środa, 15 września 2021

Biurowa rodzina, czyli dlaczego „The Office” jest najlepszym sitcomem

Ostatnio internetowy świat obiegła wiadomość, że słynny tytuł The Office, który do tej pory dostępny był na Amazon Prime, od października pojawi się w ofercie Netflixa. Ten amerykański sitcom, który na przestrzeni lat 2005-2013 rozrósł się do dziewięciu sezonów, przedstawia historię pracowników biura, którzy w firmie Dunder Mifflin sprzedają papier. Twórcy serialu zdecydowali się nadać mu mockumentalną formę, czyli taką satyrę naśladującą dokument. Sam pomysł został zaczerpnięty z brytyjskiego pierwowzoru, o tym samym tytule, który został wyprodukowany przez Ricky'ego Gervaisa. I chociaż oryginalnej wersji nie oglądałam, to mogę powiedzieć, że amerykański The Office świetnie sobie z tematem poradził i na ten moment to najzabawniejszy sitcom, jaki oglądałam.

O serialu słyszałam dużo wcześniej, ale jakoś nie mogłam się przemóc, żeby zacząć go oglądać. Widziałam kiedyś jeden odcinek na Comedy Central i cóż, totalnie mnie odstraszył  formuła mockumentu zupełnie mi wtedy nie podeszła, a żarty wydawały się mocno nie na miejscu. Wciąż jednak natykałam się na pozytywne reakcje, a kultowe gify czy fragmenty z serialu atakowały mnie przy okazji wielu konwersacji ze znajomymi, bardzo często w pracy (klimat panujący na „ołpenspejsie” w korporacji bardzo przypomina ten biurowy). Nawet bez znajomości serialu trudno nie kojarzyć Michaela karmiącego gołębie chlebem tostowym czy skaczącego na kanapę z okrzykiem „Parkour!”. W końcu po zmianie pracy nowi znajomi wręcz wymusili na mnie obejrzenie The Office, bo „jak to możliwe, że jeszcze go nie widziałam?!”. I teraz mogę być im tylko wdzięczna.

Mockument

Jednym z filarów serialu jest podejście do jego nakręcenia  wszystko utrzymane jest w formacie mockumentu, czyli takiego sztucznego dokumentu. Ja już zdążyłam pokochać ten gatunek dzięki Taika Waititiemu i filmowi, a później także serialowi, Co robimy w ukryciu. Okazuje się, że taka forma daje mnóstwo możliwości na poprowadzenie wątków komediowych, a w The Office idealnie sprawdza się jako podstawa żartów  czasami wystarczy znaczące spojrzenie aktora w kamerę, taki krótki, niemy komentarz, który wywołuje u nas reakcję. Innym razem żart zostaje dopełniony, kiedy sytuację w biurze komentuje osoba, z którą akurat przeprowadzany jest mini wywiad. Przez to, że postacie wypowiadają się indywidualnie do kamery widzowie mogą łatwiej zbudować z nimi więź i sympatyzować nawet z najdziwniejszymi charakterami. Bo, jak tutaj nie kochać Creeda, mimo wszystkich jego odjazdów?

Bohaterowie

Trudno się sprzeczać z faktem, że najbardziej kojarzonym bohaterem The Office jest szef biura, Michael Scott, brawurowo zagrany przez Steve'a Carrella. To on jest bohaterem największej ilości memów, to on nadał ton początkowym sezonom i to zapewne dzięki jego charyzmie możemy się cieszyć aż dziewięcioma sezonami. Postać Michaela jest bardzo osobliwa  podczas opisywania jego charakteru można się zastanowić czy możliwe jest w ogóle polubienie takiego człowieka. W końcu to bohater, którego żarty są często obraźliwe, do tego jest ignorantem, w pracy leniuchem i ogólnie nie wygląda na osobę, z którą chciałoby się przebywać. A i tak przez większość serialu oczekujemy tylko na sceny z jego udziałem. Finalnie zdobywa masę sympatii, bo obok wielu wad ma też cechy, których trudno nie docenić – jest opiekuńczy, zawsze chce najlepiej dla swoich przyjaciół (a za przyjaciół uważa wszystkich pracowników biura), no i po prostu ma dobre serce. Jednak Michael opuszcza serial w siódmym sezonie. Jak zatem udało się przedłużyć żywot The Office? Po prostu dobrze wykreowanymi bohaterami towarzyszącymi.

Oprócz Michaela Scotta mamy jeszcze kilku głównych bohaterów. Jest Jim (John Krasiński), słodki chłopak zapatrzony w recepcjonistkę Pam (Jenna Fisher). Jest Dwight Schrute (Rainn Wilson), znawca w temacie buraków, Battlestar Galactica i niedźwiedzi, jest Angela, kocia mama, wciąż narzekająca na wszystko wokół, jest Phyllis, matczyna, choć posiadająca i zadziorną stronę, jest Stanley, codziennie wyczekujący wybijającej godziny 17stej. Odpuszczę opis każdego, ale chodzi o to, że postaci te są mocno charakterystyczne, każdy z nich ma jakieś typowe dla siebie zachowanie, często o zabawnym zabarwieniu, a przez to relacje między nimi są żywe i interesujące. To dzięki sporej ekipie świetnych bohaterów udaje się pociągnąć historię, nawet bez Michaela.

Humor

Wrócę na chwilę do faktu, że wyrwany z kontekstu odcinek mnie zupełnie nie bawił. Wydaje mi się, że jest to kwestia tego, że humor opiera się tutaj na poznaniu bohaterów i śmiech ze względu na zachowanie konkretnych postaci w danej sytuacji. Czasami same kwestie nie byłyby zabawne, ale kiedy wypowiada je dany bohater to zaczyna nas rozśmieszać, dlatego obejrzenie przypadkowego odcinka nie przynosi nam frajdy, a może ją sprawić dopiero poznanie kontekstu. Inną sprawą jest sam pomysł zamiany typowych momentów cringe'owych na żart. Trudna to rzecz, bo jednak kiedy widzimy takie sytuacje automatycznie mamy coś, co nazywamy czasami „ciarkami głupoty”. Tutaj magicznie wiedziałam, że to żart, może przez dociśnięcie cringe'u do maksimum, dzięki czemu jesteśmy świadomi, że weszliśmy w świat komedii i takie sytuacje pokazane są w zupełnie innym świetle. Po prostu często zupełnie nonsensowne historie przeobrażają się w czysty komizm. Po raz kolejny też zaznaczę, że humor w The Office jest mocno niepoprawny politycznie, potrafi urazić wiele grup społecznych i kto wie, może współcześnie nie mógłby już powstać. Jednak magicznym sposobem dalej rozbawia widzów do łez. Dodatkowo postaci zagrane są na medal, ponieważ aktorzy w tych dziwnych sytuacjach pozostają zupełnie prawdziwi. Ostatnią kwestią, którą chyba warto poruszyć jest fakt, że w The Office nie znajdziemy „śmiechu z puszki”. Mnie osobiście zazwyczaj on nie przeszkadza, ale uważam, że to był świetny wybór  taki sztuczny śmiech zupełnie zrujnowałby pomysł na „realistyczny dokument”, a ponadto widz może sam zdecydować co go bawi, a co nie.

Aktorstwo

Ogólnie przyjmuje się, że trudniej jest zrobić dobrą komedię niż dobry dramat. W przypadku tworów zabawnych często łatwiej jest przesadzić bądź zupełnie nie trafić w gusta widzów. Wiele elementów musi się tutaj zgadzać, a finalnie wszystkie pomysły scenarzystów, reżyserów muszą zrealizować aktorzy. W przypadku The Office wydaje się, że ludzie od castingu to jacyś geniusze komedii, bo oprócz tego, że członkowie obsady idealnie pasowali do swoich postaci, to dodatkowo tworzyli niesamowite relacje z pozostałymi bohaterami. Na początku powtórzę, że królem komedii jest dla mnie Steve Carell, który z każdej kwestii potrafił wykrzesać dodatkowy potencjał. Kiedy deklaruje bankructwo  absurdalnie wykrzykuje zdanie, kiedy wypowiada słynne „I understand nothing” – jego twarz nie wyraża niczego. Dokładnie wie w jaki sposób sprzedać nam tekst, który bawi i idealnie pasuje do jego charakteru. 

Widać, że wszyscy aktorzy jadą na tym samym wózku i czasami godzą się na pozostanie w cieniu, żeby dać innym zabłyszczeć. Najważniejsze, że kurczowo trzymają się swoich charakterów. Zabawnie jest później oglądać materiały zza kulis, gdzie Angela jest uosobieniem słodyczy, kiedy zna się tę serialową wersję, wiecznie niezadowoloną i oczekującą perfekcji. Dodatkową ciekawostką może być fakt, że wiele postaci w serialu ma tak samo na imię jak aktorzy ich grający. Nie dotyczy to może tych głównych, ale przykładowo: Angeli, Phyllis i Creeda.

Uczucia

Jeżeli mówimy o The Office to przede wszystkim podkreślamy zabawny aspekt serialu. Jednak to, co sprawia, że z czystą miłością wspominamy seans, to zupełnie inna rzecz. Widzowie po prostu wchodzą w głowy bohaterów i zaczynają z nimi sympatyzować. Wszystko zaczyna się od relacji Jima i Pam, jednej z najlepszych serialowych par. Aktorzy wykrzesali morze chemii, scenarzyści pomogli rozpisać tę historię na dziewięć sezonów, przez które wciąż za tę dwójkę trzymamy kciuki. Wiadomo, że początek jest dość trudny, pojawia się typowy wątek „mam już partnera” i często zbliżamy się niebezpiecznie do tematu zdrady. Wciąż, patrzę na to przymrużonym okiem, bo aktorom udało się z tego wiele wyciągnąć. Szybko jednak się okazuje, że nie tylko ta dwójka wzbudza ciepłe emocje. Po wielu odcinkach zrozumiemy w końcu, że Michael to tak naprawdę dziecięca słodycz zamknięta w ignoranckiej otoczce dorosłości. Będziemy czekać na każdą kolejną scenę Jima i Dwighta, których relacja początkowo polega na sporej ilości kawałów, a pod robieniem sobie na złość tkwi cała masa sympatii. Z radością przyjmiemy także kolejny idiotyczny pomysł pary Ryan-Kelly.


Po co to wszystko?

Polecając The Office wystarczy powiedzieć o jego rozrywkowej stronie, o świetnie połączonych powtarzających się gagach, jak te z That's what she said albo o cudownych cold openingach, które można sobie odtwarzać w nieskończoność, bo nie potrafią się znudzić. Jednak to również jest serial, który pokaże nam, żeby nie brać wszystkiego w życiu na serio, że czasami wystarczy się z czegoś zaśmiać, a zły okres dopada każdego, ale finalnie minie. Dla mnie najważniejsze było jeszcze coś innego: uświadomienie sobie, że różni ludzie mają różne priorytety i czasami wyścig szczurów w celu otrzymania najlepszej pracy nie ma sensu. Czasami znalezienie miejsca dla siebie, w którym przyjemnie się czujemy, gdzie otaczają nas dobrzy ludzie, po prostu wystarcza, a codzienne życie nie musi być pełne fajerwerków, możemy się po prostu cieszyć z najzwyklejszego dnia precla w pracy. I to jest w porządku.

czwartek, 26 sierpnia 2021

Czego o emocjach dowiemy się z literatury azjatyckiej – „Ministerstwo moralnej paniki” Amanda Lee Koe i „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawa

Ministerstwo moralnej paniki
Amanda Lee Koe

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 216
Wydawnictwo: Tajfuny

Ja ci mówię o moich uczuciach, a ty zachowujesz się, jakby chodziło o ciebie. A twoje uczucia nie dotyczą przypadkiem mnie?

Opis wydawcy

Ministerstwo moralnej paniki to tytuł kultowy na singapurskiej scenie literackiej. Debiut nagrodzony w 2014 roku Singapore Literature Prize for Fiction i Singapore Book Award w 2016 roku zachwycił wszystkich. Nic dziwnego – w każdym opowiadaniu autorka przekracza literackie normy, łamie społeczne tabu, żeby – koniec końców – napisać o tym, co w życiu najważniejsze.


Moja recenzja

Od dłuższego czasu na Instagramie można było oglądać zdjęcia książek, które na polskim rynku pojawiły się dzięki wydawnictwu Tajfuny. To powieści azjatyckich autorów, które spotkały się w dużej mierze z pozytywnym odbiorem wśród polskich czytelników. Sama postanowiłam dać im szansę i zamówiłam tytuł chyba najmocniej chwalony czyli Ukochane równanie profesora, a później dobrałam do tego jeszcze Ministerstwo moralnej paniki. Ta druga książka, autorstwa Amandy Lee Koe, wygląda bardzo niepozornie, a na jej zaledwie 216 stronach znajdziemy kilkanaście opowiadań.

Chciałabym zacząć krótko od tego, że obie książki z tej notki są przepięknie wydane. Bardzo proste, graficzne okładki przyciągają wzrok, a cała seria ma charakterystyczny wygląd, który od razu przykuwa wzrok. I szczerze powiedziawszy już dla samej oprawy graficznej chciałabym wszystkie pozostałe tytuły mieć na swojej półce.

W Ministerstwie moralnej paniki Amanda Lee Koe, singapurska autorka, eksploruje temat miłości, w różnych układach i sytuacjach, podczas starcia się różnych kultur czy osobowości, dotyczących ludzi pochodzących z różnych grup społecznych. Jak na zbiór opowiadań przystało, niektóre teksty wypadają lepiej od innych, ale muszę przyznać, że podczas czytania można wyczuć wspólny mianownik i to właśnie temat potrzeby miłości sprawnie połączy poszczególne opowiadania. Styl autorki określiłabym jako dość oszczędny, ale w magiczny sposób pozwala nam odczuwać te wszystkie bolączki emocjonalne bohaterów. Muszę przyznać, że Ministerstwo moralnej paniki finalnie zrobiło na mnie większe wrażenie niż Ukochane równanie profesora, w tym tomiku znalazłam o wiele więcej tematów mi bliskich, a brak oczekiwań wobec niego pozwolił na czystą przyjemność z poznawania kolejnych tekstów.

Ukochane równanie profesora
Yōko Ogawa

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2019
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: Tajfuny

Nawet w przypadku najprostszego rachunku cieszymy się nie dlatego, że znamy odpowiedź, ale dlatego, że poprawna odpowiedź łączy nas z innymi ludźmi, którzy też rozumieją zadanie.

Opis wydawcy

Jak przystało na wybitnego matematyka, Profesor ma swoje dziwactwa. Pewnego dnia w progu jego domu pojawia się nowa gosposia z synem, od tej pory nazywanym pieszczotliwie Pierwiastkiem. Wspólne życie pokaże, że znacznie łatwiej napisać skomplikowane równanie niż ułożyć relacje z drugim człowiekiem. Językiem, który pozwoli im zbudować namiastkę rodziny, stają się matematyka i baseball. Ale swoją relację będą musieli odbudowywać co osiemdziesiąt minut…


Moja recenzja

Książka Ukochane równanie profesora zrobiła prawdziwą furorę na Instagramie. Zdjęcia z nią w roli głównej szybko zalały liczne konta i naprawdę nie było opcji, żeby przeoczyć ten tytuł. Na skutek tego zamówiłam książkę i był to pierwszy tytuł z Tajfunów, który postanowiłam przeczytać. W skrócie mogę powiedzieć, że miła to była lektura. Samo określenie „miła” to oczywiście mocny atut, ale finalnie jestem też lekko rozczarowana, ponieważ oczekiwałam po tej książce czegoś więcej.

Porównując ją z Ministerstwem moralnej paniki, przyznaję, że bliżej mi do singapurskiego zbioru opowiadań. Nie mogę jednak kłócić się z opiniami na temat Ukochanego równania profesora. Dużo jest w tej malutkiej książce ciepła, rodzinnych uczuć, a równocześnie mocno wypływa temat osamotnienia, problemów osób starszych i niesamodzielnych, a także choroby, która wywraca życie do góry nogami. Bohaterowie jednak się nie poddają, dostosowują się do sytuacji i znajdują w niej pozytywne elementy, starają się dopasować życie do problemów zdrowotnych profesora i stworzyć rodzinną atmosferę. Kiedy wspominam fabułę może wydawać się ona wręcz przesłodzona, jednak sposób narracji ratuje całość i podczas czytania nie będzie to przeszkadzać.

Ukochane równanie profesora to taka bardzo ciepła literatura, którą określiłabym jako dobry tytuł do rozpoczęcia przygody z twórczością azjatyckich autorów. W poznawaniu przygód sympatycznych bohaterów pomaga lekki styl autora, a dla fanów królowej nauk znajdzie się też sporo zagadnień matematycznych, przedstawionych w łatwo przyswajalny sposób. Jeżeli jednak równania Was przerażają to uspokajam  to jedynie tło do tej ładnej historii. Podsumowując, sama książka warta przeczytania, lektura pójdzie Wam bardzo szybko, ale dla mnie nie jest to literatura w żaden sposób wybitna. Biorąc jednak pod uwagę liczne zachwyty pozostałych czytelników, zapewne warto przekonać się na własnej skórze.

piątek, 6 sierpnia 2021

Koronowane głowy, czyli seriale „Wielka” (HBO) i „The Crown” (Netflix)

Seriale, których fabuła skupia się na postaciach rządzących – obojętnie czy królach, cesarzach, imperatorach czy politykach – powstają od lat i wciąż cieszą się sporą popularnością. Zmieniają się za to trochę oczekiwania widzów. Niegdyś oglądanie przedstawienia fragmentu historii właściwie wystarczało, widzowie mogli nacieszyć oko pięknymi kostiumami i podziwiać dbałość o szczegóły oddania realiów zamierzchłych czasów, a przy okazji nauczyć się czegoś nowego bądź odświeżyć wiedzę na temat wydarzeń z przeszłości. Obecnie, twórcy muszą się już trochę bardziej postarać, żeby wzbudzić zainteresowanie, bo filmów o Katarzynie Wielkiej czy Żelaznej Damie powstało już przynajmniej kilka. Jednak ewidentnie pole do manewru jest nadal spore, a nowe produkcje często potrafią zaskoczyć i znajdują swoją niszę na rynku. W przypadku tytułów Wielka i The Crown udało się zyskać światowy sukces, a nominacje do nagród i zdobyte statuetki potwierdzają, że dobry serial o władcach nadal jest w cenie.

Wielka to serial komediowy, opisujący dzieje Katarzyny Wielkiej na dworze Piotra, od momentu jej przyjazdu do Rosji. Już na samym początku, przy pojawieniu się tytułu możemy przeczytać uwagę, że historia ta jest częściowo prawdziwa. Po kilku minutach wiemy dlaczego  twórcy w tym przypadku zamiast trzymać się suchych faktów obrali ścieżkę mocno prześmiewczą w celu ponownego przedstawienia historii życia Katarzyny. Żarty sypią się tutaj gęsto, niemal tak często jak pojawiają się trupy, seks, posoka i inne płyny. Jest obrzydliwie, gorsząco, humor trzyma poziom mocno rynsztokowy, ale wszystko to jest częścią konwencji. A jak to z konwencjami bywa  do jednych ona trafi, a pozostałych odrzuci.

Spory miałam problem z tym serialem, bo z jednej strony bardzo go chciałam pokochać i uważam, że dobrze radzi sobie z kwestiami, które chce poruszyć, a z drugiej nie potrafiłam przekonać się do tego humoru. Mocno utrudnia to ocenę, bo obiektywnie potrafię wymienić sporo plusów, ale nie zmienia to faktu, że mnie osobiście nie zachwycił. Właściwie do oglądania przekonało mnie to, że serial ma tylko dziesięć odcinków, więc nie pochłonie dużo mojego czasu. Postanowiłam więc spożytkować ten czas na wyszukiwaniu mocnych stron Wielkiej. Jak wspominałam, tych trochę jest, zaczynając od scenografii i kostiumów. W tej kwestii mamy do czynienia z przepychem, dbałością o szczegóły, różnorodnością  już samo patrzenie na kostiumy Katarzyny przyprawiało mnie o dziką ochotę paradowania w tego typu sukniach. Te gorsety, te kolory, ta objętość, no po prostu cud, miód, malina. Trzeba tutaj zauważyć, że wszystko pięknie dobrane do konkretnych postaci, bo suknie dam dworu różniły się znacznie od tych noszonych przez Katarzynę.

Jednym z największych atutów Wielkiej jest obsada, która w danej konwencji czuje się swobodnie i daje popis swoich umiejętności komediowych. Elle Fanning udowadnia, że jest aktorką młodego pokolenia, której karierę warto śledzić. Jako Katarzyna jest pełna słodyczy, a chwilę później determinacji, to kobieta, będąca niepoprawną marzycielką i to właśnie przez swoją fantazję o wielkiej, carskiej Rosji pruje do przodu z misją obalenia władzy. Jednocześnie jest przy tym delikatna i silna. Towarzyszy jej Nicholas Hoult, który spośród całej obsady najmocniej bawi się przy kreowaniu swojego bohatera. Postać Piotra jest przerysowana do granic wiarygodności, ale aktor sprawia, że ogląda się go z przymrużeniem oka i przyjemnością towarzyszącą każdemu okrzykowi Hazzah!

Wielka to feministyczna satyra o carskiej Rosji, przepełniona humorem, świetnymi popisami aktorskimi, z dopracowaną scenografią, charakteryzacją i kostiumami. Jednocześnie to konwencja, którą można pokochać bądź nie, a dla mnie są to żarty, które po prostu nie wywołują uśmiechu. Doceniam ten serial za wiele elementów, ale do moich ulubionych i polecanych należał nie będzie. Ot, po prostu.

The Crown to fabularyzowana historia o władcach Wielkiej Brytanii, poczynając od drogi do korony Elżbiety II, po czasy prawie współczesne. Napisałam „prawie”, bo na razie sezonów doczekaliśmy się czterech, kończąc gdzieś w latach 90tych zeszłego wieku, ale potwierdzone już zostało, że powstanie kolejna część. W odróżnieniu od Wielkiej, w The Crown postawiono na dramat, ale również zatrudniono ekipę utalentowanych aktorów, którzy przybliżają widzowi znane postaci z nadal świeżej historii, pokazując ich wzniosłe chwile i bolesne upadki. 

Na co dzień nie jestem zainteresowana losami rodziny królewskiej, ale dopiero podczas oglądania The Crown zdałam sobie sprawę, że i tak wiem o monarchii dość sporo. Trudno nie kojarzyć Elżbiety II z biegającymi wokół niej pieskami corgi albo skandalu, który miał miejsce między księciem Karolem a księżną Dianą. Niedawno znowu wokół rodziny królewskiej zrobiło się głośno, za sprawą wywiadu księcia Harry'ego i jego żony, Meghan Markle. Także, chcąc nie chcąc  o władcach Wielkiej Brytanii wiemy dużo, nawet, kiedy się ich życiem nie interesujemy. Zatem, skoro historia jest w miarę świeża i znana, a sami członkowie rodziny niezbyt intrygujący, co właściwie przyciąga nas do The Crown?

Może się to wydawać sprawą raczej drugorzędną, ale dla mnie The Crown zawdzięcza swój sukces w dużej części świetnym popisom brytyjskiego aktorstwa. Dzięki przyjęciu formuły, że wraz z upływającym czasem zmieniamy aktorów, w celu dopasowania ich wiekiem do odgrywanych postaci, możemy obserwować poczynania sporej ilości osób i doceniać ich kunszt. Pierwsze skrzypce w początkowych sezonach zagrała Claire Foy, idealnie oddając nieśmiałość, ale i pogodzenie się z losem młodej królowej. Osobiście tak mocno się przyzwyczaiłam do niej w tej roli, że mimo ogromnej sympatii, którą darzę Olivię Colman, długo nie mogłam się przyzwyczaić do tej nowej twarzy Elżbiety. Szczególnie, że miałam wrażenie, że była to spora zmiana w dynamice gry, Colman nawet w spokojnych scenach miała w sobie o wiele więcej energii niż wyciszona Foy. Za to gładko przeszła zmiana aktorki w roli Małgorzaty, której wczesne rozterki cudownie oddała Vanessa Kirby, a temat pociągnęła w kolejnych sezonach Helena Bonham Carter. Oglądanie tych dwóch aktorek na ekranie było czystą przyjemnością. W czwartym, czyli ostatnim do tej pory sezonie, mamy możliwość oglądania jeszcze kilku świetnych występów. Na czołówkę wysuwa się Josh O'Connor, którego postać księcia Karola zyskała ludzki wymiar w trzecim sezonie, a w kolejnym mogliśmy oglądać jego wewnętrzną walkę między tym, co się od niego oczekuje a wyborem serca. Partnerująca mu Emma Corrin to prawdziwe objawienie, za rolę Diany zasługuje na wszelkie słowa uznania. Delikatna, ale z charakterem, ulubienica tłumów, ale nienarzucająca się, pełna empatii i pragnąca miłości. O aktorach The Crown można wiele dobrego powiedzieć, zakończmy więc na tym, że to prawdziwa śmietanka i już nie mogę się doczekać kolejnych castingowych wyborów.

W warstwie fabularnej The Crown ma do zaoferowania porządnie skrojony dramat polityczny z licznymi zagrywkami taktycznymi, grzeszkami głów państwa i wydarzeniami z historii. Ciekawie spojrzeć na niektóre sytuacje z perspektywy monarchów, którzy zmuszeni są do porzucenia własnych marzeń i podporządkowaniu się do panujących zasad. Najmocniej to uwydatnione zostało na przykładzie postaci Małgorzaty, a później Karola, osób, które musiały porzucić swoich ukochanych dla dobra rodziny królewskiej. Jak wiemy, nie kończy się to dobrze, na jaw wychodzi, że przestarzałe zasady, którymi rządzi się monarchia powinny ulec zmianie.

Ogólnie, serial miewa swoje lepsze i gorsze momenty, patrząc jednak na sezon czwarty, możemy być pewni, że twórcy nie opierają się tylko na popularności poprzednich odcinków i nadal walczą o dobrą jakość. To przede wszystkim prawdziwy popis aktorstwa, ale także dobrze napisanych scenariuszy, idealnie oddanych kostiumów i scenografii, dopasowanej charakteryzacji i muzyki. Dodatkowo w kwestiach samej tematyki robi się coraz bardziej intrygująco. W czwartym sezonie możemy dopatrzyć się więcej uwydatniania wad monarchii, w odróżnieniu od poprzednich trzech, gdzie raczej współczuliśmy i sympatyzowaliśmy z władcami. W ostatniej odsłonie o wiele mocniej dostrzegamy mankamenty, przestarzałe zasady i deptanie cudzych potrzeb przez rodzinę królewską i jej świtę. Jedyne co nam pozostaje, to zastanawiać się gdzie nas zaprowadzi kolejny sezon, który na pewno z chęcią obejrzę.

czwartek, 29 lipca 2021

Laureaci Nagród Nike 2020 – „27 śmierci Toby'ego Obeda” Joanna Gierak-Onoszko i „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” Radek Rak

27 śmierci Toby'ego Obeda
Joanna Gierak-Onoszko

Gatunek: literatura faktu
Rok pierwszego wydania: 2019
Liczba stron: 343
Wydawnictwo: Dowody na istnienie

Powiedz mi, co w tej Biblii jest takiego, że zabrania Kościołowi powiedzieć: przepraszam?

Opis wydawcy

Joanna Gierak-Onoszko spędziła w Kanadzie dwa lata, sprawdzając, co ukryto pod tamtejszą kulturową mozaiką. W swoim reportażu autorka kreśli obraz Kanady, który burzy nasze wyobrażenia o tym kraju. Dlaczego Kanada ściąga dziś z pomników i banknotów swoich dawnych bohaterów? Jak to możliwe, że odbierano tam dzieci rodzicom? Czyja ręka temu błogosławiła? "27 śmierci Toby’ego Obeda" to reporterska opowieść o winie i pojednaniu, zbrodni bez kary i ludziach, którzy wymykają się przeznaczeniu.


Moja recenzja

27 śmierci Toby'ego Obeda to reportaż, który w 2020 roku otrzymał Nagrodę Nike Czytelników. Po tym sukcesie było o nim naprawdę głośno w literackim świecie. Przeczytałam o tej książce bardzo dużo głosów zachwytu, z różnych stron, a przede wszystkim od osób, których gust książkowy jest mi w jakiś sposób bliski. Pierwszy egzemplarz, który kupiłam powędrował do znajomego jako prezent urodzinowy i dopiero po jego ożywionej reakcji postanowiłam, że nie ma potrzeby dłużej zwlekać z czytaniem. Kiedy w końcu zaczęłam lekturę, musiałam ją po chwili porzucić, bo jedno jest pewne – 27 śmierci Toby'ego Obeda wzbudza sporo negatywnych emocji i nie nadaje się na leniwy, nastawiony na wypoczynek weekend na wsi. Dla tych bardziej wrażliwych mam zatem ostrzeżenie, że to ciężki tematycznie kawałek literatury faktu, który trudno przeczytać przy pierwszym podejściu.

Joanna Gierak-Onoszko wzięła na tapetę temat raczej odległy moim zainteresowaniom – postanowiła przeanalizować przeszłość Kanady, kraju, który z dalszej perspektywy wygląda na miejsce tolerancyjne i otwarte dla wszystkich. To, co kryje się pod powierzchnią potrafi jednak zaskoczyć. Oto, w tym kraju miodem i mlekiem płynącym, rdzenni mieszkańcy jeszcze niedawno przechodzili piekło. Notkę na temat 27 śmierci Toby'ego Obeda zaczęłam pisać jeszcze w maju, ale niedawno przekonaliśmy się, że ta historia skrywa jeszcze niejedno okrutne wspomnienie, a za sprawą odnalezionych masowych grobów rdzennych mieszkańców, w Kanadzie wciąż rośnie liczba spalonych kościołów.

Ten reportaż potrafi wprawić czytelnika w uczucie dyskomfortu, powoduje, że zaczniemy się zastanawiać nad granicą ludzkiej bezwzględności. Okrutne znęcanie się nad dziećmi przez osoby związane z Kościołem katolickim przedstawione zostało na wielu przykładach, a same pomysły na kary pokazują prawdziwie bestialskie zachowanie ludzi, prowadzących szkoły z internatem. Chociaż nie przytoczę tutaj konkretnych sytuacji, to wspomnę, że momentami musiałam książkę odkładać, bo fizycznie było mi niedobrze. Zdecydowanie nie jest to lektura dla osób o słabych nerwach. Jednocześnie, uważam, że każdy powinien dać jej szansę, nawet jeżeli temat ma się okazać za ciężki do przetrawienia. To część historii, której konsekwencje dzieją się na naszych oczach i warto znać kontekst, który autorka przedstawia w swojej książce.

Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli
Radek Rak

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2019
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Powergraph

Dla człowieka ciało jest jedynie dodatkiem do tej ciemności za oczami, o której każdy mówi "ja". Człowiek bywa swoim ciałem rzadko - chyba że w tańcu, w miłości i w chorobie. A i tak nie zawsze.

Opis wydawcy

Śledzimy losy młodego Kóby Szeli, wzrusza nas miłość, jaką obdarzyła go Żydówka Chana, czujemy razy pańskiego bata, przeżywamy zauroczenie zmysłową Malwą, wędrujemy przez krainę baśni, żeby zamieszkać we dworze i poczuć zapach krwi rabacji 1846 roku.


Moja recenzja

Najnowsza książka Radka Raka to zupełnie inny biegun literacki niż reportaż Joanny Gierak-Onoszko. Ja, jako fanka fantastyki, zaraz po ogłoszeniu wyników byłam zachwycona, że książka z tego gatunku zdobyła Nagrodę Nike. Byłam też bardzo ciekawa co kryje się na jej kartach i co przekonało jury, że to właśnie ta powieść zasługuje na miano najlepszej spośród pozycji nominowanych w 2020 roku (a wśród nich znalazła się m.in. świetna książka Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek Filipa Zawady, którą niezmiennie polecam).

Dla mnie Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli to przede wszystkim prawdziwa uczta słowa pisanego, coś bardzo świeżego i zaskakującego. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak mnie zachwyciła zabawa słowem i gatunkiem literackim. To przedziwna mieszanina naszej historii i świata fantastyki, a w tym wszystkim tak bardzo swojska, tak bardzo polska. Pokochałam jej gawędziarski styl, świetny był pomysł na rozpoczynanie każdego rozdziału od słów: „Powiadali...” – czytelnik może odnieść wrażenie, jakby słuchał opowieści bajarza, który niejedno w swoim życiu widział i potrafi to przekazać w magiczny sposób.

Pomysł na przedstawienie akurat tego wycinka historii naszego kraju, o którym na co dzień raczej się nie rozmawia, to już samo w sobie odważne posunięcie, a połączenie tych faktów z gatunkiem realizmu magicznego mogło zakończyć się z różnym skutkiem. Podejrzewam też, że nie każdemu ta fabuła może się spodobać, dla mnie jednak to niezwykle fascynująca opowieść o zemście, szukaniu sprawiedliwości, o miłości i pragnieniach. Jednak to właśnie sposób, w jaki została powieść napisana, robi największe wrażenie i zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po pozostałe książki autora.

wtorek, 20 lipca 2021

Głos artysty w czasie pandemii – czy „Bo Burnham: Inside” nas rozbawi?

Bo Burnham to nazwisko, na które natknęłam się ostatnio dwukrotnie i dwa razy byłam pod wrażeniem. Najpierw obejrzałam Ósmą klasę, czyli świetną rzecz o dojrzewaniu, film empatyczny, będący ciekawym obrazem młodego pokolenia, a dodatkowo poruszający tematykę mediów społecznościowych i ich znaczenia wśród współczesnych nastolatków. Już wtedy pomyślałam, że reżyser Ósmej klasy to człowiek, którego karierę warto będzie śledzić, jeżeli tak wygląda jego debiut. Drugi raz nazwisko Burnham usłyszałam przy okazji filmu Obiecująca. Młoda. Kobieta. gdzie partnerował Carey Mullighan i robił to z dużym wdziękiem. O tym tytule pisałam już po premierze, więc powtarzać się nie będę. Podsumowując, wydaje się, że za cokolwiek ten człowiek się nie zabierze, skończy na wprawianiu mnie w zachwyt. Nie inaczej było z Bo Burnham: Inside, który możecie obejrzeć na platformie Netflix.

O Bo Burnham: Inside pierwszy raz usłyszałam od mojej siostry. Po obejrzeniu mogę zdecydowanie powiedzieć, że o wiele za cicho jest o tej produkcji w Polsce. Możliwe, że sam sposób określenia gatunku jest odpychający, bo to według opisu comedy special, a ja sama takich rzeczy normalnie nie oglądam. Włączając ten półtoragodzinny film, nie wiedziałam czego się spodziewać. Jakieś małe komediowe etiudy? Żarty do mikrofonu? Kilka porad na temat samodzielnego nakręcenia filmu? Zresztą, nieważne. Czegokolwiek się spodziewałam, otrzymałam coś o wiele lepszego.

Bo Burnham karierę zaczął działalnością w Internecie, mając szesnaście lat. Nagrał swoją oryginalną piosenkę My Whole Family..., którą wrzucił na platformę YouTube, żeby udostępnić ją swojemu bratu. Okazało się, że oprócz niego obejrzało film jeszcze 10 milionów innych ludzi. Po zyskaniu sławy przez jakiś czas zajmował się stand-upem, jednak przerwał swoją karierę pięć lat temu przez towarzyszące mu na scenie ataki paniki i pogarszający się stan psychiczny. Poświęcił czas na poprawienie stanu swojego zdrowia i w styczniu 2020 był gotowy wrócić na scenę. Scenę niestety zamknęli, ale Burnham postanowił stworzyć swój własny jej odpowiednik w małym domku, pełnym sprzętu audio i wideo. Mężczyzna zajął się samodzielnie wszystkimi elementami produkcji, czyli napisaniem scenariusza, wymyśleniem muzyki, słów piosenek, nagraniem audio, konceptami wizualnymi, użyciem świateł, ujęciami, montażem, a na koniec zagraniem tego wszystkiego w pojedynkę. Zadanie karkołomne, ale to Burnham – siedział rok i stworzył Inside. Film, który idealnie oddaje zeszłoroczną kondycję społeczeństwa.


Piosenka aktorska

Bo Burnham: Inside to połączenie wielu gatunków, bo jest to trochę dokument, przeplatany scenami zza kulis i z samego tworzenia filmu, a trochę stand-up, gdzie pojawiają się wszelkie, bardziej i mniej komediowe wstawki, takie etiudy towarzyszące. Jednak gdzieś u podstawy całości leży pomysł na musical, a piosenki tworzone przez artystę poruszają palące problemy, wpadają w ucho i często w parodiowy sposób komentują rzeczywistość. Żeby uzupełnić obraz całości, pojawiają się także teledyski, które wizualnie podkreślają wszystko, co piosenką autor chce powiedzieć. I tutaj może zacznę od samej produkcji. Niesamowite jest to, co Burnham wykonał w kwestiach technicznych. Te utwory są przede wszystkim świetne nawet w odłączeniu od filmu, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Jest kilka największych perełek, jak All Eyes on Me czy Welcome to the Internet, a do moich faworytów dołączają: Problematic, Sexting i Shit. Każda z tych piosenek jest inna, widać, że autor bawił się gatunkami muzycznymi i tematami. Jest typowa ballada popowa, jest piosenka skierowana do dzieci, tłumacząca jak działa świat, są „głębokie” piosenki przy pianinie, energiczna piosenka w stylu Olivii Newton-John, ale wszystkie wiąże jedno – każda z nich to świetny przykład piosenki aktorskiej, w której Burnham łączy ważny temat z humorystycznym komentarzem. Każda ma również idealnie dopasowany teledysk. Kiedy autor coś tłumaczy – używa skarpetkowej maskotki, która przypomina sceny z Ulicy Sezamkowej, kiedy śpiewa o swoim problematycznym zachowaniu – uprawia sport i zalewa się potem, a kiedy opisuje stan współczesnego randkowania w sieci – wyświetla na sobie pełne podtekstu emoji. Podkreślając tekst odpowiednimi wizualizacjami całość zaczyna wypadać zabawnie, warto jednak pamiętać, że wszelkie elementy komediowe nigdy nie będą tutaj wyzwalaczem ataków śmiechu, raczej pojawi się takie ciche „ha”, z docenieniem poczucia humoru autora i umiejętnościami jego zastosowania.

Dwóch Burnhamów

Burnham porusza wiele tematów w swoim filmie, na pewno jednym z ciekawszych będzie perfekcjonizm, często towarzyszący osobom, występującym przed publicznością. Na ekranie zobaczymy dwie osoby, żyjące w artyście. Pierwszą jest człowiek, który pokazuje się nam z gotowym produktem, Burnham, który śpiewa, wygłasza monologi, sprzedaje nam swój kontent. Drugim jest człowiek, który stoi po drugiej stronie kamery, autentyczny Burnham, który próbuje ustawić światło, odpowiednie ujęcia kamery, który montuje całość, a po przesłuchaniu kolejnej wersji, mówi „jeszcze raz”. Niesamowitym pomysłem było pozwolenie widzom na oglądanie części procesu twórczego, z wszelkimi jego problemami i ogromem ciężkiej pracy. Równocześnie, mogliśmy oglądać człowieka walczącego z wewnętrznym krytykiem, który zawsze będzie widział mankamenty w swoim występie.

Troszeczkę wszystkiego przez cały czas, czyli Internet

O Internecie Burnham mówi niemal cały czas. Wytyka różne skutki uboczne powszechnego dostępu do tego medium, krytykuje duże korporacje zarabiające na szarych użytkownikach, a jednocześnie swój film sprzedaje do platformy streamingowej, jaką jest Netflix i nie zapominajmy – sam karierę zaczął od YouTube. Można zatem powiedzieć, że trochę gryzie rękę, która go karmi. Nie przeszkadza mu to w wyśmiewaniu wielu dziwnych, ale bardzo popularnych tworów Internetu. W jednej scenie wykonuje krótką piosenkę Intern, po czym nagrywa swoją reakcję na to wideo. Za chwilę jednak będzie nagrywał już reakcję na reakcję, po czym reakcję na reakcję na reakcję. Kolejną taką sceną będzie odtworzenie wideo z platformy Twitch, która pozwala graczom streamowanie swoich rozgrywek. Burnham tworzy swoją własną grę, w której jest bohaterem, a później sam próbuję w nią grać. Szybko jednak się okazuje, że postać ma tylko cztery możliwe akcje: próbę wyjścia z pokoju, podnoszenie latarki, granie na klawiszach i płacz, z czego ostatnia akcja jest najczęściej przez gracza wykorzystywana. Burnham przebija się przez różny kontent, umieszczany w sieci i próbuje znaleźć tam element szczerości – widać to najmocniej w piosence White Woman's Instagram. Utwór zaczyna się mocno prześmiewczo, ale w pewnym momencie porusza emocjonalną strunę, pokazując, że za najpiękniejszą kompozycją, najładniej przerobionym zdjęciem nadal stoi człowiek. To wtedy format wideo zmienia się z kwadratowego w prostokątny, dając nam fragment prawdy, wgląd we wnętrze osoby, która boryka się ze stratą i próbuje radzić sobie z nią przez postowanie w mediach społecznościowych. Pytanie brzmi, czy wśród morza postów ten jeden szczery będzie przykuwał więcej uwagi niż zdjęcie sałatki z kozim serem.

W drugiej połowie swojego filmu Burnham schodzi na bardziej mroczną ścieżkę. Dalej temat będzie się kręcił wokół Internetu, ale zamiast miłych piosenek o tym które zdjęcia na Instagramie się sprzedadzą bądź jakie emotki wysyłać podczas sekstingowania, zejdziemy na problem bombardowania nas informacjami. W piosence That Funny Feeling Burnham wymienia wydarzenia, których świadkiem byliśmy niedawno, listowane jedno po drugim, gdzie „live action Lion King” miesza się z „a mass shooting at the mall”. Granice między tymi informacjami się zacierają, jest ich za dużo, w podobnym czasie, a my chłoniemy każdą z towarzyszym nam „that funny feeling”. Kolejna rzecz to temat komentowania w Internecie. Podczas krótkiego występu Burnham wręcz prosi widzów, żeby się czasami przymknęli, bo czy aktualnie musimy wyrażać swoje zdanie na każdy możliwy temat? To jedna z rzeczy, którą mocno było widać podczas pandemii, kiedy okazało się, że ludzie w sieci wypowiadają się z perspektywy znawcy każdego tematu.

Komedia czy dramat?

Miałam ogromną przyjemność z oglądania Bo Burnham: Inside, jednak daleko temu uczuciu było do rozbawienia. Może nazywanie go komedią jest mylące, bo dla wielu będzie to raczej dość dołujące półtorej godziny. Sama określiłabym to jako ciekawy obraz poprzedniego roku, z szerszym komentarzem o świecie wirtualnym i byciu artystą, który chce nam coś przekazać, używając modnych środków. Widzowie mogą być zachwyceni kreatywnymi pomysłami reżysera i umiejętnością posługiwania się obrazem i słowem, dzięki któremu humorystycznie komentuje tematy trudne i ważne. Finalnie, nie zostajemy raczej z niczym wesołym. Kiedy w ostatniej scenie Burnham w końcu chce pozostawić to tytułowe wnętrze (dosłowne wnętrze pokoju, metaforyczne wnętrze swojej głowy) i z nadzieją otwiera drzwi, to po drugiej stronie czeka go kolejna scena, kolejni oceniający go ludzie, którzy wybuchają śmiechem patrząc na jego próby powrotu do środka. Także, odpowiadając na pytanie z tytułu, moim zdaniem Bo Burnham: Inside jest wnikliwy, satyryczny, prześmiewczy i pełen udanych parodii, ale nie jest zabawny. Zatem zanim usiądziecie do seansu, do czego mocno każdego zachęcam, warto pamiętać, że film potrafi przypomnieć najgłębsze dołki emocjonalne z poprzedniego roku.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka