wtorek, 21 czerwca 2022

Teatralne pół roku

Pierwsza połowa roku już prawie za nami i chociaż czytelniczo nie był to dla mnie najbardziej owocny okres, to pod względem teatralnym zaliczam go do bardzo udanych. Odwiedziłam kilka różnych teatrów, a większość obejrzanych spektakli okazała się strzałem w dziesiątkę. Początkowo, nie miałam zamiaru wracać do tych wszystkich tytułów, ale brak chociażby słowa o tak świetnych przedstawieniach jak Cesarz (Teatr Capitol) byłoby dużym błędem. Gromadzę zatem moje odczucia w zbiorczy post i postaram się krótko napisać na które tytuły warto zwrócić uwagę.

Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie, reż. Agata Kucińska 
(AST Wydział Lalkarski we Wrocławiu)
źródło

Pierwszym spektaklem obejrzanym w tym roku był spektakl dyplomowy studentów Wydziału Lalkarskiego we wrocławskim AST o nazwie Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie w reżyserii Agaty Kucińskiej. Nazwisko reżyserki zapewne wielu wrocławskim fanom teatru jest znane. Wszystko za sprawą Blaszanego Bębenka, gdzie Agata Kucińska wciela się w postać Oscara przy użyciu lalki tintamareski. Jeżeli jeszcze nie byliście, to koniecznie wybierzcie się do Capitolu na ten spektakl. Już samo podziwianie zdolności lalkarskich aktorów jest tego warte.

Zazwyczaj, wybierając się na spektakle dyplomowe obniżam lekko swoje oczekiwania. Wiem, że będę oglądała młodych ludzi, którzy znajdują się jeszcze na początku swojej ścieżki kariery. W przypadku przedstawienia Pomiłość zupełnie niepotrzebnie to zrobiłam. Całość to czysta przyjemność, eksplozja świeżości, młodzieńczego zapału i pomysłowości. Aktorzy przenoszą nas w przyszłość, gdzie nie ma już miłości, takiej, jaką znamy. Grupa bohaterów postanawia jednak zgłębić przeszłość. Za pomocą technologii VR przeżywają historie romantyczne naszych czasów z ich ekscytującą, barwną stroną, a także licznymi rozczarowaniami. Forma „podróży w czasie” pozwala na wprowadzenie wielu różnych scenek, w których poszczególni aktorzy mogą zabłysnąć. Scenki te robią ogromne wrażenie, są zgrabnie napisane, świetnie zagrane i zachwycające od strony technicznej. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej. Do moich ulubionych fragmentów zalicza się ten, który miał miejsce w sanatorium. Pomysł na zrobienie własnej wersji gry, tzw. „piłkarzyków”, używając lalek  petarda! Muszę też wyróżnić Nikolę Czerniecką, bo ta dziewczyna wprowadza prawdziwą magię do etiud, ma masę charyzmy i na pewno będę śledzić jej dalsze poczynania sceniczne. Jedyne, czego mogłabym się przyczepić, to że może trochę brakowało mi jakiejś iskry w scenach grupowych, może większego zgrania, ale to i tak jeden z najprzyjemniejszych wieczorów spędzonych w teatrze w tym roku.

Cesarz, reż. Cezary Studniak
(Teatr Capitol we Wrocławiu)
źródło

W Capitolu dorwałam bilety na świeżutką premierę, czyli Cesarza w reżyserii Cezarego Studniaka. Trochę byłam przerażona wizją przenoszenia książki Kapuścińskiego na deski, bo w końcu spora część mocy tej opowieści tkwi w języku i zabiegach literackich, którymi autor sprawnie operuje. Tym większe było moje zaskoczenie, że wrocławscy artyści poradzili sobie z tą historią aż tak dobrze. Na scenie publiczność ogląda opowieść o zachłyśnięciu się władzą, opresji społecznej i najgorszych stronach ludzkiej natury. Ta wersja Cesarza jest w sporym stopniu wierna swojemu pierwowzorowi i wiele epizodów udało się z sukcesem przenieść na deski teatru. Przykładowo, scena przyjmowania zagranicznych delegatów, kiedy mieszkańcy kraju głodują i czekają na resztki ze stołu  robi równie piorunujące wrażenie jak ta opisana w książce.

Ciekawie wypada tytułowa postać, w którą wciela się Mikołaj Woubishet. Cesarz w jego wykonaniu jest niemą figurą (przez większość czasu), ubraną w nieskazitelnie biały strój, o której reszta bohaterów opowiada, która budzi ich zgrozę, której starają się przypodobać. Wszyscy aktorzy radzą sobie świetnie, nie ma większego sensu nikogo wyróżniać (chociaż ja mam słabość do Heleny Sujeckiej i to ona kradła moją uwagę). Muzyka idealnie koresponduje z wydarzeniami na scenie, a choreografia pozwala na podkreślenie okrucieństwa świata przedstawionego. Cesarz, mimo moich początkowych obaw, okazał się kolejnym świetnym tytułem w repertuarze teatru i premierą, którą po prostu warto obejrzeć.

We wrocławskim Capitolu udało mi się również złapać Alicję, która przyniosła sporo uśmiechu. To na pewno spektakl, na którym dorośli mogą bawić się równie dobrze (jeśli nie lepiej), co młodsi widzowie. Na tegorocznym PPA dotarłam jedynie na finał piosenki aktorskiej. Zachwycił mnie w tym roku pomysł na prowadzenie gali, z wyświetlanymi wiadomościami od zwycięzców poprzednich edycji. Niestety, sam koncert z utworami Mirona Białoszewskiego już nie porwał, tak jak ten z poprzedniego roku. Na usprawiedliwienie  ostatnim razem na przeglądzie widziałam genialnego Ralpha Kamińskiego z utworami Kory, więc ciężko takie wydarzenie przebić.


Historia miłosna, reż. Wojciech Malajkat
(Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu)

Wojciech Malajkat wyreżyserował w opolskim teatrze intymną opowieść o miłości. Mam wrażenie, że adaptacji teatralnych w tym rodzaju jest coraz mniej. Takich, które pozbawione są efekciarstwa, a skupiają się na opowiadanej historii i emocjach bohaterów. W ten wieczór w Opolu twórcom udało się przypomnieć na czym polega magia teatru.

W Historii miłosnej poznajemy dwie kobiety, które spotykają się przypadkiem i zakochują się w sobie. To ich wątek będzie trzonem spektaklu. Fabuła jest linearna, oglądamy chronologiczną opowieść, ale zastosowane zostały przeskoki w czasie, dzięki czemu historia rozciąga się do kilkunastu lat. Aktorzy przechodzą na naszych oczach metamorfozy, zmieniają się pod wpływem wydarzeń i ukazują nam różne oblicza tego samego bohatera. Warto zaznaczyć, że pomysł na scenografię okazał się strzałem w dziesiątkę i pomógł w ekspresowych zmianach miejsca i czasu akcji. Na środku sceny postawiona została ruchoma konstrukcja, która po obrocie staje się mieszkaniem dziewczyn, kawiarnią czy wnętrzem gabinetu lekarskiego

Usiłowanie streszczenia fabuły tego spektaklu zdecydowanie umniejszyłoby opolskiej realizacji. Może ta historia wydawać się typowym melodramatem, ale dzięki wprowadzeniu humorystycznych dialogów i  odpowiedniego poprowadzenia postaci, całość nabiera lekkości. Śmiejemy się z aktorami i cieszymy ich szczęściem, a za chwilę wylewamy łzy nad ich losem. 

Tekst spektaklu podkreśla jakie konsekwencje niosą ze sobą niedotrzymane obietnice. Zobaczymy, że miłości nie da się kontrolować. Zaangażowanie Helene (Karolina Kuklińska) jest intensywne i prawdziwe tak długo jak trwa, ale bohaterka zbyt lekko rzuca słowa „na zawsze”. Po drugiej stronie stoi Katia (Katarzyna Osipuk), która podchodzi do związku zupełnie odwrotnie  wzbrania się przed zaangażowaniem, ale ulega zmianie pod wpływem entuzjastycznej Helene. Tytułowa historia to nie tylko opowieść o tych dziewczynach. To również opowieść o miłości między bratem i siostrą, miłości rodzicielskiej, miłości tragicznie utraconej. Miłość w spektaklu buduje, napawa optymizmem i dodaje skrzydeł, ale miłość też niszczy, rozczarowuje i przeraża. A na pewno znacząco wpływa na życie każdego z bohaterów.

Opolski spektakl pozbawiony jest zbędnych środków, stawia na odpowiednio zagrany komediodramat i tym samym pokazuje, że wzbudzenie emocji w widzach może odbyć się bez używania wielu efektów specjalnych. Malajkat bardzo dobrze poprowadził swoich aktorów, każda z postaci jest charakterystyczna, ich zmiany są wiarygodne i wynikają z odpowiednio rozczytanych motywów i celów. Może najmocniejszym elementem miała być historia dwójki kobiet, ale uwagę kradnie postać brata i jego wątek. Trudno było przejść obojętnie obok dramatu bezbłędnie zagranego przez Karola Kossakowskiego i Magdalenę Maścianicę. Tych emocji na pewno długo nie zapomnę.

Recitale Mariusza Kiljana (Teatr Polski Wrocław), Rzeźnia numer pięć (Teatr Współczesny Wrocław), Król (Teatr Polski Warszawa), Sługa dwóch panów (Teatr Dramatyczny Warszawa), Na wschód od Hollywood (Teatr Rampa Warszawa)

W Teatrze Polskim we Wrocławiu udało mi się pojawić dwukrotnie i za każdym razem wybór padł na recital Mariusza Kiljana. Jeżeli ktoś interesuje się piosenką aktorską to musi znać tego aktora. Ma swój niepowtarzalny styl prowadzenia utworów, jest pełen ekspresji. Gdziekolwiek  wibracje na temat Grechuty to pomysł na pięknie spędzony wieczór, ze znanymi piosenkami w nowych aranżacjach, wszystkie cudownie zaśpiewane. 20 najśmieszniejszych piosenek na świecie to wznowienie, które również udowadnia jaki talent ma Kiljan. W tym krótkim spektaklu aktor przechodzi z postaci w postać w ciągu kilku sekund co robi piorunujące wrażenie. Ten tytuł jest również mocno komediowy, więc jeżeli macie ochotę się pośmiać to aktor na pewno dostarczy Wam do tego powodów. Ja jestem większą fanką Gdziekolwiek, ale oba spektakle warto obejrzeć.

Rzeźnia numer pięć w reżyserii Marcina Libera to świetne przedstawienie i jeden z najlepszych tytułów w repertuarze Teatru Współczesnego. Książkę Vonneguta czytałam już dawno temu, ale spektakl okazał się bardzo wierny pierwowzorowi. Co nie jest takie łatwe  kto czytał, ten wie. Rzeźnia numer pięć złapała moją uwagę od pierwszych scen, aktorzy Teatru Współczesnego wytworzyli między sobą niesamowitą chemię, oglądanie ich to była czysta przyjemność. Dodatkowo, scenografia, kostiumy, gra światłem i muzyka  wszystko to dopełniało spektakl, tworząc satysfakcjonującą całość. Ostrzegam tylko, że czas trwania może niektórych pokonać, bo to ponad trzy godziny. Polecam się zatem przygotować i przyjść wypoczętym. I jeżeli przeszkadza Wam dym papierosowy to radzę usiąść w dalszych rzędach. Sam spektakl gorąco polecam, szczególnie fanom książki.

źródło

W jeden z weekendów wybrałam się również do Warszawy, gdzie udało mi się obejrzeć trzy spektakle. Pierwszym był Król na podstawie książki Twardocha w reżyserii Moniki Strzępki i to ten tytuł zrobił na mnie największe wrażenie. W końcu udało mi się zobaczyć Andrzeja Seweryna na scenie i to niezapomniane przeżycie, aktor jest prawdziwie hipnotyzujący. Historia trzyma się fabuły znanej z książki, ale oczywiście potrzebne były pewne skróty, żeby zmieścić się w ograniczonym czasie. Ja czytałam pierwowzór, więc nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem treści, ale podczas przerwy słyszałam kilka uwag na ten temat, więc polecam się zapoznać z Królem Twardocha przed wizytą w teatrze. Choć spektakl jest długi oglądałam go z niegasnącym zainteresowaniem, zrealizowany został z rozmachem. Świetnie wypadł obraz Warszawy lat minionych, kilka aktorskich występów zapada głęboko w pamięci (Krzysztof Dracz jako Kum!), a sceny w spowolnieniu wyszły moim zdaniem bardzo efektownie.

Drugim spektaklem był Sługa dwóch panów w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. To commedia dell'arte, podczas której trudno nie wybuchnąć kilkukrotnie śmiechem. Tekst Carlo Goldoniego zawiera sporo humoru sytuacyjnego, jednak skupia się oczywiście na zabawnych postaciach. Jak na typową commedię dell'arte przystało aktorzy grają również w maskach, zdarza im się improwizować i przede wszystkim świetnie się bawią na scenie, dzięki czemu i widzowie dobrze się czują. Prym wiedzie Krzysztof Szczepaniak, który w roli sługi jest przezabawny. Dobrze spędzony wieczór w teatrze, polecam dla osób szukających dość prostej rozrywki i dawki humoru. Niestety, już tak zabawnie nie było na spektaklu Na wschód od Hollywood, który nie trafił w moje gusta. Spektakl napisany został przez Tomasza Jachimka, znanego polskiego kabareciarza. Temat wydawał się ciekawy, bo przedstawienie to losy początkującego aktora, który opuścił mury szkoły i marzy o graniu w teatrze. Realizacyjnie nie porywa, a żarty są mocno „kabaretowe”. Epizodyczne role zagrają nawet znani polscy kabareciarze, jak Abelard Giza. Jeżeli jesteście fanami tego humoru to może Wam się spodobać.

Życzę wszystkim samych pięknych teatralnych przygód w drugiej połowie roku!

wtorek, 7 czerwca 2022

„Miasteczko Middlemarch” George Eliot – wielkie marzenia mieszkańców niewielkiej prowincji

Miasteczko Middlemarch
George Eliot

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1871
Liczba stron: 1040
Wydawnictwo: MG

My, śmiertelni, kobiety i mężczyźni, przełykamy wiele zawodów między śniadaniem a kolacją, powstrzymujemy łzy, usta nam bieleją, a zapytani odpowiadamy: 'Och, nic takiego!'. Wspomaga nas duma, a duma wcale nie jest zła, jeśli tylko skłania nas do ukrywania własnych ran, nie zaś do zadawania ich innym.
 

Opis wydawcy

Dzieją się w Anglii lat 20 XIX wieku, rzeczy ważne, a miasteczko Middlemarch, tak jak każde prowincjonalne miasteczko, jest tych wielkich przemian mini sceną, toteż historia toczy się wraz z wątkiem romantycznym i kryminalnym. Losy miasteczka Middlemarch są historycznie i ekonomicznie splecione z losami okolicznej społeczności, mieszkańcami sąsiednich dworów i należących do nich farm.


Moja recenzja

Miasteczko Middlemarch to jeden z klasyków literatury, często wychwalany przez krytyków i bardzo różnie odbierany przez czytelników. W rankingu 100 najlepszych brytyjskich powieści, który ukazał się w 2015 roku, otrzymał zaszczytne pierwsze miejsce (źródło). Autorką książki jest Mary Ann Evans, która ukrywała się pod pseudonimem George Eliot (imię pożyczyła od miłości swojego życia). Wieść niesie, że jej ojciec uważał córkę za słaby materiał na żonę, dlatego od wczesnych lat postawił na jej edukację. Szkoliła się przede wszystkim w filozofii i teologii, oprócz tego sporo czytała. Porządne wykształcenie zaprowadziło ją do kariery redaktorskiej. Mary Ann Evans jako dorosła kobieta przeciwstawiała się ówczesnym tradycjom, była agnostyczką, żyła w wolnym związku z zamężnym George'm Lewesem. Postanowienie pisania pod pseudonimem było podyktowane chęcią ochrony przed oceną jej twórczości przez pryzmat skandalów, które towarzyszyły jej życiu prywatnemu. Autorka napisała łącznie siedem książek, z czego najsłynniejszą jest Miasteczko Middlemarch. Było ono wydawane partiami w latach 1871-1872, podzielone na osiem części.

Moja przygoda z lekturą przechodziła przez kilka etapów. Podeszłam do niej optymistycznie i historia Dorotei, czyli pierwszy tom o nazwie Panna Dorotea Brooke, szybko mnie wciągnęła. Fabuła z czasem zaczyna się mocno rozgałęziać, a wraz z tym mój czytelniczy zapał zaczął słabnąć. Skończyło się na tym, że początkowe 200 stron czytałam łącznie kilka miesięcy. Trudno było się zaangażować, a ciągłe wprowadzenie nowych postaci tworzyło mętlik w głowie. Na szczęście, później zupełnie wsiąknęłam w tę historię, zaczęłam doceniać język powieści i ponadczasowe przemyślenia o ludzkich namiętnościach.

W Miasteczku Middlemarch poruszanych zostaje wiele różnych tematów, ale dla mnie jest to historia o życiowych ambicjach, związanych z nimi oczekiwaniach oraz rozczarowaniach. Bohaterowie maja konkretne cele, do których dążą, a autorka nas o nich wprost informuje. Równocześnie pojawiają się przed nimi przeciwności losu, które powstrzymują ich przed zrobieniem kroku naprzód  doktor Lydgate nie może zaangażować się w rozwój kariery, bo życie małżeńskie zaczyna wpływać negatywnie na jego finanse, Dorotea nie może spełniać swoich marzeń przez pewien mały zapis w testamencie, Fred Vincy nie może zalecać się do Mary, nie obrawszy wcześniej ścieżki kariery. Czasami na drodze do spełnienia stają popełniane przez bohaterów błędy, innym razem zrządzenie losu. Ważnym elementem okaże się umiejętność pójścia na kompromis  niektórzy finalnie osiągają założone cele jedynie w pewnym stopniu. Muszą pogodzić się z tym, że wyobrażenia o przyszłości często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, a człowiek nie jest w stanie wszystkiego zaplanować. 

powieść wydawana była w częściach, w latach 1871-1872, źródło

Powieść ma wolne tempo, autorka pozwala sobie na rozciąganie świata przedstawionego, wprowadzając coraz to nowe postaci i wydarzenia z nimi związane. Przyznaję, że sama w pewnym momencie się zgubiłam i byłam zmuszona do wyszukania w sieci schematu, na którym opisane były relacje między mieszkańcami Middlemarch. Na szczęście to szybko pomogło wrócić na dobre tory. Bohaterowie przedstawieni są wnikliwie, to postacie wielowymiarowe, a ich motywacje są jasno wytłumaczone. Usłyszałam już kilka głosów, że Dorotea jest ulubienicą czytelników i zupełnie mnie to nie dziwi. To silna bohaterka, która mimo wielu ciosów od losu wciąż emanuje dobrą energią i szuka okazji do pomocy innym. Trudno jednak nie docenić tych bardziej dramatycznych bohaterów, jak Lydgate, którego życie potoczyło się zupełnie inaczej niż sobie to zaplanował. Nawet Casaubon, który z dalszej perspektywy wydaje się negatywną postacią, po bliższym zgłębieniu powinien zostać określony bohaterem tragicznym. Eliot nie zapomina, że każdy z nas złożony jest z wielu doświadczeń i pragnień, które formują człowieka i wpływają na jego zachowanie.

Miasteczko Middlemarch ma w swoim sercu trzy historie miłosne, od których wychodzi reszta rozgałęzień. Te trzy podstawy przenikają się i wpływają na siebie, kształtując przy okazji obraz społeczeństwa prowincjonalnego miasteczka. W powieści zostanie przedstawione zupełnie inne podejście do wątków romantycznych, niż to, które znamy z prozy Austen czy Bronte. W tym przypadku śledzimy poczynania par również po etapie zakochania i wstępnej fascynacji. Początkowo bohaterowie wyobrażają sobie przyszłe życie jako usłane różami i angażują się w relacje z partnerem, podtrzymując obraz tej fantazji. Niestety, życie mocno ich doświadcza, okazuje się, że osoba po drugiej stronie nie jest identyczna z wyimaginowanym partnerem. Przynajmniej na przykładzie dwóch par możemy oglądać skutki nieszczęśliwego małżeństwa. Pamiętając o czasie akcji, czytelnikowi po prostu jest szkoda bohaterów duszących się w związkach, z których nie mają ucieczki. Zmuszeni są zaakceptować swoją sytuację, żeby nie być źródłem skandalu. 

Lektura Miasteczka Middlemarch ma zatem sporo do zaoferowania. Dla mnie to kolejna klasyka, która zasłużenie zajmuje miejsce w kanonie, a poruszane w niej tematy są wciąż aktualne, jak wątek walki o władzę czy pragnienia osiągnięcia sukcesu zawodowego z przeszkadzającym w tym życiem prywatnym. Dodatkowo, wiele jest tutaj ciekawych obserwacji na temat małomiasteczkowego społeczeństwa  zmiany w takim miejscu postrzegane są przez mieszkańców jako coś negatywnego, a plotki błyskawicznie potrafią zniszczyć obraz obgadywanej osoby. Wszystko to możemy spotkać po dziś dzień wokół nas. Natomiast czytanie tego w formie zaproponowanej przez George Eliot to prawdziwa uczta. Wydaje mi się, że to powieść do której można wracać i za każdym razem znajdować w niej coś nowego.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

wtorek, 3 maja 2022

„Wiek niewinności”, „Fałszywy pieśniarz” oraz „Ostatnia na imprezie” – książki przeczytane w kwietniu

Mam nadzieję, że w końcu wrócę na tory, przyłożę się bardziej do opinii i będę pisać je na bieżąco. Na razie jednak muszę się ratować tymi podsumowaniami z krótkimi recenzjami. Oby ten post był ostatnim tego typu!

Zanotuję tylko ciekawe spostrzeżenie: bardzo dużo czytam w tym roku książek, których autorkami są kobiety. Masłowska, Lebowitz, Rooney, Czajka-Kominiarczuk, a teraz trzy kolejne. Zupełnie nieplanowane, wychodzi mimochodem. Podoba mi się!


Wiek niewinności
Edith Wharton

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1920
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: WAB

Podziwiam twoje pokolenie za to, że miało czas, by znać prywatne myśli drugiej osoby, a my nigdy nie mamy czasu, by choćby poznać swoje własne.

 

 

Opis wydawcy

Lata 70. XIX wieku – do hermetycznego światka nowojorskiej socjety wraca z pobytu w Europie młoda hrabina Ellen Olenska. Najprawdziwsza femme fatale, która przed laty odważyła się odejść od męża brutala, wywołując tym niemały skandal wśród arystokratycznych rodów, w których ściśle przestrzega się kodeksu wyrafinowanych zachowań i manier. Niegdyś jedna z nich, dziś jawnie pogardza przyciasnym gorsetem pozorów i konwenansów, demaskując panującą w środowisku hipokryzję.


Moja recenzja

Edith Wharton była pierwszą kobietą, która została uhonorowana Nagrodą Pulitzera. Dostała ją właśnie za powieść Wiek niewinności, napisaną w latach 20tych zeszłego wieku. Był to czas gwałtownego rozwoju technologicznego, krótko po zakończeniu I wojny światowej, ale Wharton postanowiła zostawić współczesne jej czasy i akcję swojej powieści umieściła w latach 70tych XIX wieku. Dla ówczesnych czytelników, otoczonych wynalazkami – samochodami czy telefonami – była to zatem sentymentalna podróż w czasie. Niby niedaleka, a okazuje się, że okresy te dzieliła przepaść.

Na pewno moc Wieku niewinności tkwi w dbałości o szczegóły. Wharton odmalowuje minione czasy przykładając uwagę do detali, dzięki czemu łatwo jest nam przenieść się na wystawne kolacje czy do wypełnionych po brzegi oper. Socjeta Nowego Jorku jest barwna i zepsuta, przechodzi codziennie przez powtarzające się rytuały, związane z utrzymaniem odpowiedniego statusu w społeczeństwie. Mieszkańcy podczas składanych wizyt wytykają towarzyszom błędy, które sami popełniają. Ten bohater zbiorowy jest w przypadku powieści bardzo ważny, bo pokazuje obraz społeczeństwa, który skazuje bohaterów na życie w niespełnieniu.

Historia miłosna zawarta w książce powtarza dość typowy trop, znany z gatunku romansu. Newland Archer to młody dżentelmen, który ma poślubić May Welland. Na drodze do szczęścia staje im kuzynka dziewczyny, hrabina Oleńska. Będziemy zatem śledzić perypetie tej trójki osób, zaplątanych w trójkąt miłosny. Piękne są opisy scen między Archerem a Oleńską, autorka skupia się na delikatnych gestach, zniuansowanych spojrzeniach, które tak w klasycznych romansach lubimy. Świetnie są również zarysowane te główne postacie, konflikt jest ciekawy, a akcja toczy się z lekkością. Dodatkowo, styl autorki sprawia, że czyta się to nad wyraz przyjemnie. Zdecydowanie klasyk, który warto nadrobić.



Fałszywy pieśniarz
Martyna Raduchowska

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2019
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Uroboros

Czasem nierealne marzenie może stać się bardzo realnym koszmarem.
 

 

Opis wydawcy

Ekipa śledcza Wydziału Opętań i Nawiedzeń wkracza do ogrodu Kusiciela, aby odkryć ostatni element układanki. Ekshumacja zwłok nieznanego mężczyzny daje początek serii tragicznych wydarzeń. We Wrocławiu dochodzi do przerażających samobójstw, mroczna przeszłość Kruchego powraca, by upomnieć się o jego duszę, Ida zaś przekonuje się, że dar szamanki od umarlaków w niepowołanych rękach grozi katastrofą, a życzenia potrafią być niebezpieczne szczególnie wtedy, gdy się spełniają…  


Moja recenzja

Mam listę kilku polskich autorów fantastyki, których lubię i chętnie śledzę ich literackie poczynania. Ponad dziesięć lat temu sporo czytałam tego typu książek, dzięki czemu mam pewien ogląd, na których autorów warto zwracać uwagę. To w tamtych czasach natknęłam się w bibliotece na tytuł Szamanka od umarlaków Martyny Raduchowskiej, która rozpoczyna cykl historii o Idzie. Jedyny szkopuł jest taki, że na kolejne części trzeba było długo czekać!

Pamietam, że wówczas lektura spodobała mi się od pierwszych stron, między innymi za sprawą miejsca akcji. Wydarzenia rozgrywają się we Wrocławiu, mieście, w którym od wielu lat mieszkam. Jest to zatem ekscytujące kiedy Ida odwiedza pobliski cmentarz, żeby rozprawić się w nim z siłami zła. Jednak to tylko ta wisienka na torcie serii. Na szczycie pozytywów znajduje się również styl autorki – Raduchowska piórem włada sprawnie, dialogi kreuje naturalne, a opisy wnikliwe. Fabularnym punktem wyjścia jest śledztwo w sprawie serii tajemniczych zgonów. Ida dodatkowo boryka się z osobistymi problemami, związanymi ze snami. Intryga prowadzona jest zręcznie, wiele tropów ładnie się zazębia. Bohaterowie natomiast to ponownie świetni towarzysze przygody. W kategorii rozrywkowej polskiej fantastyki to trylogia Szamanki od umarlaków radzi sobie świetnie. Ja natomiast chętnie sięgnę również po inne książki autorki.



Ostatnia na imprezie
Bethany Clift

Gatunek: science-fiction
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 440
Wydawnictwo: Rebis

Gdybym siebie nie znała, pomyślałabym, że to obraz szczęśliwej i zadowolonej z życia kobiety. Możliwe, że wreszcie staję się szczęśliwą i zadowoloną z życia kobietą.

 

 


Opis wydawcy

Ludzkość wymiera za sprawą wirusa o nazwie 6DM – „sześć dni maksimum” – najwyżej tyle przeżywa zakażony nim człowiek. W Londynie udaje się jakimś cudem przetrwać jednej kobiecie. Całe życie spychała własne pragnienia na dalszy plan, ukrywała uczucia i rozpaczliwie próbowała dopasować się do innych. Jest zupełnie nieprzygotowana na to, by samotnie stawić czoło przyszłości.


Moja recenzja

Książka Ostatnia na imprezie potwierdziła fakt, jak ważne jest odpowiednie dobranie lektury i dopasowanie jej do gustu czytelnika. Od dłuższego czasu miałam sporo szczęścia w swoich wyborach, nic mnie specjalnie nie odstraszało, bywały lepsze i gorsze pozycje, ale bez spektakularnych porażek. W przypadku tej książki przed czytaniem sprawdziłam szybko oceny na portalu Goodreads (ponad 4 na 5 gwiazdek!) i kilka opinii na jej temat. Dodatkowo wołało mnie z okładki „.. podnosząca na duchu książka o końcu świata”. Niestety, nie podniosła ani o milimetr.

Ostatnia na imprezie to książka postapokaliptyczna, której akcja ma miejsce po światowej pandemii. Podobno autorka zaczęła ją pisać przed pojawieniem się COVID, ale później postanowiła zawrzeć i tę chorobę w swojej historii. Zatem czytamy o tym jak po pandemii, którą znamy przyszła kolejna i wybiła ludzkość. Już to może uruchomić lampkę ostrzegawczą i osobom, dla których temat pandemii jest nad wyraz wrażliwy, odradzam tę książkę

Sporo tutaj typowych tropów gatunku postapo – samotna dziewczyna przemierza wymarły świat, a konkretnie wyspy brytyjskie w poszukiwaniu jakiejkolwiek żywej duszy. Za kompana ma wiernego towarzysza, labradora. Po drodze przechodzi przez różne etapy, od chęci zupełnego odcięcia się od świata rzeczywistego, przez dzikie walki z wilkami i mewami, po próbę poradzenia sobie w tym nowym świecie. Niestety, problemów jest kilka – wszystkie te przygody są nieangażujące, a sama bohaterka zupełnie niesympatyczna. Wygląda na to, że to jedyna żyjąca kobieta i chciałoby się jej kibicować, ale przez śledzenie jej kolejnych decyzji i obserwowanie w jaki sposób traktuje otoczenie – po prostu nie da się z nią sympatyzować.

Najgorsze jest to, że oprócz gatunku postapokaliptycznego, roztargnionej bohaterki i jej dziwnych przygód, mamy jeszcze mocną makabrę. I tego zupełnie nie wiedziałam przed sięgnięciem po książkę, a żałuję, bo mógł to być element, który mnie odstraszy. Opisy są dosadne, a biorąc pod uwagę, że ludzkość padła trupem w ciągu kilku dni to możecie sobie wyobrazić tę masę ciał, jak mogą wyglądać i jaką dają przestrzeń do szczegółowego oddania sytuacji. A autorka przypomina o nich kilkukrotnie.

Z plusów, ciekawy był pomysł na przesłanie, płynące z książki. Ostatnia na imprezie jest trochę o poznaniu samej siebie, wyrwaniu się ze szponów wymagań społeczeństwa. Bohaterka podejmowała całe życie próby wpasowania się w oczekiwania, przechodziła trudności wynikające z nieumiejętności rozmawiania o problemach. Aż w końcu społeczeństwo zniknęło i może zacząć żyć po swojemu. I ta historia byłaby bardzo dobra, gdyby nie cała ohydna otoczka. Podsumowując, to raczej książka dla fanów makabrycznych historii.


poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Ludzie samotni – „W oddali” Hernan Diaz i „Gdzie jesteś, piękny świecie” Sally Rooney

W oddali
Hernan Diaz

Gatunek: literatura piękna zagraniczna
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: WAB

Oto prawdziwa religia: wiedzieć, że wszystkie żywe istoty łączy więź. Jeśli człowiek to zrozumie, nie ma czego opłakiwać, ponieważ choć niczego nie można zachować, niczego się nigdy nie traci.
 

Opis wydawcy

Młody szwedzki imigrant trafia do Kalifornii, samotnie i bez grosza. Chłopiec idzie piechotą na wschód w poszukiwaniu brata, pod prąd wielkiego strumienia emigrantów zdążających na zachód. Wykraczając poza ramy gatunkowe, Diaz proponuje wnikliwe spojrzenie na stereotypy zamieszkujące naszą przeszłość i kreśli portret radykalnej cudzoziemskości.


Moja recenzja

Kilka lat temu powieść W oddali znalazła się wśród tytułów nominowanych do Nagrody Pulitzera. Autor, Hernan Diaz, urodził się w Argentynie, ale młodzieńcze lata spędził w Szwecji, skąd później przeprowadził się do USA. Od razu nasuwa się porównanie z sytuacją wyjściową głównego bohatera książki, jak i eksplorowanym w niej tematem imigracji.

Już na samym początku przygód Håkana w nowym kraju historia obiera pesymistyczny ton, bo chłopiec zostaje rozdzielony od swojego starszego brata. Zupełnie sam na obcej ziemi, z pustymi rękami, nie zna nawet obowiązującego języka. Nie poddaje się jednak, a obiera konkretnie określony cel  odnaleźć brata. Zaczyna zatem wędrówkę przez ten ogromny kraj. Na każdym kroku czuć tutaj klimat westernu, ale jakby w krzywym zwierciadle, sprawnie przekształcony przez styl autora. Znajdziemy wiele znanych tropów – Håkan podczas wędrówki trafia do domu uciech w małym miasteczku, pomaga w wydobyciu surowców, a w sklepach wiszą jego podobizny z notatką, że jest człowiekiem ściganym. To też świat, w którym posiadanie konia jest na wagę złota. Jednak powieść bardziej przypomina anty-western, gdzie przemoc nie wiąże się z czynem bohaterskim, a raczej z największym błędem.

W oddali to powieść drogi, w której czeka nas sporo zwrotów akcji i zaskoczeń. Główna postać podczas wędrówki poznaje wielu bohaterów drugoplanowych, których autor zarysowuje raczej pobieżnie. Wydaje się to na tyle dobrym pomysłem, że zdajemy sobie sprawę kto tutaj gra pierwsze skrzypce. To historia Håkana jest najważniejsza, a inni bohaterowie tylko napędzają akcję. Dzięki temu mocniej będziemy odczuwać emocje chłopaka, a tych jest sporo i do wesołych nie należą. W oddali zarysowuje przede wszystkim obraz samotności, tak głębokiej, że na samą myśl człowiekowi chce się płakać. Młodzieniec, który nie zaznał w życiu miłości, błąkający się po obcym kraju, natykający się na wielu niegodziwych ludzi. Jego zderzenie z ludzką brutalnością i chciwością sprawia, że sam decyduje się na życie w odosobnieniu, bo to dla niego dużo lepszy wybór niż kolejna tragedia wynikająca ze zderzeniem z innym człowiekiem. Ogromnie smutna jest ta jego tułaczka, a w głowie od razu widzimy obraz imigrantów, którzy poszukują lepszego miejsca na świecie. Jednak nie zawsze mogą je odnaleźć. 

Debiut w wykonaniu Hernana Diaza to dobra porcja literatury, z jednej strony powieść surowa, realistyczna, a z drugiej przypominająca nieszczęśliwy sen. Pozostawia po sobie gorzki smak związany z ludzkim bestialstwem, które wydaje się niepojęte. Chociaż mając tyle świadectw na jego istnienie we współczesnym świecie, wciąż bardzo realne. 

Gdzie jesteś, piękny świecie
Sally Rooney

Gatunek: literatura piękna zagraniczna
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 367
Wydawnictwo: WAB

Więc oczywiście w kontekście tego wszystkiego, co się dzieje, gdy stan świata jest taki, jaki jest, a ludzkość stoi na skraju zagłady, oto ja piszę kolejnego mejla o seksie i przyjaźni. Czyż jest coś innego, dla czego warto żyć?
 

Opis wydawcy

Alice, pisarka, poznaje Felixa, pracownika magazynu wysyłkowego, i proponuje mu wspólną podróż do Rzymu. W Dublinie jej najlepsza przyjaciółka Eileen próbuje dojść do siebie po rozstaniu z partnerem i zaczyna flirtować z Simonem, mężczyzną, którego zna z dzieciństwa.


Moja recenzja

Sally Rooney to prawdziwa sensacja w literackim świecie. Trzydziestoletnia autorka ma na koncie trzy świetnie sprzedające się powieści. Poprzednia premiera, Normalni ludzie, została przeniesiona, i to z dużym sukcesem, na ekran w postaci serialu, który możecie obejrzeć na HBO. Ja jestem fanką tej ekranizacji, za to pierwowzoru nie czytałam. Natomiast mam za sobą jej debiut literacki, czyli Rozmowy z przyjaciółmi.

Styl Rooney utrzymuje poziom  przez Gdzie jesteś, piękny świecie po prostu się płynie. Czytelnik szybko przewraca kolejne strony, poznając młodych, zagubionych ludzi i ich przygody. Niektóre rozdziały są wycinkami z korespondencji mailowej przyjaciółek  Eileen i Alice. To w tych emaliach znajdziemy rozważania na tematy polityczne, społeczne czy związane z seksualnością. Jednak motorem napędowym akcji jest ponownie historia kilku związków. Autorka skupia się na intymności, relacjach międzyludzkich, zarówno tych romantycznych, jak i przyjacielskich. Przyznaję, że przyglądanie się poczynaniom bohaterów skłoniło mnie do kilku refleksji. Przede wszystkim pokazuje jak przez nieumiejętność komunikacji sami skazujemy się na samotność. Nawet otoczeni znajomymi twarzami nie potrafimy otworzyć się przed drugim człowiekiem, skazując się na użalanie nad sobą. Czujemy się opuszczeni, nieszczęśliwi, bo nie potrafimy znaleźć wspólnego języka z innymi. I wychodzą na jaw wszystkie nasze kompleksy. 

Rooney uważana jest za głos pokolenia, zdaje się dobrze rozumieć zagubienie młodych ludzi, zderzenie oczekiwań z brutalną rzeczywistością, ciekawie prezentuje konwersacje, które lubimy prowadzić. Istotne tematy nieustannie pojawiają się na językach bohaterów. Wiele z tych rozmów wydaje się jednak pustych, pozbawionych konsekwencji. Bohaterowie narzekają na to, jak wygląda świat wokół nich, ale nie podejmują żadnych akcji, żeby go poprawić.

Najlepiej w powieści wypada scena zderzenia całej czwórki bohaterów, kiedy to pracujący w fabryce Felix wygarnia gościom ich hipokryzję. Mam wrażenie, że te przyjaźnie, relacje zbudowane są na niepewnym gruncie, opatrzonym masą niedopowiedzeń, a nawet kłamstw. Nie jestem fanką tych przyjaźni i tego typu rozmów. Nie jestem również fanką związku Alice z Felixem, zupełnie nie rozumiem dlaczego i po co są razem. Mam wrażenie, że postać Felixa była wprowadzona po to, żeby przedstawić perspektywę danej klasy społecznej, to osoba, która miała za zadanie namieszać w relacjach pozostałej trójki. Jest niestety bohaterem, dla którego miałam niewiele sympatii. Biorę jednak pod uwagę to, że takie relacje, te wszystkie blokady związane z kompleksami istnieją we współczesnym świecie. Po prostu fanką Rooney raczej nie zostanę, ale jestem w stanie docenić pewne aspekty jej powieści. I jeżeli Gdzie jesteś, piękny świecie zostanie przeniesiona na ekran ma duże szanse poprawić w moich oczach ocenę tej historii. 


Za egzemplarze dziękuję wydawnictwu WAB.

niedziela, 27 marca 2022

Komu dałabym Oscara? (edycja 2022)

Podczas tegorocznego sezonu nagród dobrze mi szło oglądanie filmów, które zostały nominowane. Aż w końcu przestało. Miałam kilkutygodniowy detoks od kina, przez co ominęły mnie niektóre premiery, jak Spencer czy Matki równoległe. Na Drive my car próbuję dotrzeć od tygodnia i finalnie poniosłam klęskę, nad czym ubolewam. To jedyny film nominowany w głównej kategorii, którego nie udało mi się obejrzeć. Natomiast wiele seansów zostało uratowanych za sprawą serwisów streamingowych. 

Przed rozdaniem nie czuję większych emocji  było kilka naprawdę dobrych filmów, ale nie rozumiem obecności niektórych tytułów wśród nominowanych. Innymi słowy, minęły się po prostu z moim gustem kinowym.


Najlepszy film

Filmów w tym roku nominowanych jest aż dziesięć, więc fakt, że udało mi się obejrzeć dziewięć z nich uznaję za sukces. Jest wśród nich kilka, które naprawdę mnie przekonały, na czele z Licorice Pizza. Fanką twórczości Paula Thomasa Andersona jestem nie od dzisiaj. Z każdym kolejnym filmem tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. To prawdziwa umiejętność, żeby tworzyć tak różne filmy, które za każdym razem trafiają w sedno. Nie inaczej jest z Licorice Pizza, który rozczula, sentymentalnie wspomina minione lata i snuje ciekawą opowieść o dwójce młodych ludzi. Z rozrzewnieniem patrzy w przeszłość również Kenneth Branagh w filmie Belfast. Reżyser sam wyemigrował z Irlandii, a widzom przedstawia ówczesne realia z perspektywy jednej rodziny. I tutaj właśnie tkwi cały urok filmu  trudno tej rodziny nie polubić. Najmocniej zapadł mi w pamięć młody Jude Hill, który jest iskierką radości. Takich naturszczyków ze świecą szukać. Jednak wiele tutaj jest małych-wielkich ról, cudowna jest Caitriona Balfe grająca matkę, niesamowici są Judy Dench i Ciaran Hinds jako dziadkowie (oboje nominowani w kategorii aktorów drugoplanowych). Mocnym kandydatem w zestawieniu jest zdecydowanie film Psie pazury w reżyserii Jane Campion. Trochę już o nim na blogu pisałam i to jest tytuł, którego zwycięstwo by mnie ucieszyło. Świetnie porusza temat toksycznej męskości, postacie są żywe i zagrane bezbłędnie, a ten powolny klimat idealnie pasuje do wykreowanego antywesternowego świata. Wiele nagród w sezonie otrzymał film CODA, w którym śledzimy wokalne przygody dziewczyny pochodzącej z rodziny głuchych. Zdecydowanie najbardziej przyjemny film w zestawieniu, idealny na niedzielne popołudnie spędzone w gronie rodziny przed telewizorem. Dla mnie jednak brakuje mu trochę do tytułu najlepszego filmu roku. W zestawieniu jest jeszcze Diuna, która okazała się świetną ekranizacją powieści Herberta i na pewno wielu z widzów będzie z niecierpliwością czekało na kontynuację. Reszta filmów dla mnie trochę odstaje. Z Nie patrz w górę miałam kilka problemów i chociaż uważam, że koncept był dobry, to wykonanie już mnie nie przekonało. West Side Story to nie był i nadal nie jest „mój” typ musicalu, ale trzeba przyznać, że Spielberg stworzył dzieło przemyślane i kompletne (dla mnie ta historia miłosna jest zbyt nierzeczywista). Zaułek koszmarów to taki film, o którym szybko zapomniałam, a po del Toro spodziewałam się więcej. King Richard zupełnie się ze mną minął.


Oscar dla najlepszego filmu: Psie pazury / CODA
Mój wybór: Najgorszy człowiek na świecie! Ale jako że nie został nominowany to mi najmocniej podobał się Licorice Pizza

zdjęcie zza kulis Psich pazurów

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Ta kategoria w tym roku budzi we mnie lekką konsternację. Patrząc na przyznane w tym sezonie nagrody, Oscar powędruje zapewne do Willa Smitha za tytułową rolę w King Richard. I naprawdę zachwytów nie rozumiem. Może poza tym, że faktycznie gra postać biograficzną, co zawsze przy rozdaniach zostaje mocniej doceniane. Jednak moim zdaniem nie doskakuje do pięt Benedictowi Cumberbatchowi, który w Psich pazurach robi niesamowite wrażenie. Ta postać jest tak dopracowana, gra niuansami, przechodzi zmiany, pokazuje mocniejszą i wrażliwszą stronę. Po prostu  czapki z głów. Co do reszty: Javier Bardem jest cudowny, ale niczym szczególnym się nie odznaczył, a sam film Being the Ricardos wyleciał mi z głowy chwilę po seansie. Denzel Washington w Tragedii Makbeta robi bardzo dobrą, solidną robotę. Natomiast Andrew Garfield w Tick, Tick... Boom! cudownie oddaje hołd Larsonowi, jest w tym swobodny i z lekkością prowadzi widza przez wycinek życia Jonathana.


Oscar dla najlepszego aktora dostanie Will Smith za rolę w filmie King Richard
Mój wybór: Benedict Cumberbatch za Psie pazury


Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Tutaj dwa filmy, które mi umknęły  Spencer z Kirsten Stewart i Matki równolegle z Penelope Cruz. Cruz u Almodovara zawsze błyszczała, więc spodziewam się, że tutaj nie było inaczej. Jednak to rola Stewart jako księżnej Diany mocno mnie intryguje. Mam nadzieję, że za niedługo uda się obejrzeć na którymś z serwisów streamingowaych. Z Nicole Kidman mam trochę jak z Bardemem  było to dobre, ale sam film na tyle średni, że niewiele z niego mi w pamięci zostało. Dodatkowo, to rola biograficzna, a ja Lucy nie znam, nie oglądałam kultowego sitcomu, kojarzę tylko z referencji w kulturze. Jessica Chastain w Oczach Tammy Faye faktycznie jest najmocniejszym punktem filmu i niesie jego ciężar na swoich barkach. Robi to z rozmachem i brawurą. Dodatkowo zupełnie zmienia swoją fizjonomię pod masą makijażu. Wiemy, że takie tricki często działają na Akademię, szczególnie w przypadku ról w filmach biograficznych. Moim zdaniem z trójki aktorek, które udało mi się zobaczyć najlepsza jest Olivia Colman w Córce. Podobnie do sytuacji z Cumberbatchem  tworzy postać kompletną, wielopoziomową i jest tak piekielnie naturalna, że nie można wzroku oderwać.


Oscar dla najlepszej aktorki może powędruje do Jessici Chastain za Oczy Tammy Faye? 
Mój wybór: Renate Reinsve za Najgorszego człowieka na świecie! Nie otrzymała jednak nominacji (skandal!), więc wybrałabym Olivię Colman za Córkę

zdjęcie zza kulis Córki

Najlepszy reżyser

W tym roku to naprawdę mocna kategoria. Na tyle, że jestem zaskoczona, że nie znalazło się tutaj jeszcze jedno nazwisko  Denis Villeneuve. Jego Diuna jest tak dobra w dużej mierze dzięki umiejętnej reżyserii, dlatego aż szkoda, że wśród tak wielu nominacji dla ekranizacji powieści Herberta, nie udało się wcisnąć tak znaczącej. Powtarzam jednak, że w tym roku konkurencja była duża. Steven Spielberg udowadnia, że jest sprawnym rzemieślnikiem w świecie kina, biorąc na warsztat klasyczny musical. Fani oryginału musieli drżeć z niepewności, ale myśle, że po seansie odetchnęli z ulgą. Reżyser wprowadził do filmu powiew świeżości, jednocześnie trzymając się ram oryginalnej historii. I mnie właściwie to nie pasowało, bo mam problem właśnie z pierwowzorem. Ale trzeba przyznać, że od strony reżyserii w West Side Story wszystko się zgadza. Branagh uchylił przed nami drzwi do swojego dzieciństwa i zrobił to z taką czułością, że trudno Belfastu nie polubić. Wszelkie zarzuty w temacie zbytniego sentymentalizmu słyszę, ale się nie do końca zgadzam. To, że na ten czas w życiu patrzymy z nutką rozrzewnienia jest zrozumiałe, a to w końcu historia opowiadana przede wszystkim z perspektywy młodego chłopaka. O Andersonie już trochę pisałam, ale powtórzę, że umiejętności nie można mu odmówić i to dzięki nim tworzy filmy różne, ale za każdym razem angażujące. Tegoroczną faworytką jest Jane Campion i nikogo to nie powinno dziwić. Sposób w jaki rekonstruuje gatunek westernu, rozkłada w filmie akcenty, prowadzi aktorów i buduje klimat sprawia, że Psie pazury tak mocno uderzają widza.

Oscar dla najlepszego reżysera odbierze zapewne Jane Campion za Psie pazury
Mój wybórJane Campion za Psie pazury

zdjęcie zza kulis West Side Story

Najlepszy aktor drugoplanowy / Najlepsza aktorka drugoplanowa

Z całą sympatią jaką darzę J. K. Simmonsa  nie rozumiem trochę jego nominacji. Oglądając Being the Ricardos starałam się specjalnie zwracać uwagę na jego rolę i naprawdę nie wiem czym się wyróżnił. Hinds w Belfaście zagrał cudownie, bez zbędnego wysiłku tworzy wokół atmosferę ciepła i miłości. Dwójka aktorów z Psich pazurów pojawiła się w nominowanych nie bez przyczyny. Dają świetne występy, z czego w głowie dłużej zostaje Kodi Smit-McPhee. Chyba ze względu na postać, którą gra, bo ma tam więcej możliwości do zabłyśnięcia i te możliwości z lekkością wykorzystuje. Jest to zdecydowanie bohater, który zapada w pamięć. Jednak, nagrodę może mu sprzed nosa sprzątnąć Troy Kotsur, który w filmie CODA jest cudowny. Aktor kreuje rozczulającą postać głuchego ojca, który pragnie szczęścia swojej rodziny.

W gronie aktorek raczej nie powinno być zaskoczeń i statuetkę zgarnie zapewne Ariana DeBose. Jej Anita w West Side Story to energetyczna kobieta, która pokazuje widzowi pazur, a równocześnie pełna jest wrażliwości. Aktorka przy tym pięknie śpiewa i tańczy. Dla mnie jednak bank rozbiła Jessie Buckley w Córce. Już w Może pora z tym skończyć ta aktorka mnie zahipnotyzowała, a w debiucie Gyllenhaal udowadnia, że jej wachlarz umiejętności jest szeroki. Świetna jest także Kirsten Dunst w Psich pazurach, Judi Dench po raz kolejny daje popis aktorski w Belfaście, a Ellis jest bardzo dobra jako partnerka Smitha w King Richard


Oscar dla najlepszego aktora drugoplanowegoTroy Kotsur za CODA
Mój wybór: Troy Kotsur za CODA 
Oscar dla najlepszej aktorki drugoplanowejAriana DeBose za West Side Story
Mój wybór: Jessie Buckley za Córkę

zdjęcie zza kulis Diuny

Szybka przebieżka przez resztę kategorii:

Najlepszy scenariusz adaptowany: strzelałabym, że wygrają Psie pazury, ale może to być też CODA
Najlepszy scenariusz oryginalny: ja to bym wszystko co mogę wręczyła Najgorszemu człowiekowi na świecie, ale wygrana Licorice Pizza czy Belfastu też by mnie zadowoliła
Najlepszy długometrażowy film animowany: Encanto
Najlepszy film nieanglojęzyczny: tutaj raczej pewne, że nagrodę otrzyma Drive my car, nominowany też w głównej kategorii. Mój typ to: Najgorszy człowiek na świecie.
Najlepsza charakteryzacja i fryzury: Oczy Tammy Faye
Najlepsza muzyka oryginalna: Diuna
Najlepsza piosenka: „No time to die” z Bonda
Najlepsza scenografia: Diuna
Najlepsze kostiumy: Cruella
Najlepsze zdjęcia: trzymam kciuki za Diunę, chociaż mocna konkurencja
Najlepszy dźwięk/Najlepszy montaż dźwięku: Diuna
Najlepszy montaż: Montaż błyszczy w Tick, Tick... Boom! zatem trzymam za niego kciuki!

A Wy, komu wręczylibyście statuetki?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka