środa, 23 listopada 2022

Podsumowanie American Film Festival 2022

Po tegorocznej edycji American Film Festival doszłam do wniosku, że muszę trochę inaczej dobierać repertuar. Zawsze rzucam się na filmy z sekcji Highlights, gdzie znajdują się głośne tytuły, które jeszcze nie dotarły do kin w Polsce. Spotkało mnie tam kilka rozczarowań, spowodowanych zbyt wysokimi oczekiwaniami. Chyba pora zacząć szukać tytułów poza tą najgłośniejszą sekcją. Zanim jednak pomysły na przyszły rok, krótko o filmach, które udało mi się na tej edycji obejrzeć.

Wieloryb (2022), reż. Darren Aronofsky

Wieloryb wzbudził spore zainteresowanie krytyków już podczas weneckiego festiwalu filmowego. Powracający do świata filmu Brendan Fraser po seansie został nagrodzony kilkuminutowymi owacjami od publiczności. I z tymi oklaskami się zgadzam, ale z samym filmem nie do końca było mi po drodze.

Cierpiący na poważną otyłość nauczyciel angielskiego próbuje odbudować więź ze swoją nastoletnią córką.*

Wieloryb był najbardziej wyczekiwanym przeze mnie seansem tegorocznego festiwalu. Pozytywnie nastrajały mnie głosy zza granicy wychwalające nowy film Aronofsky'ego, powrót Frasera i parterująca mu Sadie Sink, którą znamy z roli Max w serialu Stranger Things. Wieloryb w moich oczach jest filmem niezłym, ale daleko mi do ekstazy większości krytyków. Aronofsky podąża znanym z ostatnich jego tytułów tropem  ponownie cytuje ustępy z Biblii, wplata wątki religijne w środek tej opowieści o chorobliwie otyłym człowieku, który próbuje odbudować relację z porzuconą przed laty córką. Ta religijność ma twarz młodego misjonarza, który bierze sobie za cel nawrócenie Charliego. Wątek młodego chłopaka był najbardziej rozczarowujący, a scena z kłótnią, w której chłopak w końcu wybucha, emocjonalnie się ze mną rozjechała. Jest to spory problem, szczególnie, że scena była zaplanowana na coś, co powinno poruszyć widza. Najciekawszym wątkiem wydawała się więź Charliego z córką, szkoda tylko że dziewczyna gra przez cały czas nastoletni bunt, pozbawiając swoją postać wielowymiarowości. Fragment z końca filmu trochę ratuje tę relację, ale jest tego zbyt mało i zbyt późno.

Wieloryb jest tak dobrze odbierany, bo Brandon Fraser udźwignął rolę Charliego z niesamowitą gracją. Jego wzrok mówi wszystko, wierzymy w jego przesadną naiwność. Przedstawienie go jako świętego, który widzi w innych tylko dobro, kiedy wokół dzieje się tak wiele okropności, działa tylko dlatego, że Fraser włożył w to tyle serca. Sam film można obejrzeć, jest duże prawdopodobieństwo, że zachwycicie się jak niektórzy. Ja zostaję raczej obojętna, ale warto zobaczyć na dużym ekranie właśnie dla Frasera w tej roli.

Jednym głosem (2022), reż. Maria Schrader

Zastanawiałam się czy warto iść na ten film w ramach festiwalu, bo kinową premierę będzie miał jeszcze w listopadzie. W końcu wskoczył do koszyka. Przed seansem nie nastawiałam się na nic specjalnego, dzięki czemu bardzo miło się zaskoczyłam.

W 2017 r. światem wstrząsnęła informacja o wielkim skandalu w Hollywood. Reporterki New York Timesa, Megan Twohey i Jodi Kantor przedstawiły historię, która skruszyła milczenie wokół tematu molestowania seksualnego przez najpotężniejszego producenta Hollywood- Harveya Weinsteina. *

Wiele osób wymieniało tytuły filmów, do których Jednym głosem jest podobny. Wśród nich znajduje się zdobywca Oscara, traktujący o pedofilskim skandalu wśród księży, czyli Spotlight. Zgadzam się, że sama konstrukcja Jednym głosem przypomina ten tytuł. Maria Schrader, reżyserka znana z dostępnego na Nefliksie Unorthodox, przedstawia chronologicznie całą historię dziennikarskiego śledztwa w sprawie Weinsteina. Tę opowieść ogląda się z ciągłym skupieniem, zwroty akcji i zaskoczenia czekają na każdym kroku, sprawiając że całość jest niemal sensacyjna. To, że ta historia naprawdę się wydarzyła wzbudza obrzydzenie. Droga do napisania artykułu przedstawiona została jako żmudna i pełna przeszkód, bo jak to powtarzają bohaterowie: to nie była walka z jedną osobą, ale z całym systemem, który chronił oskarżonego.

Jednym głosem nie jest filmem wybitnym, nie przeciera nowych szlaków w kinematografii, ale jest na tyle rzetelny, że widz wychodzi z seansu uświadomiony w temacie. Świetnie ogląda się te silne kobiety na drodze do celu, a Carey Mulligan ponownie kradnie uwagę za każdym razem gdy pojawia się na ekranie. Razem z Zoe Kazan tworzą dynamiczny duet, któremu z przyjemnością się kibicuje.

Do ostatniej kości (2022), reż. Luca Guadagnino

Nowy film reżysera Tamtych dni, tamtych nocy musiał znaleźć się na mojej liście do obejrzenia. Oczywiście, byłam świadoma, że to horror o kanibalach, ale stwierdziłam, że to przeboleję i uczepię się słówka romans w sloganach reklamowych. Reżyser się jednak nie wstrzymywał.

Młoda kobieta uczy się jak przetrwać na marginesie społeczeństwa.*

Już pierwsze sceny filmu potwierdzają, że oznaczenie Do ostatniej kości mianem horroru ma oczywiste podstawy. Na początku będziemy świadkami epizodu z bardzo krwawą konsumpcją części ciała przez główną bohaterkę, a wraz z biegiem historii tych obrzydliwych scen pojawi się więcej. Trudno mi powiedzieć jak bardzo są odpychające, bo przez ich większość trzymałam oczy zamknięte. Chociaż nawet wtedy dźwięki mlaskania były wystarczająco odrażające. Zatem  tak, w filmie o kanibalach będzie sporo jedzenia ludzi. Mając to ustalone, sam film zrealizowany jest naprawdę dobrze  czujemy niepokój, jak na gatunek przystało, ale jednocześnie poznajemy świat oczami osób, które od dziecka skazane są na życie poza społeczeństwem, odrzutków, samotników. Moment, w którym spotykają osobę, z którą potrafią znaleźć wspólny język, która jest w podobnej sytuacji, zwyczajnie podnosi ich na duchu. Olśnienie myślą: „nie jestem sama” sprawia, że życie nabiera więcej kolorów. Wiedząc to wszystko, wciąż trudno byłoby mi ten film komuś polecić, bo dla mnie to było o wiele więcej niż mogłam znieść.

Dobra jest w filmie Taylor Russel w głównej roli, świetnie partnerują sobie z Chalametem, ale aktorsko najbardziej wymiata Rylance, którego postać przyprawia o gęsią skórkę za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Jeżeli chodzi o romans między dwójką młodych aktorów, to niektórzy są zachwyceni, dla mnie ich chemia była po prostu w porządku, obyło się bez motylków w brzuchu. Nigdy nie wrócę do tego filmu, to jest pewne. 

Aftersun (2022), reż. Charlotte Wells

Jeden z filmów, który znalazł się w sekcji Highlights, ale akurat niewiele o nim słyszałam. Kilka razy przewinął mi się w poleceniach na Instagramie, ale zapamiętałam z tych informacji tylko to, że gra tam Paul Mescal. To jednak wystarczyło, żebym wybrała się do kina.

Młody ojciec Calum i jego córka Sophie wyjeżdżają razem do tureckiego kurortu. Podczas wspólnych wakacji, które nagrywają na kasecie VHS, stają się sobie bliżsi, niż kiedykolwiek.*

W Aftersun przedstawiona została relacja z wakacji ojca i córki. Historia przeplatana jest nieprofesjonalnymi nagraniami, wykonanymi przez głównych bohaterów. Trzydziestoletni ojciec nie jest na co dzień obecny w życiu jedenastoletniej córki. Postanawia zabrać ją na niezapomniane wakacje do kurortu w Turcji. Spędzają czas przy basenie, grają w bilard, wybierają się nurkować, a wieczorami słuchają hotelowych występów animatorów. Całość toczy się w bardzo powolnym tempie, kamera momentami przykleja się do ojca, który ćwiczy tai-chi, głęboko oddychając, innym razem do córki, która wpatruje się w rodzica jak w obrazek. Widzowie natomiast przyglądają się tym niewinnym czynnościom, wiedząc że zbliża się coś nieuchronnego. Nie do końca wiemy, z której strony to uderzy, ale wiemy, że coś nas czeka.

Film Charlotte Wells zapewne podzieli widzów, na tych, którzy się wynudzą i na tych oczarowanych  ja należę do drugiej grupy. To obraz bezwarunkowej miłości, ale zarazem zagubienia i duszenia się w swoim życiu. Piękna relacja, genialnie zagrana przez Paula Mescala i Francescę Corio. Paul trochę powtarza rolę z Normalnych ludzi, wydobywając całe pokłady wrażliwości i delikatności. Francesca to prawdziwa bomba, dziewczynka z naturalnością podbija serca widzów. 

Armagedon (2022), reż. James Gray

Warto wykorzystać każdą okazję do obejrzenia Anthony'ego Hopkinsa na dużym ekranie. Tym razem gatunek coming of age, czyli ten, który bardzo w kinie sobie cenię. 

Historia o dorastaniu w Queens w latach 80.*

W obsadzie filmu Armagedon znajdziemy kilka ciekawych nazwisk, bo oprócz Hopkinsa w roli dziadka (cudownego jak zawsze), w roli ojca zobaczymy znajomą twarz Jeremy'ego Stronga, znanego z serialu Sukcesja, gdzie wciela się w rolę Kednalla Roya i Anne Hathaway w roli matki. Niestety, nawet ta mocna obsada nie pomogła mi w zainteresowaniu się fabułą. Reżyser próbuje poruszyć wiele ważnych kwestii, szczególnie o segregacji rasowej, traktowaniu inaczej ludzi z różnych warstw społecznych, ale mówi też o przemocy w rodzinie i niezrozumieniu nastolatków. Sposób, w jaki to robi zupełnie mnie nie porusza i Armagedon był filmem, który mnie zmęczył i przede wszystkim wynudził. Banks Repeta w głównej roli ma odpowiednią ilość charyzmy, jego twarz przyciąga wzrok, ale niestety, aktorstko czasami odstaje od reszty obsady. To taki film, o którym za chwilę zupełnie zapomnę.

Marcel Muszelka w różowych bucikach (2022), reż. Dean Fleischer-Camp

Rzadko zdarza mi się wybrać podczas festiwalu na animację. Coś w zapowiedziach historii Marcela sprawiło, że musiałam kupić bilet na ten seans.

Marcel, który jest małą muszlą, zostaje gwiazdą Internetu. Dzięki zdobytej sławie zaczyna rodzić się w nim nadzieja na odnalezienie rodziny.*

Ciemna sala kinowa, godzina 10:30, a ja cała zapłakana. Dzięki Marcel!

Kiedy zobaczyłam, że Marcel mieszka z babcią, bo został rozdzielony z rodziną, to już wiedziałam, że czeka mnie rzeka łez. Czasami mam wrażenie, że jak sobie to uświadomię, to będę mogła się przygotować i może trochę powstrzymać. W tym przypadku się nie udało. Marcela poznajemy dzięki dokumentowi, który tworzy mężczyzna, wynajmujący dom muszelek przez Airbnb. Ta forma mockumentu sprawdza się idealnie, Marcel jest otwartą muszelką i chętnie dzieli się swoimi wynalazkami, które pomagają mu w codziennym życiu. Jest pełen optymizmu, mimo że wielokrotnie dostał od życia w kość, jest czuły, opiekuje się swoją babcią, martwi o jej stan zdrowia. Jest ciekawy świata, zalewa pytaniami mężczyznę, który trzyma kamerę. Przez to, że dobrze go poznajemy, trzymamy kciuki za dalsze poszukiwania tego małego bohatera.

Marcel Muszelka w różowych bucikach to seans wzruszający, ale zarazem pełen ciepła i światła. O potrzebie życia w społeczeństwie, codziennych bolączkach i wierze, że zawsze można znaleźć wyjście z sytuacji. To film niekonwencjonalny, świetnie napisany, który widza rozbawi, ale też skłoni do refleksji. Chyba mój ulubiony film festiwalu.

McCabe i pani Miller (1971), reż. Robert Altman

Retrospektywa Roberta Altmana na festiwalu cieszyła się sporym zainteresowaniem, wiele osób było zachwyconych możliwością obejrzenia jego filmów na dużym ekranie. Ja znam jego twórczość ze świetnego Gosford Park i mocno pokręconego Trzy kobiety. Nie wiedziałam czego się spodziewać, więc postanowiłam wybrać sobie tylko jeden tytuł z repertuaru.

Zawodowy hazardzista i mająca głowę do interesów prostytutka otwierają dom publiczny. Interes szybko zaczyna prosperować, co nie podoba się lokalnej korporacji.*

Od razu po zakończeniu seansu zaczęłam żałować, że wybrałam tylko jeden film Altmana do nadrobienia. Co to była za przyjemność!

Pisałam o tym już niejednokrotnie, ale ja za westernami nie przepadam, za to coraz częściej z ciekawością zerkam na gatunek antywesternu. Altman prezentuje go od najlepszej strony. Jego Dziki Zachód jest chłodny, pełen dobrze zbudowanych postaci, fabuła jest wciągająca, a klimat gęściutki. I cieszy obecność tych kilku piosenek Leonarda Cohena, które pasowały tutaj idealnie.

Fabuła filmu na papierze nie brzmi interesująco, ale Altman sprawia, że chcemy to oglądać, chcemy wiedzieć jak potoczą się losy tytułowej dwójki. McCabe to mężczyzna, któremu udało się dobrze zainwestować pieniądze, nieustannie popija whiskey z surowym jajem i gra w pokera. Pani Miller nie daje sobie w kaszę dmuchać, prowadzi interes z zaciętością i dbałością o detale, marząc o wyrwaniu się ze swojej sytuacji. Sceny między tą dwójką są intensywne, trudno od nich oderwać wzrok. Nie potrafię wyjść z podziwu, że aż tak dobrze się na tym filmie bawiłam. Może ta ostatnia sekwencja była zbyt przeciągnięta, ale zrzucam to na karb roku produkcji  kiedyś takie sceny polowania budowały napięcie, teraz odczuwa się je jako trochę nużące. W każdym razie, Altman w tym wydaniu cudowny.

Jethica (2022), reż. Pete Ohm, Acidman (2022), reż. Alex Lehmann

W ramach edycji online postanowiłam wybrać tytuły z sekcji Spectrum. Na pierwszy ogień poszedł tegoroczny zwycięzca, czyli Acidman.

Film wyreżyserował Alex Lehmann. Jeden z jego poprzednich filmów, Blue Jay, który jest dostępny na Netfliksie, bardzo mi się spodobał. W Acidmanie przedstawiona została historia trudnej relacji między ojcem a córką. Mężczyzna jest nieco oderwany od rzeczywistości, uciekł od życia rodzinnego lata temu, urywając kontakt z bliskimi. Po żmudnych poszukiwaniach, córce udaje się go odnaleźć, mieszkającego na odludziu, gdzie oddaje się swojemu hobby, czyli próbom nawiązania kontaktu z istotami pozaziemskimi. Przepiękne są w tym filmie zdjęcia, które oddają klimat samotności tej dwójki, obawy przed życiem w społeczeństwie i podporządkowaniu się normom. Czasami ucieczka wydaje się jedynym wyjściem, ale przy wsparciu drugiej osoby może się okazać, że warto powalczyć o szczęście. Chemia między aktorami niesamowita, na słowa uznania zasługują oboje: Dianna Agron i Thomas Haden Church. Blue Jay podobał mi się ciut bardziej, ale i Acidman wart jest obejrzenia.

Drugim tytułem ze Spectrum, który obejrzałam był film Jethica. Akcja zaczyna się opowieścią Eleny o tym jak spotkała po latach Jessicę. Dziewczyna zwierzyła się z problemu ze stalkerem, który śledzi każdy jej krok. Postanowiła wprowadzić się do Eleny na jakiś czas. Są tutaj momenty, których nie powstydziłby się dobry thriller, jak scena w której widzimy zbliżającego się do okna mężczyznę, a po zasunięciu i odsłonięciu rolet nikogo na zewnątrz nie ma. Moje serce zaczęło bić ciutkę szybciej. To opowieść o potrzebie znalezienia kompana na całe życie i o bólach życia w samotności. Ma momenty, chociaż na długo w pamięci zapewne nie zostanie.

Bezkresne lato (1966), reż. Bruce Brown, Bonnie (2022), reż. Simon Wallon

Zazwyczaj omijam filmy dokumentalne na festiwalu, ale pomyślałam, że może warto w tym roku to zmienić. I był to bardzo dobry pomysł. Kiedy włączyłam Bezkresne lato nie spodziewałam się, że obejrzę najbardziej rozrywkowy film festiwalu. To opowieść o dwójce surferów z Kalifornii, którzy przemierzają świat w pogoni za latem, odnajdując nieodkryte jeszcze plaże z falami zdatnymi do uprawiania surfingu. Brzmi to dość prosto, ale sam dokument zyskuje na odbiorze przez formę, jaką reżyser zaproponował. Przez cały czas trwania słuchamy głosu narratora, który korzystając z humorystycznych tesktów opisuje poszczególne ujęcia. Dzięki temu, ogląda się to jak lekką komedię, z której aż bije ciepło. Bliżej zakończenia pomysł na tę formę zaczyna się wyczerpywać i lekko męczyć, ale i tak seans należy do przyjemnych.

Równie dobrze wspominam drugi dokument, czyli Bonnie. W dokumencie przedstawiona została sylwetka Bonnie Timmermann, słynnej reżyserki castingu (casting director). To ona odkryła takie gwiazdy jak Sean Penn, Jennifer Grey, Liam Neeson, Benico del Toro czy Steve Buscemi. W filmie Bonnie dzieli się swoimi doświadczeniami, opowiada o swoich wycieczkach do niszowych teatrów w poszukiwaniu talentów, opisuje jak wygląda standardowy casting, który przeprowadza z początkującymi aktorami. Te historie przeplatane są z archiwalnymi nagraniami z castingów, w których brały udział gwiazdy Hollywood. Możemy oglądać m.in. aktorów, którzy nie otrzymali angażu, chociaż poradzili sobie świetnie przed ekranem, jak Kate Winslet, czytająca do roli Lauren z Gorączki, którą otrzymała w końcu Natalie Portman. Ciekawy wgląd w to, jak trudną ścieżką kariery jest aktorstwo i jak ważny jest ten szósty zmysł i upartość, którą może pochwalić się Bonnie Timmermann.

American Shorts

Pierwszy raz na festiwalu postanowiłam również obejrzeć paczkę krótkometrażówek. Mogę szczerze polecić tę formę, w przeciągu godziny można zapoznać się z pięcioma bardzo różnymi filmami. Żaden nie ma okazji nas znudzić, bo trwają maksymalnie piętnaście minut. W tegorocznej paczce krótkometrażówek kilka się wyróżniało. Na pewno F^¢K '€M R!GHT B@¢K, z którego pochodzi zdjęcie. Okazał się dobrym filmem otwarcia. Raper Sammy piosenką potrafi rozświetlić każdy dzień. W jednym z tytułów pojawił się głos w sprawie dostępu do broni w Ameryce, w innym o zmianach klimatycznych, które zachodzą za naszym oknem, a my udajemy, że ich nie widzimy. W wersji online znalazła się również krótkometrażówka o kulisach powstania filmu Inaczej niż w raju i ten seans natychmiast pokochałam  nie dość, że historia debiutu Jarmuscha była ciekawa, to jeszcze forma animacji, którą zaproponowali twórcy była odkrywcza i idealnie pasowała do klimatu Inaczej niż w raju.


Do zobaczenia za rok, AFF!


* opisy filmów pochodzą z portalu filmweb

czwartek, 17 listopada 2022

Różne oblicza fantastyki – „Czerwony śnieg”, „Ruchomy zamek Hauru” i „Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib”

W tym roku wśród przeczytanych przeze mnie książek niewiele znalazło się gatunku fantastyki. Poczułam ukłucie tęsknoty i rzuciłam się do tych króciutkich opowieści z dzisiejszego wpisu. Skutecznie mi przypomniały ile różnych emocji może skrywać w sobie ten gatunek. Mój wybór padł na mrożący krew w żyłach horror, słodką i magiczną opowieść dla młodszych czytelników oraz kolejną część Diuny w wersji graficznej.


Czerwony śnieg
Ian R. MacLeod

Gatunek: fantastyka/horror
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: MAG

Plany się zmieniają. Albo w ogóle przestają być planami.

  

Opis wydawcy

Na pobojowisku po ostatniej wielkiej bitwie Wojny Secesyjnej rozczarowany życiem unionista-lekarz natrafia na obrabiającą trupy dziwną postać i jego życie zmienia się na zawsze… 

W Strasburgu, parę lat przed Rewolucją Francuską, konserwator obrazów dostaje zlecenie namalowania cyklu portretów pięknej kobiety w różnych fazach jej życia, choć sama kobieta najwyraźniej się nie starzeje… 

W Nowym Jorku z czasów prohibicji młoda marksistka pojawia się nagle wśród elit, w dodatku podszywając się pod osobę, która nigdy nie istniała…

Moja recenzja

Historii o wampirach powstało już bardzo wiele, ale Czerwony śnieg należy do grona tych, które potrafią zaskoczyć czytelnika. Chociaż warto zaznaczyć, że nie należę do znawców tego tropu w literaturze. Czytałam jedynie klasykę gatunku, czyli Draculę Brama Stokera i kilka młodzieżówek, w których wampir był bardziej obiektem westchnień niż przerażającym potworem.

W Czerwonym śniegu przede wszystkim intrygująco wypada klimat opowiadanej historii. Autor potrafi przenieść czytelnika do czasów wojny secesyjnej, snuje powolną opowieść, w której przeplata się kilka wątków. W pierwszej części przyjrzymy się życiu pewnego rodzeństwa, pochodzącego z bogatej rodziny i ich przyjaciela – Karla Haupmanna. Karl to lekarz wojskowy, który służył na wojnie. Kiedy ta dobiegała końca, kiedy gdzieś w Ameryce podpisywano już traktat pokojowy, on zagłębił się w las, gdzie zmieniło się całe jego życie. MacLeod pozwala nam poczuć przerażenie żołnierzy i bliskość śmierci. Jego opisy potrafią wywołać dreszcz przerażenia, a scena krwawej masakry w kościele zostaje na długo w pamięci. Autor decyduje się na przeskoki w czasie, przedstawia nam bohaterów, którzy przejmują historię od Karla. Niektóre wątki były ciekawe, jak opowieść o Sybilli Lys, ale inne przygaszały napięcie. Zdecydowanie nie jest to typowa historia o wampirach, warto się przygotować, że tempo akcji należy raczej do powolnych.

Czerwony śnieg okazał się dobrym wyborem na halloweenowy wieczór. Literatura wprowadziła mnie w klimat grozy, krew została przelana wielokrotnie, a jednocześnie nie był to zbyt mocny kaliber. Nawet taka strachliwa buła jak ja zniesie te opisy. Umieszczenie akcji w Stanach Zjednoczonych, w czasach wojny secesyjnej wypadło oryginalnie. Z zainteresowaniem śledziłam losy Karla Haupmanna, dżentelmena w nieodłącznym meloniku i ciemnych okularach, uzbrojonego w rewolwer ze srebrnymi kulami oraz zapas morfiny. Kibicowałam mu w poszukiwaniach głównego sprawcy swojego nieszczęścia. Postaci mistycznej, legendarnej bestii, która to wszystko zapoczątkowała. Czy udało mu się ją znaleźć – musicie przekonać się sami.


Ruchomy zamek Hauru
Diana Wynne Jones

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2001
Liczba stron: 310
Wydawnictwo: Nowa baśń

Jako młoda dziewczyna Sophie spaliłaby się ze wstydu za swoje zachowanie. Jako staruszka nie przejmowała się niczym, co zrobiła czy powiedziała. Co za ulga.  
 

Opis wydawcy

Młoda Sophie Kapeluszniczka, z krainy zwaną Ingarią, przykuwa niechcianą uwagę czarownicy i zostaje zamieniona w staruszkę… Decydując, że nie ma nic do stracenia, wyrusza do ruchomego zamku czarodzieja Hauru, który podobno zjada dusze młodych dziewcząt… 

W zamku Sophie spotyka Michaela, ucznia Hauru, oraz Kalcyfera, demona ognia, z którym zawiera pewien pakt.  

Moja recenzja

Jeżeli mnie pamięć nie myli, Ruchomy zamek Hauru był pierwszą animacją ze studia Ghibli, którą obejrzałam i była to natychmiastowa miłość. Te dziesięć lat temu przeszukiwałam biblioteki w celu odnalezienia książkowego pierwowzoru – bezskutecznie. Na szczęście wydawnictwo Nowa Baśń postanowiło ją wznowić.

Historia Sophie Kapeluszniczki z jednej strony jest bardzo wiernie oddana w animacji, ale z drugiej różni się w wielu ważnych kwestiach. Sprawiło to, że lektura przypomniała mi obrazki znane z dzieła Miyazakiego, ale równocześnie nie przestawała trzymać w ciągłej niepewności. Przyznaję, że ten powrót do magicznego zamku na nóżkach, napędzanego siłą demona ognia, Kalcyfera, okazał się czystą przyjemnością. Uwielbiam charaktery Sophie i Hauru, bo oboje są tak dalecy do ideałów. Dziewczyna jest bezczelna, a czarodziej narcystyczny i jest to niespotykane, a zarazem cudowne. Diana Wynne Jones pokazuje ogrom swojej wyobraźni, jej pomysły za każdym razem szokują i oczarowują czytelnika. W zamku na nóżkach znajdują się drzwi prowadzące do czterech różnych krain, które mają swój mały świat przedstawiony, zatem autorka zamiast wymyślać jedno magiczne miejsce, opisała od razu cztery. Czego tutaj nie ma! Pojawia się klątwa, w której wiedźma zamienia dziewczynę w staruszkę, magiczny strach na wróble, który utknął na pustkowiu wśród kamieni, czarodzieje przekazujący wiedzę o zaklęciach młodym adeptom, król poszukujący pomocy w odnalezieniu swojego brata. I wszystkie te wątki znajdują rozwiązanie w pięknym finale.

Ruchomy zamek Hauru to raczej powieść dla młodszych czytelników, ale ja znalazłam w niej spokój, którego potrzebowałam. Przeniesienie się do świata baśniowej literatury pomaga w gorszych chwilach, a ten tytuł należy do słusznie docenianych dzieł gatunku fantastyki młodzieżowej. Nie ma się co dziwić, że czytelnicy zachwycają się nim nawet prawie czterdzieści lat po premierze.


Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib
Raul Allen, Kevin J. Anderson, Brian Patrick Herbert, Frank Herbert, Patricia Martin

Gatunek: komiks
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: Rebis

Dżamis nauczył mnie, że kiedy zabijamy, płacimy za to.
 

Opis wydawcy

Młody Paul Atryda i jego matka, lady Jessika, znaleźli się na głębokiej pustyni Arrakis. Zdradzeni przez zaufanego lekarza, doktora Yuego, i skazani na zgubę przez swych największych wrogów, Harkonnenów, aby przeżyć, muszą odnaleźć tajemniczych Fremenów. W miarę odkrywania pilnie strzeżonych sekretów planety każde z nich staje przed wyborami, które odmienią ich losy – i życie – na zawsze.

Moja recenzja

Kolejna odsłona komiksu, w którym przedstawiona została historia znana z Diuny Franka Herberta. To świetny kąsek dla fanów pierwowzoru, idealnie sprawdzi się też jako prezent. Ja oryginał czytałam już jakiś czas temu, więc ten powrót okazał się ekscytujący. Szczególnie, że jesteśmy po pierwszej części ekranizacji, a czeka nas jej kontynuacja. Komiks pokrywa wydarzenia z obu tych części, zatem trochę przypomni wydarzenia, które już widzieliśmy na ekranie, ale pójdzie też o krok dalej.

Powrót na planetę Arrakis sprawia sporo frajdy. Powieść graficzna nie służy do eksploatowania tematów poruszanych w Diunie, bo te rozważania polityczne czy ekologiczne trudno przenieść na karty komiksu. Natomiast świetnie radzi sobie z przedstawianiem świata. W obrazach nocnej pustyni czuć czającą się pod piaskiem grozę, podczas scen walk z grafik bije niesamowita dynamika. Na jeden z bardziej wymagających elementów fabuły zapowiadała się wizja Jessici. W tym przypadku twórcy również potrafili oddać odczucia, które pamiętałam z lektury. Obudzili we mnie pełne ekscytacji oczekiwanie, żeby zobaczyć te same sceny na dużym ekranie w kolejnej odsłonie ekranizacji.

Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib to świetna okazja do odwiedzenia słynnego już świata przedstawionego. Sprawdza się jako uzupełnienie do książki, grafiki są wizjonerskie i oddają klimat powieści. Polecam, przede wszystkim jako prezent dla fanów pierwowzoru.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

czwartek, 10 listopada 2022

„Sandman” komiks vs. serial – czy udało się przenieść tę historię na ekran?

Ekranizowanie kultowych dzieł z gatunku fantastyki nie należy do najprostszych zadań. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu twórcy filmowi i telewizyjni preferują przenosić na ekrany fantastykę młodzieżową. Możliwe, że gwarantuje to bardziej zaangażowaną i wierną młodszą widownię, a zarazem nie kosztuje tyle, co wyprodukowanie serialu high fantasy. Udało się to w przypadku Cienia i kości, Pamiętników wampirów, Shadowhunters czy The 100, które oglądały rzesze fanów gatunku, często nastolatków. Jeżeli jednak mówimy o tytułach, którym bliżej do epickiego fantasy, to opcje są raczej ograniczone. Dostaliśmy genialną ekranizację Gry o tron, ale poza tym większość produkcji nie wypaliła. Przykładem może być Miecz prawdy na podstawie książek Terry'ego Goodkinda. Osobiście serial oglądałam z wypiekami na twarzy ze względu na świetny pomysł na świat przedstawiony, rządzące nim prawa i głównych bohaterów. Jednak na poziomie produkcji Miecz prawdy do wybitnych nie należał. Podobnie było z Kronikami Shannary na podstawie książek Terry'ego Brooksa. Serial zapowiadał się bardzo dobrze, ale czegoś przy produkcji zabrakło i skończył się po dwóch sezonach. 

Z ekranizacjami prozy Neila Gaimana jest chyba jeszcze trudniej. Jego książki opierają się na specyficznej stylistyce, zaskakujących rozwiązaniach fabularnych, nieoczywistych połączeniach, często opartych na mieszance różnych mitologii. Do tej pory doczekaliśmy się ekranizacji Gwiezdnego pyłu (książka i film w sporym stopniu się od siebie różnią), serialowej wersji Amerykańskich bogów (niestety, serialowi daleko do geniuszu pierwowzoru), animacji Koraliny (film jest bardzo dobry, ale w tym przypadku nie znam oryginału) i serialu Dobry omen, chyba najlepiej oddającego ducha Gaimana i Pratchetta (tę książkę napisali wspólnie). Kiedy ogłoszono wieść o rozpoczęciu prac nad Sandmanem moją pierwszą reakcją była czysta radość. Jednak już przy pierwszych zapowiedziach zaczęłam czuć nutkę sceptycyzmu. Zdjęcia zapowiadały coś, co wyglądało na zbyt grzeczne, a rewolucyjnemu komiksowi do takiej grzeczności bardzo daleko.


Komiksy (tomy 1-4)

Kiedy serial pojawił się na Netfliksie pierwsze co zrobiłam to sięgnęłam po komiksy. Na półce miałam łącznie cztery tomy, z czego jedynie pierwszy już czytałam (pisałam o nim tutaj). Drugi tom, czyli Dom lalek, okazał się dobrym sposobem na przypomnienie sobie postaci, oryginalnej kreski i świetnych pomysłów Gaimana. W opowieść wkraczamy w miejscu, gdzie autor zostawił nas na końcu poprzedniego tomu. Sandman, władca krainy snów, po odzyskaniu swoich atrybutów, skupia się na ogarnięciu spraw, nagromadzonych podczas jego nieobecności. Będzie musiał poszukać zaginionych demonów, a ponadto pojawiają się w Śnieniu plotki o budzącym grozę Wirze.

Znowu jest kilka takich epizodów, po których zbieramy szczękę z podłogi. Przede wszystkim w pamięci zostaje ten ze zjazdem fanów płatków śniadaniowych. Komiksy czyta się błyskawicznie, więc szybko przeszłam do trzeciego, a później czwartego tomu. Znając dalszą historię muszę stwierdzić, że drugi tom wypada dość blado. W trzecim brakuje jakiegoś wiodącego wątku, to raczej zestaw krótkich historii. W tym Gaiman jest akurat świetny i pokazuje możliwości swojej wyobraźni. Raczy nas opowieścią o kotach, które kiedyś rządziły światem czy wystawianiem sztuki Sen nocy letniej przed prawdziwym Oberynem i Tytanią. Jednak nic się nie umywa do tomu czwartego, gdzie w końcu wyłonił się wątek przewodni, który po prostu wymiata. Gdybym miała więcej tomów Sandmana na półce na pewno wciągnęłabym wszystkie, ta historia tak się rozkręca. I na pewno się w kolejne zeszyty uzbroję.

Komiksy vs. serial

W serialu zekranizowana została historia z dwóch tomów. Dodatkowo, otrzymaliśmy odcinek specjalny, z krótkimi opowiadaniami z tomu trzeciego. Okazuje się, że ekranizacja komiksu jest bardzo wierna pierwowzorowi. Nad całością czuwa sam Gaiman – widać, że pilnował produkcji i chyba jest dumny z osiągniętego efektu. Ja przyznaję, że do czystej ekstazy mi trochę brakuje, bo mam coś do zarzucenia, ale zdecydowanie wyszło lepiej niż się spodziewałam. 

źródło

Casting

Zacznijmy od najmocniejszej strony, czyli castingu. Przede wszystkim postać Morfeusza, której najbardziej się obawiałam. W komiksie jest to mistyczny bohater, z oczami pełnymi gwiazd i lekko niebieskawą skórą. W serialu wygląda dość... zwyczajnie. Chłopak z bałaganem na głowie, noszący dobrze skrojony czarny płaszcz. Jednak w wykonaniu Toma Sturridge w magiczny sposób to działa. Aktor oddaje Morfeuszowi sprawiedliwość, jest wycofany, cichy, ale jednocześnie pełen siły, momentami niepewny, czasami chłodny, ale szukający kontaktu z drugą osobą. Wszystko to zgadza się z obrazem Sandmana, który zbudowałam sobie w głowie po przeczytaniu komiksów. Podobnie z postaciami drugoplanowymi, nawet jeżeli różnią się trochę od tych przedstawionych w komiksie, to zachowana została ich esencja  cudowna jest Gwendoline Christie jako Lucyfer, świetni Mason Alexander Park jako Pożądanie. Twórcy wybierając grono rodzeństwa Morfeusza wiedzieli co ich czeka w przyszłych tomach, z pełną świadomością wybrali najlepszych z najlepszych. Bardzo mnie to cieszy w perspektywie kolejnych sezonów.

Zmiany płci

Wielu widzów narzekało na zmiany wprowadzone w serialu, szczególnie w kontekście wyglądu/płci aktorów. Zupełnie tych zarzutów nie rozumiem, już nawet biorąc pod uwagę, że to fantastyczny świat, nad którym piecze trzyma autor pierwowzoru. Dodatkowo, głosy oburzenia można zrozumieć, jeżeli ktoś zobaczy jak dany aktor gra, ale w tym przypadku burza rozpętała się już przy ogłoszeniu obsady. Okazało się jednak, że te zmiany wypadły naprawdę satysfakcjonująco  Lucyfer i Pożądanie to jedne z najbardziej intrygujących postaci, a Śmierć wypadła tak sympatycznie jak jej pierwowzór. Damska wersja Constantine'a również podbiła moje serce, szczególnie, że Jenna Coleman w tej roli jest harda i trochę bezczelna, dzięki czemu od razu przykuwa uwagę.

źródło

Poszczególne odcinki / Wierność oryginałowi

Jeżeli chcemy rozmawiać o ciągłości serialu, porównując do siebie różne odcinki, to trzeba przyznać, że pierwszy sezon jest nierówny. Z jednej strony  ma to sens, bo poszczególne zeszyty Sandmana też się od siebie różnią, jedne zachwycają mocniej, drugie trochę mniej. I tak jak komiks nie był najmocniejszy w tomie Dom lalki, tak w serialu zauważalny jest spadek jakości gdzieś od siódmego odcinka. To wtedy zakończyła się historia z pierwszego tomu komiksu, w której śledziliśmy perypetie wyzwolonego Morfeusza, który odzyskuje swoje atrybuty i przenosimy się do opowieści o Rose Walker. Dziewczyna jest Wirem, stanowiącym niebezpieczeństwo dla Śnienia, dlatego Sandman jej poszukuje. Rose budzi również zainteresowanie Koryntczyka, który chce użyć jej siły, żeby wyzwolić się od Morfeusza. Postać koszmaru w postaci Koryntczyka to jeden z najsilniejszych elementów tej części opowieści. Niestety, poza nim, w wielu momentach ta historia budzi znużenie. Na pocieszenie, uważam, że to również słabiej działało w komiksie, więc jest nadzieja, że kolejne wydarzenia w serialu będą bardziej angażujące, tak jak rozwija się to w powieści graficznej.

Różnic jest kilka: John Dee w serialu przedstawiony został trochę mniej złowieszczo i poświęcono więcej miejsca na wyjaśnienie jego motywacji; w komiksie to demon Choronzon walczy z Morfeuszem w piekle, a nie Lucyfer; postać Koryntczyka pojawia się wcześniej i poświęcono jej więcej miejsca w serialu. Uważam, że wszystkie te zmiany były naprawdę niewielkie, a wpłynęły na całość bardzo pozytywnie. Mam cichą nadzieję, że w przyszłych sezonach twórcy pozwolą sobie na więcej takich odstępstw.

źródło

Technikalia

Jak już wspomniałam, przenieść Sandmana na ekran nie jest łatwo. Komiks pozwala na sporo wizualnej zabawy, praca grafików robi spore wrażenie. Obrazki pozwalają czytelnikom wczuć się w mroczny klimat świata przedstawionego. Serialowa wersja ucierpiała na próbie przenoszenia ich 1:1  przykładowo sny współlokatorów Rose Walker na papierze wypadały dużo ciekawiej. Nie znaczy to, że wszędzie jest źle, bo przykładowo projekt krainy snów w serialu wypadł świetnie. Mam jednak wrażenie, że momentami zatraca się magia. Może jest to kwestia zbyt wiernego trzymania się oryginału, twórcy boja się zaszaleć. Zadanie mają trudne – połączenie śnienia ze światem przebudzonym i ten przedziwny miks bohaterów: bogowie, koszmary, ludzie, demony. Dla mnie wypadło to momentami zbyt poprawnie.

Na szczęście okazuje się, że Sandman otrzymał zielone światło dla drugiego sezonu. Cieszy to niezmiernie. Z tego co już wyżej wypisałam: historia w kolejnych tomach daje spore pole do popisu, a obsada dobrana jest genialnie, więc ma to duży potencjał. I jeżeli mogłabym na coś liczyć, to marzyłoby mi się więcej szaleństwa w obszarze wizualnym i muzycznym. Trzymam kciuki i na pewno obejrzę kolejne odsłony Sandmana.

wtorek, 1 listopada 2022

Przesłuchane książki – „Seriale. Do następnego odcinka”, „Gdzie śpiewają raki”, „Ziemia obiecana” oraz „Duchy Jeremiego”

Do tej pory audiobooków słuchałam rzadko, przede wszystkim podczas długich podróży samochodem. Niedawno zdecydowałam się na słuchanie również w drodze do pracy. Większość drogi przechodzę pieszo, a samo siedzenie w pociągu zajmuje mi około 5 minut. W tej sytuacji audiobooki sprawdzają się idealnie. Okazało się, że nie wszystkie tytuły nadają się do słuchania, przez niektóre trudno było mi przebrnąć. Na szczęście, poniższe tytuły słuchało się bardzo dobrze.

Seriale. Do następnego odcinka
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

Gatunek: popularnonaukowa
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 394
Wydawnictwo: WAB

O tym, jak wielkie znaczenie ma dla widzów zakończenie sitcomu, niech świadczy fakt, że na piętnaście telewizyjnych finałów z największą oglądalnością aż dziesięć było finałami sitcomów.
 

Opis wydawcy

Kim jest showrunner i co to jest bottle episode? Czym różni się sitcom od proceduralu i serialu analogowego? Co robi się, gdy aktor grający główną rolę złamie nogę? 

Seriale stały się jednym z najważniejszych elementów współczesnej kultury. Nawet Olga Tokarczuk w swoim przemówieniu noblowskim wspomniała o serialowej narracji. Bo bez niej trudno zrozumieć współczesnego człowieka. Seriale to niesłychanie ciekawe zjawisko kulturowe, w którym kwestie biznesowe, technologiczne czy nawet prywatne problemy aktorów potrafią mieć bezpośredni wpływ na fabułę i sposób prowadzenia narracji.


Moja recenzja

Seriale. Do następnego odcinka to prawdziwie idealna pozycja do słuchania w audiobooku. Wszyscy oglądamy seriale, mam wrażenie, że w ostatnich latach produkcje telewizyjne przejęły sporą część widzów filmowych. O wiele łatwiej włączyć nam jeden odcinek niż pełnometrażowy film. Dlatego wydaje mi się, że ta książka może zainteresować wielu fanów seriali. Audiobook sprawdzi się jako zastępstwo dla słuchania podcastu, z którego chcemy czerpać ogólną wiedzę o serialach. Książka Czajki-Kominiarczuk służy do edukowania, ale w sposób przystępny. Nie jesteśmy zasypywani zbyt dużą ilością informacji, autorka prowadzi nas przez zagadnienia związane ze światem telewizji sprawnie, budząc zainteresowanie.

Książka podzielona jest na kilka części. W pierwszej z nich autorka opowiada krótko o showrunnerach, pomysłach jak rozegrać sytuację, w której aktorka zachodzi w ciążę bądź ktoś z ekipy odnosi kontuzję. W kolejnych dowiemy się o tym jak działa algorytm wyszukiwania na Netliksie, jakie gatunki seriali rozróżniamy, jakie są rodzaje odcinków oraz o archetypach serialowych bohaterów. Wszystko to w formie audio jest bardzo lekko przyswajalne, a niektóre informacje potrafią naprawdę zaskoczyć, jak fakt że pilot Gry o tron nigdy nie dostał się do szerszej dystrybucji i wymagał dość grubych poprawek, po których to Emilia Clarke przejęła rolę Dannerys Targeryan.

Seriale. Do następnego odcinka może nie zmieni Waszego życia, nie zrobi ogromnego wrażenia, ale na pewno okaże się dobrym kompendium wiedzy i dostarczy kilku ciekawostek ze świata telewizji. Trochę trudno wskazać grupę docelową, bo z jednej strony, warto przed lekturą znać serialowe klasyki, ponieważ autorka odnosi się do konkretnych scen, spoilerując historię. Z drugiej strony, jeżeli ktoś jest mocno obeznany ze światem seriali, może określić książkę jako mało odkrywczą. Dlatego polecam szczególnie w audiobooku, z podejściem „zamiast podcastu”.


Gdzie śpiewają raki
Delia Owens

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Świat książki

Powoli rozszyfrowała wszystkie słowa w zdaniu : "Niektórzy mogą żyć z dala od natury, a niektórzy nie".  - Umiesz czytać. Już nigdy nie będzie to dla ciebie problem.  - Nie chodzi tylko o to - odpowiedziała niemal szeptem. - Nie przypuszczałam, że słowa mogą znaczyć tak wiele i że zdanie może zawierać aż tyle treści.  Uśmiechnął się.  - To bardzo dobre zdanie. Nie wszystkie znaczą aż tyle.
 

Opis wydawcy

Pogłoski o Dziewczynie z Bagien latami krążyły po Barkley Cove, sennym miasteczku u wybrzeży Karoliny Północnej. Dlatego pod koniec 1969 roku, gdy na mokradłach znaleziono ciało przystojnego Chase’a Andrewsa, miejscowi zwrócili się przeciwko Kyi Clark, zwanej Dziewczyną z Bagien. 

Lecz Kya nie jest taka, jak o niej szepczą. Wrażliwa i inteligentna, zdołała sama przetrwać wiele lat na bagnach, które nazywa domem, choć jej ciało tęskniło za dotykiem i miłością. Przyjaźni szukała u mew, a wiedzę czerpała z natury. Kiedy dzikie piękno dziewczyny intryguje dwóch młodych mężczyzn z miasteczka, Kya otwiera się na nowe doznania — i dzieją się rzeczy niewyobrażalne.


Moja recenzja

Książka spędziła sporo czasu na liście bestsellerów, w pewnym momencie czytali ją niemal wszyscy. Niedawno pojawiła się rownież ekranizacja, która zgarnęła raczej niezbyt optymistyczne recenzje. Na film nie udało mi się wybrać, ale postanowiłam, że przynajmniej przesłucham książkę.

Muszę się przyznać, że nie podzielam zachwytów czytelników. Może mają na to wpływ zbyt duże oczekiwania, ale dla mnie ta historia już od strony stylistycznej była niestrawna. I to był jeden z największych zawodów, ponieważ sporo w powieści znalazło się wzniosłych zdań, które nie niosły ze sobą niczego konkretnego (przykładowo to zdanie: „Niektórzy mogą żyć z dala od natury, a niektórzy nie”). Natomiast wplątanie w fabułę poezji sprawiło, że książka Gdzie śpiewają raki stała się jeszcze bardziej egzaltowana.

Przechodząc do plusów powieści, historia kryminalna z „teraźniejszości”, której rozwiązanie poznajemy równolegle z przeszłością bohaterki, sprawdziła się dobrze – szczerze byłam ciekawa jak to się wszystko rozwiąże. Bohaterów raczej nie polubiłam, a mam wrażenie że współczucie dla nich było dość kluczowe. I nie wiem teraz, czy to ja jestem bez serca, czy to opowieść Delii Owens nie potrafiła za nie złapać. Zastanawiam się, czy interpretacja lektorki audiobooka również nie wpłynęła na moje wrażenia. Ostatecznie, mogę chyba podsumować, że książka po prostu do mnie nie trafiła. Wiem jednak, że jestem w tym zdaniu raczej osamotniona.


Ziemia obiecana
Władysław Reymont

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1899
Liczba stron: 324 (I tom) + 301 (II tom)
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Ja nie będę robił, robił, robił! Bo ja chcę żyć, żyć, żyć! Nie jestem bydlęciem pociągowym ani maszyną, jestem człowiekiem. Tylko głupiec chce pieniędzy i dla zrobienia milionów poświęca wszystko, życie i miłość, i prawdę, i filozofię, i wszystkie skarby człowieczeństwa, a gdy się już tak nasyci, że może pluć milionami, cóż wtedy? 
 

Opis wydawcy

Powieść ta ukazuje z wielkim realizmem powstanie kolosa przemysłowego w Łodzi. Rozrost fortun fabrykantów, nędza wykorzystywanych przez pracodawców mas ludzkich, które ten moloch łódzki wchłania w siebie i wysysa w interesie garstki kapitalistycznych rekinów przemysłowych, zostały przedstawione bardzo sugestywnie. Już w tej powieści wykazał Reymont rozmach epicki, który do szczytu doszedł w "Chłopach".

Moja recenzja

Ziemię obiecaną kupiłam zapewne podczas którejś wizyty w antykwariacie i dłuższy czas przeleżała na półce. Kiedy zobaczyłam ten tytuł w aplikacji Storytel, stwierdziłam, że będzie to dobry pomysł na rozpoczęcie lektury. Niestety, po przesłuchaniu około godziny, zerknęłam do swojego egzemplarza i okazało się, że audiobook jest w wersji skróconej. Zaczęło mieć sens to, że trudno mi się go słuchało. Później przerzuciłam się na inny audiobook, który był już w pełnej wersji. Nie zmienia to faktu, że w przypadku Ziemi obiecanej przeskakiwałam między wersją audio i książką, bo słuchanie jej wymagało większego skupienia. 

W książce przedstawiony został obraz brudnej, odpychającej przemysłowej Łodzi, w której liczą się tylko ludzie majętni, a Ci z niższych warstw społecznych traktowani są jak wyrzutki, niemal podludzie, których można wykorzystać do zwiększenia swoich zysków. Ziemia obiecana zaskakuje aktualnością poruszanych tematów, szczególnie wszechobecnej pogoni za pieniądzem. Młodzi ludzie pną się po drabinie sukcesu, zakładają własne fabryki, tylko żeby dorobić się majątku, którego nie mają na co wydawać. Stawiają pałace, w których nikt nie mieszka, wyprawiają przyjęcia, na których nikt się dobrze nie bawi.

Gdybym miała wskazać głównych bohaterów książki to byliby nimi zapewne: Łódź i pieniądze. Tak jak w filmie (świetna ekranizacja Wajdy) prym wiodą Borowiecki, Baum i Wolf, tak w książce trudno wskazać jednoznaczenie postaci, które są na pierwszym planie. To opowieść na wiele głosów, która składa się w obraz społeczeństwa zepsutego, pozbawionego zasad moralnych, w którym nieliczne jednostki wykazują dobrą wolę (jak postać Anki). Przez tą wielość bohaterów można się czasami pogubić, szczególnie w przypadku audiobooka. Przyznaję, że kilkukrotnie musiałam przewijać dany rozdział, bo nie załapałam kontekstu. Zatem ostrzegam, że Ziemia obiecana wymaga wzmożonego skupienia.

Po przeczytaniu zostaje jeden wniosek: najlepiej przenieść się na wieś!


Duchy Jeremiego
Robert Rient

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 296
Wydawnictwo: Wielka Litera

Uczyłem się raczkować. Niezbyt mi to wychodziło, bo chociaż chciałem iść do przodu, cofałem się, a to było strasznie frustrujące, tak samo frustrujące jak ostatnie tygodnie na wsi. Ten ruch, na który nie mam wpływu, chociaż wydaje się łatwy. Zostawić za sobą kawałek podłogi i ruszyć dalej.
 

Opis wydawcy

„Duchy Jeremiego” to przejmująca narracja dwunastolatka, konfrontującego się z chorobą mamy i własnymi demonami. Nie było w polskiej prozie powieści, która mierząc się z tematem rodzinnych upiorów, wybrzmiewa głosem tak świeżym i przejmującym. „Duchy Jeremiego” to portret rodziny uwikłanej w historię Zagłady, ale przede wszystkim kameralna, intymna opowieść o nadwrażliwym chłopcu, doświadczającym jednego z najtrudniejszych momentów w życiu każdego człowieka – odchodzenia mamy. Literatura dowodząca pisarskiej dojrzałości i wrażliwości. Napisana niepokojącą, naiwną frazą, nad którą autor ma pełną kontrolę.

Moja recenzja

Duchy Jeremiego to książka, którą kupiłam pod wpływem poleceń z Instagrama. W 2018 roku została nominowana do Nagrody Nike, które to rozdanie wygrał Marcin Wicha z powieścią Rzeczy, których nie wyrzuciłem. Duchy Jeremiego to opowieść, którą poznajemy z perspektywy dwunastoletniego chłopaka i ta narracja naprawdę robi wrażenie. Wszystkie wydarzania są przefiltrowane przez uczucia Jeremiego, podane w sposób dość prosty, typowy dla dziecka. Chłopak musi w ekspresowym tempie wydorośleć, ze względu na sytuację rodzinną – ojciec Jeremiego ich opuścił, a mama ciężko choruje. Przenoszą się na wieś, do dziadka, gdzie chłopak po raz pierwszy usłyszy o trudnej przeszłości swojej żydowskiej rodziny.

Duchy Jeremiego to książka silnie działająca na wrażliwość. Poznawanie tej na wskroś smutnej historii, którą przeżywa bezbronne dziecko potrafi rozłożyć na łopatki. Szczerość, bezpośredniość Jeremiego sprawiają, że otaczające go zło oddziałuje na nas tym mocniej. Mimo że przeczuwamy dokąd zmierza ta historia, chcemy odbyć tę podróż z młodym bohaterem, starając się być dla niego jednym z dobrych duchów. Liczba tragedii, jaka spotyka chłopaka potrafi przytłoczyć, ale na szczęście narracja ratuje książkę od bycia przesadnie łzawą. Jeremi posługuje się językiem potocznym, często żartuje ze spraw poważnych, jak na dziecko przystało. Pomysł prób odkrywania tajemnic rodziny, które ukryte są w niedalekiej przeszłości sprawdza się bardzo dobrze. Opowiadania dziadka czy sąsiadki Marii potrafią przyprawić o dreszcze, ale ponownie – przez to, że słowa kierowane są do dziecka, brak w nich krztyny przesadzonej tragedii.

Duchy Jeremiego to powieść przeraźliwie smutna, traktująca o stracie i żałobie, a wszystko to przedstawione oczami dziecka. Warto przeczytać (bądź przesłuchać, bo audiobooka słucha się cudownie).


wtorek, 25 października 2022

„To przez ten wiatr” Jakub Nowak – alternatywna historia romansu Modrzejewskiej z Sienkiewiczem na Dzikim Zachodzie

To przez ten wiatr
Jakub Nowak

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 409
Wydawnictwo: Powergraph

Karol rozmyślał o sile, której dodawała miłość. I o tym, ile ta miłość zarazem wymaga odwagi.
 

Opis wydawcy

Kalifornia, rok 1876. Helena Modrzejewska i Henryk Sienkiewicz wynajmują z przyjaciółmi rancho, aby uprawiać winorośl. Polacy, do pobliskiego Anaheim, założonego przez imigrantów z Niemiec, jeżdżą po sprawunki, do golibrody, po whiskey, bójki i inne saloonowe atrakcje. W kalifornijskim upale, w dusznych, gorących podmuchach wiatru Santa Ana, pod okiem Karola Chłapowskiego, męża Modrzejewskiej, rośnie miłosne napięcie między genialną aktorką a warszawskim dziennikarzem, którym jest wtedy Sienkiewicz. Niezwykła kobieta, przywykła do świata leżącego u jej stóp, i bezczelny trzydziestolatek, który sięgnie po nieosiągalne.


Moja recenzja

Debiut Jakuba Nowaka przyciągnął moją uwagę od razu po przeczytaniu opisu. Książka reklamowana jest jako fabularyzowana historia miłosna Heleny Modrzejewskiej i Henryka Sienkiewicza, której akcja rozgrywa się w gorącej Kalifornii. Brzmi to bardzo oryginalnie i odważnie. Czy ten eksperyment literacki się udał? Od razu mogę powiedzieć, że owszem, nawet bardzo dobrze. To również dlatego miałam problem z napisaniem czegokolwiek na temat tej książki  całość tak bardzo mi się spodobała, że jedyne co powinnam przekazać to: przekonajcie się o jej wspaniałości na własnej skórze!

Jestem szczerze zaskoczona, że od tej lektury otrzymałam taką ilość dobrej zabawy. Może nie gustuję w westernach (ani tych książkowych, ani filmowych), ale książka To przez ten wiatr pokazała za co można ten gatunek pokochać. Postaci są wyraziste, pełne zapału, historia przepełniona akcją, czuć w niej klimat Dzikiego Zachodu z kowbojami, rewolwerowcami, saloonami i licznymi krwawymi jatkami. Całość oparta jest bardzo luźno na faktach. Faktem jest, że grupa Polaków: Sienkiewicz, Modrzejewska, jej mąż, czyli Karol Chłapowski, jej syn, towarzysze Sypniewscy, służąca Anusia wylądowali na farmie w Kalifornii z zamiarem hodowania winorośli. Jakub Nowak postanowił opowiedzieć nam swoją wersję wydarzeń, które mogły mieć tam miejsce.

źródło

Chociaż To przez ten wiatr reklamowany jest jako romans, to czytelnicy znajdą tutaj o wiele więcej niż płomienne uczucie między dwójką artystów. Przede wszystkim autor świetnie poradził sobie z obdarciem słynnych postaci z wyobrażeń o ich wielkości. Od początku rysuje bohaterów z krwi i kości, dzięki czemu stają się czytelnikowi tak bliscy. Sienkiewicz to młody dziennikarz, który marzy o napisaniu powieści, ale jest wciąż raczkujący w tym temacie. Wplatanie w historię pewnych faktów z późniejszej twórczości tego autora wyszła Jakubowi Nowakowi bardzo zgrabnie – dostajemy przykładowo krótką opowieść, która łudząco przypomina historię Juranda ze Spychowa.

Trudno nie docenić tego debiutu. Nie dość, że autor wybrał odważne przedsięwzięcie, to bardzo dobrze się do niego przygotował. Musiał wykonać sporo pracy badawczej przed przystąpieniem do pisania. Brawurowo radzi sobie z oszukiwaniem czytelnika, szczególnie takiego niespecjalnie zapoznanego z tematem (jak ja). O tej eskapadzie, o uczuciu Sienkiewicza do Modrzejewskiej nie wiedziałam nic, zatem wielokrotnie się zastanawiałam na ile autor próbuje odtworzyć wydarzenia, a na ile posługuje się wyobraźnią. Sporo rozwiązań fabularnych pokrywa się z faktami, ale możecie być spokojni – jeżeli zastanawiacie się na ile autor podkoloryzował tę historię to czeka Was zakończenie, które rozwiewa wszelkie wątpliwości. 

Jeżeli mogę coś jeszcze pochwalić, to muszę wspomnieć o postaciach kobiet. Są silne, mają wyraźne motywacje, żadna nie jest tutaj tłem dla męskich potyczek. Przy gatunku westernu można się było czegoś takiego obawiać, ale w Przez ten wiatr ich wątki są równie ważne co te męskie. Przede wszystkim postać Heleny Modrzejewskiej, którą poznajemy wnikliwie, z wejrzeniem we wszystkie jątrzące ją traumy przeszłości, ale też z siłą do ciągłego parcia naprzód. Ciekawa jest również historia Anusi, której przeszłość poznajemy w jednym z rozdziałów. Dzięki jej perypetiom możemy zaobserwować, w jakiej sytuacji były stawiane kobiety w tamtych czasach, szczególnie te niższego stanu.

Przez ten wiatr to debiut-petarda! Alternatywna historia w wykonaniu Jakuba Nowaka jest angażująca, naturalistyczna, odważna, a w tym wszystkim lekka w odbiorze (w czym duża zasługa stylu autora). Po takiej powieści na pewno będę wyczekiwać kolejnych tekstów Jakuba Nowaka.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Powergraph

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka