sobota, 7 grudnia 2019

Integralna część naszego życia - „Nie ma” Mariusz Szczygieł



*Nie ma*
Mariusz Szczygieł

*Język oryginalny:* polski
*Forma:* zbiór reportaży
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 336
*Wydawnictwo:* Dowody na istnienie

Miał zwyczaj: codziennie robił mi herbatę. Usiądź, wypijemy razem. To było takie hasło. (...) Młodzi ludzie często myślą, że w związku ważne są namiętności, a na końcu się okazuje, że najważniejsza ze wszystkiego jest herbata. I że potem brak jej najbardziej.
*Krótko o fabule:*
Rozmówcami Szczygła są ludzie z różnych światów: czeska poetka, ukraiński żołnierz, polska księgowa, izraelska pisarka, a także jego ojciec, z którym autor wybiera się ostatni raz w życiu do Pragi. Nad książką unosi się rada, którą dała autorowi Hanna Krall: „Wszystko musi mieć swoją formę, swój rytm, panie Mariuszu. Zwłaszcza nieobecność".

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Długo stawiałam czytelniczy opór wobec literatury faktu. Na szczęście ten gatunek staje się coraz bardziej popularny oraz doceniany i mam wrażenie że coraz więcej czytelników w stronę non-fiction spogląda przychylnym okiem. Mariusz Szczygieł to znany polski reportażysta, któremu nadzwyczaj bliska jest tematyka związana z naszymi czeskimi sąsiadami. Jednak w przypadku omawianej tutaj pozycji postanowił skręcić w inną stronę. Za swoją książkę Nie ma otrzymał w tym roku aż dwie nagrody Nike: od jury konkursu i od zachwyconych czytelników. W wyniku zbiegu okoliczności trafiłam na spotkanie z autorem podczas tegorocznego festiwalu Pol'and'Rock (dawnego Woodstocku). Także wiele czynników złożyło się na zachętę do sięgnięcia po tę pozycję: od nagród, przez polecenia, po interesującą rozmowę na festiwalu. Po lekturze najbardziej cieszy mnie jedno: nareszcie czuję przełom w kwestii czytania reportaży, bo Mariusz Szczygieł pokazuje, że ten gatunek ma zdecydowanie sporo do zaoferowania.

Ciekawy jest temat przewodni, tytułowe 'nie ma'. Autor sprawnie łączy różne jego przyczyny: związane z utratą bliskich, z pozbyciem się zbędnych rzeczy w swoim życiu, z porzuceniem starego, wygodnego życia, z brakiem spokoju związanym z wyparciem przeszłych, traumatycznych wydarzeń, z wszechobecnym w naszym życiu uczuciu określanym przez autora mianem NIE MA. Tematyka odzwierciedlana jest z innej strony w każdym z teksów, a ich mnogość pokazuje, że o tym zagadnieniu wiele i różnorodnie możemy opowiedzieć.
Problematyka jest chyba głównym źródłem zachwytów nad tą pozycją. To temat, który dotyczy każdego z nas, bo ciągle coś tracimy, ten brak, NIE MA, jest nierozłączną częścią naszej codzienności. Jednak u Szczygła nie jesteśmy straceni, nie ma poczucia beznadziei, wszechobecnego smutku następującego na myśl o stracie. Często opowiadając o utracie, o braku czegoś, pozwala nam docenić to, co jest. W wielu tekstach potrafiłam odnaleźć ziarenko szczęścia, mogłam zrobić krok do tyłu i przyjrzeć się swojemu życiu, zobaczyć, że nawet rzeczy, których NIE MA, a kiedyś były, zostawiły wspomnienia i czegoś mnie nauczyły. Pozwala także zrozumieć, że NIE MA jest integralną częścią naszego życia, którą powinniśmy po prostu zaakceptować. To chyba największa siła tej książki.
źródło
Nie ma składa się z krótkich form, można spokojnie dawkować sobie całość i czytać partiami, z podziałem na rozdziały. Jednak, jak to z krótkimi formami bywa, odczucia co do poszczególnych teksów są bardzo różne. Niektóre rozdziały robią ogromne wrażenie, po odłożeniu lektury na półkę wciąż w nas żyją i zatruwają myśli. Z pamięci wysuwa się na prowadzenie sprawa Ewy T., która wstrząsa na początku okrucieństwem, później brakiem pokory bohaterki, wybiórczym powoływaniem się na religię chrześcijańską, a na końcu jeszcze reakcją czytelników i nakręconym kołem okrucieństwa. Szczygieł już wcześniej pokazał czytelnikom tę historię na łamach Dużego Formatu, a w Nie ma uzupełnia ją o swoje przemyślenia na temat szumu, który po publikacji wśród czytających się podniósł.

Innym tekstem, który zapadł mi w pamięci jest historia sióstr Woźnickich. W przypadku tego tekstu możemy przyjrzeć się bliżej niesamowitej więzi między rodzeństwem. Siostry Woźnickie razem przeszły przez piekło wojny, a później były sobie towarzyszkami przez całe życie. Poświęciły się tworzeniu literatury i choć jedna radziła sobie z pisaniem lepiej, natomiast druga była bardziej krytykiem literackim to robiły to, jak wszystko inne, razem. Ich powolne popadanie w obłęd, widziane oczami przyjaciół robi wrażenie - na początku poznajemy tę historię z zapisków jednej z sióstr, jako zupełnie normalną egzystencję, ale gdy do głosu dochodzą ludzie z ich otoczenia zobaczymy całkiem inną historię. Użycie wielu punktów widzenia pomogło spojrzeć na te same wydarzenia z różnych perspektyw i pozwoliło zbudować sobie pełen obraz.
Spodobały mi się także teksty o polskim rzeźbiarzu i czeskiej willi. Przede wszystkim napisane były w sposób tak intrygujący, że po lekturze sprawdziłam nazwiska pojawiające się na kartach książki. Natomiast jeden z najbardziej emocjonalnie oddziałujących rozdziałów, oprócz sprawy Ewy T., był tekst Rzeka. Świetny pomysł w kwestii zabawy formą - wykropkowane fragmenty korespondowały z tematyką Nie ma i pozwalały mocniej wybrzmieć wyznaniu bohaterki.

Wydaje mi się, że wybór tej książki jest dobrym pomysłem dla ludzi, którzy chcą gładko przejść w stronę czytania reportaży. Autor miesza prawdziwe historie ze swoimi przemyśleniami, zręcznie łączy różnych bohaterów, różne sytuacje, żeby dać obraz całości. Warto dać mu szansę, nawet jeżeli fanami literatury faktu nie jesteście (jeszcze!).
        

niedziela, 1 grudnia 2019

Listopadowa micha filmów

W listopadzie przeżyłam prawdziwą ucztę kinową, a duża w tym zasługa wrocławskiego American Film Festival. Coś czuję, że na przyszłorocznym rozdaniu Oscarów walka będzie zacięta.

Judy (2019), reż. Rupert Goold

źródło
Judy Garland to legenda świata kina. Uwielbiam ją w Czarnoksiężniku z krainy Oz, Spotkajmy się w St. Louis, Paradzie wielkanocnej i Narodzinach gwiazdy. Każdy film z jej występem zyskiwał dodatkową iskrę dzięki jej udziałowi.
Zima 1968 roku. Ciesząca się ogromną popularnością Judy Garland (Renee Zellweger), uzależniona od leków, cierpiąca na bezsenność, przybywa do Londynu na serię koncertów.
Judy Garland jest ikoną, jednak jej życie zostało zniszczone przez uzależnienie. Pierwszy raz na scenie wystąpiła w wieku 2,5 lat, także jej rodzice traktowali ją jako maszynkę do zarabiania pieniędzy od wczesnego dzieciństwa. Podobno studio MGM faszerowało ją amfetaminą na planie Czarnoksiężnika z krainy Oz, kiedy Judy miała niecałe 17 lat! Jej życie kierowane było lekami: na zmianę te, które miały ją pobudzić, z tymi, które dbały o jej figurę i pomagały zasnąć. To przez to uzależnienie odeszła w wieku 47 lat z powodu przedawkowania, a ostatnie lata kariery spędziła między wspaniałymi występami a rozchwianymi wykonami, wzbudzającymi rozczarowanie wśród jej fanów. Film biograficzny Judy bierze na warsztat właśnie ten czas upadku pod lupę. Zawsze doceniam kiedy w biopickach odchodzi się od przedstawiania skrótu całego życia, a pokazuje się wycinek, który nakreśli nam bliżej sylwetkę gwiazdy w danym etapie kariery. W przypadku Judy niestety, wypada to wszystko po prostu poprawnieStruktura filmu, zawierająca flashbacki z przeszłości trąci schematem, a podkręcone przedstawianie „tych złych” postaci z MGM jest bardzo jednostronne.
To, na czym film się trzyma jest Renee Zellweger. Jest to rola typowo oscarowa, z wszystkim co członkowie Akademii sobie cenią. Renee przechodzi sporą metamorfozę, a jej sposób grania jest intensywny, narysowany grubą krechą i pociągnięty do maksimum. Chociaż miałam momentami wrażenie, że aktorka trochę tę rolę szarżuje i dociska, to jednocześnie uwierzyłam jej całkowicie i nie można zaprzeczyć, że ma w sobie całą charyzmę odgrywanej gwiazdy scenicznej. Mówi się, że to między Zellweger a Johanson odbędzie się walka o Oscara w przyszłym roku. Tej drugiej jeszcze w Historii małżeńskiej nie widziałam, ale Renee to zdecydowanie mocna zawodniczka.
Trochę żałuję, że film wyszedł tak schamatycznie, bo Judy Garland zasługiwała na coś więcej. Szczególnie, że wybór tego okresu w jej życiu nakierował świetnie temat filmu - gwiazda, wychowana na scenie, która nie może w pełni świadomie na niej funkcjonować, a jednocześnie nie potrafi bez niej żyć. Także, do obejrzenia dla Renee i fanów Judy Garland.


Joker (2019), reż. Todd Phillips

źródło
Hype na Jokera jest wręcz niesamowity, naprawdę niewiele jest filmów, które polecają mi wręcz wszyscy. Nawet osoby, z którymi o filmach zazwyczaj nie rozmawiam. Stwierdziłam, że poczekam z seansem, aż się trochę w kinach rozluźni. I to był chyba błąd, bo oczekiwania rosły, a szczątkowe opinie składały się w nadzieję na rzecz o społeczeństwie i jego przyszłości we współczesnym świecie. Bez oczekiwań zdecydowanie byłoby przyjemniej oglądać Jokera.
Przedstawiony przez Phillipsa obraz śledzi losy kultowego czarnego charakteru, Jokera (Joaquin Phoenix), człowieka zepchniętego na margines. To nie tylko kontrowersyjne studium postaci, ale także opowieść ku przestrodze w szerszym kontekście.
Dobrze, najpierw ustalmy jedną rzecz - Phoenix ma tutaj rolę oscarową, w pełni zasługuje na wszystkie zachwyty. Inny aktor na jego miejscu mógłby przesadzić, zagrywać się na siłę, a u Phoenixa jakoś wszystko się zgadza, szaleństwo wypływa mu prosto z trzewi. To wykon kompleksowy, Jokera ma w oku, ma w ruchach, ma w samej budowie ciała, przeraźliwie wychudzonej, ma nareszcie w przekonywujących napadach śmiechu. Naprawdę za każdym razem kiedy wybuchał śmiechem miałam ciary i gardło mi się ściskało - z jednej strony śmiech, a z drugiej ten błysk w oku i przeraźliwy kaszel. To jest naprawdę aktorski majstersztyk, którego szkoda byłoby nie docenić. Druga sprawa to bardzo dobrze pokierowany portret psychologiczny i obraz choroby psychicznej. To całościowo trzyma się kupy i robi piorunujące wrażenie. Bardzo dobrze wypadają także zdjęcia i muzyka, chociaż, jak już wielu wspomniało, są trochę wtórne.
No, ale przejdźmy do narzekania. Otóż, trochę nie rozumiem co twórcy chcieli tym filmem powiedzieć. Wypływa tutaj tematyka podziału społeczeństwa, że już za moment kilka procent ludzi na świecie będzie miało w kieszeni większość światowych pieniędzy. W tak oryginalnym filmie z serii origin story antybohatera szkoda, że problem pokazany jest tak schematycznie. Bo mamy czarno-biały podział: ludzie bogaci są źli, to w większości chamy, którzy traktują biednych jak śmieci, także generalizacja społeczeństwa pełną gębą. Najgorsze jednak, że służy to tutaj trochę jako usprawiedliwienie czynów Jokera, który cały film dostaje po dupie od bardzo „złych ludzi”. Co w takim razie Joker chce nam powiedzieć? Że szykuje się krwawa jatka, anarchia, jeżeli rządzący nie zmienią systemu. Halo?! Czy nikt nie zauważył, że na czele tej rebelii staje chory psychicznie, najbardziej pokręcony antybohater, szalony zabójca? A masy, które za nim idą nie wychodzą z pomysłami na zmiany, chcą tylko rozwalić to, co jest? Mam wrażenie, że film w niekorzystny sposób wybiela postać Jokera, który jednak antybohaterem zostać powinien.
Podstawowym więc problemem jest robienie z tego filmu czegoś więcej, niż jest. Traktując go jako kolejny film o superbohaterach wypada bardzo dobrze, oryginalnie, całe origin story trzyma się kupy i należy do najciekawszych w gatunku. Próby wyciągania z niego jakiegoś komentarza społecznego sobie jednak odpuszczam, bo nic odkrywczego i wartego uwagi tu nie znajduję.

Jojo Rabbit (2019), reż. Taika Waititi

źródło
To chyba jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Taika Waititi do tej pory idealnie wpasowywał się w moje poczucie humoru: Co robimy w ukryciu to czysta rewelacja, a Thor Ragnarok świetnie pokazuje wesołe podejście do tematyki kina superbohaterskiego. W najnowszej produkcji jest odważnie, bo na warsztat Waititi bierze temat II wojny światowej. I robi to na wesoło.
Gdy niemiecki chłopiec (Roman Griffin Davis) znajduje młodą Żydówkę (Thomasin McKenzie), którą ukrywa na strychu samotnie wychowująca go matka (Scarlett Johansson), jego świat staje na głowie. Mając u boku jedynie idiotycznego wymyślonego przyjaciela, którym jest nikt inny jak sam Adolf Hitler (Taika Waititi), Jojo musi teraz stawić czoła swemu ślepemu nacjonalizmowi.
Od pierwszych scen możemy być pewni jednego - wyśmiewać się będziemy ostro, po bandzie. Oczywiście dobrze wiedziałam, że idę na komedię, więc wszystko przyjęłam z dystansem (a jest on tutaj niezbędny) i uśmiechem na twarzy. Sceny bawią widza i zapadają w pamięci, wspomnieć warto chociażby wizytę Gestapo w domu Jojo i niekończący strumień powitań „Heil Hitler”. Humor sytuacyjny zdecydowanie stoi na wysokim poziomie, a do tego dochodzi kilka ciekawych żartów słownych. Na dodatek aktorzy mogą zabłysnąć komediowym talentem (szczególnie sam Waititi). Jednak mam z tym filmem mały problem. Jaki, już tłumaczę.
Reżyser chciał pokazać wojnę oczami dziecka, także wszystko jest trochę w krzywym zwierciadle, szczególnie, że Jojo jest ogromnym poplecznikiem Hitlera. Całość jest kolorowa i beztroska, żarty sypią się workami, często dość rubaszne i mocne. Później, następują pewne dramatyczne sceny, które w tej barwnej otoczce nie wybrzmiewają do końca tak, jak mogłyby. Bo postaci zbudowane są na dobrym gruncie, ich cele i charaktery są jasne, ale w momencie tragicznym okazuje się, że cała historia nie rezonuje w widzu. Albo nie wykorzystuje w pełni potencjału, bo wszyscy wiemy, że ten zabieg jest możliwy (od razu na myśl przychodzi film Życie jest piękne).
Jednak pomijając to poplątanie w dramatyczno-komediowym względzie, film jest dobry. W humorystyczny sposób pokazuje bezsens wojny, jej okrucieństwo i głupotę ludzi nawołujących do walki. Przekaz pacyfistyczny jest jasny, a jednocześnie pokazany w łatwo strawny sposób. Natomiast aktorsko warto wspomnieć o dwóch nazwiskach. Zacznę od reżysera, który wziął na barki postać Hitlera i bardzo dobrze, że nie powierzył tego nikomu innemu. Waititi ma świetne wyczucie komedii i potrafi z każdej sceny wycisnąć maksimum potencjału humorystycznego. Świetnie wypada partnerujący mu Roman Griffin Davis. Jednak prawdziwą gwiazdą Jojo Rabbit zdecydowanie jest Scarlett Johanson. Ja nigdy szczególnie za nią nie przepadałam, ale tutaj robi piorunujące wrażenie. Jest lekka i zabawna, a jednocześnie niesie ze sobą ciężar i tragedię, a łączy to w sposób perfekcyjny. Moment, w którym odgrywa scenkę powrotu męża z frontu to aktorska perełka. Podsumowując: warto, chociaż spodziewałam się czegoś więcej.

Waves (2019), reż. Trey Edward Shults

źródło
Waves przed seansem wiedziałam tylko tyle, że klimatem porównywany jest do zdobywcy Oscara z 2017 roku, Moonlight. W sumie to tyle mi wystarczyło, żeby wybrać ten film na American Film Festival.
Życie Tylera (Kelvin Harrison Jr.) wydaje się idealne. Chłopak ma dobre stopnie, świetnie idzie mu w sporcie, a dodatkowo umawia się z piękną dziewczyną. Wystarczy jednak kilka złych decyzji, niefortunnego splotu wydarzeń, by wszystko zaczęło się sypać. Jednocześnie młodsza siostra Tylera, Emily (Taylor Russell) żyje w cieniu brata. Wycofana, nie biorąca aktywnego udziału w życiu rodzinnym, ani szkolnym, stara się nie wyróżniać z tłumu. Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia zostanie zaproszona na randkę.
Początek filmu z miejsca wciąga widza w świat bohaterów. Duża tutaj zasługa sprawnego montażu, kamera porusza się dynamicznie, momentami aż kręci się w głowie, a oglądając sceny zapasów ma się wrażenie, że jest się w ferworze walki. Ten montaż zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Tak samo zresztą jak zdjęcia, raz nasycone kolorami, raz mroczne, idealnie korespondujące z treścią.
To, co mnie w filmie najmocniej zaskoczyło to podział na dwie części, oddzielone dość grubą krechą. Po momencie, w którym historia jednego bohatera dociera do punktu kulminacyjnego pokazane jest rozwiązanie jego sytuacji i przeskakujemy do drugiej postaci, która będzie tą główną przez kolejną połowę filmu. Na początku tego skoku miałam problem z wsiąknięciem w nowy wątek, ale wkręcenie się znowu nie trwało długo. Sprawność, w jaki zmontowany jest ten film, nie pozwala nam go nie docenić. Warto też wspomnieć o bardzo równym występie aktorów - naturalność w każdym z nich od razu nas przekonuje i pozwala uwierzyć w przeżywane przez nich emocje. Szczególnie jednak wyróżniają się Kelvin Harrison Jr. i Taylor Russel, którzy są głównymi postaciami poszczególnych segmentów. Niosą na barkach ładunek emocjonalny tego filmu i przeprowadzają widza przez swoje przygody z lekkością i zaangażowaniem.
Historia jest przejmująca, dociska temat ludzkiej omylności do maksimum. Bohaterowie popełniają błędy i ponoszą ich konsekwencje, w danym momencie wydaje im się, że znajdują się w sytuacji bez wyjścia, że gorzej być nie może, po czym błądzą jeszcze trochę. Waves porusza tak wiele tematów, że każdy może znaleźć w nim coś dla siebie. Pozornie szczęśliwa rodzina, bogata, kochająca się nagle zaczyna się rozpadać. Ambicje ojca przekładają się na upór syna, nastoletnie problemy nawarstwiają się, tworząc przeszkody nie do pokonania i nikt tak naprawdę nie spodziewa się dokąd zaprowadzi nas ta historia. Z łatwością udzielane sądy, wylewanie nienawiści w Internecie, lekkość w wyklikaniu komuś życzenia śmierci. Zarazem to historia o stracie, o miłości, o wybaczeniu, o wszystkim co ludzkie, opowiedziana w piękny sposób. Waves zdecydowanie warto obejrzeć.

Knives out (2019), reż. Rian Johnson

źródło
Kryminały to raczej nie moja bajka. Co prawda zdarzają się wyjątki, jak serialowy Sherlock, ale raczej nie czekam na żaden tytuł z wytęsknieniem. Knives out gatunkiem raczej mnie odstraszało, no bo co można ciekawego pokazać w kolejnym, reklamowanym jako „klasycznym”, kryminale. Jednak obsada skutecznie zachęciła do wizyty w kinie. Poszłam, a po seansie byłam zachwycona.
Detektyw Blanc (Daniel Craig) bada sprawę śmierci bogatego pisarza (Christopher Plummer), głowy ekscentrycznej rodziny. Wszyscy jego krewni są podejrzani. 
Jeżeli ktoś oglądał chociaż jeden kryminał na podstawie książek Agathy Christie to poczuje się tutaj jak w domu. Wszystkie elementy jej powieści w Knives out znajdziemy - morderstwo (w tym przypadku przedstawione jako samobójstwo), podejrzani znajdujący się w jednym miejscu (z czego każdy z nich ma coś za uszami) motyw do zabójstwa (jednak nikt się nie przyznaje) i na dodatek detektyw zatrudniony zostaje przez tajemniczą postać. Jednak sposób prowadzenia filmu jest tak świeży, że trudno tutaj się nie zachwycić. Scenariusz ciągnie widza różnymi, krętymi ścieżkami, dorzucając kolejne elementy układanki, które próbujemy posklejać do kupy, ale idzie nam mozolnie. Bardzo możliwe, że przez fakt, że teoretycznie to my znamy rozwiązanie od początku, a bohaterowie kręcą się w kółko. Dodatkowo cała paleta świetnych, charakternych postaci pozwala nam ekscytować się każdą kolejną sceną. Daniel Craig na początku mnie odstraszył, bo jego bohater czasami przypomina karykaturę osoby z tą swoją manierą mówienia. Jednak im dłużej z nim przebywamy tym bardziej wkręcamy się w ten dziwny rodzaj charakteru. Na drugim planie roi się od świetnych występów: Jamie Lee Curtis jako pewna siebie kobieta z klasą, Don Johnson żyjący w cieniu swojej żony, słodka i lekko roztrzepana Toni Collette i zblazowany Chris Evans. Na pierwszym planie przede wszystkim znana z Blade Runner 2049 Ana de Armas, która daje nam bardzo równy pokaz umiejętności. Nie ma tam słabego ogniwa, wszyscy walczą o wspólny cel i razem dają nam ucztę aktorską. W przypadku tego tytułu wypada też wspomnieć o montażu, który sprawia, że film ma odpowiednie tempo, a scena początkowego przesłuchania długo zapada w pamięci.
To, czym Knives out zyskuje moje głębokie uznanie jest jednak fakt, że pod przykrywką klasycznego kryminału mówi o aktualnych problemach. W tym przypadku traktuje o imigrantach, czasami robi to wprost, kiedy podczas imprezy bogacze dywagują czy powinno się ich wpuszczać czy nie, ale przede wszystkim chowa temat pod powierzchnią zagadki kryminalnej. Robi to na tyle zgrabnie, że kiedy dochodzi do wielkiego odkrycia, a bohaterowie mówią o winnych i niewinnych, to równie dobrze mogli mówić o Ameryce i imigrantach. Cudeńko!

Ukryte życie (2019), reż. Terrence Malick

źródło
Terrence Malick ma nade mną jakąś magiczną władzę i nic nie mogę na to poradzić. Wszyscy się niesamowicie męczą na jego filmach, a ja jestem oczarowana. Tak to już jest, ja się przyzwyczaiłam. Dlatego kiedy usłyszałam, że najnowszy tytuł będzie można zobaczyć w ramach American Film Festival to wiedziałam, że muszę zapolować na bilety. Oczywiście, znowu jestem pod wrażeniem.
Podczas II wojny światowej Austriak Franz Jägerstätter (August Diehl) wiedzie spokojne życie u boku swojej żony (Valerie Pachner) i dzieci. Kiedy przychodzi wezwanie do wojska odmawia walki w szeregach niemieckiej armii. 
To jest tego typu film przy którym nie będę się upierać, że jest rewelacyjny. Jednak ja go tak odbieram. Z kinem Malicka często mam takie coś, że nie potrafię racjonalnie wymienić dlaczego film mi się spodobał. To raczej takie uczucie, jakaś chemia, która niesamowicie na mnie działa. Często narzekam na filmowe nadużywanie patosu i pewnej egzaltacji, a u Malicka jakoś to dla mnie ma sens i pasuje idealnie.
Ukryte życie wydaje się bardziej przystępne niż ostatnie filmy reżysera. Przede wszystkim monologi wygłaszane z offu tutaj mają racjonalne wyjaśnienie w postaci odczytywania korespondencji głównych bohaterów. Natomiast temat przewodni też jest jasny, bo tym razem film oparty jest na faktach i znanym przypadku Jägerstättera.
Moim zdaniem Malick świetnie pokazuje to załamanie wiary w człowieku, poszukiwanie odpowiedniej ścieżki, zagubienie. Robi to, posługując się postaciami opartymi na prawdziwych osobach, ale ponownie nie dopatrzymy się tutaj odpowiednio psychologicznie zarysowanych charakterów. Znowu będą oni trochę oderwani od rzeczywistości, wyidealizowani i uduchowieni. Jednak dla mnie ta walka ze zdaniem reszty społeczeństwa, stawanie okoniem do całego otoczenia przełożyło się w sposób logiczny, a przede wszystkim pasujący do całości.
Klimat filmu ponownie sprawia, że rozklejam się niemal od początku i chlipię później przez cały seans (trzygodzinny, chciałabym zaznaczyć!). Nie dość, że Malick ma umiejętność składania zdjęć, muzyki i monologów, które wywułują u mnie gulę w gardle, to jeszcze w Ukrytym życiu pokazuje przepiękną historię miłosną. Chociaż wiem, że tematów ważnych było w filmie sporo, to jednak właśnie ta miłość zostanie mi w pamięci na dłużej. Dzięki długim ujęciom z prologu, na którym obserwowaliśmy sielankową codzienność dwójki bohaterów, później przeżywamy z nimi ból rozstania.
W Ukrytym życiu udało się reżyserowi dobrać świetną obsadę. August Diehl i Valerie Pachner są cudowni, ekspresyjni w swoim wycofaniu, samym wzrokiem i niewielkim gestem potrafią pokazać więcej niż niejeden słynny hollywoodzki aktor. Przyznaję się, że z tej dwójki największym odkryciem jest dla mnie Valerie - w pewnym momencie filmu wystarczyło, że słyszałam jej głos i już ponownie się rozklejałam. Drugim objawieniem filmu był autor zdjęć, Jorg Widmer. Naprawdę myślałam, że to znowu Lubezki, bo ujęcia są przepiękne, wręcz zapierające dech w piersiach. Także to nazwisko, które warto śledzić.
To oczywiście nie jest film dla każdego i jeżeli ktoś jest antyfanem Malicka to raczej mu się nie spodoba. Prawda, że reżyser schodzi trochę na ziemię, nie jest tak oderwany od rzeczywistości jak przy poprzednich tytułach, ale to wciąż Malick. Przeciągnięte ujęcia natury, głos z offu i filozofowanie. Jednocześnie coś, co robi najlepiej mojej duszy.


Oprócz tego oglądałam:

  • Dżentelmeńska umowa (1947), reż. Elia Kazan - obejrzany w ramach retrospektywy Gregory'ego Pecka na AFF. Bardzo lubię stare kino, a w tym przypadku nawet temat jest wciąż aktualny. Na warsztacie: rasizm i antysemityzm, przyklejanie ludziom łatek. Najciekawiej wypada temat bohaterów, którzy mówią, że gardzą rasizmem, a jednak kiedy mają szansę coś z tym problemem zrobić stoją i się przyglądają. Słabo natomiast wypada natomiast wątek miłosny. Peck świetny!
  • O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu (2014), reż. Ana Lily Amirpour - kino niezależne w horrorowej, groteskowej, surrealistycznej otoczce. Dziewczyna-wampir, która jawi się jako strażnik małej mieściny, Bad City, każe ludzi za nieodpowiednie zachowanie. Wszystko bardzo art-housowe z genialną ścieżką dźwiękową, cudownymi czarno-białymi zdjęciami i świetnymi rolami aktorskimi. No i wspaniała rola kota!
A Wy, co widzieliście w listopadzie? Co polecacie?

czwartek, 21 listopada 2019

Walka z poczuciem winy - „Szczygieł” Donna Tartt



*Szczygieł*
Donna Tartt

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Goldfinch
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* 848
*Wydawnictwo:* Znak Literanova

Ale czasem, niespodziewanie, rozpacz przelewała się przeze mnie falami i wtedy aż brakowało mi tchu; a gdy fale cofały się, spoglądałem na zasolony wrak zalany światłem tak jasnym, tak smutny i pusty, że nie umiałem sobie przypomnieć, czy świat kiedykolwiek nie był martwy.
*Krótko o fabule:*
Theo Decker cudem ratuje się z wybuchu. Z ruin muzeum wykrada niewielki, dziwnie fascynujący obraz. Ulubiony obraz matki, którą stracił w zamachu. Szczygieł będzie towarzyszył Theo w podróży: od ekskluzywnych apartamentów przy Park Avenue po rozpustę półświatka w Las Vegas. Przez zakurzony labirynt podupadającego nowojorskiego antykwariatu po ciemne zakątki Amsterdamu. Obraz, który początkowo jest dla Theo bezcennym skarbem, z czasem sprowadzi go do podziemia handlarzy sztuką i sprawi, że Theo znajdzie się w samym środku śmiertelne niebezpiecznego, zaciskającego się kręgu.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Donna Tartt to już trochę żywa legenda w świecie literatury, mimo że na koncie ma dopiero trzy powieści. Warto zwrócić uwagę, że pisanie każdej z nich zajęło jej około 10 lat, ale jeżeli przyjrzymy się ich objętości to od razu widzimy efekty ciężkiej pracy. Jej autorytetem jest Charles Dickens i to z jego twórczości autorka czerpie inspiracje. Stara się odwzorować wiele detali, zarysować mocniej każdą postać, chociażby pojawiającą się tylko na chwilę. Szczygieł to moje pierwsze spotkanie z Donną Tartt i muszę potwierdzić, że bardzo czuć tę skrupulatność i przywiązywanie wagi do szczegółów. Dziesięć lat pracy przyniosło autorce laur w postaci Nagrody Pulitzera za tę powieść.

Szczygieł, jak przypadło na sporą objętościowo powieść, jest pozycją wielowarstwową. Można ją czytać jako historię Theo, który przebija się przez liczne przeszkody na drodze do spokojnego życia. Można jako afirmację sztuki, polemiki na temat podejścia do niej, zastanowienia się dlaczego niektóre rzeczy przeżywają w mentalności ludzkiej dłużej, a niektóre znikają z myśli niemal od razu. Można ją też traktować jako psychologiczny obraz człowieka, który obarcza się winą za śmierć bliskiej osoby, co skutkuje w ciągłym poczuciu zwątpienia.

Dla mnie najciekawszym elementem Szczygła okazał się temat przypadkowości, rozważania na temat zrządzenia losu, przeznaczenia, wpływu ludzi, z którymi się przebywa, z którymi się dorasta. To jest najbardziej intrygująca część powieści i wszelkie dywagacje na ten temat odbierałam na plus. Szczególnie widać to w świetnym początku, do którego Tartt będzie często wracać wspomnieniami bohaterów. Na starcie widzimy jak z kilku ścieżek postacie pod wpływem impulsu, zbiegu okoliczności, nagłej potrzebny wybierają jedną. Theo ze swoją matką lądują w muzeum, gdzie nasz bohater widzi Pippę z wujkiem, co jest typowo przypadkowym spotkaniem, które okaże się kluczowe i będzie żłobić dalszą drogę obojga postaci.

źródło
Chociaż rozumiem fenomen tej książki, to nie będę należała do jej zagorzałych wielbicieli. Przede wszystkim dlatego, że czytanie jej przypominało jazdę kolejką - są momenty, w których sprawnie budowane jest napięcie, emocje buzują, czytelnik zastanawia się co stanie się z bohaterami, ale za chwilę czekają nas momenty zwolnienia, kiedy niewiele się dzieje, a fabuła rozciąga się niepotrzebnie. Co gorsza, czasami wręcz czułam się jakbym czytała kolejną oklepaną powieść obyczajową, na siłę przedłużaną i przegadaną, a jeszcze w innym momencie przynudnawy kryminał. W przypadku Szczygła zupełnie nie rozumiem tego pomieszania gatunków, bo ani to nie wpływało na stopień zaangażowania czytelnika w historię ani nie przekładało się na główną myśl książki. Gdyby powycinać niektóre wątki i przedłużone momenty to byłoby zdecydowanie lżejsze w odbiorze.

Donna Tartt ciekawie buduje portrety charakterologiczne postaci, daje nam sporo informacji na ich temat, z których możemy później zbudować pełen obraz. Główny bohater, Theo, jest człowiekiem zagubionym, podczas swoich przygód często będzie uciekał się w stronę używek, żeby choć na chwilę zapomnieć o stracie. Sytuacja z pierwszych stron książki pociągnęła za sobą zmianę całego jego życia, chłopak w jednej chwili stracił grunt pod nogami. To dlatego kurczowo trzymał się obrazu, który był liną łączącą go z ostatnimi chwilami życia matki. Dla reszty świata obraz to obiekt do podziwiania, piękno pociągnięć pędzla, historyczna sztuka, którą warto znać. Dla Theo to było coś o wiele ważniejszego. Dobrze wypada spojrzenie autorki na podejście do przedmiotu, który dla jednego będzie najcenniejszą rzeczą, a dla innego czymś, o czym za chwilę zapomni.

Wewnętrzna walka głównego bohatera z poczuciem winy, trawiącym go przez całe życie momentami jest angażująca, a momentami wręcz przeciwnie. Warto jednak po książkę sięgnąć chociażby dla podkreślenia problemu wypominania sobie podjętych decyzji, wyborów, które kładą się cieniem na resztę życia. W pewnym momencie już nic nie możemy zrobić, nie cofniemy czasu, a jednak w głowie wciąż widzimy projekcje teraźniejszości, która mogłaby być prawdziwa, gdybyśmy zdecydowali się pójść tamtego pamiętnego dnia inną ścieżką.

Wkrótce do kin wchodzi ekranizacja książki, na którą czekam, pomimo dość chłodnych recenzji. W obsadzie m.in. Ansel Elgort i Nicole Kidman.

czwartek, 14 listopada 2019

Kochać, jak to trudno powiedzieć - „Magnolia” Wrocławski Teatr Współczesny

Spektakl Magnolia we Wrocławskim Teatrze Współczesnym rozpoczyna się od informacji z offu, że wszyscy występujący tego dnia aktorzy są niedysponowani uczuciowo. Nad publicznością gaśnie światło, a z dużej dziury na scenie wyłaniają się jedna po drugiej postacie aktorów w zielonych kostiumach żab. Oglądamy wycinek z ich życia, w którym wylegują się w słońcu, zdobywają jedzenie, wchodzą między sobą w interakcje, ale tak ogólnie - mają się dobrze. W ten sposób Skonieczny koresponduje z symboliczną finałową sceną pochodzącą z filmowej wersji Magnolii P.T. Andersona, czyli przypominającym biblijną plagę deszczem żab. Reżyser teatralnej adaptacji w swojej wersji pokazuje, że mimo upływu jakiegoś czasu od premiery filmu, żaby nadal lęgną się w ludziach. Ba! Żyje im się wciąż całkiem dobrze. W jego oczach płazy symbolizują potwora, który mieszka w człowieku, wstrzymującego go od uczucia miłości i empatii, dręczącego go wątpliwościami, lękiem przed odrzuceniem, przed spojrzeniem w przyszłość bez rozpamiętywania przeszłości. Anderson deszczem żab kończy film, a Skonieczny podkreśla, że te same problemy dalej się we współczesnym człowieku jątrzą.
źródło
O Krzysztofie Skoniecznym zrobiło się głośno po tym jak stanął za sterami produkcji HBO, Ślepnąc od świateł (btw. bardzo dobrej, więcej pisałam tutaj). Oglądając Magnolię widać jego charakterystyczny styl, mocna muza i stroboskopowe światła, a na scenie porozstawiane ekrany, które będą współgrały z wydarzeniami na scenie. Skonieczny spory nacisk kładzie na efekty audiowizualne, widać, że to jego konik, korzysta ze środków sprawnie i ze świetnymi rezultatami. Często wyświetlane na ekranach były zbliżenia na twarze aktorów, nagrywane na żywo podczas trwania spektaklu. W ten sposób naprawił jeden z problematycznych teatralnych elementów, czyli niemożność przyjrzenia się mimice aktorów. Na Magnolii miałam okazję oglądać obraz pełnej sceny, ale dostałam możliwość, żeby skupić się także na przepełnionych emocjami twarzach aktorów, na których pięknie malowały się męczące ich lęki i niepewności.
Scenariusz spektaklu oparty jest na podstawie filmowej wersji Magnolii. Adaptacją tekstu zajęli się Krzysztof Skonieczny i Anka Herbut. Oboje wyszli z tego przedsięwzięcia obronną ręką, ponieważ dramaturgia jest zbudowana w sposób bardzo efektowny. Początek, czyli epizod, w którym obserwujemy życie żab jest odpowiednio zabawny, kostiumy płazów robią spore wrażenie, pomysły scenograficzne, bardzo tutaj proste, niczym namalowane ręką dziecka wywołują uśmiech, a na dodatek aktorzy porozumiewają się kumkaniem zawodowo.
Wiadomo, że spektakl, który trwa ponad trzy godziny może trochę znużyć, jednak twórcy zrobili wszystko, żeby widz mógł przeżywać intensywne wydarzenia razem z bohaterami. Pierwszy akt przepełniony jest przeskakującą między różnymi postaciami akcją, która zwalnia po przerwie, czyli w części drugiej. Nam to jednak nie przeszkadzało, druga odsłona mimo że spokojniejsza, pozwalała tym bardziej odczuć samotność i rozgoryczenie bohaterów, a każdy aktor dostał tam sporo miejsca na pokazanie swoich umiejętności.
źródło, fot. Krzysztof Skonieczny
Magnolia nie okazałaby się dla mnie takim sukcesem, gdyby nie świetny zespół aktorski. Każdy z nich miał przed sobą trudne zadanie, bo postacie w spektaklu są rozbite, szukają wyjścia z patowej sytuacji, nie potrafią mówić o uczuciach, unikają ich, nie umieją znaleźć swojej drogi do szczęścia. To spory ładunek emocjonalny, który każdy z aktorów dźwiga z autentycznością i niebywałą charyzmą. Najciekawiej wypada para Klaudia (w tej roli widziałam Marię Kanię) i January Kundelek (Piotr Łukaszczyk). Nie dość, że są to dobrze zagrane role (świetny timing!), to jeszcze ich dialogi przepełnia dynamizm i są źródłem humoru wśród otaczającego nas zewsząd tragizmu. Trzeba jednak przyznać, że aktorsko nie ma tutaj przegranych, wszyscy stają na wysokości zadania. Wspaniały jest Maciej Tomaszewski, którego Nestor Krok, wygłaszając kwestie z łoża śmierci, przeszywa widza na wskroś. Świetna jest para Róża-Szczepan Jaszczur (Ewelina Paszke-Lowitzsch i Wiesław Cichy), genialnie prezentują się też Miłosz Pietruski, Mateusz Łasowski i Anna Kieca. Cóż, po prostu wszyscy razem tworzą świetny zespół aktorski. Na dodatek potrafią także zaskoczyć w kwestiach muzycznych, bo co jakiś czas sprawnie używają instrumentów dostępnych na scenie bądź mają niewielkie wstawki śpiewane.
Jako że fabułę znałam już z filmu to cieszy mnie przede wszystkim podkręcenie wszelkich dodatkowych elementów przez ekipę Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Kiedy kończy się początkowa sekwencja z żabami w rolach głównych i ukazuje się widzom reszta scenografii to musiałam zbierać szczękę z podłogi. Podwieszona klatka-szklarnia, pod nią staw pełen wody, psychodeliczne oświetlenie, sztuczne kwiaty - to wszystko wizualnie robi piorunujące wrażenie.  Fabien Lédé w duecie z Michałem Dymkiem stworzyli niezapomniany klimat. Skonieczny natomiast ma świetne wyczucie i korzysta z zabiegów scenograficznych i odpowiedniego oświetlenia, podbijając sytuacje sceniczne w sposób bardzo filmowy (scena padającego deszczu wręcz hipnotyzująca!).
źródło, fot. Krzysztof Skonieczny
Na Magnolię warto przyjść wypoczętym i przygotowanym na długie posiedzenie, jednak jeżeli będziemy otwarci możemy przeżyć współczesno-baśniowe przeżycie. To na pewno ciekawy głos na wrocławskim poletku teatralnym, któremu warto dać szansę. Śledzenie poczynań bohaterów angażuje naszą uwagę, daje nam obraz wnętrza człowieka: pełnego sprzeczności, niepotrafiącego podjąć decyzji, walczącego z samym sobą, pragnącego miłości i jednocześnie obawiającego się miłości. Wszystko to znamy z otoczenia, mamy z tym styczność dzień w dzień, a Magnolia pozwoli nam tylko przypomnieć sobie jak złożone i destrukcyjne są ludzkie lęki.

wtorek, 5 listopada 2019

Październikowa micha filmów

Czarny kot, biały kot (1998), reż. Emir Kusturica

źródło
Przeglądając filmy z listy „do obejrzenia” zdałam sobie sprawę jak niewiele znajduje się tam tytułów z gatunku komedii. Trochę się nie dziwię, bo ostatnio komedie i tak częściej sprawiają rozczarowanie niż przynoszą spodziewaną rozrywkę. Jednak poszukując trochę uśmiechu zdecydowałam się na film Czarny kot, biały kot Emira Kusturicy. Jak dobrze, że akurat ta komedia znalazła się na liście!
Matko Destanov jest drobnym rzezimieszkiem żyjącym nad Dunajem wraz z 17 letnim, leniwym synem Zarije. Gdy kolejny „pewny” interes kończy się fiaskiem, Matko wpada na pomysł, aby zwrócić się o pomoc do znanego gangstera Dadana. Jest jednak jeden haczyk, Dadan ma siostrę, którą usilnie chce wydać za mąż i jego wybór pada właśnie na Zarija. Problem w tym, że serce nie sługa, syn Matko jest zakochany w Idzie, a siostra Dadana czeka na swojego księcia z bajki. 
Reżysera filmu kojarzę, bo był artystą na jednym z majówkowych koncertów we Wrocławiu. Razem z zespołem tworzą energetyczną, pełną pasji muzykę bałkańską, do której cała sala bawiła się przednio. Film Czarny kot, biały kot okazał się również przepełniony dźwiękami i chociaż nie jest to typowy musical to muzyka jest integralną częścią życia bohaterów. W ogóle największą siłą tego filmu jest oryginalne podejście reżysera. Nie stara się naśladować sprawdzonych schematów przy tworzeniu swojego dzieła, raczej eksperymentuje i stawia na zabawę. Emir Kusturica pochodzi z Serbii i widać, że chce robić filmy, w których czuć jego korzenie. W Czarnym kocie, białym kocie skupia się na społeczności bałkańskich Romów. Znajdziemy tutaj miszmasz gatunków - będzie trochę gangsterki (włączając wstawiane złote zęby i strzelanie do przypadkowych przechodniów) komedii romantycznej (ze schematycznym - młodzi się kochają, ale ich rodziny nie popierają tego związku), wspomnianego wcześniej musicalu, a wszystko w farsowej otoczce, przepełnionej czarnym humorem. W tej komediowej konwencji wszystko wydaje się razem działać i napędzać akcję.
Gagi są tutaj mało wyszukane, ale niezmiennie budzące śmiech. Świnia przeżuwająca trabanta, ucieczka z własnego ślubu, chowając się w konarze drzewa czy wycieranie brudu gęsią to sceny, które brzmią jak prostacki humor. I on taki jest, ale w konwencji obranej przez Kusturicę ma to sens, nie razi głupotą, pasuje do pokręconej, mocno farsowej całości.
Jak już wspomniałam muzyka pełni tutaj bardzo ważną rolę, a podobno jest tak w każdym filmie reżysera. Przy wcześniejszych pracował nad ścieżką dźwiękową z przyjacielem Goranem Bregovicem, ale do Czarnego kota, białego kota muzykę stworzyli Nele Karajlić, Voja Aralica i Dejo Sparavalo. To zdecydowanie jeden z największych plusów produkcji, sprawiający, że na długo pozostaje w pamięci.

Inny świat (2012), reż. Dorota Kędzierzawska

źródło
Ostatnio przypomniałam sobie o reżyserce, która do tej pory mnie nie zawiodła. Mowa tutaj o Dorocie Kędzierzawskiej, której Diabły, diabły, Wrony czy Pora umierać należą do jednych z moich najbardziej udanych seansów. Tym razem włączyłam dokument o aktorce, która w dwóch z tych filmów zagrała - niezastąpionej Danucie Szaflarskiej.
"Inny Świat" to filmowa opowieść o świecie, którego już nie ma. Danuta Szaflarska jest narratorką i przewodnikiem po historii i kulturze, które ukształtowały ją jako człowieka. 
Mam wrażenie, że od strony realizatorskiej ten film się brzydko zestarzał. Pojawiające się napisy, które dosłownie przepisują wypowiadane słowa aktorki na ekran przywodziły na myśl bardziej jakiś projekt/prezentację niż film. Jednak siła tego tytułu tkwi w czymś zupełnie innym niż realizacja. Otóż, pani Danuta kipi przez cały czas trwania wywiadu taką dawką charyzmy, że trudno odwrócić od niej wzrok. Snuje historię swojego życia nie szczędząc opowieści smutnych i bolesnych, ale pozostając przy tym uśmiechnięta i pogodzona z losem. Sama kończy cały wywiad słowami: „nie ma lekko”, a jej życie zdecydowanie potwierdza to powiedzenie - nie należało do usłanych różami. W młodości straciła siostrę, brata, mieszkała w Warszawie podczas powstania, przeżyła bombardowania, doświadczyła głodu, ale nigdy nie straciła hartu ducha. W wieku 100 lat wciąż występowała na scenie, bo to było jej życie. Historie z czasów studiów pokazują jak charakterną dziewczyną była, jak potrafiła postawić się nauczycielom, „łapiąc się pod boki”. Potrafiła walczyć o swoje, nie oglądać się za siebie i wciąż iść do przodu. To naprawdę inspirująca historia, której słucha się z nieustającym zainteresowaniem. Jestem trochę w szoku, że pani Danuta potrafiła z takimi szczegółami przedstawić wydarzenia ze swojego dzieciństwa, jej pamięć robiła spore wrażenie. Widać też, że czuła się podczas rozmowy swobodnie, z reżyserką wiązała ją przyjaźń, dzięki czemu oglądanie jest czynnością jeszcze przyjemniejszą. Ciekawostką jest fakt, że film trwa dokładnie 97 minut, a aktorka podczas kręcenia miała 97 lat. Naprawdę dla tak ważnej postaci w świecie polskiego kina i teatru - warto obejrzeć.

Parasite (2019), reż. Joon-ho Bong

źródło
Zdobywca tegorocznej Złotej Palmy na festiwalu w Cannes doczekał się polskiej premiery, a ja nie mogłam przepuścić takiego kinowego seansu. Starałam się o tym filmie wiedzieć jak najmniej przed obejrzeniem, dzięki czemu zaskoczenie było tym większe. Także najlepiej nie czytać o nim nic, a po prostu go obejrzeć.
Kierowca bez pracy, gospodyni bez domu, student bez kasy i dziewczyna bez perspektyw wspólnie stworzą perfekcyjny plan: jak w najkrótszym czasie stać się kimś i zająć miejsce bogaczy. W świecie, w którym liczy się tylko wydajność i sukces, przechytrzą system i zawalczą o siebie. Nawet, jeśli będzie to wymagało przekroczenia cienkiej granicy między tym, co jeszcze dozwolone, a tym, co absolutnie zabronione.
Największa siła Parasite? Nieskazitelnie wykonana mieszanka gatunków. Joon-ho Bong nie pozwala się widzom znudzić - kiedy już myślimy że oglądamy obyczajowy komediodramat to dostajemy bombę w klimatach thrillera, przy której napięcie sięga zenitu. Dzięki tej szalonej kombinacji nie będziemy mieć nawet chwili na odpłynięcie myślami od fabuły. Trzeba też przyznać, że w każdym z gatunków Bong czuje się świetnie, eksploruje ciekawe motywy i pozwala wyciągnąć z historii jej esencję. Świetnie wypada kontrast dwóch światów: z jednej strony rodzina zamieszkująca piwnicę w slumsach, z drugiej bogata familia, żyjąca w domu sławnego projektanta. Jedni otoczeni karaluchami, drudzy prywatnymi nauczycielami, kierowcami i sprzątaczkami. Tę przepaść społeczną Bong postawi w centrum swojej historii i będzie ją eksplorował przez cały czas trwania filmu. Zobaczymy jak biedni będą zmuszeni przez sytuację finansową do oszukiwania i wygryzania konkurencji, jak będą walczyć z innymi członkami swojej klasy społecznej, bo wydaje się to jedynym sposobem na przetrwanie. Będziemy świadkami tego, jak daleko jest się gotowy posunąć człowiek w dążeniu do godnego życia, do czego zmusza go system ekonomiczny. Także jest to wspaniały komentarz społeczny. Dodatkowo pod względem technicznym to również małe arcydzieło. Już wspomniane zestawienia świata slumsów z burżuazyjnymi wnętrzami dają nam piękny przekaz, dodatkowo montaż, dźwięk - wszystko tutaj jest dopracowane. Nie trzeba się też martwić, jeżeli boimy się określenia kino niezależne, bo przekaz jest dość klarowny.
Nie dość, że to film o aktualnym problemie, to jeszcze jest to sprawnie zrealizowany obraz, który sam w sobie jest po prostu absorbujący. Także mam wrażenie, że każdy powinien dać mu szansę. Może zachwyci Was tak jak mnie?

Boże Ciało (2019), reż. Jan Komasa

źródło
Z Janem Komasą nie mam łatwej relacji. Kiedy lata temu oglądałam Salę samobójców byłam zachwycona, ale słabo ten film pamiętam i raczej wątpię, że spodobałby mi się tak samo teraz. Miasto 44 było dla mnie przekombinowane, a seans po prostu wspominam jako męczący. Materiały zapowiadające Boże Ciało i opinie na jego temat skutecznie namówiły mnie jednak na wizytę w kinie. I to była świetna decyzja.
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia 20-letniego Daniela, który w trakcie pobytu w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki chłopak zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Zamiast tego jednak, popychany niemożliwym do spełnienia marzeniem, Daniel kieruje się do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. 
Dla mnie Boże Ciało to przykład idealnie skrojonego filmu. Jest w nim wszystko, co w kinie lubię i czego szukam. Zacznijmy od podstaw, czyli scenariusza. Historia jest wciągająca od samego początku do świetnego, zawieszonego zakończenia. Nie ma tutaj niepotrzebnych scen, na siłę przedłużanych czy przegadanych - wszystko służy jasnemu celowi. Mamy więc intrygującą fabułę, która niesie przekaz, a zarazem jest przyjemna w oglądaniu.
W Bożym Ciele brak jasnego podziału na bohaterów „dobrych” i „złych”, po raz kolejny będzie nam dane zobaczyć, że jeżeli o ludzkie charaktery chodzi to nic nie jest tak proste. Chłopak z poprawczaka, imprezowicz i, wydawałoby się, typ spod ciemnej gwiazdy potrafi zrozumieć problemy drugiego człowieka i wyciąga do niego pomocną dłoń. Natomiast pobożna, poważana przez wszystkich osoba może kryć w sobie niesamowitą żółć i nienawiść do innych. Także kończy się  na standardowym - nie oceniaj książki po okładce. U Komasy jest jednak jeszcze więcej smaczków, które wyniesiemy z seansu. Świetnie przedstawiona mała, polska społeczność, w której ważne role odgrywają takie osoby jak proboszcz i wójt, którzy zajmuje się rozwiązywaniem sporów wśród mieszkańców. Podobało mi się także podejście do podstawy, która powinna rządzić światem duchownych. Bycie pasterzem, człowiekiem dbającym o parafian, ich dusze, który próbuje wyciągać ich z ciemnego miejsca, nauczać przebaczania i miłowania bliźniego. Jak widać nie trzeba do tego specjalnych nauk, czasami wystarczy zwykła, ludzka empatia.
W kwestii technicznej wszystko tutaj się zgadza - od scenariusza przez muzykę i zdjęcia po montaż. To po prostu porządnie skrojony film. Natomiast prawdziwą perełką jest niezaprzeczalnie odtwórca głównej roli, Bartosz Bielenia. Stworzył pełnokrwistą, niejednoznaczną i hipnotyzującą (te oczy!) postać, bohatera ciągle poszukującego celu. Towarzystwo miał zacne, dzięki czemu powstały relacje zbudowane na mocnym gruncie, nieważne czy na ekranie pojawiała się Eliza Rycembel czy Aleksandra Konieczna czy Łukasz Simlat - każdemu wierzyłam w każde słowo i każdy gest.
Cóż ja mogę więcej dodać? Nawet jeżeli niektórzy twierdzą, że Boże Ciało nie nadaje się na kandydata do Oscara, to ja jestem dumna, że akurat ten film nas reprezentuje. Nawet jeśli jest za bardzo polski, czego nie traktowałabym w kategorii wad tej produkcji.

źródło

Oprócz tego widziałam:

  • A Ghost Story (2017), reż. David Lowery - chyba jeden z najdziwniejszych seansów ostatnich lat. Przepełniony metafizyką i ukrytymi znaczeniami, otwarty na interpretacje, traktujący o upływie czasu i sensie naszego życia na Ziemi. Film raczej nie jest dla wszystkich, ale jeżeli uważacie, że nie przeszkadza Wam oglądanie około dziesięciominutowej sceny jedzenia ciasta to dajcie mu szansę (od listopada dostępny na Netflixie!).
  • Namiętności (1969), reż. Ingmar Bergman - zrobiłam temu tytułowi sporą krzywdę, dlatego nie ma go w głównej części notki, a sama obiecałam sobie, że do niego wrócę. Otóż, obejrzałam go w kilku ratach, a to zdecydowanie tytuł, który potrzebuje naszej niezachwianej uwagi, żebyśmy mogli skupić się na bohaterach, wewnętrznie miotanych morzem emocji, a nie mogących sobie z nimi poradzić.
  • Ból i blask (2019), reż. Pedro Almodovar - pierwszy seans w październiku i jakże udany! Almodovar kreuje bohatera-reżysera, który walczy z chorobą, a zarazem stara się poukładać relacje z przeszłości. Sposób prowadzenia filmu oparty jest na mieszaniu teraźniejszości z retrospektywą. Wspaniale zrealizowany: cudowna ścieżka dźwiękowa, scenografia i te kostiumy pełne kolorów, a jako wisienka na torcie genialna rola Banderasa. Polecam.

A Wy, co widzieliście w październiku?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka