wtorek, 21 listopada 2017

Być tu i teraz - „Purezento” Joanna Bator

Premiera tej książki już niebawem. Jeżeli chcecie wiedzieć dlaczego warto ją kupić (oprócz oczywistego powodu, czyli cudownej okładki!) to zapraszam do przeczytania mojej opinii :)
*Purezento*
Joanna Bator

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* literatura współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 288
*Wydawnictwo:* Znak
Zdarzają się rzeczy, które nie czynią nas silniejszymi, nawet jeśli przeżyjemy. Chcemy wierzyć, że czas nas uleczy sam z siebie. Ale czas nie jest lekarstwem, jeżeli pozostajemy bierni. Wtedy po prostu upływa, obojętny.
*Krótko o fabule:*
Kiedy drzwi zamknęły się za jej chłopakiem, nie wiedziała, że widzi go po raz ostatni. Kiedy zaczęła uczyć polskiego Panią Myōko nie przypuszczała, że dzięki niej wyruszy w daleką podróż. Kiedy po raz pierwszy spotkała Mistrza Myō, nie sądziła, że jej życie na nowo nabierze sensu. Kiedy na jej drodze stanął mężczyzna ze znamieniem w kształcie oliwki na plecach, nie spodziewała się jak silna będzie miłość, która ich połączy. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Na początku tego roku miałam okazję odbyć pierwsze spotkanie z twórczością pani Bator. Padło na Rok królika, powieść, która podzieliła czytelników na jej wielbicieli i przeciwników. Dla mnie była to ciekawa pozycja, ale specjalną miłością do niej nie zapałałam. Sprawa ma się zgoła inaczej z najnowszą książką autorki, czyli Purezento.

Okazuje się, że polskie słowo „prezent” po japońsku brzmi niemal identycznie, dlatego taki też został nadany tytuł powieści. Moim zdaniem bardzo trafny, bo takich małych i większych prezentów można się doszukać w książce całkiem sporo. Purezento to dla mnie przede wszystkim powieść o docenianiu chwili i tych wszystkich darów, które dostajemy od życia, a o których rzadko myślimy w kontekście prezentów. Bohaterka powieści będzie się uczyć sztuki „bycia tu i teraz”, a my razem z nią doszukamy się małych rzeczy, które potrafią sprawić nam radość i poprawić humor, jeśli tylko pozostaniemy na nie otwarci. Czyli tytuł koresponduje z treścią, a zarazem pokazuje więź łączącą język polski z japońskim, co jest tylko przedsmakiem tego, co znajdziemy w powieści.

Nie od dzisiaj wiadomo, że autorka fascynuje się kulturą japońską. Niesamowite jest jednak to, jak w swojej książce odmalowała ten kraj w sposób oryginalny, a zarazem intrygujący. Bohaterka, która jest jednocześnie narratorką, odbywa podróż do Tokio i razem z nią będziemy poznawać kulturę Japonii. Całość napisana jest oszczędnym językiem, dzięki czemu będziemy mogli bardziej poczuć panujący tam specyficzny klimat, który współcześnie może nie jest tak oddalony od naszego, europejskiego. Autorka ciekawie przeplata nasze wyobrażenia o tamtym miejscu z rzeczywistością - przykładowo wspomina drogie kimona, ale bardziej w odniesieniu do tradycji, a nie jako elementu codziennego życia mieszkańców. Zarazem ten kraj posiada w sobie pewną magię. Spora w tym zasługa zajęcia, na którym skupia się autorka, czyli kintsugi. Jest to japońska sztuka naprawiania zniszczonych, rozbitych przedmiotów, która polega na sklejaniu ich z użyciem złota. Za sprawą tej czynności otrzymuje się odnowioną rzecz, na której widać złote blizny. Przedmiot jest znowu cały, możemy ponownie z niego korzystać, a zarazem dokładnie widzimy miejsca sklejenia, domyślamy się, że w przeszłości był rozbity. Wspaniale to koresponduje z życiem bohaterki, naznaczonym wieloma bliznami. Takimi bliznami, które zapewne posiada każdy z nas.

źródło
W tej niewielkiej objętościowo książce odszukamy mnóstwo tematów, które znajdą odniesienie w naszym życiu. Chyba każdy czytelnik borykał się kiedyś ze stratą bliskiej osoby i do końca nie wiedział jak sobie z nią poradzić. Zapomnieć, uciec, a może rozmyślać nad tym, co zrobiłoby się lepiej, inaczej? Bohaterka książki ma spore szczęście, że na jej drodze znalazły się osoby, które dały jej impuls do działania. Oczywiście sama też wkłada w swój rozwój mnóstwo pracy, bo nic nie dzieje się ot tak („czas nie jest lekarstwem, jeżeli pozostajemy bierni”). Z każdym sklejonym przez nią naczyniem, rozrzucone fragmenty jej życia powoli wracają na swoje miejsce. Nigdy jednak nie pozbędzie się blizn, bo prawdziwa sztuka polega na zrozumieniu, że są one częścią jej nowej tożsamości, powstałej z ważnych wydarzeń przeszłości. 

Po przyjeździe bohaterki do Tokio poznajemy jej nowego kompana codziennych czynności, czarnego kota Mushina (w słowniczku na końcu książki czytamy, że imię to oznacza „najwyższy wyraz niedoścignionego piękna poza świadomością”). Wszyscy przygotowują narratorkę, wspominając, że zwierzak jest dość osobliwy, czasami można odnieść wrażenie, że ludzka dusza mieszka w tym futrzaku. Razem z kotem bohaterka będzie przemierzać parki i ulice, a podczas tych spacerów poznamy bliżej japońskie miasto, a także jego mieszkańców. Niektórych spotkamy kilkakrotnie, inni będą jedynie wspomnieni, ale wszyscy stworzą całościowy obraz tamtego społeczeństwa.

Ciekawym wątkiem jest również relacja głównej bohaterki z matką. Za każdym razem kiedy odbywają ze sobą rozmowę, rodzicielka schodzi na tematy dotyczące osób z przeszłości córki, jakby bała się rozpoczęcia prawdziwej, wartościowej dyskusji. Dowiadujemy się także, że wiele lat temu odszedł od niej mąż, a córkę wychowała jako samotna matka. To również wydarzenie, które potrafi naznaczyć na całe życie.

Purezento na pewno sprawia wrażenie książki głęboko przemyślanej. Fabuła tworzy kompletną całość, którą pochłania się błyskawicznie i z pełnym zaangażowaniem. Treść, mimo pewnej oszczędności w stylu narratorki, jest nośnikiem wielu emocji. Natomiast najważniejsze jest to, że po zakończeniu lektury będziemy bogatsi w refleksje na temat przyjmowania ran z przeszłości i przekuwania ich w część nowego siebie. To po prostu piękna i wartościowa lektura.

I ta okładka! Tak pięknie korespondująca z treścią. 
Już rozumiem skąd zachwyty nad tą autorką i zdecydowanie muszę nadrobić resztę jej twórczości. 

Moja ocena: 8+/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

środa, 15 listopada 2017

Marionetki w sidłach fatum - „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją” NT Live

Kiedy pierwszy raz wybrałam się na retransmisję spektaklu do kina z miejsca się zakochałam. To cudowna alternatywa dla osób szukających nowej jakości, bez potrzeby wydawania mnóstwa pieniędzy na podróże i bilety. Dzięki nazywowkinach.pl możemy oglądać światowej sławy opery, balety, spektakle i wystawy nie ruszając się z naszego miasta. Wystarczy wybrać się do kina! Ostatnio zachwycałam się przepiękną wersją Jane Eyre (moje wrażenia TUTAJ), a teraz udało mi się zobaczyć sztukę Rosencrantz i Guildenstern nie żyją.

źródło
Przyznam szczerze, że o sztuce wcześniej nie słyszałam, dlatego całość była tym bardziej zaskakująca. Oczywiście gdy już zdecydowałam się wybrać do kina to przed wyjściem trochę poszperałam i poczytałam (pamiętajcie, że warto to robić przed wizytą w teatrze). Rosencrantz i Guildenstern nie żyją to sztuka autorstwa Toma Stopparda (możecie go kojarzyć jako scenarzystę takich filmów jak Anna Karenina, Imperium Słońca czy Zakochany Szekspir). Tytułowi bohaterowie zostali zapożyczeni od samego Szekspira - Rosencrantz i Guildenstern to poboczne postaci, znane ze sztuki Hamlet. To oni zostali zaproszeni przez Klaudiusza, a ich zadaniem było rozweselenie księcia i wybadanie co jest źródłem jego dziwnego zachowania. Natomiast w zakończeniu dramatu zawozili szalonego księcia na dwór angielski, gdzie miał zostać stracony. Hamlet jednak nie dał się tak łatwo podejść - sfałszował list skierowany do Króla, w skutek czego śmierć go nie dosięgła, a na stryczku kończą jego szkolni przyjaciele, właśnie Rosencrantz i Guildenstern.
Tom Stoppard w historii tych dwóch bohaterów, lekko zarysowanej przez Szekspira, zauważył szansę na rozpisanie znanych wydarzeń z nowej perspektywy, przenosząc na papier inną problematykę i poruszając odmienne treści. Kiedy po raz pierwszy spotykamy Rosencrantza i Guildensterna zauważymy, że obaj znajdują się jakby zawieszeni w przestrzeni, nieświadomi swojego miejsca i celu. Autor scenariusza obdarzył ich amnezją, tak że jedyne co pamiętają, to fakt, że zostali wezwani. W tej oderwanej od rzeczywistości krainie (w której moneta wciąż pokazuje tylko jedną swoją stronę) pozostają, dopóki na ich drodze nie pojawi się trupa teatralna. Oczywiście, to ten sam zespół, który za kilkadziesiąt minut będzie występował przed rodziną królewską, pokazując intymne dzieje aktualnego władcy (wszystko za namową Hamleta, jeżeli dobrze pamiętacie z tekstu dramatu).
źródło
Warstwa scenariuszowa robi w przypadku tego spektaklu spore wrażenie. Stoppard nie ogranicza się jedynie do postaci dwóch tytułowych bohaterów, swobodnie wprowadzając na scenę Hamleta, jego matkę, Ofelię i Klaudiusza. Co prawda będą jedynie przemykać chybcikiem, wypowiadając kilka kwestii, zostawiając Rosencrantza i Guildensterna coraz bardziej skonsternowanych i zagubionych. Od razu mogę wspomnieć tutaj o świetnym pomyśle konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością - przed spotkaniem z Hamletem nasi bohaterowie planują jak go podejść, o co zapytać i co doradzić, a później i tak doświadczają porażki. Wydaje mi się, że to jest kwintesencja całego spektaklu. To, że tytułowi bohaterowie są jedynie marionetkami, nad którymi ciąży fatum, bo przecież już tytuł sztuki zdradza widzowi jak obaj skończą. Bardzo to przewrotne ze strony autora scenariusza. Przecież Szekspir zrywał z zasadą z góry założonego przeznaczenia, pokazywał, że (w odróżnieniu od teatru starogreckiego) to człowiek jest panem własnego losu, a nie jakiś niematerialny byt, który decyduje o przyszłości bohaterów.
Dialog między głównymi postaciami niesamowicie wciąga i zachwyca od pierwszych scen do ostatnich. Trzeba jednak wspomnieć, że wiele tam gierek słownych, które mogą umknąć osobom, nieznającym języka angielskiego. Tłumaczenie nie zawsze potrafi w odpowiedni sposób przekazać ich sens.
źródło
Brawa należą się na pewno odtwórcom głównych ról. Joshua McGuire i Daniel Radcliffe stworzyli bardzo zgrany duet, który oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Sceny, w których wymieniali się kwestiami z prędkością światła, były dopracowane co do sekundy. Wymaga to przecież ogromnego skupienia. Tutaj właśnie widać tę nić porozumienia, która między nimi się wytworzyła. Docenić trzeba również to, że każdy z nich nabrał swojego charakteru (a przecież w dramacie Szekspira pamiętamy ich niemal jako jedną osobę, pod nazwą „przyjaciele Hamleta”). Zresztą reżyser sztuki, David Leveaux, świetnie poprowadził wszystkich bohaterów, a dzięki temu otrzymaliśmy tragikomedię, która się nie postarzała.
Jeżeli już mówimy o aktorach, to nie mogę ominąć odtwórcy postaci drugoplanowej, który kradł uwagę widza za każdym razem gdy pojawiał się na scenie. Mowa oczywiście o szefie wędrownej trupy teatralnej, granej przez aktora Davida Haiga. Tego człowieka po prostu chciało się słuchać, szczególnie że był źródłem wielu komediowych momentów w spektaklu.
źródło
Reżyser zastosował mnóstwo ciekawych patentów, a wraz ze współtwórcami bardzo dobrze wykorzystał przestrzeń sceniczną. Powiększając obszar sceny (w materiale wspomina się o usunięciu tylnej kurtyny i dodaniu przednich podestów), stworzono obrazek, który z miejsca mówi nam jak „niewielcy” są bohaterowie (i nie mówię tutaj o niskim wzroście obu aktorów). Scenografia jest minimalistyczna, twórcy korzystają z ciekawych, acz prostych rozwiązań, żeby stworzyć iluzję zmiany miejsca akcji (przykładowo kiedy przenosimy się na dwór królewski, pojawia się bogato zdobiona kotara).
Spektakl Rosencrantz i Guildenstern nie żyją okazał się bardzo dobrą rozrywką, a równocześnie przedstawieniem poruszającym wiele wciąż aktualnych treści. Możemy więc być świadkiem scen, typowo wyreżyserowanych pod wywoływanie salw śmiechu, jak chociażby ta, w której Rosencrantz i Guildenstern, chcąc się schować przed nadchodzącymi, stają tyłem do publiczności, w myśl zasady „stopię się ze ścianą, to nie będzie mnie widać”. Z drugiej strony posłuchamy wielu błyskotliwych wymian zdań, m.in. na temat nieuchronności śmierci (pytanie zadane przez Radcliffe'a na temat tego, kiedy pierwszy raz człowiek staje się świadomy, że kiedyś umrze i bardzo ciekawa do tego konkluzja). Jeżeli więc będziecie mieli okazję, to wybierzcie się na tę retransmisję do kina. Nie pożałujecie.

Człowiek mówiący do rzeczy do siebie nie jest bardziej szalony niźli człowiek mówiący od rzeczy nie do siebie.
- Tom Stoppard, Rosencrantz i Guildenstern nie żyją   

Moja ocena: 8/10


Jeżeli chcecie się dowiedzieć co, gdzie i kiedy grają to zapraszam na stronę http://nazywowkinach.pl

sobota, 11 listopada 2017

Złota era Hollywood - od czego zacząć (cz. 2)

Pierwsza część postu zawierająca tytuły lekkie, przyjemne i na uśmiech znajduje się tutaj.
Dzisiaj zajmiemy się kinem trochę poważniejszym, co nie znaczy, że mniej ciekawym. Tak jak kocham komedie z Audrey Hepburn czy musicale z Genem Kelly, tak muszę powiedzieć, że to właśnie na dzisiejszej liście znajdują się najbliższe memu sercu tytuły. To tutaj możemy znaleźć przykłady aktorstwa na najwyższym poziomie, które po dziś dzień wspominane jest z zachwytem na całym świecie. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam na listę filmów, od których warto zacząć przygodę z hollywoodzkim kinem lat 40/50/60tych.

Przeminęło z wiatrem (1939)

źródło
Klasyk nad klasykami, najczęściej oglądany film wszech czasów, z cytatami powtarzanymi przez kolejne pokolenia (Frankly, my dear, I don't give a damn i kochane After all, tomorrow is another day). Warto go obejrzeć jak się ma już trochę lat na karku, bo wtedy można się faktycznie zachwycić. Historia upartej Scarlett O'Hary (Vivien Leigh), która jest córką bogatego plantatora i żyje jak rozpieszczona księżniczka. Wszystko się zmienia, kiedy wybucha wojna secesyjna, a jej ukochany z sąsiedztwa żeni się z inną. I tutaj przede wszystkim ta monumentalność robi wrażenie. Film trwa prawie cztery godziny (!), ale perypetie bohaterów ciekawią nas do tego stopnia, że trudno się na tym dziele nudzić. Spotkałam się już z wieloma opiniami, że obawiano się do niego zasiadać, bo stary i długi, a później następowało pozytywne zaskoczenie. Dlatego nie macie się nad czym zastanawiać. Film zrobił niemałą furorę, zgarniając sporo Oscarów (pierwszy raz w historii najlepszy film trwał aż tak długo), w tym dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Vivien po prostu zmiotła ogromną konkurencję i trzeba przyznać, że ta kobieta urodziła się do roli Scarlett, która ma sporo wad, ale której osobiście kibicowałam, chociaż zauważałam mnóstwo popełnianych przez nią błędów. Wrażenie robiła również chemia pomiędzy nią a Clarkiem Gable (z którym swoją drogą Vivien nie lubiła się całować, podobno miał nieświeży oddech!). Przez plan przewinęło się trzech reżyserów, a producent, David Selznik, za przekleństwo w tekście Frankly, my dear, I don't give a damn zapłacił karę o wysokości 5000 dolarów. Jednak było warto, bo cytat, tak jak cały film, przeszedł do historii kina na zawsze.

Wszystko o Ewie (1950)

źródło
Tym razem to film, który przede wszystkim robi wrażenie na płaszczyźnie scenariusza i reżyserii. Od razu widać, że to dzieło kompletne, które ogląda się z niegasnącym zainteresowaniem. To ten typ filmu, który możemy włączyć nawet dzisiaj i poczuć, że temat tam poruszany jest wciąż aktualny. Otóż, młodziutka i urocza dziewczyna, Ewa (Anne Baxter) jest ogromną fanką doświadczonej aktorki, odnoszącej sukcesy - Margo (Bettie Davis). W pewnym momencie udaje im się poznać, a Ewa zaczyna obracać się w kręgach przyjaciół Margo. Powoli z najbardziej oddanej fanki przeistacza się w największą rywalkę. Wszystko o Ewie to niezwykle frapująca historia o dochodzeniu po trupach do celu, genialnie zarysowane charaktery poszczególnych postaci, a wszystko w obłędnie zdolnej obsadzie. Ja zazwyczaj lubię oglądać filmy, w których możemy podejrzeć tę drugą stronę życia aktorskiego (chociażby jak w Birdmanie). Uważam, że ta tematyka to prawdziwa skarbnica różnych zachowań i pewnie dlatego filmy o tym tak wciągają. W tym przypadku mamy świetnie zarysowaną tę walkę o sławę, o pierwsze miejsce w szeregu. Zobaczymy jak wiele fałszu i zakłamania można doświadczyć w świecie celebrytów. Na dodatek możemy to oglądać w cudownym pojedynku aktorskim między Baxter a Davis, które stają na wysokości zadania i dokładają swoją iskrę do granych postaci. Tak bardzo aktualny, a jednak klasyk - musicie to zobaczyć!

Kto się boi Virginii Woolf (1966)

źródło
Wcześniej wspomniane filmy oparte były na powieści (Przeminęło z wiatrem) i opowiadaniu (Wszystko o Ewie). W przypadku Kto się boi Virginii Woolf mamy do czynienia z dramatem, napisanym przez Edwarda Albee, którego konikiem były dramaty psychologiczne. Czyli automatycznie mamy ograniczone miejsce i czas akcji, a sukces może opierać się jedynie na dobrym scenariuszu. I ten taki oczywiście jest. Na dodatek daje ogromne pole manewru dla aktorskich szarży, a odtwórcy poszczególnych ról z przyjemnością je wykorzystują. W filmie występują jedynie cztery osoby. Martha (Elizabeth Taylor) i George (Richard Burton) wracają z jednego towarzyskiego spotkania, już w stanie nietrzeźwym. Wtedy dowiadujemy się, że zaplanowali jeszcze wieczorek zapoznawczy z młodym małżeństwem, które właśnie wprowadziło się do okolicy. Całą noc będziemy oglądać to spotkanie czwórki osób. Wbrew pozorom, trudno się na tym filmie nudzić. Z uczuciem zgrozy będziemy obserwować zachowanie starszego małżeństwa - Martha to kobieta o niewyparzonej gębie, która wydaje się niczym nie przejmować, a swojego męża traktować jako kompletne zero. George, człowiek z pozoru cichy i spokojny, również potrafi pokazać pazurki i mściwą stronę swojego charakteru. Cały wieczór będą bez skrupułów prać małżeńskie brudy przy gościach, co oczywiście wprawi ich w zakłopotanie. Natomiast to zderzenie dwóch małżeństw z różnymi stażami będzie skłaniało do refleksji na temat słuszności podejmowania decyzji o wiązaniu się „na zawsze”. Moim zdaniem to najlepsza rola w dorobku Elizabeth Taylor - to ona najczęściej kradnie uwagę widza. Trzeba też wspomnieć o reżyserze tego dzieła. Mike Nichols zadebiutował owym filmem, świetnie radząc sobie z poprowadzeniem aktorów przez swoją wizję. Jego późniejsze tytuły również zasługują na zainteresowanie (nakręcił Bliżej, Absolwenta). Polecam jednak zacząć od Kto się boi Virginii Woolf, bo to po prostu wspaniały film.

Bulwar Zachodzącego Słońca (1950)

źródło
Film chciałam obejrzeć odkąd przeczytałam pewną wychwalającą go recenzję (wydaje mi się, że było to na blogu Quentina). Tym razem obsada była dla mnie raczej czarną magią, a skusiła mnie poruszana tam tematyka. No i reżyser! Billy Wilder to jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk, jeżeli chodzi o stare, dobre Hollywood. Najlepsze jest to, że próbował różnych gatunków, bo przebył drogę od filmów noir, poprzez dramaty, po komedie i romanse, ale za każdym razem stawał na wysokości zadania. Z czystym sumieniem można stwierdzić, że Wilder miał prawdziwą smykałkę do pokazywania nam życia swoich bohaterów, a każdy jego film potrafił widza oczarować. Wystarczy wspomnieć, że Bulwar Zachodzącego Słońca to jeden z czterech filmów tego reżysera, które oceniłam na ocenę 9/10, więc rozumiecie, że dla mnie to po prostu geniusz. W przypadku tego filmu znowu mamy do czynienia ze światem związanym z Fabryką snów, który możemy oglądać od kuchni. Joe (William Holden) podczas ucieczki znajduje schronienie w domu przy Sunset Boulevard. Okazuje się, że jego mieszkanką jest dawna gwiazda kina niemego, Norma Desmond (Gloria Swanson). Kobieta prosi go o pomoc w napisaniu scenariusza. Czyli mamy znowu tematykę wielkich zmian w kinie, po wprowadzeniu dźwięku w filmach (poruszana była również w Deszczowej piosence, o której wspominałam w pierwszej części posta). Możemy obserwować co przeżywały gwiazdy dużego ekranu, kiedy okazało się, że nie są już wystarczające, kiedy wypierały je młode i urocze panny, które potrafiły grać również za pomocą głosu. Podobno do głównej roli brana była pod uwagę Pola Negri, ale jej polski akcent był zbyt słyszalny. Nie ma czego żałować, bo Gloria Swanson dała popis swoich zdolności. Chociaż można kwestionować czy to były umiejętności czy prawdziwe życie. W końcu aktorka sama przeżyła tę zmianę w kinie - niegdyś była gwiazdą kina niemego, a w Bulwarze Zachodzącego Słońca pojawiła się po dziewięcioletniej przerwie. I dała najbardziej pamiętny występ w karierze. A sam film, dla fanów kina jest pozycją obowiązkową.

 Zabić drozda (1962)

źródło
W przypadku Zabić drozda nikogo chyba nie zdziwię stwierdzeniem, że sięgnęłam po ekranizację po przeczytaniu pierwowzoru. Powieść Harper Lee podbiła szturmem serca czytelników na całym świecie i zachwyca nas po dziś dzień. Na szczęście ekranizacja nie odstaje od oryginału i fani książki powinni być w zupełności zadowoleni. To historia Atticusa (Gregory Peck), który postanawia być obrońcą sądowym skazanego czarnoskórego mężczyzny, co wywołuje niemałe poruszenie w niewielkiej miejscowości. Wszystko będziemy obserwować oczami dziewczynki, na którą wołają Smyk (Mary Badham). Film porusza tematy rasizmu i prześladowań Afroamerykanów. To, co najbardziej łapie mnie za serce to ten bunt Atticusa, taki cichy i spokojny, wśród krzyczących na niego przeciwników. W ogóle postać grana przez Gregorego Pecka jest jedną z moich ulubionych w literaturze i filmie. To taki ciepły, uczciwy człowiek, który potrafi przemawiać przed Wysokim Sądem, dyskutować z Afroamerykanami i tłumaczyć rzeczywistość kilkuletniej dziewczynce. Idealny przewodnik życia. A fabularnie film nadal jest bardzo aktualny. Będziemy mieć również do czynienia z wątkiem pobocznym, dotyczącym tajemniczego „Boo” Radleya. Przekonamy się jak działa małomiasteczkowa plotka, jak potrafi naznaczyć mieszkańca, niekoniecznie prawidłowo. Bardzo dobre role Gregorego Pecka i zdolnej Mary Badham, która jednak nie wybrała aktorstwa jako swojej drogi kariery. Nie wiem czy mamy czego żałować, ale postać Smyka zdecydowanie została oddana cudownie. Polecam, fanom książki i nie tylko!

Tramwaj zwany pożądaniem (1951)

źródło
Jeżeli mówimy o kinie lat 50tych to nie mogło zabraknąć tutaj jednego nazwiska - Tennessee Williams. To autor wielu sztuk teatralnych, z których kilka zostało przeniesionych na duży ekran. Miałam problem z wyborem tytułu do tego zestawienia, bo genialnymi ekranizacjami są również Kotka na gorącym, blaszanym dachu czy Słodki ptak młodości. Wybór padł jednak na najbardziej znaną sztukę autora i po prostu genialny film, czyli Tramwaj zwany pożądaniem. Fabułę rozpoczyna przyjazd Blanche DeBois (Vivien Leigh) do swojej siostry, Stelli (Kim Hunter). Nie potrafi znaleźć wspólnego języka ze swoim porywczym szwagrem, Stanley'em Kowalskim (Marlon Brando). A ich wymiany zdań naprawdę są legendarne. Przyznam, że fabułę filmu znałam przed seansem, bo udało mi się obejrzeć spektakl na podstawie tego dramatu w Teatrze Bagatela w Krakowie. W żaden sposób nie przeszkadzało mi to w rozkoszowaniu się filmem. Ogromna w tym zasługa świetnie dobranej obsady. Vivien Leigh jest przekonywująca w roli niestabilnej emocjonalnie Blanche, jej napady melancholii i szaleństwa absorbują uwagę widza. Zapewne w oddaniu postaci pomógł fakt, że podczas kręcenia filmu aktorka cierpiała na maniakalną depresję i może to mogliśmy oglądać na ekranie. Bardzo dobra jest również Kim w roli Stelli, o której zazwyczaj się zapomina. W tym przypadku charakter kobiety rozdartej pomiędzy mężem a siostrą został świetnie oddany. Niezapomniany również wydaje się Brando w roli zwierzęcego agresora. Ma w sobie taką masę charyzmy, że ciężko oderwać od niego wzrok, a jego zachowanie „złego chłopaka” potrafi elektryzować i nie możemy się dziwić, że kobiety są nim zainteresowane, nawet jeżeli nie traktuje ich z należnym szacunkiem. Film oparty jest po prostu na świetnym scenariuszu, w którym poznamy codzienne dramaty każdego z bohaterów i zobaczymy jak sobie z nimi radzą. Warto zobaczyć.

Narodziny gwiazdy (1954)

źródło
Mówiąc o wielkich nazwiskach starego kina Hollywood warto też wspomnieć George'a Cukor, czyli reżysera wielu świetnych filmów (m.in. My Fair Lady z Audrey Hepburn i Żebro Adama z Katherine Hepburn). W przypadku Narodzin gwiazdy pozwolił po raz kolejny zabłysnąć nazwisku Judy Garland, która powróciła na ekrany po czteroletniej przerwie. Ten film to musical, ale inny niż te, które polecałam w poprzedniej części tego posta. Tym razem to dramat skupiający się na postaci gwiazdora (znowu Hollywood od podszewki, sic!), który boryka się z problemami alkoholowymi. Pomaga w drodze na szczyt śpiewaczce Esther (Judy Garland). Niestety, wraz z rozwojem jej kariery, wzrasta również pociąg Normana (James Mason) do alkoholu. Narodziny gwiazdy to musical pełną gębą, więc musicie być przygotowani na sporą ilość piosenek. Na szczęście mamy do czynienia przede wszystkim z jazzem i piosenkami rodem z Broadway'u, więc te chłonęłam całą sobą. Wszyscy wiemy, że Judy Garland miała piękny głos, więc możecie się domyślić, że oglądanie filmu, w którym tak często możemy jej słuchać i podziwiać jej ruch sceniczny, to czysta przyjemność. Na dodatek aktorsko wypada bardzo dobrze, to rola, którą najbardziej cenię w jej dorobku (chociaż nie widziałam wciąż Wyroku w Norymberdze). Cukor naprawdę dobrze prowadził aktorki w swoich filmach, które zawsze były charakterystyczne i przyciągały uwagę widza. A sam film zawiera tak dobrą historię, że powstało już wiele jego wersji (m.in. jedna wcześniejsza z 1937 roku i jedna późniejsza z Barbarą Steisand), a w planach jest kolejny z Lady Gagą i Bradley'em Cooperem w rolach głównych. Temat wciąż aktualny, pokazanie świata ludzi sławy, karier poszczególnych artystów, które się rozwijają i tych, które upadają, żeby zrobić miejsce kolejnym. Chyba warto nadrobić przed najnowszą wersją filmu, która zaplanowana jest na 2018 rok.


Jeżeli tego będzie Wam mało to sięgnijcie jeszcze po te tytuły: Mroczne zwycięstwo, Bonnie i Clyde, Na wschód od Edenu, Garsoniera, Gilda, Casablanca, Co się zdarzyło Baby Jane, M jak morderstwo. 

Dajcie znać czy zamierzacie nadrabiać stare kino czy jednak wolicie zostać przy współczesnym! :)

poniedziałek, 6 listopada 2017

Gangsterskie porachunki w przedwojennej Warszawie - „Król” Szczepan Twardoch


*Król*
Szczepan Twardoch

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* historyczna, obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 432
*Wydawnictwo:* Wydawnictwo Literackie
Milczy. Nie zostawiaj mnie, mówi jej milczenie. Nie odchodź. Milczenie głośniejsze niż każdy krzyk.”
*Krótko o fabule:*
Warszawa. Burzliwe lata trzydzieste XX wieku. Wielokulturowy, podzielony świat u progu drugiej wojny światowej, targany konfliktami narodowymi, politycznymi, społecznymi - w całej złożoności, pokazany nieraz drastycznie, ostro, szokująco. Zwroty akcji, romanse, gwałty, ćwiartowanie ciał, szantaże, przewroty polityczne - tu zaciera się granica między życiem codziennym, polityką, a gangsterką.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Nazwisko tego autora od jakiegoś czasu bombardowało mnie z każdej możliwej strony. Na blogach pojawiały się recenzje jego książek, jeden egzemplarz wystawał z plecaka koleżanki, a na Instagramie wciąż można było oglądać zdjęcia jego powieści. Króla dostałam w zeszłym roku na urodziny i trochę przeleżał na półce. Znajomi mnie jednak dobrze znają, bo książka okazała się dla mnie strzałem w dziesiątkę. 

Szczepan Twardoch urodził się w Żernicy, z wykształcenia jest socjologiem. Ślązak zyskał popularność dzięki powieściom Morfina (za którą otrzymał Paszport Polityki w kategorii literatura) i Drach. Król to jego najnowsza powieść, a niedawno nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się zbiór opowiadań pt. Ballada o pewnej panience

Wydaje mi się, że czytelnicy często twierdzą, że powieści zagraniczne są lepsze od tych polskich, a tak naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego co skrywa nasza rodzima literatura. Ogromnie się cieszę, że udaje mi się coraz bardziej ją eksplorować, szczególnie że z książki na książkę coraz bardziej zakochuję się w polskiej literaturze współczesnej. Co prawda, pierwsze miejsce nadal zajmuje dla mnie Jakub Małecki, ale zapoznawanie się z prozą Szczepana Twardocha to była po prostu czysta przyjemność.

Przede wszystkim muszę docenić bardzo wnikliwie oddane miejsce i czas akcji, czyli Warszawę lat 30stych minionego wieku. Twardoch wykonał kawał dobrej roboty, przygotowując się do napisania tej książki - między innymi przeczytał 50 kg przedwojennych gazet i wziął udział w kilku treningach bokserskich. Dzięki temu, kiedy bohater ćwiczy przed walką bądź pędzi buickiem przez poszczególne ulice, mijając zakłady, sklepy i dzielnice, to możemy niemal przenieść się w tamte miejsca. A autor, dopracowanymi opisami, maluje klimat miasta w dość ciemnych barwach - jego Warszawa jest pełna brutalności, krwi, wściekłości, zemsty i śmierci. Nad tym wszystkim unosi się ogromny kaszalot, który obserwuje każdy przypadek upadku człowieczeństwa. I o tym śpiewa.


źródło
Klimat to jedna rzecz, ale muszę przyznać, że nie spodziewałam się książki tak mocno wciągającej fabularnie. To po prostu była interesująca historia, którą się chciało poznać. Autor zastosował ciekawy zabieg, sprawiając że narratorem jest starzejący się człowiek, który spisuje swoją przeszłość. Dzięki temu opisy są intrygujące, a czytelnik przeżywa poszczególne wspomnienia, czekając jak to wszystko się potoczy. Przykładowo, bardzo podobały mi się fragmenty dotyczące treningów bokserskich, w których aż czuć było ten rytm pracy, szybkość i ruch każdego uderzenia. Po prostu bomba. Czytelnika czeka też kilka fabularnych niespodzianek, które sprawiły, że opadła mi szczęka z wrażenia

Najbardziej zaskakujące okazało się przedstawienie bohaterów. Podczas lektury jakoś o tym nie myślałam, ale po zakończeniu stwierdziłam, że to naprawdę niesamowita rzecz - Twardoch kreuje swoje postaci jako skupiska negatywnych emocji, którym zadawanie cierpienia nie sprawia problemów. Bogacze są zepsuci, biedni nie mają siły przebicia. Politycy są skorumpowani, prostytutki traktowane jak przedmioty. Oprócz tego spotkamy jeszcze osoby o specyficznych preferencjach seksualnych, które potrafią przyprawić o dreszcze. I Pantaleona z jego demonicznym bratem. Ciarki na plecach murowane. W czym więc element zaskoczenia? A w tym, że finalnie kibicowałam takiemu Jakubowi Szapiro! Gdy o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że to dość przerażające - autor potrafił sprawić, iż polubiłam postać, którą raczej traktuje się jako negatywną. W tym jednak tkwi piękno dobrze wykreowanych bohaterów.

Muszę jednak przestrzec czytelników o słabszych nerwach, bo Twardoch nie zamierza się z nami cackać. On wybrał ścieżkę brutalności i konsekwentnie będzie się jej trzymał. Także poćwiartowane ciała, litry wypitego alkoholu, okropne traktowanie prostytutek i wszelkiego rodzaju tortury są tutaj częstym towarzyszem lektury. Moim zdaniem bardzo potrzebnym, wywołującym ekstremalne emocje i zostającym w głowie na dłużej.

Na pewno ciekawym aspektem jest tutaj konfrontacja polsko-żydowskiego społeczeństwa. Temat często eksplorowany w kontekście II wojny światowej. Tutaj jednak możemy poznać preludium - sytuację, która panowała w stolicy na krótko przed jej wybuchem. Jednak moim zdaniem to wciąż bardziej książka gangsterska, z wartką akcją, a ten konflikt (bardzo ciekawy) pozostaje przez to raczej w tle.

Król Szczepana Twardocha to świetna powieść gangsterska. Autor wciąga czytelnika w brutalny warszawski świat od pierwszych stron, żeby później wypluć go na koniec powieści z poczuciem dobrze spędzonego czasu. Rzadko mi się zdarza, że książkę, zawierającą tyle bestialskich zachowań, czytam z takim zainteresowaniem. Na pewno mogę powiedzieć, że czuję się zaintrygowana twórczością autora i chętnie sięgnę po resztę jego książek. 
Jeżeli po przeczytaniu tej opinii czujecie, że Wam też może przypaść do gustu - nie zwlekajcie!

Moja ocena: 8/10
 

środa, 1 listopada 2017

Październikowa micha filmów

Październik pod względem filmowym muszę uznać za bardzo dobry. Obejrzałam wiele filmów, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, chociaż zdarzyły się też sporadyczne rozczarowania. Do tej listy miał dołączyć jeszcze nowy Thor, niestety choroba przetrzymała mnie w domu i do kina nie dotarłam. Na pewno to jednak nadrobię.
Jeżeli się zastanawiacie dlaczego tak różne filmy mają taką samą ocenę to odsyłam do wpisu: MÓJ SYSTEM OCENIANIA

Dziewczyna z pociągu (2016)

źródło
Dzisiejsze zestawienie zaczniemy od pierwszego rozczarowania tego miesiąca. Pomimo miana bestsellera i wielu pochlebnych recenzji pierwowzoru, autorstwa Pauli Hawkins, nie czytałam. Jednak zdecydowałam się nadrobić ekranizację. 
Rachel (Emily Blunt) cierpi na uzależnienie od alkoholu. Codziennie podczas jazdy pociągiem oddaje się z pasją obserwowaniu mieszkańców przydrożnych domów. Pewnego wieczoru staje się świadkiem morderstwa. Problem tylko w tym, że w skacowanej głowie pozostają jedynie urywki z wydarzeń tamtego dnia. 
Muszę przyznać, że sam pomysł z zamroczeniem alkoholowym, przez które bohaterka nie pamięta szczegółów morderstwa był ciekawym punktem wyjścia do historii. Niestety, kiedy część kryminalna schodzi na dalszy plan, a fabuła skupia się na obyczajówce dotyczącej trzech kobiet, film traci na wartości. Staje się kolejnym obrazem o życiu amerykańskich rodzin z przedmieść. Trudno pogodzić się z porównaniami Dziewczyny z pociągu do Zaginionej dziewczyny. Moim zdaniem to dwa różne dzieła. To prawda, że łączy je status bohaterów, ale sama zagadka kryminalna w filmie Finchera jest o wiele bardziej zadowalająca. Odgadnięcie kto jest mordercą w Dziewczynie z pociągu jakoś nie sprawiło wielu kłopotów, a zarazem sama motywacja zabójcy okazała się błaha. Zakończenie wręcz wywoływało żenujący uśmiech, napięcia nie było tam wcale. Film ratuje ciekawy początek i rola Emily Blunt. Cały drugi plan radzi sobie w porządku, ale bez szału. Natomiast Emily daje niezły popis zdolności aktorskich. Snując się przed ekranem z wciąż zaczerwienionymi policzkami i rozmytym spojrzeniem, bardzo dobrze oddała zagubienie głównej bohaterki. Szkoda, że ograniczył ją słaby scenariusz.

Moja ocena: 4/10


Osobliwy dom Pani Peregrine (2016)

źródło
Kolejna ekranizacja książki i (niestety) kolejne rozczarowanie. W zeszłym roku przeczytałam oryginał, autorstwa Ransoma Riggsa, finalnie uznając go jako niezły, ale skierowany przede wszystkim do młodszych czytelników. Na ekranizację liczyłam, ze względu na reżyserującego Tima Burtona. I się przeliczyłam.
Jacob (Asa Butterfield) po śmierci swojego ukochanego dziadka postanawia wybrać się na wyspę, o której wiele od niego słyszał. Tam trafia do miejsca, zamieszkanego przez niezwykłe dzieci, każde z nich posiada pewną, oryginalną osobliwość. 
Fabuła już w postaci książki niespecjalnie mnie porwała. Na ekranie niestety nie zyskuje wiele. To prawda, że scenografia i charakteryzacja są na wysokim poziomie, a osobliwe dzieci przedstawione są bez zarzutu. Ogromne wrażenie robi też praca speców od efektów - ostatnia bitwa na molo to obrazkowy majstersztyk. Jednak poza tym, niewiele w tej historii potrafię odnaleźć. To wciąż zwykła przygodówka, która może spodobać się młodszym osobom, ale starsi nie znajdą tutaj wiele dla siebie. Nie wiem czy to tylko moje odczucia, ale Asa w głównej roli mnie wręcz irytował. Najbardziej jednak bolała mnie rola Evy Green, która jest moim zdaniem świetna i wręcz stworzona do uniwersów Tima Burtona. Niestety w tym przypadku kompletnie nie pasowała do roli pani Peregrine. Smutno mi, że reżyser zawodzi, jego stare produkcje należą do moich ulubionych filmów. Zobaczymy co będzie dalej, szczególnie, że zapowiedziana jest kontynuacja Beetlejuice'a (z jednej strony się cieszę, z drugiej, znając obecną passę Burtona, trochę się obawiam).

Moja ocena: 5/10


Julieta (2016)

źródło
Pedro Almodovar raczył mnie już w przeszłości wieloma świetnymi filmami. Bardzo podobały mi się Wszystko o mojej matce czy Volver. Trochę mniej Skóra, w której żyję. I jeszcze wiele jego tytułów przede mną. Zdecydowałam się nadrobić jego najnowszy film.
Julieta (Emma Suarez) to kobieta w średnim wieku, którą poznajemy w momencie pakowania swojego dobytku. Dowiadujemy się, że ma zamiar wyprowadzić się z Madrytu, razem ze swoim partnerem, Lorenzem. Kiedy znajduje list, od dawno niewidzianej córki, zaczyna snuć historię swojego życia. 
Od razu mogę powiedzieć, że to naprawdę dobry film. Ogląda się go przyjemnie, z ciągłym zainteresowaniem. Podobał mi się również temat matczynej miłości, a obok tego radzenia sobie ze stratą, tego, jak ważne jest wtedy wsparcie bliskich nam osób. Nie jest to może arcydzieło, ani jeden z lepszych filmów reżysera, ale to wciąż dobre kino. Widać w nim charakterystyczne elementy dla Almodovara, po raz kolejny zachwycałam się jego użyciem gamy kolorystycznej. Na pochwały zasługują również odtwórczynie głównej roli, w tym przypadku dwie aktorki - Emma Suarez oraz Adriana Ugarte. Obie wspaniale oddały zagubienie postaci, wewnętrzną walkę, która uzewnętrzniała się  jako  zupełna obojętność na otoczenie. Na dodatek to przepiękne kobiety, od Adriany nie można było oderwać wzroku, za każdym razem jak pojawiała się na ekranie. Polecam zacząć od innych filmów Pedro Almodovara, ale ten jak najbardziej również jest wart uwagi.

Moja ocena: 7/10


Zabicie świętego jelenia (2017)

źródło
Co prawda film Zabicie świętego jelenia będzie miał w Polsce premierę dopiero 1-ego grudnia, ale mi udało się obejrzeć go przedpremierowo na wrocławskim American Film Festiwal.
Steven Murphy (Colin Farrell) jest odnoszącym sukcesy chirurgiem, zajmującym się operacjami serca. Od dłuższego czasu widuje się z nastoletnim Martinem (Barry Keoghan). Pewnego dnia dostaje od niego ultimatum, które wydaje się niemożliwe do wypełnienia.
Opis dziwny, bardzo dobrze zdaję sobie z tego sprawę. Jednak taki właśnie jest też film. Nie wiem czy znacie tego greckiego reżysera, Yorgosa Lanthimos, który aktualnie zdobywa coraz większy rozgłos na świecie. Większość z Was może go kojarzyć z filmu Lobster, w którym również główną rolę zagrał Farrell. Ja zachwyciłam się jego twórczością przy okazji Kła i do tej pory to najlepszy jego film, jaki widziałam. Zabicie świętego jelenia to wciąż dobre kino, jeżeli oczywiście lubicie takie klimaty. Bo jest dziwnie, przerażająco, a aktorzy grają bezbarwnie, jak to bywa u tego reżysera. Cała obsada wygłasza swoje kwestie mechanicznie, jakby ich postacie były pustymi muszlami bez duszy, oś fabularna zahacza o konwencję horroru, a do tego reżyser potrafi sprawić, że chwilami zaśmiejemy się głośno - i to nie z jakichś żartów, a bardziej z nadmiaru pokręconych sytuacji i dialogów. Fabuła nawiązuje do jednego z greckich mitów. Reżyser wykorzystuje jego treść, żeby spróbować dokonać odpowiedzi na nurtujące pytanie: czy jedna miłość jest ważniejsza od drugiej? Przykładowo czy potrafilibyśmy wybrać, czy bardziej kochamy męża od matki? I Lanthimos ciekawie dawkuje napięcie, wciąż dokłada tajemniczości, żeby wszystko popsuć zbyt oczywistą (jak dla mnie) końcówką. Cóż, Kieł to jednak nie jest. Wciąż warto zobaczyć, moim zdaniem to jeden z bardziej przystępnych jego filmów (chociaż ostrzegam, że klimatycznie może podejść lub nie, a znajomy zasnąć po nim nie mógł, więc potrafi namieszać w głowie). Wspomnę tylko, że postać kreowana przez młodego Keoghana na długo zostanie mi w pamięci, szacun!

Moja ocena: 7/10


Łowca androidów (1982) i Blade Runner 2049 (2017)

źródło
Może niektórych z Was zaboli stawianie obu tych filmów obok siebie. Ja patrzę na to z trochę innej perspektywy, ponieważ starego Blade Runnera (czy tam Łowcę androidów, jak brzmi polski tytuł) obejrzałam zaledwie kilka dni przed wizytą w kinie na drugiej części. I oba te filmy podobały mi się w bardzo podobnym stopniu.
Filmy oparte są na twórczości Philipa Dicka, znanego autora science-fiction. Świat przyszłości, w którym stworzeni zostali tzw. replikanci - roboty, które bardzo dobrze potrafią naśladować ludzkie zachowania. W pewnym momencie zaistniała potrzeba na pozbywanie się ich ze społeczeństwa, a zadaniem tym zajmowali się łowcy androidów.
To, co od razu rzuca się w oczy, to fakt, iż to nie są takie typowe filmy science-fiction. Jeżeli chcecie zobaczyć strzelaniny, pełne akcji pościgi i walki robotów, to raczej źle trafiliście. Powtarzam - raczej. Bo to także znajdziecie w Blade Runnerach, ale w tempie spowolnionym, które pozwoli widzom na skłonienie się w stronę bardziej refleksyjną. Podejrzewam, że duża tutaj zasługa prozy Philipa Dicka, ale też tego, że została odpowiednio rozczytana przez reżyserów. Pierwsza część, którą reżyserował Ridley Scott, mogła trochę stracić z biegiem czasu. Wciąż jest to jednak ciekawe podejście do tematu, z rozwiniętym światem przedstawionym, świetnymi zdjęciami i muzyką. Druga, wręcz mnie tą stroną techniczną zachwyciła. Szczególne wrażenie robią sceny w pomarańczowej scenerii (jak ta z gifa). Może po części dlatego, że w końcu pojawia się cudowny Harrison Ford i jego psiak. Dla mnie wyznacznikiem, który sprawił, że mogę stwierdzić, że to bardzo dobry film jest fakt, że te niemal trzy godziny w kinie minęły mi przyjemnie i bez zbędnego znużenia. Trzeba przyznać, że Denis Villeneuve potrafi przyciągnąć uwagę widza, klimatem i dopracowanymi szczegółami (pokazał to już we wcześniejszym Arrival, mam nadzieję, że pokaże w nowej Diunie). To po prostu takie hipnotyzujące kino, jeżeli dasz się wciągnąć - to pokochasz. Aktorsko jest w porządku, Gosling gra sztywno, co akurat wpisuje się w tę konwencję, Ford cieszy oko i raduje serce. Warto.

Moja ocena: 8/10


Młodość (2015)

źródło
Reżyser tego filmu, Paolo Sorrentino, zdobył światową sławę zgarniając Oscara w 2014 roku, za najlepszy film nieanglojęzyczny - Wielkie piękno. Polecam Wam nadrobić ten tytuł, ja tymczasem obejrzałam jego najświeższe dzieło (pełnometrażowe, bo nakręcił jeszcze serial z Judem Law w głównej roli, Młody papież). 
Fred (Michael Caine) to wybitny kompozytor, który zażywa odpoczynku w malowniczo położonym, szwajcarskim ośrodku. Spędza tam czas ze swoim przyjacielem, Mickiem (Harvey Keitel), który kończy pisać scenariusz do najnowszego filmu. 
Lubię reżyserów, których prace możemy rozpoznać po gotowym produkcie. To dopiero mój drugi film Sorrentino, ale od razu widać pewne punkty wspólne, przede wszystkim w warstwie technicznej. Wybija się tutaj podobny montaż, użyta ścieżka dźwiękowa, a nawet status społeczny głównego bohatera. Tym razem jednak, tematyka jest różna - zamiast pokazywania zepsutego świata celebrytów, przyjrzymy się czemuś, co czeka nas wszystkich, czyli starości. Pokazana pięknie, prawdziwie, z wszech obecnie kontrastującą ją młodością. Szczególnie, że dane jest nam śledzić poczynania dwóch postaci, odgrywanych przez genialnych aktorów. Duet Caine-Keitel kradnie ten film dla siebie i każda ich wspólna scena to małe arcydzieło (pytania o ilość kropel dziennie - to jest przyjaźń!). Bardzo dobrze mają się tutaj również wątki poboczne. Rachel Weisz gra kobietę w wieku średnim, która zostaje postawiona przed faktem dokonanym - jej mąż opuszcza ją dla młodej i popularnej piosenkarki. Świetnie pokazany jest jej proces przechodzenia od stanu załamania, do pogodzenia się z tym faktem i rzucenia się w wir dalszego życia. Również wątek, w którym poznajemy aktora (Paul Dan), kojarzonego jedynie z roli robota w blockbusterowym science-fiction, który poszukuje swojej drogi w dalszym wykonywaniu zawodu. Jak widzicie, masa tutaj ciekawych watków, które ładnie się zazębiają i zaciekawiają do ostatnich minut. Polecam.

Moja ocena: 8/10


Twój Vincent (2017)

źródło
Ten film należy do zdecydowanych faworytów miana najpiękniejszego filmu wszech czasów. Powstawał prawie dziesięć lat, ale było warto na niego czekać. 
Armand Roulin (Józef Pawłowski) otrzymuje od ojca zadanie - ma znaleźć brata niedawno zmarłego Vincenta Van Gogha i dostarczyć mu ostatni list malarza.
Przede wszystkim, możemy być dumni. Twój Vincent to koprodukcja polsko-brytyjska, wyreżyserowana przez Dorotę Kobielę i Hugh Welchmana. Trzeba tutaj wspomnieć, że to pierwsza taka animacja, w której każda z 65 tysięcy (!) klatek została namalowana na płótnie farbami olejnymi. Przy jego powstaniu pracowało 125 malarzy, którzy do pracy używali techniki Van Gogha, dzięki czemu na ekranie zobaczymy około 130 faktycznych obrazów malarza. Robi wrażenie, prawda? Wszystko jest wykonane perfekcyjnie, przejścia między klatkami są płynne, a całość po prostu piękna. Ciekawe podejście mieli twórcy do wplecenia słynnych obrazów w przekazywaną historię. Wybierali znany portret, dobierali do tego aktora, a następnie tego aktora malowali w stylu obrazu Van Gogha. Przez co możemy zobaczyć faktycznie znaną twarz, przykładowo Saorise Ronan, która odgrywa jedną z postaci. Świetnie bawić się będą fani artysty, wyszukując słynnych obrazów malarza na ekranie. Często służą one jako tło wydarzeń, a ich wykonanie nie zostawia nic do życzenia. Dobrze, czyli wiemy już że warstwa techniczna to prawdziwa perełka, obok której nie można przejść obojętnie. Jednak to, co mnie szczególnie zaskoczyło, to fabuła. Myślałam, że to będzie tylko pretekst, żeby pokazać te wszystkie obrazy. Zdziwiłam się więc, kiedy historia napisana przez scenarzystów naprawdę mnie wciągnęła. Szczególnie, że o Van Goghu wiedziałam jedynie tyle, że obciął sobie ucho i prawdopodobnie popełnił samobójstwo. Poznanie więc tych wszystkich spekulacji oraz przedstawienie jego osoby z perspektywy wielu znajomych, sprawiło, że śledziłam fabułę prawdziwie zaintrygowana. Możecie więc być pewni, że Twój Vincent to film, z którego możemy być dumni i który powinniśmy oglądać i podziwiać. Ja oglądałam film z polskim dubbingiem i mi nie przeszkadzał (wyznaję zasadę, że tylko animacje oglądam z dubbingiem, a to podpięłam pod tę kategorię właśnie).

Moja ocena: 9/10


Paterson (2016)

źródło
Ach, ten Jim Jarmusch! Z filmu na film przekonuje mnie do tego, że on się po prostu nie myli - nieważne czy robi film o wampirach czy o tygodniu z życia pary z małego miasteczka. 
Paterson (Adam Driver) na codzień jest kierowcą autobusu w mieście Paterson. Po pracy oddaje się z pasją pisaniu wierszy. Mieszka ze swoją dziewczyną, Laurą (Golshifteh Farahani), która wciąż szuka zajęcia dla siebie. 
Spotykałam się z opiniami na temat tego filmu: że nudny, że nic tam się nie dzieje i że trudno wytrzymać do końca. I się zastanawiałam - czy ja widziałam to samo? Nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś film tak bardzo mnie oczarował, że nie chciałam, żeby się kończył. To z założenia prosta historia, a raczej taki urywek życia, tydzień spędzony z bohaterem. I tak, codziennie będziemy obserwować jak wstaje, je śniadanie, idzie do pracy, pisze wiersze, wyprowadza psa i wpada do baru na piwo. Jednak ta codzienność potrafi widza oczarować i rozczulić. Do tego otoczka tworzona przez poezję głównego bohatera (wiersze dla niego napisał poeta Ron Padgett) idealnie komponuje się z jego życiem. Paterson to w ogóle świetna postać, człowiek, którego z miejsca polubiłam. Z pozoru cichy, zamknięty w sobie kierowca autobusu, a zarazem mężczyzna o ogromnym sercu, wrażliwości, który zawsze zapyta się czy wszystko u Ciebie w porządku, nawet jeśli wie jaka będzie odpowiedź. Na dodatek to człowiek bardzo skromny, który tworzy dla samej pasji pisania, pod wpływem natchnienia które może płynąć nawet z posiadanej paczki zapałek. Nie chlubi się wierszami, a swój sekretny notes chowa przed światem. Wydaje mi się, że ta sama historia w innych rękach faktycznie mogłaby okazać się pretensjonalna - ach, ten niezrozumiany przez nikogo artysta, nieużywający budzika, nieposiadający telefonu komórkowego, któremu do szczęścia wystarczy sekretny notes, pocałunek ukochanej kobiety i wieczorne piwko. Jednak Jarmusch zrobił z tego mini-arcydzieło, które automatycznie ląduje na miejscu mojego ulubionego filmu reżysera. Pochwała codzienności, procesu tworzenia, który sprawia radość i liczy się bardziej od efektu końcowego i poklasku innych. Oczywiście, mogłabym rozpisać się też na temat świetnych historii pobocznych - tych rozmów podsłuchanych w autobusie czy scen rozgrywających się w barze, mogłabym wspomnieć o ciekawym wątku Laury, postaci tak bardzo kontrastującej głównego bohatera, mogłabym wychwalać bardzo dobrą stronę techniczną, zdjęcia i te wiersze pojawiające się na ekranie i mogłabym jeszcze wiele miłych słów na temat Patersona powiedzieć, ale najważniejsze co powinniście wynieść z tej nieskładnej opinii to fakt, że ten film warto zobaczyć. A nuż zakochacie się z nim tak jak ja? 

Moja ocena: 9+/10

Oprócz tego widziałam:

  • BFG: Bardzo Fajny Gigant (2016) - obejrzałam ze względu na Spielberga, ale muszę przyznać, że się na nim wynudziłam. Z drugiej strony, to film dla dzieci i może tym się podoba, bo to taka przygodówka. Dlatego nie chciałam go oceniać.
  • Planetarium (2016) - chciałam zobaczyć dla Portman i młodej panny Depp. I cóż, panie bardzo dobrze sobie poradziły, szkoda że fabuła była wręcz nijaka, wydawało mi się, że reżyser nie wiedział do końca o czym chce opowiedzieć. (5/10)
  • Ernest i Celestyna (2012) - cudowna francuska animacja, o wyjątkowej przyjaźni między niedźwiedziem i myszką. Wbrew temu co mówią inni, parli razem do przodu, wspierając się na swój sposób. Piękna. (8/10)
  • Kobo i dwie struny (2016) - kolejna świetna animacja, tym razem powrót do korzeni i wykorzystanie kukiełek. A studia Laika dopracowało ten rodzaj animacji do perfekcji. Na dodatek sama bajka inteligentna, wciągająca i z morałem. Polecam. (8/10)


A Wy, co ostatnio oglądaliście?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka