poniedziałek, 10 czerwca 2019

Postapokaliptyczna klasyka, na której czuć piętno czasu - „Aleja Potępienia” Roger Zelazny


*Aleja Potępienia*
Roger Zelazny

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Damnation Alley
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1969
*Liczba stron:* 200
*Wydawnictwo:* Rebis
- Czort – wpadł mu w słowo Tanner. – Tak mam na imię. Byłem siódmym bachorem w naszej rodzinie i kiedy przyszedłem na świat, akuszerka pokazała mnie staremu i zapytała jakie imię ma wpisywać w świadectwie urodzenia, na co tatuś zaklął: ,,Czorta z tym’’ i wyszedł. No i tak mi wpisała w metryce.’’
*Krótko o fabule:*
Wojna nuklearna spustoszyła świat. W Ameryce Północnej ocalali ludzie usiłują przetrwać w niewielkich enklawach, pozostałościach dawnych stanów. Hell Tanner, brutalny członek gangu motocyklowego, otrzymuje szansę odkupienia swych win. Na wschodzie wybuchła epidemia i ktoś musi dostarczyć szczepionkę z Los Angeles do Bostonu. Tanner rusza Aleją Potępienia, by mierzyć się z promieniowaniem, gniewem natury, zmutowanymi zwierzętami i jeszcze gorszymi niż one ludźmi.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona faktem, że wydawnictwo Rebis zdecydowało się dołożyć Aleję Potępienia do swojej serii Wehikuł Czasu, w której pojawiają się klasyki gatunku science fiction. Roger Zelazny to autor znanego cyklu Kroniki Amberu, który wiele osób już mi polecało. Cieszyłam się zatem, że uda mi się poznać twórczość tego pisarza przy okazji Alei Potępienia. Niestety, przyniosła ona więcej rozczarowania niż zadowolenia.

Co jest przede wszystkim nie w porządku z tą pozycją? Wydaje mi się, że nieudaną fabułę można łatwo wytłumaczyć. Otóż, Roger Zelazny napisał tę historię początkowo w formie opowiadania, które zebrało naprawdę dobre opinie. Także jego agent stwierdził: czemu by nie napisać na tej podstawie dłuższej formy, którą łatwiej byłoby przenieść na duży ekran? Roger Zelazny na to przystał, ale nawet sam po latach stwierdził, że początkowe opowiadanie jest o wiele lepsze od powieści. A adaptację filmową udało się w końcu nakręcić, jednak sądząc po ocenach nie jest to kino najwyższych lotów.

Aleja Potępionych to taka typowa literatura z motywem drogi. Poznajemy Czorta, bohatera który zabierze nas na niebezpieczną przygodę. Świat nie może pozbierać się po apokalipsie, niebo zasnuwają trujące opary, a na Ziemi zostało jedynie kilka miejsc, w których mieszkają ludzie. Czort dostaje zadanie - musi przebyć naszpikowaną przeszkodami tytułową Aleję, żeby dostarczyć do Bostonu lekarstwo na śmiertelną chorobę. Po drodze czekają go wybryki natury, które powinny wzbudzić naszą ciekawość i przerażenie. Tylko że nic takiego się nie dzieje. Książkę czyta się jak zwykłą przygodówkę, w której akcja toczy się prędko, a zapomina się o niej gdy tylko przewrócisz ostatnią stronę.
źródło, film wygląda na niezłego potworka
To czym Aleja Potępienia mnie zaskoczyła to główny bohater. Czort Tanner, którego życie poznajemy na kartach tej książki to człowiek, którego trudno polubić. Naprawdę dawno nie miałam sytuacji, w której właściwie do głównej postaci czułam tylko niechęć i antypatię. To kryminalista, który nie żałuje swoich czynów, a wręcz się nimi chwali. Momenty, w których autor stara się go trochę wybielić, pokazać, że pod tą warstwą łobuza kryje się człowiek też do mnie nie przemówiły. W chwili kiedy poznajemy czyny, za które siedział za kratkami to kończy się dla niego jakakolwiek taryfa ulgowa - nieważne jakimi żartami by nie sypał to wciąż pozostanie, no cóż, prawdziwym czortem. I przyznam, że to był ciekawy zabieg postawić na tak bardzo negatywnego głównego bohatera, cieszę się jednak, że nie musiałam spędzać z nim więcej czasu.

Plusem książki jest to, że czyta się ją błyskawicznie. Zelazny postawił tutaj na wartką akcję i nawet jeżeli mamy dwie osoby zamknięte w samochodzie to nie ma co liczyć na długie rozmowy, z których wywnioskujemy co się stało ze światem albo dlaczego bohaterowie są właśnie tacy, jacy są. Jeżeli więc ktoś szuka czegoś krótkiego, z chamskim bohaterem i potworami pokroju przerośniętych skorpionów to tutaj może dobrze trafić. Niestety, nie możemy liczyć na rozwój świata przedstawionego. Zelazny pokazuje ten ułamek postapokaliptycznej Ameryki i pozwala nam dopowiedzieć sobie resztę. Ja jednak o wiele bardziej wolałabym poznać jego wizję.

Uważam, że to tego typu klasyka, na której czuć piętno czasu. Wydaje mi się, że współczesny czytelnik szuka czegoś więcej, potrzebuje znać genezę świata przedstawionego, lubi dogłębnie poznać motywy bohaterów i nie uwierzy w relacje zbudowane przez noc (wątek dziewczyny z gangu motorowego był gwoździem do trumny dla tej książki). Przez to, że mamy teraz sporo książek z motywem złego bohatera, który wyrusza na bohaterską misję, które są lepiej poprowadzone, to ta klasyka nie robi takiego wrażenia jak mogłaby to zrobić lata temu. Także po dwóch wspaniałych pozycjach z serii Wehikuł Czasu przyszła pora na niewypał. Liczę, że zaczniecie od tamtych książek, a Aleję Potępionych zostawiam dla zagorzałych fanów gatunku.


Moja ocena: 3/10


czwartek, 6 czerwca 2019

Majowa micha filmów

Szklany zamek (2017)

źródło
Na fali popularności, jaką ostatnio cieszy się Brie Larson (m.in. ze względu na jej występ w Captain Marvel, chociaż ja poznałam ją w świetnym Room, nie mylić z The Room) postanowiłam zobaczyć Szklany zamek, czyli dramat z 2017 roku, w którym aktorka gra jedną z głównych ról.
Rex (Woody Harrelson) marzył o zbudowaniu na pustyni szklanego zamku, a troski topił w alkoholu. Gdy coś mu i jego żonie nie wychodziło, rzucali pracę, pakowali dobytek do auta i jak para hippisów ruszali w siną dal w poszukiwaniu kolejnej przystani. W takich warunkach przyszło dorastać Jeannette (Brie Larson) i trójce jej rodzeństwa. 
Film ten został oparty na autobiograficznej książce o tym samym tytule. Szklany zamek Jeannette Walls w Polsce został wydany przez Świat Książki. Pierwowzoru nie czytałam, ale ekranizacja to naprawdę ciekawy dramat, z takich, na które już rzadko zdarza mi się trafiać. Historia rodziny, która prowadzi kontrowersyjny styl życia, często zmienia miejsce zamieszkania, a czwórka dzieci uczy się sama, w domu. Tę przeszłość poznajemy z perspektywy dorosłej już Jeannette, która robi karierę jako dziennikarka i przygotowuje się do wyjścia za mąż za Davida (w tej roli znany z serialu New Girl - Max Greenfield). Zabieg retrospekcji działa tutaj cuda, bo od początku chcemy wiedzieć jak wyglądała ścieżka, którą pokonała bohaterka. Od koczowniczego stylu życia i braku przywiązania do miejsca czy wykonywanej pracy do stałej posady i poukładanego planu dnia. Wspaniałe jest to, że jej rodzice nie są jawnie krytykowani i przedstawiani tylko w negatywnym świetle. Pomimo wielu nieodpowiedzialnych decyzji widać, że darzą swoje dzieci uczuciem i chcą dla nich dobrze. Świetny jest tutaj Woody Harrelson, bardzo dobra Brie Larson. Razem tworzą ciekawy duet aktorski, na który miło się patrzy. Gorzej wypada Naomi Watts, której nie pomogła też charakteryzacja - nie udało się wydobyć z niej szalonej artystki. W ogóle stylistyka filmu jest dość sztuczna i przywołuje na myśl takie typowe hollywoodzkie kino. Mimo wszystko ta historia warta jest poznania, chociaż przygotujcie się na obecność kilku utartych schematów.

Moja ocena: 7/10


Wiatr buszujący w jęczmieniu (2006)

źródło
Ken Loach, reżyser filmu, to takie nazwisko, które już nieraz obiło mi się o uszy, a jednak wciąż nie było mi dane poznać jego twórczości. Spodziewałam się, że przygoda zacznie się od Ja, Daniel Blake, za który otrzymał m.in. Złotą Palmę w Cannes. Jednak tak się złożyło, że trafiłam na Wiatr buszujący w jęczmieniu.
Irlandia, lata 20. XX wieku. Będąc świadkiem brutalności okupujących kraj Brytyjczyków, młody lekarz Damien (Cillian Murphy) porzuca karierę i w ślad za bratem (Padraic Delaney) wstępuje do IRA prowadzącej krwawą walkę o niepodległość. 
Filmy wojenne to nie jest mój konik, szczególnie ostatnio jestem przewrażliwiona na punkcie panującego w nich patosu i niekończących się pokładów bohaterstwa. Na szczęście u Loacha nie spotkamy wielu standardowych schematów. W ciekawy sposób pokazuje bezsens prowadzenia wojny na podstawie rewolucji członków IRA. Tutaj nie ma „tych dobrych” po jednej stronie barykady i „tych złych” po drugiej. Są tylko ludzie tak ślepo wierzący w swoje przekonania, że nie zatrzymują się nawet przed strzałem do swojego dawnego przyjaciela.
Dodatkowo w filmie możemy podziwiać przepiękne, surowe krajobrazy Irlandii, a odbiór wspiera klimatyczna muzyka. Aktorsko jest dobrze, wybija się przede wszystkim Cillian Murphy, który zapewne najbardziej znany jest z serialu Peaky Blinders, do którego zabieram się już od kilku ładnych lat. Wydaje mi się, że jeśli nie ma się wobec Wiatru buszującego w jęczmieniu wielkich oczekiwań i jeśli podpasuje Wam klimatem to ma szansę spodobać się nawet bardziej. Dla mnie dobry, chociaż bez szału.

Moja ocena: 7/10


Disaster Artist (2017)

źródło
W 2018 roku James Franco był wymieniany jako boleśnie pominięty przy nominacjach do Oscara za najlepszą kreację aktorską, szczególnie że za tę rolę odebrał już Złotego Globa. Film Disaster Artist zgarnął oscarową nominację jedynie za scenariusz adaptowany. Był to jeden z niewielu nominowanych filmów, których nie widziałam przed Galą. I teraz, po długim czasie udało mi się go nadrobić.
Historia spotkania i wczesnej przyjaźni Tommy'ego Wiseau (James Franco) oraz Grega Sestero (Dave Franco) - aktorów kultowego „The Room”, który został okrzyknięty najgorszym filmem świata.
Pierwsze podejście przerwałam po dziesięciu minutach. Stwierdziłam, że dla lepszej perspektywy i porównania warto najpierw zobaczyć kultowy The Room. Włączyliśmy i ... o matulu. Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Trudno to traktować nawet jako film, chociaż początkowy niesmak zastąpił u mnie coraz częściej pojawiający się śmiech. Taki śmiech wynikający z faktu, że The Room jest tak słaby, że aż zabawny. Nie wiedziałam jednego - podobno filmy Wisseau z tego właśnie słyną, że mimo swojego poziomu wciąż przyciągają widzów do kin. Tommy kręci dramaty, ludzie widzą komedie. Skoro wszyscy są zadowoleni, to po co narzekać?
Nieproste zadanie stało przed Jamesem Franco, który niedość, że film wyreżyserował to podjął się także zagrania głównej roli. Wisseau to prawdziwie tajemnicza postać - wyłożył na wyreżyserowanie The Room grube miliony, a do tej pory niewiadomo skąd jego majątek pochodzi ani z którego kraju przybył do Ameryki. Wielu badaczy uważa, że Tommy to Polak, ale nic nie jest potwierdzone na pewno.
Wracając do filmu - Franco zmierzył się z tym trudnym zadaniem i wyszedł z niego zwycięsko. Film jest bardzo ciekawy, szczególnie po obejrzeniu The Room. Świetnie było przyglądać się kulisom powstawania tego potworka. James radzi sobie całkiem dobrze z rolą Wisseau, chociaż miałam wrażenie, że czasami ciut przesadza. Była to jednak naprawdę wymagająca i trudna rola, więc uważam, że jakoś ją udźwignął. Nie byłam za to przekonana do Dave'a w roli Grega. Mimo wszystko Disaster Artist to prawdziwa gratka dla fanów kina, pokazujący pewien fenomen w tym świecie - po prostu film, który naprawdę warto zobaczyć.

Moja ocena: 7/10


Słodki koniec dnia (2019)

źródło
O nowym filmie Jacka Borcucha zrobiło się głośno podczas festiwalu Sundance, na którym Krystyna Janda zgarnęła nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Reżysera kojarzę z tytułu Wszystko na sprzedaż, który te kilka lat temu bardzo mi się podobał. Słodki koniec dnia również wywarł na mnie pozytywne wrażenie.
Polska poetka (Krystyna Janda), laureatka Nagrody Nobla, autorytet moralny wygłasza szokującą mowę podczas wręczania honorowego obywatelstwa miasta Volterra.
Zacznijmy od tego, że obejrzałam go tydzień po powrocie z Toskanii. Już od pierwszych chwil byłam zachwycona włoskim klimatem, rozciągającymi się zielonymi polami, przeplatanymi obrazami czarującego miasteczka - Volterry. Zdjęcia i muzyka sprawiają, że wsiąkamy w ten film całym sobą (oczywiście o ile damy sobie na to szansę - rozumiem, że można powolnego klimatu filmu nie pokochać). Krystyna Janda paląca papierosa za papierosem i popijająca wino wydawała się chwilami bardziej włoska niż polska. Najlepszy w przypadku Słodkiego końca dnia okazał się jednak element zaskoczenia - po materiałach promocyjnych myślałam, że będzie to historia kobiety, która przeżywa romans z dużo młodszym mężczyzną. I po części to się zgadza, ale po pewnym czasie dowiadujemy się, że to nie jest główny wątek filmu. Jacek Borcuch wespół ze Szczepanem Twardochem (bo to z nim pisał scenariusz) postanowili dość odważnie poruszyć temat kontrowersyjny dla współczesnej Europy. Zarazem pozwalają nam zadać sobie pytanie o to, gdzie zmierza społeczeństwo naszego kontynentu i czy jesteśmy w stanie coś z tym zrobić. Wolę za wiele nie zdradzać, bo ten element zaskoczenia dodaje filmowi punktów, toteż tutaj zamilknę w temacie fabuły. Wiedźcie jednak, że jest to naprawdę dobry punkt wyjścia do późniejszych rozmów z pozostałymi widzami. Od strony technicznej muszę przyznać, że Janda była w Słodkim końcu dnia cudowna. Niejednoznaczna, tajemnicza, nieodgadniona. Wszystko to osięgnęła niewielkimi środkami, za co należą się jej jeszcze większe brawa. Świetnie partneruje jej Kasia Smutniak, jako córka. To kolejny wątek, który bardzo mi się spodobał, ich relacja była taka nowoczesna, europejska, czasami przypominały wręcz dwie przyjaciółki. Słodki koniec dnia to po prostu kawał dobrego polskiego kina, który pewnie do jednych trafi, a do drugich nie, ale zdecydowanie warto dać mu szansę.

Moja ocena: 8/10


Gwiezdny pył (1982)

źródło
Nie pamiętam jak to się stało, że ten tytuł trafił na moją listę do obejrzenia, mogę jednak być tylko wdzięczna, że udało mi się go zobaczyć. Czasami znajduję filmy, które są „nie dla każdego”, takie, których klimat musi akurat przypasować. Tym razem wydaje mi się, że to wręcz film „dla nielicznych”, bo jego klimat jest wyjątkowo specyficzny.
Opowieść o parze starszych ludzi, żyjących na odludziu i nie mających kontaktów ze światem zewnętrznym. Stary (Krzysztof Chamiec) jest konstruktorem-amatorem różnego rodzaju dziwnych urządzeń. Tym razem zamarzył sobie, że na starość będzie kapitalistą i nie będzie płacił za prąd. W tym celu buduje na przepływającej rzeczce małą zaporę z kołem młyńskim napędzającym amatorską prądnicę. W trakcie budowy mijają dni i możemy przyglądać się codziennemu życiu tej dziwacznej pary. Piją i rozmawiają, śpiewają, kłócą się i śmieją. 
Przez pierwsze minuty seansu nie byłam może do końca przekonana. Aktorzy wydawali mi się lekko przerysowani, a wydarzenia dość błahe. Jednak po chwili przepadłam dla tego niezwykłego filmu (czasami wystarczy dać się wciągnąć). Jest to zdecydowanie obraz magiczny, a jego czarem jest polska sielskość, bliskość dwóch osób i niezwykłość życia codziennego blisko natury.
W Gwiezdnym pyle znajdziemy kilka ciekawych spostrzeżeń na temat człowieka, które są nadal aktualne. Ba! Wręcz bardzo aktualne, szczególnie w kwestiach ekologii i dbania o naszą Matkę Naturę. Jednak to, co najbardziej do mnie dotarło to więź dwójki głównych bohaterów. Z początku wydawali mi się nieszczęśliwi i jacyś tacy niedopasowani. Wystarczyło kilka kolejnych minut, żebym mogła zachwycić się ich prostą, ale głęboką relacją. Tak, on czasami wyśmieje niewiedzę partnerki, a ona wytknie mężowi, że zabiera się za niebezpieczne zabawy. Wieczorem jednak usiądą wspólnie, żeby powyć do księżyca, będą wspominać czasy zalecanek i prosić Boga, żeby umarli razem, w jednym czasie (i oczywiście, żeby kot i pies odeszli z nimi). Jest to niesamowity film, który może niektórych zrazić, ale jeżeli będziecie w stanie się przemóc do tego specyficznego klimatu i dacie się porwać, to możecie przeżyć wspaniałą przygodę.
Chociaż przyznaję, że mogłabym ten film oglądać tylko dla roli kota.
Dobra, pies też był w porządku, ale kot skradał uwagę jak tylko pojawiał się na ekranie.

Moja ocena: 8/10 




*opisy filmów pochodzą z portalu filmweb

A co ciekawego Wy ostatnio widzieliście?

czwartek, 30 maja 2019

Nie taki diabeł straszny, jak go malują - „Oczy uroczne” Marta Kisiel



*Oczy uroczne*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* Uroboros
[...] najważniejsze, żeby człowiek miał w życiu kogoś takiego, przy kim nie musi otwierać ust, jeżeli nie chce. Kogoś takiego, komu nawet nie musi niczego tłumaczyć, bo ten ktoś po prostu wie. Rozumie. I niczemu się nie dziwi. [...] Nie ma takiego nieszczęścia, z którego nie dałoby się wygrzebać we dwoje, skarbeńku. Tylko musi trafić swój na swego. Swój na swego.


*Krótko o fabule:*
Wraz z nieoczekiwanym atakiem zimy nadciągają równie niespodziewane kłopoty. Ktoś lub coś grasuje po okolicy, atakując przypadkowe osoby. Tymczasem Bazyl wyraźnie coś knuje i w tej intrydze niespodziewanie zyskuje sprzymierzeńca, zaś przyjaźń Ody z Rochem zostaje wystawiona na poważną próbę. Lecz wszystko to blednie w obliczu tajemnic sprzed wielu lat, jakie skrywa pobliski cmentarz — i niewielki staw w samym sercu ciemnego lasu. Nadciąga czas nieprzejednanej nocy. Czas śmierci.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Po skończeniu lektury pomyślałam od razu: jak to dobrze, że niektóre rzeczy się nie zmieniają. Czas gna do przodu, a na książki Ałtorki (pisownia zamierzona, fani wiedzą) nadal można liczyć. Podniosą na duchu, zaangażują, rozczulą, a po odłożeniu wzbudzą tęskne uczucia. Co prawda mówiąc o stałej jakości tych książek mam na myśli raczej powieści/części cyklu, które są dłuższymi formami. Wspominam o tym, ponieważ niedawno czytałam zbiór opowiadań Marty Kisiel, który nie do końca przypadł mi do gustu, ale Oczy uroczne nadrobiły to z nawiązką.

Książka ta jest trzecią częścią cyklu rozpoczynającego się od Dożywocia. Jest z nim jednak dość luźno związana i jakby ktoś się uparł to mógłby przygodę zacząć właśnie od Oczu urocznych. Tylko po co zabierać sobie dodatkową zabawę? - przecież Dożywocie jest takie świetne! Także wybór należy do Was, ja jednak radzę czytać wszystko co Kisiel napisała, bo to jest tak przyjemne, że szkoda odbierać sobie okazję do spędzenia miłych chwil przy lekturze. Zmierzam jednak do tego, że to, co wypadałoby znać przed Oczami urocznymi to na pewno opowiadanie Szaławiła, znajdujące się m.in. w zbiorze Pierwsze słowo. To w nim znajduje się wstęp do przygód Ody, tam poznamy okoliczności poznania się bohaterów Oczu urocznych i sposób w jaki ich dom znalazł się właśnie w tym miejscu pośrodku lasu.

źródło - Koszulki, na których widnieje Licho i Bazyl
Oda Kręciszewska to świetna nowa bohaterka. Kobieta około czterdziestoletnia, ze sporym bagażem doświadczeń, dobrym sercem i ciętym językiem, której trudno nie polubić. Autorka ponownie wprowadza nadprzyrodzonego towarzysza głównej postaci. Tym razem zamiast anioła z celofanowymi włosami i cieplutkimi bamboszkami poznamy czorta Bazyla, który z daleka przypomina zwykłą kozę, jednak po bliższym poznaniu okaże się najprawdziwszym diabłem. Diabłem, który ma niesamowitą wadę wymowy i który w kwestii rządzenia piekłem nie podziela wizji swojego ojca. Od czarcich rozrywek woli zabawy z psem i zajadanie się plackami ziemniaczanymi. Rozumiecie zatem, że to taka nowa wersja Licha. I z całą sympatią jaką darzę anioła, to Bazyl w niczym mu nie ustępuje - to ponownie świetny towarzysz głównej postaci.

Lekkim zaskoczeniem było dla mnie wprowadzenie wątku miłosnego. We wcześniejszych książkach romanse owszem, pojawiają się, jednak to dopiero tutaj poczułam, że pełni on trochę większą rolę niż zazwyczaj. Od razu rozwieję wątpliwości i przyznam, że poprowadzenie wątku jak najbardziej spełniło moje oczekiwania. Brak zbędnej słodyczy, nieoczywiste wybory, a dodatkowo nadprzyrodzone przeciwności losu sprawdziły się w stu procentach.

Ponownie Marta Kisiel świetnie radzi sobie z malowaniem swojego świata przedstawionego. Język, którym napisana jest powieść jest barwny, opisy plastyczne, a humor ponownie trafia w punkt. W tej kwestii autorka udowodniła nam, że można na nią liczyć.

W Oczach urocznych więcej jest niż w poprzednich częściach cyklu elementów fantastycznych. Las, otaczający dom Ody zdaje się tętnić magią, o czym na każdym kroku przypomina Roch, a to wbijając tajemnicze gwoździe w bele domu a to przynosząc rzeczy, które mają odstraszyć złe duchy. Główna oś fabularna jest ciekawa, przyznam że element zaskoczenia był w moim przypadku przewidziany, co nie zmienia faktu, że bawiłam się przy lekturze świetnie.

Cóż ja mogę powiedzieć? Uwielbiam książki Marty Kisiel i niech niebiosom będą dzięki, że trafiłam kiedyś na pierwszy tom Dożywocia. Gdy już się jedną przeczyta to nie sposób nie interesować się resztą. Ten cykl to zdecydownie jedna z najlepszych rzeczy na poprawę humoru - lekko, zabawnie, z niebanalnymi postaciami fantastycznymi i sympatycznymi bohaterami. Pozostaje tylko czekać na kolejne książki Kisiel!


Moja ocena: 8/10


niedziela, 26 maja 2019

Co nas może czekać po śmierci - „Modyfikowany węgiel” Richard Morgan // „Królestwo” Szczepan Twardoch

Zwięźle o dwóch książkach, które przeczytałam jeszcze w lutym tego roku, ale jakoś nie było okazji podzielić się opinią.
*Modyfikowany węgiel*
Richard Morgan

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Altered Carbon
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2002
*Liczba stron:* 544
*Wydawnictwo:* MAG
Biedna Śmierć, nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii przechowywania i odtwarzania danych w zmodyfikowanym węglu, a wszystko sprzysięgło się przeciwko niej.
*Krótko o fabule:*
Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs, zna smak umierania, to ryzyko zawodowe. Jednakże ostatnia śmierć była szczególnie brutalna. Przetransferowany strunowo na odległość wielu lat świetlnych, upowłokowiony w nowym ciele w San Francisco na Starej Ziemi i rzucony w środek spisku bezwzględnego nawet jak na standardy społeczeństwa, które zapomniało o wartości ludzkiego życia, szybko uświadamia sobie, że pocisk, który wybił dziurę w jego piersi na Świecie Harlana, to dopiero początek problemów.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Modyfikowany węgiel to popularna książka Richarda Morgana, na podstawie której niedawno powstał również serial dostępny na serwisie Netflix. Od samego początku spotkało mnie pozytywne zaskoczenie, już w kwestii pomysłu na świat przedstawiony. Koncept z przetrzymywaniem osobowości w stosie korowym (małym urządzeniu montowanym między kręgami szyjnymi), zamkniętym w specjalnej przechowalni, żeby móc w każdej chwili powrócić do życia w innym ciele wypadł rewelacyjnie. Człowiek zaczyna się zastanawiać nad tymi wszystkimi marzeniami dotyczącymi nieśmiertelności i czy w świecie Morgana mają one sens. Może jednak przez ich spełnienie stracimy nasze człowieczeństwo, a nasza natura przybierze całkiem inną, raczej nie w pozytywnym sensie, postać? Czy wciąż przedłużane życie może kiedyś się znudzić, spowszednieć, a przede wszystkim stracić wartość? Nieśmiertelność to tutaj efekt rozwoju nauki, ale w pewnym momencie człowiek staje się wręcz panem życia i śmierci (bogiem?). Autor bardzo dobrze poradził sobie z tematem religijności - fakt, że chrześcijanie wierzą w życie po życiu i decydują się nie wracać, nie robić kopii swojej osobowości. A ja też zaczęłam się zastanawiać czy chciałabym wciąż odradzać się w takim świecie.
W Modyfikowanym węglu panuje kult pieniądza, który zdaje się nigdy nie umierać - ponownie to bogaci czerpią najwięcej, a dając im nieśmiertelność obserwujemy ciągłe pragnienie władzy tylko dla siebie przez całą wieczność. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią.
Ze scen, które szczególnie zapadły w pamięci świta mi przede wszystkim jedna: rozmowa z samym sobą. Mocna i ciekawie poprowadzona.
Zdecydowanie jedne z najsłabszych momentów książki to budowanie więzi międzyludzkich oraz sceny stosunków seksualnych. I jeżeli już przy tym jesteśmy to: te postaci same w sobie nie były interesujące, nie dało się polubić z nimi przebywać. Z drugiej strony, może to było zamierzone? Żeby właśnie były takie zdystansowane, niezaangażowane w życie, które jest tylko kolejną przygodą, po której nastąpi kolejna. Za to ciekawym zabiegiem było umieszczenie w centrum wydarzeń śledztwa. Obserwowanie jak to może wyglądać w tej wizji przyszłości ciągle napędzało akcję i trzymało czytelnika w napięciu.
Także uważam, że Modyfikowany węgiel to naprawdę dobra pozycja z gatunku dystopii. Ma świetny pomysł na świat przedstawiony i wątek detektywistyczny, natomiast trochę kuleje pod względem budowania bohaterów i ich relacji. Jednak warto po nią sięgnąć.

Moja ocena: 7/10



*Królestwo*
Szczepan Twardoch

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* historyczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 352
*Wydawnictwo:* Literackie
Mnie interesuje przeżycie, nie walka. Chcę żyć, żeby móc dalej nienawidzić.
*Krótko o fabule:*
Ryfka ma jeden cel — przetrwać. W swojej kryjówce pielęgnuje na wpół przytomnego Jakuba Szapirę, który niczym nie przypomina niegdysiejszego postrachu stolicy. Kobieta nocami wychodzi na gruzowisko, którym po polskim powstaniu stała się Warszawa. Zdobywa pożywienie, obmyśla plan dalszej ucieczki, pieniądze wymienia na coś znacznie cenniejszego — na broń. Jej oczy widzą upadek dawnego „królestwa” Szapiry, jej nozdrza rozpoznają zapach porzuconych resztek jedzenia, jak i trupi odór, a do jej uszu dochodzą coraz to nowe pogłoski. Podobno pod ruinami byłego getta żyje nieomal mityczny Ares, krwią podpisujący swoje nazistowskie ofiary
Dawid, syn Szapiry, przeżył wywózkę z Umschlagplatz. O losie ojca niewiele wie, bo też mało go on obchodzi. W ukryciu wspomina dawne czasy i przedwojenną potęgę Jakuba. Spotkał w życiu wielu złych ludzi, ale nikt nie jawi mu się gorszym niż Jakub Szapiro….
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Wiadomość o kontynuacji głośnego Króla spadła na mnie niespodziewanie. Było to jednak wyjątkowo przyjemne zaskoczenie, bo ta pierwsza książka Twardocha, którą przeczytałam zrobiła na mnie spore wrażenie (LINK do mojej opinii). Co prawda, podobno najlepsze jego powieści przede mną, ale wszystko po kolei.
Tym razem przenosimy się w czasy II wojny światowej i będziemy poznawać wydarzenia z dwóch perspektyw - Ryfki, byłej ukochanej Jakuba Szapiry oraz Dawida, jednego z jego synów. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że tutaj o wiele lepiej jest znać poprzednią powieść przed Królestwem, bo są one mocno powiązane. Warto wiedzieć jak wyglądała geneza tej historii.
Po nowej książce Twardocha spodziewałam się czegoś podobnego, co otrzymałam w Królu. Tym razem jest jednak inaczej. Nie będzie już gangsterskich porachunków, warszawskiego świata znanego sprzed wojny, hucznych balang i hektolitrów alkoholu. Tym razem przenosimy się w sam środek wojny, a towarzyszą nam wciąż walcząca o przetrwanie Ryfka i przechodzący sporą przemianę Dawid. I tutaj Twardoch szykuje fabularną niespodziankę, jednak zadziwia trochę mniej niż ta w Królu. Najmocniejszą stroną Królestwa są bezpośrednie opisy wydarzeń z tamtych czasów, autor zdecydowanie wie jak pogrywać sobie z emocjami czytelnika. Są tutaj takie sceny, które zostają w pamięci na długo po odłożeniu książki, jak ta w pociągu, kierującym się do obozu czy krótka historia kobiety w chabrowej sukience. Książka ta jest o wiele bardziej stonowana niż Król, a co za tym idzie o wiele bardziej depresyjna. Wydaje się jakby świat nadał był tak brudny i okrutny jak w poprzedniczce, jednak przedstawione jest to nieco inaczej. Twardoch sporo miejsca poświęca pokazaniu zachowań Polaków, Niemców i Żydów podczas wojny, ale przede wszystkim możemy zobaczyć, że każdy bohater chce przetrwać ten straszny czas i radzi sobie z tym na swój sposób. I każdy błądzi, postępuje niemoralnie, ale czy w takich warunkach można inaczej? Królestwo to dobra kontynuacja Króla, chociaż dla mnie plasuje się o oczko niżej od poprzednika. Jakub Szapiro, do którego się przyzwyczailiśmy w poprzedniczce zszedł an drugi plan, a do jego syna trudniej było się przywiązać. Za to styl autora niezmiennie pomaga nam wciągnąć się w jego historię.

Moja ocena: 7/10


sobota, 18 maja 2019

#KącikAliny - Opisując życie w 101 książkach, czyli „A Life in Books: Rise and Fall of Bleu Mobley” Warren Lehrer

Czytając opis tej książki wiedziałam, że czeka mnie ciekawa literacka podróż. Otóż: życie głównego bohatera opisywane jest tutaj przy pomocy 101 napisanych przez niego książek - zaczynając od powieści stworzonych za młodzieńczych lat, a kończąc na ostatniej pozycji wydanej już w więzieniu.  

All around me I hear the dreams of my neighbours.

Warren Lehrer, który poza napisaniem tego książkowego tour de force, również zaprojektował zawarte w niej okładki książek Bleu oraz ilustracje, to często nagradzany artysta-pisarz. Jego praca nie była mi dotąd znana, a zdecydowanie powinna! W „A Life in Books” Lehrer prezentuje fikcyjny obraz autora, Bleu Mobley, który w więzieniu postanowił nagrać historię swojego życia. Autor przeplata nagrania z elementami pochodzącymi z bibliografii Bleu, która liczy (tak, zgadliście) 101 pozycji. Jego pierwsze książki, wydawane jeszcze w szkole średniej, mają głównie za zadanie pomóc w usprawiedliwieniu nieobecności ojca w życiu Bleu, a także pomóc w wyrażeniu wdzięczności względem matki. Ostatnie książki odnoszą się do bardziej kontrowersyjnych tematów, często nawet politycznych. Obok każdej okładki zaprojektowanej przez Lehrera, znajduje się krótki opis fikcyjnego wydawcy, a pod tym fragment książki. Już pierwsze dzieła Bleu wskazują na jego chęć eksperymentowania z tradycyjną powieścią. Niektóre z jego innowacyjnych pomysłów to: książka, która jest jednym długim zdaniem; kolorowanka dla dzieci ukazująca zbrodnie wojenne; książka z małym telewizorkiem, by oglądać, co dusza zapragnie, podczas gdy inni podziwiają obszerność „czytanej” powieści; książka o mężczyźnie, który postanawia pozwać do sądu siebie samego; czy nawet zwój zawierający długie, nocne przemyślenia bezimiennego pisarza. 


„A Life in Books” to zdecydowanie ambitna książka, w której Lehrer mógł, w zależności od wybranego gatunku, bawić się narracją, nawet wychodzić poza granice tradycyjnych form oraz zgłębiać psychikę różnorodnych postaci. To właśnie one dominują w powieści Lehrera - każda z 101 książek opowiada o różnych bohaterach, a do tego jest jeszcze Bleu, jego przyjaciele i rodzina. A jednak wszyscy zdają się być kompletni, prawdziwi i świetnie zarysowani. Potrafią rozbawić, rozgrzać serducha, a czasem zwyczajnie rozczarować. Zdaje się, że Lehrer nie pominął żadnego gatunku literackiego: od science fiction przez manifesty do interaktywnych powieści. To tylko upewnia nas o szerokim wachlarzu jego umiejętności. Pokazuje on również jak często wygląda praca pisarza: samotna, a zarazem opierająca się na doświadczeniach zasłyszanych przy kawie. Bleu czerpie inspiracje z otaczających go ludzi, to oni i ich historie często popychają go do napisania kolejnej książki.  


Maybe if I had your imagination and your abilities, I’d be a miserable son of a bitch too.

Oczywiście, przy tej pozycji grzechem byłoby nie powiedzieć o ilustracjach, a są one przemyślane, idealnie wpisujące się w tematy książek i, choć nie ocenia się po okładkach, to jednak widząc takie z pewnością sięgnęłabym po dzieła Bleu Mobley. A to może niedługo się spełnić, ponieważ Lehrer pracuje właśnie nad wydaniem jednej z powieści Bleu z „A Life in Books”, którą będę musiała zdobyć!


„A Life in Books” to gratka dla oczu i umysłu. Nie ma tu nużących przemyśleń, choć są zdania, które dają do myślenia. Ilustracjom chce się przyglądać, a humor przeplatający się przez całą powieść zachęca do dalszej lektury. Oprócz uczucia niesamowitego, unoszącego mnie lekko nad ziemią doświadczenia wynikającego z przeczytania książki, zostają mi również dwa słowa, które z mojego słownika prędko nie znikną: „Holy crapoly!”  

Więcej o autorze i jego dziełach znajdziecie tutaj: https://warrenlehrer.com


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka