wtorek, 20 lutego 2024

Poszukując motywu morderstwa – „Z zimną krwią” Truman Capote

Z zimną krwią
Truman Capote

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1966
Liczba stron: 372
Wydawnictwo: Rebis

Skąd pochodzi ten bezrozumny gniew, wzbierający na widok cudzego szczęścia i zadowolenia, ta rosnąca pogarda dla ludzi i pragnienie zadania im bólu?
 

Opis wydawcy

Z zimną krwią to pionierska próba nowego pisarstwa, dokument zbrodni popełnionej przez dwóch recydywistów na czteroosobowej rodzinie farmera z Kansas. Wydarzenie to zostało szczegółowo opisane, podobnie jak śledztwo, pościg za mordercami, proces i zachowanie przestępców w sądzie i więzieniu aż po egzekucję. Capote po mistrzowsku przedstawia godny Ajschylosa motyw zbrodni i kary, zmuszając czytelnika do refleksji na temat źródeł zła.


Moja recenzja

Truman Capote spędził sześć lat badając sprawę morderstwa czteroosobowej rodziny w miasteczku Holcomb. Towarzyszyła mu w tym jego przyjaciółka, autorka głośnego Zabić drozda, Harper Lee. To jej zadedykował wydaną w 1966 roku powieść Z zimną krwiąKsiążkę szybko okrzyknięto mianem arcydzieła i wciąż wymieniana jest jako największe osiągnięcie autora. Już pod względem gatunkowym jest to nietypowa pozycja. Z jednej strony, reportaż podparty wnikliwymi poszukiwaniami. Z drugiej, to powieść tak wciągająca i mrożąca krew w żyłach, że bije na głowę fabularyzowane kryminały. 

W pierwszej części książki autor odmalował tło historii. Opisał charaktery poszczególnych członków rodziny Clutterów, czyli ofiar morderstwa i przybliżył sylwetki najważniejszych osób ze społeczności miasteczka Holcomb. Spisał również przebieg podróży kryminalistów, Perry'ego i Dicka. Dzięki wnikliwym portretom bohaterów, czekający na czytelnika finał oddziaływuje jeszcze mocniej. Jest niczym nagłe zderzenie z brutalną rzeczywistością. 

Capote w domu Clutterów, źródło

Capote zaskakuje sposobem w jaki poprowadził chronologię wydarzeń. Koniec pierwszej części przynosi nam przeskok w czasie. Sąsiedzi odkrywają zwłoki i rozpoczyna się śledztwo. Capote omija jednak opis wydarzeń z nocy morderstwa. Wiemy, że kryminaliści byli blisko swojej destynacji, wiemy, że rodzinę zamordowano. Co się wydarzyło w domu Clutterów? Żeby się tego dowiedzieć, Capote każe nam czekać dosyć długo. Z zimną krwią osiąga zatem jeden z głównych celów kryminałów, bo czytelnik w tym momencie nie jest już w stanie odłożyć lektury. 

Autor nie sili się na wprowadzanie mrocznej atmosfery. Przedstawia fakty, które zupełnie wystarczają, żeby wzbudzić w nas przerażenie. Opis tego w jakim stanie były ofiary, kiedy je znaleziono pozostaje w głowie na długo po lekturze. W dużej mierze to styl Capote'a sprawia, że czytanie jest tak emocjonujące. Również przybliżenie sylwetek dwójki morderców jest podszyte ciągłym uczuciem niepokoju. Wydaje się, że takie osoby są wokół nas. Zagubione, popełniające mniejsze i większe wykroczenia. Jak daleko są od popełnienia największej zbrodni?

Capote opisując to morderstwo, przedstawia fakty z nim związane, ale porusza też temat zła, które tkwi w człowieku. Czytając Z zimną krwią trudno nie zadawać sobie pytania „dlaczego?”. Przecież musi być konkretny motyw, coś musiało popchnąć tę dwójkę zbrodniarzy do zamordowania całej rodziny. Szukamy logicznego wytłumaczenia, potrzebujemy dostać zapewnienie, że ludzie nie są po prostu źli, bo okrucieństwo musi mieć swoje źródło. Przeczesywanie tekstu w celu znalezienia odpowiedzi jest prawdziwie fascynujące.

Nieważne czy jesteście fanami true crime czy nie  Z zimną krwią po prostu warto przeczytać. Chociaż ostrzegam, że może okazać się to przerażającym doświadczeniem.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

niedziela, 4 lutego 2024

Krótkie podsumowanie styczniowych lektur – „Cieszę się, że moja mama umarła”, „Lekcje chemii”, „Słabsi” i „Yellowface”

 

Cieszę się, że moja mama umarła
Jennette McCurdy

Gatunek: autobiografia
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Mam martwe oczy, duszy ze świecą szukać, ale grunt, że uśmiech jest przylepiony do ust.
 

Opis wydawcy

Jennette McCurdy od dziecka marzyła o tym, żeby zostać pisarką, jednak jej mama miała wobec niej inne plany. Dziewczynka miała sześć lat, kiedy po raz pierwszy wzięła udział w castingu, a jej świat zmienił się na zawsze. Debra zdecydowała, że jedyna córeczka zrobi karierę aktorską. Cena nie grała roli. Liczyła jej kalorie, wydzielała racje żywnościowe, opóźniała jej dojrzewanie, ważyła pięć razy dziennie, a nawet kąpała do szesnastego roku życia! Jennette, pragnąc za wszelką cenę zadowolić najważniejszą osobę w swoim życiu, godziła się na ten okrutny układ.


Moja recenzja

Cieszę się, że moja mama umarła to przestroga dla wszystkich tych, którzy z zazdrością patrzyli na młode gwiazdy kina i telewizji. To, co wydawało się dla szarych obywateli spełnieniem marzeń i idealnym życiem, ukrywa pod powierzchnią próby poradzenia sobie z ciągłą presją i ból utraconego dzieciństwa.

Jannette McCurdy w prosty i brutalnie szczery sposób relacjonuje dziecięce próby przebicia się do showbiznesu, moment sławy oraz rezygnację z kariery aktorskiej. Od najmłodszych lat spotykało ją sporo niesprawiedliwości, a jej opowieść bardzo dobrze pokazuje jak toksyczne otoczenie wpływa na rozwój dziecka. McCurdy nie podkreśla szczególnie doznanego okrucieństwa. Relacjonuje moment, kiedy matka namawia ją na trzymanie się diety, co będzie miało poważne konsekwencje dla jej stanu zdrowia. Przedstawia w jaki sposób matka wmówiła jej jakie ma marzenia i jak do nich dążyć. W momentach kiedy Jannette czuła się zagubiona i nieszczęśliwa, to bezbrzeżna wiara matki w karierę córki popychała ją do działania. Dziewczynka spełniała każdą jej zachciankę, a matka po prostu żyła karierą swojej córki, przenosząc swoje niespełnione marzenia na nią. Zaślepiona dążeniem do osiągnięcia „czegoś więcej”, nawet nie zauważała jak wiele cierpienia wywołuje. 

Wspomnienia McCurdy czyta się błyskawicznie. Wsiąknęłam w jej okrutną historię i pozostałam z ulgą, że dziewczynie udało się podjąć walkę z uzależnieniami, które budowała latami. To był bardzo dobry wybór na pierwszą lekturę tego roku.


Lekcje chemii
Bonnie Garmus

Gatunek: powieść obyczajowa
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Marginesy

No bo choć ludzie głupi mogą nie orientować się, że są głupi, z powodu właśnie głupoty, to przecież ludzie nieatrakcyjni muszą chyba orientować się, że są nieatrakcyjni, z powodu luster.
 

Opis wydawcy

Elizabeth Zott jest chemiczką i kobietą daleką od przeciętności. Byłaby zresztą gotowa jako pierwsza wytknąć rozmówcy, że coś takiego jak "przeciętna kobieta" nie istnieje. Ale jest połowa lat 50. i jej koledzy z całkowicie męskoosobowego zespołu naukowców w Instytucie Badawczym Hastings prezentują bardzo nienaukowe podejście do kwestii równouprawnienia płci. Wszyscy z wyjątkiem jednego: to Calvin Evans, nominowany do Nagrody Nobla i słynący z pamiętliwości samotny geniusz, który zakochuje w umyśle Elizabeth. Co skutkuje autentyczną chemią.


Moja recenzja

Lekcje chemii to chwalona przez wielu czytelników powieść, która doczekała się nawet ekranizacji w formie serialu. Niestety, nie podzielam tych zachwytów, chociaż potrafię zrozumieć dlaczego tak wielu osobom się podoba. Mimo że od pierwszych rozdziałów wiedziałam, że nie będzie między nami chemii, to i tak zostałam z przygodami Zott do końca. Autorka zasiała we mnie ziarno ciekawości, przedstawiając na początku kilka scen z późniejszego życia bohaterki. Zostałam zatem, żeby dowiedzieć się w jaki sposób historia Zott znajdzie się u celu. Jednocześnie pozwalając sobie na liczne przewracanie oczami przy kolejnych przygodach bohaterki.

Gdzie tkwił dla mnie problem? Największy w nagromadzeniu tragicznych wypadków i okrutnych ludzi spotykanych przez główną bohaterkę. Autorka opisuje bolesne wymiany zdań, w których kobieta jest nieustannie poniżana. Mężczyźni nie mogą pogodzić się z jej butą i wykorzystują ją na każdym kroku. Rozumiem, że to lata 50te, pojęcie równości płci było w innym miejscu, ale to nie znaczy, że wszyscy ludzie chcieli tylko krzywdzić. Nieważne: szef, profesor, właściciel stacji telewizyjnej, sekretarka albo biskup zarządzający domem dziecka. Wszyscy oni są potworni dla głównej bohaterki. Cóż, nie kupuję tego. Wydaje się to pisane pod tezę, że kobiety miały ciężkie życie. Można to było ująć w sposób bardziej zniuansowany. 

Lekcje chemii to książka, która, mając na uwadze odbiór innych czytelników, może się spodobać. Ja nie dołączę jednak do osób polecających tę powieść. 


Słabsi
Sigrid Nunez

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2024
Liczba stron: 224
Wydawnictwo: Pauza

Teraz znam prawdę: liczy się to czego doświadczasz podczas lektury, uczucia, jakie wywołuje dana historia, pytania, jakie przychodzą ci do głowy, a nie opisane w niej fikcyjne wydarzenia.
 

Opis wydawcy

Elegia plus komedia – jak twierdzi narratorka – to jedyny sposób, by wyrazić, jak teraz żyjemy. A jeśli nawet coś w prawdziwym życiu nie jest zabawne, to jeszcze nie znaczy, że nie można o tym pisać tak, jakby było. Tak właśnie prowadzi narrację Nunez, zastanawiając się, czy w post-covidowym świecie da się budować prawdziwe relacje?


Moja recenzja

Pod koniec zeszłego roku włączyłam audiobook Przyjaciel Nunez. Gdy go skończyłam, rzuciłam się na Pełnię miłości, a później na Dla Rouenny. Kiedy pojawiła się świeżutka powieść Sigrid Nunez nie zastanawiałam się dwa razy i ponownie odpaliłam wersję audio.

Jest w prozie autorki coś, co potrafi oczarować. Uwielbiam liczne nawiązania do literatury, cytaty z różnych książek. Nunez to bardzo czuła i uważna narratorka, której udaje się przenieść otaczającą rzeczywistość na strony książki. Jej powieści są często chaotyczne, sposób narracji nie jest linearny. Autorka swobodnie przeskakuje między wydarzeniami. Sprawia to, że nie skupiam się tyle na samej fabule, co na uczuciach związanych z lekturą. Nunez wspomina między innymi o walentynkach, do których wysyłania zmuszana była w szkole. Po czym przeskakuje do opisywania uczucia strachu towarzyszącego pandemii. Te i podobne im historie wywołują natłok wspomnień. Jej proza pozwala mi poczuć, że nie jestem sama. Że moje doświadczenia nie są takie niecodzienne. Nunez ponownie zostawiła mnie z poczuciem spokoju i na pewno dalej będę czytać jej książki.


Yellowface
Rebecca F. Kuang

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 429
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Internetowy tłum, tak uwielbiający dyskutować dla samej dyskusji...
 

Opis wydawcy

Zaczyna się od niespodziewanej śmierci. A później napięcie rośnie dosłownie odbierając oddech, aż do finału, który zaciska się na gardle niczym pętla. Finału, w którym katharsis przeplata się ze stadium szaleństwa a my, nawet poznawszy całą historię, nadal nie jesteśmy pewni, kto jest ofiarą a kto czarnym charakterem. A może, jak w życiu, w tej historii nie ma czarnych charakterów i niewinnych ofiar. Może są tylko mniej lub bardziej zdeterminowane postaci. Ludzie w różnym stopniu zanurzeni w szambie wyścigu po sukces i z nierówną furią obrzuceni błotem przez "opinię publiczną".


Moja recenzja

Proza Kuang kusiła mnie już przy okazji jej trylogii fantasy, Wojen makowych. Pamiętam, że o tym tytule mówiłam i w końcu mój mąż przesłuchał wszystkie trzy części. Po czym stwierdził, że było raczej średnio. Dla mnie pierwszym spotkaniem z autorką jest właśnie Yellowface i chyba spodziewałam się czegoś więcej.

Nie można zaprzeczyć, że w historię przedstawioną w Yellowface błyskawicznie się wsiąka. Opowieść o zawłaszczeniu, zazdrości i internetowych zagrywkach wciąga, a czytelnik jest ciekawy jak całość się potoczy. Najmocniejszą częścią książki jest to, o czym wszyscy trąbią, czyli fragmenty dotyczące działania przemysłu wydawniczego. Bardzo dobry jest ten wgląd w proces promocji powieści i opis drogi, jaką przechodzi autor. Intrygująco wypada również wątek działania w sieci – wrzucania postów na social media, reagowanie na oskarżające posty i negatywne recenzje. Jednak, jest to powieść, która nie zostanie ze mną na długo. Skończyłam ją ostatniego dnia stycznia i już ta historia powoli zaciera się w mojej pamięci. Samej Kuang jednak na pewno dam jeszcze szansę, bo Babel czeka na półce.


niedziela, 21 stycznia 2024

Opowieść o mieście cudów – „Miasto zwycięstwa” Salman Rushdie

Miasto zwycięstwa
Salman Rushdie

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Rebis

- Jest całkiem możliwe - powiedział łagodnie król - że twoje poglądy są zbyt postępowe jak na czternasty wiek. Po prostu wyprzedzasz nieco swoje czasy. - Tak potężne mocarstwo jak nasze - oznajmiła - to właśnie twór, który powinien próbować prowadzić ludzi ku przyszłości. Niech wszędzie indziej będzie czternasty wiek. Tutaj miejmy piętnasty.
 

Opis wydawcy

Tkając tę opowieść z wątków hinduskiej mitologii, dziejów królestw, państw i państewek, postaci bogiń i bogów, bohaterów z krwi i kości, Rushdie sięga po tak bliskie mu tematy poczucia przynależności, natury ludzkiej, relacji między państwem a religią i jej instytucjami, wielokulturowości, równości, a zwłaszcza pozycji i roli kobiety w patriarchalnym społeczeństwie.


Moja recenzja

Salman Rushdie to autor, którego książki często były mi polecane. Jego powieść Dzieci północy znalazła się na liście 100 książek, które warto przeczytać według dziennikarzy BBC. Wygrała też kilka prestiżowych nagród, m.in. Bookera. Rushdie to pisarz, który nie boi się wyrażać własnego zdania, mimo grożącego mu niebezpieczeństwa. Głośna była sprawa, kiedy w 2022 roku został zaatakowany przez nożownika. W wyniku tego zdarzenia stracił oko i sprawność w jednej ręce. Miasto zwycięstwa to pierwsza książka wydana po tym ataku. Od niej postanowiłam zacząć przygodę z autorem. Nie przeczytałam jej opisu, nie wiedziałam wiele o prozie Rushdiego. Po prostu zaczęłam czytać. I zakochałam się po kilku pierwszych stronach.

Miasto zwycięstwa wzięło mnie z zaskoczenia. Podczas czytania nie mogłam pogodzić się z niespodziewanym gatunkiem – wyglądało na to, że ta książka należy do fantastyki. Po skończonej lekturze i krótkim poszukiwaniu w sieci nastąpiło ponowne zaskoczenie. Rushdie nie opisuje fikcyjnej krainy, a snuje opowieść o istniejącym miejscu! Jego tytułowe „miasto zwycięstwa” to Vijayanagara, powstałe w Indiach w XIV wieku. Czytelnik, który nie zna tego kawałka historii może poczuć się nabrany, że czyta fantastykę. 

Hampi, ruiny miasta zwycięstwa, źródło

Miasto zwycięstwa to opowieść o dziewczynce, która w bardzo młodym wieku była świadkiem tragedii.  Po tym zdarzeniu spływa na nią duch bogini, po której przyjęła imię. Za pomocą magicznych nasionek, wyczarowuje swoje miasto. Wybiera króla, tka wspomnienia mieszkańców i czuwa nad rozwojem Bisnagi. Okazuje się jednak, że nic nie trwa wiecznie, a kontrolę zawsze można stracić. 

Na początku narrator zaznacza, że ta książka powstała na podstawie znalezionego manuskryptu, napisanego przez bohaterkę historii, Pampę Kampanę. Opisane przygody Pampy przeplatane są wtrąceniami autora, które dotyczą procesu przepisywania z pierwowzoru. Ten zabieg sprawia, że czytelnik zaczyna wierzyć w wersję z odnalezieniem fikcyjnej księgi, jak również w to, że Rushdie/narrator tylko przekazuje umieszczone w niej wydarzenia. Narrator wspomina, że omija niektóre fragmenty z pierwowzoru, ingeruje w fabułę. Pokazuje, że opowiadający ma wpływ na to, jak odbierzemy całość.

Rushdie z lekkością wprowadza nas w baśniowy klimat opowieści. Historię Pampy czyta się jednym tchem. Od początku wpłata w narrację tajemnicze moce bogini, dzięki czemu wsiąkamy w ten wykreowany świat, a kolejne opisy pełne magii wydają się adekwatne. W Mieście zwycięstwa są momenty, w których byłam zupełnie oczarowana wyobraźnią autora, są takie, które wywołały śmiech, oraz te, pokazujące nam odbicie ludzkich żądz, które znamy ze swojego otoczenia.

Autor podkreśla w Mieście zwycięstwa temat równości płci. Po akcie stworzenia Bisnagi, kobiety przejmują wiele najważniejszych ról w mieście. Pampa jest szanowaną królową, główne pozycje wojskowe należą do kobiet. Ciekawą drogę przechodzi główna bohaterka, która stara się być we wszystkim najlepsza, ale zawsze coś jej się wymyka. Tak wiele uwagi poświęca miastu, że to ono staje się jej najważniejszym dzieckiem. Stara się je chronić za wszelką cenę, zapominając o swoich biologicznych dzieciach. Po pewnym czasie w utopijnej Bisnadze pojawia się coraz więcej problematycznych tematów, jak dziedziczenie korony. Rushdie ciągle rozwija swoją epicką opowieść, wplata w nią starcia na tle religijnym, rebelie, historie miłosne, otrucia, walkę o tron. Po tak niesamowitej przygodzie z czystą przyjemnością sięgnę po poprzednie książki tego autora.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.


środa, 10 stycznia 2024

„Wytępić całe to bydło” Sven Lindqvist – zbrodnie popełnione w celu „szerzenia cywilizacji”

 

Wytępić całe to bydło. Wyprawa do źródeł kolonialnego terroru i ludobójstwa
Sven Lindqvist

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 1992
Liczba stron: 448
Wydawnictwo: WAB

To nie wiedzy nam brakuje. Oświecone społeczeństwa w swojej większości i niezależnie od epoki posiadały wiedzę na temat popełnianych dawniej i popełnianych obecnie potworności w imię Postępu, Cywilizacji, Socjalizmu, Demokracji i Rynku.
 

Opis wydawcy

Drugie wspólne wydanie dwóch najważniejszych książek wybitnego dziennikarza, które pokazały, jak w imię pseudomisji niesienia cywilizacji wybijano rdzenną ludność Afryki i Australii. Autor podkreśla przy tym, jak wiele łączyło tamtą rzeź z hekatombą późniejszego Holocaustu.


Moja recenzja

Wydawnictwo WAB wznowiło dwa reportaże szwedzkiego dziennikarza, Svena Lindqvista, akurat kiedy jesteśmy świadkami kolejnego ludobójstwa. W książce znalazły się dwa tytuły: Wytępić całe to bydło oraz Terra Nullius. Lektury sprawnie się uzupełniają, tworząc historię europejskiej kolonizacji i zbrodni popełnionych na rdzennej ludności Afryki i Australii.

Rzadko sięgam po reportaże, ale gdy pojawiła się możliwość przeczytania tego wznowienia, to wiedziałam, że muszę to zrobić. Patrząc na to, co dzieje się na świecie, kiedy z zimną krwią mordowani są mężczyźni, kobiety i dzieci, możemy powiedzieć, że niewiele się zmieniło, w porównaniu z tym, co opisuje Lindqvist. W Wytępić całe to bydło autor poszukuje źródeł ludobójstwa, które miało miejsce podczas II wojny światowej. Okazuje się, że nie trzeba cofać się daleko w przeszłość, wystarczy spojrzeć na kolonizację Afryki w XIX wieku. 

Lindqvist napisał oba reportaże w formie paragrafów. Najbardziej wciągająca część książki obejmuje zapis mrożących krew w żyłach wydarzeń historycznych. Pojawiają się też fragmenty, w których autor dzieli się swoim dziennikiem z wyprawy po ziemiach Afryki/Australii, oferując krótki wgląd w podróż po miejscach, w których miały miejsce opisane zbrodnie. 

źródło

Tytuł reportażu to zdanie wypowiedziane przez Kurtza, bohatera książki Jądro ciemności. Lindqvist często odnosi się do wydarzeń opisanych przez Josepha Conrada i odnajduje analogie do źródeł historycznych. Okrucieństwo przedstawione na kartach lektury okazuje się mieć mało wspólnego z wyobraźnią autora. Tak po prostu wyglądało ludobójstwo w Afryce. W reportażu znajdą się liczne przykłady popełnionych zbrodni. Autor wymienia konkretnych polityków, naukowców, którzy przyczynili się do tego. Przytacza teorię doboru naturalnego Darwina, według której słabsze gatunki znikną z powierzchni Ziemi. Ta teza zadziałała jako dobra wymówka do mordowania rdzennej ludności. 

W drugim reportażu, Terra Nullius (czyli „ziemia niczyja”), autor skupia się na mieszkańcach Australii, pozbawionych swoich praw do ziemi, na której żyli od pokoleń. Na porządku dziennym było porywanie dzieci Aborygenów, wysyłanie ich do obozów pracy, gwałty i mordowanie. To kolejny przerażający opis masakr, które trudno pojąć. Ponownie dostajemy dowód na to, do czego zdolni są ludzie, przekonani o swojej racji.

Bardzo polecam zapoznać się z książką Lindqvista. Oba reportaże przedstawiają mroczne momenty historii. Problem wydaje się tkwić w poczuciu wyższości. Mniemanie, że niektórzy ludzie są lepsi niż mieszkańcy innych kontynentów doprowadza do katastrofalnych wydarzeń. Szerzymy niesprawiedliwość, pozwalamy na to, żeby na naszych oczach dochodziło do tragedii. Kiedy przychodzi czas rozliczenia ze swoich czynów, często przymykamy oczy, szukamy winnych gdzieś indziej, tłumaczymy sobie zbrodnie doborem naturalnym. Wszystko to w imię szerzenia cywilizacji i poszerzania przestrzeni życiowej. Przerażające.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.


czwartek, 4 stycznia 2024

Podsumowanie 2023

Ostatnie dni poprzedniego roku spędziłam na chorowaniu. Dlatego podsumowanie powstawało w częściach, w okresach przebłysków dobrego samopoczucia. Najważniejsze, że jest!

Zeszły rok był bardzo intensywny. Patrząc wstecz, nie chce mi się wierzyć, że to wszystko zmieściło się w dwunastu miesiącach. Przede wszystkim, jestem dumna z wielu osiągnięć z życia prywatnego. Udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy, przetrwałam kolejny rok w pracy (chociaż moje możliwości są nieustannie poddawane testom na wytrwałość ;)) i postawiłam z mężem premierę w teatrze. To wszystko sprawiło, że kulturze przyglądałam się trochę rzadziej niż w poprzednich latach. Co nie znaczy, że nie znalazło się kilku perełek, wartych polecenia. Zapraszam do krótkiego podsumowania i tegorocznych topek.


Książki

W zeszłym roku wróciłam trochę do korzeni i czytałam przede wszystkim fantastykę i klasykę literatury. Udało mi się wykreślić trzy pozycje z listy 100 książek BBC: Trzech muszkieterów, Oliver Twist i Sto lat samotności. Ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie, chociaż najtrudniej było się w nią wciągnąć. Dumas i Dickens raczej mnie rozczarowali, spodziewałam się po tych książkach dużo więcej. Przeczytałam książki Joan Didion, Sigrid Nunez, Elfriede Jelinek i każda z tych autorek mnie czymś oczarowała. Najbardziej chyba Nunez, której przeczytałam trzy książki, jedna po drugiej. I czekam na premierę kolejnej! Udało mi się skończyć dwie serie fantastyczne, Pana Lodowego Ogrodu i Pół króla. Z fantastyki największe wrażenie zrobiło Imię wiatru i muszę jakoś zaplanować kontynuowanie cyklu, póki świeże w pamięci. A najlepsze tego roku książki? Oto one:

Wyróżnienia:

Filmy

Filmowym zwycięzcą tego roku był festiwal Nowe Horyzonty, dzięki któremu ta topka wygląda właśnie tak. To na tym festiwalu zobaczyłam najlepsze filmy i zachwyt pozostał do dzisiaj. W tym roku byliśmy świadkami dużego wydarzenia jakim był Barbenheimer. Oba filmy uważam za bardzo udane. Barbie to niekoniecznie film targetowany do mnie, ale to cudowna rozrywka, świetnie zrealizowana i zagrana. Dodatkowo rozbudziła dyskusje o feminizmie. Oppenheimer to bardzo dobry film, techniczna perełka. W moim zestawieniu najlepszych brakuje kilku tytułów. Dlatego dopiszę, że Poprzednie życie zachwyciło mnie historią miłosną, Na dnie pokazało, że można jeszcze zrobić ciekawy film o licealistach, a Reneissance Beyoncé utwierdził w przekonaniu, że błędem było ominięcie tej trasy koncertowej. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka tytułów, o których nie pamiętam. 




Seriale

Paradoksalnie, to właśnie z serialami miałam największy problem przy tworzeniu listy najlepszych. Kilka razy tytuły zmieniały się miejscami, bo nie mogłam się zdecydować który zasługuje na miejsce w ścisłej piątce. Finalnie, wybór padł na ostatni sezon Sukcesji (wiadomo!), pierwszy sezon Andora (świetne widowisko), The Last of Us (niby nie mój klimat, a trzymał w napięciu cały czas), Dobry Omen 2 (wywołał emocje jak u nastolatki) i Crazy Ex-Girlfriend (pomógł mi w trudnym czasie i planuję napisać o nim więcej od pół roku). Zerknijcie jednak również na listę wyróżnionych, bo sporo tam perełek, którym ciutkę zabrakło, ale wciąż warto je obejrzeć.





I to koniec podsumowania. Jeżeli miałabym mieć jakieś plany na rok 2024 to chyba częstsze wizyty w teatrze. W tym roku zobaczyłam spektakl, który zmiótł konkurencję i był to 1989. Jeżeli macie zaplanować jedną wycieczkę do teatru to polecam wybrać właśnie ten tytuł.

Życzę spokojnego roku 2024!

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka