niedziela, 13 października 2019

Nazwiska świata kina, które warto znać - Tim Burton

Taki ostatnio chodził mi pomysł po głowie, żeby przedstawić pokrótce sylwetki reżyserów, których znam, których cenię. Zaczniemy od głośnych nazwisk, ale finalnie mam nadzieję zagłębić się w twórczość trochę mniej popularnych postaci. Chętnie też przyjmę Wasze propozycje, chociaż pamiętajmy, że najpierw będę musiała nadrobić trochę filmografii danego reżysera.
Zaczynamy od mojego idola lat nastoletnich - Tima Burtona!

Początki 

Tim Burton (po prawej) podczas kręcenia krótkometrażówki „Frankenweenie”, źródło
Dzieciństwo Tima Burtona nie należało do kolorowych - problemy towarzyszące tamtemu okresowi wciąż pobrzmiewają w jego filmach. Sam powiedział, że jego młodzieńcze lata były nieszczęśliwe, a on czuł się wciąż dziwakiem, outsiderem, który zamykał się w pokoju i całe dnie szkicował albo oglądał stare kino (uwielbiał filmy z Vincetem Pricem). Fascynowały go filmy o potworach, jak Frankenstein czy Potwór z Czarnej Laguny. Zamiast strachu odczuwał podczas seansu empatię dla tych odmieńców, których społeczeństwo traktowało brutalnie dlatego, że byli inni.
W końcu wybrał studia na California Institute of the Arts, gdzie szkolił się pod kątem ilustratorskim/animacji. Jego pierwszym miejscem pracy było studio Dinsey'a. Jak zapewne się domyślacie mroczne dziwadła, które szkicował Burton nie do końca odpowiadały ówczesnym twórcom. Burton stworzył m.in. 200 ilustracji koncepcyjnych do filmu Czarny kocioł. Żadna jednak nie dostała się do końcowego dzieła.
jeden z rysunków do Czarnego kotła, źródło
Pod szyldem Disney'a udało się reżyserowi nakręcić swoje dwie krótkometrażówki: animowanego Vincenta i aktorską wersję Frankenweenie. Po ich premierze szefowie studia stwierdzili, że Burton jest dla nich o wiele zbyt mroczny i ich drogi się rozeszły.
Początek procesu twórczego dla kolejnych filmów opiera się na talencie artystycznym reżysera - tworzy ilustracje postaci, przedstawia pomysły na kostiumy i świat przedstawiony. Jednak sam nie pisze scenariuszy, zawsze współpracuje z innymi twórcami podczas wymyślania dialogów.
Z nazwiskiem reżysera od razu kojarzy się kilka innych osób świata kina. Przede wszystkim Danny Elfman, który napisał muzykę do większości filmów Burtona. Idealnie rozumie nietuzinkowość jego dzieł i potrafi podbić surrealistyczny klimat całości. Już od pierwszych scen, w których słyszymy muzykę Elfmana możemy spodziewać się, że film nie będzie trzymał się utartych schematów, będzie nieustannie zaskakiwał. Od strony aktorskiej są przede wszystkim dwa nazwiska: Johnny Depp i Helena Bonham-Carter. Jedne z najlepszych ról Deppa pochodzą właśnie z filmów Burtona, w których mógł puścić wodze fantazji i wyłączyć hamulce. Jego Edward Nożycoręki czy golibroda Sweeney Todd to zdecydowanie klasyka. Natomiast Helena ma w sobie niepowtarzalną charyzmę, trochę mroczną, zdecydowanie unikalną i idealnie współgrającą z klimatem filmów reżysera. Prywatnie Burton ma z Heleną dwójkę dzieci (ojcem chrzestnym jest Johnny Depp), ale nie są już parą.


Cechy charakterystyczne jego kina

Dwie pierwsze krótkometrażówki Burtona mówią wiele o cechach jego kina, które będą utrzymywać się przez kolejne lata jego kariery - mówię tutaj o oryginalnym stylu, sposobie opowiadania i budowania postaci. W jego filmach czuć przede wszystkim wpływ niemieckiego ekspresjonizmu: wszechobecne cienie, płaszczyzny deformujące rzeczywistość, pełne krzywizn i załamań perspektywy, a większość utrzymana w kolorystyce czerni, bieli i szarościach. Wystarczy spojrzeć na kilka plakatów Burtona, żeby zobaczyć te cechy - powykręcane gałęzie w Dużej rybie czy zakrzywione wzgórze, na którym stoi Jack Skeleton w Miasteczku Halloween.
Trzeba też zwrócić uwagę, że jego artystyczne oko jest widoczne w każdym kolejnym filmie. One zawsze są dopracowane scenograficznie - wystarczy wspomnieć dziwaczne zaświaty, przedstawione niczym w krzywym zwierciadle w Soku z żuka czy opuszczone zamczysko w Edwardzie Nożycorękim - wszystko jest wyjątkowe i oryginalne. Klimat stara się budować już od początku, kiedy pojawiają się napisy, gdzie zazwyczaj znajdujemy motyw odnoszący się do fabuły. Burton był jednym z pierwszych reżyserów, którzy przerabiali loga firmy tak, żeby pasowały do filmu.
Tim Burton i Johnny Depp podczas kręcenia Edwarda Nożycorękiego, źródło
Myśląc o cechach charakterystycznych jego kina trudno ominąć wątek outsidera, człowieka który nie potrafi odnaleźć się w społeczeństwie, często odstającego od reszty ekscentryka. Widać to w niemal każdym jego filmie: czy to Batman, chroniący swoją prywatność i odcinający się od głębokich znajomości, czy Ed Wood zakochany w kinie do tego stopnia, że nie widzi słabych stron swoich filmów, a przez to nie jest rozumiany w świecie Hollywood, nie wspominając o Edwardzie Nożycorękim czy Alicji z Krainy Czarów - każda z tych postaci jest przede wszystkim pewnego rodzaju wyrzutkiem społeczeństwa.
Wizualnie filmy Burtona kojarzą się od razu z gotykiem - białe twarze, podkrążone oczy, kościotrupy i ogólna makabra. Na szczęście za każdym razem znajdzie się tam również miejsce dla czarnego humoru, który sprawia, że nawet na cmentarzu czujemy się dobrze. Dodatkowo, Burton często łączy ten gotycki mrok z małą mieścinką na przedmieściach, jak w Frankenweenie czy Edwardzie Nożycorękim. Często w jego filmach pojawiają się również flashbacki - czyli przeplatanie przeszłości bohaterów z ich teraźniejszością. Przede wszystkim jest to widoczne w Dużej rybie, ale taki sam zabieg znajdziemy w Sweeney Toddzie czy w Batmanie.


Filmografia

Czy widziałam wszystkie filmy Burtona? Oczywiście, że nie, przede mną wciąż: Wielka przygoda Pee Wee Hermana, Jeździec bez głowy, Planteta małp i najnowszy Dumbo. Najbardziej lubię chyba animacje reżysera. Jego Gnijąca panna młoda zrobiła na mnie ogromne wrażenie, Frankenweenie i Vincent swoim klimatem od razu mnie kupiły. Uwielbiam to, że te animacje przeznaczone są raczej dla starszego widza, mają w sobie groteskowy klimat, przez to że postacie są dość karykaturalne (długie, patykowate nogi, wielkie podkrążone oczy). I wszystko wykonane w mało modnej technice poklatkowej. Jednym z moich ulubionych filmów jest też Miasteczko Halloween, którego Burton NIE wyreżyserował, chociaż wszyscy od razu z nim go utożsamiają. Nie stanął jednak za kamerą, bo był zbyt zajęty innymi tytułami w tamtym czasie, ale sporo postaci i ogólny klimat jest oczywiście jego pomysłem, sam także zaproponował producentom reżysera na swoje miejsce.
Tim Burton z mieszkańcami Miasteczka Halloween, źródło
Mam też ogromną słabość do filmów romantycznych Tima Burtona. Uwielbiam jego połączenie wątku miłosnego z gotycką otoczką - jego Edward Nożycoręki zdecydowanie należy do moich ulubieńców w tym względzie. Zakochałam się także w Sweeney Toddzie, szczególnie że znalazłam go na początku swojej fascynacji gatunkiem musicalu.
Oprócz tego mam jeszcze trzy tytuły, które naprawdę warto obejrzeć - Ed Wood, Sok z żuka i Duża ryba. Każdy ekscentryczny w innym względzie, ale godny polecenia. Ed Wood o miłości do kina klasy B, Duża ryba o pięknej relacji syn-ojciec w fantastycznej otoczce i Sok z żuka, drugi pełnometrażowy film w karierze Burtona, który przynosi masę frajdy i zawiera wszystkie specyficzne dla reżysera elementy.
Na swoim koncie ma również kiczowatą komedię Marsjanie atakują! (uwielbiałam ten film za dzieciaka), naprawdę dobre, mroczne, ale nieschematyczne wersje Batmana (do którego scenografia inspirowana była filmem Metropolis), ciekawą historię artystki, oszukanej przez męża, Wielkie oczy czy remake'i - Charlie i fabryka czekolady, Alicja w Krainie Czarów oraz Mroczne cienie.


Podsumowanie

Zapytajmy wprost: dla kogo jest kino Burtona? Przede wszystkim dla wszystkich tych, którzy kiedykolwiek czuli, że nie pasują do reszty. U reżysera możemy znaleźć pochwałę odmienności, a zarazem nauczymy się, że takie ekscentryczne osobliwości to postacie, które można łatwo polubić. Na dodatek fani horrorów, tanich filmów klasy B, kiczu na ekranie będą się tutaj czuli jak w domu. Szczególnie w filmach typu Sok z żuka czy dość tandetnym, aczkolwiek przynoszącym masę frajdy Marsjanie atakują!. Jeżeli ktoś chce zacząć od czegoś spokojnego - można obejrzeć Wielkie oczy albo Ed Wood, chociaż ten pierwszy jest chyba najmniej burtonowski z wszystkich filmów reżysera. Koniecznie trzeba też zobaczyć przynajmniej te dwie animacje: Gnijąca panna młoda i Miasteczko Halloween.
Na koniec warto wspomnieć o spadku formy reżysera. Mroczne cienie wypadły dość blado, tak samo jak Osobliwy dom pani Peregrine, natomiast Wielkie oczy były dobre, ale bez ducha starego Burtona. Dumbo po zwiastunach wyglądało jakoś mało w stylu reżysera. Może zapowiadana kontynuacja Soku z żuka wyciągnie Burtona z reżyserskiego dołka? Oby.



Co myślicie o kinie Tima Burtona? Jakie są Wasze ulubione filmy reżysera?

niedziela, 29 września 2019

Szukając spokoju w naturze - „Fale” AJ Dungo / „Audubon - Na Skrzydłach Świata” Fabien Grolleau i Jérémie Royer


*FALE*
AJ Dungo

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* In Waves
*Gatunek:* autobiografia
*Forma:* powieść graficzna
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 376
*Wydawnictwo:* Marginesy
Kiedy odejdę, chcę przetrwać w twojej sztuce.

*Krótko o fabule:*
Oparta na faktach, zachwycająca wizualnie powieść graficzna, w której surfer i ilustrator AJ Dungo opowiada o swojej ukochanej i ich wspólnej miłości do surfingu, który pomógł im przetrwać niezwykle trudny czas zmagania się ze śmiertelną chorobą. Fale to zarówno poruszająca historia miłosna, jak i oryginalne spojrzenie na zjawisko, jakim jest surfing, ego korzenie, ewolucję i najważniejsze postaci. Dla autora to nie tylko hobby lecz także filozofia pozwalająca radzić sobie z najtrudniejszymi życiowymi falami.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Opowieść o ukochanej, jej niemal bohaterską walkę ze śmiertelną chorobą, Dungo przeplata z historią surfingu, którego korzenie sięgają do Hawajów, XIX wieku. Dla pierwotnych mieszkańców wyspy surfing był szansą na odnalezienie spokoju i ćwiczenie koncentracji, ale też pozwalał na rozwój duchowy. Dungo od pierwszych stron zaznacza swój status obserwatora i podkreśla zafascynowanie surfingiem, który dla niego staje się formą ucieczki od przerażającej rzeczywistości. Autor wciąż nawiązuje do tej duchowej strony surfingu - odczuwamy to najmocniej w momentach, gdy sam znajduje się na wodach oceanu czekając na fale, a z brzegu obserwuje go Kristen. Choć rysowane wydarzenia często mają miejsce poza oceanem, to jednak czytając odnosi się wrażenie, że słuchamy historii siedząc na desce surfingowej obok Dungo, czekając na kolejne opowieści niczym na nadciągające fale.

Opisując historie surfingu, Dungo używa brązowej kolorystyki, a gdy wraca do swoich własnych doświadczeń - turkusowej. Rysunki w większości nie wydają się skomplikowane, jednak te najważniejsze są wykonane z niesamowitą precyzją. Postaci pojawiające się jedynie w tle nie są rysowane szczegółowo, ale posiadają w sobie swego rodzaju charakter, który emanuje ze stron komiksu. 
Można by pomyśleć, że jedynie momenty opisujące walkę Kristen z chorobą wywołają łzy wzruszenia, ale byłoby to błędne stwierdzenie. Historia Toma Blake'a, szukającego swojego miejsca w świecie i odrzuconego przez hawajskich surferów również łapała za serce. Dungo połączył różne opowieści, które świetnie ze sobą współgrają i pokazują nam pełny obrazek, w którym zachowania bohaterów są jasno wytłumaczone.


Fale to głównie opowieść o walce z zalewającymi życie przeciwnościami, na których czasem musimy nauczyć się płynąć. O tym przezwyciężaniu trosk, ze stron powieści Dungo, mówi nam Tom Blake: 
(...) życiowe problemy w końcu do ciebie wracają. Lekarstwo jest oczywiste... surfuj. 

*Audubon - Na Skrzydłach Świata*
Fabien Grolleau i Jérémie Royer

*Język oryginalny:* francuski
*Tytuł oryginału:* Sur les Ailes du monde, Audubon
*Gatunek:* biograficzna/fikcyjna
*Forma:* powieść graficzna
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 192
*Wydawnictwo:* Marginesy
Tego dnia zrozumiałam, że będzie mi dane żyć w cieniu twojej nieobecności...

*Krótko o fabule:*
Fascynująca biografia człowieka, którego pasja przerodziła się w obsesję. (...) powieść graficzna Fabiena Grolleau i Jérémie Royera, oparta na zapiskach samego Audubona, nie tylko oddaje ducha niezbadanej i dzikiej Ameryki, lecz także pokazuje drogę owładniętego pasją człowieka, który stał się jednym z największych badaczy natury w historii. Jego dzieło przetrwało, ale on zapłacił wysoką cenę za jego powstanie.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Audubon jest mężczyzną zafascynowanym ptakami i otaczającą go przyrodą. Jego niemal ślepą obsesję autorzy ukazują od pierwszych stron, w której to nadchodzące chmury zwiastują zbliżającą się burzę, jednak niewzruszony Audubon wpatruje się z zachwytem w przelatujące ptaki. Nie ma w nim niepokoju, który widać na twarzach innych podróżników. Z nadejściem sztormu najważniejszym zadaniem jest ochrona rysunków badacza, który nawet na moment nie przestaje obserwować i rysować widziane okazy. Kiedy autorzy przeniosą nas do początków Audubona, zauważymy jego brak smykałki do interesów, ale za to docenimy wielki talent do polowania i rysowania ptaków. Jego żona namówiła go na dalekie podróże w celu zilustrowania i zebrania w jednym miejscu nieznanych ptaków Ameryki. W taki sposób rozpoczyna się eksploracja Audubona, a tym samym jego długoletnia nieobecność przy rodzinnym stole. I choć autorzy czasem wracają do wątku żony oraz dzieci, które wyczekują powrotu taty, to jednak najważniejszym tematem jest obsesyjna fascynacja Audubona naturą. Gdy staje przed wyborem: jedzenie lub przybory malownicze, wybiera przybory. Choć w Ameryce podziwiają jego rysunki pod względem estetycznym uznając je za dzieła, których miejsce jest w galeriach sztuki, to Audubon nie jest z tego powodu zadowolony. Chciał, by jego szkice znalazły się w książkach ornitologicznych, co udaje się mu osiągnąć w Wielkiej Brytanii. Tam też spotyka Darwina i tam, o ironio, zostaje zauważony przez prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego powrót do rodziny jest zdecydowanie zbyt późny, ale familia, której nie widział przez długie lata, przyjmuje go z otwartymi ramionami. Dopiero pod koniec życia Audubon mierzy się z konsekwencjami swoich podróży.

Autorzy sami zaznaczają, że opowiedziana historia jest po części fikcyjna - spotkanie z Darwinem mogło mieć miejsce, ale nie wiedzą, czy wyglądało tak jak w komiksie. Niektóre z opowieści podróżniczych wydają się być zbyt fantastyczne, co według autorów, było bardzo w stylu Audubona, który lubił wyolbrzymiać wydarzenia ze swojego życia. Kolory użyte w powieści są głównie stonowane i utrzymane w zimnych barwach, a jedynymi wyjątkami zdają się być egzotyczne ptaki malowane przez Audubona. Trzeba jednak wspomnieć, że strony rozpoczynające nowe rozdziały ukazują piękne krajobrazy, pełne detali i subtelnych kolorów. 



Audubon - Na Skrzydłach Świata nie jest powieścią równie poruszającą jak Fale, jednak zdecydowanie warto po nią sięgnąć, choćby dla pojawiających się zachwycających rysunków natury.

wtorek, 24 września 2019

Wszyscy jesteśmy szaleni - „Lot nad kukułczym gniazdem” Ken Kesey



*Lot nad kukułczym gniazdem*
Ken Kesey

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* One flew over the cuckoo's nest
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1962
*Liczba stron:* 368
*Wydawnictwo:* Albatros 

Świat należy do silnych, przyjacielu! Nasza egzystencja oparta jest na zasadzie, że silni rosną w siłę, pożerając słabszych. Musimy się z tym pogodzić. To zupełnie normalne. Poniekąd prawo przyrody. 
*Krótko o fabule:*
McMurphy, szuler, dziwkarz i zabijaka, udaje wariata, żeby wykpić się od odsiadywania wyroku. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym wydaje mu się dobrym żartem. Do chwili, gdy dowiaduje się, że nie odzyska wolności, dopóki nie uznają go za wyleczonego. Decyzja należy do Wielkiej Oddziałowej, z pozoru uosobienia słodyczy i dobroci, w rzeczywistości sadystki znęcającej się nad pacjentami. McMurphy, który buntuje przeciwko niej chorych, nagle zdaje sobie sprawę, że jeśli się przed nią nie ukorzy, nie opuści szpitala. Czy da się pokonać bezdusznemu Kombinatowi?

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Bez trudu możemy wymienić kilka tytułów książek, które każdemu z nas są znane, nieważne czy czytaliśmy daną powieść czy tylko gdzieś o niej usłyszeliśmy. Lot nad kukułczym gniazdem zdecydowanie do tej grupy należy. Co prawda mam wrażenie, że większość kojarzy go przede wszystkim z ekranizacją z 1975 roku. Swoją drogą bardzo udaną ekranizacją, która zgarnęła pięć Oscarów w najważniejszych kategoriach. Reżyserem był Milos Forman, a główną rolę zagrał Jack Nicholson i jest to jeden z jego najlepszych występów na dużym ekranie. Ja film oglądałam lata temu, ale zrobił na mnie wtedy spore wrażenie i zapadł w pamięci jako przedstawienie walki jednostki z totalitarnym systemem. Sięgając po książkę spodziewałam się pewnego rodzaju powtórki, a okazało się, że dostałam coś zgoła odmiennego.

Ken Kesey znany był jako nonkonformista, człowiek sprzeciwiający się przyjętym normom społecznym, stale poszukujący wolności. Podobno sporo jego książek powstało pod wpływem narkotyków, za których posiadanie był nawet prawnie karany. Lot nad kukułczym gniazdem był jego debiutem w świecie literackim, a impulsem do napisania powieści okazała się praca w roli sanitariusza w szpitalu psychiatrycznym.

Teoretycznie książkę można potraktować dość powierzchownie: po prostu jako historię o oddziale dla osób chorych psychicznie, obserwować ich zachowanie i sposób, w jaki przeprowadzano terapię. Fabuła przedstawiona jest z perspektywy jednego z pacjentów, „Wodza”, niezwykle wysokiego i silnego mężczyzny, pochodzenia indiańskiego. W szpitalu udaje głuchoniemego, dzięki czemu często jest obecny przy istotnych rozmowach personelu - bardzo to wygodny zabieg, pozwalający czytelnikowi zobaczyć pełny obraz tego środowiska: nie tylko pacjentów, ale także pracujących tam osób.
źródło
Patrząc na Lot nad kukułczym gniazdem czysto fabularnie stwierdziłam, że nie była to książka wybitna, która by mnie wciągnęła, której nie mogłam odłożyć na bok. Dość długo męczyłam się czytając, nie mogłam wsiąknąć w historię i polubić bohaterów. Przede wszystkim od początku uderzyła mnie lekka niesprawiedliwość: wszyscy uważają McMurphy'ego za dobrego bohatera, a Oddziałową za obraz najgorszego zła. Problem jest taki, że McMurphy to prawdziwy rzezimieszek, częstokrotnie karany, otwarcie opowiadający o swojej ciemnej stronie, a nawet skazany za gwałt na nieletniej. Przyjęcie opinii o tym człowieku jako o wybitnej jednostce, która walczy z systemem wbrew całemu światu, której powinniśmy kibicować jakoś mnie w tym momencie raziło. Równocześnie robienie z siostry Ratched antagonistki z piekła rodem także wydawało mi się na wyrost. W końcu starała się utrzymać porządek na oddziale i nie mogła ulegać wszystkim prośbom pacjentów. To, że jej sposób terapii był błędny to inna sprawa - może nie umiała inaczej, myślała, że robi dobrze, że powinno się silną ręką trzymać tę grupę? Przede wszystkim postawiona na czele pielęgniarek miała w rękach siłę, która dała jej pewność siebie i poczucie, że jest ponad innych, że to reszta powinna dopasować się do jej poglądów. Współcześnie pełno znamy takich właśnie osób, które zdobywając pozycję, korzystają z niej w nieadekwatny sposób. Także to jest bardzo nieodpowiednie, ale jakże ludzkie zachowanie. Dlatego z takiej czysto fabularnej perspektywy odcięłabym się tutaj od przyjęcia konfrontacji w postaci: dobry McMurphy walczący przeciwko złej Oddziałowej.

Oglądając film odczytałam go jako problem walki jednostki z systemem, jednak z książki wyciągnęłam raczej coś innego. O wiele bardziej uderzyło mnie, że to historia, która mówi o nas, jako o społeczeństwie. Większość z nas postępuje według przyjętych reguł, stara się robić wszystko tak, jak wypada, idzie ścieżką, którą wybierało wielu przed nami. Jednak zawsze znajdą się Ci, którzy chcą iść pod prąd, którzy myślą inaczej, czują inaczej, nie potrafią odnaleźć się w tym układzie, którzy obawiają się wpasować w ten porządek. Większość z nich jest przerażona na myśl głośnego wypowiadania się o tym, że są odmienni, wolą po cichu przejść przez życie, znaleźć jakąś norę i przesiedzieć w niej, starając się dopasować do całej reszty, nie dzieląc się swoimi przemyśleniami. Jednak wystarczy, że znajdzie się jeden, który pokaże, że można mówić głośno o swoich problemach, że można domagać się traktowania nas jako człowieka, mimo że mamy inne poglądy, odczuwamy inaczej. I chodzi o to, że postaci McMurphy'ego nie odczytuję tutaj jako tej wybitnej jednostki, która stawiła czoła reszcie społeczeństwa. To był po prostu dość bezczelny, bezpośredni człowiek, który nie bał się powiedzieć, co myśli. Niepozbawiony pozytywnych cech (naprawdę przejmował się losem kolegów), ale równocześnie pogubiony i często odpychający dla czytelnika. Jednak sam fakt, że się postawił okazał się wystarczającym bodźcem, żeby grupka społeczeństwa mogła powiedzieć: „nie” i przestała chować się przed całą resztą (tutaj: zdecydowała się wyjść ze szpitala, gdzie większość siedziała dobrowolnie). Także dla mnie intencje McMurphy'ego były mniej altruistyczne niż mogłoby się wydawać, ale okazały się wystarczające do stymulacji „chorych” do zrobienia kroku do przodu.

Siła tej książki polega przede wszystkim na uniwersalności - w dzisiejszych czasach odczuwam bardziej niż kiedykolwiek kategoryzację ludzi. Mam wrażenie, że społeczeństwo nabrało jakiejś okrutnej lekkości w dobieraniu etykietek i przyklejaniu do poszczególnych osób. Większość bohaterów książki żyje w szpitalu, bo jest przerażona wizją powrotu do społeczeństwa. A my, jako społeczeństwo sprawiamy, że niektórzy czują się w nim nieswojo, obawiają się mówić głośno o sobie i swoich odczuciach. Nie mówię, żeby rozwalić cały system, bo reguły też są potrzebne, ale nie bądźmy jak Oddziałowa i patrząc na bliźniego zobaczmy po prostu człowieka, który ma prawo myśleć inaczej niż wszyscy.
Trochę to zabawne, że podczas czytania byłam daleka od zachwytów, a po przetrawieniu treści jestem pod sporym wrażeniem. Naprawdę warto tę książkę przeczytać, a później przemyśleć. Ciekawa jestem jak Wy ją odebraliście.


niedziela, 8 września 2019

Baśń pełna kolorów - „Rozjemca” Brandon Sanderson


*Rozjemca*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Warbreaker
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2009
*Liczba stron:* 672
*Wydawnictwo:* MAG 

Chciałem tylko powiedzieć, że nie można nikogo zrozumieć, dopóki się nie zrozumie, z jakiego powodu robi to, co robi. Każdy człowiek jest we własnej historii bohaterem, księżniczko.
*Krótko o fabule:*
Opowieść o dwóch siostrach, które urodziły się księżniczkami, o Królu-Bogu, który ma poślubić jedną z nich, pomniejszym bóstwie, które nie wierzy w siebie, i o nieśmiertelnym człowieku starającym się naprawić błędy, jakich dopuścił się setki lat temu. W ich świecie ci, którzy zginęli w chwalebny sposób, powracają jako bogowie i żyją w zamknięciu w stolicy Hallandren. W tym samym świecie o potędze magii stanowi moc zwana Biochromą, oparta na Oddechach, które można zbierać jedynie pojedynczo od konkretnych osób. Dzięki Oddechom i czerpaniu koloru z nieożywionych przedmiotów Rozbudzający są w stanie zarówno dopuszczać się nikczemności, jak i tworzyć cuda. Siri i Vivenna, księżniczki Idris; Dar Pieśni, zniechęcony bóg odwagi, Król-Bóg Susebron i tajemniczy Vasher - Rozjemca, zetkną się z jednymi i drugimi.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Brandon Sanderson robi się nudny. I nie dlatego, że powtarza jakieś swoje schematy bądź kreuje takich samych bohaterów. Po prostu każda kolejna jego lektura sprawia mi identycznie niesamowitą przyjemność podczas czytania. Będąc fanem fantastyki chyba trudno być odpornym na czar jego pióra.

Trochę będę się tutaj powtarzać, bo cóż, Sanderson znowu to zrobił - wykreował niesamowity świat przedstawiony. Tym razem od początku czułam o wiele bardziej baśniowy klimat, z którego biło więcej słodyczy niż zazwyczaj. Nie znajdziemy tutaj wiązań ze sprenami i wypowiadania rycerskich przysiąg, nie będzie używania metali do przyciągania i odpychania przedmiotów. Tym razem skupiamy się na Oddechach. Każdy bohater ma taki Oddech i może go komuś oddać za pomocą specjalnej, magicznej formułki. Dochodzi do sytuacji, w których są osoby zbierające je całe życie i przekazujące dalej. W taki sposób niektórzy posiadają ich całe setki. Co Oddechy dają? Wiecie, takie typowe benefity - wyostrzone zmysły, przede wszystkim słuchu i wzroku. Jednak także zdolność ożywiania przedmiotów. Możemy przykładowo złapać kawałek liny i rozkazać jej, że ma opleść przeciwnika.

Już sam pomysł na system magiczny jest więc ciekawy, a Sanderson dodaje do tego kilka sprytnych zabiegów. Przede wszystkim nasi bohaterowie sami nie są wszystkowiedzący - przez ostatnie kilkaset lat horyzonty na temat Oddechów były poszerzane, nikt jednak nie zna dokładnie możliwości tej dziedziny. To, że dopiero grubo za połową poznajemy więcej szczegółów w kwestii podstaw działania tej magii pozwala nam ugruntować zdobytą wiedzę i poukładać sobie wszystko w głowie. Jednak nawet po zakończeniu lektury nie będziemy znać pełnego obrazka działania magii BioChromy. Sanderson wie co robi, jeżeli chodzi o wprowadzanie w świat przedstawiony.

źródło
Wspominałam już, że Rozjemca to najbardziej baśniowa historia Sandersona. Chyba przede wszystkim przez to, kim są dwie główne bohaterki. Vivienna i Siri to księżniczki, które są zmuszane do postępowania zgodnie ze swoją pozycją w państwie. Jedna z nich zostaje przekazana jako przyszła żona króla wrogiego kraju. Druga wyrusza w ślad za nią i wplątuje się w życie specyficznej grupy społecznej. I jeszcze najciekawsze grono postaci - bogowie Hallandren. Dość tajemniczy bohaterowie, w których nieziemskość wierzy ludność państwa i do których się modli. Każdy z nich kiedyś był człowiekiem, jednak dzięki honorowej śmierci odrodził się jako istota boska. Bardzo to ciekawa zgraja, szczególnie ich problem z odrodzeniem się bez świadomości poprzedniego życia był fascynujący. Także rozumiecie skąd baśniowość - księżniczki, które potrafią na zawołanie zmieniać kolor swoich włosów (a także nieświadomie, pod wpływem emocji), bogowie, którzy mieszkają w zamkach i są wielbieni przez krajan, służba, która wie więcej niż się można spodziewać, a do tego wielkie miłości i pałacowe intrygi.

Bardzo doceniam, że autor nadal nie traci świeżości w zaskakujących pomysłach. Znowu pojawił się zwrot akcji, którego się nie spodziewałam. Przez to czytanie staje się jedną, wielką rozrywką. Oczywiście, nie jest zupełnie kolorowo - jak to u Sandersona znowu akcja rozkręca się dość długo. Sporo miejsca zajmie wprowadzanie w świat, poznawanie charakterów postaci i magicznych aspektów. Także początek może znudzić, ale gdzieś od połowy nie możemy już odłożyć lektury. Ja się przyzwyczaiłam, że tak z Sandersonem mamy.

Można powiedzieć, że głównymi bohaterkami są nasze dwie księżniczki, jednak poznamy również kilka innych postaci pierwszoplanowych i masę drugoplanowych. Świetny był wątek Vashera - kto nie lubi tajemniczych, milczących, pełnych umiejętności wielkoludów? Natomiast najemnicy okazali się źródłem sporej ilości humoru, a ich przeszłość i intencje były intrygujące. Trudno tutaj wspomnieć o wszystkich, jednak bohaterowie byli po prostu barwni jak cała książka.

Jeżeli jesteście fanami Sandersona to nie muszę Was do Rozjemcy przekonywać. To znowu kawał dobrej fantastyki, tylko tym razem bardziej baśniowej. Wciąż trzeba przebrnąć przez cięższy początek, jednak ten czas zostanie doceniony pod koniec, kiedy wszystkie elementy układanki zaczną wskakiwać na swoje miejsce, a my poczujemy czystą satysfakcję z lektury.

Moja ocena: 8-/10



niedziela, 1 września 2019

Sierpniowa micha filmów

Słomiany wdowiec (1955)

źródło
Ostatnio coraz rzadziej zaglądam do klasyki Hollywood. Co prawda, swego czasu sporo jej nadrobiłam i po prostu potrzebowałam dłuższej przerwy. Niestety, mój ostatni wybór padł na Słomianego wdowca, który jest bardziej rozczarowującym starym kinem niż rozrywkowym, do którego to miana aspirował.
Żona Richarda Shermana (Tom Ewell) wyjeżdża z ich synem na wakacje. W tym czasie do sąsiedniego mieszkania wprowadza się atrakcyjna dziewczyna (Marilyn Monroe), z którą Sherman nawiązuje znajomość.
Mój problem z tym filmem polega na tym, że Słomiany wdowiec porusza trudny temat kryzysu w związku małżeńskim w nieodpowiedni sposób. Oglądanie pozostawionego na chwilę mężczyzny, który zaczyna wyobrażać sobie liczne romanse napawa widza odstręczeniem. Jego frustracje, próby zerwania z nałogami i seksualne fantazje prowadzą do tego, że bohatera trudno polubić. Szczególnie, że sam temat kryzysu potraktowany jest tutaj raczej jako źródło (niezbyt udanej) komedii. Co ratuje ten film? Obecność Marilyn Monroe. Przyznaję, że dla scen, w których brała udział warto było przez ten tytuł przebrnąć. Biła z niej tak niesamowita charyzma - odkąd pojawia się na ekranie wzrok ucieka jedynie w jej stronę. Co prawda, to znowu rola kuszącej seksbomby, zgodnie z tym jak Monroe została zaszufladkowana. Jednak co możemy poradzić, skoro radziła sobie z takim zadaniem bezbłędnie. To jest też ten film, z którego pochodzi słynna scena z podwiewaną przez metro sukienką - klasyka, którą wszyscy znają.
Podobno sam reżyser, Bill Wilder, miał po latach zastrzeżenia do tego filmu. Cóż, nie dziwię się, że człowiek mający na koncie takie dzieła jak Garsoniera czy Bulwar Zachodzącego Słońca wstydził się Słomianego Wdowca. To film nudny, a mężczyźni w nim są irytujący do bólu. W całości Monroe jest jak promyk słońca w ciemnym pomieszczeniu. 

Moja ocena: 4/10

Truposze nie umierają (2019)

źródło
Jima Jarmuscha uwielbiam za kilka filmów. Pierwsze spotkanie przy genialnym Kawa i papierosy, później ugruntowana sympatia przy pomocy Broken Flowers i Tylko kochankowie przeżyją. Przede mną sporo jego starszych filmów, ale na razie wybrałam się na najnowszy do kina.
Fabularnie to typowy film o apokalipsie zombie. W małym miasteczku pewnej nocy z grobów zaczynają wychodzić żywe trupy, które posilają się mieszkańcami, powtarzając w kółko „starbucks”, „iphone” czy inny wynalazek współczesnego świata, którego im brakuje po śmierci. Policjanci z pobliskiego komisariatu zajmują się sprawą tajemniczych morderstw. 
Fabuła nie była tutaj najważniejsza, już po kilku minutach filmu wiadomo, ze Jarmusch skupia się na pastiszu. Problem był taki, że ja nie oglądałam wielu filmów o zombie i nie mam za bardzo porównania. W kwestiach klimatu - podobało mi się powolne tempo całości, a z często powtarzaną tytułową piosenką idealnie współgrało. Reżyser stawia na specyficzne poczucie humoru, a ja kilka razy parsknęłam w kinie głośnym śmiechem. Komediowe wstawki w wykonaniu takich aktorów dają radę. Puszczanie oka do widza odbywało się dość często, w scenie z brelokiem z Gwiezdnych Wojen (jak wiemy Adam Driver gra Kylo Rena) czy podczas omawiania co w scenariuszu od Jima znalazł bohater Drivera, a co Murray'a. W ogóle jeżeli przy tym jesteśmy - aktorsko to perełka. Adam Driver jako pesymista jest cudowny, a w parze z Billem Murrayem to można ich jeść łyżkami po prostu. Pokazują talent komediowy, w tym surowym, dziwnym stylu, który uwielbiam. Wspaniałe gwiazdy pojawiły się także w tle. W sumie to kto nie chciałby zagrać u Jarmuscha, nawet sztywnego zombiaka? Steve Busceni świetnie poradził sobie z irytującym sąsiadem-farmerem, ale to Tilda Swinton kradnie dla siebie drugi plan. Rola dla niej idealna albo ona idealna do roli. W każdym razie wyszło z jej strony bezbłędnie.
Ogólnie jednak mam z filmem problem. To zdecydowanie było przemyślane posunięcie ze strony Jarmuscha, jednak nie za bardzo wiem, w którą stronę chciał uderzyć. Bo jeżeli chodziło o pomysł na zombie-materialistów, to końcówka trochę go zniszczyła - bardziej dosłownie się chyba nie dało. Podejrzewam wiec, że może chodziło jeszcze o coś innego, czego jednak z filmu nie udało mi się wyłapać. Także, jak na Jarmuscha jednak trochę rozczarowanie. Dla mnie wciąż w porządku rozrywka - dla aktorów i kilku świetnych gagów warto.

Moja ocena: 6/10


Whitney (2018)

źródło
Która z mam nie piała z zachwytu nad Whitney Houston? To prawdziwa diwa, która na zawsze zostanie w sercach wielu z nas. Można nie przepadać za gatunkiem, w którym śpiewała swoje utwory, ale trudno nie znać jej nieśmiertelnych piosenek. 
W filmie dokumentalnym Whitney poznamy jej historię z wielu źródeł bliskich Houston. Wywiad został poprowadzony z jej mamą, braćmi, mężem, asystentem - także wszystko poznamy z pierwszej ręki. Przyznaję, że sama forma dokumentu jest dość schematyczna, na szczęście jednak historia jest na tyle wciągająca, że całość ogląda się dobrze.
Reżyser w skrócie przedstawia drogę Whitney na szczyt, a później skupia się na jej licznych problemach, które doprowadziły do przedwczesnej śmierci. Jej rodzice przygotowywali ją do kariery od małego, wiele członków rodziny profesjonalnie zajmowało się śpiewem. Kiedy Whitney zdobyła sławę nagle zaczęły się problemy - zaczęło się od zarzucania jej, że tworzona muzyka jest za bardzo „biała”, później doszły zarzuty o biseksualizm i zbyt zażyłe stosunki z asystentką, Robyn. To kolejny przykład tego, jak sława może zniszczyć człowieka. Oglądając początkowe nagrania, na których Whitney z uśmiechem na ustach pracowała w studio nagrań robiło się ciepło na sercu. Jednak chwilę później jej bracia przyznają się do tego, że to oni podsunęli jej narkotyki. Patrzenie na upadek tego talentu był naprawdę bolesny.
Trzeba przyznać, że czas przy oglądaniu Whitney mija w okamgnieniu. Przeplatanie rozmów z bliskimi z przebitkami koncertowymi nadaje całości odpowiedniego tempa, a historia Houston staje się dla nas jeszcze bliższa. Na pewno jest to dokument wart uwagi, szczególnie jeśli lubicie artystkę.

Moja ocena: 7/10


Zabawna dziewczyna (1968)

źródło
Przeglądając ofertę Netflixa natknęłam się na Funny Girl z Barbarą Streisand w roli głównej. Skojarzyłam tytuł, bo sporo piosenek z tego musicalu znalazło się jako covery w serialu Glee, który swego czasu namiętnie oglądałam. Od pierwszych minut przepadłam dla tego filmu.
Fanny Brice (Barbara Streisand) marzy o karierze w show-biznesie. Po tym jak dostała niewielką rolę w miejskim teatrze została zauważona i uznana za materiał na świetną aktorkę komediową. Jej kariera nabrała koloru, a życie uczuciowe zaczęło rozkwitać za sprawą czarującego hazardzisty - Nicka Arnsteina (Omar Sharif).
Oglądanie tego filmu to była dla mnie czysta przyjemność. Spora w tym zasługa Streisand, która jako Fanny prezentuje cały wachlarz swoich najlepszych umiejętności. Cudownie śpiewa, charyzmatycznie gra, a przede wszystkim ma świetne wyczucie komediowe. Dzięki temu jej postać staje się barwna, a my widzimy w niej trochę samą Barbarę. Muszę przyznać, że rozumiem decyzję Akademii dotyczącą przyznania jej Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową. To naprawdę kompleksowy wykon, który wart był docenienia. Towarzyszący jej Omar ma niesamowity urok i czar lat minionych. Oglądając jak patrzy na kobietę i jak z nią rozmawia trudno nie zrozumieć zafascynowania głównej bohaterki. Jednak w scenach śpiewanych odstaje od fenomenalnej Barbary. Fabularnie byłam również miło zaskoczona. Spodziewałam się dość typowej komedii romantycznej, a tutaj znalazło się trochę miejsca na poruszenie znanego problemu - sława jednego z partnerów, jego sukces zaczyna przytłaczać drugą osobę w związku. Tym bardziej doceniam, że to kobieta zbiera laury, a mężczyzna żyje w jej cieniu (pamiętajmy, że mówimy o roku 1968). Cała historia była urocza, z mrocznym i przygnębiającym elementem, co pozwoliło bardziej gryźć się w tę fabułę. 
Nie zapominajmy także o kwestii muzycznej, która jest tutaj taka świetna. To naprawdę sporo piosenek, które jest znane w świecie musicalomaniaków - „Don't Rain on My Parade” czy „I'm the Greatest Star” to naprawdę sławne hity. Także dla fanów musicalu to pozycja obowiązkowa. Dla mnie rozrywka przednia i czarująca historia. Czego chcieć więcej?

Moja ocena: 8/10


Pewnego razu... w Hollywood (2019)

źródło
Chyba najbardziej oczekiwany film tej części roku (bo pamiętam wciąż, że to rok należący do Avengersów). Dziewiąty tytuł w karierze Tarantino miał bardzo dobre otwarcie w Stanach, ocena na IMBD na tę chwilę to 8,1/10. Oczekiwania były więc spore, a jak wyszło?
Jeżeli nastawialiście się na krwawą historię o grupie Mansona to możecie się trochę rozczarować. W Pewnego razu... w Hollywood postać lidera sekty jest mocno drugoplanowa. Widzowie przede wszystkim będą śledzić losy dwóch fikcyjnych postaci - aktora Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio) i jego kaskadera Cliffa Booth (Brad Pitt). To ich przyjaźń i perypetie w branży filmowej będą w centrum wydarzeń. Nawet Sharon Tate (Margot Robbie) ma tutaj raczej drugoplanową rolę i przewija się w tle.
Na początek warto ustalić jedno - to nie jest typowy film Tarantino. Tym razem, bardziej niż do tej pory, oddaje hołd staremu kinu Hollywood. Jak wiecie, Quentin zawsze powtarza, że jest przede wszystkim ogromnym fanem filmów, a tutaj pozwala sobie na pokazanie tej miłości. Sięga po temat kina lat 60tych/70tych, bliski jego gustowi i bawi się konwencją na pełnych obrotach. Nie boi się dłużyzn, pozwala przez kilka minut obserwować prującego autostradą Bootha, wrzuca pełno scen zza kulis powstawania westernów i dokłada sporo dygresji do głównej historii. Rozumiem to, że wielu widzów to znudzi, jednak mi trudno nie docenić tych anegdotek. Cała sekwencja z nagrywaniem westernu, w którym Rick występuje w wąsiku i kurtce z frędzlami to filmowe złoto, a gra DiCaprio rozbraja na łopatki. Równie świetnie wypada wizyta Bootha na ranczu, gdzie przesiaduje sekta Mansona - budowanie napięcia na piątkę.
Przez wielowątkowość i tkanie swojej historii przez ponad dwie godziny z filmu zapewne można wyciągnąć wiele dla siebie. Dla mnie najciekawszym elementem fabuły było wypalanie się gwiazd Hollywood. Spora tutaj zasługa genialnej roli DiCaprio, który daje swojej postaci odpowiednią ilość głębi - Dalton przeżył swoje pięć minut podczas kręcenia westernowego tasiemca, przez jakiś czas odcinał od tego kupony, a teraz czuje jak się stacza. Fabryka Snów wyssała jego najlepsze lata życia i pozostawiła na lodzie. Nie potrafi wydostać się ze swojej szufladki „tego złego na Dzikim Zachodzie”.
Cała sekwencja końcowa zaskakuje, a Tarantino pozwala sobie na skomentowanie obecności krwawych jatek w filmach i ich wpływu na społeczeństwo. Czyli komentuje trochę sam siebie i swoje brutalne kino. Podobno reżyser polecał przed seansem powrót do klasyków, które potrzebne są do zobaczenia pełnego kontekstu. To akurat trochę mi przeszkadzało w oglądaniu - nieznajomość licznych odniesień do dawnego kina.
Reżyser zdecydowanie zrobił kolejny krok w tworzeniu kina. Jego najnowszy film podzieli widzów, jedni będą się doszukiwać w scenach czegoś więcej, inni stwierdzą, że Tarantino ich wynudził. Pytanie brzmi czy po tym kroku jest gdzie nadal iść czy tak jak w przypadku Daltona teraz ścieżka prowadzi tylko w dół?

Moja ocena: 8+/10




Oprócz tego widziałam:

  • Party (2017) - znowu współczesne czarno-białe kino. Niestety tym razem do mnie nie trafiło. Film powstał na podstawie sztuki teatralnej, jednak nawet pomimo wspaniałej obsady wyszło wyjątkowo nudno. Moja ocena: 5/10
  • Wodzirej (1977) - zaskakująco dobry film. Spodziewałam się raczej zwykłej fabuły, w której przyjrzę się młodemu Jerzemu Stuhrowi, a tymczasem dostałam nadal aktualną rzecz o prawach rządzących w show-biznesie. Szkoda tylko, że dźwięk tak słaby, czasami trudno było aktorów zrozumieć. Moja ocena: 8/10

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka