środa, 20 marca 2019

W głowie spostrzegawczego i bezpośredniego dziecka - „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” Filip Zawada


*Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek*
Filip Zawada

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* literatura współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 267
*Wydawnictwo:* Znak
„Kto tam?” W sumie to durne pytanie, bo przecież listonosz może być płatnym zabójcą, gazownik złodziejem, a najbliższy znajomy może dźgnąć cię nożem w plecy, więc po co się o to wszystko pytać. Lepiej od razu otworzyć drzwi i nic nie wiedzieć.
*Krótko o fabule:*
Na świecie pewnych jest tylko kilka rzeczy. Za wyrażanie się nie dostajesz deseru (kto by go zresztą jadł). Błażej to beksa i irytujący dureń, który gówno wie o życiu. A dorośli zajmują się samymi pierdołami, no chyba, że są kierowcami cystern. I bądź tu mądry, kiedy kot Szatan znika w tajemniczych okolicznościach, sklepikarka Stefa rodzi sobie nagle dziecko, a za zakonnicami to już w ogóle nie trafisz.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Cholera, no nie spodziewałam się! Ta książka wzięła mnie z zaskoczenia! I jakimi słowami ja mam teraz przekazać, że warto [BARDZO] po nią sięgnąć? No nic, spróbujmy.
Filip Zawada to wrocławianin, który tworzy muzykę do spektakli teatralnych, uczy fotografii, grał w zespołach: Pustki, Indigo Tree. Wydawałoby się więc, że człowiek dość zajęty, ale w swoim grafiku znajduje jakoś czas na pisanie książek. I możemy mu być za to wdzięczni, bo Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń literackich jakie przeżyłam w ostatnim czasie.

Zazwyczaj podchodzę ostrożnie do nowych dla mnie nazwisk w świecie książek, ale Zawada jakoś szczególnie przyciągnął moją uwagę. Sporo było czynników, które mnie podkusiły do lektury (m.in. fakt, że dobra znajoma o niej wspominała, a sam autor mignął mi ostatnio we wrocławskim tłumie), ale nie pomyślałabym, że aż tak przypadnie mi ona do gustu.
Książka ta, to w sumie zbiór krótkich opowiadań, niektóre fragmenty mają nawet długość jednego zdania, a najobszerniejsze to najwyżej kilka stron. Po przeczytaniu miałam skojarzenia trochę z czymś w rodzaju ściany na Facebooku, gdzie autorem wpisów jest Franciszek, mieszkaniec sierocińca, prowadzonego przez siostry zakonne. Dlaczego takie skojarzenie? Z prostej przyczyny: każdy rozdział, każdy wpis to po prostu strumień świadomości młodego chłopaka, przedstawienie spostrzeżeń, sytuacji, wydarzeń z jego punktu widzenia. W ten sposób autor rzuca pewien temat, ale nie komentuje go jakoś obszernie, tylko daje możliwość zastanowienia się nad danym problemem. A są to sprawy bardziej bądź mniej kontrowersyjne, takie jak religia, pierwsze miłości i przyjaźnie, odrzucenie, wiara, ludzkie ustalenia co wypada, a co nie. To jest trochę tak, że gdyby te rozdziały były postami na Facebooku to pod każdym mogłaby rozgorzeć jakaś gorąca dyskusja - tak stymulująco są one napisane.

Odkąd mam plan na życie, wiem, że wszyscy życzą mi udanej porażki. Nie przejmuję się tym, bo ludzie zawsze zazdrościli innym i kiedy to robią, to znak, że życie idzie w dobrym kierunku, bo zawsze zazdrości się dobrych rzeczy.

Z kart książki bije przede wszystkim szczerość i taka bezczelna otwartość. Dzieci mają to do siebie, że są bardziej bezpośrednie, bo nie wiedzą co wypada, a czego lepiej unikać. I Franciszek jest właśnie takim narratorem: wali prosto z mostu to, co myśli. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że teoretycznie nie odkrywa Ameryki, komentuje rzeczywistość, z którą mamy ciągły kontakt, a jednak otwiera nam na nią oczy. To zresztą bardzo dojrzałe przemyślenia, chociaż przedstawione w dziecinnej otoczce. Niektóre ze zdań narratora wydawałyby się trochę absurdalne, a w wielu przypadkach ironiczne, ale przez to, że wypowiada je chłopiec to nagle nabierają wydźwięku realistycznego. Naprawdę podziwiam, że autor potrafił trafnie komentować otaczające nas zjawiska oczami dziecka i sprawić, że tak bardzo mu uwierzymy.

Jeżeli już gdzieś przeczytaliście, że przy książce można się szczerze pośmiać to muszę potwierdzić te informacje. Wiele wypowiedzi Franciszka przyprawia o natychmiastowy uśmiech. I budzi też zachwyt, bo tyle tam pięknych zdań, odkrywczych w swojej prostocie. W sumie Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek to skarbnica cytatów, które nawet oderwane od fabuły robią wrażenie, a w lekturze dają nam świetny obraz całości.

Moim takim skromnym marzeniem jest, żebyście dali jej szansę. Wydaje mi się, że ta książka ma moc zadziałać na każdego z nas w inny sposób, rozbudzić myślenie o rzeczach, których nigdy nie analizowaliśmy, wzniecić chęć podzielenia się swoim zdaniem na jakiś temat. Dodatkowo, to błyskawiczna lektura, która niezmiennie bawi, ale równocześnie wzrusza. Bo właściwie Zawada podaje nam w lekkostrawnej formie naprawdę gorzką historię niechcianego dziecka. Jest tutaj zatem tyle różnych czynników, które w jakiś magiczny sposób idealnie ze sobą współgrają i tworzą coś niesamowitego. Polecam!
I cytat na koniec. Na ostatnią zachętę!
Życie mnie czegoś uczy, ale nie mam pojęcia, czego.

Moja ocena: 9/10


sobota, 16 marca 2019

#KącikAliny - Interdyscyplinarny artysta, czyli Graham Rawle

 Nieczęsto zdarza mi się pokochać autora/kę wystarczająco, by chcieć pochłonąć wszystkie jego/jej dostępne książki. Do tej pory mogłam wyliczyć ich na palcach jednej ręki, jednak wraz z zapoznaniem się z twórczością Grahama Rawle’a muszę już wykorzystać do tego także drugą dłoń. Uczucie zachwytu rosło powoli i może dlatego uważam tę miłość za najdojrzalszą; nie było tu natychmiastowego zawrotu głowy, czy wręcz obsesyjnej potrzeby by poznać całą bibliografię pisarza. Oczywiście, od pierwszych stron „Woman’s World” wiedziałam, że mam do czynienia z artystycznym geniuszem. Jednak dopiero po przeczytaniu jego wszystkich możliwych do zdobycia prac mogę przyznać się wam do przyspieszonego bicia serca na widok imienia Graham Rawle. Żadna z jego książek mnie nie zawiodła, choć stawiałam każdej wysokie wymagania.


#1 Woman’s World


„Overwhelmed by their feelings, they practically fell into each other’s arms. This was the genuine article. 100% pure”
Krótko opisywana już przeze mnie TUTAJ powieść o Normie to moje pierwsze spotkanie z Rawlem, ale jakże wynagradzające. Zostałam pochłonięta nie tylko przez kolażową formę książki, ale również fabułę, która w innych przypadkach powieści eksperymentalnych/multimodalnych często zostaje przyćmiona przez bawienie się formą autorów. Rawle jednak zdaje się nie zapominać o czytelniku, który oprócz nasycenia wzroku oczekuje także po prostu interesującej historii. „Woman’s World” zdecydowanie zapewnia rozrywkę i nie pozwala na szybkie jej odłożenie; bo w końcu chcemy się dowiedzieć kim jest Norma, jak rozwinie się związek jej brata z Eve, i o co chodzi z Mr. Hands. Do ostatnich stron czekamy na rozwinięcie, a wszystko to zawarte w kolażu wycinek z gazet dla kobiet.
Z ciekawostek: chęć adaptacji tej powieści wyraził James Franco, jednak nie doszło do porozumienia i teraz Rawle pracuje sam nad jej adaptacją, a film ma nie tylko odzwierciedlać fabułę, lecz również formę - ma on być kolażem innych filmów. Praca żmudna i czasochłonna, ale mam nadzieję kiedyś zobaczyć „Woman’s World” na dużym ekranie!

#2 Overland


„I didn’t make the coin disappear; I merely made it so that you can’t see it anymore.”
Najnowsza powieść Rawle’a szybko trafiła w moje gusta. Historia osadzona w Kalifornii w 1942 roku, opowiada o zatrudnieniu hollywoodzkiego scenografa, który ma stworzyć miasteczko nad fabryką tak by nie została ona zauważona przez japońskich pilotów. I tutaj Rawle bawi się formą - książkę trzeba trzymać poziomo, na górnej stronie czytamy o wydarzeniach nad fabryką, a na dolnej to, co dzieje się pod miasteczkiem stworzonym przez George’a. Jego perfekcjonizm sprawia, że nie tylko japońscy piloci zaczynają wierzyć w rzeczywiste istnienie miasteczka. Rawle wspaniale wykorzystał niespotykany format książki - postaci, które schodzą z miasteczka do fabryki, poruszają się podobnie po stronach powieści. I do tego widać tutaj humor Rawle’a, który świetnie wpisuje się w moje upodobania i muszę przyznać się do kilku głośniejszych chichotów podczas czytania tej powieści!

 #3 The Card


„Brian May from Queen wants you to join the Army.”
Znaleziona na chodniku karta prowadzi do kolejnej, i kolejnej, i kolejnej, a każda zdaje się zawierać tajemniczą wiadomość dla narratora powieści… a przynajmniej on uważa, że tak jest. Tym razem Rawle przeplata świetny humor z zagadkowymi wydarzeniami: pojawiającymi się kartami, których zdjęcia (zaprojektowane przez Rawle’a) zamieszczone są w książce; próbie odnalezienia karty z dzieciństwa i zrozumienia odejścia ojca. Każda karta, którą dostaje narrator niesie ze sobą misję, i choć jego przyjaciele próbują tłumaczyć je racjonalnie - Riley nie chce przyjąć tego do wiadomości. Pojawiają się tu księżna Diana i Minnie Driver (która grała w świetnym - Good Will Hunting) , obie w wielkim niebezpieczeństwie, które Riley postanawia ratować. Rawle w niesamowity sposób przekonuje czytelnika, że Riley prawidłowo odczytuje zaszyfrowane informacje, a za chwilę pozwala innej postaci podać całkiem inne - równie prawdopodobne - rozwiązanie. Oprócz zdjęć kart, w książce pojawiają się również symbole na marginesach, które, podobnie jak karty Riley’owi, starają się nam coś powiedzieć. Ale czy na pewno? The Card ma intrygujące postaci, które lubimy od pierwszych stron, a ich historie z czasem zaczynają zadziwiać.

#4 Diary of an Amateur Photographer


„I sat staring at the picture until the choir stopped singing and my eyes could focus no longer.”
Wraz z dołączeniem na kurs fotografii, Michael znajduje niepokojące, niewywołane zdjęcie w starym aparacie. To sprawia, że jego pamiętnik powoli zmienia się w zbiór dowodów w sprawie sprzed lat. Jego chęć rozwikłania zagadki staje się obsesyjna, a to wszystko otoczone jest zdjęciami z magazynów z lat 60-tych, listami, artykułami odnoszącymi się do interesującej Michaela sprawy. Rawle po raz kolejny idealnie wpasował się w moje gusta - fotografia i zagadka kryminalna, która rozwiązywana jest w dość niekonwencjonalny sposób. Narrator powoli zatraca się w swojej obsesji, która staje się coraz bardziej niebezpieczna. Rawle daje czytelnikowi wybór, czy chce poznać rozwiazanie, które pozostawia w kopercie na końcu książki. Podobnie jak w The Card każde powiązanie, które zdaje się być zaskakujące jednak ma racjonalne źródło, które ma sens względem całej historii.


Graham Rawle w każdej z wymienionych książek sprawiał, że chichotałam pod nosem i z niecierpliwością czekałam na finał - bo przecież ten musiał być równie spektakularny jak reszta powieści. Nie zawiódł ani estetycznie ani pod względem fabuły. Każde dodane zdjęcie, każdy symbol, każda karta nie były używane przypadkowo, lecz pomagały w kompletnym zanurzeniu się w niesamowitych historiach. Graham Rawle to dla mnie artystyczny geniusz, który w tajemniczy sposób wie jak trafić do mojego serducha, trochę tam namieszać i w końcu zamieszkać (zdecydowanie na stałe). Marzę o kolejnym spotkaniu z autorem, gdzie będę lepiej przygotowana i podziękuję za pozostawienie światu swoich wspaniałych książek!

Graham Rawle jest również znany ze swojej serii „Lost Consonants”, gdzie w zdaniu opuszczał spółgłoskę zmieniając tym samym jego sens:

środa, 13 marca 2019

Kostucha na urlopie - „Rozterki śmierci” Jose Saramago



*Rozterki śmierci*
Jose Saramago

*Język oryginalny:* portugalski
*Tytuł oryginału:* As intermitencias da morte
*Gatunek:* realizm magiczny
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 272
*Wydawnictwo:* Rebis
Oprócz kwestii śmierci, panie, jeśli nie zaczniemy znowu umierać, nie będzie dla nas przyszłości.
*Krótko o fabule:*
Znienawidzona przez ludzkość, sfrustrowana śmierć postanawia porzucić swoje zajęcie. To zaskakujące wydarzenie początkowo wydaje się błogosławieństwem, by później odsłonić skomplikowane zależności pomiędzy Kościołem, Państwem i zwykłym codziennym życiem.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Kiedy zapytasz przypadkowo spotkaną osobę czego najbardziej się boi, bardzo prawdopodobne, że jej odpowiedź będzie brzmiała: śmierci. To niezbadane, tajemne zjawisko, koniec naszego bytu, takiego jakim go znamy niezmiennie nas przeraża. Jest równocześnie nieusychającym źródłem inspiracji dla twórców, bo chyba trudno znaleźć coś bardziej niezbadanego i mistycznego niż śmierć. Tym razem za jej temat zabrał się zdobywca Literackiej Nagrody Nobla, Jose Saramago.

Skoro wszyscy tak bardzo się jej boimy i staramy się za wszelką cenę jej uciec, to zastanówmy się nad tym co by było gdyby śmierć zrobiła sobie wolne. W Rozterkach śmierci tak właśnie wygląda punkt wyjścia: społeczeństwo pewnego fikcyjnego państwa z dnia na dzień przestaje umierać. Po prostu, wczoraj do północy ludzie normalnie kończyli swój ziemski żywot, ale gdy wybiła dwunasta zgony się zatrzymały. Można powiedzieć, że śmierć spakowała walizki i wyjechała na (z dawna upragniony) urlop. Z takim tematem fabuła może pójść w naprawdę różne strony. Saramago postanowił skupić się na dość realistycznych problemach związanych z brakiem śmierci. Rozłożył je na części pierwsze i zastanowił się kto na tym zjawisku ucierpi, a kto może zyskać. A także jak wpłynie to na życie ważnych, wysoko postawionych ludzi i szarych mieszkańców państwa.

Pierwsza część książki opiera się właśnie na tego typu rozważaniach. Początek szybko łapie uwagę czytelnika i z przyjemnością przyjrzymy się razem z autorem problemowi wiecznego życia. Przede wszystkim nieśmiertelność nie jest tutaj kolorową bajeczką czy fantastyczną historią. Ludzie nadal się starzeją, nadal chorują, trafiają do domów spokojnej starości. Problemem jest tylko odejście z tego świata, bo nieważne jak bardzo by niedomagali to Kostucha uparcie nie przychodzi. Ale człowiek, jak to człowiek, obejście znaleźć musi. Więc już po chwili poznamy pierwszą rodzinę, która pakuje starego, niedomagającego ojca na wóz i wywozi go poza granice państwa, gdzie ten może w końcu spokojnie umrzeć.
„By The Death Bed” Edvard Munch, 1896, źródło
Ciekawe jest to podejście do śmierci. Powiedziałabym, że wręcz trochę uspokajające. Pogoń za nieśmiertelnością według Saramago do niczego nam nie posłuży, chociaż zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał na tym zarobić. W przypadku Rozterek śmierci tym kimś będzie tajemnicza grupa nazywana „maphią”, która zajmie się przewożeniem umierających na granice kraju w celach dokonania ich żywota. Najbardziej jednak interesujące są dywagacje ludzi z różnych grup społecznych. Politycy zastanawiają się jak ta nowa sytuacja wpłynie na ich wizerunek i czy lepiej przymykać oko na niektóre działania maphii czy je ukrócać. W najgorszej sytuacji jest religia - bo fakt, że śmierć zrobiła sobie wolne zabiera im trochę sens istnienia. W końcu to kolejne życie ma być naszą nagrodą za sprawowanie się na Ziemi. Ale jeżeli nie umrzemy, to po co nam religia?

Niewiele stron ma ta książka, ale w pewnym momencie zdołała mnie zmęczyć. Saramago używał takiego stylu, przy którym nie można być rozpraszanym, szczególnie czytając fragmenty, gdzie występowały dyskusje. Brak tutaj podziału na kto i co powiedział. Po prostu odpowiedź drugiej osoby zaczyna się od wielkiej litery, a znaków interpunkcyjnych powinniśmy się domyśleć. Przywodzi to na myśl strumień świadomości, który znam z twórczości Virginii Woolf.
Początek był wciągający przez pomysł i reakcje różnych grup na sytuację, ale gdzieś zbliżając się do połowy zaczęłam tracić początkową ekscytację. Na szczęście wtedy Saramago bierze kolejny zaskakujący zakręt w historii, a na scenę wprowadza nową postać - śmierć we własnej osobie.

W książkach z gatunku realizmu magicznego zawsze lubię tę odwagę w kreowaniu naszego świata połączonego z niecodziennymi, czarownymi zdarzeniami. Saramago to już wyższa półka literacka, w swojej książce będzie poruszał problemy demograficzne i finansowe, zwróci uwagę na takie aspekty, na które byśmy nie wpadli w kontekście zniknięcia śmierci. A on wpadł. Dlatego uważam, że warto. Może nie jest to książka dla każdego, ale warto dać jej szansę.
Dodatkowo, czy tylko ja odnoszę wrażenie, że jest tutaj przesłanie, iż jedynym zwycięzcą nad śmiercią jest sztuka? Chociaż możliwe, że wyprowadzam zbyt daleko idące wnioski. Hm?

sobota, 9 marca 2019

Serialowy mrok po trzykroć - „Ślepnąc od świateł”, „Russian Doll”, „Chilling Adventures of Sabrina”

Ślepnąc od świateł dostępny na HBO

źródło
Przyznaję, że rzadko oglądam polskie seriale, a jeszcze rzadziej po obejrzeniu jestem zadowolona z seansu - to w moim przypadku święto (ostatnio chyba przy Artystach tak było, których anulowali po jednym sezonie). Od Ślepnąc od świateł nie wymagałam wiele, nawet po licznych pozytywnych recenzjach. Przy Belfrze też sporo ludzi było zachwyconych, a ja jakoś niekoniecznie.
Kuba (Kamil Nożyński) to rozchwytywany warszawski diler narkotykowy. Skrzętnie odkłada zarobione pieniądze i planuje wyjazd z kraju. Wszystkie plany ulegają zmianie gdy wplątuje się w środek kłótni gangsterów - swojego szefa, Jacka (Robert Więckiewicz) i Daria (Jan Frycz), który właśnie opuścił mury więzienia.
Jeżeli też z dystansem podchodziliście do nowej produkcji HBO - przestańcie. Nie ma co się hamować, bo Ślepnąc od świateł to zdecydowanie jeden z najlepszych polskich seriali. Na pewno spora w tym zasługa Jakuba Żulczyka, autora powieści i współautora scenariusza. Jego Polska jest zimna, brudna, oderwana od rzeczywistości, a zarazem tak realistyczna i brutalna. Czasami przypomina zagraniczne produkcje opowiadające o handlarzach narkotyków i podziemnym światku, a zarazem zawiera tyle rodzimych elementów, że pozostaje nam bliska. Starsza sąsiadka dopytująca o nasze życie prywatne i zapraszająca na herbatkę, huczne wesele organizowane, żeby się pochwalić przed rodziną. Sporo tutaj takich typowo polskich motywów, które nadadzą całości więcej prawdy, a zagranicznym widzom pokaże kawałek naszego podwórka. Serial jest przede wszystkim świetnie zrealizowany od strony technicznej: idealnie dobrana ścieżka dźwiękowa, w której znajdziemy sporo ciekawych, polskich kawałków (m.in. twórców takich jak Maanam czy Siekiera), mroczne, odważne zdjęcia, no i wciągający scenariusz, który utrzymywał widza w ciągłym napięciu. Ogólnie, pierwsze odcinki są trochę słabsze od kolejnych, więc nie zrażajcie się od razu. Im dalej, tym lepiej. Szczególnie w momentach kiedy więcej uwagi poświęcone jest Fryczowi, który gra tutaj niesamowicie. W rolę głównego bohatera wciela się amator, muzyk, Kamil Nożyński, który w niektórych momentach nawet pasuje do wycofanej postaci Kuby, ale w innych sporo odstaje. Ale i tak uważam, że to był dobry casting. Serial w większości kręci się wokół mężczyzn, a tematyka narkotyków już może nasuwać, że nie będzie grzecznie. Przestrzegam, że niektóre sceny były bardzo brutalne. Jednak znalazło się też miejsce dla świetnej roli kobiecej, Paziny, granej przez Martę Malikowską. Dużym plusem jest na pewno to, że serial tworzy zamkniętą całość. Tym bardziej warto poświęcić te kilka godzin na zapoznanie się z nim.

Moja ocena: 8/10


Russian Doll dostępny na Netflix

źródło
Russian doll to nowość, która pojawiła się na serwisie Netflix. Zauważyłam, że sporo osób się na nią od razu rzuciło. Mnie już zwiastun przekonał, że warto dać szansę, dodatkowo wiedziałam, że ciekawie będzie popatrzeć na Natashę Lyonne w nowej odsłonie. Możecie kojarzyć tę aktorkę z roli charakternej Nicky z Orange is the new black.
Nadię Vulvokov (Natasha Lyonne) poznajemy w momencie, w którym hucznie świętuje swoje trzydzieste urodziny. Widać, że dziewczyna lubi się bawić, eksperymentować, jest pewna siebie i wyzwolona. Koniec tej imprezy jest dla niej tragiczny - ginie potrącona przez samochód. Jednak zamiast trafić prosto w zaświaty budzi się w toalecie i ponownie przeżywa swoje przyjęcie urodzinowe, po czym znowu ginie. Utknęła w pętli czasu, której restartem jest zawsze jej śmierć.   
Natasha jako Nadia sprawdza się idealnie. W ogóle uważam, że sukces serialu w sporym stopniu zależał właśnie od jej gry. To z nią zaczynamy przygodę i z nią ją kończymy. Co prawda, po kilku odcinkach pojawia się także drugi ważny bohater, ale to na Lyonne leżała większość odpowiedzialności i naszej uwagi. Trzeba zaznaczyć, że aktorka była też twórczynią serialu i widać, że siedziała w tym projekcie całą sobą. Znowu, jak w Orange is the new black, jej postać jest charakterna, ironiczna, wyszczekana, borykająca się z nałogami. Najważniejsze dla historii jest jednak to, że wciąż nie poradziła sobie z przeżyciami z dzieciństwa. Stara się odkładać na bok wspomnienia związane ze swoją matką, ale przeszłość dopada ją z całą brutalnością.
W tym przypadku też polecam Wam dać szansę całemu serialowi. Mnie pierwszy odcinek zaintrygował, ale później, na kilka kolejnych straciłam trochę początkową ekscytację. Wszystko rekompensują jednak kolejne rozdziały, toteż warto zobaczyć całość. Serial ma ładną klamrę i zakończenie, do tego stopnia, że mógłby nie mieć kontynuacji. Chociaż ciekawa jestem, co twórcy wymyśliliby dalej.
Russian doll oprócz warstwy tajemniczości i radzenia sobie z przeciwnościami losu oraz kłodami, które pod nogi rzuca nam życie, jest dobrą komedią. Sporo tutaj ironicznych żartów i czarnego humoru. Mrok tutaj się do nas uśmiecha i puszcza oczko, bo niby to przerażające, że główna bohaterka ciągle umiera, ale jak patrzymy kiedy po raz któryś nie potrafi zejść po schodach bez skręcenia karku to zaczynamy się uśmiechać pod nosem. Polecam.

Moja ocena: 7/10



Chilling Adventures of Sabrina dostępny na Netflix

źródło
Kto oglądał Sabrinę nastoletnią czarownicę? Ja pamiętam, że bardzo lubiłam ten serial. Wtedy przejawiałam pierwsze oznaki zainteresowania fantastyką i wszystko co dotyczyło wydarzeń i sytuacji paranormalnych było dla mnie intrygujące. To była taka lekka komedia dla nastolatek, z niezapomnianą rolą Salema, rozgadanego kota. Kiedy dowiedziałam się o nowej Sabrinie oczywiście chciałam to zobaczyć.
Nastoletnia Sabrina (Kiernan Shipka), w której żyłach płynie krew wiedźm i ludzi, próbuje łączyć życie zwykłej śmiertelniczki z rodzinną tradycją: przynależnością do Kościoła Nocy. Kiedy zbliża się uroczystość chrztu i oddania duszy Szatanowi dziewczyna zaczyna mieć wątpliwości do którego świata chce należeć.
Już po zwiastunie uderzyło mnie jedno - to będzie o wiele bardziej mroczna wersja. Później dowiedziałam się, że serial powstał na podstawie komiksu Chilling Adventures of Sabrina, napisanego przez Roberto Aguirre-Sacasa, który właśnie stworzył alternatywną wersję historii nastoletniej czarownicy, której bliżej do horroru niż obyczajowej historii dla młodzieży. Ja po serialu spodziewałam się wciąż bardzo nastoletniego klimatu, czegoś w stylu Pamiętników wampirów - pojawia się horror, ale wszystko zejdzie na stronę taniego romansu i łatwo będzie przewidzieć kolejne wydarzenia. Sabrina jednak zupełnie mnie zaskoczyła. To było na tyle dobre, że nawet mój mężczyzna, który za historiami młodzieżowymi nie przepada, oglądał z przyjemnością. Przede wszystkim sporo tutaj nieoczywistości. Sabrina i cała rodzina Spellmanów to czarodzieje, ale nie tacy milutcy i grzeczni, ale służący szatanowi. Tym bardziej dziwi mnie, kiedy w pewnym momencie zaczynamy za każdego członka rodziny trzymać kciuki i kibicować w drodze po swoje, bo przecież oni nie są tak naprawdę dobrymi bohaterami tej historii. Jednak przez zgrabny scenariusz trudno ich nie polubić. Sabrina z całej rodzinki jest najbardziej lekkomyślna i impulsywna - reszta familii często musi sprzątać po niej bałagan. Ale w końcu to nastolatka, rozdarta między dwoma światami, więc ja te jej pomysły jak najbardziej rozumiem i uważam, że to dobrze, że błądzi. Szczególnie, że te jej błędy są spore, przez co zaskakujące. Ciekawa jest też jej relacja z Harveyem i dwoma ludzkimi przyjaciółkami, które przedstawione zostały jako walczące o swoje prawa feministki. Przez cały serial w ogóle przemawia hasło girl power. Aktorsko moim zdaniem jest fenomenalnie. Widać, że aktorzy bawią się swoimi postaciami: Ci, którzy są źli do szpiku kości wręcz ociekają żółcią, jak Mary Wardwell, grana przez Michelle Gomez. Zachwycona byłam też Zeldą, graną przez Mirandę Otto (a to przecież Eowina z serii Władcy pierścieni!). Jej postać jest tak nieoczywista, że nie można oderwać od niej wzroku.
Nie oszukujmy się jednak, że to jakieś arcydzieło współczesnej telewizji. To wciąż historia o nastolatkach, którzy często mają też problemy typowych nastolatków. Jednak cała otoczka, mroczny klimat, świetne postacie i ciekawie poprowadzony scenariusz mogą sprawić, że będziecie się przednio bawić. Ja na pewno miałam masę frajdy.

Moja ocena: 8-/10


niedziela, 3 marca 2019

Nierówna walka o sprawiedliwość - „Gdyby ulica Beale umiała mówić” James Baldwin


*Gdyby ulica Beale umiała mówić*
James Baldwin

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* If Beale street could talk
*Gatunek:* obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1974
*Liczba stron:* 250
*Wydawnictwo:* Znak
Ludzie spoglądają na nas jak na zebry. A jak wiecie, jedni lubią zebry, a drudzy nie. Ale nikt nie pyta zebry o zdanie.
*Krótko o fabule:*
Harlem, Nowy Jork. Tish i Fonny byli razem zawsze. Dorastali w jednej dzielnicy, w jednej społeczności, a ich miłość rosła wraz z nimi. Niepostrzeżenie stała się dla nich najważniejsza. I chociaż nie mają nic prócz siebie, Tish wierzy, że będą żyli długo i szczęśliwie.  W przeddzień ślubu Fonny zostaje oskarżony o gwałt. Ma mocne alibi, ale jest czarny. Tish zrobi wszystko, by wyciągnąć go z więzienia. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Wydawnictwo Znak postanowiło wznowić powieść Jamesa Baldwina, a w kinach nadal możecie oglądać jej ekranizację. Ja jakoś zaspałam i nie udało mi się jej obejrzeć przed rozdaniem Oscarów, więc postanowiłam, że poczekam już i zerknę na nią po przeczytaniu pierwowzoru. Co prawda film nie zdobył w końcu wielu nagród (chociaż Regina King była w tym przypadku czarnym koniem w kategorii aktorka drugoplanowa), ale zwiastun i opis historii wystarczająco mnie zaintrygowały.

W tym miejscu warto wspomnieć kilka słów o autorze, czyli Jamesie Baldwinie. Jest to nazwisko bardzo znane, szczególnie wśród Afroamerykanów. Wiedziałam, że warto się z nim zaznajomić, kiedy Regina King wspomniała podczas mowy oscarowej, że to zaszczyt zagrać w filmie, napisanym na podstawie jego książki. Tematyka jego utworów najczęściej dotyczyła pojęcia rasizmu, tolerancji, prześladowania oraz homoseksualizmu. Baldwin był zwolennikiem Martina Luthera Kinga, zaangażowany w ruch praw obywatelskich. Podsumowując, jest to nazwisko, które warto znać.

Książka Gdyby ulica Beale umiała mówić jest naprawę niewielka objętościowo, ale niesie ze sobą na tyle sporo treści, że po lekturze czujemy się nasyceni. Baldwin zdecydowanie miał ciekawy styl i potrafił oddać klimat czasów (książka napisana została w latach 70tych). Przede wszystkim jednak zaskoczył mnie sposób, w jaki pisał o uczuciach. Ta książka w sporym stopniu jest romansem, a miłość między Tish i Fonnym nie jest może cukierkowa i słodka, ale niezwykle prawdziwa. Baldwin opisując sceny między nimi nie silił się na przedstawianie ich uczucia jako czegoś niezwykłego, czego moglibyśmy im zazdrościć. Pisał o zwykłym życiu, którego Tish nie wyobrażała sobie bez Fonny'ego, a Fonny bez Tish. I było w tym mnóstwo prostego piękna.
źródło
Wydaje mi się, że ruch #blacklivesmatter, opisywany przez twórców w Ameryce już od wielu lat, w Polsce jest mniej znany i trochę bardziej odległy. Sam wątek rasizmu i prześladowań jest jednak na tyle uniwersalny, że łatwo odnieść go do naszych realiów. Zawsze znajdzie się grupa ludzi mająca przewagę, która będzie chciała wykorzystać swoją pozycję do gnębienia innych. Nie oszukujmy się, każdy z nas zna to ze swojego otoczenia. W książce Gdyby ulica Beale umiała mówić spotkamy się z rażącym przykładem niesprawiedliwości, wykorzystania, bezczelnego niszczenia czyjegoś życia, jakby nie miało ono żadnego znaczenia. Jest to temat przerażający, a czytanie o kolejnych uprzedzeniach i walce o prawo do normalnego życia potrafi uświadomić w jakich warunkach egzystowali Afroamerykanie (zwróćmy też uwagę, że nie były to „stare dzieje”, a lata 70te poprzedniego wieku).

Także można powiedzieć, że na przykładzie intymnej historii miłosnej Baldwin porusza globalny temat rasizmu i wykluczenia niektórych grup ze społeczeństwa. Nie jest jednak bezkrytyczny jeżeli chodzi o grupę głównych bohaterów. Tak, Tish ma wspaniałą rodzinę, ale matka i siostry Fonny'ego nie są już przedstawione w dobrym świetle. Także mimo tego podziału na wyobcowanych Afroamerykanów i bezlitosnych białych, możemy zobaczyć też pojawiające się odcienie szarości wśród obu tych grup.

Gdyby ulica Beale umiała mówić napisana jest z perspektywy głównej bohaterki, Tish. Niełatwe to zadanie, kiedy autor zabiera się za pisanie z perspektywy kobiety, ale James Baldwin poradził sobie z tym naprawdę świetnie. Co prawda czasami miałam wątpliwości co do momentów dialogowych, które wydawały się jakoś tak nie na miejscu, ale były to sporadyczne przypadki. Ogólnie warto czasami zwolnić czytanie i pochylić się nad niektórymi fragmentami, bo stylistycznie znajdą się prawdziwie piękne fragmenty. A najbardziej ciepło wspominać będę więzy między członkami rodziny Tish. Bezwarunkowe wsparcie, akceptacja i wiara w córkę sprawiają, że rodzice głównej bohaterki są właśnie tym, czego dziewczyna potrzebuje. Bez wiedzy, że ma w nich i w swojej siostrze oparcie zapewne nie udałoby się utrzymać siły i niezłomności w walce o sprawiedliwość dla ukochanego. A jak ta walka się kończy, musicie przekonać się sami.

Moja ocena: 8/10



Za egzemplarz powieści dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 26 lutego 2019

Nienawiści przeciwstawcie miłość - „Muza Koszmarów” Laini Taylor



*Muza Koszmarów*
Laini Taylor

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Muse of Nightmares
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 480
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Istnieje pewne idealne miejsce, gdzie można upchnąć przeszłość - powiedziała Suheyla. - A jeśli jej tam nie schowacie, zagraci teraźniejszość i ciągle będziecie się o nią potykać.
*Krótko o fabule:*
Lazlo i Sarai nie są już dłużej tym, czym byli. Sarai, Muza Koszmarów, dopiero odkrywa pełnię swoich możliwości, tymczasem Lazlo musi dokonać wyboru niemożliwego: ocalić życie ukochanej czy wszystkich mieszkańców Szlochu? Otwarcie zapomnianych drzwi do nowych światów zamiast odpowiedzi przynosi wiele pytań – czy bohaterowie zawsze muszą zabijać potwory, czy mogą je… ocalić?
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Ustalmy jedną rzecz - jeżeli jesteście fanami młodzieżowej fantastyki to musieliście słyszeć o Marzycielu, czyli pierwszej części dylogii o tajemniczym mieście Szlochu, nad którym unosi się ogromny serafin zbudowany z magicznego metalu, mesartjum. Kiedy ją wydano było o tej książce bardzo głośno, a zachwyty zdawały się nie cichnąć i dużo później. Czytałam ją zaraz po premierze, napalona wszystkimi tymi pozytywnymi opiniami. Z perspektywy czasu kojarzyłam ją jako przyjemną młodzieżówkę, napisaną w nietypowym stylu, ale trochę mało angażującą i niezapadającą w pamięć. Na dodatek jakoś przeszkadzał mi ten wątek miłosny, co często się mi przydarza w tego typu literaturze. Z drugą częścią historia jest zgoła inna.

Dostałam możliwość przeczytania Muzy Koszmarów przed premierą i postanowiłam dać jej szansę. Gdyby nie ta propozycja to może sporo wody upłynęłoby w Odrze zanim zabrałabym się za kontynuację Marzyciela. Nie dlatego, że mi się nie podobał, bo uważam go za naprawdę dobrą młodzieżówkę, a raczej dlatego, że sporo ciekawszych lektur czeka na mojej półce, a jakoś nie kwapiłam się do poznania dalszych losów Lazlo i reszty bohaterów. Teraz wiem, że sporo bym straciła.

Wydaje mi się, że jeżeli podobała Wam się pierwsza część to musi zachwycić Was też kontynuacja. Mam wrażenie, że autorka zostawiła to co było najlepszego w Marzycielu, poprawiła się w miejscach, które trochę kulały i dodała sporo dodatkowych atutów. Jeżeli pierwsza część Was satysfakcjonowała to będą to tylko bonusy, ale jeśli nie przekonał Was Marzyciel to szczerze polecam dać szansę Muzie Koszmarów. Bo jest lepsza. A nuż, ona może zachwyci?
źródło
Akcja rusza tutaj z kopyta, już od pierwszych stron powieści. Ci, którzy znają zakończenie poprzedniczki wiedzą, że Taylor zostawiła bohaterów w dość osobliwej sytuacji, a Muza Koszmarów zabiera się za fabułę dokładnie w tym samym miejscu, w którym pozostawił nas pierwszy tom. Także nie będzie żadnych przeskoków w czasie, a tę dylogię można będzie połknąć jako jedną, długą opowieść. Dzięki temu, że Marzyciel poświęcił sporo czasu na zbudowanie podwalin, o wiele łatwiej będzie nam się odnaleźć i poczuć dobrze w tym świecie. Znamy już dość świeżą historię miasta Szlochu, znamy przeszłość Lazla i reszty jego drużyny, znamy też mieszkańców podniebnego serafina. Autorka jednak nie pozostaje w miejscu i nie skupia się wyłącznie na posiadanej przez nas już wiedzy, a zgrabnie wprowadza rozbudowywanie swojego świata. Jest to na tyle zajmująca część historii, że czytając miałam ochotę tylko przeskakiwać do kolejnych retrospekcji. Przedstawienie nam epizodów z życia uzdolnionych sióstr, Kory i Novy, okazało się wspaniałym silnikiem napędowym tego tomu.

Nie znaczy to, że wszystko inne bledło w ich cieniu. Przeżycia Lazla i boskich pomiotów były również intrygujące, bo bardzo intymne, zamknięte w magicznym pudełku, zupełnie jak w dziwnej, zrekonstruowanej rodzinie. W takiej, w której nie wszyscy potrafią o miłości mówić i czasami musimy niemal coś stracić, żeby to docenić. Świetne jest to, że na pierwszy plan Muzy Koszmarów wypływa właśnie ta miłość między rodzeństwem. Możemy ją obserwować pod różną postacią: przedstawiona jako siła napędowa, czyli chęć uratowania siostry (w przypadku Novy), a także pomagająca rozwiązać problemy, poprzez próbę spojrzenia wgłąb drugiej osoby (co robi Sarai wkradając się do snów Minyi). Te więzi rodzinne są w Muzie Koszmarów wystawiane na wiele różnych prób, bo mamy tutaj i długi czas rozłąki, i możliwość pojawienia się zazdrości o umiejętności, i niechęć dzielenia się traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa, o których reszta nie ma pojęcia, i poczucie zdrady, kiedy rodzeństwo nie zgadza się z naszym zdaniem. Jednak pięknie jest oglądać jak zakorzenione głęboko więzi, które wytwarzają się między bohaterami tak naturalnie, poprzez czystą miłość rodzinną, wpływają na wspólną walkę. Razem starają się wyjść z kryzysowych sytuacji obronną ręką. Tak ramię w ramię, po prostu.

Wiecie jednak, co jest w Muzie Koszmarów najlepsze? Że ona łączy wszystko co pyszne, a zarazem lekkostrawne w literaturze młodzieżowej z możliwością wyniesienia z lektury czegoś więcej. Bo ja się tutaj rozpisuję o tej więzi siostrzanej / braterskiej, ale ktoś inny mógłby wypunktować inne motywy i je uwypuklić. Przykładowo to, że przez czyny z przeszłości nie możemy przekreślać teraźniejszości drugiego człowieka, dopóki nie poznamy jakie kierowały nim motywy. Albo, że czysta nienawiść może prowadzić tylko do nienawiści i czasami lepiej sobie odpuścić, zamiast marnować życie na poświęcenie się zemście. Także musicie mi po prostu uwierzyć, że sporo tutaj różnych wątków, których można się chwycić i za nimi podążać. Ja będę wspominała czytanie Muzy Koszmarów niczym wspaniałą podróż po magicznym, zajmującym świecie z masą barwnych bohaterów. I przymknę nawet oko na ten wątek miłosny, który do moich ulubionych nadal nie należy. Wam natomiast polecam tę dylogię, szczególnie czytaną jako całość.

Moja ocena: 8+/10



Za możliwość przeczytania dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl


niedziela, 24 lutego 2019

Komu dałabym Oscara? (edycja 2019)

Minął kolejny rok, a mi ponownie udało się obejrzeć wszystkie filmy nominowane w głównej kategorii. Gdybym miała ogólnie podsumować ten rok to był dla mnie bardziej rozczarowujący od zeszłego. Może dlatego, że wśród nominowanych do Oscarów 2018 sporo było filmów, które zdawały się być zrobione idealnie pode mnie - nastoletni dramat w ciekawej formie, baśniowa historia o miłości i odmienności czy hipnotyzujący związek pomiędzy znanym, cenionym krawcem a dziewczyną z prowincji. W tym roku z plusów mogę wymienić nominacje dla Polski (Zimna Wojna walczy aż o 3 statuetki) i pojawienie się w głównej kategorii filmów z kompletnie innych gatunków, bo do wora dołożono nawet film superbohaterski. Całościowo jednak jest słabiej niż w zeszłym roku, ale nie znaczy to, że zabrakło jakichś perełek. Zaczynajmy więc!


Najlepszy film

Przyznaję, że kiedy pojawiły się nominacje to byłam trochę zaskoczona. Czarna Pantera była naprawdę dobrym filmem superbohaterskim, ale żeby od razu nominacja do Oscara za najlepszy film? Cieszy to, że Akademia pozwala sobie na poszerzenie horyzontów i doceniła ten gatunek, który kasowo ma się nadal bardzo dobrze (żeby nie powiedzieć, że coraz lepiej). Jednak wciąż, jak dla mnie nie była to żadna rewelacja. To samo miałam w przypadku BlacKkKlansman, który widziałam w kinie i jakoś tak nie zrobił większego wrażenia (chociaż Adam Driver był cudowny). O Narodzinach gwiazdy trochę tutaj już pisałam. Mnie się podobał, ale ja lubię ckliwe historie miłosne. Nie jest to jednak materiał na statuetkę dla najlepszego filmu. Vice to taki typowy tytuł oscarowy, temat polityczny, ciekawe kreacje aktorskie, tym razem interesująca także reżyseria, ale to nie jest film, który zostanie mi na długo w pamięci. Także te cztery tytuły skreśliłabym od razu. Przechodząc do tych, które mają większą szansę na statuetkę, to mam jedną prośbę. Oby nie było to Bohemian Rhapsody. Naprawdę nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Świetna historia, wspaniały dźwięk i muzyka. A wszystko to zasługa zespołu Queen. Sam pomysł na montaż, ugrzecznienie filmu, charakteryzacja i w ogóle ubranie tego w zwyczajny film biograficzny sprawiają, że wyszłam z kina rozczarowana. Ludzie jednak takie filmy lubią i cóż, szansę na nagrodę ma, ale trzymam kciuki, żeby ekipa BR wyszła bez niej. Jeżeli chodzi o Green Book to był to taki miły i przyjemny obraz, że aż się zdziwiłam. Dawno nie było wśród nominowanych takiego feel good movie, który mówi o problemach, ale przede wszystkim ogląda go się z czystą przyjemnością, Nie jest może jakiś odkrywczy, ale radość z oglądania nie słabnie od pierwszych minut do ostatnich. Przechodząc do moich faworytów, to mam dwa, a właściwie dwie, bo Romę i Faworytę. Roma zrobiła na mnie ogromne wrażenie, sponiewierała, napełniła emocjami, zahipnotyzowała obrazem i klimatem. Nie mogłam oderwać wzroku, pokochałam historię, pokochałam te kobiety, które musiały sobie radzić w świecie, w którym mężczyźni zniknęli, zostawiając miejsce na stworzenie nowej rodziny, zbudowanej na pięknych relacjach. Z drugiej strony mam Faworytę, czyli tytuł Lanthimosa, który w końcu wyskoczył z kina niszowego. To może być najbardziej strawny i najmniej dziwny film tego reżysera, ale nadal nie traci na wieloznaczności, specyficznym humorze i osobliwym klimacie. Co zrobi Akademia? Wydaje mi się, że Faworytę sobie odpuszczą, Roma ma szansę, a jeżeli wybierać z pozostałych to już wolę Green Book od Bohemian Rhapsody.

Oscar dla najlepszego filmu może powędruje do Romy, ewentualnie do filmów Green Book/Bohemian Rhapsody.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Z nominowanych nie udało mi się obejrzeć Van Gogh. U bram wieczności chociaż nie wątpię, że Dafoe poradził sobie koncertowo, w końcu to piekielnie zdolny aktor. Największe szanse ma oczywiście Rami Malek za rolę Freddiego Mercury'ego. Po pierwsze Hollywood lubi nagradzać aktorów, którzy grają prawdziwe osoby, a Malek naprawdę dał radę, nie było wstydu. Szczególnie w scenach koncertowych oddawał energię muzyka. Co nie zmienia faktu, że ja skłaniałabym się bardziej ku Viggo Mortensenowi, który przekonał mnie do postaci włoskiego Tony'ego. Zagrał to lekko, ale wykreował pełnokrwistą postać. Oprócz tego bardzo dobry również był Bale, ale ja nie przepadam kiedy aktor schowany jest za taką masą charakteryzacji. Kawał dobrego aktorstwa pokazał też Cooper, ale jednak Oscara bym za tę kreację nie wręczyła.

Oscar dla najlepszego aktora pierwszoplanowego najpewniej powędruje do Rami Maleka za rolę Freddiego Mercury'ego w Bohemian Rhapsody.

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Nie widziałam Mellisy McCarthy w Can you ever forgive me?. Reszta pań zrobiła na mnie spore wrażenie. Debiutująca Yalitza, dzięki której Roma miała tyle uroku i prawdy w sobie. Poradziła sobie świetnie, chociaż po jednym filmie trudno powiedzieć ile tam talentu aktorskiego, a ile pracy reżysera i odpowiedniego doboru kobiety do granej przez nią postaci. Lady Gaga chyba wszystkich zaskoczyła, że potrafiła być tak naturalna. To jedna z najjaśniejszych stron Narodzin gwiazdy i warto o tym mówić, ale Oscara bym jej raczej nie przyznała. Największe szanse ma chyba Glenn Close. To jej siódma nominacja, wciąż bez statuetki, a aktorką jest bardzo utalentowaną. W Żonie dała świetny popis zdolności - nie taki wybuchany i efekciarski, ale realistyczny i ujmujący. Bardzo bym się cieszyła, gdyby nagroda powędrowała do niej, ale przyznaję, że na mnie największe wrażenie zrobiła Colman. To, co ona miała do zagrania i w jaki sposób to zrobiła przerasta moje wyobrażenia o czyichkolwiek zdolnościach. Po prostu fascynująca.

Oscar dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej najpewniej powędruje do Glenn Close za rolę Joan Castleman w Żonie.

Najlepszy reżyser

W tym momencie możemy trochę puchnąć z dumy. Za granicą po ogłoszeniu nominacji zaczął się raban, że: jak to, nie ma Bradley'a Coopera? Skandal! A tymczasem jego miejsce zajął Paweł Pawlikowski. Bardzo mnie to cieszy, bo siła Zimnej wojny bije w ogromnej części od zdolności i zamysłu reżyserskiego. Na wygraną raczej nie ma co liczyć, ale dumny z nominacji być może. Spike Lee i Adam McKay odwalili kawał dobrej roboty, ale tematyka ich filmów nie trafiła w mój gust, toteż automatycznie nie mogłam docenić ich pracy bardziej niż dwóch pozostałych tytułów. Moim zdaniem Yorgos Lanthimos to wspaniały reżyser, który ma swój pomysł na robienie kina, bawi się nim, ekspetymentuje i wciąż nas zaskakuje. Oczywiście nie obrażę się za statuetkę dla Alfonso Cuarona, który jest ojcem tegorocznego czarnego konia, widać że czerpał przy produkcji ze swojego dzieciństwa i stworzył obraz niesamowity. Chociaż dzieli ludzi na bardzo skrajne obozy.

Oscar dla najlepszego reżysera najpewniej powędruje do Alfonso Cuarona za film Roma.


Najlepszy aktor drugoplanowy

Tutaj sprawa jest dla mnie dość jasna. Najlepszym w tym roku aktorem drugoplanowym był Mahershala Ali w filmie Green Book. Z początku taki wycofany, zamknięty w sobie, zdystansowany, powoli dał nam poznać swoje wnętrze, a jego kreacja była idealnie wyważona. Sam Elliot był w porządku (scena w samochodzie to naprawdę perełka), a Sam Rockwell raczej bez szału jako Bush. Jak już wspominałam, nie widziałam Can you ever forgive me?, toteż Granta nie ocenię. Adam Driver był cudowny, ale jednak w tym roku Ali zmiótł konkurencję.

Oscar dla najlepszego aktora drugoplanowego najpewniej powędruje do Mahersala Ali za rolę Dr Dona Shirley w Green Book.

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Tutaj pojawił mi się pierwszy problem, bo nie widziałam Gdyby ulica Beale umiała mówić, a największe szanse na Oscara (patrząc na rozdania nagród z innych tegorocznych festiwali) ma Regina King. Nie wiem czy zasłużenie, ale na pewno się jeszcze przekonam. Po filmie Vice byłam zachwycona Amy Adams, jednak kiedy zobaczyłam Faworytę to obie aktorki drugoplanowe z filmu Lanthimosa wydawały mi się bardziej odpowiednimi kandydatkami. Emma Stone była świetna, nie spodziewałam się, że tak dobrze odnajdzie się w takim specyficznym kinie. Jednak ciut lepsza była w tym przypadku Rachel Weisz i gdyby King nie była nominowana to najpewniej stawiałabym właśnie na Weisz. Co do Mariny to była w Romie bardzo dobra, ale akurat w tej kategorii skłaniałabym się jednak do amerykańskich aktorek.

Oscar dla najlepszej aktorki drugoplanowej może powędruje do Reginy King za rolę w Gdyby ulica Beale umiała mówić, a może do Rachel Weisz za Faworytę.

Najlepszy scenariusz oryginalny

Tutaj jest tyle dobroci, że trudno mi wybrać, naprawdę. Nie widziałam Pierwszego reformowanego (chociaż słyszałam sporo superlatyw). Co do reszty, to odrzuciłabym Vice, ale trzy pozostałe są na tyle wspaniałe, że trudno mi między nimi wybrać. W Romie sporą robotę wykonały jednak zdjęcia, a w Faworycie cała warstwa techniczna, więc taka nagroda za czysty scenariusz oryginalny powinna trafić chyba do Green Book.

Oscar dla najlepszego scenariusza oryginalnego najpewniej powędruje do Green Book / Faworyty.

Najlepszy scenariusz adaptowany

Tutaj mam inny problem, bo z tych które widziałam, raczej żaden mnie nie porwał. Narodziny gwiazdy zaczęły się dobrze, ale im dalej tym więcej ze scenariuszem było problemów. BlacKkKlansman mnie jakoś nie przekonał, chociaż ten wątek kryminalny był całkiem zgrabnie poprowadzony. Z tych, które oglądałam najbardziej podobał mi się scenariusz, a właściwie adaptacja kilku opowieści w Balladzie o Busterze Scruggsie braci Coen. Jednak nie widziałam Gdyby ulica Beale umiała mówić i wydaje mi się, że to właśnie on zgarnie statuetkę.

Oscar dla najlepszego scenariusza adaptowanego najpewniej powędruje do Gdyby ulica Beale umiała mówić / BlacKkKlansman.


Szybka przebieżka przez resztę kategorii:
Najlepszy film nieanglojęzyczny: Roma, ale jeżeli zgarnie główną nagrodę to jest szansa dla Zimnej Wojny!
Najlepsza charakteryzacjaVice (reszty nie widziałam)
Najlepsza muzyka oryginalna: Alexandre Desplat za Wyspę psów? W sumie jakoś w tym roku się nie przysłuchiwałam, ale na pewno podobały mi się ścieżki z BlacKkKlansman i Czarnej Pantery.
Najlepsza piosenka: „Shallow” Lady Gaga i Bradley Cooper, Narodziny gwiazdy, tutaj nie może być inaczej!
Najlepsza scenografiaFaworyta
Najlepsze efekty specjalneAvengers? Sporo tutaj nie widziałam
Najlepsze kostiumyFaworyta / Czarna Pantera
Najlepsze zdjęcia: Roma
Najlepszy dźwięk/Najlepszy montaż dźwiękuBohemian Rhapsody / A star is born
Najlepszy długometrażowy film animowany: Spider-Man Uniwersum !


Jak tam Wasze typy?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka