niedziela, 29 stycznia 2023

Fantastyka inspirowana mitologią grecką – „Kirke” i „Pieśń o Achillesie” Madeline Miller

Kirke & Pieśń o Achillesie
Madeline Miller

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2018 & 2011
Liczba stron: 414 & 384
Wydawnictwo: Albatros

Jego słowa nie mówią, że nie zaznamy bólu. Że nie zaznamy strachu. Znaczą tylko: jesteśmy tu. Płyniemy z prądem, kroczymy po ziemi, czujemy ją pod stopami. Żyjemy.

Opis wydawcy, Kirke

W domu Heliosa, boga słońca i najpotężniejszego z tytanów, rodzi się córka. Kirke jest dziwnym dzieckiem – nie tak potężnym jak ojciec ani tak bezwzględnym jak matka... Dziewczyna próbuje odnaleźć się w świecie śmiertelników, lecz odkrywa w sobie czarnoksięską moc, dzięki której może zagrozić samym bogom… Z tego powodu zostaje wygnana. Nie zamierza jednak przestać kształcić się w czarach. Jej ścieżki skrzyżują się z Minotaurem, Dedalem, jego synem Ikarem, morderczą Medeą i, oczywiście, z przebiegłym Odyseuszem.

Opis wydawcy, Pieśń o Achillesie

Pod lśniącą zbroją bohatera kryje się człowiek z krwi i kości. W historii Achillesa obok okrucieństwa i siły jest miejsce na miłość i poświęcenie. Nad Achillesem, synem króla i pięknej nimfy, ciąży straszliwe fatum. Tylko on może zapewnić Grecji wygraną w wyniszczającej wojnie. Ale zwycięstwo dopełni się wtedy, kiedy zginie. Zapowiedź tej tragedii nie opuszcza go ani na krok, lecz Achilles nie żyje w jej cieniu. Jest najpiękniejszym, najsilniejszym i najbardziej utalentowanym synem Grecji, złotym dzieckiem, które z czasem przeistacza się w największego bohatera swoich czasów. Patroklosowi brakuje tego wszystkiego, co ma Achilles. Jest wygnańcem – dziwnym, słabym i nic nieznaczącym. A jednak pewnego dnia między chłopcami zadzierzga się nić przyjaźni… Kiedy po latach Grecję obiega wieść o porwaniu do Troi pięknej Heleny, Achilles, uwiedziony obietnicą nieśmiertelnej sławy, z innymi bohaterami gotuje się do walki. Razem z nim rusza Patroklos. Jeszcze nie wiedzą, że na polach pod Troją los upomni się o swoje – niezależnie od prób, które podejmą, aby go oszukać. To opowieść o bogach, królach, nieśmiertelnej sławie i ludzkich uczuciach.

Moja recenzja

Znani i lubiani autorzy fantastyki często korzystają z umieszczania mitologicznych postaci w nowych światach przedstawionych. Kilkukrotnie w swojej twórczości zrobił to Neil Gaiman, chociaż on nie ogranicza się do korzystania tylko z greckiego panteonu bogów. Innymi przykładami mogą być: komiks Wonder Women, gdzie główna bohaterka to córka Zeusa i Hippolity; seria o Percym Jacksonie, w której Rick Riordan opanował do perfekcji opowiadanie nowych przygód greckich bogów. Trochę inną stronę prezentuje nurt tak zwanych retellingów. Zamiast korzystać z umieszczania znanych postaci w nowym miejscu to raczej ponowne opowiadanie klasycznej historii. Biorąc do ręki książki Kirke i Pieśń o Achillesie możemy się spodziewać, że historia wiedźmy Kirke i herosa Achillesa odhaczy wszystkie znane nam fakty. Zatem w przypadku tego gatunku ważniejsze jest to, w jaki sposób autorka opowiada i jaki dodatkowy element chce przemycić w swojej książce niż sama fabuła, którą znamy przed lekturą.

Pieśń o Achillesie z opowieści o bezwzględnym greckim herosie robi historię o zmysłowej relacji między dwójką osób. Zaskakujący jest już styl narracji, pełen czułości, wrażliwego spojrzenia na życie wewnętrzne młodych chłopaków. Rzuceni w okrutny świat znajdują ukojenie w swoim towarzystwie. Razem czują się bezpiecznie, ramię w ramię łatwiej jest im stawiać czoła przeciwnościom. Achilles wyruszy na wojnę i zostanie bohaterem, tak jak opisano w Iliadzie. Jednak Pieśń o Achillesie skupia się przede wszystkim na jego życiu uczuciowym. Zmienia się też punkt widzenia, bo narratorem jest Patroklos, wierny towarzysz herosa. To jego oczami będziemy obserwować całą historię od pierwszego spotkania z Achillesem po sam kres wydarzeń (chyba wszyscy wiemy jak to się skończyło?). Przedstawienie tej dwójki jako kochanków nie jest niczym nowym – już Platon ich za takowych uważał. Miller w swojej opowieści proponuje to samo podejście i to zdecydowanie przyciąga czytelników. Pomimo wielu wzmianek o wojnie, gatunek książki bardzo mocno przypomina romans. Nie jestem jego fanką i zapewne dlatego lektura wielokrotnie mnie nudziła. Możliwe, że jestem już trochę za stara na takie wzniosłe młodzieżowe miłości. Gdybym to od Pieśni o Achillesie zaczęła przygodę z autorką to może byśmy się nie polubiły. Pierwsza jednak była Kirke.

“Circe,” by John Collier, 1885. źródło

W Kirke autorka postanowiła oddać głos jednej z kobiet, którą spotkał Odyseusz na swojej długiej drodze do domu. Moje skojarzenia z Kirke przed lekturą ograniczyły się do prostego: wiedźma, która zamieniała mężczyzn w świnie. Dla Miller punktem zapalnym do stworzenia retellingu było dość pobieżne przedstawienie postaci kobiecych w Odysei. Homer stworzył piękną opowieść o tęsknocie za domem i walce z przeznaczeniem, skupiając się na męskim punkcie widzenia. Miller to zmienia, ponownie stosuje czułą narrację, budując wnikliwy obraz życia wewnętrznego bohaterki. Z kart książki bije kobieca siła i upór. Kirke zostaje doświadczona przez los, odtrącona przez własną rodzinę, postanawia więc szukać chwil szczęścia wewnątrz sytuacji, w której się znalazła. Z zagubionej, naiwnej dziewczynki staje się symbolem kobiety z niesamowitą mocą. Radzi sobie z samodzielnym wychowywaniem dziecka czy najazdami mężczyzn, próbujących ją wykorzystać. Na początku jest ufna i otwarta, ale uczy się na własnej skórze rozpoznawać tych, którzy ją oszukują dla swojego dobra. Żeby ich rozpoznać musi zostać wielokrotnie doświadczona przez los i ludzi, których na swojej drodze spotyka. W Kirke również sporo miejsca poświęcone jest tematowi miłości, jednak żaden ze związków nie przykrywa wątku rozwoju głównej bohaterki. Świetnie sprawdziły się w książce wzmianki o sytuacjach, w których tytułowa postać „maczała palce”. Na kartach powieści spotkamy zatem Medeę i Jazona, Minotaura czy Dedala. Spędziłam w towarzystwie bohaterki kilka miłych godzin, szczególnie polecam formę audiobooka. Mi udało się go dorwać podczas akcji czytaj.pl.

Madeline Miller znalazła pomysł na swoją literaturę. Nie są to może powieści, które wstrząsną literackim światem czy zmienią naszą perspektywę patrzenia na klasyki. Przyniosą za to rozrywkę i pozwolą nam rozkoszować się przebywaniem w innym, alternatywnym świecie. Jest w czytaniu retellingów coś uspokajającego, bo w końcu znamy już tę historię, wiemy gdzie zmierza. Możemy zatem skupić się na wyłapywaniu wszystkich smaczków, które zostawiła nam autorka.

piątek, 6 stycznia 2023

Podsumowanie 2022

Poprzedni rok zakończyłam okrutnym chorowaniem, dlatego podsumowanie pojawia się później niż zazwyczaj. Towarzyszące mi zapalenie płuc mogę określić wisienką na torcie parszywego roku.

Rok 2022 nie należał do udanych. Wybuch wojny wstrząsnął wszystkimi. U mnie zbiegło się to w czasie z czytaniem książek „Podłość”, „Mam nadzieję” i „Gdzie jesteś, piękny świecie”. W tych tytułach jest wszystko, pominę zatem obszerniejszy komentarz. 

Książki

Poprzedni rok upłynął mi pod znakiem polskich autorów. Niemal połowa przeczytanych przeze mnie książek została napisana przez rodzimych pisarzy. Ma to również odzwierciedlenie w tegorocznej topce. Czuję, że lektury były bardziej zróżnicowane pod względem gatunkowym niż w poprzednich latach. Pojawiło się trochę fantastyki, ale zdecydowanie mniej niż zazwyczaj. Z tego gatunku tylko Piranesi i Sandman trafili do grona najlepszych. Wśród przeczytanych książek znalazło się miejsce dla kryminalnej historii w wykonaniu Marty Kisiel (Dywan z wkładką i Efekt pandy), reportaży Anny Gacek (Ekstaza. Lata 90. Początek) i Jakuba Wojtaszczyka (Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu), ciekawej literatury pięknej w wykonaniu Filipa Zawady (Weź z nią zatańcz) i Wita Szostaka (Szczelinami). Czytanie polskiej literatury to trend, który chętnie będę kontynuować w przyszłym roku.


Co do moich najlepszych  kolejność jest przypadkowa. Wszystkie te tytuły należą do grona ulubieńców.

  • Piranesi Susanna Clarke  za odskocznię od rzeczywistości i możliwość zatopienia się w tajemniczy świat labiryntu.
  • Sandman. Pora mgieł Neil Gaiman  za niepohamowaną wyobraźnię autora i odważne połączenie różnych mitologii w zgrabną całość.
  • To przez ten wiatr Jakub Nowak  za odważne podejście do opowiadania alternatywnej historii romansu Modrzejewskiej i Sienkiewicza.
  • Zagroda zębów Wit Szostak  za połączenie dwóch lubianych przeze mnie motywów: mitologicznych historii z różnymi możliwymi ścieżkami jednego życia.
  • Miasteczko Middlemarch George Eliot  za przedstawienie społeczeństwa niewielkiej prowincji, pełnego marzeń i aspiracji.
  • Inni ludzie Dorota Masłowska  za nowatorską formę i styl, dzięki któremu przez tę brudną historię płynie się z pełnym zaangażowaniem.

Filmy

Kiedy czuję się źle, kiedy chcę się oderwać od rzeczywistości  zawsze uciekam w świat kina. To przychodzi mi naturalnie. Do czytania muszę mieć odpowiednie nastawienie. W przypadku filmów od gatunku zależy czy potrzebuję się mentalnie przygotować. 

W tym roku przekonałam się, że lżejsze, bardziej rozrywkowe tytuły również potrafią przebić się do najlepszych seansów roku. Filmów obejrzałam prawie 150, więc wybranie tej garstki najlepszych było katorgą. Muszę przemyśleć rozszerzenie listy do dziesięciu pozycji w przyszłym roku. Albo ograniczyć oglądanie filmów. Brałam udział stacjonarnie w festiwalach Nowe Horyzonty i American Film Festival - na obu bawiłam się świetnie. Wyniosłam z nich jedne z najlepszych filmów roku (Alcarras, Aftersun). Mam nadzieję, że w przyszłym roku również uda mi się wziąć w nich udział. 

  • Krótki film o zabijaniu  za dwie niezapomniane sceny śmierci i świetnie napisany scenariusz.
  • Alcarras  za przeniesienie mnie w świat dzieciństwa i przedstawienie wszystkich odcieni życia w dużej rodzinie na wsi.
  • Wszystko wszędzie naraz  za szaloną jazdę bez trzymanki, film petardę, zaskakujący na każdym kroku, jednocześnie będący kameralną historią relacji matki z córką.
  • Ich noce  za przyniesienie uśmiechu na twarz w tych mrocznych czasach, dowód na to, że da się zrobić komedię romantyczną z klasą.
  • Najgorszy człowiek na świecie  za pochłonięcie mnie podczas seansu, przedstawienie czegoś tak bliskiego w oryginalny sposób.

Seriale

Seriale w tym roku ponownie były częstym towarzyszem moich wieczorów. Tasiemce dzielę na te, które oglądam sama i te, które oglądam razem z mężem. Dziwnym trafem do topki trafiły wszystkie, którym urządzaliśmy wspólny seans. Oprócz nich było sporo innych perełek, szczególnie komediowych. Obejrzałam dwa satysfakcjonujące zakończenia  Brooklyn 9-9 oraz Derry Girls, ciepluchną młodzieżówkę Heartstopper i na maksa wciągający Biały Lotos. Mam nadzieję, że przyszły rok również okaże się pod tym względem ciekawy. Szczególnie, że już zaczęłam dwa seriale pretendujące do grona najlepszych (Andor i The Bear). Trochę zostało do nadrobienia, bo wciąż przede mną Zadzwoń do Saula, Ozark oraz nowość  Rozdzielenie


  • Fleabag  za najlepszy scenariusz serialowy ostatnich lat, za umiejętne połączenie smutku z uśmiechem.
  • Sukcesja  za budowanie napięcia, które chwyta za gardło, za nieprzyjemne postaci, które chce się oglądać na ekranie.
  • Ted Lasso  za ciepło i uśmiech, które wywołuje i cudownego Sudeikisa w roli głównej.
  • Stranger Things  za genialny wątek w Hawkins, jedną z najlepszych postaci serialowych 2022 (Eddie) i kultową scenę z unoszącą się Max.
  • Ród smoka  za zaskoczenie, że w świecie Westeros mamy wciąż miejsce na ciekawe historie. I za smoki, wiadomo. 

Teatr

Tak się złożyło, że w tym roku udało mi się obejrzeć sporo spektakli. Na tyle, że poskładałam tutaj krótką listę moich ulubionych. Spora w tym zasługa dostępu do spektakli w ramach National Theatre Online. Bez większych wyjaśnień, to po prostu te spektakle, które trudno zapomnieć. W końcu nadrobiłam Hamiltona, który jest tak dobry jak wszyscy mówią. Sen nocy letniej to czysta rozrywka, Król, Rzeźnia numer pięć i Cesarz to spektakle, które pokazują, że twórcy radzą sobie z przenoszeniem prozy na deski teatru.


Życzę spokojnego roku 2023!

sobota, 10 grudnia 2022

Dwie strony świata Hollywood – „Siedmiu mężów Evelyn Hugo” i „Czyż nie dobija się koni”


Siedmiu mężów Evelyn Hugo
Taylor Jenkins Reid

Gatunek: powieść obyczajowa
Rok pierwszego wydania: 2019
Liczba stron: 536
Wydawnictwo: Czwarta Strona

Kiedy dostajesz możliwość zmiany swojego życia, bądź na nią gotowa. Świat niczego nie daje, musisz sama po to sięgnąć.

Opis wydawcy

To spotkanie zmieni życie Monique. Młoda dziennikarka dostaje propozycję przeprowadzenia wywiadu z Evelyn Hugo – aktorką, która ma za sobą imponującą karierę w Hollywood. Warunek jest jeden: ta rozmowa nie może zostać opublikowana przed śmiercią artystki. Evelyn opowiada o tym, jak wyrwała się z biedy i trafiła do wymarzonego świata kina. Sława, pieniądze, skandale i blask reflektorów… W Hollywood nikt nie jest bez grzechu. Dlaczego Evelyn ma za sobą aż siedem małżeństw? Kogo kochała naprawdę? Jej życie kryje tajemnice, które nigdy nie powinny trafić na pierwsze strony gazet.

Moja recenzja

Siedmiu mężów Evelyn Hugo to jeden z hitów bookstagrama. Każda kolejna książka autorstwa Taylor Jenkins Reid zdobywa w Polsce rzeszę fanów. Chyba nie ma dnia, żebym nie natknęła się na zdjęcie książki Daisy Jones & The Six (a ostatnio również na materiały promujące ekranizację) czy Malibu płonie. Jednak z trójki najczęściej proponowanych na pierwsze spotkanie postawiłam na Siedmiu mężów Evelyn Hugo  wystarczająco przekonywający był fakt, że główna bohaterka jest gwiazdą filmową złotej ery Hollywood.

Czytanie literatury obyczajowej jest dla mnie raczej niecodzienne, ale okazało się zadziwiająco miłym doświadczeniem. Autorka maluje świat Hollywood jako wyśniony cel, miejsce, w którym spełniają się marzenia, a szara myszka z byle zapyziałej dziury może zostać gwiazdą. Evelyn Hugo postanawia zawalczyć o swoje miejsce w tym świecie, a dochodzi tam nie po trupach, ale korzystając ze wsparcia kolejnych mężów. To kobieta, która wie jak korzystać ze swojej seksualności i z pełną świadomością używa jej, aby osiągnąć obrane cele.

Autorka dostarcza czytelnikom kilka zagadek, na których rozwiązanie będziemy musieli cierpliwie poczekać. Pierwszą z nich jest sama historia, jak doszło do tych siedmiu tytułowych małżeństw. Kolejną jest tajemnica prawdziwej miłości Evelyn Hugo. Na koniec najbardziej sensacyjna z nich  dlaczego aktorka wybiera akurat tę konkretną dziennikarkę jako autorkę, której zadaniem jest zapisać wspomnienia Hugo. Czytelnik wciąga się w tę historię, szczególnie, że styl pisania Reid jest bardzo prosty i lekki. Może książka nie podbiła mojego serca, ale była przyjemnym czytadłem. Tak przyjemnym, że chętnie sięgnę i po inne książki tej autorki.


Czyż nie dobija się koni?
Horace McCoy

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1935
Liczba stron: 152
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

-Dziwi mnie - powiedziała - że wszyscy przywiązują tak wielką wagę do życia, a tak małą do śmierci.

Opis wydawcy

Hollywood, lata 30. XX wieku, rekordowo wysokie bezrobocie. Gigantyczny maraton taneczny przyciąga rzesze znęcone obietnicą darmowego wiktu i tysiąca dolarów dla zwycięzcy: bezrobotnych aktorów, łowców nagród i ludzi bez perspektyw. Rozpoczyna się dziwna pogoń spoconych par za kołem fortuny. Dla niektórych stawką jest życie.

Moja recenzja

W Czyż nie dobija się koni? zobaczymy zupełnie inną stronę Hollywood. Horace McCoy przenosi nas do lat 30., gdzie poznaje się dwójka głównych bohaterów  Gloria i Robert. Dziewczyna wyniosła się z domu, żeby przebić się do świata filmu, a chłopak marzy o zostaniu słynnym reżyserem. Oboje utknęli w miejscu, a ich walka nie przynosi efektów. Postanawiają razem wziąć udział w maratonie tanecznym. Tańcząc do utraty sił, jedynie z krótkimi przerwami w ciągu dnia, mają nadzieję, że zostaną zauważeni przez kogoś ze świata filmu siedzącego na widowni.

Na kartach tej krótkiej książki znajdziemy opis wydarzeń dotyczących maratonu, przeplatanych z fragmentami wyroku w sprawie morderstwa. Nie ma tutaj jednak tajemnicy związanej ze zbrodnią, czytelnik od początku będzie wiedział kto pociągnął za spust i dlaczego. Autor da nam jednak wgląd w życie bohaterów, żebyśmy mogli zrozumieć skąd wzięły się uczucia, które popchnęły do tego zachowania. Bez szczegółów, bo nie znajdziemy tutaj długich opisów, czy rozbudowanej historii z przeszłości postaci. Dane nam będzie poznać jedynie strzępki odczuć, jak tęsknota za czymś nieuchwytnym, kiedy Robert patrzy w stronę oceanu.

Powieść McCoy'a uważana jest za pierwszą amerykańską powieść egzystencjonalną. Bohaterowie książki są przeraźliwie samotni i zagubieni, wydaje się, że maraton taneczny utrzymuje ich przy życiu. Ratują ich codzienne czynności, które muszą w kółko powtarzać. Oddzieleni od prawdziwego świata, zamknięci w kręgu tego rozrywkowego, a dla nich  wykańczającego zajęcia, mogą na chwilę przestać myśleć o tym, co dzieje się na zewnątrz. Kiedy jednak wydarzenie dobiega końca muszą wybrać dalszą drogę. Jaka ona będzie, przekonajcie się sami.

środa, 23 listopada 2022

Podsumowanie American Film Festival 2022

Po tegorocznej edycji American Film Festival doszłam do wniosku, że muszę trochę inaczej dobierać repertuar. Zawsze rzucam się na filmy z sekcji Highlights, gdzie znajdują się głośne tytuły, które jeszcze nie dotarły do kin w Polsce. Spotkało mnie tam kilka rozczarowań, spowodowanych zbyt wysokimi oczekiwaniami. Chyba pora zacząć szukać tytułów poza tą najgłośniejszą sekcją. Zanim jednak pomysły na przyszły rok, krótko o filmach, które udało mi się na tej edycji obejrzeć.

Wieloryb (2022), reż. Darren Aronofsky

Wieloryb wzbudził spore zainteresowanie krytyków już podczas weneckiego festiwalu filmowego. Powracający do świata filmu Brendan Fraser po seansie został nagrodzony kilkuminutowymi owacjami od publiczności. I z tymi oklaskami się zgadzam, ale z samym filmem nie do końca było mi po drodze.

Cierpiący na poważną otyłość nauczyciel angielskiego próbuje odbudować więź ze swoją nastoletnią córką.*

Wieloryb był najbardziej wyczekiwanym przeze mnie seansem tegorocznego festiwalu. Pozytywnie nastrajały mnie głosy zza granicy wychwalające nowy film Aronofsky'ego, powrót Frasera i parterująca mu Sadie Sink, którą znamy z roli Max w serialu Stranger Things. Wieloryb w moich oczach jest filmem niezłym, ale daleko mi do ekstazy większości krytyków. Aronofsky podąża znanym z ostatnich jego tytułów tropem  ponownie cytuje ustępy z Biblii, wplata wątki religijne w środek tej opowieści o chorobliwie otyłym człowieku, który próbuje odbudować relację z porzuconą przed laty córką. Ta religijność ma twarz młodego misjonarza, który bierze sobie za cel nawrócenie Charliego. Wątek młodego chłopaka był najbardziej rozczarowujący, a scena z kłótnią, w której chłopak w końcu wybucha, emocjonalnie się ze mną rozjechała. Jest to spory problem, szczególnie, że scena była zaplanowana na coś, co powinno poruszyć widza. Najciekawszym wątkiem wydawała się więź Charliego z córką, szkoda tylko że dziewczyna gra przez cały czas nastoletni bunt, pozbawiając swoją postać wielowymiarowości. Fragment z końca filmu trochę ratuje tę relację, ale jest tego zbyt mało i zbyt późno.

Wieloryb jest tak dobrze odbierany, bo Brandon Fraser udźwignął rolę Charliego z niesamowitą gracją. Jego wzrok mówi wszystko, wierzymy w jego przesadną naiwność. Przedstawienie go jako świętego, który widzi w innych tylko dobro, kiedy wokół dzieje się tak wiele okropności, działa tylko dlatego, że Fraser włożył w to tyle serca. Sam film można obejrzeć, jest duże prawdopodobieństwo, że zachwycicie się jak niektórzy. Ja zostaję raczej obojętna, ale warto zobaczyć na dużym ekranie właśnie dla Frasera w tej roli.

Jednym głosem (2022), reż. Maria Schrader

Zastanawiałam się czy warto iść na ten film w ramach festiwalu, bo kinową premierę będzie miał jeszcze w listopadzie. W końcu wskoczył do koszyka. Przed seansem nie nastawiałam się na nic specjalnego, dzięki czemu bardzo miło się zaskoczyłam.

W 2017 r. światem wstrząsnęła informacja o wielkim skandalu w Hollywood. Reporterki New York Timesa, Megan Twohey i Jodi Kantor przedstawiły historię, która skruszyła milczenie wokół tematu molestowania seksualnego przez najpotężniejszego producenta Hollywood- Harveya Weinsteina. *

Wiele osób wymieniało tytuły filmów, do których Jednym głosem jest podobny. Wśród nich znajduje się zdobywca Oscara, traktujący o pedofilskim skandalu wśród księży, czyli Spotlight. Zgadzam się, że sama konstrukcja Jednym głosem przypomina ten tytuł. Maria Schrader, reżyserka znana z dostępnego na Nefliksie Unorthodox, przedstawia chronologicznie całą historię dziennikarskiego śledztwa w sprawie Weinsteina. Tę opowieść ogląda się z ciągłym skupieniem, zwroty akcji i zaskoczenia czekają na każdym kroku, sprawiając że całość jest niemal sensacyjna. To, że ta historia naprawdę się wydarzyła wzbudza obrzydzenie. Droga do napisania artykułu przedstawiona została jako żmudna i pełna przeszkód, bo jak to powtarzają bohaterowie: to nie była walka z jedną osobą, ale z całym systemem, który chronił oskarżonego.

Jednym głosem nie jest filmem wybitnym, nie przeciera nowych szlaków w kinematografii, ale jest na tyle rzetelny, że widz wychodzi z seansu uświadomiony w temacie. Świetnie ogląda się te silne kobiety na drodze do celu, a Carey Mulligan ponownie kradnie uwagę za każdym razem gdy pojawia się na ekranie. Razem z Zoe Kazan tworzą dynamiczny duet, któremu z przyjemnością się kibicuje.

Do ostatniej kości (2022), reż. Luca Guadagnino

Nowy film reżysera Tamtych dni, tamtych nocy musiał znaleźć się na mojej liście do obejrzenia. Oczywiście, byłam świadoma, że to horror o kanibalach, ale stwierdziłam, że to przeboleję i uczepię się słówka romans w sloganach reklamowych. Reżyser się jednak nie wstrzymywał.

Młoda kobieta uczy się jak przetrwać na marginesie społeczeństwa.*

Już pierwsze sceny filmu potwierdzają, że oznaczenie Do ostatniej kości mianem horroru ma oczywiste podstawy. Na początku będziemy świadkami epizodu z bardzo krwawą konsumpcją części ciała przez główną bohaterkę, a wraz z biegiem historii tych obrzydliwych scen pojawi się więcej. Trudno mi powiedzieć jak bardzo są odpychające, bo przez ich większość trzymałam oczy zamknięte. Chociaż nawet wtedy dźwięki mlaskania były wystarczająco odrażające. Zatem  tak, w filmie o kanibalach będzie sporo jedzenia ludzi. Mając to ustalone, sam film zrealizowany jest naprawdę dobrze  czujemy niepokój, jak na gatunek przystało, ale jednocześnie poznajemy świat oczami osób, które od dziecka skazane są na życie poza społeczeństwem, odrzutków, samotników. Moment, w którym spotykają osobę, z którą potrafią znaleźć wspólny język, która jest w podobnej sytuacji, zwyczajnie podnosi ich na duchu. Olśnienie myślą: „nie jestem sama” sprawia, że życie nabiera więcej kolorów. Wiedząc to wszystko, wciąż trudno byłoby mi ten film komuś polecić, bo dla mnie to było o wiele więcej niż mogłam znieść.

Dobra jest w filmie Taylor Russel w głównej roli, świetnie partnerują sobie z Chalametem, ale aktorsko najbardziej wymiata Rylance, którego postać przyprawia o gęsią skórkę za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Jeżeli chodzi o romans między dwójką młodych aktorów, to niektórzy są zachwyceni, dla mnie ich chemia była po prostu w porządku, obyło się bez motylków w brzuchu. Nigdy nie wrócę do tego filmu, to jest pewne. 

Aftersun (2022), reż. Charlotte Wells

Jeden z filmów, który znalazł się w sekcji Highlights, ale akurat niewiele o nim słyszałam. Kilka razy przewinął mi się w poleceniach na Instagramie, ale zapamiętałam z tych informacji tylko to, że gra tam Paul Mescal. To jednak wystarczyło, żebym wybrała się do kina.

Młody ojciec Calum i jego córka Sophie wyjeżdżają razem do tureckiego kurortu. Podczas wspólnych wakacji, które nagrywają na kasecie VHS, stają się sobie bliżsi, niż kiedykolwiek.*

W Aftersun przedstawiona została relacja z wakacji ojca i córki. Historia przeplatana jest nieprofesjonalnymi nagraniami, wykonanymi przez głównych bohaterów. Trzydziestoletni ojciec nie jest na co dzień obecny w życiu jedenastoletniej córki. Postanawia zabrać ją na niezapomniane wakacje do kurortu w Turcji. Spędzają czas przy basenie, grają w bilard, wybierają się nurkować, a wieczorami słuchają hotelowych występów animatorów. Całość toczy się w bardzo powolnym tempie, kamera momentami przykleja się do ojca, który ćwiczy tai-chi, głęboko oddychając, innym razem do córki, która wpatruje się w rodzica jak w obrazek. Widzowie natomiast przyglądają się tym niewinnym czynnościom, wiedząc że zbliża się coś nieuchronnego. Nie do końca wiemy, z której strony to uderzy, ale wiemy, że coś nas czeka.

Film Charlotte Wells zapewne podzieli widzów, na tych, którzy się wynudzą i na tych oczarowanych  ja należę do drugiej grupy. To obraz bezwarunkowej miłości, ale zarazem zagubienia i duszenia się w swoim życiu. Piękna relacja, genialnie zagrana przez Paula Mescala i Francescę Corio. Paul trochę powtarza rolę z Normalnych ludzi, wydobywając całe pokłady wrażliwości i delikatności. Francesca to prawdziwa bomba, dziewczynka z naturalnością podbija serca widzów. 

Armagedon (2022), reż. James Gray

Warto wykorzystać każdą okazję do obejrzenia Anthony'ego Hopkinsa na dużym ekranie. Tym razem gatunek coming of age, czyli ten, który bardzo w kinie sobie cenię. 

Historia o dorastaniu w Queens w latach 80.*

W obsadzie filmu Armagedon znajdziemy kilka ciekawych nazwisk, bo oprócz Hopkinsa w roli dziadka (cudownego jak zawsze), w roli ojca zobaczymy znajomą twarz Jeremy'ego Stronga, znanego z serialu Sukcesja, gdzie wciela się w rolę Kednalla Roya i Anne Hathaway w roli matki. Niestety, nawet ta mocna obsada nie pomogła mi w zainteresowaniu się fabułą. Reżyser próbuje poruszyć wiele ważnych kwestii, szczególnie o segregacji rasowej, traktowaniu inaczej ludzi z różnych warstw społecznych, ale mówi też o przemocy w rodzinie i niezrozumieniu nastolatków. Sposób, w jaki to robi zupełnie mnie nie porusza i Armagedon był filmem, który mnie zmęczył i przede wszystkim wynudził. Banks Repeta w głównej roli ma odpowiednią ilość charyzmy, jego twarz przyciąga wzrok, ale niestety, aktorstko czasami odstaje od reszty obsady. To taki film, o którym za chwilę zupełnie zapomnę.

Marcel Muszelka w różowych bucikach (2022), reż. Dean Fleischer-Camp

Rzadko zdarza mi się wybrać podczas festiwalu na animację. Coś w zapowiedziach historii Marcela sprawiło, że musiałam kupić bilet na ten seans.

Marcel, który jest małą muszlą, zostaje gwiazdą Internetu. Dzięki zdobytej sławie zaczyna rodzić się w nim nadzieja na odnalezienie rodziny.*

Ciemna sala kinowa, godzina 10:30, a ja cała zapłakana. Dzięki Marcel!

Kiedy zobaczyłam, że Marcel mieszka z babcią, bo został rozdzielony z rodziną, to już wiedziałam, że czeka mnie rzeka łez. Czasami mam wrażenie, że jak sobie to uświadomię, to będę mogła się przygotować i może trochę powstrzymać. W tym przypadku się nie udało. Marcela poznajemy dzięki dokumentowi, który tworzy mężczyzna, wynajmujący dom muszelek przez Airbnb. Ta forma mockumentu sprawdza się idealnie, Marcel jest otwartą muszelką i chętnie dzieli się swoimi wynalazkami, które pomagają mu w codziennym życiu. Jest pełen optymizmu, mimo że wielokrotnie dostał od życia w kość, jest czuły, opiekuje się swoją babcią, martwi o jej stan zdrowia. Jest ciekawy świata, zalewa pytaniami mężczyznę, który trzyma kamerę. Przez to, że dobrze go poznajemy, trzymamy kciuki za dalsze poszukiwania tego małego bohatera.

Marcel Muszelka w różowych bucikach to seans wzruszający, ale zarazem pełen ciepła i światła. O potrzebie życia w społeczeństwie, codziennych bolączkach i wierze, że zawsze można znaleźć wyjście z sytuacji. To film niekonwencjonalny, świetnie napisany, który widza rozbawi, ale też skłoni do refleksji. Chyba mój ulubiony film festiwalu.

McCabe i pani Miller (1971), reż. Robert Altman

Retrospektywa Roberta Altmana na festiwalu cieszyła się sporym zainteresowaniem, wiele osób było zachwyconych możliwością obejrzenia jego filmów na dużym ekranie. Ja znam jego twórczość ze świetnego Gosford Park i mocno pokręconego Trzy kobiety. Nie wiedziałam czego się spodziewać, więc postanowiłam wybrać sobie tylko jeden tytuł z repertuaru.

Zawodowy hazardzista i mająca głowę do interesów prostytutka otwierają dom publiczny. Interes szybko zaczyna prosperować, co nie podoba się lokalnej korporacji.*

Od razu po zakończeniu seansu zaczęłam żałować, że wybrałam tylko jeden film Altmana do nadrobienia. Co to była za przyjemność!

Pisałam o tym już niejednokrotnie, ale ja za westernami nie przepadam, za to coraz częściej z ciekawością zerkam na gatunek antywesternu. Altman prezentuje go od najlepszej strony. Jego Dziki Zachód jest chłodny, pełen dobrze zbudowanych postaci, fabuła jest wciągająca, a klimat gęściutki. I cieszy obecność tych kilku piosenek Leonarda Cohena, które pasowały tutaj idealnie.

Fabuła filmu na papierze nie brzmi interesująco, ale Altman sprawia, że chcemy to oglądać, chcemy wiedzieć jak potoczą się losy tytułowej dwójki. McCabe to mężczyzna, któremu udało się dobrze zainwestować pieniądze, nieustannie popija whiskey z surowym jajem i gra w pokera. Pani Miller nie daje sobie w kaszę dmuchać, prowadzi interes z zaciętością i dbałością o detale, marząc o wyrwaniu się ze swojej sytuacji. Sceny między tą dwójką są intensywne, trudno od nich oderwać wzrok. Nie potrafię wyjść z podziwu, że aż tak dobrze się na tym filmie bawiłam. Może ta ostatnia sekwencja była zbyt przeciągnięta, ale zrzucam to na karb roku produkcji  kiedyś takie sceny polowania budowały napięcie, teraz odczuwa się je jako trochę nużące. W każdym razie, Altman w tym wydaniu cudowny.

Jethica (2022), reż. Pete Ohm, Acidman (2022), reż. Alex Lehmann

W ramach edycji online postanowiłam wybrać tytuły z sekcji Spectrum. Na pierwszy ogień poszedł tegoroczny zwycięzca, czyli Acidman.

Film wyreżyserował Alex Lehmann. Jeden z jego poprzednich filmów, Blue Jay, który jest dostępny na Netfliksie, bardzo mi się spodobał. W Acidmanie przedstawiona została historia trudnej relacji między ojcem a córką. Mężczyzna jest nieco oderwany od rzeczywistości, uciekł od życia rodzinnego lata temu, urywając kontakt z bliskimi. Po żmudnych poszukiwaniach, córce udaje się go odnaleźć, mieszkającego na odludziu, gdzie oddaje się swojemu hobby, czyli próbom nawiązania kontaktu z istotami pozaziemskimi. Przepiękne są w tym filmie zdjęcia, które oddają klimat samotności tej dwójki, obawy przed życiem w społeczeństwie i podporządkowaniu się normom. Czasami ucieczka wydaje się jedynym wyjściem, ale przy wsparciu drugiej osoby może się okazać, że warto powalczyć o szczęście. Chemia między aktorami niesamowita, na słowa uznania zasługują oboje: Dianna Agron i Thomas Haden Church. Blue Jay podobał mi się ciut bardziej, ale i Acidman wart jest obejrzenia.

Drugim tytułem ze Spectrum, który obejrzałam był film Jethica. Akcja zaczyna się opowieścią Eleny o tym jak spotkała po latach Jessicę. Dziewczyna zwierzyła się z problemu ze stalkerem, który śledzi każdy jej krok. Postanowiła wprowadzić się do Eleny na jakiś czas. Są tutaj momenty, których nie powstydziłby się dobry thriller, jak scena w której widzimy zbliżającego się do okna mężczyznę, a po zasunięciu i odsłonięciu rolet nikogo na zewnątrz nie ma. Moje serce zaczęło bić ciutkę szybciej. To opowieść o potrzebie znalezienia kompana na całe życie i o bólach życia w samotności. Ma momenty, chociaż na długo w pamięci zapewne nie zostanie.

Bezkresne lato (1966), reż. Bruce Brown, Bonnie (2022), reż. Simon Wallon

Zazwyczaj omijam filmy dokumentalne na festiwalu, ale pomyślałam, że może warto w tym roku to zmienić. I był to bardzo dobry pomysł. Kiedy włączyłam Bezkresne lato nie spodziewałam się, że obejrzę najbardziej rozrywkowy film festiwalu. To opowieść o dwójce surferów z Kalifornii, którzy przemierzają świat w pogoni za latem, odnajdując nieodkryte jeszcze plaże z falami zdatnymi do uprawiania surfingu. Brzmi to dość prosto, ale sam dokument zyskuje na odbiorze przez formę, jaką reżyser zaproponował. Przez cały czas trwania słuchamy głosu narratora, który korzystając z humorystycznych tesktów opisuje poszczególne ujęcia. Dzięki temu, ogląda się to jak lekką komedię, z której aż bije ciepło. Bliżej zakończenia pomysł na tę formę zaczyna się wyczerpywać i lekko męczyć, ale i tak seans należy do przyjemnych.

Równie dobrze wspominam drugi dokument, czyli Bonnie. W dokumencie przedstawiona została sylwetka Bonnie Timmermann, słynnej reżyserki castingu (casting director). To ona odkryła takie gwiazdy jak Sean Penn, Jennifer Grey, Liam Neeson, Benico del Toro czy Steve Buscemi. W filmie Bonnie dzieli się swoimi doświadczeniami, opowiada o swoich wycieczkach do niszowych teatrów w poszukiwaniu talentów, opisuje jak wygląda standardowy casting, który przeprowadza z początkującymi aktorami. Te historie przeplatane są z archiwalnymi nagraniami z castingów, w których brały udział gwiazdy Hollywood. Możemy oglądać m.in. aktorów, którzy nie otrzymali angażu, chociaż poradzili sobie świetnie przed ekranem, jak Kate Winslet, czytająca do roli Lauren z Gorączki, którą otrzymała w końcu Natalie Portman. Ciekawy wgląd w to, jak trudną ścieżką kariery jest aktorstwo i jak ważny jest ten szósty zmysł i upartość, którą może pochwalić się Bonnie Timmermann.

American Shorts

Pierwszy raz na festiwalu postanowiłam również obejrzeć paczkę krótkometrażówek. Mogę szczerze polecić tę formę, w przeciągu godziny można zapoznać się z pięcioma bardzo różnymi filmami. Żaden nie ma okazji nas znudzić, bo trwają maksymalnie piętnaście minut. W tegorocznej paczce krótkometrażówek kilka się wyróżniało. Na pewno F^¢K '€M R!GHT B@¢K, z którego pochodzi zdjęcie. Okazał się dobrym filmem otwarcia. Raper Sammy piosenką potrafi rozświetlić każdy dzień. W jednym z tytułów pojawił się głos w sprawie dostępu do broni w Ameryce, w innym o zmianach klimatycznych, które zachodzą za naszym oknem, a my udajemy, że ich nie widzimy. W wersji online znalazła się również krótkometrażówka o kulisach powstania filmu Inaczej niż w raju i ten seans natychmiast pokochałam  nie dość, że historia debiutu Jarmuscha była ciekawa, to jeszcze forma animacji, którą zaproponowali twórcy była odkrywcza i idealnie pasowała do klimatu Inaczej niż w raju.


Do zobaczenia za rok, AFF!


* opisy filmów pochodzą z portalu filmweb

czwartek, 17 listopada 2022

Różne oblicza fantastyki – „Czerwony śnieg”, „Ruchomy zamek Hauru” i „Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib”

W tym roku wśród przeczytanych przeze mnie książek niewiele znalazło się gatunku fantastyki. Poczułam ukłucie tęsknoty i rzuciłam się do tych króciutkich opowieści z dzisiejszego wpisu. Skutecznie mi przypomniały ile różnych emocji może skrywać w sobie ten gatunek. Mój wybór padł na mrożący krew w żyłach horror, słodką i magiczną opowieść dla młodszych czytelników oraz kolejną część Diuny w wersji graficznej.


Czerwony śnieg
Ian R. MacLeod

Gatunek: fantastyka/horror
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: MAG

Plany się zmieniają. Albo w ogóle przestają być planami.

  

Opis wydawcy

Na pobojowisku po ostatniej wielkiej bitwie Wojny Secesyjnej rozczarowany życiem unionista-lekarz natrafia na obrabiającą trupy dziwną postać i jego życie zmienia się na zawsze… 

W Strasburgu, parę lat przed Rewolucją Francuską, konserwator obrazów dostaje zlecenie namalowania cyklu portretów pięknej kobiety w różnych fazach jej życia, choć sama kobieta najwyraźniej się nie starzeje… 

W Nowym Jorku z czasów prohibicji młoda marksistka pojawia się nagle wśród elit, w dodatku podszywając się pod osobę, która nigdy nie istniała…

Moja recenzja

Historii o wampirach powstało już bardzo wiele, ale Czerwony śnieg należy do grona tych, które potrafią zaskoczyć czytelnika. Chociaż warto zaznaczyć, że nie należę do znawców tego tropu w literaturze. Czytałam jedynie klasykę gatunku, czyli Draculę Brama Stokera i kilka młodzieżówek, w których wampir był bardziej obiektem westchnień niż przerażającym potworem.

W Czerwonym śniegu przede wszystkim intrygująco wypada klimat opowiadanej historii. Autor potrafi przenieść czytelnika do czasów wojny secesyjnej, snuje powolną opowieść, w której przeplata się kilka wątków. W pierwszej części przyjrzymy się życiu pewnego rodzeństwa, pochodzącego z bogatej rodziny i ich przyjaciela – Karla Haupmanna. Karl to lekarz wojskowy, który służył na wojnie. Kiedy ta dobiegała końca, kiedy gdzieś w Ameryce podpisywano już traktat pokojowy, on zagłębił się w las, gdzie zmieniło się całe jego życie. MacLeod pozwala nam poczuć przerażenie żołnierzy i bliskość śmierci. Jego opisy potrafią wywołać dreszcz przerażenia, a scena krwawej masakry w kościele zostaje na długo w pamięci. Autor decyduje się na przeskoki w czasie, przedstawia nam bohaterów, którzy przejmują historię od Karla. Niektóre wątki były ciekawe, jak opowieść o Sybilli Lys, ale inne przygaszały napięcie. Zdecydowanie nie jest to typowa historia o wampirach, warto się przygotować, że tempo akcji należy raczej do powolnych.

Czerwony śnieg okazał się dobrym wyborem na halloweenowy wieczór. Literatura wprowadziła mnie w klimat grozy, krew została przelana wielokrotnie, a jednocześnie nie był to zbyt mocny kaliber. Nawet taka strachliwa buła jak ja zniesie te opisy. Umieszczenie akcji w Stanach Zjednoczonych, w czasach wojny secesyjnej wypadło oryginalnie. Z zainteresowaniem śledziłam losy Karla Haupmanna, dżentelmena w nieodłącznym meloniku i ciemnych okularach, uzbrojonego w rewolwer ze srebrnymi kulami oraz zapas morfiny. Kibicowałam mu w poszukiwaniach głównego sprawcy swojego nieszczęścia. Postaci mistycznej, legendarnej bestii, która to wszystko zapoczątkowała. Czy udało mu się ją znaleźć – musicie przekonać się sami.


Ruchomy zamek Hauru
Diana Wynne Jones

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2001
Liczba stron: 310
Wydawnictwo: Nowa baśń

Jako młoda dziewczyna Sophie spaliłaby się ze wstydu za swoje zachowanie. Jako staruszka nie przejmowała się niczym, co zrobiła czy powiedziała. Co za ulga.  
 

Opis wydawcy

Młoda Sophie Kapeluszniczka, z krainy zwaną Ingarią, przykuwa niechcianą uwagę czarownicy i zostaje zamieniona w staruszkę… Decydując, że nie ma nic do stracenia, wyrusza do ruchomego zamku czarodzieja Hauru, który podobno zjada dusze młodych dziewcząt… 

W zamku Sophie spotyka Michaela, ucznia Hauru, oraz Kalcyfera, demona ognia, z którym zawiera pewien pakt.  

Moja recenzja

Jeżeli mnie pamięć nie myli, Ruchomy zamek Hauru był pierwszą animacją ze studia Ghibli, którą obejrzałam i była to natychmiastowa miłość. Te dziesięć lat temu przeszukiwałam biblioteki w celu odnalezienia książkowego pierwowzoru – bezskutecznie. Na szczęście wydawnictwo Nowa Baśń postanowiło ją wznowić.

Historia Sophie Kapeluszniczki z jednej strony jest bardzo wiernie oddana w animacji, ale z drugiej różni się w wielu ważnych kwestiach. Sprawiło to, że lektura przypomniała mi obrazki znane z dzieła Miyazakiego, ale równocześnie nie przestawała trzymać w ciągłej niepewności. Przyznaję, że ten powrót do magicznego zamku na nóżkach, napędzanego siłą demona ognia, Kalcyfera, okazał się czystą przyjemnością. Uwielbiam charaktery Sophie i Hauru, bo oboje są tak dalecy do ideałów. Dziewczyna jest bezczelna, a czarodziej narcystyczny i jest to niespotykane, a zarazem cudowne. Diana Wynne Jones pokazuje ogrom swojej wyobraźni, jej pomysły za każdym razem szokują i oczarowują czytelnika. W zamku na nóżkach znajdują się drzwi prowadzące do czterech różnych krain, które mają swój mały świat przedstawiony, zatem autorka zamiast wymyślać jedno magiczne miejsce, opisała od razu cztery. Czego tutaj nie ma! Pojawia się klątwa, w której wiedźma zamienia dziewczynę w staruszkę, magiczny strach na wróble, który utknął na pustkowiu wśród kamieni, czarodzieje przekazujący wiedzę o zaklęciach młodym adeptom, król poszukujący pomocy w odnalezieniu swojego brata. I wszystkie te wątki znajdują rozwiązanie w pięknym finale.

Ruchomy zamek Hauru to raczej powieść dla młodszych czytelników, ale ja znalazłam w niej spokój, którego potrzebowałam. Przeniesienie się do świata baśniowej literatury pomaga w gorszych chwilach, a ten tytuł należy do słusznie docenianych dzieł gatunku fantastyki młodzieżowej. Nie ma się co dziwić, że czytelnicy zachwycają się nim nawet prawie czterdzieści lat po premierze.


Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib
Raul Allen, Kevin J. Anderson, Brian Patrick Herbert, Frank Herbert, Patricia Martin

Gatunek: komiks
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: Rebis

Dżamis nauczył mnie, że kiedy zabijamy, płacimy za to.
 

Opis wydawcy

Młody Paul Atryda i jego matka, lady Jessika, znaleźli się na głębokiej pustyni Arrakis. Zdradzeni przez zaufanego lekarza, doktora Yuego, i skazani na zgubę przez swych największych wrogów, Harkonnenów, aby przeżyć, muszą odnaleźć tajemniczych Fremenów. W miarę odkrywania pilnie strzeżonych sekretów planety każde z nich staje przed wyborami, które odmienią ich losy – i życie – na zawsze.

Moja recenzja

Kolejna odsłona komiksu, w którym przedstawiona została historia znana z Diuny Franka Herberta. To świetny kąsek dla fanów pierwowzoru, idealnie sprawdzi się też jako prezent. Ja oryginał czytałam już jakiś czas temu, więc ten powrót okazał się ekscytujący. Szczególnie, że jesteśmy po pierwszej części ekranizacji, a czeka nas jej kontynuacja. Komiks pokrywa wydarzenia z obu tych części, zatem trochę przypomni wydarzenia, które już widzieliśmy na ekranie, ale pójdzie też o krok dalej.

Powrót na planetę Arrakis sprawia sporo frajdy. Powieść graficzna nie służy do eksploatowania tematów poruszanych w Diunie, bo te rozważania polityczne czy ekologiczne trudno przenieść na karty komiksu. Natomiast świetnie radzi sobie z przedstawianiem świata. W obrazach nocnej pustyni czuć czającą się pod piaskiem grozę, podczas scen walk z grafik bije niesamowita dynamika. Na jeden z bardziej wymagających elementów fabuły zapowiadała się wizja Jessici. W tym przypadku twórcy również potrafili oddać odczucia, które pamiętałam z lektury. Obudzili we mnie pełne ekscytacji oczekiwanie, żeby zobaczyć te same sceny na dużym ekranie w kolejnej odsłonie ekranizacji.

Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib to świetna okazja do odwiedzenia słynnego już świata przedstawionego. Sprawdza się jako uzupełnienie do książki, grafiki są wizjonerskie i oddają klimat powieści. Polecam, przede wszystkim jako prezent dla fanów pierwowzoru.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka