Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2026

Brutalna fantastyka inspirowana historią Chin – „Wojna makowa” Rebecca F. Kuang

 

Wojna makowa
Rebecca F. Kuang

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 637
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Wojna nie rozstrzyga, która strona ma słuszność. Wojna rozstrzyga, która strona przetrwa.
 

Opis wydawcy

Kiedy jesteś sierotą wojenną świat ma dla ciebie głównie pogardę, odrzucenie, brutalność i ból. Czasem, jeśli akurat masz szczęście, obojętność. Jeśli natomiast do tego jesteś dziewczynką, szczęście ma twoja przybrana rodzina. Zawsze może ubić interes i sprzedać cię na żonę jakiemuś zamożnemu staruchowi.  

Rin doświadczyła tego wszystkiego. Jest nikim, jej życie nie ma dla nikogo żadnego znaczenia, nikogo też nie obchodzi jej los. Jeśli chce wydostać się z rynsztoka, w którym się wychowała, ma tylko dwie drogi. Pierwsza wiedzie przez łóżko obmierzłego starca. Druga, przez bramę Akademii Sinegradzkiej elitarnej szkoły wojskowej. Aby podążyć tą drugą drogą, Rin zrobi wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy. A nawet więcej.

Moja recenzja

Rebecca F. Kuang jest już dość popularna w literackim świecie, a szczególnie w mojej bańce. Kojarzę właściwie wszystkie jej książki. Najwięcej dobrego słyszałam o Babel, które wciąż czeka na mojej półce. Jej pierwszą wydaną powieścią była Wojna makowa, czytałam też Yellowface, choć to akurat książka z zupełnie innego gatunku. Próbowałam również słuchać Katabazy, ale ostatecznie się poddałam. Ciekawił mnie jednak jej debiut, który wprowadził ją do grona autorek fantastyki, które zdecydowanie warto śledzić.  

Książka rozpoczyna się dość schematycznie – mamy sierotę wychowywaną w nieszczęśliwych warunkach, która postanawia wyrwać się z tego otoczenia. Wkłada mnóstwo pracy w to, żeby zdać egzamin na prestiżową uczelnię i zmienić swoje życie. Udaje jej się i trafia do otoczenia dzieci bogatych rodziców, którzy od najmłodszych lat inwestowali w ich edukację. Rin musi więc odnaleźć się w świecie, do którego zdecydowanie nie należy.  

Kuang odważnie kreuje swoją fabułę. Wydawałoby się, że temat uczelni i różnych zajęć to materiał na całą książkę. Tymczasem zajmuje on jedynie około jednej trzeciej powieści, po czym autorka rzuca czytelnika w wir wojny. Mam wrażenie, jakby były to niemal dwie osobne książki. Pierwsza przypomina bardziej powieść młodzieżową – Rin jest wtedy jeszcze nastolatką, a my obserwujemy jej zmagania z nauką, rywalizacją, dokuczaniem w szkole, wyborem ścieżki edukacji i nawiązywaniem przyjaźni. Najlepiej działa w tej części wątek związany z różnymi drogami kariery, a szczególnie droga tajemniczej „tradycji”. Dobrze wypada również sposób, w jaki autorka wyjaśnia zasady rządzące światem przedstawionym – przykładowo poprzez zajęcia ze strategii, na których omawiane są poprzednie wojny. Ta część stanowi więc przede wszystkim przygotowanie do tego, co wydarzy się później.  

Po przedstawieniu bohaterów i świata autorka przechodzi do meritum, czyli momentu rozpoczęcia wojny. Moim zdaniem ten przeskok jest dość nagły i nie daje poczucia zakończenia pewnego etapu, jakim była nauka. Tak jakby autorka spieszyła się, żeby w końcu opowiadać o czymś większym niż szkolne perypetie bohaterki. Książka zmienia wtedy rytm – to już nie jest młodzieżowa opowieść, ale brutalna powieść wojenna, w której fantastyka zaczyna przeplatać się z bardzo realistycznymi obrazami przemocy. Kuang czerpie przy tym z historii XX-wiecznych Chin. Szczególnie brutalne wydarzenia przedstawione w powieści są inspirowane rzeczywistymi zbrodniami z czasów wojny chińsko-japońskiej, między innymi masakrą nankińską oraz działalnością Jednostki 731. Dzięki temu brutalność tej części ma dodatkowy ciężar, choć momentami miałam wrażenie, że autorka wręcz prześciga się w pomysłach na coraz bardziej makabryczne sceny. Graficznych opisów okrucieństwa jest tak dużo, że chwilami przestają robić na mnie takie wrażenie, jakie prawdopodobnie miały wywoływać. 

To, co w Wojnie makowej najmocniej przyciągnęło moją uwagę, to element magiczny. Bohaterowie zażywają opium, żeby wejść w kontakt z bogami z Panteonu, a wybrani szamani mogą korzystać z ich mocy. Ciekawie działa tutaj również pomysł, że magia nie jest czymś, co można wykorzystywać bez konsekwencji – kontakt z bogami ma swoją cenę i może prowadzić do utraty kontroli nad własnym umysłem. Jednym z najmocniejszych elementów książki jest motyw więzienia dla emerytowanych szamanów, którzy po latach korzystania z boskich mocy postradali zmysły. 

Co do bohaterów, ich kreacja jest w porządku, chociaż nie jest to moim zdaniem najmocniejszy element książki. Rin ma dobrze nakreśloną przeszłość, w której czai się tajemnica. Jest odważna, wyszczekana i z uporem walczy o swoje – ma wiele cech typowej bohaterki fantastyki. Obserwujemy, jak te cechy zmieniają się pod wpływem wojny. Jej determinacja stopniowo przeradza się w obsesję na punkcie siły i zemsty. To interesujący, choć znowu dość nagły, kierunek rozwoju postaci.

Na drugim planie pojawia się kilku interesujących bohaterów. Wokół Rin kręci się między innymi jej rywal Nezha, dowódca Altan oraz przyjaciel z czasów szkolnych, Kitaj. Niestety większość z nich została naszkicowana dość zdawkowo i miałam poczucie, że mogliby dostać od autorki trochę więcej przestrzeni. Podoba mi się natomiast to, że relacje między bohaterami nie są podporządkowane wątkowi romantycznemu – znacznie ważniejsze okazują się przyjaźń, rywalizacja, lojalność i wspólne doświadczenia wojenne.  

Wojna makowa jest też mocno nasycona scenami akcji, przez co historia wciąga i czyta się ją bardzo szybko. Jednocześnie pod warstwą fantastycznej przygody Kuang umieszcza sporo cięższych tematów – wojnę, zemstę i konsekwencje przemocy. Nie wszystkie te elementy zadziałały na mnie równie mocno, ale doceniam ambicję autorki i to, jak wiele udało jej się zmieścić w debiutanckiej powieści. 

Zabieram się od razu za kontynuację!


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

środa, 2 września 2026

Magia, uprzedzenia i strach przed obcym w alternatywnej XVIII-wiecznej Polsce – „Proces” Katarzyna Wierzbicka

 

Proces
Katarzyna Wierzbicka

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2026
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Mięta

Czy można zło zwalczać złem? Czy można stać obojętnie, kiedy niesprawiedliwość dotyka niewinnych?
 

Opis wydawcy

Losy Konstancji Sawickiej, licencjonowanej czarownicy, jej brata Jerzego, ambitnego i bezlitosnego maga, oraz Franciszka Brodzkiego, jezuity i uczonego, wciąż łączą się ze sobą. Każde z nich dąży do innych celów i jest w stanie poświęcić wiele, aby je osiągnąć. Kto odda za swoje ideały życie? Serce? A może nawet duszę? 


Moja recenzja

Czytanie polskiej fantastyki często kojarzy mi się z czystą, niezobowiązującą rozrywką. Autorki takie jak Magdalena Kubasiewicz czy Joanna Gajzler tworzą światy, które pozwalają na chwilę oderwać się od codzienności. Dlatego po zapoznaniu się z zapowiedzią Procesu Katarzyny Wierzbickiej spodziewałam się podobnej lektury. Co prawda już w zapowiedziach pojawiała się informacja, że tym razem będzie nieco mroczniej, i faktycznie – sceny ataków demonów są opisane dość graficznie. Nie jest to jednak książka, która potrafi naprawdę przerazić. Najbardziej zainteresowało mnie jednak coś innego – przeniesienie akcji do alternatywnej XVIII-wiecznej Polski.

Głównymi bohaterami są Konstancja Sawicka, należąca do społeczności Iskier władających magią, oraz Franciszek Brodzki, przedstawiciel Wybrakowanych, czyli części społeczeństwa pozbawionej magicznych zdolności. Zestawienie tych dwóch światów uważam za bardzo dobry pomysł, szczególnie że Franciszek żywi głęboką urazę do Iskier z powodu wydarzeń ze swojej przeszłości. Ich relacja mogła więc stać się ciekawym punktem wyjścia do opowieści o uprzedzeniach i próbie przełamania wzajemnej nieufności. Niestety, jej rozwój mnie nie przekonał. Punkt kulminacyjny pojawił się dla mnie zbyt szybko i bez odpowiedniego zbudowania emocji, przez co nie udało mi się uwierzyć w tę relację. To jeden z tych przypadków, gdy bohaterowie mają interesujący punkt wyjścia, ale zabrakło między nimi chemii.  Choć sama relacja Konstancji i Franciszka mnie nie przekonała, dobrze działa konflikt, który stoi za ich spotkaniem. Autorka w książce wykorzystuje go do pokazania uprzedzeń wobec określonych grup społecznych i lęku przed tymi, którzy żyją inaczej lub reprezentują coś, czego nie rozumiemy. 

Zdecydowanie najbardziej zainteresował mnie Jerzy, brat Konstancji. Nie ma go może zbyt wiele w tej części historii, ale liczę na to, że jego wątek zostanie rozwinięty w kontynuacji. Ma ciekawą bazę jako mag dążący do poprawy pozycji Iskier, a szczególnie intrygująca wydaje się jego przeszłość i śmierć bliskiej mu Iskry. To wątek, w którym widzę duże możliwości dalszego rozwinięcia, a zakończenie daje nadzieję, że w kolejnych tomach dostaniemy więcej historii związanej z tą postacią.

Jednym z najlepszych pomysłów książki jest osadzenie historii w XVIII-wiecznej Polsce. W tle pojawia się konfederacja barska, a wydarzenia historyczne zostają odpowiednio przekształcone i wplecione w świat magii. To jeden z ciekawszych elementów książki, choć osobiście chętnie zobaczyłabym dużo więcej takich połączeń. Im mocniej historia mieszałaby się tutaj z fantastyką, tym lepiej.  

Podobnie mam ze światem przedstawionym. Dostajemy jego interesujące zalążki – wiemy, że Iskry władają różnymi rodzajami magii, Konstancja jest hydromantką, pojawia się też wyraźny podział między magicznymi i niemagicznymi mieszkańcami. Miałam jednak ochotę dowiedzieć się o tym świecie więcej: poznać inne rodzaje magii, hierarchię wśród Iskier czy po prostu zobaczyć, jak wygląda ich codzienne życie. Mam nadzieję, że kolejne części pozwolą mocniej rozbudować te elementy.  

Najlepszą częścią książki jest dla mnie historia procesu czarownic pod koniec powieści. To właśnie tam pojawia się tajemnica, którą możemy odkrywać razem z bohaterami, robi się bardziej dramatycznie, a mroczniejsza strona tego świata zaczyna wybrzmiewać mocniej. 

Proces Katarzyny Wierzbickiej zapowiadał coś oryginalnego i fascynującego, a finalnie okazał się książką, którą dobrze mi się czytało, ale która nie wywołała we mnie większych emocji. Pierwszy tom zostawia sporo przestrzeni na rozwinięcie zarówno świata przedstawionego, jak i relacji między bohaterami. Może więc Proces to po prostu początek historii, w którym dopiero rozstawiane są elementy większej układanki, by w kolejnych częściach można było wykorzystać je w pełniejszy sposób.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Mięta.


wtorek, 4 sierpnia 2026

Fantastyka inspirowana innymi kulturami – „Yumi i Malarz Koszmarów” Brandon Sanderson i „Ostatnie promienie słońca” Guy Gavriel Kay

 

Yumi i Malarz Koszmarów
Brandon Sanderson

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: MAG

Tak czy inaczej, chodzi o to - sztuka nie musi być dobra, by być wartościowa. Ktoś kiedyś powiedział, że sztuka jest jedynym prawdziwie bezużytecznym tworem - który nie ma żadnego mechanicznego celu. A jest ceniona jedynie ze względu na percepcję ludzi, którzy ją oglądają.
 

Opis wydawcy

Samodzielna opowieść z uniwersum Cosmere, w której dwoje ludzi pochodzących z zupełnie różnych światów musi się porozumieć i współpracować, żeby ocalić swoje społeczności przed zagładą. Yumi pochodzi z krainy ogrodów, medytacji i duchów, zaś Malarz żyje na świecie ciemności, techniki i koszmarów. Kiedy ich losy splatają się nagle w dziwny sposób, czy uda im się zapomnieć o różnicach i współpracować, by odkryć tajemnicę wiążącą się z ich sytuacją i uratować swoje wspólnoty?


Moja recenzja

Sanderson to marka sama w sobie. Kiedy mam ochotę na fantastykę, jest jak bezpieczna przystań, do której mogę się udać po wciągającą, oryginalną i pobudzającą wyobraźnię opowieść. Yumi i Malarz Koszmarów to jeden z tajnych projektów autora – podczas pandemii Sanderson nagle ogłosił, że wyda pięć dodatkowych książek z uniwersum Cosmere, ku zaskoczeniu i zachwytowi fanów. 

Powieść czerpie przede wszystkim z kultur Korei i Japonii, co świetnie sprawdza się przy budowaniu obu światów. Choć dwójka głównych bohaterów pochodzi z różnych rzeczywistości, obie są mocno zakorzenione w kulturach Wschodu. Yumi wychowywana jest przez opiekunki i od dziecka przygotowywana do ważnej pracy – przywoływania duchów za pomocą skomplikowanych kamiennych instalacji. Otacza się ją czcią niczym najsłynniejszą gejszę, a służące osłaniają ją wachlarzami przed wścibskimi oczami. Malarz wieczorami walczy z koszmarami za pomocą pędzla, a jego jedyna pozytywna interakcja odbywa się z właścicielką restauracji podającej kluski. Ta azjatycka nutka pasuje tutaj idealnie. 

Tym, w czym Sanderson bryluje, jest ponownie historia. Opowieść zawiera sporo tajemnic i znowu nie udało mi się przewidzieć niespodzianki, którą autor przygotował. Szczególnie dobrze wychodzi mu zwodzenie czytelnika – jeżeli przez większość powieści powtarza się jakieś przypuszczenie, w końcu sami zaczynamy w nie wierzyć. Podobało mi się również oparcie magicznego elementu na sztuce. To właśnie dzięki podobnemu zajęciu bohaterowie tak dobrze ze sobą rezonują – łatwiej im zrozumieć swoją pracę, która opiera się przecież na tworzeniu sztuki jako formie pomocy innym. 

Przy okazji ostatniego tomu Wiatru i prawdy miałam pewne zastrzeżenia do języka autora i niestety tutaj mam podobne przemyślenia. Nie wiem, czy we wcześniejszych książkach po prostu tego nie zauważałam, czy może coś zmieniło się w jego prozie, ale ponownie wszystkie żartobliwe teksty wywoływały we mnie raczej zniesmaczenie niż uśmiech. Dodatkowo muszę z ciężkim sercem przyznać, że Sanderson nie udźwignął pisania romantycznej relacji. Sceny w rytualnej kąpieli najchętniej wycięłabym ze swojej pamięci. To szczególnie uwiera, bo autor określa tę książkę jako swoją książkę romantyczną. Wiem jednak, że wielu czytelników jest z tej relacji zadowolonych, więc musicie przekonać się na własnej skórze. Na szczęście historia i sami bohaterowie są na tyle dobrzy, że mogłam przymknąć oko na ten romans. 

Czy warto Yumi i Malarza Koszmarów przeczytać? Jeżeli lubicie magiczne historie, to jak najbardziej. Wyobraźnia autora nadal robi ogromne wrażenie, a opowieść wciąga od początku do końca. Mankamenty są, ale nie na tyle przeszkadzające, żeby zakłócić radość z poznawania tej historii. To też bardziej kameralna opowieść, pewnie dlatego, że miała być przede wszystkim romansem. Nie ma tutaj epickich bitew – zamiast tego Sanderson skupia się na dwójce bohaterów, ich relacji i wykorzystaniu sztuki do naprawienia świata. A dla fanów Cosmere to oczywiście dodatkowa przyjemność, bo nawiązania do znanego uniwersum, jak to u Sandersona, pojawiają się tu i ówdzie. Wystarczy wspomnieć, że narratorem tej opowieści jest sam Hoid.


Ostatnie promienie słońca
Guy Gavriel Kay

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2006
Liczba stron: 456
Wydawnictwo: MAG

Język może sprowadzić na człowieka kłopoty szybciej niż cokolwiek innego.
 

Opis wydawcy

Powieść rozpoczyna się, kiedy młody Wiking Bern Thorkellson ucieka z rodzinnego domu ze skradzionym koniem i dołącza do morskiej wyprawy Jormsvików wyruszających na podbój wybrzeży wysp Brytyjskich. W tym czasie Alun ab Owyn, Książe Celtów przysięga Jormsvikom zemstę po tym, jak w brutalnym ataku zabili jego brata Dai. Dusza Dai przyłączyła się do królowej elfów i podąża za nią do świętego lasu. Aeldred, król Celtów broni swojego królestwa przed najazdem Jomsvików pod przywództwem wnuka legendarnego bohatera Wikingów, Siggura Volgansona. Podczas bitwy córka Aeldreda odkrywa psychiczną więź z księciem celtyckim Alunem.


Moja recenzja

Dla fanów fantastyki nazwisko Guy Gavriel Kay powinno być dobrze znane. To jeden z tych autorów, których często wymienia się wśród tuzów gatunku. Co prawda Ostatnie promienie słońca nie należą do jego najgłośniejszych tytułów, ale takie książki jak Tigana czy Lwy z Al-Rassanu często znajdują się na listach najlepszych książek fantasy. 

Chociaż na półce czeka na mnie Tigana, cieszę się, że przygodę z Kayem zaczęłam od mniej docenianej pozycji. Ostatnie promienie słońca to książka mocno inspirowana kulturami nordyckimi, celtyckimi i anglosaskimi. Jej akcja rozgrywa się na fantastycznym odpowiedniku średniowiecznych Wysp Brytyjskich, a autor pokazuje świat, w którym trzy różne kultury ścierają się ze sobą, zawierają sojusze i próbują odnaleźć się w zmieniającej się rzeczywistości. 

Opowieść snuta jest z perspektywy wielu bohaterów. Jest ich tylu, że można się trochę w tych historiach pogubić, ale pomaga mały spis postaci na początku książki. Dzięki temu wielogłosowi poznajemy różne punkty widzenia, śledzimy poczynania zarówno bohaterów, jak i ich przeciwników. Zresztą zdarza się tutaj, że wrogowie nagle stają się sojusznikami, a zmiany stron wydają się naturalną częścią historii. Kay nie dzieli świata po prostu na bohaterów i złoczyńców – pokazuje raczej, że każda ze stron ma własne racje, lęki i interesy. 

Bardzo dobrze sprawdza się również element magiczny, czyli zamieszkujące lasy faerie. To istoty niewidzialne dla zwykłych śmiertelników, które mogą przejąć duszę opuszczającą ciało po śmierci i włączyć ją do orszaku królowej wróżek. Wszelkie opisy ich pojawienia się były bardzo obrazowe i działały na wyobraźnię. Strach przed ciemnym lasem, z którego ludzie nie wychodzą żywi, również świetnie budował napięcie. Nie można też zapomnieć o tajemniczych volvach – skandynawskich wieszczkach przypominających kobiety z sabatu czarownic, które pociągają za sznurki w okolicy. Co ciekawe, magia nie jest tu tylko dodatkiem do historii – faerie reprezentują stary świat wierzeń, który powoli ustępuje nowemu porządkowi. 

Ostatnie promienie słońca to przykład historycznego fantasy, w którym autor czerpie z prawdziwych wydarzeń i kultur, tworzy wokół nich własny świat, a następnie dodaje do niego szczyptę magii. W tym przypadku Kayowi przede wszystkim udało się przenieść mnie do wykreowanej przez siebie rzeczywistości. Jego styl jest bardzo obrazowy – opisy działają na wyobraźnię i pozwalają łatwo zanurzyć się w tym świecie. Podobało mi się też to, jak splata ze sobą losy kolejnych bohaterów – czasem pozornie niewielkie wydarzenie z życia jednej osoby okazuje się mieć wpływ na losy innych.

Nie jest to jednak najbardziej porywająca lektura. Wielość postaci i wątków sprawia, że historia momentami zwalnia, a niektóre dygresje wybijały mnie z rytmu. Miałam też wrażenie, że kobiece bohaterki nie są zbyt wyraziste. Autor pokazuje ich pozycję w zdominowanych przez mężczyzn społeczeństwach, ale zabrakło mi postaci, z którą mogłabym związać się równie mocno jak z męskimi bohaterami. Mimo wszystko czytało mi się tę książkę jak dobrą przygodę. I chyba tylko tyle od Ostatnich promieni słońca oczekiwałam.



sobota, 6 czerwca 2026

Czy ludzkość zasługuje na ocalenie — trylogia „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixin Liu

Problem trzech ciał, Ciemny Las, Koniec śmierci
Cixin Liu

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 2006 / 2008 / 2009
Liczba stron: 452 / 671 / 825
Wydawnictwo: Rebis

Życie zrobiło milowy krok, kiedy wyszło z oceanu na ląd, ale te pierwsze ryby, które wspięły się na ląd, nie były już rybami. Podobnie ludzie przestaną być ludźmi, gdy naprawdę wkroczą w kosmos i uwolnią się od Ziemi. A więc do wszystkich tu obecnych kieruję te słowa: Kiedy pomyślicie o wylocie w przestrzeń kosmiczną bez oglądania się za siebie, zastanówcie się, proszę, co robicie. Cena, jaką będziecie musieli zapłacić, jest dużo wyższa, niż sobie wyobrażacie. 
 

Opis wydawcy

Podczas rewolucji kulturalnej w Chinach tajna baza wojskowa Czerwony Brzeg wysyła sygnały w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Do prac zostaje włączona Ye Wenjie, córka wybitnego fizyka zamordowanego przez czerwonogwardzistów, i dzięki niej badacze w końcu nawiązują kontakt z obcą cywilizacją stojącą u progu zagłady.  

W XXI wieku naukowiec Wang Miao zostaje członkiem komisji badającej przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków. W wyniku prywatnego dochodzenia natyka się na tajemniczą grę wirtualną o nazwie „Trzy ciała”, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Niebawem odkrywa, że świat tej gry wcale nie jest fikcją... 


Moja recenzja

Bestseller, który w pewnym momencie czytali chyba wszyscy — zdobywca nagrody Hugo, z rekomendacją Baracka Obamy na okładce, a dodatkowo zekranizowany przez Netflix w formie serialu. Na razie dostępny jest pierwszy sezon, ale kolejne zostały już zapowiedziane. Przy okazji akcji czytania science fiction, która odbyła się na Instagramie, postanowiłam dać tej trylogii szansę.

Muszę przyznać, że nie była to łatwa lektura. Terminologii naukowej jest tutaj całe mnóstwo, a autor nieustannie zasypuje czytelnika kolejnymi pomysłami, przez co trzeba naprawdę się skupić, żeby nie zgubić wątku. Zdecydowanie nie są to książki, przez które po prostu się płynie. Momentami trzeba wręcz walczyć o utrzymanie uwagi i odnalezienie się w fabule. Myślę, że częściowo wynika to ze stylu autora, który bywa dość chłodny i zdystansowany, ale jeszcze bardziej z konstrukcji bohaterów. Cixin Liu tworzy postaci raczej jako narzędzia do opowiedzenia historii niż pełnokrwistych ludzi, z którymi można się emocjonalnie zżyć. To bohaterowie podporządkowani ideom i wydarzeniom, a nie odwrotnie. I właśnie z tym miałam największy problem, bo w fantastyce zwykle najbardziej interesują mnie wyraziści protagoniści. 

Potrzebowałam więc chwili, żeby przestawić się na inny sposób czytania — zamiast skupiać się na bohaterach, zacząć patrzeć na całość: na wizję świata, pytania filozoficzne i ogrom przedstawionych koncepcji. Gdy udało mi się zmienić perspektywę, dostrzegłam największą siłę tej trylogii. Pomysły autora są naprawdę imponujące i moim zdaniem to właśnie one sprawiają, że książki zdobyły tak ogromną popularność.

źródło: Netflix

Przykłady tych pomysłów można by mnożyć. Gra komputerowa okazująca się czymś znacznie większym niż rozrywką. Podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników obcej cywilizacji. Projekt Wpatrujących się w Ścianę — grupa ludzi obdarzona praktycznie nieograniczoną władzą, mogąca działać poza wszelką kontrolą. Wyścig naukowy prowadzony w cieniu nadciągającej wojny. I wreszcie sama idea Ciemnego Lasu — wizja kosmosu jako miejsca, w którym każda cywilizacja ukrywa się przed innymi, ponieważ ujawnienie swojej obecności może oznaczać natychmiastową zagładę. To jedna z tych koncepcji science fiction, które pozostają w głowie na długo po zakończeniu lektury.

Bardzo mocno wybrzmiewa tutaj również obraz ludzi jako największego zagrożenia dla samych siebie. W obliczu strachu i walki o przetrwanie człowieczeństwo często schodzi na dalszy plan. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena panicznej ucieczki na lotnisku, podczas której ludzie, walcząc o własne życie, przestają zwracać uwagę na innych.

Ciekawie wypadają także liczne skoki w czasie. Bohaterowie hibernują, budzą się w zupełnie nowych realiach i obserwują zmieniające się społeczeństwa oraz technologie. Dzięki temu trylogia zyskuje ogromny rozmach i pozwala spojrzeć na rozwój ludzkości z perspektywy setek lat. Jednocześnie zabieg ten umożliwia powrót znanych bohaterów w kolejnych częściach.

Ostatecznie mam wrażenie, że nie jest to przede wszystkim historia o kosmitach, lecz o ludziach. O tym, jak reagujemy na strach, jak łatwo tracimy moralny kręgosłup, jak istotną rolę odgrywa rozwój technologiczny i czy jako gatunek rzeczywiście zasługujemy na ocalenie. I właśnie to pytanie zostaje z czytelnikiem najdłużej po zakończeniu lektury: czy ludzie są warci ratunku?


niedziela, 21 września 2025

„Głęboko pogrzebany i inne opowiadania” Naomi Novik + książki przesłuchane w wakacje

 

Głęboko pogrzebany i inne opowiadania
Naomi Novik

Gatunek: fantastyka
Rok polskiego wydania: 2025
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Rebis

Kochasz ceramikę, ponieważ włożyłeś w nią serce - rzuciła ostro. - I nie kochasz świata, ponieważ w żadnej jego części nie zawarłeś cząstki siebie. (...) Robię coś z kości umarłych i jeśli to znów ożywa, to tylko dlatego, ze kocha to ktoś z żyjących, nawet jeśli tym kimś jestem tylko ja.
 

Opis wydawcy

Naomi Novik zabiera nas w oszałamiającą podróż przez znane z poprzednich jej książek krainy baśni i fantasy, mity i historię. Powracamy do świata Temeraire’a – dowiadujemy się, co się stało w starożytnym Rzymie, kiedy Marek Antoniusz zaopiekował się smoczycą, i poznajemy alternatywną wersję Dumy i uprzedzenia, w której Elizabeth Bennett służy jako kapitan w Korpusie Powietrznym. Powracamy do świata Scholomance, gdzie czarownica Beata musi stawić czoło aroganckiej współlokatorce. Poznajemy inną wersję historii znanej z Mocy srebra. W opowiadaniach Novik napotkamy także między innymi niekonwencjonalnych piratów z okresu regencji, Ariadnę strzegącą swojego brata Minotaura w Labiryncie, żołnierzy korzystających z magicznego czajniczka w okopach pierwszej wojny światowej i Irene Adler poszukującą Sherlocka Holmesa po upozorowaniu przez niego śmierci przy wodospadzie Reichenbach…


Moja recenzja

Z twórczością Naomi Novik jestem już dość dobrze zaznajomiona, dlatego wiem, czego mogę się po niej spodziewać. To literatura, w której autorka garściami czerpie inspiracje z mitów, baśni i legend, wplatając je w swoje opowieści. Jej proza ma zazwyczaj lekki, baśniowy klimat, który potrafi przenieść czytelnika do czasów dzieciństwa. Uznałam, że to będzie idealna lektura na urlop – i nie pomyliłam się.

Głęboko pogrzebany i inne opowiadania to zbiór trzynastu krótkich form pisanych przez Naomi Novik na przestrzeni lat – głównie do rozmaitych antologii tematycznie związanych z fantastyką. Pojawiają się tu jednak również odstępstwa, jak choćby opowieść osadzona w uniwersum Sherlocka Holmesa.

Autorka kilkukrotnie powraca do znanych już bohaterów i światów ze swoich wcześniejszych książek. Znajdziemy tu m.in. opowiadanie Po godzinach, osadzone w magicznej szkole Scholamance – czyli świecie, który akurat mnie nie porwał. Historia przywodzi na myśl zakazane nocne wyprawy uczniów Hogwartu. Ciekawostką jest postać o imieniu Beata – to subtelne nawiązanie do polskich korzeni autorki, które czasem można wychwycić w jej twórczości. W zbiorze znalazło się także opowiadanie Moc srebra, które stało się zalążkiem pełnoprawnej powieści – mojej ulubionej w dorobku Novik.

Jak to bywa ze zbiorami opowiadań, jedne historie trafiają do czytelnika bardziej, inne mniej. Wśród moich faworytów znalazło się opowiadanie Smoki i maniery – rozrywkowy retelling Dumy i uprzedzenia, w którym Elizabeth Bennet jest kapitanem Korpusu Powietrznego i ma własnego smoka. Bardzo spodobało mi się również tytułowe opowiadanie Głęboko pogrzebany – reinterpretacja mitu o Minotaurze, opowiedziana z perspektywy jego siostry. To chyba najbardziej mroczna i melancholijna historia w całym zbiorze. Zaskoczyło mnie także opowiadanie Siedem, opowiadające o tworzeniu rzeźby – subtelna, poruszająca opowieść o poświęceniu i zatraceniu się w sztuce.

Proza Naomi Novik jest lekka, baśniowa i pełna uroku. Ma przede wszystkim oczarowywać i otulać czytelnika niczym ciepły kocyk – i w tej roli sprawdza się doskonale. Niezmiennie cieszy mnie to, że autorka z takim wyczuciem tworzy opowieści, w których główną rolę odgrywa bohaterka pełnokrwista i wielowymiarowa.

Mam wrażenie, że Novik często testuje swoje pomysły właśnie w krótkiej formie, sprawdzając, czy mają potencjał na rozwinięcie w pełnowymiarową powieść. Siedem mogłoby z powodzeniem zostać rozbudowane – postaci i ich relacje aż się o to proszą. Wygląda jednak na to, że autorka postawiła na inne opowiadanie – Okrężna droga – jako zapowiedź swojej nowej książki. Historia ma piracki klimat, dużo akcji dzieje się na statku, a bohaterowie odkrywają nowy, tajemniczy świat. Zapowiada się intrygująco.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Rebis

Dodatkowo, dorzucam podsumowanie ostatnio przesłuchanych książek:










niedziela, 26 stycznia 2025

Styczniowe lektury – „Ministerstwo czasu” Kaliane Bradley i „Rozdroże kruków” Andrzej Sapkowski

 

Ministerstwo czasu
Kaliane Bradley

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 2024
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Poznańskie

Wszystkiemu, co kiedykolwiek się wydarzyło, można było zapobiec, a jednak niczemu nie zapobieżono. Jedynym, co można naprawić, jest przyszłość. Uwierz mi, gdy powiem, że właśnie tego nauczyła mnie możliwość podróży w czasie.
 

Opis wydawcy

Brytyjski rząd uruchamia eksperymentalny program, który polega na sprowadzaniu ludzi z przeszłości – ekspatów. Ich opiekunami i przewodnikami po współczesności są specjalni urzędnicy nazywani pomostami. Oficjalny cel: sprawdzenie, jak podróże w czasie wpływają na ludzkie ciało i bieg historii. Nieoficjalnie: coś jest na rzeczy, ale co?  


Moja recenzja

Największy plus czytania Ministerstwa czasu? Chyba świadomość, że nie każda książka, która zbiera entuzjastyczne recenzje, musi trafiać w mój gust – i to jest w porządku. Niektóre lektury po prostu nie rezonują z czytelnikiem, a Ministerstwo czasu okazało się jedną z takich książek. Gdybym wcześniej dokładniej zapoznała się z opisem wydawcy, mogłabym przewidzieć, że niekoniecznie będzie to coś dla mnie. Spędziłam z nią kilka wieczorów, ale niestety – nie mogę powiedzieć, że wracałam do niej z niecierpliwością. Bardziej chciałam już zakończyć tę przygodę, niż czerpałam przyjemność z samego procesu czytania.

Na pewno nie pomogły tu wysokie oczekiwania, które wynikały z licznych pochwał i pozytywnych opinii. Sam pomysł na fabułę wydawał się niezwykle obiecujący: połączenie science-fiction, romansu i powieści historycznej – brzmi jak mieszanka idealna. Podróże w czasie to przecież świetny punkt wyjścia dla wciągającej fabuły, a ja byłam ciekawa, jak autorka połączy te różnorodne gatunki. Niestety, wykonanie nie do końca sprostało moim oczekiwaniom. Główne miejsce w historii zajęły rozterki bohaterki i powoli rozwijający się romans, który mnie osobiście nie porwał. Mam wrażenie, że wątki science-fiction i historyczne zostały zepchnięte na dalszy plan, a ich potencjał pozostał niewykorzystany.

Jeśli chodzi o bohaterów, niestety również na tym polu książka mnie zawiodła. Narratorka, choć pełni kluczową rolę, nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych postaci. Brakowało mi w niej sprawczości i głębi, a jej perspektywa nie potrafiła mnie wciągnąć. Graham Gore, XIX-wieczny ekspat, zapowiadał się na bohatera z ogromnym potencjałem – opowieść o kimś próbującym odnaleźć się w zupełnie obcej, współczesnej rzeczywistości to przecież świetny materiał na interesującą fabułę. Niestety, przez to, że narratorka jest jednocześnie główną bohaterką, Graham został sprowadzony głównie do roli szarmanckiego i męskiego kontrapunktu, którego zadaniem jest napędzanie wątku romantycznego. Na drugim planie pojawiły się za to postacie z ciekawszym potencjałem – Maggie i Arthur – ale ich rola była zbyt ograniczona, by wywarli większe wrażenie.

Jednym z bardziej intrygujących aspektów książki była metafora porównująca ekspatów z przeszłości do uchodźców. Główna bohaterka pochodzi z rodziny o kambodżańskich korzeniach, co pozwala jej w pewien sposób zrozumieć zagubienie, które towarzyszy wyrwanym ze swojego świata ekspatom. Niestety, ten temat, podobnie jak wiele innych, został potraktowany dość powierzchownie. Autorka podejmuje również kwestie zmian klimatycznych, homofobii czy trudnych wydarzeń z historii – są to ważne tematy, ale wplecione w fabułę w sposób, który sprawia wrażenie odhaczania kolejnych problemów, zamiast głębszego skupienia się na którymkolwiek z nich.

Finalnie Ministerstwo czasu okazało się dla mnie zwykłym czytadłem, które szybko wyparuje z pamięci. Doceniam próbę poruszenia ważnych tematów oraz odważne połączenie gatunków, ale niestety do fanów tej książki nie mogę się zaliczyć.


Rozdroże kruków
Andrzej Sapkowski

Gatunek: fantasy
Rok pierwszego wydania: 2024
Liczba stron: 292
Wydawnictwo: superNOWA

Bo prawda nie jest dla wszystkich. Prawda jest dla tych, co potrafią ją znieść. Potrafisz?
 

Opis wydawcy

Tym razem arcymistrz polskiej fantasy cofa się do młodzieńczych lat Geralta, który stawia dopiero pierwsze kroki w wiedźmińskim fachu i musi sprostać licznym wyzwaniom. Uzbrojony w dwa runiczne miecze, zwalcza potwory, ratuje niewinne dziewice i pomaga nieszczęśliwym kochankom. Zawsze i wszędzie stara się przestrzegać niepisanego kodeksu, który przejął od swoich nauczycieli i mentorów. Jak to zwykle bywa, życie nie szczędzi mu rozczarowań – młodzieńczy idealizm raz po raz zderza się z rzeczywistością.  


Moja recenzja

Któż by pomyślał, że powrót do wiedźmińskiego świata okaże się tak przyjemny? Ja jestem mile zaskoczona – zwłaszcza po ostatniej książce Sapkowskiego, która była dla mnie raczej rozczarowaniem. Może właśnie to doświadczenie z Sezonem burz sprawiło, że podchodziłam do Rozdroża kruków z mniejszymi oczekiwaniami. Spodziewałam się krótkiej historii o początkach Geralta – i dokładnie to dostałam.

Sapkowski nie próbował zapełnić książki masą easter eggów czy opierać się na sentymentalnych powrotach do znanych postaci. Mógł łatwo zdecydować się na odcinanie kuponów, ale zamiast tego postawił na nowych bohaterów, którzy w interesujący sposób wpływają na młodego wiedźmina. Szczególnie spodobała mi się postać Prestona Holta – doświadczonego wiedźmina, który pełni rolę mentora Geralta po jego opuszczeniu Kaer Morhen. Ciekawym i świeżym pomysłem było także wprowadzenie osoby zajmującej się „rozliczeniami” wiedźmińskiego fachu – coś w rodzaju osobistego księgowego czy doradcy.

Powrót do przygód Geralta był co prawda krótki, ale sprawił mi sporo przyjemności. To może nie ta sama ekscytacja, którą czułam, czytając pierwsze opowiadania Sapkowskiego, ale Rozdroże kruków na pewno warto poznać. Podobała mi się forma książki – historia zbudowana jest z mniejszych epizodów, pierwszych przygód wiedźmina, które zgrabnie łączą się w spójną fabułę z satysfakcjonującym zakończeniem. Choć Geralt nie jest tu tym samym pewnym siebie łowcą potworów, jakiego znamy z sagi – jest młodszy, bardziej wycofany i niepewny – miło było obserwować początki jego wiedźmińskiej kariery.


środa, 6 marca 2024

Cykl „Wilcza Jagoda” Magdaleny Kubasiewicz – warszawskie urban fantasy, które Was pochłonie

Wilcza Jagoda (Kołysanka dla czarownicy, Przysługa dla czarnoksiężnika, Klątwa dla demona, Zaklęcie dla czarownika)
Magdalena Kubasiewicz

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2022, 2022, 2023, 2023
Liczba stron: 310, 368, 384, 496
Wydawnictwo: SQN

Skończyła równo o północy i uśmiechnęła się pod nosem, bo było w tym coś ironicznego. Północ, godzina duchów, godzina czarownic. – Wiedźma Jaga. Uważaj, bo cię przeklnie - mruknęła do siebie, obracając jabłko w dłoni.
 

Opis wydawcy (Kołysanka dla czarownicy)

Jagoda, specjalistka od klątw, przez złośliwych zwana Wilczą Jagodą, ma trzy problemy. Młodą czarownicę, chcącą zostać jej uczennicą, krewnych mających skłonności do pakowania się w kłopoty oraz rzuconą przed laty klątwę, może mocno namieszać w życiu wiedźmy.


Moja recenzja

W czytaniu książek różnorodnych gatunkowo uwielbiam to, że spełniają tak wiele potrzeb. Kiedy czułam się przebodźcsowana i szukałam lekkiej opowieści do słuchania w drodze do pracy wybrałam Kołysankę dla czarownicy. Już kilkukrotnie trafiałam w sieci na książki Magdaleny Kubasiewicz. Wiele osób polecało, a ja akurat tęskniłam za gatunkiem urban fantasy. Cykl Wilczej Jagody okazał się strzałem w dziesiątkę. Po pierwszym tomie od razu przepadłam w kolejnych i w styczniu udało mi się skończyć ostatnią część. Bawiłam się świetnie!

Rozpoczynanie nowych serii często wiąże się z pewnym uczuciem niepokoju. Na półkach piętrzą się nieukończone książkowe cykle, do których trudno wrócić po przerwie. W przypadku przygód Wilczej Jagody wyszło idealnie, bo podczas kiedy ja czytałam pierwszy tom, wydawnictwo przygotowywało do wypuszczenia finałową część. Dzięki temu gładko przeszłam przez cztery przygody Jagi, warszawskiej specjalistki od klątw.

źródło

Powrót do polskiej fantastyki okazał się czystą przyjemnością. Fabuła wciągnęła, bohaterowie intrygowali, tajemnice się piętrzyły, a wszystko to w otoczeniu trochę znanym, a jednak magicznym. W tej wersji opowieści warszawska syrenka to nie jest tylko pomnik wart zobaczenia. Jak zajdzie potrzeba to i ostrzeże mieszkańców przed zbliżającą się katastrofą. Takie wykorzystanie znanych miejsc i przekształcenie ich, żeby pasowały do opowieści pozwoliło poczuć się jak w domu. Kubasiewicz radzi sobie z tym śpiewająco, nie przesadza, ale co jakiś czas daje nam powód do uśmiechu i pokiwania głową na zasadzie: „znam to”. Prezentuje postacie z legend, miejsca znane ze stolicy, wplata w akcję raczej niezaskakujących przeciwników do pokonania, jak wilkołaka biegającego wieczorem po pobliskim parku. Dzięki temu, nawet kiedy w ostanim tomie akcja przenosi się za granicę, czujemy, że ten świat jest nam bliski.

W każdej z części akcja wydaje się być podobna – Jaga „przypadkowo” zostaje wmieszana w walkę ze złem i pomaga wydziałowi do spraw magicznych jako specjalistka od klątw. Autorka nie decyduje się na długie opisy systemu magicznego w swoim świecie. Poznajemy go raczej w biegu, podczas kolejnych przygód. Świetnym pomysłem było postawienie w centrum akcji wiedźmy klątw. Wypadło to oryginalnie i po lekturze, aż chciałoby się posiadać umiejętności Jagi.

Poznawanie głównej bohaterki, Jagody Wilczek, to czysta przyjemność. Kobieta jest silna, pewna swoich zdolności i oczywiście ładuje się w sytuacje, których powinna unikać. Brzmi to trochę oklepanie, ale Jaga jest dowodem, że da się stworzyć bohaterkę o wybitnych magicznych umiejętnościach, która nie irytuje. W sportretowaniu tej postaci pomagają również odkrywane tajemnice z jej przeszłości, która nie należała do łatwych. Te strzępki wiadomości rozłożone na kilka części idealnie podsycały ciekawość.

W cyklu o Wilczej Jagodzie jest mnóstwo ciekawych bohaterów. Ich opis jest wnikliwy, dzięki czemu z łatwością potrafimy ich sobie wyobrazić. Wątek romantyczny również się pojawia, ale przez większość czasu składa się z domysłów czytelnika. Nabiera rozpędu dopiero w ostatniej części, ale jest tak niewydumany i naturalny, że nie można na niego narzekać. Udało się autorce stworzyć takie postaci, za którymi czytelnik będzie tęsknić po zakończeniu ostatniego tomu. I chociaż cieszy mnie zamknięcie tej historii, to część mnie ma ochotę na kontynuację. Taka to była zabawa.


niedziela, 24 września 2023

Trylogia „Morze drzazg” Joe Abercrombie – walka o władzę i dworskie intrygi w nordyckim klimacie

 

Pół króla, Pół świata i Pół wojny
Joe Abercrombie

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2014, 2015, 2016
Liczba stron: 396, 452, 456
Wydawnictwo: Rebis

Mądrzy czekają na odpowiedni moment, lecz nie pozwalają, aby im umknął.
 

Opis wydawcy (Pół króla)

Książę Yarvi poprzysiągł zemstę zabójcom ojca. Chce odzyskać Czarny Tron. Najpierw jednak jako sprzedany w niewolę galernik musi stawić czoło okrucieństwu i srogiemu morzu. I to mając tylko jedną sprawną rękę.


Moja recenzja

Joe Abercrombie to brytyjski pisarz, który znany jest przede wszystkim z serii Pierwsze prawo. Trylogia Morze drzazg powstała kilka lat później i zaliczana jest do gatunku YA, zatem skierowana raczej do nastoletnich czytelników. Autor zastrzega, że świetnie bawić się będą przy niej również osoby starsze. Było to moje pierwsze spotkanie z prozą Abercrombiego i zaliczam je do udanych, chociaż nie mogę nad niektórymi elementami przejść bezkrytycznie.

Widać, że autor jest fanem Gry o Tron, bo sporo w Morzu drzazg podobieństw do serii George'a R.R. Martina. Głównym bohaterem jest Yarvi, kaleki syn króla, który nadrabia braki fizycznych atrybutów inteligencją. Stosując sprytne zagrania wprowadza zamieszanie na królewskich dworach, co przywołuje skojarzenie z postacią Tyriona Lannistera. W świecie przedstawionym główna stawka toczy się oczywiście o władzę, czyli w tym przypadku obalenie Najwyższego Króla. Sceny batalistyczne i pojedynki są istotnym elementem fabuły. Można się pokusić o stwierdzenie, że młodsi czytelnicy od Morza drzazg powinni zacząć przygodę z tego rodzaju fantastyką, a później przejść do czytania Gry o tron. 

Poszczególne części skupiają się na przedstawieniu historii z perspektywy różnych bohaterów. W książce Pół króla spędzamy czas przede wszystkim z Yarvim. Jego ojciec i brat niespodziewanie giną, przez co chłopak staje się sukcesorem tronu. Głównym motywem tej części będzie chęć dokonania zemsty na osobach odpowiedzialnych za śmierć króla i księcia. Kolejna część, Pół świata, wprowadzi historię Zadry, młodej butnej wojowniczki. Znajdzie się w niej miejsce dla przyjemnej historii miłosnej, która dotyczy dziewczyny i jej przyjaciela z pojedynków, Branda. To opowieść o osobach, które nie potrafią odnaleźć się w świecie, ale znajdują kogoś, kto ich rozumie i wspiera. W Pół wojny ciężar historii przeniesie się mocniej na trwający konflikt, ale poznamy również nowych bohaterów – księżniczkę Skalę i służącego Raitha. Mimo że w kolejnych tomach pojawiają się nowi główni bohaterowie, Abercrombie nie zapomina o ważnych postaciach z poprzednich części. Przez to, każdy kolejny tom sprawia, że historia staje się coraz bardziej rozbudowana i ekscytująca.

Największy problem jaki miałam z tą trylogią polegał na sposobie w jaki budowane były postaci drugoplanowe. Jeżeli bohater dostaje jakąś wyróżniającą go cechę jest ona mielona w kółko. Przykładem może być przedstawiona w pierwszej części kapitanka statku, Shadkikshirram, która lubi zaglądać do butelki. Za każdym razem gdy pojawia się w scenie to wspomniane zostaje, że trzyma wino w ręce, czuć od niej woń alkoholu, w jej kajucie walają się butelki albo trzyma się masztu jakby to był jej najlepszy trunek. Szybko staje się to uciążliwe, taki bohater jest jednoznaczny do bólu. Lepiej Abercrombie poradził sobie z wykreowaniem głównych postaci, którym poświęcił więcej czasu, dał jasny cel i postawił przeszkody na drodze do jego osiągnięcia. 

Trylogia Morze drzazg wypada najlepiej kiedy traktuje się ją jako literaturę przygodową ze szczyptą fantastyki. Wykreowany świat jest brutalny, stylizowany na czasy średniowiecza z klimatem nordyckich opowieści o Wikingach. Jeżeli pojawia się element magii, to jest on jedynie niewielkim dodatkiem. Poruszane tematy dążenia do władzy i zemsty jako głównego silnika napędzającego bohaterów wypadają wiarygodnie i sprawiają, że czytelnik chce poznać zakończenie tej historii. Wojny, intrygi, miłostki, morskie przygody – to wszystko dokłada się do wciągającej opowieści Abercrombiego. Autor wprowadza do tego brutalnego świata również trochę humoru. Przyznaję, że nie był to mój humor, ale zapewne wielu z czytelników rozbawi. Wprowadzona mitologia była ciekawym elementem, żałuję że nie było rozwinięcia tego tematu. Tak często pojawiały się wzmianki o różnych bogach, powiedzenia związane z rolami poszczególnych bóstw, że miałam nadzieję na więcej.

Wrzucenie trylogii Morze drzazg do worka z YA wydaje się lekko naciągane. Sam autor twierdzi, że napisał powieść, która łączy YA z fantastyką dla dorosłych. Oczywiście jest sporo elementów typowych dla gatunku – w Pół króla głównym bohaterem jest nastolatek, akcja pędzi dość szybko, żeby zmieścić się na jak najmniejszej ilości stron. Jednocześnie w trylogii znajdziemy bardzo dużo przemocy, krew przelewa się nieustannie, a bohaterowie to bezwzględne typy. 

Przyznaję, że po pierwszej części byłam niezbyt entuzjastycznie nastawiona do tej historii, jednak kolejne dwa tomy o wiele mocniej mnie wciągnęły. Historia młodej, buntowniczej Zadry w Pół świata rezonowała ze mną najbardziej. Trzecia część natomiast wprowadziła nareszcie więcej magii, a dodatkowo zawierała wciągające opisy bitew, wojennych zagrywek i podstępów. Styl Abercrombiego jest prosty. Za to wygrywa w kwestii wciągnięcia czytelnika w opowiadaną historię. Sprawia to, że autor ma na świecie mnóstwo fanów. Mimo kilku niedociągnięć, cieszę się, że zostałam z tą serią do końca.


Za pięknie wydane egzemplarze dziękuję wydawnictwu Rebis.

wtorek, 4 lipca 2023

„Imię wiatru” Patrick Rothfuss – owiana tajemnicą autobiografia muzyka (ze szczyptą magii)

Imię wiatru
Patrick Rothfuss

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2007
Liczba stron: 876
Wydawnictwo: Rebis

Chodzi o to, że wszyscy opowiadają sobie w głowach historie na własny temat. Wszyscy. Przez cały czas. Ta historia czyni cię tym, kim jesteś. Stwarzamy sami siebie na gruncie tej opowieści.
 

Opis wydawcy

Kvothe to człowiek legenda. Wielki mag, geniusz muzyki, bohater i złoczyńca - namówiony przez Kronikarza - wspomina swe barwne życie. Od dzieciństwa spędzonego w trupie wędrownych aktorów poprzez lata chłopięce spędzone w półświatku mrocznego miasta po szaloną, ale udaną próbę wstąpienia na Uniwersytet. Powoduje nim pragnienie władania magią i zemsty na demonach, które zabiły jego rodziców i cały jego świat obróciły w perzynę.


Moja recenzja

Imię wiatru możecie znaleźć na wielu listach najlepszych książek fantasy. Ja tę pozycję omijałam od lat. Nie dlatego, że obawiałam się zawodu. Powodem mojej niechęci był fakt, że autor, Patrick Rothfuss, serii nie skończył. Sprawa wygląda dość podobnie jak u George'a Martina i Gry o tron. Rothfuss wydał pierwszy tom w 2007 roku, drugi w 2011, a na trzeci czekamy do tej pory. W międzyczasie napisał kilka opowiadań ze świata przedstawionego, ale finału opowieści nadal brakuje. I chociaż miałam spory opór przed czytaniem czegoś, co może nie dostać zakończenia, to jednak chciałam zobaczyć w czym tkwi moc tej książki.

Głównym bohaterem jest Kvothe, który prowadzi karczmę. Pewnego dnia zjawia się tam Kronikarz, prosząc o pozwolenie na spisanie historii osławionego Królobójcy. Przez cały pierwszy tom słuchamy zatem opowieści chłopaka stojącego za barem – przejdzie przez czasy dzieciństwa po naukę na Uniwersytecie. Na końcu tej historii nadal pozostaje wiele niewiadomych i widać, że sporo opowieści znajdzie się w kolejnych tomach. Na początku nie byłam przekonana do prowadzenia tego monologu przez Kvothe'a, szczególnie że wspomnienia są napisane językiem bardziej kwiecistym niż ktokolwiek używa przy prawdziwym opowiadaniu. Jednak ten pełen ozdobników styl Rothfussa na tyle potrafi oczarować, że postanowiłam nie przykładać do tego punktu zbyt dużej wagi. 

źródło

Autor świetnie poradził sobie ze zbudowaniem świata przedstawionego. Poznajemy jego prawa z perspektywy dziecka podróżującego z trupą teatralną, później młodzieńca błąkającego się po ulicach dużego miasta, a w końcu nastolatka studiującego na prestiżowej uczelni. Wszystkie odwiedzone przez bohatera miejsca opisane są bardzo plastycznie, łatwo możemy sobie wyobrazić scenerie poszczególnych wydarzeń. Podoba mi się również wprowadzenie do systemu magicznego. Magia opiera się na łączeniu ze sobą poszczególnych elementów na podstawie podobieństw. Dochodzi do tego również ważny aspekt, czyli poznanie imienia, które wpływa na uzyskanie władzy nad daną rzeczą. Do magicznej części historii zaliczają się również Chandrianie, mistyczne postaci, których Kvothe z uporem poszukuje. W tej kwestii dostaliśmy jedynie zalążek historii, więc na pewno czeka nas więcej wyjaśnień w kolejnym tomie.

Uczynienie z Kvothe'a artystycznej duszy nadało tej powieści subtelnego dopełnienia. Zazwyczaj po takich opowieściach fantasy spodziewamy się silnego bohatera, typowego rycerza na białym koniu. Rothfuss walczy z tym stereotypem i ze swojej postaci robi wrażliwego chłopaka, który uważa swoją lirę za największy skarb. Kvothe często gra na instrumencie i śpiewa, a piosenki napisane przez autora brzmią bardzo dobrze, nieważne czy są to wzruszające ballady czy wyśmiewcze przyśpiewki. Szybko polubiłam głównego bohatera, nawet jeśli trochę przeszkadza jego wyjątkowość. Chłopak potrafi śpiewać, grać na instrumencie, wychowywał się w gronie aktorów – udaje mu się zatem udawać, „grać” przed innymi, dzięki czemu wychodzi cało z kłopotów. Zarazem jednak jest niezwykle inteligentny, oczytany, robi furorę na egzaminach, przeskakuje kilka klas. Apogeum następuje, kiedy targuje się o konia, opowiadając jakim to jest znawcą w temacie. Na szczęście Rothfuss wydaje się być świadomy tej wyjątkowości bohatera. Ratuje sytuację, robiąc z Kvothe'a człowieka, który uważa się za lepszego od innych i czasami zadzierającego nosa. W końcu to główny bohater jest narratorem tej historii. Dobrze się składa, że przedstawione akcje mają swoje konsekwencje, więc zobaczymy czy bohater będzie umiał się uczyć na popełnionych błędach.

Rofthuss zadebiutował powieścią, która zyskała ogólnoświatowy sukces. Wydaje mi się, że kluczem było połączenie klasycznej opowieści fantasy z autobiografią artysty-muzyka. To jest coś, co rzadko spotykamy w tym gatunku. Chociaż wytknęłam kilka minusów, ogólnie to jedna z lepszych pozycji fantasy, jakie ostatnio czytałam. Autor wprowadził sporo nowych pomysłów, nie bał się zaryzykować, stworzył rozbudowany opis świata przedstawionego i bohaterów. Uwielbiam wątek romantyczny, który jest tutaj lekko zarysowany. Wybranka serca jest charakterna i tajemnicza. Jednak czuć, że to dopiero początek, wprowadzenie do akcji, przez co mam ochotę zanurzyć się od razu w kolejne tomy. Trzymam zatem kciuki, żeby Rothfuss skończył tę historię.


piątek, 24 marca 2023

„Pan Lodowego Ogrodu” Jarosław Grzędowicz – połączenie science fiction z high fantasy

Pan Lodowego Ogrodu
Jarosław Grzędowicz

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2005, 2007, 2009, 2012
Liczba stron: 450, 512, 400, 384 (tom 4, cz. 1), 336 (tom 4, cz. 2)
Wydawnictwo: Fabryka słów

W naszym świecie trudno znaleźć pustkowie, w którym nie będzie niczego oprócz przyrody, nieba nad głową i człowieka siedzącego na kamieniu. Człowieka, którego obowiązuje jedynie to prawo, jakie ma w sercu. Przez całe moje życie, gdziekolwiek bym się ruszył i cokolwiek bym robił, kontrolowały mnie miliony przepisów. Tysiące urzędników normalizowało każdą moją myśl i każdy postępek. Na wszystko mieli procedury. Przez cały czas usiłowali się mną opiekować i uchronić przed jakimkolwiek ryzykiem. Przez całe życie czułem się, jakbym miał dwanaście lat. I miliony rodziców. 
 
Tu nikt się mną nie opiekuje. Mogę się upić, skręcić nogę, wylecieć w powietrze dzięki własnemu ładunkowi termicznemu albo wpaść do jakiejś studni. Wszystko na własne ryzyko. 
  
Boże, co za ulga..

Opis wydawcy

Vuko Drakkainen samotnie rusza na ratunek ekspedycji naukowej badającej człekopodobną cywilizację planety Midgaard. Pod żadnym pozorem nie może ingerować w rozwój nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Odwieczne reguły zostały złamane.


Moja recenzja

O serii Pan Lodowego Ogrodu słyszałam od wielu osób na przestrzeni kilkunastu lat. Kiedy podczas rozmów wspominałam, że jestem fanką Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego, to w odpowiedzi polecano mi cykl Grzędowicza. Nareszcie udało się odbyć czytelniczą przygodę z Vuko i muszę potwierdzić – jej klimat przypomina ten znany z opowieści o Geralcie z Rivii.

Pan Lodowego Ogrodu składa się z czterech tomów. Pierwsza część miała premierę w 2005, a ostatnia w 2012 roku. W przypadku wielotomowych serii nie mam najlepszych statystyk. Wielu z nich nie udało mi się skończyć, bo zanim wydano kolejne tomy, zdążyłam już o nich zapomnieć. Czytanie cyklu, który jest już skończoną całością, było zatem bardzo satysfakcjonujące.

Seria ma bardzo mocny początek. Pomysł połączenia science-fiction z klasycznym high fantasy okazał się strzałem w dziesiątkę. Nasz główny bohater, Ziemianin z przyszłości, ma do wykonania misję: odnaleźć czterech zaginionych członków ekspedycji naukowej. W tym celu przylatuje na planetę, której świat przedstawiony przypomina nasze czasy średniowiecza z dodatkiem magii. Dla Vuko również jest to nowy świat, dzięki czemu staje się dla czytelnika idealnym przewodnikiem. Wielokrotnie nawiązuje do życia na Ziemi, wspomina o swoich skandynawsko-polskich korzeniach, co pozwala nam się z nim utożsamić, a później kibicować w powodzeniu akcji. Vuko wyposażony jest w Cyfral, czyli technologię w postaci wszczepionego mu grzyba. Dzięki niej staje się superczłowiekiem – Cyfral pomaga kontrolować emocje, przyspiesza czas reakcji, ulepsza zdolność walki. Z czasem staje się również kolejnym ważnym bohaterem opowieści.

źródło

Spodziewałam się typowej fantastycznej powieści drogi, w której towarzyszymy Vuko w misji. Pomysł na wprowadzenie do tej historii kolejnego narratora wziął mnie zatem z zaskoczenia. Okazał się kluczowy w przekazaniu istotnych informacji o świecie przedstawionym. Oprócz Vuko opowieść snuje również Filar, syn cesarza. Dzięki niemu dowiemy się o nacjach zamieszkujących planetę Midgaard, poznamy kult Podziemnej Matki, nauczymy się trochę o faunie tego świata. Otrzymujemy wgląd w lekcje pobierane przez chłopaka, które mają na celu przygotowanie go do roli władcy. Rozdziały o rządzeniu bystretkami (zwierzaki przypominające mangusty) czy rozwijaniu jego relacji z Aliną okazały się miłym oderwaniem od przygód wycofanego, sarkastycznego Vuko. W pierwszym tomie ten podział pięknie zadziałał. Niestety w kolejnych miewałam momenty, w których jedna z narracji okazywała się nużąca i chciałam wrócić do tej drugiej. Również oczekiwanie na spotkanie głównej dwójki trwa dość długo. Chociaż niezaprzeczalnym plusem jest to, że rozdzielenie historii pozwoliło na szersze spojrzenie w wykreowany świat, to balans między ich przygodami czasami był zachwiany.

Jarosław Grzędowicz świetnie radzi sobie z kreowaniem swoich głównych postaci. Vuko ma cięty humor, to sprytny i uzdolniony człowiek, który skoczyłby za swoimi przyjaciółmi w ogień. Filar natomiast szybko dostaje nauczkę od życia, napędzany jest wizją utrzymania rodu, nie poddaje się, chociaż musi pokonać na swojej drodze sporo przeszkód. Jest również kilku interesujących bohaterów drugoplanowych, jak Aaken i Podziemna Matka. Niestety, nie udało mi się prawdziwie sympatyzować z żadną z pobocznych postaci. Może była to kwestia słuchania Pana Lodowego Ogrodu w audiobooku, ale traktowałam to raczej jako zwykłą historię. Kciuki trzymałam za dwójkę głównych bohaterów, ale cała reszta mogła zniknąć i specjalnie bym się tym nie przejęła. Szczególnie brakowało mi rozwinięcia postaci kobiecych. Widać, że autor starał się skupić na męskim punkcie widzenia, pozostawiając u mnie pewien niedosyt. Momentami zbaczał z głównej historii, przykładowo opisując wątek Aliny, ale później szybko wracał na poprzednie tory.

Pan Lodowego Ogrodu to na pewno seria, której fani fantastyki powinni dać szansę. Plastyczne opisy w wykonaniu Grzędowicza przeniosą nas na tajemniczą planetę, a Vuko to ziemski wysłannik, z którym chętnie sympatyzujemy. Nie jest to może cykl, który wyrwał mnie z butów, ale początkowy pomysł na pewno robi wrażenie. Największy problem mam z nierównym tempem akcji i brakiem rozwinięcia drugoplanowych bohaterów. Mimo wszystko, warto było poznać historię Vuko. Polecam, szczególnie w wykonaniu Jacka Rozenka w audiobooku.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka