wtorek, 5 listopada 2019

Październikowa micha filmów

Czarny kot, biały kot (1998), reż. Emir Kusturica

źródło
Przeglądając filmy z listy „do obejrzenia” zdałam sobie sprawę jak niewiele znajduje się tam tytułów z gatunku komedii. Trochę się nie dziwię, bo ostatnio komedie i tak częściej sprawiają rozczarowanie niż przynoszą spodziewaną rozrywkę. Jednak poszukując trochę uśmiechu zdecydowałam się na film Czarny kot, biały kot Emira Kusturicy. Jak dobrze, że akurat ta komedia znalazła się na liście!
Matko Destanov jest drobnym rzezimieszkiem żyjącym nad Dunajem wraz z 17 letnim, leniwym synem Zarije. Gdy kolejny „pewny” interes kończy się fiaskiem, Matko wpada na pomysł, aby zwrócić się o pomoc do znanego gangstera Dadana. Jest jednak jeden haczyk, Dadan ma siostrę, którą usilnie chce wydać za mąż i jego wybór pada właśnie na Zarija. Problem w tym, że serce nie sługa, syn Matko jest zakochany w Idzie, a siostra Dadana czeka na swojego księcia z bajki. 
Reżysera filmu kojarzę, bo był artystą na jednym z majówkowych koncertów we Wrocławiu. Razem z zespołem tworzą energetyczną, pełną pasji muzykę bałkańską, do której cała sala bawiła się przednio. Film Czarny kot, biały kot okazał się również przepełniony dźwiękami i chociaż nie jest to typowy musical to muzyka jest integralną częścią życia bohaterów. W ogóle największą siłą tego filmu jest oryginalne podejście reżysera. Nie stara się naśladować sprawdzonych schematów przy tworzeniu swojego dzieła, raczej eksperymentuje i stawia na zabawę. Emir Kusturica pochodzi z Serbii i widać, że chce robić filmy, w których czuć jego korzenie. W Czarnym kocie, białym kocie skupia się na społeczności bałkańskich Romów. Znajdziemy tutaj miszmasz gatunków - będzie trochę gangsterki (włączając wstawiane złote zęby i strzelanie do przypadkowych przechodniów) komedii romantycznej (ze schematycznym - młodzi się kochają, ale ich rodziny nie popierają tego związku), wspomnianego wcześniej musicalu, a wszystko w farsowej otoczce, przepełnionej czarnym humorem. W tej komediowej konwencji wszystko wydaje się razem działać i napędzać akcję.
Gagi są tutaj mało wyszukane, ale niezmiennie budzące śmiech. Świnia przeżuwająca trabanta, ucieczka z własnego ślubu, chowając się w konarze drzewa czy wycieranie brudu gęsią to sceny, które brzmią jak prostacki humor. I on taki jest, ale w konwencji obranej przez Kusturicę ma to sens, nie razi głupotą, pasuje do pokręconej, mocno farsowej całości.
Jak już wspomniałam muzyka pełni tutaj bardzo ważną rolę, a podobno jest tak w każdym filmie reżysera. Przy wcześniejszych pracował nad ścieżką dźwiękową z przyjacielem Goranem Bregovicem, ale do Czarnego kota, białego kota muzykę stworzyli Nele Karajlić, Voja Aralica i Dejo Sparavalo. To zdecydowanie jeden z największych plusów produkcji, sprawiający, że na długo pozostaje w pamięci.

Inny świat (2012), reż. Dorota Kędzierzawska

źródło
Ostatnio przypomniałam sobie o reżyserce, która do tej pory mnie nie zawiodła. Mowa tutaj o Dorocie Kędzierzawskiej, której Diabły, diabły, Wrony czy Pora umierać należą do jednych z moich najbardziej udanych seansów. Tym razem włączyłam dokument o aktorce, która w dwóch z tych filmów zagrała - niezastąpionej Danucie Szaflarskiej.
"Inny Świat" to filmowa opowieść o świecie, którego już nie ma. Danuta Szaflarska jest narratorką i przewodnikiem po historii i kulturze, które ukształtowały ją jako człowieka. 
Mam wrażenie, że od strony realizatorskiej ten film się brzydko zestarzał. Pojawiające się napisy, które dosłownie przepisują wypowiadane słowa aktorki na ekran przywodziły na myśl bardziej jakiś projekt/prezentację niż film. Jednak siła tego tytułu tkwi w czymś zupełnie innym niż realizacja. Otóż, pani Danuta kipi przez cały czas trwania wywiadu taką dawką charyzmy, że trudno odwrócić od niej wzrok. Snuje historię swojego życia nie szczędząc opowieści smutnych i bolesnych, ale pozostając przy tym uśmiechnięta i pogodzona z losem. Sama kończy cały wywiad słowami: „nie ma lekko”, a jej życie zdecydowanie potwierdza to powiedzenie - nie należało do usłanych różami. W młodości straciła siostrę, brata, mieszkała w Warszawie podczas powstania, przeżyła bombardowania, doświadczyła głodu, ale nigdy nie straciła hartu ducha. W wieku 100 lat wciąż występowała na scenie, bo to było jej życie. Historie z czasów studiów pokazują jak charakterną dziewczyną była, jak potrafiła postawić się nauczycielom, „łapiąc się pod boki”. Potrafiła walczyć o swoje, nie oglądać się za siebie i wciąż iść do przodu. To naprawdę inspirująca historia, której słucha się z nieustającym zainteresowaniem. Jestem trochę w szoku, że pani Danuta potrafiła z takimi szczegółami przedstawić wydarzenia ze swojego dzieciństwa, jej pamięć robiła spore wrażenie. Widać też, że czuła się podczas rozmowy swobodnie, z reżyserką wiązała ją przyjaźń, dzięki czemu oglądanie jest czynnością jeszcze przyjemniejszą. Ciekawostką jest fakt, że film trwa dokładnie 97 minut, a aktorka podczas kręcenia miała 97 lat. Naprawdę dla tak ważnej postaci w świecie polskiego kina i teatru - warto obejrzeć.

Parasite (2019), reż. Joon-ho Bong

źródło
Zdobywca tegorocznej Złotej Palmy na festiwalu w Cannes doczekał się polskiej premiery, a ja nie mogłam przepuścić takiego kinowego seansu. Starałam się o tym filmie wiedzieć jak najmniej przed obejrzeniem, dzięki czemu zaskoczenie było tym większe. Także najlepiej nie czytać o nim nic, a po prostu go obejrzeć.
Kierowca bez pracy, gospodyni bez domu, student bez kasy i dziewczyna bez perspektyw wspólnie stworzą perfekcyjny plan: jak w najkrótszym czasie stać się kimś i zająć miejsce bogaczy. W świecie, w którym liczy się tylko wydajność i sukces, przechytrzą system i zawalczą o siebie. Nawet, jeśli będzie to wymagało przekroczenia cienkiej granicy między tym, co jeszcze dozwolone, a tym, co absolutnie zabronione.
Największa siła Parasite? Nieskazitelnie wykonana mieszanka gatunków. Joon-ho Bong nie pozwala się widzom znudzić - kiedy już myślimy że oglądamy obyczajowy komediodramat to dostajemy bombę w klimatach thrillera, przy której napięcie sięga zenitu. Dzięki tej szalonej kombinacji nie będziemy mieć nawet chwili na odpłynięcie myślami od fabuły. Trzeba też przyznać, że w każdym z gatunków Bong czuje się świetnie, eksploruje ciekawe motywy i pozwala wyciągnąć z historii jej esencję. Świetnie wypada kontrast dwóch światów: z jednej strony rodzina zamieszkująca piwnicę w slumsach, z drugiej bogata familia, żyjąca w domu sławnego projektanta. Jedni otoczeni karaluchami, drudzy prywatnymi nauczycielami, kierowcami i sprzątaczkami. Tę przepaść społeczną Bong postawi w centrum swojej historii i będzie ją eksplorował przez cały czas trwania filmu. Zobaczymy jak biedni będą zmuszeni przez sytuację finansową do oszukiwania i wygryzania konkurencji, jak będą walczyć z innymi członkami swojej klasy społecznej, bo wydaje się to jedynym sposobem na przetrwanie. Będziemy świadkami tego, jak daleko jest się gotowy posunąć człowiek w dążeniu do godnego życia, do czego zmusza go system ekonomiczny. Także jest to wspaniały komentarz społeczny. Dodatkowo pod względem technicznym to również małe arcydzieło. Już wspomniane zestawienia świata slumsów z burżuazyjnymi wnętrzami dają nam piękny przekaz, dodatkowo montaż, dźwięk - wszystko tutaj jest dopracowane. Nie trzeba się też martwić, jeżeli boimy się określenia kino niezależne, bo przekaz jest dość klarowny.
Nie dość, że to film o aktualnym problemie, to jeszcze jest to sprawnie zrealizowany obraz, który sam w sobie jest po prostu absorbujący. Także mam wrażenie, że każdy powinien dać mu szansę. Może zachwyci Was tak jak mnie?

Boże Ciało (2019), reż. Jan Komasa

źródło
Z Janem Komasą nie mam łatwej relacji. Kiedy lata temu oglądałam Salę samobójców byłam zachwycona, ale słabo ten film pamiętam i raczej wątpię, że spodobałby mi się tak samo teraz. Miasto 44 było dla mnie przekombinowane, a seans po prostu wspominam jako męczący. Materiały zapowiadające Boże Ciało i opinie na jego temat skutecznie namówiły mnie jednak na wizytę w kinie. I to była świetna decyzja.
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia 20-letniego Daniela, który w trakcie pobytu w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki chłopak zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Zamiast tego jednak, popychany niemożliwym do spełnienia marzeniem, Daniel kieruje się do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. 
Dla mnie Boże Ciało to przykład idealnie skrojonego filmu. Jest w nim wszystko, co w kinie lubię i czego szukam. Zacznijmy od podstaw, czyli scenariusza. Historia jest wciągająca od samego początku do świetnego, zawieszonego zakończenia. Nie ma tutaj niepotrzebnych scen, na siłę przedłużanych czy przegadanych - wszystko służy jasnemu celowi. Mamy więc intrygującą fabułę, która niesie przekaz, a zarazem jest przyjemna w oglądaniu.
W Bożym Ciele brak jasnego podziału na bohaterów „dobrych” i „złych”, po raz kolejny będzie nam dane zobaczyć, że jeżeli o ludzkie charaktery chodzi to nic nie jest tak proste. Chłopak z poprawczaka, imprezowicz i, wydawałoby się, typ spod ciemnej gwiazdy potrafi zrozumieć problemy drugiego człowieka i wyciąga do niego pomocną dłoń. Natomiast pobożna, poważana przez wszystkich osoba może kryć w sobie niesamowitą żółć i nienawiść do innych. Także kończy się  na standardowym - nie oceniaj książki po okładce. U Komasy jest jednak jeszcze więcej smaczków, które wyniesiemy z seansu. Świetnie przedstawiona mała, polska społeczność, w której ważne role odgrywają takie osoby jak proboszcz i wójt, którzy zajmuje się rozwiązywaniem sporów wśród mieszkańców. Podobało mi się także podejście do podstawy, która powinna rządzić światem duchownych. Bycie pasterzem, człowiekiem dbającym o parafian, ich dusze, który próbuje wyciągać ich z ciemnego miejsca, nauczać przebaczania i miłowania bliźniego. Jak widać nie trzeba do tego specjalnych nauk, czasami wystarczy zwykła, ludzka empatia.
W kwestii technicznej wszystko tutaj się zgadza - od scenariusza przez muzykę i zdjęcia po montaż. To po prostu porządnie skrojony film. Natomiast prawdziwą perełką jest niezaprzeczalnie odtwórca głównej roli, Bartosz Bielenia. Stworzył pełnokrwistą, niejednoznaczną i hipnotyzującą (te oczy!) postać, bohatera ciągle poszukującego celu. Towarzystwo miał zacne, dzięki czemu powstały relacje zbudowane na mocnym gruncie, nieważne czy na ekranie pojawiała się Eliza Rycembel czy Aleksandra Konieczna czy Łukasz Simlat - każdemu wierzyłam w każde słowo i każdy gest.
Cóż ja mogę więcej dodać? Nawet jeżeli niektórzy twierdzą, że Boże Ciało nie nadaje się na kandydata do Oscara, to ja jestem dumna, że akurat ten film nas reprezentuje. Nawet jeśli jest za bardzo polski, czego nie traktowałabym w kategorii wad tej produkcji.

źródło

Oprócz tego widziałam:

  • A Ghost Story (2017), reż. David Lowery - chyba jeden z najdziwniejszych seansów ostatnich lat. Przepełniony metafizyką i ukrytymi znaczeniami, otwarty na interpretacje, traktujący o upływie czasu i sensie naszego życia na Ziemi. Film raczej nie jest dla wszystkich, ale jeżeli uważacie, że nie przeszkadza Wam oglądanie około dziesięciominutowej sceny jedzenia ciasta to dajcie mu szansę (od listopada dostępny na Netflixie!).
  • Namiętności (1969), reż. Ingmar Bergman - zrobiłam temu tytułowi sporą krzywdę, dlatego nie ma go w głównej części notki, a sama obiecałam sobie, że do niego wrócę. Otóż, obejrzałam go w kilku ratach, a to zdecydowanie tytuł, który potrzebuje naszej niezachwianej uwagi, żebyśmy mogli skupić się na bohaterach, wewnętrznie miotanych morzem emocji, a nie mogących sobie z nimi poradzić.
  • Ból i blask (2019), reż. Pedro Almodovar - pierwszy seans w październiku i jakże udany! Almodovar kreuje bohatera-reżysera, który walczy z chorobą, a zarazem stara się poukładać relacje z przeszłości. Sposób prowadzenia filmu oparty jest na mieszaniu teraźniejszości z retrospektywą. Wspaniale zrealizowany: cudowna ścieżka dźwiękowa, scenografia i te kostiumy pełne kolorów, a jako wisienka na torcie genialna rola Banderasa. Polecam.

A Wy, co widzieliście w październiku?

czwartek, 31 października 2019

Wchodzenie w dorosłość - „Małe kobietki” Louisa May Alcott



*Małe kobietki*
Louisa May Alcott

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Little Women
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1868
*Liczba stron:* 350
*Wydawnictwo:* MG 

Pamiętajcie o jednym, moje dziewczynki - matka zawsze gotowa jest być waszym powiernikiem, ojciec waszym przyjacielem, a oboje pełni jesteśmy wiary i nadziei, że nasze córki, zamężne lub nie, będą dumą i pociechą naszego życia.
*Krótko o fabule:*
Córki pani March – stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy – starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Wielkimi krokami zbliża się premiera kolejnej ekranizacji Małych kobietek. Tym razem za kamerą stanęła młoda, dobrze rokująca reżyserka, Greta Gerwig (jej debiut Lady Bird okazał się sporym sukcesem). Już od lat odkładam przeczytanie literackiego pierwowzoru tej młodzieżowej klasyki, a nic nie mogło mnie mocniej nakłonić niż nowa, przepięknie ilustrowana edycja od wydawnictwa MG. Trudno było się oprzeć tak pysznie zapowiadającej się lekturze.

Małe kobietki to książka luźno oparta na życiu autorki, wiele z postaci przypomina członków jej rodziny (podstawowe podobieństwo - Alcott także miała 3 siostry) i bliskich przyjaciół. Lektura ta odniosła natychmiastowy sukces i uznanie wśród czytelników, co sprawiło, że autorka zdecydowała się napisać jeszcze trzy części przygód bohaterów - Dobre żony, Mali mężczyźni i U progu życia. U nas niewiele się o nich mówi i sama myślałam, że Małe kobietki to historia zamknięta w jednym tomie, a jednak to tylko początek, niejako wprowadzenie w świat sióstr March.

Można powiedzieć, że Alcott była prekursorem powieści coming-of-age - Małe kobietki to historia o czterech siostrach i ich wchodzeniu w dorosły wiek. Pierwsze miłości mieszają się tutaj z wciąż dziecięcym pragnieniem zabaw. Dziewczynki mają spore szczęście, bo posiadają świetnego przewodnika życiowego w postaci swojej matki. To ona wskazuje im odpowiednie ścieżki, wytyka błędy i prowadzi przez kolejne przeszkody nastoletniej egzystencji. Na dodatek wszystkie członkinie domu Marchów łączy głębokie uczucie, bezgraniczna miłość, która wręcz wypływa ze stron książki. Dla współczesnego czytelnika czasami robi się aż za słodko - niejednokrotnie emanacja przyjemnych uczuć zdaje się oblewać wszystkich bohaterów, a my mamy wrażenie, że tak dobrze być nie może. Szczęśliwie, Alcott udaje się po chwili znaleźć odpowiedni balans. Momenty cukierkowe przesłaniane są nieustannie tragedią w postaci braku ojca w ich życiu (mężczyzna przez całą powieść stacjonuje z wojskiem w oddalonym mieście). Także nieobecność taty wciąż pada cieniem na, wydawać by się mogło, sielankowe życie kobietek.

źródło
Córki pani March nakreślone są bardzo książkowo. Otóż, mimo że wychowywane w ten sam sposób, to każda ma skrajnie odmienny charakter. Wiemy, że ten zabieg zawsze wpływa pozytywnie na przyjemność czytania, bo od samego początku czytelnik potrafi odnieść się do uczynków danej postaci, wiedząc że dane zachowanie wynika ze specyficznych cech osobowości. Na główny plan wśród bohaterów wydaje się wysuwać Jo March - najbardziej porywcza i szalona, chłopczyca zakochana w świecie książek. To ona zrobi pierwszy krok w stronę poznania rodziny Laurie'go, przyszłego przyjaciela rodziny, to ona będzie powodem wielu kłótni przez swój wybuchowy charakter, to też ona będzie gotowa do najbardziej odważnych i alturistycznych czynów, żeby pomóc drugiemu. Jo zdecydowanie jest najciekawsza z całej czwórki rodzeństwa, przez co reszta wtapia się w tło. Oprócz niej mamy Meg, najstarszą, najbardziej odpowiedzialną, ale wciąż zahukaną w towarzystwie przez ciagły wstyd za sytuację finansową rodziny. Ona jako jedyna pamięta czasy kiedy i państwo March byli ludźmi zamożnymi, także zdaje się jej najbardziej brakować pieniędzy. Beth to ta słodka, zamknięta w sobie duszyczka, która woli pozostawać na uboczu i boi się wychodzić ze swojej strefy komfortu. Najchętniej siedziałaby w domu, grała na fortepianie i szyła ubrania dla odziedziczonych po siostrach lalek. Jest jeszcze Amy, najmłodsza, która zdaje się myśleć przede wszystkim o sobie i swojej urodzie. To też dziewczyna, która ma przed sobą sporo nauki, ale ze strony na stronę robi postępy.

Lektura Małych kobietek przebiega w uczuciu błogiego spokoju i przyjemnego poznawania perypetii bohaterek. Na dzień dzisiejszy nie jest to może nic odkrywczego, ale niezaprzeczalnie czytanie jej wpłynie na zwiększenie poziomu ciepła w serduchu. Uważam, że o wiele bardziej można ją docenić jeżeli ma się trochę mniej lat - rady pani March są jak najbardziej uniwersalne, jednak starszy czytelnik jest ich wszystkich świadom i może czasami odebrać je jako moralizatorskie kazania. Jednocześnie to lektura, którą z całą pewnością poleciłabym dziewczynkom na początku lat nastoletnich, bo jest tu wszystko czego po książce można w tym wieku oczekiwać - są błędy bohaterów, wynikające ze zbytniego leniuchowania, egoizmu, zazdrości, są przemyślenia, następujące po ich analizie i próby poprawy zachowania, są pierwsze miłości, są pasje: do czytania, grania na instrumentach, malowania. Słowem, wszystko co potrzebne młodzieńczej duszy.


sobota, 26 października 2019

Wbrew pierwszej zasadzie porozmawiajmy o „Fight Clubie” (książka, film i komiks)

*Fight Club*
Chuck Palahniuk

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Fight Club
*Gatunek:* thriller
*Forma:* powieść 
*Rok pierwszego wydania:* 1996
*Liczba stron:* 218
*Wydawnictwo:* Vintage Books
Look up into the stars and you're gone.

*Krótko o fabule:*
Przyprawiona czarnym humorem powieść, opowiada historię wyalienowanego młodego człowieka, który stwierdza, że jego bunt wobec życia w świecie pełnym nieprawości i zakłamania nie jest w stanie uśmierzyć jałowa kultura konsumpcyjna. Ujście dla swojej frustracji znajduje w potajemnych walkach na pięści, które wieczorami w piwnicach organizuje Fight Club. Klub ten powołał do życia anarchista Tyler Durden jako sposób na wyrwanie się z pęt narzuconych przez system. A w świecie Tylera nie ma żadnych reguł, żadnych granic, żadnych hamulców. 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Fight Club można z czystym sumieniem określić mianem kultowej książki, która przyniosła autorowi ogromną popularność. Choć na początku powieść była dla wielu wydawnictw zbyt brutalna, w końcu udało się ją opublikować, a po zaledwie trzech latach doczekała się także głośnej ekranizacji. W posłowiu książki Palahniuk napisał o niemal surrealistycznej popularności Fight Clubu, która objawiała się m.in. widocznymi w miastach licznymi graffiti czy powstającymi klubami z zasadami zaczerpniętymi z książki. Pytanie brzmi: czy Fight Club jest wart takiego rozgłosu?

Odpowiedź brzmi: jak najbardziej! Powieść ta zdecydowanie pozwala wsiąknąć w lekturę, zwłaszcza jeśli nie zna się zakończenia. Jednak po tylu latach od premiery, biorąc pod uwagę ogromną popularność filmu, ciężko jest uniknąć spoilerów. Można znaleźć także plusy znajomości rozwiązania - dzięki temu, że wiedziałam jak książka się kończy, mogłam się skupić na wskazówkach, które zostawia dla nas autor. Jest ich sporo i spostrzegawczy czytelnik wyszuka je już na pierwszej stronie. To takie smaczki, może łatwe do przeoczenia podczas pierwotnego czytania, które później nabierają całkiem innego znaczenia. Palahniuk dobrze wiedział, co robi i jak powinien pokierować historią, żeby wszystkie małe elementy ułożyły się finalnie w logiczną całość. Fight Club nie jest tylko opowieścią o poszukiwaniu sensu życia w samodestrukcji, ale sprawdza się także jako komentarz na temat konsumpcjonizmu (problem, który wciąż pozostaje aktualny i jak najbardziej istotny). Od pierwszych stron jesteśmy otoczeni śmiercią, ponieważ narrator odwiedza grupy wsparcia dla osób z nieuleczalnymi chorobami. Podczas tych spotkań poznaje Marlę Singer, która tak jak on, szuka życia wśród umierających. Palahniuk uświadamia czytelnikom jak nierozłączne są życie i śmierć, a także jak wielu z nas potrzebuje bliskiego kontaktu ze śmiercią, by poczuć, że żyje. Dlatego też pomysł na stworzenie klubu, w którym mężczyźni walczą niemal do nieprzytomności nie dziwi czytelnika. Narrator, Tyler Durden oraz inni mężczyźni, poszukują ryzyka, bólu fizycznego i widocznych obrażeń, które przypominają im oraz innym wokół, że na przekór wszystkiemu - wciąż żyją. 

Produkcja oraz sprzedaż mydła z ludzkiego tłuszczu (konkretnie: tłuszczu bogatych kobiet poddających się operacji liposukcji), to kolejne spojrzenie na paradoks społeczeństwa - otóż, te same kobiety kupują mydło z własnego tłuszczu, dodatkowo uważają je za luksusowy produkt, bo pochodzi z naturalnych składników. Palahniuk krytykuje, a nawet przez stworzone postaci, mści się na wymysłach ludzi bogatych. Tyler zaczyna od majstrowania przy klatkach filmowych w filmach familijnych oraz przy daniach, gdy pracuje jak kelner. Z czasem jego małe akty sprzeciwu przeciwko konsumpcjonizmowi oraz burżuazji nabierają na sile i powstaje Projekt Mayhem. Członkowie zaczynają w podziemnym klubie walki, a później dostają zadania - wywołują zamieszki i organizują wybuchowe akcje w całej Ameryce Północnej. Fight Club pokazuje siłę jednostki, której wręcz nihilistyczne poglądy docierają zwłaszcza do outsiderów, poszukujących sensu w życiu i sprzeciwiających się światu, w którym żyją. 

Palahniuk stworzył absolutnie fenomenalną książkę, pełną chaosu, o walce przeciw bezmyślnej konsumpcji produktów masowej produkcji. Nie stroni on od brutalnych opisów walk czy kaleczenia przez środki chemiczne. Autor pokazuje życie tych, którzy może pozostają niezauważani oraz tych, którzy żyją nie zdając sobie sprawy z własnej choroby psychicznej kradnącej minuty i godziny z ich życia.
Which is worse, hell or nothing?


*Fight Club*
David Fincher

*Reżyseria:* David Fincher
*Scenariusz:* Jim Uhls
*Gatunek:* thriller, dramat
*Rok:* 1999
*Obsada:* Edward Norton, Brad Pitt, Helena Bonham Carter, Meat Loaf
The things you own end up owning you.
*Moja ocena:*
David Fincher nie tylko wiedział, że Fight Club to książka, która nie potrzebuje zmian, ale też zdaje się rozumiał punkt widzenia Palahniuka. Dlatego też film jest bardzo wiernym odzwierciedleniem oryginału. Nihilistyczny ton książki objawia się w filmie przez muzykę, utrzymanie scen w ciemnych i zimnych kolorach i użycie slow-motion podczas już kultowych scen. Oczywiście, Fincher nie stroni od pokazania brutalności walk zalewając ekran krwią i potem walczących mężczyzn. Do tego dochodzi problem z bezsennością narratora (w tej roli świetny Edward Norton). Reżyser wziął przykład z Palahniuka i także usiał film wskazówkami, które stają się zrozumiałe, gdy zna się zakończenie. Warto zwrócić uwagę na sekundowe klatki, które można zauważyć (jeśli się skupimy) podczas jednego ze spotkań grupy wsparcia, a także w momencie gdy narrator obserwuje odchodzącą Marlę Singer (Helena Bonham Carter) - na sekundę pojawia się postać Tylera (Brad Pitt), ale znika wraz z mrugnięciem powiek. Pomaga to nakierować nas na stan psychiczny narratora, który sam nie zauważa Tylera, jednak ten jest wszędzie tam, gdzie narrator. Można to również uznać za odniesienie do książki, gdzie Palahniuk opisywał pracę Tylera przy filmach, do których wstawiał sekundowe klatki zdjęć, które nie powinny znaleźć się w kinie familijnym. Sekundy, w których pojawia się Tyler mogą więc też sprawić, że widz zacznie zastanawiać się czy ktoś nie majstrował i przy tej produkcji. 

Fincher wybrał idealną obsadę - gra aktorska jest na najwyższym poziomie. Każda z postaci jest idealnie odzwierciedlona i wiarygodna. Aktorzy ożywili bohaterów, które Palahniuk świetnie zarysował w swojej powieści. Tak sławna obsada jeszcze dodała punktów do popularności Fight Clubu. Ze zdecydowanie większej sławy filmu niż książki Palahniuk śmieje się w komiksie, wplatając do fabuły fanów, którzy dziwią się na wieść, że Fight Club to również książka. Film szybko zdobył status kultowego: wszędzie można znaleźć z niego cytaty, a każdy zna obsadę i fabułę, nawet jeśli go nie widział. 
Ok, you are now firing a gun at your imaginary friend!
*Fight Club 2: Gambit Podziemnego Kręgu*
Chuck Palahniuk i Cameron Stewart

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Fight Club 2: The Tranquility Gambit
*Gatunek:* thriller
*Forma:* powieść graficzna, komiks
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 282
*Wydawnictwo:* Niebieska Studnia
A może twój dzieciak służy nam jako przynęta, żeby cię wciągnąć z powrotem do gry?

*Krótko o fabule:*
Po 10 latach od wydania książki, Palahniuk wraca do historii narratora w związku z Marlą, która z tęsknoty za Tylerem podmienia tabletki męża z nadzieją czekając na powrót jego nieobliczalnej osobowości. Jednak Marla nie zdaje sobie sprawy, że pojawienie się Tylera zagraża jej synowi... 


*Moja ocena:*
By opowiedzieć drugą część Fight Clubu, Palahniuk zwrócił się do innego medium, mianowicie komiksu. Z pomocą ilustratora, Camerona Stewarta, stworzył ciąg dalszy historii, którą pokochały miliony. Nie jest to jednak równie satysfakcjonująca lektura. Choć zeszyt wypełniony jest wspaniałymi obrazkami, pełnymi mocnych kolorów i równie mocnych scen walki, sama fabuła nie wciąga tak jak książka. Znów pojawiają się spotkania grup wsparcia, na które wraca Marla - niezadowolona z doczesnego życia z narratorem (Sebastian). Powraca Tyler oraz jego poplecznicy. Powraca chęć wywołania chaosu. Najciekawszym pomysłem jest wprowadzenie do opowieści samego Palahniuka, który opisuje wydarzenia podczas spotkania przy stole, a potem spotyka się z fanami, którzy żądają innego zakończenia historii. Na tych kilku stronach widać jak Fight Club znalazł i wciąż znajduje swoją publikę, która od lat tatuuje sobie pochodzące z niego cytaty i nosi gadżety związane z filmem/książką. 

Jednak oprócz tych krótkich momentów gdy widzimy autora i czasem niesamowicie ciekawych rysunków, historia nie zachwyca i nie zachęca do powrotu, tak jak książka. Pomimo tego, do komiksu warto zajrzeć, by choć na chwilę spotkać się znowu z postaciami, które pokochaliśmy w oryginalnym Fight Clubie. I żeby sobie przypomnieć dwie najważniejsze zasady:

1. Nie mówić o Fight Clubie. 
2. I nie mówić o Fight Clubie.



sobota, 19 października 2019

Życie to sztuka akrobacji - „Mock. Czarna burleska” Teatr Muzyczny Capitol

Marek Krajewski nazywany jest ojcem chrzestnym polskiego kryminału. Wykreowana przez niego postać - komisarz Eberhard Mock, pracujący w przedwojennym Breslau stał się inspiracją dla stworzenia najnowszej premiery w Teatrze Muzycznym Capitol. Tak się złożyło, że autor w tym roku świętuje dwudziestolecie swojej twórczości, a Capitol działający od 1929 roku swoje dziewięćdziesięciolecie. Takie dwa jubileusze postanowiono połączyć. Konrad Imiela, dyrektor teatru wyreżyserował burleskę, w której centrum postawił postać Mocka, a jego przygody z kolejnych książek przedstawił za pomocą poszczególnych utworów. Można powiedzieć, że obok takiego wydarzenia Wrocławianie nie mogą przejść obojętnie. Tutejszy świat teatru i literatury spotkał się, żeby razem świętować jubileusze, a widzowie powinni się bawić razem z twórcami.
źródło
Przed wybraniem się na spektakl warto sobie uświadomić jedną rzecz - jak pełna nazwa wskazuje nowe przedstawienie Capitolu to burleska, czyli forma teatralna opierająca się na grupowych tańcach,  śpiewach, często wulgarna i parodiująca ważne tematy. Nie ma więc po co streszczać fabuły spektaklu, bo tutaj raczej będziemy mieć kontakt z kolejnymi songami, dotyczącymi przygód komisarza Mocka, ale brak będzie linearnej opowieści.
Pomysły reżysera okazały się strzałem w dziesiątkę. Przede wszystkim dobrze sprawdza się fakt, że całość podzielona jest na kolejne grzeszki, słabości głównego bohatera, będące niejako tematem piosenek. Mamy m.in.: „wrażliwość”, „samotność”, „urodę”, „rodzinę”. Nakieruje to publiczność na odpowiednie tory i pozwoli skupić się na danej kwestii. Widzom nie pozwolą się zagubić także damy ulicy, czyli sześć kobiet, które są niejako narratorami opowieści, wypełnią przestrzeń między dużymi songami swoimi przyśpiewkami i przygrywaniu na ukulele.
źródło
Testy piosenek napisał Konrad Imiela wspólnie z Romanem Kołakowskim, który zmarł w styczniu tego roku. W większości były one zgrabnie złożone, jasne w przekazie, dawały odpowiedni obraz danego tematu. I choć ogólny wydźwięk jest raczej pozytywny to czasami miałam problem z dość topornie poskładanymi zdaniami.
Na pewno wrażenie robi warstwa muzyczna. W tej kwestii brawa należą się młodemu kompozytorowi, Grzegorzowi Rdzakowi. Jego show to przede wszystkim różnorodność, która się w tym przypadku opłaciła. Będziemy słyszeć tutaj rytmy tanga czy samby, potowarzyszą nam przyśpiewki przy ukulele i poruszające piosenki aktorskie, doświadczymy zabawnych brzmień cyrkowych, a zaskoczą także elementy rapu i muzyki elektronicznej. Okazuje się, że ta dziwna mieszanka ma sens i sprawia, że publiczność z piosenki na piosenkę jest coraz bardziej zaangażowana i zaciekawiona kolejnymi rozwiązaniami.
Skoro już przy utworach jesteśmy to warto też pochwalić choreografię i zespół taneczny, który ponownie wnosi bonusowe atuty do przedstawienia. Szczególnie w pamięci zapadła świetna scena z kina Capitol - proste ruchy, które wykonane z odpowiednią precyzją dają świetny efekt, a także piosenka żony Mocka, wykonana raczej w nowoczesny sposób, jednocześnie z zachowaniem klasycznej choreografii w otoczeniu wachlarzy z białych piór.
źródło
Jeżeli chodzi o aktorskie perełki to mam ich kilka. Pierwsze duże wrażenie robi piosenka wykonana przez Tomasza Wysockiego. Ten człowiek śpiewa tak, że nie da się od niego odwrócić uwagi. Znalazł idealny balans między realnością a karykaturą, a ja zostałam zdecydowanie oczarowana. Pomysł na piosenkę również wypadł bardzo dobrze, z zaskoczeniem w końcówce utworu. Drugim mocnym wejściem była oczywiście Emose Uhunmwangho. Mimo że już tyle razy słyszałam ją na żywo, to ta kobieta za każdym razem zaskakuje mnie swoją barwą, brzmieniem, które przenika dogłębnie i wzbudza dreszcze. Tym bardziej, że jej piosenka była wzruszająca, mówiąca o współczesnych problemach, jak pogardzanie drugim człowiekiem, traktowanie innych jako gorszych od siebie. Kiedy została zamknięta w neonowej klatce naprawdę ściskało się gardło. Ostatnim wyróżnieniem okrasiłabym Ewę Szlempo-Kruszyńską, żonę Mocka, która dostała dość trudną aranżację, gdzie szybkim tempem musiała recytować spore ilości tekstu. Poradziła sobie świetnie, a jej postać została w pamięci jako jedna z bardziej charakterystycznych. Warto też wspomnieć o zabawnym utworze z cyrku i piosence w kinie, która robiła wrażenie wizualne, a nucę ją do dzisiaj.
źródło
Jakimś magicznym sposobem udało mi się zdobyć bilety już na pierwsze publiczne wystawienie Mocka. Czarnej burleski, także byłam na spektaklu 10 października, a uroczysta premiera odbyła się 12 października. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby wybrać się akurat tak wcześnie. Zazwyczaj pierwsze spektakle są jeszcze trochę chwiejne i dopiero z każdym kolejnym wystawieniem całość lepiej się układa. Dlatego miałam kilka uwag do całości. Przede wszystkim u dam ulicy czasami widać było niedogranie. Każda z nich miała mieć inną, ale silną osobowość, a wyszło na to, że w pamięć zapadają może trzy, a reszta trochę odstaje. Po takim zbiorowym narratorze spodziewałabym się więcej harmidru i energii, a czułam raczej jego przebłyski (wejście na drugi akt było zdecydowanie mocniejsze). Oprócz tego waga odgrywania głównego bohatera trochę przycisnęła Artura Caturiana, a jednocześnie konstrukcja spektaklu nie dała mu możliwości zabłysnąć. To, że aktor jest zdolny już wiemy, widzieliśmy go w Blaszanym Bębenku i na pamiętnym Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Tutaj wydaje się pasować idealnie do roli wycofanego, chociaż czasami niepanującego nad sobą Mocka. Niestety wydawało mi się, że sporo było O głównej postaci, ale BEZ głównej postaci, przez co trudno było nawiązać prawdziwą więź z tym człowiekiem i poznać go bliżej. Większość akcji została opowiedziana przez innych bohaterów, a Mock jedynie pojawiał się na chwilę i rozwiązywał sprawę. Sam Artur momentami był świetny, ale ogólnie wypadł tylko znośnie. Spodziewałam się o wiele więcej.
źródło
Spektakl świetnie się sprawdza jako dostarczyciel rozrywki - przez cały czas ogląda się całość z niegasnącym zainteresowaniem, dzięki różnorodności piosenek i wykonawców. To wspaniała laurka dla Marka Krajewskiego i jego twórczości. Wciąż mam przed sobą niektóre sceny, bawiłam się naprawdę przednio. Podejrzewam, że Ci, którzy czytali twórczość Krajewskiego również byli zadowoleni. Może nie jest to jeden z najmocniejszych spektakli Teatru Muzycznego Capitol, ale wciąż warto się na niego wybrać i miło spędzić czas.

niedziela, 13 października 2019

Nazwiska świata kina, które warto znać - Tim Burton

Taki ostatnio chodził mi pomysł po głowie, żeby przedstawić pokrótce sylwetki reżyserów, których znam, których cenię. Zaczniemy od głośnych nazwisk, ale finalnie mam nadzieję zagłębić się w twórczość trochę mniej popularnych postaci. Chętnie też przyjmę Wasze propozycje, chociaż pamiętajmy, że najpierw będę musiała nadrobić trochę filmografii danego reżysera.
Zaczynamy od mojego idola lat nastoletnich - Tima Burtona!

Początki 

Tim Burton (po prawej) podczas kręcenia krótkometrażówki „Frankenweenie”, źródło
Dzieciństwo Tima Burtona nie należało do kolorowych - problemy towarzyszące tamtemu okresowi wciąż pobrzmiewają w jego filmach. Sam powiedział, że jego młodzieńcze lata były nieszczęśliwe, a on czuł się wciąż dziwakiem, outsiderem, który zamykał się w pokoju i całe dnie szkicował albo oglądał stare kino (uwielbiał filmy z Vincetem Pricem). Fascynowały go filmy o potworach, jak Frankenstein czy Potwór z Czarnej Laguny. Zamiast strachu odczuwał podczas seansu empatię dla tych odmieńców, których społeczeństwo traktowało brutalnie dlatego, że byli inni.
W końcu wybrał studia na California Institute of the Arts, gdzie szkolił się pod kątem ilustratorskim/animacji. Jego pierwszym miejscem pracy było studio Dinsey'a. Jak zapewne się domyślacie mroczne dziwadła, które szkicował Burton nie do końca odpowiadały ówczesnym twórcom. Burton stworzył m.in. 200 ilustracji koncepcyjnych do filmu Czarny kocioł. Żadna jednak nie dostała się do końcowego dzieła.
jeden z rysunków do Czarnego kotła, źródło
Pod szyldem Disney'a udało się reżyserowi nakręcić swoje dwie krótkometrażówki: animowanego Vincenta i aktorską wersję Frankenweenie. Po ich premierze szefowie studia stwierdzili, że Burton jest dla nich o wiele zbyt mroczny i ich drogi się rozeszły.
Początek procesu twórczego dla kolejnych filmów opiera się na talencie artystycznym reżysera - tworzy ilustracje postaci, przedstawia pomysły na kostiumy i świat przedstawiony. Jednak sam nie pisze scenariuszy, zawsze współpracuje z innymi twórcami podczas wymyślania dialogów.
Z nazwiskiem reżysera od razu kojarzy się kilka innych osób świata kina. Przede wszystkim Danny Elfman, który napisał muzykę do większości filmów Burtona. Idealnie rozumie nietuzinkowość jego dzieł i potrafi podbić surrealistyczny klimat całości. Już od pierwszych scen, w których słyszymy muzykę Elfmana możemy spodziewać się, że film nie będzie trzymał się utartych schematów, będzie nieustannie zaskakiwał. Od strony aktorskiej są przede wszystkim dwa nazwiska: Johnny Depp i Helena Bonham-Carter. Jedne z najlepszych ról Deppa pochodzą właśnie z filmów Burtona, w których mógł puścić wodze fantazji i wyłączyć hamulce. Jego Edward Nożycoręki czy golibroda Sweeney Todd to zdecydowanie klasyka. Natomiast Helena ma w sobie niepowtarzalną charyzmę, trochę mroczną, zdecydowanie unikalną i idealnie współgrającą z klimatem filmów reżysera. Prywatnie Burton ma z Heleną dwójkę dzieci (ojcem chrzestnym jest Johnny Depp), ale nie są już parą.


Cechy charakterystyczne jego kina

Dwie pierwsze krótkometrażówki Burtona mówią wiele o cechach jego kina, które będą utrzymywać się przez kolejne lata jego kariery - mówię tutaj o oryginalnym stylu, sposobie opowiadania i budowania postaci. W jego filmach czuć przede wszystkim wpływ niemieckiego ekspresjonizmu: wszechobecne cienie, płaszczyzny deformujące rzeczywistość, pełne krzywizn i załamań perspektywy, a większość utrzymana w kolorystyce czerni, bieli i szarościach. Wystarczy spojrzeć na kilka plakatów Burtona, żeby zobaczyć te cechy - powykręcane gałęzie w Dużej rybie czy zakrzywione wzgórze, na którym stoi Jack Skeleton w Miasteczku Halloween.
Trzeba też zwrócić uwagę, że jego artystyczne oko jest widoczne w każdym kolejnym filmie. One zawsze są dopracowane scenograficznie - wystarczy wspomnieć dziwaczne zaświaty, przedstawione niczym w krzywym zwierciadle w Soku z żuka czy opuszczone zamczysko w Edwardzie Nożycorękim - wszystko jest wyjątkowe i oryginalne. Klimat stara się budować już od początku, kiedy pojawiają się napisy, gdzie zazwyczaj znajdujemy motyw odnoszący się do fabuły. Burton był jednym z pierwszych reżyserów, którzy przerabiali loga firmy tak, żeby pasowały do filmu.
Tim Burton i Johnny Depp podczas kręcenia Edwarda Nożycorękiego, źródło
Myśląc o cechach charakterystycznych jego kina trudno ominąć wątek outsidera, człowieka który nie potrafi odnaleźć się w społeczeństwie, często odstającego od reszty ekscentryka. Widać to w niemal każdym jego filmie: czy to Batman, chroniący swoją prywatność i odcinający się od głębokich znajomości, czy Ed Wood zakochany w kinie do tego stopnia, że nie widzi słabych stron swoich filmów, a przez to nie jest rozumiany w świecie Hollywood, nie wspominając o Edwardzie Nożycorękim czy Alicji z Krainy Czarów - każda z tych postaci jest przede wszystkim pewnego rodzaju wyrzutkiem społeczeństwa.
Wizualnie filmy Burtona kojarzą się od razu z gotykiem - białe twarze, podkrążone oczy, kościotrupy i ogólna makabra. Na szczęście za każdym razem znajdzie się tam również miejsce dla czarnego humoru, który sprawia, że nawet na cmentarzu czujemy się dobrze. Dodatkowo, Burton często łączy ten gotycki mrok z małą mieścinką na przedmieściach, jak w Frankenweenie czy Edwardzie Nożycorękim. Często w jego filmach pojawiają się również flashbacki - czyli przeplatanie przeszłości bohaterów z ich teraźniejszością. Przede wszystkim jest to widoczne w Dużej rybie, ale taki sam zabieg znajdziemy w Sweeney Toddzie czy w Batmanie.


Filmografia

Czy widziałam wszystkie filmy Burtona? Oczywiście, że nie, przede mną wciąż: Wielka przygoda Pee Wee Hermana, Jeździec bez głowy, Planteta małp i najnowszy Dumbo. Najbardziej lubię chyba animacje reżysera. Jego Gnijąca panna młoda zrobiła na mnie ogromne wrażenie, Frankenweenie i Vincent swoim klimatem od razu mnie kupiły. Uwielbiam to, że te animacje przeznaczone są raczej dla starszego widza, mają w sobie groteskowy klimat, przez to że postacie są dość karykaturalne (długie, patykowate nogi, wielkie podkrążone oczy). I wszystko wykonane w mało modnej technice poklatkowej. Jednym z moich ulubionych filmów jest też Miasteczko Halloween, którego Burton NIE wyreżyserował, chociaż wszyscy od razu z nim go utożsamiają. Nie stanął jednak za kamerą, bo był zbyt zajęty innymi tytułami w tamtym czasie, ale sporo postaci i ogólny klimat jest oczywiście jego pomysłem, sam także zaproponował producentom reżysera na swoje miejsce.
Tim Burton z mieszkańcami Miasteczka Halloween, źródło
Mam też ogromną słabość do filmów romantycznych Tima Burtona. Uwielbiam jego połączenie wątku miłosnego z gotycką otoczką - jego Edward Nożycoręki zdecydowanie należy do moich ulubieńców w tym względzie. Zakochałam się także w Sweeney Toddzie, szczególnie że znalazłam go na początku swojej fascynacji gatunkiem musicalu.
Oprócz tego mam jeszcze trzy tytuły, które naprawdę warto obejrzeć - Ed Wood, Sok z żuka i Duża ryba. Każdy ekscentryczny w innym względzie, ale godny polecenia. Ed Wood o miłości do kina klasy B, Duża ryba o pięknej relacji syn-ojciec w fantastycznej otoczce i Sok z żuka, drugi pełnometrażowy film w karierze Burtona, który przynosi masę frajdy i zawiera wszystkie specyficzne dla reżysera elementy.
Na swoim koncie ma również kiczowatą komedię Marsjanie atakują! (uwielbiałam ten film za dzieciaka), naprawdę dobre, mroczne, ale nieschematyczne wersje Batmana (do którego scenografia inspirowana była filmem Metropolis), ciekawą historię artystki, oszukanej przez męża, Wielkie oczy czy remake'i - Charlie i fabryka czekolady, Alicja w Krainie Czarów oraz Mroczne cienie.


Podsumowanie

Zapytajmy wprost: dla kogo jest kino Burtona? Przede wszystkim dla wszystkich tych, którzy kiedykolwiek czuli, że nie pasują do reszty. U reżysera możemy znaleźć pochwałę odmienności, a zarazem nauczymy się, że takie ekscentryczne osobliwości to postacie, które można łatwo polubić. Na dodatek fani horrorów, tanich filmów klasy B, kiczu na ekranie będą się tutaj czuli jak w domu. Szczególnie w filmach typu Sok z żuka czy dość tandetnym, aczkolwiek przynoszącym masę frajdy Marsjanie atakują!. Jeżeli ktoś chce zacząć od czegoś spokojnego - można obejrzeć Wielkie oczy albo Ed Wood, chociaż ten pierwszy jest chyba najmniej burtonowski z wszystkich filmów reżysera. Koniecznie trzeba też zobaczyć przynajmniej te dwie animacje: Gnijąca panna młoda i Miasteczko Halloween.
Na koniec warto wspomnieć o spadku formy reżysera. Mroczne cienie wypadły dość blado, tak samo jak Osobliwy dom pani Peregrine, natomiast Wielkie oczy były dobre, ale bez ducha starego Burtona. Dumbo po zwiastunach wyglądało jakoś mało w stylu reżysera. Może zapowiadana kontynuacja Soku z żuka wyciągnie Burtona z reżyserskiego dołka? Oby.



Co myślicie o kinie Tima Burtona? Jakie są Wasze ulubione filmy reżysera?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka