sobota, 18 stycznia 2020

„Jak nas widzą”, czyli historia Piątki z Central Parku (Netflix)

When They See Us (po polsku Jak nas widzą) to miniserial, który pojawił się na Netflixie w zeszłym roku, ale nie zrobił w Polsce zbytniego szumu. Raczej się o nim nie mówi, nikt go sobie nawzajem nie poleca. Moją ciekawość zaskarbił sobie kiedy zebrał worek nominacji do nagród Emmy. Zrobiłam króciutki research, zobaczyłam, że za reżyserią stoi Ava DuVernay, której Selma akurat mnie nie zachwyciła, ale nazwisko zdecydowanie skłania do zwrócenia uwagi na ten tytuł. W poranek pierwszego stycznia stwierdziłam, że zamiast spędzić ponad trzy godziny na seansie Irlandczyka włączę jeden odcinek When They See Us. Obejrzałam wszystkie cztery, finalnie spędzając przy nim więcej czasu niż mogłabym go spędzić z filmem Scorsese.
źródło
Historia oparta jest na faktach. Trzydzieści lat temu doszło do napaści na biegaczkę w Central Parku, podczas której została zgwałcona, pobita i zostawiona na śmierć. W tym samym czasie w parku odbywały się zamieszki, w których brała udział spora grupa czarnoskórych nastolatków. Piątkę z nich oskarżono i skazano za napaść na biegaczkę.
Nie słyszałam wcześniej o historii piątki z Central Parku, ale w 1989 roku w Stanach Zjednoczonych był to naprawdę głośny temat. Kraj podzielił się na grupę ludzi oburzonych za skazanie chłopaków bez dowodów i na tych, którzy przerażeni brutalnością tej napaści nawoływali nawet do powrotu kary śmierci (tutaj raczej mało subtelnie, kilkukrotnie, wspomina się o Donaldzie Trumpie, który głośno wygłaszał te obrzydliwe hasła). Także dla mnie był to skok w nieznane, a serial pomógł mi zobaczyć fakty, a co za tym idzie: przerazić się systemem, który ma władzę nad niewinną jednostką.

źródło
To, co sprawiło, że nie mogłam oderwać się od fabuły serialu było mistrzowskie operowanie emocjami. Ava DuVernay postawiła na kartę człowieczeństwa, właśnie ją eksploatowała, pozwalając faktom przepływać w tle, ale na pierwszym planie nieustannie mając sylwetki tych młodych chłopaków. To z ich perspektywy zobaczymy wszystkie wydarzenia, to ich emocje będą nam najbliższe, to ich rozterki będą zgłębiane przez reżyserkę. Empatyczny widz nie potrafi odciąć się od uczuć, które rodziły się na ekranie. Widząc życie piątki nastolatków na chwilę przed wizytą w parku, a później oglądając proces przesłuchania nie da się zrozumieć „na logikę” dlaczego wszyscy złożyli właśnie takie zeznania. Jednak pokazując odosobnienie, paraliżujący strach tych młodych chłopaków siedzących na posterunku i powtarzane w nieskończoność prośby o wypuszczenie ich do domu, DuVernay idealnie odzwierciedliła przyczynę wypowiedzenia nieszczęsnych w skutkach zeznań.
Podobno w większości przypadków traktowano piątkę z Central Parku jako nierozerwalną grupę, paczkę, którą jedna strona uważała za niewinnych, a druga określała mianem „zwierząt”. W When They See Us natomiast zobaczymy każdego z nich jako indywidualną jednostkę wplątaną w coś większego, czego sami nie potrafią pojąć, a tym bardziej kontrolować. Intymne spojrzenie reżyserki pozwoliło zobaczyć człowieka oszukanego, który nie może wpłynąć na nadciągające tragiczne wydarzenia, człowieka, którego jedna decyzja przekreśliła całe życie.
źródło
Serial jest także fenomenalny od strony technicznej. Ponure, błękitne oświetlenie, zbliżenia na twarze aktorów, ujęcia zawsze podbijające przekaz emocjonalny - wszystko tutaj jest w punkt. Scenariusz jest rzeczowy, skupia się po kolei na: przesłuchaniu chłopaków, rozprawie sądowej, życiu czwórki z nich po latach. Ostatni odcinek poświęcony został postaci najstarszego oskarżonego, który stracił najwięcej.
W kwestii aktorskiej nie ma tutaj słabego ogniwa. Raymond Santana, Kevin Richardson, Yusef Salaam, Antron McCray, i Korey Wise zagrani są bez zarzutu przez młodych i starszych aktorów. Na prowadzenie wysuwa się jednak jeden z nich: Jharrel Jerome. On jako jedyny zagrał nastoletniego oraz dorosłego Korey'a. Cała ekipa aktorska zasługuje jednak na pochwały. Aktorzy z zadziwiającą naturalnością oddają młodzieńczą niewinność, brutalnie odebraną im przez dorosłych, a także późniejsze przerażenie, kiedy uświadamiają sobie nieuchronne nadejście niesprawiedliwej straty w swoim życiu. Wszystko opiera się tutaj na niuansach, spojrzeniach i małych gestach, ale oddziałuje to na tyle dobrze, że trudno nie uwierzyć w sportretowanych bohaterów.

Serial ogląda się jednym tchem, ciężko będzie oderwać się przed zakończeniem historii. To obraz poruszający wiele problemów, które wciąż widać wokół nas - rasizm, niesprawiedliwość, podział społeczeństwa ze względu na majętność, niesłuszność wyroków, bezsilność wobec osób, które wykorzystują swoją aktualną pozycję za nic mając człowieka siedzącego naprzeciwko. Zdecydowanie warto po niego siegnąć. A co wrażliwszym polecam mieć przy sobie paczkę chusteczek podczas seansu - oglądanie tego typu niesprawiedliwości potrafi ścisnąć za gardło.


poniedziałek, 13 stycznia 2020

Jak daleko się posuniesz dla dobra rodzeństwa? - „Córka lasu” Juliet Marillier


*Córka lasu*
Juliet Marillier

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Daughter of the Forest
*Cykl:* Siedmiorzecze
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1999
*Liczba stron:* 648
*Wydawnictwo:* Papierowy księżyc

Wszystko zależy od tego, jak ty widzisz świat. Nie ma ciemności i światła poza tym, jak ty je postrzegasz. Wszystko zmienia się w mgnieniu oka, a jednak pozostaje takie samo.
*Krótko o fabule:*
Siedmiorzecze to nieprzystępne, tajemnicze miejsce, strzeżone przez milczących zbrojnych przemykających wśród drzew w szarych płaszczach i chronione przez siły starsze niż czas. Spokój jest jednak złudny – najeźdźcy zza mórz, Brytowie i Wikingowie, przynoszą wojnę i zniszczenie. Ale wróg czai się też wewnątrz twierdzy: Lady Oonagh, czarodziejka piękna jak poranek, ale o duszy mrocznej jak noc, opętała serce Lorda Columa i zagroziła jego siedmiorgu dzieciom. Wiedźma rzuca na sześciu braci potworne zaklęcie – zaklęcie, które tylko Sorcha może złamać, wypełniając w zupełnym milczeniu zadanie powierzone jej przez Czarowny Lud. Jeśli przemówi, zanim zrealizuje swój cel, jej bracia przepadną na zawsze.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Początek roku zdecydowałam się spędzić w towarzystwie książki, która nie wymagałaby ode mnie szczególnego skupienia, a za główny cel postawiłam sobie otrzymanie niezobowiązującej rozrywki. Mając w głowie takie założenia nie musiałam szukać daleko odpowiedniego tytułu, a wszystko za sprawą autorki bloga Kochajmy książki (link), która często wspominała o sadze Siedmiorzecze. Te jej pochwały nie wystarczyły, żeby popchnąć mnie do czytania książki w oryginale. Na szczęście naprzeciw moim wymaganiom wyszło wydawnictwo Papierowy Księżyc, które Córkę lasu wypuściło na polski rynek jeszcze w zeszłym roku.

Ostatnio rzadko sięgam po gatunek młodzieżowej fantastyki, więc starałam się dobrze przemyśleć wybór odpowiedniej książki. Kiedy sięgnęłam po Sagę Księżycową za sprawą polecenia autorki Kochajmy książki to byłam zachwycona. Tutaj wydawało się, że będzie podobnie, bo raz: gatunek ten sam, a dwa: to ponownie jest retelling, tym razem baśni o braciach zaklętych w dzikie łabędzie. Meyer sięgała w swoich książkach po historie popularnych księżniczek i mocno bawiła się z przerabianiem znanych motywów na pasujące do jej świata przedstawionego. Natomiast Marillier dość wiernie trzyma się bazowej historii i buduje wokół niej odpowiedni klimat i pełnokrwistych bohaterów. Gdybym miała wybierać to Meyer radzi sobie z tym retellingiem jednak lepiej.

W Córce lasu zdecydowanie postawiono na klimat i to czuć od pierwszych stron książki. Stylizowana na średniowieczne czasy i zakorzeniona w irlandzkiej historii ma potencjał na zostanie świetną rozrywką dla czytelnika. Kamienne zamki, nauka sztuki pojedynków, knute intrygi, ziołolecznictwo, potyczki między Brytami a Irlandczykami, a nade wszystko czająca się w lesie magia to zdecydowanie wszystkie elementy, które punktują u mnie w tego typu powieściach. W Córce lasu jednak nie obyło się bez problemów.

źródło
Początek książki nie napawa dużym optymizmem i nie przykuwa szczególnie uwagi czytelnika. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, a Sorcha ewidentnie należy do osób wylewnych, które lubią rozwlekać opowiadaną historię. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że celem Marillier było zbudowanie odpowiedniego nastroju, dogłębne poznanie wielu bohaterów i tła fabularnego. Jednak dodając do tego fakt, że Córka lasu jest retellingiem znanej baśni to przez długi czas nie dzieje się nic ekscytującego. Powoli odhaczamy poszczególne elementy znanej bajki - Sorcha wraz z szóstką braci mieszka w zamku, gdzie włada ich ojciec, matka od wielu lat nie żyje, ojciec ponownie się żeni, macocha rzuca czar na chłopaków, a ich siostra musi uszyć koszule z gwiazdnicy, a przy tym nie może odezwać się słowem. Gdyby w jakiś sposób skompensowano te wydarzenia, to nie byłoby źle, ale niestety ta część historii zajmuje jakąś 1/3 powieści. Także człowiek wkręca się tak naprawdę przy połowie.

Dla mnie więc początek jest dość rozwleczony. Natomiast trzeba przyznać, że kiedy czytelnik już wsiąknie w tę powieść to czytanie przynosi czystą przyjemność. U mnie nastąpiło to dość późno, ale gdy w końcu się wciągnęłam to połknęłam drugą połowę książki w jeden wieczór. Żałuję, że tempo akcji nie zostało bardziej wyrównane, ale zawsze lepiej w tę stronę - żeby końcówka nas mocniej ekscytowała. Wątek relacji Sorchy z Brytami został świetnie poprowadzony, dziewczyna powoli zdobywała zaufanie i miejsce, w którym czuła się jakkolwiek bezpiecznie, ale nieustannie musiała być na baczności. Ciekawie rozwijała się jej przyjaźń z Hugh, a także relacje z jego matką czy Margery. Tutaj naprawdę nie mam się czego przyczepić.

Córka lasu okazała się powieścią przepełnioną baśniowym klimatem, mocno trzymającą się ram znanych nam z dzieciństwa. To lektura dość nierówna, ale finalnie sprawiająca przyjemność z czytania. Niesie ze sobą proste, ale nadal oddziałujące przesłanie, że warto poświęcać się dla bliskich, że na przebyte cierpienia znajdziemy lekarstwo, a za przewinienia czeka nieuchronna kara. Zabierając się za nią trzeba jednak przystać na kilka minusów, jak rozciągnięte wprowadzenie do akcji czy dość jednostronnie zarysowane charaktery bohaterów. Może to być dobry wybór dla fanów historycznej fantastyki, którym niestraszna nutka wątku miłosnego i kropla magii. Ja spędziłam miło czas przy tej lekturze, choć spodziewałam się po niej czegoś więcej.

niedziela, 5 stycznia 2020

Kiedy masz tylko pół godzinki, czyli polecam seriale z krótkimi odcinkami


Za każdym razem nadejście nowego roku mnie zaskakuje - przecież niemożliwe, że 12 miesięcy minęło w tak błyskawicznym tempie. Świat coraz szybciej pędzi, a nam coraz ciężej znaleźć dłuższą chwilę czasu na spędzenie jej z ulubionymi, serialowymi bohaterami. Często mam w ciągu dnia dosłownie moment, zazwyczaj podczas wcinania kolacji, który mogę poświęcić na włączenie telewizora. Miło jest, kiedy mogę obejrzeć cały odcinek, a nie szatkować film bądź być skazanym na to, co akurat w programie tego dnia wyświetlają. Twórcy jednak wychodzą naprzeciw zabieganemu społeczeństwu - mamy coraz więcej wartych uwagi krótkich seriali. Kilka pozycji, które szczerze polecam znajdziecie poniżej.

1. New Girl, 7 sezonów (2011-2018)

Na pewnym etapie życia był to mój ukochany umilacz czasu. Perypetie ekscentrycznej Jess, która wprowadza się do loftu, w którym mieszka już trójka męskich lokatorów. Ogromny plus to fakt, że każdy z nich jest trochę dziwakiem, nieradzącym sobie w dorosłym życiu, a dodatkowo te wszystkie postaci można określić mianem takich dużych dzieci. Wspaniale się ogląda trzydziestolatków, którzy dalej potrafią zrobić z siebie idiotę, zapomnieć o zasadach narzuconych przez społeczeństwo, żeby dobrze się bawić z przyjaciółmi. Odcinki przepełnione wspaniałym humorem, każdy z bohaterów pełen charyzmy i dopełniający resztę obsady. Czysta przyjemność z oglądania, a chemia między postaciami niesamowita, czy to przyjaźń, czy to miłość (podobno Nick i Jess w ogóle nie byli planowani jako serialowa para, ale po nakręceniu kilku odcinków nie dało się zaprzeczyć tej ekranowej chemii). Minusy? Im dalej w las tym gorzej, ostatni sezon można sobie w ogóle odpuścić. Ale wszystko, co wcześniej - złoto!

2. Galavant, 2 sezony (2015-2016)

Największe nieporozumienie w świecie telewizji ostatnich lat - jak Galavant może mieć TYLKO dwa sezony? To zdecydowanie perełka wśród seriali absurdu, czarna groteska pełną gębą, z ostrym, czasami rynsztokowym humorem i genialnymi występami komediowymi. Dokładając do tego gara gatunek fantastyki i mieszając go z musicalem zyskał sobie w mojej osobie fana numer jeden. Fabuła? Okrutny król Richard porywa ukochaną mężnego rycerza Galavanta. Kiedy mężczyzna przybywa do zamku odbić swą oblubienicę (podśpiewując pod nosem hymn wychwalający swoją odwagę) napotyka na pewną przeszkodę - kobieta stwierdza, że złoto jest dla niej ważniejsze niż prawdziwa miłość. To oczywiście dopiero początek przygód tych bohaterów, którzy przemierzą wiele kilometrów i stoczą liczne pojedynki, zawsze z piosenką na ustach i tańcem w bioderkach. To jest jakiś niesamowity twór, który podbija serce i bawi jednocześnie. Świetnie poprowadzone wątki, połamanie schematów i odważne podejście do scenariusza zdecydowanie się opłaciły - przerażający i bezwzględny król koniec końców zyskuje największą sympatię i to jego chciałoby się przytulić za każdym razem jak się pojawia. Jeżeli jeszcze nie widzieliście, a jesteście fanami absurdu, fantastyki bądź musicalu - to Wam zazdroszczę tej uczty!

3. The End of the F***ing World, 2 sezony (2017-2019)

Żeby nie było tylko lekko i zabawnie skręcimy w ciemniejszy rejon. Nastolatkowie z The End of the F***king World są niezrozumiali, mają problemy, z którymi nie do końca chcą sobie poradzić, które raczej traktują jako część siebie i starają się z nimi żyć. James w pierwszym odcinku mówi, że jest psychopatą i w najbliższej przyszłości ma w planach morderstwo. Alyssa czuje się odrzucona przez matkę, która ponownie wychodzi za mąż i w ogóle na starszą córkę nie zwraca uwagi. Ta dwójka się spotyka, a ich relacja jest prawdziwie osobliwa. Niewiele rozmawiają, a jeżeli już to są to wygłaszane zdania bez cienia emocji. Kiedy jednak wyruszają we wspólną podróż wszystko się zmienia, odnajdują swoją wrażliwość i zaczynają przed sobą ściągać kolejne warstwy. Pierwszy sezon to prawdziwa perełka - scenariusz jest świetny, aktorzy radzą sobie śpiewająco, a do tego muzyka, zdjęcia i montaż tworzą oryginalny i niezwykły klimat. To jeden z tych seriali, których ścieżka dźwiękowa po czasie nadal nie może mi się znudzić. Ostatnia scena pierwszego sezonu mogłaby być tą ostatnią, ale jako że serial zyskał sporą popularność, postanowiono go kontynuować. Druga część jest w porządku, dobrze zobaczyć znowu te same twarze i poznać część dalszą, jednak jakość lekko spada w porównaniu z idealnym pierwszym sezonem. Wciąż, to na pewno inny i ciekawy wybór, któremu warto dać szasnę. W tym przypadku jednak mam nadzieję, że na drugim sezonie historia się zakończy.

4. Barry, 2 sezony (2018-)

Łącząc gatunek komedii z mocną, często krwawą akcją można dostać różne rzeczy, ale twórcom Barry'ego udało się trafić w dziesiątkę. Ten serial jest niesamowicie zabawny, w dość absurdalny sposób, a zarazem utrzymano w nim odpowiedni ładunek dramatyczny. Nie zabraknie także scen, które sprawiają, że brakuje nam tchu przez poziom napięcia. Fabuła dość prosta: mamy płatnego zabójcę, weterana wojny w Iraku, Barry'ego. Wujek kręci mu ciągle nowe zlecenia morderstw, zgarnia połowę gaży i przekonuje, że tak naprawdę nic złego się nie dzieje, a chłopak powinien robić to, w czym jest dobry. Kiedy niechcący Barry trafia na zajęcia kółka teatralnego odkrywa się przed nim nowy świat, możliwość podzielenia się z innymi swoimi emocjami. Tylko problem polega na tym, że Barry, jako zabójca idealny wydaje się niemal zupełnie z emocji wyprany. Czego jednak nie potrafi zdziałać odpowiednia dawka teatru? Do tego dochodzą jeszcze porachunki z czeczeńską mafią, dzięki której poznajemy komediową perełkę całego serialu - Anthony'ego Carrigana. Świetnie poprowadzone są wszystkie poboczne wątki, znajomość z prowadzącym kurs aktorski, związek z koleżanką po fachu, relacja z wujem, a w końcu pokręcona przyjaźń między Barry'm a Czeczenem Noho Hankiem. Ogląda się cudownie!  

5. Brooklyn 9-9, 7 sezonów (2013-)


Bardzo dużo osób polecało mi ten serial, miałam do niego kilka podejść. Pierwsze odcinki jakoś nie do końca mnie przekonały. Jednak któregoś razu wsiąknęłam i się zakochałam. To akurat tego rodzaju serial, z którym się nie spieszę. Co jakiś czas wracam i oglądam serię odcinków, ale nie potrzebuję poznać od razu wszystkiego co wyszło. Historia toczy się wokół grupki policjantów z posterunku 9-9 i w sumie fabularnie niczego więcej na początku nie trzeba wiedzieć. Jednak tutaj nie tyle o historię, co o bohaterów chodzi. A ci są przezabawni! Chyba nie kojarzę innego serialu, w którym każda z postaci byłaby tak komediowo dopracowana. Na dodatek cały ten zlepek dziwnych charakterów potrafi ze sobą współgrać i tworzyć zgrany zespół. Jake, nieoczytany i nieoględny, ale zarazem sprawnie rozwiązujący policyjne sprawy. Wpatrzony w niego jak w obrazek parter Charles. Amy, chodząca encyklopedia, uwielbiająca mieć rację, której marzeniem jest zaistnieć w oczach szefa i wspinać się po ścieżce kariery. I tak dalej, i dalej. Każdy inny, każdy charyzmatyczny i zagrany z odpowiednim komediowym zacięciem. Na razie skończyłam piąty sezon i bawię się wciąż świetnie. Także do obiadu serial idealny!

6. Miracle Workers, 1 sezon (2019-)

Najnowszy serial w zestawieniu. Odkąd zobaczyłam zwiastun mocno zalatywał mi klimatem The Good Place. Wszystko dzieje się w zaświatach, gdzie Bóg (Steve Buscemi) przechodzi ewidentny kryzys wieku średniego, przestaje go interesować los dążącej do katastrofy Ziemi i jej mieszkańców. Żeby zaradzić problemom postanawia, że planetę wysadzi. Dwójka pracowników, zajmujących się odpowiadaniem na modlitwy postanawia odwieść go od tego pomysłu. W tym przypadku za mną dopiero dwa odcinki, ale już mogę powiedzieć, że jako serial z doskoku sprawdzi się idealnie. To taka luźna forma, w której wiele małych pomysłów może wywołać uśmiech. Nie jest przy tym jakoś szczególnie wciągający i dla mnie na pewno nie dosięga do poziomu The Good Place. Jednak wciąż warto dać mu szansę, obsada bawi się przednio, szczególnie Daniel Radcliffe. Ja na pewno zobaczę sezon do końca, a już udało mi się podejrzeć, że drugi sezon ma mieć miejsce w czasach średniowiecznych. Także forma się pewnie trochę zmieni, co mnie w tym przypadku intryguje. 

7. Grace i Frankie, 6 sezonów (2015-)

Na koniec kolejny serial, który oglądam z doskoku, partiami. Mam za sobą na razie trzy sezony Grace i Frankie, a wszystkie podobały mi się równie mocno. Nie jest to jednak ten tytuł, który przykuwa mnie do telewizora i nie pozwala odejść dopóki nie zobaczę wszystkiego. Tym bardziej dobrze się sprawdzi w tej liście. Historia jest dość ekscentryczna: mężowie Grace i Frankie od lat pracują we wspólnej firmie, a na stare lata postanawiają pogodzić się ze swoją naturą - zapraszają żony na kolację i oznajmiają im, że odchodzą, żeby resztę życia spędzić wspólnie, jako para. Kobiety nie potrafią sobie z tą rozłąką poradzić. Mimo że do tej pory łączyła je raczej oschła relacja to w końcu zaprzyjaźniają się i razem prą do przodu. To naprawdę jest piękna historia o przyjaźni, zrozumieniu, akceptacji i pozwoleniu innym na bycie sobą. Wzbudza same ciepłe uczucia. Na dodatek serial jest świetnie napisany, postacie są bardzo charakterne i wspaniale się uzupełniają. Najlepiej wypada para Jane Fonda - Lily Tomlin, ale aktorsko nie ma tutaj słabych ogniw. Także ja na pewno będę kontynuować oglądanie przygód Grace i Frankie, a Wam również to polecam. 


Inne krótkie seriale? Wspomniany wcześniej The Good Place (link), One Day at a Time (link), The Kominsky Method (link), Russian Doll (link), Miłość, śmierć i roboty (link), Derry Girls (link), a dla młodzieży Awkward.

Piszę o tych serialach, jako o świetnych krótkich przerywnikach. Musicie jednak pamiętać o jednym - one też wciągają. Wiele z nich, mimo że planowo miałam oglądać jedynie przy posiłkach, skończyłam w kilka dni. Także, oglądacie na własną odpowiedzialność!

Dorzucilibyście coś do tej listy?

niedziela, 29 grudnia 2019

Podsumowanie 2019 roku

Wraz z odliczaniem do ostatniego dnia grudnia przyszedł czas, jak co roku, na podsumowanie oraz topki filmowe i książkowe. Ten rok wspominam jako niezwykle zabiegany, ale również wynagradzający. W pracy się układa, w życiu prywatnym także, wciąż mam czas na rozwijanie swojego hobby, nawet jeżeli płacę za to wiecznym zmęczeniem. Mogę jednak szczerze powiedzieć, że było warto!


Co do statystyk tego roku to książek udało mi się przeczytać 34, dodatkowo trzy mam rozpoczęte. Niedużo, ale nadrobiłam sporo klasyków, z czego jestem bardzo dumna! Z filmami było bardzo podobnie, bo nie oglądałam tyle co w zeszłych latach, ale zdecydowanie był to jeden z najlepszych jakościowo okresów. Trudno było mi wybrać te najlepsze i żałowałam, że kilku tytułów jeszcze nie dorzuciłam. Większość jest jednak opisana w notkach filmowych na blogu, warto tam zajrzeć. Z teatralnych przeżyć mogę polecić wrocławski teatr Układ Formalny, który tworzy niesamowite rzeczy. Udało mi się znowu odwiedzić teatry muzyczne w Gdyni i Wrocławiu. Zawsze te wizyty miło wspominam, a musicale raczej nigdy mi się nie znudzą. Ten rok minął mi najbardziej pod znakiem seriali, bo te oglądałam na potęgę. Wystarczy wspomnieć, że nadrobiłam całe 7 sezonów Gilmore Girls, a do tego kontynuowałam oglądanie cudownego The Good Place, Lucifera, Stranger Things, Good Girls, zobaczyłam ostatnie sezony Gry o tron i Orange is the New Black. Z nowości: natknęłam się na świetnego Barry'ego, obejrzałam genialne Wielkie kłamstewka (na razie 1 sezon), nadrobiłam mini serial Patrick Melrose z cudownym Benedictem w roli tytułowej, ubawiłam się podczas oglądania Good Omen i Derry Girls, zaczęłam przygodę z Brooklyn 9-9. Ten rok zdecydowanie należał do seriali, a i tak sporo przede mną (kolega mnie maltretuje, żebym w końcu zobaczyła Euphorię, ale zostawiam ją na przyszły rok). Całą przeprawę zakończyłam przygodą z Wiedźminem, który może nie zachwycił, ale i tak na kolejny sezon będę czekać. Może uda mi się o wrażeniach więcej napisać. Także, nie przedłużając, przedstawiam tegoroczne topki (kolejność pierwszej piątki nie ma tutaj szczególnego znaczenia, wszystkie podobały mi się podobnie).




Plany na kolejny rok? Nie pędzić, nie ścigać się, chłonąć powoli i z przyjemnością. Ten rok udowodnił, że wysoka liczba przeczytanych/obejrzanych często rozmija się z jakością produktu, natomiast mniejsze dawki potrafią sprawić więcej frajdy, a finalnie przynieść więcej satysfakcji.

Co najlepszego Wy czytaliście, oglądaliście w tym roku? Chętnie się dowiem.

Szampańskiej zabawy sylwestrowej i najlepszego w Nowym Roku !

czwartek, 26 grudnia 2019

Rozgrzewające seanse, czyli ciepluchne filmy na święta

Przede wszystkim, lekko spóźniona, ale ślę Wam serdeczne życzenia! Mam nadzieję, że święta były spokojne, spędzone tak, jak lubicie najbardziej, ze smacznymi potrawami i pięknymi kolędami. Jeżeli jakimś cudem wciąż nie poczuliście ciepła płynącego ze świąt to przychodzę do Was z małą pomocą.



W okresie świątecznym niekoniecznie nastawiam się na filmy związane stricte z Bożym Narodzeniem. Mam zawsze nadzieję na seanse przepełnione ciepłem - takie przyjemne tytuły, które wprawią mnie w rodzinny nastrój. Także dzisiaj krótka lista filmów, które wewnętrznie rozgrzewają, dają nadzieję i nawet jeżeli w wielu przypadkach do arcydzieł im daleko to każdy potrafi dobrze się umościć w naszych serduchach.

Czas na miłość (2013), reż. Richard Curtis

źródło
Właściwie na tym miejscu mógłby znaleźć się inny tytuł od tego reżysera, bo i Dziennik Bridget Jones i To właśnie miłość budzą we mnie ciepłe uczucia. Jednak jakiś szczególny sentyment mam właśnie do About time, czy jak ktoś woli w polskim tłumaczeniu: Czas na miłość. Zazwyczaj nie oglądam komedii romantycznych z chłopakiem, a ta jakoś nam obojgu podeszła, rozczuliła i wzruszyła. Historia jest dość prosta: chłopak poznaje dziewczynę, rodzi się uczucie i obserwujemy później kilka lat ich życia. Oryginalnym motywem jest tutaj pewien element fantastyczny, bo główny bohater ma zdolność przeskakiwania w czasie. Jednak z filmu przede wszystkim wyciągamy opowieść o ludziach i ich emocjach. O miłości, o tym, żebyśmy cieszyli się daną chwilą i czerpali z niej garściami, żebyśmy doceniali każdy moment spędzony z bliskimi osobami, żebyśmy pogodzili się ze stratą. Idealną ilością słodyczy raczą nas wszyscy aktorzy, którzy mają taki naturalny urok, że nie czujemy się obciążeni cukierkowością na siłę. A najlepszą rekomendacją będzie fakt, że kiedy przeskakując po kanałach napotykam na Czas na miłość zawsze przestaję przełączać.

Odlot (2009), reż. Pete Docter, Bob Peterson

źródło
Całe dzieciństwo czekałam na kolejne produkcje spod szyldu Disney'a, ale jako dorosła osoba jaram się bardziej Pixarem. Ich animacje często skierowane są do starszych widzów. Rezygnując z księżniczek i rycerzy, postanawiają pokazać nam życie prostych ludzi, które wzrusza niemal od pierwszych minut. Oglądając Odlot człowiek zalewa się łzami już w początkowej sekwencji (istnieje ktoś kto się nie rozpłakał w tym momencie?). To jedna z najwspanialszych historii miłosnych, jakie pokazano nam na ekranie. Później Odlot jest równie dobry. Z tematu miłości przeskakuje w samotność i radzenie sobie ze stratą, dodatkowo wciąż nie rezygnuje ze wspaniałej przygody, którą oglądamy z oczarowaniem, we względu na piękne obrazki (balony unoszące dom głównego bohatera wpadły już do wora klasyki). Na dodatek pokazuje przepiękną przyjaźń, potwierdzającą, że różnica wieku w tym przypadku nie ma znaczenia, że zawsze potrzebujemy drugiego człowieka, który rozjaśni nasze dni i wywoła w nas ciepłe uczucia. Jakby tego było mało mamy jeszcze upartego staruszka, który po stracie ukochanej decyduje się na spełnienie jej największego marzenia. To pięknie pokazuje, że jego miłość trwa nadal i możemy być pewni, że nigdy o niej nie zapomni. Cała animacja jest zupełnie rozczulająca, a zarazem tematy poprowadzone są lekko, często z przymrużeniem oka. Każdy powinien ją zobaczyć.

Amelia (2001), reż. Jean-Pierre Jeunet

źródło
Pamiętam, że wiele osób polecało mi Amelię, a ja jakoś nie byłam przekonana do seansu. Wydawało mi się, że ten cały zachwyt jest dość podejrzany, bo przecież z opisu wynikało, że to kolejna komedia romantyczna. Amelia to mieszkanka Paryża, która postanawia sobie, że będzie uszczęśliwiać ludzi wokół, prowadzi więc własne śledztwa i stara się popychać poszczególne osoby w dobrą stronę. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się także mężczyzna, przy którym serce zaczyna dziewczynie bić mocniej. Także nic szczególnie oryginalnego. Jednak Amelia jest dopracowana na tylu poziomach, że trudno się podczas seansu nie zachwycić. Piękne są tutaj kadry i ich kolory, wspaniale rozpisany jest scenariusz, wszystko to zagrane z masą charyzmy od Audrey Tautou, a w tle muzyka, która na długo nie ucieka z pamięci. Amelia jest po prostu pełna magii, iluzja pięknie przeplata się tutaj z realizmem. Można w filmie znaleźć wszystko, czego w czasie świątecznym poszukujemy: bezinteresowane spełnianie ludzkich życzeń, pomoc bliźniemu w zamian za uczucie czystej satysfakcji z wyciągnięcia do nich ręki, a do tego magia kina w najlepszym wydaniu, ciepło, miłość i przyjaźń. Warto dać się ponieść tej onirycznej historii i zatopić się w marzeniach.

Narzeczona dla księcia (1987), reż. Rob Reiner

źródło
Nie wiem jak jest u Was, ale moim świętom często towarzyszyły filmy familijno-przygodowo-fantastyczne. Czy to Niekończąca się opowieść czy Długo i szczęśliwie czy Gwiezdny pył - zawsze przykuwały nas rodzinnie do telewizora. Kto nie lubi tych heroicznych czynów i magicznych sztuczek, posypanych odpowiednią ilością słodyczy, księżniczek i niesamowitych stworów? Filmy w tym klimacie najlepiej się miały w latach 80tych/90tych, dlatego wracając do nich po latach musimy być przygotowani na kanciaste efekty specjalne i lalkowe potwory. Jeśli przymkniemy na te niedociągnięcia oko mamy najlepszą przygodę na ekranie. Widzowie będą śledzić poczynania Wesley'a, który postanawia odbić swoją ukochaną z dzieciństwa z rąk księcia Humperdincka. Po drodze spotka mnóstwo postaci pobocznych, którzy wniosą swoje mini historie do fabuły i oczarują nas heroicznym charakterem. W filmie brak efekciarstwa, wszystko jest proste, pozbawione zbędnego napompowania czy patosu. Jednocześnie przekazuje nam lekcję na temat przyjaźni, lojalności i oddaniu się sprawie. Potrafi przy tym rozbawić i wprawić w dobry nastrój. Narzeczoną dla księcia traktuję jako film z dzieciństwa, jestem ciekawa jakby mi się spodobał, gdybym pierwszy raz oglądała go jako dorosła osoba. Może ktoś z Was go nie widział, nadrobi i mi powie?


Mała Miss (2006), reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris

źródło
Ten film należy już chyba do klasyki kina rodzinnego. Mała Miss jest kinem drogi w najlepszym wydaniu. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy 7-letnia Olive postanawia, że weźmie udział w konkursie piękności. Żeby dojechać na miejsce zawodów cała rodzinka pakuje się do vana i rusza w drogę. Kwintesencją tego filmu jest zróżnicowanie charakterów - w rodzinie mamy cynicznego nastolatka, wujka ze stanami depresyjnymi, korzystającego z używek dziadka, marzącego o pracy motywatora ojca i przejmującą się wszystkim mamę. Ta mieszanka wygląda na początku na dość dysfunkcyjną, ale z czasem widzimy, że pod problemami kryją się nierozerwalne więzy rodzinne. Ten film nauczy, że nieważne jaki jesteś to rodzina Cię zaakceptuje, a nawet zgodzi się zatańczyć wspólnie pokręcony taniec zwycięstwa. Na dodatek to świetnie rozpisany i zagrany film, zgarnął Oscara za scenariusz i za rolę drugoplanową dla Alana Arkina. Lekki i zabawny, a ponadto rozczulający w kwestiach więzów rodzinnych, wiary w siebie i dążenie do osiągnięcia marzeń.

Duża ryba (2003), reż. Tim Burton

źródło
Któż by pomyślał, że mistrz dziwactw i potworów będzie tak świetnym reżyserem kina familijnego? I Duża ryba, i Edward Nożycoręki mogą pomóc w pozyskaniu z ekranu uczucia ciepła i rodzinnej miłości. Na listę trafił ten pierwszy, bo oprócz tego, że sprawdza się jako przyjemny seans, to zapełniony jest niesamowitymi historiami, które prowadzą do pięknego pojednania. Wszystko zaczyna się od ponownego spotkania ojca i syna, którzy od lat ze sobą nie rozmawiali. Syn ma za złe rodzicowi, że całe życie krył się za wymyślnymi opowieściami, nie odkrywał przed nim prawdziwego oblicza. Łatwo się domyślić dokąd takie spotkanie doprowadzi - po latach obaj mężczyźni dojdą do porozumienia po długiej rozmowie. Wspaniale tutaj zademonstrowano ten moment zrozumienia, kiedy po zawiłej konwersacji dochodzi do zawarcia pokoju. Bohater przeżył kolorowe, cudowne, wypełnione magią życie, a na ostatniej prostej brakuje mu tylko wybaczenia od strony syna. Ostatnia scena, w której syn niesie rodzica na rękach wywołuje u mnie zawsze morze łez. A sam film? Pokazuje nam, że życie jest krótkie, ale możemy zapełnić je masą pięknych historii, pozwala też uświadomić sobie, że na każdego z nas w końcu przyjdzie czas, a lżej będzie odchodzić z czystym sumieniem.


Reszta tytułów warta rozważenia to m.in.: The Perks of being a Wallflower, Pół żartem pół serio, August Rush, Miasteczko Halloween, Tootsie, Deszczowa Piosenka, Most do Terabithii, Forrest Gump, Good Will Hunting, Mój sąsiad Totoro, Dawno temu w trawie, Poradnik pozytywnego myślenia, La La Land, Nietykalni i seria o Harry'm Potterze.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka