sobota, 19 października 2019

Życie to sztuka akrobacji - „Mock. Czarna burleska” Teatr Muzyczny Capitol

Marek Krajewski nazywany jest ojcem chrzestnym polskiego kryminału. Wykreowana przez niego postać - komisarz Eberhard Mock, pracujący w przedwojennym Breslau stał się inspiracją dla stworzenia najnowszej premiery w Teatrze Muzycznym Capitol. Tak się złożyło, że autor w tym roku świętuje dwudziestolecie swojej twórczości, a Capitol działający od 1929 roku swoje dziewięćdziesięciolecie. Takie dwa jubileusze postanowiono połączyć. Konrad Imiela, dyrektor teatru wyreżyserował burleskę, w której centrum postawił postać Mocka, a jego przygody z kolejnych książek przedstawił za pomocą poszczególnych utworów. Można powiedzieć, że obok takiego wydarzenia Wrocławianie nie mogą przejść obojętnie. Tutejszy świat teatru i literatury spotkał się, żeby razem świętować jubileusze, a widzowie powinni się bawić razem z twórcami.
źródło
Przed wybraniem się na spektakl warto sobie uświadomić jedną rzecz - jak pełna nazwa wskazuje nowe przedstawienie Capitolu to burleska, czyli forma teatralna opierająca się na grupowych tańcach,  śpiewach, często wulgarna i parodiująca ważne tematy. Nie ma więc po co streszczać fabuły spektaklu, bo tutaj raczej będziemy mieć kontakt z kolejnymi songami, dotyczącymi przygód komisarza Mocka, ale brak będzie linearnej opowieści.
Pomysły reżysera okazały się strzałem w dziesiątkę. Przede wszystkim dobrze sprawdza się fakt, że całość podzielona jest na kolejne grzeszki, słabości głównego bohatera, będące niejako tematem piosenek. Mamy m.in.: „wrażliwość”, „samotność”, „urodę”, „rodzinę”. Nakieruje to publiczność na odpowiednie tory i pozwoli skupić się na danej kwestii. Widzom nie pozwolą się zagubić także damy ulicy, czyli sześć kobiet, które są niejako narratorami opowieści, wypełnią przestrzeń między dużymi songami swoimi przyśpiewkami i przygrywaniu na ukulele.
źródło
Testy piosenek napisał Konrad Imiela wspólnie z Romanem Kołakowskim, który zmarł w styczniu tego roku. W większości były one zgrabnie złożone, jasne w przekazie, dawały odpowiedni obraz danego tematu. I choć ogólny wydźwięk jest raczej pozytywny to czasami miałam problem z dość topornie poskładanymi zdaniami.
Na pewno wrażenie robi warstwa muzyczna. W tej kwestii brawa należą się młodemu kompozytorowi, Grzegorzowi Rdzakowi. Jego show to przede wszystkim różnorodność, która się w tym przypadku opłaciła. Będziemy słyszeć tutaj rytmy tanga czy samby, potowarzyszą nam przyśpiewki przy ukulele i poruszające piosenki aktorskie, doświadczymy zabawnych brzmień cyrkowych, a zaskoczą także elementy rapu i muzyki elektronicznej. Okazuje się, że ta dziwna mieszanka ma sens i sprawia, że publiczność z piosenki na piosenkę jest coraz bardziej zaangażowana i zaciekawiona kolejnymi rozwiązaniami.
Skoro już przy utworach jesteśmy to warto też pochwalić choreografię i zespół taneczny, który ponownie wnosi bonusowe atuty do przedstawienia. Szczególnie w pamięci zapadła świetna scena z kina Capitol - proste ruchy, które wykonane z odpowiednią precyzją dają świetny efekt, a także piosenka żony Mocka, wykonana raczej w nowoczesny sposób, jednocześnie z zachowaniem klasycznej choreografii w otoczeniu wachlarzy z białych piór.
źródło
Jeżeli chodzi o aktorskie perełki to mam ich kilka. Pierwsze duże wrażenie robi piosenka wykonana przez Tomasza Wysockiego. Ten człowiek śpiewa tak, że nie da się od niego odwrócić uwagi. Znalazł idealny balans między realnością a karykaturą, a ja zostałam zdecydowanie oczarowana. Pomysł na piosenkę również wypadł bardzo dobrze, z zaskoczeniem w końcówce utworu. Drugim mocnym wejściem była oczywiście Emose Uhunmwangho. Mimo że już tyle razy słyszałam ją na żywo, to ta kobieta za każdym razem zaskakuje mnie swoją barwą, brzmieniem, które przenika dogłębnie i wzbudza dreszcze. Tym bardziej, że jej piosenka była wzruszająca, mówiąca o współczesnych problemach, jak pogardzanie drugim człowiekiem, traktowanie innych jako gorszych od siebie. Kiedy została zamknięta w neonowej klatce naprawdę ściskało się gardło. Ostatnim wyróżnieniem okrasiłabym Ewę Szlempo-Kruszyńską, żonę Mocka, która dostała dość trudną aranżację, gdzie szybkim tempem musiała recytować spore ilości tekstu. Poradziła sobie świetnie, a jej postać została w pamięci jako jedna z bardziej charakterystycznych. Warto też wspomnieć o zabawnym utworze z cyrku i piosence w kinie, która robiła wrażenie wizualne, a nucę ją do dzisiaj.
źródło
Jakimś magicznym sposobem udało mi się zdobyć bilety już na pierwsze publiczne wystawienie Mocka. Czarnej burleski, także byłam na spektaklu 10 października, a uroczysta premiera odbyła się 12 października. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby wybrać się akurat tak wcześnie. Zazwyczaj pierwsze spektakle są jeszcze trochę chwiejne i dopiero z każdym kolejnym wystawieniem całość lepiej się układa. Dlatego miałam kilka uwag do całości. Przede wszystkim u dam ulicy czasami widać było niedogranie. Każda z nich miała mieć inną, ale silną osobowość, a wyszło na to, że w pamięć zapadają może trzy, a reszta trochę odstaje. Po takim zbiorowym narratorze spodziewałabym się więcej harmidru i energii, a czułam raczej jego przebłyski (wejście na drugi akt było zdecydowanie mocniejsze). Oprócz tego waga odgrywania głównego bohatera trochę przycisnęła Artura Caturiana, a jednocześnie konstrukcja spektaklu nie dała mu możliwości zabłysnąć. To, że aktor jest zdolny już wiemy, widzieliśmy go w Blaszanym Bębenku i na pamiętnym Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Tutaj wydaje się pasować idealnie do roli wycofanego, chociaż czasami niepanującego nad sobą Mocka. Niestety wydawało mi się, że sporo było O głównej postaci, ale BEZ głównej postaci, przez co trudno było nawiązać prawdziwą więź z tym człowiekiem i poznać go bliżej. Większość akcji została opowiedziana przez innych bohaterów, a Mock jedynie pojawiał się na chwilę i rozwiązywał sprawę. Sam Artur momentami był świetny, ale ogólnie wypadł tylko znośnie. Spodziewałam się o wiele więcej.
źródło
Spektakl świetnie się sprawdza jako dostarczyciel rozrywki - przez cały czas ogląda się całość z niegasnącym zainteresowaniem, dzięki różnorodności piosenek i wykonawców. To wspaniała laurka dla Marka Krajewskiego i jego twórczości. Wciąż mam przed sobą niektóre sceny, bawiłam się naprawdę przednio. Podejrzewam, że Ci, którzy czytali twórczość Krajewskiego również byli zadowoleni. Może nie jest to jeden z najmocniejszych spektakli Teatru Muzycznego Capitol, ale wciąż warto się na niego wybrać i miło spędzić czas.

niedziela, 13 października 2019

Nazwiska świata kina, które warto znać - Tim Burton

Taki ostatnio chodził mi pomysł po głowie, żeby przedstawić pokrótce sylwetki reżyserów, których znam, których cenię. Zaczniemy od głośnych nazwisk, ale finalnie mam nadzieję zagłębić się w twórczość trochę mniej popularnych postaci. Chętnie też przyjmę Wasze propozycje, chociaż pamiętajmy, że najpierw będę musiała nadrobić trochę filmografii danego reżysera.
Zaczynamy od mojego idola lat nastoletnich - Tima Burtona!

Początki 

Tim Burton (po prawej) podczas kręcenia krótkometrażówki „Frankenweenie”, źródło
Dzieciństwo Tima Burtona nie należało do kolorowych - problemy towarzyszące tamtemu okresowi wciąż pobrzmiewają w jego filmach. Sam powiedział, że jego młodzieńcze lata były nieszczęśliwe, a on czuł się wciąż dziwakiem, outsiderem, który zamykał się w pokoju i całe dnie szkicował albo oglądał stare kino (uwielbiał filmy z Vincetem Pricem). Fascynowały go filmy o potworach, jak Frankenstein czy Potwór z Czarnej Laguny. Zamiast strachu odczuwał podczas seansu empatię dla tych odmieńców, których społeczeństwo traktowało brutalnie dlatego, że byli inni.
W końcu wybrał studia na California Institute of the Arts, gdzie szkolił się pod kątem ilustratorskim/animacji. Jego pierwszym miejscem pracy było studio Dinsey'a. Jak zapewne się domyślacie mroczne dziwadła, które szkicował Burton nie do końca odpowiadały ówczesnym twórcom. Burton stworzył m.in. 200 ilustracji koncepcyjnych do filmu Czarny kocioł. Żadna jednak nie dostała się do końcowego dzieła.
jeden z rysunków do Czarnego kotła, źródło
Pod szyldem Disney'a udało się reżyserowi nakręcić swoje dwie krótkometrażówki: animowanego Vincenta i aktorską wersję Frankenweenie. Po ich premierze szefowie studia stwierdzili, że Burton jest dla nich o wiele zbyt mroczny i ich drogi się rozeszły.
Początek procesu twórczego dla kolejnych filmów opiera się na talencie artystycznym reżysera - tworzy ilustracje postaci, przedstawia pomysły na kostiumy i świat przedstawiony. Jednak sam nie pisze scenariuszy, zawsze współpracuje z innymi twórcami podczas wymyślania dialogów.
Z nazwiskiem reżysera od razu kojarzy się kilka innych osób świata kina. Przede wszystkim Danny Elfman, który napisał muzykę do większości filmów Burtona. Idealnie rozumie nietuzinkowość jego dzieł i potrafi podbić surrealistyczny klimat całości. Już od pierwszych scen, w których słyszymy muzykę Elfmana możemy spodziewać się, że film nie będzie trzymał się utartych schematów, będzie nieustannie zaskakiwał. Od strony aktorskiej są przede wszystkim dwa nazwiska: Johnny Depp i Helena Bonham-Carter. Jedne z najlepszych ról Deppa pochodzą właśnie z filmów Burtona, w których mógł puścić wodze fantazji i wyłączyć hamulce. Jego Edward Nożycoręki czy golibroda Sweeney Todd to zdecydowanie klasyka. Natomiast Helena ma w sobie niepowtarzalną charyzmę, trochę mroczną, zdecydowanie unikalną i idealnie współgrającą z klimatem filmów reżysera. Prywatnie Burton ma z Heleną dwójkę dzieci (ojcem chrzestnym jest Johnny Depp), ale nie są już parą.


Cechy charakterystyczne jego kina

Dwie pierwsze krótkometrażówki Burtona mówią wiele o cechach jego kina, które będą utrzymywać się przez kolejne lata jego kariery - mówię tutaj o oryginalnym stylu, sposobie opowiadania i budowania postaci. W jego filmach czuć przede wszystkim wpływ niemieckiego ekspresjonizmu: wszechobecne cienie, płaszczyzny deformujące rzeczywistość, pełne krzywizn i załamań perspektywy, a większość utrzymana w kolorystyce czerni, bieli i szarościach. Wystarczy spojrzeć na kilka plakatów Burtona, żeby zobaczyć te cechy - powykręcane gałęzie w Dużej rybie czy zakrzywione wzgórze, na którym stoi Jack Skeleton w Miasteczku Halloween.
Trzeba też zwrócić uwagę, że jego artystyczne oko jest widoczne w każdym kolejnym filmie. One zawsze są dopracowane scenograficznie - wystarczy wspomnieć dziwaczne zaświaty, przedstawione niczym w krzywym zwierciadle w Soku z żuka czy opuszczone zamczysko w Edwardzie Nożycorękim - wszystko jest wyjątkowe i oryginalne. Klimat stara się budować już od początku, kiedy pojawiają się napisy, gdzie zazwyczaj znajdujemy motyw odnoszący się do fabuły. Burton był jednym z pierwszych reżyserów, którzy przerabiali loga firmy tak, żeby pasowały do filmu.
Tim Burton i Johnny Depp podczas kręcenia Edwarda Nożycorękiego, źródło
Myśląc o cechach charakterystycznych jego kina trudno ominąć wątek outsidera, człowieka który nie potrafi odnaleźć się w społeczeństwie, często odstającego od reszty ekscentryka. Widać to w niemal każdym jego filmie: czy to Batman, chroniący swoją prywatność i odcinający się od głębokich znajomości, czy Ed Wood zakochany w kinie do tego stopnia, że nie widzi słabych stron swoich filmów, a przez to nie jest rozumiany w świecie Hollywood, nie wspominając o Edwardzie Nożycorękim czy Alicji z Krainy Czarów - każda z tych postaci jest przede wszystkim pewnego rodzaju wyrzutkiem społeczeństwa.
Wizualnie filmy Burtona kojarzą się od razu z gotykiem - białe twarze, podkrążone oczy, kościotrupy i ogólna makabra. Na szczęście za każdym razem znajdzie się tam również miejsce dla czarnego humoru, który sprawia, że nawet na cmentarzu czujemy się dobrze. Dodatkowo, Burton często łączy ten gotycki mrok z małą mieścinką na przedmieściach, jak w Frankenweenie czy Edwardzie Nożycorękim. Często w jego filmach pojawiają się również flashbacki - czyli przeplatanie przeszłości bohaterów z ich teraźniejszością. Przede wszystkim jest to widoczne w Dużej rybie, ale taki sam zabieg znajdziemy w Sweeney Toddzie czy w Batmanie.


Filmografia

Czy widziałam wszystkie filmy Burtona? Oczywiście, że nie, przede mną wciąż: Wielka przygoda Pee Wee Hermana, Jeździec bez głowy, Planteta małp i najnowszy Dumbo. Najbardziej lubię chyba animacje reżysera. Jego Gnijąca panna młoda zrobiła na mnie ogromne wrażenie, Frankenweenie i Vincent swoim klimatem od razu mnie kupiły. Uwielbiam to, że te animacje przeznaczone są raczej dla starszego widza, mają w sobie groteskowy klimat, przez to że postacie są dość karykaturalne (długie, patykowate nogi, wielkie podkrążone oczy). I wszystko wykonane w mało modnej technice poklatkowej. Jednym z moich ulubionych filmów jest też Miasteczko Halloween, którego Burton NIE wyreżyserował, chociaż wszyscy od razu z nim go utożsamiają. Nie stanął jednak za kamerą, bo był zbyt zajęty innymi tytułami w tamtym czasie, ale sporo postaci i ogólny klimat jest oczywiście jego pomysłem, sam także zaproponował producentom reżysera na swoje miejsce.
Tim Burton z mieszkańcami Miasteczka Halloween, źródło
Mam też ogromną słabość do filmów romantycznych Tima Burtona. Uwielbiam jego połączenie wątku miłosnego z gotycką otoczką - jego Edward Nożycoręki zdecydowanie należy do moich ulubieńców w tym względzie. Zakochałam się także w Sweeney Toddzie, szczególnie że znalazłam go na początku swojej fascynacji gatunkiem musicalu.
Oprócz tego mam jeszcze trzy tytuły, które naprawdę warto obejrzeć - Ed Wood, Sok z żuka i Duża ryba. Każdy ekscentryczny w innym względzie, ale godny polecenia. Ed Wood o miłości do kina klasy B, Duża ryba o pięknej relacji syn-ojciec w fantastycznej otoczce i Sok z żuka, drugi pełnometrażowy film w karierze Burtona, który przynosi masę frajdy i zawiera wszystkie specyficzne dla reżysera elementy.
Na swoim koncie ma również kiczowatą komedię Marsjanie atakują! (uwielbiałam ten film za dzieciaka), naprawdę dobre, mroczne, ale nieschematyczne wersje Batmana (do którego scenografia inspirowana była filmem Metropolis), ciekawą historię artystki, oszukanej przez męża, Wielkie oczy czy remake'i - Charlie i fabryka czekolady, Alicja w Krainie Czarów oraz Mroczne cienie.


Podsumowanie

Zapytajmy wprost: dla kogo jest kino Burtona? Przede wszystkim dla wszystkich tych, którzy kiedykolwiek czuli, że nie pasują do reszty. U reżysera możemy znaleźć pochwałę odmienności, a zarazem nauczymy się, że takie ekscentryczne osobliwości to postacie, które można łatwo polubić. Na dodatek fani horrorów, tanich filmów klasy B, kiczu na ekranie będą się tutaj czuli jak w domu. Szczególnie w filmach typu Sok z żuka czy dość tandetnym, aczkolwiek przynoszącym masę frajdy Marsjanie atakują!. Jeżeli ktoś chce zacząć od czegoś spokojnego - można obejrzeć Wielkie oczy albo Ed Wood, chociaż ten pierwszy jest chyba najmniej burtonowski z wszystkich filmów reżysera. Koniecznie trzeba też zobaczyć przynajmniej te dwie animacje: Gnijąca panna młoda i Miasteczko Halloween.
Na koniec warto wspomnieć o spadku formy reżysera. Mroczne cienie wypadły dość blado, tak samo jak Osobliwy dom pani Peregrine, natomiast Wielkie oczy były dobre, ale bez ducha starego Burtona. Dumbo po zwiastunach wyglądało jakoś mało w stylu reżysera. Może zapowiadana kontynuacja Soku z żuka wyciągnie Burtona z reżyserskiego dołka? Oby.



Co myślicie o kinie Tima Burtona? Jakie są Wasze ulubione filmy reżysera?

niedziela, 29 września 2019

Szukając spokoju w naturze - „Fale” AJ Dungo / „Audubon - Na Skrzydłach Świata” Fabien Grolleau i Jérémie Royer


*FALE*
AJ Dungo

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* In Waves
*Gatunek:* autobiografia
*Forma:* powieść graficzna
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 376
*Wydawnictwo:* Marginesy
Kiedy odejdę, chcę przetrwać w twojej sztuce.

*Krótko o fabule:*
Oparta na faktach, zachwycająca wizualnie powieść graficzna, w której surfer i ilustrator AJ Dungo opowiada o swojej ukochanej i ich wspólnej miłości do surfingu, który pomógł im przetrwać niezwykle trudny czas zmagania się ze śmiertelną chorobą. Fale to zarówno poruszająca historia miłosna, jak i oryginalne spojrzenie na zjawisko, jakim jest surfing, ego korzenie, ewolucję i najważniejsze postaci. Dla autora to nie tylko hobby lecz także filozofia pozwalająca radzić sobie z najtrudniejszymi życiowymi falami.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Opowieść o ukochanej, jej niemal bohaterską walkę ze śmiertelną chorobą, Dungo przeplata z historią surfingu, którego korzenie sięgają do Hawajów, XIX wieku. Dla pierwotnych mieszkańców wyspy surfing był szansą na odnalezienie spokoju i ćwiczenie koncentracji, ale też pozwalał na rozwój duchowy. Dungo od pierwszych stron zaznacza swój status obserwatora i podkreśla zafascynowanie surfingiem, który dla niego staje się formą ucieczki od przerażającej rzeczywistości. Autor wciąż nawiązuje do tej duchowej strony surfingu - odczuwamy to najmocniej w momentach, gdy sam znajduje się na wodach oceanu czekając na fale, a z brzegu obserwuje go Kristen. Choć rysowane wydarzenia często mają miejsce poza oceanem, to jednak czytając odnosi się wrażenie, że słuchamy historii siedząc na desce surfingowej obok Dungo, czekając na kolejne opowieści niczym na nadciągające fale.

Opisując historie surfingu, Dungo używa brązowej kolorystyki, a gdy wraca do swoich własnych doświadczeń - turkusowej. Rysunki w większości nie wydają się skomplikowane, jednak te najważniejsze są wykonane z niesamowitą precyzją. Postaci pojawiające się jedynie w tle nie są rysowane szczegółowo, ale posiadają w sobie swego rodzaju charakter, który emanuje ze stron komiksu. 
Można by pomyśleć, że jedynie momenty opisujące walkę Kristen z chorobą wywołają łzy wzruszenia, ale byłoby to błędne stwierdzenie. Historia Toma Blake'a, szukającego swojego miejsca w świecie i odrzuconego przez hawajskich surferów również łapała za serce. Dungo połączył różne opowieści, które świetnie ze sobą współgrają i pokazują nam pełny obrazek, w którym zachowania bohaterów są jasno wytłumaczone.


Fale to głównie opowieść o walce z zalewającymi życie przeciwnościami, na których czasem musimy nauczyć się płynąć. O tym przezwyciężaniu trosk, ze stron powieści Dungo, mówi nam Tom Blake: 
(...) życiowe problemy w końcu do ciebie wracają. Lekarstwo jest oczywiste... surfuj. 

*Audubon - Na Skrzydłach Świata*
Fabien Grolleau i Jérémie Royer

*Język oryginalny:* francuski
*Tytuł oryginału:* Sur les Ailes du monde, Audubon
*Gatunek:* biograficzna/fikcyjna
*Forma:* powieść graficzna
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 192
*Wydawnictwo:* Marginesy
Tego dnia zrozumiałam, że będzie mi dane żyć w cieniu twojej nieobecności...

*Krótko o fabule:*
Fascynująca biografia człowieka, którego pasja przerodziła się w obsesję. (...) powieść graficzna Fabiena Grolleau i Jérémie Royera, oparta na zapiskach samego Audubona, nie tylko oddaje ducha niezbadanej i dzikiej Ameryki, lecz także pokazuje drogę owładniętego pasją człowieka, który stał się jednym z największych badaczy natury w historii. Jego dzieło przetrwało, ale on zapłacił wysoką cenę za jego powstanie.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Audubon jest mężczyzną zafascynowanym ptakami i otaczającą go przyrodą. Jego niemal ślepą obsesję autorzy ukazują od pierwszych stron, w której to nadchodzące chmury zwiastują zbliżającą się burzę, jednak niewzruszony Audubon wpatruje się z zachwytem w przelatujące ptaki. Nie ma w nim niepokoju, który widać na twarzach innych podróżników. Z nadejściem sztormu najważniejszym zadaniem jest ochrona rysunków badacza, który nawet na moment nie przestaje obserwować i rysować widziane okazy. Kiedy autorzy przeniosą nas do początków Audubona, zauważymy jego brak smykałki do interesów, ale za to docenimy wielki talent do polowania i rysowania ptaków. Jego żona namówiła go na dalekie podróże w celu zilustrowania i zebrania w jednym miejscu nieznanych ptaków Ameryki. W taki sposób rozpoczyna się eksploracja Audubona, a tym samym jego długoletnia nieobecność przy rodzinnym stole. I choć autorzy czasem wracają do wątku żony oraz dzieci, które wyczekują powrotu taty, to jednak najważniejszym tematem jest obsesyjna fascynacja Audubona naturą. Gdy staje przed wyborem: jedzenie lub przybory malownicze, wybiera przybory. Choć w Ameryce podziwiają jego rysunki pod względem estetycznym uznając je za dzieła, których miejsce jest w galeriach sztuki, to Audubon nie jest z tego powodu zadowolony. Chciał, by jego szkice znalazły się w książkach ornitologicznych, co udaje się mu osiągnąć w Wielkiej Brytanii. Tam też spotyka Darwina i tam, o ironio, zostaje zauważony przez prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego powrót do rodziny jest zdecydowanie zbyt późny, ale familia, której nie widział przez długie lata, przyjmuje go z otwartymi ramionami. Dopiero pod koniec życia Audubon mierzy się z konsekwencjami swoich podróży.

Autorzy sami zaznaczają, że opowiedziana historia jest po części fikcyjna - spotkanie z Darwinem mogło mieć miejsce, ale nie wiedzą, czy wyglądało tak jak w komiksie. Niektóre z opowieści podróżniczych wydają się być zbyt fantastyczne, co według autorów, było bardzo w stylu Audubona, który lubił wyolbrzymiać wydarzenia ze swojego życia. Kolory użyte w powieści są głównie stonowane i utrzymane w zimnych barwach, a jedynymi wyjątkami zdają się być egzotyczne ptaki malowane przez Audubona. Trzeba jednak wspomnieć, że strony rozpoczynające nowe rozdziały ukazują piękne krajobrazy, pełne detali i subtelnych kolorów. 



Audubon - Na Skrzydłach Świata nie jest powieścią równie poruszającą jak Fale, jednak zdecydowanie warto po nią sięgnąć, choćby dla pojawiających się zachwycających rysunków natury.

wtorek, 24 września 2019

Wszyscy jesteśmy szaleni - „Lot nad kukułczym gniazdem” Ken Kesey



*Lot nad kukułczym gniazdem*
Ken Kesey

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* One flew over the cuckoo's nest
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1962
*Liczba stron:* 368
*Wydawnictwo:* Albatros 

Świat należy do silnych, przyjacielu! Nasza egzystencja oparta jest na zasadzie, że silni rosną w siłę, pożerając słabszych. Musimy się z tym pogodzić. To zupełnie normalne. Poniekąd prawo przyrody. 
*Krótko o fabule:*
McMurphy, szuler, dziwkarz i zabijaka, udaje wariata, żeby wykpić się od odsiadywania wyroku. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym wydaje mu się dobrym żartem. Do chwili, gdy dowiaduje się, że nie odzyska wolności, dopóki nie uznają go za wyleczonego. Decyzja należy do Wielkiej Oddziałowej, z pozoru uosobienia słodyczy i dobroci, w rzeczywistości sadystki znęcającej się nad pacjentami. McMurphy, który buntuje przeciwko niej chorych, nagle zdaje sobie sprawę, że jeśli się przed nią nie ukorzy, nie opuści szpitala. Czy da się pokonać bezdusznemu Kombinatowi?

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Bez trudu możemy wymienić kilka tytułów książek, które każdemu z nas są znane, nieważne czy czytaliśmy daną powieść czy tylko gdzieś o niej usłyszeliśmy. Lot nad kukułczym gniazdem zdecydowanie do tej grupy należy. Co prawda mam wrażenie, że większość kojarzy go przede wszystkim z ekranizacją z 1975 roku. Swoją drogą bardzo udaną ekranizacją, która zgarnęła pięć Oscarów w najważniejszych kategoriach. Reżyserem był Milos Forman, a główną rolę zagrał Jack Nicholson i jest to jeden z jego najlepszych występów na dużym ekranie. Ja film oglądałam lata temu, ale zrobił na mnie wtedy spore wrażenie i zapadł w pamięci jako przedstawienie walki jednostki z totalitarnym systemem. Sięgając po książkę spodziewałam się pewnego rodzaju powtórki, a okazało się, że dostałam coś zgoła odmiennego.

Ken Kesey znany był jako nonkonformista, człowiek sprzeciwiający się przyjętym normom społecznym, stale poszukujący wolności. Podobno sporo jego książek powstało pod wpływem narkotyków, za których posiadanie był nawet prawnie karany. Lot nad kukułczym gniazdem był jego debiutem w świecie literackim, a impulsem do napisania powieści okazała się praca w roli sanitariusza w szpitalu psychiatrycznym.

Teoretycznie książkę można potraktować dość powierzchownie: po prostu jako historię o oddziale dla osób chorych psychicznie, obserwować ich zachowanie i sposób, w jaki przeprowadzano terapię. Fabuła przedstawiona jest z perspektywy jednego z pacjentów, „Wodza”, niezwykle wysokiego i silnego mężczyzny, pochodzenia indiańskiego. W szpitalu udaje głuchoniemego, dzięki czemu często jest obecny przy istotnych rozmowach personelu - bardzo to wygodny zabieg, pozwalający czytelnikowi zobaczyć pełny obraz tego środowiska: nie tylko pacjentów, ale także pracujących tam osób.
źródło
Patrząc na Lot nad kukułczym gniazdem czysto fabularnie stwierdziłam, że nie była to książka wybitna, która by mnie wciągnęła, której nie mogłam odłożyć na bok. Dość długo męczyłam się czytając, nie mogłam wsiąknąć w historię i polubić bohaterów. Przede wszystkim od początku uderzyła mnie lekka niesprawiedliwość: wszyscy uważają McMurphy'ego za dobrego bohatera, a Oddziałową za obraz najgorszego zła. Problem jest taki, że McMurphy to prawdziwy rzezimieszek, częstokrotnie karany, otwarcie opowiadający o swojej ciemnej stronie, a nawet skazany za gwałt na nieletniej. Przyjęcie opinii o tym człowieku jako o wybitnej jednostce, która walczy z systemem wbrew całemu światu, której powinniśmy kibicować jakoś mnie w tym momencie raziło. Równocześnie robienie z siostry Ratched antagonistki z piekła rodem także wydawało mi się na wyrost. W końcu starała się utrzymać porządek na oddziale i nie mogła ulegać wszystkim prośbom pacjentów. To, że jej sposób terapii był błędny to inna sprawa - może nie umiała inaczej, myślała, że robi dobrze, że powinno się silną ręką trzymać tę grupę? Przede wszystkim postawiona na czele pielęgniarek miała w rękach siłę, która dała jej pewność siebie i poczucie, że jest ponad innych, że to reszta powinna dopasować się do jej poglądów. Współcześnie pełno znamy takich właśnie osób, które zdobywając pozycję, korzystają z niej w nieadekwatny sposób. Także to jest bardzo nieodpowiednie, ale jakże ludzkie zachowanie. Dlatego z takiej czysto fabularnej perspektywy odcięłabym się tutaj od przyjęcia konfrontacji w postaci: dobry McMurphy walczący przeciwko złej Oddziałowej.

Oglądając film odczytałam go jako problem walki jednostki z systemem, jednak z książki wyciągnęłam raczej coś innego. O wiele bardziej uderzyło mnie, że to historia, która mówi o nas, jako o społeczeństwie. Większość z nas postępuje według przyjętych reguł, stara się robić wszystko tak, jak wypada, idzie ścieżką, którą wybierało wielu przed nami. Jednak zawsze znajdą się Ci, którzy chcą iść pod prąd, którzy myślą inaczej, czują inaczej, nie potrafią odnaleźć się w tym układzie, którzy obawiają się wpasować w ten porządek. Większość z nich jest przerażona na myśl głośnego wypowiadania się o tym, że są odmienni, wolą po cichu przejść przez życie, znaleźć jakąś norę i przesiedzieć w niej, starając się dopasować do całej reszty, nie dzieląc się swoimi przemyśleniami. Jednak wystarczy, że znajdzie się jeden, który pokaże, że można mówić głośno o swoich problemach, że można domagać się traktowania nas jako człowieka, mimo że mamy inne poglądy, odczuwamy inaczej. I chodzi o to, że postaci McMurphy'ego nie odczytuję tutaj jako tej wybitnej jednostki, która stawiła czoła reszcie społeczeństwa. To był po prostu dość bezczelny, bezpośredni człowiek, który nie bał się powiedzieć, co myśli. Niepozbawiony pozytywnych cech (naprawdę przejmował się losem kolegów), ale równocześnie pogubiony i często odpychający dla czytelnika. Jednak sam fakt, że się postawił okazał się wystarczającym bodźcem, żeby grupka społeczeństwa mogła powiedzieć: „nie” i przestała chować się przed całą resztą (tutaj: zdecydowała się wyjść ze szpitala, gdzie większość siedziała dobrowolnie). Także dla mnie intencje McMurphy'ego były mniej altruistyczne niż mogłoby się wydawać, ale okazały się wystarczające do stymulacji „chorych” do zrobienia kroku do przodu.

Siła tej książki polega przede wszystkim na uniwersalności - w dzisiejszych czasach odczuwam bardziej niż kiedykolwiek kategoryzację ludzi. Mam wrażenie, że społeczeństwo nabrało jakiejś okrutnej lekkości w dobieraniu etykietek i przyklejaniu do poszczególnych osób. Większość bohaterów książki żyje w szpitalu, bo jest przerażona wizją powrotu do społeczeństwa. A my, jako społeczeństwo sprawiamy, że niektórzy czują się w nim nieswojo, obawiają się mówić głośno o sobie i swoich odczuciach. Nie mówię, żeby rozwalić cały system, bo reguły też są potrzebne, ale nie bądźmy jak Oddziałowa i patrząc na bliźniego zobaczmy po prostu człowieka, który ma prawo myśleć inaczej niż wszyscy.
Trochę to zabawne, że podczas czytania byłam daleka od zachwytów, a po przetrawieniu treści jestem pod sporym wrażeniem. Naprawdę warto tę książkę przeczytać, a później przemyśleć. Ciekawa jestem jak Wy ją odebraliście.


niedziela, 8 września 2019

Baśń pełna kolorów - „Rozjemca” Brandon Sanderson


*Rozjemca*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Warbreaker
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2009
*Liczba stron:* 672
*Wydawnictwo:* MAG 

Chciałem tylko powiedzieć, że nie można nikogo zrozumieć, dopóki się nie zrozumie, z jakiego powodu robi to, co robi. Każdy człowiek jest we własnej historii bohaterem, księżniczko.
*Krótko o fabule:*
Opowieść o dwóch siostrach, które urodziły się księżniczkami, o Królu-Bogu, który ma poślubić jedną z nich, pomniejszym bóstwie, które nie wierzy w siebie, i o nieśmiertelnym człowieku starającym się naprawić błędy, jakich dopuścił się setki lat temu. W ich świecie ci, którzy zginęli w chwalebny sposób, powracają jako bogowie i żyją w zamknięciu w stolicy Hallandren. W tym samym świecie o potędze magii stanowi moc zwana Biochromą, oparta na Oddechach, które można zbierać jedynie pojedynczo od konkretnych osób. Dzięki Oddechom i czerpaniu koloru z nieożywionych przedmiotów Rozbudzający są w stanie zarówno dopuszczać się nikczemności, jak i tworzyć cuda. Siri i Vivenna, księżniczki Idris; Dar Pieśni, zniechęcony bóg odwagi, Król-Bóg Susebron i tajemniczy Vasher - Rozjemca, zetkną się z jednymi i drugimi.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Brandon Sanderson robi się nudny. I nie dlatego, że powtarza jakieś swoje schematy bądź kreuje takich samych bohaterów. Po prostu każda kolejna jego lektura sprawia mi identycznie niesamowitą przyjemność podczas czytania. Będąc fanem fantastyki chyba trudno być odpornym na czar jego pióra.

Trochę będę się tutaj powtarzać, bo cóż, Sanderson znowu to zrobił - wykreował niesamowity świat przedstawiony. Tym razem od początku czułam o wiele bardziej baśniowy klimat, z którego biło więcej słodyczy niż zazwyczaj. Nie znajdziemy tutaj wiązań ze sprenami i wypowiadania rycerskich przysiąg, nie będzie używania metali do przyciągania i odpychania przedmiotów. Tym razem skupiamy się na Oddechach. Każdy bohater ma taki Oddech i może go komuś oddać za pomocą specjalnej, magicznej formułki. Dochodzi do sytuacji, w których są osoby zbierające je całe życie i przekazujące dalej. W taki sposób niektórzy posiadają ich całe setki. Co Oddechy dają? Wiecie, takie typowe benefity - wyostrzone zmysły, przede wszystkim słuchu i wzroku. Jednak także zdolność ożywiania przedmiotów. Możemy przykładowo złapać kawałek liny i rozkazać jej, że ma opleść przeciwnika.

Już sam pomysł na system magiczny jest więc ciekawy, a Sanderson dodaje do tego kilka sprytnych zabiegów. Przede wszystkim nasi bohaterowie sami nie są wszystkowiedzący - przez ostatnie kilkaset lat horyzonty na temat Oddechów były poszerzane, nikt jednak nie zna dokładnie możliwości tej dziedziny. To, że dopiero grubo za połową poznajemy więcej szczegółów w kwestii podstaw działania tej magii pozwala nam ugruntować zdobytą wiedzę i poukładać sobie wszystko w głowie. Jednak nawet po zakończeniu lektury nie będziemy znać pełnego obrazka działania magii BioChromy. Sanderson wie co robi, jeżeli chodzi o wprowadzanie w świat przedstawiony.

źródło
Wspominałam już, że Rozjemca to najbardziej baśniowa historia Sandersona. Chyba przede wszystkim przez to, kim są dwie główne bohaterki. Vivienna i Siri to księżniczki, które są zmuszane do postępowania zgodnie ze swoją pozycją w państwie. Jedna z nich zostaje przekazana jako przyszła żona króla wrogiego kraju. Druga wyrusza w ślad za nią i wplątuje się w życie specyficznej grupy społecznej. I jeszcze najciekawsze grono postaci - bogowie Hallandren. Dość tajemniczy bohaterowie, w których nieziemskość wierzy ludność państwa i do których się modli. Każdy z nich kiedyś był człowiekiem, jednak dzięki honorowej śmierci odrodził się jako istota boska. Bardzo to ciekawa zgraja, szczególnie ich problem z odrodzeniem się bez świadomości poprzedniego życia był fascynujący. Także rozumiecie skąd baśniowość - księżniczki, które potrafią na zawołanie zmieniać kolor swoich włosów (a także nieświadomie, pod wpływem emocji), bogowie, którzy mieszkają w zamkach i są wielbieni przez krajan, służba, która wie więcej niż się można spodziewać, a do tego wielkie miłości i pałacowe intrygi.

Bardzo doceniam, że autor nadal nie traci świeżości w zaskakujących pomysłach. Znowu pojawił się zwrot akcji, którego się nie spodziewałam. Przez to czytanie staje się jedną, wielką rozrywką. Oczywiście, nie jest zupełnie kolorowo - jak to u Sandersona znowu akcja rozkręca się dość długo. Sporo miejsca zajmie wprowadzanie w świat, poznawanie charakterów postaci i magicznych aspektów. Także początek może znudzić, ale gdzieś od połowy nie możemy już odłożyć lektury. Ja się przyzwyczaiłam, że tak z Sandersonem mamy.

Można powiedzieć, że głównymi bohaterkami są nasze dwie księżniczki, jednak poznamy również kilka innych postaci pierwszoplanowych i masę drugoplanowych. Świetny był wątek Vashera - kto nie lubi tajemniczych, milczących, pełnych umiejętności wielkoludów? Natomiast najemnicy okazali się źródłem sporej ilości humoru, a ich przeszłość i intencje były intrygujące. Trudno tutaj wspomnieć o wszystkich, jednak bohaterowie byli po prostu barwni jak cała książka.

Jeżeli jesteście fanami Sandersona to nie muszę Was do Rozjemcy przekonywać. To znowu kawał dobrej fantastyki, tylko tym razem bardziej baśniowej. Wciąż trzeba przebrnąć przez cięższy początek, jednak ten czas zostanie doceniony pod koniec, kiedy wszystkie elementy układanki zaczną wskakiwać na swoje miejsce, a my poczujemy czystą satysfakcję z lektury.

Moja ocena: 8-/10



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka