sobota, 13 października 2018

Morza szum, ptaków śpiew i pohamowany ziew - „Manhattan Beach” Jennifer Egan



*Manhattan Beach*
Jennifer Egan

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Manhattan Beach
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 592
*Wydawnictwo:* Znak Literanova

"Ilekroć Anna przenosiła się ze świata ojca do świata matki i Lydii, miała wrażenie, że uwolniła się od jednego życia na rzecz drugiego, głębszego."
*Krótko o fabule:*
Jest rok 1943, dziewiętnastoletnia Anna Kerrigan nurkuje w okolicach Staten Island. Do tej pory, jako jedyna kobieta nurek, schodziła pod wodę, by naprawiać zniszczone statki, które walczyły na Pacyfiku. Teraz nurkuje w poszukiwaniu ciała swojego ojca. Kilka lat wcześniej Anna towarzyszyła ojcu podczas wizyty w posiadłości Dextera Stylesa, szemranego biznesmena, który dorobił się na czarnym rynku w czasach prohibicji. Spotkanie na Manhattan Beach trwało krótko, jednak losy tych trojga splotły się już na zawsze.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Bardzo często kuszą mnie książki nagradzane, wyróżniane w różnych konkursach i plebiscytach. Mimo że opis Manhattan Beach wydawał mi się mało interesujący, to już określenie jej powieścią roku przez mieszkańców Nowego Jorku, nominacja do National Book Award i fakt, że autorka była wcześniej nagrodzona Pulitzerem przyciągało mnie do powieści jak magnes. Trudno też było nie zauważyć całej masy pozytywnych recenzji po premierze. Niestety, w tym przypadku pełne ekscytacji oczekiwania roztrzaskały się o nużącą fabułę.

W Manhattan Beach śledzimy niejako dwa osobne wątki, z których obszerniejszym jest ten dotyczący Anny, a pobocznym jest burzliwa historia podróży morskiej jej ojca. Chociaż oba mają mocne momenty, to żaden nie zostaje z nami na dłużej i nie wywołuje większych emocji. Początek sprawił, że miałam nadzieję na pełnokrwiste, charyzmatyczne postaci, za którymi będę maszerowała z przyjemnością przez lekturę. Pierwszy rozdział naprawdę sporo obiecuje, autorka czaruje czytelnika pięknymi, surowymi opisami, a kiedy Anna zrzuca buty i zanurza gołe stopy w zimnym piasku na tytułowej plaży, możemy aż poczuć przechodzący ją dreszcz. Jednak z czasem traci się ten niesamowity magnetyzm i zostaje nam zwykła historia w ładnym opakowaniu. Brakuje mi w niej jakiejś iskry, czegoś co pozwoliłoby mi ją zapamiętać.
źródło
Nie przepadam za powieściami obyczajowymi i w przypadku Manhattan Beach nie było w tej kwestii zaskoczenia. Tak liczne pochwalne recenzje sprawiły, że spodziewałam się przełamania mojej awersji, myślałam: „to pewnie taka książka, która w końcu mnie do tego gatunku przekona”. Jednak tak się nie stało. Wydaje mi się, że to musi być wspaniała podróż w przeszłość dla mieszkańców Nowego Jorku - autorka wykonała masę rzetelnej roboty wyszukując informacje z czasów wojennych na przeróżne tematy, przykładowo: specjalistycznej pracy w stoczni, precyzyjnie opisanej czynności nurkowania, po takie szczegóły jak tytuły filmów granych w kinach czy dawnych audycji radiowych. I ta jej ciężka praca wyszła na dobre, bo wstawki historyczne sprawiały mi najwięcej przyjemności.

Wspaniale jest ta książka napisana, styl robi ogromne wrażenie, wyczuwa się w nim taką surowość, ale zarazem i subtelność. Wątek feministyczny wybrzmiewa w jak najlepszych nutach, pokazywanie kobiety walczącej o swoje miejsce w bardzo męskim świecie wydaje nam się naturalną koleją rzeczy, za sprawą postawy Anny i jej podejścia do życia. Ona nie chce pokazać mężczyznom, że też da radę, ona po prostu chce zostać nurkiem. A że żadna kobieta wcześniej tego nie robiła? To trudno, będzie pierwsza! Problem polegał na tym, że to była tylko kropla w morzu wątków. Ich ilość i poprowadzenie fabuły sprawiły, że żaden nie stał się dla mnie głównym i prowadzącym, a zarazem żaden nie był mi naprawdę bliski. Kiedy już zaczynałam zakochiwać się w relacji Anny z ojcem, ten nagle znika. Kiedy rozwija się jakieś uczucie miedzy dwójką osób, nagle zostaje przerwane. Kiedy zaczynam z zainteresowaniem śledzić losy siostrzanej więzi i ta gdzieś ulatuje. Także były motywy, które wydawały mi się bardziej interesujące, jak chociażby relacja między Anną a Lydią, ale zabrakło miejsca na satysfakcjonujący ich rozwój. Zamiast tego pojawiało się znowu kilka kolejnych wątków.

Mam trochę problem z Manhattan Beach. Doceniam jej zalety, wiem, że wiele osób może ją pokochać, ale ja nie zostałam do niej przekonana. Dla mnie jest poprawna, a nie tego się po tym głośnym tytule spodziewałam. Ogromny misz-masz wątków w tym przypadku zadziałał moim zdaniem na niekorzyść, a ja czułam się przerzucana między zamkniętymi przyjęciami dla elity, mafijnymi porachunkami, przygodami morskiej żeglugi i miłosnymi uniesieniami. Co za tym idzie - po lekturze nie został większy ślad.
Za to po inne książki Egan sięgnę na pewno, chociażby dlatego, że ta podobno jest tak różna od tych, które wcześniej pisała.

Moja ocena: 6-/10



niedziela, 7 października 2018

Ida śledzi demona. Pech śledzi Idę. - „Demon Luster” Martyna Raduchowska



*Demon Luster*
Martyna Raduchowska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 416
*Wydawnictwo:* Uroboros
"Ona jest niezniszczalna. Wrzucisz taką do wulkanu, to ci pamiątki przyniesie."
*Krótko o fabule:*
Ida powoli godzi się ze swoim przeznaczeniem. Dziewczyna jest szamanką od umarlaków, nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Ida dojrzewa do swojej roli i świata, z jakim będzie musiała się już niedługo zmierzyć. A ten zapowiada się dosyć ponuro. W jej misji przeszkadza jej łaknący dusz Demon luster. Tym razem jednak nie może liczyć na niczyją pomoc. Ponownie przekonuje się, że szósty zmysł nie zawsze jest błogosławieństwem...
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Pierwszą część przygód Idy Brzezińskiej, Szamankę od umarlaków, czytałam jeszcze w 2012 roku. Pamiętam, że wtedy niechcący natknęłam się na nią w bibliotece i skusił mnie opis. Okazało się, że wybór był trafny, bo przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. Teraz, sięgając po Demona Luster zastanawiałam się czy nie wyrosłam już z tego typu historii i czy w ogóle odkurzę jakoś fakty z pierwszej części. Nie było potrzeby martwić się na zapas - to kolejny raz była świetna przygoda.

Martyna Raduchowska utwierdziła mnie tą książką w przekonaniu, że świetnie radzi sobie w operowaniu słowem. Demona Luster czytało się po prostu z czystą przyjemnością. Każdy powrót do lektury wywoływał uśmiech i pozwalał na oderwanie się od rzeczywistości. Akcja jest wartka, ale nie cierpi na brak logiczności - to naprawdę przemyślana intryga. Miło jest przeczytać książkę napisaną dla rozrywki, która dostarcza ją w świetnej, wciągającej formie.

Możliwe, że podświadomie Demon Luster jest mi bliski, bo jego akcja dzieje się we Wrocławiu, czyli „moim” mieście od czasów studiów. Ida też przyjeżdża do niego w celach edukacyjnych, ale mając na głowie demony, duchy i czytaczy myśli musiała lekko zmienić priorytety. Chyba ją rozumiecie, nie? Kto normalny myślałby o sesji, kolokwiach i zaliczeniach, kiedy ma na głowie prawdziwą śmiertelną klątwę i depczącego mu po piętach Pecha? Swoją drogą, chociaż ciężko się do tego przyznać, to z tego Pecha bardzo ciekawa postać wyszła, którą trzeba polubić. Mimo niemiłych przypadłości, które przyciąga jak magnes.

źródło
Tym razem nie tylko Ida będzie naszą główną bohaterką. To prawda, że jej historia jest w centrum wydarzeń, ale okazała się świetnym punktem wyjścia dla pokazania przeszłości innej postaci, czyli Kruchego. Sporo miejsca poświęconego będzie wydarzeniom, które go ukształtowały i doprowadziły do miejsca, w którym się akurat znajduje. Rozjaśni się dzięki temu jego motywacja do pomocy Idzie. Tutaj muszę wtrącić, że ich duet sprawdził się na medal. Relacja została zbudowana tak szybko, a zarazem wypadła tak naturalnie, że zaczynam się zastanawiać czy wkopanie dwójki osób w tego rodzaju śledztwo (paranormalne) nie jest po prostu przepisem na gwarantowany sukces. Chociaż byłoby to krzywdzące w stosunku do autorki, która tę przyjacielską więź zbudowała dzięki zgrabnie napisanym postaciom. Kruchy jest charyzmatyczny, z tą wciskaną na siłę pomocą, wiecznym głodem i paczką papierosów pod ręką. Jednak to Ida zgarnia dla siebie więcej sympatii, szczególnie w porównaniu z pierwszym tomem. Zapamiętałam ją jako zwykłą dziewczynę z problemami, czasami za mocno dramatyzującą, ale na pewno lepszą niż większość bohaterek z młodzieżowych książek fantasy. Tym razem pokazuje się jej inna odsłona, bardziej dojrzała, zaradna, która nie chce obarczać innych swoimi problemami. Oczywiście przechodzi chwile słabości, ale są one całkowicie zrozumiałe w jej sytuacji. I dzięki nim tym bardziej jej kibicujemy.

Demon Luster jest lepszy od poprzedniej części również w warstwie fabularnej. Szamanka od umarlaków dość sporo czasu poświęciła na wprowadzenie czytelnika w świat, zapoznanie się z bohaterami, a akcja rozpędzała się dopiero pod koniec lektury. W kontynuacji intryga zagęszcza się od pierwszych stron i to w świetnej formie - dzięki przesłuchaniu Idy możemy bez przeszkód odświeżyć sobie wydarzenia z poprzedniego tomu i od razu zacząć analizować jej obecną sytuację. Podobała mi się historia złoczyńcy, której kolejne warstwy sukcesywnie otwierały się przed czytelnikiem.

Po prostu warto zapoznać się z przygodami Idy Brzezińskiej i towarzyszącego jej Pecha. To naprawdę przyjemna, niezobowiązująca rozrywka, która potrafi umilić niejedną chwilę. Ja na pewno mam ochotę wrócić kiedyś do świata wykreowanego przez Martynę Raduchowską. Wam też to polecam.


Moja ocena: 8/10


niedziela, 30 września 2018

„Dom z papieru”, czyli z serialu kryminalnego w telenowelę

Jestem wdzięczna niebiosom, że ten serial powstał ze względu na jedną rzecz. Jeden malutki element. Mianowicie, dzięki twórcom Domu z papieru poznałam piękną piosenkę Bella ciao.

 Tak, to jest naprawdę największy plus zapoznania się z tym serialem.

Dom z papieru pojawił się cichaczem na Netflixie i podbił serca sporego grona Polaków. Wśród znajomych zaczął pojawiać się trend rozmawiania o nim, w Internecie można było się natknąć na ludzi polecających ten hiszpański tytuł. Nie jest to może mój ulubiony gatunek, ale chyba każdy z nas lubi obejrzeć dobry kryminał/thriller. Znalazłam w końcu czas i postanowiłam dać mu szansę. Po włączeniu pierwszego odcinka pokiwałam głową, przyznając rację wielbicielom serialu. A po wyłączeniu ostatniego westchnęłam z rozczarowania.

źródło
Ośmioro przestępców barykaduje się z zakładnikami w hiszpańskiej mennicy. W międzyczasie geniusz wśród złodziei, mózg całej operacji - Profesor (Álvaro Morte) manipuluje policją, by zrealizować swój plan.
Nie mogę stwierdzić, że Dom z papieru jest zły, bo byłaby to nieprawda. Zacznijmy od tego, że pomysł na fabułę jest bardzo ekscytujący. Po pierwszym odcinku mamy wrażenie, że spotkamy się z czymś oryginalnym, a do tego komentującym trochę sytuację polityczną danego kraju, zahaczającym o działanie policji i polityków, a zarazem trzymającym w ciągłym napięciu. Powoli jednak wszystko ulega zmianie, a marzenia o czymś więcej niż zwykła „historyjka o rabusiach” uciekają w zapomnienie.
Niestety, jeżeli w tego typu serialu problem leży w scenariuszu, to już nic go nie udźwignie (no, chyba że cudowna piosenka). Szkoda mi potencjału, bo początek naprawdę łapie widza za mordeczę i nie chce puścić. A później pojawiają się wątki telenowelowe. Romanse wyssane z palca, które przypominają trochę gimnazjalne zauroczenia. I dobra, zrozumiałabym, że taki wątek jest potrzebny temu serialowi. Ale na litość boską, jeden by wystarczył! Tutaj natomiast mnożą się jak grzyby po deszczu, jakby każdy z młodych aktorów musiał dostać parę. Nie wierzę, że mówię to ja, fanka dobrego wątku romantycznego w każdym serialu, ale za dużo tej słodkiej miłości.
źródło
Najgorszym jednak wątkiem był ten dotyczący Arturito. Postaci wręcz kuriozalnej, która w jednym momencie była zahukanym człowieczkiem, obawiającym się co się stanie jeżeli żona dowie się o kochance i rozdartym pomiędzy obecną rodziną a zapowiedzią kolejnego dziecka, żeby zaraz w drugim zgrywać bohatera i wymyślać nowe to sposoby na przechytrzenie porywaczy. Moim zdaniem sensu tam nie było, a wciskanie wszędzie jego postaci skutkowało tylko nieustanną irytacją na głupotę tego bohatera.

Muszę przyznać, że podobała mi się kolorystyka zastosowana w serialu - ciemne wnętrza mennicy i pięknie kontrastujące z nimi kostiumy porywaczy tworzyły ładne obrazki. Nie mam też zastrzeżeń co do montażu, szczególnie robiącego wrażenie w momentach przeplatania retrospekcji z teraźniejszością. Za każdym razem ten zabieg przechodził zgrabnie i ciekawie. Na dodatek, mimo czepiania się fabuły, sama historia była na tyle intrygująca, że zatrzymała mnie do końca drugiego sezonu. Po prostu byłam ciekawa jak to się wszystko rozwiąże, a to już spory plus. Szkoda, że po drodze pojawiało się tyle słabszych wątków i niepotrzebnych scen, ale pomysły Profesora wciąż robiły wrażenie i zatrzymywały przed ekranem. Żałuję tylko, że twórcy nie byli jeszcze bardziej odważni w fabularnych decyzjach.
źródło
Jeżeli chodzi o aktorstwo to jest różnie. Trzeba przyznać, że od razu widać, że Hiszpanie mają trochę inny temperament - wiele z ról zdawało się wręcz przerysowanych. Może to też wina nierównego scenariusza, ale młodzi aktorzy podczas emocjonalnych scen starali się wycisnąć z nich ostatnie soki co sprawiało wrażenie nienaturalności. A można było wziąć przykład z takiego Pedro Alonso, czyli serialowego Berlina, który bardzo małymi środkami zbudował sobie zdecydowanie najciekawszą postać, a przez bycie konsekwentnym w jej odgrywaniu, również najbardziej wiarygodną. Oprócz tego na plus wypadł Profesor, pani Inspektor do czasu (w drugim sezonie zaliczyła spory spadek, ale ponownie - raczej to wina scenarzystów), podobała mi się również Nairobi, ale w pewnym momencie dostała do zagrania melodramatyczną mowę do zakładników, po której jej postać się nieco rozlazła. Toteż rozumiecie, że były tutaj dobre strony, a te złe wynikły raczej z pójścia w stronę telenoweli, zamiast trzymać się strony kryminalnej. Szkoda.

Kiedy ktoś mi mówi, że Dom z papieru to świetny serial, to kompletnie rozumiem jego zdanie. Ma w sobie w końcu dużo akcji, trzyma w napięciu, a w pewnym momencie koloruje wszystko jaskrawymi kolorami. Jednym słowem - absorbuje. Jednak jeżeli poszukamy tam prawdy i zaczniemy trochę analizować zachowania postaci, to zaczyna się nam ta pozytywna wizja rozpadać. Dlatego przekazuję Wam jedno - podejdźcie do niego jak do telenoweli na speedzie, a będziecie zachwyceni. Szukając thrillera, który ma do zaproponowania coś więcej możecie się, jak ja, trochę rozczarować. Ale pamiętajcie - wszystko nadrobi Wam Bella Ciao!

Moja ocena: 6/10


poniedziałek, 24 września 2018

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie - „Lincoln w Bardo” George Saunders



*Lincoln w Bardo*
George Saunders

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Lincoln in the Bardo
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść eksperymentalna
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 427
*Wydawnictwo:* Znak

"Buta sznurowanie; supła na paczce wiązanie; czyjeś usta na twoich; dłoń na twej dłoni; koniec dnia, początek dnia; wrażenie, że zawsze będziesz miał przed sobą dzień. Żegnajcie, trzeba mi teraz pożegnać to wszystko."
*Krótko o fabule:*
Trwa wojna secesyjna, śmierć codziennie zbiera swe tragiczne żniwo. Pewnego zimowego dnia zabierze też chłopca imieniem Willie, ukochanego synka prezydenta Lincolna. Żałoba rodziców przybierze różne formy. Matka zamknie się w sobie. Ojciec rozpocznie conocne wędrówki do grobowca. Rozdarty między rozpaczą po stracie syna a odpowiedzialnością za kraj i obywateli, chce trwać w złudzeniu, że dziecko wciąż jest z nim. Osieroconego rodzica obserwują zjawy, a wśród nich Willie.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
W pierwszej powieści mistrza krótkiej formy, George'a Saundersa, pobrzmiewa echo odwiecznego pytania: co z nami będzie po śmierci. Wielu twórców już się z nim mierzyło, a nowych pomysłów wciąż zdaje się przybywać. Głos Saundersa to oryginalne podejście do tematu z kilku powodów. Forma, treść, miejsce akcji, bohaterowie - wszystko to jest na tyle dopracowane, że autor zasłużenie został nagrodzony za książkę Lincoln w Bardo statuetką Man Booker Price w 2017 roku.

Już od pierwszych stron wiemy, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym - nowatorskim, ryzykownym i odważnym. Na początku dziwi sama forma. Książka nie przypomina żadnej wcześniej czytanej przeze mnie lektury. Momentami przybliża się do dramatu - każda z postaci po swojej wypowiedzi zostaje podpisana imieniem i nazwiskiem. Tylko że nie jest to dialog, a raczej wywód wewnętrzny, małe opowiadanie jednego z bohaterów, który relacjonuje nam wydarzenia ze swojej perspektywy. Są też momenty, które skupiają się na historycznej części dotyczącej Lincolna. W tych fragmentach Saunders posklejał wycinki z różnych źródeł, tworząc pełny obraz tego co miało miejsce w Białym Domu, sytuacji politycznej, a także rodzinnej prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podziw budzi zręczność z jaką dobrane zostały te fragmenty układanki. Czyta się je jednym tchem, po prostu jako całość, nie zastanawiając się nad tym, że pochodzą z tak różnych źródeł. Wspaniałe są też momenty, w których można było poczuć mrugnięcie okiem ze strony autora - przykładowo, w rozdziale V opisywany był wieczór balu w Białym Domu, a posklejane wycinki dotyczą sytuacji na niebie nad prezydenckim dachem. Księżyc, główny bohater rozdziału, został opisany przez każdego zupełnie inaczej, od „owej nocy księżyc był w pełni [...]” po „noc była bezksiężycowa, a niebo zasnuwały gęste chmury”. Widzimy więc, że trudno w tej sytuacji o obiektywną prawdę, a każde wspomnienie dotyczące Lincolna jest nacechowane pozytywnie bądź negatywnie w zależności od tego, jaki stosunek miał do niego autor wypowiedzi. Saunders więc zaznacza, że jesteśmy ludźmi, którzy oceniają innych według własnych zasad i nie powinniśmy brać czyichś słów na temat kogoś za pewnik.
źródło
Przyznaję, że w pierwszej chwili nie miałam pojęcia czym jest tytułowe „Bardo”. Oczywiście, po lekturze staje się to jasne, chociaż wydaje mi się, że warto wiedzieć to przed czytaniem. Nazwa wzięła się z języka tybetańskiego, w buddyzmie znaczy to w dosłownym tłumaczeniu „stan pośredni”. Nasi bohaterowie znajdują się więc w tytułowym Bardo, co w przypadku tej książki oznacza stan przejściowy pomiędzy śmiercią a „ruszeniem w dalszą drogę”.

Historia jest zatem dość fantastyczna - bohaterami jest zgraja duchów, którzy nie potrafią pogodzić się ze swoim stanem, wręcz odmawiają wiary w to, że nie żyją. Nazywają siebie chorymi, którzy chwilowo spędzają czas w tym przedziwnym miejscu, ale jak tylko wyzdrowieją to wrócą do swojego życia. Wszyscy wypierają ze swoich myśli prawdę i raczą siebie nawzajem bajkami, które napełniają ich nadzieją. Sytuacja ulega zmianie, kiedy dołącza do nich młody Willie Lincoln. Otóż, zazwyczaj dzieci niemal natychmiast ruszają dalej, nie zagrzewając miejsca w bardo. Inaczej jest z Williem, którego zatrzymuje na dłużej żałoba jego ojca, prezydenta Lincolna, który nie może się pogodzić ze śmiercią syna i prosi go, żeby na niego poczekał. Trójka naszych przewodników po tym tajemniczym cmentarzysku, Hans Vollman, Roger Bevins oraz wielebny Thomas, postanowią pomóc chłopcu w przejściu dalej, co kończy się małą rewolucją.

Fenomen tej książki leży dla mnie przede wszystkim w mistrzowskim operowaniu słowem. Dzięki temu, że Saunders dał każdej z naszych postaci głos, który uwydatnia jej wnętrze stajemy się im bliżsi, a oni wydają się bardziej realni i charakterni. Pełno tutaj błędów ortograficznych czy stylistycznych, a kiedy wypowiadają się Baronowie, to czasami trudno sobie posklejać o co im właściwie chodzi (przekleństwa zaznaczone są w sposób: „K...sko uroczy z niego drań, ale di...nie pokrętnie gada.”). Bohaterowie mają też pewne osobliwe cechy, które przypominają im o życiu na Ziemi. Dla przykładu: Hans Vollman obdarzony został w Bardo olbrzymią erekcją, ponieważ przed śmiercią nie zdążył skonsumować swojego małżeństwa z młodą żoną. Oczywiście ten mój podziw należy się w równej mierze tłumaczowi książki, Michałowi Kłobukowskiemu, który podjął się karkołomnego zadania i wyszedł z niego obronną ręką. Gratulacje dla tłumacza.

Książka Lincoln w Bardo nie zachwyci każdego. Spotkałam się z mniej pochlebnymi recenzjami, więc nie zdziwi mnie jeżeli niektórzy uznają ją za dziwną czy przekombinowaną. Warto dać jej jednak szansę. Ja zostałam kompletnie zaskoczona tym, jak szybko się ją czytało, niecierpliwie czekając co będzie dalej, jak wyciągało się wnioski z prostych historii tak wielu różnych ludzi, jak czuło się związanym z bohaterami i rozumiało się ich troski i niepewności. I muszę dodać, że przedstawienie żałoby Lincolna po śmierci jego syna zostało pokazane po mistrzowsku. Czuję, że to książka, do której będę chciała wracać i wyciągać z niej za każdym razem coś nowego.

Moja ocena: 9/10


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak

sobota, 15 września 2018

Wszyscy mamy równe szanse? - „Dziwny przypadek psa nocną porą” NT Live

Podróż na dworzec w dzisiejszych czasach jest dla nas błahostką - ot, kupujemy bilet w Internecie, przyrządzamy kanapkę na drogę, wsiadamy w odpowiedni tramwaj, znajdujemy swój peron, wskakujemy do naszego przedziału i rozsiadamy się wygodnie w fotelu (albo stajemy w przejściu, znając nasze realia). W każdym razie możemy przyjąć, że podróż pociągiem nie należy do wielkich wyczynów. Dziwny przypadek psa nocną porą pokaże nam, że nie dla wszystkich.
Christopher, główny bohater sztuki, to dość szczególny chłopak. Jak sam wspomina w spektaklu lubi trzy rzeczy: matematykę, kosmos i przebywanie samemu ze sobą. Potrafi błyskawicznie rozwiązać skomplikowane zadanie trygonometryczne, wytłumaczy nam czym jest czarna dziura, ale kompletnie nie potrafi zrozumieć, że uniesienie brwi może oznaczać kilka różnych reakcji w zależności od kontekstu. Wychowuje go samotny ojciec, prosty robotnik, który stara się jak może zrozumieć swojego autystycznego syna i dać mu szansę na najlepsze możliwe życie. Spektakl zaczyna się od sceny, w której Christopher znajduje martwego psa sąsiadki i postanawia dociec kto był sprawcą tej tajemniczej zbrodni.
źródło
Trochę odbiegnę od typowej kolejności i zacznę od wspomnienia o scenografii, która w tym przypadku robi ogromne wrażenie. Jest niesamowicie prosta - niewielka scena otoczona jest ze wszystkich stron widownią, co pozwoliło na wykorzystanie kilku świetnych trików przy użyciu światła i dźwięku. Wiele scen oglądanych z góry pozwala docenić pomysły zaangażowanych osób technicznych. Szczególnie w pamięć zapadła mi scena, w której aktorzy podnoszą Christophera, a wokół niego pojawia się wyświetlany obraz kosmosu - wygląda to jakby unosił się wśród gwiazd. Jednak światła i dźwięk nie są tylko źródłem ładnych obrazków (chociaż takich jest naprawdę sporo - od planu osiedla po podróż ruchomymi schodami). Przede wszystkim wykorzystywane są w taki sposób, żeby pomóc widzowi odczuwać rzeczywistość tak jak robi to Christopher. Kiedy pojawia się na dworcu wszystkie bodźce są podkręcone na pełny regulator, tak że otacza go kakofonia dźwięków. Jego mózg nie filtruje tła, dla niego zapytanie pani przy okienku czy chce bilet ulgowy będzie tak samo ważne jak informacja o przecenionych lodach w pobliskiej budce. Na dodatek w momentach kiedy wiele bodźców dotyka Christophera pojawiają się wizualizacje, które jeszcze podkręcają te nagromadzone odczucia. Jednym zdaniem - wspaniała praca światła i dźwięku.
Sama przestrzeń również została ciekawie wykorzystana. Na scenie pojawia się kilka białych prostopadłościennych pudeł, które odpowiednio ustawione tworzą różne miejsca akcji. Natomiast w podłodze znajdują się ukryte schowki, z których czasami Christopher wyciąga dodatkowe rekwizyty. Tak niewielkie zabiegi pozwoliły całkowicie przenieść widza w świat chłopaka. Oczywiście warto też wspomnieć o pracy aktorów, którzy musieli odpowiednio odnaleźć się w przestrzeni. Sporo było tutaj pracy choreograficznej, a odtwórcy świetnie poradzili sobie z wtopieniem się w scenografię (w głowie wciąż mam scenę, w której grano upływ czasu - małe gesty, które wyglądały na przyspieszone dały cudowny efekt).
źródło
Fabuła sztuki oparta jest na książce Marka Haddona o tym samym tytule, która zagranicą zdobyła sporą sławę. Pierwowzoru nie czytałam, ale po obejrzeniu spektaklu wnioskuję, że to bardzo mądra książka, skierowana może bardziej dla młodzieży. Fakt, że nie wiedziałam jak potoczy się ta historia działał oczywiście na plus. Pierwszy akt przybiera formę zagadkowego kryminału, w którym badamy sprawę zabójstwa psa. Drugi skupia się trochę bardziej na dramacie rodzinnym, próbie poradzenia sobie z taką chorobą jaką jest autyzm. Wspaniale jest wyważony ładunek emocjonalny spektaklu - akcja jest wartka i wciągająca, wzruszenia się pojawiają, ale nie są przepełnione niepotrzebnym patosem i egzaltacją, dodatkowo pojawia się naprawdę sporo sytuacji zabawnych. Dzięki temu wychodząc z teatru (kina) będziemy uzbrojeni w większą świadomość w temacie autyzmu, ale nie będziemy tą wiedzą przygnębieni.
Nie ma co oszukiwać, że ten spektakl nie robiłby takiego wrażenia gdyby nie odtwórca głównej roli. Luke Treadaway jest absolutnie genialny w roli Christophera, a to naprawdę kawał ciężkiej postaci do zagrania - w tej roli można było łatwo przesadzić albo zagrać zbyt jednostajnie. Luke sprawdził się idealnie, nawet kiedy wypluwa z siebie masę tekstu z szybkością karabinu maszynowego to robi to w tak absorbujący sposób, że wręcz spija się słowa z jego ust. Geniusz. Na drugim planie na pewno wybija się jego ojciec, który zagrany jest niejednoznacznie. Czasami mu kibicujemy, czasami kompletnie się z nim nie zgadzamy. Mile też wspominam rolę Uny Stubbs. Przez cały spektakl zastanawiałam się skąd znam tę aktorkę i teraz już wiem - toż to pani Hudson z telewizyjnego Sherlocka!
źródło
Spektakl Dziwny przypadek psa nocną porą nie kusił mnie tak jak inne tytuły retransmitowane w ramach NT Live. Brak tutaj głośnych nazwisk, brak klasycznych dramaturgów, a po zwiastunie można spodziewać się dość kameralnego przedstawienia. Okazał się jednak jednym z najlepszych. Spektakl w rękach reżyserki, Marianne Elliott, przybrał formę ciepłej historii. Marianne podchodzi do każdej z postaci w sposób empatyczny, starając się ją zrozumieć. Rzadko zdarza się w tak prosty i prawdziwy sposób pokazać realia życia bohatera, borykającego się z chorobą autyzmu. Nie brak tu też dobrego budowania akcji dramatycznej, momentów pełnych napięcia i świetnych pomysłów realizacyjnych. Przedstawienie wzrusza, bawi, uczy, angażuje i ... po prostu zachwyca. Nie ma się co dziwić, że zdobyło siedem Oliverów (brytyjskie nagrody teatralne). I chociaż nagranie, które oglądałam zostało zarejestrowane ponad 5 lat temu, to spektakl nie postarzał się ani trochę i jest nadal bardzo aktualny.

Uwierzcie, że warto wybrać się na Dziwny przypadek psa nocną porą do kina. W sieci Multikino będzie jeszcze retransmitowany 11ego grudnia. Polecam zarezerwować bilety, nie pożałujecie!


Moja ocena: 9/10




Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka