środa, 1 kwietnia 2020

Filmy studia Ghibli na Netfliksie - które animacje (i dlaczego) warto zobaczyć?

Studio Ghibli zostało założone w 1985 roku przez trzy osoby: reżyserów Hayao Miyazaki, Isao Takahata i producenta Toshio Suzuki, po sukcesie filmu Nausicaä of the Valley of the Wind. Do napisania tej notki zostałam zainspirowana pojawieniem się filmów wyprodukowanych przez to studio na Netfliksie. Ostatnia porcja animacji wjechała na platformę pierwszego kwietnia, toteż każdy z nas może się już teraz rozkoszować aż dwudziestoma jeden tytułami! Ja jestem fanką tego studia od wielu lat, swego czasu nadrobiłam sporo ich filmów. Tak się składa, że jak zerknęłam na listę tych, które postanowił udostępnić nam Netflix to okazało się, że większość mam już za sobą. Dlatego postanowiłam, że może warto się podzielić z Wami moimi uwagami i zaznaczyć, które filmy warto obejrzeć, dla kogo będą one najlepszym wyborem i dlaczego filmy studia Ghibli są w ogóle tak wyjątkowe.

źródło

Strona wizualna

Każda z tych animacji jest wspaniała od strony wizualnej. Widać przyłożenie się twórców do detali oraz ich niesamowitą wyobraźnię. Sam Miyazaki, który wyreżyserował większość z filmów studia Ghibli wspomina o tym, że animator to po trosze również aktor. Musi zrozumieć dogłębnie psychikę swoich bohaterów, ich motywacje w danej scenie, charakterystyczne dla ich postaci przyruchy i gesty (fakt: każdy z bohaterów tych animacji biega w inny sposób). Po prostu trzeba starać się myśleć tak jak oni. Dzięki temu animator jest w stanie narysować elementy, które złożą się na charakter postaci. Są to zazwyczaj małe rzeczy, na które normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi, dopiero gdy przyjrzymy się uważniej to możemy je docenić - jak scena, w której bohaterka Spirited Away ubiera buty, po czym uderza jeszcze podeszwą o podłogę, żeby sprawdzić czy dobrze leżą - to są naprawdę detale, które tworzą całość.
Jakość animacji wpływa również na budowanie świata przedstawionego. Twórcy nie boją się pokazywania szerokiej perspektywy miasta czy to podczas wycieczki tramwajem (Howl's Moving Castle) czy przejażdżki na miotle (Kiki's Delivery Service). Dzięki temu rysują obraz tła, który podświadomie zakodujemy i przyjmiemy jako prawdę. Skupienie na małych fragmentach jest w tym przypadku niesamowite, bo przypominam, że spora część pracy nad tymi animacjami przeprowadzona jest oldshoolową techniką, czyli po prostu ręcznie na kartkach papieru. Dodatkowo, warto wspomnieć, że te światy przedstawione szybko stają się dla nas czymś bliskim, co dobrze znamy po kilku minutach animacji, a kolejne sceny uznajemy za „realne” w przypadku wybranego miejsca akcji. Nie dziwią nas magiczni goście łaźni w Spirited Away, nie zaskoczy pojawienie się kociego autobusu w My Neighbour Totoro ani przedstawienie głównego bohatera jako świni w Porco Rosso. Wszystko za sprawą dopracowanego świata przedstawionego.

źródło

Historia i przesłanie

Wiemy już, że animacje robią wrażenie pod względem wizualnym, ale na szczęście to nie jedyny plus tych filmów. Historie opowiadane przez reżyserów są równie wyjątkowe, humor jest inteligentny, a same przesłania niezmiennie ważne. W tym przypadku każda z tych historii niesie ze sobą inne treści i warto zastanowić się, który z filmów będzie najlepszy pod względem tego, czego od seansu oczekujemy. Spokojnie, jest z czego wybierać.

Studio Ghibli może pochwalić się wieloma wspaniałymi historiami, ale ja największym sentymentem darzę Howl's Moving Castle, od którego moja przygoda się zaczęła. To opowieść pełna magii, oparta na książce fantastycznej autorstwa D. W. Jones, w której Sophie, zamieniona przez wiedźmę w staruszkę trafia do tajemniczego ruchomego zamku, należącego do czarodzieja. Akcja jest tutaj wyjątkowo wartka, plenery prawdziwie urokliwe, postaci barwne, a całość to ciekawe podejście do gatunku baśniowej fantastyki. Nie jest skierowana dla najmłodszych widzów, ale już młodzież powinna być w pełni usatysfakcjonowana. Głównym tematem jest miłość, która przezwycięża zło, ale ważna jest także miłość do samego siebie i samoakceptacja. Na dodatek mocno wyczuwalne są pacyfistyczne poglądy reżysera, krytyka wojny, jej bezsensownej brutalności i rozlewu krwi.
W podobym klimacie jest również pierwszy film wyprodukowany przez studio Ghibli, Laputa: Castle in the Sky. Dwójka bohaterów wybiera się w podróż, a ich celem jest odnalezienie legendarnego latającego zamku. Gatunkowo bliżej mu do stylistyki steampunk, całość jest nieco lżejsza niż Howl's Moving Castle, a historia, choć również angażująca, to może już być skierowana do młodszego widza.

Kolejnym tematem, z którym studio dobrze sobie radzi są opowieści o dojrzewaniu, wchodzeniu w świat dorosłych i poszukiwaniu w nim swojego miejsca. W tym przypadku świetnym przykładem będzie film Kiki's Delivery Service, w którym główna bohaterka, trzynastoletnia czarownica, wyrusza odnaleźć swoje przeznaczenie. Wspaniale zbudowana postać, z którą łatwo się utożsamić. Kiki to wesoła, pełna nadziei dziewczynka, która spotka się z wieloma rozczarowaniami na swojej drodze, ale nie podda się i będzie parła wciąż do przodu, mimo chwil zawahania. Całość jest niebywale urocza i lekka, to jeden z filmów, które nadrobiłam niedawno i muszę przyznać, że na ten okres nadaje się idealnie. Dodatkowo to naprawdę mądry film, który pokazuje różne odcienie życia, wskaże jak radzić sobie z samotnością i uczy widzów empatii. I jest jeszcze wspaniały towarzysz Kiki, czyli kot Jiji, mistrz ciętej riposty, dla którego tym bardziej warto animację zobaczyć.
Wybór dla starszej widowni? Zdecydowanie najbardziej doceniany film studia Ghibli - Spirited Away. To górna półka animacji, pokazuje jak nieograniczona jest wyobraźnia Miyazakiego, narysowany jest tak, że możemy zbierać szczękę z podłogi. Główną bohaterką jest dziesięcioletnia Chichiro, która wraz z rodzicami jedzie do swojego nowego domu. Jednak jeden nieodpowiedni zakręt sprawia, że trafiają do magicznej krainy, zamieszkanej przez przedziwne stworzenia. Dziewczynka jest nietypową bohaterką bajki, to osoba dość ponura, niecierpliwa i strachliwa. Mimo wszystko, towarzysząc jej w magicznych przygodach będziemy mogli podziwiać jej determinację, zobaczymy jak nauczy się brać odpowiedzialność za swoje czyny, jak weźmie sprawy w swoje ręce i postanowi ratować siebie oraz swoich bliskich.

źródło
Ważnym elementem filmów studia Ghibli jest również antywojenne przesłanie. Można zauważyć to już w Howl's Moving Castle kiedy czarodziej Howl postanawia w końcu zainterweniować w sprawie wojny i niszczy bronie obu armii czy w Laputa: Castle in the Sky, gdzie główni bohaterowie próbują zapobiec wybuchowi wojny. Jednym z najbardziej antywojennych filmów studia Ghibli jest podobno Grave of the Fireflies, ale tego akurat nie widziałam, a Netflix nie zawarł go w swojej ofercie (niestety!). Zresztą sam temat przewija się w naprawdę wielu tytułach, warto wspomnieć chociażby Porco Rosso, z którego pochodzi słynny cytat ze zdjęcia powyżej.
Warto także wspomnieć o temacie ekologii, który pojawia się w wielu tytułach, ale najmocniej podkreślony jest chyba w Princess Mononoke, gdzie pokazany jest spór między ludźmi, budującymi miasto z materiałów pobliskiej puszczy a jej mieszkańcami. Najbardziej niesamowite w filmie jest to, że ta wojna nie ma mocnych protagonistów i antagonistów - każdy ma tutaj swoje motywacje, zdanie i nic nie jest łatwe do zaszufladkowania.
Mówiąc o ekologii ciężko też nie wspomnieć o roli natury w My Neighbour Totoro. Od razu przychodzi mi na myśl scena, w której rosną sadzonki w ogrodzie rodziny głównych bohaterek. Chociaż sam film to raczej opowieść o siostrzanej miłości, wychowywaniu się bez matki i wspieraniu swoich najbliższych. Zaś sam Totoro stał się postacią kultową, trafił do logo studia i nadal licznie sprzedaje się na całym świecie w postaci zabawek. Nic dziwnego, bo w filmie jest po prostu rozbrajający.

źródło

Lista filmów, które widziałam

Także mamy w czym wybierać. Dla szybkiego podsumowania tytuły, które widziałam w kolejności od najukochańszych:
- Howl's Moving Castle - baśniowa opowieść o miłości, z antywojennym przesłaniem i wciągającą fabułą, pełna czarów z niezapomnianą postacią zabawnego demona ognia;
- Spirited Away - fascynująca historia, niesamowicie narysowana, zdobywca Oscara i chociaż może trochę dziwna na pierwszy ogień to naprawdę warto się zanurzyć w ten świat przedstawiony;
- My Neighbour Totoro - przepiękna opowieść o przyjaźni między siostrami, wychowywanymi przez ojca a dziwnym (ale uroczym) stworzeniem z lasu, rozczulający seans, który wzrusza i bawi;
Princess Kaguya - animacja różna od całej reszty, narysowana całkiem inną kreską, robiąca niesamowite wrażenie wizualne, dodatkowo mówiąca o miłości rodzinnej i wyciskająca rzekę łez;
- Princess Mononoke - skierowana do starszych widzów, brutalna opowieść o wojnie między światem przyrody a ludźmi i ich rozwojem industrialnym z przepięknie wykreowanymi bóstwami puszczy;
- Kiki's Delivery Service - kompletnie rozkoszna animacja o dorastaniu młodej czarownicy, która rozczuli niejednego widza i pozwoli oderwać się od rzeczywistości;
The Secret World of Arriety - historia magicznej postaci, mierzącej 10 centymetrów Arriety, film bardzo spokojny, powoli snujący opowieść o pięknej przyjaźni;
- Porco Rosso - film akcji z głównym bohaterem o facjacie świni na pierwszym planie, pełen wspaniałych podniebnych przygód i świetnie wykreowanych postaci;
Laputa: Castle in the Sky - wartka akcja o dwójce osób, próbujących uchronić świat przed kolejną wojną, w klimatach steampunka, przygodówka na bardzo dobrym poziomie;
Nausicaä of the Valley of the Wind - film, od którego wszystko się zaczęło, ponownie poruszana tematyka ekologii, ale tym razem w wydaniu post-apokaliptycznym;
- The Cat Returns - nie należy może do czołówki produkcji ze studia Ghibli, ale dla przygody toczącej się w świecie kotów warto również po niego sięgnąć;
- Ponyo - historia ryby, która staje się dziewczynką (brzmi znajomo?), animacja skierowana bardziej do młodszych widzów, momentami niesamowita wizualnie i ponownie: przeurocza;
Tales of Earthsea - tytuł oparty na znanej klasyce, której nie czytałam, lata temu bardzo mi się spodobał, ale ledwo co z niego pamiętam, co akurat nie świadczy najlepiej;
- When Marnie Was There - bardziej realistyczna animacja, trochę długo się rozkręca, ale finalnie to satysfakcjonujący seans;
The Wind Rises - najbardziej realistyczna z animacji Miyazakiego o projektancie samolotów, jednocześnie moim zdaniem po prostu poprawny, bez szału.

Podsumowanie 

Studio Ghibli tworzy filmy pełne magii i nostalgii, z detalicznie dopracowanymi światami przedstawionymi i specyficznym humorem, przede wszystkim afirmujące życie z wszystkimi jego elementami. Bohaterowie poddawani są próbom, a pokonując je kształtują swój charakter, rozwijają się. Kobiecie postacie, tak często będące tymi głównymi w filmach studia Ghibli, nie potrzebują rycerza na białym koniu, który wyciągnie je z potrzasku, ale chętnie zawiążą przyjaźnie, żeby wspólnie z towarzyszami stawić czoła przeciwnościom. Filmy te sprawiają, że najbardziej szary dzień staje się przyjemniejszy, więc są idealnym sposobem na wieczorne odprężenie w towarzystwie mądrej animacji.
Szczególnie w tym okresie.

niedziela, 29 marca 2020

„Kocham Cię, ja Ciebie też nie” - Serge Gainsbourg widziany oczami kobiet (Teatr Muzyczny Capitol)

Pewnego zimowego dnia siedzimy sobie w samochodzie, odwozimy znajomych po próbie. Nagle w radio słychać piosenkę Serge Gainsbourga, a z tylnego siedzenia odzywa się głos, że w Teatrze Muzycznym Capitol jest ciekawy spektakl o życiu tego twórcy, na który warto się wybrać. Akurat poleceniom znajomym zazwyczaj od razu wierzę, ale zerknęłam jeszcze pobieżnie na opis, reżysera i grupę aktorską spektaklu, po czym pozostało mi tylko kupić bilety.
źródło
Serge Gainsbourg był prawdziwym objawieniem w branży muzycznej, swego czasu wszystkie największe gwiazdy marzyły o wykonaniu jakiejkolwiek piosenki napisanej właśnie przez niego. Jeżeli chodzi o przebicie się do ogólnej świadomości, to powszechnie najbardziej kojarzona jest jego piosenka Je'taime. Łączy się z nią ciekawa historia: otóż, Bridget Bardot zgłosiła się do Serge'a z prośbą o napisanie dla niej utworu, ale po wykonaniu tej piosenki poprosiła, żeby jej nie wydawał. Finalnie na rynku pojawiła się dopiero w latach 80tych. To tylko jedna z ciekawostek, o których dowiemy się ze scenariusza przedstawienia.

Spektakl przybliża nam sylwetkę tego twórcy, wokół którego zawsze kręciła się grupka kobiet. Jak sam opowiedział ze sceny: uważano, że wygląda „specyficznie”, ale jednak miał w sobie coś, co przyciągało płeć piękną. Znany jest jego długotrwały związek z Jane Birkin, z którą miał córkę Charlotte (teraz słynna aktorka, która często gra u Larsa von Triera). Oprócz tego przeżył kilka burzliwych romansów m.in. z Bridget Bardot.
źródło
Dobrze, przejdźmy jednak do sedna tej notki, czyli spektaklu Kocham Cię, ja Ciebie też nie. Cezary Studniak, reżyser, postarał się w kwestii doboru obsady, która jest tutaj największą perełką. Sam siebie obsadził w roli Serge'a i wydaje mi się, że nikt inny nie zagrałby go tak dobrze. Aktor jest w tej roli zblazowany, pokazuje swoją fascynację kobietami, a paląc papierosa za papierosem wygłasza swoje „złote sentencje”, obserwacje na temat otaczającego go świata. Jego występ jest równy i w pełni satysfakcjonujący dla widza. No, może poza momentami muzycznymi, kiedy co prawda jest zupełnie oddany i przekonywający, ale widz nie rozumie wszystkich wyśpiewywanych przez niego słów. Tak mocno wczuł się w rolę, że zapomniał o odpowiedniej artykulacji. Partneruje mu Helena Sujecka w roli Jane Birkin. Przyznaję, że mam trochę słabość do tej aktorki odkąd zobaczyłam ją pierwszy raz w filmie Małe stłuczki, a później na scenie Capitolu, m.in. w Po Burzy Szekspira. W Kocham Cię, ja Ciebie też nie jest całkowicie hipnotyzująca. Od początku do końca kradnie dla siebie uwagę widzów, oddaje niuansy granej postaci z pełną gracją. Równie duże wrażenie robi reszta aktorek. Świetnie radzi sobie Justyna Antoniak jako Bridget Bardot, jest wystarczająco wyzywająca, a jednocześnie pozostaje pełna słodyczy i pozytywnej energii. To piosenki przez nią wykonane należą do najbardziej znanych, a sceny ich przedstawienia zostają z nami na dłużej. Ogromne brawa należą się także Klaudii Waszek, która nawet od strony czysto fizycznej była podobna do Charlotte, ale i wspaniale zagrała zapatrzoną w ojca córkę. Byłam pod wrażeniem niewielkiej roli Alicji Kalinowskiej jako France Gall, którą zazwyczaj grała Ewelina Adamska-Porczyk. Alicja miała w sobie niewinność, a zarazem charyzmę. Ostatnia kobieta Gainsbourga, grana przez Agnieszkę Oryńską-Lesicką wypadła poprawnie, ale wydaje mi się, że jej postać była najmniej charakterystyczna, a historia najmniej angażująca. Miała też najtrudniejsze zadanie, żeby zakończyć całość mrocznie, zostawić widza z pewnym ciężarem emocjonalnym.

Trzeba przyznać, że świetną robotę wykonano na platformie wizualnej. Na scenie, oprócz łózka, kanapy, stołu z kilkoma krzesłami i (jakże ważnych i często eksploatowanych) pochowanych po kątach popielniczkach, znajdzie się także miejsce dla zespołu, który na żywo akompaniuje przedstawieniu. Grają świetnie, chociaż momentami miałam wrażenie, że za głośno - nie wiem czy to kwestia niewyraźnego śpiewu aktorów czy podkręconych dźwięków instrumentów, ale czasami słowa piosenek uciekały widzowi. Skoro już przy słowach jesteśmy to ich tłumaczenie wyszło bardzo zgrabnie, chociaż wydaje mi się, że materiał źródłowy nie należał do łatwych. Gainsbourg często nadawał swoim tekstom podwójnego znaczenia, dlatego tym większe ukłony należą się Tymonowi Tymańskiemu za swoją pracę tłumacza.

źródło
Dobrą robotę wykonano również w kwestii charakteryzacji i kostiumów, które oddają faktyczne ubrania, które gwiazdy w tamtych czasach nosiły. Wystarczy zerknąć na kilka zdjęć w Internecie, żeby znaleźć chociażby Jane Birkin w kultowej białej boho sukni.
Bardzo dobrze ogląda się także numery muzyczne, pomysły na ich wykonanie były świeże i atrakcyjne dla widza. W głowie zostaje piosenka Je'taime, najpierw wykonana sensualnie przez Bardot w studio nagrań, a później kameralnie, z pełnią emocji zaśpiewana przez Jane Birkin, ale duże wrażenie robią także słynne utwory Bonnie i Clyde oraz Comic Strip. Studniak nie ominie kontrowersyjnej piosenki Lemon Incest, którą wykonuje wraz z córką, Charlotte. Utwór sugeruje kazirodczy związek między tą dwójką. Po jej wydaniu wybuchł skandal, stacje radiowe dopisywały Lomon Incest na listę piosenek zakazanych, ale Serge i Charlotte zaprzeczali wszelkim zarzutom.

Kocham Cię, ja Ciebie też nie to fascynująca opowieść o słynnym artyście, jakim był Serge Gainsbourg. Dla mnie to przede wszystkim przedstawienie jego sylwetki w ciekawej formie, przybliżenie życiorysu poprzez jego twórczość. Mężczyzna przechodzi przez wiele związków, początkowo przyciąga uwagę kobiet, a później odpycha je swoim zachowaniem. To człowiek destrukcyjny, a zarazem potrafiący budować niesamowite utwory. Warto się wybrać na opowieść o jego życiu do teatru.

czwartek, 26 marca 2020

„Elantris” Brandon Sanderson - nadzieja umiera ostatnia

*Elantris*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Elantris
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 660
*Wydawnictwo:* MAG 

Życie to smutki i niepewności. Jeśli będziesz je tłumić, zniszczą się na pewno, pozostawiając za sobą kogoś tak opancerzonego, że żadne uczucia nie zagoszczą już nigdy w jego sercu.

*Krótko o fabule:*
Elantris - gigantyczne, piękne, dosłownie promienne miasto, zamieszkane przez istoty wykorzystujące swoje potężne zdolności magiczne, by pomagać ludowi Arelonu. Każda z tych boskich istot była jednak kiedyś zwykłym człowiekiem, dopóki nie dotknęła jej tajemnicza, odmieniająca moc Shaod. A potem, dziesięć lat temu, magia zawiodła. Elantryjczycy stali się zniszczonymi, słabymi, podobnymi do trędowatych istotami, a samo Elantris okryło się mrokiem, brudem i popadło w ruinę. Shaod stał się przekleństwem. Nowa stolica Arelonu, Kae, przycupnęła w cieniu Elantris, a jej mieszkańcy ze wszystkich sił ją ignorowali. Księżniczka Sarene z Ted przybywa do Kae, by zawrzeć polityczne małżeństwo z księciem korony Raodenem. Sądząc z korespondencji, mogła się spodziewać, że odnajdzie miłość. Dowiaduje się jednak, że Raoden nie żyje, a ona uważana jest za wdowę po nim...

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Zaczęłam się zastanawiać czy jest w ogóle sens znowu pisać o książce Brandona Sandersona. Z prostej przyczyny - za każdym razem nie znajduję złego słowa, które mogłabym napisać o jego twórczości, a moje zachwyty stają się nudne. Sięgając po Elantris nastawiłam się, że tym razem może być gorzej. Słyszałam głosy, że dość długo się rozkręca i ma rozbudowany, skomplikowany świat, który ciężko pojąć. Warto także zaznaczyć, że to był jego debiut, napisany ponad dekadę temu, więc byłam przygotowana na lekki spadek formy w porównaniu z tym, co znałam dotychczas. Nie wiem po co się było przejmować - ponownie lektura okazała się czystą rozkoszą.

O Sandersonie pisałam już kilkakrotnie, więc tylko w ramach krótkiego wprowadzenia: to amerykański pisarz fantasy, który stworzył uniwersum o tajemniczej nazwie Cosmere, w którym mają miejsce jego powieści (a przynajmniej większość z nich). Każda z serii skupia się wokół innej planety, każda jest różna, każda ma inny system magiczny, inne rasy, a bohaterów czekają inne problemy. Każda, którą do tej pory czytałam, to mała perełka high fantasy.

Elantris porwało mnie od początku, co nie jest u Sandersona takie oczywiste. Wiecie, to facet, który pisuje tomy po 1000 stron, więc zawsze jestem uzbrojona w cierpliwość i wiem, że prędzej czy później załapię i się wciągnę. W przypadku Elantris nie trzeba było czekać. Już pierwsze rozdziały zasieją ziarna ciekawości, a przedstawienie tak różnorodnej trójki głównych bohaterów pozwoli rozbudzić wyobraźnię.

źródło
W fantastyce szukam zazwyczaj rozrywki, a u Sandersona znajduję ją zawsze na wysokim poziomie. Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać sposób w jaki on buduje świat przedstawiony. Tym razem mamy do czynienia z tajemniczym, mitycznym miastem - Elantris. Swego czasu zamieszkiwanym przez ludzi obdarzonymi specjalnymi mocami. W oczach reszty świata było to miejsce przebywania bogów, którzy kreśląc tajemnicze znaki potrafili uzdrawiać, budować, a nawet „teleportować” się na spore odległości. Wszystko zależało od precyzji wykonania znaków. I pewnego dnia wszystko się zmienia, a Elantryjczycy z osób, którym oddawano cześć stali się wyrzutkami społeczeństwa. Ich moce zniknęły, ich ciała momentalnie zaczęły ulegać procesowi starzenia, na skórę wystąpiły szare plamy, a samo miasto pokrył szlam. Na dodatek każde zranienie ciała pulsowało nieustającym bólem, który doprowadzał wielu z nich do szaleństwa.

Już sama historia tego miasta brzmi dla mnie niezwykle zachęcająco. Ale czy autor na tym poprzestał? Oczywiście, że nie. Ponownie idealnie waży fundamenty każdego społeczeństwa - oprócz poznawania tajemnic Elantris, czytelnik spędzi dużo czasu w towarzystwie arystokracji (w przypadku tego królestwa - najbogatszych kupców), którzy główkują jak poprawić sytuację w kraju. Znajdzie się też sporo miejsca dla religii. Tym razem Sanderson skupia się na fanatyzmie religijnym, pokazuje jak daleko posunie się człowiek zaślepiony naukami swojego zakonu, ale skupi się także na wymiarze ludzkim, wewnętrznej walce między tym, co nakazują zasady klasztoru a tym, co wydaje się słuszne empatycznemu człowiekowi. Ta cała mieszanka pozwala dostrzec, że autor w każdej z tych dziedzin - czy to w magii, czy w polityce, czy w religii - radzi sobie śpiewająco.

Jednak to, czym Sanderson zaskarbił sobie mój zachwyt nad Elantris to bohaterowie. Uwielbiam jego kobiece postaci, które zawsze umieszcza w centrum zamieszania (nie jest to takie oczywiste w przypadku high fantasy, chociaż trend zdecydowanie na plus). Sarene to po prostu świetna babka - co prawda wychowana w świecie arystokracji księżniczka, której rękę obiecano w ramach umowy politycznej, ale autor nie pozwoli jej łatwo zaszufladkować. Dziewczynie najbardziej zależy na utrzymaniu dobrego kontraktu, uniknięciu wojny, a wreszcie na poprawie życia zwykłych mieszkańców. Cicho obserwuje, żeby po chwili dać pokaz swojej siły. Jej zmysł obserwacji, umiejętność szybkiego reagowania, znajomość zagrywek politycznych staje się bardzo potrzebna na dworze. Czytelnik zobaczy też jej słabości, a wszystkie jej wybory, będą logiczne i zrozumiałe. U Sandersona nie ma miejsca bowiem na papierowe postaci, nieważne czy na pierwszym czy na drugim planie - każdy jest zarysowany świetnie.

Współcześnie nie mamy lepszego autora fantastyki nad Brandona Sandersona. To jest człowiek, który tworzy światy za każdym razem różne, ale połączone wspólnym uniwersum. Potrafi zaintrygować systemem magicznym, historią aktualnego miejsca akcji, fascynującymi bohaterami. Wprowadza elementy zabawne, lekkie, a później zestawia je z heroicznymi czynami. Wszystko waży idealnie. Elantris oprócz wprowadzenia nas w cudowny stan niepokoju i oczekiwania na rozwiązanie akcji pokaże, że nawet w najmroczniejszym miejscu jest miejsce na nadzieję, że czasami zmiana musi wyjść od nas, że pójście pod prąd może przetrzeć drogę innym, którzy przyjdą po nas.
Mam na koncie kilka jego książek, a każda była równie zadowalająca, co poprzednia. Także na pewno na Elantris przygoda się nie skończy. I cieszy mnie, że jeszcze tyle wspaniałych przygód z prozą Sandersona przede mną.

piątek, 20 marca 2020

„Wieczna wojna” Joe Haldeman - pacyfistyczna powieść wojenna

*Wieczna wojna*
Joe William Haldeman

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Forever War
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1974
*Liczba stron:* 336
*Wydawnictwo:* Rebis
Nie obchodzi mnie, czy masz dziewięćdziesiąt lat , czy trzydzieści. Jeżeli nie będę mogła być twoją kochanką, będę twoją pielęgniarką.
*Krótko o fabule:*
Wojna to piekło i William Mandella przekonuje się o tym na własnej skórze. Gdy rozpoczyna się konflikt z Taurańczykami, inteligentną rasą z kosmosu, Mandella jest ledwie szeregowcem. Towarzyszymy mu przez całą karierę, obserwując jego oczami okrucieństwa, ogrom cierpień i absurdy walk… a także przemiany technologiczne i społeczne na Ziemi, która w ciągu jego życia - na skutek efektów relatywistycznych – starzeje się o kilkaset lat.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Po dłuższej przerwie postanowiłam powrócić do serii Wehikuł czasu od wydawnictwa Rebis, która składa się z klasyków gatunku science-fiction. Dwa pierwsze tomy serii mnie zachwyciły, trzeci rozczarował. Wieczna wojna akurat pojawiła się na rynku w momencie, kiedy miałam więcej czasu na nowe lektury i dlatego wybrałam właśnie ją na powrót do cyklu.

Przed podejściem do lektury na pewno warto wiedzieć, że autor odbył służbę w Wietnamie jako inżynier wojskowy. Przeżycia z tym czasem związane zdecydowanie wpłynęły na jego twórczość, co widać mocno w Wiecznej wojnie. Joe Haldeman jest z wykształcenia astronomem, a jego wiedza obok doświadczenia była niezbędnym czynnikiem, dzięki któremu powstała tak kompleksowa powieść, za którą otrzymał zasłużone, prestiżowe nagrody: Hugo oraz Nebula.

Wojenne science-fiction tak naprawdę mało mnie interesuje, ale w klasycznych przykładach tego gatunku często można znaleźć coś wyjątkowego. Tak jest w przypadku Wiecznej wojny. Przede wszystkim bardzo wyraźnie pokazuje bezsens wojny, jej wydźwięk jest mocno pacyfistyczny. Przez sporą część książki poznajemy kolejne działania wojskowe, budowanie baz, przejmowanie planet, walki z Taurańczykami, co sprawia, że ta niewielka objętościowo powieść pełna jest akcji. Natomiast wyniesiemy z niej fakt, że każda z tych akcji była zupełnie pozbawiona dalekosiężnego planu, będąca wymysłem kilku ludzi siedzących wygodnie za biurkiem. Czytelnicy natomiast będą świadkami całej masy bezcelowych, brutalnych i nagłych śmierci członków drużyny głównego bohatera.

źródło
Częstym problemem książek science-fiction jest dla mnie brak przywiązania do postaci. W tym przypadku miałam podobnie, bo autor nie poświęca czasu na dokładny rozwój charakterów i skrupulatne zarysowanie sylwetek bohaterów, a raczej skupia się na szerszym, wojennym obrazie. Póki finalny przekaz jest jasny, póty brak intrygujących postaci przestaje mi tak bardzo przeszkadzać. Mandella pozwala nam spojrzeć swoimi oczami ma wydarzenia wokół niego, ale zdecydowanie nie skłania do zbudowania do siebie silniejszych uczuć.

W Wiecznej wojnie znajdziemy sporo technicznego słownictwa i opisów licznych wynalazków przyszłej ludzkości. Dla mnie to pozytyw, bo można docenić wiedzę i przygotowanie autora, który każdy ze szczegółów musiał dobrze przemyśleć. Sam opis zastosowań skafandrów i tego, jak zmieniał się na przestrzeni czasów robi wrażenie. Dobrym pomysłem okazało się też wspomnienie o chemicznym wspomaganiu żołnierzy przed walką, tak żeby nie czuli empatii, a sztucznie wyzwalano nienawiść do wroga. Od razu mi się przypomniał jeden z odcinków serialu Black Mirror. Rozumiem jednak, że niektórzy tym technicznym słownictwem mogą być przytłoczeni.

W czym tkwi siła Wiecznej wojny? Oprócz mocno pacyfistycznego wydźwięku, który wybrzmiewa pośród sporej ilości akcji, autor bardzo ciekawie pokazuje rozwój społeczeństwa. Mandella spędza w kosmosie sporo czasu i kiedy wraca na Ziemię po roku, to na planecie minęło lat o wiele więcej. I w przypadku tej powieści nie mówimy o kilkunastu/kilkudziesięciu latach, a o wiele dłuższym okresie - akcja książki rozpoczyna się w 2007, a kończy w 3143 roku. Dzięki temu czytelnik może zaobserwować zmiany jakie zaszły na przestrzeni lat, a te są naprawdę drastyczne. Od faktu, że walutą przestają być pieniądze a zaczynają kalorie, przez panujące ogólnie bezrobocie i zatrudnianie sobie ochrony w celach przeżycia wycieczki na lotnisko, w końcu po kompletną zmianę podejścia do orientacji seksualnej. Akurat w sprawie tego ostatniego tematu: w pewnym momencie okazuje się, że heteroseksualny Mandella czuje się obco wśród ludzi, którzy w większości są homoseksualni. Jak to dobrze jest zobaczyć w tego typu książce zmienioną perspektywę i poznać to uczucie odosobnienia z powodu czegoś, co dla danej osoby jest zupełnie naturalne.
Także, klasyka science-fiction daje radę!

poniedziałek, 16 marca 2020

„Dobre żony” Louisa May Alcott - trudy i znoje życia dorosłego

*Dobre żony*
Louisa May Alcott

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Good Wives
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1869
*Liczba stron:* 445
*Wydawnictwo:* MG 

Mężczyźnie rzadko się to zdarza, bo jeżeli kobieta podaje radę, pan świata dopiero wówczas ją przyjmuje, gdy wmówi w siebie, że właśnie zamierzał to samo uczynić.
*Krótko o fabule:*
Upłynęło kilka lat i dziewczęta powoli wkraczają w inny świat, dorośleją, zmieniają się, przeżywają smutki i rozczarowania, nawet tragedie, ale jednocześnie życie nie skąpi im także radosnych i szczęśliwych chwil. Cztery siostry - cztery różne drogi życiowe.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Tym razem zacznę od trochę innej strony niż zwykle. Otóż, warto pozachwycać się krótko nad nowymi wydaniami książek Alcott, które będą ozdobą każdej biblioteczki. Jako że klasyczna historia sióstr March, mająca początek w Małych kobietkach, należy do kanonu powieści dziecięcych/młodzieżowych to warto mieć ją na swojej półce. Szczególnie w tym wydaniu: twarda oprawa, obicie materiałem, proste, ale przepiękne rysunki w środku. Po prostu wspaniała robota wydawnicza, człowiek wręcz nie może się napatrzyć.

Oczekiwałam z niecierpliwością kiedy uda mi się zasiąść do lektury drugiej części Małych kobietek. Pierwszy tom to niejako wprowadzenie, przedstawienie postaci w ich młodzieńczych latach, ale czytelnik szybko odczuwa, że ostatni rozdział powieści jest zawieszony w powietrzu - wiemy, że to dopiero początek ich poważnych przygód.

Tak się złożyło, że między lekturą pierwszego i drugiego tomu udało mi się obejrzeć ekranizację Małych kobietek w reżyserii Grety Gerwig. Film obejmuje wydarzenia z dwóch części, więc siłą rzeczy zaspoilerował mi sporo historii opisanych przez Alcott. Nie odebrał mi za to przyjemności z czytania. Przez to, że ekranizacja tak bardzo mi się spodobała jeszcze milej było mi wrócić do znanych bohaterów. Tym razem miałam przed oczami aktorów z filmu, ale dodawało to tylko więcej życia i energii każdej z postaci. Także wiadomo, że lepiej najpierw przeczytać książkę, a później zobaczyć film, jednak jeżeli jesteście po seansie to możecie spokojnie sięgnąć po oryginał, żeby poznać szerszy obraz i liczne historie, na które nie znalazło się miejsce w ekranizacji.

źródło
Dobre żony to powieść mniej cukierkowa niż pierwsza część przygód sióstr March. Całe szczęście, bo przyznaję, że drugiej takiej dawki słodyczy mogłabym nie przetrawić. Wraz z mijającym okresem dzieciństwa panny March doświadczają trudów związanych z dorosłym życiem, a całość jawi się w o wiele ciemniejszych barwach. To wciąż nie jest dramatyczna powieść, ale zawiera w sobie kilka wydarzeń tragicznych, wystawia naszych bohaterów na próbę charakteru i siły woli. To, co mnie najbardziej kupiło to nieoczywiste wybory niektórych postaci. Czytelnik zdecydowanie miał w głowie pewien schemat, według którego mogła się potoczyć historia dziewcząt, a szczególnie niekonwencjonalnej Jo. Alcott jednak idzie tutaj pod prąd i nie daje nam typowych rozwiązań. Przyznaję, że to, na które się finalnie zdecydowała nie do końca mnie przekonuje - wierzę jednak, że wydawcy w tamtych czasach naciskali na zakończenia w tym rodzaju. Bardzo dobrze komentuje to Gerwig w najnowszej ekranizacji, oddając słuszność słowu napisanemu, ale dopowiadając historię ówczesnych pisarzy literatury młodzieżowej, skierowanej przede wszystkim do młodych panien.

Rzadko z taką sytuacją się spotykam, ale muszę przyznać, że w przypadku Małych kobietek to druga część wypada ciekawiej. Chociaż najlepiej byłoby potraktować tę historię jako całość, bo pierwszy tom faktycznie tylko lekko wprowadza nas w świat postaci, a dopiero drugi pozwala poznać ich charaktery. To z lektury Dobrych żon będziemy mogli wyciągnąć wnioski na przyszłość, nauczyć się czegoś na podstawie historii bohaterek. To tutaj znajdziemy podsumowanie bez zbędnego moralizatorstwa (szczególnie ze strony matki dziewcząt). Patrząc na życie poszczególnych postaci zaobserwujemy, że każdemu czasami zdarzy się zły dzień, w którym strzeli gafę w towarzystwie i trzeba się z tym pogodzić; że warto postępować zgodnie ze sobą i swoim sumieniem, a nie tak, żeby zadowolić wszystkich wokół; że każdy ma szansę popracować nad swoimi wadami i wyjść na prostą; że po prostu dobrze jest cieszyć się z małych chwil w życiu. Najważniejsze jednak, że po każdej, nawet najgorszej dla nas burzy, wyjdzie w końcu słońce - czasami trzeba na nie po prostu dłużej poczekać. Bywają momenty kiedy taka lektura z prostym, pozytywnym przekazem jest najlepszym czytelniczym wyborem.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka