sobota, 18 maja 2019

#KącikAliny - Opisując życie w 101 książkach, czyli „A Life in Books: Rise and Fall of Bleu Mobley” Warren Lehrer

Czytając opis tej książki wiedziałam, że czeka mnie ciekawa literacka podróż. Otóż: życie głównego bohatera opisywane jest tutaj przy pomocy 101 napisanych przez niego książek - zaczynając od powieści stworzonych za młodzieńczych lat, a kończąc na ostatniej pozycji wydanej już w więzieniu.  

All around me I hear the dreams of my neighbours.

Warren Lehrer, który poza napisaniem tego książkowego tour de force, również zaprojektował zawarte w niej okładki książek Bleu oraz ilustracje, to często nagradzany artysta-pisarz. Jego praca nie była mi dotąd znana, a zdecydowanie powinna! W „A Life in Books” Lehrer prezentuje fikcyjny obraz autora, Bleu Mobley, który w więzieniu postanowił nagrać historię swojego życia. Autor przeplata nagrania z elementami pochodzącymi z bibliografii Bleu, która liczy (tak, zgadliście) 101 pozycji. Jego pierwsze książki, wydawane jeszcze w szkole średniej, mają głównie za zadanie pomóc w usprawiedliwieniu nieobecności ojca w życiu Bleu, a także pomóc w wyrażeniu wdzięczności względem matki. Ostatnie książki odnoszą się do bardziej kontrowersyjnych tematów, często nawet politycznych. Obok każdej okładki zaprojektowanej przez Lehrera, znajduje się krótki opis fikcyjnego wydawcy, a pod tym fragment książki. Już pierwsze dzieła Bleu wskazują na jego chęć eksperymentowania z tradycyjną powieścią. Niektóre z jego innowacyjnych pomysłów to: książka, która jest jednym długim zdaniem; kolorowanka dla dzieci ukazująca zbrodnie wojenne; książka z małym telewizorkiem, by oglądać, co dusza zapragnie, podczas gdy inni podziwiają obszerność „czytanej” powieści; książka o mężczyźnie, który postanawia pozwać do sądu siebie samego; czy nawet zwój zawierający długie, nocne przemyślenia bezimiennego pisarza. 


„A Life in Books” to zdecydowanie ambitna książka, w której Lehrer mógł, w zależności od wybranego gatunku, bawić się narracją, nawet wychodzić poza granice tradycyjnych form oraz zgłębiać psychikę różnorodnych postaci. To właśnie one dominują w powieści Lehrera - każda z 101 książek opowiada o różnych bohaterach, a do tego jest jeszcze Bleu, jego przyjaciele i rodzina. A jednak wszyscy zdają się być kompletni, prawdziwi i świetnie zarysowani. Potrafią rozbawić, rozgrzać serducha, a czasem zwyczajnie rozczarować. Zdaje się, że Lehrer nie pominął żadnego gatunku literackiego: od science fiction przez manifesty do interaktywnych powieści. To tylko upewnia nas o szerokim wachlarzu jego umiejętności. Pokazuje on również jak często wygląda praca pisarza: samotna, a zarazem opierająca się na doświadczeniach zasłyszanych przy kawie. Bleu czerpie inspiracje z otaczających go ludzi, to oni i ich historie często popychają go do napisania kolejnej książki.  


Maybe if I had your imagination and your abilities, I’d be a miserable son of a bitch too.

Oczywiście, przy tej pozycji grzechem byłoby nie powiedzieć o ilustracjach, a są one przemyślane, idealnie wpisujące się w tematy książek i, choć nie ocenia się po okładkach, to jednak widząc takie z pewnością sięgnęłabym po dzieła Bleu Mobley. A to może niedługo się spełnić, ponieważ Lehrer pracuje właśnie nad wydaniem jednej z powieści Bleu z „A Life in Books”, którą będę musiała zdobyć!


„A Life in Books” to gratka dla oczu i umysłu. Nie ma tu nużących przemyśleń, choć są zdania, które dają do myślenia. Ilustracjom chce się przyglądać, a humor przeplatający się przez całą powieść zachęca do dalszej lektury. Oprócz uczucia niesamowitego, unoszącego mnie lekko nad ziemią doświadczenia wynikającego z przeczytania książki, zostają mi również dwa słowa, które z mojego słownika prędko nie znikną: „Holy crapoly!”  

Więcej o autorze i jego dziełach znajdziecie tutaj: https://warrenlehrer.com


niedziela, 12 maja 2019

O kondycji człowieczeństwa - „Kwiaty dla Algernona” David Keyes


*Kwiaty dla Algernona*
David Keyes

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Flowers for Algernon
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1966
*Liczba stron:* 288
*Wydawnictwo:* Rebis
Im głębiej zanurzałem się w morze snów i wspomnień, tym bardziej rozumiałem, że problemów emocjonalnych nie da się rozwiązać w ten sam sposób, w jaki rozwiązuje się problemy intelektualne. Tego właśnie dowiedziałem się o sobie wczoraj wieczorem. Pomyślałem, że snuję się po świecie jak dusza potępiona i nagle zdałem sobie sprawę, że jestem potępioną duszą. Gdzieś, kiedyś, oddzielony zostałem emocjonalnie od wszystkiego i wszystkich.
*Krótko o fabule:*
Trzydziestodwuletni Charlie Gordon jest upośledzony umysłowo, ma iloraz inteligencji na poziomie 68 punktów. Uczy się czytać i pisać na zajęciach w Beekman College. Dwaj naukowcy z tej uczelni, doktor Nemur i doktor Strauss, prowadzą badania nad wzrostem inteligencji. Udało im się już za pomocą zabiegu chirurgicznego zwiększyć zdolności umysłowe myszy o imieniu Algernon i teraz chcą przeprowadzić taki sam eksperyment z człowiekiem.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Gatunek science fiction zaskakuje mnie po raz kolejny. Dzięki wydawnictwu Rebis i jego kolekcji klasyków z serii Wehikuł Czasu mamy okazję poznać najbardziej cenione pozycje z gatunku, wielokrotnie nagradzane, zyskujące podziw wśród czytelników na całym świecie. Zapomnijcie o wyświechtanych schematach, bo tym razem to książka inna niż wszystkie - pozycja Kwiaty dla Algernona to historia człowieka, który przechodzi niesamowitą przemianę. Lektura, która napawa nadzieją, zaskakuje, przeraża, po czym zostawia czytelnika z poczuciem przygnębienia.

Początkowo Kwiaty dla Algernona były opowiadaniem, napisanym w 1959 roku, za które autor otrzymał nagrodę Hugo. Kiedy David Keyes rozbudował je do rozmiarów powieści zgarnął także nagrodę Nebula. W życiu autora sporo było bodźców, popychających go do napisania tej pozycji. W młodości był zmuszany przez swoich rodziców do nauki medycyny, mimo że od zawsze interesował się literaturą. Później, jako nauczyciel pracował z upośledzoną młodzieżą. Kilkoro bohaterów książki jest nawet opartych na osobach z otoczenia Keyesa, także widać, że w dużej mierze czerpał z własnych doświadczeń. Ciekawostką jest, że wielu wydawców odrzucało powieść, ponieważ chciano, żeby zakończenie zostało zmienione. Na szczęście autor przystawał przy swojej wizji i upierał się przy obecnej wersji historii.

Kwiaty dla Algernona to powieść napisana w formie dziennika głównego bohatera, Charliego. Forma w tym przypadku ma ogromne znaczenie dla odbioru całości. Pierwsze rozdziały, pierwsze wpisy mężczyzny przypominają notatki dziecka - pod względem gramatycznym, ortograficznym, interpunkcyjnym i zasobu słownictwa. W tym punkcie należą się pochwały dla tłumacza, który bardzo dobrze przekazuje stan Charliego, a zarazem sprawia, że jego wypowiedzi są dla nas zrozumiałe. Z czasem, po operacji, zdolności głównego bohatera zaczynają się rozwijać, a my obserwujemy ten skok inteligencji z pierwszej ręki. Uważam, że był to świetny zabieg - wybór narracji pierwszoosobowej w tym przypadku pozwala nam lepiej odczuć całe spektrum wydarzeń.

źródło
Motorkiem napędowym dla fabuły są badania prowadzone na jednym z uniwersytetów nad wzrostem współczynnika inteligencji. Akcja rozpoczyna się w momencie przygotowań Charliego do operacji, którą wcześniej przeprowadzono z sukcesem na myszy - tytułowym Algernonie. Czytamy o tym, że mężczyzna marzy, żeby w końcu być mądrym, żeby jego koledzy z piekarnii go docenili. Z czasem okazuje się, że jego nieustanne pragnienie zdobycia wiedzy znajduje podłoże jeszcze w dzieciństwie. Wraz ze wzrostem inteligencji Charlie zaczyna sobie przypominać wydarzenia z przeszłości - widzi swoich rodziców, którzy wypierają fakt, że ich syn jest upośledzony. Rodziców, którzy za wszelką cenę chcą zmusić go do nauki, którzy każą go za nieodpowiednie zachowanie, nawet jeśli jest ono w wielu przypadkach nieumyślne, którzy wstydzą się go, obawiają się co pomyślą inni. Łatwo jest nam potępiać ich postępowanie, twierdzić, że jeszcze pogłębiali lęki swojego dziecka - jednak, sytuacja w której się znaleźli jest na tyle złożona, że trudno powiedzieć jak byśmy się zachowali na ich miejscu. Oczywiście, w pewnym momencie dochodziło do ekstremalnych sytuacji, ale były one wypadkową wielu lat starań i poszukiwań pomocy dla dziecka. Wątek rodziny Charliego jest zdecydowanie jednym z najciekawszych pod względem psychologii głównej postaci.

David Keyes w tej historii decyduje się na poruszenie tematów kontrowersyjnych i trudnych, m.in. dotyczących miejsca w społeczeństwie dla osób upośledzonych. Gdy starają się odnaleźć swoją przestrzeń we współczesnym świecie narażeni są na wyzwiska i naśmiewanie ze strony innych. Zaczyna się to we wczesnym dzieciństwie, ale trwa przez całe ich życie. Charliemu wydaje się, że otaczają go przyjaciele, jednak kiedy przestaje być dla nich tematem do wyśmiewania, nagle się od niego odwracają. Mówi, że przez zyskanie inteligencji stracił przyjaciół, ale czy tak naprawdę posiadał ich kiedykolwiek?

Pozostaje jeszcze bardzo interesujący temat związany z zależnością między rozwojem intelektualnym a rozwojem emocjonalnym. Wzrost inteligencji Charliego nie idzie w parze z dojrzałością emocjonalną, wydaje się, że mężczyzna lepiej radził sobie w kontaktach międzyludzkich przed operacją niż po niej. Jego mózg zaczyna nagle inaczej percypować otaczające go wydarzenia. W kwestiach emocjonalnych nie potrafi oddzielić się od starego Charliego, czuje się przez niego ciągle obserwowany.

Kwiaty dla Algernona są dla mnie przede wszystkim pytaniem o kondycję człowieczeństwa. Nieważne czy jesteśmy pracownikiem piekarni czy cenionym na całym świecie naukowcem - za kogo się uważamy, żeby traktować drugiego człowieka jak przedmiot, temat do śmiechu czy obiekt badań? Książka idealnie pokazuje, że inteligencja danego człowieka nie ma tutaj wiele do czynienia, a liczy się jego świadomość emocjonalna, zdolność empatii i zrozumienia. Jest to książka zdecydowanie dla każdego, toteż polecam z całego serca.

Moja ocena: 9+/10


środa, 8 maja 2019

Na smutki po majówce - filmy z włoskim klimatem

Znacie to uczucie kiedy po powrocie z urlopu nie da się tak po prostu wrócić do codziennego życia? Jednego dnia wylegujecie się w słońcu Toskanii, popijacie wino i zajadacie pizzę, a nazajutrz lądujecie za biurkiem w pracy. Chcąc chronić się jeszcze przez chwilę przed brutalną rzeczywistością stworzyłam mini listę filmów z włoskim klimatem, z Włochami w tle. Wiem, że jest ich o wiele więcej, więc jeżeli chcecie coś dorzucić - piszcie śmiało! Może powstanie druga część :)

Roman Holiday (1953)

źródło
Film, który obejrzałam całe lata temu, ale kiedy myślę o ulubionych tytułach z Audrey Hepburn jako pierwszy nasuwa mi się na myśl. Moim zdaniem to jedna z najlepszych komedii romantycznych, jakie nakręcono. Tę historię napisał słynny Donald Trumbo i to dzięki zgrabnemu scenariuszowi oraz tak lekko zagranej głównej postaci przez Hepburn jest to niezapomniana przygoda. Na dodatek cała fabuła opiera się na jednodniowej ucieczce księżniczki, która incognito podróżuje przez uliczki Rzymu. Większość przemierza na skuterze Vespa, który od czasu obejrzenia filmu nieodmiennie z Włochami mi się kojarzy. Także zwiedzanie Rzymu można zacząć od podróży z Audrey Hepburn i Gregory'm Peckiem, a później wybrać się na poszukiwanie miejsc zobaczonych w filmie.

Eat Pray Love (2010)

źródło
Tym razem film, który został oparty na bestsellerowej książce o tym samym tytule. Elizabeth, grana tutaj przez cudowną Julię Roberts, postanawia zmienić swoje życie, rzuca wszystko i wyrusza w roczną podróż. W planach ma trzy kraje: Włochy, Indie oraz Bali. Nie jest to może film, który szczególnie mnie zachwycił, ale wyprawa Elizabeth do Włoch czaruje i sprawia, że od razu mam ochotę przenieść się tam i zajadać pizzę czy spaghetti. Sceny jedzenia i picia nigdy nie były tak kuszące jak w tym przypadku. To chyba jedyny film z mojego zestawienia, w którym akcja przenosi się do Neapolu (tak, to tam bohaterka zajada się pyszną pizzą). Gdyby było Wam mało to w filmie można też zobaczyć Jamesa Franco, Violę Davis i Javiera Bardema.

Call Me by Your Name (2017)

źródło
Tym razem coś bardzo świeżego - film, który w zeszłym roku walczył o statuetkę Oscara. Historia młodego chłopaka wchodzącego w świat dorosłych, odkrywającego różne oblicza miłości, a przede wszystkim poznającego samego siebie. To jeden z tych filmów, który mimo że nie pokazuje dużych miast i nie świeci co ujęcie pizzą czy winem, ma niezaprzeczalnie wyczuwalny włoski klimat. Kręcony był w wielu mało znanych lokacjach, przykładowo w mieście Crema blisko Mediolanu. Najbardziej znanym miejscem z Call Me by Your Name jest zdecydowanie jezioro Garda (z ujęcia powyżej). To tam bohaterowie wybrali się na wycieczkę archeologiczną. Cudowna, niespieszna akcja filmu pozwala na pokazanie urokliwej strony tego kraju. Tylko uwaga! Po obejrzeniu nie chcemy tylko zwiedzić Włoch, ale od razu tam zamieszkać.

The Great Beauty (2013)

źródło
Mówiłam o uroku i sielskości małych miasteczek Włoch, ale w Wielkim Pięknie trafiamy na coś zupełnie innego. Główny bohater to bogaty mieszkaniec Rzymu, który szuka w życiu tytułowego piękna. Jest to film niesamowicie oryginalny, inny niż wszystkie (zasłużył sobie na statuetkę Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego). Czasami nostalgiczny, czasami dynamiczny. Pełen sprzeczności, niosący wiele emocji, jaskrawy w swojej formie. Czerpiący inspiracje od włoskich klasyków kina. Pozostaje jednak pod ciągłym wpływem miasta, w którym dzieje się akcja. Rzym tutaj raz jest monumentalny, czuć w nim wpływ jakiejś wyższej istoty, a za chwilę staje się wyuzdany, głośny i jego wizerunek zostaje sprofanowany. Bardzo ciekawie pokazane oblicze tego miasta.

Stealing Beauty (1996)

źródło
Był czas w moim życiu kiedy zachwyciłam się twórczością Bertolucciego. Zobaczyłam tylko trzy filmy, ale każdy z nich był niesamowity - bardzo sensualny, a zarazem delikatny. Stealing Beauty to jeden z tych trzech tytułów. Tym razem akcja filmu rozgrywa się w Toskanii, do której przyjeżdża Lucy (przepiękna Liv Tyler) w poszukiwaniu dwóch osób - ojca oraz chłopaka, którego poznała w wieku czternastu lat. Akcja jest niespieszna, ważny jest tutaj panujący klimat - upalne lato, upojne wieczory oraz przepiękne widoki, sprzyjające artystom. Akcja rozgrywa się w Chianti, gdzieś w połowie drogi między Florencją a Sieną. Kadry prezentują się naprawdę pięknie, a jeżeli lubicie dość wolną akcję, ale zdecydowanie hipnotyzującą to jest to film dla Was.

To Rome with Love (2012)

źródło
Filmy Allena polubiłam dość późno, ale miłością szczerą i niegasnącą. Uwielbiam jego scenariusze, w których zawsze jest miejsce dla sarkazmu i ironii, ale przede wszystkim ciekawych spostrzeżeń na temat otaczającej nas rzeczywistości. Co prawda, jego nowsze filmy obniżają nieco poziom, ale wciąż staram się je nadrabiać. To Rome with Love to takie typowe kino opowiadające o grupie różnych ludzi, których łączy miejsce aktualnego pobytu - Rzym. I jeżeli chcecie podziwiać miasto i wiele lokacji z niego to będzie to świetny wybór. Już oglądając zwiastun można wykrzyknąć, że niektóre miejsca dobrze znamy. Na dodatek sporo tutaj sławnych nazwisk i dla występów aktorskich naprawdę warto ten film zobaczyć. Chociaż nie nastawiajcie się na coś specjalnego.

Room with a View (1985)

źródło
Ktoś z Was lubi kostiumowe filmy romantyczne? Jeżeli tak, to musicie nadrobić ten film. Produkcja może się już trochę postarzała, ale dla kilku punktów nie możecie obok niej przejść obojętnie. Film powstał na podstawie słynnej, klasycznej powieści o tym samym tytule. W obsadzie same głośne nazwiska. Możemy zobaczyć m.in. Helenę Bonham Carter w nietypowej roli - zahukanej, dobrze wychowanej, młodej Brytyjki. Jednak błyszczy tutaj genialna Maggie Smith. A fabuła? Kuzynki, pochodzące z wyższych sfer wybierają się na wakacje do Włoch, a konkretnie do pięknej Florencji. Patrzenie na zderzenie dwóch kultur - zdystansowanych i powściągliwych Anglików z temperamentnymi Włochami jest bezcenne.

Letters to Juliet (2010)

źródło
Będąc w Weronie przypomniałam sobie o tym filmie. Co prawda, to taka typowa komedia romantyczna, która niczym nie zaskakuje i jest dość schematyczna, jednak wyróżnia ją jedno - Włochy. Istnieje taka grupa kobiet, Klub Julii, która odpowiada na listy, zostawiane przez zakochanych w Weronie. I to w tym miejscu Sophie, grana przez Amandę Seyfried, znajduje wyznanie kobiety sprzed pięćdziesięciu lat i postanawia jej pomóc. W międzyczasie twórcy filmu zabierają widza w podróż z Werony do magicznej Toskanii i to nie tylko na niekończące się pola drzewek oliwnych, ale także do miast, np. do Sieny. Dla klimatu Włoch na pewno warto ją zobaczyć, a jeżeli lubicie komedie romantyczne to w ogóle film dla Was.


źródło
Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Przecież mamy jeszcze cudowne włoskie kino! Trudno zapomnieć o słynnej scenie z La Dolce Vita, w której Anita Ekberg wskoczyła do rzymskiej fontanny Trevi. Reżyser filmu, Fellini to jeden z najwybitniejszych europejskich twórców, znany na całym świecie. Jego włoskie filmy uważane są za arcydzieła kina. Trzeba tutaj wspomnieć o Osiem i pół, czyli opowieści o reżyserze, który poszukuje weny do nakręcenia kolejnego filmu. Niejednoznaczny, metaforyczny, pozostawiający sporo miejsca do interpretacji. O wiele prostszy jest jego musicalowy remake - Nine z Danielem Day-Lewisem w głównej roli. Niby podobny temat, ale forma całkiem inna i wolałabym chyba, gdyby traktowano to powiązanie bardzo luźno, bo nie ma co tych tytułów porównywać (po prostu, różna ranga). Za to ja pamiętam, że muzykę z Nine katowałam bardzo długo (piosenka Be Italian!).

W filmach, które wymieniłam w poście Włochy odgrywają ważną rolę dla całości. Czy to w postaci nadania odpowiedniego klimatu czy wręcz nawiązania dyskusji z treścią danego tytułu. Jest jeszcze sporo innych obrazów z akcją w tym magicznym, przyciągającym twórców państwie. Godfather i sycylijska mafia, Gladiator powracający do domu przez pola Toskanii czy klasyka Szekspira przeniesiona do willi w Chianti, czyli Much Ado About Nothing. Pozostaje tylko oglądać i planować kolejną podróż do tego czarującego kraju.

Jaki film dodalibyście do tej listy?

wtorek, 30 kwietnia 2019

„Avengers: Endgame”, czyli film skrojony pod fanów MCU

W tym miesiącu michę filmów zastąpi recenzja jednego tytułu. Jednak takiego specjalnego, który podsumowuje pewien etap w kinematografii, który ja i pewnie wielu z Was, śledziłam od lat. Zatem zapraszam do czytania mojej recenzji najnowszych Avengersów. Zastrzegam, że będą pojawiać się spoilery, więc jeżeli nie oglądaliście to wróćcie po seansie.

Kiedy dziesięć lat temu oglądałam film o Iron Manie nawet nie marzyłam o tym, w co przekształci się ta zwykła historia o superbohaterze. Bo mieliśmy już sporo filmów o Batmanie, znaliśmy przygody Spider-Mana i za każdym razem kiedy tego typu obraz pojawiał się w kinach to musiałam go zobaczyć. Jednak saga Avengersów, niemal serial zamknięty w formie filmów, to była zupełna nowość.
Moja fascynacja wzięła się oczywiście z sympatii, jaką darzę gatunek fantastyki. Zawsze z przyjemnością patrzyłam na bohaterów, posiadających niezwykłe zdolności, których używają do walki ze złem. Jednak Marvelowi udało się wnieść do kina coś więcej. Na początku przedstawiano nam kolejnych bohaterów, pokazywano kontynuacje ich przygód, pozwolono się z nimi polubić, żeby po pewnym czasie wypuścić pierwszy film z całym zespołem Avengersów. Wtedy wydawało mi się to niesamowite, że udało się tak wiele postaci, granych przez tak fajnych aktorów wpakować w jeden film. Poczucie rosnącej ekscytacji towarzyszyło przy każdym kolejnym spotkaniu grupy superbohaterów, która na dodatek wciąż się rozrastała. I piękną kulminację dostaliśmy w zeszłorocznej Infinity War.
Przyznam po cichu, że Czas Ultrona moim zdaniem był słabym odcinkiem i nawet grupa świetnych postaci nie uratowała miałkiego pomysłu na fabułę. Na szczęście później pojawił się Civil war, który pokazał kompletnie inne podejście do paczki superbohaterów - tutaj bowiem stanęli przeciwko sobie. I tak naprawdę dopiero wtedy poczułam się trochę częścią tej historii. Zaczęłam się przejmować losem poszczególnych bohaterów, kibicować im. Filmy o niektórych oglądałam zaraz po premierze, a inne nadrabiałam duuużo później (dwie części Ant-Mana obejrzałam dopiero w zeszłym miesiącu). Jednak każdy film, nawet jeżeli słabszy pod względem fabularnym, zbliżał mnie do tych postaci, sprawiał, że coraz bardziej wsiąkałam w uniwersum Marvela.

No dobrze, ale po co rozpisuję się o tych wszystkich projektach, które premierę miały już dawno temu. A po to, żeby uświadomić Wam, że najnowsza część przygód Avengersów to nie jest zwykły film. To nie kolejny blockbuster o latających superbohaterach walczących o przyszłość naszej planety. To nie tytuł, który idziemy obejrzeć dla rozrywki, żeby się pośmiać i pooglądać sceny akcji. To koniec pewnej ery, podsumowanie dziesięciu lat produkcji filmów, podsumowanie masy godzin spędzonych na seansach i na poznawaniu tych postaci. I nawet jeżeli uważam, że Endgame nie jest filmem bez wad, że Infinity War jednak podobało mi się bardziej, to trudno przy ocenie na filmwebie nie zostawić serduszka, którego część na zawsze przy tych bohaterach zostanie.
W takim razie przejdźmy do samego filmu. Na początek wspomnę, że jako jedna z niewielu osób wśród znajomych nie byłam przerażona czasem jego trwania. Może dlatego, że raczej nie biorę do kina popcornu i coca-coli, toteż kwestia toalety nie była dla mnie problemem. I okazało się, że te trzy godziny zleciały nie wiadomo kiedy, a ja ani na chwilę nie straciłam uwagi i nie czułam znużenia. Normalnie jest to trudne zadanie, ale w przypadku filmu tak naładowanego bohaterami i wątkami okazało się nawet, że niektórzy wciąż zostali pokrzywdzeni. Bo to jednak przede wszystkim historia stawiająca w centrum Iron Mana i Kapitana Amerykę, to oni dostają tutaj najciekawsze i najbardziej znaczące zadania, to oni podejmują trudne decyzje, to ich ma być nam najbardziej szkoda, to z nimi musimy się pożegnać. Thor w tym odcinku ma w większości wprawiać widzów w dobry humor, a Chris Hemsworth świetnie radzi sobie z rolą borykającego się z problemem roztrzaskanego poczucia megalomani bogiem, ale oprócz sceny rozmowy z matką nie ma tutaj wiele wkładu w napędzenie rozwoju fabuły. Szkoda mi również Czarnej Wdowy, z którą nie mieliśmy okazji bliżej się zżyć i której odejście było o wiele mniej bolesne dla członków grupy Avengers (albo po prostu ja to tak odczułam).
Z plusów, będąc na świeżo po seansie Ant-Mana, którego główny bohater był w porządku, ale bez zbędnego szału, to tutaj naprawdę miał ciekawy wątek. Szczególnie, że to trochę od niego zaczyna się ten dodatkowy kopniak w stronę rozwoju fabularnego i podjęcia kolejnej próby naprawienia wszystkiego co zniszczył Thanos. Świetny w ogóle był pomysł na pokazanie pierwszych minut filmu, kiedy bohaterowie zbierają się, odszukują Thanosa, zabijają go i... nic. Świat nadal jest ogołocony z połowy ludzkości, a grupa Avengers musi przyznać się do bolesnej porażki. Moim zdaniem przeskok o pięć lat w przód zadziałał tutaj na korzyść.
Problemem były dla mnie podróże w czasie. Jakoś tego typu rozwiązanie wydaje się takie wyświechtane i mało oryginalne. Co prawda, dało sporo radości fanom, bo dzięki nim zobaczyliśmy rozmowę Tony'ego ze swoim ojcem bądź walkę Kapitana z samym sobą, ale wciąż trochę się zawiodłam na tym pomyśle. Z drugiej strony oglądając tego typu filmy musimy być nastawieni, że takie wygodne rozwiązania będą się pojawiały i przyjąć je jako element konwencji.
Powrócę jeszcze na krótko do bohaterów, już tych bardziej drugoplanowych. Najbardziej żałuję, że tak niewiele było tam Kapitan Marvel, bo będąc świeżo po seansie jej origin story liczyłam, że to ona najwięcej namiesza. Jednak przyznaję, że film musiał się skupiać na początkowej grupie Avengersów, bo to ich historia tutaj znajduje swój koniec. Co do powrotu wszystkich „pstrykniętych” to scena była piękna i nawet ten wylewający się wiadrami patos w tym przypadku mi nie wadził. Tak dobrze było zobaczyć ich wszystkich stających ponownie do walki. Muszę też przyznać, że bardzo ucieszyłam się z powrotu Gamory, bo to jedna z ciekawszych kobiecych postaci w MCU. Już się zapowiada dobra część Strażników Galaktyki (btw. myślicie, że Thor będzie brał czynny udział w tym filmie?).

Avengers: Endgame to film zrobiony dla fanów uniwersum, którzy mogą się cieszyć, denerwować, obawiać i smucić razem ze znanymi od lat bohaterami. Dla fanów, którzy opłakują trochę śmierć ulubionych postaci, ale zarazem którzy rozumieją, że tak właśnie miało być, że tak kończy się ta przygoda. Na szczęście superbohaterów wciąż przybywa i kolejna historia czeka już za rogiem, żeby zająć miejsce starej. A ja nie mogę się jej już doczekać.


niedziela, 28 kwietnia 2019

Od świetnej zabawy po zapomnienie - „Pierwsze słowo” Marta Kisiel



*Pierwsze słowo*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* zbiór opowiadań
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* Uroboros
Ziemniaczki z ogniska, moja droga Odo, są bezcennym źródłem potasu, szczęścia i powierzchownych poparzeń podniebienia miękkiego.
*Krótko o fabule:*
W tym tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach.  Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie. Zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic. 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Marta Kisiel od jakiegoś czasu stoi wysoko na mojej liście ukochanych, polskich autorów. Nikt tak jak ona nie potrafi bawić się słowem i wymyślać małych absurdów, które z miejsca pokochamy. Wszystko to najczęściej utrzymane w gatunku urban fantasy z sympatycznymi bohaterami. Ja pokochałam jej twórczość od pierwszej styczności, dlatego bardzo chciałam w końcu nadrobić zbiór opowiadań Pierwsze słowo.

Autorka w przedmowie zaznacza, że „Nie umie pisać opowiadań”. Po przeczytaniu całości muszę powiedzieć, że trochę rozumiem skąd takie stwierdzenie przyszło na myśl Marcie Kisiel. Zdecydowanie radzi sobie w długich formach, jednak z opowiadaniami wychodzi jej bardzo różnie.

A wszystko zaczęło się dobrze, bo lekko i przyjemnie od tekstu Rozmowa dyskwalifykacyjna. Pomysł dość prosty, a tak udany - postacie fantastyczne różnych ras przychodzą, żeby się dowiedzieć czy wydawcy są ich osobami zainteresowani. Źródło kilku świetnych gagów i błyskotliwych konkluzji na temat niektórych ras. Szczególna gratka dla fanów fantastyki.

Kolejne dwa tytuły to Katabasis, bardziej mroczne opowiadanie bez śmieszkowania, do których autorka nas przyzwyczaiła, za to czerpiące garściami z mitologii (niestety, szybko przeze mnie zapomniane), a drugie to Dożywocie, czyli po raz kolejny początek przygody Romańczuka. Pierwotnie było ono właśnie tylko opowiadaniem, dopiero później przerodziło się w książkę, a właściwie cykl. I bardzo dobrze, bo to wspaniała historia.

źródło
Nawiedziny to historia zamtuzu, czyli po prostu domu publicznego, w którym pracę zaczyna młody chłopak. Jak sam tytuł wskazuje poznamy też historię pewnego ducha. Trochę się to opowiadanie ciągnęło i jako kolejne zgubiło się w odmętach mojej pamięci. Przeżycie Stanisława Kozika to krótka, ale interesująca historia o zapomnieniu, życiowym zabieganiu i ignorancji. Napisane fajnie i dodatkowo z przesłaniem. Następne opowiadania: Jadeit oraz Miasto motyli i mgły również za długo ze mną nie zostały. Pierwszy nadrabia klimatem śledztwa, przypominającym klasyczne angielskie kryminały, a drugi mrocznym światem tajemniczych Kruków. Oba jednak nie mają czasu się rozpędzić, przez co wypadają średnio.

Ponarzekałam to teraz trzeba przejść do jaśniejszych stron. Zaczynam od W zamku tej nocy, czyli najbardziej rozbawiającego mnie opowiadania, a wszystko za sprawą sprytnego pomysłu. Otóż, śledzimy poczynania skrytobójcy, poety mającego za zadanie zamordowanie cesarza. Tylko plan nie wypala, a śmiałek ląduje w celi z dwójką innych ochotników. I tak zaczyna się rozmowa między Wallenrodem, Winkelriedem i Wawrzyńcem. Świetny ukłon w stronę literatury romantycznej, ironiczny i prześmiewczy, ze specjalnym udziałem nawiedzających upiorów. Uczta literacka.
Zdecydowanie najjaśniejszym punktem tego zbioru opowiadań jest Szaławiła. Za ten tekst autorka otrzymała nagrodę Zajdla, zatem nie tylko ja uważam go za wybitny. To wspaniały powrót do klimatów Lichotki, tym razem z nową, charakterną i ciekawą główną bohaterką - Odą. Opowiadanie jest na tyle długie, że zdążymy polubić bohaterów, zżyć się z nimi i chcieć więcej po skończeniu. Mam nadzieję, że pojawią się jeszcze w twórczości autorki, bo na to zasługują. Nie będę się niepotrzebnie rozpisywać, muszę tylko się przyznać, że odkąd czort Bazyl wyskoczył z piekła, sepleniąc zawodowo, to gęba nie przestawała mi się uśmiechać. Perełka!

Dwa ostatnie opowiadania to takie gorzkie historie, które mogłyby mieć miejsce w naszym sąsiedztwie. Poruszające trochę problemy społeczne, a także zapytujące o moralność / zasadność naszych czynów. Oba niezłe, chociaż po Szaławile trudno już było mi nimi dogodzić.

Także, po tych krótkich podsumowaniach widać ewidentnie, że opowiadania Marty Kisiel poziom mają bardzo różny. Jeżeli jesteście fanami twórczości to zdecydowanie po nie sięgnijcie. Jeżeli chcecie zacząć przygodę to polecałabym opowiadanie Dożywocie - jak się spodoba to można się zabierać za resztę. Ja wciąż Ałtorkę* kocham miłością fanowską i choć wolę jej dłuższe formy to kolejnych opowiadań bym sobie nie odmówiła.

Moja ocena: 6+/10

* Ałtorka to nazwa własna w tym przypadku - tak nazywają Martę Kisiel jej fani

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka