionej historii bez zbędnych rozproszeń. Surowość obrazu potęguje surowość bohaterów Nebraski, a ta powieść drogi o starszym mężczyźnie przekonanym o wygranej na loterii staje się oryginalnym obrazem rodziny i problemów w komunikacji między jej członkami.
Dla zbudowania bardziej intymnego klimatu z czarno-białych zdjęć skorzystał także Marcin Bortkiewicz w Nocy Walpurgii. Ten film, w którym obserwujemy konfrontację dwóch bohaterów, dziennikarza i diwy operowej, zdecydowanie zyskał na kameralności, a niektóre zdjęcia przedstawiające Zajączkowską przywodzą na myśl zdjęcia starych gwiazd Hollywood.
„Nebraska”, reż. Alexander Payne źródło
Kiedy film zostaje pozbawiony kolorów nagle nabiera tajemniczości i staje się mniej rzeczywisty. To dlatego stare horrory nadal mają w sobie tę magię, bo patrząc na cień skradającego się potwora wciąż możemy dostać gęsiej skórki. Praca nad głębią i umiejętność operowania światłem dodają kolejnych atutów czarno-białemu kinu. Swego czasu popularny był współczesny horror O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu, chwalony właśnie za klimat spotęgowany wyborem kolorystyki (a raczej jej braku).
Poczucie oderwania od rzeczywistości jest też widoczne w Persepolis, filmie animowanym stworzonym na podstawie komiksu o tym samym tytule. Obserwujemy w nim przygody Marjane Satrapi, które przypadły na okres rewolucji islamskiej w Iranie. Z jednej strony fakt, że to animacja, a z drugiej decyzja pokazania wszystkiego w czarno-białej formie sprawiają, że absorbujemy wszystkie odrealnione momenty i przekładamy je na emocje, które odczuwała bohaterka.
Ciekawym przykładem jest również Pleasantville, w reżyserii Gary'ego Rossa. Tym razem monochromatyczne zdjęcia pozwalają pokazać świat istniejący w puszcze telewizora. W tym przypadku odczuwamy przenosiny bohaterów jako sen, coś kompletnie nierzeczywistego. Natomiast pojawienie się koloru ma znaczenie metaforyczne i tworzy z pomysłem fabularnym nierozerwalną całość.
„Pleasantville”, reż. Gary Ross źródło
Patrząc na ostatnie lata nie będzie również zaskoczeniem fakt, że czarno-białe zdjęcia potrafią zapierać dech w piersiach przez pokazywanie na ekranie prawdy w bardzo bezpośredni sposób. Przytoczmy na początek Idę, czyli film Pawła Pawlikowskiego, opowiadający historię tytułowej Idy, która przed złożeniem ślubów zakonnych spotyka swoją ciotkę. To film, traktujący o przeszłości naszego kraju, poruszający wiele kontrowersyjnych treści. Wywalczył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, a Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski zdobyli nominację za najlepsze zdjęcia. A te są naprawdę niesamowite. Niedość, że mamy oryginalną kolorystykę, ale również format 4:3 sprawiły, że twórcy zdjęć znaleźli się na liście najlepszych.
Trzeba tutaj również wspomnieć zeszłoroczną Romę, która zachwyciła kinomanów na całym świecie. Ten film, który pojawił się na serwisie Netflix zdobył w zeszłym roku Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Ponownie czarno-białe zdjęcia wzmagają uczucie kameralności i pozwala widzom skupić się na prawdzie i emocjach bohaterów.
Z innej bajki - świetnym pomysłem było wprowadzenie monochromatycznych zdjęć do biograficznego filmu Martina Scorsese, Raging Bull, w którym poznajemy historię boksera LaMotty. Tym razem wspominana prawda objawia się przede wszystkim w postaci brutalności głównego bohatera - sceny z jego życia codziennego są przeplatane z surrealistycznymi ujęciami ze scen walk. To najpiękniejsze zdjęcia walk, jakie widziałam.
„Ida”, reż. Paweł Pawlikowski źródło
Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić to zaszufladkować filmy czarno-białe. Jest tak wiele powodów, dla których twórcy wciąż sięgają po tę technikę, że zbrodnią byłoby wsadzić je do jednego worka. Mnie oglądanie filmów monochromatycznych nigdy nie przeszkadzało, bo często wracam do starszych produkcji. Jest jednak wiele osób, które dziwnym sposobem czują się odstręczone tą formą zdjęć. Kompletnie niepotrzebnie. Tak wiele różnych gatunków możemy znaleźć wśród czarno-białego współczesnego kina. Woody Allen nakręcił w taki sposób aż sześć tytułów, a każdy ogląda się z niegasnącą fascynacją. Na świeżo jestem po wspaniałym Manhattanie, którego scenariusz po prostu powala. Wspomniany na początku Baumbach stworzył Frances Ha, opowieść o ekscentrycznej bohaterce, która poszukuje własnej drogi. Nakręcenie całości w czerni i bieli, przywołuje na myśl nurt nowej fali francuskiej. Rodriguez stworzył adaptację komiksu, przenosząc jego mroczny klimat na ekran w Sin City, Jarmusch bawił się formą i treścią w jednym z moich filmowych ulubieńców, Kawie i Papierosach, Clooney przeniósł nas w czasie i pokazał kulisy dziennikarstwa w Good Night and Good Luck. Niemal każdy znany reżyser bawił się z monochromatycznym obrazem. Oprócz wyżej wspomnianych: Aronofsky miał swoje Pi, Coppola - Tetro, Besson - Angel-A, Nolan - Śledząc, bracia Coen - Człowieka, którego nie było, Lynch - Człowieka słonia.
Jako ciekawostkę dodam, że początkowo George Miller chciał nakręcić Mad Max: Na drodze gniewu w czerni i bieli. Oprócz problemów czysto fabularnych (bohaterowie często wspominają o „zielonym miejscu”, które nie byłoby widoczne w tym wypadku), wiadomo było, że blockbuster nie poradziłby sobie tak dobrze w box office gdyby nie był w kolorze. Przyznaję, moim zdaniem kolorowe zdjęcia do niego są wspaniałe i miałam wątpliwości co do pierwotnego wyboru reżysera. Jednak kiedy zobaczyłam niektóre ujęcia (podróż przez pustynię), zrozumiałam dlaczego Miller wciąż uważa, że ta czarno-biała wersja jest lepsza od kolorowej.
„Kawa i papierosy”, reż. Jim Jarmusch źródło
Co myślicie o tych tytułach? A może omijacie czarno-białe filmy?

niedziela, 14 lipca 2019

Wilkodłak kontra wąpierz - „Żertwa” Anna Sokalska


*Żertwa*
Anna Sokalska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 347
*Wydawnictwo:* Lira
Licha w to nie mieszaj. Jeszcze usłyszy i wszystko zepsuje.
*Krótko o fabule:*
We Wrocławiu zaczynają dziać się rzeczy niesamowite. Gwiazdy układają się w złą wróżbę, a wkrótce mają zostać złożone kolejne ofiary – żertwy. Prokurator Dębska i komisarz Majka podejrzewają sprawstwo handlarzy organami, lecz Anastazja Omyk oskarża wyznawców słowiańskiego bożka. Czy za zabójstwami stoją nadprzyrodzone istoty, czy członkowie przestępczej sekty umiejętnie posługujący się specyficznym szyfrem?
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Dość niedawno pojawiła się wiadomość, że na rynek czytelniczy wkracza nowa seria - Opowieści z Wieloświata autorstwa Anny Sokalskiej. Na początku tego roku pojawił się pierwszy tom, a zaledwie po kilku miesiącach możemy już przeczytać część drugą. Ekspresowe tempo przy tworzeniu serii zawsze działa na plus, bo zanim zdążymy zapomnieć o bohaterach to już możemy powrócić do ich świata. Tylko że w przypadku tej książki powrócimy jedynie do Wieloświata, ale nie do znanych z Wiedźmy postaci.

Niestety, miałam z tym trochę problem. Pierwszy tom był dobrą młodzieżówką, ale podchodziłam do niego jak do pierwszego kroku w stronę tworzenia serii. Dobry pomysł na połączenie naszego świata z tym, który znajduje się za zasłoną zapowiadał wiele możliwości na progres fabularny. Liczyłam także, że w drugiej części dostaniemy rozwinięcie znanych postaci, z których niektóre polubiłam bardziej, inne mniej, ale wszystkie już dobrze poznałam. Tymczasem autorka zdecydowała się na całkiem nową historię, która rozgrywa się w tym samym uniwersum, ale w innym czasie, z nowymi bohaterami i fabułą.

Kończąc lekturę miałam wrażenie, że Żertwa momentami bardziej przypomina zbiór opowiadań niż powieść. Chodzi o to, że autorka zdecydowała się pomieszać różne formy i wmontować je w główną linię fabularną. Znajdziemy tutaj przykładowo długi fragment protokołu z przesłuchania czy historię wilkołaka spisaną jako wiersz. Autorka radzi sobie z tymi oryginalnymi formami dobrze, pokazuje swoje zdolności, które w tych momentach możemy docenić. Problem jest taki, że czytelnika wybija to z głównej fabuły i zamiast skupiać się na bohaterach i ich celach to zagłębia się w te dodatkowe historie. Także budował się główny wątek, po czym gdzieś przez jedną czwartą książki czytaliśmy o przeszłych wydarzeniach, żeby później powrócić do meritum - tylko, że przez ten czas oderwania zdążyliśmy zapomnieć o głównym wątku i przestać przejmować się jego rozwinięciem.

Weles, źródło
Największym plusem wciąż pozostaje ta część fantastyczna. Szczególnie, że autorka czuje się swobodnie wśród słowiańskich bóstw i zręcznie wplata je w swoją historię. W Żertwie w sporym stopniu czułam podobieństwa do serii Kwiatu Paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk. Będziemy mieli okazję usłyszeć między innymi o Welesie, Perunie, ale także o dobrze znanych postaciach: wilkodłakach i wąpierzach. Najbardziej podobało mi się wprowadzenie do historii dwóch Biesów i Baby Jagi. Problemem jest jednak rozwój tych poszczególnych bohaterów. Jest ich dość sporo, a do tego dochodzą śmiertelnicy, czyli detektyw Majka i główna (raczej w zamierzeniu) postać, Anastazja. Chodzi o to, że dostaniemy opowieść z przeszłości wielu z nich, co jednak nie sprawi, że tak naprawdę poznamy tych bohaterów. Tak, wiemy co się z nimi kiedyś działo, ale dostaniemy tylko kilka scen dla każdego z teraźniejszości, więc nie mamy możliwości bardziej bądź mniej ich polubić.

Żertwę możecie czytać jako osobną historię. Związana jest z poprzedniczką światem przedstawionym i obecnością słowiańskich bóstw w fabule, ale poza tym to dwie różne książki. Jeżeli miałabym którąś polecić to skłaniałabym się ku Wiedźmie. Żertwa spodoba się osobom, które lubią szukać odniesień do słowiańskich wierzeń (tutaj jest ich naprawdę sporo) i tym, którzy lubią liczne zabawy formą. Dodatkowo warto zaznaczyć, że sam pomysł ze śledztwem, pracą nad zbrodniami powiązanymi z obrzędami słowiańskimi był świetny. Momenty, w których detektywi głowią się nad rozwiązaniem, próbując połączyć poszczególne klocki należały do najmocniejszych. To w połączeniu z wrocławskim urban fantasy stworzyłoby świetne podłoże, jednak decyzja o wplataniu licznych odniesień z przeszłości w tym przypadku zadziałała na niekorzyść. Co do bohaterów pierwszej części - podobno połączą siły z postaciami Żertwy w trzecim tomie, Kuglarzu. Może to w nim ta historia nabierze kolorów i stworzy spójną całość? Poczekamy, zobaczymy.


Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira

środa, 10 lipca 2019

„Stranger Things” (s.3), „Lucifer” (s.4), „Chilling Adventures of Sabrina” (s.2)

Stranger Things, sezon 3

źródło
Na kolejne sezony Stranger Things czekam od razu po zakończeniu napisów końcowych ostatniego odcinka poprzedniej serii. Od pierwszego epizodu po ostatni to zawsze jest kupa dobrej roboty realizatorskiej, wspaniałe zdjęcia, idealnie dopasowana muzyka, cudowna ekipa aktorów i rozrywkowy scenariusz. Czy trzeci sezon ma to wszystko? Jak najbardziej!
Zacznę może od drugiej strony i się przyczepię. Tak, trochę męczy mnie to, że zawsze Ci źli, którzy chcą kontrolować silne źródła energii, trzymać całą moc dla siebie i prowadzić niebezpieczne eksperymenty to muszą być Rosjanie. To największy banał w kinie amerykańskim. Z drugiej strony trochę rozumiem, że to akurat Stranger Things, które nawiązuje do popkultury lat 80tych korzysta z takich schematów. Szczególnie natomiast mierziła postać „Arnolda Schwarzeneggera”, czyli rosłego zabijaki rodem z taniego kina klasy B. Wciąż jednak powtarzam - to wszystko w tej rozrywkowej formie, jaką podsuwają nam twórcy w magiczny sposób nie odbiera frajdy z oglądania.
Wspaniale jest patrzeć na rozwój poszczególnych bohaterów, szczególnie tych młodych. Przeglądam z sentymentem zdjęcia z pierwszego sezonu, zestawiając je ze scenami trzeciej serii. Dzieciaki stały się nastolatkami, a scenarzyści postarali się o to, żeby grane przez nich postacie przechodziły przez wszystkie wzloty i upadki tego wieku. Oczywiście w międzyczasie walk z potworami i rozwiązywania niesamowitych zagadek, bo tych tutaj nadal nie zabraknie. Świetnie został poprowadzony wątek przyjaźni El z Max i chłopaków. Jedna rozkwitająca, druga ewoluująca zgodnie ze zmianami życia poszczególnych bohaterów. Do tego nadal para Steve i Dustin to jeden z najlepszych tandemów serialowych wszech czasów. To, jaką oni potrafią wytworzyć między sobą braterską chemię jest niesamowite. Dodanie do nich dwóch nowych postaci okazało się strzałem w dziesiątkę. Maya Hawke dostała sporą rolę, ale z jej charyzmą wszystko poukładało się świetnie (w sumie mając za rodziców Umę Thurman i Ethana Hawke chyba musieliśmy się spodziewać, że to udźwignie, nie?).
Największą siłą Stranger Things wciąż pozostaje umiejętność twórców do trzymania widzów w napięciu. Nie ma tutaj chwili na nudę i jeżeli nawet jakiś odcinek daje nam moment dla ukojenia nerwów to zaraz możemy spodziewać się kolejnej bomby emocjonalnej. Mam też wrażenie, że niewiele jest takich seriali, w których wmontowanie piosenki Never Ending Story w tak pełną napięcia scenę jakimś magicznym sposobem zagrało.
Co ja mogę dodać? Na ostatnim epizodzie uroniłam kilka łez, odcinki pochłaniałam ekspresowym tempem, jeden za drugim, a bawiłam się niezmiennie przednio. Trochę się boję ile twórcy mogą jeszcze ciągnąć pomysł z „The Upside Down”, ale i tak im kibicuję i już czekam na kolejny sezon!



Lucyfer, sezon 4

źródło

Serialem zachwyciłam się zaraz po jego powstaniu i wciągnęłam dwa pierwsze sezony w czystej ekstazie. Później przyszła pora na sezon trzeci, po którym zgadzałam się z decyzją o anulowaniu - wątki były przeciągnięte, a całość straciła czar i stała się po prostu nudna. Mimo to, podjęcie się kontynuowania Lucyfera przez Netflix była dla mnie miłym zaskoczeniem. Miałam nadzieję, że wezmą ten dobry pomysł na świat przedstawiony i bohaterów, po czym podkręcą trochę akcję. I tak właśnie zrobili.
Czwarty sezon to powiew świeżości. Tym razem zamiast 20+ odcinków dostajemy tylko dziesięć, ale dzięki temu każda minuta została w pełni wykorzystana. Nagle się okazało, że każdy z bohaterów może mieć ciekawy wątek, który toczy się w pełnej harmonii z ich charakterami. Lucyfer przechodzi największą przemianę, stara się zaakceptować siebie, co jest chyba najlepszym pomysłem na jego wątek do tej pory. Jego relacja z Chloe staje się bardzo niejednoznaczna, zaczynamy dostrzegać tam więcej kolorów, ich więź zostaje pogłębiona dzięki dobrze ukierunkowanej fabule. Trochę się obawiałam jak twórcy poradzą sobie z bombą z końcówki trzeciego sezonu, ale poszli w stronę nieoczywistą, ale dość logiczną.
Nagle i Amandiel, i Linda, i Maze mają tak poprowadzone swoje wątki, że stają się trochę bardziej widoczni i charakterni, niż we wcześniejszych sezonach. Jedyny punkt, gdzie trochę mogło być lepiej to postacie Dana i Lopez, ale pozwolę sobie to zwalić na ograniczony czas dziesięciu odcinków. Za to wszystko rekompensuje wprowadzenie nowej postaci - Ewy. Oczami wyobraźni już widziałam ten oklepany wątek trójkąta: wraca stara miłość, Lucyfer odsuwa się od Chloe, a ona za nim gania przy wtórze dopingowania wszystkich widzów serialu, którzy Ewą będą pogardzać. Tymczasem, twórcy zrobili z tej nowej postaci pełnoprawną bohaterkę, która co prawda namiesza w sferze romantycznej serialu, ale nie będzie tam wiele schematycznych zachowań.
Końcówka czwartego sezonu znowu zostawiła nas w potrzebie kontynuacji, którą Netflix już zapowiedział. Na dodatek postanowiono, że sezon piąty będzie ostatnim. Ja się cieszę, bo to znaczy, że dostaniemy zamkniętą historię, a fabuła nie będzie na siłę przeciągana (czego przykład boleśnie odczuliśmy podczas trzeciego sezonu). Także - Netflix dzięki za uratowanie Lucka!


Chilling Adventures of Sabrina, sezon 2

źródło

Pierwszy sezon Sabriny łyknęłam dość szybko po premierze i z seansu byłam zadowolona. Ta bardziej mroczna wersja historii czarownicy okazała się strzałem w dziesiątkę, nawet pomimo kilku mankamentów. Po drugą część sięgnęłam więc pełna nadziei i pozytywnie nastawiona. Początek jednak szybko ostudził mój zapał. Oglądałam partiami, po kilkadziesiąt minut, bo nie mogłam się na powrót wkręcić. Wydaje mi się, że winić należy za to wątki śmiertelników. Sporo czasu poświęcono tutaj przemianie Susie, do której nic nie mam, ale sposób, w jaki był ten wątek poprowadzony po prostu raził. Brakowało tam jakiejś subtelności i niestety, logicznego działania bohaterów. Do tego historia Rose i Harevey'a stała się naprawdę mało frapująca, a trochę czasu ekranowego zostało im poświęcone. W części dotyczącej czarownic też na początku nie działo się wiele, dlatego powrót do świata przedstawionego miałam ogólnie utrudniony. Na szczęście nie poddawałam się i prułam do przodu. Z czasem fabuła nabiera rumieńców i dostaniemy kilka naprawdę mocnych wątków. Szczgólnie cieszy rozwój postaci Lilith, która jest zdecydowanie jedną z najbardziej charyzmatycznych bohaterek. Będziemy mogli zobaczyć jej inną stronę, za sprawą nowego mężczyzny, Adama, a także poznać jej przeszłość - wydarzenia, które doprowadziły ją do tego czym się teraz zajmuje. Skoro mówimy o charakterystycznych bohaterkach to ponownie z zaciekawieniem śledziłam poczynania Zeldy, która staje się jedną z moich ulubionych postaci. Ta kobieta zrobi wszystko dla swojej rodziny, jest odważna i przebiegła. Co do tytułowej bohaterki to jeżeli człowiek już przyzwyczai się do pewnej dozy naiwności, masy popełnianych przez nią błędów to można i ją polubić. Ja zdecydowanie dziewczynie kibicuje. Szczególnie, że odkąd los złączył Sabrinę z Nickiem to wydaje się o wiele bardziej interesująca, te walczące pierwiastki dobra i zła zaczynają się jakoś sklejać w jedną osobę. Bardzo spodobał mi się też wątek, który pojawił się pod koniec sezonu - ten z przepowiednią. Mocne, ciekawie czerpiące inspiracje z chrześcijaństwa i budzące prawdziwe emocje. Samo zakończenie daje dobry punkt wyjścia do kolejnych odcinków. Podsumowując, drugi sezon był bardzo nierówny, nie zgasił jednak chęci do dalszego oglądania. Oby wątki śmiertelników były w przyszłości lepiej poprowadzone.


Znacie któryś z tych seriali? Macie podobne odczucia?

sobota, 6 lipca 2019

Podróż do wnętrza - „Szklany klosz” Sylvia Plath



*Szklany klosz*
Sylvia Plath

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Bell Jar
*Gatunek:* społeczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1963
*Liczba stron:* 322
*Wydawnictwo:* Marginesy
Poczołgałam się z powrotem do łóżka i naciągnęłam prześcieradło na głowę. Ponieważ jednak przepuszczało światło, wtuliłam twarz w poduszkę, żeby stworzyć złudzenie, że jest noc. Zastanawiałam się nad tym, czy nie należałoby może wstać, ale nie mogłam znaleźć żadnego powodu. Nic na mnie nie czekało.
*Krótko o fabule:*
Esther jest wyjątkowo inteligentna, piękna, utalentowana, jednak powoli jej świat się rozpada – i być może nie ma już dla niej ratunku.  Kiedy ma dziewiętnaście lat, przyjeżdża do Nowego Jorku – miasta spełnienia, szczęścia, zabawy, kariery – na miesięczny staż w redakcji miesięcznika dla dziewcząt. Ma poznać miasto, spędzić miło czas. Esther nie potrafi się jednak odnaleźć. Nie ma ochoty na nocne zabawy, nie umie znaleźć odpowiedniego towarzystwa, jest zniechęcona. Odkrywa, że dobre oceny, które zawsze zdobywała w szkole, tutaj nie mają znaczenia. Esther nie umie zdecydować, na czym jej zależy, co ją interesuje, czy w ogóle istnieje taka rzecz. Nie czuje się taka jak inne dziewczyny – śliczne, uśmiechnięte i zadowolone z życia. Przychodzi załamanie…
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Szklany klosz to powieść znana na całym świecie, kolejna pozycja do skreślenia z listy 100 książek, które każdy powinien przeczytać według BBC. Bardzo chciałam ją poznać, dowiedzieć się co ciekawego kryje twórczość autorki, co sprawiło, że po latach wciąż jest chętnie czytana i polecana.

Nazwisko Sylvii Plath kojarzone jest w Polsce przede wszystkim właśnie z powieścią Szklany klosz. Zapewne duży wpływ ma na to fakt, że jest to książka w sporej części autobiograficzna, zatem Ci, którzy bardziej szczegółowo znają przebieg życia autorki będą mogli dopatrzeć się wielu nawiązań. Plath cierpiała na zaburzenie afektywne dwubiegunowe, miała za sobą wizyty w szpitalach psychiatrycznych i liczne terapie. Jednak Sylvia za życia tworzyła przede wszystkim poezję, niestety u nas mniej spopularyzowaną. Wydaje mi się, że znalazłoby się sporo chętnych na przeczytanie tomiku z jej utworami. Kilka miesięcy po wydaniu Szklanego klosza popełniła samobójstwo przez otrucie gazem.

Czy uważam, że książka zasługuje na swoją pozycję w świecie literatury? Zdecydowanie tak. Mnie najbardziej uderzyła pozorna przemiana bohaterki. Początek wciągałam niczym kolejną powieść obyczajową, w której poznawałam otoczenie Esther, jej znajomych, pracę i pragnienia. Ot, kolejna dziewczyna próbująca znaleźć drogę w wielkim świecie. Jej niechęć do wychodzenia ze znajomymi czy nawiązywania głębokich przyjaźni wydawała mi się zupełnie normalna. Fakt, że nie potrafi jeszcze określić co chce robić w życiu to w ogóle naturalna kolej rzeczy. W dzisiejszych czasach mało kto wie jaką dokładnie ścieżką chce podążać. Większość z nas raczej idzie do przodu po omacku, natrafiając na szanse i z nich korzystając bądź nie. Dlatego przez całą pierwszą część opowiadania miałam wrażenie, że to wszystko jest takie normalne, codzienne. Co za tym idzie - nie spodziewałam się takiego obrotu rzeczy. To, co stało się z Esther po powrocie z Nowego Jorku wydawało mi się tak niepokojące i nagłe. Ta przemiana wzięła mnie z zaskoczenia i zrobiła największe wrażenie. I wtedy zdałam sobie sprawę, że to wcale nie była przemiana, że to ja w ogóle nie zwracałam uwagi na problemy Esther, dopóki nie zaszły za daleko.

 źródło
W czym tkwi siła tej książki? To chyba jasne. Przez to, że Sylvia Plath przeszła, to co przeszła, potrafiła podzielić się z nami czymś więcej niż kolejną historią choroby. Dogłębnie pokazuje nam co czuje Esther, ale nie sili się na wielkie słowa i gesty, tylko skupia na prawdzie. Nie znajdziemy tutaj szczegółowej analizy choroby, nie będzie nam dane racjonalne zrozumienie problemu. Będziemy tylko świadkami koszmaru głównej bohaterki. O samobójstwie myśli bardzo praktycznie - zaczyna nosić ze sobą żyletki, powiesić się próbuje na sznurku od szlafroka swojej matki. Nie będzie mówić o tym, że jest nieszczęśliwa, a po prostu przebywając z nią będziemy w stanie poczuć to, jak Esther dusi się w społeczeństwie, jak zamyka się nad nią ten ogromny szklany klosz, blokujący ją od reszty świata.

Niezapomnianą metaforą był dla mnie moment, w którym Plath porównuje wybranie ścieżki do zjedzenia jednej figi z drzewa owocowego. Każda figa symbolizuje dla niej inną przyszłość - jedna to spełniona żona, inna to odnosząca sukcesy poetka, jeszcze inna pewna siebie dziennikarka. Problem polega na tym, że autorka jest przeświadczona, że może wybrać tylko jeden owoc, jednocześnie rezygnując z całej reszty. Co jednak, jeżeli człowiek ma ochotę na wszystkie? Znajdzie się w sytuacji, w której będzie stać całe życie pod drzewem, patrząc na figi jak jedna po drugiej spadają na ziemię i gniją, bo woli się zagłodzić na śmierć niż wybrać jedną ścieżkę.

Szklany klosz zostawi nas w uczuciu oderwania od rzeczywistości, skłoni do zastanowienia się nad działaniem ludzkiej świadomości i poznawania własnego „ja”. Nie spodziewałam się, że będzie z niej płynąć tak przenikliwa prawda o chorobie duszy. Na dodatek napisana pięknym, ale też dość prostym językiem, z kilkoma niezapomnianymi metaforami. Nie postarzała się ani trochę.

Moja ocena: 9/10



wtorek, 2 lipca 2019

O dwóch muzycznych premierach - „Aladyn” i „Rocketman”

Ostatnio nie po drodze mi z oglądaniem filmów. Jeżeli spędzam wieczór przed ekranem to najczęściej wybieram odcinek jednego z seriali (teraz na tapecie RuPaul's Drag Race). Za to w czerwcu byłam w kinie na dwóch filmach muzycznych, o których dzisiaj przekażę tutaj kilka słów.


Aladyn (2019)

źródło
Trudno nie zauważyć, że aktualnie w kinach panuje moda na filmy live-action, oparte na znanych i kochanych przez wielu bajkach z dzieciństwa. Nie do końca jestem przekonana do tych pomysłów, szczególnie w kwestii przenoszenia jeden do jednego fabuły z animacji na film. Bo co to za frajda oglądać tę samą historię, ale pozbawioną uroku starej kreski twórców Disneya? Tak trochę było z Piękną i Bestią, tak podejrzewam będzie z Królem Lwem. Natomiast Aladyn, o dziwo, próbował zboczyć z tej ścieżki powielania fabuły.
Oprócz standardowych wątków, czyli Aladyna-złodzieja, który zdobywa magiczną lampę i udaje księcia Aliego, dostaniemy kilka ciekawie rozbudowanych historii. Przede wszystkim na plus działa poprowadzenie wątku Dżasminy, który w animacji był tylko lekko liźnięty. Tym razem staje się ona równorzędną główną bohaterką, a wątek nabiera kolorów feministycznych (ale przedstawiony naprawdę subtelnie i naturalnie). Byłam bardzo zaskoczona postacią Dżina, bo to był element o który bałam się najbardziej. Co prawda, nie da się konkurować z pierwowzorem, do którego dubbing stworzył niezastąpiony Robin Williams, ale w filmie wyszedł nad wyraz zgrabnie. Jego postać dostała bardziej rozbudowany wątek, trochę go uczłowiecznili. Przede wszystkim okazało się, że Smith pasuje do tej konwencji i poradził sobie z tą charyzmatyczną rolą śpiewająco. A jak już o tym mowa - wmontowano mu kilka wstawek muzycznych, które były idealnym uzupełnieniem jego stylu. Muzyką do filmu zajął się Alan Menken, czyli twórca oryginalnej ścieżki dźwiękowej do animacji Aladyn z 1992 roku. To było świetne posunięcie, bo dał tamtym utworom drugie życie, przez co nie brzmiały jak odgrzewane kotlety. Czuć było w nich energię i kolory, które kojarzą nam się z kinem bollywood. Szczególnie w pamięć zapadają żywiołowe Prince Ali czy emocjonalne Speechless. Dobrze, ale chwalę i chwalę, a film cierpi na kilka poważnych błędów. Początek nie nastraja pozytywnie. Było nudno i banalnie, kolory i scenografia chwilami raziły sztucznością. Rozkręca się powoli, aż do pojawienia się Dżina niewiele się dzieje, a z postaci ciekawa wydaje się tylko Dżasmina. Na szczęście po znalezieniu lampy akcja się rozkręca.
Mena Massoud, który grał główną rolę raczej nie przekonał mnie do swojej postaci. Miał momenty lepsze i gorsze, jego śpiewu nie polubiłam, a błyszczał tylko w kilku scenach (udawanie postaci księcia Aliego trochę go ożywiła). W momentach muzycznych odstawał, szczególnie zestawiony z Dżasminą, która śpiewała pięknie. Brakowało mi rozwoju postaci Dżafara, to ponownie antybohater, który chce władzy i pieniędzy, ale nie dostaje żadnego wyjaśnienia swoich pragnień. A szkoda. Smuci fakt, że reżyserował Guy Ritchie jednak brakowało Aladynowi dodatkowego kopa. Na dodatek - wiem, że to rzecz typowa dla Guya Ritchiego, ale w tym przypadku slow motion jakoś mi nie pasowało. Robiło się z tego dość schematyczne widowisko. I końcówka rozczarowująca.
Zatem, to naprawdę niezła przeróbka Aladyna (szczególnie, że spodziewałam się fiaska). Miło było popatrzeć na ładnie zaanimowanych Abu i Latajacy Dywan, ścieżka muzyczna ma kilka cudownych momentów, a wątki Dżasminy i Dżina poszły w ciekawą stronę. Jak na film familijny to wyszło nieźle.

Moja ocena: 6/10


Rocketman (2019)

piękny poster! źródło
Porównanie Rocketmana do Bohemian Rhapsody wydaje się nieuchronne. Z każdej strony trąbi się o tym czy jest lepszy czy gorszy. I muszę przyznać, że także moim pierwszym zdaniem po wyjściu z kina było nawiązanie do Bohemian Rhapsody: „A widzisz, jednak można zrobić dobry film o muzyku!”
Nie spodziewałam się wiele po tym filmie. Poszłam do kina dość wcześnie, kiedy jeszcze nie słyszałam żadnych opinii czy recenzji. Na dodatek o wiele bardziej czekałam na premierę Bohemian Rhapsody, bo Queen uwielbiam, a co do Eltona Johna to stosunek mam dość ambiwalentny. Z jednej strony to kolorowa postać, która wniosła sporo do współczesnej muzyki, a z drugiej - kojarzył mi się zawsze z takim zwykłym popem. Po wyjściu z kina wiem, że się myliłam, a John wydał mi się o wiele ciekawszą personą świata muzyki. Dobrze, ale zacznijmy od tego, że film Rocketman ma podstawową cechę dobrego musicalu - sprawdza się jako kino rozrywkowe. Od pierwszej sceny zostajemy wciągnięci w świat Eltona i to nie tylko ten zewnętrzny, który znamy z mediów, tylko wchodzimy niejako do głowy tej postaci. Reżyser filmu, Dexter Fletcher pozwolił sobie na twórczą pracę, która sprawiła, że Rocketman to nie po prostu film biograficzny, ale ciekawie przedstawiona historia zagubionego artysty, który szuka swojej ścieżki. Fletcher to ten człowiek, który przejął pod koniec produkcji reżyserię filmu Bohemian Rhapsody. Tamtego widocznie nie udało się uratować, za to w Rocketmanie mógł pozwolić sobie na pewną artystyczną wolność.
Co prawda temat filmu jest oklepany i banalny, ale dzięki temu, że to opowiadanie właśnie o Eltonie Johnie, to całość czerpie z jego kolorów, jego wzlotów i upadków, jego niesamowitej a prawdziwej historii. Na dodatek piosenki muzyka będą od początku korespondować z treścią, twórcy nie trzymali się chronologii wydawanych przez niego płyt, ale wrzucali akurat taki utwór, który będzie pasował do danej sceny filmu. Wyszło to naprawdę świetnie, w pamięci zapadł mi szczególnie moment pojawienia się piosenki I'm still standing, która chronologicznie była nagrana przed odwykiem, a w filmie pojawia się w idealnej chwili. Mówiąc o sukcesie Rocketmana nie da się ominąć Tarona Egertona. Jestem w grupie osób, która uważa, że Malek poradził sobie z postacią Mercury'ego, ale na pewno nie na tyle, żeby zgarnąć Oscara. Natomiast Egerton jest w roli Eltona genialny. Przede wszystkim nie stara się za wszelką cenę go kopiować - filtruje wydarzenia i emocje przez siebie i wychodzi mu to bezbłędnie. Na dodatek warto wspomnieć, że w Rocketmanie to aktorzy wykonują wszystkie piosenki, a Egerton radzi sobie z nimi bardzo dobrze. Nie dość, że potrafi śpiewać, to jeszcze pokazuje nam niesamowitą energię i charyzmę muzyka.
Rocketman cierpi na kilka bolączek kolejnego muzycznego filmu biograficznego - postacie poboczne wydają się słabiej zarysowane (szczególnie rodzina Eltona), a fabuła toczy się dobrze znanymi ścieżkami. Mimo wszystko to świetna rozrywka, na którą warto poświęcić czas. Szczególnie jeżeli lubicie filmy muzyczne!

Moja ocena: 8/10



sobota, 29 czerwca 2019

„Filadelfijska opowieść” (Teatr Polski Wrocław)

Dla fana klasycznego kina Filadelfijska opowieść to tytuł obowiązkowy. Film wyreżyserowany przez George'a Cukora z 1940 roku przeszedł do kanonu, stał się sztandarowym przykładem komedii romantycznej, a nawet zgarnął dwa Oscary, w tym jeden dla najlepszego scenariusza, napisanego na podstawie sztuki teatralnej. Wydawać by się mogło, że to idealny materiał do dalszej artystycznej eksploatacji, jednak już wzorowany na nim tytuł Wyższe sfery z 1956 roku pokazał, że nie jest łatwo podołać porównaniom do oryginału (nawet posiadając takie gwiazdy w obsadzie jak Grace Kelly czy Frank Sinatra!).
Bardzo lubię Filadelfijską opowieść z 1940 roku. To jeden z tych klasyków, który mimo upływu lat od pierwszego oglądania wciąż dobrze pamiętam. Niesamowita Katherine Hepburn w towarzystwie trzech panów, czarujący urok lat minionych, scenariusz pełen inteligentnego humoru i ciętych ripost - no po prostu klasa sama w sobie. Dlatego kiedy usłyszałam o adaptacji we wrocławskim teatrze stwierdziłam, że muszę to zobaczyć.

źródło
Akcja Filadelfijskiej opowieści rozpoczyna się na dzień przed ślubem. Zaradna dziewczyna z wyższych sfer, Tracy Lord (Beata Śliwińska) ma wyjść za mąż za George'a Kittredge (Marcin Piejaś). Jak to przed weselem bywa, do domu Lordów zaczynają zjeżdżać bliscy, m.in. brat i wuj przyszłej panny młodej, ale także dwójka reporterów szukających sensacji. Mają oni w planach napisać niepochlebny artykuł o rodzinie z wyższych sfer, dlatego wszyscy w domu nagle starają się grać jak to u nich nie jest normalnie. Sprawy się komplikują kiedy pojawia się także Dexter (Krzysztof Brzazgoń), z którym Tracy była w związku małżeńskim przez 10 miesięcy.
Pierwsze minuty spektaklu właściwie napawały mnie optymizmem. Dostaliśmy krótki numer muzyczny, w którym trzy aktorki odśpiewały dosłownie kilka kwestii. Powiało klimatem lat minionych, mogliśmy przyjrzeć się prostej, dość zachowawczej scenografii i kostiumom z epoki. Pomyślałam sobie, że może faktycznie dostanę tę świetną komedię romantyczną przełożoną na deski teatru. Niestety, im dłużej spektakl trwał tym dosadniej utwierdzał mnie w przekonaniu, że tak nie będzie.
źródło
Filadelfijska opowieść to taka historia z klasą o perypetiach ludzi z wyższych sfer, którzy w konfrontacji z szarymi reporterami zaczynają pokazywać co kryje się pod maską, z którą na co dzień pokazują się na zewnątrz. Nie jest to tematyka odkrywcza, postać Tracy w dzisiejszych czasach nie jest też tak „inna”, tak bardziej postępowa od reszty (chociaż zapewne tak postrzegalibyśmy ją na początku XX wieku). Jednak to na pewno opowieść wciąż frapująca, z inteligentnym dialogiem, dająca aktorom możliwość zabłyszczenia - wystarczy wspomnieć, że James Stewart w ekranizacji za niepozorną rolę dziennikarza zgarnął Oscara. Ale do czego piję? Otóż, we wrocławskiej wersji wszystko to, co mogło sprawić, że spektakl będzie błyszczał się pogubiło. To, co raziło najbardziej to wszechobecna przesada. Miałam wrażenie, że reżyser sam stwierdził, że historia jest dość nudna, więc tam gdzie znalazło się trochę miejsca zostały powrzucane żarty, które nie śmieszyły, czasami żenowały, a już na pewno nie pasowały do tego spektaklu. Przez ten krótki moment na początku dałam się oszukać, że to będzie jednak klasyczne przedstawienie, ale po chwili już wiedziałam, że słowo „komedia” będzie tutaj grało pierwsze skrzypce. Jeżeli już tak bardzo chciano dodać humoru, to może warto było posłużyć się oryginałem jako inspiracją i na jego podstawie napisać wersję komediową? Bo miks klasyki z przedstawionymi gagami zadziałał na niekorzyść.
Przez ten fakt było mi trochę szkoda aktorów. Patrzyłam na Beatę Śliwińską w roli Tracy Lord i myślałam, że to powinna być rola idealna dla niej. Dziewczyna ma ten urok aktorek z tamtych lat, w kostiumie wyglądała obłędnie, jej śpiew czarował, a kwestiom nadawała werwy i energii. Jednak kiedy zaczęły pojawiać się sceny bardziej zabawne zaczęła się ta postać dla mnie rozjeżdżać, a apogeum osiągnęła w scenie po wypiciu szampana. Klasa zniknęła, pozostał dziki szał, który zapewne miał rozbudzić publiczność. Natomiast postać George'a, która była niejako napisana jako nudna z założenia, została zmieniona w spektaklowego klauna, strzelającego minami i przekładająca się jako karykatura osoby.
źródło
O aktorach można by jeszcze wiele mówić, ale sprowadza się to do jednego wniosku: reżyser ma dziwne wyobrażenie o dobrej komedii. Z plusów warto wspomnieć, że kilka naprawdę dobrych scen miał Błażej Michalski, a Marika Klarman wypadła momentami czarująco i widać, że nie brak jej talentu. Co do Krzysztofa Brzazgonia to zupełnie nie pasował mi do postaci Dextera. Może Cary Grant postawił za wysoko poprzeczkę dla tego cynicznego, ale sympatycznego bohatera.
W tej historii czuć piętno czasu. Na niektóre sprawy przymykam oko kiedy oglądam starsze filmy, więc w wersji z 1940 roku zakończenie mi nie przeszkadzało. Jednak na deskach teatru wydaje się wzięte z powietrza. Spora tutaj wina leży na niedograniu chemii między poszczególnymi bohaterami (pewnie dlatego, że aktorzy musieli się zająć „bawieniem” publiczności zamiast budowaniem emocji). A ja naprawdę do końca liczyłam na zaskoczenie w finale.
Kostiumy były naprawdę piękne i przyjemnie się na nie patrzyło, pasowały do charakterów. Były równocześnie klasyczne i odważne. Charakteryzacja stonowana, ale pozostawała w klimacie. W kwestii wizerunkowej miałam jeden problem: otóż w oglądanym przeze mnie spektaklu Tracy była blondynką, a Dexter uparcie nazywał ją „Red”, padło też słowo „rudzielec”. Gdyby pojawiło się raz na sztukę to pewnie nawet bym nie zauważyła, ale w przypadku upartego powtarzania jednak raziło.
Mam wrażenie, że pomysł z wpleceniem piosenek do tej historii nie był zły. Szkoda, że skończyło się to trzema krótkimi utworami, które rozpoczynały / kończyły akt i tyle.
Niestety, pierwsze polskie wystawienie Filadelfijskiej opowieści na deskach teatru okazało się rozczarowujące. Dlatego wszystkich, którzy mają chęć na obejrzenie dobrej komedii romantycznej odsyłam do filmu z 1940 roku, a do teatru tylko tych najbardziej dociekliwych.



piątek, 21 czerwca 2019

Angielska magia nie umarła - „Jonathan Strange i pan Norrell” Susanna Clarke


*Jonathan Strange i pan Norell*
Susanna Clarke

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Jonathan Strange and Mr Norell
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2004
*Liczba stron:* 816
*Wydawnictwo:* MAG
Być może ich nie usłyszała, bo chociaż w pokoju panowała cisza, cisza pół setki kotów jest bardzo szczególna, niczym pięćdziesiąt osobnych cisz, jedna na drugiej.
*Krótko o fabule:*
Anglia, początek XIX wieku. Tajemniczy pan Norrell jest jednym z nielicznych, którzy zajmują się jeszcze czarami. Ale to właśnie dzięki niemu i jego młodemu przyjacielowi - Jonathanowi Strange'owi, Anglia stanie się na powrót krainą tajemnej sztuki. Dwaj bohaterowie posiądą niezwykłą władzę, a sam rząd poprosi ich o pomoc w walce z Napoleonem. Lecz magia ma swoją cenę...
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Wiele razy już słyszałam, że jeżeli ktoś uważa się za fana fantastyki to powinien sięgnąć po pozycję Jonathan Strange i pan Norrell. Aktualnie dość ciężką do zdobycia klasykę gatunku, ponad ośmiusetstronicową powieść będącą pastiszem książek historycznych przypominających styl z powieści Jane Austen. Tyle że z dodatkiem magii.

Autorka, Susanna Clarke, na tworzenie tego opus magnum poświęciła dziesięć lat swojego życia. Zaczęła od pisania poszczególnych przygód magów-dżentelmenów, umiejscowionych na początku XIX wieku, a kiedy kilka z jej opowiadań trafiło do znanych i cenionych pisarzy fantastyki, którzy okazali się zachwyceni pomysłem, postanowiła stworzyć z tego powieść. Za Jonathana Strange i pana Norrella otrzymała w 2005 roku nagrodę Hugo.

Zdarzało mi się kiedyś napotykać recenzje tej książki, ale ostatnio zrobiło się o niej już dość cicho. Teraz kiedy powróciłam do opinii innych czytelników muszę powiedzieć, że jestem zaskoczona jak bardzo ta książka ich dzieli. Jedni są nią zafascynowani, inni nie rozumieją fenomenu. Mnie bliżej do tych pierwszych, ale nie jestem ślepa na kilka potknięć, które przeszkadzały mi podczas lektury. Od razu od nich zacznę. Chodzi o fakt, że fabuła potrzebuje naprawdę długiego czasu na nabranie kolorów. Początek się ciągnie, czytelnik nie wie czego powinien się złapać, co tutaj jest głównym punktem, a co tylko koloryzowaniem autorki. Wprowadzane są coraz to nowe postaci, opisywane są ich przeszłe przygody i teraźniejsze przemyślenia. Wszystko to bardzo w duchu rasowej powieści historycznej, ale takiemu zwykłemu fanowi fantastyki może wydawać się przytłaczające.

źródło
Kiedy nastąpił moment, w którym fabuła się rozkręciła (w końcu!), to byłam już zachwycona. Zazwyczaj nie przeszkadza mi rozwlekły styl opisów, a przebywanie w towarzystwie dobrze wychowanych dżentelmenów i dam zawsze sprawiało mi przyjemność. Także, gdy już dobrze poznałam bohaterów, ich przeszłość i charakter to pokochałam przeżywanie ich kolejnych przygód. Te nie są może dynamiczne i nafaszerowane wartką akcją, ale to powolne tempo po przeczytaniu prawie połowy wypełnionych stron zaczęło pasować do całości i pozwoliło na rozkoszowanie się światem przedstawionym i charakterystyką postaci.

Uwielbiam kiedy autorzy proponują oryginalne podejście do kreacji świata przedstawionego w fantastyce, a Susanna Clarke na pewno do takich twórców należy. Napisała powieść historyczną, do której musiała wykonać naprawdę spory research. Akcja książki Jonathan Strange i pan Norrell ma miejsce na początku XIX wieku, podczas wojen neapolitańskich, a wśród jej bohaterów znajdziemy wiele znanych osób, które żyły w tamtych czasach. Między innymi będziemy przebywać z księciem Wellingtonem czy poetą Lordem Byronem. Czyli Clarke przedstawia nam alternatywną wersję Anglii lat minionych. Magia też jest tutaj dokładnie przemyślana - autorka wprowadza całą jej historię w postaci cytatów z wymyślonych książek historycznych o angielskich magach z przeszłości. Pozwala nam uwierzyć, że oni naprawdę istnieli, a my możemy czytać ich biografie i powtarzać ich nazwiska. Na dodatek sam pomysł na grupkę osób, która uważa się za angielskich magów-teoretyków, zmuszoną do konfrontacji z magiem-praktykiem jest genialna.

Dla mnie jednak największym plusem było przedstawienie postaci. Dzięki temu, że sporo czasu zostało poświęcone na pokazanie ich przeszłości, że spędziliśmy z nimi chwile zwątpienia, radości i strachu, że ewoluowali i przez całą powieść mogliśmy nawiązać z nimi więź. Nikt tutaj nie jest bezbarwny, każdy z nich wprowadzony jest w jakimś celu. Świetnie rozwiązany został pomysł na elfa, nazywanego mężczyzną o włosach jak puch ostu. Wspaniale wykreowane postaci Lady Pole czy lokaja Stephena Blacka. Pokochałam Strange'a, rozumiałam jego decyzje i posunięcia. Norrell to również bardzo charakterystyczny dżentelmen, który czasami wzbudzał złość, ale zawsze działał zgodnie ze sobą. To jest często pułapka dla autorów - kreują postaci, a później wkładają im w usta słowa bądź pchają ich do uczynków, które po prostu do danego charakteru nie pasują. U Clarke natomiast wszystko było na swoim miejscu.

Cóż, ogólnie byłam bardzo zadowolona z lektury książki Jonathan Strange i pan Norrell. Kiedy już się w nią wkręciłam to miałam połączenie dwóch lubianych gatunków - fantastyki i powieści historycznej w stylu Austen. Czy polecam ją każdemu? Raczej nie. To pozycja właśnie dla takich osób, które nie boją się pokaźnej liczby stron, długich opisów i powolnej akcji. Jeżeli jednak na to przymknąć oko to można otrzymać prawdziwą ucztę literacką.

Moja ocena: 8/10



poniedziałek, 10 czerwca 2019

Postapokaliptyczna klasyka, na której czuć piętno czasu - „Aleja Potępienia” Roger Zelazny


*Aleja Potępienia*
Roger Zelazny

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Damnation Alley
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1969
*Liczba stron:* 200
*Wydawnictwo:* Rebis
- Czort – wpadł mu w słowo Tanner. – Tak mam na imię. Byłem siódmym bachorem w naszej rodzinie i kiedy przyszedłem na świat, akuszerka pokazała mnie staremu i zapytała jakie imię ma wpisywać w świadectwie urodzenia, na co tatuś zaklął: ,,Czorta z tym’’ i wyszedł. No i tak mi wpisała w metryce.’’
*Krótko o fabule:*
Wojna nuklearna spustoszyła świat. W Ameryce Północnej ocalali ludzie usiłują przetrwać w niewielkich enklawach, pozostałościach dawnych stanów. Hell Tanner, brutalny członek gangu motocyklowego, otrzymuje szansę odkupienia swych win. Na wschodzie wybuchła epidemia i ktoś musi dostarczyć szczepionkę z Los Angeles do Bostonu. Tanner rusza Aleją Potępienia, by mierzyć się z promieniowaniem, gniewem natury, zmutowanymi zwierzętami i jeszcze gorszymi niż one ludźmi.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona faktem, że wydawnictwo Rebis zdecydowało się dołożyć Aleję Potępienia do swojej serii Wehikuł Czasu, w której pojawiają się klasyki gatunku science fiction. Roger Zelazny to autor znanego cyklu Kroniki Amberu, który wiele osób już mi polecało. Cieszyłam się zatem, że uda mi się poznać twórczość tego pisarza przy okazji Alei Potępienia. Niestety, przyniosła ona więcej rozczarowania niż zadowolenia.

Co jest przede wszystkim nie w porządku z tą pozycją? Wydaje mi się, że nieudaną fabułę można łatwo wytłumaczyć. Otóż, Roger Zelazny napisał tę historię początkowo w formie opowiadania, które zebrało naprawdę dobre opinie. Także jego agent stwierdził: czemu by nie napisać na tej podstawie dłuższej formy, którą łatwiej byłoby przenieść na duży ekran? Roger Zelazny na to przystał, ale nawet sam po latach stwierdził, że początkowe opowiadanie jest o wiele lepsze od powieści. A adaptację filmową udało się w końcu nakręcić, jednak sądząc po ocenach nie jest to kino najwyższych lotów.

Aleja Potępionych to taka typowa literatura z motywem drogi. Poznajemy Czorta, bohatera który zabierze nas na niebezpieczną przygodę. Świat nie może pozbierać się po apokalipsie, niebo zasnuwają trujące opary, a na Ziemi zostało jedynie kilka miejsc, w których mieszkają ludzie. Czort dostaje zadanie - musi przebyć naszpikowaną przeszkodami tytułową Aleję, żeby dostarczyć do Bostonu lekarstwo na śmiertelną chorobę. Po drodze czekają go wybryki natury, które powinny wzbudzić naszą ciekawość i przerażenie. Tylko że nic takiego się nie dzieje. Książkę czyta się jak zwykłą przygodówkę, w której akcja toczy się prędko, a zapomina się o niej gdy tylko przewrócisz ostatnią stronę.
źródło, film wygląda na niezłego potworka
To czym Aleja Potępienia mnie zaskoczyła to główny bohater. Czort Tanner, którego życie poznajemy na kartach tej książki to człowiek, którego trudno polubić. Naprawdę dawno nie miałam sytuacji, w której właściwie do głównej postaci czułam tylko niechęć i antypatię. To kryminalista, który nie żałuje swoich czynów, a wręcz się nimi chwali. Momenty, w których autor stara się go trochę wybielić, pokazać, że pod tą warstwą łobuza kryje się człowiek też do mnie nie przemówiły. W chwili kiedy poznajemy czyny, za które siedział za kratkami to kończy się dla niego jakakolwiek taryfa ulgowa - nieważne jakimi żartami by nie sypał to wciąż pozostanie, no cóż, prawdziwym czortem. I przyznam, że to był ciekawy zabieg postawić na tak bardzo negatywnego głównego bohatera, cieszę się jednak, że nie musiałam spędzać z nim więcej czasu.

Plusem książki jest to, że czyta się ją błyskawicznie. Zelazny postawił tutaj na wartką akcję i nawet jeżeli mamy dwie osoby zamknięte w samochodzie to nie ma co liczyć na długie rozmowy, z których wywnioskujemy co się stało ze światem albo dlaczego bohaterowie są właśnie tacy, jacy są. Jeżeli więc ktoś szuka czegoś krótkiego, z chamskim bohaterem i potworami pokroju przerośniętych skorpionów to tutaj może dobrze trafić. Niestety, nie możemy liczyć na rozwój świata przedstawionego. Zelazny pokazuje ten ułamek postapokaliptycznej Ameryki i pozwala nam dopowiedzieć sobie resztę. Ja jednak o wiele bardziej wolałabym poznać jego wizję.

Uważam, że to tego typu klasyka, na której czuć piętno czasu. Wydaje mi się, że współczesny czytelnik szuka czegoś więcej, potrzebuje znać genezę świata przedstawionego, lubi dogłębnie poznać motywy bohaterów i nie uwierzy w relacje zbudowane przez noc (wątek dziewczyny z gangu motorowego był gwoździem do trumny dla tej książki). Przez to, że mamy teraz sporo książek z motywem złego bohatera, który wyrusza na bohaterską misję, które są lepiej poprowadzone, to ta klasyka nie robi takiego wrażenia jak mogłaby to zrobić lata temu. Także po dwóch wspaniałych pozycjach z serii Wehikuł Czasu przyszła pora na niewypał. Liczę, że zaczniecie od tamtych książek, a Aleję Potępionych zostawiam dla zagorzałych fanów gatunku.


Moja ocena: 3/10


czwartek, 6 czerwca 2019

Majowa micha filmów

Szklany zamek (2017)

źródło
Na fali popularności, jaką ostatnio cieszy się Brie Larson (m.in. ze względu na jej występ w Captain Marvel, chociaż ja poznałam ją w świetnym Room, nie mylić z The Room) postanowiłam zobaczyć Szklany zamek, czyli dramat z 2017 roku, w którym aktorka gra jedną z głównych ról.
Rex (Woody Harrelson) marzył o zbudowaniu na pustyni szklanego zamku, a troski topił w alkoholu. Gdy coś mu i jego żonie nie wychodziło, rzucali pracę, pakowali dobytek do auta i jak para hippisów ruszali w siną dal w poszukiwaniu kolejnej przystani. W takich warunkach przyszło dorastać Jeannette (Brie Larson) i trójce jej rodzeństwa. 
Film ten został oparty na autobiograficznej książce o tym samym tytule. Szklany zamek Jeannette Walls w Polsce został wydany przez Świat Książki. Pierwowzoru nie czytałam, ale ekranizacja to naprawdę ciekawy dramat, z takich, na które już rzadko zdarza mi się trafiać. Historia rodziny, która prowadzi kontrowersyjny styl życia, często zmienia miejsce zamieszkania, a czwórka dzieci uczy się sama, w domu. Tę przeszłość poznajemy z perspektywy dorosłej już Jeannette, która robi karierę jako dziennikarka i przygotowuje się do wyjścia za mąż za Davida (w tej roli znany z serialu New Girl - Max Greenfield). Zabieg retrospekcji działa tutaj cuda, bo od początku chcemy wiedzieć jak wyglądała ścieżka, którą pokonała bohaterka. Od koczowniczego stylu życia i braku przywiązania do miejsca czy wykonywanej pracy do stałej posady i poukładanego planu dnia. Wspaniałe jest to, że jej rodzice nie są jawnie krytykowani i przedstawiani tylko w negatywnym świetle. Pomimo wielu nieodpowiedzialnych decyzji widać, że darzą swoje dzieci uczuciem i chcą dla nich dobrze. Świetny jest tutaj Woody Harrelson, bardzo dobra Brie Larson. Razem tworzą ciekawy duet aktorski, na który miło się patrzy. Gorzej wypada Naomi Watts, której nie pomogła też charakteryzacja - nie udało się wydobyć z niej szalonej artystki. W ogóle stylistyka filmu jest dość sztuczna i przywołuje na myśl takie typowe hollywoodzkie kino. Mimo wszystko ta historia warta jest poznania, chociaż przygotujcie się na obecność kilku utartych schematów.

Moja ocena: 7/10


Wiatr buszujący w jęczmieniu (2006)

źródło
Ken Loach, reżyser filmu, to takie nazwisko, które już nieraz obiło mi się o uszy, a jednak wciąż nie było mi dane poznać jego twórczości. Spodziewałam się, że przygoda zacznie się od Ja, Daniel Blake, za który otrzymał m.in. Złotą Palmę w Cannes. Jednak tak się złożyło, że trafiłam na Wiatr buszujący w jęczmieniu.
Irlandia, lata 20. XX wieku. Będąc świadkiem brutalności okupujących kraj Brytyjczyków, młody lekarz Damien (Cillian Murphy) porzuca karierę i w ślad za bratem (Padraic Delaney) wstępuje do IRA prowadzącej krwawą walkę o niepodległość. 
Filmy wojenne to nie jest mój konik, szczególnie ostatnio jestem przewrażliwiona na punkcie panującego w nich patosu i niekończących się pokładów bohaterstwa. Na szczęście u Loacha nie spotkamy wielu standardowych schematów. W ciekawy sposób pokazuje bezsens prowadzenia wojny na podstawie rewolucji członków IRA. Tutaj nie ma „tych dobrych” po jednej stronie barykady i „tych złych” po drugiej. Są tylko ludzie tak ślepo wierzący w swoje przekonania, że nie zatrzymują się nawet przed strzałem do swojego dawnego przyjaciela.
Dodatkowo w filmie możemy podziwiać przepiękne, surowe krajobrazy Irlandii, a odbiór wspiera klimatyczna muzyka. Aktorsko jest dobrze, wybija się przede wszystkim Cillian Murphy, który zapewne najbardziej znany jest z serialu Peaky Blinders, do którego zabieram się już od kilku ładnych lat. Wydaje mi się, że jeśli nie ma się wobec Wiatru buszującego w jęczmieniu wielkich oczekiwań i jeśli podpasuje Wam klimatem to ma szansę spodobać się nawet bardziej. Dla mnie dobry, chociaż bez szału.

Moja ocena: 7/10


Disaster Artist (2017)

źródło
W 2018 roku James Franco był wymieniany jako boleśnie pominięty przy nominacjach do Oscara za najlepszą kreację aktorską, szczególnie że za tę rolę odebrał już Złotego Globa. Film Disaster Artist zgarnął oscarową nominację jedynie za scenariusz adaptowany. Był to jeden z niewielu nominowanych filmów, których nie widziałam przed Galą. I teraz, po długim czasie udało mi się go nadrobić.
Historia spotkania i wczesnej przyjaźni Tommy'ego Wiseau (James Franco) oraz Grega Sestero (Dave Franco) - aktorów kultowego „The Room”, który został okrzyknięty najgorszym filmem świata.
Pierwsze podejście przerwałam po dziesięciu minutach. Stwierdziłam, że dla lepszej perspektywy i porównania warto najpierw zobaczyć kultowy The Room. Włączyliśmy i ... o matulu. Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Trudno to traktować nawet jako film, chociaż początkowy niesmak zastąpił u mnie coraz częściej pojawiający się śmiech. Taki śmiech wynikający z faktu, że The Room jest tak słaby, że aż zabawny. Nie wiedziałam jednego - podobno filmy Wisseau z tego właśnie słyną, że mimo swojego poziomu wciąż przyciągają widzów do kin. Tommy kręci dramaty, ludzie widzą komedie. Skoro wszyscy są zadowoleni, to po co narzekać?
Nieproste zadanie stało przed Jamesem Franco, który niedość, że film wyreżyserował to podjął się także zagrania głównej roli. Wisseau to prawdziwie tajemnicza postać - wyłożył na wyreżyserowanie The Room grube miliony, a do tej pory niewiadomo skąd jego majątek pochodzi ani z którego kraju przybył do Ameryki. Wielu badaczy uważa, że Tommy to Polak, ale nic nie jest potwierdzone na pewno.
Wracając do filmu - Franco zmierzył się z tym trudnym zadaniem i wyszedł z niego zwycięsko. Film jest bardzo ciekawy, szczególnie po obejrzeniu The Room. Świetnie było przyglądać się kulisom powstawania tego potworka. James radzi sobie całkiem dobrze z rolą Wisseau, chociaż miałam wrażenie, że czasami ciut przesadza. Była to jednak naprawdę wymagająca i trudna rola, więc uważam, że jakoś ją udźwignął. Nie byłam za to przekonana do Dave'a w roli Grega. Mimo wszystko Disaster Artist to prawdziwa gratka dla fanów kina, pokazujący pewien fenomen w tym świecie - po prostu film, który naprawdę warto zobaczyć.

Moja ocena: 7/10


Słodki koniec dnia (2019)

źródło
O nowym filmie Jacka Borcucha zrobiło się głośno podczas festiwalu Sundance, na którym Krystyna Janda zgarnęła nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Reżysera kojarzę z tytułu Wszystko na sprzedaż, który te kilka lat temu bardzo mi się podobał. Słodki koniec dnia również wywarł na mnie pozytywne wrażenie.
Polska poetka (Krystyna Janda), laureatka Nagrody Nobla, autorytet moralny wygłasza szokującą mowę podczas wręczania honorowego obywatelstwa miasta Volterra.
Zacznijmy od tego, że obejrzałam go tydzień po powrocie z Toskanii. Już od pierwszych chwil byłam zachwycona włoskim klimatem, rozciągającymi się zielonymi polami, przeplatanymi obrazami czarującego miasteczka - Volterry. Zdjęcia i muzyka sprawiają, że wsiąkamy w ten film całym sobą (oczywiście o ile damy sobie na to szansę - rozumiem, że można powolnego klimatu filmu nie pokochać). Krystyna Janda paląca papierosa za papierosem i popijająca wino wydawała się chwilami bardziej włoska niż polska. Najlepszy w przypadku Słodkiego końca dnia okazał się jednak element zaskoczenia - po materiałach promocyjnych myślałam, że będzie to historia kobiety, która przeżywa romans z dużo młodszym mężczyzną. I po części to się zgadza, ale po pewnym czasie dowiadujemy się, że to nie jest główny wątek filmu. Jacek Borcuch wespół ze Szczepanem Twardochem (bo to z nim pisał scenariusz) postanowili dość odważnie poruszyć temat kontrowersyjny dla współczesnej Europy. Zarazem pozwalają nam zadać sobie pytanie o to, gdzie zmierza społeczeństwo naszego kontynentu i czy jesteśmy w stanie coś z tym zrobić. Wolę za wiele nie zdradzać, bo ten element zaskoczenia dodaje filmowi punktów, toteż tutaj zamilknę w temacie fabuły. Wiedźcie jednak, że jest to naprawdę dobry punkt wyjścia do późniejszych rozmów z pozostałymi widzami. Od strony technicznej muszę przyznać, że Janda była w Słodkim końcu dnia cudowna. Niejednoznaczna, tajemnicza, nieodgadniona. Wszystko to osięgnęła niewielkimi środkami, za co należą się jej jeszcze większe brawa. Świetnie partneruje jej Kasia Smutniak, jako córka. To kolejny wątek, który bardzo mi się spodobał, ich relacja była taka nowoczesna, europejska, czasami przypominały wręcz dwie przyjaciółki. Słodki koniec dnia to po prostu kawał dobrego polskiego kina, który pewnie do jednych trafi, a do drugich nie, ale zdecydowanie warto dać mu szansę.

Moja ocena: 8/10


Gwiezdny pył (1982)

źródło
Nie pamiętam jak to się stało, że ten tytuł trafił na moją listę do obejrzenia, mogę jednak być tylko wdzięczna, że udało mi się go zobaczyć. Czasami znajduję filmy, które są „nie dla każdego”, takie, których klimat musi akurat przypasować. Tym razem wydaje mi się, że to wręcz film „dla nielicznych”, bo jego klimat jest wyjątkowo specyficzny.
Opowieść o parze starszych ludzi, żyjących na odludziu i nie mających kontaktów ze światem zewnętrznym. Stary (Krzysztof Chamiec) jest konstruktorem-amatorem różnego rodzaju dziwnych urządzeń. Tym razem zamarzył sobie, że na starość będzie kapitalistą i nie będzie płacił za prąd. W tym celu buduje na przepływającej rzeczce małą zaporę z kołem młyńskim napędzającym amatorską prądnicę. W trakcie budowy mijają dni i możemy przyglądać się codziennemu życiu tej dziwacznej pary. Piją i rozmawiają, śpiewają, kłócą się i śmieją. 
Przez pierwsze minuty seansu nie byłam może do końca przekonana. Aktorzy wydawali mi się lekko przerysowani, a wydarzenia dość błahe. Jednak po chwili przepadłam dla tego niezwykłego filmu (czasami wystarczy dać się wciągnąć). Jest to zdecydowanie obraz magiczny, a jego czarem jest polska sielskość, bliskość dwóch osób i niezwykłość życia codziennego blisko natury.
W Gwiezdnym pyle znajdziemy kilka ciekawych spostrzeżeń na temat człowieka, które są nadal aktualne. Ba! Wręcz bardzo aktualne, szczególnie w kwestiach ekologii i dbania o naszą Matkę Naturę. Jednak to, co najbardziej do mnie dotarło to więź dwójki głównych bohaterów. Z początku wydawali mi się nieszczęśliwi i jacyś tacy niedopasowani. Wystarczyło kilka kolejnych minut, żebym mogła zachwycić się ich prostą, ale głęboką relacją. Tak, on czasami wyśmieje niewiedzę partnerki, a ona wytknie mężowi, że zabiera się za niebezpieczne zabawy. Wieczorem jednak usiądą wspólnie, żeby powyć do księżyca, będą wspominać czasy zalecanek i prosić Boga, żeby umarli razem, w jednym czasie (i oczywiście, żeby kot i pies odeszli z nimi). Jest to niesamowity film, który może niektórych zrazić, ale jeżeli będziecie w stanie się przemóc do tego specyficznego klimatu i dacie się porwać, to możecie przeżyć wspaniałą przygodę.
Chociaż przyznaję, że mogłabym ten film oglądać tylko dla roli kota.
Dobra, pies też był w porządku, ale kot skradał uwagę jak tylko pojawiał się na ekranie.

Moja ocena: 8/10 




*opisy filmów pochodzą z portalu filmweb

A co ciekawego Wy ostatnio widzieliście?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka