czwartek, 16 sierpnia 2018

#KącikAliny - 6 ważnych dla mnie książek

Pamiętacie jeszcze wpisy z cyklu #KącikAliny? Tak tylko przypominam, że w tych notkach wypowiada  się gościnnie moja siostra, najczęściej o literaturze w języku angielskim (ze względu na wybrane studia), ale każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Oddaję jej głos, a Was zapraszam do czytania!



Sześć ważnych dla mnie książek


6) Never Let Me Go Kazuo Ishiguro


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* dystopia, science-fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 282
*Wydawnictwo:* Faber and Faber 


„Kathy, Ruth i Tommy uczą się w elitarnej szkole z internatem - idylicznym miejscu w sercu angielskiej prowincji. Nauczyciele kładą tu wielki nacisk na twórczość artystyczną i wszelkiego rodzaju kreatywność. Tym, co odróżnia tę szkołę od innych jest fakt, że żaden z uczniów nie wyjeżdża na ferie do rodziny. Życie w Halisham toczy się pozornie normalnym trybem: nawiązują się młodzieńcze przyjaźnie, pierwsze miłości, dochodzi do konfliktów między uczniami a nauczycielami. Stopniowo w wyniku przypadkowych napomknień i aluzji, wychodzi na jaw ponura, zarazem przerażająca tajemnica…”  
- opis polskiego wydawcy    


W tej powieści zakochałam się już od pierwszych stron. Wyzbyta z prawie jakichkolwiek uczuć, za to pełna niedomówień i subtelnych wskazówek, narracja Kathy wspaniale wpisuje się w historię, którą opisuje. A jest to historia zgoła zaskakująca, o której szczegółach dowiadujemy się powoli, wraz z postaciami książki. Wywołuje to poczucie empatii, zarazem nieustannie zmuszając do zastanowienia się nad kierunkiem, w którym zmierza ludzkość
To nie jedna z tych dystopijnych powieści, gdzie protagonista walczy z totalitarnym, uciskającym go systemem. I choć w Never Let Me Go pojawiają się momenty zawahania i niepewności, to żadna z postaci nie bierze nawet pod uwagę walki czy choćby ucieczki, co tylko wzmaga aurę niepokoju.  
Jednak to bohaterowie są najważniejsi w tej powieści, a są oni niesamowicie prawdziwi. Popełniają błędy - większe lub mniejsze - podczas wspólnych lat spędzonych w Hailsham, próbują odnaleźć się w prawie obcym dla nich świecie i błądzą musząc wybrać pomiędzy przyjaźnią, a miłością. 
I głównie dlatego, gdy nadszedł czas wyboru tematu pracy licencjackiej, nie musiałam się długo zastanawiać. Never Let Me Go już zawsze będzie dla mnie miało wartość sentymentalną.   

„It’s like walking past a mirror you’ve walked past every day of your life, and suddenly it shows you something else, something troubling and strange.” 

5) Woman’s World Graham Rawle


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* literatura multimodalna, kolaż
*Forma:* powieść / powieść graficzna
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 437
*Wydawnictwo:* Counterpoint


„Whether it's choosing the right girdle or honing her feminine allure, Norma Fontaine measures life by the standards set in women’s magazines. But she discovers that the real world is less delightful, and more sinister, than portrayed in the glossies. When dark secrets threaten her brother’s blossoming romance, Norma must decide whether to sacrifice life in a woman's world for the sake of her brother’s happiness. As her decision is slowly revealed, readers realize that, like life in the magazines, Norma isn’t quite what she seems.” 
- opis wydawcy    


Graham Rawle pracował 5 lat nad stworzeniem tego arcydzieła. Używając wycinek z magazynów dla kobiet z lat 60-tych, zdołał opowiedzieć intrygującą opowieść wykorzystując pojawiające się w magazynach w nadmiernych ilościach banały, i reklamy, wspaniale wpisujące się w historię Normy. I bez wycinek, fabuła byłaby porywająca, ale dzięki nim ta książka szybko znalazła miejsce na mojej liście faworytów. Mojemu podziwu nie ma końca i za każdym razem, gdy sięgam po tę książkę zdaję sobie sprawę z geniuszu Rawle’a.   
Może właśnie dlatego spotkanie z nim twarzą w twarz było dla mnie wielkim wydarzeniem i sprawiło, że zapomniałam o całym świecie. Przy takim mistrzu nie dziw, że ciężko było cokolwiek powiedzieć, a same słowa podziwu wydawały mi się za bardzo trywialne. Graham Rawle był jednak na tyle miły, że z radością podpisał nie tylko mój egzemplarz Woman’s World, ale również plakat zapowiadający jego przyjazd.  

„As a woman, you must never look less than your loveliest.” 

4) The Unconsoled Kazuo Ishiguro


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* speculative fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1995
*Liczba stron:* 535
*Wydawnictwo:* Faber and Faber 


„Ryder, światowej sławy pianista, przybywa do bezimiennego miasta gdzieś w Europie, by dać koncert w tutejszej filharmonii. Napotkani mieszkańcy wydają się czegoś po nim oczekiwać, choć zupełnie nie tego, czego mógłby się spodziewać. Czy młoda kobieta z synkiem, z którą zgadza się porozmawiać na prośbę jej ojca, boya hotelowego, jest w rzeczywistości jego partnerką życiową? Żoną? Kimś, kogo znał wcześniej? Ryder niewiele pamięta, a strzępki wspomnień okazują się niezbyt wiarygodne. Nieoczekiwanie orientuje się, że nie wie nawet, kto go zaprosił, że znalazł się w obcej sobie, zagmatwanej i wrogiej przestrzeni, w zamkniętym kręgu ludzi, których być może spotkał i miejsc, które być może kiedyś odwiedził. Świecie surrealistycznym, zabawnym i groźnym - po troszę jak z 'Alicji w Krainie Czarów', po troszę jak ze 'Strefy zmroku'. W społeczności miasta zdaje się panować desperacja i zagubienie, zaś Ryder urasta niemal do roli mesjasza, który ma ocalić je przed upadkiem.  ”
- opis polskiego wydawcy


 To książka, którą albo się kocha albo nienawidzi. Zdecydowanie odbiega od innych dzieł noblisty i jest najbardziej eksperymentalną z jego powieści. Wraz z Ryderem próbujemy zrozumieć gdzie dokładnie jesteśmy i dlaczego. Każdy zdaje się go znać, a on natomiast nie poznaje prawie nikogo. Ta książka to istny sen, w którym otwarcie drzwi w restauracji może prowadzić do lasu; gdzie kobieta, która dopiero co była opisywana przez nieznanego mężczyznę okazuje się być żoną Rydera; w którym znikąd pojawiają się mury. Niemal należy zagubić się w tej powieści razem z głównym bohaterem. Czas wydaje się tu podlegać innym prawom, gdzie choćby rozmowa opisana na kilku stronach odbywa się w krótkiej podróży windą.   
Ishiguro zachwycił mnie tą powieścią, która jak dziwny sen intryguje i zaprasza do ponownego przeanalizowania. Powrót do The Unconsoled to już prawie tradycja, którą celebruję z namaszczeniem. Po przeczytaniu książki nigdy nie spotyka mnie zawód i wierze, że tak już pozostanie. 

„It's nonsense to believe people go on loving each other regardless of what happens.” 

3) Head in Flames Lance Olsen


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* literatura multimodalna, kolaż
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2009
*Liczba stron:* 188
*Wydawnictwo:* Widow and Orphan House 



„Head in Flames is an astonishing collage novel composed of chips of sensation, observation, memory, and quotation shaped into a series of narraticules told by three alternating voices, each inhabiting a different font and aesthetic / political / existential space.The first belongs to Vincent van Gogh on the day he shot himself in Auvers-sur-Oise in July 1890. The second to Theo van Gogh (Vincent's brother’s great grandson) on the day he was assassinated in Amsterdam in November 2004. The third to Mohammed Bouyeri, Theo's murderer, outraged by the filmmaker's collaboration with controversial politician Ayaan Hirsi Ali on a 10-minute experimental short critiquing Muslim subjugation and abuse of women.” 
- opis wydawcy    

 Pierwsza książka Lance’a Olsena, którą przeczytałam i od razu się zakochałam. Trzy głosy należące do Vincenta van Gogha, Theo van Gogha i Mohammeda Bouyeri, skupiają się na ostatnich momentach ich życia. Vincent, którego wpisy składają się z fragmentów listów do brata, tytułów jego obrazów, wspomnień rozmów odbytych z innymi malarzami lub mieszkańcami miasteczka. Theo, który rozmyśla o swoim filmie, Britney Spears, przypominając sobie teksty piosenek. Mohammed, rozgoryczony i zdeterminowany by ukarać Theo za film o jego religii, rozpamiętuje nieudane próby asymilacji w nowym kraju, który zdaje się go nie akceptować.   
Lance Olsen sięgnął po ważne tematy śmierci, samobójstwa i morderstwa, tolerancji, asymilacji w nowym kraju i religii, a bawiąc się formą pozostał szczery w przekazie. Zanurzenie się w trzech przeplatających się głosach wydaje się na początku przytłaczające, ale to uczucie szybko mija i zastępuje je zachwyt.   
I choć jest to książka ważna i ciekawa, to miejsce na tej liście, zawdzięcza głównie mojemu spotkaniu z autorem. Lance Olsen oraz jego żona, Andi, to zdecydowanie dwójka najsympatyczniejszych i najbardziej inspirujących osób jakie dane mi było spotkać w ostatnich latach. Zamieniłam z nimi zaledwie kilka zdań, a sprawiły one, że z mocniej bijącym sercem wracam do wspomnień tamtego spotkania. Oboje wykazali się dużą otwartością i życzliwością, a autograf Lance’a to wspaniała pamiątka. 

„Look: I am standing inside the color yellow.”

2) Madame Antoni Libera


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* Bildungsroman, Künstleroman
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1998
*Liczba stron:* 396
*Wydawnictwo:* Znak

„Powieść jest ironicznym portretem artysty z czasów młodości, dojrzewającego w peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych. Narrator opowiada o swoich latach nauki i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą, która uczyła go francuskiego i dała mu lekcję wolności. Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, o wierze w siłę Słowa i o naturze mitu, a także rozrachunek z epoką peerelu. Tradycyjna narracja, nie pozbawiona wątku sensacyjnego, skrzy się humorem, oczarowuje i wzrusza.”  
- opis wydawcy    

 Do tej książki wracam w każde wakacje. Pięknie napisana, pełna ciekawych historii, postaci oraz zabiegów literackich, z odniesieniami do mistrzów literatury. Z narratorem polubiłam się niemal natychmiastowo (i nie tylko dlatego, że mamy urodziny tego samego dnia). Jego determinacja, chęć zostawienia po sobie spuścizny, o której będą opowiadać po latach, od pierwszych stron sprawia, że szczerze chcę by mu się udało. Kibicuję mu i jestem pod wrażeniem, gdy chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o nauczycielce francuskiego, wykazuje się niesamowitą pomysłowością. Jego wypracowanie, w którym dowodzi, że Panna (on) i Wodnik (ona) są sobie przeznaczeni i podaje różne przykłady znanych artystów, to zdecydowanie mój ulubiony fragment powieści.   
Sama historia nauczycielki, która jest pokazywana kawałek po kawałku, staje się coraz bardziej fascynująca. Zaczynając od plotek, przechodzimy do faktów zbieranych przez narratora, który już wcześniej wykazał się zadziwiającą wytrwałością. Libera stworzył powieść, która szybko złapała mnie za serce i narratora, w którym odnalazłam kawałek siebie. 

„Melodia życia jest smutna (…) A jeśli nawet czasem przechodzi w tonację dur, to zawsze kończy się w moll.”

1) Bluets Maggie Nelson


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* lyric essay, prose poetry
*Forma:* poezja/powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2009
*Liczba stron:* 112
*Wydawnictwo:* Random House Children's Publishers


„A lyrical, philosophical, and often explicit exploration of personal suffering and the limitations of vision and love, as refracted through the color blue. With Bluets, Maggie Nelson has entered the pantheon of brilliant lyric essayists.”  
- opis wydawcy    


 Moja najświeższa miłość. Książka, która z każdym kolejnym przeczytaniem staje się mi bliższa. Nelson pisze o depresji, stracie, miłości i, oczywiście, kolorze niebieskim. Sam tytuł odnosi się do obrazu Joan Mitchell o tym samym tytule, ale i w książce nie brak odniesień do znanych piosenkarzy, pisarzy i malarzy, u których można znaleźć kolor niebieski.   
Każdy z propositions (tak Nelson nazywa numerowane wpisy) jest jak piękny wiersz, który łączy się z kolejnymi wpisami by stworzyć niesamowite dzieło. Dzięki temu, każdy powrót do tej książki niesie ze sobą możliwość odkrycia czegoś nowego wśród pięknych fraz aż do bólu prawdziwych.   
Kupiona zostałam samym faktem, że jest to książka o moim ulubionym kolorze, jednak gdy czytałam ostatnie zdanie, moje serce biło już jak oszalałe - zostało sprzedane. W jeden dzień wracałam do rozważań o kolorze niebieskim trzy razy, nie mogąc się nasycić. Ta krótka książka szybko stała się najważniejszą i najukochańszą na mojej liście - teraz już nie będę musiała się zastanawiać, którą książkę zabrałabym na bezludną wyspę!  

„When I was alive, I aimed to be a student not of longing but of light.”  

Każda z tych książek jest godna polecenia, niezależnie od tego jakie gatunki literackie mogą nas pociągać. I choć jest to lista całkowicie subiektywna, to wierzę, że można znaleźć tu coś dla siebie.



-------------------------------------------------------------------------------------------------

Ja na pewno coś dla siebie znalazłam i chętnie przeczytam kilka pozycji z tej listy. A Wy? 

niedziela, 12 sierpnia 2018

Micha filmów

Dawno tutaj mnie nie było, a jeszcze dawniej nie było wpisu o filmach. Trochę przez to, że po prostu nie miałam czasu na oglądanie, trochę przez brak chęci do pisania. Dlatego dzisiaj kilka słów o świeższych seansach i w telegraficznym skrócie o wcześniej obejrzanych. Zapraszam.

Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA


Kometa (2014)

źródło
Przypadkowe spotkanie dwójki młodych ludzi prowadzi do burzliwej relacji i trwającego sześć lat związku między Dellem (Justin Long) i Kimberly (Emmy Rossum). 
Wiele razy natknęłam się już na screeny z tego filmu i za każdym razem stwierdzałam, że to może być coś dla mnie. Kiedy w końcu go włączyłam mój zapał jakby się wypalił. Odebrałam go raczej jako zwykłą historię miłosną bez żadnych fajerwerków. Wydawało się jakby reżyser chciał spróbować czegoś mniej oczywistego, ale tych dziwnych elementów było za mało w kontekście całości, a przez to film określić mogę tylko jako niezły. Na pewno na plus działa ciekawe prowadzenie kamery i miła kolorystyka zdjęć. Scenariusz ma kilka bardzo mocnych momentów, ale te w większości można zobaczyć na screenach z cytatami w Internecie. Podobał mi się pomysł z zaburzeniem chronologii, ale trochę się zepsuł kiedy całość zaczęła się składać w jeden obrazek - wolałabym coś bardziej niedopowiedzianego. Aktorsko jest dobrze - główna para charyzmatyczna i charakterystyczna, ale zabrakło tej dodatkowej iskry, która pozwoliłaby nam zapałać do nich większą sympatią. Podsumowując, jest to trochę film, który został zniszczony przez moje oczekiwania co do niego, a szkoda. Może warto do niego podejść z czystą głową, wtedy może zaskoczy? Jak sprawdzicie, to dajcie znać.

Moja ocena: 6/10



Han Solo: Gwiezdne wojny - historie (2018)

źródło

Ten film to taka geneza powstania legendy Hana Solo (Alden Ehrenreich) - zobaczymy gdzie się wychował, jak poznał swoich kompanów, dlaczego postanowił zostać przemytnikiem. 
Najnowszy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen już niemal zniknął z repertuarów kin, ale mnie udało się jeszcze go zobaczyć. W międzyczasie nasłuchałam się wielu narzekań, że odstaje od całej reszty. No i faktycznie, tak jest. Nie zrozumcie mnie źle - ta filmowa opowieść o Hanu Solo jest całkiem niezła, ogląda się dobrze, ale brakuje jej dodatkowej nutki ekscytacji, którą wywoływały inne historie Gwiezdnych Wojen. Wydaje mi się, że wszystko przez obranie dość bezpiecznej drogi i skupienie się na fanach, do tego stopnia, że brakowało w tym jakiejś zabawy. Wręcz wydawało mi się, że na siłę starano się wrzucić w film nawiązania do tego, co znamy, np. fragment rozmowy, w której dowiadujemy się dlaczego Han mówi do kompana Chewie. Całość wypada jako dobry film przygodowy, lekkie kino akcji, bez jakichkolwiek dodatkowych zachwytów. Najbardziej chyba podobał mi się Lando, pokazał charakter, miał ciekawą relację ze swoim robotem, no i jego pelerynki zdecydowanie rządzą. Jeżeli chodzi o Aldena, to chociażby ze skóry wyłaził nie uwierzę w jego Hana Solo (jednak Ford to Ford). Trzeba jednak przyznać, że ten aktor ma w sobie czar i jego uśmiech rozbraja (wciąż, to jednak nie Han Solo).  Emilia Clarke natomiast wypada jakoś sztywno (pomysł na rozwinięcie tej postaci też słabo mi się spodobał). Ogólnie miły film przygodowy na niedzielne popołudnie, ale odstający od innych produkcji z uniwersum Gwiezdnych Wojen

Moja ocena: 6/10


Sin City - Miasto Grzechu (2005)

źródło
Trzy historie, których akcja rozgrywa się w Basin City - Mieście Grzechu - będącym siedliskiem prostytutek, przestępców i skorumpowanych obrońców prawa.
Jeden z filmów, który uważa się już za klasykę kina gatunkowego, a także za najlepiej zrealizowaną ekranizację komiksu. Słyszałam o nim wiele, ale przez długi czas odstraszała mnie wizja brutalności tego świata. Postanowiłam się jednak przemóc i cóż... ten seans to na pewno było oryginalne przeżycie. 
Sama realizacja naprawdę robi wrażenie. Podobno wszystko nagrywane było na greenscreenie, a cały świat powstawał w postprodukcji. Wyszło bardzo ciekawie - wręcz wydaje nam się, że przeglądamy strony komiksu przewracane w odpowiednim tempie. Na pewno trzeba zauważyć, że faktycznie film przeznaczony jest dla widzów dojrzałych - sporo tam nagości, a trupy ścielą się bardzo gęsto. W reżyserię filmu oprócz Roberta Rodrigueza i Franka Millera (autora komiksów) zaangażowany był również Quentin Tarantino, więc ilość przelanej krwi jest, jaka jest. 
Ogólnie, film szczególnie do mnie nie trafił. Miał kilka mocnych momentów, kilka bardzo dobrych ról aktorskich (szczególnie pasował Rourke, ale świetny był del Toro czy Rosario Dawson), fabuła dość intrygująca, bo niby trzy odrębne historie, ale w jakiś sposób ze sobą powiązane. Jednak dla mnie to było trochę za dużo, ta forma przerosła w tym wypadku treść. Doceniam, ale się na pewno nie zakochałam

Moja ocena: 7/10


Egzamin (2016)

źródło
Dla Romea Aldei najważniejsza jest córka, która właśnie zdaje maturę i wybiera się na studia do Wielkiej Brytanii. Tuż przed egzaminami zostaje napadnięta, a ojciec próbuje zrobić wszystko, aby załatwić córce dobry wynik. 
Szybciutko przechodzimy od krwawego, iście hollywoodzkiego mordobicia do cichego rumuńskiego dramatu. Egzamin to zdobywca Złotej Palmy z Cannes za najlepszą reżyserię w 2016 roku. Jest to typowe kino festiwalowe, czyli najważniejsze to poświęcić mu sto procent uwagi i doceniać te specjalnie wydłużane ujęcia, w których możemy poczuć bijące z ekranu emocje. Egzamin skupia się na postaci zagubionego ojca, który uważa kilka swoich życiowych decyzji za błędne i nie chce, żeby takie same popełniła jego córka. Równocześnie, obok tego dramatu rodzinnego obserwujemy kondycję całego społeczeństwa. Ustawianie stołków, łapówkarstwo, koneksje - to wszystko jest tutaj na porządku dziennym. Oglądało się go naprawdę dobrze, spora w tym zasługa bardzo sprawnego prowadzenia narracji w filmie. Moim zdaniem nie było w nich zbędnych dłużyzn, a początkowy napad nadaje całości odpowiedni poziom napięcia. Aktorzy radzą sobie świetnie, trudno tutaj kogoś wyróżnić, bo wszyscy stają na wysokości zadania. To na pewno kino warte zobaczenia, może nie dla każdego, ale dajcie mu szansę.

Moja ocena: 7/10

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016)

źródło
Grupa przyjaciół podczas wspólnej kolacji postanawia w ramach niewinnej zabawy upublicznić wszystkie swoje e-maile, rozmowy i wzajemnie skrywane tajemnice. 
Nie potrafię zliczyć ile razy słyszałam, że muszę obejrzeć ten film. Polecali mi go znajomi, czytałam dobre opinie na forach, ten tytuł przewijał się po prostu wszędzie. Kiedy nazbiera się taka ilość oczekiwań to czasami można się srogo zawieść. Nie w tym przypadku. 
Przede wszystkim to świetnie napisany tekst. Rzadko mam tak, że ani chwila filmu mnie nie nuży, a tutaj się udało. Mimo że faktyczna wartka akcja rozkręca się gdzieś za połową, to od początku trudno oderwać wzrok od ekranu. Bohaterowie są precyzyjnie nakreśleni, a fakt wprowadzenia gry sprawia, że na każdego patrzymy nieco bardziej podejrzliwie, zastanawiamy się jakie może skrywać sekrety. To, że jest to grupa przyjaciół podkręca atmosferę, bo wiadomo, że tajemnice ukrywane przed najbliższymi bolą najbardziej. Świetnych było kilka zwrotów akcji, kiedy już miało się coś wydać, a okazywało się, że to tylko fałszywy alarm. Czyli w skrócie: scenariusz, scenariusz, scenariusz - wspaniale napisany i wyreżyserowany, z idealnie budowanym napięciem. Oczywiście wspomnę również zakończenie, które okazało się bardzo dobrą klamrą całości. Aktorzy dobrani perfekcyjnie, trudno wybrać tutaj swojego ulubieńca. Po prostu - tak, wszyscy mają rację i ten film po prostu trzeba obejrzeć!

Moja ocena: 9/10


Zimna wojna (2018)

źródło

Historia wielkiej i trudnej miłości dwojga ludzi (Joanna Kulig i Tomasz Kot), którzy nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. W tle wydarzenia zimnej wojny lat 50. w Polsce, Berlinie, Jugosławii i Paryżu.
Nasz powód do dumy - za Zimną wojnę Pawlikowski zgarnął nagrodę za reżyserię w Cannes. Oczywiście, gdy tylko trafiła do kin popędziłam na seans. Ida mi się podobała, doceniam reżysera, do tego jego współpraca z Łukaszem Żalem (ponownie odpowiedzialny za zdjęcia) wywołuje u mnie falę podziwu. A Zimna wojna okazała się jeszcze bliższym mi filmem niż poprzedni obraz Pawlikowskiego. Przyznaję, że w takich przypadkach jestem niepoprawną romantyczką i jeżeli zobaczę dobry film o miłości to się rozpływam. Tak było tym razem. Chociaż muszę zauważyć, że sama historia wydaje się bardzo banalna i gdyby ktoś inny miał to samo wyreżyserować to mogłoby wyjść z tego tanie romansidło. Na szczęście tym „kimś” był Pawlikowski, który z prostej historii o miłości zrobił świetny film. Zacznę może od technicznych spraw, ale naprawdę zdjęcia i muzyka znowu sprawiają, że ten film jest tak oryginalny i ciekawy. Nie wiedziałam, że występ polskiej grupy ludowej w czerni i bieli może mieć aż taki impakt, a miał! Scenariusz czasami wydawał się dość ckliwy i banalny, ale oprócz technicznych aspektów, całość poprawia jeszcze jeden ważny element - gra aktorska. Ja szczególnie zakochałam się w Joannie Kulig, która grając Zulę była tak bardzo nieodgadniona, niejednoznaczna, że po prostu fascynowała. Bardzo dobrze partnerował jej Tomasz Kot, tym razem jako rasowy artysta. Na dalszym planie miło było zobaczyć chociażby Agatę Kuleszę, która zręcznie kradnie dla siebie uwagę widza. Podsumowując, dla mnie perełka i na pewno będę czekać na kolejne filmy reżysera!

Moja ocena: 9/10


Oprócz tego widziałam dość sporo filmów, wypiszę może tylko te które polecam. Oto one:

  • Stań przy mnie (1986) - ekranizacja powieści Kinga, świetny dramat o nastoletnich perypetiach czwórki chłopców z małej, amerykańskiej mieściny, którzy wybierają się w intrygującą podróż. (7/10)
  • Deadpool 2 (2018) - kolejna część przygód niepoprawnego supebohatera nie zawodzi. Śmiechu w kinie było mnóstwo, akcja jest wartka i śledzi się ją z przyjemnością. (8/10)
  • Toni Erdmann (2016) - prawie trzygodzinny kandydat do Oscara dla nieanglojęzycznego filmu. Dla mnie dziwnie fascynujący, wspaniale zagrany, ze scenami, które nie potrafią opuścić widza na długo po seansie. (8/10)
  • Wyspa psów (2018) - najnowsza animacja Wesa Andersona to znowu wspaniały obraz. Ja akurat jestem fanką reżysera, więc prawie wszystko przyjmuję z miłością. Chociaż Fantastyczny pan Lis bardziej mi się podobał. (8/10)
  • Ostrożnie, pożądanie (2007) - grupa rebeliantów, próbująca zwalczyć okrutnego polityka w Szanghaju pod japońską okupacją, do tego bardzo specyficzny romans i mnóstwo dalekowschodniej kultury - oglądałam z przyjemnością. (8/10)
  • Avengers: wojna bez granic (2018) - o tym filmie już wszystko zostało powiedziane. Ja dodam, że zakochałam się całym serduszkiem (chociaż wcześniejsi Avengersi nie bardzo mnie porywali). Czekam na dalszy ciąg! (9/10)
  • Rejs (1970) - kultowy polski film, któremu do tej pory jakoś nie było ze mną po drodze. Ostatnio usiadłam, włączyłam i się zakochałam. Większość aktorów to amatorzy, mnóstwo improwizacji i wychodzi świetny obraz społeczeństwa. Trzeba obejrzeć! (9/10)


A Wy, co ostatnio ciekawego obejrzeliście?

niedziela, 29 lipca 2018

„The Good Place”, czyli najlepsze miejsce na serialowej mapie rozrywki


źródło
Temat zaświatów, życia po życiu wciąż nie przestaje fascynować twórców. Niektórzy pokładają wiarę w chrześcijańskie niebo, inni ufają, że ulegną reinkarnacji, odradzając się na Ziemi. W przypadku The Good Place każdej z religii przyznaje się około 5% racji, ale już w pierwszym odcinku dowiemy się, że żył ktoś kto niemal odkrył całą prawdę o zaświatach. Tą osobą był Doug Forcett, nieletni narkoman, który pod wpływem grzybów halucynogennych odgadł prawdę aż w 92 procentach! Jak ona wygląda? Otóż, za życia każdy nasz uczynek zostaje obarczony punktami, od sporych wyczynów jak zakończenie rzezi niewinnych (aż +814292.09 punktów!) po śpiewanie dziecku (+0.69). Suma tych punktów decyduje o tym czy trafimy do Dobrego Miejsca czy do Złego Miejsca. Zastanówcie się więc następnym razem kiedy będziecie namawiać smutną koleżankę, żeby założyła na twarz sztuczny uśmiech (aż -53.83 punktów według twórców serialu).
źródło
Na początku śledzimy wątek Eleanor Shellstrop (Kristen Bell), która budzi się w Dobrym Miejscu, gdzie architekt - Michael (Ted Danson) wprowadza ją w system punktowania i gratuluje wielu imponujących uczynków na Ziemi. Później przedstawia ją jej Bratniej Duszy (oczywiście, że w Dobrym Miejscu każdy taką osobę dostaje przydzieloną) i zachęca do zasłużonego odpoczynku. Problem jest jeden - zaszła pomyłka i wszystkie te dobre uczynki należały do innej osoby, a Eleanor Shellstrop delikatnie mówiąc, dobroci za życia czyniła niewiele. Na szczęście jej Bratnia Dusza, Chidi (William Jackson Harper), to profesor filozofii, specjalizujący się w zagadnieniu etyki i za namową dziewczyny postanawia nauczyć ją, jak zasługiwać na przebywanie w Dobrym Miejscu.

źródło
Za to właśnie kocham Netflixa - włączyłam pierwszy odcinek na próbę, bo to tylko dwadzieścia minut, a szukałam czegoś lekkiego, co zapełni dosłownie chwilkę czasu. Włączyłam i przepadłam. The Good Place przerósł wszystkie moje oczekiwania i oficjalnie wskoczył na miejsce najlepszego serialu, jaki widziałam od dłuższego czasu. Argumentów za tym stwierdzeniem jest sporo, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że ich liczba rosła wraz z każdym kolejnym odcinkiem, a serial zamiast utrzymywać poziom bądź lekko z niego spadać (co zazwyczaj się obserwuje po świetnym początku), zaczął ten poziom podnosić.
Przede wszystkim - humor. Twórca, Michael Shur, wcześniej pracował nad takimi tytułami jak The Office czy Parks and Recreation, więc doświadczenia w komedii ma sporo. I to naprawdę widać. Sytuacji zabawnych jest mnóstwo, scenarzyści pilnują, żeby nawet w bardziej dramatyczne czy pełne napięcia sceny dorzucić szczyptę humoru. Nie wyczuwa się jednak, żeby był jakoś wymuszony czy wciśnięty wszędzie na siłę - on po prostu jest idealnie wpasowany. Duża w tym zasługa świetnie dobranej obsady i kilku postaci, które w każdej sytuacji mogą dorzucić żart, pasujący do ich charakteru. Najbardziej bezpośrednim źródłem zabawy jest tutaj Jason, czyli bohater, który ma dość dziecinne spojrzenie na świat i Janet, istota nadprzyrodzona, stworzona żeby pomagać mieszkańcom Dobrego Miejsca. Dlatego należą się szczere gratulacje, bo każdy gag wydaje się świetnie przemyślany i idealnie pasuje do świata przedstawionego.

źródło
Na początku serial traktowałam jako typowy rozrywkowy umilacz, ale z czasem zauważyłam, że niemal ciągle dowiaduję się czegoś nowego na temat filozofii. Szok - temat który nigdy mnie nie interesował, a już na pewno wydaje się nieodpowiedni jako motyw w sitcomie, okazał się strzałem w dziesiątkę. Z odcinka na odcinek będziemy poznawać kolejne moralne dylematy i dowiemy się co nieco na temat przemyśleń Kanta czy w ogóle o deontologii. Wszystko podane w sposób bardzo dobrze przyswajalny - w końcu profesor etyki uczy przeciętną osobę, która wcześniej nie miała z filozofią nic wspólnego.
Najlepsze co mogło serial spotkać to pomysł na plot twist. Ted Danson, aktor grający Michaela, opowiadał w jednym z wywiadów, że po przedstawieniu zarysu fabularnego przyjaciołom, żaden nie był szczególnie zainteresowany jego nową pracą. Wyjawił im więc niespodziankę, którą szykowali twórcy i wtedy każdy nie mógł się doczekać premiery serialu. Oczywiście, później musiał dzwonić do nich i prosić o dyskrecję, bo o plot twiście wiedział tylko on i Kristen Bell, a reszta obsady poznała pomysł twórców dopiero podczas kręcenia tego zaskakującego odcinka. Ja też będę trzymać język za zębami - proponuję Wam jednak nie zaglądać za bardzo w odmęty Internetu i wstrzymać się od czytania za dużo opinii, bo spoiler jest duży i sprawia mnóstwo frajdy, kiedy faktycznie Was zaskoczy. Lepiej więc od razu włączajcie pierwszy odcinek, dając sobie możliwość przeżycia tego na własnej skórze.
źródło
Wydaje mi się, że sporo już argumentów przedstawiłam, jednak jeżeli jeszcze się wahacie do dorzucam genialną obsadę. Wszyscy poboczni aktorzy dobrani są wręcz idealnie. Przez długi czas nie mogłam wyjść z podziwu jak bardzo ktoś pasuje do danej roli. Przykładowo D'Arcy Carden, której przypadła rola Janet, nadprzyrodzonej istoty, niepokazującej uczuć. Uproszczeniem będzie powiedzieć, że przypomina robota (chociaż sama często wtrąca, że robotem absolutnie nie jest), ale jej postać staje się tak prawdziwa i bliska dzięki charyzmie aktorki. Jednak największym plusem obsadowym jest para Kristen Bell i Ted Danson. Szybko się okazuje, że to właśnie oni są w centrum serialu i to wspaniała decyzja. Mają między sobą tyle chemii! Nie mówię tutaj o jakichkolwiek romansach, a prostej relacji, przechodzącej przez bardzo różne stany, ale wciąż powracającej do przyjaźni.
Cóż mogę Wam dodać. The Good Place to serial, który po prostu z pełną radością połknęłam. Akcja pędzi błyskawicznie, a poziom rośnie z odcinka na odcinek. Bawi, zaskakuje, trochę uczy, a przede wszystkim angażuje nas w życie bohaterów. Świetnie napisany, zagrany, żarty są przemyślane, a świat przedstawiony fascynujący. To najlepsze co mnie spotkało na serialowej mapie rozrywki od dłuższego czasu. Polecam!

źródło


I niech ktoś mi da już trzeci sezon, bo muszę wiedzieć co będzie daleeeej!

Moja ocena: 9/10



poniedziałek, 23 lipca 2018

Zabawa mitologią słowiańską - „Kwiat paproci” Katarzyna Berenika Miszczuk

Tym razem trochę inaczej niż zwykle - hurtowo o całej serii :)


*Kwiat paproci*
Katarzyna Berenika Miszczuk

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2016-2018
*Liczba stron:* 412, 415, 495, 462
*Wydawnictwo:* WAB
”Jedno można śmiało powiedzieć o Słowianach – umiemy się dobrze bawić.”
*Krótko o fabule (części pierwszej):*
A wszystko przez to, że Mieszko I zdecydował się nie przyjąć chrztu… 
Gosława Brzózka, zwana Gosią, po ukończeniu medyny wybiera się do świętokrzyskiej wsi Bieliny na obowiązkową praktykę u szeptuchy, wiejskiej znachorki. Problem polega na tym, że Gosia – kobieta nowoczesna, przyzwyczajona do życia w wielkim mieście – nie cierpi wsi, przyrody i panicznie boi się kleszczy. W dodatku nie wierzy w te wszystkie słowiańskie zabobony. Bogowie nie istnieją, koniec, kropka! Pobyt w Bielinach wywróci jednak do góry nogami jej dotychczasowe życie. Na Gosię czeka bowiem miłość. Czy jednak Mieszko, najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego do tej pory widziała, naprawdę jest tym, za kogo go uważa? I co się stanie, gdy słowiańscy bogowie postanowią sprawić, by w nich uwierzyła? 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Kiedy życie daje Ci w kość i nie masz czasu się na niczym skupić najlepiej znaleźć sobie jakąś serię dla nastolatek i traktować ją jako najczystszą formę guilty pleasure. Taki okres mnie akurat złapał, a książek nie musiałam szukać daleko - właściwie to o Kwiecie Paproci trąbią na prawo i lewo, w większości zachwalając. Na szczęście opinie negatywne przygotowały mnie trochę na nieprzyjemności podczas lektury, toteż swoje oczekiwania ograniczyłam do prostego „potrzebuję rozrywki - prostej, ale interesującej”. Czy seria Kwiat Paproci je spełniła?

Katarzyna Berenika Miszczuk z wykształcenia jest lekarką (co tłumaczy wiedzę bohaterek Szeptuchy z zakresu medycyny), ale książki pisze od piętnastego roku życia. Najbardziej znane jej serie to trylogia Ja, diablica, a także właśnie Kwiat Paproci. Jako że ja od jakiegoś czasu miałam ochotę na porządną dawkę mitologii słowiańskiej to ta seria wydawała mi się idealnym wyborem. Z mitologii greckiej wszyscy czerpią garściami, a nasza rodzima wydawała mi się jakoś pomijana. Na szczęście widać, że ten trend zaczyna rozkwitać i coraz więcej pozycji stara nam się przybliżyć te wierzenia (m.in. pięknie wydane Bestiariusze Słowiańskie). I ta chęć poznania wierzeń słowiańskich zaważyła na czytelniczym wyborze Kwiatu Paproci.

Muszę przyznać, że wszelkie nawiązania do dawnych wierzeń były największymi zaletami tej serii. Autorka przez kilka lat zbierała materiały, które pomogły jej oddać obrzędy, opisać bogów czy upiry, żyjące w jej świecie. Zawsze podobał mi się pomysł na mieszanie postaci mitologicznych ze współczesnym światem (wspomnę chociażby Amerykańskich bogów Gaimana bądź Kłamcę Jakuba Ćwieka). Tutaj również był to najciekawszy element - tym lepiej, że akurat o tych bogach nie miałam większego pojęcia. Jeżeli więc chcecie bliżej poznać Swarożyca, Welesa czy Mokosz to tutaj będzie Wam to dane. Również wszelkie obrzędy były ciekawie przedstawione, szczególnie takie, które znamy pod innymi postaciami - będziemy mieli okazję zobaczyć jak wygląda słowiański wieczór panieński czy obchody Dziadów. Upiry może zachwycały troszkę mniej, ze względu na powtarzalność. Te ciekawe, mniej popularne pojawiały się raczej na dalszym planie, a główną oś fabularną obsiadł wąpierz (czyli taki słowiański wampir) i strzyga. Wolałabym jednak, żeby więcej miejsca poświęcone było południcom, utopcom i rusałkom.

Podobał mi się także pomysł na świat przedstawiony. To bardzo ciekawy zabieg - zmienić coś w przeszłości Polski i dzięki temu zbudować trochę inny obraz współczesności. Co prawda, wydaje mi się, że autorka poszła na łatwiznę i wielu rzeczy wolała nie zmieniać, toteż wybór Mieszka I, który odrzucił propozycję przyjęcia chrztu nie wpłynęła jakoś znacznie na rozwój świata - jedynie tyle, że w naszym kraju wierzono nadal w słowiańskich bogów i obrzędy. Ciekawiło mnie zestawienie z innymi krajami, z innymi religiami - tego tutaj zabrakło (np. co z wojnami związanymi z chrześcijaństwem, co z krucjatami?). Także pomysł bardzo dobry, chociaż niewystarczająco zgłębiony.

To, co znowu mi przeszkadzało to typowe, wciąż powtarzalne elementy książek młodzieżowych. Kolejny raz mamy do czynienia z bohaterką, która nie robi na nas pozytywnego wrażenia. Przyznaję, że początkowe było dość negatywne, a skończyło się na ambiwalentności - a to i tak słabo jak na główną postać. Przez to brakowało mi emocji podczas czytania, nie miałam komu kibicować. To jednak nie jedyny szkopuł - oczywiście pojawił się bardzo typowy i bardzo nieciekawy wątek miłosny. Mężczyzna oczywiście jest tajemniczy i przystojny, oczywiście też zwraca uwagę na naszą całkiem zwyczajną bohaterkę, oczywiście po drodze raz po raz znika i pojawia się w jej życiu. Dużo tych oczywistości, prawda?

Na drugim planie jest na pewno ciekawiej, ale przyznam szczerze, że do nikogo z żywych się nie przekonałam. Dla mnie najlepszą postacią był Swarożyc, a później Weles - czyli bogowie, którzy pojawiali się raczej sporadycznie. Wydaje mi się, że spodziewałam się więcej fantastyki, a ta seria skupia się jednak na problemach Gosi (często sercowych), w której życiu przewijają się postacie nadprzyrodzone. I tyle.

Na pewno na plus działa tutaj postawa, którą przyjęła autorka - ona naprawdę słucha swoich fanów. Dzięki temu mieliśmy w kolejnych książkach m.in. sporo historii z przeszłości Mieszka, które były jednymi z ciekawszych wątków w serii. Wiem to z podziękowań, w których wspominała o fragmentach napisanych pod wpływem próśb innych.

Jako że całość serii połknęłam razem, to trudno wypowiadać mi się osobno o poszczególnych częściach. Wiem na pewno, że bardzo podobał mi się początek pierwszej części, chociaż później było trochę gorzej. Gdybym miała na jakieś postawić, to najlepiej wypadają chyba Noc Kupały i Żerca. Sporo osób twiedzi, że czwarta część była słabsza od pozostałych - moim zdaniem jakoś bardzo nie odstawała, chociaż lekko czuć spadek po trzecim tomie.

Seria Kwiat paproci trafiła na odpowiedni moment w moim życiu, kiedy po prostu potrzebowałam czegoś lekkiego, rozrywkowego, trochę naiwnego i mało wciągającego. Jednak nie mogę jej uznać za bardzo dobrą, bo po prostu miała w sobie za dużo małych szkopułów, które psuły ciekawy pomysł na świat przedstawiony i wplecenie w niego wierzeń słowiańskich. Wydaje mi się, że to jednak pozycja dla trochę młodszych czytelniczek, które uwierzą w tę miłość i będą mogły kibicować Gosi w walce o szczęście. Ja już tak łatwo nie daję się przekonać.

Poniżej znajduje się średnia ocena wszystkich części.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.


sobota, 7 lipca 2018

Człowiek człowiekowi wilkiem - „Szczurołap” Jay Asher, Jessica Freeburg


*Szczurołap*
Jay Asher / Jessica Freeburg / Jeff Stokely

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Piper
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* komiks
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 144
*Wydawnictwo:* Rebis
Mija sto lat, odkąd nasze dzieci odeszły.
*Krótko o fabule:*
W małym miasteczku pośrodku gęstego mrocznego lasu żyje sobie głucha Magdalena...  Okoliczni mieszkańcy unikają jej i traktują jak popychadło. Jedyną radość daje jej bujna wyobraźnia. Magdalena ma dar wymyślania opowieści… i marzy, że pewnego dnia przeżyje miłość jak z bajki. Kiedy spotyka tajemniczego przybysza, widzi w nim spełnienie swoich najskrytszych marzeń. Oczarowana zakochuje się w nim i wkracza w jego magiczny świat. Dopiero gdy lepiej go poznaje, odkrywa jego mroczną stronę.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Widząc Szczurołapa w zapowiedziach początkowo nie zwróciłam na niego większej uwagi. Myślałam, że to po prostu kolejna młodzieżówka, wnioskując po projekcie okładki i widniejącym na niej nazwisku Jaya Ashera (zapewne go kojarzycie jako autora Trzynastu powodów). Dopiero później zauważyłam, że to nie jest zwykła książka tylko komiks. I wtedy zapragnęłam go przeczytać. 


Wraz z Jayem Asherem nad tekstem książki czuwała Jessica Freeburg. To autorka kilku powieści, z tego co zdążyłam zauważyć, raczej w klimatach fantastyki młodzieżowej. Mogliśmy więc być przygotowani, że połączenie tych dwóch autorów da raczej w skutku komiks skierowany do młodszych czytelników. I taki właśnie jest - dość prosty i w pewnym stopniu mało oryginalny fabularnie, ale zarazem sprawia sporo radości podczas lektury. Szczególna w tym zasługa wspaniałej oprawy ilustratorskiej, autorstwa Jeffa Stokely, który w świecie komiksów przesiaduje nie od dziś. 

To dopiero drugi komiks, jaki udało mi się przeczytać, ale zdecydowanie uważam, że lepiej nadaje się na początek przygody z tą formą literacką. Jest wręcz do tego idealny. Treść jest lekka i przyjemna, przeczytanie całości zajmie Wam najwyżej jedno popołudnie. Jeżeli zaś chodzi o ułożenie chronologiczne obrazów, to nie sprawi czytelnikowi żadnych trudności (w odróżnieniu od takiego Sandmana, który wymaga jednak trochę skupienia i zawiera pewne zaburzenia chronologii ułożenia ilustracji względem siebie).
źródło
Sama historia to powszechnie znana legenda o szczurołapie i tajemniczym zniknięciu wszystkich dzieci z niemieckiego miasteczka Hameln, w 1284 roku. Wielu autorów podejmowało się już opowiedzenia tej historii (m.in. bracia Grimm), ale jak widać temat nadal nie wydaje się wyeksploatowany. Tym razem swoją wersję przedstawiają Jay Asher oraz Jessica Freeburg i jest to ciekawa propozycja. Autorzy kładą nacisk na problemy z akceptacją, odrzuceniem jednostki przez społeczeństwo, a także (zawsze mnie intrygujący) temat słuszności samodzielnego wyznaczania kary. Wydaje mi się, że dzięki temu lektura staje się bardzo wartościowa, szczególnie wśród młodzieży. Gdyby tego było mało to pojawia się także wątek romantyczny, zajmujący dość sporo miejsca w komiksie, więc do swojego targetu wiekowego powinien trafiać w punkt.

Skupmy się jeszcze na tej oprawie graficznej, która jest przepiękna. Tak naprawdę, to nawet tylko dla pięknego wnętrza chciałabym mieć w biblioteczce tę pozycję. Kreska jest bardzo „komiksowa”, a ilustrator użył kilku ciekawych trików, chociażby takich jak zmiana kolorystyki podczas pokazywania zmyślonych opowiadań jednej z bohaterek. Podkreślane są też wszelkie zwroty akcji, rosnące emocje pomiędzy dwójką głównych bohaterów, a niektóre obrazki przedstawiające szczury potrafią naprawdę przerazić. 

Szczurołap to dobry komiks na rozpoczęcie przygody z tą formą literacką. Co prawda, jego fabuła jest przewidywalna przez to, że oparta została na znanej legendzie, ale nie zmienia to faktu, że całość czyta się bardzo przyjemnie. Warto zaznaczyć fakt, że autorzy postarali się dorzucić akurat takie wątki, które wniosą ze sobą nowe przesłanie do całości, pokażą jak bardzo potrzeba nam w życiu akceptacji i zrozumienia oraz zmuszą do zastanowienia się nad wymierzaniem kary na własną odpowiedzialność. Szczególnie spodoba się młodzieży, ale starsi też znajdą w niej coś dla siebie. Chociażby wspaniałą oprawę graficzną, którą każdy będzie mógł nacieszyć oko. 

Moja ocena: 7/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka