środa, 17 kwietnia 2019

Nic nie trwa wiecznie - „Wspaniałość Ambersonów” Booth Tarkington



*Wspaniałość Ambersonów*
Newton Booth Tarkington

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Magnificent Ambersons
*Gatunek:* literatura piękna / obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1918
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* MG
- Stare czasy? - Morgan zaśmiał się wesoło od drzwi. - Wcale nie! Nie ma starych czasów. Kiedy czasy mijają, nie są stare, ale martwe! Nie ma żadnych innych czasów, tylko nowe!
*Krótko o fabule:*
Ambersonowie to najznakomitsza rodzina w mieście. Mieszkają w wielkim domu, wydają fantastyczne przyjęcia, wbrew upływającemu czasowi przeciwstawiają się wszelkim zmianom. Isabel, dziedziczka fortuny, wychodzi za mąż za człowieka całym życiem oddanego jedynie interesom. Wynagradza jej to syn, George, którego kobieta uwielbia ponad wszystko.   
Po wielu latach w mieście zjawia się jej przyjaciel z młodości, teraz biznesmen inwestujący w automobile; towarzyszy mu dorosła córka, Lucy.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Ponownie dzięki wydawnictwu MG możemy sięgnąć po niedostępną wcześniej klasykę. Tym razem to powieść Bootha Tarkingtona, Wspaniałość Ambersonów. Książka w 1919 roku zdobyła nagrodę Pulitzera w kategorii fikcja (jako druga książka w historii), a w 1942 roku została zekranizowana przez legendarnego Orsona Wellesa. Jest to druga część trylogii The Growth, ale nie przejmujcie się, nie są one powiązane fabularnie, a nawet akcja pierwszej części umiejscowiona jest w czasach późniejszych niż we Wspaniałości Ambersonów. Toteż znajomość poprzedniczki nie jest nam wcale potrzebna do poznania historii z drugiej części.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tytuł książki to mgliście przypomniałam sobie, że już go gdzieś słyszałam. Szybko okazało się, że to za sprawą głośnej ekranizacji, którą bardzo chcę obejrzeć, a nie dlatego, że to żelazna, amerykańska klasyka. Wielu z Was słyszało wcześniej o Tarkingtonie? Bo ja wcale. Trochę to dziwne, bo należy on do słynnej trójki pisarzy, którzy za swoją twórczość otrzymali więcej niż jedną nagrodę Pulitzera. Podobno teraz coraz mniej się o nim pamięta, chociaż w latach 1910/1920 był uważany za jednego z najlepszych autorów amerykańskich.

Wspaniałość Ambersonów z pozoru wydaje się zwykłą historyczną obyczajówką, ot, historia pewnej zamożnej rodziny na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Jakimś sposobem jednak Tarkington pchnął w nią tyle czaru, że zostaje z czytelnikiem na dłużej. Patrząc na nią z perspektywy czasu trudno nie docenić historycznej wartości, jaką ze sobą niesie. Autor opisuje perypetie Ambersonów od środka, dzieląc się z nami emocjami bohaterów, ale nie szczędzi czytelnikowi ogólnej perspektywy, widoku na zmiany społeczne, gospodarcze i technologiczne. Wszystko w bardzo lekkiej formie, w towarzystwie charyzmatycznych bohaterów.

plakat słynnej ekranizacji, źródło
Rzewnie się człowiekowi robi kiedy przygląda się czasom, które minęły. Ogromna willa Ambersonów, z mnóstwem pokojów, służbą, stajniami i łąkami powoli zostaje zjadana przez rewolucję przemysłową, a zielone miasteczko przeradza się w szare, zadymione miasto. My, czytelnicy, znając kolej rzeczy i wiedząc w którą stronę zmierza fabuła, wciąż z niegasnącym zainteresowaniem przyglądamy się reakcjom bohaterów na te zmiany. Przyglądamy się tej walce światopoglądów - rozpieszczony panicz George, który nie potrafi sobie wmówić, że przyjdzie czas kiedy automobile zastąpią wozy zaprzęgnięte w konie kontra Eugene, który nie może się tej przełomowej chwili doczekać.

Autor pokusił się o dość odważne posunięcie - stworzył głównego bohatera, którego trudno polubić. George jest rozpuszczony, arogancki, dumny i wyniosły. Kiedy zaczynamy szukać w nim dobrych cech i już, już, coś zaczynamy dostrzegać to za chwilę postępuje w sposób, który znowu musimy skrytykować. To postać, która popełnia całą masę świadomych błędów, które wynikają z jego potwornego charakteru. Co zatem się dzieje między pierwszą a ostatnią stroną, że po zamknięciu jednak temu George'owi współczujemy i życzymy mu jak najlepiej? O tym musicie się przekonać sami.

Fabuła książki jest dość nieskomplikowana, a jednocześnie sporo tam pojawia się wątków, które na tyle się przeplatają, że co jakiś czas inny z nich wydaje się być wątkiem głównym. Mamy na pewno temat zamożnej rodziny, która trzyma w ryzach całe miasto, takiej dynastii, która miała ogromny wpływ na budowanie społeczności. Świetnie poprowadzony, dający wgląd na zmiany w postaci konkretnej rodziny, której lata świetności zaczynają przemijać. Poznamy też historię romantyczną, w której to naszego krnąbrnego George'a oczarowuje rezolutna Lucy. Przyjrzymy się perypetiom rodzinnym, więzom między rodzeństwem, między matką a synem (przy których łatwo o wzruszenie). Znajdzie się także miejsce na rozwijanie fabryki automobili i licznych przejażdżek tymi pojazdami. I pojawi się również wątek miłosny z przeszłości. Także sporo tutaj treści, przy której trudno się nudzić. Jeżeli mogłabym się czegoś przyczepić to może środek jest troszeczkę słabszy i mniej angażujący, ale wydaje mi się, że to dlatego, że początek i koniec są aż tak dobre.

Wspaniałość Ambersonów to klasyka, którą bardzo łatwo da się polubić. Ma wartką akcję, rozłożoną na dość niewielu stronach, ciekawych, różnorodnych bohaterów, zmiany społeczno-gospodarcze w tle i kilka zaskakujących punktów zwrotnych w historii. Przede wszystkim jednak pokazuje nam, że dobra materialne są kruche i dają pozorny obraz szczęścia, a więzy rodzinne, które traktujemy jako pewnik w swoim życiu są zbyt często niedoceniane. Ponadto na przykładzie bohaterów zobaczymy, że człowiek ma prawo błądzić, ale my powinniśmy dać mu później szansę na odkupienie. Bo każdy na takową zasługuje.


Moja ocena: 8+/10




sobota, 13 kwietnia 2019

Komiksowo na Netflixie, czyli seriale „The Umbrella Academy” & „Miłość, Śmierć i Roboty”

The Umbrella Academy (2019-)

źródło
Wszyscy chyba zauważyliśmy kampanię reklamową tego serialu. Czy to w postaci zabawnego filmiku, mash-upu scen pochodzących z serialu zmontowanych z Akademią pana Kleksa (pojawił się na Facebooku Neflixa) czy w postaci ogromnych billboardów (we Wrocławiu było ich dość sporo). Pierwsze recenzje tonęły wręcz w zachwytach, znajomi też polecali, ale wszystkie te rzeczy były mi niepotrzebne. Nowy serial o superbohaterach, na podstawie komiksu i jeszcze z Ellen Page w jednej z głównych ról? Nie trzeba było mnie dłużej zachęcać.

Tego samego dnia 1989 roku niezwiązanym ze sobą w żaden sposób kobietom rodzi się czterdzieścioro troje dzieci. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że żadna z nich nie była wcześniej w ciąży. Siedmioro dzieci adoptuje przemysłowiec-miliarder sir Reginald Hargreeve, który postanawia przygotować je do misji ocalenia świata. Minęły lata, a członkowie The Umbrella Academy: Luther, Diego, Allison, Klaus, Vanya i Numer Pięć spotykają się, żeby wspólnie rozwikłać tajemnicę śmierci swojego ojca. 

Od razu może wyrzucę z siebie, że nie byłam tak zachwycona jak poniektórzy. Może za duże oczekiwania narosły wokół tego tytułu, może po prostu za sprawą kilku zgrzytów nie trafił w moje gusta. Co nie zmienia faktu, że oglądanie The Umbrella Academy wspominam z przyjemnością. Przede wszystkim jest to dość odważny projekt. Jak spojrzymy na oryginalny, komiksowy wygląd postaci to zobaczymy z jakimi trudnościami musieli zmierzyć się twórcy. W niektórych kwestiach wyszło im zgrabnie, np. zrobienie z Hazel i Cha-Cha po prostu seryjnych zabójców, którzy przy wykonywaniu zlecenia lubią nosić maski (w komiksie służyły im jako jedyna twarz). Niestety, w innych wyszło trochę pokracznie. Konkretnie mam tutaj na myśli Luthera, który jako wielkolud w pierwowzorze wydaje się idealnie pasować do konwencji, ale w serialu prezentuje się po prostu dziwacznie.
źródło
To do czego nie można się przyczepić to strona techniczna serialu. Postać małpiego kamerdynera jest porządnie zaanimowana, zdjęcia są mroczne i hipnotyzujące, a gra kolorem przemyślana od początku do końca. Niektóre sceny były wręcz tak świetnie zmontowane, że nie chciało się mrugać, żeby przypadkiem nie stracić wrażeń wizualnych. Sztosik. I muzycznie i zdjęciowo. Najbardziej wyróżniały się tutaj te sceny strzelanin, którym za podkład służyły znane utwory użyte w dość oryginalny sposób.

Co do postaci, bo te tutaj są najważniejsze, to jest różnie. I tutaj chyba mam największy dysonans, bo jeżeli robimy serial o paczce superbohaterów i każdemu dajemy sporo czasu ekranowego, to każdego powinniśmy bliżej poznać i polubić bądź nie. A tutaj mamy co następuje: na pierwszy plan wysuwa się charakterny Klaus, ulubieniec tłumów, którego trudno nie zapamiętać. Zdecydowanie najbardziej barwna postać z całego rodzeństwa. W dziwny sposób zaskarbia sobie najwięcej uwagi, chociaż jego moc jest tak naprawdę dość przeciętna (serio, ile razy słyszeliśmy o ludziach, ktorzy widzą duchy?). Jego prawdziwa moc jest jednak w tym, że dostaje najwięcej momentów komediowych i jest odważnie zagrany przez Robera Sheehana, który bawi się wyśmienicie i zostawia nas w czystej sympatii do bohatera. Drugą świetną postacią jest zdecydowanie Numer 5. Staruszek zamknięty w ciele dziecka, popijający alkohol i patrzący na rodzeństwo z wypisanym na twarzy „Ach, ta młodzież” sprawdza się idealnie. Dodatkowo, to on w największym stopniu popycha do przodu warstwę fabularną, bo odkąd się pojawia obiera sobie za cel niedopuszczenie do zbliżającej się apokalipsy. Także Klaus i Numer 5 są zdecydowanie na szczycie. Kolejne są dziewczyny: Vanya i Allison. Wiem, że ludzie na tą pierwszą narzekają, ale mi pasuje w ten sposób rozpisany wątek. To dziewczyna, która całe życie była odsuwana, w cieniu rodzeństwa, później w cieniu orkiestry, która mimo dzieciństwa spędzonego w Akademii wiedzie szare życie. Przeciwieństwem jest Allison, której rozsiewane za pomocą magii „plotki” zapewniły życie w ciągłym świetle reflektorów. Nie znaczy to, że nie walczy wciąż ze swoimi demonami. I tutaj nie tyle podobały mi się te postaci osobno, ale ich relacja była naprawdę czymś interesującym. Luther i Diego niestety zostają w tyle i niewiele obchodził mnie ich los.

Trochę tak jest, że dopiero w obliczu „apokalipsy” ludzie potrafią znaleźć wspólny język. Widać to w serialu The Umbrella Academy, chociaż w tym przypadku powinno się ominąć ten cudzysłów, bo tutaj faktycznie do końca świata ma dojść. Koniec pierwszego sezonu to czysta furtka do kolejnych perypetii rodzeństwa, a ja jestem ciekawa jak dalej się ich losy potoczą. I czekam na ciąg dalszy, chociaż wspomnienia o serialu nie przywołują czystego zachwytu, ale uczucie przyjemnie spędzonego czasu.

Moja ocena; 7+/10



Love, death and robots (2019-)

źródło

Kiedy tylko zobaczyłam zwiastun tego serialu pomyślałam, że będzie to ostra jazda bez trzymanki. Psychodeliczny klimat, mocna muza, odważne sceny i rzeka krwi. To zdecydowanie jest taki serial, jakim go reklamują - animacje przeznaczone dla widza dorosłego, gdzie wszystkie hamulce zostają zwolnione.

Zbiór animowanych historii o miłości, śmierci i robotach utrzymanych w różnych gatunkach filmowych.

Mam wrażenie, że powtarzam to zawsze, przy każdej antologii, o której piszę, ale wspomnę raz jeszcze - poziom poszczególnych prac jest bardzo różny. Tzn. są odcinki, które naprawdę bardzo mi się podobały, są i takie które mnie znudziły, pomimo tak krótkiego czasu trwania. Największy zarzut mam do warstwy fabularnej - często te epizody zbudowane były na podobnych założeniach. Szybkie wprowadzenie w świat, rozwój sytuacji i końcowy element zaskoczenia. Oczywiście nie jest to zarzut do wszystkich historii, ale w wielu ten schemat się powtarzał.

Pierwszym miłym zaskoczeniem był czas trwania odcinków. Średnia wychodzi jakoś około dziesięciu minut, więc jeżeli macie tylko chwilkę wolnego czasu to można ją wypełnić takim krótkim epizodem. Szczególnie, że nie są one ze sobą połączone, każdy tworzy osobną historię.

W produkcję serialu zaangażowani byli Joshua Donen, David Fincher, Jennifer Miller i Tim Miller. Podobno sam pomysł urodził się już całe lata temu, ale jakoś nikt nie chciał się na tego typu serial zgodzić. Nie potrafimy sobie nawet wyobrazić ile pracy trzeba włożyć, żeby takie 10 minut animacji wyprodukować. A co za tym idzie - nikt nie był gotowy wyłożyć gotówki na coś tak niepewnego. Na szczęście w końcu Netflix wyraził chęć wsparcia pomysłu. Osiemnaście odcinków powstawało w różnych studiach na całym świecie, wliczając w to Polskę. Tak, Platige Image wyprodukowało epizod Fish night.

źródło
Tyle wprowadzenia. Jeżeli chodzi o samą treść, to wybija się dosłownie kilka odcinków. Na pewno na wyróżnienie zasługuje Three Robots, w którym trójka tytułowych robotów przybywa na postapokaliptyczną wersję Ziemi, w ramach wycieczki krajoznawczej (tzn. planetoznawczej, żeby być dokładnym). Jest to jedna z niewielu historii, która jest lekka i przyjemna, z pomysłem i sympatycznymi bohaterami. No i są koty, co zawsze działa jako dodatkowy plus. Kolejnym zabawnym przykładem, który zapadł mi w pamięci był When The Yogurt Took Over, który opowiada o przejęciu władzy przez ... jogurt. Sześciominutowa przyjemność. Jeżeli miałabym wskazać najlepsze bardziej poważne i rozbudowane historie to wybrałabym dwie: Zima Blue i Good Hunting. Zima Blue to zaskakująca i pokręcona fabuła, która powoli układa się w spójną całość i daje naprawdę ciekawe spojrzenie na rozwój świata robotów oraz sztucznej inteligencji. Natomiast Good Hunting wspaniale balansuje na granicy steampunkowego klimatu i bardziej tradycyjnego podejścia - Chińskich wojowników zwalczających zmiennokształtne istoty. To połączenie wyszło ekscytująco i była to chyba jedyna animacja, którą chętnie zobaczyłabym w wersji pełnometrażowej.

Problemem serialu Miłość, śmierć i roboty było to, że spodziewałam się większej różnorodności w rodzaju animacji. Niestety, wiele z epizodów przypominało popularne teraz gry na konsolę, z bardzo realistyczną animacją. Najlepiej w tej kwestii sprawdził się Beyond the Aquila Rift, gdzie naprawdę momentami wydawało mi się, że widzę aktorów. Jednak większość była po prostu brutalną jatką, która nie została na dłużej w pamięci. Za to było kilka odcinków, które zgrabnie z tego schematu uciekały, jak Fish night, chyba najbardziej kolorowa animacja. Ciekawe były też: Zima Blue oraz Wintess. Jednak brakowało mi większej odwagi w samym wyborze rodzaju animacji.

Wszystko to nie zmienia faktu, że ten serial naprawdę warto poznać. Teoretycznie nie trzeba oglądać każdego odcinka, można przeprowadzić początkową selekcję i dać szansę tylko tym najbardziej polecanym. Ja bym nie miała nic przeciwko, żeby sam pomysł na antologię animacji był kontynuowany. Może w przyszłości inny gatunek zamiast science-fiction?

Moja ocena: 7/10



Co sądzicie o tych serialach? Znacie? A może chcecie poznać?

piątek, 5 kwietnia 2019

Pokonać przeciwności - „Dawca Przysięgi” Brandon Sanderson



*Dawca Przysięgi I i II*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Oathbringer
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #3 Archiwum Burzowego Światła
*Rok pierwszego wydania:* 2017 i 2018
*Liczba stron:* 560 + 656
*Wydawnictwo:* MAG
Pytanie nie brzmi czy będziesz kochał, cierpiał, marzył i umrzesz. Chodzi o to co pokochasz, dlaczego będziesz cierpiał, kiedy będziesz marzył i jak umrzesz. Taki jest twój wybór. Nie możesz wybrać celu, jedynie drogę.
*Krótko o fabule:*
Alethyjskie armie pod dowództwem Dalinara Kholina odniosły chwilowe zwycięstwo, jednak cena była straszliwa: Parshendi przywołali gwałtowną Wielką Burzę, która teraz niszczy świat, a jej przejście uświadamia niegdyś spokojnym i potulnym parshmenom prawdziwą grozę ich trwającego wiele tysiącleci uwięzienia. Podczas desperackiej misji, by ostrzec rodzinę przed nowym zagrożeniem, Kaladin Burzą Błogosławiony musi pogodzić się ze świadomością, że ich gniew może być całkowicie uzasadniony.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Z rozczuleniem spoglądam w stronę półki, na której leży egzemplarz Drogi Królów, pierwszego tomu Archiwum Burzowego Światła. To jedna z pierwszych książek, o których tutaj pisałam. High fantasy pełną gębą, dające podwaliny do intrygującej, zaskakującej i wciągającej historii. Pierwsza część była rewelacyjna, ale Słowa Światłości zostawiły mnie w pełnym zachwycie. Widać, że Sanderson wciąż rozwija swoją historię, dodaje nam coraz to więcej informacji o świecie Rosharu i daje bliżej poznać głównych bohaterów, których jest już dość sporo. Wspaniałe jest to, że autor się nie ogranicza i jeżeli założył sobie, że jeden tom będzie miał ponad tysiąc stron, a narrację będzie prowadziło równolegle kilka pełnoprawnych postaci, to tak też robi. Dzięki temu czytelnik wręcz wsiąka w tę opowieść i ze strony na stronę coraz bardziej rozkochuje się w pomysłach Sandersona.

Dawca Przysięgi został podzielony na dwa tomy. Od razu stwierdziłam, że to nie jest dobry pomysł, żeby czytać pierwszy od razu po premierze. Po prostu to tego typu książka, którą powinno się traktować jako całość, a dobrze wiemy, że budowanie napięcia w świecie Cosmere jest na początku dość subtelne i akcja rozkręca się bliżej połowy - co w tym przypadku wskazuje na koniec pierwszej części/początek drugiej. Co prawda muszę się przyznać, że po ukazaniu się Dawcy Przysięgi II długo zbierałam się do sięgnięcia po lekturę, a nawet zdarzyło mi się porzucić ją po stu stronach na pół roku! Jednak, jak to u Sandersona bywa, wszystko w pewnym momencie wskakuje na swoje miejsce, a człowiek przeżywa podczas czytania ogromne emocje i po ostatnim zdaniu już zaczyna za światem Rosharu tęsknić.

Ile razy już zastanawiałam się jak to Brandon Sanderson robi! Skąd biorą się te pomysły, jak udaje mu się ułożyć tak wiele wątków w jedną, sensowną całość, w jaki sposób kreuje charaktery bohaterów, że tak bardzo z nimi sympatyzujemy? I powiem Wam: dalej nie znam odpowiedzi. To zdecydowanie mój ulubiony współczesny pisarz high fantasy i określam to przede wszystkim na podstawie serii Archiwum Burzowego Światła (pomimo że na rynku dostępne są dopiero 3 tomy). Niewiele innych pozycji jego autorstwa czytałam, ale nie boję się nazwać go geniuszem.


źródło
Żeby nie było tylko kolorowo i w zachwytach to zacznę od tego, że trudno było mi wrócić do tego świata. Po prostu to nie jest tak, że pierwsze strony sprawiają, że czujemy się jak w domu i zaczynamy sprawnie poruszać się za tokiem myślenia postaci. Powodem jest zapewne to, że ten świat jest naprawdę ogromny i złożony, Sanderson wrzucił tutaj mnóstwo pomysłów i te większe się pamięta, ale te małe szczególiki czasami giną gdzieś w umyśle. Dodatkowo, początek zazwyczaj jest spokojniejszy, to dopiero wstęp. I w Dawcy Przysięgi potrzebowałam jakichś 200 stron, żeby naprawdę wrócić do tego świata. I następnych 200, żeby nie chcieć go opuszczać.

Dziękuję Sandersonowi, że raz po raz przypomina mi, jak ogromną frajdę można mieć z czytania. To, jakie emocje we mnie wzbudza ta fantastyczna opowieść jest wręcz niepojęte. Czytanie zawsze traktowałam jako rozrywkę i formę dobrze spędzonego wolnego czasu. A Sanderson do tej zwykłej rozrywki dodaje coś więcej. Sprawia, że rozkochuję się w jego słowach, równocześnie chcę wiedzieć co będzie dalej i nie chcę za szybko skończyć lektury.

Książka ponownie podzielona jest na kilka narracji, z punktu widzenia znanych i lubianych bohaterów. Dodatkowo dochodzą ciekawe historie innych mieszkańców Rosharu, które znajdziemy w Interludiach, czyli takich przerywnikach między kolejnymi częściami Dawcy Przysięgi. Poprzednio zdarzało mi się, że na niektóre historie czekałam bardziej, na inne mniej. Tutaj było trochę inaczej - początek u każdego z bohaterów rozwijał się dość powoli, ale gdy kończy się pierwszy tom, każda narracja zaczyna się rozkręcać. Wyprawa, w której biorą udział Shallan, Kaladin, Adolin i Elhokar pozwala nam odkryć tajemnice Parshmenów, a zarazem daje obraz tego, jak każdy z nich wnosi coś od siebie w heroicznej próbie uratowania Kholinaru. Dalinar natomiast coraz bardziej wciąga nas w odgrzebywane wspomnienia, które początkowo wydają się dość przyziemne (jak na Roshar), ale później okazują się naprawdę mocną historią z przeszłości. I dają nam zdecydowanie lepszy odbiór jego postaci.

Sanderson jest artystą w kreowaniu swojego świata. Znamy już ogólną podstawę, czyli Świetlistych Rycerzy, Heroldów, Odium, Pashmenów. Ale on za każdym razem pozwala nam wejść poziom głębiej. Tym razem największe wrażenie zrobiło na mnie przenikanie się światów: naszego, umysłowego i duchowego. Wspaniały pomysł, cudownie wykorzystany. Dodatkowo nowością byli Niestworzeni, chociaż tak naprawdę okaże się, że mieliśmy już z nimi styczność wcześniej. Ponownie dowiemy się także więcej na temat zaginionych Heroldów, rozwinięty zostanie świat sprenów. Także ten świat nie przestaje nas zaskakiwać.

Dawca Przysięgi utwierdza mnie w przekonaniu, że nazwisko Brandona Sandersona na długo pozostanie w sercach wielu fanów fantastyki. Jednak oprócz dostarczania tego, co w tym gatunku kochamy najbardziej, autor bardzo sprawnie kieruje poczynaniami bohaterów, pogłębiając psychologię poszczególnych postaci. To są w większości młodzi ludzie, którzy stają w obliczu wyzwania. Każdy boryka się z problemami wewnętrznymi, o których wiemy najczęściej tylko my, czytelnicy, a zarazem staje przed zadaniem, które wydaje się obarczać go o wiele za dużą odpowiedzialnością. Przemiana jaka zachodzi w każdym z nich, to dojrzewanie bohaterów ma miejsce na naszych oczach i jest na tyle realistyczne, że trudno nie kibicować im w walce z przeciwnościami.

Ponownie mam wrażenie, że dopiero zaczynam, a tutaj już wypadałoby kończyć. Mogę tylko dodać, że po przeczytaniu ostatniej strony Dawcy Przysięgi od razu zamówiłam kolejne książki Brandona Sandersona. To jest jeden z tych autorów, których bibliografię mam nadzieję poznać calusieńką. I nie mogę się tego doczekać!

Moja ocena: 9/10


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Marcowa micha filmów


High strung (2016)

źródło
Tego może jeszcze nie wiecie, ale swojego czasu miałam mocną fazę na oglądanie filmów tanecznych. Jeżeli dobrze pamiętam to zaczęło się klasycznie, bo od Dirty Dancing, a później przyszedł czas na całą masę popularnych, młodzieżowych historyjek typu Step Up, które wspominam ciepło i które oglądałam z niegasnącą fascynacją. Gdybym miała wskazać jeden z wyświechtanych motywów, który podobał mi się najbardziej to byłoby to połączenie baletu z tańcem współczesnym. Dlatego kiedy natrafiłam na High Strung postanowiłam zrobić sobie wycieczkę w przeszłość. Niestety, nieudaną.
Johnnie (Nicholas Galitzine) to utalentowany i ekscentryczny skrzypek mieszkający w Manhattanie. Chłopak utrzymuje się z grania na ulicach. Pewnego dnia podczas podróży metrem poznaje Ruby (Keenan Kampa), młodą baletnicę studiującą na słynnej uczelni Manhattan Conservatory of the Arts. Kiedy Johnnie w wyniku kradzieży traci ukochane skrzypce, Ruby oferuje mu swoją pomoc. 
Najgorsze wydaje mi się to, że lata temu ten film mógłby mi się spodobać. To znaczy, teraz się już tego nie dowiem, ale skoro lubiłam tego typu produkcje to hipotetyczna możliwość pozostaje. Film jest do bólu schematyczny, słabo napisany, równie słabo zagrany, a dodatkowo brakuje w nim naprawdę dobrych scen tanecznych. Te ostatnie to zawsze takie iskierki nadziei, że nawet jeżeli wszystko inne się będzie walić to przynajmniej będzie nam dane popatrzeć na popis taneczny. Brakowało tutaj jednak pomysłu i poza tym, że Keenan Kampa to naprawdę dobra baletnica, to niewiele było do zobaczenia. Nawet finałowy występ (standardowa część tego typu filmów) nie zrobił wrażenia. Możliwe, że problem polegał również na tym, że postanowiono nieudolnie połączyć dwa rodzaje sztuki, czyli muzykę i taniec. Nie było tam chemii między tymi dwoma dyscyplinami, zapewne trochę ze względu na fakt, że brakowało jej i między dwójką głównych postaci. Ciężko jest patrzeć na człowieka, który aż tak bardzo udaje, że gra na skrzypcach. I ciężko było patrzeć na parę, która tak bardzo udaje, że jest zakochana. High Strung zawodzi na wielu płaszczyznach i jeżeli nie macie w planach zobaczyć wszystkich tanecznych filmów jakie istnieją to polecam trzymać się z daleka.

Moja ocena: 2/10


Jak romantycznie (2019)

źródło
Wszyscy znamy ten moment kiedy nam się nie chce. Patrzymy na książkę i nie mamy siły chwycić za okładkę, zerkamy na laptopa, ale nie zbierzemy się do walenia w klawisze, a każdy film z listy do obejrzenia wydaje się zbyt ciężki i wymagający. Wtedy z pomocą przychodzi Netflix i głupiutkie komedie romantyczne. Idealny zbieg okoliczności sprawił, że kiedy dopadła mnie niemoc to na serwis wjechała premiera Jak romantycznie. Temat super - film, która wyśmiewa typowe schematy komedii romantycznych. Szkoda tylko, że mimo wszystko sam wpada w sidła banalności tego gatunku.
Nowojorska architekt Natalie (Rebel Wilson) robi wszystko, by w końcu doceniono ją w pracy, ale zamiast kreślić projekty drapaczy chmur, ciągle parzy komuś kawę i podaje kanapki. Jakby tego było mało, pewnego dnia zostaje napadnięta, a potem budzi się w szpitalu i odkrywa, że jej życie zamieniło się w komedię romantyczną, w której ona sama gra główną rolę.
Nie uważam, że to zły film, ale to taki średniak. Pomysł był dobry, ale jakoś nie udało się wyciągnąć z tego czegoś ciekawego. Wyśmiewanie utartych schematów zamiast uratować film przed banalnością, tam go właściwie wepchnął. Gdyby chociaż końcówka była inna, gdyby twórcy nie obawiali się tam skręcić w zaskakującą stronę, to całość bardziej by się obroniła. Wciąż - to taki dobry film na dzień, w którym nie chcemy o niczym myśleć, tylko obejrzeć kolorowe życie na ekranie. Aktorzy chyba dobrze się przy tworzeniu bawili - Rebel Wilson, którą kojarzymy z Pitch Perfect zostawia po sobie dobre wrażenie, tak samo jak partnerujący jej Adam Devine. Liam Hemsworth wypada chyba najgorzej, ale może to być zasługa słabo rozpisanej postaci. Doprawdy nic ciekawego nie wnosi, oprócz tego, że sprawdza się jako bohater do zawieszenia oka. Tym gorzej to świadczy o filmie.
Podsumowując, pomysł fajny i kilka patentów tutaj zagrało, ale całość przyćmiła banalność.

Moja ocena: 5/10

Jak wytresować smoka 3 (2019)

źródło
Oto cała ja. W kinach grają m.in. nowy film Clinta Eastwooda i kolejny tytuł w reżyserii Jordana Peele (to tłumaczę tym, że horrorów w kinie nie oglądam), a ja idę na bajkę. Co ja Wam poradzę, że dla mnie głównym gatunkiem dostarczającym rozrywki są właśnie animacje? Komedie coraz rzadziej do mnie trafiają, romanse są za ckliwe, filmy akcji nie wciągają, a animacje niezmiennie niosą ze sobą taką lekkość oglądania. I oczywiście nieodzowny płacz.
Czkawka zmaga się zadaniami wodza Berk. Miasto wydaje się być w niebezpieczeństwie, bo jako siedziba smoków staje się dobrym kąskiem dla łowców. Szczerbatek natomiast trafia na trop tajemniczej smoczycy.
Wszyscy dobrze wiemy jak to jest z kontynuacjami - najczęściej stają się maszynką do robienia pieniędzy. Trudno jednak przejść obojętnie obok możliwości zarobku jeżeli odnosi się taki sukces jak pierwsza część Jak wytresować smoka. Na mnie ta animacja zrobiła spore wrażenie i pozostawiła masę ciepłych uczuć dla jej bohaterów. Dwójka była przyjemną kontynuacją i podobnie jest z trzecią częścią. Na szczęcie, wydaje się, że ostatnią, bo jak wiemy: co za dużo to niezdrowo. Wydaje mi się, że twórcy dokonali kilku bardzo dobrych decyzji jeżeli chodzi o rozwój bohaterów i ścieżkę fabuły. To jak zakończyli wszystko w trzeciej części jawi się jako słodko-gorzkie, ale realne i satysfakcjonujące rozwiązanie. Oczywiście, ze strony technicznej to kolejny przykład świetnie wykonanej roboty. Smoki są barwne i intrygujące, a wikingowie rubaszni i pełni wigoru. Pojawią się sceny humorystyczne, będzie trochę romansu (nawet i smoczego!), znajdzie się i chwila dla pochlipania pod nosem. Także wszystko co sprawia, że animacje da się lubić. I dla mnie to dobra baja, chociaż do poziomu jedynki nie dorasta.

Moja ocena: 7/10


Born to be blue (2015)

źródło

Chet Baker. Ach! Biały jazzman, który zatrząsł muzycznym światem w swoim czasie. Pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałam ten kawałek (LINK) i przepadłam. Złapał mnie wtedy za gębę i za każdym razem gdy do niego wracam nadal mnie za nią trzyma. I chyba nigdy nie puści.
Trębacz jazzowy Chet Baker (Ethan Hawke) próbuje wrócić na scenę po tym, jak wypadek przerywa jego karierę.
Może nie był to film najwyższych lotów, ale dość świeżo po obejrzeniu Bohemian Rhapsody dobrze było zobaczyć, że można mieć pomysł na film biograficzny. Twórcy skupili się na fragmencie życia artysty, kiedy ten próbował poradzić sobie z uzależnieniem od narkotyków. Jedno, czego byłam pewna, to że finalnie mu się nie powiedzie, ale to jest powszechnie znana prawda i daleko nie trzeba szukać o tym informacji. Za to uważam, że bardzo intrygującym wątkiem była przeprawa Bakera ze stratą sławy i upadkiem kariery. Kiedy został napadnięty, w wyniku czego doznał urazu szczęki trudno było mu wrócić do gry na trąbce. Sporo poświęcenia i uporu kosztował go powrót na scenę, a znalezienie się wśród najlepszych zajęło kolejne lata. Ethan Hawke jest wspaniały, interpretuje Bakera, pokazuje jego walkę - sielankowa egzystencja z miłością jego życia czy kariera i rozwój w stronę muzyki. Niestety, do tego drugiego Chet potrzebował narkotyków, były integralną częścią jego występów. A heroina skutecznie odstraszała długotrwałe związki. Film oglądało się naprawdę dobrze. Jak już mówiłam, spora w tym zasługa Hawke w roli głównej, ale reszta aktorów poradziła sobie równie dobrze. Do tego przez cały film w tle pobrzmiewają echa jazzu, więc jeżeli lubicie ten rodzaj muzyki powinniście być zadowoleni. Ciekawym zabiegiem było wprowadzenie fragmentów czarno-białych, które przedstawiały wydarzenia z przeszłości Bakera, ale były sprytnie wplecione w fabułę, jako element filmu biograficznego, w którym muzyk grał samego siebie. Jeżeli cenicie tego artystę to jest to pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 7/10


Captain Marvel (2019)

źródło

Długo traktowałam Avengersów jako miły odmóżdżacz. Później na ekranach kin pojawiły się takie filmy jak Strażnicy Galaktyki, Thor: Ragnarok czy Avengers: Infinity War i od tego czasu moje uczucie do Marvela wzrasta. Kiedyś olałabym premierę nowego filmu z uniwersum, a tym razem pobiegłam do kina już pierwszego dnia, w którym pojawił się na ekranach. I dobrze się bawiłam!
Są lata 90. XX wieku. Na Ziemię dociera galaktyczna wojna. Carol Danvers (Brie Larson) wraz z grupką sojuszników trafia w oko cyklonu. Masz okazję towarzyszyć jej w podróży, dzięki której stanie się jedną z największych bohaterek wszechświata.
Pierwszy superbohaterski film z kobietą w roli głównej spod szyldu Marvela wypadł naprawdę w porządku. Przesłanie, że dziewczyna też potrafi, chociaż całe życie słyszy, że „nie da rady, bo jest słabsza od facetów” ładnie się przenosi. Można było poczuć dreszczyk emocji i wewnętrznego kibica w momencie, w którym pojawił się montaż gdzie Carol raz po raz podnosiła się po upadkach. Spora też zasługa w tym Brie Larsson, która oddała swoją bohaterkę jako postać charyzmatyczną, zabawną i sympatyczną. Taka dziewczyna z sąsiedztwa, która ma supermoce. Do tego wspaniale wypadł wątek jej przyjaźni z Furym. Nareszcie bliżej poznajemy tego założyciela Avengersów! A odmłodzony Samuel L. Jackson prezentuje się bardzo dobrze. Oczywiście, były też minusy. Przede wszystkim znowu twórcy poszli po linii najmniejszego oporu i wypełnili całość patosem, slow motion i bohaterską gadką. Przez to zabrali trochę Kapitan Marvel tej prawdziwości. Słabo wypadła relacja ze starą przyjaciółką, szczególnie gryzł moment, kiedy córka namawia matkę na wzięcie udziału w superniebezpiecznej misji w kosmosie, bo przecież „taka opcja więcej może się nie pojawić”. Także były plusy i minusy, ale finalnie film uważam za dobry, a Carol za wspaniały dodatek do uniwersum Marvela. Nie mogę się doczekać jej roli w nowych Avengersach!
No i na koniec: kot skrada wszystkie serca.

Moja ocena: 7/10


Pani minister tańczy (1937)

źródło

Był okres kiedy nadrabiałam amerykańską klasykę, czarno-białe filmy z lat 40tych, 50tych. Oglądałam je wtedy na pęczki, a bawiłam się często lepiej niż przy współczesnym kinie. Ostatnio coraz mniej wracam do tamtych czasów, a szkoda. Bo jak już zabrałam się za kolejną klasykę, tym razem polską, to ponownie wyszło, że z tamtych lat sporo zostało nam perełek.
Akcja filmu toczy się w fikcyjnym państwie, gdzie nowym ministrem w Ministerstwie Ochrony Moralności Publicznej zostaje młoda i piękna Zuzanna (Tola Mankiewiczówna). Od razu staje się ona obiektem westchnień przystojnego zastępcy szefa kancelarii - Sebastiana hrabiego de Santis (Aleksander Żabczyński), znanego lowelasa. Zasadnicza Zuzanna szybko przestaje być obojętna na zaloty Sebastiana. Niespodziewane pojawienie się jej bliźniaczki, niesfornej artystki rewiowej Loli (Tola Mankiewiczówna), prowadzi do wielu nieoczekiwanych perypetii...  
Włączyłam Pani minister tańczy i zakochałam się od pierwszych scen. To musicalowa komedia omyłek, w której źródłem zabawy są osobliwe bliźniaczki. Nie mogły być od siebie bardziej różne - jedna to dystyngowana, poważna, zdystansowana pani minister, a druga szalona, rozrywkowa artystka sceniczna. Daje to możliwości do wielu ciekawych podmianek, jak możecie się domyśleć. Film ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem, jest dość krótki, ale wypełniony gagami. W ogóle mam wrażenie, że kiedyś po prostu bardziej potrafiono bawić się w satyrę, bo scenariusz opierał się na grach słownych i wykorzystywaniu niecodziennych sytuacji, żeby opowiedzieć wciągającą i śmieszną historię. Teraz większość mainstreamowych komedii to kolorowe, ale nudne historyjki z niesmacznymi żartami. Dlatego, jeżeli szukacie dość prostej farsy, ale z klasą, to Pani minister tańczy jest filmem dla Was.

Moja ocena: 9/10


Komunia (2016)

źródło
Kiedyś uważałam, że jedynym gatunkiem filmów, do których nigdy się nie przekonam są dokumenty. Zawsze kojarzyły mi się z historiami o wielkich ludziach lub o przerażających wydarzeniach. Miałam wrażenie, że nakręcenie dokumentu wymagało przedstawienia seryjnego mordercy albo gwiazdy popu. Oczywiście, później dowiedziałam się, że to wcale tak nie wygląda i jest to błędne i stereotypowe podejście do tematu. Minęło jednak sporo czasu zanim zaczęłam się szczerze interesować, co w tym filmowym gatunku słychać. I tak w końcu zasiadłam przed telewizorem w celu obejrzenia Free Solo, zdobywcy tegorocznego Oscara za film dokumentalny. Jednak włączyłam w końcu Komunię, polski dokument, który też znalazł się na shortliście oscarowej.
Komunia Święta niepełnosprawnego brata staje się pretekstem dla Oli, by rozbita rodzina zasiadła razem przy jednym stole. 
Szczerze mogę powiedzieć, że ten film zadziała mocniej na nasze emocje niż cokolwiek, wyświetlanego teraz w kinach. Chociaż scenariusz pisze tutaj życie, to jest on pełen napięcia i hipnotyzujący, trzymający widza w ciągłej uwadze bardziej niż niejeden przykład z kina akcji. A to wszystko na naszym, rodzimym poletku. Reżyserka, Anna Zamecka, w swoim debiucie porusza ważny i dość często spotykany problem młodych dorosłych. W sytuacji, w której znajduje się przedstawiona familia to nastoletnia Ola pełni rolę głowy rodziny. Sprząta, gotuje, a przede wszystkim opiekuje się młodszym bratem, Nikodemem, który jest chory na autyzm. W tej rodzinie nic jednak nie jest takie, na jakie wygląda na pierwszy rzut oka. Tak, Ola często jest sfrustrowana i czuje się przeciążona odpowiedzialnością, wyzywa brata i się z nim droczy, ale zarazem nie potrafimy sobie wyobrazić, żeby dopuściła do jakiejkolwiek krzywdy. Odbiera go ze szkoły, pakuje jego plecak, pilnuje kąpieli i idzie z nim na egzamin przed komunią. Widać tam tę nierozerwalną więź. Na dodatek za gardło ściskają sceny, w których rozmawia przez telefon z matką, która założyła drugą rodzinę. Reżyserka jednak nie ocenia tutaj poszczególnych bohaterów. Wiele sytuacji na pierwszy rzut oka nasuwa ma myśl słowo patologia, a jednak kto mógłby rozerwać tę trójkę, która mimo przeciwności losu darzy siebie miłością?
W Komunii jest też idealny balans pomiędzy sytuacjami wzruszającymi a elementami komediowymi. Uważam, że kilka scen potrafi szczerze rozbawić, jak ta w której Nikodem w rozmowie z księdzem przekonuje go, że obżarstwo powinno być cnotą, a nie grzechem. W ogóle ten niepełnosprawny chłopak w pewnych momentach tak trafnie komentuje wydarzenia, że wygląda to jakby cytował specjalnie napisaną kwestię dialogową.
Jeżeli też nie jesteście fanami dokumentów, to uwierzcie, że temu warto dać szansę. A jeżeli lubicie ten gatunek to chyba nie muszę Was bardziej zachęcać.

Moja ocena: 9/10



wtorek, 26 marca 2019

Od religii, nauki, wojny i prawdy uratuj nas Bokononie - „Kocia kołyska” Kurt Vonnegut


*Kocia kołyska*
Kurt Vonnegut

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Cat's cradle
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1963
*Liczba stron:* 186
*Wydawnictwo:* Kolekcja Gazety Wyborczej
Widać było, że nie lubi ludzi, którzy za dużo myślą. W tym momencie wydała mi się godnym reprezentantem ludzkości.
*Krótko o fabule:*
Narrator zamierza napisać książkę o wybuchu pierwszej bomby atomowej i życiu jej twórcy, doktora Feliksa Hoenikera. Tymczasem trafia na wyimaginowaną wyspę San Lorenzo, skąd obserwuje rzeczywistą zagładę Ameryki, która miała być tematem jego powieści. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
W ramach dyskusyjnego klubu książki wybraliśmy z klasyki literatury tę niepozorną, niewielką objętościowo pozycję. Akurat tak się złożyło, że w tym samym czasie wydawnictwo Zysk i S-ka wydało wznowioną edycję tego, a także kilku innych tytułów autorstwa Vonneguta. Przepiękne są to egzemplarze, chociaż ja miałam w domu jakiś stary, wydany jako dodatek do Gazety Wyborczej (nawet nie jestem pewna czy to faktycznie moja książka, jakby ktoś sobie o niej przypomniał to proszę się zgłaszać po odbiór). Od razu mogę powiedzieć, że trochę podejrzewałam czego mogę się spodziewać, bo lata temu przeczytałam Rzeźnię numer pięć. A i tak ponownie dałam się zaskoczyć pomysłowością autora.

Zawsze mam wrażenie, że ludzie którzy potrafią posługiwać się satyrą, ironią oraz surrealizmem w taki sposób, żeby opowiedzieć coś ważnego i wzbudzić chęć do dyskusji są piekielnie inteligentni. Ja nigdy tego nie potrafiłam, słowo to nie jest mój najlepszy oręż. Ale nie zmienia to faktu, że potrafię je docenić, kiedy już mam je przed sobą, kiedy je przeczytam. Od razu na myśl przychodzi mi Sławomir Mrożek, który w tym czasie kiedy Vonnegut pisał Kocią kołyskę tworzył nieśmiertelny przykład swojego teatru absurdu - Tango.

Książka z pozoru opowiada o twórcy bomby atomowej, Hoenikkerze. Nasz narrator ma zamiar napisać o nim powieść biograficzną i w tym celu spotyka się z kilkoma osobami z otoczenia naukowca. To jednak tylko wymówka, żeby poprowadzić nas w meandry kolejnych tematów. Przykładowo, szukanie informacji o twórcy bomby prowadzi do poznania bliskich Hoenikkera. Jego dzieci i współpracownicy będą opowiadać o jego życiu, a my zobaczymy, że to nie był zły człowiek, a jednak prowadzone badania, w których chciał dotrzeć do jakiejś prawdy o naszym świecie, doprowadziły do śmierci tysięcy bezbronnych ludzi. Teoretycznie to on wynalazł broń, która sprawiła tyle nieszczęścia, ale to władza, politycy, wykorzystali te możliwości właśnie w ten, niszczący sposób. W takim razie, czy Hoenikker-naukowiec jest winny czy niewinny?

podpis Vonneguta, źródło
Przede wszystkim wątkiem, który wychodzi na pierwszy plan jest religia. Kurt Vonnegut postanowił stworzyć zupełnie nową, nazwaną tutaj bokononizmem. Ale skubany, robi to tak dobrze, że kiedy przeczytałam pierwszą wzmiankę o niej pomyślałam: „czy ja powinnam znać to wyznanie?” Jednak już chwilę później wyśmiewałam swoją naiwność. Vonnegut bardzo szczegółowo i niesamowicie barwnie opisuje wymyśloną wiarę. Bokononizm to religia, w której powinno kierować się „nieszkodliwym łgarstwem”. Tak, autor wprost mówi nam, że kłamstwo nie jest takie złe, bo ono może nam pomóc w stwierdzeniu co jest prawdą, a co nie. Zresztą Vonnegut uprzedza nas, że w Kociej Kołysce nie ma ani słowa prawdy, czyli automatycznie jawi się jako najbardziej zaprawiony wyznawca bokononizmu. Z motywów religijnych muszę wyróżnić świetny wątek mieszkańców San Lorenzo, gdzie popieranie Bokonona jest zabronione. Jednak wszyscy potajemnie (łącznie z człowiekiem, który ustanowił to prawo) są wyznawcami tej religii. Nic nie działa tak dobrze, jak ukrywanie swojej wiary przed władzą.

Podobno w Kociej kołysce można znaleźć sporo wątków autobiograficznych. Niektóre rozmowy prowadzone z rodziną Hoenikker są zapiskami głosów rodzeństwa Vonneguta. Nawet wzmianka o lodzie-9. I jeżeli już przy tym jesteśmy, to ten tytuł jest także świetną dystopią. Świat niby współczesny, a jednak trochę równoległy do naszego. W którym jeden wynalazek może wyniszczyć całą naszą rasę, w którym jedynym ratunkiem wydaje się religia.

Kocia kołyska jest równie dobra, chociaż dla mnie nawet i lepsza, od Rzeźni numer pięć. Sam Vonnegut oceniając swoją twórczość najwyższą ocenę przydzielił właśnie tym dwóm tytułom. I nie ma się co dziwić. Podzielenie się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami na temat religii, nauki, wojny i prawdy w tak świetnej formie, z masą czarnego humoru i ironii, to na pewno ewenement. Książka, którą zapamiętam na długo i do której chętnie wrócę.


Moja ocena: 9/10


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka