środa, 23 sierpnia 2017

Prawda bardziej przerażająca niż fikcja - „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” Jung Chang



*Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin*
Jung Chang

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Wild Swans: Three Daughters of China
*Gatunek:* biografia/autobiografia/pamiętnik
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1991
*Liczba stron:* 640
*Wydawnictwo:* Znak literanova
„Porządnej kobiecie” nie wolno było mieć zdania, a jeśli już je miała, z pewnością nie powinna być do tego stopnia bezczelna, żeby je wypowiadać.
*Krótko o fabule:*
Przejmująca opowieść o trzech pokoleniach jednej rodziny, której doświadczenia tworzą niezwykły obraz przemian, jakie dokonały się w Chinach.
Babka autorki zgodnie ze starą tradycją miała zabandażowane stopy, a rodzice przeznaczyli ją na konkubinę generała.
Matka stała się zaangażowaną komunistką walczącą o nowe Chiny. Jednak gdy razem z mężem zaczęli dostrzegać okrucieństwo Mao, oboje doświadczyli bezwzględnych prześladowań podczas Rewolucji Kulturalnej, byli torturowani i zostali zesłani do obozów pracy.
Mała Jung dorastała jako Pionierka z Czerwoną Książeczką pod pachą, ale jako młoda kobieta zdecydowała się skorzystać z cudem nadarzającej się okazji i opuścić swój kraj na zawsze. Mieszkając w Londynie, napisała książkę, która pozwoliła zrozumieć światu, czym tak naprawdę są współczesne Chiny.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Nie wiem czy się z Wami kiedyś tym faktem dzieliłam, ale rzadko czytam opisy książek. Zazwyczaj wybiórczo skupiam się na kilku zdaniach z notki wydawniczej, do tego przejrzę recenzje na goodreads i często na tej podstawie wybieram sobie lektury. Do Dzikich łabędzi zachęciło mnie, oprócz powyższych, miejsce akcji, czyli Chiny. Pamiętam jak kilka lat temu czytałam Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz, w którym spore wrażenie zrobiła na mnie kultura tego kraju. W każdym razie mój sposób selekcji okazał się odpowiedni, a Dzikie łabędzie bardzo dobre.
Jung Chang urodziła się w 1952 roku w rodzinie chińskich komunistów. Dzięki podjęciu studiów anglistycznych dostała możliwość wyjazdu do Wielkiej Brytanii, gdzie później osiadła na stałe. Postanowiła opisać wydarzenia z życia swojego, jej matki i babki, na tle wydarzeń historycznych w Chinach. Powieść Dzikie łabędzie przyniosła jej światową sławę, sprzedano ponad 13 milionów egzemplarzy. Do tej pory jej czytanie jest zakazane przez władze w Chinach.
Przez to, że nie czytam opisów, nie wiedziałam, że spotkam się ze swoistym pamiętnikiem. Początkowe zaskoczenie szybko zostało zastąpione zaciekawieniem. Autorka ma ogromny dar wciągania w swoją historię. Pomimo dość obszernej treści, owocującej w sporą liczbę opisów i wątków pobocznych, czytelnik się przy niej nie nudzi. I duża w tym zasługa tego, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Czytając, trudno było mi się z tym pogodzić, że na świecie wciąż można żyć w ten sposób, będąc niewolnikiem systemu, bez możliwości podjęcia z nim walki, ponieważ od razu zostaje się eliminowanym. Ale to jeszcze nic. Największe wrażenie robi to, że system wyniszczał własnych popleczników. To było tak głęboko niesprawiedliwe, że pewnie wyśmiałabym bujną wyobraźnię autorki - gdyby nie były to prawdziwe wydarzenia.
rodzice Jung Chang, źródło
Często ubolewam nad tym, że słabo znam się na historii. Na szczęście wciąż z pomocą przychodzą mi tego typu książki. Dzięki niej dowiedziałam się wielu faktów na temat współczesnej historii Chin, przy okazji poznając życie konkretnej rodziny, do której mogłam się przywiązać i z którą przeżywałam poszczególne wydarzenia. Oczywiście słyszałam wcześniej o kulcie Mao i dojściu komunistów do władzy w Chinach, ale wszelkie szczegóły były dla mnie wielką niewiadomą. Dlatego Dzikie łabędzie to prawdziwa skarbnica wiedzy, jeżeli o to chodzi.
Wiecie już, że wiele tutaj polityki, przemian społecznych, ekonomicznych tego azjatyckiego kraju. Przyznaję, że może to brzmieć trochę nudno. Jednak nie martwcie się, z pomocą przychodzą bowiem trzy główne bohaterki, których życie opisane jest w książce. Najpierw poznajemy dzieciństwo babki pani Chang. Dorastała w czasach, kiedy nadal panowała moda na krępowanie stóp (jeżeli nie wiecie co to takiego, to pozostawię Was w słodkiej nieświadomości - dowiedzcie się z książki), a kobieta była niemal przedmiotem sprzedawanym mężczyznom. Jako że babka była piękną dziewczyną została konkubiną (jedną z wielu!) wysoko postawionego generała. To już jest wyjście do bardzo ciekawej historii. Następnie poznamy mamę autorki, która przeszła przez prawdziwe piekło dla dobra partii komunistycznej, ale nieprzerwanie wierzyła w jej moc. Natomiast ojciec Jung Chang zawsze przekładał dobro kraju nad dobrem rodziny i było to dla wszystkich jak najbardziej normalne, a nawet wskazane. 
Cała ta rodzina przeżywała wydarzenia tragiczne, po których wielu ludzi nie potrafiłoby się pozbierać. I nie mówię tu tylko o psychicznej walce - ciągłym strachu, żeby się nie wychylać, palić książki, żeby nie być posądzonym o burżujstwo bądź powinowactwo z kimś, kto kiedyś należał do Kuomintangu. Chodzi też o czysto fizyczną przemoc, jak klęczenie w deszczu przed domem, w celach nauczki. A uwierzcie, to jeszcze nic, bo w książce pełno jest realistycznych opisów pobić i znęcania się nad innymi. Tym bardziej jest przerażająca i tym większe robi na czytelniku wrażenie.
Nie będę się niepotrzebnie rozpisywać. Dzikie łabędzie to ważna powieść, którą powinniście poznać. Szczególnie jeżeli, tak jak ja, nie jesteście w pełni świadomi co jeszcze kilkadziesiąt lat temu działo się w Chinach. Polecam!

Moja ocena: 8/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak literanova.

niedziela, 20 sierpnia 2017

„Anne with an e”, czyli mroczna strona rudowłosej marzycielki

Kiedy tylko zobaczyłam zwiastun tego serialu wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Pamiętam jak dawno temu, jeszcze jako dzieciak, zbliżający się do lat nastoletnich, zaczytywałam się w przygodach Ani z Zielonego Wzgórza. Co prawda było to tak dawno, że nie pamiętam nawet czy przeczytałam wszystkie części (za to pamiętam piękne, stare wydania wypożyczane z biblioteki). Nie muszę się jednak martwić - zamówiłam dzisiaj cały cykl (dorwałam sentymentalne wydania!) i będę sobie odświeżać całość. 
Czuję się trochę jak dzieciak. Ale szczęśliwy dzieciak.
Oprócz książek pokochałam również ekranizacje z Megan Follows w roli Ani. Oglądałam je za każdym razem kiedy emitowała je polska telewizja i kibicowałam butnej bohaterce. Szczerze powiedziawszy nie wiem jak teraz podeszłabym do tych filmów, bo pewnie nie były tak dobre jak mi się wtedy wydawało. Sentyment jednak pozostał. 
Rozumiecie już dlaczego tak czekałam na wersję serialową? Na dodatek emisją zajął się Netflix, więc już na początku odetchnęłam z ulgą. Czy słusznie?
Dla osób, które nie znają fabuły (a nuż ktoś taki się znajdzie): w serialu poznajemy historię Ani Shirley (Amybeth McNulty), sieroty, która przyjeżdża do Avonlea, gdzie ma zostać adoptowana przez dwójkę rodzeństwa. Nie obędzie się bez problemów - otóż Maryla (Geraldine James) i Mateusz (R.H. Thomson) prosili o przysłanie im chłopca, który pomógłby w gospodarstwie. Trafia się im jednak Ania, która ostatecznie zostaje przez nich adoptowana.
Nikt chyba nie zaprzeczy, że serial jest świetnie wyprodukowany. Mnóstwo elementów jest tutaj idealnie wykonanych i dobranych. Zacząć można od obsady, która od razu robi wrażenie. Wiadomo, że do Megan Follows pozostanie sentyment, ale to Amybeth wydaje się być idealną Anią. Przeraźliwie chuda, z rudymi warkoczami i twarzą usianą piegami. A najpiękniejsze jest to, że im dłużej na nią patrzymy tym bardziej jej uroda przypada nam do gustu. Trudno też odmówić jej zdolności - kiedy trzeba szarżuje aktorsko (szczególnie w momentach brodzenia w wyobraźni), a kiedy się uśmiecha człowiekowi robi się lekko na duszy. Cała obsada drugoplanowa również zadowala (no, chociaż mnie nie przekonała Diana), a na specjalne wyróżnienie należy Geraldine, która gra Marylę i Lucas Jade Zumann, wcielający się w Gilberta Blythe. Te dwie postacie mają w serialu najwięcej charyzmy i zdecydowanie przyciągają uwagę widza.
Ogromnie podobała mi się również praca osób odpowiedzialnych za całą otoczkę estetyczną serialu. Zdjęcia momentami zapierają dech w piersiach - mamy szerokie kadry, a w nich cudowne klify, lasy i w ogóle naturę, która zachwyca. Świetna jest też praca kamery, jeżeli chodzi o zbliżenia - o wiele łatwiej wywołuje dzięki temu emocje u widza. Na dodatek idealnie gra tutaj światło czy kolorystyka kadrów (w większości ponura, ale zawsze utrzymana bardzo w klimacie danej sceny). Nie możemy również zapomnieć o muzyce, która poruszyła mnie najbardziej. Ten serial ma naprawdę genialny soundtrack
Do tej pory było słodko i pochwalnie, ale muszę przejść do tego co mnie najbardziej raziło w tej produkcji. Tym czymś jest wszechobecny Dramatyzm (tak, przez duże „D”). Ci, którzy czytali książkę albo oglądali wcześniejszą ekranizację zapewne wspominają historię Ani jako ukazanie problemów dorastania, odnalezienia się w społeczeństwie, znalezienia przyjaźni - całość podana w lekki, łatwo przyswajalny sposób. Od razu wspomnę, że absolutnie nie oczekiwałam tego od tego serialu. Przyjęłam do wiadomości, że twórcy zdecydowali się pójść bardziej mroczną drogą. Ale żeby AŻ TAK?
Twórcy serialu z odcinka na odcinek starali się bardziej dokopać naszym bohaterom. Nie wiem czy zauważyli, że już w oryginalnej historii nie mieli łatwo, ale mimo to dorzucali im kolejne kłody pod nogi. A bohaterowie starali się je przeskoczyć i biec dalej (czy ktoś też zauważył, że w ogóle w serialu dużo biegają? W pierwszych odcinkach Ania wciąż gdzieś wybiegała albo Mateusz biegł za nią). Na początku nawet to kupowałam, ładnie to współgrało z klimatem serialu, ale moim zdaniem twórcy powinni pamiętać o zdaniu: co za dużo, to niezdrowo. 
Według mnie najlepiej w serialu wypadają w ogóle te sceny, które pochodzą z oryginalnej powieści. Przykładowo szkolna rywalizacja Ani z Gilbertem czy podwieczorek, na który zaproszona została Diana. Trochę mi też brakowało lepszego zbudowania przyjaźni między dziewczynkami - początkowo jakoś nie uwierzyłam w łączącą je więź. W ostatnich odcinkach było już lepiej, ale wciąż uważam, że mało było tam miejsca dla rozwinięcia ich znajomości.
Serial też na siłę wtrącał wątki związane m.in. z feminizmem. Podoba mi się, że zdecydowano się poruszyć ten temat, ale czasami bolał mnie sposób jego przedstawiania. Wciskano go niemal w każdy odcinek, tłumacząc widzowi: „tak, teraz będziemy mówić o prawach kobiet!”. Czasami naprawdę sami moglibyśmy wywnioskować, że chodzi o feminizm, nie trzeba widzowi wszystkiego wykładać jak pastuch krowie na rowie - trochę wiary w naszą inteligencję.
Rozumiecie więc, że jestem trochę rozdarta jeżeli chodzi o serial Anne with an e. Niektóre sceny powodowały u mnie dzikie podekscytowanie, a inne niemal żenowały. Jedno jest pewne - nie mogę przestać o nim myśleć i chcę więcej, więc to dobry znak. Liczę na to, że twórcy w kolejnych sezonach pójdą w dobrą stronę, a my będziemy się cieszyć tym serialem jeszcze przez długi czas. Szczególnie, że wiele dopisanych przez nich scen było świetnych (przeszłość Maryli czy jej relacja z Małgorzatą) i mam nadzieję, że takich będzie więcej. A tego Dramatyzmu ciutkę mniej. Proszę.


Ktoś oglądał? Co sądzicie?

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ciekawostki z życia gwiazd Złotej Ery Hollywood - „Ostatni z żywych: Opowieści z fabryki snów” Roger Moore


 *Ostatni z żywych*
Roger Moore

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Last Man Standing
*Gatunek:* autobiografia
*Rok pierwszego wydania:* 2015
*Liczba stron:* 285
*Wydawnictwo:* REBIS
Gdy ktoś umiera, jest tak, jakby wyszedł do innego pokoju; wiemy, że tam jest, ale nie mamy klucza, więc nie możemy tam wejść.
*Krótko o fabule:*
W tej bajecznej kolekcji anegdot sir Roger wspomina zabawne i zaskakujące epizody z własnego życia - od pracy modela na początku lat 50. po realizację siódmej części Gwiezdnych wojen w Pinewood Studios - a także zasłyszane historie o imponującym gronie gwiazd, takich jak Frank Sinatra, Gregory Peck, David Niven, Joan Collins, Michael Caine, Christopher Lee i wiele innych. Ostatni z żywych to klasyczny, intrygujący i dowcipny Moore w szczytowej formie.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Prawda jest taka, że raczej nie sięgam po biografie czy autobiografie. Do tej pory kojarzyły mi się z książkami przesyconymi faktami z życia gwiazdy, które mimo że ciekawe, nie potrafią wciągnąć jak zwyczajna fabuła. Na szczęście postanowiłam przeczytać Ostatniego z żywych i w końcu mogę zmienić zdanie.
Roger Moore urodził się w 1927 roku, a zmarł 23ego maja 2017 roku. Tę książkę wydano w Polsce dwa lata przed jego śmiercią, a z kart tryska ogromny optymizm i humor tego brytyjskiego aktora. Najbardziej znany jest z postaci Jamesa Bonda (w którego wcielał się w latach 1973-1985) i z serialu Święty.
Moje największe obawy polegały na tym, że nie znam twórczości tego aktora. Oczywiście, widziałam któregoś Bonda w jego wykonaniu (swoją drogą, muszę sobie odświeżyć całą tę serię). Jednak na tej podstawie trudno byłoby mi określić się jako jego fankę czy antyfankę. Na szczęście już pierwsze rozdziały rozwiały moje wątpliwości - ta książka nie dotyczy życia Rogera Moore. A raczej nie tylko jego życia. To także olbrzymi zbiór anegdot ze świata kina, często dotyczących gwiazd, które znam i podziwiam. Czyli to takie wspomnienia aktora na temat przemysłu, w którym obracał się od lat młodzieńczych. 
Dowiemy się również wielu ciekawostek na temat pana Moore. Przeprowadzi nas przez wydarzenia ze swojego życia, sprytnie wplatając w międzyczasie usłyszane anegdoty na temat innych osób z branży. Sam Roger zaczynał jako model i statysta (w Cezarze i Kleopatrze grał rzymskiego żołnierza), a jego przełomem w karierze okazała się rola w serialu Święty. Dzięki niej zdobył sławę, a później pracował z wielkimi nazwiskami przemysłu filmowego. Przyjaźnił się m.in. z Michaelem Cainem czy Frankiem Sinatrą. Udzielał się również charytatywnie, był ambasadorem dobrej woli UNICEF. A także, co najważniejsze w kontekście tej notki, był świetnym gawędziarzem i udało mu się wydać kilka książek.
młody Roger Moore z Elizabeth Taylor - źródło
Nie będę jednak oszukiwać - najlepszymi fragmentami książki są właśnie ciekawostki z życia gwiazd minionych lat. Często dość pikantne, bo Moore jest bezkompromisowy i już we wstępie przyznaje, że nie będzie hamował języka, chcąc przedstawić sytuacje jak najbardziej rzeczywiście. Dowiemy się m.in. jaka była przyczyna sławetnego konfliktu między Bettie Davis a Joan Crawford. Swoją drogą Moore się nie patyczkuje i przedstawia Davis w dość negatywnym świetle, cytuje nawet jej słowa po śmierci Joan. Podobno nie chciała przestać źle mówić o aktorce i zapytana o to odparła: „To, że ktoś umarł, nie oznacza jeszcze, że się zmienił.”.
Książka podzielona została na kilka rozdziałów. Do najlepszych zaliczam te, w których występowało najwięcej znanych mi nazwisk, czyli o aktorkach w Zabawne i zadziorne - panie w rolach głównych oraz o słynnej „Szczurzej paczce”, czyli Rat Pack. Przyjemnie się czytało o perypetiach tak znanych osób jak Frank Sinatra, Ava Gardner, Sammy Davis Jr czy Grace Kelly. 
Dla równowagi były też fragmenty, które interesowały mnie mniej. Przykładowo ostatnie rozdziały, które dotyczyły producentów, szczególnie mnie nie pociągały. Było tam kilka ciekawych informacji, zwłaszcza na temat talentu tych ludzi do pozyskiwania pieniędzy i negocjacji, ale nie były to tak absorbujące anegdoty jak te dotyczące gwiazd.
Trzeba też wspomnieć o wydaniu książki, które robi wrażenie. Twarda okładka, a we wnętrzu całe mnóstwo zdjęć. Sprawia to, że lektura przebiega naprawdę błyskawicznie. Ponad dwieście stron, z gawędziarskim talentem Moore'a i historycznymi ilustracjami zajmie Wam najwyżej kilka godzin.
Zapewne nie jest to pozycja dla każdego. Jednak jeżeli interesujecie się kinem, a to ze Złotej Ery Hollywood jest Wam szczególnie bliskie, to warto zajrzeć do autobiografii Rogera Moore i dowiedzieć się więcej na temat naszych ulubionych gwiazd i samego przemysłu filmowego. Pomimo że autora nie ma już z nami, to wciąż możemy go spotkać. Chociażby na ekranie domowego telewizora. Ja na pewno będę chciała nadrobić jego filmografię.




Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

piątek, 11 sierpnia 2017

Rozwiązanie konkursu [„Lśnij, morze Edenu” i „Kobieta na schodach”]

Cześć.

Jak widzicie (albo i nie) zaszły tutaj pewne zmiany. Przede wszystkim przeniosłam się na nową domenę i zmieniłam nazwę bloga. Mam nadzieję, że przyzwyczaicie się do tej nowej i będziecie nadal mnie wspierać w blogowych działaniach. Jeżeli się zastanawiacie dlaczego właśnie Micha, to podpowiem, że ma to związek z moim prawdziwym imieniem :) Wydaje mi się, że teraz będzie bardziej osobiście, bo Magiel był trochę nieprzemyślany i ad hoc (szczególnie, że to jednak mało oryginalna nazwa, biorąc pod uwagę masę innych magli w świadomości społeczeństwa), a utrzymał się i tak dość długo.

Jest jednak sprawa o której nie wiedziałam podczas przeprowadzki, a która zabolała najmocniej. Utrata komentarzy.

Z tego powodu naprawdę jest mi ogromnie smutno, bo była w nich prawdziwa skarbnica - i Waszego zdania na różne tematy, i polecajek, i dyskusji. Ale staram się sama pocieszać, mówiąc: będą następne! I na to liczę, czytelnicy ;)

Jednak nie przedłużając, czas ogłosić wyniki konkursu. Na szczęście wszystkie komentarze przetrwały na moim mailu. 

Zwycięzcami zostają:

Gratuluję i maile do wygranych właśnie zostały wysłane. Gdyby był jakiś problem to piszcie do mnie :)

A na dniach powinny pojawić się recenzje książek: „Ostatni z żywych” Rogere'a Moore oraz „Bohater Wieków” Brandon Sanderson.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Upadek jednej cywilizacji i ewolucja innej - „Dzieci czasu” Adrian Tchaikowsky

Cała i zdrowa wróciłam z najpiękniejszego festiwalu muzycznego! Łapcie więc od razu świeżutką opinię na temat Dzieci czasu, czyli fascynującej książki science ficion.


*Dzieci czasu*
Adrian Tchaikowsky

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Children of Time
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 566
*Wydawnictwo:* REBIS
A jednak najwyraźniej budowanie przyszłości nie jest takie proste. Każda nić łączy się z kolejną i niełatwo jest przestać je splatać.
*Krótko o fabule:*
Ostatni ludzie opuścili umierającą Ziemię, by desperacko poszukiwać wśród gwiazd nowego domu. Odkrywają prawdziwy skarb, pozostałość po dawnej eksploracji kosmosu: terraformowaną planetę, jakby wprost przygotowaną na ich przyjęcie. Nowy Eden okazuje się jednak daleki od idyllicznej przystani dla ludzkości. Eksperymenty z czasów ziemskiego Starego Imperium stworzyły tam cywilizację, która dla ludzi jawi się niczym najgorszy koszmar. Szybko staje się jasne, że w nieuchronnym konflikcie może ocaleć tylko zwycięzca. Gra o przetrwanie będzie bezwzględna. Czy ludzie zasługują na to, by zostać spadkobiercami nowej Ziemi?
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Powieści science fiction wciąż nie zajmują ciepłego miejsca w moim sercu. Niby niedaleko im do fantastyki, ale ja o wiele bardziej preferuję ten drugi gatunek. Nie zrażam się jednak - nadal poszukuję i daje szansę kolejnym tytułom. Dzieci czasu zainteresowały mnie dzięki temu, że zdobyły nagrodę im. Arhtura C. Clarke'a (pierwszą książką uhonorowaną tą nagrodą była Opowieść podręcznej Margaret Atwood). Po skończonej lekturze mogę powiedzieć, że było warto. 
Adrian Tchaikowsky, a właściwie Adrian Czajkowski to syn polskich emigrantów, mieszkający w Anglii. Studiował zoologię i psychologię, pracował jako radca prawny w Leeds. Interesuje się historią naturalną, ze szczególnym naciskiem na świat owadów. Sławę zdobył dzięki cyklowi fantasy Cienie Potępionych.
To, co często zawadzało mi w pozycjach tego gatunku było lekceważenie elementów technicznych, które niesie ze sobą człon „science”. Wydawało mi się, że autorzy zarysowują jedynie tło wydarzeń, bez skupiania się na szczegółach świata przedstawionego. Tym razem jednak otrzymałam tego nawet z nadwyżką. Widać od razu, że Tchaikowsky przenosi swoje zainteresowania w treść Dzieci czasu - wszystko tutaj ma naukowe wytłumaczenie i wydaje się logicznym następstwem ewolucji znanego nam świata. 
Narracja prowadzona jest z dwóch perspektyw. Pierwszą jest ta, która przedstawia poczynania mieszkańców ostatniego statku-arki, Gilgamesza, z ludzkim ładunkiem, mającym za zadanie znalezienie i osiedlenie się na nowej planecie. Druga natomiast pokazuje nam, przyspieszoną za pomocą specjalnego wirusa, ewolucję gatunku owadów na przestrzeni tysiącleci. Czyli mamy jeden rozdział o poczynaniach ludzi w kosmosie, a drugi na temat życia jednego z milionów pająków, mieszkającego na zielonej planecie. I nigdy bym się nie spodziewała, że czytanie o przygodach owadów może tak wciągać.
źródło
Autor wybrał na swoich bohaterów ciekawe jednostki ze społeczeństwa. Na ostatnim statku-arce rozkazy wydaje twardą ręką Guyen, szefem ochrony jest Karst, sprawami sprzętowymi od strony inżynierskiej zajmuje się Lain, a taką główną postacią jest Holsten, czyli specjalista od zadań lingwistycznych. Jak to się dzieje, że bohaterowie nie zmieniają się w przeciągu tysięcy lat? Oczywiście skorzystano z pomysłu „drzemek” - czas mija, ale dla człowieka śpiącego w kapsule na statku staje w miejscu. To dość typowe rozwiązanie. Zadziwia natomiast to, które zostało zastosowane na zielonej planecie. Tam poznajemy trzy główne pająki - samice Portię i Biancę oraz samca, Fabiana. Te owady nie przeżyją tysięcy lat, ale w kolejnych częściach będziemy poznawać historię z perspektywy ich potomków, dla ułatwienia nazywanych tymi samymi imionami. Tak jak postacie ludzkie były mi dość obojętne, traktowałam je raczej jako narzędzie do pchnięcia akcji do przodu, tak do tych owadzich się przywiązałam! Trochę to trwało, ale wraz z biegiem historii szczerze kibicowałam rozwojowi tej nowej, fascynującej cywilizacji z zaradną pajęczycą, Portią, na czele.
Jednym z najciekawszych elementów książki jest właśnie opis, w jaki sposób terraformowana planeta została tak licznie zaludniona i jak wyglądały poszczególne etapy tego procesu. Dzięki temu, że co kolejną część przeskakujemy w czasie, mogliśmy dość dokładnie poznać następujące po sobie ery życia planety. Autor tłumaczy szybkość postępu pająków tajemniczym wirusem, który pierwotnie przeznaczony był dla małp - niestety eksperyment się nie powiódł i zamiast małp na planecie zostały jedynie owady, na które zadziałał nanowirus.
Początkowo podchodziłam z dystansem do pomysłu wyboru pająków jako swoich bohaterów. Jak już wspomniałam, z czasem zmieniłam zdanie. Osobiście za tym gatunkiem nie przepadam, ale w książce sprawdził się idealnie. Duża w tym zasługa wiedzy autora - wykorzystał ciekawostki ze świata owadów, a niektóre ich zachowania odnosiły się do naszej historii. Jak wiadomo tym gatunkiem rządzą samice, które samców traktują jako taki środek do rozmnażania, a po wszystkim jeszcze się nimi posilają. Wraz z rozwojem cywilizacji pojawia się więc odwieczny problem równouprawnienia, ugryziony tym razem z drugiej strony! Bardzo podobał mi się ten pomysł.
Na uznanie zasługuje również to, w jaki sposób te dwa różne wątki znajdowały części wspólne. Oprócz akcji wewnątrz poszczególnych narracji, pojawiały się też momenty konfrontacji tych dwóch światów, a całość zmierzała ku nieuchronnej wojnie. Przyznam, że im bliżej końca tym bardziej byłam ciekawa jak to wszystko się rozwiąże, a autor wybrał opcję najbardziej zaskakującą. 
Dzieci czasu to pozycja obowiązkowa dla fanów science fiction. Oryginalna, napisana z rozmachem i ogromną wnikliwością od strony technicznej opowieść o upadku jednej cywilizacji i jednoczesnym powstaniu innej. Przestroga przed tym, co może spotkać ludzkość, jeżeli nadal będziemy przeć w kierunku wzajemnego wyniszczania siebie nawzajem i środowiska. Polecam.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka