wtorek, 18 stycznia 2022

„Papuga Flauberta” Julian Barnes & „Nie w humorze” Fran Lebowitz – nietypowa biografia i felietony legendy Nowego Jorku

Papuga Flauberta
Julian Barnes

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1984
Liczba stron: 270
Wydawnictwo: Świat książki

Książki to miejsce, gdzie wyjaśnia się różne rzeczy; w życiu tak nie jest. Nie dziwię się, że niektórzy wolą książki. Książki nadają sens życiu. Jedyny kłopot polega na tym, że nadają sens życiu innych ludzi, nigdy zaś twojemu.
 

Opis wydawcy

Przewrotna powieść, esej i przewodnik po meandrach ludzkiej, niedostępnej innym, duszy. Słynna biografia słynnego autora. Narratorem tej oryginalnej książki jest fikcyjny biograf Flauberta, Geoffrey Braithwaite, z zawodu lekarz. Próbuje poznać swego idola przez pryzmat jego stosunku do ludzi, zwierząt, czasów, w których żył. 


Moja recenzja

W urodzinowym prezencie od siostry otrzymałam książkę Papuga Flauberta i było to dla mnie zupełne zaskoczenie. Nic o tej powieści wcześniej nie słyszałam. Ba! Nie słyszałam nawet o samym autorze. Jedyne co wskazywało jakąś drogę w ciemności to nazwisko Flauberta w tytule. Ale dlaczego siostra pomyślała, że zainteresuje mnie biografia o powieściopisarzu, którego twórczości niemal w ogóle nie znam? Przecież czytałam tylko, i to dość niedawno, Panią Bovary. Okazuje się jednak, że wcale nie trzeba znać książek autora, bo w Papudze Flauberta chodzi o coś więcej niż poznanie szczegółów z życia tytułowej postaci.

Przyznaję się, że do książki miałam dwa podejścia. Najpierw czytałam wyrywkami, po kilka stron i tak doszłam gdzieś do połowy, po czym odłożyłam ją na jakiś czas. Doceniałam kilka pomysłów, ale wtedy lektura mnie nie porwała. Kiedy postanowiłam wrócić stwierdziłam, że muszę zacząć od początku. I to była świetna decyzja, bo czytelnik wypoczęty znajdzie w powieści magię, jaka towarzyszy dobrej literaturze.

Niech nie zwiedzie nikogo tytuł i opis, Papudze Flauberta bardzo daleko do typowej biografii. To zupełnie nowatorski sposób pisania o twórczości znanej postaci. Barnes wykorzystuje nietuzinkowe pomysły – czasami skupia się na szczególe z życia Flauberta, czasami odpływa w dalekie rejony, wciąż dzieląc się z czytelnikiem przemyśleniami na tematy związane z literaturą, czasami wymyśla też ciekawe formy rozdziałów. Przede wszystkim umiejętnie miesza fikcję literacką z elementami biografii, tworząc jakiś nowy, hybrydowy gatunek. Narratorem całości jest fikcyjna postać, która szuka informacji potrzebnych do napisania książki o Flaubercie i możemy przyjąć, że to takie alter-ego Barnesa. Niektóre rozdziały opisują zmagania towarzyszące próbie znalezienia materiałów do biografii, co prowadzi do intrygujących zagadnień. Nasuwa mi się przykład, który został ze mną na dłużej, czyli taki dylemat moralny narratora dotyczący prawa do buszowania w prywatnej korespondencji zmarłego autora, w przypadku kiedy on nie wyraził na to zgody.

W kwestii formy jest tutaj bardzo różnorodnie. Oprócz takiego kręgosłupa historii, którym jest wątek autora biografii, mamy na przykład rozdział napisany z perspektywy miłości Flauberta, stworzony na podstawie ich korespondencji, będący pysznym kawałkiem literatury. Mamy też rozdział, w którym wypisane są kolejno wydarzenia z przeszłości francuskiego powieściopisarza, każde oznaczone datą i krótką notką – taki przykład biogramu. Jest on dość nietypowy, ponieważ przez epizody z życia autora przejdziemy trzykrotnie i zobaczymy jak różnie można o tych samych okresach mówić, w zależności od przyjętego nastawienia. Znajdziemy w książce też ciekawe spostrzeżenia na temat krytyków, którzy wyłapali niekonsekwencję w prozie Flauberta w sprawie oczu Emmy Bovary, których kolor zmienia się w powieści kilkukrotnie. Świetnie o tym Barnes pisze, rozkłada na wiele czynników, wspomina chociażby ile implikacji niesie za sobą, wydawałoby się, że nieskomplikowany, wybór koloru oczu głównej bohaterki książki.

Papuga Flauberta to wspaniała literatura i jestem szczęśliwa, że udało mi się z nią zapoznać. Mało się o niej mówi, a warto po nią sięgnąć. Dodatkowo, przygoda z tą lekturą udowodniła mi, że moment w jakim czytamy daną książkę ma znaczenie. (9/10)

Nie w humorze
Fran Lebowitz

Gatunek: zbiór felietonów
Rok pierwszego wydania: 1994
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Znak

Pomyśl, zanim coś powiesz. Poczytaj, zanim coś pomyślisz.
 

Opis wydawcy

Lebowitz bierze na celownik swojego ciętego humoru wszystko – od dzieci ("rzadko dysponują sensowną gotówką, którą można by od nich pożyczyć") przez rozmowy o seksie („gdyby twoje fantazje erotyczne kogoś interesowały, już dawno nie byłyby fantazjami") po nowojorskich kamieniczników ("świętym obowiązkiem każdego kamienicznika jest utrzymywanie w budynku odpowiedniej liczby karaluchów").


Moja recenzja

Postać Fran Lebowitz poznałam dzięki serialowi Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto, o którym z pełnym uwielbieniem pisałam tutaj. Wtedy jej postać zrobiła na mnie ogromne wrażenie, charyzmatyczna, z ciętym językiem i wieloma błyskotliwymi przemyśleniami. Przede wszystkim podziwiam jej umiejętność operowania słowem i odwagę w wypowiadaniu się na temat otaczających nas zjawisk, czasami w dość kontrowersyjny sposób.

Książka Nie w humorze to zbiór felietonów, w których Fran Lebowitz robi to, co potrafi najlepiej – opisuje otaczającą ją rzeczywistość w satyryczny sposób. I trzeba przyznać, że Lebowitz potrafi wyciągnąć ciekawe wnioski i zapisywać swoje myśli w humorystyczny sposób, który zmusza czytelnika do docenienia jej pisarskich umiejętności. Jednak, jeżeli porównać autorkę książki do bohaterki serialu w reżyserii Scorsese to o wiele ciekawiej spędzało się czas z tą ekranową wersją.

Wydaje mi się, że może to być problem z tłumaczeniem, które musiało być w tym przypadku ciężką harówką. U Fran Lebowitz wszystko krąży wokół Nowego Jorku, obyczajów tam panujących i wiele z żartów mogłoby być niezrozumiałych dla polskiego czytelnika. Tłumacz w notce z książki wyjaśnia, że sporo elementów musiał zupełnie zmienić, żeby zatrzymać sens i sprawić, że będziemy w stanie wyłapać żart. Wydaje mi się, że tu mógł tkwić problem, bo w końcu żarty mają to do siebie, że użyte słowa bądź konkretne porównania mają kluczowe znaczenie. Dlatego właśnie, Nie w humorze wypada w moim odczuciu o wiele słabiej niż Udawaj, że to miasto. Kilka felietonów jest świetnych, docenić można obserwacje i żart Lebowitz, ale równocześnie wiele tekstów czyta się po prostu bez emocji. Dlatego, jeżeli macie chwilę i chcecie poznać tę charyzmatyczną kobietę oraz jej światopogląd to polecam zacząć od serialu. (6/10)

niedziela, 9 stycznia 2022

Filmy końcówki roku, czyli w przygotowaniu na sezon nagród

Licorice Pizza (2021), reż. Paul Thomas Anderson

Uwielbiam kino Paula Thomasa Andersona i z każdym kolejnym filmem tylko utwierdzam się w przekonaniu, że to jeden z najlepszych współczesnych reżyserów. Kompletnie się zakochałam w jego poprzednim tytule, Nić widmo, a Licorice Pizza – choć utrzymany jest w zupełnie innym stylu  ponownie mnie oczarował.

Szczenięce zauroczenie dorastających w Los Angeles Alany i Gary’ego rozwija się na tle wielkich przemian kulturowych czasu wolnej miłości. *

Jeżeli można określić co czyni dobrego reżysera, to chyba fakt, że niezależnie od tematu jego film zawsze do mnie trafia. Tym razem przenosimy się w czasie do Los Angeles lat 70tych, gdzie obserwujemy rozkwit pewnej znajomości. W rolach głównych dwójka debiutantów  charyzmatyczna Alana Haim i Cooper Hoffman, syn Phillipa Seymoura, który często u reżysera grywał. Casting okazał się strzałem w dziesiątkę, młodzi są naturalni i niosą ten film z lekkością godną pozazdroszczenia. Co ciekawe sporo głośnych nazwisk pojawiło się w obsadzie, ale są to raczej krótkie epizody. Czystą frajdą jest oglądanie scen, w których Sean Penn gra słynnego aktora filmów akcji, a Bradley Cooper partnera Barbary Streisand  Jona Petersa. Film to prawdziwy majstersztyk sztuki reżyserskiej, nie ma tutaj ani chwili na nudę, każda scena jest tak nakręcona, że nie można oderwać od niej wzroku. Moment, w którym dwójka głównych bohaterów leży na łóżku wodnym jest przepełniona erotyzmem, chociaż tak naprawdę nic w niej się nie dzieje (fotos wrzucony powyżej właśnie z niej pochodzi). Zdjęcia są cudowne (reżyser jest ich współautorem), muzyka energetyzująca, miszmasz gatunkowy sprawdza się świetnie (scena ze zjeżdżającą ciężarówką to przykład mocnego kina akcji). Po prostu kolejne cudeńko spod rąk Andersona, które wpadnie na listę najlepszych filmów z gatunku coming of age, czyli filmów o dorastaniu.

Tick, Tick... Boom! (2021), reż Lin-Manuel Miranda

Na początek małe wyznanie: uwielbiam Rent. To musical, który udało mi się obejrzeć dawno temu w telewizji, w wersji scenicznej i absolutnie podbił moje musicalowe serce. Później nadrobiłam film i chociaż nie jest to poziom teatralnej adaptacji to i tak sprawił mi całą masę przyjemności. A siadając do Tick, Tick... Boom! nawet nie wiedziałam, że to historia Jonathana Larsona, czyli autora Rent.

Dobiegający trzydziestki, obiecujący kompozytor teatralny próbuje pogodzić miłość i przyjaźń z presją stworzenia czegoś wielkiego, zanim skończy mu się czas. *

Lin-Manuel Miranda „umie w musicale” i trudno temu zaprzeczyć. Ten film to czysta frajda dla fanów gatunku. Unosi się nad nim duch Larsona, to znowu historia o artystach, ludziach z marginesu, którzy chcą się wybić, ale muszą radzić sobie z codziennymi trudnościami. Wspaniale sprawdziło się tutaj podzielenie historii na śledzenie życia Larsona i scenicznego przedstawienia Tick, Tick... Boom!. Przede wszystkim błyszczy tutaj Andrew Garfield, którego do tej pory jakoś nie doceniałam. Tym razem trudno nie zauważyć, że ma chłopak talent sceniczny i od teraz marzę o zobaczeniu go na deskach (może w ramach National Theatre online i Aniołów w Ameryce to się nawet uda). Finalnie, ten film to kompletnie moja bajka, jest w nim to, co w musicalach kocham najmocniej, świetna muzyka, piękne popisy aktorskie, poruszone są ważne tematy, a całość pozostaje mocno rozrywkowa, a dodatkowo pokazuje nam spory kawałek historii musicalu. A Lin-Manuel Miranda wrzucił tutaj tyle smaczków dla fanów teatru muzycznego, że ciężko wszystkie je wyłapać. Na szczęście z pomocą przychodzą wtedy analizy na YouTube. Świetna rozrywka, film oddający ducha Larsona w najlepszy możliwy sposób. Ale z zastrzeżeniem, że to tytuł przede wszystkim dla fanów gatunku musicalu.

Psie pazury (2021), reż. Jane Campion

Zawsze kiedy zasiadam do oglądania filmu i widzę, że w polu gatunku ma wpisane: „western” to zastanawiam się dlaczego ja to sobie robię. Wydaje się, że to grupa bardzo daleka od mojego filmowego gustu. Jednak niejednokrotnie reżyserowie udowodnili mi, że można z nielubianego motywu/gatunku stworzyć coś niesamowitego. I Jane Campion do tego grona należy.

Dwaj bracia, właściciele dużego rancza w Montanie, stają przeciwko sobie, gdy George żeni się potajemnie z miejscową wdową. *

Nie potrzebowałam dużo czasu, żeby się w tym filmie zakochać. Wystarczyło kilka pierwszych scen, przemyślanych ujęć, szybko zbudowanej atmosfery i spojrzenie na Benedicta Cumberbatcha. Jeszcze niedawno oglądałam jak się świetnie bawi w roli Doctora Strange'a, a tutaj pokazuje się z zupełnie innej strony, stapiając się z graną przez siebie postacią. To zupełnie brawurowa rola, której siła tkwi w detalach  takie lubię najbardziej. Jednak Psie pazury to nie tylko świetny Benedict. Każdy aktor staje na wysokości zadania, wszyscy pracują na wspólny cel, oprócz Cumberbatcha błyszczą: Kirsten Dunst, Jesse Plemons i Kodi Smith-McPhee na drugim planie. Wspaniale sprawdza się ta opowieść o toksycznej męskości, szczególnie w połączeniu z gatunkiem westernu, który przywodzi na myśl raczej konkretne stereotypy, jeżeli chodzi o głowę rodziny na ranczu. Klimat gęstnieje z minuty na minutę, tempo akcji jest raczej powolne, ale jeżeli widz da się wciągnąć to czeka go prawdziwa uczta. 

 Nie patrz w górę (2021), reż. Adam McKay

Najnowszy film McKaya pojawił się na platformie Netflix w wigilię Bożego Narodzenia i narobił sporo szumu w Internecie. Bardzo dużo osób go obejrzało i szybko wyłoniły się dwa obozy: ludzi zachwyconych i rozczarowanych.

Dwójka astronomów wyrusza w tournée po mediach, aby ostrzec ludzkość przed zmierzającą w stronę Ziemi zabójczą kometą. *

Ja w tym przypadku płynę trochę pod prąd, bo jestem gdzieś pośrodku. Film od początku zarysowuje wybraną formę całości, tak żebyśmy wiedzieli, że mamy do czynienia z satyrą. Rzuca się w oczy przede wszystkim dziwna gra aktorów, którzy mniej tutaj próbują wejść w głowę granej postaci, a bardziej bawią się swoim bohaterem i pewnymi stereotypami. W przypadku scenariusza również jesteśmy świadkami wielu pokręconych scen, które mają na celu podbić satyryczny wydźwięk filmu. McKay porusza kwestie, które są nam teraz bardzo bliskie  ogłupianie przez telewizję, nieumiejętność działania polityków, brak wiary w odkrycia naukowców  dlatego właśnie spotyka się z dużym szumem medialnym. Wydaje mi się, że skupienie się na tej tematyce było dobrym posunięciem i do wielu osób film ma szansę trafić. Samo wykonanie w wersji McKaya już mi mniej podeszło, coś się w tej satyrze rozjechało, była często zbyt dosłowna. Seans wspominam zatem dobrze, ale jednak nie podzielam zachwytów niektórych.

Spider-Man: No way home (2021), reż. Jon Watts

Spider-Man to pierwszy superbohater, który podbił moje serce. Pamiętam, że zawsze kiedy wersja z Tobey'em pojawiała się w telewizji to przykuwałam się do ekranu i śledziłam poczynania pajęczego bohatera. Spoilery do najnowszej części przygód Petera Parkera wskazywały na to, że będzie to prawdziwa uczta dla fanów i dokładnie tak było.

Kiedy cały świat dowiaduje się, że pod maską Spider Mana skrywa się Peter Parker, superbohater decyduje się zwrócić o pomoc do Doktora Strange'a. *

Oglądanie filmu Spider-Man: No way home było cudownym doświadczeniem. Dawno nie przeżyłam takich emocji w kinie. Przez cały seans mieszały się wybuchy oklasków, westchnień, uśmiechów i płaczu. I wydaje mi się, że takie uczucia można wzbudzić jedynie w fanie serii, to coś, czego nie sprawił sam nowy film, a raczej wszystkie poprzedzające go tytuły. Najnowszą odsłonę przygód człowieka pająka warto docenić za wiele elementów, bo fajnie radzi sobie z rozwojem postaci Parkera, nie zapomina o towarzyszących mu przyjaciołach, ale samo wprowadzanie postaci z przeszłości było dość toporne. Nie zmienia to faktu, że wzbudzało we mnie same pozytywne emocje. Zatem należy zrozumieć, że w przypadku tego filmu trudno jest mi oddzielić warstwę czysto filmową od fanowskiej pożywki, której mi dostarczył. Dlatego na wady trochę przymykam oko i będę wspominać ten seans z uśmiechem na ustach. A Dafoe i Molina to mistrzowie.


Oprócz tego:

West Side Story, reż. Steven Spielberg  wyszło w porządku, reżyser postarał się, żeby było kolorowo, choreografia robi wrażenie. To jednak wciąż historia oparta na Romeo i Julii, w którą trochę trudno uwierzyć, trzeba zatem przymknąć na niektóre rzeczy oko. Cudowna Anita i Riff, świetny pomysł na wprowadzenie postaci granej przez Ritę Moreno. Ścieżkę dźwiękową maltretuję.

- King Richard, reż. Reinaldo Marcus Green  to film, który chciałam zobaczyć ze względu na zachwyty nad Willem Smithem w roli tytułowej. Mnie nie porwał, główna postać odpychająca. Najmocniejsze sceny to te sportowe z udziałem młodej Venus i Sereny Williams, aktorki radzą sobie tutaj świetnie. Ogólnie, mocno średni.

* wszystkie opisy pochodzą z portalu filmweb.pl

poniedziałek, 3 stycznia 2022

„Rytm Wojny” i „Odprysk Świtu” Brandon Sanderson – rozwój uniwersum cosmere i epicka zabawa

Rytm Wojny + Odprysk Świtu
Brandon Sanderson

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 656 + 720 + 176
Wydawnictwo: MAG

- Nie zawsze postrzegamy siłę we właściwy sposób. Na przykład kto jest lepszym pływakiem? Marynarz, który tonie... w koścu poddaje się prądom po wielu godzinach walki.. .czy skryba, która nigdy nie weszła do wody? (...) Nie umiem tego dobrze wyjaśnić. Ja po prostu... nie sądzę, by Shallan była tak słaba, jak mówisz. Widzisz, słabość nie czyni nikogo słabym. Wręcz przeciwnie.

Opis wydawcy

W opanowanym przez pieśniarzy i Stopionych Urithiru Kaladin i Navani walczą o ocalenie Rodzeństwa, sprena wieży, przed całkowitym zepsuciem. Upadek wieży, stanowiącej główny punkt przerzutowy dla wojsk koalicji monarchów, oznaczałby katastrofę i ostateczne zwycięstwo sił Odium. Aby osiągnąć swój cel, Navani decyduje się na niebezpieczną grę z Raboniel, Stopioną zwaną niegdyś nie bez powodu Panią Bólu.


Moja recenzja

Brandon Sanderson to nazwisko, które na tej stronie pojawiło się już wielokrotnie. Na pewno mogę się zaliczyć do fanów jego twórczości, przeczytałam większość dostępnych na rynku książek, a resztę mam w planach. Zdarzały się pewne rozczarowania, chociażby w przypadku komiksu Biały piasek, ale niezmiennie do powieści Sandersona wracam. Śledzę również rozwój cosmere, czyli uniwersum, w którym mają miejsce wydarzenia z niektórych jego serii.

Uwielbienie fanów autor zyskał dzięki temu w jaki sposób kreuje światy przedstawione, ile uwagi poświęca detalom i jak różnorodnych tworzy bohaterów. Nie należy zapominać, że za każdym razem wprowadzony system magii jest zupełnie oryginalnym pomysłem, który w tym świecie ma mocne podstawy i rozpisany jest w zrozumiały sposób. Najlepsze jest jednak to, czego doświadczamy w przypadku takich kontynuacji jak Rytm Wojny  elementy różnych światów, należących do cosmere zaczynają się zazębiać, a fani wyłapując kolejną taką niespodziankę czują jak serce zaczyna im mocniej bić. To jest porównywalne z tym, co stworzył Marvel  kiedy słyszymy w jednym tomie o postaci czy przedmiocie z innej serii to potrafi to wzbudzić czysty zachwyt fana. Nawet sobie nie wyobrażam co by było, gdyby Sanderson napisał coś w stylu Avengersów, gdzie wszystkie te postacie się spotykają, żeby walczyć ramię w ramię z Thanosem w wersji cosmere. 

Przejdźmy jednak do meritum, bo na razie ogólnie zachwycam się nad twórczością Sandersona, a wpis miał być poświęcony konkretnym tytułom. Najpierw nowelka ze świata Archiwum Burzowego Światła, czyli Odprysk Świtu. Króciutka historia, ale niezwykle wciągająca, to idealny przykład literatury przygodowej. Główna bohaterka wyrusza w morską podróż w celu odkrycia tajemnic wyspy. Dodatkowo wiąże się z tym jej osobista misja, w której chce pomóc towarzyszącemu jej skowrończykowi. Czysta przyjemność z czytania, która zaostrza apetyt na Rytm Wojny.

źródło

Właściwie o podstawach, czyli świecie Rosharu, o postaciach i pomysłach pisałam już we wpisach dotyczących poprzednich tomów. To, czym Rytm Wojny różni się od poprzedniczek jest próg wejścia w historię. Dotychczas dostaliśmy trzy tomy, po tysiąc stron każdy, w których Sanderson malował nam obraz tego świata. Przy każdym powrocie czytelnik potrzebował czasu na przypomnienie sobie tła wydarzeń i wciągnięcie się w fabułę. W Rytmie Wojny wpadłam w wir historii niemal od razu. Może faktycznie była to zasługa poprzedzającej lektury Odprysku Świtu, a może ta część ma jednak mocniejsze rozpoczęcie. Ważne jest to, że od razu wróciły wszystkie emocje związane z Rosharem.

W pisaniu o kontynuacjach zawsze jest taki problem, że niewiele osób jednak te wpisy czyta. Bo człowiek, który nie zna poprzednich tomów raczej nie interesuje się wrażeniami z czwartej serii. Jednak nie omieszkam trochę się w wydarzenia najnowszej części zagłębić. Przede wszystkim, jestem zachwycona rozwojem postaci Navani. Królowa do tej pory pokazywała się jako silna bohaterka, której nie moglibyśmy zarzucić braku charyzmy, ale to dopiero w Rytmie Wojny możemy przebywać z nią dłużej. Navani wspaniale sprawdza się jako postać prowadząca wątek naukowy i rozwoju maszyn, w oparciu o działanie fabriali. I to właśnie tutaj wielokrotnie serce biło mocniej na wzmianki o właściwościach metali (od razu kojarzy się ze światem Scandrial z serii Z mgły zrodzony), a tajemniczy piasek przypomina o komiksie od Sandersona. Same wynalazki i droga do ich wytworzenia nie nudziła ani na chwilę, a połączenie dźwięków ze światłem to kolejny wspaniały pomysł autora. Wątek współpracy Pieśniarzy przy badaniach, a konkretnie Raboniel też sprawdził się świetnie.

Wielu z lubianych przez nas bohaterów dostało satysfakcjonujące rozwinięcie swojej historii. W końcu odkrywamy karty z przeszłości Shallan, Adolin próbuje udowodnić swoją wartość w wojnie, a Kaladin boryka się z bitewną traumą i utratą towarzyszy. Z tej trójki to Kaladin otrzymuje najwięcej czasu i trzeba przyznać, że wyrósł na najlepszego bohatera tej serii, a ukazywanie jego słabości tylko procentuje w większej sympatii czytelników. Doceniam też fragment związany z leczeniem umysłu, które ewidentnie w świecie Rosharu kuleje. Temat ważny, a Sanderson tworzy z niego kolejny ciekawy wątek.

Trudno tutaj napisać o wszystkim, co w Rytmie Wojny działa. Wystarczy chyba stwierdzenie, że ponownie Sanderson potwierdza, że Archiwum Burzowego Światła to jego najlepszy cykl. Rozwój kolejnych postaci, wybór na wysunięcie do poziomu głównych bohaterów Venli czy Navani, chociaż wydawał mi się dyskusyjny, to okazał się strzałem w dziesiątkę. A przenikanie różnych elementów z cosmere sprawia, że czytanie to dodatkowo czysto fanowska frajda. Nie wierzę, że tylko jeden tom nas dzieli od zakończenia pierwszej fazy (ABŚ jest zaplanowane na dziesięć tomów, z czego pierwszych pięć ma miejsce w jednej erze, a kolejne pięć w drugiej). Ja już nie mogę się doczekać.

czwartek, 30 grudnia 2021

Podsumowanie 2021

Pamiętam, że poprzedni rok był dla mnie, a zapewne również dla wielu z Was, bardzo trudny. Życie w zamknięciu i odizolowaniu nie wpłynęło dobrze na samopoczucie. W 2021 poczułam, że trochę ruszyliśmy do przodu, udało się zaszczepić (jestem nawet już po trzeciej dawce), kultura zaczęła się nieśmiało otwierać, festiwale zmieniły sposób funkcjonowania, ale się odbyły. A ja patrząc na mijający rok myślę sobie, że wykorzystałam go w stu procentach, wyciskałam każde wydarzenie jak cytrynę. I właściwie nie wiedziałabym o tym, gdybym nie zerknęła w archiwum relacji na Instagramie, więc media społecznościowe czasami bardzo się przydają.

Instagram

Może zacznę zatem od tych wydarzeń, w których udało mi się uczestniczyć. Po rocznej przerwie wrócił Woodstock, a raczej Pol'and'Rock. Zmiana miejsca i ograniczenie liczby uczestników zupełnie nie przeszkodziło we wspaniałej zabawie i na pewno planuję wybrać się ponownie w przyszłym roku. Ogromnie mnie ucieszyło otwarcie kin i jako pierwszy seans po przerwie wybrałam się na Palm Springs (więcej: tutaj), a był to film bardzo ciepły i przyjemny  idealny na przypomnienie sobie, jak mocno kochamy siedzenie na widowni. Kinowo najbardziej mnie ucieszył jednak powrót festiwali filmowych i tym razem udało mi się obejrzeć kilka tytułów na festiwalach: Nowe Horyzonty, Pięć Smaków i American Film Festival (relacja: tutaj). Odbywały się one hybrydowo, zatem część filmów dostępnych było online, a część stacjonarnie, co tylko pomogło w obejrzeniu większej liczby tytułów. 

Teatralnie udało się dotrzeć na kilka spektakli w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej, z czego zakochałam się w koncercie Ralpha Kamińskiego, śpiewającego piosenki Kory, zobaczyłam świetny występ Pusty Riot, a później zaczarował mnie spektakl Najczęściej zadawane pytania: Rewia Drag Queen. Wrocławski Teatr Capitol to w ogóle miejsce, które najczęściej odwiedzałam, bo udało mi się też dorwać bilety na Lazarusa, Wyzwolenie: królowe i Wesele. Pierwszy raz widziałam również grupę Improkracji w Mów coś, śpiewaj!, czyli improwizowanym przedstawieniu, w których biorą też udział artyści Capitolu. Dobra zabawa gwarantowana! We Wrocławiu udało mi się też zobaczyć spektakl Słowo na G., którym Układ Formalny pokazuje, że wie jak mówić do młodych odbiorców o rzeczach ważnych  cudownie, że to się dzieje! Wydarzeniem wartym wspomnienia był też spektakl W dwóch językach polskich, w ramach Teatru na faktach  potrafi otworzyć oczy na problemy ludzi głuchych, naprawdę robi wrażenie. Poza Wrocławiem udało mi się dwukrotnie odwiedzić Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu, raz na Maratonie Teatralnym (więcej: tutaj), a później na premierze Badania ściśle tajne (więcej: tutaj). Oprócz tego  otworzyliśmy również nasz amatorski teatr, po ponad rocznej przerwie, więc pod koniec roku radość sięgnęła zenitu.

Jeżeli chodzi o przeczytane książki i obejrzane filmy/seriale, to zdecydowanie więcej czasu spędziłam na gapieniu się w ekran niż w papier. Książek przeczytałam czterdzieści, co mieści się gdzieś w mojej rocznej średniej. Nigdy nie czytałam jakoś bardzo dużo i chyba nie mam ochoty tego zmieniać, czytam tyle, na ile mam ochotę. Jakościowo był to naprawdę dobry rok, ponownie udało mi się sięgnąć po kilka klasyków, jak Nowy wspaniały świat, Północ i południe, a nawet Charlie i fabryka czekolady, fantastyki również było trochę, bo wpadły najnowsze książki z Archiwum Burzowego Światła Sandersona, ale też trylogia Bardugo, na podstawie której powstał serial Cień i kość. Pod koniec roku rzuciłam się też na książki Jakuba Małeckiego i już prawie wszystkie jego powieści przeczytałam. Jednak, tak jak wcześniej pisałam, to filmy i seriale wygrały w tym roku. Tych drugich trudno mi zliczyć, bo nie śledzę ich zbyt skrupulatnie, ale filmów obejrzałam prawie sto pięćdziesiąt. Rozumiecie zatem, że ta lista pięciu najlepszych, nawet z bonusem, nie zawiera wielu wspaniałych tytułów. 

Wnioski z tego mam następujące: miło by było więcej o filmach pisać. Nawet krótkich opinii, żeby gdzieś mi te wrażenia nie zaginęły, żebym pamiętała co obejrzałam i jak mi się dany tytuł podobał. Z książkami idzie mi całkiem dobrze, w miarę na bieżąco, ale filmy, seriale i spektakle gdzieś uciekają. Dobrze byłoby je w przyszłym roku połapać. I tego sobie na przyszły rok życzę!

A Wam  mnóstwa pysznych kulturalnych wrażeń!

* o Rytmie wojny i Papudze Flauberta notki pojawią się wkrótce




niedziela, 19 grudnia 2021

„Dobre wychowanie” Amor Towles – o tym, że czasami warto wyjść ze strefy komfortu

Dobre wychowanie
Amor Towles

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2011
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Znak

Większość ludzi ma więcej potrzeb niż pragnień. To dlatego wiodą takie życie, jakie wiodą. Ale światem rządzą ci, u których pragnienia górują nad potrzebami. 
 

Opis wydawcy

Nowy Jork, ostatnia noc 1937 roku. W drugorzędnym klubie jazzowym Katey Kontent przypadkowo poznaje młodego bankiera, Tinkera Greya. Ich światy dzieli wszystko. A jednak to spotkanie i jego zaskakujące konsekwencje sprawią, że tej nocy dziewczyna wyruszy w mającą trwać rok podróż w nieznane. Wśród najbogatszych i najbardziej wpływowych, w świecie wielkich nadziei i pragnień będzie musiała zaufać wyłącznie swojej inteligencji i być wierna swoim zasadom…


Moja recenzja

Amor Towles to autor, który zachwycił mnie i wielu innych czytelników w Polsce powieścią Dżentelmen w Moskwie. Wydawnictwo Znak zdecydowało się na wznowienie jego debiutanckiej książki o tytule Dobre wychowanie. Jeżeli lubicie klimat starego kina Hollywood albo powieści takie jak Wielki Gatsby czy Śniadanie u Tifanny'ego, to ta pozycja powinna przypaść Wam do gustu.

Tym razem za miejsce akcji Towles wybrał Nowy Jork pierwszej połowy XX. wieku. Główną bohaterkę poznajemy jednak później, bo w 1966 na wystawie w Museum of Modern Art, gdzie za sprawą zdjęcia wracają do niej wspomnienia z młodości. Zaczyna zatem snuć swoją opowieść o pamiętnym roku 1938, w którym jej życie obrało nowy kierunek. Katey to miła towarzyszka w tej podróży, postać pełna sprytu i charyzmy, która wie jak się odnaleźć w nowym miejscu, nie boi się spróbować wykonania kolejnego kroku. Jej wspinanie się po szczeblach kariery to przykład takiego standardowego „od zera do bohatera”. Jednak najbardziej ciekawy jest właśnie sposób w jaki Katey, osoba, która nie boi się ryzyka i ciągle bywa w towarzystwie, te kolejne awanse zdobywa.

źródło

Towles znowu piękne rysuje tło wydarzeń. Nowy Jork przeszłości pełen jest interesujących miejsc, małych, zadymionych spelunek z jazzmanami umilającymi czas i pełnych przepychu restauracji, gdzie martini leje się litrami, biur, w którym przesiaduje ekipa początkujących, aspirujących sekretarek i wieżowców, w których tworzy się kontent do najgorętszych czasopism. Śledząc historię Katey poznamy wielu bohaterów drugoplanowych z różnych sfer społeczeństwa, przyjrzymy się tym, którzy noszą maskę jako drugą twarz, bezbłędnie odgrywając przybraną rolę w towarzystwie. Magia Manhattanu polegała na tym, że każdy mógł udawać tego, kogo chciał, finalnie okazuje się jednak, że szczęście nie idzie w parze z oszukiwaniem samego siebie. Czasami dopiero skromne i uczciwe życie może przynieść spełnienie.

Autor znowu czaruje słowem, jego styl jest naprawdę magiczny i trudno się od powieści oderwać. Przez historię płynie się z czystą przyjemnością, świetnie budowana jest atmosfera, oddany klimat lat i miasta, dzięki czemu łatwo w tę fabułę wsiąknąć. W Dobrym wychowaniu wybrzmiewa dla mnie przede wszystkim zachęta do próbowania nowych rzeczy, do wchodzenia tam, gdzie niekoniecznie nas oczekują. Czasami poznana przypadkowo osoba może zmienić całe nasze życie. I tak, liczą się też podejmowane przez nas decyzje, ale jeżeli nie zaryzykujemy to nasza szansa może uciec sprzed nosa. 

Jedyne, co mogę dodać na koniec to: panie Towles, proszę pisać więcej!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka