wtorek, 13 kwietnia 2021

„Mroczna wiedza. Scholomance. Lekcja pierwsza” Naomi Novik – szkoła magii, w której najważniejszym zadaniem jest przeżycie

Mroczna wiedza. Scholomance. Lekcja pierwsza
Naomi Novik

Gatunek: fantastyka młodzieżowa
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Rebis

Znasz to uczucie, gdy jesteś na zupełnym pustkowiu i nie wzięłaś parasola, ponieważ kiedy wychodziłaś, był słoneczny dzień, na nogach masz te ładne zamszowe buty, a tu nagle robi się ciemno i widzisz, że zaraz zacznie lać jak z cebra, więc myślisz sobie: „No, super”. [...] Właśnie tak jest, ilekroć się pojawiasz.

Opis wydawcy

Scholomance to szkoła, w której nie ma nauczycieli, wakacji ani przyjaźni między uczniami – tylko strategiczne sojusze. Przetrwanie jest ważniejsze od stopni, gdyż młodzi magowie nie mogą opuścić szkoły, aż ją ukończą lub zginą. Obowiązujące w Scholomance zasady są proste: nie można chodzić samotnie po korytarzach i trzeba się strzec potworów, które czają się wszędzie. Poza tym niektórzy uczniowie praktykują czarną magię, a nawet mordują innych, żeby zwiększyć swoje szanse przeżycia. 


Moja recenzja

Naomi Novik, po dwóch książkach nawiązujących pod względem stylistycznym oraz fabularnym do baśni, postanowiła zanurzyć się w kolejny trend czytelniczy i napisała powieść w nurcie dark academia. Fabuła jej najnowszej książki zakorzeniona jest w europejskim folklorze, a na miejsce akcji autorka wybrała szkołę o nazwie Scholomance. Szybki przegląd Internetu odpowie nam na nurtujące pytanie skąd znamy tę nazwę. W skrócie  Scholomance to owiana legendą szkoła w Transylwanii, gdzie uczono czarnej magii, a kierował nią, według ludowych przekazów, sam diabeł. Wcześniej tę nazwę można było spotkać w prozie Brama Stokera, klasycznej opowieści o wampirach, Draculi, ponieważ autor czerpał sporo inspiracji właśnie z zapisków dotyczących tej tajemniczej szkoły.

Twórczość Naomi Novik, autorki z polskimi korzeniami, poznałam od strony baśniowej w Wybranej oraz Mocy srebra. Po lekturze tych książek można było zauważyć jakie są jej mocne strony  budowanie odpowiedniego nastroju i zarysowanie magicznego świata przedstawionego. W Mrocznej wiedzy udaje się autorce potwierdzić te zalety, ale uwypuklone są niestety także niedoskonałości, które można już było zauważyć w poprzednich pozycjach  takie jak nieprzyjemne charaktery bohaterów i niedociągnięcia w budowaniu relacji między postaciami.

Rozpocząć warto jednak od samego miejsca akcji, bo ono gra tutaj kluczową rolę. Scholomance, tak jak jej legendarna poprzedniczka, to bardzo mroczna szkoła magii. Skojarzenia z Hogwartem nasuwają się tutaj automatycznie, jednak to zupełnie inny klimat. Dzieci wybierają się do tej szkoły, bo są do tego zmuszone przez okoliczności, a poza jej murami czeka je rychła, bolesna śmierć. Uczęszczając do Scholomance są zdane same na siebie, muszą stawiać czoła przeróżnym monstrom (przy których opisach Novik popisała się wyobraźnią), a nauką zajmują się jedynie w przerwie między potyczkami z potworami. Na korytarzach roi się od przeciwników, a uczniowie muszą być ciągle czujni, także unikają zostawania samemu w jadalni, wieczorem nie wychylają nosa z pokoju i nawet nie myślą o schodzeniu do przerażającej auli. Przyznaję, że ten pomysł wypadł bardzo dobrze, szczególnie, że sporo było tutaj technicznych elementów do przemyślenia  sam budynek uczelni to naprawdę wymyślna machineria. 

źródło

Mocny pomysł na miejsce akcji daje jednak tylko okazję do stworzenia magicznej historii. Okazję, która w książce Mroczna wiedza nie zostaje wykorzystana. Fabularnie to po prostu opis perypetii głównej bohaterki i przez długi czas nie wiadomo do czego całość zmierza (w Wybranej miałam podobny problem, ale tam broniły się inne elementy). Sam fakt, że Galadriel musi przeżyć w szkole, nie wystarcza na stworzenie odpowiednio mocnego celu i motywacji postaci. Dlatego zapewne autorka wprowadziła wątek przepowiedni, bardzo oklepany, ale często ratujący fabułę w gatunku fantastyki młodzieżowej. Tutaj niestety wszystko kręci się wokół tego, że główna bohaterka próbuje oszukać przepowiedziany los, trzyma się z daleka od ludzi i finalnie, niewiele to proroctwo wnosi do całości. Może oprócz tego, że czytelnik się domyśla, iż ten wątek zostanie rozwinięty w kolejnych częściach.

Odniosłam wrażenie, że Novik stara się przekazać jak najwięcej informacji o przeszłości głównej bohaterki, żebyśmy mogli z nią sympatyzować i śledzić jej przygody z pewnym zaangażowaniem. Jednak charakter Galadriel nie potrafił do siebie przekonać nawet przy ciągłym wyjaśnianiu dlaczego dziewczyna na każdą sytuację reaguje podniesieniem gardy. El jest opryskliwa i negatywnie nastawiona do... cóż, do wszystkiego. I chociaż momentami miałam wrażenie, że zaczynam przyzwyczajać się do tego typu charakteru i w kontraście z resztą bohaterów nawet zaczynało to grać, to chwilę później wracałam do męczenia się w jej towarzystwie. Co do postaci drugoplanowych to najciekawiej wypada Orion, ale niewiele się o nim dowiadujemy, oprócz tego, że cierpi na syndrom bohatera, chcącego wszystkich uratować z opresji. Będąc przy tym chłopaku warto dodać, że już we wcześniejszych pozycjach autorstwa Novik pojawiał się problem z wątkami romantycznymi i tutaj jest niestety podobnie. Fundament był dobry, ale przeprowadzenie tej historii już nie wypaliło.

Oprócz nawiązania do europejskiego folkloru bardzo spodobał mi się temat różnic społecznych. Sytuacja w magicznym świecie, gdzie bogate dzieci trzymają się razem, czerpią moc ze wspólnego źródła, mają ustawione życie po wyjściu ze szkoły, mapuje się na to, co dobrze znamy ze swojego otoczenia. Uprzywilejowanie osób majętnych jest tutaj mocno zarysowane, szczególnie widać to w kontraście z osobami, które starają się przebić w hierarchii i także należeć do tej „elitarnej” grupy bogaczy.

Mroczna wiedza to pozycja, która może przypaść do gustu fanom książek w stylu dark academia. Całość broni się przede wszystkim czarnoksięską atmosferą i pomysłem na magiczną szkołę. Niestety, w wielu innych aspektach potrafi mocno zawieść, także sama nie sięgnę raczej już po kolejne części – los bohaterów jest mi obojętny, a rozwinięcie fabuły nie zapowiada niczego fascynującego.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

wtorek, 6 kwietnia 2021

„Zły” Leopold Tyrmand – tropem chuliganów w Warszawie z połowy XX wieku

„Zły
Leopold Tyrmand

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1955
Liczba stron: 774
Wydawnictwo: MG

Ludzie czekający w życiu na coś dzielą się na dwie kategorie: na tych, którzy wiedzą, na co czekają, i na tych, którzy tego nie wiedzą, a tylko czekają.


Opis wydawcy
Zaczyna się od tajemniczych napadów. Z tym, że wszyscy atakowani – to bandziory. Ludowa milicja staje na głowie, by dostać jedynego sprawiedliwego, szeryfa bez twarzy, który sprawia, że ludzie zaczynają się czuć bezpieczni. Podziemny światek Warszawy rusza na wojnę. Bohater ma tylko jeden znak rozpoznawczy, niezwykłe, świetliste spojrzenie. A dodatkowo w tle historia miłosna, której osią jest Marta Majewska, niechcący wciągnięta w przestępcze życie Warszawy.

Moja recenzja

Najgłośniejszy polski kryminał, napisany w czasach PRL-u, bestseller, który po premierze rozchodził się jak świeże bułeczki, powieść, którą każdy obywatel naszego kraju powinien przeczytać  z tego typu hasłami spotykałam już od jakiegoś czasu, zanim chociażby zerknęłam na grzbiet książki Leopolda Tyrmanda. Trzeba przyznać, że wbrew temu, co sugeruje tytuł, o Złym można przeczytać sporo dobrych opiniiWznowienie powieści przez wydawnictwo MG nakłoniło mnie, żeby w końcu przekonać się na własnej skórze czy podzielę te zachwyty i zrozumiem fenomen klasyki polskiego kryminału.

Początek do łatwych nie należał. Pisząc „początek” mam na myśli pierwsze sto stron. W tym przypadku rozchodzi się o to, że książka jest bardzo rozbudowana fabularnie, ma spore grono bohaterów, historia toczy się wielowątkowo, a kiedy myślimy, że już chyba wystarczy, że więcej postaci i tak już nie uda nam się zapamiętać, to przedstawiany jest nam kolejny jegomość. Wydarzenia poboczne również nabierają rozpędu, a autor poświęca czas na oddanie detali każdej sceny. Także zamiast się męczyć, zostawiłam tę lekturę na jakiś czas i dopiero gdy ochota na czytanie powróciła, to zrobiłam do niej drugie podejście. I wtedy zażarło.

Próżno doszukiwać się w Złym głównego bohatera. Gdyby jednak trzeba było wybrać tego jednego, który gra tutaj pierwsze skrzypce, to w moich oczach byłaby nim Warszawa. Miasto, które w każdym kolejnym rozdziale poznajemy trochę bliżej  czy to warszawskich fryzjerów, czy warszawskie targi, czy warszawskie tramwaje  to właśnie charakterystyka miasta nadaje książce odpowiednią atmosferę, a przeniesienie się w przeszłość stolicy sprawia sporo radości, nawet osobom, które topografię Warszawy znają słabo, tak jak ja. Tyrmand potrafi czarować słowem, toteż szybko w tę peerelowską wersję świata wnikamy, widzimy sporo podobieństw i różnic w scenach życia codziennego, porównując je ze współczesnymi obserwacjami, ale przede wszystkim chłoniemy kolejne opisy z czystą przyjemnością.

źródło

Podobno sam zalążek pomysłu na tytułową postać, czyli Złego, który rozprawia się z warszawskimi chuliganami, wpadł do głowy Tyrmandowi podczas jazdy pociągiem, kiedy to podsłuchał rozmowę o człowieku, który karze rabusiów w jednym z polskich miast. Początkowo autor planował stworzyć na podstawie tego pomysłu komiks, szybko jednak zmienił zdanie. Całe szczęście, bo siła i największy atut Złego tkwi właśnie w szczegółowych opisach, tworzeniu odpowiedniej atmosfery i oddawaniu sprawiedliwości ówczesnej Warszawie  mieście w trakcie odbudowy, którego obraz śledzimy świeżo po wojnie, kiedy po jego wcześniejszej chwale architektonicznej zostało tylko wspomnienie.

Zły to taka polska postać-legenda, bohater przypominający zagranicznego Zorro albo nawet współczesnych superbohaterów z uniwersum Marvela czy DC. Tajemniczy człowiek o jasnych oczach, pojawiający się znikąd i przynoszący sprawiedliwość, którego kolejne przygody poznamy przede wszystkim na podstawie opowiadania naocznych świadków. W Złym nie będziemy śledzić poczynań tytułowej postaci, jej historia będzie odkrywana fragmentarycznie, aż do samego finału. Zamiast obserwowania codziennych poczynań bohatera, poznamy go z perspektywy innych postaci, posłuchamy co o nim ma do powiedzenia komendant milicji, dziennikarz warszawskiej gazety czy lekarz przyjmujący na pogotowiu pobitych przez Złego zbójów. Zdecydowanie bliższy wgląd otrzymamy do życia codziennego ekipy warszawskich złoczyńców, gdzie będzie nam dane obserwować ich spotkania, pertraktacje i plany wzbogacenia. Zabieg to ciekawy i zapewne na tamte czasy mocno oryginalny  pisanie książki o tytułowym dobrym bohaterze, ale poświęcenie czasu na przedstawienie perspektywy jego niegodziwych przeciwników zdecydowanie się opłaciło. Znajdzie się w powieści także miejsce dla reklamowanego w opisie romansu, jednak nie musimy oczekiwać romantycznych uniesień, bo ta historia miłosna to przede wszystkim porządnie rozpisany wątek, w którym nakreślone zostanie kilka ciekawych charakterów.

Powieść Zły, która zaraz po wydaniu krytykowana była jako idealny przykład grafomaństwa, przetrwała próbę czasu, a nawet zyskała nowej jakości lata po wydaniu. Oprócz wspomnianej już wcześniej wycieczki do stolicy przeszłości, czeka nas także powrót do słownictwa, które trochę już ucieka, do obserwowania przykładów spędzania wolnego czasu sprzed pół wieku, do zatłoczonych kawiarni, w których toczy się życie towarzyskie. Wszystko to pięknie napisane, opisy, które działają na wyobraźnię, a dialogi między postaciami naturalne i ponadczasowe. Nie każdy potrafi napisać tak intrygującą scenę na kilkanaście stron, w której dwoje osób po prostu rozmawia, a Tyrmand poradził sobie z tym zadaniem pierwszorzędnie. Chyba pozostaje powtórzyć za rzeszą fanów autora, że Zły jest tak naprawdę bardzo dobry i każdemu taką wycieczkę do Warszawy przeszłości serdecznie polecam.


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu MG.

poniedziałek, 29 marca 2021

Kobiety w rolach głównych – polecam trzy krótkie seriale

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto (2020), reż. Martin Scorsese -> Netflix

liczba odcinków: 7

Był sobotni wieczór, siedziałam sama w domu sącząc białe wytrawne wino, bez pomysłu czym zająć swoje myśli. Pierwsze co wpadło mi do głowy, to włączenie czegoś luźnego na Netfliksie. I o mały włos wybór padłby na ówczesną nowość, czyli serial fantastyczny Przeznaczenie: Saga Winx, który od czasu premiery zebrał dość dużo negatywnych ocen. Podkusiło mnie jednak, żeby zerknąć na fragment odcinka serialu dokumentalnego o Fran Lebowitz. Podczas jednego wieczoru wciągnęłam całe siedem epizodów. I dużo wina.

Wystarczyło pierwsze pięć minut, żeby mnie przekonać, iż lepiej nie da się spędzić samotnego wieczoru. Czułam się wręcz jakbym uczestniczyła w rozmowie z tą bardzo charyzmatyczną osobą, której słuchało się z niegasnącym zainteresowaniem. Chociaż w niektórych kwestiach mam odmienne zdanie, to Fran była tak autentyczna, zawsze szczerze przedstawiająca swoje poglądy, że potrafiłam zrozumieć jej punkt widzenia. Za przykład może posłużyć temat mediów społecznościowych, czy w ogóle nowoczesnych technologii i Internetu, gdzie nie zgadzam się może z Lebowitz, ale jej wypowiedź była związana z wnikliwą obserwacją i bardzo dobrze było usłyszeć taki głos trochę starszego pokolenia. Serial skończyłam z uczuciem podziwu dla Fran, przede wszystkim dlatego, że widz odbiera wrażenie, jakby nie było w niej miejsca dla okrutnego zdania: „co ludzie powiedzą”. Ona po prostu bez owijania mówi, co myśli. Sama miewam z tym niemało problemów, presja otoczenia zawsze potrafi ściągnąć w dół i podciąć skrzydła, dlatego tak dobrze ogląda się osobę, która bezkompromisowo dzieli się swoim zdaniem. 

Serial jest wyreżyserowany przez Martina Scorsese, który prywatnie jest długoletnim przyjacielem Fran. Montaż jest bez zarzutu, a przez większość czasu oglądamy główną bohaterkę po prostu siedzącą przy stole, ewentualnie na scenie i opowiadającą historie ze swojego życia (ta ze spadającym żyrandolem na spektaklu Upiór w operze jest cudowna) albo odnoszącą się do konkretnych tematów (świetnie słuchało się Fran tłumaczącej Spike'owi Lee dlaczego sportowiec nie będzie się równał artyście). Podczas tych siedmiu odcinków Scorsese jest towarzyszem rozmów, ale ogranicza się do wybuchania śmiechem i krótkich komentarzy, a cała uwaga skupiona jest na postaci Lebowitz. Z taką charyzmą, ogromnymi pokładami humoru i wiedzą mogłabym słuchać jej jeszcze przez kolejnych siedem odcinków. To była jedna z najwspanialszych, najbardziej niespodziewanych przeżytych ostatnio przygód w serialowym świecie.

Euforia: odcinki specjalne (2020), reż. Sam Levinson -> HBO GO

liczba odcinków: 2

Wpływ pandemii COVID-19 na branżę serialową jest niezaprzeczalnie widoczny, premiery wielu tytułów zostały przesunięte, a prace nad niektórymi wstrzymane bądź odłożone. Twórcy Euforii, po mocnym wejściu na rynek z pierwszym sezonem, którym zyskali sobie wierne grono fanów, musieli wstrzymać się z dalszą pracą. Zamiast jednak zamknąć się i czekać, aż będą mogli wrócić do normalnego harmonogramu postanowili wykorzystać możliwości i zabrali się za wyprodukowanie dwóch odcinków specjalnych. Powstały zatem takie mini dodatki do fabuły znanej z pierwszego sezonu. 

Oba odcinki charakteryzuje statyczność, większość akcji odbywa się w jednym miejscu, mało też pojawia się poznanych wcześniej aktorów. Tutaj widać dość mocno wpływ pandemii i ograniczenia z niej wynikające. Pierwszy epizod to po prostu długa rozmowa, odbywająca się w jednej z przydrożnych jadłodajni, między Rue a jej przyjacielem, pomagającym w walce z nałogiem. Oprócz scen rozgrywających się w tym miejscu pokazane zostaną tylko krótkie przebitki na wyimaginowane życie Rue i Jules. Takie wyobrażenie na temat co by było, gdyby przeniosły się do Nowego Jorku. Reszta to pozornie zwykła rozmowa przy naleśnikach. Słucha się jej jednak cudownie, to naprawdę sprawnie napisany dialog, zgrabnie poruszający masę tematów związanych z dotychczasowym życiem dziewczyny, ale dotyczący przede wszystkim jej uzależnienia i próby naprowadzenia Rue na drogę, w której zrozumie dlaczego warto z nałogiem zerwać. Drugi odcinek dotyczy Jules i mimo że znowu główna akcja będzie skupiać się na rozmowie dwójki osób, tym razem dziewczyny z jej psychologiem, to tutaj dostaniemy o wiele więcej przebitek na inne wydarzenia. Najważniejsze, że w końcu poznajemy historię matki Jules, co rzuca więcej światła na wydarzenia z pierwszego sezonu i pozwoli nam zrozumieć dlaczego jej związek z Rue polegał na tym ciągłym przyciąganiu oraz odpychaniu i skąd się bierze jej niechęć do zaangażowania. Dodatkowo rozwinięty zostanie temat zmiany płci, dlaczego się zdecydowała i jak wpłynęło to na jej sposób patrzenia na otoczenie. Naprawdę wspaniały odcinek, który otwiera oczy na sytuacje, które miały już miejsce w pierwszym sezonie i dają nadzieję na ciekawy rozwój bohaterki w kolejnym. 

Oba epizody to sprawnie napisany, a także cudownie zrealizowany pod względem technicznym, kawałek telewizji. Montaż, zdjęcia i muzyka ponownie powalają na łopatki, twórcy idą w zupełnie inną stronę, mniej psychodeliczną w formie, ale równie mocną w przekazie. O wiele bardziej naturalne są te specjalne odcinki, dzięki czemu aktorki dostały większe pole do popisu, które z dużym powodzeniem wykorzystały. Jeżeli komuś podobał się pierwszy sezon Euforii to zdecydowanie te dwie dodatkowe godziny musi poświęcić na obejrzenie tych epizodów.

Betty (2020), reż. Crystal Moselle -> HBO GO

liczba odcinków: 6

Młodzieńcza energia, babska solidarność, oddawanie się swojemu hobby, spotkania z koleżankami, długie rozmowy i włóczenie się po skąpanym w promieniach słońca Nowym Jorku  to wszystko sprawia, że Betty to serial, przez który się po prostu płynie. Włączasz, żeby się przekonać co to takiego, a za chwilę żałujesz, że tak szybko nadszedł koniec. Każdy z odcinków trwa krótko, bo mniej niż pół godziny, także całość można obejrzeć nawet w jeden dzień.

Serial został stworzony przez Crystal Moselle, która wcześniej wyreżyserowała w podobnym klimacie film – Skejterkę. Chociaż go nie oglądałam, to ze zdjęć i zwiastuna można wywnioskować, że te same aktorki biorą udział i w filmie i w serialu, ale sama historia już trochę się różni. Po obejrzeniu Betty na pewno chętnie nadrobię film, bo Moselle tworzy coś świeżego, mocno współczesnego i takiego bezpretensjonalnego. Potrafi mówić o palących problemach w lekki sposób. Całość przypomina klimatem wakacyjną przygodę, gdzie kilka osób związanych z tym samym hobby  w tym przypadku jazdą na desce  poznaje się, zaprzyjaźnia i zaczyna spędzać ze sobą czas. Sama nazwa serialu nawiązuje do wyzwiska, którym chłopcy lubiący jeżdżenie na deskorolce obdarzają dziewczyny „wchodzące na ich terytorium”. 

Życie prywatne tych pięciu młodych kobiet będzie jedynie lekko zarysowane, historię każdej z nich poznamy pobieżnie, bo reżyserka skupia się raczej na tym jak tworzy się między nimi więź. Także ich personalne problemy służą tutaj do pogłębiania przyjaźni, a nie tworzenia osobnego wątku – kiedy któraś z bolączek wypływa, to reszta składu pomaga w jej rozwiązaniu. Z Betty bije piękne przesłanie kobiecej solidarności oraz wsparcia, i to jest w nim właśnie najpiękniejsze. Bardzo ciekawie poruszony jest rownież temat wykorzystania seksualnego, kształtująca się wiedza na ten temat wśród młodych dziewczyn. W serialu jest kilka głębokich i ważnych wątków, ale całość to po prostu mocno przyjemna przygoda. Taka, w której niemal czuje się promienie słońca na skórze i ma się ochotę spróbować jazdy na desce razem z tą cudowną ekipą.

poniedziałek, 22 marca 2021

„Do gwiazd” i „Wśród gwiazd” Brandon Sanderson – rozrywka w klimacie „Gwiezdnych wojen”

Do gwiazd i Wśród gwiazd
Brandon Sanderson

Gatunek: fantastyka młodzieżowa
Rok pierwszego wydania: 2018, 2019
Liczba stron: 606 i 550
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ludzie potrzebują opowieści, dziecko. One dają nam nadzieję i ta nadzieja jest rzeczywista.

Opis wydawcy

Świat Spensy jest atakowany od setek lat. Obcy zwani Krellami przypuszczają jeden powietrzny atak za drugim, prowadząc niekończącą się kampanię, której celem jest zagłada ludzkości. Jedyną obroną przed nimi są eskadry myśliwców walczące z wrogiem w przestworzach. Piloci są bohaterami niedobitków ludzkiej rasy.


Moja recenzja

Jeżeli prześledzić moje ostatnie przygody z książkami napisanymi przez Brandona Sandersona to można zauważyć, że początkowy zachwyt jego twórczością trochę osłabł. Wcześniej każda pozycja wzbudzała we mnie duże emocje, pokochałam autora za Archiwum Burzowego Światła, później zachwyciłam się serią Z mgły zrodzony, a Rozjemcą i Elantris udowodnił, że jest jednym z najlepszych współczesnych pisarzy, zajmujących się gatunkiem fantastyki. Mój pogląd uległ lekkiej zmianie wraz z pierwszą częścią serii Mściciele, Stalowym sercem. W moich oczach nie reprezentowała ona poziomu, do którego przywykłam w przypadku książek tego autora. Podobnie było zresztą z komiksem Biały piasek. Nie ma jednak mowy, żebym mogła do twórczości Sandersona się zrazić, także poszukując kolejnej przyjemnej lektury wybór padł na dwa tomy młodzieżowej serii Skyward.

Nie będę trzymać nikogo w niepewności – autor znowu mnie swoją historią oczarował. Najlepsze w nowej serii jest to, że zupełnie się jej nie spodziewałam po Brandonie Sandersonie. Pokazał się już jako pisarz z ogromną wyobraźnią, który świetnie radzi sobie w klimatach epic fantasy, w kreowaniu tego typu światów przedstawionych. Natomiast w przypadku Do gwiazd mamy do czynienia z młodzieżowym science-fiction, które mocno przypomina sagę Gwiezdnych wojen. Główna bohaterka chce zostać pilotką myśliwców, jej lud jest atakowany przez tajemniczych przybyszów z innej planety, w kolejnej części dowiemy się więcej na temat prób eksterminacji ras, zamieszkujących galaktykę, a do tego sporo miejsca zajmują fragmenty humorystyczne z obowiązkowym przyjacielem w postaci zabawnego robota. Powiedzcie sami, czy to nie brzmi jak kolejna część Gwiezdnych wojen?

W pierwszym tomie, Do gwiazd, autor sprawną ręką wprowadza nas w świat przedstawiony. Wciąż popychając akcję do przodu, mimochodem tłumaczy dlaczego ludzie znaleźli się na obcej planecie, kto jest kim w zhierarchizowanej społeczności, jak wygląda sytuacja z podróżami międzygwiezdnymi. Jednocześnie nie zapomina o budowaniu charakteru głównej postaci. Początek nie jest może szczególnie frapujący, ale po pewnym czasie czytelnik wciąga się w ten świat i nie chce go opuszczać. 

Spensa, nasza narratorka, to dość buńczuczna nastolatka, z ogromnymi aspiracjami, która potrafi odpyskować, a nawet zadać cios, gdy ktoś nastąpi na jej odcisk. Często postępująca pod wpływem chwili, nie myśląca o konsekwencjach, lubiąca popisywać się przed innymi. Jest to też postać pełna bólu i tęsknoty, skrzywdzona przez otoczenie, naznaczona od dzieciństwa, próbująca poradzić sobie z trudami dorastania. Co jak co, ale Brandon Sanderson nawet pełną wad nastolatkę potrafi tak rozpisać, że trudno nie zachwycić się niuansami jej porządnie zbudowanego charakteru.

fragment zagranicznej okładki, źródło

Każdy z bohaterów został wykreowany z pełną świadomością odegrania konkretnego zadania w historii po autorze możemy się spodziewać, że nie ma tutaj niepotrzebnych wątków. W pierwszej części oprócz zróżnicowanej grupy postaci z eskadry Spensy, poznamy też bliżej jej rodzinę i przyjaciół. Warto wspomnieć o świetnym wątku babci, która raczy nas licznymi opowieściami, jest odpowiednikiem mędrca-przewodnika, takim głosem przeszłości. Kobieta przekazuje wnuczce, że bez wiedzy o czasach minionych jesteśmy niekompletni. Szybko również obdarzymy sympatią tajemniczego oślizgłego ślimaka, który jest zwierzątkiem Spensy, trochę przypominającym postacie z bajek Disneya. Taki odpowiednik szopa Meeko w Pocahontas czy Rajah, tygrysa Jasminy z Alladyna. Tytuł najlepszej postaci wędruje jednak do sztucznej inteligencji zamkniętej w myśliwcu  M-Bot rządzi. 

We Wśród gwiazd historia zaczęła podążać niespodziewanym torem. Autor zaryzykował, porzucił fragment świata przedstawionego, skupił się na jego poszerzeniu, a Spensa wykorzystuje pewną bombę fabularną do kolejnego spontanicznego wypadu pod tytułem „sama jedna wyruszam uratować świat”. Grupa głównych bohaterów ulega przetasowaniu, wielu poznanych we wcześniejszej części zostaje odsuniętych na dalszy plan, a na ich miejsce wskakuje nowa ekipa. Miałam z tym zabiegiem na początku problem, bo jednak nie po to tworzy się mocne podwaliny jakiejś postaci, żeby ją później porzucić. Oczywiście, okazuje się, że Sanderson ma to wszystko dobrze przemyślane – o to możemy być spokojni.

Ten zarzut jest jednak małą kroplą w morzu świetnej rozrywki, którą serwuje nam autor. W obu częściach akcja została sprawnie poprowadzona, bo będzie miała momenty zwolnienia, w których poznamy przemyślenia Spensy i przyjrzymy się rozwojowi jej znajomości z innymi postaciami, ale balans zostanie utrzymany  Sanderson dokładnie wie kiedy akcja powinna nabrać rumieńców, w którym momencie przychodzi ten czas, gdy nie będziemy chcieli książki odłożyć, dopóki nie poznamy rozwiązania. Jednocześnie autor nie zapomina o przesłaniu. Pierwszy tom pokaże nam różne oblicza odwagi, będziemy mogli zastanowić się czy bohaterem jest ktoś, kto bezsensownie traci życie czy ten który „tchórzliwie” ratuje się z opresji, żeby przeżyć kolejny dzień. Fabuła Wśród gwiazd natomiast pozwoli przyjrzeć się drugiej stronie barykady, czyli poznamy bliżej przeciwników ludzi. Zobaczymy, że po drugiej stronie także są czujące istoty, nieróżniące się wiele od człowieka. Świetnie sprawdza się w tej części także wątek wojny jako politycznej zagrywki. I wszystkie te przesłanki są sprawnie wplecione w wartką fabułę.

Kończąc Wśród gwiazd najchętniej zanurkowalibyśmy w kolejny tom przygód Spensy, przychodzi jednak moment ubolewania, że trzeba na niego jeszcze trochę poczekać. Jedno jest pewne  po przeczytaniu tych książek (może momentami schematycznych, zawierających sporo typowo młodzieżowych zagrywek) na pewno sięgniemy po kolejne części. Trudno bowiem znaleźć w gatunku fantastyki młodzieżowej lepsze pozycje.

wtorek, 9 marca 2021

Lutowa micha filmów

Obiecująca. Młoda. Kobieta. (2020), reż. Emerald Fennell


Film Obiecująca. Młoda. Kobieta. pojawił się przedpremierowo w kinie Nowe Horyzonty. Gdy zobaczyłam tę informację od razu zarezerwowałam bilety. To jedna z tych najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tegorocznych premier, zaraz obok Nomadland i Minari, które również marzy mi się zobaczyć w kinie. Czy się uda  zobaczymy.

Obiecująca. Młoda. Kobieta. to oryginalna próba ugryzienia tematu kina zemsty, gdzie główna bohaterka nocami przemierza kluby, polując na kolejnego mężczyznę, którego może uświadomić w temacie dobrowolnej zgody na seks. Opowiadając o tym mam mocne skojarzenia niemal z kinem superbohaterskim, w którym postać wymierza sprawiedliwość na własną rękę, jednocześnie próbując radzić sobie z własnymi problemami.

Obiecująca. Młoda. Kobieta. to debiut reżyserski Emerald Fennell, znanej m.in. z roli Camilli w The Crown. W swoim filmie pokazała, że nie boi się ryzykować, bo stworzyła miszmasz gatunkowy, gdzie momentami oglądamy emocjonujący thriller, później słodką komedię romantyczną, a w międzyczasie dostajemy przebłyski mocnej czarnej komedii. Reżyserka wspaniale radzi sobie z igraniem z widzem i wodzeniem go za nos. Weźmy na przykład scenę, kiedy Cassandra wraca z nocnych wojaży. Widzimy zbliżenie na jej nogę z czerwoną smugą i od razu myślimy, że to krew jej ofiary. Chwilę później kamera podjeżdża wyżej i sprawa się wyjaśnia  Cassie je hot doga, a po ręce kapie jej nadmiar ketchupu. To jeden z tych lekkich przykładów, żeby uniknąć spoilerowania, ale później wkręcanie widza idzie w mocniejszą stronę i jest to zaskakujące i wspaniałe.

Aktorstwo w tym filmie też jest pełne perełek, na czele z genialną Carey Mulligan w roli głównej. Ciężka to rola, bo postać boryka się z mroczną przeszłością. W Cassie pełno jest gniewu i nienawiści, których w ciągu dnia nie pokazuje  często jest wycofana i tłumi emocje, które uwalniane są dopiero podczas nocnych wypraw. Mulligan świetnie radzi sobie z pokazywaniem trudnych emocji targających nią po traumatycznych wydarzeniach, a jednocześnie wspaniale sprawdza się we fragmentach typowego rom-comu czy w scenach starć z mężczyznami. To rola pełna niuansów, ale też bezczelności, a Carey zagrała ją bez żadnej fałszywej nuty. Obok niej ważną rolę ma Bo Burnham (reżyser cudownej Ósmej klasy, o której wspominałam tutaj). Jako były kumpel ze studiów, zajmujący się chirurgią dziecięcą, ma w sobie wyważoną ilość uroku i słodyczy. Wspaniale sprawdza się jako partner Cassie. Bardzo przewrotnym pomysłem okazało się obsadzenie w rolach ofiar bohaterki „miłych chłopców Hollywood”, czyli typowych amerykańskich sweethearts, takich jak Adam Brody czy Chris Lowell.

Jeżeli chodzi o kwestie techniczne to także można pochwalić dużo elementów. Przede wszystkim mistrzowskie zastosowanie kolorów, kostiumów, charakteryzacji i scenografii. Bohaterka w ciągu dnia jest ucieleśnieniem stereotypowego wyobrażenia o „grzecznej dziewczynce”, nosi pastelowe sukienki, słodkie ogrodniczki, rozpuszczoną burzę blond loków i lekki makijaż, a wieczorami zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Na dodatek soundtrack pasuje tutaj idealnie, możemy w nim znaleźć takie popowe perełki jak It's raining men, piosenkę Stars are blind Paris Hilton czy promującą film Toxic Britney Spears, którą reżyserka nazywa w pewnym wywiadzie jedną z najlepszych piosenek, jakie zostały napisane.

Film podobał mi się ogromnie. Moim zdaniem jest przede wszystkim ważny i mam nadzieję, że będzie w stanie jakąś część widzów uświadomić. To taki tytuł, który może bawić i edukować jednocześnie, a na pewno będzie prowokował do rozmów  rozmów na ważny temat. Jestem też pewna, że znajdzie spore grono przeciwników, co już trochę widać na niektórych forach, których użytkownicy pokazują, że nadal nie rozumieją czym jest świadoma i dobrowolna zgoda na seks. Znajdą się też osoby, które oczekiwałyby tego przekazu w innej formie, może bardziej realistycznej. Tutaj jednak mamy do czynienia z mocną zabawą konwencją, przez co wiele wydarzeń jest mało prawdopodobnych. Kiedy Cassie dewastuje samochód komentującego jej zachowanie mężczyzny, nie trzeba czytać tego dosłownie  można przypomnieć sobie, jak często słysząc takie wypowiedzi marzyliśmy o tym, żeby zrobić to samo. Także wszelkie nieścisłości scenariuszowe czy brak naturalności tłumaczę jednym  ten film to przede wszystkim pokazanie społecznego problemu, zatem sporo zrzucam na konwencję i wybaczam wszystko! 

Jeszcze na samiuteńki koniec: wiem, że sporo zarzutów dotyczy finału filmu, który trochę odstaje od całości. Ale! Bardzo dobrze pokazuje, jak przy oskarżeniu o gwałt trudne jest udowodnienie winy i skazanie sprawcy.

Na rauszu (2020), reż. Thomas Vinterberg


Thomas Vinterberg to nazwisko coraz bardziej znane w świecie filmu, kilka lat temu wyreżyserował nową wersję klasyki literatury  Z dala od zgiełku ze wspomnianą wcześniej Carey Mulligan w roli głównej. Międzynarodową sławę przyniósł mu jednak wcześniejszy tytuł, czyli Polowanie, w którym główną rolę zagrał Mads Mikkelsen. Widać, że reżyser lubi współpracować z tym aktorem, bo w Na rauszu ponownie obsadził go w jednej z głównych ról.

Fabuła filmu rozgrywa się wokół umowy między czwórką przyjaciół, którzy przeczytali o teorii, mówiącej, że człowiek zawsze powinien mieć we krwi przynajmniej pół promila alkoholu. Mężczyźni (wszyscy będący nauczycielami w pobliskiej szkole) postanawiają sprawdzić słuszność tego twierdzenia. W międzyczasie wszystkie postępy w kwestiach otwartości i poprawiania wizerunku społecznego, a także problemów związanych z artykulacją czy motoryką skrzętnie zapisują w notatkach dotyczących eksperymentu.

Na rauszu to kino szczere, naturalne, oddające sprawiedliwość swoim postaciom, zbudowanym na mocnych podstawach. Mads Mikkelsen to mistrz oddawania każdej małej zmiany nastroju swojego bohatera, wszystko to widać w mikro ekspresji jego twarzy. To postać wrażliwca, wycofanego ze społeczeństwa, zawstydzonego i zamkniętego w sobie, a Mads sprawia, że jest piekielnie intrygująca. Od razu czujemy wszystkie jego tłumione emocje i kibicujemy w odnalezieniu drogi do otwarcia się na świat, która została bardzo dobrze pokazana. Jego powolne wyluzowywanie się podczas społecznych kontaktów, otwieranie się na ludzi, zdobywanie pewnego rodzaju odwagi, którego dobitnie doświadczamy w ostatniej scenie. Jednocześnie towarzyszy mu piekielnie zdolna ekipa aktorska, która staje tutaj na wysokości zadania. Każdy z aktorów gra naturalnie, a wiemy, że udawanie stanu upojenia alkoholowego, często może nieubłaganie zejść w stronę żenującej komedii. Tutaj tego nie uświadczymy. Dodatkowo, cała czwórka bohaterów ma między sobą świetną chemię, a ich przyjaźń warta jest zapisania w historii kina. Ale nie tylko oni, bo również postacie żon i uczniów są tutaj zagrane z ogromną szczerością. Szczególnie młodzież i ich niepohamowane pokłady energii potrafią zahipnotyzować. 

Najważniejszym tematem będzie tutaj alkoholizm, który każdy odczyta trochę inaczej, w zależności od swoich własnych życiowych doświadczeń z mocnymi trunkami. Reżyser dał nam obraz rzeczywistości nie starając się obedrzeć scen z prawdy. Kiedy bohaterowie piją to są przepełnieni energią, chętnie zaczynają rozmowę, wydają się szczęśliwi, jednak kiedy wchodzą coraz głębiej w nałóg, to w widzu narasta coraz większe napięcie i ich uśmiechnięte twarze przestają wydawać się tak optymistyczne. Finalnie, jak mówią sami bohaterowie, każdy ma swój próg  wszystko jest dla ludzi, ale przesada potrafi zaprowadzić w nieciekawe miejsca.

Reżyser idealnie poradził sobie ze zbalansowaniem komedii i dramatu. Sporo jest tutaj scen lżejszych, na przykład ta, w której dziecięca drużyna strzela gola i wśród nauczycieli wybucha piękna, czysta ekstaza. Sceny dramatyczne są mocne i – znowu  świetnie zagrane. Pewien zgrzyt odczułam tylko w jednym momencie, kiedy było trochę, jak dla mnie, za dużo ckliwości, ale film szybko to naprawia. Na rauszu to też kolejny tytuł, w którym soundtrack robi wrażenie. Mamy tutaj dużo klasyki, bo jeden z bohaterów jest nauczycielem muzyki. Po seansie jednak w głowie zostaje przede wszystkim What a Life, które będzie jeszcze odbijać się w pamięci przez kilka dni. Warto dodać, że Na rauszu posiada jedną z najpiękniejszych scen końcowych  pełną emocji, słodko-gorzką, z genialną sekwencją taneczną Madsa Mikkelsena. Dobrze, że ktoś w końcu pokazał pokłady talentu tego człowieka, który oprócz całego kunsztu aktorskiego ma na koncie także lata szkolenia baletowego.

Palm Springs (2020), reż. Max Barbakow

To akurat był pierwszy film, jaki zobaczyłam w kinie po przerwie. Bardzo długiej przerwie, bo ostatnio w kinie byłam chyba w marcu 2020. To prawie cały rok tęsknoty za dużym ekranem. Od razu mogę powiedzieć, że Palm Springs na pierwszy wybór okazał się strzałem w dziesiątkę! Tak, to jest kolejny film o pętli czasu, czyli coś, co znamy dobrze z klasyka Dzień świstaka albo niedawno emitowanego na platformie Netflix pierwszego sezonu Russian Doll. Tym razem dzień, w którym czas dla naszych bohaterów się zatrzymał, jest dniem ślubu Tali i Abe'a. W pętli natomiast utkwił Nyles  chłopak przyjaciółki panny młodej i Sarah  siostra Tali.

Znaleźć dobrą komedię romantyczną jest coraz trudniej. Wraz z pożegnaniem lat 90. powoli zaczęły odchodzić w niepamięć dobrze napisane i zagrane, niegłupie rom-comy, które potrafiły poprawić humor, oczarować, a przede wszystkim sprawiały, że wierzyliśmy w taką miłość. Zamiast tego zaczęliśmy coraz częściej dostawać historie pełne seksistowskich żartów, w których wręcz ciężko kibicować bohaterom. Palm Springs pokazuje, że w nowym wydaniu także można ten gatunek polubić.

Sukces komedii często zależy od zgrabnie napisanego scenariusza, który tutaj jest naprawdę zabawny, ale nie w nachalny sposób. Zdarza się kilka niekulturalnych żartów, ale przede wszystkim bazujemy na humorze sytuacyjnym. Któż by pomyślał, że tyle jeszcze można wyciągnąć z podejścia „jutro wszystko zacznie się od nowa, więc po co się hamować”. Szczególnie, że tutaj bohaterowie mogą nawet zginąć jednego dnia, a i tak na drugi dzień rano obudzą się w tym samym miejscu w czasie, co dnia poprzedniego. Sporo zabawnych sytuacji wynika także z szalonych przygód głównych postaci. Do tych, które utkwiły w pamięci należy scena, w której ogłaszono, że w torcie weselnym znajduje się bomba. Albo moment, kiedy para wchodzi do baru i wykonuje synchroniczny układ taneczny. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Tych sytuacji jest tutaj dużo, ale każda kolejna sprawia frajdę i widz nie czuje nimi przesytu.

Kolejną ważną sprawą jest oczywiście odegranie tych wszystkich gagów. Byłam spokojna o Andy'ego Samberga, ponieważ znam go z Brooklyn 9-9 i dobrze wiem, że to aktor, który do komedii jest stworzony. Każdy żart w jego wykonaniu zyskuje dodatkowo, tylko ze względu na sposób w jaki zostaje przekazany. Miłym odkryciem jest tutaj partnerująca mu Cristin Milioti, która radzi sobie świetnie i z komedią, i z dostarczaniem trochę cięższych wątków (niewiele tego, ale jednak jest). Razem tworzą mieszankę wybuchową i jest to zdecydowanie para, którą przyjemnie się ogląda. Na drugim planie mamy m.in. J.K. Simmonsa, który ma ciekawą kreację, a że zagraną dobrze, nie trzeba nawet przy tym aktorze wspominać.

Podsumowując, oglądanie Palm Springs to czysta przyjemność. Tak lekkiej, a niegłupiej rozrywki dawno w kinie nie widziałam. A fakt, że próby wychodzenia z pętli podparte są godzinami spędzonymi na nauce, a nie magicznym przypadkiem dodatkowo podbija pozytywne wrażenia.

Portret kobiety w ogniu (2020), reż. Céline Sciamma


Przy okazji tegorocznych walentynek postanowiłam zrobić na Instagramie małą bazę filmów o miłości (relacja została zapisana, jakby ktoś chciał się zapoznać). Najpierw zaproponowałam swoje typy, a następnie zapisywałam podpowiedzi od obserwujących. Jednym z tytułów, który się tam pojawił był właśnie Portret kobiety w ogniu, co przypomniało mi, że już dawno miałam o nim napisać.

Francja, XVIII wiek, malarka dostaje zlecenie na wykonanie portretu Héloïse, której ręka obiecana jest szlachcicowi, pochodzącemu z Włoch. Problem polega na tym, że tworzenie dzieła artystka musi utrzymać w tajemnicy przed samą portretowaną, która nie zgadza się na pozowanie.

O tym filmie napisano już po premierze bardzo dużo, więc ja dorzucę tylko krótko ode mnie, że jest faktycznie tak dobry, jak mówiono. To bardzo intymne kino, pełne czułości i ciepła skrytego tuż pod powierzchnią, uśpionego, ale czekającego tylko na erupcję. Ze zdjęć bije pewna melancholia w klimacie, która utrzymywać się będzie cały film. Sporo kadrów można po prostu wyciąć i powiesić w domu jako obraz, tak przepiękne są zdjęcia –  cała kompozycja i specyficzna kolorystyka przywodzą na myśl mistrzów malarstwa. Wspaniale wyszło też przedstawienie elementów historycznych. Warto docenić pracę jaką wykonali scenografowie i kostiumografowie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że historycznemu zarysowi nadano naturalność. Widz wierzy tym kobietom, że zakładają gorsety i gotują napary z zebranych ziół. To przedstawienie codzienności pozwala przenieść się w czasie. 

Portret kobiety w ogniu to opowieść o pięknej, zakazanej miłości, pozwala nam się nad nią pochylić na dłużej, chociaż od pierwszej sceny reżyserka zaznacza jaki będzie finał. Pozwala nam myśleć nie tylko o miłości, ale także o samotności i życiu jako spektaklu emocji, które czasami zalewają, a czasami odchodzą w zapomnienie, zostawiając człowieka tylko ze wspomnieniem. I na koniec dodam, że tak pięknym nawiązaniem do miłości przedstawionej w filmie było to fabularne odniesienie do mitu o Orfeuszu i Eurydyce!




Oprócz tego obejrzałam:
  • Piękna złośnica (1960) – w lutym miałam mały maraton filmów z Sophią Loren. Ten do najlepszych nie należał, mocno średnia produkcja. Na plus Loren i wątek z wystawieniem Mazepy.
  • Ali (2001) – zaczął się bardzo dobrze, ale im dalej tym robiło się nudniej. Za dużo wątków chciano wcisnąć w tę biografię, przez co wszystkie są ujęte bardzo powierzchownie. Meh.
  • Tylko aniołowie mają skrzydła (1939) – film z gatunku lekkich i przyjemnych, dobrze się ogląda, świetnie zagrany, scenariusz może nie porywa, ale też nie nudzi. Dla fanów samolotów film obowiązkowy.
  • Vera Cruz (1954) – naprawdę fajny western, wciąga, jakoś mocno się nie zestarzał. Dużą zasługę w przyjemności z oglądania ma obsada, bo i Burt i Gary świetnie wypadają i mają dobrą chemię.
  • Capote (2005) – bardzo dobrze się ogląda, gęsty, mroczny, chłodny klimat, a Philip Seymour Hoffman pokazał klasę, zdecydowanie zasłużony Oscar.
  • Frantic (1988) – dobry thriller, szczególnie początek, gdzie trochę nie wiadomo do czego to zmierza i bawi się z widzem, ale pod koniec akcja zaczyna się trochę rozmywać.
  • Do wszystkich chłopców, których kochałam: zawsze i na zawsze (2021) – film z kategorii: nie chce mi się o niczym myśleć. Może być puszczony w tle podczas gotowania, polecam. A poziom zdecydowanie lepszy niż tragiczna dwójka. Zwieńczenie serii wypada naprawdę spoko.
  • Pięciu braci (2020) – wymęczyłam się. Jakiś taki poszarpany ten seans, momentami myślałam, że oglądam głupawą komedię, takie teksty tam leciały. A znowu momentami łapał.
  • Carrington (1995) – taki, ot – do obejrzenia i zapomnienia. Fajna rola młodej Thompson, zawsze miło mi się ją ogląda na ekranie.
  • Wykopaliska (2021) – wynudziłam się. Piękne zdjęcia, ciekawe role Carey Mulligan i Ralpha Fiennesa, i w sumie tyle. Temat przemijania dla mnie zupełnie nie wybrzmiał.
  • Zaczęło się w Neapolu (1960) – kolejny film z Loren i na pewno najlepszy z obejrzanych. Dlaczego? A przez włoski klimacik! Aż się zatęskniło za wakacjami! Seans naprawdę udany, świetna rola Loren, dobry scenariusz. Do tego Capri w tle, winko i spaghetti!
  • Portier z hotelu Atlantic (1924) – bardzo to był smutny seans, sporo emocji zamkniętych w niemym kinie. Ciekawy zabieg z skończeniem faktycznego filmu trochę szybciej i dołożenie zakończenia, które jest takim mrugnięciem do widza. Ładny przykład magii kina.
  • That kind of woman (1959) – znowu Sophia Loren urzeka zdecydowanie, ale sama fabuła to dość nudna historia miłosna. Po reżyserze (m.in. Dog Day afternoon i Dwunastu gniewnych ludzi) oczekiwałam czegoś więcej.
  • Powiew skandalu (1960) – ostatni film z Loren jaki widziałam. Jakoś nie chce się wierzyć, że to ten sam reżyser, co w kultowej Casablance. Nawet jako zwykły romans sprawdza się słabo i nic go nie ratuje.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka