piątek, 22 stycznia 2021

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część druga

Już kiedyś o takich miniserialach, które można obejrzeć podczas jednego weekendu pisałam, do wpisu odsyłam -> TUTAJ. Tym razem wszystkie tytuły to zeszłoroczne premiery.


Normalni ludzie (2020), reż. Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Książka autorstwa Sally Rooney Normalni ludzie, wydana w Polsce w zeszłym roku, wzbudziła sporo kontrowersji wśród czytelników. Z każdej strony bombardowały mnie sprzeczne opinie: „najlepsza książka tego roku”, na przemian z „największe rozczarowanie roku”. Miałam już ją nawet w koszyku podczas zakupów, ale w ostatnim momencie stwierdziłam, że może ten romans nie jest wart mojej uwagi. Jednak kiedy na HBO GO pojawiła się ekranizacja, postanowiłam dać jej szansę.

Marianne (Daisy Edgar-Jones) i Connel (Paul Mescal) chodzą do tego samego liceum w małej mieścinie północno-zachodniej Irlandii. Ona się izoluje od kolegów, on ma sporą paczkę znajomych. Chociaż na korytarzach szkolnych nie zamieniają ze sobą nawet słowa, to po zajęciach zaczynają się spotykać i budować wspólną relację.

Pierwszy odcinek od razu uświadomił mi, że fabuła Normalnych ludzi nie będzie szła w stronę, której się spodziewałam. Romans nie zostanie ukazany jako słodkie i urocze pierwsze zauroczenie, a nastolatkowie nie będą infantylni. Tutaj raczej bije z ekranu emocjonalne napięcie i melancholia, pięknie podkreślana od początku przez scenerię chłodnych krajobrazów Irlandii. Spora zasługa sukcesu serialu tkwi w sprawnym montażu, dobrze dobranej muzyce, pięknych ujęciach i świetnie wykonanej pracy aktorskiej. Brawa należą się duetowi reżyserskiemu, bo Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald stworzyli serial, który w swojej prostocie i momentach ciszy potrafi wywołać lawinę emocji (związek dwójki osób najmocniejszy wydaje się nie podczas licznych scen łóżkowych, a raczej kiedy patrzą na siebie przez ekran laptopa). Zresztą budowanie odpowiedniego klimatu to mocna strona reżysera, Lenny Abrahamson do tej pory pokazał na co go stać we wcześniejszych filmach: Frank i Pokój. Normalnymi ludźmi potwierdza, że to twórca, którego karierę warto śledzić. Historia w serialu może jest miejscami nierówna, czasami wciąga bardziej, a czasami mniej, ale potrafi widza zahipnotyzować i zaangażować emocjonalnie. Normalni ludzie naprawdę sprawili, że czułam się jak nastolatka przeżywająca wszystkie wzloty i upadki burzliwej relacji dwójki osób. Chemia między Marianne a Connelem jest niezaprzeczalna i elektryzująca, a aktorzy poradzili sobie z niełatwym materiałem śpiewająco. Oprócz historii miłosnej, która gra tutaj pierwsze skrzypce, wypływa wątek nierówności społecznych. Marienne pochodzi z bogatej rodziny, nie musi martwić się gdzie zamieszka na studiach i czym zapłaci za czynsz, Connel natomiast ciągle myśli jak pogodzić studia z kilkoma pracami dorywczymi. W tej relacji jednak nie ma podziału na stronę beztroską i problematyczną, oboje borykają się ze swoimi demonami, a sprawnie poprowadzone wątki poboczne dają nam w pełni zarysowane sylwetki psychologiczne tej pary. Normalni ludzie to serial zaskoczenie, który oglądałam z przejęciem i całą masą emocji, a dodatkowo zachęcił mnie do przeczytania książki, chociaż teraz boję się, że nie dorówna ekranizacji.

 

Gambit królowej (2020), reż. Scott Frank -> Netflix

liczba odcinków: 7

O tym serialu powiedziano już zapewne wszystko. Zaraz po pojawieniu się na platformie Netfliksa wszyscy go oglądali, wszyscy o nim pisali i wszyscy go polecali. Ja na szczęście rzuciłam się na niego zaraz po premierze, zanim jeszcze zrobił się wokół niego taki szum i mogłam podejść do treści z niczym niezmąconą uwagą. Czy jest w takim razie wart tych wszystkich zachwytów?

Młodziutka Beth Harmon (Anya Taylor-Joy) trafia do sierocińca, w którym dzieciom podaje się leki na uspokojenie, od których dziewczyna szybko się uzależnia. Tam też zaczyna się jej przygoda z szachami, podczas partyjek z pracującym w sierocińcu woźnym, który szybko odkrywa, że ma przed sobą prawdziwy talent.

Jest taki jeden element, który sprawia, że ciężko nie dać się wciągnąć w świat serialu i jest nim Anya Taylor-Joy w głównej roli. Aktorka, którą na początku 2020 roku widziałam w filmie Emma, tutaj pokazuje zupełnie inną stronę, ale równie sprawnie przykuwa uwagę widza. Naprawdę świetny to casting, a Anya z lekkością pokazuje wszystkie strony charakteru Beth i trudno odwrócić wzrok od jej przenikliwego spojrzenia – to jak ona patrzy na szachy sprawia, że i widz zaczyna fascynować się tą grą. Będąc już przy tym temacie, nie mogę ominąć faktu, że ważne miejsce w obsadzie zajmuje także Marcin Dorociński, grający tutaj rosyjskiego szach mistrza i wypada w tej roli bardzo dobrze. Po prostu ładnie się jego energia balansuje z Anyą. Serial jest świetnie napisany, odcinki za każdym razem są fascynujące, nieważne który etap życia Beth pokazują. Do tego zdjęcia, muzyka, scenografia i charakteryzacja świetnie dopełniają ten świat i sprawnie przenoszą nas w przeszłość. Chyba większość widzów oglądając rozgrywki szachowe w Gambicie królowej była w głębokim szoku, że turniej potrafi dać taki zastrzyk adrenaliny. Dopracowany montaż i pokierowanie emocjami widza sprawiły, ze ciężko było nie kibicować Beth w drodze na szczyt. Ciekawym pomysłem było też połączenie geniuszu dziewczyny z nałogowym problemem i jej skomplikowanymi relacjami: z „nową” mamą i ze znajomymi przygotowującymi ją do zawodów. Problemy społeczne z nawiązywaniem nowych znajomości i utrzymywaniem starych wynikały z wydarzeń jej dzieciństwa, a jednak pasja do gry w szachy sprawiła, że patrzymy na Beth jak na silną, pewną swych umiejętności postać. Z wszystkich wyszczególnionych tutaj seriali to Gambit królowej mogę polecić każdemu, bo jest po prostu porządnie zrealizowany. Co nie znaczy, że jest najbliższy mojemu sercu. 


Bridgertonowie (2020) -> Netflix

liczba odcinków: 8

Pierwszy raz wykazałam zainteresowanie tym serialem kiedy o książkach Julii Quinn wspomniała mi autorka bloga kochajmy książki. Rozrywkowy romans z akcją na początku XIX wieku brzmi jak coś, co mogłoby mi się spodobać, ale stwierdziłam, że z książką się wstrzymam i poczekam na serial. Nie czytałam wcześniej żadnej recenzji ani nawet opisu fabuły, podeszłam do tego tytułu z czystą głową. I spędziłam milutkie kilka godzin w jego towarzystwie.

W Londynie zaczyna się kolejny sezon towarzyski, na którym debiutuje m.in. piękna Daphne Bridgerton (Phoebe Dynevor), a w międzyczasie do miasta wraca niechętny małżeństwom książę Simon Basset (Rege-Jean Page). Wszelkie intrygi, romanse i skandale dworskie opisuje tajemnicza Lady Whistledown w swojej rozchwytywanej broszurze.

Po skończeniu ostatniego odcinka zerknęłam na filmweb i się mocno zaskoczyłam. Bardzo słaba ocena jak na taki typowy guilty pleasure w okolicach premiery. Szybko zerknęłam na komentarze i sprawa się wyjaśniła - pełno tam oskarżeń o brak ścisłości historycznej, bo „jak może Afroamerykanin grać angielskiego księcia”? Chyba się ludzie zapędzili, bo Bridgertonowie nawet nie starają się pozorować na serial historyczny. Cała otoczka kostiumowa i scenograficzna tworzy piękne tło, ale absolutnie twórcy nie silą się na zgodność z historią. Otóż, Bridgertonowie to typowy serial rozrywkowy. W pierwszym sezonie wszystko kręci się wokół historii miłosnej młodej panny na wydaniu, Daphne i wycofanego księcia, Simona. To naprawdę romans pełną gębą, z pomysłami udawania związku, przyjaźni przekuwanej w miłość, pożądaniem i wydumanymi bolączkami. Wiecie – taki standardzik. Chemia między bohaterami sprawia, że ogląda się to bardzo przyjemnie. Do tego ważnym wątkiem jest oczywiście tożsamość Lady Whistedown, takiej ówczesnej wersji Plotkary, która wydaje swoją broszurkę z najbardziej pikantnymi nowinami ze świata wyższych sfer. Mając to wszystko na uwadze - to nie jest bardzo dobry serial, to po prosty serial, który ogląda się nader przyjemnie. Szczególnie, jeżeli jest się fanem pięknych kostiumów, wzniosłych uczuć i banalnych zachowań. To także plejada świeżych aktorów, na których miło się patrzy, a w tle słychać co jakiś czas głos kultowej Julie Andrews. Nie nastawiając się na nic dobrego można się miło zaskoczyć.

Gwoli ścisłości: wiem, że to nie miniserial, ale akurat niedawno go widziałam, na razie ma tylko 8 odcinków, więc stwierdziłam, że go tutaj wcisnę.


Mogę cię zniszczyć (2020), reż. Sam Miller, Michaela Coel -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Właściwie nie jestem pewna gdzie pierwszy raz usłyszałam o tym serialu. Na pewno miałam w głowie informację, że warto się z nim zapoznać, kiedy w końcu wpadł mi w oko podczas przeglądania oferty na HBO GO. Po obejrzeniu pierwszego odcinka wiedziałam już, że to coś zdecydowanie świeżego wśród oferty serialowej.

Arabella (Michaela Coel) zyskała sławę wydając książkę, składającą się z jej postów z Twittera. Teraz jest w trakcie pisania kolejnej powieści, na którą podpisała kontrakt z wydawnictwem. Pewnej nocy postanawia zostawić pracę nad książką i wybrać się na imprezę, gdzie staje się ofiarą napaści seksualnej.

Serial został napisany i wyreżyserowany przez odtwórczynię głównej roli, Michaelę Coel. Nie jestem w stanie pojąć jak w jednej osobie może pomieścić się taki talent, to dość rzadko spotykane, żeby człowiek sprawdzał się w tylu zawodach równocześnie. Na pewno dzięki objęciu najważniejszych pozycji przy tworzeniu serialu Michaela mogła być pewna jednej rzeczy - Mogę cię zniszczyć jest mocno autorskim tytułem, zgodnym z tym, co sobie artystka wyobraziła. To zdecydowanie najbardziej zaskakujący serial, jaki ostatnio widziałam. Wiecie, człowiek sobie myśli, że wie dokąd całość może dążyć, że widzi przynajmniej kilka ścieżek, a później przychodzi Michaela Coel i wszystkie domysły biorą w łeb. Oryginalne podejście do budowania fabuły, do rozwoju bohaterów sprawia, że niczego nie możemy być pewni, a zaskoczenie czeka na każdym kroku. Dodatkowo, oglądanie tego serialu wprowadza widza w poczucie dyskomfortu, zachowania bohaterów nas momentami uwierają, ale jednocześnie wierzymy w ich autentyczność. Temat rape culture został przedstawiony z intrygującej strony, serial otwiera oczy na wiele zachowań, które niektórzy mogą uważać za normalne. Postać oprawcy nie jest zawsze stereotypowo zła, będziemy mieli do czynienia z gwałcicielem próbującym się oczyszczać, bo „nie wiedział, że źle robi” i ogólnie pozorującym na tego skrzywdzonego. Każdy odcinek pokazuje nam trochę inny kontekst zagadnienia, pojawi się bardzo ciekawe spojrzenie na media społecznościowe, współczesne przyjaźnie i to, co ludzie ukrywają nawet przed samym sobą. Czasami łatwiej wierzyć, że dane wydarzenie nie było napaścią seksualną, bo wtedy nie czujemy się jako ofiara - to kolejny eksploatowany wątek w Mogę cię zniszczyć. Dla mnie pozostanie to bardzo świeże spojrzenie na temat zgody, rape culture i radzenia sobie z traumą. I od teraz na pewno będę śledzić dalszą karierę Coel.


Tacy właśnie jesteśmy (2020), reż. Luca Guadagnino -> HBO GO

liczba odcinków: 8

Luca Guadagnino to reżyser głośnego hitu Tamte dni, tamte noce z młodym Timothee Chalamet w roli głównej. Film ten podzielił widzów, a ja należę zdecydowanie do jego popleczników. Do jego serialu zachęciło mnie już samo wspomnienie nazwiska reżysera i zupełnie nie wiedziałam w co się pakuję włączając pierwszy odcinek.

Fraser (Jack Dylan Grazer) przenosi się do bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych we Włoszech, gdzie jego mama obejmuje wysokie stanowisko. Chłopak zaprzyjaźnia się z sąsiadką, Caitlyn Harper (Jordan Kristine Seamón).

Pierwszy obejrzany w tym roku serial, a gdyby załapał się do puli 2020 to musiałabym go jakoś wcisnąć w swój ranking najlepszych seriali zeszłego roku. Tacy właśnie jesteśmy składa się z ośmiu dość długich odcinków, których akcja rozpoczyna się w momencie przyjazdu Frasera do bazy wojskowej. Chłopak jest typem outsidera, który ma swoje spojrzenie na świat i nie chce się podporządkować panującym zasadom. Jego ekscentryzm szybko przyciąga uwagę Caitlyn, dziewczyny, która do tej pory była zapatrzona w swojego ojca-żołnierza i podążała wytyczoną przez niego ścieżką. Pięknie się ogląda jak te dwie postacie się w serialu poznają, łączą, przenikają, uczą nawzajem, a ich relacja jest żywa i nieoczywista. Luca ma niesamowitą zdolność do eksploracji młodości, pokazuje ją z całą bezczelnością i bez owijania w bawełnę. Imprezy są odpowiednio mocne, zachowanie nastolatków kontrowersyjne. Dzieciaki poszukują własnej tożsamości, zakochują się, zaprzyjaźniają, a wszystko to jest piękne, nawet jeżeli miejscami brutalne i bardzo niegrzeczne. Reżyser wspominał, że Tacy właśnie jesteśmy to tak naprawdę bardzo długi film, pokrojony na części. Widać, że dzięki temu Luca mógł w tej historii pozwolić sobie na dłużyzny, przeciągnięte chwile ciszy, które ogląda się z niegasnącą uwagą. Bądź na to, że pierwszy odcinek jest odtworzony ponownie w drugim, tylko z innego punktu widzenia, co okazało się świetnym zabiegiem. Ścieżka muzyczna podczas oglądania wydawała się dobra, ale myślałam, że nie powtórzy się moje uwielbienie, które odczuwałam do piosenek po seansie CMBYN. A jednak! Znowu siedzę i męczę soundtrack z piosenką Time will tell na ciągłym powtarzaniu. Przy okazji warto wspomnieć, że sporo jest tutaj podobieństw ze wspomnianym filmem, ale mam wrażenie, że Tacy właśnie jesteśmy jest jednak o oczko bardziej odważne od Tamtych dni, tamtych nocy. Bohaterowie są też mocniej zarysowani. Może to kwestia tego, że w serialu jest jednak więcej czasu na eksplorację charakterów? Fraser jako główna postać to na pewno ciekawy wybór, potrafi widza mocno zirytować, ale z czasem coraz bardziej fascynuje, a te wszystkie cechy, które uważamy za negatywne sprawiają, że w całej swojej ekscentryczności wierzymy w jego autentyczność. Zresztą wszyscy bohaterowie są tutaj warci docenienia, bo każdy z nich jest na swój sposób intrygujący i wnosi coś świeżego i nowy temat do serialu. Luca zdecydowanie oddaje sprawiedliwość swoim postaciom, będąc przy tym empatycznym obserwatorem i to sprawia, że serial jest taki rewelacyjny.



Z krótkich seriali oglądałam w zeszłym roku również Ratched, ale trochę ten serial wyrzuciłam z pamięci. Oprócz pięknych kadrów i świetnych aktorek w głównych rolach niewiele tam ciekawej zawartości. Dla mnie to kolejny raz kiedy Ryan Murphy przestrzelił, bo pomysł był intrygujący, a wykonanie pozostawia sporo do życzenia. 

Macie jakieś miniseriale do polecenia?

wtorek, 12 stycznia 2021

„Dziewczyny znikąd” Amy Reed – solidarnie z dziewczynami

„Dziewczyny znikąd
Amy Reed

Gatunek: literatura młodzieżowa
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 456
Wydawnictwo: Poradnia K

To się nazywa „manosfera”. Tak zwani artyści podrywu, którzy wymieniają się poradami dotyczącymi manipulowania kobietami. Nazywają to „ruchem praw mężczyzn”, ale generalnie zwyczajnie nienawidzą kobiet.

Opis wydawcy
Kiedy Grace dowiaduje się, że mieszkająca wcześniej w jej nowym domu Lucy Moynihan została wykluczona ze społeczności i uciekła z miasteczka, bo miała oskarżyć grupę popularnych miejscowych chłopaków o gwałt, postanawia zawalczyć o sprawiedliwość. Wraz z przyjaciółkami zakłada anonimowe zrzeszenie dziewcząt w Prescott High, które ma się przeciwstawić seksizmowi i kulturze gwałtu wszechobecnej w lokalnej szkole, m.in. poprzez aktywny bojkot wszelkich kontaktów intymnych z mężczyznami. Wkrótce idea przeradza się w ogromny ruch feministyczny, który ma realną moc zmieniania rzeczywistości.


Moja recenzja

W grudniu zeszłego roku poprosiłam partnera o wybranie dla mnie kolejnej lektury. Bez chwili zastanowienia wskazał właśnie tę nowość w domowej biblioteczce – skierowaną do młodzieży książkę autorstwa Amy Reed Dziewczyny znikąd. Chociaż w okresie świątecznym nie miałam zbyt dużo czasu na czytanie, to zaraz po powrocie z rodzinnych spotkań wręcz połknęłam tę książkę właściwie za jednym podejściem. Patrząc wstecz to była zdecydowanie idealna lektura na zwieńczenie 2020 roku.

Historia zaczyna się od przedstawienia sylwetek trzech głównych postaci – uczennic lokalnego liceum. Każda z nich boryka się ze swoimi problemami, które do banalnych nie należą. Na swoje bohaterki Amy Reed wybrała nad wiek dojrzałe i w różny sposób doświadczone przez życie dziewczyny, szybko sprawiając, że wierzymy w ich autentyczność. Klucz do sukcesu tkwi również w krótkich opisach ich codzienności, które pomagają nam poznać ich charaktery i sprawiają, że trzymamy kciuki za ich sukces. Pierwszą poznajemy Grace, która dopiero sprowadziła się do miasteczka, jest cichą i łagodną osobą, której brakuje uwagi ze strony rodziców, zajętych przeprowadzaniem zmian w religijnej społeczności. Kolejną bohaterką jest Rosina, Latynoska pozująca na ostrą babkę, która ma niewyparzony język i umie walczyć o swoje, kiedy pojawi się taka potrzeba. Boryka się z ciężką sytuacją w domu i poświęca dużo czasu dla dobra rodziny, pracując razem z matką w meksykańskim barze. Ostatnia jest Erin, dziewczyna z zespołem Aspergera, ogromna fanka Star Treka, zaintrygowana wszystkim, co związane z biologią i oceanem. Ta dość osobliwa i tak bardzo różniąca się od siebie trójka szybko znajduje wspólny język i cel.

Dziewczyny znikąd to książka młodzieżowa, zatem spodziewałam się lekkiego stylu, nastoletnich problemów i dość szybkiej lektury. Jednak czekało mnie tutaj sporo zaskoczeń. Styl autorki faktycznie należy do lekkich, ale sama treść sprawiała, że brnie się przez tę historię ze sporym ciężarem emocjonalnym. Nastoletnie miłostki pojawiają się tu raczej w tle i daleko im było do jakichś utartych schematów. Książkę czyta się szybko, ale przede wszystkim dlatego, że czytelnik bardzo chce się dowiedzieć, czy głównym bohaterkom uda się osiągnąć swój cel, w ich walce o sprawiedliwość. Autorka Dziewczyn znikąd wzięła to, czego po literaturze młodzieżowej oczekujemy i wyniosła to na wyższy poziom.

źródło

Przyszedł czas, żeby przejść do głównego tematu, który jest najmocniejszą stroną książki i dzięki któremu trafiła ona na moją listę najlepszych lektur zeszłego roku. Centralnym punktem powieści jest założenie klubu, którego członkowie nie zgadzają się na obojętność wobec zeszłorocznej tragedii – jaką był gwałt na uczennicy liceum – w którą nie uwierzyli ani koledzy ze szkoły, ani policja. Zaczyna się od niewinnego spotkania w małym gronie, na które zostają zaproszone dziewczyny z liceum. Rozmawiają o tym, jak są traktowane przez innych, co je boli, jakie zachowania w związkach im przeszkadzają, dowiadują się o doświadczeniach koleżanek i zestawiają je ze swoimi przeżyciami. Powoli nieformalna grupa zaczyna przyjmować większe rozmiary, wybuchają strajki, a więzy solidarności pomiędzy młodymi kobietami zacieśniają się. Czytelnik zostaje pod ogromnym wrażeniem siły i zaangażowania tej grupy – okazuje się, że czasami ktoś musi zrobić pierwszy krok, żeby inni mogli się do niego przyłączyć. Siłę do walki daje poparcie osób, które myślą podobnie, które również nie godzą się na niesprawiedliwość i ucisk

Dla młodych kobiet ta książka to świetna propozycja, która może uświadomić w wielu ważnych sprawach, może być przestrogą i otworzyć oczy na zachowania, które obserwujemy wokół nas, które akceptujemy, bo się do nich przyzwyczailiśmy. Autorka ma wiele ciekawych spostrzeżeń na temat rape culture, do tego przedstawia przykłady dyskryminacji ze względu na płeć, licznych kwestii związanych z patriarchatem, opisuje temat seksu wśród nastolatków i problemów osób LGBT. Wszystko w bardzo przystępny i wciągający sposób.

Często zdarza mi się płakać podczas oglądania filmów. Twórcom kina wystarczy użyć naprawdę niewielu środków, żeby mnie wzruszyć. Za to lektury rzadko wywołują u mnie na tyle silne emocje. W Dziewczynach znikąd autorce to się udało. Bardzo możliwe, że temat był mi po prostu bliski – kobieca solidarność i walka o prawa kobiet okazały się na tyle poruszające, że nie byłam w stanie podejść do tej książki bez emocji. Szczególnie, że miałam jeszcze w pamięci wydarzenia sprzed dwóch miesięcy. Po lekturze Dziewczyn znikąd – tej niepozornej, feministycznej powieści młodzieżowej – pozostaje się przede wszystkim z uczuciem nadziei na sprawiedliwość dla ofiar przemocy. Wprawdzie nie dostajemy tu typowego, pozytywnego zakończenia, ale jest ono realistyczne i zawiera proste przesłanie – najważniejsze, żeby trzymać się razem i nie odpuszczać.

czwartek, 31 grudnia 2020

Podsumowanie 2020

Rok 2020. Nie da się ukryć, że siadając do tego podsumowania czuję się jakoś inaczej. Ten rok naprawdę dał nam w kość i każdy przekonał się, jak wiele w naszym życiu może się zmienić. Na początku lockdownu myślałam, że to będzie trwało chwilę, posiedzimy w domu miesiąc i wrócimy do normalnego życia. Ba! Nawet mówiłam sobie, że będę miała więcej czasu i może w końcu nadrobię zaległości czytelnicze, bo wszystkie interesujące mnie rozrywki są zamknięte, więc nic nie będzie mnie rozpraszało. Niestety, szybko przyszło gorsze samopoczucie, nie wspominając już o stresach związanych z przesuwaniem daty ślubu i próbami zakończenia remontu mieszkania. Odcięcie od bliskich i od ulubionych rozrywek zostawiło ślad na moim nastroju i jakoś nie mogłam się skupić na czytaniu. Zatonęłam za to w serialach. 

Przyznam, że brakuje mi wyjść do kina, do restauracji, spontanicznych spotkań ze znajomymi. Najbardziej jednak tęsknię za teatrem. Nie ma co się oszukiwać, teatr przeniesiony do sieci czy telewizji nie wywołuje już takich samych emocji. Miałam tyle szczęścia, że na początku roku udało mi się dwa razy odwiedzić wrocławski Capitol, a we wrześniu zobaczyłam jeszcze Jutro przypłynie królowa Wrocławskiego Teatru Współczesnego. To są jednak duże teatry, które pewnie dadzą sobie radę w tej sytuacji, a co z wszystkimi mniejszymi, inicjatywami, co z artystami, którzy z dnia na dzień stracili pracę? Pozostaje mieć nadzieję, że 2021 przyniesie w tej kwestii więcej optymizmu. 

W zeszłym roku wyznaczyłam sobie cel, żeby nie pędzić z czytaniem, ale chłonąć powoli. I to mi się w zupełności udało. Ten rok to przede wszystkim poznawanie polskiej literatury, czyli świetne premiery Gorzko, gorzko i Cudze słowa oraz moje pierwsze spotkanie z prozą Kańtoch i Tokarczuk. Nareszcie udało mi się także sięgnąć po Kapuścińskiego i to była jedna z najlepszych lektur tego roku. Oprócz tego nadal starałam się nie tracić kontaktu z klasyką. Udało mi się przeczytać Do latarni morskiej Woolf, Panią Bovary Flauberta, Niebezpieczne związki Laclosa, Targowisko próżności Thackeraya i zbiór opowiadań Dostojewskiego. Fantastyki może nie było w tym roku wśród moich lektur tak dużo jak w latach poprzednich i brakowało mi też w tym gatunku efektu wow. Co prawda jedna książka znalazła się w topce (jak co roku dla Sandersona zawsze jest miejsce), ale było też w fantastyce sporo rozczarowań, szczególnie w tej młodzieżowej. Do mojego rankingu powędrowały tytuły autorstwa Kapuścińskiego, Sandersona, klasyka od du Maurier, najnowsza książka Szostaka oraz ostatnia lektura roku, Dziewczyny znikąd, o której napiszę więcej wkrótce. Są też trzy bonusy, chociaż dobrych lektur było w tym roku znacznie więcej.

Najsmutniej chyba potoczyła się moja przygoda z filmem. Zaczęło się dobrze, bo pierwsze w tym roku wizyty w kinie były bardzo udane (Małe kobietki, Emma, Kłamstewko). Później kina zamknęli, a ja straciłam zapał do oglądania filmów w domu. W związku z tym, był to chyba dla mnie najsłabszy rok, jeżeli chodzi o liczbę obejrzanych filmów. Kilka tytułów wartych oglądnięcia oczywiście znalazłam, ale ich wybór przyszedł mi o wiele łatwiej niż w poprzednich latach. Na liście jest  wspominany przeze mnie kilkakrotnie dokument Kraina miodu, są cudowne Małe kobietki, które udało się zobaczyć jeszcze w kinie, są Złodziejaszki (do zobaczenia na Netfliksie), a także oryginalna ekranizacja Emmy (z cudowną Anyą Taylor-Joy w roli tytułowej, którą wszyscy pokochali za Gambit królowej) i jedna klasyka w reżyserii Felliniego. W bonusie zmieściłam niemal wszystkie filmy, które mi się podobały, łącznie z animacją, tak, że sporego wyboru nie miałam. Sytuacja zupełnie odwrotna czekała mnie w przypadku seriali. Widziałam ich naprawdę dużo. Nadrabiałam zaległości w oglądaniu starszych produkcji (w końcu zobaczyłam Breaking Bad), a także zapoznawałam się z nowościami (najświeższy tytuł to chyba Bridgertonowie). Jak spojrzałam na listę tytułów, to się złapałam za głowę, bo naprawdę nie wiedziałam, jak to wszystko zmieścić w moim zestawieniu. Musiałam znaleźć miejsce dla Breaking Bad, nie mogłam zapomnieć o wspaniałej Euforii i Jak nas widzą, które obejrzałam jeszcze w styczniu, do tego Normalni ludzie, którzy mnie zupełnie rozczulili i oryginalny Mogę cię zniszczyć. Przez to nie zmieścił mi się w topce kolejny cudowny serial tego roku – Gambit królowej (ale zapewne pojawi się w tak wielu innych rankingach z najlepszymi serialami tego roku, że jakoś to przeżyję). Do bonusowych tytułów wciskałam jak mogłam, ale i tak zabrakło miejsca dla przezabawnej komedii Co robimy w ukryciu czy milutkiej animacji Smoczy książę

Co do moich rankingów, to chciałam dodać, że: nie zwracałam uwagi na kolejność wpisów, to raczej piątka najlepszych i wszystkie tytuły traktowane są na równi. Każdy najlepszy z innego powodu. Dla rozwinięcia opinii odsyłam do poszczególnych recenzji. Książkowe są wszystkie oprócz Dziewczyn znikąd (wkrótce), filmowe w większości, a serialowe albo są, albo będą (planuję w najbliższym czasie napisać w skrócie o Normalnych ludziach, Mogę cię zniszczyć i Gambicie królowej). 




Tak to wygląda u mnie. Bardzo jestem ciekawa Waszych tegorocznych typów. 


I życzę wszystkim, żeby przyszły rok był lepszy niż ten mijający! Trzymajmy za to kciuki.

wtorek, 22 grudnia 2020

„Red, White & Royal Blue” Casey McQuiston i „Bez serca” Marissa Meyer – lekkie lektury na koniec ciężkiego roku

„Red, White & Royal Blue”
Casey McQuiston

Gatunek: romans
Rok pierwszego wydania: 2019
Liczba stron: 476
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Czasami po prostu skaczesz i masz nadzieję, że wylądujesz bezpiecznie.

Opis wydawcy
Podczas wesela na brytyjskim dworze królewskim wybucha kłótnia. W jej wyniku książę Henry i Alex – syn prezydentki USA – lądują w torcie weselnym, co wywołuje kryzys dyplomatyczny między państwami. Żeby go zażegnać, PR-owcy wymyślają ustawkę: Henry i Alex mają spędzić razem jeden dzień, pokazując się mediom jako najlepsi przyjaciele. Nikt się nie spodziewa, że fałszywa, instagramowa przyjaźń przerodzi się w uczucie, które młodzi mężczyźni będą zmuszeni ukrywać przed całym światem. Jak długo dadzą radę udawać?



Moja recenzja

Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że zmieniło się moje podejście do wyboru kolejnych lektur. Kiedyś były to przede wszystkim tytuły, których zadaniem było umilić mi czas i wciągnąć w swój świat, czyli dużo literatury młodzieżowej i uwielbianej przeze mnie fantastyki. Ostatnio coraz częściej staram się podejmować nowe wyzwania, dając szansę literaturze bardziej wymagającej, ale kiedy niedawno miałam gorszy czas w życiu okazało się, że potrzebuję znaleźć w domowej biblioteczce książkę, która pomoże mi oderwać się od rzeczywistości i przenieść w świat przez nią wykreowany. Na szczęście, po szybkim przejrzeniu kurzących się na półce książek, okazało się, że znalazłam egzemplarz Red, White & Royal Blue, czyli queerowego romansu o związku Alexa (syna prezydentki USA) i Henry'ego (księcia Wielkiej Brytanii). Całość jest tak różowa jak okładka, a co za tym idzie – sprawdza się idealnie na cięższe czasy.

Może nie zakochałam się w tej książce, jak niektórzy , a jej lektura nie wywołała u mnie większych emocji i ekscytacji, ale trzeba przyznać, że spełniła ona swoją rolę. Wątek romansu był poprowadzony w sposób przemyślany i nawet tak banalny motyw jak przechodzenie głównych bohaterów od wrogości do miłości, bardzo nie raził. Dodatkowo podobało mi się tło tej historii – z jednej strony związane z kolejnymi wyborami w USA  – z drugiej z licznymi zakazami wiążącymi się z królewskim pochodzeniem. Casey McQuiston spojrzała na swoich bohaterów z dużą dozą empatii, dzięki czemu jest nam łatwiej im sprzyjać. Autorka wykreowała również ciekawe postacie drugoplanowe, których perypetie śledzimy z zainteresowaniem. W powieści mocno czuć młodzieżowy klimat, a całość jest dość infantylna, ale w związku z tym, że ja byłam na to przygotowana, doświadczenie z tą książką wspominam jako naprawdę mile spędzony czas.

„Bez serca
Marissa Meyer

Gatunek: młodzieżowa fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2016
Liczba stron: 507
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

To bardzo nierozsądne nie wierzyć w coś, tylko dlatego że się tego boimy.

Opis wydawcy
Catherine jest być może jedną z najbardziej pożądanych dziewcząt w Krainie Czarów i ulubienicą jeszcze niezamężnego Króla Kier, ale interesuje ją zgoła co innego. Ma talent do pieczenia i wraz ze swoją przyjaciółką chce otworzyć piekarnię, by zaopatrywać Królestwo Kier przepysznymi plackami i innymi słodyczami. Jednak jej matka uważa, że to niedopuszczalne dla młodej kobiety, która mogłaby zostać kolejną Królową.



Moja recenzja

Kolejnym tytułem z grupy książek lekkich i przyjemnych, które niedawno przeczytałam, jest Bez serca, czyli prequel historii znanej nam dobrze z dzieciństwa – klasyki literatury dziecięcej – Alicji w Krainie Czarów. Poprzednie książki Marissy Meyer, czterotomowa seria Saga Księżycowa, to najlepszy przykład rozrywkowej literatury młodzieżowej jaką przeczytałam w ciągu kilku ostatnich lat. Połączenie klimatu Gwiezdnych wojen z Czarodziejką z Księżyca to prawdziwy miód na moje upodobania. Po Bez serca nie oczekiwałam tak wiele, bo natknęłam się wcześniej na opinie, że nie jest to już ten sam poziom. I cóż, mogę potwierdzić – poziom jest o wiele niższy. 

Powiem wprost – książka mnie znudziła. Wszelkie nawiązania do Alicji w Krainie Czarów postrzegam jako robione mocno na siłę. Świadomość tego, jak skończy główna bohaterka odbiera całości suspens i dreszcz niepewności jak potoczą się losy jej i reszty bohaterów. Wątkowi romansu z Figlem brakuje głębi i szerszego kontekstu, miłość od pierwszego wejrzenia wypada tu bardzo słabo. Nawet mocno odjechany świat przedstawiony, niby nawiązujący do pierwowzoru, był jakiś nie na miejscu, zupełnie nie mogłam odnaleźć w nim spójności.

Można powiedzieć, że to Bez serca jest częściowo odpowiedzialne za mój zastój czytelniczy w grudniu. Mając sporo na głowie nie miałam ochoty na czytanie, a jeśli już o nim myślałam, to powrót do tej lektury nie napawał mnie optymizmem. Całość raczej przemęczyłam. Jeżeli szukacie czegoś dobrego w baśniowym klimacie odsyłam jednak do poprzedniej serii autorki, bo Saga Księżycowa naprawdę daję radę, czego nie można powiedzieć o Bez serca.

poniedziałek, 30 listopada 2020

„Gorzko, gorzko” Joanna Bator — saga rodzinna na cztery głosy

„Gorzko, gorzko”
Joanna Bator

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 650
Wydawnictwo: Znak

[...] w życiu nie ma przedtem ani potem. Nie ma również teraz. Teraz nie ma najbardziej. Jest raczej wszystko naraz, to, co było, co jest i co będzie, splecione jak warkocz, którego nie da się już rozsupłać. A do tego żyje się nie tylko swoje życie, ale też tych, którzy byli przed tobą, i nic na to nie można poradzić.

Krótko o fabule:
„Gorzko, gorzko” to opowieść o pragnieniu miłości i wolności, które dojrzewa w życiu i marzeniach czterech pokoleń kobiet. Dlaczego Berta popełniła zbrodnię? Kiedy Barbara nauczyła się tak dobrze rzucać nożem? Dlaczego Violetta otworzyła wek Pandory i co w nim było? Czy Kalinie uda się poznać prawdę? Historię Berty, Barbary i Violetty opowiada Kalina, która w Wałbrzychu, Unisławiu Śląskim i Sokołowsku odnajduje brakujące fragmenty rodzinnej historii i zszywa je w całość. Mozolnie rekonstruując pamięć swej naznaczonej traumą rodziny, mierzy się zarazem z własną miłosną utratą.
- opis wydawcy 


Moja recenzja

W swojej najnowszej książce Joanna Bator serwuje nam historie czterech połączonych więzami krwi kobiet, która rozgrywa się na przestrzeni prawie stu lat — opowieść rozpoczyna się przed drugą wojną światową, a kończy współcześnie.

Bator dzieli powieść na cztery — przeplatające się ze sobą w kolejnych rozdziałach — głosy. Każda część należy do innej postaci i od jej imienia zostaje nazwana, kolejno Berta, Barbara, Violetta i Kalina. Na początku każdy z fragmentów jest skoncentrowany na historii tytułowej bohaterki danego rozdziału, ale szybko daje o sobie znać wpływ reszty kobiecych postaci. Tworzy się rozbudowana saga rodzinna, którą można traktować jako cztery oddzielne historie, ale która zyskuje swój dodatkowy wydźwięk, kiedy spojrzymy na nią, jako spójny zapis losów jednej rodziny.

Wprawdzie w książce mamy cztery bohaterki, ale wszystkie wydarzenia są przefiltrowane przez postać Kaliny — narratorki, która często stara się chować za postacią wszechwiedzącego narratora, ale momentami wychyla się i mówi do nas w pierwszej osobie. To ona postanawia przeprowadzić dokładne poszukiwania, które naprowadzą ją na ślady przodków, tych z najbliższej, i tych z nieco dalszej przeszłości. To właśnie jej postać stanowi klamrę całej opowieści.

Autorka na miejsce akcji wybiera Unisław Śląski, Sokołowsko, Wałbrzych i Wrocław. Myślę, że to, że mieszkam we Wrocławiu, i odwiedziłam też kiedyś Sokołowsko i Wałbrzych, sprawiło, że łatwiej było mi wczuć się w klimat książki i od razu stała mi się ona bliższa. Pewnie też dzięki temu odkrywanie przeszłości Dolnego Śląska i historii słynnego sanatorium dla chorych na gruźlicę w dawnym Görbersdorf, sprawiło mi sporo satysfakcji.

źródło

Gorzko, gorzko to przede wszystkim opowieść o kobietach mocno doświadczonych przez życie. Traumatyczne wydarzenia nie zniszczyły ich ducha, chociaż naznaczyły ich późniejsze losy. Te trudne przeżycia dały im siłę oraz motywację do podjęcia skrajnych i nieraz bardzo dramatycznych działań. Muszę tu wspomnieć, że zdarzają się w tej książce opisy, które mogą budzić odrazę czy powodować dreszcz obrzydzenia. Niektóre przedstawione w niej historie wywołują bardzo skrajne emocje i trudno pozostać wobec nich obojętnym.

Poza tym rozpoczynając lekturę, miałam wrażenie, że jej początek nieco się dłuży, bo wprowadzenie do historii każdej z postaci odbywa się dość powoli, ale później ich losy bardzo mnie wciągnęły. Podczas czytania dużą przyjemność sprawiło mi również rozkoszowanie się długimi opisami i zgłębianiem życia postaci drugoplanowych, które przewijają się przez całą opowieść, a historie ich życia przeplatają się z losami głównych bohaterek.

Gorzko, gorzko to kolejny przykład dobrej polskiej literatury. Duszny, mroczny klimat w połączeniu z realizmem magicznym czyni cuda. Czasami miałam wrażenie, że słyszę kaszel zmarłego Zbyszka Papugi, któremu marzyło się Kilimandżaro. W swojej najnowszej powieści Bator okazuje się wnikliwą obserwatorką kobiecej psychiki. Kreuje obrazy kobiety kochanki, kobiety wojowniczki, kobiety marzycielki, poszukujących swojego miejsca w świecie. To powieść o straconych marzeniach, palących pragnieniach, codziennych zmaganiach, pokładach siły do walki o przetrwanie, o tym jak przeszłość miesza się z teraźniejszością wpływając na przyszłość, o zawiłych relacjach między kobietami w rodzinie oraz o echach przeszłych wydarzeń, które rzucają cień na losy przyszłych pokoleń. Nie jest to może literatura lekka i przyjemna, ale skłania do przemyśleń.


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka