środa, 23 maja 2018

Stróżowie prawa, saloony i Dziki Zachód w fantastyce - „Stop prawa” Brandon Sanderson


*Stop prawa*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Alloy of Laws
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2011
*Liczba stron:* 297
*Wydawnictwo:* MAG 

Przesada, nawet w czymś dobrym, może się okazać niszczycielska.
*Krótko o fabule:*
Trzysta lat po wydarzeniach opisanych w trylogii „Zrodzonego z Mgły”, Scadrial unowocześnia się, koleje uzupełniają kanały, ulice i domy bogaczy oświetlają elektryczne lampy, a w niebo wznoszą się pierwsze drapacze chmur o żelaznej konstrukcji. 
Po dwudziestu latach spędzonych w Dziczy, Wax został zmuszony przez rodzinną tragedię do powrotu do stolicy Elendel. Z dużą niechęcią musi odłożyć broń i przyjąć obowiązki przynależne głowie arystokratycznego rodu. W każdym razie tak mu się wydaje, do chwili, gdy boleśnie przekonuje się, że posiadłości i eleganckie ulice Miasta mogą kryć w sobie większe niebezpieczeństwa niż piaszczyste równiny Dziczy.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Zdążyłam już polubić to, że znam autora, na którego wciąż mogę liczyć. Którego dawkuję sobie specjalnie, żeby co jakiś czas znowu zafundować sobie świetną przygodę. Który nieustannie mnie zaskakuje i zachwyca zdolnościami swojej wyobraźni. Stop prawa to kolejna książka po trylogii Z mgły zrodzony i dwóch częściach Archiwum Burzowego Światła, po którą sięgnęłam. I na szczęście, Sanderson ponownie mnie nie zawiódł.

Zacznę może od tego, o czym wcześniej raczej nie wspominałam. Otóż, geniusz Sandersona, pomijając wszystkie pozytywy stylistyczne i zdolności literackie, polega na nieszablonowym myśleniu. On zdecydował, że nie będzie po prostu pisał kolejnych powieści fantasy. Zamiast tego stworzył sobie nowy wszechświat, nazywany Cosmere, który jest elementem łączącym wszystkie jego książki. A później zaczął go zaludniać i eksplorować historię każdego jego zakątka.

Więcej o Cosmere można dowiedzieć się z Bezkresu magii, czyli zbioru opowiadań Brandona Sandersona. Zakupiłam go, żeby móc przeczytać Dawcę przysięgi (III tom ABŚ), ponieważ przed lekturą należało zapoznać się z opowiadaniem Tancerka Krawędzi, które było w tej antologii. Okazało się jednak, że nie mogę tak od deski do deski zanurzyć się w kolejnych opowiadaniach, bo wiele z nich zawiera jakieś niewielkie spoilery dotyczące innych książek autora, czyli kolejnych światów Cosmere, z którymi nie miałam przyjemności jeszcze się zaznajomić. Stwierdziłam, że w takim razie powinnam kontynuować zapoznawanie się z dotychczasowo wydaną w Polsce twórczością Sandersona.
źródło
Wybór padł na Stop prawa, bo dość świeżo jestem po wydarzeniach z trylogii Z mgły zrodzony (oczywiście wspaniałej, recenzja każdej z części jest też na blogu TU, TU i TU). Akcja tej książki ma miejsce trzysta lat po wydarzeniach z poprzednich pozycji, a świat znany z historii Vin i Elenda poszedł mocno do przodu. To był jeden z argumentów, które raczej mnie odepchnęły na pierwszy rzut oka. Całą serię miałam pod ręką od początku, więc po Bohaterze Wieków mogłam spokojnie sięgnąć po kolejne tomy. Jednak fakt, że odstęp czasowy był dość spory, do tego wzmianki o postępie i używaniu broni palnej, nowych technologii, jakoś mnie odstraszyły. Zawsze byłam fanką „typowego” fantasy (za słowem typowy kryje się dla mnie taki, no wiecie - klimaty średniowieczne, miecze, konie, zamki i cała ta otoczka). Ale z takim autorem jak Brandon Sanderson nie musimy się widocznie niczego obawiać.

Przyznaję, że nie zostałam kupiona od samego początku. Ten mój sceptycyzm dotyczący pomysłu dorzucenia nowinek technicznych ewidentnie wpłynął na jakość czytania. Jednak po kilkudziesięciu stronach już nie mogłam się opierać i dałam się porwać tej historii. Ba! Kolejny raz zakochałam się w świecie przedstawionym, jaki wymyślił sobie Sanderson. Tym razem do swoich genialnych pomysłów dotyczących użycia metali przez Allomantów i Feruchemików, dorzucił postęp techniczny. I kiedy już to przemyślałam to zaczęło mi się to wydawać idealnym posunięciem. Bo faktycznie, wyobraźcie sobie 300 lat różnicy i zero postępu w danym świecie! Raczej mało możliwe, prawda? A Sanderson postąpił sprytnie i przesunął się do momentu, kiedy elektryczność dopiero się pojawiała, a ludzie zaczęli używać broni palnej. Więc postęp jest, ale daleko mu jeszcze do poziomu science-fiction. Daje za to dostęp do używania nowych motywów, pojawiają się więc m.in.: klimat Dzikiego Zachodu, saloony, stróżowie prawa, które do tej pory rzadko w fantastyce były eksploatowane.

Na dodatek, jak to u Sandersona bywa, bohaterowie są cudowni. Do głównej postaci, czyli Waxa potrzeba się dłuższą chwilę przyzwyczaić, ale pod koniec książki pała się do niego już czystą sympatią. Inna sprawa ma się z jego kompanem, Waynem, który odkąd się pojawia, podbija serca. Wnosi całą masę komediowych sytuacji, ma cięty język i kilka przypadłości, których nie może się pozbyć - jedna z nich to kradzież (chociaż Wayne twierdzi, że się wymienia - nieważne, że zabierając komuś złoty pistolet, zostawia dziurawy szalik, w końcu: wymiana to wymiana), a druga to podbieranie ludziom osobowości i podszywanie się pod nich (koniecznie z odpowiednim okryciem głowy). Jednak autor nigdy nie traktuje swoich bohaterów powierzchownie, więc poznamy też mroczną część historii Wayne'a i zrozumiemy jego pobudki. Jest jeszcze miejsce na dwie postacie kobiece, na których rozwinięcie charakterów czekam w kolejnej części.

Mogłabym się zachwycać i zachwycać, napisać ogromny esej, a zwróćcie uwagę, że Stop prawa ma mniej niż 300 stron, czyli jest najkrótszą dotychczasową książką Sandersona jaką czytałam. Dlatego wstrzymam się z zachwytami i popsioczę. Otóż, tożsamości tej postaci, która stała za tym wszystkim, Pana Garnitura, można się było domyślić dość wcześnie. Dodatkowo, brakowało mi jednak czegoś więcej w głównej osi fabularnej, jakoś za mocno przypominało mi to taki wątek kryminalny - pogoń za szajką rabusiów. A Marasi, czyli główna kobieca bohaterka, nie przekonała mnie jeszcze do siebie. To tak, żeby na siłę się czegoś przyczepić, bo oczywiście całość była przepyszna. A ja już nie czekam, tylko od razu zanurzam się w kolejnych przygodach bohaterów!

Moja ocena: 8/10

piątek, 18 maja 2018

Makbet nigdy już nie zaśnie - „Makbet” NT Live

Niedawno odbyło się w Polsce bardzo ciekawe wydarzenie, czyli transmisja Makbeta w reżyserii Rufusa Norrisa, na żywo z Londynu. Oglądałam ją w kinie we Wrocławiu. Jeżeli chodzi o kwestie techniczne, to kilka razy zdarzyło się stracić sygnał, ale trwało to dosłownie kilka sekund, po czym wszystko wracało do porządku. Napisy były bardzo dobrze zsynchronizowane. Jeżeli będziecie mieli kiedyś okazję wybrać się na taką transmisję na żywo to szczerze polecam - w wersji technicznej wszystko dopracowane, a emocje jednak większe, bo to już nie jest tylko kolejne oglądanie nagranego wcześniej przedstawienia.

Rufus Norris postanowił zmierzyć się z najpopularniejszym dziełem Shakespeare'a, czyli z Makbetem. Trzeba przyznać, że to spore wyzwanie, a reżyser musiał być przygotowany, że jego realizacja będzie podlegała całej masie porównań z innymi adaptacjami tego dzieła. Ale najpierw, szybka wzmianka o fabule (tak, tak jakby ktokolwiek nie znał). Makbet (Rory Kinnear) wracając ze zwycięskiej bitwy, na której zdobył uznanie jako wspaniały żołnierz, spotyka trzy wiedźmy. Tajemnicze kobiety przepowiadają mu, że w przyszłości zostanie królem. Po przybyciu do domu, Makbet dzieli się wróżbą ze swoją żoną, Lady Makbet (Anne-Marie Duff), która namawia go, żeby wzięli sprawy w swoje ręce i pomogli przeznaczeniu.

Norris postanowił przenieść akcję dramatu w czasie - to już nie jest opowieść o walkach królów w XI wieku. Makbet w spektaklu jest współczesnym żołnierzem. Nawet może trochę futurystycznym, o czym mogą świadczyć scenografia i kostiumy, przywodzące na myśl postapokaliptyczne wizje świata. To dość śmiałe posunięcie. Kolejnym, będzie spore okrojenie klasycznego tekstu - faktycznie, przez to chwilami brakuje głębi i pewnych filozoficznych dywagacji Shakespeare'a, ale zarazem spektakl nie miał okazji znudzić widza, a akcja dość żwawo zmierzała do tragicznego finału.

Wszelka krytyka tego spektaklu wynika zapewne z ogromnej miłości widzów do oryginalnego tekstu. Widać jednak, że Norris chciał tutaj zagrać na bliskich nam współcześnie obrazkach - dlatego chociażby współpracował z cenionym fotografem wojennym. Za wszelką cenę chciał przedstawić ten brud, makabryzm i trzymanie się jakiejkolwiek iskierki nadziei, które towarzyszą prowadzonym aktualnie wojnom. Wydaje mi się, że sprawdził się w tym założeniu całkiem zgrabnie.
Bardzo podobała mi się ponura, prosta, a zarazem wymowna scenografia. Most, postawiony na środku sceny okazał się świetnie ogranym elementem, raz służąc za las, a kolejnym razem jako przejście do innego wymiaru (gdzie umykały trzy wiedźmy). Kostiumy utrzymane były w tym postapokaliptycznym klimacie. Żołnierze nosili kartonowe zbroje obwiązywane taśmą klejącą, a Lady Makbet pojawiła się na balu w sukni pokrytej cekinami. Widać, że twórcy mieli wspólny cel i spójnie do jego osiągnięcia dążyli.
To, o czym trzeba wspomnieć to kreacje aktorskie dwójki głównych bohaterów - Rory'ego Kinneara jako Makbeta oraz Anne-Marie Duff jako Lady Makbet. Wydawało mi się, że oglądam charakterologicznie zupełnie inne postacie niż zazwyczaj w adaptacjach sztuki Shakespeare'a. Jeszcze nie spotkałam się z Makbetem, który byłby tak bardzo zagubiony i niezdecydowany. Tak, zawsze odbierałam go jako człowieka, który popełnił kilka poważnych błędów, napędzających kolejne. Tutaj jednak miałam wrażenie, że gdyby nie Lady Makbet wciąż wyrzucająca mu brak męskości, to nasz biedny żołnierz nawet palcem by nie ruszył. Podobało mi się takie przedstawienie ich relacji, a aktorzy spisali się wspaniale, oddając ją na scenie. Można było wyczuć tutaj chęć pokazania problemu zespołu stresu pourazowego - zagubiony Makbet popada w kolejne zbrodnie, poprzez podszepty żony i narastające poczucie winy. Kolejna cegiełka do ogólnego pomysłu reżysera.
W drugim akcje zaczęłam mieć większy problem z tymi postaciami, kiedy dochodzi już do napadów szaleństwa obojga, a trochę brakuje logicznego przejścia do tak skrajnych emocji. Wydaje mi się, że tutaj tempo nie było tak ważne, jak przedstawienie ich psychicznej wędrówki. Chociaż jeszcze postać Makbeta jakoś z tego wyszła - pomysł z pojawianiem się duchów zapewne w tym pomógł. Natomiast Lady Makbet raz jest widziana jako pewna swego kobieta, a zaraz potem zupełnie obłąkana bohaterka. Nadal jednak uważam, że Rory i Anne-Marie wykonali kawał świetnej roboty. Na pewno są to dla mnie niezapomniane kreacje tych kultowych postaci.
W tle pojawia się wiele innych bohaterów. Na pewno warto wspomnieć, że niektórzy z aktorów są niepełnosprawni (służąca Lady Makbet ma amputowaną rękę), a żołnierzy grają także kobiety - reżyser wykazał się tutaj otwartym umysłem. Podobały mi się postacie trzech wiedźm, które wspomagane przez dźwiękowców wprowadzały gęstą atmosferę, przypominającą trochę sceny z horrorów. Dźwięki wydawały iście piekielne, a dodając do tego wizualizacje, przykładowo w postaci osób wchodzących na most z przerażającymi maskami z tyłu głowy - mogły pojawić się dreszcze strachu.

Podsumowując, warto przejść się do kina na Makbeta w reżyserii Rufusa Norrisa. To na pewno będzie coś oryginalnego, z ważnym przesłaniem i dobrym aktorstwem. Mnie zapadnie w pamięć na dłużej, a Wy przekonajcie się sami! Listę seansów możecie sprawdzić TUTAJ.


czwartek, 10 maja 2018

Trzy kobiety, jedna dusza - „Godziny” Michael Cunningham


*Godziny*
Michael Cunningham

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Hours
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1998
*Liczba stron:* 220
*Wydawnictwo:* Rebis
Ale i tak pozostają godziny, prawda? Jedna, po niej druga, przechodzisz przez tę pierwszą, a zaraz, o Boże, jest następna.
*Krótko o fabule:*
Clarissa, mieszkanka współczesnego Nowego Jorku, nazwana przez mężczyznę, którego kocha, panią Dalloway, jest wydawcą. Laura – gospodynią domową uwięzioną w dusznym, beznamiętnym małżeństwie. Obie szamoczą się między pragnieniem miłości a wpojonymi zasadami, między nadzieją a rozpaczą. Próbują odnaleźć radość życia na przekór temu, czego oczekują od nich przyjaciele, kochankowie, rodzina.  
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Michael Cunningham napisał powieść Godziny w 1998 roku, pod wpływem swojego długoletniego zauroczenia twórczością autorki Virginii Woolf, a szczególnie jedną pozycją - Pani Dalloway. Raczej błędem, a na pewno niedopowiedzeniem, byłoby tę powieść nazwać po prostu inspiracją. Autor kompletnie zatapia nas w świecie otoczonym aurą pani Woolf, a jego książka najlepiej pokazuje jakim podziwem darzy tę autorkę i jak bardzo rozumie jej twórczość. Do tego stopnia, że potrafi wzbudzić w czytelniku podobne emocje, jak podczas czytania Pani Dalloway. Nikogo więc nie zdziwi fakt, że za Godziny autor otrzymał prestiżowe nagrody - m.in. Pulitzera i Faulknera.

Czy można przeczytać Godziny przed zapoznaniem się z Panią Dalloway? Niby nikt tego nie zabroni, ale moim zdaniem o wiele lepiej jest zapoznać się z najsłynniejszą powieścią Virginii Woolf przed zabraniem się za pozycję Cunninghama. Z bardzo prostej przyczyny - wynajdowanie wszelkich powiązań między tymi lekturami dostarczy nam dodatkowej przyjemności. Ponadto, łatwiej będzie nam docenić kunszt pisarski autora, który zdaje się w pełni pojmować proces twórczy Virginii Woolf.

Cunninghama znam na razie z jednej przeczytanej książki, a konkretnie ze zbioru opowiadań - Dziki łabędź i inne baśnie. Po Godzinach mogę tylko napisać, że to autor który znalazł już swój, specyficzny styl, który momentami przypomina właśnie strumień świadomości, którego przedstawicielką była Woolf. W jednym z wywiadów wspominał o tym, jak wyglądał początek prac nad książką Godziny. Jego pierwotnym planem było zakończyć powieść sceną śmierci autorki (Woolf utopiła się w rzece, poprzez napełnienie kieszeń kamieniami). Jednak później stwierdził, że nie chce zostawiać czytelnika z tak drastycznym końcem i żeby trafniej odnieść się do twórczości Woolf, postanowił gloryfikować życie, ponieważ dla niego autorka Pani Dalloway była w tym mistrzynią - w tych opisach małych radości dnia codziennego. Dlatego postanowił książkę rozpocząć sceną śmierci Woolf, żeby mieć to zdarzenie za sobą i móc skupić się właśnie na jej życiu.
kadr z ekranizacji, źródło
 Książka podzielona jest na trzy sekcje. Pierwsza przedstawia nam Virginię Woolf, podczas pisania swojego najsłynniejszego dzieła - Pani Dalloway. W tym przypadku Cunningham przeprowadził dość pokaźny research (jak wskazuje spis pozycji w podziękowaniach), żeby jak najdokładniej pokazać otoczenie, w którym przebywała autorka. Druga ma miejsce w latach 50tych i skupia się na zamężnej kobiecie, Laurze Brown, która zdaje się odczuwać szczęście tylko gdy odcina się od swojego męża i syna, zaszywa samotnie w pokoju i czyta książki. W przypadku tego konkretnego dnia, który opisuje Cunningham, Laura zanurza się w lekturze Pani Dalloway. Trzecia sekcja dzieje się już współcześnie, a jej bohaterką jest Clarissa Vaughan. Jej przyjaciel, Richard, ma tego dnia odebrać nagrodę literacką i Clarissa postanawia wyprawić z tej okazji przyjęcie.

Już w krótkim opisie każdej z tych części można się dopatrzyć nawiązań do Pani Dalloway. Jest ich oczywiście o wiele więcej - zaczynając od tego, że Clarissa wybiera się rano kupić kwiaty, a Richard wciąż nazywa ją ksywką z młodości „panią Dalloway”, po małe, subtelne wstawki, jak to, że podczas zakupów Clarissa przechodzi koło podnieconego tłumu, koczującego przed przyczepą jakiejś gwiazdy filmowej (kiedy bohaterka próbuje ją rozpoznać padają przypuszczenia „Meryl Streep? Vanessa Redgrave?”), a w Pani Dalloway to przejazd ministra wzbudzał podobne emocje. Mam nadzieję, że to rozwieje Wasze wątpliwości i zrozumiecie, że lepiej poznać powieść Woolf przed lekturą Godzin i mieć szansę odnajdywania wszystkich tych małych odniesień.

Wydarzenia w książce Godziny dotyczą jednego dnia z życia trzech różnych kobiet. Łączy je jednak pewna osobliwa wrażliwość, ciągłe poszukiwanie nieosiągalnych celów i to powierzchowne zadowolenie z życia, za którym skrywa się mnóstwo wątpliwości. Dzięki głębokim portretom psychologicznym postaci, które godzina za godziną, dzielą się z czytelnikiem każdą swoją myślą, każdym spostrzeżeniem i uczuciem, stają się nam one bliskie i pozwalają razem z nimi odczuwać każdą, nawet najmniejszą, emocję.

Godziny zdecydowanie trafiają do mojego grona ulubieńców, to książka, której trzeba dać się ponieść i otworzyć się na to, co nam ofiaruje. Zdarzyło mi się czytać opinie, że jej treść znudziła czytelników, jednak warto jej dać szansę. I nie zapomnijcie, że z Panią Dalloway Virginii Woolf tworzą nierozerwalny duet, dlatego zapoznajcie się z tymi dwoma pozycjami. A jeżeli jedna z nich nie przypadnie Wam do gustu, to wątpię, że druga zachwyci - są jednak dość mocno powiązane.

Jeszcze dwa słowa na temat ekranizacji z 2002 roku, która swojego czasu też zrobiła furorę, a Nicole Kidman otrzymała za rolę Virginii Woolf swojego upragnionego Oscara. Oglądałam ją jakieś siedem lat temu, więc wspomnienia raczej się zatarły, pamiętam jednak, że wtedy film bardzo mi się spodobał. Toteż, jak już się zapoznacie z książką, możecie też sięgnąć po film!

Moja ocena: 9/10



niedziela, 6 maja 2018

„One day at a time”, czyli zabawny sitcom, poruszający bardzo aktualne tematy

Dostęp do Netflixa sprawił, że byłam głodna nowości serialowych. Szukałam różnorodności i większość dostałam od początku - pokręcony młodzieżowy serial The End of the F***ing World, świetny historyczny The Crown czy przepyszną ucztę science-fiction Black Mirror. Brakowało mi jeszcze czegoś lekkiego, najlepiej z dwudziestominutowymi odcinkami, a gatunkowo - komedyjka. Udało mi się w końcu trafić na One day at a time, a że już coś o nim dobrego słyszałam (bodajże u zwierza popkulturalnego) to zdecydowałam się zacząć z nim przygodę.
źródło
Penelope Alvarez (Justina Machado) wychowuje samotnie dwójkę dzieci - nastoletnią Elenę (Isabella Gomez) i Alexa (Marcel Ruiz). Ich rodzice poznali się podczas odbywania służby wojskowej w Afganistanie, po której zakończeniu ojciec zaczął częściej zaglądać do butelki, żeby poradzić sobie z traumatycznymi wspomnieniami. Dlatego zdecydowali się pozostać w separacji. W wychowaniu dzieci Penelope może liczyć na pomoc swojej matki, Lydii Riery (Rita Moreno).
Serial ten jest remakiem sitcomu o tym samym tytule z 1975 roku, który doczekał się aż 9 sezonów i sporej grupy fanów. U nas nie był on jednak popularny i nie wiem czy znajdziemy kogokolwiek, kto ten pierwowzór oglądał. Dlatego nie mam porównania, nie mam pojęcia czy serial czerpie ze źródła całe historie czy tylko głównych bohaterów. Wydaje mi się jednak, że fabularnie idzie własną ścieżką, czego można się domyślić za sprawą poruszania bardzo aktualnych tematów w jego treści.
źródło: Pinterest
Zacznijmy od tego, że serial zdecydowanie spełnia swoje założenia, ponieważ jak na porządny sitcom przystało, bawi do łez. Rzadko mi się zdarza zaśmiewać w głos podczas oglądania, a w przypadku One day at a time tak właśnie było. Spora w tym zasługa bardzo dobrze zbudowanych postaci. Mamy tutaj trzon całości, czyli Penelope, wojenną weterankę, cierpiącą na depresję, która samotnie stara się wychować dwójkę dzieci. Alex, młodszy z rodzeństwa, to chłopak sprawiający wrażenie bardzo pewnego siebie, przekonany o swoim uroku osobistym, a o jego niepowtarzalnym wdzięku wciąż utwierdza Alexa (a co za tym idzie - nas, widzów, również) jego babcia. Jego relacja z Lydią w ogóle jest wspaniała, dostarcza mnóstwa śmiechu i sprawia, że zazdrościmy mu takiej wystrzałowej babci. Natomiast Elena to nastolatka, która już powoli zdaje się rozumieć, czego chce od świata, staje się świadoma swojej orientacji seksualnej i przedstawiona nam zostaje jako prawdziwa aktywistka, walcząca o ekologię, o dobro społeczeństwa, o równouprawnienie. Natomiast postacią dostarczającą najwięcej zabawy i uśmiechu jest Lydia, czyli babcia Eleny i Alexa. To kobieta, która wręcz wymaga ciągłej atencji zebranych, zawsze bardzo pewna siebie. Dodatkowo wszystko co robi ma w sobie tyle gracji i wdzięku, że trudno jej nie pokochać. No i nie zapominajmy, że Lydia jako nastolatka uciekła z Kuby do Ameryki i wciąż zdarza jej się wtrącać hiszpańskie zdania i przekręcać angielskie wyrażenia. Do tej rodziny dołącza jeszcze jeden bohater - Schneider, właściciel budynku, który spędza u Alvarezów większość swojego wolnego czasu. To znowu postać, która w założeniu ma wnosić dodatkową porcję śmiechu, ale w pewnym momencie staje się powiernikiem Penelope, trochę opiekunem jej dzieci, a nawet zdradza traumatyczne zdarzenia z przeszłości.
źródło: Pinterest
Oczywiście, nie byłoby dobrej komedii bez dobrego scenariusza. Tutaj, zdecydowanie taki jest. Pomijając całą masę zabawnych sytuacji, świetnych gier słownych (często wynikających z nieznajomości językowych Lydii), to możemy tutaj znaleźć całą skarbnicę aktualnych w dzisiejszych czasach tematów. Penelope boryka się z problemem depresji, a jej droga do zaakceptowania tej choroby jest wspaniale przedstawiona. Szczególnie w scenach konfrontacji matka-córka, w których Lydia staje murem za przekonaniem, że jej kubańska krew nie powinna pozwolić na tego typu przypadłość i tak naprawdę, to tylko jej się wydaje, że jest chora. Późniejsze rozwiązanie tego konfliktu wywołuje w widzu masę ciepła. To w ogóle wspaniałe, jak w serialu rozwiązywane są ostre wymiany zdań pomiędzy bohaterami. Nawet, kiedy zajmują całkowicie odmienne stanowiska, to w końcu dochodzą do konsensusu, starają się nawzajem zrozumieć. Szczególnie to widać w przypadku różnicy pokoleń - wszelkich przepychanek słownych między babcią a Eleną-aktywistką, których przekonania są zawsze bardzo odmienne. Jednak za każdym razem obronną ręką wychodzi więź między postaciami i przekonanie, że rodzina zawsze będzie stała za Tobą murem, nieważne jak bardzo się między sobą różnicie.
Poza tym, będzie poruszonych mnóstwo innych tematów. Sporo miejsca poświęcone będzie orientacji seksualnej Eleny, jej poszukiwaniom swojej drogi. Spotkamy się także z problemem imigrantów, przymusowych deportacji i traktowania latynosów (a tak naprawdę wszystkich obcokrajowców). Znajdzie się też miejsce dla równouprawnienia i różnych form dyskryminacji ze względu na płeć. I nawet trochę rozmów na temat wiary (kiedy Penelope wypala, że nie chce chodzić co niedzielę do kościoła, Lydia, która zdjęcie papieża powiesiła nawet na lodówce, dostaje niemal palpitacji serca - pewnie przed zawałem uchroniła ją tylko kubańska krew ;) ). A to wszystko schowane pod komediowym płaszczykiem!
źródło: Pinterest
Na zakończenie: trudno nie wspomnieć tutaj o aktorstwie, które wynosi ten serial na wyższy poziom. Wszystko za sprawą cudownej Rity Moreno, odgrywającej postać babci Lydii. Wnosi w ten serial tyle energii i blasku, że trudno odwrócić od niej wzrok! Ale jak tutaj się dziwić, w końcu to aktorka, która ma na koncie Oscara za rolę drugoplanową w musicalu West Side Story. Nie da się jednak odmówić talentu również Justinie Machado, dzięki której Penelope staje się tak prawdziwa. To aktorka, która potrafi żonglować naszymi emocjami, chwilami jest do bólu zabawna, żeby za chwilę wzbudzać wzruszenia. Przede wszystkim, każdy z aktorów ma momenty, w których pokazuje możliwości komediowe, żeby za chwilę pokazać talent dramatyczny. I to cała magia One day at a time, w którym te dramaty są wciąż obecne, ale tak sprytnie ukryte wśród gagów i zabawnych sytuacji, że oglądanie jest czystą przyjemnością, a w głowie pozostaje przesłanie gdzieś tam sprytnie między żartami ukryte.

Moja ocena: 8/10

czwartek, 3 maja 2018

Artystka obecna - „Pokonać mur. Wspomnienia” Marina Abramović


*Pokonać mur. Wspomnienia*
Marina Abramović

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Walk Through Walls: A Memoir
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* autobiografia
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 430
*Wydawnictwo:* Rebis
[...] doszłam do wniosku, że sztuka musi niepokoić, sztuka musi zadawać pytania, sztuka musi przewidywać przyszłość. Jeśli w treści będzie wyłącznie polityka, zamieni się w coś w rodzaju gazety - stanie się jednorazowa, kolejny dzień przyniesie nowe wiadomości. Jedynie znaczenie wielowarstwowe może zapewnić sztuce długie życie - w ten sposób w różnych momentach społeczeństwo czerpie z niej to, czego mu akurat potrzeba.
*Krótko o fabule:*
Córka partyzantów, bohaterów drugiej wojny światowej, dorastała w Jugosławii rządzonej przez Titę. Mimo że zdążyła zdobyć międzynarodowy rozgłos i wyjść za mąż, wciąż mieszkała z matką, która kontrolowała ją i stawiała surowe ograniczenia. Nic nie zdołało jednak poskromić jej nienasyconej ciekawości świata, pragnienia kontaktu z ludźmi ani specyficznego, bałkańskiego poczucia humoru, którymi przesycone są jej życie i sztuka.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy musi uderzyć się w pierś i przyznać do pomyłki. Można powiedzieć, że od dłuższego czasu interesuję się sztuką, staram się jak najczęściej chodzić do teatru, ale zawsze miałam złe zdanie na temat performance'u. Wydawało mi się, że to przerost formy nad treścią, w której twórcy starają się jak najbardziej zaszokować i posuwają się do ekstremum możliwości, tylko żeby wzbudzić kontrowersję. A teraz przeczytałam wspomnienia światowej sławy performancerki, Mariny Abramović, i ta sztuka okazała się tak prawdziwa i oddziałująca jak żadna inna.

Jeżeli nie znacie twórczości tej kobiety, to nawet lepiej dla Was. Wspomnienia zawarte w Pokonać mur są przedstawieniem całego życia Mariny, okraszone mnóstwem fotografii i dokładnie opisane przez artystkę, czyli z pierwszej ręki. Ja wiedziałam o niej tylko tyle, że była niejako prekursorką performance'u, zyskała sławę na całym świecie, a jej wystąpienia często były związane z poddawaniem ciała wysiłkowym próbom. Dzięki temu, że moja wiedza była tak ograniczona, czytałam wspomnienia Mariny z jeszcze większym zaciekawieniem. Kolejnym plusem był także fakt, że w tle jej historii będziemy świadkami przemian ówczesnej Jugosławii, a muszę przyznać, że wciąż brakuje mi wiedzy na temat bliskiej przeszłości Bałkan. Dlatego wszelkie na ten temat informacje chłonęłam z przemożną ciekawością.

Autobiografie zazwyczaj mnie nie interesowały. Nie wiem dlaczego, ale czytanie o życiu sławnych ludzi wydawało mi się trochę stratą czasu - w końcu większość faktów mogę wyszukać w Internecie, za pomocą jednego kliknięcia myszy. Zdarzało mi się je od czasu do czasu czytać, chociażby jak zeszłoroczną autobiografię Rogera Moore'a. I faktycznie było to przedstawienie jego życia z kilkoma ciekawostkami. Dla fanów kina przyjemna lektura, ale niezapadająca w pamięć. Natomiast z autobiografią Mariny Abramović sprawa ma się zupełnie inaczej. Nie spodziewałabym się, że książka opisująca życie i twórczość autora może wpłynąć tak bardzo na światopogląd i dotychczasowe przekonania czytelnika.
Nie wiem jakim sposobem Marina to zrobiła, ale po prostu zapałałam do niej całą masą sympatii. Każdy jej występ był intrygujący, a dzięki temu, że poznałam jego tło, proces powstawania, tym bardziej rozumiałam jej posunięcia. Nie można jej odmówić odwagi, samozaparcia, wytrwałości i determinacji. Często powtarzała, że to dzięki jej rodzicom, że po nich te cechy odziedziczyła. Mimo tego, że nie miała łatwego dzieciństwa, a jej stosunki z rodziną były dość przykre, to starała się znajdować wśród bliskich jasne strony. Książka w ogóle posiada wiele odcieni - często pojawiają się zabawne wstawki, Marina podchodzi do swoich wspomnień z odpowiednim dystansem. Nie kreuje się na wielką artystkę, szczerze przedstawia swoje problemy psychiczne (szczególnie związane z mężczyznami w jej życiu), a to wszystko sprawia, że staje się nam tak bliska. Natomiast z drugiej strony, często pojawiają się ciemne barwy w jej historii. Kobieta przeżyła wiele nieprzyjemnych sytuacji, ale przez całe jej życie na pierwszym miejscu była sztuka. To dzięki niej radziła sobie z problemami.

Najlepsze jest jednak to, że to lektura, która pozostaje z nami na dłużej, która daje kopa do działania i inspiruje do podążania własną drogą. Pokazuje nam, że czasami nie warto zważać na to, co powiedzą inni, bo wystarczy, że swoimi działaniami przekonamy chociaż jedną osobę. Książka Pokonać mur nauczyła mnie też, że artyści pokroju Abramović czasami muszą zrezygnować z wygód życia, z pewnej stabilizacji, żeby poświęcić się sztuce. I oni to naprawdę muszą kochać i muszą być tej sztuce w stu procentach oddani. To wszystko sprawia, że z pokorą przyznaję, że się myliłam co do sztuki performance'u, a Marina zajmuje ciepłe miejsce w moim sercu, jako artystka obecna, na swój sposób komentująca rzeczywistość i potrafiąca wykrzesać prawdziwą magię podczas swoich występów. Szczerze polecam!

Moja ocena: 9/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka