czwartek, 11 sierpnia 2022

Nowe Horyzonty 2022 – na które filmy warto polować w kinach + mini ranking

Narzekam od pół roku, że zbyt rzadko chodzę do kina. Był taki okres, w którym wpadałam na nowy film średnio raz w tygodniu. Niestety, ostatnio jakoś mi nie po drodze i ciężej się zebrać na taką wycieczkę. Na pomoc przyszedł festiwal filmowy Nowe Horyzonty, który swoim repertuarem przekonał mnie do kilkukrotnego odwiedzenia kina. Ten festiwal to przede wszystkim tytuły niezależne, takie, które zostały docenione na europejskich przeglądach, rozdaniach nagród, a nareszcie – takie, które trudno dorwać w multipleksach. Podczas wyboru repertuaru kierowałam się nagrodami  głównie dzieła nagłośnione w Cannes i Berlinale. Dorzuciłam do tego pakiet pięciu tytułów online. 

Oglądanie filmów na Nowych Horyzontach sprawiło mi ogromną przyjemność i wywołało cały wachlarz emocji. Przypomniałam sobie, że nie potrzeba wartkiej akcji czy słynnych nazwisk w obsadzie, żeby cieszyć się dobrym kinem. Kończę festiwal bardzo zadowolona z towarzyszących mi doznań i zapraszam na krótkie opinie o obejrzanych tytułach.


11. IO (2022), reż. Jerzy Skolimowski

Jerzy Skolimowski za swój najnowszy film został uhonorowany w Cannes nagrodą Jury. Ja jednak przygodami osiołka nie byłam szczególnie zaintrygowana. IO jest filmem stylizowanym na mroczną baśń, a fabuła kręci się wokół tego, że ludzie są źli albo jeszcze gorsi. Poziom melancholii jest tutaj naprawdę wysoki. Doceniam jednak zdjęcia i budowanie klimatu, wizualnie to naprawdę film wart zobaczenia. Ciekawy jest również zabieg nakręcenia całości z perspektywy osła. Niestety, sama historia mnie nie poruszyła. Film złożony jest z kilku krótkich form, wraz z wędrówką osła, przenosimy się w coraz to nowe miejsca, poznajemy nowych bohaterów i krótki urywek ich życia. Czasami jest brutalnie, więc tych, którzy są szczególnie wrażliwi na przemoc wobec zwierząt, ostrzegam. Chyba mogę powiedzieć, że to był po prostu dziwny film. A jak to z dziwnymi bywa – jednym podejdzie, a innym nie. Ja należę do drugiej grupy.

10. Niewidomy człowiek, który nie chce obejrzeć „Titanica” (2021), reż. Teemu Nikki

Na facebookowej grupie festiwalu widziałam sporo poleceń, żeby ten film nadrobić w ramach edycji online. Jaakko, tytułowy bohater, choruje na stwardnienie rozsiane, porusza się na wózku i stracił wzrok. Na duchu podtrzymują go codzienne rozmowy z poznaną w sieci Sirpą. Pewnego dnia postanawia, że powinni się spotkać. Kamera od pierwszych minut przyklejona jest do twarzy bohatera i Jaakko nie opuszcza kadru ani na moment. Świetny jest początek tego filmu, w którym poznajemy bolesną rzeczywistość bohatera, co jakiś czas rozświetlaną iskierką radości wywołaną rozmowami telefonicznymi z przyjaciółką. Jak na film, w którym sporo czasu ekranowego poświęcono wymianie zdań między dwójką osób jest angażujący. Dyskusje bohaterów są ekscytujące, często zabawne, a sam Jaakko to duży fan kina, więc tematy rozmów to dodatkowy plus dla kinomaniaków. Fabuła w pewnym momencie zaczyna przypominać bardziej film sensacyjny (nie będę zdradzać dlaczego). Ale ta bardziej „dynamiczna” część podobała mi się nieco mniej. Docenić za to trzeba głównego bohatera, na którego barkach spoczywał cały ciężar filmu, a niepełnosprawny aktor, Petri Poikolainen, poradził sobie z tą rolą bardzo dobrze.

9. Plac zabaw (2021), reż. Laura Wandel

W Placu zabaw przedstawiony został temat przemocy w szkole i jest to naprawdę przerażający obraz. Tytułowy plac, na którym bawią się dzieci podczas przerw w szkole, przypomina bardziej obóz przetrwania, gdzie najsilniejsi zostają predatorami, a Ci słabsi ofiarami. Jeżeli nie chcesz zatem dostawać cięgów od znajomych, sam musisz dręczyć innych. Brzmi to bardzo ponuro i cóż, taki jest klimat filmu. Najlepszym pomysłem było pokazanie całości z perspektywy małej Nory (zagranej przez Mayę Vanderbeque), która dopiero zaczyna naukę w szkole, do której chodzi już jej brat. Kamera jest niemal przyklejona do jej twarzy i to jej oczami obserwujemy całą historię. Jeżeli pojawiają się jacyś dorośli, to majaczą gdzieś na horyzoncie albo słyszymy tylko ich głosy. Młoda aktorka radzi sobie na ekranie genialnie. Seans mija błyskawicznie, wzruszenie w pakiecie, więc warto zobaczyć.

8. Niezwiązani (2007), reż. Joanna Hogg

Jeżeli jesteście fanami filmu Tamte dni, tamte noce to Uwiązani powinni Wam się spodobać. Niemal od początku czuć podobną atmosferę, co w filmie Luci Guadagnino. Główną bohaterką jest Anna  40letnia kobieta, która ma problemy związkowe i przyjeżdża w pojedynkę do Toskanii, gdzie zaprzyjaźnione z nią pary spędzają wakacje z dorosłymi dziećmi. Grupa dzieli się na osoby "starsze", które wieczorami spędzają czas na piciu wykwitnych trunków, po czym kładą się grzecznie spać i ich dzieci, które balangują do rana. Anna dość naturalnie zaczyna spędzać czas z młodą grupą, szczególnie na rozmowach z Oakley'em (cudowny Tom Hiddleston!). Budowanie seksualnego napięcia między nimi, w otoczeniu przepięknych krajobrazów Toskanii to już materiał na przepiękny film. Uwiązani należą jednak do grona obrazów niezależnych, więc po wstępie, który mógłby uchodzić nawet za komedię romantyczną, skręca w dramatyczne rejony, poruszając problemy związane z zakładaniem rodziny. Niestety, ten ostatni akt trochę mnie rozczarował, biorąc pod uwagę wszystko, co zobaczyliśmy wcześniej był gorzej rozpisany i zagrany.

7. Baby broker (2022), reż. Hirokazu Koreeda

Zlodziejaszki i Moja młodsza siostra to były prawdziwe petardy, więc na nowy film Koreedy bilety kupiłam pełna nadziei na coś rewelacyjnego. Po tych trzech seansach łatwo wskazać jaki jest temat, którym interesuje się reżyser. Ponownie eksploruje temat pojęcia rodziny, zadaje pytania o to czy więzy krwi są ważne, czy rodzinę może stworzyć jakakolwiek grupa ludzi. W Baby broker trzech dorosłych i jeden chłopczyk szukają rodziny dla noworodka, a tym celu przemierzają kraj zdezelowanym vanem. Mamy do czynienia z familijnym kinem drogi, w którym obserwujemy budujące się relacje. Bywa słodko, zabawnie, ale i przejmująco. Nie jest to jednak poziom poprzednich filmów, rozminęłam z niektórymi wątkami i czuję, że był lekko przeciągnięty. Wciąż, jest to miły seans.

6. Mała mama (2021), reż. Céline Sciamma

Poprzedni film Sciammy, Portret kobiety w ogniu, to prawdziwy majstersztyk i jeden z najlepszych romansów w historii kina. Dlatego oczekiwania co do jej najnowszego tytułu miałam dość wysokie. Tym razem klimat jest zupełnie inny. Historia opowiedziana została z perspektywy dziewczynki, której właśnie umarła babcia. Niestety, podczas poprzedniej wizyty w domu starości nie udało im się odpowiednio pożegnać. Kiedy wraz z rodzicami przyjeżdża do domu babci, podczas zabawy w lesie poznaje rówieśniczkę, Marion. Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły, bo zaskoczenie, które przygotowała nam Sciamma jest podstawą docenienia tego filmu. To idealny przykład slow cinema, w klimacie realizmu magicznego, a w centrum zainteresowania reżyserka stawia relację córki z matką. Bardzo dobrze sprawdza się pokazanie kręgu życia, prób zrozumienia drugiego człowieka, zobaczenia, że on kiedyś był w tym miejscu co my. To piękny, terapeutyczny wręcz obraz, w którym dwie dziewczynki rozmową podnoszą się na duchu i utwierdzają w przekonaniu, że nie są pozostawione sam na sam ze swoim smutkiem. Dodatkowo, cudowna jest tutaj chemia między młodymi aktorkami, które w rzeczywistości są bliźniaczkami. Polecam serdecznie.

5. Podejrzana (2022), reż. Chan-wook Park

Lubię myśleć, że trochę się znam na kinie, ale co jakiś czas przypominam sobie o filmie albo twórcy, którego wciąż nie miałam okazji nadrobić. Do takich osób zalicza się Chan-wook Park, którego twórczości nie znam wcale, chociaż wielokrotnie mi ją już polecano. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że jego najnowszy film trafił do repertuaru festiwalu. Podejrzana to kryminał, w którym policjant próbuje rozwiązać sprawę tajemniczej śmierci, na pierwszy rzut oka wyglądającej na samobójstwo. Żona zmarłego zachowuje się jednak na tyle dziwnie, że śledczy postanawia bliżej się tej sprawie przyjrzeć. Poznawaniu historii towarzyszy powolne tempo i budowanie klimatu tajemniczości. Ujęcia są zbudowane iście misternie, a scenografia idealnie współgra z akcją. Zagadka, która napędza fabułę, tak naprawdę nie jest najważniejsza. Na pierwszym planie mamy subtelnie zarysowany obraz budowania relacji, dwójkę dusz, które wydają się być stworzone dla siebie, ale świat nie pozwala im być razem. Początek cudowny, zachwyca oryginalny montaż, zgrabny scenariusz z zabawnymi sytuacjami przeplatanymi kryminalnym wątkiem. Niestety, wraz z biegiem akcji trochę się rozciąga i zaczyna kręcić się w kółko. Ale i tak było warto.

4. W trójkącie (2022), reż. Ruben Östlund

Poprzedni film reżysera, The Square, zostawił po sobie świetne wrażenia. Przekonaliśmy się, że Ostlund potrafi nakręcić satyrę, jest wnikliwy, odważny, a jego wizja sztuki współczesnej na długo zostanie w mojej pamięci. Tym razem na warsztat wziął problem kapitalizmu, pracy influencerów, zachłyśnięcia się sławą, pięknem i pieniędzmi, a jednocześnie został przy gatunku satyry. Za W trójkącie odebrał Złotą Palmę w Cannes. Film podzielony jest na trzy części, a głowami bohaterami są model Carl i jego dziewczyna, influencenka Yaya. W pierwszym akcie jesteśmy świadkami genialnej sceny kłótni między kochankami, która zaczyna się od sprzeczki o rachunek w restauracji. Reżyser przemyca w niej trochę rozważań o męskości, feminizmie i ludzkiej chytrości. Wszystko zgrabnie napisane, nie nuży ani na chwilę, może dzięki ciągłym zmianom otoczenia (kłótnia zaczyna się w restauracji, przechodzi przez taksówkę, windę i kończy się w pokoju hotelowym). Druga część filmu ma miejsce na luksusowym jachcie i znowu jest to scenopisarski popis, przypominający klimatem Anioła zagłady Bunuela. Jest tutaj długa sekcja, która niejednego widza może obrzydzić. I niestety, ostatnia część już do mnie nie trafiła. Na koniec jakoś za bardzo łopatologicznie i finalnie The Square w moim odczuciu lepszy. Ale warto obejrzeć w kinie i zdrowo się pośmiać.

3. Boylesque (2022), reż. Bogna Kowalczyk


To był pierwszy film jaki obejrzałam w ramach festiwalu. Dokument o najstarszej polskiej drag queen, królowej Lulla la Polaca (rocznik 1938!). Konkretnie  o tym jak Lulla próbuje znaleźć dla siebie urnę w kształcie dużego buta na szpilce. Rzadko oglądam filmy dokumentalne, ale ten poruszył mnie do głębi. Podczas seansu wzruszałam się kilkakrotnie, a chwilę potem uśmiechałam do ekranu. Lulla pokazuje jak czerpać radość z życia, mimo swojego wieku uczęszcza na parady równości i występy dragowe w pełnym makijażu, perukach i doklejonych rzęsach. Wspaniale było oglądać jak ciepłą osobą jest główny bohater. Można było poczuć jego miłość do świata i do ludzi. Boylesque to prawdziwie czuły obraz, w którym reżyserka wrażliwym okiem patrzy na swojego bohatera, a nam trudno się w tym świecie nie zatopić razem z nim.

2. Blisko (2022), reż. Lukas Dhont

Kolejny film z dziećmi w rolach głównych. Lukas Dhont przedstawia nam historię pewnej przyjaźni. Leo i Remi to bratnie dusze, wszystko robią razem, od porannej zabawy w rycerzy, po zasypianie w jednym łóżku. Pierwsza część historii, w której mamy do czynienia z ekspozycją znajomości jest rewelacyjna, po prostu rozgrzewa serducho. Punkt zwrotny następuje w momencie, w którym chłopcy usłyszeli w szkole pytanie, czy są parą. Od tej pory bardzo ciekawie poprowadzone są ich zachowania, atmosfera gęstnieje, z ciepłych kolorków zdjęć następuje przejście w mroczne barwy, a zbieranie kwiatów nie wygląda już jak idylla, a raczej jak grzebanie w błocie. Świetny zabieg, ogląda się z niegasnącym zainteresowaniem. Później  jest tylko bardziej dramatycznie. Ja, a ze mną chyba cała sala na Horyzontach, łkałam głośno bitą godzinę. Jest to emocjonalnie wyczerpujący seans, ale wart poznania. Jedyne co, to po wszystkim czułam się trochę przebodźcowana, tak jakby reżyser zastosował szataż emocjonalny, rzucając największe bomby fabularne, żeby poruszyć widza. Ja to łyknęłam, ale może niektórym przeszkadzać.

1. Alcarràs (2022), reż. Carla Simón

Mój absolutny faworyt festiwalu, najbliższy sercu Alcarràs. Opowieść o rodzinie rolników, która w małej miejscowości w Katalonii, uprawia brzoskwinie. Okazuje się, że pole, na którym od pokoleń urzędują, prawnie nie należy do nich i ten wątek jest silnikiem napędowym dla akcji. Od razu muszę się przyznać, że film trafił po prostu w moje czułe miejsca, jako że sama pochodzę z małej wioski, a moja rodzina to w większości rolnicy. Czułam się trochę jak podczas podróży w czasie. Znowu mój dziadek przechodził się po polu, a wokół niego biegały nieokiełznane wnuki. Poza personalnymi odczuciami, trudno nie docenić w Alcarràs sprawnie poprowadzonego dramatu rodzinnego. Poruszane tematy  rywalizacja między rodzeństwem, syn, który czuje, że nigdy nie będzie wystarczająco dobry w oczach ojca, dziadek próbujący naprawić wyrządzone przez nieuwagę szkody  były poprowadzone z czułością, a reżyserka to prawdziwa mistrzyni obserwacji. Z jednej strony pokazuje skąpane w słońcu owocowe drzewa, rysując beztroski krajobraz, a z drugiej brud związany ze zniszczonymi marzeniami. Tempo filmu jest bardzo wolne, można mieć wręcz skojarzenia z kinem dokumentalnym, tak dobrze reżyserka zarysowuje tło historii. Dodatkowo, wszyscy zatrudnieni aktorzy zostali wyłonieni z castingu w pobliskich wioskach, przez co mają w sobie całe pokłady naturalności. Są też tutaj poruszane „duże sprawy” jak rozwój technologiczny niszczący małe gospodarstwa czy odwieczny spór świeżego podejścia z tradycyjnym. Dla mnie będzie to jednak przede wszystkim film rodzinny. Jeden z najlepszych.

wtorek, 2 sierpnia 2022

„Szczelinami” i „Zagroda zębów” Wit Szostak – eksperymentowanie formą

Szczelinami / Zagroda zębów
Wit Szostak

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022 / 2016
Liczba stron: 360 / 104
Wydawnictwo: Powergraph

Wszędzie szukał domu i wszędzie go gubił.
 

Opis wydawcy

[Szczelinami]

Założenie jest czysto powieściowe: spisać życie – autoportret poetki lecz zrobić to z założenia za pomocą form niepowieściowych krótkich i pełnych przemilczeń, a potem czytelnika zaprosić do niezwykłej gry w sklejanie życia narratorki z okruchów jej najintymniejszych doświadczeń: dojrzewania, miłości i rozstań rozczarowań i macierzyństwa, trudnych relacji rodzinnych długiego cienia przeszłości losu kobiety w świecie rządzonym przez mężczyzn. Zmysłowa i cielesna, niedopowiedziana i bezkompromisowa, nieoczywista i prawdziwa. Ta książka jest jak kobieta.

[Zagroda zębów]

"Zagroda zębów" Wita Szostaka to zbiór miniatur literackich, będących apokryficznymi wersjami mitu Odysa. Autor próbuje w nich prześledzić alternatywne, nieistniejące wersje mitu: Odys nie wraca na Itakę, gdyż zakłada dom gdzie indziej; Odys nie wraca, gdyż pomaga odbudować Troję; Odys wraca, lecz zostaje zabity przez Penelopę; Odys wraca, lecz nikt nie rozpoznaje w nim wielkiego bohatera i umiera w samotności.


Moja recenzja

Z twórczością Wita Szostaka pierwszy raz spotkałam się pod koniec 2020 roku za sprawą powieści Cudze słowa.  Do tej pory pamiętam, że wrażenie zrobiła na mnie zaproponowana przez autora forma. Szostak podzielił fabułę na części, a w każdej z nich narrator opowiadał swoją wersję historii o głównym bohaterze. Lektura zostawiła po sobie dobre wrażenie, a więcej o niej możecie poczytać tutaj. Niedawno premierę miała najnowsza książka autora pod tytułem Szczelinami. Kiedy rozpakowałam paczkę z przesyłką, zamarłam z wrażenia. Trzeba przyznać, że okładka i wyklejka są przepiękne, a wszystko za sprawą talentu ilustratorki, Patrycji Podkościelny. Po zachwytach nad grafiką szybko nastąpiło zaskoczenie wnętrzem, bo wcześniej nic o książce nie słyszałam. Przewróciłam szybko kilka stron, a w środku znalazłam... wiersze!

Na początku muszę się przyznać, że poezji raczej nie czytam. Dlatego wypowiadam się od strony zupełnego laika – nie znam się, mam problemy ze zrozumieniem wielu wierszy i po prostu wolę prozę. Mam jakieś tomiki poezji w domu, ale zazwyczaj sięgam po któryś „z doskoku”, losując stronę na chybił trafił. W przypadku Szczelinami jest to niemożliwe, bo Wit Szostak używając wierszy napisał powieść. Usiadłam zatem do lektury pełna obaw, że nie przyswoję treści historii. Czekało mnie jednak pozytywne zaskoczenie! Może nie wyłapałam wszystkiego, przez niektóre fragmenty trudniej mi się brnęło, ale miejscami mnie ta książka emocjonalnie rozwaliła. Podczas czytania rozdziałów z wierszami dotyczącymi dziadków bohaterki nie mogłam powstrzymać łez, a przy lekturze bardzo rzadko mi się to zdarza (inaczej niż przy filmach, tam płaczę bez przerwy!). Zupełnie mnie zaskoczyło, że treść wierszy tak łatwo rezonowała z moimi uczuciami. Zapewne pomagał fakt, że całość napisana jest z perspektywy kobiety, w pierwszej osobie. I to prowadzenie narracji wyszło Szostakowi bardzo zgrabnie. Wrażliwie, wnikliwie, sensualnie. Poezja w wykonaniu autora jest bardzo różna – niektóre rozdziały zawierają długie, szczegółowe wiersze, inne są bardzo oszczędne, sprowadzone do kilku zdań. To jest chyba ten typ książki, do której chętnie w przyszłości powrócę.

Kiedy skończyłam Szczelinami przypomniałam sobie, że na półce mam jeszcze jedną, skromnie wyglądającą powieść autora pod tytułem Zagroda zębów. I ponownie – Szostak mnie zaskoczył. Tym razem postanowił w krótkich formach przedstawić alternatywną wersję podróży Odysa, poszukującego drogi do domu. Jest to temat, który pasuje mi na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, zawsze bardzo lubiłam czytać mity, słuchać opowieści o starożytności, greckich bogach, niepokonanych herosach i ich błyskotliwych pomysłach. Z perspektywy czasu, myślę że trochę od tej sympatii wzięła się moja fascynacja fantastyką. Zatem sam temat Zagrody zębów sprawił, że byłam zaintrygowana. Dodatkowo, autor zdecydował się na zabawę w „co by było gdyby”, a ja ten temat w sztuce bardzo lubię. To, w jaki sposób przypadek albo jedna decyzja zmieniają całe nasze życie. I pytania: czy gdybyśmy podążyli inną ścieżką to wylądowalibyśmy w podobnym miejscu? A może kompletnie gdzieś indziej?

Szostak znowu bawi się tekstem, wybiera wątki różnych postaci i z nimi eksperymentuje. To nie tylko opowiadania o Odysie, ale też o Telemachu i Penelopie. Wędrówka jawi się jako źródło poszukiwań  bohaterowie szukają odpowiedzi na pytania kim jesteśmy, kim jest heros/bohater, ile uda nam się przeszkód pokonać w drodze i czy na końcu okaże się, że było warto. Ciekawym wątkiem jest ten dotyczący samej sztuki opowiadania. Fragmenty, w których bajarze koloryzują opowieści, żeby osiągnąć lepszy efekt i zainteresowanie słuchaczy. Czuć również w tych opowiadaniach melancholię, a jednocześnie pewne napięcie. Bohaterowie są zagubieni, szukają drogi wyjścia, ale przede wszystkim błądzą. Autor podkreśla to, co starożytni bajarze trzymali za zagrodą zębów – fakt, że herosi też mogli czuć zwątpienie i przygnębienie. Wszystko to w bardzo krótkiej formie, z ciekawą klamrą do współczesnych tułających się Odyseuszy. Pozostaje pytanie: czy dane im będzie znaleźć drogę do domu?


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Powergraph

poniedziałek, 25 lipca 2022

„Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz” Tom Shone – największy fan kina wśród reżyserów

Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz
Tom Shone

Gatunek: biografia
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Znak

Moim pierwszym celem jest zrobienie filmu, którego fabuła wciąga. Liczy się to, by opowiedziana historia była interesująca, a widzowie zaangażowali się w losy bohaterów.
 

Opis wydawcy

W młodości Quentin Tarantino był zwykłym, nierzucającym się w oczy pracownikiem wypożyczalni DVD i nic nie wskazywało na to, że stanie się ikoną amerykańskiej popkultury. 

Dziś lubi szokować przemocą na ekranie, ma bzika na punkcie wizualnej precyzji, a także kocha igrać z przyzwyczajeniami widzów, dzięki czemu przyciąga do kin zarówno tłumy zapalonych fanów, jak i grono zagorzałych krytyków. Uwielbiany i znienawidzony jednocześnie. Obok jego filmów nie można przejść obojętnie. Swoim ciętym językiem od lat wzbudza kontrowersje.


Moja recenzja

Na początku mojej przygody że światem kina poszukiwałam informacji jakie filmy warto oglądać i którzy reżyserzy są warci poznania. Jak zapewne się domyślacie nazwisko Quentina Tarantino pojawiało się na przeróżnych listach wielokrotnie. Postanowiłam zacząć od najbardziej popularnego jego filmu, czyli Pulp Fiction i była to natychmiastowa miłość. Do tej pory film pozostaje moim ulubieńcem, nie tylko wśród dorobku Tarantino, ale w ogóle wśród wszystkich obejrzanych tytułów. Przyznaję, że nie widziałam jeszcze całej filmografii tego reżysera, bo powoli ją sobie dawkuję. Na szczęście, dotychczas obyło się bez rozczarowań.

Fani Quentina Tarantino zapewne już nieraz słyszeli o jego historii. Przeszedł on drogę od największego fana kina do jednego z najpopularniejszych współcześnie twórców. Jako nastolatek pracował w wypożyczalni kaset video, a każdą wolną chwilę spędzał na oglądaniu filmów. Wiele z nich należało do tanich dzieł klasy B, których fanem jest po dziś dzień. Otwarcie mówi o tym, że sporo ze scen, które pojawiają się w jego filmach, jest pewnym zapożyczeniem z istniejących już dzieł. Śmiało czerpie inspiracje od swoich kolegów po fachu i poprzedników, a każdy, kto go poznaje opowiada z uznaniem o jego ogromnej wiedzy na temat kina. 

Podczas lektury książki Toma Shone dowiemy się trochę o tej drodze Tarantina, o jego scenariuszach i pierwszych podejmowanych próbach reżyserowania. Jednak nie nazwałabym tej pozycji typową biografią. To raczej gratka dla fanów kina, taki mini album, który warto mieć na półce. Całość jest podzielona na kilka części. Na początku znajduje się krótkie wprowadzenie, rozdział o młodości reżysera i o jego pierwszych scenariuszach. Właśnie to wprowadzenie, w którym poznajemy historię Tarantina przed podbojem Hollywood, jest dość okrojone. Pojawia się, żebyśmy mieli lepszy wgląd w inspiracje i tematy, które reżyser lubił w swoich filmach podejmować. Nie jest to jednak najważniejsza, najbardziej rozbudowana część książki, zajmuje około 50 stron. Reszta wypełniona jest już danymi na temat konkretnych, wyreżyserowanych przez Tarantino tytułów, a każdemu z nich poświęcony został jeden rozdział. 

Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz to przede wszystkim podróż przez filmografię reżysera, a jest to podróż ekscytująca i pełna barw. Strony książki są bogato ilustrowane, zawierają wiele zdjęć zza kulis, fotosów promocyjnych, plakatów filmów, które służyły za inspirację dla twórcy. To poniekąd dlatego łatwo w tę książkę wsiąknąć i nieprzerwanie przerzucać strony. A dzięki skupieniu się na konkretnych tytułach z filmografii reżysera, czytelnik może poczuć, że jest trochę bliżej procesu twórczego Tarantino. 

Książkę polecam fanom reżysera, warto mieć ją na swojej półce. Świetnie sprawdzi się też jako prezent.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

sobota, 16 lipca 2022

„Stranger Things” i „Hamilton” przypominają czym jest dobra zabawa przed telewizorem

„Stranger Things” sezon 4 (2022), Netflix

Na nowy sezon Stranger Things czekaliśmy tak długo, że właściwie zdążyłam zapomnieć jak ja ten serial ubóstwiam. Kiedy pojawiały się zapowiedzi to czułam lekką ekscytację, obejrzałam zwiastun, ale nie szukałam dodatkowych informacji ani nie nastawiałam się na coś epickiego. Po premierze minęło dobrych kilka dni zanim zdecydowałam się włączyć pierwszy odcinek i na pewno nie byłam przygotowana na dawkę emocji, która finalnie towarzyszyła mi podczas oglądania.

źródło

Warto ustalić jedną rzecz  to nie jest tak, że wszystko mi w tym sezonie pasowało. Nawet wręcz przeciwnie, bo miałam problem z wieloma wątkami. Niektóre postaci zostały potraktowane po macoszemu, co najbardziej widać w przypadku Jonathana Byersa. Jego historia w tym sezonie to palenie trawki i znaczące spojrzenia w stronę brata. Niewiele miał chłopak do zagrania. I właściwie cała ekipa z pizzowego vana wypada blado, ich część spowalnia akcję. Szkoda, bo postaci Mike'a i Willa to jednak mocny trzon Stranger Things, smutno byłoby stracić zainteresowanie ich losami. Wątek Hoppera bywa angażujący, szczególnie w scenach prób ucieczki z więzienia. Co prawda zrobił się z niego trochę niezniszczalny superbohater, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Jedenastka ma swoje mocniejsze i słabsze momenty, a jej wątek nabiera rozpędu im bardziej zbliżamy się do finału. I okazał się niezbędny do wyjaśnienia pochodzenia antagonisty sezonu, czyli Vecny. Widać, że twórcy chcą tę historię doprowadzić do sensownego finału i powoli czyszczą wątki, dopowiadając przeszłość. Dla mnie kilka pomysłów na Vecnę sprawdziło się cudownie, jak jego fascynacja pająkami, która przekuła się w znany nam kształt. Żałuję, że bardzo pobieżnie wyjaśniono jego motywację do zostania antybohaterem. Pojawiła się wzmianka o chęci zostania predatorem, a zabrakło mi zagłębienia się w jego pierwotny motyw. Chociaż w momentach, w których mam ochotę się do czegoś przyczepić, przypominam sobie co ja właściwie oglądam. Przecież Stranger Things to dla mnie przede wszystkim frajda płynąca z tej nostalgicznej podróży w czasie! 

Przechodzę zatem do moich zachwytów, czyli całego wątku w Hawkins. Wszystko, co dzieje się w miasteczku zasługuje na najwyższe oceny i może gdyby reszta wątków miała podobny poziom to sezon czwarty mógłby przeskoczyć w moim rankingu pierwszy. Przede wszystkim od samego początku akcja w Hawkins kręci się na wysokich obrotach, nie ma tam miejsca na nudę. W pierwszym odcinku wprowadzona zostaje nowa postać  Eddie, metalowiec, przewodniczący Hellfire Club, czyli klubu graczy D&D. Chłopak czaruje nas swoją charyzmą aż do ostatniego odcinka. Ta postać zbudowana jest na mocnych fundamentach, w te kilka epizodów przechodzi dobrze uargumentowaną zmianę, wnosi lekkość i zabawę, a jednocześnie ma tak cudownie buntowniczy charakter. W pierwszym odcinku widzimy też, że Max zerwała kontakt z paczką chłopaków (cudownie zabawna scena z zaproszeniem od Dustina), a Lucas zaczął trzymać się z popularnymi dzieciakami z drużyny koszykówki. Zabieg rozbicia paczki, niby schematyczny, sprawnie zbudował napięcie. Z wypiekami czekałam, aż nastąpi ich zjednoczenie. Dopiero w tym sezonie w pełni zrozumiałam jak silną więź zbudowały te postacie w poprzednich częściach. Teraz twórcy mogą odcinać kupony, co robią w najnowszej odsłonie kilkakrotnie. Bardzo często widzimy flashbacki z przeszłości, w których dzieci świetnie się bawią w swoim towarzystwie, dzięki czemu zdajemy sobie sprawę jak wiele ich łączy.

kultowa scena, z jednego z najlepszych odcinków „Dear Billy”, źródło

Moim zdaniem serial Stranger Things rozkochuje widzów z dwóch głównych powodów: pierwszym jest ekipa utalentowanych aktorów, którzy wykreowali niezapomniane postaci, a drugim jest strona techniczna. Co do bohaterów, to czwarty sezon mocno mnie zaskoczył wątkiem Max. Max i Lucas zawsze wydawali mi się takimi pobocznymi postaciami, wspierającymi działania trzonu paczki. Tym razem do nich należały moje ulubione sceny. W rozpisaniu wątku postaci Max wszystko mi się zgadzało, a Sadie Sink zagrała ją przekonująco. Warto znowu wyróżnić Steve'a i Dustina, którzy utrzymują status najlepszej pary serialu, a robią to z typową dla nich lekkością. Eddie, Robin i Nancy to też bohaterowie, którym nie sposób w tym sezonie nie kibicować. Jednak królowe są dla mnie dwie: Sadie Sink i Kate Bush, niezaprzeczalnie. 

Technicznie Stranger Things to po prostu wyższy poziom na etapie produkcji. Jest w tym sezonie kilka takich scen, że człowieka przechodzi dreszcz ekscytacji. Idealny montaż do Running up That Hill, spotkanie Jedenastki z Max czy przejście kamery między jadącymi na rowerach dzieciakami w Hawkins a starszą ekipą w Upside Down. Ale nagroda dla najbardziej czadowej sceny wędruje z czystym sumieniem do metalowego koncertu do Master of puppets! Uwielbiam to, że twórcy dostarczają nam tak kultowe sceny. I serio, dawno się tak dobrze nie bawiłam podczas oglądania czegokolwiek, jak podczas tego sezonu Stranger Things. Śledzenie losów bohaterów niezmiennie wzbudza we mnie emocje, tym razem nie obyło się i bez odrobiny płaczu, i bez krzyczenia w stronę ekranu. Twórcy po prostu przypomnieli mi, za co pokochałam oglądanie seriali!


„Hamilton” (2020), reż. Thomas Kail, Disney+

źródło

Kiedy Disney+ nareszcie pojawił się w Polsce ja miałam jeden cel na horyzoncie  obejrzeć Hamiltona. Jeżeli człowiek interesuje się w jakimkolwiek stopniu kulturą to musiał słyszeć o tej produkcji. Szum medialny zdawał się nie cichnąć, a kiedy w końcu powstała wersja telewizyjna (nagranie spektaklu na żywo) to zgarnęła nagrodę Emmy w kategorii Outstanding Variety Special Pre-Recorded. Pokonała w tej kategorii Bo Burnhama i jego Inside, co zresztą wzbudziło wiele kontrowersji w sieci, bo z jednej strony nikt nie umniejsza Hamiltonowi, a z drugiej fani byli sercem przy Inside. Po obejrzeniu obu rozumiem rozterki, bo te tytuły są rewelacyjne i trudno się złościć na wygraną któregokolwiek.

Z Hamiltonem zrobiłam rzecz, której zwykle unikam  postanowiłam obejrzeć go z grupą znajomych. Zazwyczaj pojawia się wtedy obawa, że niektórym się nie spodoba i będą swoje niezadowolenie głośno wyrażać podczas seansu. Na szczęście okazało się, że poziom produkcji jest tak wysoki, że wszyscy wyszli zadowoleni. I chociaż sporo zostało już o tej produkcji powiedziane, to nie mogłam odpuścić swojej porcji zachwytów. Szczególnie, że w tym roku obejrzałam już kilka nagranych spektakli, za sprawą przygody z National Theatre Online i muszę przyznać, że Hamilton robi największe wrażenie. Chociaż w tej opinii zapewne zawarzyło również to, że ja musicale kocham od dawna, a ten jest ewenementem nawet wśród tego gatunku. Bo wzięcie na warsztat historycznej postaci polityka z XVIII wieku i zrobić z tego połączenie klasycznej historii ze współczesną muzyką i śpiewem, było odważnym posunięciem. I gdybym usłyszała o tym pomyśle to uznałabym go za zupełnie szalony i raczej nie w moim guście. Lin-Manuel Miranda udowodnił, że bardzo, BARDZO w moim.

źródło

Musical złożony jest z niemal 50 utworów, a historię poznajemy jedynie z piosenek, które płynnie przechodzą jedna w drugą. Opowieści o politykach czasami wydają mi się skomplikowane, ale w przypadku Hamiltona wszystko wyśpiewane jest zrozumiale, historyczne wydarzenia przedstawione są w tak angażującej formie, że widz nie ma dość ani przez chwilę. Chociaż trzeba przyznać, że tempo rapowania bywa zabójcze. Oprócz głównego wątku politycznego, w którym Hamilton pnie się po stopniach kariery politycznej, toczy się tutaj kilka ciekawych historii pobocznych. Wątek romantyczny zawiera niektóre z najlepszych utworów, jak Helpless, Satisfied czy Burn. Wszystkie pięknie wyśpiewane przez siostry Schuyler, Angelikę i Elizę. Jak to w musicalach bywa, raczej nie oglądamy długiego procesu poznania i zakochania, widzimy tylko telegraficzny skrót i to w zupełności wystarcza. Pojawia się w Hamiltonie epizodyczna rola króla Jerzego, który wpada zaśpiewać dosłownie kilka piosenek, ale kradnie show za każdym razem. Czysto komediowa część, bezbłędnie zagrana przez Jonathana Groffa, którego kocham od czasów usłyszenia soundtracku do Spring Awakening (polecam!). Najlepszym jednak pomysłem było rozwinięcie wątku Aarona Burra. Jego historia mogłaby być nieszczegółowa, a twórcy mogli postawić go w jednoznacznej roli głównego przeciwnika naszego bohatera. Natomiast rozpisują jego wątek z dbałością o detale, wprowadzają rodzinne tło, dzięki czemu widzimy wiele podobieństw między nim a Hamiltonem (piosenka, w której obaj śpiewają do swoich dzieci).

Przed obejrzeniem Hamiltona wielokrotnie słuchałam soundtracku. Zakochałam się w tych piosenkach, ale starałam się omijać jakiekolwiek wideo ze sceny. Podczas seansu poczułam jak obraz pięknie dopełnia tę muzykę! Wszystko nabrało zupełnie nowego wymiaru, aktorzy w kostiumach z epoki wydobyli z siebie pokłady energii i sprawili, że scena ożyła. Mimo oszczędnej scenografii ciągle miało się wrażenie pełnej sceny, akcja pędziła do przodu, emocje buzowały, a całość była po prostu dynamiczna. Obrazu dopełniła też choreografia, dopracowana co do najmniejszych gestów, ze świetną ekipą tancerzy (można wśród nich wypatrzyć zdobywczynię Oskara za rolę drugoplanową, Arianę DeBose). I chociaż można się zachwycać nad wszystkimi elementami to największe wrażenie pozostawia po sobie tekst sztuki. Miranda zarysowuje intrygujące konflikty, a jego dialogi zaskakują świeżością podejścia do tematu. Podziwiam cięte riposty, których jest tutaj co niemiara. Świetnie sprawdzają się fragmenty, które są powtarzane w różnych momentach historii (za każdym razem jak pada „That would be enough” ściska mnie w piersiach). I powtórzenia są nie tylko w dialogach, ale i w motywach muzycznych, które wciąż powracają, ale z różnym tekstem. Spina się to wszystko w niezapomniane przeżycie. 

I polecam mocno, ale warto może ostrzec, że po seansie człowiek ma ochotę kupować bilet na Broadway!

sobota, 9 lipca 2022

„Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu” Jakub Wojtaszczyk – wolność ekspresji

Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu
Jakub Wojtaszczyk

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 496
Wydawnictwo: Znak

Drag nie jest tyko dla osoby, która go robi i spełnia swoje fantazje. Drag jest włączony w działania aktywistyczne.
 

Opis wydawcy

Cudowne przegięcie to wnikliwy reportaż o współczesnej scenie dragowej, jej czołowych performerach i performerkach, ich dziełach oraz działaniach. To także wyjątkowa opowieść o akceptacji i pasji, ale przede wszystkim – o wolności.


Moja recenzja

Moje zainteresowanie dragiem narodziło się kilka lat temu za sprawą programu RuPaul's Drag Race, którego kilkanaście sezonów można obejrzeć na platformie Netflix. To reality show, w którym uczestnicy walczą o tytuł najlepszej drag queen Ameryki. Program przynosi całe mnóstwo dobrej zabawy, a jednocześnie uświadamia widzów w wielu kwestiach dotyczących queerowej społeczności. Mnie sporo nauczył. Podążając za tym zainteresowaniem, udało mi się w niewielkim stopniu poznać również świat polskiego dragu. Zaczęło się od zeszłorocznego spektaklu, wystawianego w konkursie OFF na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, o tytule Najczęściej zadawane pytania. Rewia Drag Queen. Później były też quizy o programie RuPaul's Drag Race, które prowadziła Twoja Stara w jednym z wrocławskich pubów. To właśnie Twoja Stara znalazła się na okładce Cudownego przegięcia i kiedy tylko zobaczyłam to zdjęcie, wiedziałam, że muszę ten reportaż przeczytać.

Jakub Wojtaszczyk, autor książki, przeprowadził serię wywiadów z wieloma osobami, po czym odmalował nam obraz współczesnego świata polskiego dragu, który jest bardzo różnorodny i odbiega od znanego z programu RuPaula. Nic tu nie jest na sztywno zdefiniowane, coraz to nowe osoby eksplorują temat i wciąż dokładają elementy do tego świata. Dla osoby pobieżnie zorientowanej w temacie książka jest bogatym źrodłem informacji. Dowiedziałam się przykładowo, że sporo polskich wykonawców zaczynało bądź specjalizuje się w sztuce wcielania się w słynne osoby, a bycie sobowtórem Dody czy Adele pozwala na łatwiejsze zdobycie pracy. Autor umieścił w reportażu dużo cytatów z różnych źródeł, przez co w książce znajdziemy mocno rozbudowany dział przypisów. Moim zdaniem, lekko przeszkadzały w rozkoszowaniu się lekturą  jeżeli zaczynają zajmować ponad pół strony, to wolałabym, żeby były umieszczone na końcu książki. 

źródło

W Cudownym przegięciu wielokrotnie pojawi się wzmianka, że drag to nie tylko przebieranie się w kobiece ubrania, ale też aktywizm i walka o prawa. Niektóre z drag queen znane są przede wszystkim jako aktywistki, jak siostra Mary Read, a inne przemycają działania na rzecz społeczności w swoich występach. Jeszcze dla innych ważny jest proces twórczy, chęć podzielenia się swoją historią, swoją wrażliwością. Nie możemy jednak zapominać, że to również czysta forma zabawy, dostarczanie widzom rozrywki. Wystarczy przejść się na show Twojej Starej, żeby zobaczyć, że drag jest formą, do której warto podejść z dystansem i otwartą głową.

Było również kilka smutnych wniosków, które nasunęły mi się podczas czytania Cudownego przegięcia. Najbardziej uderzyła mnie wzmianka o przypadkach braku wsparcia dla drag queen od części społeczności LGBT+. Niektórzy uważają, że królowe ściągają na siebie zbyt wiele uwagi, przez co ludzie oceniają queerowe osoby w negatywny sposób. Jeżeli nawet w swojej społeczności spotyka się z dyskryminacją to musi być to szczególnie trudne do uniesienia. Liczę na to, że dzięki takim książkom jak Cudowne przegięcie, ten temat zostanie oswojony i więcej osób zrozumie kto kryje się pod tym kolorowym makijażem, perukami i cekinowymi sukienkami. 

W reportażu Wojtaszczyka najważniejsze jest jednak poznanie ludzkich historii i zagłębienie się w świat ich emocji. Czytelnik może przeczytać o tym z jakimi trudnościami borykali się w życiu, co musieli poświęcić, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Ich determinacja i odwaga robią wrażenie, dają nadzieję na przyszłość. Budzą chęć wspierania i kibicowania w drodze do spełniania marzeń. I nie jest tutaj ważne jaką formę dragu wybierają, jaka jest ich płeć czy orientacja  najważniejsza jest wolność ekspresji. I o tę warto walczyć.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka