czwartek, 14 lutego 2019

O miłości inaczej, czyli nietypowe filmy romantyczne

Jedno trzeba przyznać - walentynki to zawsze świetny pretekst do napisania trochę innego tekstu.
Lata mijają, a my nadal lubimy oglądać filmy o zakochanych. Nie każdego jednak zadowolą typowe romanse, historie wielkiej miłości, skrojone pod konkretny rodzaj widza. Na szczęście twórcy wychodzą naprzeciw oczekiwaniom i starają się kręcić coraz więcej takich niekonwencjonalnych filmów romantycznych.
Jeżeli zastanawiacie się dlaczego na tej liście nie znajdziecie niektórych tytułów to rzućcie okiem również na starszy wpis -> LINK. Tam pisałam m.in. o Only lovers left alive czy Before sunrise, więc nie będę ich powtarzać w tym poście.
Przed Wami moja subiektywna lista niekonwencjonalnych filmów miłosnych. Liczę, że podzielicie się wrażeniami i innymi tytułami, które mogłyby się na niej znaleźć!
Swoją drogą pisanie polskich tytułów czasami bolało, więc zostawiam też oryginalne, żebyście mieli porównanie.

The Shape of Water (2017), reż. Guillermo del Toro

Zeszłoroczny triumfator oscarowej gali to idealny przykład kina, które opowiada niby o miłości, ale pod górną warstwą fabularną kryje dużo więcej. Z pozoru prosta historia - Elisa Esposito to niemowa, na codzień pracująca w tajemniczym laboratorium. Pewnego dnia spotyka jeden z eksperymentów, a po kilku schadzkach i tuzinach zjedzonych jajek na twardo, między tą dwójką rodzi się specjalna więź. W tym przypadku jednak widzimy miłość niczym w przepięknej baśni, z pozoru nierealną, ale tak naprawdę wiążącą dwie osoby między którymi pojawia się nić porozumienia, które są wykluczone ze społeczeństwa, a w swojej odmienności odczuwają to samo odrzucenie. Wspaniale jest oglądać radość jaką czerpią z tego, że w końcu czują, że nie są sami, że jest ktoś z kim mogą dzielić swoje smutki i niepewności. Oczywiście zasługi należą się tutaj przede wszystkim Sally Hawkins, która całą tę relację dźwiga na swoich barkach, a robi to z taką gracją i delikatnością, że trudno nie kibicować tej oryginalnej historii miłosnej.

Lars and the Real Girl (2007), reż. Craig Gillespie

Ach, ten Ryan Gosling. Ucieleśnienie marzeń milionów kobiet na świecie, mężczyzna-ideał, do którego wzdychają nasze matki, siostry i córki. W niejednym filmie o miłości zagrał i to, co trzeba mu przyznać to, że w rolę amanta wpasowuje się wspaniale. Chyba nie muszę przypominać jego kreacji w La La Land czy ciekawym Blue Valentine (który znajduje się na mojej poprzedniej liście). Jednak na tę listę trafia Lars and the Real Girl. Tytułowy Lars jest mężczyzną borykającym się z problemami natury psychologicznej. Wycofany z życia towarzyskiego, ale zarazem wspaniałomyślny i uczynny dla ludzi z miasteczka. Pewnego dnia przedstawia swojemu bratu i jego żonie partnerkę, która jest plastikową lalką. Jak się zapewne domyślacie tutaj również kryje się pewien komentarz, pod pozorem „miłości” Larsa. Przede wszystkim wspaniale ogląda się mieszkańców, którzy znają chłopaka i często otrzymywali od niego pomoc. Nagle okazuje się, że ludzie mogą być tolerancyjni, wyrozumiali i wcale nie muszą pluć nienawiścią i wyśmiewać czyjejś choroby. Idealny przypadek pomocy dla chłopaka w ciężkiej sytuacji psychologicznej? Przekonajcie się sami.

Her (2013), reż. Spike Jones

Tym razem przenosimy się do przyszłości. Theodore to człowiek, któremu doskwiera samotność, właśnie skończył się jego związek małżeński. W pracy zajmuje się pisaniem listów (ta sztuka nadal istnieje i ma się dobrze w przyszłości!). Poznajemy go w momencie kiedy postanawia zainstalować nowy system operacyjny ze sztuczną inteligencją. Tak oto zaczyna się historia miłosna między nim a Samanthą, jego SO. Wiele rzeczy mogło pójść tutaj nie tak, ale Spike Jones znajduje idealny balans, pokazuje swoją historię bez zbędnego komentarza i konkretnego nacechowania całości. To czy przerazi nas, w którą stronę zmierza świat czy raczej napełni nadzieją zależy od nas samych. W dużej mierze zasługa tutaj należy się kreowaniu relacji - w pewnym momencie mamy wrażenie, że Samantha to prawdziwa osoba, a uczucie między nią a Theodorem kwitnie identycznie jak pomiędzy dwójką ludzi. W pewnych kwestiach jest ten związek zdecydowanie łatwiejszy, a jednocześnie mamy odczucie, że czegoś ważnego tam brakuje. Melancholijny klimat podbija ścieżka dźwiękowa, ciekawe zdjęcia i aksamitny głos Scarlett Johanson. To film nieoczywisty, świetnie napisany i genialnie zagrany, szczególnie przez pierwszoplanowego Joaquina Phoenixa, chociaż drugi plan nie zostaje w tyle.

Moonrise Kingdom (2012), reż. Wes Anderson


Jeżeli myślimy o nietypowych filmach to nazwisko Wesa Andersona samo ciśnie się na usta. A jeśli o miłość chodzi to musiał pojawić się tutaj tytuł Moorise kingdom. Historia, którą słyszeliśmy nieraz - chłopak poznaje dziewczynę i momentalnie rodzi się między nimi wielka miłość. Tylko że różnica jest taka, że u Wesa główni bohaterowie to po prostu dzieciaki. Film reżysera to oczywiście uczta pod względem technicznym - typowe dla niego ujęcia kamery, odpowiednia kolorystyka, idealnie dobrana muzyka. Scenariusz ponownie lekko ironiczny i niezmiennie bawiący uroczym typem humoru. A miłość? Taka która ewoluuje, zmienia się, pogłębia i jest jak najbardziej na serio. Dla reżysera nie jest ważny wiek bohaterów, on pozwala nam uwierzyć, że to jest prawdziwe uczucie i nie powinniśmy traktować go z góry. Sam i Suzy są tak sobie oddani, że nie zwracają uwagi na pościg, w który zaangażowali się harcerze, rodzice, opieka społeczna, a nawet policja. Ich celem jest wspólne życie, koniec i kropka. W tym przypadku wyobraźnia reżysera nie zawodzi, tak samo jak świetny scenariusz i aktorstwo. Jak szukacie czegoś uroczego, a zarazem nietypowego, to tytuł dla Was.

Lobster (2015), reż. Yorgos Lanthimos

W świecie kina trąbi się o najnowszym tytule tego greckiego reżysera, Faworycie (która jest cudowna, ale o tym kiedy indziej), a ja przypomnę trochę starszą produkcję. Z Lanthimosem poznałam się dość wcześnie, bo polecony został mi Kieł, film który wyświetlały tylko kina niezależne. Ten obraz naprawdę robi wrażenie. Nic więc dziwnego, że od tamtej pory śledzę poczynania reżysera. Na tę listę musiał trafić Lobster, obraz przyszłości (może alternatywnej rzeczywistości), w którym każdy człowiek musi posiadać drugą połówkę. Jeżeli jesteś samotny to trafiasz do Hotelu, gdzie masz czterdzieści pięć dni na znalezienie partnera. Co jeżeli się nie uda? Zostajesz zamieniony w wybrane przez siebie wcześniej zwierze. Po tym streszczeniu chyba nie muszę tłumaczyć Wam dlaczego ten film należy do nietypowych tytułów miłosnych. Lanthimos pod przykrywką całej masy osobliwych wydarzeń i postaci kryje ciekawe rozważania na temat współczesnego spojrzenia na miłość, na związki, samotność, na poszukiwania drugiej połówki. Wszystko to okraszone osobliwym, czarnym humorem i masą abstrakcyjnych, zaskakujących sytuacji. Dajcie się wciągnąć.

Edward Scissorhands (1990), reż. Tim Burton

Jak widzicie nietypowych filmów o miłości nie brakuje, szczególnie w ostatnich kilkudziesięciu latach. Jednak zaglądając troszeczkę dalej w przeszłość też kilka tytułów by się znalazło. Mój wybór padł na Edwarda Nożycorękiego. Prawdę powiedziawszy widziałam go całe lata temu, ale pamiętam jedno - zrobił na mnie spore wrażenie. To był jeszcze ten czas kiedy Johnny Depp potrafił zachwycić, a gdy sparował się z Timem Burtonem to mogliśmy być pewni dwóch rzeczy: będzie dziwacznie i intrygująco. Edward jest chłopakiem, który zamiast rąk ma nożyce. Poznajemy go w chwili kiedy opuszcza swoje mroczne zamczysko i zamieszkuje w osobliwym miasteczku. Tam poznaje Kim. Historia ich miłości jest naprawdę piękna i warta poznania. A oprócz tego ponownie dowiemy się więcej na temat samotności, poczucia wyobcowania, niedopasowania do społeczeństwa. Wszystko w klimacie jak najbardziej burtonowskim, za którym teraz możemy już tęsknić. Depp w tej roli radzi sobie świetnie, tak samo jak partnerująca mu Winona Ryder, a całości dopełnia nostalgiczna muzyka Danny'ego Elfmana. Chyba wszyscy pamiętamy tę scenę, w której Kim tańczy w śniegu do piosenki Ice Dance? Jeśli nie, to może warto sobie ją przypomnieć.

WALL-E (2008), reż. Andrew Stanton

Nie byłabym sobą, gdybym na takiej liście nie umieściła jakiejś animacji. Miłości w bajkach nie trzeba długo szukać, bo to temat przewodni niemal każdej ze sztandarowych produkcji. Nie trzeba jednak szukać daleko, żeby znaleźć też nietypowe uczucie - WALL-E to zdecydowanie pierwsze co przychodzi na myśl. Pixar wziął na siebie ciężkie zadanie, ale udźwignął je z lekkością, rodząc w widzach całą masę ciepłych uczuć. Ponownie akcja ma miejsce w przyszłości, ale tym razem Ziemia jest już wyludniona, a społeczeństwo zamieszkuje ogromne statki kosmiczne. Na naszej planecie została tylko ogromna sterta śmieci i tytułowy Wall-E, czyli robot, który sprząta. Jego świat wywraca się do góry nogami kiedy z nieba spada EVE, nowoczesny robot, który ma za zadanie odszukać oznak życia. Niesamowity jest kunszt twórców tej animacji. Otóż, roboty nie mówią ludzkim głosem, przez większość filmu jesteśmy świadkami kina niemego. Mimo to, jest to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie widziałam. Roboty potrafiły wzbudzić we mnie więcej empatii, niż niektórzy ludzie w komediach romantycznych. Całość jest dodatkowo przepiękna wizualnie i po prostu fascynująca. Musicie to zobaczyć.

Laurence Anyways (2012), reż. Xavier Dolan

W twórczości młodziutkiego francuskiego artysty, Xaviera Dolana, zakochałam się od pierwszego wejrzenia, od chwili kiedy zobaczyłam Wyśnione miłości. Przez chwilę myślałam nawet o umieszczeniu tego tytułu na liście. Jednak jeżeli mam wybierać ten z najciekawszym komentarzem o miłości to musiałam postawić na Laurence Anyways. Tytułowy Laurence jest nauczycielem literatury, ma kochającą dziewczynę, która od pierwszej sceny wygląda na jego bratnią duszę, a jego życie wydaje się poukładne. W swoje trzydzieste urodziny oświadcza swojej partnerce, że chce zostać kobietą. Co jest jednak najbardziej fascynującego w tej przemianie mężczyzny? A to, że Fred, jego dziewczyna, postanawia zostać przy nim i wspierać go podczas tego procesu. Niesamowite jest oglądać tę miłość, która stara się zrozumieć drugą stronę, jest empatyczna, ale zarazem pełna skrajnych emocji i nieustannie elektryzująca. Dodajmy do tego ciekawe podejście Dolana, jego zamiłowanie do teledyskowych ujęć i mamy film, który warto zobaczyć.


Zgadzacie się z moimi wyborami? Co dodalibyście do tej listy?

sobota, 9 lutego 2019

Zło dobrem zwyciężaj - „Moc srebra” Naomi Novik



*Moc srebra*
Naomi Novik

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Spinning Silver
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 504
*Wydawnictwo:* REBIS

Niektórzy ludzie tak naprawdę są wilkami i chcą pożreć innych ludzi, żeby napełnić swoje brzuchy. 
*Krótko o fabule:*
Mirjem, doprowadzona do ostateczności chorobą matki, postanawia przejąć nieudolnie prowadzony przez ojca rodzinny interes. Stanowcza i zimna jak lód, skutecznie egzekwuje wszelkie należności od pożyczkobiorców. A kiedy dziadek przekazuje jej pięć kopiejek w srebrze, Mirjem oddaje mu dług w złocie. W okolicy rozchodzi się wieść o młodej lichwiarce, która potrafi zamieniać srebro w złoto. Dla Mirjem jednak ta sława okazuje się przekleństwem. Zaczyna się bowiem nią interesować król Starzyków – obdarzonych nadnaturalnymi mocami, tajemniczych lodowatych istot, które wzbudzają trwogę wśród zwykłych śmiertelników.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Znacie ten widok: gruba warstwa śniegu pokrywa pola, a płatki skrzą się złotem w słońcu? Moc srebra z automatu nasuwa mi na myśl takie wspomnienie. Jest w tej książce coś bardzo „naszego”, słowiańskiego, a magia wydaje się bliższa niż w innych powieściach. Może dlatego, że Naomi Novik wychowała się na polskich bajkach i tym łatwiej jest jej nas oczarować? Może właśnie przez to odwołuje się do czegoś, co znamy z dzieciństwa i co rozczula nas tym mocniej?

Nowa powieść autorki zapowiadała się na kontynuację pomysłu z poprzedniej książki, czyli Wybranej. Novik ponownie sięga do słowiańskich baśni i na podstawie kilku znanych schematów tworzy swoją historię. Wcześniej mieliśmy Smoka i tajemniczy Bór, a w Mocy Srebra spotkamy mieszkańców mroźnej krainy, którzy próbują sprowadzić na Litwas wieczną zimę (winter is coming zdecydowanie w modzie!). Moim zdaniem pomysł wypalił nawet lepiej niż w Wybranej.

Przede wszystkim muszę docenić tutaj zdolności stylistyczne autorki. Poznamy wiele osób, zabierających głos w pierwszoosobowej narracji i będziemy gładko przeskakiwać między przewodnikami po tej zimnej krainie. Na początku najwięcej czasu poświęcone zostanie Mirjem (dostaje ode mnie dodatkową porcję sympatii za to imię), ale szybko okazuje się, że nie będzie ona naszą jedyną główną bohaterką. Już po chwili będzie nam dane przeżyć wydarzenia z zupełnie innej perspektywy. Najbardziej zachwycały momenty, kiedy głos zabierał młodziutki Stepon - zmiana w narracji była widoczna i bardzo naturalna z perspektywy chłopaka. Trzeba jednak zaznaczyć, że w Mocy srebra najwięcej miejsca poświęcone jest kobiecym postaciom, a każda z nich jest niesamowicie silna na swój własny sposób.
źródło
Muszę tutaj zwrócić uwagę na to, jak dobrze było przeczytać młodzieżową książkę fantasy, w której to kobiety ratują sytuację. Podoba mi się, że coraz rzadziej czytamy o rycerzach na białych koniach, którzy przybywają na ratunek damie w opresji. Tutaj mamy nie jedną, a kilka świetnie zarysowanych bohaterek. Mirjem to dziewczyna, która postanawia wziąć sprawy we własne ręce i spróbować uratować podupadający interes rodzinny. Odnajduje w sobie niespodziewaną siłę i upór, a zarazem zaczyna obawiać się, że coraz bardziej wyzbywa się empatii, wpajanej jej od małego przez rodziców. Wanda wydaje się cichą, posłuszną szarą myszką, ale z jej narracji dowiemy się, że robi wszystko, by uciec z domu. Dopiero po jakimś czasie odnajduje w sobie siłę do tego, żeby walczyć także o przyszłość młodszych braci, a nie tylko o swoją. To są postaci wielowymiarowe, które na przestrzeni tej książki przechodzą przemianę i mogą nas czegoś nauczyć. Moim zdaniem o wiele ciekawsze niż te w Wybranej.

Z tej książki wręcz wykrzyczany jest nam motyw girl power, ale nie znaczy to, że nie znajdziemy też kilku intrygujących męskich postaci. Novik w ciekawy sposób odwraca role - to przedstawiciele płci brzydkiej staną się ofiarami, które ratować będą kobiety. Spotkamy więc przykładowo dwóch braci, którzy czerpiąc siłę od siostry będą w stanie zostawić dawne, nieprzyjemne życie. W innym wątku poznamy mężczyznę, który przez błędy z przeszłości dzieli ciało ze złym duchem. Wszystko to jest przedstawione bardzo baśniowo, nie będzie powodu ku temu, żeby dopatrywać się szczególnego sensu. Tak jak w bajkach, trzeba uwierzyć, że czarodziejski łańcuch po prostu uwięzi demona, a lustro przeprowadzi na drugą stronę. Ot tak. I jeżeli damy się temu ponieść to poczujemy tę iskierkę magii, którą niesie ze sobą ta książka.

Oczywiście, są też i wady. Moim zdaniem trochę długo się ta historia rozkręca, chociaż z perspektywy czasu uważam, że było to potrzebne dla zrozumienia charakteru bohaterów. Przyjmuję jednak do zrozumienia opcję, że ktoś nie przebrnie przez początek. Dodatkowo słabo wypadają wątki romantyczne. Jakoś nie kupuję tego całego podejścia: „ja jestem księciem, a Ty zwykłą chłopką”, a za kilka stron bohaterowie wpadają w sidła miłości. Bajkowa otoczka jest super, ale już bajkowe romanse są dla mnie za bardzo cukierkowe i za mało zbudowane. Na szczęście żaden z takich wątków nie jest w centrum, raczej wynikają z wydarzeń głównej akcji.

Jeśli nie jesteście przekonani do baśniowego klimatu Mocy srebra to dodam jeszcze, że pięknie wyszło Naomi Novik nakreślenie relacji międzyludzkich. Tak jak w dzieciństwie zobaczyliśmy, że jeżeli ktoś czyni dobro to ono do niego wraca. Złe uczynki natomiast potrafią się odbić czkawką. Ale! Każdy człowiek może się zmienić i warto mu dać drugą szansę. I dlatego, że pozwoliła mi na powrót do dziecięcych (ale jakże mądrych) morałów - polecam Wam sięgnąć po tę książkę. Może to nie być Wasza estetyka, ale ja, nawet pomimo kilku mankamentów, zostałam oczarowana.

Moja ocena: 8/10




niedziela, 3 lutego 2019

Zemsta jest słodka? - „Wiedźma” Anna Sokalska



*Wiedźma*
Anna Sokalska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 412
*Wydawnictwo:* Lira
Wszelkie znaki zapowiadały nadciągający Har-Magedon.
*Krótko o fabule:*
Obłożona klątwą wiedźma Jasna budzi się z długiego snu. Wyrwana ze swoich czasów, samotna i pozbawiona mocy, pragnie zemścić się za dawne krzywdy. Spotyka na swej drodze zmorę-uciekinierkę, szamana z przypadku i anioła niezadowolonego z nowych obowiązków. Każdy z nich zmaga się z cieniami przeszłości, a Los wciąga ich w nieoczywistą rozgrywkę o ludzkie dusze i przygotowania do końca świata.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Fascynacja wierzeniami słowiańskimi w polskiej fantastyce wciąż nie ustaje. Autorzy lubią wykorzystywać postacie pochodzące z tej mitologii i tworzyć mieszankę ze współczesnym światem. Dodatkowo, umieszczając akcję w jednym z dużych miast często otrzymujemy miłe, rozrywkowe urban fantasy z wątkiem miłosnym dla uradowania (najczęściej nastoletnich) serc.

Trzeba przyznać, że Anna Sokalska wpasowała się w potrzeby rynku czytelniczego całkiem zgrabnie. Wiedźma stanowi pierwszy tom cyklu „Opowieści z Wieloświata”, jej akcja ma miejsce we Wrocławiu, czyli „moim” mieście. Wspominałam już o tym przy okazji opinii na temat Demona luster, że czytając o okolicach, które zna się z codziennego życia zawsze czuję się trochę bliżej bohaterów. Tak też było w tym przypadku i uważam, że Wrocław dobrze sprawdził się jako tło dla wydarzeń z tej pozycji.

Świat przedstawiony to coś, na co należy zwrócić szczególną uwagę w przypadku początku nowej serii. To w końcu on będzie podwalinami pod każdy kolejny tom, dzięki niemu możemy wysnuwać wnioski na temat potencjału takiego cyklu. Moim zdaniem autorka poradziła sobie naprawdę dobrze. To typowe urban fantasy - perypetie postaci pochodzących z innego świata wplątane są w życie zwykłych śmiertelników. Żałuję, że większa część akcji nie odgrywała się „po drugiej stronie ”, że wciąż niewiele o niej wiemy. Ten przedsmak, który dostajemy na początku książki tworzy apetyt na więcej i po skończeniu nie czuję się nasycona. Mam wrażenie, że wiele się jeszcze w tym świecie kryje i można powiedzieć, że potencjał w nim jest, a pierwszy tom nie do końca go wykorzystał. Podejrzewam, że mógł to być zamysł autorki, żeby zaostrzyć apetyt na kolejne tomy, więc ogłaszam, że czuję się zachęcona do oczekiwania na nie.
źródło
Przyznam szczerze, że początek mnie lekko odtrącił. Wszystko zaczyna się od historii Jasnej, czyli tytułowej wiedźmy w 1507 roku. Rozdział wprowadzający trochę męczy czytelnika zamierzchłym słownictwem, przez co ciężko przez niego przebrnąć. Same wydarzenia w nim przedstawione są intrygujące, choć zapewne należałoby powiedzieć dosadnie: okrutne. Powinny zatem wywoływać silne emocje, a dla mnie, niestety, sposób napisania blokował dogłębne odczuwanie tej sytuacji. Na szczęście zaraz po tym rozdziale poznajemy Ninę, postać już współczesną, może dlatego automatycznie nam bliższą. Dziewczyna od początku pokazuje pazurki, widać, że jest charakterna, czasami nawet bezczelna. Niestety przez impulsywność trochę w życiu błądzi, ale zawsze wychodzi od pozytywnych pobudek, chce pomóc, ale nie do końca wie w jaki sposób. Mimo wszystko wzbudziła moją sympatię i miałam ochotę przejść z nią przez tę historię. Po krótkim czasie jesteśmy już świadomi, że będzie nam dane poznać wydarzenia z perspektywy kilku bohaterów, ale jednak w centrum większości z nich będzie Jasna.

W tej książce spotkałam się z ciekawym problemem, który z doświadczenia kojarzyłam wcześniej z seriali - główna postać interesowała mnie mniej niż drugi plan. Jasna, czyli wiedźma która przebyła spory przeskok w czasie wypada raczej dość mdło.  Jest delikatna, niepewna i obdarzona niesamowitą urodą. Brakowało mi w niej jakiejś dodatkowej iskierki, czegoś, co pozwoliłoby mi czekać na kolejne jej przygody. Może powodem było to, że już pierwszy rozdział mnie szczególnie nie przekonał, przez co cała jej motywacja mnie nie kupowała. Poszukiwanie zemsty jest zawsze dobrym motorem napędowym, ale w przypadku Jasnej jakoś nie popierałam jej determinacji. Co innego Nina! Dziewczyna napisana bardziej jako postać pomocnicza, która może dodać trochę koloru niewyparzonym językiem. Tymczasem jej problemy i historia były dla mnie o wiele ciekawsze. Zaczynając od tego, co przechodzi na samym początku, przez życie z tajemnicą na codzień, pozostawia nas w ciągłym oczekiwaniu kiedy się cała jej układanka wysypie. Po kreacji Niny mogę powiedzieć, że autorka wie jak stworzyć porządną i pełnokrwistą bohaterkę. Szkoda, że w tym porównaniu Jasna wypada blado i mam cichą nadzieję, że z Niną będziemy mieć jeszcze sporo do czynienia w kolejnych tomach.
Jest to raczej powieść młodzieżowa, więc możemy spodziewać się miłosnych wątków. Tutaj podobna historia jak z bohaterkami - kiedy Jasna poznaje swojego amanta nie chce mi się wierzyć w to uczucie i zdania nie zmieniam do samego końca. Inaczej jest z Niną - wątek miłosny naprawdę miałam ochotę śledzić, szczególnie że pozbawiony był słodkich scen i czułych słówek, a skupiał się bardziej na codziennej pomocy i takiej ludzkiej stronie związków.

Kolejnym plusem jest sposób, w który tak różnorodne charaktery potrafiły się jednak dogadać. Każdy tutaj jest trochę z innej bajki, ale wspólny cel powoli zbliża ich do siebie. Świetny jest wątek Starzaka, czyli anioła, który dołącza do grupy bohaterów. Prowadzi ciekawy temat poboczny, a zarazem miło się patrzy na to jak wkupuje się w ekipę. Dawid to też interesujący charakter, a jego zdolność widzenia drugiego świata wypada bardzo zgrabnie i widać, że był to bohater dobrze przemyślany. W ogóle wszystko, co pochodziło ze świata magii wprowadzało najwięcej emocji. Uważam, że gdyby było tego trochę więcej (zamiast chociażby rozbudowanych scen związanych z kręceniem teledysku) to książka zyskałaby oczko w górę.

Jeżeli lubicie lekkie pozycje z wierzeniami słowiańskimi w roli głównej, kilkoma wątkami miłosnymi i zróżnicowaną bandą bohaterów to dajcie szansę Wiedźmie. Co prawda, w zakończeniu brakowało mi efektu wow, ale zapowiadane są tam bardzo intrygujące wydarzenia na kolejne tomy. Szczególnie liczę na częstsze wykorzystanie tego drugiego świata, za zasłoną, który był dla mnie najbardziej interesującym wątkiem książki i żałuję, że nie spędziliśmy tam więcej czasu. Liczę, że to się zmieni. Ja będę czekać na kontynuację, bo jestem bardzo ciekawa, w którą stronę zaprowadzi nas wyobraźnia Anny Sokalskiej.

Moja ocena: 7-/10


Za egzemplarz dziękuję autorce i wydawnictwu Lira.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

„Patrick Melrose”, czyli życie pod wpływem traumy z dzieciństwa

Gdybym miała w dwóch słowach skomentować dlaczego ten serial tak bardzo mi się podobał byłyby to: Benedict Cumberbatch. To na jego barkach leżało powodzenie produkcji, twórcy (i sam aktor, bo też do grupy producentów należy) postanowili postawić go w centrum uwagi przez długość trwania wszystkich pięciu odcinków. A on poniósł ten serial z brawurą i potwierdził, że nie bez przyczyny uważany jest za jednego z najlepszych współczesnych aktorów.
Patrick Melrose to historia zagubionego człowieka, który boryka się z demonami przeszłości. Serial powstał na podstawie książek Edwarda St Aubyna, autora, który przyznał się, że cykl ma charakter autobiograficzny. Tym bardziej ta historia potrafi przerazić.
Tytułowego bohatera zastajemy w momencie kiedy dowiaduje się o śmierci ojca. Nie spodziewajmy się jednak typowej żałoby i smutku towarzyszącego tragedii. Patrick wydaje się nawet zadowolony. Przyjeżdża po prochy swojego ojca, a w przerwach między załatwianiem formalności zażywa różnych twardych narkotyków i popija je morzem alkoholu. Przez moment mamy wrażenie, że to nieludzkie zachowanie wynika z rozpieszczenia (rodzice Paricka należeli do arystokracji), ale wystarczy kilka momentów na przebitkę z przeszłości, żeby uświadomić sobie, że kryje się za tym coś więcej.
źródło
W pierwszym odcinku zobaczymy Benedicta, który przeżywa ostre jazdy narkotykowe, gra ryzykownie, z zacięciem, balansując na granicy przeszarżowania. Jest świetny. Na dodatek czasami wkradają się elementy gry, które wręcz wydają się humorystyczne - bawią nas, ale tylko do czasu. Później przychodzi drugi odcinek, w którym przyjrzymy się dzieciństwu Patricka i zobaczymy wydarzenia, które rzutować będą na całe jego życie.
Serial ma tylko pięć odcinków, a każdy ma miejsce w innym czasie. Uważam, że to dość ryzykowny pomysł, ale tym razem wypadł bez zastrzeżeń. Każdy z odcinków przedstawia dosłownie krótki element życia Patricka, kilka dni, które wystarczą, żeby pokazać jego aktualny stan. Mimo że postać tę zobaczymy w różnych sytuacjach, od narkotykowej euforii po drgawki w taksówce i wizytę na odwyku, to Benedictowi udało się utrzymać charakter i ani na chwilę nie wątpimy w istnienie jego niezwykłego bohatera. Napięcie jest tutaj budowane raczej w obrębie poszczególnych odcinków, które dają sporo czasu na rozwój akcji i wgłębienie się w nią widza. Jeden odcinek to przyjęcie wydawane przez znajomą Patricka, a akcja kolejnego będzie się kręciła wokół stypy. Chodzi o to, że między nimi minęły lata. A co się podczas nich wydarzyło? To pozwoli nam wywnioskować zgrabnie napisany scenariusz poszczególnych odcinków, odkrywający fakty, które miały miejsce w tych czasowych dziurach.
źródło
Autor powieści snując historię Patricka rysuje nam obraz elity, który jest odrażający - wszechobecne zepsucie, wyobrażenie o swojej wyższości, brak poczucia odpowiedzialności za swoje czyny. Niemal każdy z bliskiego otoczenia rodziny Melrose jest przesiąknięty wadami tej grupy społecznej, a młode pokolenie ratunek znajduje tylko w substancjach psychoaktywnych. Patrick jest więc trochę ofiarą grupy społecznej, w której się urodził.
Z drugiej strony jego rodzice to osoby, które wypadają wśród całej tej elity najbardziej negatywnie i mają największy impakt na lęki i depresję syna. Może tylko dlatego, że to do tej rodziny zaglądamy dogłębnie i poznamy jej najgorsze i obrzydliwe sekrety. Czujemy prawdziwy dyskomfort oglądając sceny z dzieciństwa Patricka, w których odkrywane są karty jego ojca. Matce trochę współczujemy, ale za chwilę jesteśmy oszołomieni jej odrętwieniem kiedy hamuje się przed udzieleniem pomocy synowi. Ogólny wydźwięk serialu jest więc dramatyczny, ale zarazem ma w zanadrzu wiele innych kolorów, ponieważ scenarzyści wplatają w dialogi masę ironii i czarnego humoru. Wychodzi im to naprawdę zgrabnie, a ogląda się z ciągłym zainteresowaniem.
Bardzo dobrze jest ten serial zrealizowany pod kątem technicznym. Zdjęcia są świetne, odważne, przesycone kolorami. Aktorsko jest cudownie. O Benedictcie już wspomniałam, ale dodam, że moim zdaniem to jego najlepsza do tej pory rola. Odwaga się w tej kwestii opłaciła, a my możemy oglądać prawdziwy popis umiejętności. Pola nie ustępuje mu Hugo Weaving, który w rolach czarnych charakterów sprawdza się jak zawsze świetnie. Zdecydowanie odpychająca kreacja, czyli taka jaka powinna być. Bardzo dobrze radzi sobie także Jennifer Jason Leigh w roli matki i Anna Madeley.
Czy jest to serial dla każdego? Może nie. Warto jednak dać mu szansę, odcinków jest tylko pięć, a dla roli Cumberbatcha naprawdę opłaca się znać ten tytuł.

Moja ocena: 8/10



Serial jest do obejrzenia na HBO GO :)

wtorek, 22 stycznia 2019

Kilka słów o człowieku-legendzie - „Bowie. Biografia” Maria Hesse, Fran Ruiz


*Bowie. Biografia*
Maria Hesse / Fran Ruiz

*Język oryginalny:* hiszpański
*Tytuł oryginału:* Bowie: Una biografia
*Gatunek:* biografia
*Forma:* powieść graficzna
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 168
*Wydawnictwo:* Młody book
Tytuł albumu kryje w sobie kalambur bardzo adekwatny do tematu rozdwojenia: Aladdin Sane (zdrowy na umyśle Aladdyn) brzmi tak samo jak A lad insane (szalony chłopiec).
*Krótko o fabule:*
Niniejsza książka zgłębia wszystkie aspekty życia Davida Bowie, pokazuje tajemnice i anegdoty. Niczym hieroglif, Bowie jawi się nam jak zagadka, którą wszyscy próbujemy rozwiązać, a nikt nie nadaje się do tego tak, jak María Hesse, autorka fenomenalnej „Fridy". Dziś Bowie fascynuje bardziej niż kiedykolwiek.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Kiedy ponad trzy lata temu świat obiegła wiadomość o śmierci Davida Bowie wszyscy czuliśmy, że straciliśmy wyjątkową postać. Mężczyznę, który wniósł do przemysłu muzycznego nową jakość, który nie przestawał poszukiwać, a zarazem zaskakiwać swojej widowni. Ikonę, którą inspiruje całą rzeszę nowych twórców. Człowieka kameleona, który zmieniał się, ewoluował z płyty na płytę. Wreszcie muzyka, który pozostawił po sobie nieśmiertelne hity, takie jak Heroes czy Let's dance.

Żeby móc powiedzieć, że się nie zna Davida Bowie trzeba być kompletnym muzycznym ignorantem. Jest to na tyle ważna persona z branży, że choć raz musiało się jego nazwisko obić o nasze uszy. Ja przyznaję, że znam tylko jego największe hity, a jeżeli chodzi o męczenie którejś z płyt to przytrafiło mi się to tylko z jego ostatnim krążkiem, czyli Blackstar. Toteż sporo eksploracji przede mną. Jednak okazało się, że z muzyką jeszcze nie było źle, ale o jego życiu wiedziałam tyle co nic. Z pomocą przyszła książka stworzona przez Marię Hesse i Fran Ruiz. Maria Hesse to ilustratorka, która stworzyła zarys tej biografii, a następnie szukała osoby, która dopisałaby do niej historię. Jej wcześniejsze prace można oglądać w książce o życiu Fridy Kahlo, również wydanej przez Młody Book.

Poświęćmy więc chwilkę tym obrazkom, skoro od nich się zaczęło - faktycznie to właśnie one wyróżniają tę pozycję na tle innych. Ja dlatego skusiłam się na przeczytanie książki, jest w tych ilustracjach coś fascynującego i nietuzinkowego. Masa pracy nad szatą graficzną opłaciła się, każda strona jest zapełniona rysunkami. Na pierwszy rzut oka można podejrzewać, że to raczej pozycja dla młodszych czytelników, jednak ja znajduje w niej coś więcej, a szczególne wrażenie robią te obrazki, w których z wnętrzności artysty wyrastają kwiaty (tak jak widzimy na okładce).

źródło
Jak jest z treścią? Trzeba przyznać, że jest dość infantylna i może dla prawdziwych fanów Bowiego być nieciekawa. Jednak dla osób, które mało wiedzą sprawdza się idealnie. Fran Ruiz postanowił podejść do tematu inaczej i napisał tę biografię niejako podszywając się pod Bowiego. Jak sam zaznaczył we wstępie: „to była zabawa w intuicyjne poznawanie człowieka”. Przez to wychodzi nam jakaś hybryda między biografią o znanym muzyku a fikcją literacką, która ma nam pomóc znaleźć się w głowie Bowiego. Wydaje mi się, że wyszło zgrabnie, chociaż powtarzam: jest to dość dziecinne.

Ta biografia wydaje się najlepszym produktem dla osób, które chcą mieć piękną książkę na półce, pozachwycać się oryginalnymi ilustracjami, a zarazem mają nadzieję w krótkim czasie poznać historię Davida Bowiego. Uwierzcie mi, że pozycję uda się przeczytać w jeden wieczór. Nikt tutaj nie skupia się na szczegółach - raczej przejdziemy przez ważniejsze wydarzenia z przeszłości artysty, poznamy jego rozterki, wysiłki włożone w pracę muzyczną, a także będziemy świadkami przebiegu jego życia prywatnego. I tutaj muszę przyznać, że dowiedziałam się wielu ciekawostek. Trochę wstyd się przyznać, ale nie wiedziałam nawet, że Bowie miał jedną źrenicę ciągle rozszerzoną. Jakoś nie rzuciło mi się to w oczy, a teraz mam wrażenie, że to było takie oczywiste i tak bardzo widoczne.

Na koniec mogę dodać, że szczerze polecam Wam tę pozycję. Jest miła dla oka, a jej treść przybliży życie legendy rocka. Może dla jego fanów nie będzie to nic odkrywczego, ale dla laików to fascynująca podróż napisana z perspektywy muzyka i podkolorowana piękną oprawą.

Moja ocena: 8/10



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Młody Book

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka