czwartek, 10 września 2020

„Siedem czarnych mieczy” Sam Sykes - Włóczęga z rewolwerem na tropie zemsty

*Siedem czarnych mieczy*
Sam Sykes

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Seven Blades in Black
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 656
*Wydawnictwo:* Rebis

"Mądra kobieta by uciekła. I chociaż nie uważam się za szczególnie mądrą, też bym tak postąpiła, gdyby nie trzy rzeczy. Po pierwsze, nigdy nie umknęłabym mu pieszo. Po drugie, szwy by mi puściły i bym się wykrwawiła. A po trzecie? Sal Kakofonia nie ucieka."

*Krótko o fabule:*
Okradziono ją z magii. 
Pozostawiono na śmierć.
Zdradzonej przez tych, którym ufała najmocniej, i odartej z magii Sal Kakofonii nie pozostało nic prócz imienia, sławy i legendarnej broni. Ma jednak wolę silniejszą od czarów i świetnie wie, dokąd pójść.Blizna to kraina rozdarta przez potężne imperia, do której zbuntowani magowie się udają, żeby zniknąć, zhańbieni żołnierze umrzeć, Sal zaś idzie tam z mieczem, bronią i listą siedmiu nazwisk. Zemsta sama w sobie jest nagrodą.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*

Motyw zemsty połączony z gatunkiem fantasy to bardzo dobry punkt wyjścia dla emocjonującej powieści. Bohater napędzany jest silną motywacją, czytelnik zaciekawiony jest jej przyczyną i chętnie pozna przeszłe wydarzenia, które doprowadziły do tego stanu rzeczy. Nic więc dziwnego, że Sam Sykes zdecydował się postawić właśnie zemstę w centrum swojej historii. Autor jest młodym pisarzem fantasy - ma dopiero 36 lat, a wydał już dwie trzytomowe serie, które niestety nie pojawiły się w Polsce. Prywatnie: syn słynnej Diany Gabaldon, autorki Outlandera

Powieść Siedem czarnych mieczy zaczyna się od pojmania naszej narratorki przez wojsko Rewolucji. Sal Kakofonia popełniła w życiu sporo wykroczeń, za wiele z nich nałożono na nią karę śmierci. W oczekiwaniu na egzekucję zaczyna jednak snuć swą opowieść o zemście, a przesłuchująca ją Tretta szybko zaczyna rozumieć, że Włóczęga może mieć ważne informacje, z którymi warto się zapoznać. 

Z narracją pierwszoosobową wiele osób ma problem, ale wydaje mi się, że tutaj ważna jest jedna rzecz - czy polubi sie narratora. W końcu to jego przemyślenia i emocje będziemy śledzić z pierwszej ręki. Akurat jedną z największych zalet Siedmiu czarnych mieczy jest główna bohaterka, Sal Kakofonia i w tym przypadku szybko się z narratorką polubiłam. To kobieta silna, zdeterminowana, dążąca do celu po trupach. Jej ciało pokrywają tajemnicze blizny i liczne tatuaże, a w kaburze przy pasie nosi emanujący magią rewolwer, Kakofonię. Ta postać na wielu płaszczyznach zyskała moją aprobatę. Jest dość wyszczekana, mocno sarkastyczna i ocieka czarnym humorem, uwielbia docinać innym, a często robi to przy buteleczce whiskey. Z przekleństw korzysta nad wyraz sprawnie i często. Jednocześnie będzie nam dane poznać jej wrażliwą stronę, bolączki związane z moralnością niektórych zachowań i traumatyczne przeżycia z przeszłości.

źródło

Sal napędzana jest zemstą, spieszy się z wypełnieniem swojej misji, co w sporym stopniu rzutuje na tempo akcji. Kobieta będzie podróżowała, spotykała po drodze nowych towarzyszy i przeszkody, wciąż będąc świadomą, że czas na wykończenie wrogów nieubłaganie ucieka. Po zakończeniu jednej walki, będzie ją czekała kolejna, i kolejna, i kolejna. Z jednej strony to dobrze - w końcu trudno się nudzić przy takim nawale akcji. Z drugiej - trochę gubi to element zaskoczenia, bo czasami potrzebna jest chwila oddechu. Na dodatek cała historia jest opowiadana przez Sal, także czytelnik wie kto na pewno wyjdzie cały i zdrowy z potyczki, o której właśnie czyta.

Pomysł na wątek miłosny z dziewczyną, Liette, był moim zdaniem bardzo ciekawy. Niestety, nie dano mu mocnych podstaw (kobiety znały się przed rozpoczęciem akcji, więc nie wiemy jak wyglądały początki ich relacji), a przez całą powieść niewiele ten związek się rozwinął. Trochę szkoda, bo sam pomysł i dziewczyny były świetne, więc mam nadzieję, że w kolejnych tomach ten wątek nabierze kolorów.

Świat przedstawiony jest zbudowany na schematycznych podstawach - mamy dwie strony konfliktu, Cesarstwo i Rewolucję. Pierwsza dysponuje armią magów, druga przeróżnymi wynalazkami, co tworzy ciekawe zestawienie czary vs. technologia. Między nimi wciąż panuje wojna, a co jakiś czas dochodzi do krwawych starć. Dodatkowo jest też grupa magów, która chce zdetronizować aktualnego Cesarza, jako że urodził się bez talentu magicznego. Sal nie bierze tutaj żadnej strony, po prostu popycha do przodu swoją osobistą misję. Dzięki oglądaniu konfliktu z boku czytelnik będzie mógł się przekonać, że wojna to bezsensowne przelewanie niewinnej krwi. Brutalność opisów walk zdecydowanie pomoże w wyobrażeniu sobie fatalnych jej skutków.

Siedem czarnych mieczy to miała być nieskomplikowana w odbiorze fantastyka, stworzona przede wszystkim dla rozrywki. Dla mnie ten cel spełniła. Twarda główna bohaterka, świat pogrążający się w chaosie, magiczny rewolwer, ogromne ptaki zamiast koni, połączenie czarów z technologią, pościgi, walki, tajemnicze runy - wszystko tutaj jest stworzone dla naszej uciechy i odbiór zależy tylko od tego, czy tego typu rozrywka odpowiada właśnie danemu czytelnikowi. Ja bawiłam się naprawdę dobrze i chętnie poznam dalsze losy bohaterów w kolejnych częściach. 


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

piątek, 4 września 2020

Ostatnio oglądane seriale na poprawę humoru

Początki pandemii sprawiły, że siedziałam zamknięta w czterech ścianach, co skutkowało oglądaniem sporej ilość seriali. Niestety, szybko się okazało, że większość z nich jest dość ponura i przygnębiająca, co w powiązaniu z przymusowym siedzeniem w domu łatwo doprowadzało do słabego samopoczucia. Także postanowiłam przerzucić się na coś lżejszego. Poniżej sklecona lista takich seriali, które niedawno widziałam, a potrafią mi humor poprawić, czy to za sprawą odpowiedniej dawki żartów, czy po prostu przez to, że wciągają w swój świat, sprawiając, że reszta przestaje się liczyć.

Co robimy w ukryciu (2019-)

źródło

Serial, na który apetyt zrobił mi genialny film Taiki Waititiego o tym samym tytule. Pomysł dość szalony: współczesny mockument o życiu wampirów. Mogło wyjść różnie, ale tym razem przerysowanie, kicz i absurd doprowadziły do świetnego finalnego produktu. Tak jak w filmowym pierwowzorze śledzimy losy trzech wampirów i jednego sługusa. Trudno było sobie wyobrazić, że komuś uda się zastąpić Viago, Deacona i Vladislava, ale Nadja, Laszlo i Nandor to cudowna ekipa, a aktorzy pozwalają sobie na sporo szaleństwa i dzięki temu my bawimy się najlepiej. Naprawdę trochę się obawiałam, że powtarzanie pomysłu się nie sprawdzi, ale dzięki barwnym postaciom i mocno odjechanych zagraniach scenarzystów całość sprawia masę frajdy. Wystarczy wspomnieć, że jeden odcinek zawiera zjazd wampirów, a wśród nich m. in. Tilda Swinton (wampirzyca z Only Lovers Left Alive) i Evan Rachel Wood (wampirzyca z True Blood). Wspaniały pomysł dla ludzi śledzących wampiry w popkulturze. Do tego oryginalny pomysł z wprowadzeniem do serialu wampira energetycznego wypalił w stu procentach. Dwa sezony za mną, teraz pozostaje czekać na kolejne.

Jeszcze nigdy... (2020-)

źródło

W przypadku Jeszcze nigdy... zostałam wzięta z zaskoczenia. Siedziałam sama w domu, przeglądałam po raz tysięczny Netflixa i jakoś ta nowość mnie skusiła. Włączyłam i połknęłam prawie cały sezon na jedno posiedzenie. Stworzony przez Mindy King, koncentruje się na życiu Devi, która niedawno straciła ojca. Mimo cięższego tematu całość ogląda się jednym tchem, a chociaż skierowany jest do młodzieży to wielu starszych widzów znajdzie w nim coś dla siebie. Przede wszystkim pełen ciepła i światła, przyjaźni i rodzinnego wsparcia. Sporo zabawnych sytuacji, przeplatanych z tematem radzenia sobie ze stratą. Przez serial prowadzi nas narrator John McEnroe, czyli gwiazda tenisa (dlaczego właśnie on, będzie wyjaśnione podczas oglądania), a robi to z dużą dawką luzu i wypada to naprawdę zabawnie. W jednym odcinku narrację przejmuje Andy Samberg, którego uwielbiam po Brooklyn 9-9. Co prawda, momentami bywa zbyt młodzieżowo, bolączki nastolatek, które szukają chłopaka, dla samego jego posiadania wydają się oklepane, a niektóre żarty zdają się nie trafiać, ale to wciąż najlepszy serial dla młodzieży jaki ostatnio widziałam. 

Good girls (2018-)

źródło

O tym serialu już trochę pisałam, ale dorzucam do listy, bo niedawno pojawił się trzeci sezon i... serial dalej mnie kręci! Warto docenić trzy główne aktorki, które niosą całość na swoich barkach, a robią to z gracją i lekkością, której można im tylko pozazdrościć. Ich wątki się rozwijają, dostają nowe cele, pokonują nowe przeszkody, a ich droga w stronę kryminalnych zachowań nie chce się znudzić. Trochę to dziwne, bo same wątpliwości co do moralności zachowania są wciąż te same - dziewczyny od trzech sezonów starają się zejść z kryminalnej ścieżki, ale za każdym razem coś je na nią znowu przyciąga. To, co rozpoczęło się od potrzeby szybkiego zarobku i napadu na market, przeobraża się w pełnowymiarową nielegalną pracę na boku. Fabularnie Good girls raczej nie ruszają do przodu, zakończenie jest jakieś urwane i zawieszone, ale wciąż ogląda się go świetnie. Hendricks, Retta i Whitman to mieszanka wybuchowa i to dzięki nim całość potrafi sprawić tyle przyjemności. 

RuPaul's Drag Race (2009-)

źródło

Tak, oglądam sporo seriali, czekam na wiele kontynuacji, ale na nic nie oczekuje tak niecierpliwie jak na kolejny sezon RuPaul's Drag Race. To program, w którym kilkanaście Drag Queen rywalizuje o tytuł najlepszej i powiem Wam, że to po prostu kopalnia dobrego samopoczucia. Przede wszystkim konkurencje są bardzo zróżnicowane i zazwyczaj niesamowicie trudne. Queens muszą potrafić uszyć kieckę, zaśpiewać piosenkę, zatańczyć, a nawet poprowadzić własny standup czy odegrać rolę w musicalu. A to tak naprawdę tylko część konkurencji. Sam program ogląda się świetnie także ze względu na prowadzących i gości specjalnych, którzy oceniają poczynania uczestników. Dodatkowo, często będziemy mogli posłuchać zwierzeń w sprawie coming outu i reakcji spoełeczeństwa, co mnie osobiście niesamowicie wzruszało. Jeżeli chcecie zacząć tę przygodę, ale nie jesteście przekonani to chyba mogę Wam polecić, żeby pierwsze spotkanie przeżyć z sezonem czwartym bądź piątym. Ja oglądałam wszystkie, ale faktycznie te do trzeciego nie miały jeszcze takiej pary, takiego rozpędu jak kolejne, także mogą zniechęcić. Aktualnie poluję na obejrzenie wersji kanadyjskiej i piątego sezonu All Stars, jeśli wiecie gdzie można je zobaczyć to dajcie znać!


The Umbrella Academy (2019-)

źródło

Miałam sporo do zarzucenia pierwszemu sezonowi The Umbrella Academy i kiedy znajomi piali z zachwytu to ja twierdziłam, że sporo im się udało (oczywiście mam na myśli całą stronę techniczną), ale znowu bohaterowie, ich historia i pokręcone postaci typu lokaj-małpa, raczej mnie nie przekonali. Z drugim sezonem miałam całkiem inaczej z jednego prostego powodu: zmieniłam nastawienie. Zamiast oczekiwać fabuły, która trzyma się kupy bądź rozwoju bohaterów przełączyłam się na chęć obejrzenia dobrego montażu i czerpania frajdy z pokręconych przygód jeszcze bardziej pokręconych postaci. I wyszło mi to naprawdę na dobre. Wiele momentów przypomina niemal teledyski, ścieżka muzyczna, montaż i zdjęcia znowu rządzą całością. Przeniesienie superbohaterów w czasie, ofiarowanie im kolejnego życia, w którym mogli wybrać kim są, jaką ścieżką podążą, sprawdziło się i dołożyło dodatkową ekscytację ze względu na oczekiwanie ponownego spotkania rodzeństwa. Także, nie uważam, żeby ten serial był wybitny, ale ogląda się go naprawdę przyjemnie.

Przyjaciele (1994-2004)

źródło

Jest sporo seriali, które uwielbiam, które uważam za genialne, które sprawiły, że nie mogłam oderwać się od ekranu. Jednak jakimś sposobem do żadnego z nich nie wracam tak często jak do Przyjaciół. To właśnie ten serial, który zobaczony podczas przeskakiwania po kanałach sprawi, że zostanę do końca odcinka. Biorąc pod uwagę, że nie pamiętam dużej ilości przygód bohaterów robię sobie ponowne oglądanie i ... dalej mnie bawi. Postanowiłam, że tym razem obejrzę od początku do końca, bez mieszania, bo wcześniej oglądałam dość losowo na Comedy Central. W tym przypadku Netflix trzyma pieczę nad kolejnością. Perypetie grupki przyjaciół, z których każdy jest tak różny to niekończąca się karuzela uśmiechu i rozczulenia. Pozwala zrobić krok w tył. spojrzeć na swoich przyjaciół i docenić, że zawsze mam się do kogo zwrócić i po prostu mam dużo szczęścia w życiu. Tak naprawdę nie ma co więcej o nim pisać, kto go widział ten wie, że w poprawianiu humoru jest niezastąpiony. Jestem dopiero na początku drugiego sezonu, więc spokojnie będzie mógł mnie pocieszać przez dobrych kilka miesięcy.


niedziela, 30 sierpnia 2020

„Stalowe serce” Brandon Sanderson - kiedy superbohaterowie schodzą na złą ścieżkę


*Stalowe serce*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Steelheart
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2015
*Liczba stron:* 444
*Wydawnictwo:* MAG 

Nigdy nie zadawaj pierwszego ciosu. Jeśli musisz zadać drugi, upewnij się, że twój przeciwnik już nie wstanie, tak byś nie musiał go uderzyć po raz trzeci.

*Krótko o fabule:*
W zdewastowanym świecie przyszłości superbohaterowie są dla ludzkości przekleństwem.
Dziesięć lat temu pojawiła się na niebie Calamity. Był to impuls, który sprawił, że niektórzy ze zwykłych dotąd ludzi zaczęli się zmieniać i przejawiać niezwykłe umiejętności. Zdumione społeczeństwo nazwało ich Epikami. Epicy nie są przyjaciółmi gatunku ludzkiego. Niezwykłe zdolności sprawiły, że odczuwają wielkie pragnienie sprawowania władzy. Ale żeby rządzić ludźmi, trzeba skruszyć ich wolę. Teraz, w mieście znanym niegdyś jako Chicago, niewiarygodnie potężny Epik zwany Stalowym Sercem sprawuje rządy Imperatora. Posiada siłę kilku ludzi i potrafi kontrolować żywioły. Oznacza to, że nie można go pokonać. Nikt nie podejmuje więc z nim walki… Nikt prócz Mścicieli.
Nazywam się David Charleston. Nie jestem Mścicielem, ale zamierzam się do nich przyłączyć. Mam coś, czego potrzebują. Znam jego sekret. Widziałem jak Stalowe Serce krwawi.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Kolejną z moich lekkich lektur wakacyjnych zostało Stalowe serce Brandona Sandersona. Jego książki to w większości przypadków pewnik świetnej dawki fantastyki z rozbudowanym światem przedstawionym i dopracowanymi charakterami bohaterów. Chociaż niedawno zapoznałam się z komiksem Biały piasek, który bardziej mnie rozczarował niż ucieszył, to twórczości Sandersona nie można skreślić jeśli czytało się takie książki jak Droga Królów, Z mgły zrodzony czy Rozjemca. To autor z niesłychaną wyobraźnią, która na pewno skrywa jeszcze sporo świetnych pomysłów. Na plażę postanowiłam zabrać Stalowe serce, bo to jedna z jego lżejszych pozycji (zarówno w kwestii objętościowej, jak i w treści). 

W odróżnieniu od wszystkich książek, których akcja ma miejsce w uniwersum Cosmere, tym razem Sanderson przenosi nas po prostu w przyszłość, w której światem rządzą Epicy. Epik to człowiek, który w pewnym momencie życia odkrył, że posiada nadnaturalną siłę - może rozkazywać metalom albo przechodzić przez ściany albo tworzyć iluzje - słowem, cokolwiek co czyni go nadczłowiekiem. Pomysł od razu wydał mi się oklepany, grupka ludzi ze specjalnymi zdolnościami była już w popkulturze maglowana wielokrotnie, żeby wspomnieć chociażby o najsłynniejszej ekipie, czyli X-Menach. Trochę lepiej, że Epicy w tym przypadku to antagoniści, którzy wykorzystują swoją moc, żeby tyranizować resztę ludzkości. O wiele ciekawiej czyta się o kimś kto próbuje pokonać supersilnego bohatera niż o postaci, która mogłaby zniszczyć przeciwnika jednym machnięciem ręki. Także plus za punkt widzenia, minus za oklepany temat. 

źródło ze zwiastuna książki

Stalowe serce to wciąż książka Sandersona, więc nawet brak bardzo oryginalnego pomysłu na świat przedstawiony (do czego nas autor po prostu mocno przyzwyczaił) nie wadzi. Szybko bowiem poznajemy bohaterów i ich cel, po czym płyniemy razem z wartką akcją. Narracja w książce jest pierwszoosobowa, a głos będzie należał do Davida, chłopaka, który prowadzi prywatną vendettę przeciwko tytułowemu Epikowi, Stalowemu Sercu. David to nie jest typowy bohater walczący ze złem, po prostu planuje się zemścić od długiego czasu, toteż sporo na temat Epików wie i za wszelką cenę chce z nimi walczyć. Do tego jest naprawdę kiepski w metaforach, ale wiemy, że Sanderson lubi taką charakterystyczną cechę postaciom dorzucać. 

W pierwszym tomie historii o Mścicielach poznamy sporo bohaterów i niestety, niewielu zrobiło na mnie takie wrażenie, jakiego w książce Sandersona się spodziewałam. Cechy charakterystyczne, typu wspomniane wcześniej rzucanie słabymi metaforami, były zbyt mocno dociśnięte, przykładowo po wielu nieudanych tekstach, narrator dorzucał jeszcze jak to mu jest trudno znaleźć dobre porównanie. Chciało się powiedzieć, że rozumiemy tę słabość bez wyłuskiwania jej przy każdej kolejnej okazji. Poznamy także obiekt westchnień Davida, który oczywiście wygląda jak z okładki magazynu: szczupła blondynka o pięknych oczach. Megan dodatkowo jest w stosunku do Davida oschła i ogólnie mocno niezainteresowana, co nie sprawia bynajmniej, żeby chłopak był mniej zauroczony. Podsumowując, trochę za dużo oklepanych motywów jak na mój gust.

Mając te wszystkie wady na uwadze i tak muszę powiedzieć, że bawiłam się dobrze podczas czytania. Sanderson zaliczył kilka wpadek, ale są one widoczne przede wszystkim dla fana jego twórczości. Jeżeli przyzwyczaja nas do pewnego poziomu jakości, to nie ma się co dziwić, że później możemy być trochę zawiedzeni taką zwykłą fantastyczną młodzieżówką. Jednak to wciąż wciągająca przygoda, z wieloma ciekawymi pomysłami, kilkoma zaskoczeniami i świetnie poprowadzoną akcją. Wszystko to sprawia, że chętnie serię skończę (po cichu liczę na jakąś bombę w stylu autora). Czekam jednak przede wszystkim na kolejny tom Archiwum Burzowego Światła, bo informacja poszła, że jest skończona! To dopiero będzie dobre.

niedziela, 23 sierpnia 2020

„Maresi. Kroniki czerwonego klasztoru" Maria Turtschaninoff - kobieca przyjaźń w złym, męskim świecie

*Maresi. Kroniki czerwonego klasztoru*
Maria Turtschaninoff

*Język oryginalny:* szwedzki
*Tytuł oryginału:* Maresi. Kronikor fran Roda klostret
*Gatunek:* dystopia
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 256
*Wydawnictwo:* Młody Book

Niedobrze wiedzieć zbyt wiele o tym, co ma nadejść. Twoja własna przyszłość nie jest prezentem, który mogę ci ofiarować. Dałyśmy ci tyle, ile mogłyśmy. Reszta zależy od ciebie.
*Krótko o fabule:*
Maresi jest nowicjuszką w Czerwonym Klasztorze mieszczącym się na niewielkiej wyspie. Mieszkające w nim siostry wierzą w duchową opiekę Pramatki i siłę wiedzy. Pewnego dnia do klasztoru przybywa Jai. Maresi zaprzyjaźnia się z nią. Jai w domu rodzinnym przeżyła dramat, który powraca do niej co noc w koszmarach sennych. Pobyt w klasztorze ma uchronić ją przed zemstą okrutnego ojca. Jednak ten poprzysiągł, że odnajdzie córkę, gdziekolwiek by była. Wreszcie jego statek cumuje u wybrzeża wyspy. W wydarzenia wkraczają tajemne moce…
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Maresi to prawdziwa bomba wydawnicza, która na Instagramie robi fuforę od długiego czasu. Naczytałam się naprawdę sporo zachwytów nad feministycznym wydźwiękiem całości, a według wielu miałaby to być jedna z najlepszych współczesnych młodzieżówek. Jak to często w takich przypadkach bywa, oczekiwania były ogromne, a wrażenie pozostało miałkie.  

Pomysł na całość był dobry i wart uznania. Czerwony Klasztor to mityczne miejsce, znajdujące się na wyspie zamieszkanej jedynie przez kobiety. Każda z nich odpowiedzialna jest za inne zadanie w Klasztorze, a swoje nauki przekazują Nowicjuszkom, młodym dziewczętom przybywającym na wyspę. W ten sposób obserwujemy, jak dobrze zgrana ekipa kobiet wiedzie codzienne życie, kompletnie pozbawione udziału mężczyzn. Dziewczyny dobrze się czują w tym układzie i widać, że szybko kiełkuje wśród nich poczucie przynależności i wzajemnego wsparcia. 

Głównym wątkiem Maresi jest przyjaźń tytułowej bohaterki z Jai, która wyrwała się w piekła rodzinnego domu i szuka spokoju, miejsca, w którym będzie mogła przepracować traumatyczne wydarzenia z przeszłości. Maresi jej w tym pomaga, będąc pełną cierpliwości przyjaciółką, która nie naciska, ale jest obok, żeby wysłuchać. Ta więź jest naprawdę pełna ciepła i światła, bardzo dobrze się ją śledzi, wspaniale zastępuje ona tak popularny w książkach młodzieżowych wątek romantyczny. 
Największą zaletą całości jest właśnie pokazanie kobiecej siły, budowania wspólnoty, a dodatkowo, jak na gatunek fantasy przystało, wiąże się ta siła trochę z mitycznymi, wręcz magicznymi mocami. 

źródło

Także przyznaję, że kiedy ludzie opowiadali o tej książce bardzo chciałam się z nią zapoznać i narobiłam sobie niewspółmiernie dużych oczekiwań. Teraz mogę powiedzieć, że tak naprawdę przez większość czasu to lekka powieść dla młodzieży, gdzie obserwujemy dziewczęta, które zbierają ślimaki, barwią tkaniny, siadają do śniadania i wymykają się czytać książki. Niewiele jest tam miejsca na budowanie napięcia czy zainteresowania czytelnika. W trakcie najazdu na Klasztor akcja zaczyna się rozkręcać, jednak w tak niewielkiej objętościowo książce, możecie się domyślić, że szybko dojdzie do jej rozwiązania. 

Na pewno warto wyróżnić tę książkę przez jej podejście do kobiecego wsparcia, siły i upartego podążania do przodu, mimo wielu ran z przeszłości. Autorka wytyka błędy patriarchatu, przemocy domowej, podporządkowania się mężczyznom. Kobiety stają razem, trzymając się za ręce naprzeciw najeźdźcom, poświęcają swoje ciała, żeby ratować koleżanki z Klasztoru. Naprawdę bardzo dużo tutaj podbijania kobiecego wsparcia. Jednocześnie, bardzo to wszystko czarno-białe, całość sprowadza się do historii dobrych kobiet, które sprzeciwiają się złym mężczyznom, brak tutaj miejsca na szarości, mężczyźni od kobiet zostają niemal odgrodzeni grubą krechą. Co prawda gdzieś się pojawia stwierdzenie, że „nie wszyscy są tacy źli”, ale w książce brakuje przykładu, potwierdzającego to zdanie. 

Maresi była dobrą pozycją na szybkie przeczytanie podczas plażowania, niewiele jednak z tej lektury ze mną zostanie na dłużej, nie wiem też czy sięgnę po kolejne części. Wydaje mi się, wbrew powszechnej opinii, że to jest właśnie tego typu literatura, która skierowana jest do dużo młodszego czytelnika. 

środa, 22 lipca 2020

„Ballada ptaków i węży” Suzanne Collins - o naturze człowieka w dystopijnym świecie


*Ballada ptaków i węży*
Suzanne Collins

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The ballad of songbirds and snakes
*Gatunek:* dystopia
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2020
*Liczba stron:* 544
*Wydawnictwo:* Media Rodzina

Uważam, że każdy człowiek ma w sobie wrodzone dobro. Wie, kiedy przekracza granicę i staje się zły. To właśnie próba pozostania po właściwej stronie tej granicy stanowi prawdziwe życiowe wyzwanie.
*Krótko o fabule:*
Dziesiąte Głodowe Igrzyska rozpoczyna poranek dożynek. W Kapitolu osiemnastoletni Coriolanus Snow zamierza skwapliwie skorzystać z szansy, jaką jest rola mentora, i zdobyć sławę. Potężny niegdyś ród Snowów podupadł i niepewny los Coriolanusa zależy teraz od tego, czy zdoła on pokonać innych mentorów urokiem osobistym i sprytem.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Suzanne Collins ma na swoim koncie prawdziwą petardę wśród literatury młodzieżowej. Jej seria Igrzysk śmierci miała wszystko to, co nastolatkowie mogą docenić - sympatycznych, silnych bohaterów, intrygujący świat przedstawiony, niesamowite pomysły na podkolorowanie przyszłości i bardzo dobrze poprowadzone tempo akcji. Najmilszym zaskoczeniem było to, że miała coś do powiedzenia na temat ludzkich emocji, walki z uciśnieniem, radzenia sobie z traumą. Zaryzykowała pokazując brutalny świat, w którym największą rozrywką jest oglądanie reality show o mordujących się nastolatkach. Jako fanka Igrzysk musiałam sięgnąć po prequel, który opisuje życie Snowa, głównego antagonisty z trylogii. Czy jestem zadowolona? Meh.

To nie jest tak, że książkę czytało się tragicznie, a ja jestem zupełnie zawiedziona. Sam początek bardzo mnie ucieszył, powrót do tego świata, przebywanie w tych samych miejscach, ale o wiele lat wcześniej wprowadzało dreszczyk ekscytacji. Dobrze było oglądać zupełnie inną stronę Kapitolu, dosłownie chwilę po zakończeniu wojny i zestawianie go z kolorową wersją przyszłości, którą znamy z trylogii.
Całość, w odróżnieniu od Igrzysk śmierci, napisana jest w trzeciej osobie, może po to, żeby zdystansować nas trochę od samolubnego Snowa. Dla mnie brak różnicy, styl pisania Collins nie należy do wybitnych, ale również jakoś szczególnie mi nie przeszkadza.

Przejdę od razu do postaci Coriolanusa Snowa, bo ta książka snuje właśnie jego historię. Zaczynając powieść wiemy, w którym miejscu ten bohater skończy i to stworzyło dla mnie spory problem podczas czytania. Już na początku możemy się domyślić jak całość się potoczy - chłopak nie jest do szpiku kości zły, ale ma zupełnie niepoukładaną hierarchię wartości, widać, że potrzebuje sporego kopa w dobrym kierunku. Jednak skoro znamy zakończenie to wiemy, że kopa dostanie, ale jego historia ruszy w stronę bezkompromisowego tyrana. Także całą książkę wiedziałam, że czekamy tylko na ten moment, w którym się ukierunkuje, co odebrało trochę frajdy z czytania. Dodatkowo to nie jest tak, że to postać neutralna i śledzimy jego powolny upadek. Snow to chłopak bardzo ambitny, skoncentrowany na sobie i swoim sukcesie, nawet jeżeli widzi niesprawiedliwość to nic z tym nie robi, bo liczy się tylko jego własny zysk i kiedy zdarzy mu się pomagać to często robi to z nieodpowiednich pobudek. Także sama jego „przemiana” nie jest zbyt spektakularna.

źródło
Największym plusem Ballady ptaków i węży jest próba zmierzenia się z ważnymi tematami. Dostaniemy kilka rozważań na temat kontroli i tego, dlaczego jej odzyskanie i utrzymywanie jest tak potrzebne po zakończeniu wojny, a także poruszony zostanie problem ludzkich instynktów i tego czy pozostawieni samym sobie potrafimy postępować zgodnie z zasadami moralnymi. Dobrze zostało pokazane jak kształtuje się ludzki charakter pod wpływem otoczenia, tego jak został wychowany i jakie wpojono mu wartości. I to wszystko działałoby na ogromny plus, gdyby nie podane zostało wprost i wplecione w przydługą akcję. Czasami wolałabym, żeby czytelnik mógł sam wyciągnąć wnioski z jakiejś sytuacji, ale autorka po chwili wyjaśnia to w formie rozmowy między bohaterami. Także temat na pewno na plus, ale wykonanie już mniej.

Ballada ptaków i węży pozwoli nam śledzić losy Snowa, ale znajdzie się miejsce dla kilku innych ciekawych postaci. Jedną z nich jest ekscentryczna Lucy Grey, z którą nasz bohater stworzy bardzo dziwny związek. Trudno to nazwać wątkiem romantycznym, bo ta młodzieńcza miłość bierze się z powietrza, a Snow wciąż i wciąż wykorzystuje dziewczynę do swoich celów. Ani na chwilę nie dałam się złapać na to, że ten chłopak może mieć dobre zamiary, tak niestety to jest napisane. Interesujący jest kolega Snowa, Plinth, którego rodzina wyrwała się z Dystryktu Drugiego i wylądowała w elicie Kapitolu. Jego historia i zachowanie wydawały się spójnie i stał się dla mnie jedną z najciekawszych postaci w książce.

Prequel Igrzysk śmierci znalazł naprawdę wielu fanów, więc nie będę Wam odradzała tej lektury. Jeżeli przepadacie za poprzednią trylogią to i tak po Balladę ptaków i węży sięgniecie. Dla mnie była to powieść zupełnie letnia, którą czytało się w miarę dobrze, ale pozostawiła sporo rozczarowań. Jej akcja jest nierówna (część dotycząca samych Igrzysk kompletnie mnie znudziła, przez to, że nie śledziliśmy losów trybutów, a gdy któryś „odpadał” to trudno było się przejąć, bo nie dane nam było ich poznać), Snow przechodzi przemianę, której wszyscy się spodziewaliśmy, a debaty filozoficzne są poprowadzone dość topornie, ale dobrze, że znalazło się dla nich miejsce. Także dla mnie to średniak i do oczekiwań nie dorasta. Ciekawa natomiast jestem czy powrót do Igrzysk śmierci też przyniósłby mi rozczarowanie, w końcu mam trochę więcej lat na karku niż kiedy pierwszy raz przeżywałam losy Katniss.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka