niedziela, 14 lipca 2019

Wilkodłak kontra wąpierz - „Żertwa” Anna Sokalska


*Żertwa*
Anna Sokalska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 347
*Wydawnictwo:* Lira
Licha w to nie mieszaj. Jeszcze usłyszy i wszystko zepsuje.
*Krótko o fabule:*
We Wrocławiu zaczynają dziać się rzeczy niesamowite. Gwiazdy układają się w złą wróżbę, a wkrótce mają zostać złożone kolejne ofiary – żertwy. Prokurator Dębska i komisarz Majka podejrzewają sprawstwo handlarzy organami, lecz Anastazja Omyk oskarża wyznawców słowiańskiego bożka. Czy za zabójstwami stoją nadprzyrodzone istoty, czy członkowie przestępczej sekty umiejętnie posługujący się specyficznym szyfrem?
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Dość niedawno pojawiła się wiadomość, że na rynek czytelniczy wkracza nowa seria - Opowieści z Wieloświata autorstwa Anny Sokalskiej. Na początku tego roku pojawił się pierwszy tom, a zaledwie po kilku miesiącach możemy już przeczytać część drugą. Ekspresowe tempo przy tworzeniu serii zawsze działa na plus, bo zanim zdążymy zapomnieć o bohaterach to już możemy powrócić do ich świata. Tylko że w przypadku tej książki powrócimy jedynie do Wieloświata, ale nie do znanych z Wiedźmy postaci.

Niestety, miałam z tym trochę problem. Pierwszy tom był dobrą młodzieżówką, ale podchodziłam do niego jak do pierwszego kroku w stronę tworzenia serii. Dobry pomysł na połączenie naszego świata z tym, który znajduje się za zasłoną zapowiadał wiele możliwości na progres fabularny. Liczyłam także, że w drugiej części dostaniemy rozwinięcie znanych postaci, z których niektóre polubiłam bardziej, inne mniej, ale wszystkie już dobrze poznałam. Tymczasem autorka zdecydowała się na całkiem nową historię, która rozgrywa się w tym samym uniwersum, ale w innym czasie, z nowymi bohaterami i fabułą.

Kończąc lekturę miałam wrażenie, że Żertwa momentami bardziej przypomina zbiór opowiadań niż powieść. Chodzi o to, że autorka zdecydowała się pomieszać różne formy i wmontować je w główną linię fabularną. Znajdziemy tutaj przykładowo długi fragment protokołu z przesłuchania czy historię wilkołaka spisaną jako wiersz. Autorka radzi sobie z tymi oryginalnymi formami dobrze, pokazuje swoje zdolności, które w tych momentach możemy docenić. Problem jest taki, że czytelnika wybija to z głównej fabuły i zamiast skupiać się na bohaterach i ich celach to zagłębia się w te dodatkowe historie. Także budował się główny wątek, po czym gdzieś przez jedną czwartą książki czytaliśmy o przeszłych wydarzeniach, żeby później powrócić do meritum - tylko, że przez ten czas oderwania zdążyliśmy zapomnieć o głównym wątku i przestać przejmować się jego rozwinięciem.

Weles, źródło
Największym plusem wciąż pozostaje ta część fantastyczna. Szczególnie, że autorka czuje się swobodnie wśród słowiańskich bóstw i zręcznie wplata je w swoją historię. W Żertwie w sporym stopniu czułam podobieństwa do serii Kwiatu Paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk. Będziemy mieli okazję usłyszeć między innymi o Welesie, Perunie, ale także o dobrze znanych postaciach: wilkodłakach i wąpierzach. Najbardziej podobało mi się wprowadzenie do historii dwóch Biesów i Baby Jagi. Problemem jest jednak rozwój tych poszczególnych bohaterów. Jest ich dość sporo, a do tego dochodzą śmiertelnicy, czyli detektyw Majka i główna (raczej w zamierzeniu) postać, Anastazja. Chodzi o to, że dostaniemy opowieść z przeszłości wielu z nich, co jednak nie sprawi, że tak naprawdę poznamy tych bohaterów. Tak, wiemy co się z nimi kiedyś działo, ale dostaniemy tylko kilka scen dla każdego z teraźniejszości, więc nie mamy możliwości bardziej bądź mniej ich polubić.

Żertwę możecie czytać jako osobną historię. Związana jest z poprzedniczką światem przedstawionym i obecnością słowiańskich bóstw w fabule, ale poza tym to dwie różne książki. Jeżeli miałabym którąś polecić to skłaniałabym się ku Wiedźmie. Żertwa spodoba się osobom, które lubią szukać odniesień do słowiańskich wierzeń (tutaj jest ich naprawdę sporo) i tym, którzy lubią liczne zabawy formą. Dodatkowo warto zaznaczyć, że sam pomysł ze śledztwem, pracą nad zbrodniami powiązanymi z obrzędami słowiańskimi był świetny. Momenty, w których detektywi głowią się nad rozwiązaniem, próbując połączyć poszczególne klocki należały do najmocniejszych. To w połączeniu z wrocławskim urban fantasy stworzyłoby świetne podłoże, jednak decyzja o wplataniu licznych odniesień z przeszłości w tym przypadku zadziałała na niekorzyść. Co do bohaterów pierwszej części - podobno połączą siły z postaciami Żertwy w trzecim tomie, Kuglarzu. Może to w nim ta historia nabierze kolorów i stworzy spójną całość? Poczekamy, zobaczymy.


Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira

środa, 10 lipca 2019

„Stranger Things” (s.3), „Lucifer” (s.4), „Chilling Adventures of Sabrina” (s.2)

Stranger Things, sezon 3

źródło
Na kolejne sezony Stranger Things czekam od razu po zakończeniu napisów końcowych ostatniego odcinka poprzedniej serii. Od pierwszego epizodu po ostatni to zawsze jest kupa dobrej roboty realizatorskiej, wspaniałe zdjęcia, idealnie dopasowana muzyka, cudowna ekipa aktorów i rozrywkowy scenariusz. Czy trzeci sezon ma to wszystko? Jak najbardziej!
Zacznę może od drugiej strony i się przyczepię. Tak, trochę męczy mnie to, że zawsze Ci źli, którzy chcą kontrolować silne źródła energii, trzymać całą moc dla siebie i prowadzić niebezpieczne eksperymenty to muszą być Rosjanie. To największy banał w kinie amerykańskim. Z drugiej strony trochę rozumiem, że to akurat Stranger Things, które nawiązuje do popkultury lat 80tych korzysta z takich schematów. Szczególnie natomiast mierziła postać „Arnolda Schwarzeneggera”, czyli rosłego zabijaki rodem z taniego kina klasy B. Wciąż jednak powtarzam - to wszystko w tej rozrywkowej formie, jaką podsuwają nam twórcy w magiczny sposób nie odbiera frajdy z oglądania.
Wspaniale jest patrzeć na rozwój poszczególnych bohaterów, szczególnie tych młodych. Przeglądam z sentymentem zdjęcia z pierwszego sezonu, zestawiając je ze scenami trzeciej serii. Dzieciaki stały się nastolatkami, a scenarzyści postarali się o to, żeby grane przez nich postacie przechodziły przez wszystkie wzloty i upadki tego wieku. Oczywiście w międzyczasie walk z potworami i rozwiązywania niesamowitych zagadek, bo tych tutaj nadal nie zabraknie. Świetnie został poprowadzony wątek przyjaźni El z Max i chłopaków. Jedna rozkwitająca, druga ewoluująca zgodnie ze zmianami życia poszczególnych bohaterów. Do tego nadal para Steve i Dustin to jeden z najlepszych tandemów serialowych wszech czasów. To, jaką oni potrafią wytworzyć między sobą braterską chemię jest niesamowite. Dodanie do nich dwóch nowych postaci okazało się strzałem w dziesiątkę. Maya Hawke dostała sporą rolę, ale z jej charyzmą wszystko poukładało się świetnie (w sumie mając za rodziców Umę Thurman i Ethana Hawke chyba musieliśmy się spodziewać, że to udźwignie, nie?).
Największą siłą Stranger Things wciąż pozostaje umiejętność twórców do trzymania widzów w napięciu. Nie ma tutaj chwili na nudę i jeżeli nawet jakiś odcinek daje nam moment dla ukojenia nerwów to zaraz możemy spodziewać się kolejnej bomby emocjonalnej. Mam też wrażenie, że niewiele jest takich seriali, w których wmontowanie piosenki Never Ending Story w tak pełną napięcia scenę jakimś magicznym sposobem zagrało.
Co ja mogę dodać? Na ostatnim epizodzie uroniłam kilka łez, odcinki pochłaniałam ekspresowym tempem, jeden za drugim, a bawiłam się niezmiennie przednio. Trochę się boję ile twórcy mogą jeszcze ciągnąć pomysł z „The Upside Down”, ale i tak im kibicuję i już czekam na kolejny sezon!



Lucyfer, sezon 4

źródło

Serialem zachwyciłam się zaraz po jego powstaniu i wciągnęłam dwa pierwsze sezony w czystej ekstazie. Później przyszła pora na sezon trzeci, po którym zgadzałam się z decyzją o anulowaniu - wątki były przeciągnięte, a całość straciła czar i stała się po prostu nudna. Mimo to, podjęcie się kontynuowania Lucyfera przez Netflix była dla mnie miłym zaskoczeniem. Miałam nadzieję, że wezmą ten dobry pomysł na świat przedstawiony i bohaterów, po czym podkręcą trochę akcję. I tak właśnie zrobili.
Czwarty sezon to powiew świeżości. Tym razem zamiast 20+ odcinków dostajemy tylko dziesięć, ale dzięki temu każda minuta została w pełni wykorzystana. Nagle się okazało, że każdy z bohaterów może mieć ciekawy wątek, który toczy się w pełnej harmonii z ich charakterami. Lucyfer przechodzi największą przemianę, stara się zaakceptować siebie, co jest chyba najlepszym pomysłem na jego wątek do tej pory. Jego relacja z Chloe staje się bardzo niejednoznaczna, zaczynamy dostrzegać tam więcej kolorów, ich więź zostaje pogłębiona dzięki dobrze ukierunkowanej fabule. Trochę się obawiałam jak twórcy poradzą sobie z bombą z końcówki trzeciego sezonu, ale poszli w stronę nieoczywistą, ale dość logiczną.
Nagle i Amandiel, i Linda, i Maze mają tak poprowadzone swoje wątki, że stają się trochę bardziej widoczni i charakterni, niż we wcześniejszych sezonach. Jedyny punkt, gdzie trochę mogło być lepiej to postacie Dana i Lopez, ale pozwolę sobie to zwalić na ograniczony czas dziesięciu odcinków. Za to wszystko rekompensuje wprowadzenie nowej postaci - Ewy. Oczami wyobraźni już widziałam ten oklepany wątek trójkąta: wraca stara miłość, Lucyfer odsuwa się od Chloe, a ona za nim gania przy wtórze dopingowania wszystkich widzów serialu, którzy Ewą będą pogardzać. Tymczasem, twórcy zrobili z tej nowej postaci pełnoprawną bohaterkę, która co prawda namiesza w sferze romantycznej serialu, ale nie będzie tam wiele schematycznych zachowań.
Końcówka czwartego sezonu znowu zostawiła nas w potrzebie kontynuacji, którą Netflix już zapowiedział. Na dodatek postanowiono, że sezon piąty będzie ostatnim. Ja się cieszę, bo to znaczy, że dostaniemy zamkniętą historię, a fabuła nie będzie na siłę przeciągana (czego przykład boleśnie odczuliśmy podczas trzeciego sezonu). Także - Netflix dzięki za uratowanie Lucka!


Chilling Adventures of Sabrina, sezon 2

źródło

Pierwszy sezon Sabriny łyknęłam dość szybko po premierze i z seansu byłam zadowolona. Ta bardziej mroczna wersja historii czarownicy okazała się strzałem w dziesiątkę, nawet pomimo kilku mankamentów. Po drugą część sięgnęłam więc pełna nadziei i pozytywnie nastawiona. Początek jednak szybko ostudził mój zapał. Oglądałam partiami, po kilkadziesiąt minut, bo nie mogłam się na powrót wkręcić. Wydaje mi się, że winić należy za to wątki śmiertelników. Sporo czasu poświęcono tutaj przemianie Susie, do której nic nie mam, ale sposób, w jaki był ten wątek poprowadzony po prostu raził. Brakowało tam jakiejś subtelności i niestety, logicznego działania bohaterów. Do tego historia Rose i Harevey'a stała się naprawdę mało frapująca, a trochę czasu ekranowego zostało im poświęcone. W części dotyczącej czarownic też na początku nie działo się wiele, dlatego powrót do świata przedstawionego miałam ogólnie utrudniony. Na szczęście nie poddawałam się i prułam do przodu. Z czasem fabuła nabiera rumieńców i dostaniemy kilka naprawdę mocnych wątków. Szczgólnie cieszy rozwój postaci Lilith, która jest zdecydowanie jedną z najbardziej charyzmatycznych bohaterek. Będziemy mogli zobaczyć jej inną stronę, za sprawą nowego mężczyzny, Adama, a także poznać jej przeszłość - wydarzenia, które doprowadziły ją do tego czym się teraz zajmuje. Skoro mówimy o charakterystycznych bohaterkach to ponownie z zaciekawieniem śledziłam poczynania Zeldy, która staje się jedną z moich ulubionych postaci. Ta kobieta zrobi wszystko dla swojej rodziny, jest odważna i przebiegła. Co do tytułowej bohaterki to jeżeli człowiek już przyzwyczai się do pewnej dozy naiwności, masy popełnianych przez nią błędów to można i ją polubić. Ja zdecydowanie dziewczynie kibicuje. Szczególnie, że odkąd los złączył Sabrinę z Nickiem to wydaje się o wiele bardziej interesująca, te walczące pierwiastki dobra i zła zaczynają się jakoś sklejać w jedną osobę. Bardzo spodobał mi się też wątek, który pojawił się pod koniec sezonu - ten z przepowiednią. Mocne, ciekawie czerpiące inspiracje z chrześcijaństwa i budzące prawdziwe emocje. Samo zakończenie daje dobry punkt wyjścia do kolejnych odcinków. Podsumowując, drugi sezon był bardzo nierówny, nie zgasił jednak chęci do dalszego oglądania. Oby wątki śmiertelników były w przyszłości lepiej poprowadzone.


Znacie któryś z tych seriali? Macie podobne odczucia?

sobota, 6 lipca 2019

Podróż do wnętrza - „Szklany klosz” Sylvia Plath



*Szklany klosz*
Sylvia Plath

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Bell Jar
*Gatunek:* społeczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1963
*Liczba stron:* 322
*Wydawnictwo:* Marginesy
Poczołgałam się z powrotem do łóżka i naciągnęłam prześcieradło na głowę. Ponieważ jednak przepuszczało światło, wtuliłam twarz w poduszkę, żeby stworzyć złudzenie, że jest noc. Zastanawiałam się nad tym, czy nie należałoby może wstać, ale nie mogłam znaleźć żadnego powodu. Nic na mnie nie czekało.
*Krótko o fabule:*
Esther jest wyjątkowo inteligentna, piękna, utalentowana, jednak powoli jej świat się rozpada – i być może nie ma już dla niej ratunku.  Kiedy ma dziewiętnaście lat, przyjeżdża do Nowego Jorku – miasta spełnienia, szczęścia, zabawy, kariery – na miesięczny staż w redakcji miesięcznika dla dziewcząt. Ma poznać miasto, spędzić miło czas. Esther nie potrafi się jednak odnaleźć. Nie ma ochoty na nocne zabawy, nie umie znaleźć odpowiedniego towarzystwa, jest zniechęcona. Odkrywa, że dobre oceny, które zawsze zdobywała w szkole, tutaj nie mają znaczenia. Esther nie umie zdecydować, na czym jej zależy, co ją interesuje, czy w ogóle istnieje taka rzecz. Nie czuje się taka jak inne dziewczyny – śliczne, uśmiechnięte i zadowolone z życia. Przychodzi załamanie…
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Szklany klosz to powieść znana na całym świecie, kolejna pozycja do skreślenia z listy 100 książek, które każdy powinien przeczytać według BBC. Bardzo chciałam ją poznać, dowiedzieć się co ciekawego kryje twórczość autorki, co sprawiło, że po latach wciąż jest chętnie czytana i polecana.

Nazwisko Sylvii Plath kojarzone jest w Polsce przede wszystkim właśnie z powieścią Szklany klosz. Zapewne duży wpływ ma na to fakt, że jest to książka w sporej części autobiograficzna, zatem Ci, którzy bardziej szczegółowo znają przebieg życia autorki będą mogli dopatrzeć się wielu nawiązań. Plath cierpiała na zaburzenie afektywne dwubiegunowe, miała za sobą wizyty w szpitalach psychiatrycznych i liczne terapie. Jednak Sylvia za życia tworzyła przede wszystkim poezję, niestety u nas mniej spopularyzowaną. Wydaje mi się, że znalazłoby się sporo chętnych na przeczytanie tomiku z jej utworami. Kilka miesięcy po wydaniu Szklanego klosza popełniła samobójstwo przez otrucie gazem.

Czy uważam, że książka zasługuje na swoją pozycję w świecie literatury? Zdecydowanie tak. Mnie najbardziej uderzyła pozorna przemiana bohaterki. Początek wciągałam niczym kolejną powieść obyczajową, w której poznawałam otoczenie Esther, jej znajomych, pracę i pragnienia. Ot, kolejna dziewczyna próbująca znaleźć drogę w wielkim świecie. Jej niechęć do wychodzenia ze znajomymi czy nawiązywania głębokich przyjaźni wydawała mi się zupełnie normalna. Fakt, że nie potrafi jeszcze określić co chce robić w życiu to w ogóle naturalna kolej rzeczy. W dzisiejszych czasach mało kto wie jaką dokładnie ścieżką chce podążać. Większość z nas raczej idzie do przodu po omacku, natrafiając na szanse i z nich korzystając bądź nie. Dlatego przez całą pierwszą część opowiadania miałam wrażenie, że to wszystko jest takie normalne, codzienne. Co za tym idzie - nie spodziewałam się takiego obrotu rzeczy. To, co stało się z Esther po powrocie z Nowego Jorku wydawało mi się tak niepokojące i nagłe. Ta przemiana wzięła mnie z zaskoczenia i zrobiła największe wrażenie. I wtedy zdałam sobie sprawę, że to wcale nie była przemiana, że to ja w ogóle nie zwracałam uwagi na problemy Esther, dopóki nie zaszły za daleko.

 źródło
W czym tkwi siła tej książki? To chyba jasne. Przez to, że Sylvia Plath przeszła, to co przeszła, potrafiła podzielić się z nami czymś więcej niż kolejną historią choroby. Dogłębnie pokazuje nam co czuje Esther, ale nie sili się na wielkie słowa i gesty, tylko skupia na prawdzie. Nie znajdziemy tutaj szczegółowej analizy choroby, nie będzie nam dane racjonalne zrozumienie problemu. Będziemy tylko świadkami koszmaru głównej bohaterki. O samobójstwie myśli bardzo praktycznie - zaczyna nosić ze sobą żyletki, powiesić się próbuje na sznurku od szlafroka swojej matki. Nie będzie mówić o tym, że jest nieszczęśliwa, a po prostu przebywając z nią będziemy w stanie poczuć to, jak Esther dusi się w społeczeństwie, jak zamyka się nad nią ten ogromny szklany klosz, blokujący ją od reszty świata.

Niezapomnianą metaforą był dla mnie moment, w którym Plath porównuje wybranie ścieżki do zjedzenia jednej figi z drzewa owocowego. Każda figa symbolizuje dla niej inną przyszłość - jedna to spełniona żona, inna to odnosząca sukcesy poetka, jeszcze inna pewna siebie dziennikarka. Problem polega na tym, że autorka jest przeświadczona, że może wybrać tylko jeden owoc, jednocześnie rezygnując z całej reszty. Co jednak, jeżeli człowiek ma ochotę na wszystkie? Znajdzie się w sytuacji, w której będzie stać całe życie pod drzewem, patrząc na figi jak jedna po drugiej spadają na ziemię i gniją, bo woli się zagłodzić na śmierć niż wybrać jedną ścieżkę.

Szklany klosz zostawi nas w uczuciu oderwania od rzeczywistości, skłoni do zastanowienia się nad działaniem ludzkiej świadomości i poznawania własnego „ja”. Nie spodziewałam się, że będzie z niej płynąć tak przenikliwa prawda o chorobie duszy. Na dodatek napisana pięknym, ale też dość prostym językiem, z kilkoma niezapomnianymi metaforami. Nie postarzała się ani trochę.

Moja ocena: 9/10



wtorek, 2 lipca 2019

O dwóch muzycznych premierach - „Aladyn” i „Rocketman”

Ostatnio nie po drodze mi z oglądaniem filmów. Jeżeli spędzam wieczór przed ekranem to najczęściej wybieram odcinek jednego z seriali (teraz na tapecie RuPaul's Drag Race). Za to w czerwcu byłam w kinie na dwóch filmach muzycznych, o których dzisiaj przekażę tutaj kilka słów.


Aladyn (2019)

źródło
Trudno nie zauważyć, że aktualnie w kinach panuje moda na filmy live-action, oparte na znanych i kochanych przez wielu bajkach z dzieciństwa. Nie do końca jestem przekonana do tych pomysłów, szczególnie w kwestii przenoszenia jeden do jednego fabuły z animacji na film. Bo co to za frajda oglądać tę samą historię, ale pozbawioną uroku starej kreski twórców Disneya? Tak trochę było z Piękną i Bestią, tak podejrzewam będzie z Królem Lwem. Natomiast Aladyn, o dziwo, próbował zboczyć z tej ścieżki powielania fabuły.
Oprócz standardowych wątków, czyli Aladyna-złodzieja, który zdobywa magiczną lampę i udaje księcia Aliego, dostaniemy kilka ciekawie rozbudowanych historii. Przede wszystkim na plus działa poprowadzenie wątku Dżasminy, który w animacji był tylko lekko liźnięty. Tym razem staje się ona równorzędną główną bohaterką, a wątek nabiera kolorów feministycznych (ale przedstawiony naprawdę subtelnie i naturalnie). Byłam bardzo zaskoczona postacią Dżina, bo to był element o który bałam się najbardziej. Co prawda, nie da się konkurować z pierwowzorem, do którego dubbing stworzył niezastąpiony Robin Williams, ale w filmie wyszedł nad wyraz zgrabnie. Jego postać dostała bardziej rozbudowany wątek, trochę go uczłowiecznili. Przede wszystkim okazało się, że Smith pasuje do tej konwencji i poradził sobie z tą charyzmatyczną rolą śpiewająco. A jak już o tym mowa - wmontowano mu kilka wstawek muzycznych, które były idealnym uzupełnieniem jego stylu. Muzyką do filmu zajął się Alan Menken, czyli twórca oryginalnej ścieżki dźwiękowej do animacji Aladyn z 1992 roku. To było świetne posunięcie, bo dał tamtym utworom drugie życie, przez co nie brzmiały jak odgrzewane kotlety. Czuć było w nich energię i kolory, które kojarzą nam się z kinem bollywood. Szczególnie w pamięć zapadają żywiołowe Prince Ali czy emocjonalne Speechless. Dobrze, ale chwalę i chwalę, a film cierpi na kilka poważnych błędów. Początek nie nastraja pozytywnie. Było nudno i banalnie, kolory i scenografia chwilami raziły sztucznością. Rozkręca się powoli, aż do pojawienia się Dżina niewiele się dzieje, a z postaci ciekawa wydaje się tylko Dżasmina. Na szczęście po znalezieniu lampy akcja się rozkręca.
Mena Massoud, który grał główną rolę raczej nie przekonał mnie do swojej postaci. Miał momenty lepsze i gorsze, jego śpiewu nie polubiłam, a błyszczał tylko w kilku scenach (udawanie postaci księcia Aliego trochę go ożywiła). W momentach muzycznych odstawał, szczególnie zestawiony z Dżasminą, która śpiewała pięknie. Brakowało mi rozwoju postaci Dżafara, to ponownie antybohater, który chce władzy i pieniędzy, ale nie dostaje żadnego wyjaśnienia swoich pragnień. A szkoda. Smuci fakt, że reżyserował Guy Ritchie jednak brakowało Aladynowi dodatkowego kopa. Na dodatek - wiem, że to rzecz typowa dla Guya Ritchiego, ale w tym przypadku slow motion jakoś mi nie pasowało. Robiło się z tego dość schematyczne widowisko. I końcówka rozczarowująca.
Zatem, to naprawdę niezła przeróbka Aladyna (szczególnie, że spodziewałam się fiaska). Miło było popatrzeć na ładnie zaanimowanych Abu i Latajacy Dywan, ścieżka muzyczna ma kilka cudownych momentów, a wątki Dżasminy i Dżina poszły w ciekawą stronę. Jak na film familijny to wyszło nieźle.

Moja ocena: 6/10


Rocketman (2019)

piękny poster! źródło
Porównanie Rocketmana do Bohemian Rhapsody wydaje się nieuchronne. Z każdej strony trąbi się o tym czy jest lepszy czy gorszy. I muszę przyznać, że także moim pierwszym zdaniem po wyjściu z kina było nawiązanie do Bohemian Rhapsody: „A widzisz, jednak można zrobić dobry film o muzyku!”
Nie spodziewałam się wiele po tym filmie. Poszłam do kina dość wcześnie, kiedy jeszcze nie słyszałam żadnych opinii czy recenzji. Na dodatek o wiele bardziej czekałam na premierę Bohemian Rhapsody, bo Queen uwielbiam, a co do Eltona Johna to stosunek mam dość ambiwalentny. Z jednej strony to kolorowa postać, która wniosła sporo do współczesnej muzyki, a z drugiej - kojarzył mi się zawsze z takim zwykłym popem. Po wyjściu z kina wiem, że się myliłam, a John wydał mi się o wiele ciekawszą personą świata muzyki. Dobrze, ale zacznijmy od tego, że film Rocketman ma podstawową cechę dobrego musicalu - sprawdza się jako kino rozrywkowe. Od pierwszej sceny zostajemy wciągnięci w świat Eltona i to nie tylko ten zewnętrzny, który znamy z mediów, tylko wchodzimy niejako do głowy tej postaci. Reżyser filmu, Dexter Fletcher pozwolił sobie na twórczą pracę, która sprawiła, że Rocketman to nie po prostu film biograficzny, ale ciekawie przedstawiona historia zagubionego artysty, który szuka swojej ścieżki. Fletcher to ten człowiek, który przejął pod koniec produkcji reżyserię filmu Bohemian Rhapsody. Tamtego widocznie nie udało się uratować, za to w Rocketmanie mógł pozwolić sobie na pewną artystyczną wolność.
Co prawda temat filmu jest oklepany i banalny, ale dzięki temu, że to opowiadanie właśnie o Eltonie Johnie, to całość czerpie z jego kolorów, jego wzlotów i upadków, jego niesamowitej a prawdziwej historii. Na dodatek piosenki muzyka będą od początku korespondować z treścią, twórcy nie trzymali się chronologii wydawanych przez niego płyt, ale wrzucali akurat taki utwór, który będzie pasował do danej sceny filmu. Wyszło to naprawdę świetnie, w pamięci zapadł mi szczególnie moment pojawienia się piosenki I'm still standing, która chronologicznie była nagrana przed odwykiem, a w filmie pojawia się w idealnej chwili. Mówiąc o sukcesie Rocketmana nie da się ominąć Tarona Egertona. Jestem w grupie osób, która uważa, że Malek poradził sobie z postacią Mercury'ego, ale na pewno nie na tyle, żeby zgarnąć Oscara. Natomiast Egerton jest w roli Eltona genialny. Przede wszystkim nie stara się za wszelką cenę go kopiować - filtruje wydarzenia i emocje przez siebie i wychodzi mu to bezbłędnie. Na dodatek warto wspomnieć, że w Rocketmanie to aktorzy wykonują wszystkie piosenki, a Egerton radzi sobie z nimi bardzo dobrze. Nie dość, że potrafi śpiewać, to jeszcze pokazuje nam niesamowitą energię i charyzmę muzyka.
Rocketman cierpi na kilka bolączek kolejnego muzycznego filmu biograficznego - postacie poboczne wydają się słabiej zarysowane (szczególnie rodzina Eltona), a fabuła toczy się dobrze znanymi ścieżkami. Mimo wszystko to świetna rozrywka, na którą warto poświęcić czas. Szczególnie jeżeli lubicie filmy muzyczne!

Moja ocena: 8/10



sobota, 29 czerwca 2019

„Filadelfijska opowieść” (Teatr Polski Wrocław)

Dla fana klasycznego kina Filadelfijska opowieść to tytuł obowiązkowy. Film wyreżyserowany przez George'a Cukora z 1940 roku przeszedł do kanonu, stał się sztandarowym przykładem komedii romantycznej, a nawet zgarnął dwa Oscary, w tym jeden dla najlepszego scenariusza, napisanego na podstawie sztuki teatralnej. Wydawać by się mogło, że to idealny materiał do dalszej artystycznej eksploatacji, jednak już wzorowany na nim tytuł Wyższe sfery z 1956 roku pokazał, że nie jest łatwo podołać porównaniom do oryginału (nawet posiadając takie gwiazdy w obsadzie jak Grace Kelly czy Frank Sinatra!).
Bardzo lubię Filadelfijską opowieść z 1940 roku. To jeden z tych klasyków, który mimo upływu lat od pierwszego oglądania wciąż dobrze pamiętam. Niesamowita Katherine Hepburn w towarzystwie trzech panów, czarujący urok lat minionych, scenariusz pełen inteligentnego humoru i ciętych ripost - no po prostu klasa sama w sobie. Dlatego kiedy usłyszałam o adaptacji we wrocławskim teatrze stwierdziłam, że muszę to zobaczyć.

źródło
Akcja Filadelfijskiej opowieści rozpoczyna się na dzień przed ślubem. Zaradna dziewczyna z wyższych sfer, Tracy Lord (Beata Śliwińska) ma wyjść za mąż za George'a Kittredge (Marcin Piejaś). Jak to przed weselem bywa, do domu Lordów zaczynają zjeżdżać bliscy, m.in. brat i wuj przyszłej panny młodej, ale także dwójka reporterów szukających sensacji. Mają oni w planach napisać niepochlebny artykuł o rodzinie z wyższych sfer, dlatego wszyscy w domu nagle starają się grać jak to u nich nie jest normalnie. Sprawy się komplikują kiedy pojawia się także Dexter (Krzysztof Brzazgoń), z którym Tracy była w związku małżeńskim przez 10 miesięcy.
Pierwsze minuty spektaklu właściwie napawały mnie optymizmem. Dostaliśmy krótki numer muzyczny, w którym trzy aktorki odśpiewały dosłownie kilka kwestii. Powiało klimatem lat minionych, mogliśmy przyjrzeć się prostej, dość zachowawczej scenografii i kostiumom z epoki. Pomyślałam sobie, że może faktycznie dostanę tę świetną komedię romantyczną przełożoną na deski teatru. Niestety, im dłużej spektakl trwał tym dosadniej utwierdzał mnie w przekonaniu, że tak nie będzie.
źródło
Filadelfijska opowieść to taka historia z klasą o perypetiach ludzi z wyższych sfer, którzy w konfrontacji z szarymi reporterami zaczynają pokazywać co kryje się pod maską, z którą na co dzień pokazują się na zewnątrz. Nie jest to tematyka odkrywcza, postać Tracy w dzisiejszych czasach nie jest też tak „inna”, tak bardziej postępowa od reszty (chociaż zapewne tak postrzegalibyśmy ją na początku XX wieku). Jednak to na pewno opowieść wciąż frapująca, z inteligentnym dialogiem, dająca aktorom możliwość zabłyszczenia - wystarczy wspomnieć, że James Stewart w ekranizacji za niepozorną rolę dziennikarza zgarnął Oscara. Ale do czego piję? Otóż, we wrocławskiej wersji wszystko to, co mogło sprawić, że spektakl będzie błyszczał się pogubiło. To, co raziło najbardziej to wszechobecna przesada. Miałam wrażenie, że reżyser sam stwierdził, że historia jest dość nudna, więc tam gdzie znalazło się trochę miejsca zostały powrzucane żarty, które nie śmieszyły, czasami żenowały, a już na pewno nie pasowały do tego spektaklu. Przez ten krótki moment na początku dałam się oszukać, że to będzie jednak klasyczne przedstawienie, ale po chwili już wiedziałam, że słowo „komedia” będzie tutaj grało pierwsze skrzypce. Jeżeli już tak bardzo chciano dodać humoru, to może warto było posłużyć się oryginałem jako inspiracją i na jego podstawie napisać wersję komediową? Bo miks klasyki z przedstawionymi gagami zadziałał na niekorzyść.
Przez ten fakt było mi trochę szkoda aktorów. Patrzyłam na Beatę Śliwińską w roli Tracy Lord i myślałam, że to powinna być rola idealna dla niej. Dziewczyna ma ten urok aktorek z tamtych lat, w kostiumie wyglądała obłędnie, jej śpiew czarował, a kwestiom nadawała werwy i energii. Jednak kiedy zaczęły pojawiać się sceny bardziej zabawne zaczęła się ta postać dla mnie rozjeżdżać, a apogeum osiągnęła w scenie po wypiciu szampana. Klasa zniknęła, pozostał dziki szał, który zapewne miał rozbudzić publiczność. Natomiast postać George'a, która była niejako napisana jako nudna z założenia, została zmieniona w spektaklowego klauna, strzelającego minami i przekładająca się jako karykatura osoby.
źródło
O aktorach można by jeszcze wiele mówić, ale sprowadza się to do jednego wniosku: reżyser ma dziwne wyobrażenie o dobrej komedii. Z plusów warto wspomnieć, że kilka naprawdę dobrych scen miał Błażej Michalski, a Marika Klarman wypadła momentami czarująco i widać, że nie brak jej talentu. Co do Krzysztofa Brzazgonia to zupełnie nie pasował mi do postaci Dextera. Może Cary Grant postawił za wysoko poprzeczkę dla tego cynicznego, ale sympatycznego bohatera.
W tej historii czuć piętno czasu. Na niektóre sprawy przymykam oko kiedy oglądam starsze filmy, więc w wersji z 1940 roku zakończenie mi nie przeszkadzało. Jednak na deskach teatru wydaje się wzięte z powietrza. Spora tutaj wina leży na niedograniu chemii między poszczególnymi bohaterami (pewnie dlatego, że aktorzy musieli się zająć „bawieniem” publiczności zamiast budowaniem emocji). A ja naprawdę do końca liczyłam na zaskoczenie w finale.
Kostiumy były naprawdę piękne i przyjemnie się na nie patrzyło, pasowały do charakterów. Były równocześnie klasyczne i odważne. Charakteryzacja stonowana, ale pozostawała w klimacie. W kwestii wizerunkowej miałam jeden problem: otóż w oglądanym przeze mnie spektaklu Tracy była blondynką, a Dexter uparcie nazywał ją „Red”, padło też słowo „rudzielec”. Gdyby pojawiło się raz na sztukę to pewnie nawet bym nie zauważyła, ale w przypadku upartego powtarzania jednak raziło.
Mam wrażenie, że pomysł z wpleceniem piosenek do tej historii nie był zły. Szkoda, że skończyło się to trzema krótkimi utworami, które rozpoczynały / kończyły akt i tyle.
Niestety, pierwsze polskie wystawienie Filadelfijskiej opowieści na deskach teatru okazało się rozczarowujące. Dlatego wszystkich, którzy mają chęć na obejrzenie dobrej komedii romantycznej odsyłam do filmu z 1940 roku, a do teatru tylko tych najbardziej dociekliwych.



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka