sobota, 6 czerwca 2026

Czy ludzkość zasługuje na ocalenie — trylogia „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixin Liu

Problem trzech ciał, Ciemny Las, Koniec śmierci
Cixin Liu

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 2006 / 2008 / 2009
Liczba stron: 452 / 671 / 825
Wydawnictwo: Rebis

Życie zrobiło milowy krok, kiedy wyszło z oceanu na ląd, ale te pierwsze ryby, które wspięły się na ląd, nie były już rybami. Podobnie ludzie przestaną być ludźmi, gdy naprawdę wkroczą w kosmos i uwolnią się od Ziemi. A więc do wszystkich tu obecnych kieruję te słowa: Kiedy pomyślicie o wylocie w przestrzeń kosmiczną bez oglądania się za siebie, zastanówcie się, proszę, co robicie. Cena, jaką będziecie musieli zapłacić, jest dużo wyższa, niż sobie wyobrażacie. 
 

Opis wydawcy

Podczas rewolucji kulturalnej w Chinach tajna baza wojskowa Czerwony Brzeg wysyła sygnały w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Do prac zostaje włączona Ye Wenjie, córka wybitnego fizyka zamordowanego przez czerwonogwardzistów, i dzięki niej badacze w końcu nawiązują kontakt z obcą cywilizacją stojącą u progu zagłady.  

W XXI wieku naukowiec Wang Miao zostaje członkiem komisji badającej przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków. W wyniku prywatnego dochodzenia natyka się na tajemniczą grę wirtualną o nazwie „Trzy ciała”, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Niebawem odkrywa, że świat tej gry wcale nie jest fikcją... 


Moja recenzja

Bestseller, który w pewnym momencie czytali chyba wszyscy — zdobywca nagrody Hugo, z rekomendacją Baracka Obamy na okładce, a dodatkowo zekranizowany przez Netflix w formie serialu. Na razie dostępny jest pierwszy sezon, ale kolejne zostały już zapowiedziane. Przy okazji akcji czytania science fiction, która odbyła się na Instagramie, postanowiłam dać tej trylogii szansę.

Muszę przyznać, że nie była to łatwa lektura. Terminologii naukowej jest tutaj całe mnóstwo, a autor nieustannie zasypuje czytelnika kolejnymi pomysłami, przez co trzeba naprawdę się skupić, żeby nie zgubić wątku. Zdecydowanie nie są to książki, przez które po prostu się płynie. Momentami trzeba wręcz walczyć o utrzymanie uwagi i odnalezienie się w fabule. Myślę, że częściowo wynika to ze stylu autora, który bywa dość chłodny i zdystansowany, ale jeszcze bardziej z konstrukcji bohaterów. Cixin Liu tworzy postaci raczej jako narzędzia do opowiedzenia historii niż pełnokrwistych ludzi, z którymi można się emocjonalnie zżyć. To bohaterowie podporządkowani ideom i wydarzeniom, a nie odwrotnie. I właśnie z tym miałam największy problem, bo w fantastyce zwykle najbardziej interesują mnie wyraziści protagoniści. 

Potrzebowałam więc chwili, żeby przestawić się na inny sposób czytania — zamiast skupiać się na bohaterach, zacząć patrzeć na całość: na wizję świata, pytania filozoficzne i ogrom przedstawionych koncepcji. Gdy udało mi się zmienić perspektywę, dostrzegłam największą siłę tej trylogii. Pomysły autora są naprawdę imponujące i moim zdaniem to właśnie one sprawiają, że książki zdobyły tak ogromną popularność.

źródło: Netflix

Przykłady tych pomysłów można by mnożyć. Gra komputerowa okazująca się czymś znacznie większym niż rozrywką. Podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników obcej cywilizacji. Projekt Wpatrujących się w Ścianę — grupa ludzi obdarzona praktycznie nieograniczoną władzą, mogąca działać poza wszelką kontrolą. Wyścig naukowy prowadzony w cieniu nadciągającej wojny. I wreszcie sama idea Ciemnego Lasu — wizja kosmosu jako miejsca, w którym każda cywilizacja ukrywa się przed innymi, ponieważ ujawnienie swojej obecności może oznaczać natychmiastową zagładę. To jedna z tych koncepcji science fiction, które pozostają w głowie na długo po zakończeniu lektury.

Bardzo mocno wybrzmiewa tutaj również obraz ludzi jako największego zagrożenia dla samych siebie. W obliczu strachu i walki o przetrwanie człowieczeństwo często schodzi na dalszy plan. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena panicznej ucieczki na lotnisku, podczas której ludzie, walcząc o własne życie, przestają zwracać uwagę na innych.

Ciekawie wypadają także liczne skoki w czasie. Bohaterowie hibernują, budzą się w zupełnie nowych realiach i obserwują zmieniające się społeczeństwa oraz technologie. Dzięki temu trylogia zyskuje ogromny rozmach i pozwala spojrzeć na rozwój ludzkości z perspektywy setek lat. Jednocześnie zabieg ten umożliwia powrót znanych bohaterów w kolejnych częściach.

Ostatecznie mam wrażenie, że nie jest to przede wszystkim historia o kosmitach, lecz o ludziach. O tym, jak reagujemy na strach, jak łatwo tracimy moralny kręgosłup, jak istotną rolę odgrywa rozwój technologiczny i czy jako gatunek rzeczywiście zasługujemy na ocalenie. I właśnie to pytanie zostaje z czytelnikiem najdłużej po zakończeniu lektury: czy ludzie są warci ratunku?


wtorek, 19 maja 2026

„Mogłabym być jego córką” Jennette McCurdy i „Jazda” Muriel Spark

 

Mogłabym być jego córką
Jennette McCurdy

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2026
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Biegnę do siebie, padam na łóżko i otwieram laptop, byle rozgonić ciążącą pustkę. Wypełnić ją rzeczami, które zabiorą mnie daleko stąd i zmienią w lekką, spełnioną i szczęśliwą osobę, zadowoloną z tego, co ma. Której niczego nie brakuje, bo ma wszystko, czego potrzebuje.  

Opis wydawcy

Waldo zna życie od podszewki. Jest impulsywna. Samotna. Bystra i naiwna. Harda, bezkompromisowa i twarda. Waldo ma siedemnaście lat. Wie, czego chce, a tym, czego pragnie najbardziej, jest pan Korgy, jej nauczyciel pisania. Mężczyzna po czterdziestce, żonaty i nieco zużyty, przygnieciony życiem i kredytem. Waldo nie wie, co ją w nim pociąga. Czy chodzi o jego pasję? Doświadczenie? Znajomość sztuki i świata? Czy może widzi w nim pokrewną duszę, człowieka równie nieszczęśliwego jak ona sama? A może wystarczy, że ją zauważa?


Moja recenzja

Jennette McCurdy narobiła szumu premierą swojej debiutanckiej książki, Cieszę się, że moja mama umarła. Była to autobiograficzna opowieść, w której dzieliła się traumatycznymi doświadczeniami z dzieciństwa i okresu dorastania. Aktorka, która zdobyła popularność dzięki serialom młodzieżowym, postanowiła zmienić ścieżkę kariery i poświęcić się literaturze. Mogłabym być jego córką to jej debiut w gatunku fikcji literackiej. 

Już sama okładka sugeruje, że będzie to książka obsceniczna i pozbawiona hamulców. I rzeczywiście — pierwsze strony wprowadzają czytelnika w graficzne opisy cielesnych zbliżeń. Autorka poświęca sporo miejsca scenom erotycznym, bez owijania w bawełnę, z dużą dosadnością przedstawiając każdy detal. Dla bardziej wrażliwych odbiorców może to być ostrzeżenie — jeśli nie przepadają za licznymi opisami seksualnych relacji, lepiej, by wiedzieli o tym wcześniej. Jeśli jednak zostaniemy z tą książką na dłużej, szybko okaże się, że McCurdy ma do przekazania znacznie więcej. 

Mam wrażenie, że powieść stanowi pewnego rodzaju przedłużenie doświadczeń znanych z Cieszę się, że moja mama umarła. Ponownie kluczowa okazuje się relacja córki z matką. Matka szuka potwierdzenia własnej wartości w uwielbieniu mężczyzn i całe swoje życie podporządkowuje męskiemu spojrzeniu. Trzeba się ładnie ubrać, trzeba potakiwać, trzeba się pomalować — wszystko po to, żeby facet jej nie zostawił. W takim otoczeniu dorasta Waldo, siedemnastolatka, której ojciec odszedł jeszcze wtedy, gdy była dzieckiem. Zachowanie dziewczyny wynika z wzorców, którymi nasiąka od najmłodszych lat, a zerwanie ze schematem wydaje się zadaniem ponad jej siły. Nie pomaga również fakt, że matka często traktuje córkę jak przyjaciółkę — obarcza ją własnymi problemami i szuka u niej pocieszenia. Ten wątek to zdecydowanie najmocniejszy element książki.

Kolejnym ważnym tematem jest relacja nieletniej dziewczyny ze znacznie starszym mężczyzną. Całą historię poznajemy z perspektywy Waldo, która inicjuje tę znajomość i próbuje zdobyć uwagę nauczyciela. Dziewczyna nie potrafi poradzić sobie z własnymi emocjami — tłumi w sobie gniew, który szuka ujścia. Raz poprzez relacje z mężczyznami, dające jej złudne poczucie kontroli, innym razem przez impulsywne zakupy robione w sieci, które zapewne później zwróci. Obiektem jej zainteresowania staje się nauczyciel — człowiek niespełniony, marzący kiedyś o karierze literackiej, a dziś pracujący w liceum. Początkowo wydaje się niegroźny: to typ pedagoga, który dostrzeże talent i rzuci kilka budujących słów. Wydaje się dobrym mężem i ojcem. Szybko jednak okazuje się, że gdy jego ego zostaje połechtane, wchodzi w relację, w której wyraźnie widać brak równowagi sił. Ostatecznie to on jest w tym związku „górą”, a my obserwujemy, jak bardzo rozkoszuje się tym poczuciem przewagi. 

Powieść McCurdy to książka kontrowersyjna — wielu czytelników może odepchnąć jej bezpośredniość i wulgarność. Warto jednak dać jej szansę i przyjrzeć się portretowi bohaterki, próbując zrozumieć źródło jej zachowań. Po lekturze autobiografii autorki wierzę, że doskonale wie, o czym pisze.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


Jazda
Muriel Spark

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1970
Liczba stron: 188
Wydawnictwo: Znak Literanova

Kiedyś to się zrywali i otwierali przed panią drzwi. Kłaniali się, zdejmując kapelusz. A teraz zachciewa im się równości.  

Opis wydawcy

Lise leci na południe Europy. Ma starannie przygotowane strój i plan: spotka się z pewnym mężczyzną. Jeszcze nie wie, kim on jest, ale już wie, że on na nią czeka.  

Następnego dnia policja znajduje ciało brutalnie zamordowanej kobiety. Z zapartym tchem śledzimy kilkanaście ostatnich godzin ekscentrycznej bohaterki, próbując zrozumieć, co doprowadziło do jej śmierci. 

Moja recenzja

Przy okazji tej książki po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Muriel Spark, choć to nazwisko od lat cieszy się uznaniem wśród miłośników literatury. Jedna z jej najbardziej znanych powieści, Pełnia życia panny Brodie, doczekała się ekranizacji, a Maggie Smith otrzymała za rolę w filmie Oscara. Jazda to z kolei jedna z krótszych i bardziej niszowych pozycji w dorobku autorki, a zarazem jedna z jej najmroczniejszych książek. 

Spark już od pierwszych stron zarysowuje finał tej historii, subtelnie sugerując śmierć głównej bohaterki. Czytelnikowi pozostaje więc śledzić rozwój wydarzeń i odkrywać okoliczności oraz osoby związane z tą tragedią. Powieść momentami przypomina intrygującą łamigłówkę, choć mam wrażenie, że pytanie „kto zabił?” wcale nie jest tutaj najważniejsze. Największą siłą książki okazuje się atmosfera niepokoju oraz podążanie śladem głównej bohaterki, próba zrozumienia jej motywacji i emocji. Lise to postać ekscentryczna, wymykająca się społecznym normom i konsekwentnie idąca pod prąd. Spark nie daje czytelnikowi prostych odpowiedzi — nie dowiadujemy się, co wydarzyło się w przeszłości bohaterki i co ją ukształtowało. Zostajemy po prostu wrzuceni w sam środek tej chaotycznej, niepokojącej podróży. 

Na uznanie zasługuje tłumaczenie, ponieważ nie była to łatwa powieść do przełożenia na język polski. Narracja jest celowo poszarpana, wątki przeskakują między sobą, a dialogi często sprawiają wrażenie nienaturalnych. Mimo niewielkiej objętości książka wymaga od czytelnika dużego skupienia i uważności. 

Doceniam sam pomysł na poprowadzenie historii oraz finał, w którym Lise symbolicznie zajmuje miejsce kierowcy własnego losu. Jednocześnie nie była to powieść, która wywarła na mnie szczególnie silne wrażenie. Mimo to chętnie sięgnę po inne, bardziej cenione książki Spark, by lepiej poznać jej twórczość.


niedziela, 26 kwietnia 2026

Początek i finał wojennego tryptyku Darka Cvijeticia – „Winda Schindera” i „To za dużo dla mnie”


Winda Schindlera & To za dużo dla mnie
Darko Cvijetić

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2024 & 2026
Liczba stron: 80 & 150
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Czy jestem niezdolny do odczuwania smutku? Czy amputowałem sobie organ odpowiedzialny za wyczuwanie ludzkiej dobroci, która jest Bożą dobrocią? 
 

Opis wydawcy

Autor „Windy Schindlera” i „Czemu na podłodze śpisz” tym razem skupia się na losach jednej postaci – Filipa Latinovicia. Operując językiem zawieszonym między prozą a poezją, opowiada historię człowieka skazanego za zbrodnie przeciwko ludzkości, który po dwudziestu latach wraca do rodzinnego kraju. Społeczeństwo wita go jak bohatera narodowego, wbrew jego własnemu sumieniu. Latinović próbuje żyć normalnie, choć każdego dnia spotyka nie tylko dawnych towarzyszy zbrodni, lecz także swoje ofiary. Zło raz wyrządzone nie znika, przelewa się na kolejne pokolenia i nikt nie wie, jak je zatrzymać.


Moja recenzja

Przy okazji premiery najnowszej książki autora, To za dużo dla mnie, postanowiłam wrócić do jego wcześniejszych utworów i nadrobić pierwszą wydaną w Polsce część trylogii – Winda SchindleraCzemu na podłodze śpisz zrobiło na mnie ogromne wrażenie, a powrót do prozy autora okazał się równie intensywnym i emocjonalnym doświadczeniem.

Trylogia została skonstruowana w niezwykle interesujący sposób. Punktem wyjścia jest historia mieszkańców jednego budynku – pozornie zwyczajnej przestrzeni codzienności. Poprzez epizodyczne portrety poszczególnych lokatorów autor buduje szerszy obraz społeczeństwa w ówczesnej Jugosławii. Choć zastosowana metafora może wydawać się prosta, jej siła oddziaływania jest niepodważalna. Sąsiedzi, którzy jeszcze niedawno żyli obok siebie, korzystali z tej samej windy, wymieniali uprzejme „dzień dobry”, nagle stają po przeciwnych stronach konfliktu. W tych historiach wybrzmiewa bolesny realizm – czuć, że autor opisuje rzeczywistość dobrze sobie znaną. Darko Cvijetić sam był i nadal jest mieszkańcem tzw. czerwonego wieżowca co nadaje jego prozie charakter balansujący na granicy reportażu i poetyckiej fikcji.

Czemu na podłodze śpisz zostajemy wrzuceni w sam środek wojennego chaosu. Podobnie jak w Windzie Schindlera, nie ma tu jednego centralnego bohatera – główną rolę odgrywa zbiorowa społeczność. Natomiast w najnowszej książce, To za dużo dla mnie, akcja przenosi się do współczesności. Śledzimy losy Filipa Latinovicia, skazanego przez trybunał w Hadze. Po odbyciu kary w norweskim więzieniu wraca do ojczyzny, gdzie nadal jest postrzegany jako bohater. Autor skupia się na jego wewnętrznych zmaganiach – poczuciu winy, wyrzutach sumienia, wspomnieniach popełnionych zbrodni oraz próbie odnalezienia się w rzeczywistości.

Nie jest to jednak klasyczna opowieść o byłym zbrodniarzu. Autor konsekwentnie unika linearnej narracji, prowadząc czytelnika przez różne perspektywy i refleksje. Szczególnie wyraźnie wybrzmiewa tu motyw błędnego koła historii – mechanizmu, w którym decyzje rządzących ponownie prowadzą do konfliktów, zmuszając zwykłych ludzi do stawienia się po jednej ze stron. Pojawiają się odniesienia do współczesnych wydarzeń, zwłaszcza wojny w Ukrainie, co nadaje książce dodatkowy wymiar aktualności. Społeczeństwa wciąż trafiają w rzeczywistość brutalną i odczłowieczoną, kreowaną przez tych, którzy sprawują władzę.

Istotnym wątkiem jest także trauma międzypokoleniowa. Autor nawiązuje do głośnej sprawy szkolnej strzelaniny w Belgradzie, której sprawcą był trzynastolatek. W książce zostaje on ukazany metaforycznie jako wnuk Filipa – przedstawiciel pokolenia wychowanego w cieniu wojny, zapatrzonego w jej „bohaterów”, ukształtowanego przez przemoc i brak rozliczenia przeszłości. Granica między dokumentem a fikcją ponownie się zaciera.

To proza, która wywołuje dyskomfort, ale jednocześnie nie pozwala się od siebie oderwać. Poetycki język, liczne odniesienia literackie (w tym skojarzenia z Raskolnikowem), jak również fragmentaryczna narracja wzmacniają jej oddziaływanie. Cvijetić nie tylko opisuje traumę – on próbuje ją przepracować, nadać jej sens i formę. Warto wspomnieć, że Czemu na podłodze śpisz doczekało się adaptacji teatralnej, w której autor wystąpił, grając samego siebie. Jak sam powiedział: „Nasza trauma stała się naszą siłą napędową. Było to zadziwiające i godne podziwu doświadczenie”*.

Trylogia liczy zaledwie około trzystu stron, a mimo to stanowi niezwykle intensywne doświadczenie czytelnicze. To literatura bolesna, pełna okrucieństwa, ale zarazem głęboko poruszająca. Uderza w samo sedno pytania o kondycję człowieka – o to, jak łatwo tracimy człowieczeństwo i jak trudno je odzyskać. Pokazuje, że w warunkach wojny granica między dobrem a złem zaciera się, a człowiek potrafi zwrócić się przeciwko drugiemu człowiekowi – sąsiadowi, znajomemu, „swojemu”. To literatura, która zmusza do refleksji: dlaczego wciąż powtarzamy te same błędy? Jak dochodzi do tego, że nienawiść staje się silniejsza niż wspólnota? I czy jesteśmy jeszcze w stanie przerwać ten cykl?




Za egzemplarz „To za dużo dla mnie” dziękuję Oficynie literackiej Noir sur Blanc.

niedziela, 22 marca 2026

Krótko o cierpieniu — „Zielone sari” Amanda Devi i „Wściekły pies” Wojciech Tochman

 

Zielone sari
Amanda Devi

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2009
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: Wydawnictwo w Podwórku

Strach ogłupia tak bardzo, że nie liczy się nic innego, ani pragnienia, ani nadzieje, ani możliwość buntu. Strach jest ostateczną niewolą, z której wychodzi się tylko przez śmierć. 
 

Opis wydawcy

Na treść powieści składa się monolog umierającego starego lekarza, którym opiekują się 64-letnia córka i 40-letnia wnuczka. Stary Doktor przez całe życie był tyranem i manipulatorem. W dialogach z żoną, córką i wnuczką (rzeczywistych, a może wyimaginowanych?),ściera się z nimi, skłóca je między sobą, starając się odtworzyć i utrzymać dawną uprzywilejowaną pozycję domowego despoty. Powoli, ale nie do końca, rozwija się tu wątek rodzinnej przemocy, w którym dopatrzeć się można również symbolicznego przedstawienia stosunków panujących w konserwatywnym, patriarchalnym społeczeństwie.


Moja recenzja

Książka Amandy Devi była wielokrotnie polecana na polskim bookstagramie, dlatego trafiła na moją listę do przeczytania. Już od pierwszych stron czujemy, że nie będzie to łatwa lektura – raczej powolne zanurzanie się w odmętach mroku. Wszystko za sprawą narratora – mizoginistycznego, zapatrzonego w siebie starca leżącego na łożu śmierci. To z jego perspektywy poznajemy całą historię, uwięzieni w jego głowie, bez możliwości ucieczki. 

Podczas lektury nie próbujemy nawet tłumaczyć sobie jego okrutnych zachowań, bo wiemy, że on po prostu tak myśli – i właśnie ta świadomość jest najbardziej niepokojąca. Według narratora to jemu należą się oklaski, a on sam jest gatunkiem wyższym od swojej żony, córki i wnuczki. Całe szczęście książka jest krótka, bo nie wiem, jak długo byłabym w stanie wytrzymać w głowie tego despoty – głowie pełnej pogardy i przemocy ukrytej pod pozorami wielkości. 

Amanda Devi to autorka tworząca w języku francuskim, która przez jakiś czas mieszkała na Mauritiusie — i właśnie tam rozgrywa się akcja Zielonego sari. Poznajemy fragmenty dotyczące sytuacji na wyspie z młodości narratora, jednak większość wydarzeń zamyka się w czterech ścianach, w przestrzeni klaustrofobicznej, dusznej i naznaczonej strachem. Autorka ma niezwykłą umiejętność opisywania scen, które na długo zapadają w pamięć. Nie wiem, czy ktoś mógł pozostać obojętny wobec obrazu ryżu wysypanego na zielone sari — symbolu ostatecznego upokorzenia. Ja na pewno nie potrafię się go pozbyć z myśli. Okrutne wydarzenia zostają tu opisane poetyckim, niezwykle obrazowym językiem — pięknym w formie, a przez to jeszcze bardziej okrutnym w wydźwięku. 

Zielone sari to opowieść o ogromnym cierpieniu i o osobie, która zadaje je z zimną kalkulacją. To także historia utknięcia w miejscu, z którego nie da się uciec — ani fizycznie, ani mentalnie. Na szczęście pojawia się tu również promyk nadziei: że być może nadejdzie moment, w którym będzie można zostawić okrutną przeszłość za sobą i zrobić ten jeden, ważny krok do przodu — nawet jeśli miałby być bolesny i niepewny.


Wściekły pies
Wojciech Tochman

Gatunek: zbiór reportaży
Rok pierwszego wydania: 2007
Liczba stron: 180
Wydawnictwo: Znak

Często śni mi się pies, jest agresywny, pianę toczy z pyska, warczy. Ale mnie nie gryzie. Rzuci się na mnie, kiedy zrobię krok. Więc stoję bez ruchu, bez oddechu. Udaję, że mnie nie ma, że nie istnieję. Nie przełykam śliny. A pies patrzy na mnie. I czeka.
 

Opis wydawcy

Wojciech Tochman, jeden z najlepszych polskich reporterów, zwięzłym i precyzyjnym językiem opisuje ludzkie dramaty, ludzką samotność, ale i podłość, obłudę, nienawiść. Opowieść o katastrofie autobusu maturzystów pielgrzymujących do Częstochowy, historia człowieka, który powstał z torów i nie pamięta, kim jest, oraz zapis walki samotnej kobiety z księdzem molestującym dzieci, przywołują najbardziej uniwersalne pytania: o przyczyny zła, sens cierpienia i milczenie Boga.


Moja recenzja

Nie sięgam często po reportaże, a ten trafił na moją półkę przypadkiem, zupełnie bez planu. Przeglądając ofertę antykwariatu online, przykuł moją uwagę, a po szybkim przejrzeniu opinii postanowiłam go kupić. Wojciech Tochman to nazwisko dobrze znane w świecie reportażu — autor kojarzony z trudnymi, często przygnębiającymi tematami. We Wściekłym psie jego reputacja zostaje potwierdzona: to książka o ludzkim cierpieniu w jego najczystszej, najbardziej dotkliwej formie. 

Reportaże są krótkie, wcześniej publikowane na łamach czasopism. Każdy z nich uderza w czytelnika inaczej, ale trudno pozostać obojętnym wobec opisywanych dramatów. Pierwsza historia przedstawia wypadek autobusowy, w którym zginęli maturzyści wracający z pielgrzymki. To porażający obraz, który nie pozwala oderwać myśli od pytania: jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji? 

Siła tych tekstów tkwi w konfrontacji zwykłych ludzi z cierpieniem przekraczającym ich siły. Jak żyć dalej po stracie dziecka? Jak patrzeć, gdy syn mówi wszystkim, że popełni samobójstwo? Jak mierzyć się z chorobą, która pozostanie z nami aż do końca życia? Jak pogodzić się z tajemniczym zniknięciem dziecka wracającego ze szkolnej dyskoteki? W tych reportażach trudno oceniać opowiedziane historie — napisało je samo życie. Warto natomiast docenić wrażliwość autora, który te historie odnalazł i odważył się je nam przekazać. Ta samotność człowieka mierzącego się z tragedią wzbudza współczucie i pragnienie zrozumienia

Wiele z tekstów podkreśla także rolę Boga w opowiadanych historiach. Maturzyści jechali przecież na pielgrzymkę, a pytanie „Gdzie wtedy był Bóg?” nasuwa się niemal automatycznie. Poruszający jest również reportaż o księdzu, który wciąż umyka sprawiedliwości. Powracająca tematyka religijna może niektórym przeszkadzać, dla mnie stanowiła spoiwo łączące poszczególne teksty w jedną, przemyślaną całość. 

We Wściekłym psie Tochman pokazuje, że reportaż to nie tylko opowieść o wydarzeniach, lecz przede wszystkim o człowieku — o jego bólu, wyborach i samotności. To niełatwa lektura, którą czyta się z gulą w gardle.



sobota, 14 lutego 2026

„Krew nad Jasną Przystanią” M. L. Wang — cena wygodnego życia


Krew nad Jasną Przystanią
M. L. Wang

Gatunek: fantastyka
Rok polskiego wydania: 2023
Liczba stron: 528
Wydawnictwo: Vesper

Zabieraliśmy po to, żeby żyć. Zabieraliśmy po to, by pewnego dnia oddać. A teraz zabieranie dobiegło końca.
 

Opis wydawcy

Sciona Freynan z Tiranu, sierota od czwartego roku życia, zawsze miała więcej do udowodnienia niż jej koledzy. Przez dwadzieścia lat poświęcała każdą chwilę na studiowanie magii, napędzana szalonym pragnieniem osiągnięcia niemożliwego: zostać pierwszą kobietą przyjętą do Wysokiego Magisterium na Uniwersytecie Magii i Przemysłu. Udaje jej się to, niestety jej nowi koledzy są zdeterminowani, żeby sprawić, by poczuła się niemile widziana i - zamiast wykwalifikowanego asystenta - przydzielają jej... woźnego.


Moja recenzja

Był czas, gdy czytałam niemal wyłącznie literaturę fantastyczną. Gdyby w tamtym okresie na rynku pojawiła się autorka taka jak M. L. Wang, z pewnością od razu zwróciłabym na nią uwagę. Pierwsze wzmianki o jej twórczości zaczęły krążyć w sieci za sprawą „Miecza Kaigenu” — powieści często wymienianej w zestawieniach najlepszych jednotomowych książek fantasy. Każdy, kto choć trochę zna ten gatunek, wie, że jego zmorą bywa wielotomowość serii, które albo nie doczekują się zakończenia, albo każą latami czekać na kolejne części. Dobre, zamknięte historie fantasy są więc dziś prawdziwą rzadkością. 

Krew nad Jasną Przystanią trafiła do tegorocznej puli książek wybranych przeze mnie z domowej biblioteki. Jako najobszerniejsza z nich, stała się lekturą otwierającą rok — idealną na czas, który mogłam w całości poświęcić czytaniu. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Od pierwszych stron dałam się wciągnąć tej historii. Autorka wykazuje się niezwykłą umiejętnością konstruowania otwarcia powieści: już w pierwszym rozdziale intryguje światem przedstawionym, ukazuje brutalność wydarzeń, a jednocześnie odwagę bohaterów. Bardzo szybko staje się jasne, że M. L. Wang nie zamierza oszczędzać swoich postaci. Dodatkowo tajemnicza, złowroga siła, która w kilka sekund potrafi pochłonąć ludzkie ciało, natychmiast przykuwa uwagę czytelnika. 

źródło

Po intensywnym wstępie tempo narracji wyraźnie zwalnia, a punkt ciężkości przesuwa się na główną bohaterkę — młodą Scionnę, aspirującą do roli pierwszej kobiety-magiczki przyjętej do Wysokiego Magisterium. Jeśli ktoś wyczuwa w tym feministyczny wydźwięk, to słusznie. Scionna funkcjonuje w świecie zdominowanym przez mężczyzn, których często przewyższa talentem i wiedzą. Jest jednak nieustannie dyskredytowana, traktowana z wyższością, a wszelkie potknięcia tłumaczy się jej rzekomą nadmierną emocjonalnością. Ten przekaz bywa bardzo dosłowny, lecz łagodzi go fakt, że mężczyźni sprawujący władzę nie tyle nienawidzą kobiet, co konsekwentnie odrzucają wszystkich, którzy różnią się od nich — w tym również imigrantów. Mechanizm wykluczenia okazuje się tu uniwersalny. 

Na szczególną uwagę zasługuje system magiczny. Akcja w dużej mierze rozgrywa się w środowisku akademickim, a magia opiera się na precyzyjnych obliczeniach, starannie skonstruowanych wersach oraz wykorzystaniu specjalnego urządzenia, które scala cały proces. Całość została opisana przejrzyście, a przy tym bardzo oryginalnie, co czyni świat przedstawiony wyjątkowo wiarygodnym. 

Moment, w którym Scionna wpada na trop zmuszający czytelnika do całkowitej reinterpretacji wcześniejszych wydarzeń, wypada niezwykle efektownie. Nagle wszystkie wcześniejsze sygnały zaczynają się łączyć w spójny obraz terroru i systemowej przemocy. Autorka trafnie pokazuje, jak życie w komforcie i luksusie sprzyja przymykaniu oczu na cierpienie innych — problem boleśnie aktualny również we współczesnym świecie. 

Bohaterów nie ma wielu, ale każdy z nich zapada w pamięć. Scionna to interesująca protagonistka: imponuje siłą charakteru i determinacją, ale jednocześnie obdarzona jest wyraźnymi wadami, zwłaszcza nadmiernie rozbudowanym ego. Dobrze wypada jej relacja z Thomlinem — rozwijająca się powoli, ale ewoluująca w kierunku, który szczególnie przypadł mi do gustu. 

Krew nad Jasną Przystanią to przykład powieści fantasy, która w pełni realizuje swoje założenia. To wciągająca, świetnie skonstruowana przygoda o doskonale wyważonym tempie, od której trudno się oderwać, dopóki nie pozna się rozwiązania wszystkich zagadek.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka