sobota, 20 października 2018

Magia wokół nas, czyli o tym, że gatunek urban fantasy ma się dobrze

Zastanawiając się nad fantastyką, a konkretniej nad światem przedstawionym tego gatunku najczęściej materializują się w naszych myślach klimaty przypominające średniowiecze. Warowne zamki, odważni rycerze, bezwzględni królowie, przerażające wiedźmy, nawiedzone lasy i walka dobra ze złem. Zazwyczaj autorzy muszą się wtedy postarać przy kreowaniu rzeczywistości, tak żeby wydała się czytelnikowi oryginalna (co czasami ich przerasta). Jednak o tym kiedy indziej, a dzisiaj zamierzam ugryźć temat z innej strony. Bo wrzucenie czytelnika w zupełnie nowy świat, napędzany wyobraźnią autora jest niesamowite, ale równie ciekawe wydaje się inne podejście. Mianowicie, wymieszanie otaczającego nas świata (wraz z wszystkimi jego technicznymi aspektami) z magicznymi stworzeniami. Najczęściej w tym przypadku mówimy o gatunku urban fantasy, który zyskuje wciąż nowych fanów i jest coraz częściej eksploatowany. Co to takiego?

źródło
Możemy mówić o urban fantasy jako podgatunku fantastyki, w którego przypadku magia wkracza do świata techniki - może to być w czasach teraźniejszych, ale też w przeszłości i w przyszłości, najczęściej dotyczy to istniejących miejsc na naszej planecie. Słowo „urban” zobowiązuje do tego, żeby akcja miała miejsce w jednym z miast, chociaż wyróżniamy też tzw. „rural fantasy”, którego akcja rozgrywa się w mniejszych miejscowościach lub wsiach. Za prekursorkę gatunku uważa się Emmę Bull, autorkę powieści Wojna o dąb. Aktualnie autorzy bardzo często skłaniają się do pisania powieści urban fantasy, wspaniale można to zaobserwować na naszym, krajowym poletku. Zacznijmy jednak od głośniejszych tytułów na świecie.
Moją pierwszą stycznością z gatunkiem była powieść Neila Gaimana pod tytułem Nigdziebądź. Jej bohater, Richard to zwykły, szary mieszkaniec Londynu, którego życie zmienia się diametralnie po tym jak pomaga rannej dziewczynie. Traci pracę, narzeczoną i spokój ducha, ale zyskuje przyjaźń i przeżywa niesamowite przygody kiedy okazuje się, że pod ulicami Londynu tętni inne, magiczne życie. Powieść ma wszystko, czego wypatrujemy w porządnym urban fantasy - wartką, rozrywkową akcję, pomieszanie prawdziwego miasta z magiczną otoczką, trzymające w napięciu sceny pościgu i łączenie rzeczywistych elementów z fantastyką. Oczywiście, jak na Gaimana przystało, wszystko bardzo oryginalne i zaskakujące. W swojej karierze stworzył jeszcze kilka tego typu powieści - trzeba w tym miejscu polecić cudownych Amerykańskich bogów, Chłopaków Anansiego czy Księgę Cmentarną.
źródło
We wszelkich zagraniczych zestawieniach książek urban fantasy pojawia się kilka konkretnych, sztandarowych tytułów. Przede wszystkim wymieniany jest Jim Butcher i jego seria Akta Harry'ego Dresdena. Harry pracuje jako konsultant w chicagowskiej policji, gdzie pomaga przy śledztwach paranormalnych, tam, gdzie zwykli śmiertelnicy nie dają sobie rady. Kolejna pozycja to przygody Kate Daniels napisane przez Ilonę Andrews. Dziewczyna mieszka w Atlancie, w której czary płatają figle - co jakiś czas fale magii wyłączają całą elektryczność. Kate natomiast nie ufa technologii i przy sobie woli nosić staromodny, ale niezawodny miecz. Seria właśnie niedawno była wznawiana przez Fabrykę Słów i zamierzam zebrać całą, odświeżyć sobie pierwszy tom i ruszyć dalej z przygodami Kate. Oprócz tych dwóch pozycji mogliście się też spotkać z serią o Mercedes Thompson autorstwa Patricii Briggs bądź Kronikami Żelaznego Druida Kevina Hearne'a.
Chciałabym zwrócić jednak uwagę, że zagranica zagranicą, ale u nas gatunek urban fantasy ma się naprawdę świetnie. Zacznę może od najczęściej wymienianej autorki, czyli Anety Jadowskiej, której książki koniecznie muszę nadrobić. W jej dorobku znajduje się seria o Dorze Wilk, ale też świeższa pozycja rozpoczynająca się książką Dziewczyna z Dzielnicy Cudów. Skłonię się jednak w stronę autorów, z którymi miałam przyjemność się zaznajomić. Urban fantasy w wykonaniu Marty Kisiel zawsze sprawia ogromną frajdę. W Nomen Omen wspaniale wplotła swoją magiczną fabułę w klimatyczny wrocławski krajobraz. To samo udaje się Martynie Raduchowskiej, która w Szamance od umarlaków przedstawia nam świeżo upieczoną studentkę wrocławskiego uniwersytetu - Idę, która ma pewną przypadłość. Otóż, widzi martwych ludzi. Jednak należałoby też wspomnieć o męskiej reprezentacji, czyli Jakubie Ćwieku, który nie dość, że plącze w swoich opowieściach otaczający nas świat z magią, to jeszcze dorzuca do niej postacie znane z mitologii bądź bajek. I w przypadku Kłamcy, i w przypadku Chłopców wychodzi mu to przednio. Teraz czekam aż zabiorę się za Grimm City. Nie wypada też ominąć Anny Lange i jej książki Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, w której bohaterowie prowadzą śledztwo w XIX-wiecznym Londynie, ale oczywiście niepozbawionym ciekawego systemu magicznego. 
źródło
Skąd takie zainteresowanie gatunkiem? Wydaje mi się, że jest kilka powodów. Przede wszystkim urban fantasy jest o wiele lżejsze i przyjemniejsze od typowej fantastyki. Zarazem jeżeli mówimy o historii raczej pogodnej, zabawnej (jak w książkach Marty Kisiel), jak i w pozycjach bardziej mrocznych (jak u Gaimana). To zawsze będzie opowieść napisana dla rozrywki czytelnika, która wciąga niepostrzeżenie w świat, który o wiele szybciej możemy przyswoić, bo jest nam dobrze znany. Pozwala też czytelnikowi wierzyć, że wokół nas może istnieć magia, a sąsiad to tak naprawdę potężny czarodziej, tylko wszystko to jest sprytnie schowane i jedynie wybrańcy mogą z tym obcować. Na dodatek zazwyczaj w tego typu książkach mamy do czynienia z jakimś śledztwem, zabójstwami, sprawami kryminalnymi. Dodając do tego dużą metropolię otrzymujemy świetną, magiczną książkę sensacyjną, a nawet taki kryminał na sterydach z potężnym, czarodziejskim kopem. I nawet fani romansów znajdą tutaj swoje miejsce, bo urban fantasy często jest punktem wyjścia do napisania paranormal romance'u, jak to było chociażby w przypadku serii o Sookie Stackhouse czy naszej rodzimej Szeptuchy Katarzyny Bereniki Miszczuk.


Co myślicie o tym gatunku? Lubicie tego typu książki? Może polecicie mi swoich ulubieńców?


Krótka lista dla osób chcących przeżywać przygodę z urban fantasy:
1) Akta Harry'ego Dresdena, Jim Butcher, wyd. MAG
2) Kate Daniels, Ilona Andrews, wyd. Fabryka Słów
3) Mercedes Thompson, Patricia Briggs, wyd. Fabryka Słów
4) Kroniki Żelaznego Druida, Kevin Hearne, wyd. Rebis
5) Szamanka od umarlaków, Martyna Raduchowska, wyd. Uroboros
6) Chłopcy, Kłamca, Grimm City, Jakub Ćwiek, wyd. SQN
7) Dziewczyna z Dzielnicy Cudów i inne książki autorki - Aneta Jadowska, wyd. SQN
8) Nomen Omen, Marta Kisiel, wyd. Uroboros
9) Amerykańscy bogowie, Nigdziebądź, Chłopaki Anansiego i w ogóle Neil Gaiman, wyd. MAG
10) Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, Anna Lande, wyd. SQN



sobota, 13 października 2018

Morza szum, ptaków śpiew i pohamowany ziew - „Manhattan Beach” Jennifer Egan



*Manhattan Beach*
Jennifer Egan

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Manhattan Beach
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 592
*Wydawnictwo:* Znak Literanova

"Ilekroć Anna przenosiła się ze świata ojca do świata matki i Lydii, miała wrażenie, że uwolniła się od jednego życia na rzecz drugiego, głębszego."
*Krótko o fabule:*
Jest rok 1943, dziewiętnastoletnia Anna Kerrigan nurkuje w okolicach Staten Island. Do tej pory, jako jedyna kobieta nurek, schodziła pod wodę, by naprawiać zniszczone statki, które walczyły na Pacyfiku. Teraz nurkuje w poszukiwaniu ciała swojego ojca. Kilka lat wcześniej Anna towarzyszyła ojcu podczas wizyty w posiadłości Dextera Stylesa, szemranego biznesmena, który dorobił się na czarnym rynku w czasach prohibicji. Spotkanie na Manhattan Beach trwało krótko, jednak losy tych trojga splotły się już na zawsze.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Bardzo często kuszą mnie książki nagradzane, wyróżniane w różnych konkursach i plebiscytach. Mimo że opis Manhattan Beach wydawał mi się mało interesujący, to już określenie jej powieścią roku przez mieszkańców Nowego Jorku, nominacja do National Book Award i fakt, że autorka była wcześniej nagrodzona Pulitzerem przyciągało mnie do powieści jak magnes. Trudno też było nie zauważyć całej masy pozytywnych recenzji po premierze. Niestety, w tym przypadku pełne ekscytacji oczekiwania roztrzaskały się o nużącą fabułę.

W Manhattan Beach śledzimy niejako dwa osobne wątki, z których obszerniejszym jest ten dotyczący Anny, a pobocznym jest burzliwa historia podróży morskiej jej ojca. Chociaż oba mają mocne momenty, to żaden nie zostaje z nami na dłużej i nie wywołuje większych emocji. Początek sprawił, że miałam nadzieję na pełnokrwiste, charyzmatyczne postaci, za którymi będę maszerowała z przyjemnością przez lekturę. Pierwszy rozdział naprawdę sporo obiecuje, autorka czaruje czytelnika pięknymi, surowymi opisami, a kiedy Anna zrzuca buty i zanurza gołe stopy w zimnym piasku na tytułowej plaży, możemy aż poczuć przechodzący ją dreszcz. Jednak z czasem traci się ten niesamowity magnetyzm i zostaje nam zwykła historia w ładnym opakowaniu. Brakuje mi w niej jakiejś iskry, czegoś co pozwoliłoby mi ją zapamiętać.
źródło
Nie przepadam za powieściami obyczajowymi i w przypadku Manhattan Beach nie było w tej kwestii zaskoczenia. Tak liczne pochwalne recenzje sprawiły, że spodziewałam się przełamania mojej awersji, myślałam: „to pewnie taka książka, która w końcu mnie do tego gatunku przekona”. Jednak tak się nie stało. Wydaje mi się, że to musi być wspaniała podróż w przeszłość dla mieszkańców Nowego Jorku - autorka wykonała masę rzetelnej roboty wyszukując informacje z czasów wojennych na przeróżne tematy, przykładowo: specjalistycznej pracy w stoczni, precyzyjnie opisanej czynności nurkowania, po takie szczegóły jak tytuły filmów granych w kinach czy dawnych audycji radiowych. I ta jej ciężka praca wyszła na dobre, bo wstawki historyczne sprawiały mi najwięcej przyjemności.

Wspaniale jest ta książka napisana, styl robi ogromne wrażenie, wyczuwa się w nim taką surowość, ale zarazem i subtelność. Wątek feministyczny wybrzmiewa w jak najlepszych nutach, pokazywanie kobiety walczącej o swoje miejsce w bardzo męskim świecie wydaje nam się naturalną koleją rzeczy, za sprawą postawy Anny i jej podejścia do życia. Ona nie chce pokazać mężczyznom, że też da radę, ona po prostu chce zostać nurkiem. A że żadna kobieta wcześniej tego nie robiła? To trudno, będzie pierwsza! Problem polegał na tym, że to była tylko kropla w morzu wątków. Ich ilość i poprowadzenie fabuły sprawiły, że żaden nie stał się dla mnie głównym i prowadzącym, a zarazem żaden nie był mi naprawdę bliski. Kiedy już zaczynałam zakochiwać się w relacji Anny z ojcem, ten nagle znika. Kiedy rozwija się jakieś uczucie miedzy dwójką osób, nagle zostaje przerwane. Kiedy zaczynam z zainteresowaniem śledzić losy siostrzanej więzi i ta gdzieś ulatuje. Także były motywy, które wydawały mi się bardziej interesujące, jak chociażby relacja między Anną a Lydią, ale zabrakło miejsca na satysfakcjonujący ich rozwój. Zamiast tego pojawiało się znowu kilka kolejnych wątków.

Mam trochę problem z Manhattan Beach. Doceniam jej zalety, wiem, że wiele osób może ją pokochać, ale ja nie zostałam do niej przekonana. Dla mnie jest poprawna, a nie tego się po tym głośnym tytule spodziewałam. Ogromny misz-masz wątków w tym przypadku zadziałał moim zdaniem na niekorzyść, a ja czułam się przerzucana między zamkniętymi przyjęciami dla elity, mafijnymi porachunkami, przygodami morskiej żeglugi i miłosnymi uniesieniami. Co za tym idzie - po lekturze nie został większy ślad.
Za to po inne książki Egan sięgnę na pewno, chociażby dlatego, że ta podobno jest tak różna od tych, które wcześniej pisała.

Moja ocena: 6-/10



niedziela, 7 października 2018

Ida śledzi demona. Pech śledzi Idę. - „Demon Luster” Martyna Raduchowska



*Demon Luster*
Martyna Raduchowska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 416
*Wydawnictwo:* Uroboros
"Ona jest niezniszczalna. Wrzucisz taką do wulkanu, to ci pamiątki przyniesie."
*Krótko o fabule:*
Ida powoli godzi się ze swoim przeznaczeniem. Dziewczyna jest szamanką od umarlaków, nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Ida dojrzewa do swojej roli i świata, z jakim będzie musiała się już niedługo zmierzyć. A ten zapowiada się dosyć ponuro. W jej misji przeszkadza jej łaknący dusz Demon luster. Tym razem jednak nie może liczyć na niczyją pomoc. Ponownie przekonuje się, że szósty zmysł nie zawsze jest błogosławieństwem...
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Pierwszą część przygód Idy Brzezińskiej, Szamankę od umarlaków, czytałam jeszcze w 2012 roku. Pamiętam, że wtedy niechcący natknęłam się na nią w bibliotece i skusił mnie opis. Okazało się, że wybór był trafny, bo przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. Teraz, sięgając po Demona Luster zastanawiałam się czy nie wyrosłam już z tego typu historii i czy w ogóle odkurzę jakoś fakty z pierwszej części. Nie było potrzeby martwić się na zapas - to kolejny raz była świetna przygoda.

Martyna Raduchowska utwierdziła mnie tą książką w przekonaniu, że świetnie radzi sobie w operowaniu słowem. Demona Luster czytało się po prostu z czystą przyjemnością. Każdy powrót do lektury wywoływał uśmiech i pozwalał na oderwanie się od rzeczywistości. Akcja jest wartka, ale nie cierpi na brak logiczności - to naprawdę przemyślana intryga. Miło jest przeczytać książkę napisaną dla rozrywki, która dostarcza ją w świetnej, wciągającej formie.

Możliwe, że podświadomie Demon Luster jest mi bliski, bo jego akcja dzieje się we Wrocławiu, czyli „moim” mieście od czasów studiów. Ida też przyjeżdża do niego w celach edukacyjnych, ale mając na głowie demony, duchy i czytaczy myśli musiała lekko zmienić priorytety. Chyba ją rozumiecie, nie? Kto normalny myślałby o sesji, kolokwiach i zaliczeniach, kiedy ma na głowie prawdziwą śmiertelną klątwę i depczącego mu po piętach Pecha? Swoją drogą, chociaż ciężko się do tego przyznać, to z tego Pecha bardzo ciekawa postać wyszła, którą trzeba polubić. Mimo niemiłych przypadłości, które przyciąga jak magnes.

źródło
Tym razem nie tylko Ida będzie naszą główną bohaterką. To prawda, że jej historia jest w centrum wydarzeń, ale okazała się świetnym punktem wyjścia dla pokazania przeszłości innej postaci, czyli Kruchego. Sporo miejsca poświęconego będzie wydarzeniom, które go ukształtowały i doprowadziły do miejsca, w którym się akurat znajduje. Rozjaśni się dzięki temu jego motywacja do pomocy Idzie. Tutaj muszę wtrącić, że ich duet sprawdził się na medal. Relacja została zbudowana tak szybko, a zarazem wypadła tak naturalnie, że zaczynam się zastanawiać czy wkopanie dwójki osób w tego rodzaju śledztwo (paranormalne) nie jest po prostu przepisem na gwarantowany sukces. Chociaż byłoby to krzywdzące w stosunku do autorki, która tę przyjacielską więź zbudowała dzięki zgrabnie napisanym postaciom. Kruchy jest charyzmatyczny, z tą wciskaną na siłę pomocą, wiecznym głodem i paczką papierosów pod ręką. Jednak to Ida zgarnia dla siebie więcej sympatii, szczególnie w porównaniu z pierwszym tomem. Zapamiętałam ją jako zwykłą dziewczynę z problemami, czasami za mocno dramatyzującą, ale na pewno lepszą niż większość bohaterek z młodzieżowych książek fantasy. Tym razem pokazuje się jej inna odsłona, bardziej dojrzała, zaradna, która nie chce obarczać innych swoimi problemami. Oczywiście przechodzi chwile słabości, ale są one całkowicie zrozumiałe w jej sytuacji. I dzięki nim tym bardziej jej kibicujemy.

Demon Luster jest lepszy od poprzedniej części również w warstwie fabularnej. Szamanka od umarlaków dość sporo czasu poświęciła na wprowadzenie czytelnika w świat, zapoznanie się z bohaterami, a akcja rozpędzała się dopiero pod koniec lektury. W kontynuacji intryga zagęszcza się od pierwszych stron i to w świetnej formie - dzięki przesłuchaniu Idy możemy bez przeszkód odświeżyć sobie wydarzenia z poprzedniego tomu i od razu zacząć analizować jej obecną sytuację. Podobała mi się historia złoczyńcy, której kolejne warstwy sukcesywnie otwierały się przed czytelnikiem.

Po prostu warto zapoznać się z przygodami Idy Brzezińskiej i towarzyszącego jej Pecha. To naprawdę przyjemna, niezobowiązująca rozrywka, która potrafi umilić niejedną chwilę. Ja na pewno mam ochotę wrócić kiedyś do świata wykreowanego przez Martynę Raduchowską. Wam też to polecam.


Moja ocena: 8/10


niedziela, 30 września 2018

„Dom z papieru”, czyli z serialu kryminalnego w telenowelę

Jestem wdzięczna niebiosom, że ten serial powstał ze względu na jedną rzecz. Jeden malutki element. Mianowicie, dzięki twórcom Domu z papieru poznałam piękną piosenkę Bella ciao.

 Tak, to jest naprawdę największy plus zapoznania się z tym serialem.

Dom z papieru pojawił się cichaczem na Netflixie i podbił serca sporego grona Polaków. Wśród znajomych zaczął pojawiać się trend rozmawiania o nim, w Internecie można było się natknąć na ludzi polecających ten hiszpański tytuł. Nie jest to może mój ulubiony gatunek, ale chyba każdy z nas lubi obejrzeć dobry kryminał/thriller. Znalazłam w końcu czas i postanowiłam dać mu szansę. Po włączeniu pierwszego odcinka pokiwałam głową, przyznając rację wielbicielom serialu. A po wyłączeniu ostatniego westchnęłam z rozczarowania.

źródło
Ośmioro przestępców barykaduje się z zakładnikami w hiszpańskiej mennicy. W międzyczasie geniusz wśród złodziei, mózg całej operacji - Profesor (Álvaro Morte) manipuluje policją, by zrealizować swój plan.
Nie mogę stwierdzić, że Dom z papieru jest zły, bo byłaby to nieprawda. Zacznijmy od tego, że pomysł na fabułę jest bardzo ekscytujący. Po pierwszym odcinku mamy wrażenie, że spotkamy się z czymś oryginalnym, a do tego komentującym trochę sytuację polityczną danego kraju, zahaczającym o działanie policji i polityków, a zarazem trzymającym w ciągłym napięciu. Powoli jednak wszystko ulega zmianie, a marzenia o czymś więcej niż zwykła „historyjka o rabusiach” uciekają w zapomnienie.
Niestety, jeżeli w tego typu serialu problem leży w scenariuszu, to już nic go nie udźwignie (no, chyba że cudowna piosenka). Szkoda mi potencjału, bo początek naprawdę łapie widza za mordeczę i nie chce puścić. A później pojawiają się wątki telenowelowe. Romanse wyssane z palca, które przypominają trochę gimnazjalne zauroczenia. I dobra, zrozumiałabym, że taki wątek jest potrzebny temu serialowi. Ale na litość boską, jeden by wystarczył! Tutaj natomiast mnożą się jak grzyby po deszczu, jakby każdy z młodych aktorów musiał dostać parę. Nie wierzę, że mówię to ja, fanka dobrego wątku romantycznego w każdym serialu, ale za dużo tej słodkiej miłości.
źródło
Najgorszym jednak wątkiem był ten dotyczący Arturito. Postaci wręcz kuriozalnej, która w jednym momencie była zahukanym człowieczkiem, obawiającym się co się stanie jeżeli żona dowie się o kochance i rozdartym pomiędzy obecną rodziną a zapowiedzią kolejnego dziecka, żeby zaraz w drugim zgrywać bohatera i wymyślać nowe to sposoby na przechytrzenie porywaczy. Moim zdaniem sensu tam nie było, a wciskanie wszędzie jego postaci skutkowało tylko nieustanną irytacją na głupotę tego bohatera.

Muszę przyznać, że podobała mi się kolorystyka zastosowana w serialu - ciemne wnętrza mennicy i pięknie kontrastujące z nimi kostiumy porywaczy tworzyły ładne obrazki. Nie mam też zastrzeżeń co do montażu, szczególnie robiącego wrażenie w momentach przeplatania retrospekcji z teraźniejszością. Za każdym razem ten zabieg przechodził zgrabnie i ciekawie. Na dodatek, mimo czepiania się fabuły, sama historia była na tyle intrygująca, że zatrzymała mnie do końca drugiego sezonu. Po prostu byłam ciekawa jak to się wszystko rozwiąże, a to już spory plus. Szkoda, że po drodze pojawiało się tyle słabszych wątków i niepotrzebnych scen, ale pomysły Profesora wciąż robiły wrażenie i zatrzymywały przed ekranem. Żałuję tylko, że twórcy nie byli jeszcze bardziej odważni w fabularnych decyzjach.
źródło
Jeżeli chodzi o aktorstwo to jest różnie. Trzeba przyznać, że od razu widać, że Hiszpanie mają trochę inny temperament - wiele z ról zdawało się wręcz przerysowanych. Może to też wina nierównego scenariusza, ale młodzi aktorzy podczas emocjonalnych scen starali się wycisnąć z nich ostatnie soki co sprawiało wrażenie nienaturalności. A można było wziąć przykład z takiego Pedro Alonso, czyli serialowego Berlina, który bardzo małymi środkami zbudował sobie zdecydowanie najciekawszą postać, a przez bycie konsekwentnym w jej odgrywaniu, również najbardziej wiarygodną. Oprócz tego na plus wypadł Profesor, pani Inspektor do czasu (w drugim sezonie zaliczyła spory spadek, ale ponownie - raczej to wina scenarzystów), podobała mi się również Nairobi, ale w pewnym momencie dostała do zagrania melodramatyczną mowę do zakładników, po której jej postać się nieco rozlazła. Toteż rozumiecie, że były tutaj dobre strony, a te złe wynikły raczej z pójścia w stronę telenoweli, zamiast trzymać się strony kryminalnej. Szkoda.

Kiedy ktoś mi mówi, że Dom z papieru to świetny serial, to kompletnie rozumiem jego zdanie. Ma w sobie w końcu dużo akcji, trzyma w napięciu, a w pewnym momencie koloruje wszystko jaskrawymi kolorami. Jednym słowem - absorbuje. Jednak jeżeli poszukamy tam prawdy i zaczniemy trochę analizować zachowania postaci, to zaczyna się nam ta pozytywna wizja rozpadać. Dlatego przekazuję Wam jedno - podejdźcie do niego jak do telenoweli na speedzie, a będziecie zachwyceni. Szukając thrillera, który ma do zaproponowania coś więcej możecie się, jak ja, trochę rozczarować. Ale pamiętajcie - wszystko nadrobi Wam Bella Ciao!

Moja ocena: 6/10


poniedziałek, 24 września 2018

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie - „Lincoln w Bardo” George Saunders



*Lincoln w Bardo*
George Saunders

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Lincoln in the Bardo
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść eksperymentalna
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 427
*Wydawnictwo:* Znak

"Buta sznurowanie; supła na paczce wiązanie; czyjeś usta na twoich; dłoń na twej dłoni; koniec dnia, początek dnia; wrażenie, że zawsze będziesz miał przed sobą dzień. Żegnajcie, trzeba mi teraz pożegnać to wszystko."
*Krótko o fabule:*
Trwa wojna secesyjna, śmierć codziennie zbiera swe tragiczne żniwo. Pewnego zimowego dnia zabierze też chłopca imieniem Willie, ukochanego synka prezydenta Lincolna. Żałoba rodziców przybierze różne formy. Matka zamknie się w sobie. Ojciec rozpocznie conocne wędrówki do grobowca. Rozdarty między rozpaczą po stracie syna a odpowiedzialnością za kraj i obywateli, chce trwać w złudzeniu, że dziecko wciąż jest z nim. Osieroconego rodzica obserwują zjawy, a wśród nich Willie.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
W pierwszej powieści mistrza krótkiej formy, George'a Saundersa, pobrzmiewa echo odwiecznego pytania: co z nami będzie po śmierci. Wielu twórców już się z nim mierzyło, a nowych pomysłów wciąż zdaje się przybywać. Głos Saundersa to oryginalne podejście do tematu z kilku powodów. Forma, treść, miejsce akcji, bohaterowie - wszystko to jest na tyle dopracowane, że autor zasłużenie został nagrodzony za książkę Lincoln w Bardo statuetką Man Booker Price w 2017 roku.

Już od pierwszych stron wiemy, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym - nowatorskim, ryzykownym i odważnym. Na początku dziwi sama forma. Książka nie przypomina żadnej wcześniej czytanej przeze mnie lektury. Momentami przybliża się do dramatu - każda z postaci po swojej wypowiedzi zostaje podpisana imieniem i nazwiskiem. Tylko że nie jest to dialog, a raczej wywód wewnętrzny, małe opowiadanie jednego z bohaterów, który relacjonuje nam wydarzenia ze swojej perspektywy. Są też momenty, które skupiają się na historycznej części dotyczącej Lincolna. W tych fragmentach Saunders posklejał wycinki z różnych źródeł, tworząc pełny obraz tego co miało miejsce w Białym Domu, sytuacji politycznej, a także rodzinnej prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podziw budzi zręczność z jaką dobrane zostały te fragmenty układanki. Czyta się je jednym tchem, po prostu jako całość, nie zastanawiając się nad tym, że pochodzą z tak różnych źródeł. Wspaniałe są też momenty, w których można było poczuć mrugnięcie okiem ze strony autora - przykładowo, w rozdziale V opisywany był wieczór balu w Białym Domu, a posklejane wycinki dotyczą sytuacji na niebie nad prezydenckim dachem. Księżyc, główny bohater rozdziału, został opisany przez każdego zupełnie inaczej, od „owej nocy księżyc był w pełni [...]” po „noc była bezksiężycowa, a niebo zasnuwały gęste chmury”. Widzimy więc, że trudno w tej sytuacji o obiektywną prawdę, a każde wspomnienie dotyczące Lincolna jest nacechowane pozytywnie bądź negatywnie w zależności od tego, jaki stosunek miał do niego autor wypowiedzi. Saunders więc zaznacza, że jesteśmy ludźmi, którzy oceniają innych według własnych zasad i nie powinniśmy brać czyichś słów na temat kogoś za pewnik.
źródło
Przyznaję, że w pierwszej chwili nie miałam pojęcia czym jest tytułowe „Bardo”. Oczywiście, po lekturze staje się to jasne, chociaż wydaje mi się, że warto wiedzieć to przed czytaniem. Nazwa wzięła się z języka tybetańskiego, w buddyzmie znaczy to w dosłownym tłumaczeniu „stan pośredni”. Nasi bohaterowie znajdują się więc w tytułowym Bardo, co w przypadku tej książki oznacza stan przejściowy pomiędzy śmiercią a „ruszeniem w dalszą drogę”.

Historia jest zatem dość fantastyczna - bohaterami jest zgraja duchów, którzy nie potrafią pogodzić się ze swoim stanem, wręcz odmawiają wiary w to, że nie żyją. Nazywają siebie chorymi, którzy chwilowo spędzają czas w tym przedziwnym miejscu, ale jak tylko wyzdrowieją to wrócą do swojego życia. Wszyscy wypierają ze swoich myśli prawdę i raczą siebie nawzajem bajkami, które napełniają ich nadzieją. Sytuacja ulega zmianie, kiedy dołącza do nich młody Willie Lincoln. Otóż, zazwyczaj dzieci niemal natychmiast ruszają dalej, nie zagrzewając miejsca w bardo. Inaczej jest z Williem, którego zatrzymuje na dłużej żałoba jego ojca, prezydenta Lincolna, który nie może się pogodzić ze śmiercią syna i prosi go, żeby na niego poczekał. Trójka naszych przewodników po tym tajemniczym cmentarzysku, Hans Vollman, Roger Bevins oraz wielebny Thomas, postanowią pomóc chłopcu w przejściu dalej, co kończy się małą rewolucją.

Fenomen tej książki leży dla mnie przede wszystkim w mistrzowskim operowaniu słowem. Dzięki temu, że Saunders dał każdej z naszych postaci głos, który uwydatnia jej wnętrze stajemy się im bliżsi, a oni wydają się bardziej realni i charakterni. Pełno tutaj błędów ortograficznych czy stylistycznych, a kiedy wypowiadają się Baronowie, to czasami trudno sobie posklejać o co im właściwie chodzi (przekleństwa zaznaczone są w sposób: „K...sko uroczy z niego drań, ale di...nie pokrętnie gada.”). Bohaterowie mają też pewne osobliwe cechy, które przypominają im o życiu na Ziemi. Dla przykładu: Hans Vollman obdarzony został w Bardo olbrzymią erekcją, ponieważ przed śmiercią nie zdążył skonsumować swojego małżeństwa z młodą żoną. Oczywiście ten mój podziw należy się w równej mierze tłumaczowi książki, Michałowi Kłobukowskiemu, który podjął się karkołomnego zadania i wyszedł z niego obronną ręką. Gratulacje dla tłumacza.

Książka Lincoln w Bardo nie zachwyci każdego. Spotkałam się z mniej pochlebnymi recenzjami, więc nie zdziwi mnie jeżeli niektórzy uznają ją za dziwną czy przekombinowaną. Warto dać jej jednak szansę. Ja zostałam kompletnie zaskoczona tym, jak szybko się ją czytało, niecierpliwie czekając co będzie dalej, jak wyciągało się wnioski z prostych historii tak wielu różnych ludzi, jak czuło się związanym z bohaterami i rozumiało się ich troski i niepewności. I muszę dodać, że przedstawienie żałoby Lincolna po śmierci jego syna zostało pokazane po mistrzowsku. Czuję, że to książka, do której będę chciała wracać i wyciągać z niej za każdym razem coś nowego.

Moja ocena: 9/10


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka