wtorek, 20 lutego 2018

Stracone życie - „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro




*Okruchy dnia*
Kazuo Ishiguro

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Remains of the Day
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1989
*Liczba stron:* 303
*Wydawnictwo:* Albatros
Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego.

*Krótko o fabule:*
Narratorem książki jest Stevens, angielski kamerdyner, który wierność wobec pracodawcy i wypełnianie obowiązków stawia ponad wszystko. Swoje dotychczasowe życie w całości podporządkował służbie u lorda Darlingtona. Po śmierci chlebodawcy nadal prowadzi jego dom. Podczas krótkiego urlopu wyrusza samochodem do Kornwalii, by namówić do powrotu dawną gospodynię pannę Kenton. Podczas podróży rozpamiętuje minione lata.
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Czytanie książki Okruchy dnia było dla mnie prawdziwą przygodą. Na początku poczułam się zaskoczona, że to taka zwykła, prosta historia. W końcu ma na koncie nagrody, umieszczana jest na listach najlepszych książek wszechczasów, a tutaj ot, angielska posiadłość i opowieść kamerdynera, wspominającego przeszłość. Jednak im dłużej czytałam, im jaśniejsze zdawało się znaczenie tej książki, tym bardziej rozumiałam wszelkie nad nią zachwyty. 

Nazwisko Kazuo Ishiguro nie powinno być Wam obce - jest zeszłorocznym laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Urodził się w Japonii, ale w wieku pięciu lat jego rodzina przeniosła się do Wielkiej Brytanii. Za powieść Okruchy dnia został wyróżniony Nagrodą Bookera.

Podziw od pierwszych stron budzi styl autora. Narratorem jest kamerdyner Stevens, który spisuje wydarzenia w formie swojego dziennika - opisuje w nim co zdarzyło się w danym dniu (akcja książki trwa sześć dni), a także wraca do przeszłości i snuje opowieść o czasach minionych. To z jego punktu widzenia poznamy historię właściciela domu Darlington Hall oraz panny Kenton, która była tam główną gospodynią.

Jest coś niesamowicie melancholijnego w tej opowieści zdystansowanego kamerdynera. Czasami może się złudnie wydawać, że to człowiek pozbawiony głębszych uczuć, przypominający niemal robota - żyjący tylko po to, by wykonywać rozkazy. Co rusz spotykamy się z sytuacją, w której jego zachowanie odbiega od takiego zwykłego, ludzkiego odruchu. Przykładem może tutaj być chociażby niezłożenie kondolencji po śmierci bliskiej pannie Kenton osoby. Jednak cały geniusz tej powieści polega na tym, że Ishiguro nie zrobił pana Stevensa tylko naszym głównym bohaterem, a zrobił go rownież narratorem. Dzięki temu, możemy zobaczyć, że żadne z jego zimnych zachowań nie jest podyktowane brakiem uczuć, a raczej nieumiejętnością ich okazywania.
genialni: Anthony Hopkins i Emma Thomson, w ekranizacji z 1993 roku, źródło
Mimo że powieści daleko do jakiegokolwiek melodramatyzmu, to ja doszukałam się tam przede wszystkim smutnej historii nieszczęśliwego człowieka. Zniszczonego przez otoczenie, w którym się wychowywał, ślepo wierzącego w idee, którymi karmił się od dziecka. Ojciec pana Stevensa również był kamerdynerem, a nasz bohater w pełni go gloryfikował i ewidentnie chciał kroczyć jego śladami. Jego ojciec także należał do perfekcjonistów, całe swoje życie oddał pracy i ograniczał kontakty z synem, a przez to brak między nimi prawdziwej więzi rodzicielskiej. Niech za przykład posłuży fakt, że podczas gdy ojciec Stevensa oddawał ostatnie tchnienie, to nasz kamerdyner świadomie wybrał obsługę przyjęcia - i wiedział, że tata pochwaliłby tę decyzję.

Właśnie przez to pan Stevens okazał się dla mnie jedną z najbardziej zasługujących na współczucie postaci literackich. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło, ale wciąż myślę o tym, że miło byłoby go tak po ludzku przytulić i poklepać po plecach. To prawda, że wiele bohaterów ma gorsze życie - brak im rodziny, brak pieniędzy, brak dachu nad głową, brak bliskich osób. Ale to Stevens jest największym przegranym. I wpływ ma na to jego wychowanie, ale także uparte dążenie do bycia okrzykniętym kamerdynerem „godnym”. Po drodze do tego celu, Stevens nie zauważa tak wielu ważkich rzeczy bądź (jeszcze gorzej) świadomie je ignoruje. Kiedy lord Darlington zadaje się ze światowymi przedstawicielami faszyzmu i nagle każe zwolnić dwie pokojówki żydowskiego pochodzenia, Stevens po prostu wykonuje polecenie. Chociaż w głębi serca wie, że to niewłaściwe, nie mówi na ten temat ani jednego słowa. Aż trudno sobie wyobrazić, że jeden człowiek może powstrzymywać wszystkie te emocje i trzymać je głęboko w sobie. Jednak już na początku Stevens nam powie, że prawdziwie „godnymi” kamerdynerami mogą być jedynie Brytyjczycy, bo „wielkością tego kraju jest jego spokój, jego poczucie umiaru”.

Czytając te zwierzenia kamerdynera z niecierpliwością czekamy na finalne spotkanie między nim a panną Kenton. Jest to główny cel historii, ponieważ to w związku z tym mityngiem, pan Stevens w ogóle zaczyna swoją podróż i spisywanie dziennika. I samo spotkanie nie mogło być poprowadzone w lepszą stronę. Czytelnikowi pozostaje cierpki smak po tej subtelnej, a jednocześnie emocjonalnej rozmowie. A Stevens? Stevensowi pozostają gorzkie refleksje na temat przebytego życia i tytułowe okruchy dnia.

Moja ocena: 9/10

piątek, 16 lutego 2018

Śladami dzieci kwiatów - „Na wschód od zachodu” Wojciech Jagielski



*Na wschód od zachodu*
Wojciech Jagielski

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* podróżnicze
*Forma:* reportaż
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 313
*Wydawnictwo:* Znak
Czasami czujesz, że jest ci źle, i coś ci mówi, że lepiej nie będzie. Najgorsze wtedy to załamać ręce i czekać na Bóg wie co. (...) Trzeba wtedy pakować manatki i zbierać się w drogę, przed siebie. I mieć oczy szeroko otwarte, żeby nie przegapić tego nowego, dobrego miejsca, gdzie można wszystko zacząć od nowa.

*Krótko o fabule:*
Kamal opuściła Warszawę z jednym plecakiem. Nie chciała dwóch fakultetów, mieszkania i pędu za karierą. Wybrała Indie – kraj, w którym największą wartością jest osiągnięcie duchowej równowagi. Dziś już nie pamięta poprzedniego życia... Ale ono do niej wraca ze zdwojoną siłą.  Od cywilizacji Zachodu uciekł też hippis „Święty”. Jego życie to wolna miłość, narkotykowe seanse, religijne komuny i hedonistyczne wspólnoty na Goa. Wszędzie szuka jednego – szczęścia. A ono wciąż mu się wymyka.  
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Każdy z nas ma takie gatunki literackie, po które raczej nie sięga. Z niewiadomych przyczyn kojarzą mu się z czymś kompletnie nie z jego planety, odbiegające od gustu czytelniczego. Ja miałam ten problem z reportażami. Mnóstwo osób chwaliło, znajdywałam pełno wzmianek, że to najlepszy gatunek literacki, a mnie jakoś odrzucało. Wyobrażałam sobie je, jako taką łatwiej przyswajalną książkę do nauki historii. Okazało się, że tym przeświadczeniem wiele traciłam.

Książka Na wschód od zachodu została napisana przez Wojciecha Jagielskiego, we współpracy z jego żoną, Grażyną, absolwentką indologii (zajęła się ona konkretnie napisaniem części książki o Kamal). Przestrzegam przed pułapką - imię i nazwisko złudnie może się kojarzyć z innym, znanym dziennikarzem, Wojciechem Jagielskim. To nie ta sama osoba. Autor Na wschód od zachodu to dziennikarz, reportażysta, specjalista od spraw Afryki, Kaukazu, Azji Środkowej, chwalony przez samego Ryszarda Kapuścińskiego (!).

Po odłożeniu tej książki wydarzyła się dziwna rzecz. Zapragnęłam od razu sięgnąć po kolejny reportaż i to najlepiej autorstwa pana Jagielskiego. Chyba po prostu fascynuje mnie ta część świata, którą on eksploruje. Wszystkie te krainy, tak egzotyczne i odmienne, przyciągają niczym magnes - RPA, Afganistan, Pakistan, Indie. A okazało się, że reportaż to nie rozwleczone fakty o tych miejscach i mieszkańcach, a coś o wiele większego i ważniejszego. Po przeczytaniu Na wschód od zachodu mogę spokojnie stwierdzić, że dobrze napisane reportaże niosą ze sobą więcej emocji niż niejedna fikcja. A najpiękniejsze jest to, że osoby których historie poznajemy są prawdziwymi ludźmi, a nie wymyślonymi bohaterami.
źródło
Wojciech Jagielski wybrał się do Delhi, żeby zobaczyć się z Kamal, ale zbiegiem okoliczności poznał innego hippisa - Świętego (nazywa się tak, ponieważ jeden z kapłanów nadał mu nowe, hinduskie imię, które w tłumaczeniu oznacza właśnie „Święty”). To mężczyzna, który wiele lat temu wyjechał z Holandii i wybrał życie dziecka kwiatów. Bardzo ciekawie wypadają rozmowy między autorem a tym hippisem. Spotykają się przypadkowo, w jednej z kawiarni, później nie umawiają się na kolejne spotkania, ale Świętego nie jest trudno znaleźć - codziennie przesiaduje w tym samym miejscu. Toteż, powoli w dyskusji poznajemy całą przeszłość tego człowieka, która jest niezwykle barwna. Jeżeli chodzi o historię Kamal, to sprawa ma się trochę inaczej. Całe tło zostanie nam opowiedziane wcześniej, ponieważ Wojciech Jagielski ma kontakt z dziennikarką, matką Kamal (kiedyś Kamili), która winą za wyjazd córki obarcza reportaże, które napisał. Kiedy w końcu dojdzie do spotkania z Kamal, autor nie będzie potrafił do końca zrozumieć jej nowego życia i toku myślenia, to dlatego z pomocą w dopisaniu jej historii przyszła żona pana Jagielskiego, Grażyna.

Książka Na wschód od zachodu bardzo nienachalnie przekaże nam kilka gorzkich prawd o naszym świecie. Poznamy w niej ludzi, którzy zapragnęli uciec od konsumpcjonizmu, ciągłej pogoni za pieniądzem, karierą. Takich, którzy postanowili poszukać prawdziwej wolności. A gdzie najlepiej zacząć szukać, jeśli nie na Dalekim Wschodzie? To tutaj mogli się przenieść i żyć niemal za grosze, poznawać ludzi podobnych sobie, oddawać się medytacjom i odetchnąć od zachodniego kultu pieniądza. Bardzo ciekawy wydaje się tutaj fakt, jak wiele się zmieniło przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Kiedy Święty przyjechał do Indii życie niemal nic go nie kosztowało. Myślał, że znalazł swoje miejsce na Ziemi, czyli Goa. Podczas rozmowy z Jagielskim, mówi jednak, że już nie chce tam wracać. Plaża, która przez wiele lat była schronieniem i niebiańskim miejscem dla hippisów, teraz przepełniona jest turystami, wybrzeże roi się od luksusowych hoteli, a dodatkowo mają tam miejsce śmiertelne w skutkach napaści - to zdecydowanie nie jest już raj, który sobie wymarzył. Ciekawym spostrzeżeniem jest to, że tak jak ludzie zachodu chcieli uciec od kultu pieniądza, tak ludzie wschodu pragną do niego dotrzeć. Czyli dochodzimy do wniosku, że człowiek zawsze szuka czegoś, czego mieć nie może, co nieosiągalne.

Pozostaję pod sporym wrażeniem, jak umiejętnie autor wplata fakty/informacje w swoją książkę. Co jakiś czas pojawią się wzmianki na temat polityki Indii, walk trwających w Afganistanie, różnych ludów zamieszkujących tamte ziemie, sporów o Kaszmir, rozłączenie Indii i Pakistanu, znanych osób, jak Dalajlama. Wydaje mi się, że dobrze się stało, że pierwszym przeczytanym przeze mnie reportażem okazał się ten o Indiach i hippisach (wcześniej autor pisał przede wszystkim o wojnie).

Wojciech Jagielski napisał reportaż o ludziach, którzy poszukują wolności. Takich, którzy gotowi są zostawić stare życie i odrodzić się na nowo. I takich, którzy potępiają kierunek, w którym zmierza świat Zachodu (a powoli, niestety też Wschodu). Czy udaje im się znaleźć to, czego poszukują? To już pozostawiam Wam do sprawdzenia. Polecam.

Moja ocena: 8/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

niedziela, 11 lutego 2018

Magiczne podróżowanie - „Sztylet rodowy” Aleksandra Ruda

To ostatnia książka, którą przeczytałam w 2017 roku. Jak widzicie pojawiło się spore opóźnienie w napisaniu opinii i brakowało mi świeżych emocji po lekturze ;)
*Sztylet rodowy*
Aleksandra Ruda

*Język oryginalny:* rosyjski
*Tytuł oryginału:* Родовой кинжал
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2011
*Liczba stron:* 368
*Wydawnictwo:* Papierowy Księżyc
Ja na przykład nigdy długo nie rozmyślam nad przyszłością. Bo i po co? Tak czy siak przyjdzie i na pewno nie taka, jak sobie to wymyśliłeś.

*Krótko o fabule:*
Co zrobić jeśli wraz z końcem wojny skończyły się też marzenia o wspaniałej karierze i chwale, twoje cokolwiek ograniczone zdolności magiczne nie są nikomu potrzebne, a w kieszeniach świecą pustki? Oczywiście zostać królewskim posłańcem, do obowiązków którego należy odwiedzenie regionów kraju i sprawdzanie dokumentów podatkowych. To nic, że do towarzystwa dostaniesz zakochanego trolla, tchórzliwego krasnoluda, bezczelną wojowniczkę i elfa, który utracił wiarę w piękno. I jeszcze kapitan królewskiej armii patrzy z góry i nie daje chwili wytchnienia!   
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Pamiętam ten dzień, kiedy niechcący natknęłam się w bibliotece na książkę Aleksandry Rudy. Było to Odnaleźć swą drogę i ta pozycja szybko odnalazła drogę do mojego serducha. Do tej pory wspominam ją z sentymentem. Umiliła mi kilka długich wieczorów, wciągnęła w swój magiczny świat i zostawiła po sobie ciepły uśmiech na twarzy. Ubolewałam nad tym, że wyszedł jeszcze tylko drugi tom, a reszta już polskiej premiery się nie doczekała. Zrozumiałe jest więc, że kiedy usłyszałam o innej książce tej autorki to bardzo chciałam ją dorwać i przeczytać. Szczególnie, że akurat miałam ochotę na porcję literatury typowo rozrywkowej, przy której będę mogła się po prostu dobrze bawić. 

Zasiadłam do lektury z prostymi oczekiwaniami - chciałam umilić sobie czas, polubić bohaterów i kibicować im w kolejnych przygodach. Niestety, okazało się, że książka tym kilku założeniom nie sprostała. Problem pojawia się już na samym początku kiedy przedstawieni nam zostają kolejny bohaterowie. Na pierwszy ogień idzie Mila, czyli nasza główna postać. Niestety, jej charakter przez całą książkę był dość mdły i moim zdaniem, jest po prostu za mało ciekawa jak na główną bohaterkę. Widzę w niej pewne cechy wspólne z Olgą z Odnaleźć swą drogę, jednak tamta swoją nieporadnością przekonywała do siebie, a Mila raczej odpycha. To miła osóbka, ale tak typowa, że aż odstręczająca. Wystarczy powiedzieć, że po lekturze ciężko mi powiedzieć o niej coś więcej.

Drugi plan też raczej nie pomaga. Troll beznadziejne zakochany w Mili od pierwszego wejrzenia i broniący jej przed wszystkimi, to postać bardzo naciągana. Chwilami oczekiwałam, aż się okaże, że po prostu stroił sobie żarty z dziewczyny i oczywiście, tak naprawdę to wcale nie chce jej za swoją żonę (chociażby dlatego, że wcale jej nie zna?). Persik, czyli krasnolud, bojący się wszystkich i wszystkiego, spokojnie wygrałby w plebiscycie na najbardziej irytującą postać. Szczerze miałam nadzieję, że drużyna w końcu zostawi go którymś zajeździe i życzy powodzenia na dalszej drodze życia. Intrygująco wypadł Jaromir, czyli szef całej wędrownej trupy. Wywodzi się z wysokiego rodu, a jednak wybrał życie królewskiego posłańca, dbającego o spokój i ład na granicach. Szkoda, że jego charakter zostaje podeptany przez decyzję z zakończenia książki. Spodobał mi się również Daezael, czyli elf z wieczną depresją.

Aleksandra Ruda kroczy sprawdzonymi przez siebie ścieżkami. Wybiera postaci z różnych ras i stara się przekręcić ich charakter, tak żebyśmy mogli zobaczyć oryginalne podejście do gatunku. Teraz widzę, że czasami się to sprawdza, ale czasami odczuwamy przesyt. W przypadku elfa, noszącego włosy zaplecione w warkoczyki, wciąż narzekającego na jakość swojego życia i lubującego się w obserwowaniu wszelkich objaw chaosu i destrukcji, kreacja się autorce udała. Gorzej ma się sprawa z krasnoludem-maminsynkiem, który wzbudza sporo negatywnych emocji. 

Zauważycie pewnie, że rozpisałam się o bohaterach - a to dlatego, że oni tutaj grają pierwsze skrzypce. Fabule brakuje jakiejś głównej ścieżki, celu, do którego miałyby postacie dążyć. Toteż, dostajemy raczej zbiór opowiadań, w którym możemy bliżej poznać poszczególne osoby. Możliwe, że w drugiej części całość dostanie konkretny kierunek, a pierwsza była po to, żebyśmy mogli poznać i polubić bohaterów. 

Jeżeli chodzi o świat przedstawiony, to niewiele się o nim dowiadujemy. Poza tym, że akcja dzieje się świeżo po wojnie, po podpisaniu traktatów pokojowych, a na granicach grasują różne stwory. Wydaje mi się, że autorka stwierdziła, że świat przedstawiony nie jest tutaj tak ważny i nie warto poświęcać mu więcej uwagi. Szkoda, bo kiedy pojawiają się jego nowe elementy, jak wizyta na dworze szlacheckim, zaczynały wyłaniały się interesujące wątki. Może kolejna część pozwoli na głębsze poznanie tego świata. 

To, czego nie da się przeoczyć, to na pewno lekkie pióro autorki. Książkę pochłania się błyskawicznie, a przy tym sporo w niej humoru, czyli nieodłącznego atrybutu Aleksandry Rudy. Wydawała mi się mniej zabawna niż Odnaleźć swą drogę, ale powodem tego mogła być różnica wieku, w którym czytałam te dwie książki (wcześniejsze powieści autorki dorwałam jako świeżo upieczona dwudziestolatka). 

Trudno mi Wam polecić książkę Sztylet rodowy. Moim zdaniem autorkę stać na więcej i jeżeli macie ochotę na przyjemną i wciągającą przygodę, to sięgnijcie raczej po inną, napisaną przez nią serię. Kto wie, może wydawnictwo pokusi się o wydanie kolejnego jej tomu? (Z tego co wiem, to wyszły tylko dwa: Odnaleźć swą drogę i Wybór). A co do przygód Mili, to nie jestem pewna czy będę chciała poznać ich kontynuację w następnych częściach. Na teraz, na pewno nie mówię: nie. 

Moja ocena: 5/10

poniedziałek, 5 lutego 2018

O pożądaniu - „Tamte dni, tamte noce” André Aciman


*Tamte dni, tamte noce*
André Aciman

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Call Me by Your Name
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2007
*Liczba stron:* 300
*Wydawnictwo:* Poradnia K
To twoja sprawa, jak pokierujesz swoim życiem, ale pamiętaj, że nasze dusze i ciała są nam podarowane tylko raz. Większość ludzi zachowuje się tak, jakby mieli dwa życia, oryginał i kopię. Już nie mówiąc o wszystkich wariantach pośrednich. Ale życie jest tylko jedno i zanim się obejrzysz, twoja dusza jest zużyta, a na twoje ciało od pewnego momentu nikt nie ma ochoty patrzeć, a tym bardziej zbliżać się do niego.

*Krótko o fabule:*
Nastolatek Elio spędza wakacje we Włoszech, czytając i grając na pianinie. Jego ojca, uniwersyteckiego profesora, odwiedza pracujący nad doktoratem stypendysta, Amerykanin Oliver. Elio musi oddać gościowi swój własny pokój, jest więc do niego początkowo uprzedzony, uważa go za uzurpatora i aroganta. Ten stosunek z czasem ulega zmianie, pojawia się fascynacja mężczyzną, która przybiera na sile. 
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Już we wrześniu zeszłego roku uslyszałam po raz pierwszy o Call Me by Your Name - film pojawił się na festiwalu kina Nowe Horyzonty we Wrocławiu. I, wnioskując z wielu opinii, zrobił bardzo dobre wrażenie. Później było coraz lepiej - tytuł małymi kroczkami zaczął wspinać się na filmowe szczyty, zdobywając coraz to nowe nominacje. Najświeższą są te do Oscara dla najlepszego filmu, aktora pierwszoplanowego i najlepszego scenariusza adaptowanego. Nic więc dziwnego, że gdy usłyszałam o wydaniu pierwowzoru książkowego w Polsce, to od razu zechciałam się z nim zapoznać. 

Tamte dni, tamte noce to historia specyficznego zauroczenia. Nazywanie jej jednak romansem byłoby krzywdzącym niedopowiedzeniem. Proza Acimana wymyka się zgrabnie ramom tego gatunku, pozostając jednocześnie historią miłosną dwójki osób. Jednak, pomimo tego, że główną osią jest relacja Elio z Oliverem, to nie czujemy się, jakbyśmy czytali zwykłego romansu - tutaj ukrywa się coś więcej. Wydaje mi się, że spora w tym zasługa umiejętności operowania słowem przez autora. Tłumacz miał trudne zadanie - już sam tytuł, który w oryginale mocno nawiązuje do treści książki został tutaj spłycony. Podobnie ma się sprawa z typowym pożegnaniem Olivera, czyli „later!”, które w przypadku polskiego „później!” traci na znaczeniu. Jednak poza takimi oczywistymi trudnościami, książka napisana jest stylem, który niesie ze sobą spory ładunek emocjonalny. Całość relacjonowana jest w narracji pierwszoosobowej, której bohaterem jest młody Elio. Uważam, że było to świetne zagranie ze strony autora. Możemy wraz z nim przejść przez wszystkie fazy pożądania, obserwując zachowania Olivera - początkową obojętność, pojawiające się oznaki zainteresowania - jednocześnie próbując go zrozumieć i przewidzieć jak potoczą się losy tej dwójki. 
źródło
Dawno nie uwierzyłam w prawdziwość jakiejś postaci, tak jak uwierzyłam w Elio. Naprawdę czułam się, jakby ten siedemnastolatek, z jednej strony bardzo dojrzały na swój wiek, z drugiej popełniający wszystkie znane błędy poszukiwającego młodzieńca, pisał tę książkę, jako swój osobisty pamiętnik. Bardzo podoba mi się podejście autora do nastoletniego chłopaka. Niestety, coraz częściej w literaturze młodzieżowej możemy spotkać bohaterów, którzy żyją tylko szkolnymi miłostkami i plotkami. Dlatego tak odświeżająco było przeczytać książkę, ze świetnie wykreowanym młodym chłopakiem, który też przeżywa te miłostki (bo to jest w końcu wpisane w ten okres naszego życia), ale oprócz tego wdaje się w dyskusje o antycznej literaturze, zaczytuje się w klasykach, a wolny czas spędza przy instrumentach, starając się zrozumieć Haydna czy Bacha. Jednocześnie to nastolatek z krwi i kości, którego pożądanie potrafi zrozumieć każdy, kto sam kiedyś w podobny sposób pragnął drugiej osoby. Momentami możemy czuć się lekko zażenowani opisywanymi sytuacjami, czy wyobrażeniami chłopaka, ale chwilę później dochodzimy do wniosku, że taka jest właśnie rzeczywistość, a niewielu autorów ma odwagę o niej równie dosadnie pisać. Dlatego warto chyba przestrzec, że ta książka skierowana jest raczej do starszego czytelnika.

Jestem pod sporym wrażeniem tego, jak autor wymyślił całą historię. Tutaj każdy element sprawia, że słowa napisane na kartce papieru, wywołują w nas dreszcze i pobudzają zmysły. Pierwszym świetnym pomysłem było umieszczenie akcji powieści we Włoszech. Niemal czujemy panującą tam duchotę, te parne noce, wyciskające z bohaterów litry potu, wycieczki nad morze w celach schłodzenia. Kolejna rzecz to uczucie, pojawiające się bardziej jako popęd seksualny. Elio i Oliver nie flirtują ze sobą, nie bawią się w podchody. Tutaj po prostu możemy wyczuć tę elektryzującą więź - dotknięcie ramienia podczas meczu tenisa, może przerodzić się w sensualne, zmysłowe doznanie. Podobały mi się również rozwiązania fabularne, jak wyjazd dwójki do Rzymu. Spontaniczny weekend ponownie odbiega od typowego romantycznego rendez-vous, to raczej czas spędzony wśród artystów i dyskusje do późnych godzin nocnych.

Tamte dni, tamte noce to oryginalna powieść o pożądaniu. Nie wiedziałam, że książka z nurtu LGBT może nieść ze sobą taką masę zmysłowości, a zarazem być tak do bólu prawdziwa. Autor perfekcyjnie kreuje swoich bohaterów, nie wpadając przy tym w żadne schematy. Nastolatek Elio jest całkowicie absorbujący, tak samo jak tajemniczy Oliver - razem tworzą niezapomniany duet. Drugi plan jest zresztą równie ciekawy (rodzice chłopaka!). I jeszcze to zakończenie! Powoli rozbijało moje serce na kawałki. Teraz pozostaje wybrać się do kina na ekranizację. 

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Poradnia K




wtorek, 23 stycznia 2018

„Wiedźmin” (Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni)


Adaptacja i reżyseria: Wojciech Kościelniak
Muzyka i kierownictwo muzyczne: Piotr Dziubek
Współpraca muzyczna: Dariusz Różankiewicz
Teksty piosenek wg Wojciecha Kościelniaka: Rafał Dziwisz
Scenografia: Damian Styrna
Choreografia: Liwia Bargieł
Kostiumy: Bożena Ślaga
Przygotowanie wokalne: Agnieszka Szydłowska
Inspicjent: Agata Ulatowska
II inspicjent - opieka nad dziećmi: Iwona Warszycka-Kot
Choreografia układów akrobatycznych: Mirosława Kister-Okoń 
Choreografia walk: Artur Cichuta
Animacje: Eliasz Styrna, Artur Lis,Mateusz Kamiński, Sebastian Sroka 

Obsada:

WIEDŹMIN - Krzysztof Kowalski 
JASKIER - Jakub Badurka 
CALANTHE - Karolina Trębacz
YENNEFER - Katarzyna Wojasińska
YURGA - Tomasz Gregor
JEŻ - Krzysztof Wojciechowski
CIRI - Julia Totoszko 
EITHNE - Karolina Merda  
BRAENN - Iza Pawletko 
PŁOTKA - Iga Grzywacka
PAVETTA - Maja Gadzińska



*Moja ocena:*

Moją pierwszą reakcją po usłyszeniu o planach stworzenia musicalu Wiedźmin było spore zaskoczenie. Przyznaję, że nie wierzyłam, że to mogłoby się udać. Obcesowy, wulgarny Geralt, walczący na trakcie z wszelakimi potworami, nagle miałby zacząć śpiewać i tańczyć? Pierwsza myśl - niemożliwe. Moje zainteresowanie zaczęło jednak powoli rosnąć, bo reżyserią zajął się Kościelniak (którego Mistrza i Małgorzatę bardzo lubię, mimo że musical na podstawie powieści Bułhakowa również wydawał się nie do zrobienia), a muzykę napisał Piotr Dziubek. Po pojawieniu się pierwszych fotosów i relacji już wiedziałam, że muszę się do Gdyni wybrać. 

Wiedźmin był moją małą obsesją w liceum. Pamiętam jak początkowo sceptycznie podchodziłam do tej polskiej fantastyki, a później nie mogłam spać nocami, bo musiałam poznać kolejne przygody Geralta z Rivii. W popularne gry na podstawie książek nie grałam, co wynika raczej z tego, że w ogóle rzadko sięgam po gry komputerowe. Zapoznałam się jednak z grą planszową i czasami do niej wracam. Także rozumiecie, że do musicalu podchodzę raczej jako fanka książek. Wspominam o tym, ponieważ wydaje mi się, że w kontekście tego musicalu ważne jest, żebyśmy określili jaką wiedzę mamy z uniwersum Wiedźmina. Zapewne gdybym była fanką gier a nie książek, nie czepiałabym się tematów, które tutaj będę poruszać.

Zacznijmy jednak od początku. Siadając na widowni od razu zauważamy, że scenografia wygląda dość skromnie. Na środku pojawia się prosta konstrukcja z belek, z boku kilka drabin i to tak naprawdę wszystko. Przestrzeń sceniczną będą nam uzupełniać liczne wizualizacje, które spełniają swoje założenie i moim zdaniem w łatwy sposób pomagają zarysować miejsce akcji. To zdecydowanie było dobre posunięcie, żeby postawić na minimalizm w scenografii, nadrabiany wyświetlanymi na niej obrazami i grą świateł - na pewno pomogło to w płynnych przejściach między scenami. Na dodatek scenograf wykazał się sporą pomysłowością, przy kreowaniu kolejnych miejsc. Na szczególnie wyróżnienie zasługuje las Brokilon, w którym klimat tworzyły nie tylko wizualizacje, ale także akrobaci tańczący na lianach i przechadzające się po scenie magiczne stwory.

źródło
Niestety, moim zdaniem najmocniej kulał tutaj scenariusz, i to jego błędy wpływały na kolejne rozczarowania. Nie powiedziałabym, że jest to słaby tekst, raczej, że ma sporo dziur i miałam wrażenie, że reżyser chciał nam pokazać za dużo przygód, a za mało skupiał się na relacjach między postaciami. Podobała mi się na pewno sama oś fabularna - Wiedźmin po starciu ze złem, dochodzi do zdrowia, przypominając sobie kolejne wydarzenia ze swojego życia. Był to ciekawy punkt wyjścia. Również doceniam fakt, że do widza wciąż powracał ten ważny w książkach Sapkowskiego temat przeznaczenia, jego echo czuć było w niemal każdej przygodzie. Jednak szybko okazało się, że taki sposób budowania spektaklu może okazać się nużący. Brak tutaj narastania napięcia do punktu kulminacyjnego. Raczej każda historia miała takie swoje małe narastanie emocji, które później gasły, a co za tym idzie widz mógł się poczuć tym po jakimś czasie zmęczony. 

Z emocjami, to w ogóle mam w kontekście tego Wiedźmina problem. Po wyjściu z sali tłukła mi się po głowie myśl, że trudno nazwać to spektaklem, było to raczej coś pomiędzy spektaklem a widowiskiem. Wszystko przez to, że w bardzo wielu miejscach zabito prawdę i naturalność tych postaci. Ja rozumiem, że jak słyszymy „zimna królowa” czy „potężna czarodziejka” to przychodzą nam na myśl pewne stereotypy. Wydaje mi się jednak, że to już zadanie tekstu i aktorów, żebyśmy mogli w takie postacie uwierzyć. Niestety, w wielu przypadkach nie było nam dane zobaczyć tam prawdy. Szczególnie boli postać Yennefer (nie upatrywałabym się tutaj winy aktorki), która została sprowadzona do kobiety lekkich obyczajów i zarazem kompletnie mija się z tym, co pamiętam z książek. Ten nietrafiony charakter, podkreślał również kostium (czy raczej skąpa bielizna). Rozumiem też założenie tego, że kazano jej wciąż chodzić na palcach. Niestety efekt był wręcz odwrotny od zamierzonego - zamiast dodać jej elegancji i wyniosłości, odebrano jej pewność w chodzie. Do tej grupy również muszę dołączyć postać Calanthe, która rozminęła się z tą znaną z książek (tutaj jednak wydaje mi się, że dobiła ją nienaturalna gra aktorska). Kiedy mamy do czyniena ze słabiej zarysowanymi charakterami postaci, naturalnym skutkiem wydaje się być brak głębszych relacji między bohaterami. Przykładowo -  w ogóle nie widać tutaj uczucia wiążącego Geralta z Yennefer, a ilość scen między Wiedźminem a Jaskrem sprowadzone zostały do minimum, przez co ich przyjaźń również zostaje spłycona.

źródło

Przejdźmy jednak do najjaśniejszego punktu całości, kompletnie zaskakującego, ale kradnącego dla siebie całe show. Chodzi mi oczywiście o postać małej Ciri, która została bezbłędnie zagrana przez Julię Totoszko. To, nad czym ubolewałam przy sztucznych Yennefer i Calanthe, tutaj nie ma racji bytu. Ciri okazała się dzieckiem, jakie znamy z powieści, a zagrana została z taką dawką naturalności i charyzmy, że trudno tej zdolnej dziewczynki nie polubić. Na dodatek to właśnie w scenach Ciri-Geralt, w końcu poznajemy inne oblicze Wiedźmina, które sprawia, że Krzysztof Kowalski może zabłysnąć. Tak zarysowanej więzi emocjonalnej, brakuje z innymi postaciami musicalu, cieszy jednak fakt, że ta najważniejsza jednak wybrzmiewa i to w pięknych tonach. Drugi akt w ogóle porywa o wiele bardziej, właśnie za sprawą wątku Ciri i kilku niezapomnianych scen (świetna bajka na dobranoc, z udziałem zgrai wesołych dzieciaków czy piosenka driady).

Za to w pierwszym akcie sporym plusem był dla mnie Jaskier, który świetnie poradził sobie z prowadzeniem narracji. To był bardzo dobry pomysł, żeby wykorzystać barda do wprowadzania widzów w kolejne przygody. Na dodatek jest on źródłem kilku naprawdę zabawnych sytuacji, a odwzorowujący go Jakub Badurka radzi sobie z graniem tej ekscentrycznej postaci bardzo dobrze.

Strona techniczna musicalu pozostawiła mnie w sporym zachwycie. Wydawało się, że będzie skromnie, a jednak widowisko okazało się niezapomniane. Na spore uznanie zasługuje choreografia, która za każdym razem idealnie pasuje do wykonywanych utworów (zaskoczyła mnie trochę piosenka z czarodziejami ze wzgórza, ze względu na ich sposób poruszania, ale gdy postanowiłam nie zwracać uwagi na wystające spod szat kółka, okazało się, że całość tworzy bardzo ładny obrazek). Na dodatek akrobatyka za każdym razem robi wrażenie i świetnie wypełnia przestrzeń sceniczną. W tym miejscu warto wspomnieć o występie dżina, którego grało dwóch akrobatów, połączonych fragmentem materiału - na długo zostaje w pamięci. Muzycznie ten musical jest bardzo dobry. Trochę żałuję, że nie mogę jeszcze raz posłuchać wykonywanych utworów, ale kilka zdecydowanie utkwiło mi w pamięci (chociaż przyznaję, że nie wszystkie porwały mnie swoim wykonaniem, ale większość jednak zrobiła pozytywne wrażenie).

Rozumiecie więc, że trudno ten musical jednoznacznie ocenić. Z jednej strony, niszczy on trochę niektóre postaci z uniwersum, spłycając ich charaktery i psując relacje między bohaterami. Z drugiej tworzy piękną więź między Geraltem a Ciri i momentami sprawnie utrzymuje uwagę widza. Gdyby podejść do niego bardziej jak do widowiska, to można spokojnie stwierdzić, że jest ono rewelacyjne. Ja jednak nie zapominam, że finalnie jesteśmy w teatrze i braku prawdy trudno wybaczyć. Także - warto było pojechać, całość wspominam bardzo pozytywnie, ale bez zgrzytów się nie obyło. 


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka