sobota, 15 września 2018

Wszyscy mamy równe szanse? - „Dziwny przypadek psa nocną porą” NT Live

Podróż na dworzec w dzisiejszych czasach jest dla nas błahostką - ot, kupujemy bilet w Internecie, przyrządzamy kanapkę na drogę, wsiadamy w odpowiedni tramwaj, znajdujemy swój peron, wskakujemy do naszego przedziału i rozsiadamy się wygodnie w fotelu (albo stajemy w przejściu, znając nasze realia). W każdym razie możemy przyjąć, że podróż pociągiem nie należy do wielkich wyczynów. Dziwny przypadek psa nocną porą pokaże nam, że nie dla wszystkich.
Christopher, główny bohater sztuki, to dość szczególny chłopak. Jak sam wspomina w spektaklu lubi trzy rzeczy: matematykę, kosmos i przebywanie samemu ze sobą. Potrafi błyskawicznie rozwiązać skomplikowane zadanie trygonometryczne, wytłumaczy nam czym jest czarna dziura, ale kompletnie nie potrafi zrozumieć, że uniesienie brwi może oznaczać kilka różnych reakcji w zależności od kontekstu. Wychowuje go samotny ojciec, prosty robotnik, który stara się jak może zrozumieć swojego autystycznego syna i dać mu szansę na najlepsze możliwe życie. Spektakl zaczyna się od sceny, w której Christopher znajduje martwego psa sąsiadki i postanawia dociec kto był sprawcą tej tajemniczej zbrodni.
źródło
Trochę odbiegnę od typowej kolejności i zacznę od wspomnienia o scenografii, która w tym przypadku robi ogromne wrażenie. Jest niesamowicie prosta - niewielka scena otoczona jest ze wszystkich stron widownią, co pozwoliło na wykorzystanie kilku świetnych trików przy użyciu światła i dźwięku. Wiele scen oglądanych z góry pozwala docenić pomysły zaangażowanych osób technicznych. Szczególnie w pamięć zapadła mi scena, w której aktorzy podnoszą Christophera, a wokół niego pojawia się wyświetlany obraz kosmosu - wygląda to jakby unosił się wśród gwiazd. Jednak światła i dźwięk nie są tylko źródłem ładnych obrazków (chociaż takich jest naprawdę sporo - od planu osiedla po podróż ruchomymi schodami). Przede wszystkim wykorzystywane są w taki sposób, żeby pomóc widzowi odczuwać rzeczywistość tak jak robi to Christopher. Kiedy pojawia się na dworcu wszystkie bodźce są podkręcone na pełny regulator, tak że otacza go kakofonia dźwięków. Jego mózg nie filtruje tła, dla niego zapytanie pani przy okienku czy chce bilet ulgowy będzie tak samo ważne jak informacja o przecenionych lodach w pobliskiej budce. Na dodatek w momentach kiedy wiele bodźców dotyka Christophera pojawiają się wizualizacje, które jeszcze podkręcają te nagromadzone odczucia. Jednym zdaniem - wspaniała praca światła i dźwięku.
Sama przestrzeń również została ciekawie wykorzystana. Na scenie pojawia się kilka białych prostopadłościennych pudeł, które odpowiednio ustawione tworzą różne miejsca akcji. Natomiast w podłodze znajdują się ukryte schowki, z których czasami Christopher wyciąga dodatkowe rekwizyty. Tak niewielkie zabiegi pozwoliły całkowicie przenieść widza w świat chłopaka. Oczywiście warto też wspomnieć o pracy aktorów, którzy musieli odpowiednio odnaleźć się w przestrzeni. Sporo było tutaj pracy choreograficznej, a odtwórcy świetnie poradzili sobie z wtopieniem się w scenografię (w głowie wciąż mam scenę, w której grano upływ czasu - małe gesty, które wyglądały na przyspieszone dały cudowny efekt).
źródło
Fabuła sztuki oparta jest na książce Marka Haddona o tym samym tytule, która zagranicą zdobyła sporą sławę. Pierwowzoru nie czytałam, ale po obejrzeniu spektaklu wnioskuję, że to bardzo mądra książka, skierowana może bardziej dla młodzieży. Fakt, że nie wiedziałam jak potoczy się ta historia działał oczywiście na plus. Pierwszy akt przybiera formę zagadkowego kryminału, w którym badamy sprawę zabójstwa psa. Drugi skupia się trochę bardziej na dramacie rodzinnym, próbie poradzenia sobie z taką chorobą jaką jest autyzm. Wspaniale jest wyważony ładunek emocjonalny spektaklu - akcja jest wartka i wciągająca, wzruszenia się pojawiają, ale nie są przepełnione niepotrzebnym patosem i egzaltacją, dodatkowo pojawia się naprawdę sporo sytuacji zabawnych. Dzięki temu wychodząc z teatru (kina) będziemy uzbrojeni w większą świadomość w temacie autyzmu, ale nie będziemy tą wiedzą przygnębieni.
Nie ma co oszukiwać, że ten spektakl nie robiłby takiego wrażenia gdyby nie odtwórca głównej roli. Luke Treadaway jest absolutnie genialny w roli Christophera, a to naprawdę kawał ciężkiej postaci do zagrania - w tej roli można było łatwo przesadzić albo zagrać zbyt jednostajnie. Luke sprawdził się idealnie, nawet kiedy wypluwa z siebie masę tekstu z szybkością karabinu maszynowego to robi to w tak absorbujący sposób, że wręcz spija się słowa z jego ust. Geniusz. Na drugim planie na pewno wybija się jego ojciec, który zagrany jest niejednoznacznie. Czasami mu kibicujemy, czasami kompletnie się z nim nie zgadzamy. Mile też wspominam rolę Uny Stubbs. Przez cały spektakl zastanawiałam się skąd znam tę aktorkę i teraz już wiem - toż to pani Hudson z telewizyjnego Sherlocka!
źródło
Spektakl Dziwny przypadek psa nocną porą nie kusił mnie tak jak inne tytuły retransmitowane w ramach NT Live. Brak tutaj głośnych nazwisk, brak klasycznych dramaturgów, a po zwiastunie można spodziewać się dość kameralnego przedstawienia. Okazał się jednak jednym z najlepszych. Spektakl w rękach reżyserki, Marianne Elliott, przybrał formę ciepłej historii. Marianne podchodzi do każdej z postaci w sposób empatyczny, starając się ją zrozumieć. Rzadko zdarza się w tak prosty i prawdziwy sposób pokazać realia życia bohatera, borykającego się z chorobą autyzmu. Nie brak tu też dobrego budowania akcji dramatycznej, momentów pełnych napięcia i świetnych pomysłów realizacyjnych. Przedstawienie wzrusza, bawi, uczy, angażuje i ... po prostu zachwyca. Nie ma się co dziwić, że zdobyło siedem Oliverów (brytyjskie nagrody teatralne). I chociaż nagranie, które oglądałam zostało zarejestrowane ponad 5 lat temu, to spektakl nie postarzał się ani trochę i jest nadal bardzo aktualny.

Uwierzcie, że warto wybrać się na Dziwny przypadek psa nocną porą do kina. W sieci Multikino będzie jeszcze retransmitowany 11ego grudnia. Polecam zarezerwować bilety, nie pożałujecie!


Moja ocena: 9/10




niedziela, 9 września 2018

Sierpniowa micha filmów

Tak jak obiecałam staram się wrócić do systematycznego pisania o filmach. Dzisiaj trochę o tytułach, które zobaczyłam w ciągu ostatniego miesiąca.
Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA


Mamma Mia! Here We Go Again (2018)

źródło
Może Abba nie była zespołem mojej młodości, ale mam do tej szwedzkiej grupy spory sentyment. Rodzice bardzo lubią, a klubowe imprezy wciąż potwierdzają, że to nieśmiertelna muzyka taneczna do której każdy potrafi zatańczyć. Pierwsza część musicalu okazała się świetną rozrywką ze wspaniałą obsadą, która sprawiła, że oglądanie było taką przyjemnością. W drugiej zabrakło... cóż, wielu rzeczy.
Sophie (Amanda Seyfried) zachodzi w ciążę i poznaje historie z młodości swojej matki – szczególnie o czasie, w którym była ona w ciąży. 
Druga część tego głośnego musicalu powstała jedynie dla dodatkowego nabijania kieszeni twórców. Nie miałabym nic przeciwko temu, jeżeli wykazaliby chociaż iskierkę oryginalności i przyłożyliby się do napisania ciekawego scenariusza. Jednak tutaj to jeden wielki bełkot i wyciskanie z historii jedynki wszystkiego, co możliwe. Tak naprawdę fabuła zamyka się na tym, że Sophie otwiera hotel i w związku z tym organizuje przyjęcie. Cała reszta to powielanie historii z pierwszej części (wspomniane przygody Donny z trzema mężczyznami) bądź wątki wciskane na siłę, może tylko po to, żeby dopasować piosenkę (wszystko co dotyczy babki Sophie). Skutkowało to tym, że zamiast uśmiechać się z przyjemnością, podśmiewywałam się z coraz to dziwniejszych pomysłów twórców. Problem leży też gdzieś indziej - słabej fabuły nie uratuje tym razem gwiazda pokroju Meryl Streep. Niestety, Lily James, którą zdążyłam już polubić jako nową i ciekawą twarz w Hollywood, kompletnie nie radzi sobie z postacią Donny. Jej energia wydaje się wymuszona i nienaturalna, co gryzie się z tym, co widzieliśmy w wykonaniu Streep w pierwszej części. Tak samo jest z trójką młodych mężczyzn, którzy towarzyszą Donnie. Już nie wspomnę o tym, że muzycznie jest o wiele słabiej. Piosenki nie mają już tej pary, nie są takie energetyczne co w pierwszej części. I to nie dlatego, że są mniej popularne czy ich tempo jest bardziej powolne. Po prostu młodzi aktorzy sobie z nimi nie radzą. Pierwsza iskra rozrywki pojawia się kiedy piosenkę dostaje Julie Walters, Christine Baranski i Amanda Seyfried - wtedy poczujemy znowu klimat z pierwszej części. Szkoda tylko, że większość czasu zabiera historia młodej Donny, bo kiedy tylko pojawia się stara obsada to od razu poziom filmu się podnosi. Doświadczeni aktorzy pokazują, że nie trzeba robić za dużo, żeby sprzedać nam autentyczną historię.
Trochę się rozpisałam, więc podsumowując - druga część nie wnosi nic nowego do fabuły, jest słabiej zagrana i zaśpiewana, a do tego pojawiają się tak bezsensowne wątki jak ten z babcią, graną przez Cher (ta peruka - no po prostu nie.). To, co film ratuje, to starsza część obsady, która niezmiennie podwyższa poziom całości, a dodatkowo widać, że dobrze się przy tym bawi. Wiem, że wielu osobom film się podobał, więc oglądajcie, ale na własną odpowiedzialność.

Moja ocena: 4/10

Też go kocham (2018)

źródło
Raczej nie chadzam do kina na komedie romantyczne. Postanowiłam jednak zrobić wyjątek dla jednego, szczególnego pana. Ethan Hawke podbił moje serce w trylogii Linklatera i od tej pory za każdym razem gdy widzę jego nazwisko w obsadzie to mam ochotę obejrzeć dany film.
Annie (Rose Byrne) mieszka w sennym miasteczku na wybrzeżu Anglii. Jej chłopak Duncan (Chris O'Dowd) jest nauczycielem i ma totalną obsesję na punkcie Tuckera Crowe'a (Ethan Hawke) – muzyka, który po spektakularnym debiucie dosłownie zapadł się pod ziemię. 
To jest dość gorzka historia, ale zgrabnie napisany scenariusz nie pozwala nam wynieść z kina samych negatywnych emocji. Prawdziwe życie dopada bohaterów, związki się rozpadają, rodziny borykają się z różnymi problemami, a dwójka osób nie potrafi znaleźć nici porozumienia, która kiedyś im towarzyszyła. Jednak na każde zamknięte drzwi czeka jakieś otwarte okno. Nie jest to może nic oryginalnego, film nie sprawi, że serce zacznie nam mocniej bić albo pochylimy się dłużej nad jakimś problemem. Jednak oglądało się go po prostu przyjemnie. Świetny jest tutaj klimat Anglii, te małe uliczki, senne, nadmorskie miasteczko i piękny akcent aktorów. Widać, że bardzo dobrze w kreowaniu postaci bawi się O'Dowd, który często sprawia wrażenie nastolatka zamkniętego w ciele dorosłego. Rose Byrne radzi sobie równie dobrze, chociaż jej postać skrojona jest w taki sposób, żebyśmy mogli jej kibicować. Hawke jak zawsze świetny, tutaj nie ma co mówić. Fabuła filmu została oparta na prozie autorstwa Nicka Horby'ego o tytule Juliet, naga. Taki też jest oryginalny tytuł filmu, ale oczywiście polska publiczność chętniej wybierze się do kina na coś, co nazywa się Też go kocham - chyba nikogo już te zagrywki dystrybutorów nie dziwią. Wracając jednak do oryginału historii, warto nadmienić, że Nick Horby był autorem znanych scenariuszy do takich tytułów jak: Była sobie dziewczyna (An education), Dzika droga (Wild) czy Brooklyn. W porównaniu z tamtymi filmami Też go kocham wypada trochę blado, ale wciąż jest to jedna z przyjemniejszych komedii romantycznych, jakie ostatnio oglądałam.

Moja ocena: 6/10

Płoty (2016)

źródło
Dla tego tytułu posypały się nominacje do Oscarów 2017, a nawet jedna wygrana w postaci Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej - Violi Davis. Jakoś wtedy nie było mi dane go obejrzeć, więc pokornie nadrobiłam ze sporym poślizgiem.
Pittsburg, lata 50. Film "Płoty" jest szczerym, pełnym pasji spojrzeniem na życie Troya Maxsona (Denzel Washington). Afroamerykanina, byłego baseballisty i na jego zmagania, by zapewnić byt i godziwe życie najbliższym we wrogim świecie prześladowań rasowych. 
Od razu mogę przyznać, że nie żałuję tak długiej zwłoki, bo film jednak bardziej rozczarował niż oczarował. Scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej, za reżyserię zabrał się Denzel Washington, który też zagrał w nim główną rolę. Jak dla mnie na obu pozycjach sprawdził się raczej średnio. Filmowi brakuje jakiegoś dodatkowego kopa, czegoś, co sprawiłoby, że zaczęlibyśmy przejmować się dolą bohaterów, która do wesołych nie należy. I to nie chodzi o powolną akcję, bo ja często takie „nudne” filmy bardzo lubię. Po prostu między nami nie zaiskrzyło, a nawet pod koniec oglądałam już dość nieuważnie. Całość ratuje faktycznie Viola Davis, która oddaje postać fantastycznie - nawet gdy milczy jej wzrok nadrabia za wszystkie niewypowiedziane słowa. Z ogromnej sympatii do Manchester by the sea wolałabym, żeby Oscara zgarnęła wtedy Michelle Williams, ale Viola na pewno nie była złym wyborem. Za to do Denzela jakoś przekonana nie jestem - to nie była prosta postać do zagrania, bo ogólny jej wydźwięk był raczej negatywny. Człowiek bardzo złożony, walczący z wieloma demonami przeszłości i teraźniejszości w wykonaniu Washingtona wypadł dość blado. Podobnie jest na drugim planie, gdzie oprócz Violi trudno doszukać się ciekawie zagranej postaci. Także podsumowując, Płoty nie porwały mnie, był to niezły film na podstawie dobrego scenariusza z jedną ciekawą rolą. Można obejrzeć, ale na własną odpowiedzialność.

Moja ocena: 6/10

Dobry rok (2006)

źródło
O filmie usłyszałam niechcący. Pewna dziewczyna polecała go z całego serca - bo o Prowansji, o dobrym winie, ze świetną obsadą. Zdziwienie przyszło kiedy zobaczyłam reżysera. Bo Ridley Scott kojarzy mi się raczej z filmami ciężkimi, w końcu to człowiek, który stał za sukcesem takich dzieł jak Gladiator czy Blade Runner. Tutaj natomiast całkiem inna odsłona i film z rodzaju fell good movies.
Brytyjski biznesmen (Russel Crowe) dziedziczy prowansalską winnicę wuja i na nowo odkrywa czar miejsca, w którym jako dziecko spędził dużo czasu.
Bardzo potrzebowałam lekkiej komedii romantycznej i Dobry rok sprawdza się w tej kategorii idealnie. Przede wszystkim wrażenie robią przepiękne krajobrazy Prowansji, klimat jest taki, że mamy ochotę od razu pakować walizki i wyjeżdżać. Tym bardziej dziwi postawa głównego bohatera, który postanawia bez skrupułów pozbyć się pięknego, zabytkowego domu z ogromną winnicą. W tej roli Russel Crowe, który sprawdza się dobrze, szczególnie w scenach rozgrywających się w jego miejscu pracy. Dodatkowym atutem są oczywiście Marion Cotillard i młody Freddie Highmore na drugim planie, którzy dorzucają swoją porcję charyzmy. Jeżeli chodzi o scenariusz, to nie spodziewajmy się fajerwerków. Będzie banalnie i schematycznie (czego się spodziewaliście po lekkiej komedii romantycznej?), czasami wyczuwalne są też dziury w budowaniu postaci. To po prostu przyjemny film, który może umilić leniwy wieczór, koniecznie z kieliszkiem francuskiego wina. Ostrzegam tylko, że może zachęcić do rezerwowania biletów lotniczych!

Moja ocena: 7/10

Do wszystkich chłopców, których kochałam (2018)

źródło
O tym filmie było tak głośno na Instagramie, że trudno było nie zauważyć jego premiery na Netflixie. Takie nastolatkowe filmy oglądam raczej rzadko, zazwyczaj kiedy nie mam siły myśleć i chcę włączyć coś odmóżdżającego. Kończy się to tak, że żałuję straconego na nie czasu. Tym razem jednak było inaczej.
Lara Covey (Lana Condor) przechowuje swoje listy miłosne w pudełku na kapelusze, które dostała od mamy. Pewnego dnia okazuje się jednak, że jakimś cudownym sposobem zostały wysłane. Od tej chwili wszystko w życiu Lary staje na głowie i wymyka się spod kontroli.
Wydaje mi się, że masa jest bardzo słabych filmów dla nastolatków. Takich, które wręcz psują dzisiejszą młodzież bądź są naiwne do bólu. W przypadku Do wszystkich chłopców, których kochałam broni się przede wszystkim fabuła. Scenariusz został napisany na podstawie książki o tym samym tytule, a właściwie to serii książek. W Polsce wydano do tej pory jedynie tom pierwszy, ale po sukcesie filmu oczywiście postanowiono kontynuować tę serię. Ja raczej po nie nie sięgnę, ale przy oglądaniu ekranizacji spędziłam miło czas. Oczywiście, nie brak tutaj wyświechtanych motywów - główna bohaterka to szara myszka, która uważa się za nieatrakcyjną i preferuje życie gdzieś na obrzeżach szkolnego społeczeństwa, a zainteresuje się nią szkolny przystojniak. Jednak dialogi są na tyle dobrze rozpisane, że trudno nie uwierzyć w tworzącą się tam więź. Na dodatek zgrabnie poprowadzone są wątki poboczne. Do gustu przypadła mi siostrzana część - jako że matka bohaterki nie żyje, to rolę mentorki przejęła jej starsza siostra, która akurat wyjeżdża na studia. Piękna jest ta więź między trzema dziewczynami. Dobre wrażenie zostawia po sobie również załoga aktorska. Lana Condor w głównej roli radzi sobie bardzo dobrze, jest urocza i sympatyczna (chociaż ciężko uwierzyć, że uważa siebie za nieatrakcyjną). Cudowny jest partnerujący jej Noah Centineo, który mimo dość typowego wyglądu potrafi złamać stereotyp szkolnego popularnego sportowca. Podsumowując, to naprawdę dobry film dla nastolatek.

Moja ocena: 7/10


Iniemamocni 2 (2018)

źródło
Iniemamocni to jedna z bajek, którą jakimś cudem ominęłam będąc dzieciakiem. Nadrabiałam dużo później, jako nastolatka (animacje kocham oglądać po dziś dzień, więc nie ma co się dziwić). Pamiętam, że nie podbiła wtedy mojego serca. Z częścią drugą jest lepiej, ale to nigdy nie będzie szczególny dla mnie tytuł.
Podczas gdy Bob Parr zmaga się z problemami wychowawczymi swoich dzieci, jego żona Helen, znana także, jako Elastyna, realizuje swe aspiracje, podejmując pracę w lidze antyprzestępczej.
Iniemamocni 2 to na pewno ciekawe podejście do superbohaterów - do pewnego momentu rzadko mówiło się o negatywnych skutkach istnienia osób z supermocami. Teraz jest to już bardziej powszechne, a superbohaterowie coraz częściej wspominają o emeryturze i odkładaniu kostiumu do szafy (Watchmen. Strażnicy czy nawet marvelowska Wojna bohaterów). W Iniemamocnych główną rolę gra jednak rodzina i to największy plus produkcji. Każda postać z tej oryginalnej familii jest ciekawa i charakterystyczna. Często będzie dochodzić do kłótni, ale finalnie widzimy obrazek kochających się ludzi. W przypadku drugiej części będziemy mogli przyjrzeć się staraniom taty, Boba, w prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci. Będzie musiał przebrnąć przez zadania z matematyki, nastoletnie perypetie miłosne, a przede wszystkim przez proces pokazywania się mocy małego Jack-Jacka. To były chyba najmocniejsze momenty filmu, które angażowały w stu procentach, bawiły i rozczulały. Reszta skupia się na pogodni za złoczyńcą, czyli typowe animowane kino akcji, z zaskoczeniem, które można przejrzeć dużo wcześniej i wieloma momentami, w których animatorzy mogli pochwalić się swoim talentem. Ta część była mi mniej bliższa niż perypetie domowe. Na pewno jest to animacja, którą można obejrzeć - jej realizacja zrobi wrażenie, szczególnie w scenach pościgów i walki ze złem, a największa siła leży w pięknych, rodzinnych relacjach. Dla mnie bez fajerwerków, ale przyjemnie.

Moja ocena: 7/10



Być jak Flynn (2012)

źródło
Ostatnio rzadko zdarza mi się trafić na film, który prawdziwie zaskoczy. Po którym oczekuje się niezłego kina, a otrzymuje się coś o wiele więcej. Tak miałam właśnie z Być jak Flynn, bardzo mało popularnym filmem, raczej ocenianym na średniaka. Mnie natomiast kupił.
Adaptacja autobiograficznej książki Nicka Flynna. Młody człowiek (Paul Dano) podejmuje pracę w schronisku dla bezdomnych. Wkrótce zawita tam jego ojciec (Robert de Niro).
Zacznijmy od tego, że włączając go nie wiedziałam o nim zupełnie nic. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy na ekranie zaczęli pojawiać się tak genialni aktorzy! Robert de Niro, Paul Dano i Julianne Moore to nazwiska, które raczej powinno się znać, a wszyscy pojawili się w jednym, mało popularnym filmie. Nie będę ukrywać, że w tym miłym zaskoczeniu ogromną rolę odegrali właśnie aktorzy, którzy podnieśli jakość tego obrazu. Sama historia oparta jest na pamiętniku Nicka Flynna, czyli dostajemy fabułę opowiadającą nam o życiu pisarza. Cóż, chłopak zdecydowanie nie miał łatwo - rozbity związek rodziców, matka pracująca na dwie zmiany i poświęcająca synowi całą resztę energii, ojciec artysta, który porzucił rodzinę i skupił się na pisaniu swojego arcydzieła. To jednak tylko początek tej historii, bo Nick będzie kilkukrotnie wpadał na swojego tatę, w różnych momentach swojego życia, a każde takie spotkanie będzie owocowało ciekawą wymianą zdań i masą różnych emocji. Piękny jest tutaj wątek schroniska dla bezdomnych, praca tam pokazana jest ciężka, ale jednocześnie bardzo wdzięczna. De Niro natomiast pokazuje kawał świetnego aktorstwa, podobno podczas przygotowywania się do roli wpadł w pełnej charakteryzacji do hotelu, którego jest współwłaścicielem, a ochrona nie wpuściła go do środka! Paul Dano to dość specyficzny aktor, który albo zaczaruje albo zmęczy. Mnie zdecydowanie pociąga jego charakterystyczna gra. Moore jak zawsze genialna. Bardzo dobrze sprawdza się także drugi plan. Mogę tylko powiedzieć, że warto zobaczyć ten mało znany film - chociażby dla wspaniałego aktorstwa. A może i fabuła porwie Was tak jak i mnie.

Moja ocena: 8/10



Oprócz tego obejrzałam:

  • Brudny Harry (1971) - klasyk gatunku, z Clintem Eastwoodem w niezapomnianej roli inspektora, który nie boi się ubrudzić rąk. Wstyd przyznać, ale mnie momentami nudził - chyba się trochę brzydko zestarzał. Za to świetna rola psychopatycznego Skorpiona! 6/10
  • Zakochany Molier (2007) - francuski humor jest dość specyficzny, a ja zazwyczaj muszę mieć na niego ochotę, żeby przez film przebrnąć. Zakochany Molier był całkiem niezły, z ładną scenografią i przeplatanymi wątkami z twórczości autora. Nie jest to jednak film wybitny. 6/10
  • Cadillac Records (2008) - film wziął sobie na warsztat bardzo ciekawy temat wytwórni Chess Records, gdzie nagrywały takie gwiazdy jak Muddy Waters czy Etta James. Niestety wpada w sidła typowej hollywoodzkiej produkcji, idzie wytartymi schematami i nie zaskakuje. Poziom podwyższa Adrien Brody i cudowna muzyka, ale Beyonce jednak nie nadaje się na aktorkę, mimo pokaźnego talentu muzycznego. 7/10

A co Wy ostatnio widzieliście?

sobota, 1 września 2018

Polskie legendy w magicznej odsłonie - „Stara baśń” Józef Ignacy Kraszewski



*Stara baśń*
Józef Ignacy Kraszewski

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* literatura polska
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1876
*Liczba stron:* 395
*Wydawnictwo:* MG
Każdy żyje, jako woli, a do kupy się zebrać i w kupie zespolić - najtrudniejsza rzecz.  

*Krótko o fabule:*
Władzę sprawuje okrutny kneź, Chwostek, oraz jego żona – Niemka Brunhilda. Oboje marzą o wprowadzeniu władzy absolutnej, podobnej do tej, jaką mają władcy w Niemczech. Nie odpowiada to miejscowym kmieciom nawykłym do poszanowania swobód przez rządzących. Kneź pewny swojej siły działa coraz bezwzględniej. Kiedy wybucha bunt, wzywa na pomoc niemieckich popleczników.
- opis wydawcy 
*Moja ocena:*
Każdy z nas zna legendę o Wandzie, co nie chciała Niemca albo o Popielu zjedzonym przez myszy. Te historie z minionych czasów niezmiennie fascynują młodych ludzi, którzy poznają je jako początki powstawania państwa polskiego. Mnie akurat bardzo wciągały i zawsze z przyjemnością chłonęłam wszystko co dotyczyło tak zamierzchłych czasów. Stara baśń nie była moją lekturą szkolną, więc sięgnęłam po nią po raz pierwszy dopiero teraz.

Józef Ignacy Kraszewski kojarzył mi się najbardziej jako autor znanego wiersza - Dziad i baba. Przeżyłam spore zaskoczenie kiedy dowiedziałam się jak bardzo płodny to był pisarz. Ponad 220 powieści, 150 opowiadań, nowel, do tego utwory dramatyczne, zbiory wierszy i wiele innych. Trafił nawet na listę rekordów Guinnessa jako autor największej liczby powieści. Podobno trzymał bardzo mocną dyscyplinę - wstawał codziennie o 8 rano, do wieczora spędzał czas na czytaniu, grze na fortepianie, a o 19 siadał do biurka i pisał do 2 w nocy.

Początek Starej baśni jest dość ciężki, nie ma co się oszukiwać. Rozumiem, że wiele osób może odstraszyć na dobre od czytania lektur. Staropolski język, sporo opisów, niezrozumiałych zwrotów - wszystko to nie sprzyja miłemu rozpoczęciu przygody. Na szczęście ja sięgnęłam po książkę dobrowolnie i postanowiłam trwać przy postanowieniu dotarcia do jej końca. Wyszło na dobre, bo po kilkudziesięciu stronach czytelnik do języka się przyzwyczaja, a akcja zdecydowanie nabiera rozpędu. Dlatego na pewno nie warto się zrażać na początku, uwierzcie mi na słowo - im dalej, tym lepiej!

zdjęcie z ekranizacji, źródło
Przede wszystkim Kraszewski wspaniale oddał klimat tamtych czasów, przekazał jak wyglądało codzienne życie Polan, jakie wykonywali prace, jak wyglądały ich wierzenia. Postaci słowiańskich bogów często się tutaj przewijają, duchowość jest bardzo ważnym aspektem - wierzy się we wróżby i obawia kobiet, uważanych za czarownice. Podobało mi się, że mogliśmy zaznajomić się z tradycją związaną z odbywaniem wesela, a także pogrzebu (w tamtych czasach zmarłych palono, a kobiety często wchodziły na stos za swoimi mężami - przerażające). Te fragmenty były niezwykle interesujące. Dla równowagi, pojawiały się momenty, które trochę mniej mnie frapowały. W ogóle wydaje mi się, że powieść jest trochę nierówna - chwilami łapie za gardło i mocno trzyma, innym razem trochę przynudza albo skupia się na mniej interesujących watkach.

Podobał mi się pomysł na przeplatanie dwóch głównych osi fabularnych - walki kmieci z Chwostkiem i wątek romantyczny Domana z Dziwą. Przyznam, że oba były naprawdę wciągające i angażujące. Kraszewskiemu zdarzało się dość często zbaczać z drogi i opisywać sporo wątków pobocznych, co wychodziło różnie. Muszę jednak zaznaczyć, że bardzo podobały mi się niektóre poboczne postaci, jak Znosek czy wiedźma Jarucha. Byli to bohaterowie, których zawsze witałam z rosnącym zainteresowaniem.

Ogólnie po przeczytaniu tej książki nasuwa mi się porównanie do współczesnej fantastyki. Mamy na pierwszym planie walkę z tyranem, którego wspiera żona, pochodząca z innego kraju. Mamy bunt w państwie, ludzi spotykających się na wiecach i zdecydowanych iść na wojnę ze swoim władcą. Mamy też wątek miłosny, gdzie mężczyzna - odważny wojownik zakochuje się w pięknej kobiecie, która przysięgła życie służbie bogom. I chyba właśnie dlatego ta książka sprawiła mi po prostu masę zabawy podczas czytania. Na dodatek fakt, że opiera się jednak na naszej historii dodaje do tego kolejną szczyptę ekscytacji.

Stara baśń to książka, którą każdy Polak powinien przeczytać, ale niekoniecznie pod przymusem. Po prostu warto ją poznać, zaznajomić się z naszą historią, poprzebywać w towarzystwie przodków, dowiedzieć się o ówczesnych obyczajach. Może nie jest to arcydzieło, kilka spraw tutaj kuleje (np. postaci są w większości jednowymiarowe), ale moim zdaniem to wciąż bardzo dobra zabawa. Już nie wspominając o tym, ile dzisiejszych cech naszego krajana można zobaczyć w zachowaniu bohaterów Starej baśni.

Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.


środa, 22 sierpnia 2018

Prawdziwa twarz Thora, Lokiego i Odyna - „Mitologia nordycka” Neil Gaiman



*Mitologia nordycka*
Neil Gaiman

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Norse Mythology
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* zbiór mitów
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 228
*Wydawnictwo:* MAG

"Loki był mężem nadobnym i świetnie o tym wiedział. Ludzie chcieli go lubić, pragnęli mu wierzyć, był jednak w najlepszym razie niegodny zaufania i samolubny, a w najgorszym podstępny i zły."
*Krótko o fabule:*
Gaiman sięga w odległą przeszłość, do oryginalnych źródeł tych opowieści, by przedstawić nam nowe, barwne i porywające wersje największych nordyckich historii. Dzięki niemu bogowie ożywają – pełni namiętności, złośliwi, wybuchowi, okrutni – a opowieść przenosi nas do ich świata – od zarania wszechrzeczy, aż po Ragnarok i zmierzch bogów.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Dzięki popularności filmów spod szyldu Marvela każdy dzieciak powie nam kim jest Thor i Loki. Nie musimy się długo zastanawiać nad tym, kto dzierży słynny młot, Mjollnir, a kto jest mistrzem sprytu i prowadzenia gierek. Jednak znamy tylko powierzchownie te postacie przypominające bardziej superbohaterów o nadprzyrodzonych mocach. W Mitologii nordyckiej Neila Gaimana poznamy panteon bogów, historię powstania świata, a także prawdziwe oblicza bohaterów, znanych z popkultury.

Gdybym prowadziła ranking to Neil Gaiman znajdowałby się zapewne w mojej trójce najlepszych pisarzy fantastyki. Uważam, że to jeden z bardziej oryginalnych i piekielnie uzdolnionych twórców. Myśli nieszablonowo, a jego pióro jest lekkie i po prostu mnie oczarowuje. Wciąż staram się powoli dawkować jego twórczość, żeby nie obudzić się kiedyś z przeświadczeniem, że wszystko mam już za sobą. Mitologia nordycka to jego najświeższe dzieło i chyba pierwszy raz zdarzyło mi się trochę jego książką rozczarować.

To nie jest tak, że źle mi się ją czytało. Mitologie w ogóle zajmują ciepłe miejsce w moim serduchu (zauważcie ile współczesnych twórców z nich czerpie - to prawdziwe skarbnice wiedzy i inspiracji!). To od mitologii greckiej zaczęła się moja miłość do fantastyki i wszystkiego, co odbiega od szarej rzeczywistości. Dlatego trochę się napaliłam, że ta książka będzie czymś wspaniałym, szczególnie że napisał ją Gaiman. Niestety, nie wstrząsnęło mną tak, jak się spodziewałam. Wszystko za sprawą tego, że to po prostu mitologia. Bardzo sprawnie napisana, ciekawa, ale jednak dość zwyczajna. Gaiman nie pozwolił tutaj sobie na wiele twórczej dzikości, po prostu postawił sobie za cel opowiedzieć nam znane mity i trafić do jak najszerszej publiczności. To mu się oczywiście udało, ale spodziewałam się czegoś z faktorem „wow”.
źródło
Przejdźmy jednak do samej treści, która jest naprawdę warta poznania. To tak różna mitologia, jej bogowie są o wiele bardziej twardzi, silni i hardzi. Świat przedstawiony na początku wydaje się bardzo skomplikowany - miałam problem z połapaniem się wśród tych dziwnych nazw i ich przeznaczenia. Później jednak oswoiłam się z ogromnym wężem Jormungundrem, dzieckiem Lokiego, który owijał się swoim cielskiem wokół Midgardu czy z tym, że niebo nad nami to tak naprawdę wnętrze czaszki Ymira. Treść niektórych mitów naprawdę zaskakuje - rozwiązania zagadek bywają oryginalne i wymyślone z rozmachem. Problem tylko w tym, że to zasługa spuścizny po przeszłych czasach, a nie samego autora. Opowieściom czasami brakuje więcej ciepła i pewnego podkolorowania, pozostają dość suchymi historiami z życia bogów.

Za to po lekturze ciekawie zmienia się nam pogląd na znane wcześniej postaci. Zaczynając czytanie wyobrażałam sobie bogów w skórach aktorów filmowych. Jednak szybko się okazało, że cwany, acz kochany Loki, grany przez Toma Hiddlestona, różni się od wersji papierowej. Prawdą jest, że niemal wszystkie złe wydarzenia w świecie bogów miały miejsce z winy Lokiego. To on najpierw namącił i napsuł, a później naprawiał i oczekiwał podziękowań. Wyjątkowo negatywnie wypada, szczególnie biorąc pod uwagę jego rolę w Ragnaroku, czyli zmierzchu bogów. Warto też wspomnieć, że w wielu miejscach mitologiczne historie bardzo różnią się od tych filmowych - chociażby przekłamana historia z Hel. To jednak wypada na plus, bo możemy poznać prawdziwe oblicze opowieści, które zainspirowały twórców.

Mitologia nordycka jest tym, na co wskazuje tytuł, ale niestety niczym więcej. To zbiór mitów, zręcznie spisanych przez Neila Gaimana, ale pozbawionych jego twórczości. Na pewno warto się z nią zapoznać, szczególnie, że to mniej znana mitologia, a opowieści w niej zawarte przechodzą od skomplikowanych i dość ciężkich, po prawdziwie fascynujące perełki. Mnie najbardziej podobały się historie: Skarby bogów (dowiemy się skąd wzięły się słynne atrybuty bogów), Mistrz budowniczy (o tym jak powstał słynny mur i o tym, czego wstydzi się Loki) i Śmierć Baldera (z bardzo smutnym żartem Lokiego). Podsumowując, warto znać, ale na długo w pamięci raczej nie zapadnie.

Moja ocena: 6/10



czwartek, 16 sierpnia 2018

#KącikAliny - 6 ważnych dla mnie książek

Pamiętacie jeszcze wpisy z cyklu #KącikAliny? Tak tylko przypominam, że w tych notkach wypowiada  się gościnnie moja siostra, najczęściej o literaturze w języku angielskim (ze względu na wybrane studia), ale każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Oddaję jej głos, a Was zapraszam do czytania!



Sześć ważnych dla mnie książek


6) Never Let Me Go Kazuo Ishiguro


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* dystopia, science-fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 282
*Wydawnictwo:* Faber and Faber 


„Kathy, Ruth i Tommy uczą się w elitarnej szkole z internatem - idylicznym miejscu w sercu angielskiej prowincji. Nauczyciele kładą tu wielki nacisk na twórczość artystyczną i wszelkiego rodzaju kreatywność. Tym, co odróżnia tę szkołę od innych jest fakt, że żaden z uczniów nie wyjeżdża na ferie do rodziny. Życie w Halisham toczy się pozornie normalnym trybem: nawiązują się młodzieńcze przyjaźnie, pierwsze miłości, dochodzi do konfliktów między uczniami a nauczycielami. Stopniowo w wyniku przypadkowych napomknień i aluzji, wychodzi na jaw ponura, zarazem przerażająca tajemnica…”  
- opis polskiego wydawcy    


W tej powieści zakochałam się już od pierwszych stron. Wyzbyta z prawie jakichkolwiek uczuć, za to pełna niedomówień i subtelnych wskazówek, narracja Kathy wspaniale wpisuje się w historię, którą opisuje. A jest to historia zgoła zaskakująca, o której szczegółach dowiadujemy się powoli, wraz z postaciami książki. Wywołuje to poczucie empatii, zarazem nieustannie zmuszając do zastanowienia się nad kierunkiem, w którym zmierza ludzkość
To nie jedna z tych dystopijnych powieści, gdzie protagonista walczy z totalitarnym, uciskającym go systemem. I choć w Never Let Me Go pojawiają się momenty zawahania i niepewności, to żadna z postaci nie bierze nawet pod uwagę walki czy choćby ucieczki, co tylko wzmaga aurę niepokoju.  
Jednak to bohaterowie są najważniejsi w tej powieści, a są oni niesamowicie prawdziwi. Popełniają błędy - większe lub mniejsze - podczas wspólnych lat spędzonych w Hailsham, próbują odnaleźć się w prawie obcym dla nich świecie i błądzą musząc wybrać pomiędzy przyjaźnią, a miłością. 
I głównie dlatego, gdy nadszedł czas wyboru tematu pracy licencjackiej, nie musiałam się długo zastanawiać. Never Let Me Go już zawsze będzie dla mnie miało wartość sentymentalną.   

„It’s like walking past a mirror you’ve walked past every day of your life, and suddenly it shows you something else, something troubling and strange.” 

5) Woman’s World Graham Rawle


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* literatura multimodalna, kolaż
*Forma:* powieść / powieść graficzna
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 437
*Wydawnictwo:* Counterpoint


„Whether it's choosing the right girdle or honing her feminine allure, Norma Fontaine measures life by the standards set in women’s magazines. But she discovers that the real world is less delightful, and more sinister, than portrayed in the glossies. When dark secrets threaten her brother’s blossoming romance, Norma must decide whether to sacrifice life in a woman's world for the sake of her brother’s happiness. As her decision is slowly revealed, readers realize that, like life in the magazines, Norma isn’t quite what she seems.” 
- opis wydawcy    


Graham Rawle pracował 5 lat nad stworzeniem tego arcydzieła. Używając wycinek z magazynów dla kobiet z lat 60-tych, zdołał opowiedzieć intrygującą opowieść wykorzystując pojawiające się w magazynach w nadmiernych ilościach banały, i reklamy, wspaniale wpisujące się w historię Normy. I bez wycinek, fabuła byłaby porywająca, ale dzięki nim ta książka szybko znalazła miejsce na mojej liście faworytów. Mojemu podziwu nie ma końca i za każdym razem, gdy sięgam po tę książkę zdaję sobie sprawę z geniuszu Rawle’a.   
Może właśnie dlatego spotkanie z nim twarzą w twarz było dla mnie wielkim wydarzeniem i sprawiło, że zapomniałam o całym świecie. Przy takim mistrzu nie dziw, że ciężko było cokolwiek powiedzieć, a same słowa podziwu wydawały mi się za bardzo trywialne. Graham Rawle był jednak na tyle miły, że z radością podpisał nie tylko mój egzemplarz Woman’s World, ale również plakat zapowiadający jego przyjazd.  

„As a woman, you must never look less than your loveliest.” 

4) The Unconsoled Kazuo Ishiguro


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* speculative fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1995
*Liczba stron:* 535
*Wydawnictwo:* Faber and Faber 


„Ryder, światowej sławy pianista, przybywa do bezimiennego miasta gdzieś w Europie, by dać koncert w tutejszej filharmonii. Napotkani mieszkańcy wydają się czegoś po nim oczekiwać, choć zupełnie nie tego, czego mógłby się spodziewać. Czy młoda kobieta z synkiem, z którą zgadza się porozmawiać na prośbę jej ojca, boya hotelowego, jest w rzeczywistości jego partnerką życiową? Żoną? Kimś, kogo znał wcześniej? Ryder niewiele pamięta, a strzępki wspomnień okazują się niezbyt wiarygodne. Nieoczekiwanie orientuje się, że nie wie nawet, kto go zaprosił, że znalazł się w obcej sobie, zagmatwanej i wrogiej przestrzeni, w zamkniętym kręgu ludzi, których być może spotkał i miejsc, które być może kiedyś odwiedził. Świecie surrealistycznym, zabawnym i groźnym - po troszę jak z 'Alicji w Krainie Czarów', po troszę jak ze 'Strefy zmroku'. W społeczności miasta zdaje się panować desperacja i zagubienie, zaś Ryder urasta niemal do roli mesjasza, który ma ocalić je przed upadkiem.  ”
- opis polskiego wydawcy


 To książka, którą albo się kocha albo nienawidzi. Zdecydowanie odbiega od innych dzieł noblisty i jest najbardziej eksperymentalną z jego powieści. Wraz z Ryderem próbujemy zrozumieć gdzie dokładnie jesteśmy i dlaczego. Każdy zdaje się go znać, a on natomiast nie poznaje prawie nikogo. Ta książka to istny sen, w którym otwarcie drzwi w restauracji może prowadzić do lasu; gdzie kobieta, która dopiero co była opisywana przez nieznanego mężczyznę okazuje się być żoną Rydera; w którym znikąd pojawiają się mury. Niemal należy zagubić się w tej powieści razem z głównym bohaterem. Czas wydaje się tu podlegać innym prawom, gdzie choćby rozmowa opisana na kilku stronach odbywa się w krótkiej podróży windą.   
Ishiguro zachwycił mnie tą powieścią, która jak dziwny sen intryguje i zaprasza do ponownego przeanalizowania. Powrót do The Unconsoled to już prawie tradycja, którą celebruję z namaszczeniem. Po przeczytaniu książki nigdy nie spotyka mnie zawód i wierze, że tak już pozostanie. 

„It's nonsense to believe people go on loving each other regardless of what happens.” 

3) Head in Flames Lance Olsen


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* literatura multimodalna, kolaż
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2009
*Liczba stron:* 188
*Wydawnictwo:* Widow and Orphan House 



„Head in Flames is an astonishing collage novel composed of chips of sensation, observation, memory, and quotation shaped into a series of narraticules told by three alternating voices, each inhabiting a different font and aesthetic / political / existential space.The first belongs to Vincent van Gogh on the day he shot himself in Auvers-sur-Oise in July 1890. The second to Theo van Gogh (Vincent's brother’s great grandson) on the day he was assassinated in Amsterdam in November 2004. The third to Mohammed Bouyeri, Theo's murderer, outraged by the filmmaker's collaboration with controversial politician Ayaan Hirsi Ali on a 10-minute experimental short critiquing Muslim subjugation and abuse of women.” 
- opis wydawcy    

 Pierwsza książka Lance’a Olsena, którą przeczytałam i od razu się zakochałam. Trzy głosy należące do Vincenta van Gogha, Theo van Gogha i Mohammeda Bouyeri, skupiają się na ostatnich momentach ich życia. Vincent, którego wpisy składają się z fragmentów listów do brata, tytułów jego obrazów, wspomnień rozmów odbytych z innymi malarzami lub mieszkańcami miasteczka. Theo, który rozmyśla o swoim filmie, Britney Spears, przypominając sobie teksty piosenek. Mohammed, rozgoryczony i zdeterminowany by ukarać Theo za film o jego religii, rozpamiętuje nieudane próby asymilacji w nowym kraju, który zdaje się go nie akceptować.   
Lance Olsen sięgnął po ważne tematy śmierci, samobójstwa i morderstwa, tolerancji, asymilacji w nowym kraju i religii, a bawiąc się formą pozostał szczery w przekazie. Zanurzenie się w trzech przeplatających się głosach wydaje się na początku przytłaczające, ale to uczucie szybko mija i zastępuje je zachwyt.   
I choć jest to książka ważna i ciekawa, to miejsce na tej liście, zawdzięcza głównie mojemu spotkaniu z autorem. Lance Olsen oraz jego żona, Andi, to zdecydowanie dwójka najsympatyczniejszych i najbardziej inspirujących osób jakie dane mi było spotkać w ostatnich latach. Zamieniłam z nimi zaledwie kilka zdań, a sprawiły one, że z mocniej bijącym sercem wracam do wspomnień tamtego spotkania. Oboje wykazali się dużą otwartością i życzliwością, a autograf Lance’a to wspaniała pamiątka. 

„Look: I am standing inside the color yellow.”

2) Madame Antoni Libera


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* Bildungsroman, Künstleroman
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1998
*Liczba stron:* 396
*Wydawnictwo:* Znak

„Powieść jest ironicznym portretem artysty z czasów młodości, dojrzewającego w peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych. Narrator opowiada o swoich latach nauki i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą, która uczyła go francuskiego i dała mu lekcję wolności. Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, o wierze w siłę Słowa i o naturze mitu, a także rozrachunek z epoką peerelu. Tradycyjna narracja, nie pozbawiona wątku sensacyjnego, skrzy się humorem, oczarowuje i wzrusza.”  
- opis wydawcy    

 Do tej książki wracam w każde wakacje. Pięknie napisana, pełna ciekawych historii, postaci oraz zabiegów literackich, z odniesieniami do mistrzów literatury. Z narratorem polubiłam się niemal natychmiastowo (i nie tylko dlatego, że mamy urodziny tego samego dnia). Jego determinacja, chęć zostawienia po sobie spuścizny, o której będą opowiadać po latach, od pierwszych stron sprawia, że szczerze chcę by mu się udało. Kibicuję mu i jestem pod wrażeniem, gdy chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o nauczycielce francuskiego, wykazuje się niesamowitą pomysłowością. Jego wypracowanie, w którym dowodzi, że Panna (on) i Wodnik (ona) są sobie przeznaczeni i podaje różne przykłady znanych artystów, to zdecydowanie mój ulubiony fragment powieści.   
Sama historia nauczycielki, która jest pokazywana kawałek po kawałku, staje się coraz bardziej fascynująca. Zaczynając od plotek, przechodzimy do faktów zbieranych przez narratora, który już wcześniej wykazał się zadziwiającą wytrwałością. Libera stworzył powieść, która szybko złapała mnie za serce i narratora, w którym odnalazłam kawałek siebie. 

„Melodia życia jest smutna (…) A jeśli nawet czasem przechodzi w tonację dur, to zawsze kończy się w moll.”

1) Bluets Maggie Nelson


*Język oryginalny:* angielski
*Gatunek:* lyric essay, prose poetry
*Forma:* poezja/powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2009
*Liczba stron:* 112
*Wydawnictwo:* Random House Children's Publishers


„A lyrical, philosophical, and often explicit exploration of personal suffering and the limitations of vision and love, as refracted through the color blue. With Bluets, Maggie Nelson has entered the pantheon of brilliant lyric essayists.”  
- opis wydawcy    


 Moja najświeższa miłość. Książka, która z każdym kolejnym przeczytaniem staje się mi bliższa. Nelson pisze o depresji, stracie, miłości i, oczywiście, kolorze niebieskim. Sam tytuł odnosi się do obrazu Joan Mitchell o tym samym tytule, ale i w książce nie brak odniesień do znanych piosenkarzy, pisarzy i malarzy, u których można znaleźć kolor niebieski.   
Każdy z propositions (tak Nelson nazywa numerowane wpisy) jest jak piękny wiersz, który łączy się z kolejnymi wpisami by stworzyć niesamowite dzieło. Dzięki temu, każdy powrót do tej książki niesie ze sobą możliwość odkrycia czegoś nowego wśród pięknych fraz aż do bólu prawdziwych.   
Kupiona zostałam samym faktem, że jest to książka o moim ulubionym kolorze, jednak gdy czytałam ostatnie zdanie, moje serce biło już jak oszalałe - zostało sprzedane. W jeden dzień wracałam do rozważań o kolorze niebieskim trzy razy, nie mogąc się nasycić. Ta krótka książka szybko stała się najważniejszą i najukochańszą na mojej liście - teraz już nie będę musiała się zastanawiać, którą książkę zabrałabym na bezludną wyspę!  

„When I was alive, I aimed to be a student not of longing but of light.”  

Każda z tych książek jest godna polecenia, niezależnie od tego jakie gatunki literackie mogą nas pociągać. I choć jest to lista całkowicie subiektywna, to wierzę, że można znaleźć tu coś dla siebie.



-------------------------------------------------------------------------------------------------

Ja na pewno coś dla siebie znalazłam i chętnie przeczytam kilka pozycji z tej listy. A Wy? 

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka