poniedziałek, 13 lipca 2026

Mistrzowie snucia opowieści — „Stolik dla dwojga” Amor Towles i „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesław Myśliwski

 

Stolik dla dwojga
Amor Towles

Gatunek: literatura piękna, opowiadania
Rok pierwszego wydania: 2025
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Znak Literanova

Jedyny plus starzenia się jest taki, że kurczą się apetyty. Po sześćdziesiątym piątym roku życia chce się mniej podróżować, mniej jeść, mniej posiadać. Na tym etapie trudno sobie wyobrazić lepsze zakończenie dnia niż klika łyków leciwej szkockiej, parę stron starej powieści i duże, wygodne łóżko bez bodźców rozpraszających.
 

Opis wydawcy

Znudzony fałszerz, zuchwały koneser sztuki, kobieta próbująca odkryć sekret ojczyma i Evelyn, ukochana bohaterka „Dobrego wychowania”, która powraca, by dokończyć swoją historię. Co się stanie, gdy jedno z nich nie wysiądzie z pociągu, czyjś lot do domu zostanie odwołany, a ktoś inny otrzyma propozycję nie do odrzucenia? 

Jakie będą konsekwencje podjętych pochopnie, błahych decyzji? 


Moja recenzja

Amor Towles swoim zbiorem opowiadań po raz kolejny udowadnia, że jest autorem, na którego zawsze można liczyć. Wszystko zaczęło się od mojego zachwytu nad Dżentelmenem w Moskwie i od tamtej pory sięgam po każdą jego nową książkę z niemal pełnym zaufaniem. Co ciekawe, tym razem to mój mąż pierwszy zabrał się za lekturę Stolika dla dwojga. Jego żywe reakcje podczas czytania sprawiły, że nie potrafiłam już dłużej czekać.

Po lekturze zbiorów opowiadań zwykle dochodzę do tego samego wniosku: jedne historie zachwycają bardziej, inne mniej. U Towlesa było inaczej. Autor postawił sobie zresztą wyjątkowo trudne zadanie, bo otworzył książkę prawdziwą perełką. „Kolejka” – opowiadanie o Puszkinie, którego największym życiowym talentem okazuje się stanie w kolejkach – to historia pięknie absurdalna, pełna subtelnego humoru, a jednocześnie zdolna poruszyć do głębi. Narracyjna pętla, w której bohater trafia do kolejki z innego kraju, okazała się pomysłem znakomitym. Po tak mocnym początku można było spodziewać się spadku formy. Nic bardziej mylnego. Każde kolejne opowiadanie dawało mi równie wiele czytelniczej satysfakcji.

Siła Towlesa tkwi w kilku elementach. Przede wszystkim w stylu – przez jego prozę po prostu się płynie. Punkty wyjścia wydają się niepozorne, ale sposób, w jaki autor rozwija je w pełnokrwiste historie, budzi szczery podziw. To tak, jakby najpierw dostrzegł jedną krótką scenę – choćby tę, w której starszy mężczyzna ukradkiem nagrywa fragment koncertu – a następnie wokół niej zbudował pełen emocji świat. To właśnie to opowiadanie zostawiło mnie zresztą kompletnie zapłakaną. U Towlesa uderza również niezwykła czułość wobec bohaterów. Doskonale rozumie ich motywacje i marzenia, dzięki czemu tworzy postaci z krwi i kości. 

Obok pięciu krótszych form znajdziemy tu także minipowieść zajmującą niemal połowę tomu. Jej bohaterką jest Eve, znana z Dobrego wychowania. Ja tę powieść czytałam, mój mąż już nie, a mimo to zgodnie uznaliśmy, że wcześniejsza znajomość tej historii nie jest konieczna, by w pełni cieszyć się lekturą. Z ogromną przyjemnością obserwowałam, jak Towles rozgaszcza się w świecie dawnego Hollywood. A gdy do tej scenerii dołożył jeszcze atmosferę kina noir, powstała znakomita, pełna elegancji opowieść kryminalna.

W swoim zbiorze Towles rozstawia dla czytelnika stolik i zaprasza, by na chwilę przy nim usiąść. Serwuje kolejne literackie dania, a każde okazuje się dopracowane i satysfakcjonujące na swój własny sposób. I uwierzcie mi – to jedna z tych kolacji, których nie ma się ochoty kończyć.


Traktat o łuskaniu fasoli
Wiesław Myśliwski

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2006
Liczba stron: 446
Wydawnictwo: Znak

Ile niewypowiedzianych słów przepadło na zawsze. A może ważniejsze były od tych wszystkich wypowiedzianych.
 

Opis wydawcy

Narrator w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza dokonuje bilansu całego życia. W jakim stopniu sam wpłynął na swój los, a jak bardzo ukształtowały go traumatyczne doznania z dzieciństwa i zakręty polskiej historii.


Moja recenzja

Moje pierwsze spotkanie z twórczością niedawno zmarłego Wiesława Myśliwskiego. O jego pisarstwie słyszałam od lat same zachwyty, a Traktat o łuskaniu fasoli cierpliwie czekał na półce na swoją kolej.

Myśliwski miał niezwykły dar operowania słowem – taki, który potrafi oczarować czytelnika już od pierwszych stron. Prostym językiem zamyka doświadczenia codzienności, opowiada o ludzkich losach i bolączkach społeczeństwa naznaczonego historią. Punktem wyjścia jest spotkanie dwóch osób, choć tylko jedna z nich naprawdę zabiera głos. Do narratora przychodzi gość z prośbą o łuskaną fasolę. Fasola wprawdzie jest, ale najpierw trzeba ją wyłuskać, więc gość zostaje zaproszony do wspólnej pracy. To właśnie podczas tej z pozoru zwyczajnej czynności narrator rozpoczyna swój monolog, snując opowieść o własnym życiu.

Trzeba przyznać autorowi, że z niezwykłą swobodą prowadzi czytelnika przez meandry tej historii. Narrator nieustannie przeskakuje między wydarzeniami, a opowieść daleka jest od linearności. Paradoksalnie to właśnie ta fragmentaryczność sprawia, że trudno się od niej oderwać. Jako czytelnicy chcemy wypełnić wszystkie luki, odnaleźć zależności i samodzielnie ułożyć tę mozaikę we spójną całość.

Proza Myśliwskiego nie ma tu słabych punktów. Opowieść o wojnie jest przejmująca, wątek podróży z Siostrą – niezwykle intrygujący, zwłaszcza że pokazuje partyzantkę z nowej dla mnie perspektywy. Równie ciekawie wypadają powojenne lata, nauka zawodu elektryka i późniejsza praca, a historia nauki gry na saksofonie nie przestaje zaskakiwać. Nawet refleksje o współczesności, o ludziach przyjeżdżających do domków letniskowych, stają się pretekstem do błyskotliwych obserwacji na temat kondycji społeczeństwa.

Traktat o łuskaniu fasoli mógłby łatwo popaść w banał. Tymczasem język Myśliwskiego sprawia, że staje się opowieścią piękną i ponadczasową. O tym, co nieodwracalnie minęło. O spotkaniu dwojga nieznajomych przy prostej, codziennej czynności, która otwiera przestrzeń do opowiedzenia całego życia. Takie chwile powoli odchodzą w niepamięć, ale ta powieść przypomina, że kiedyś były czymś zupełnie naturalnym.




niedziela, 14 czerwca 2026

O trudnej sztuce przemiany — „Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd i „Psie serce” Michaił Bułhakow

 

Sekretne życie pszczół
Sue Monk Kidd

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2001
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Literackie

Szczególną cechą świata jest to, że kręci się dalej bez względu na to, jakie spotykają nas nieszczęścia.
 

Opis wydawcy

Lily jest biała, ma 14 lat, oschłego, agresywnego ojca i olbrzymie poczucie winy. Przed dziesięcioma laty straciła swoją matkę. Spokój pomagają jej odzyskać noszące imiona letnich miesięcy, czarnoskóre mieszkanki pewnej pasieki w Tiburon, gdzie Lily trafia, jadąc śladami mamy. Ale nawet ten niezwykły azyl, gdzie pszczoły wiodą swoje sekretne życie, nie chroni przed światem zewnętrznym. Najważniejsza jest wiara w siebie…


Moja recenzja

Sekretne życie pszczół przeleżało kilka lat na mojej półce i szczerze mówiąc, nie pamiętam już, jak się na niej znalazło. Pamiętam za to, że około dekadę temu oglądałam ekranizację z młodą Dakotą Fanning w roli głównej. Przez ten czas fabuła niemal całkowicie zatarła się w mojej pamięci, dzięki czemu mogłam z przyjemnością odkrywać tę historię na nowo w wersji książkowej.

Początek mojego czytelniczego roku obfitował w mroczne i przygnębiające historie, dlatego żółta okładka tej powieści od dawna przyciągała mój wzrok. Potrzebowałam opowieści, w której obok trudnych doświadczeń znajdzie się również miejsce na światło i nadzieję. I właśnie to znalazłam w tej książce.

Nie jest to jednak lekka historia o dojrzewaniu nastolatki. Wręcz przeciwnie — czternastoletnią Lily nieustannie nawiedzają wspomnienia związane ze śmiercią matki. Dziewczynka wychowuje się u boku ojca, który nie poświęca jej wiele uwagi, a jedyną bliską osobą pozostaje czarnoskóra służąca Rosaleen. Wspólnie wyruszają w podróż, która ma szansę odmienić ich życie.

Przez Sekretne życie pszczół po prostu się płynie. Fabuła wciąga, a motywy podróży, ucieczki od problemów i poszukiwania lepszej przyszłości sprawiają, że trudno oderwać się od lektury. Szczególnie mocno wybrzmiewa tu temat rodziny z wyboru, który zawsze bardzo cenię w literaturze. Czasem obcy ludzie potrafią obdarzyć nas większą miłością, troską i zrozumieniem niż osoby, z którymi łączą nas więzy krwi. W okresie dorastania ma to szczególne znaczenie, bo właśnie wtedy kształtuje się nasza osobowość i zaczynamy wyznaczać kierunek własnej przyszłości.

Może nie jest to powieść, która całkowicie odmieni czyjeś życie, ale z pewnością jest to wartościowa i poruszająca lektura. Przypomina, że czasami trzeba zmierzyć się z przeszłością, aby naprawdę móc ruszyć naprzód.


Psie serce

Michaił Bułhakow

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 1968
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: MG

- Dlatego że mówił? - zapytał Filip Filipowicz - Ale to jeszcze nie znaczy, że się jest człowiekiem.
 

Opis wydawcy

Akcja rozgrywa się w Moskwie w latach 20. XX wieku, niedługo po rewolucji październikowej. Głównym bohaterem jest profesor Filip Filipowicz Preobrażeński – wybitny, acz ekscentryczny chirurg. Prowadzi on eksperymenty mające na celu odmłodzenie ludzkiego organizmu. Pewnego dnia znajduje na ulicy bezpańskiego psa – Szarika – i zabiera go do domu, by wykorzystać go w swoim nowym eksperymencie. 

Moja recenzja

Michaił Bułhakow większości czytelników kojarzy się przede wszystkim z Mistrzem i Małgorzatą. Dla wielu osób właśnie na tej powieści kończy się znajomość jego twórczości. Tak było również w moim przypadku, dlatego z dużą ciekawością sięgnęłam po krótką nowelę Psie serce. Tym bardziej że opis fabuły od razu przywołał skojarzenia z Frankensteinem Mary Shelley, którego niedawno odświeżyłam sobie zarówno w wersji literackiej, jak i filmowej.

Psie serce opowiada historię eksperymentalnej operacji, w wyniku której bezdomny pies otrzymuje ludzkie organy. Podobnie jak Shelley, Bułhakow stawia pytania o granice nauki i odpowiedzialność za przeprowadzane eksperymenty. Jednocześnie wykorzystuje tę historię jako narzędzie krytyki społecznej i politycznej rzeczywistości swoich czasów.

Autor pokazuje, że awans społeczny nie jest procesem, który można przeprowadzić jednym prostym zabiegiem. Szarik, przemieniony w człowieka, pozostaje osobą ordynarną, pozbawioną kultury i skłonną do agresji. Mimo to odnajduje swoje miejsce w społeczeństwie, zdobywa posadę i otacza się ludźmi, którzy akceptują jego zachowanie. W ten sposób Bułhakow podważa przekonanie, że sama zmiana pozycji społecznej automatycznie prowadzi do powstania lepszego społeczeństwa.

Choć Psie serce jest krótką nowelą, kryje w sobie zaskakująco wiele treści. Na powierzchni pozostaje intrygującą historią o naukowym eksperymencie, lecz pod nią skrywa się wielowarstwowa satyra społeczna i polityczna. Bułhakow sugeruje, że nie istnieją proste metody „przekształcania” człowieka ani całych grup społecznych. Tym samym krytykuje założenia rewolucji proletariackiej, której celem było radykalne przeobrażenie społeczeństwa i oddanie władzy klasie robotniczej. Zdaniem autora takie zmiany wymagają czasu i nie dokonują się z dnia na dzień.

Właśnie przez tę odważną krytykę Psie serce nie mogło zostać opublikowane od razu po napisaniu i przez wiele lat czekało na wydanie. Dziś możemy na szczęście sięgnąć po tę nowelę bez żadnych ograniczeń — i zdecydowanie warto z tej możliwości skorzystać.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.


sobota, 6 czerwca 2026

Czy ludzkość zasługuje na ocalenie — trylogia „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixin Liu

Problem trzech ciał, Ciemny Las, Koniec śmierci
Cixin Liu

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 2006 / 2008 / 2009
Liczba stron: 452 / 671 / 825
Wydawnictwo: Rebis

Życie zrobiło milowy krok, kiedy wyszło z oceanu na ląd, ale te pierwsze ryby, które wspięły się na ląd, nie były już rybami. Podobnie ludzie przestaną być ludźmi, gdy naprawdę wkroczą w kosmos i uwolnią się od Ziemi. A więc do wszystkich tu obecnych kieruję te słowa: Kiedy pomyślicie o wylocie w przestrzeń kosmiczną bez oglądania się za siebie, zastanówcie się, proszę, co robicie. Cena, jaką będziecie musieli zapłacić, jest dużo wyższa, niż sobie wyobrażacie. 
 

Opis wydawcy

Podczas rewolucji kulturalnej w Chinach tajna baza wojskowa Czerwony Brzeg wysyła sygnały w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Do prac zostaje włączona Ye Wenjie, córka wybitnego fizyka zamordowanego przez czerwonogwardzistów, i dzięki niej badacze w końcu nawiązują kontakt z obcą cywilizacją stojącą u progu zagłady.  

W XXI wieku naukowiec Wang Miao zostaje członkiem komisji badającej przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków. W wyniku prywatnego dochodzenia natyka się na tajemniczą grę wirtualną o nazwie „Trzy ciała”, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Niebawem odkrywa, że świat tej gry wcale nie jest fikcją... 


Moja recenzja

Bestseller, który w pewnym momencie czytali chyba wszyscy — zdobywca nagrody Hugo, z rekomendacją Baracka Obamy na okładce, a dodatkowo zekranizowany przez Netflix w formie serialu. Na razie dostępny jest pierwszy sezon, ale kolejne zostały już zapowiedziane. Przy okazji akcji czytania science fiction, która odbyła się na Instagramie, postanowiłam dać tej trylogii szansę.

Muszę przyznać, że nie była to łatwa lektura. Terminologii naukowej jest tutaj całe mnóstwo, a autor nieustannie zasypuje czytelnika kolejnymi pomysłami, przez co trzeba naprawdę się skupić, żeby nie zgubić wątku. Zdecydowanie nie są to książki, przez które po prostu się płynie. Momentami trzeba wręcz walczyć o utrzymanie uwagi i odnalezienie się w fabule. Myślę, że częściowo wynika to ze stylu autora, który bywa dość chłodny i zdystansowany, ale jeszcze bardziej z konstrukcji bohaterów. Cixin Liu tworzy postaci raczej jako narzędzia do opowiedzenia historii niż pełnokrwistych ludzi, z którymi można się emocjonalnie zżyć. To bohaterowie podporządkowani ideom i wydarzeniom, a nie odwrotnie. I właśnie z tym miałam największy problem, bo w fantastyce zwykle najbardziej interesują mnie wyraziści protagoniści. 

Potrzebowałam więc chwili, żeby przestawić się na inny sposób czytania — zamiast skupiać się na bohaterach, zacząć patrzeć na całość: na wizję świata, pytania filozoficzne i ogrom przedstawionych koncepcji. Gdy udało mi się zmienić perspektywę, dostrzegłam największą siłę tej trylogii. Pomysły autora są naprawdę imponujące i moim zdaniem to właśnie one sprawiają, że książki zdobyły tak ogromną popularność.

źródło: Netflix

Przykłady tych pomysłów można by mnożyć. Gra komputerowa okazująca się czymś znacznie większym niż rozrywką. Podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników obcej cywilizacji. Projekt Wpatrujących się w Ścianę — grupa ludzi obdarzona praktycznie nieograniczoną władzą, mogąca działać poza wszelką kontrolą. Wyścig naukowy prowadzony w cieniu nadciągającej wojny. I wreszcie sama idea Ciemnego Lasu — wizja kosmosu jako miejsca, w którym każda cywilizacja ukrywa się przed innymi, ponieważ ujawnienie swojej obecności może oznaczać natychmiastową zagładę. To jedna z tych koncepcji science fiction, które pozostają w głowie na długo po zakończeniu lektury.

Bardzo mocno wybrzmiewa tutaj również obraz ludzi jako największego zagrożenia dla samych siebie. W obliczu strachu i walki o przetrwanie człowieczeństwo często schodzi na dalszy plan. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena panicznej ucieczki na lotnisku, podczas której ludzie, walcząc o własne życie, przestają zwracać uwagę na innych.

Ciekawie wypadają także liczne skoki w czasie. Bohaterowie hibernują, budzą się w zupełnie nowych realiach i obserwują zmieniające się społeczeństwa oraz technologie. Dzięki temu trylogia zyskuje ogromny rozmach i pozwala spojrzeć na rozwój ludzkości z perspektywy setek lat. Jednocześnie zabieg ten umożliwia powrót znanych bohaterów w kolejnych częściach.

Ostatecznie mam wrażenie, że nie jest to przede wszystkim historia o kosmitach, lecz o ludziach. O tym, jak reagujemy na strach, jak łatwo tracimy moralny kręgosłup, jak istotną rolę odgrywa rozwój technologiczny i czy jako gatunek rzeczywiście zasługujemy na ocalenie. I właśnie to pytanie zostaje z czytelnikiem najdłużej po zakończeniu lektury: czy ludzie są warci ratunku?


wtorek, 19 maja 2026

„Mogłabym być jego córką” Jennette McCurdy i „Jazda” Muriel Spark

 

Mogłabym być jego córką
Jennette McCurdy

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2026
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Biegnę do siebie, padam na łóżko i otwieram laptop, byle rozgonić ciążącą pustkę. Wypełnić ją rzeczami, które zabiorą mnie daleko stąd i zmienią w lekką, spełnioną i szczęśliwą osobę, zadowoloną z tego, co ma. Której niczego nie brakuje, bo ma wszystko, czego potrzebuje.  

Opis wydawcy

Waldo zna życie od podszewki. Jest impulsywna. Samotna. Bystra i naiwna. Harda, bezkompromisowa i twarda. Waldo ma siedemnaście lat. Wie, czego chce, a tym, czego pragnie najbardziej, jest pan Korgy, jej nauczyciel pisania. Mężczyzna po czterdziestce, żonaty i nieco zużyty, przygnieciony życiem i kredytem. Waldo nie wie, co ją w nim pociąga. Czy chodzi o jego pasję? Doświadczenie? Znajomość sztuki i świata? Czy może widzi w nim pokrewną duszę, człowieka równie nieszczęśliwego jak ona sama? A może wystarczy, że ją zauważa?


Moja recenzja

Jennette McCurdy narobiła szumu premierą swojej debiutanckiej książki, Cieszę się, że moja mama umarła. Była to autobiograficzna opowieść, w której dzieliła się traumatycznymi doświadczeniami z dzieciństwa i okresu dorastania. Aktorka, która zdobyła popularność dzięki serialom młodzieżowym, postanowiła zmienić ścieżkę kariery i poświęcić się literaturze. Mogłabym być jego córką to jej debiut w gatunku fikcji literackiej. 

Już sama okładka sugeruje, że będzie to książka obsceniczna i pozbawiona hamulców. I rzeczywiście — pierwsze strony wprowadzają czytelnika w graficzne opisy cielesnych zbliżeń. Autorka poświęca sporo miejsca scenom erotycznym, bez owijania w bawełnę, z dużą dosadnością przedstawiając każdy detal. Dla bardziej wrażliwych odbiorców może to być ostrzeżenie — jeśli nie przepadają za licznymi opisami seksualnych relacji, lepiej, by wiedzieli o tym wcześniej. Jeśli jednak zostaniemy z tą książką na dłużej, szybko okaże się, że McCurdy ma do przekazania znacznie więcej. 

Mam wrażenie, że powieść stanowi pewnego rodzaju przedłużenie doświadczeń znanych z Cieszę się, że moja mama umarła. Ponownie kluczowa okazuje się relacja córki z matką. Matka szuka potwierdzenia własnej wartości w uwielbieniu mężczyzn i całe swoje życie podporządkowuje męskiemu spojrzeniu. Trzeba się ładnie ubrać, trzeba potakiwać, trzeba się pomalować — wszystko po to, żeby facet jej nie zostawił. W takim otoczeniu dorasta Waldo, siedemnastolatka, której ojciec odszedł jeszcze wtedy, gdy była dzieckiem. Zachowanie dziewczyny wynika z wzorców, którymi nasiąka od najmłodszych lat, a zerwanie ze schematem wydaje się zadaniem ponad jej siły. Nie pomaga również fakt, że matka często traktuje córkę jak przyjaciółkę — obarcza ją własnymi problemami i szuka u niej pocieszenia. Ten wątek to zdecydowanie najmocniejszy element książki.

Kolejnym ważnym tematem jest relacja nieletniej dziewczyny ze znacznie starszym mężczyzną. Całą historię poznajemy z perspektywy Waldo, która inicjuje tę znajomość i próbuje zdobyć uwagę nauczyciela. Dziewczyna nie potrafi poradzić sobie z własnymi emocjami — tłumi w sobie gniew, który szuka ujścia. Raz poprzez relacje z mężczyznami, dające jej złudne poczucie kontroli, innym razem przez impulsywne zakupy robione w sieci, które zapewne później zwróci. Obiektem jej zainteresowania staje się nauczyciel — człowiek niespełniony, marzący kiedyś o karierze literackiej, a dziś pracujący w liceum. Początkowo wydaje się niegroźny: to typ pedagoga, który dostrzeże talent i rzuci kilka budujących słów. Wydaje się dobrym mężem i ojcem. Szybko jednak okazuje się, że gdy jego ego zostaje połechtane, wchodzi w relację, w której wyraźnie widać brak równowagi sił. Ostatecznie to on jest w tym związku „górą”, a my obserwujemy, jak bardzo rozkoszuje się tym poczuciem przewagi. 

Powieść McCurdy to książka kontrowersyjna — wielu czytelników może odepchnąć jej bezpośredniość i wulgarność. Warto jednak dać jej szansę i przyjrzeć się portretowi bohaterki, próbując zrozumieć źródło jej zachowań. Po lekturze autobiografii autorki wierzę, że doskonale wie, o czym pisze.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


Jazda
Muriel Spark

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1970
Liczba stron: 188
Wydawnictwo: Znak Literanova

Kiedyś to się zrywali i otwierali przed panią drzwi. Kłaniali się, zdejmując kapelusz. A teraz zachciewa im się równości.  

Opis wydawcy

Lise leci na południe Europy. Ma starannie przygotowane strój i plan: spotka się z pewnym mężczyzną. Jeszcze nie wie, kim on jest, ale już wie, że on na nią czeka.  

Następnego dnia policja znajduje ciało brutalnie zamordowanej kobiety. Z zapartym tchem śledzimy kilkanaście ostatnich godzin ekscentrycznej bohaterki, próbując zrozumieć, co doprowadziło do jej śmierci. 

Moja recenzja

Przy okazji tej książki po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Muriel Spark, choć to nazwisko od lat cieszy się uznaniem wśród miłośników literatury. Jedna z jej najbardziej znanych powieści, Pełnia życia panny Brodie, doczekała się ekranizacji, a Maggie Smith otrzymała za rolę w filmie Oscara. Jazda to z kolei jedna z krótszych i bardziej niszowych pozycji w dorobku autorki, a zarazem jedna z jej najmroczniejszych książek. 

Spark już od pierwszych stron zarysowuje finał tej historii, subtelnie sugerując śmierć głównej bohaterki. Czytelnikowi pozostaje więc śledzić rozwój wydarzeń i odkrywać okoliczności oraz osoby związane z tą tragedią. Powieść momentami przypomina intrygującą łamigłówkę, choć mam wrażenie, że pytanie „kto zabił?” wcale nie jest tutaj najważniejsze. Największą siłą książki okazuje się atmosfera niepokoju oraz podążanie śladem głównej bohaterki, próba zrozumienia jej motywacji i emocji. Lise to postać ekscentryczna, wymykająca się społecznym normom i konsekwentnie idąca pod prąd. Spark nie daje czytelnikowi prostych odpowiedzi — nie dowiadujemy się, co wydarzyło się w przeszłości bohaterki i co ją ukształtowało. Zostajemy po prostu wrzuceni w sam środek tej chaotycznej, niepokojącej podróży. 

Na uznanie zasługuje tłumaczenie, ponieważ nie była to łatwa powieść do przełożenia na język polski. Narracja jest celowo poszarpana, wątki przeskakują między sobą, a dialogi często sprawiają wrażenie nienaturalnych. Mimo niewielkiej objętości książka wymaga od czytelnika dużego skupienia i uważności. 

Doceniam sam pomysł na poprowadzenie historii oraz finał, w którym Lise symbolicznie zajmuje miejsce kierowcy własnego losu. Jednocześnie nie była to powieść, która wywarła na mnie szczególnie silne wrażenie. Mimo to chętnie sięgnę po inne, bardziej cenione książki Spark, by lepiej poznać jej twórczość.


niedziela, 26 kwietnia 2026

Początek i finał wojennego tryptyku Darka Cvijeticia – „Winda Schindera” i „To za dużo dla mnie”


Winda Schindlera & To za dużo dla mnie
Darko Cvijetić

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2024 & 2026
Liczba stron: 80 & 150
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Czy jestem niezdolny do odczuwania smutku? Czy amputowałem sobie organ odpowiedzialny za wyczuwanie ludzkiej dobroci, która jest Bożą dobrocią? 
 

Opis wydawcy

Autor „Windy Schindlera” i „Czemu na podłodze śpisz” tym razem skupia się na losach jednej postaci – Filipa Latinovicia. Operując językiem zawieszonym między prozą a poezją, opowiada historię człowieka skazanego za zbrodnie przeciwko ludzkości, który po dwudziestu latach wraca do rodzinnego kraju. Społeczeństwo wita go jak bohatera narodowego, wbrew jego własnemu sumieniu. Latinović próbuje żyć normalnie, choć każdego dnia spotyka nie tylko dawnych towarzyszy zbrodni, lecz także swoje ofiary. Zło raz wyrządzone nie znika, przelewa się na kolejne pokolenia i nikt nie wie, jak je zatrzymać.


Moja recenzja

Przy okazji premiery najnowszej książki autora, To za dużo dla mnie, postanowiłam wrócić do jego wcześniejszych utworów i nadrobić pierwszą wydaną w Polsce część trylogii – Winda SchindleraCzemu na podłodze śpisz zrobiło na mnie ogromne wrażenie, a powrót do prozy autora okazał się równie intensywnym i emocjonalnym doświadczeniem.

Trylogia została skonstruowana w niezwykle interesujący sposób. Punktem wyjścia jest historia mieszkańców jednego budynku – pozornie zwyczajnej przestrzeni codzienności. Poprzez epizodyczne portrety poszczególnych lokatorów autor buduje szerszy obraz społeczeństwa w ówczesnej Jugosławii. Choć zastosowana metafora może wydawać się prosta, jej siła oddziaływania jest niepodważalna. Sąsiedzi, którzy jeszcze niedawno żyli obok siebie, korzystali z tej samej windy, wymieniali uprzejme „dzień dobry”, nagle stają po przeciwnych stronach konfliktu. W tych historiach wybrzmiewa bolesny realizm – czuć, że autor opisuje rzeczywistość dobrze sobie znaną. Darko Cvijetić sam był i nadal jest mieszkańcem tzw. czerwonego wieżowca co nadaje jego prozie charakter balansujący na granicy reportażu i poetyckiej fikcji.

Czemu na podłodze śpisz zostajemy wrzuceni w sam środek wojennego chaosu. Podobnie jak w Windzie Schindlera, nie ma tu jednego centralnego bohatera – główną rolę odgrywa zbiorowa społeczność. Natomiast w najnowszej książce, To za dużo dla mnie, akcja przenosi się do współczesności. Śledzimy losy Filipa Latinovicia, skazanego przez trybunał w Hadze. Po odbyciu kary w norweskim więzieniu wraca do ojczyzny, gdzie nadal jest postrzegany jako bohater. Autor skupia się na jego wewnętrznych zmaganiach – poczuciu winy, wyrzutach sumienia, wspomnieniach popełnionych zbrodni oraz próbie odnalezienia się w rzeczywistości.

Nie jest to jednak klasyczna opowieść o byłym zbrodniarzu. Autor konsekwentnie unika linearnej narracji, prowadząc czytelnika przez różne perspektywy i refleksje. Szczególnie wyraźnie wybrzmiewa tu motyw błędnego koła historii – mechanizmu, w którym decyzje rządzących ponownie prowadzą do konfliktów, zmuszając zwykłych ludzi do stawienia się po jednej ze stron. Pojawiają się odniesienia do współczesnych wydarzeń, zwłaszcza wojny w Ukrainie, co nadaje książce dodatkowy wymiar aktualności. Społeczeństwa wciąż trafiają w rzeczywistość brutalną i odczłowieczoną, kreowaną przez tych, którzy sprawują władzę.

Istotnym wątkiem jest także trauma międzypokoleniowa. Autor nawiązuje do głośnej sprawy szkolnej strzelaniny w Belgradzie, której sprawcą był trzynastolatek. W książce zostaje on ukazany metaforycznie jako wnuk Filipa – przedstawiciel pokolenia wychowanego w cieniu wojny, zapatrzonego w jej „bohaterów”, ukształtowanego przez przemoc i brak rozliczenia przeszłości. Granica między dokumentem a fikcją ponownie się zaciera.

To proza, która wywołuje dyskomfort, ale jednocześnie nie pozwala się od siebie oderwać. Poetycki język, liczne odniesienia literackie (w tym skojarzenia z Raskolnikowem), jak również fragmentaryczna narracja wzmacniają jej oddziaływanie. Cvijetić nie tylko opisuje traumę – on próbuje ją przepracować, nadać jej sens i formę. Warto wspomnieć, że Czemu na podłodze śpisz doczekało się adaptacji teatralnej, w której autor wystąpił, grając samego siebie. Jak sam powiedział: „Nasza trauma stała się naszą siłą napędową. Było to zadziwiające i godne podziwu doświadczenie”*.

Trylogia liczy zaledwie około trzystu stron, a mimo to stanowi niezwykle intensywne doświadczenie czytelnicze. To literatura bolesna, pełna okrucieństwa, ale zarazem głęboko poruszająca. Uderza w samo sedno pytania o kondycję człowieka – o to, jak łatwo tracimy człowieczeństwo i jak trudno je odzyskać. Pokazuje, że w warunkach wojny granica między dobrem a złem zaciera się, a człowiek potrafi zwrócić się przeciwko drugiemu człowiekowi – sąsiadowi, znajomemu, „swojemu”. To literatura, która zmusza do refleksji: dlaczego wciąż powtarzamy te same błędy? Jak dochodzi do tego, że nienawiść staje się silniejsza niż wspólnota? I czy jesteśmy jeszcze w stanie przerwać ten cykl?




Za egzemplarz „To za dużo dla mnie” dziękuję Oficynie literackiej Noir sur Blanc.

niedziela, 22 marca 2026

Krótko o cierpieniu — „Zielone sari” Amanda Devi i „Wściekły pies” Wojciech Tochman

 

Zielone sari
Amanda Devi

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2009
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: Wydawnictwo w Podwórku

Strach ogłupia tak bardzo, że nie liczy się nic innego, ani pragnienia, ani nadzieje, ani możliwość buntu. Strach jest ostateczną niewolą, z której wychodzi się tylko przez śmierć. 
 

Opis wydawcy

Na treść powieści składa się monolog umierającego starego lekarza, którym opiekują się 64-letnia córka i 40-letnia wnuczka. Stary Doktor przez całe życie był tyranem i manipulatorem. W dialogach z żoną, córką i wnuczką (rzeczywistych, a może wyimaginowanych?),ściera się z nimi, skłóca je między sobą, starając się odtworzyć i utrzymać dawną uprzywilejowaną pozycję domowego despoty. Powoli, ale nie do końca, rozwija się tu wątek rodzinnej przemocy, w którym dopatrzeć się można również symbolicznego przedstawienia stosunków panujących w konserwatywnym, patriarchalnym społeczeństwie.


Moja recenzja

Książka Amandy Devi była wielokrotnie polecana na polskim bookstagramie, dlatego trafiła na moją listę do przeczytania. Już od pierwszych stron czujemy, że nie będzie to łatwa lektura – raczej powolne zanurzanie się w odmętach mroku. Wszystko za sprawą narratora – mizoginistycznego, zapatrzonego w siebie starca leżącego na łożu śmierci. To z jego perspektywy poznajemy całą historię, uwięzieni w jego głowie, bez możliwości ucieczki. 

Podczas lektury nie próbujemy nawet tłumaczyć sobie jego okrutnych zachowań, bo wiemy, że on po prostu tak myśli – i właśnie ta świadomość jest najbardziej niepokojąca. Według narratora to jemu należą się oklaski, a on sam jest gatunkiem wyższym od swojej żony, córki i wnuczki. Całe szczęście książka jest krótka, bo nie wiem, jak długo byłabym w stanie wytrzymać w głowie tego despoty – głowie pełnej pogardy i przemocy ukrytej pod pozorami wielkości. 

Amanda Devi to autorka tworząca w języku francuskim, która przez jakiś czas mieszkała na Mauritiusie — i właśnie tam rozgrywa się akcja Zielonego sari. Poznajemy fragmenty dotyczące sytuacji na wyspie z młodości narratora, jednak większość wydarzeń zamyka się w czterech ścianach, w przestrzeni klaustrofobicznej, dusznej i naznaczonej strachem. Autorka ma niezwykłą umiejętność opisywania scen, które na długo zapadają w pamięć. Nie wiem, czy ktoś mógł pozostać obojętny wobec obrazu ryżu wysypanego na zielone sari — symbolu ostatecznego upokorzenia. Ja na pewno nie potrafię się go pozbyć z myśli. Okrutne wydarzenia zostają tu opisane poetyckim, niezwykle obrazowym językiem — pięknym w formie, a przez to jeszcze bardziej okrutnym w wydźwięku. 

Zielone sari to opowieść o ogromnym cierpieniu i o osobie, która zadaje je z zimną kalkulacją. To także historia utknięcia w miejscu, z którego nie da się uciec — ani fizycznie, ani mentalnie. Na szczęście pojawia się tu również promyk nadziei: że być może nadejdzie moment, w którym będzie można zostawić okrutną przeszłość za sobą i zrobić ten jeden, ważny krok do przodu — nawet jeśli miałby być bolesny i niepewny.


Wściekły pies
Wojciech Tochman

Gatunek: zbiór reportaży
Rok pierwszego wydania: 2007
Liczba stron: 180
Wydawnictwo: Znak

Często śni mi się pies, jest agresywny, pianę toczy z pyska, warczy. Ale mnie nie gryzie. Rzuci się na mnie, kiedy zrobię krok. Więc stoję bez ruchu, bez oddechu. Udaję, że mnie nie ma, że nie istnieję. Nie przełykam śliny. A pies patrzy na mnie. I czeka.
 

Opis wydawcy

Wojciech Tochman, jeden z najlepszych polskich reporterów, zwięzłym i precyzyjnym językiem opisuje ludzkie dramaty, ludzką samotność, ale i podłość, obłudę, nienawiść. Opowieść o katastrofie autobusu maturzystów pielgrzymujących do Częstochowy, historia człowieka, który powstał z torów i nie pamięta, kim jest, oraz zapis walki samotnej kobiety z księdzem molestującym dzieci, przywołują najbardziej uniwersalne pytania: o przyczyny zła, sens cierpienia i milczenie Boga.


Moja recenzja

Nie sięgam często po reportaże, a ten trafił na moją półkę przypadkiem, zupełnie bez planu. Przeglądając ofertę antykwariatu online, przykuł moją uwagę, a po szybkim przejrzeniu opinii postanowiłam go kupić. Wojciech Tochman to nazwisko dobrze znane w świecie reportażu — autor kojarzony z trudnymi, często przygnębiającymi tematami. We Wściekłym psie jego reputacja zostaje potwierdzona: to książka o ludzkim cierpieniu w jego najczystszej, najbardziej dotkliwej formie. 

Reportaże są krótkie, wcześniej publikowane na łamach czasopism. Każdy z nich uderza w czytelnika inaczej, ale trudno pozostać obojętnym wobec opisywanych dramatów. Pierwsza historia przedstawia wypadek autobusowy, w którym zginęli maturzyści wracający z pielgrzymki. To porażający obraz, który nie pozwala oderwać myśli od pytania: jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji? 

Siła tych tekstów tkwi w konfrontacji zwykłych ludzi z cierpieniem przekraczającym ich siły. Jak żyć dalej po stracie dziecka? Jak patrzeć, gdy syn mówi wszystkim, że popełni samobójstwo? Jak mierzyć się z chorobą, która pozostanie z nami aż do końca życia? Jak pogodzić się z tajemniczym zniknięciem dziecka wracającego ze szkolnej dyskoteki? W tych reportażach trudno oceniać opowiedziane historie — napisało je samo życie. Warto natomiast docenić wrażliwość autora, który te historie odnalazł i odważył się je nam przekazać. Ta samotność człowieka mierzącego się z tragedią wzbudza współczucie i pragnienie zrozumienia

Wiele z tekstów podkreśla także rolę Boga w opowiadanych historiach. Maturzyści jechali przecież na pielgrzymkę, a pytanie „Gdzie wtedy był Bóg?” nasuwa się niemal automatycznie. Poruszający jest również reportaż o księdzu, który wciąż umyka sprawiedliwości. Powracająca tematyka religijna może niektórym przeszkadzać, dla mnie stanowiła spoiwo łączące poszczególne teksty w jedną, przemyślaną całość. 

We Wściekłym psie Tochman pokazuje, że reportaż to nie tylko opowieść o wydarzeniach, lecz przede wszystkim o człowieku — o jego bólu, wyborach i samotności. To niełatwa lektura, którą czyta się z gulą w gardle.



sobota, 14 lutego 2026

„Krew nad Jasną Przystanią” M. L. Wang — cena wygodnego życia


Krew nad Jasną Przystanią
M. L. Wang

Gatunek: fantastyka
Rok polskiego wydania: 2023
Liczba stron: 528
Wydawnictwo: Vesper

Zabieraliśmy po to, żeby żyć. Zabieraliśmy po to, by pewnego dnia oddać. A teraz zabieranie dobiegło końca.
 

Opis wydawcy

Sciona Freynan z Tiranu, sierota od czwartego roku życia, zawsze miała więcej do udowodnienia niż jej koledzy. Przez dwadzieścia lat poświęcała każdą chwilę na studiowanie magii, napędzana szalonym pragnieniem osiągnięcia niemożliwego: zostać pierwszą kobietą przyjętą do Wysokiego Magisterium na Uniwersytecie Magii i Przemysłu. Udaje jej się to, niestety jej nowi koledzy są zdeterminowani, żeby sprawić, by poczuła się niemile widziana i - zamiast wykwalifikowanego asystenta - przydzielają jej... woźnego.


Moja recenzja

Był czas, gdy czytałam niemal wyłącznie literaturę fantastyczną. Gdyby w tamtym okresie na rynku pojawiła się autorka taka jak M. L. Wang, z pewnością od razu zwróciłabym na nią uwagę. Pierwsze wzmianki o jej twórczości zaczęły krążyć w sieci za sprawą „Miecza Kaigenu” — powieści często wymienianej w zestawieniach najlepszych jednotomowych książek fantasy. Każdy, kto choć trochę zna ten gatunek, wie, że jego zmorą bywa wielotomowość serii, które albo nie doczekują się zakończenia, albo każą latami czekać na kolejne części. Dobre, zamknięte historie fantasy są więc dziś prawdziwą rzadkością. 

Krew nad Jasną Przystanią trafiła do tegorocznej puli książek wybranych przeze mnie z domowej biblioteki. Jako najobszerniejsza z nich, stała się lekturą otwierającą rok — idealną na czas, który mogłam w całości poświęcić czytaniu. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Od pierwszych stron dałam się wciągnąć tej historii. Autorka wykazuje się niezwykłą umiejętnością konstruowania otwarcia powieści: już w pierwszym rozdziale intryguje światem przedstawionym, ukazuje brutalność wydarzeń, a jednocześnie odwagę bohaterów. Bardzo szybko staje się jasne, że M. L. Wang nie zamierza oszczędzać swoich postaci. Dodatkowo tajemnicza, złowroga siła, która w kilka sekund potrafi pochłonąć ludzkie ciało, natychmiast przykuwa uwagę czytelnika. 

źródło

Po intensywnym wstępie tempo narracji wyraźnie zwalnia, a punkt ciężkości przesuwa się na główną bohaterkę — młodą Scionnę, aspirującą do roli pierwszej kobiety-magiczki przyjętej do Wysokiego Magisterium. Jeśli ktoś wyczuwa w tym feministyczny wydźwięk, to słusznie. Scionna funkcjonuje w świecie zdominowanym przez mężczyzn, których często przewyższa talentem i wiedzą. Jest jednak nieustannie dyskredytowana, traktowana z wyższością, a wszelkie potknięcia tłumaczy się jej rzekomą nadmierną emocjonalnością. Ten przekaz bywa bardzo dosłowny, lecz łagodzi go fakt, że mężczyźni sprawujący władzę nie tyle nienawidzą kobiet, co konsekwentnie odrzucają wszystkich, którzy różnią się od nich — w tym również imigrantów. Mechanizm wykluczenia okazuje się tu uniwersalny. 

Na szczególną uwagę zasługuje system magiczny. Akcja w dużej mierze rozgrywa się w środowisku akademickim, a magia opiera się na precyzyjnych obliczeniach, starannie skonstruowanych wersach oraz wykorzystaniu specjalnego urządzenia, które scala cały proces. Całość została opisana przejrzyście, a przy tym bardzo oryginalnie, co czyni świat przedstawiony wyjątkowo wiarygodnym. 

Moment, w którym Scionna wpada na trop zmuszający czytelnika do całkowitej reinterpretacji wcześniejszych wydarzeń, wypada niezwykle efektownie. Nagle wszystkie wcześniejsze sygnały zaczynają się łączyć w spójny obraz terroru i systemowej przemocy. Autorka trafnie pokazuje, jak życie w komforcie i luksusie sprzyja przymykaniu oczu na cierpienie innych — problem boleśnie aktualny również we współczesnym świecie. 

Bohaterów nie ma wielu, ale każdy z nich zapada w pamięć. Scionna to interesująca protagonistka: imponuje siłą charakteru i determinacją, ale jednocześnie obdarzona jest wyraźnymi wadami, zwłaszcza nadmiernie rozbudowanym ego. Dobrze wypada jej relacja z Thomlinem — rozwijająca się powoli, ale ewoluująca w kierunku, który szczególnie przypadł mi do gustu. 

Krew nad Jasną Przystanią to przykład powieści fantasy, która w pełni realizuje swoje założenia. To wciągająca, świetnie skonstruowana przygoda o doskonale wyważonym tempie, od której trudno się oderwać, dopóki nie pozna się rozwiązania wszystkich zagadek.


niedziela, 1 lutego 2026

Lektury końca 2025 roku – „Narodziny bohatera” Jin Yong, „Czarodziejska góra” Thomas Mann i „Empuzjon” Olga Tokarczuk

Krótkie podsumowanie trzech książek, które czytałam jeszcze w grudniu 2025 roku.

 

Narodziny bohatera
Jin Yong

Gatunek: fantastyka
Rok polskiego wydania: 1959
Liczba stron: 540
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kłamstwo ma krótkie nogi, nawet jeśli to nogi arystokraty.
 

Opis wydawcy

Po tym, jak jego ojciec – wierny dynastii Song patriota – zostaje zamordowany przez wysłanników cesarstwa Jin, Guo Jing wraz z matką uciekają na równiny, gdzie rządzi założyciel imperium mongolskiego Czyngis-chan, by u niego i jego ludu szukać schronienia. Pewnego dnia Guo Jing będzie musiał stawić czoło swojemu śmiertelnemu wrogowi podczas walki w Gospodzie Pijanego Nieśmiertelnego, ale zanim się to stanie pod opieką Czyngis-chana i Siedmiorga Bohaterów z Południa doskonali swoje umiejętności w sztukach walki. 


Moja recenzja

Narodziny bohatera to powieść, która znalazła się na liście stu najlepszych książek fantasy i uchodzi za klasykę chińskiej literatury fantastycznej. Autor publikował ją pierwotnie w formie odcinkowej na przestrzeni dwóch lat, co wyraźnie wpływa na konstrukcję fabuły i tempo narracji. 

Dla czytelnika przyzwyczajonego do klasycznego fantasy wejście w ten świat może okazać się trudne. To historia opowiedziana w zupełnie inny sposób — logika ciągu wydarzeń schodzi tu na dalszy plan, ustępując miejsca nieustannej akcji. Podobnie jak w filmach kung-fu, największy nacisk położony jest na sceny walki. Bohaterowie dysponują rozmaitymi umiejętnościami: jeden potrafi ukraść portfel, zanim zauważymy jego obecność, inny bez trudu poskromi najbardziej narowistego konia. Czytelnik zostaje wręcz zalany nazwami kolejnych „kroków” w tym tanecznym pojedynku wojowników. Postacie posługują się technikami o efektownych nazwach, takimi jak „sekretne ostrze pięciu palców” czy ruch „przeszukaj ocean, zetknij smoka”. Choć terminy te niewiele mówią same w sobie, skutecznie budują koloryt i atmosferę świata przedstawionego. 

Ciekawym zabiegiem jest również mieszanie faktów z fikcją. Akcja powieści rozgrywa się w XIII-wiecznych Chinach, a niektórzy bohaterowie mają swoje historyczne pierwowzory. Na uznanie zasługują przypisy, które pomagają zorientować się, które elementy narracji rzeczywiście czerpią z historii Chin. 

Nie ma co jednak ukrywać — początek lektury był dla mnie wymagający. Styl narracji momentami odrzucał, a uproszczone rozwiązania fabularne wywoływały raczej rozbawienie niż zaangażowanie. Z czasem jednak pozwoliłam sobie na zmianę nastawienia i zaakceptowałam fakt, że śmiech jest naturalną reakcją na tę historię. Gdy przestawiłam się na odbiór Narodzin bohatera jako rozrywki, książka zaczęła spełniać swoje zadanie. Sceny akcji są dynamiczne, naładowane wydarzeniami i skutecznie budują napięcie. 

Warto jednak przymknąć oko na liczne luki w prowadzeniu fabuły, która funkcjonuje według innych zasad niż te znane z zachodniego fantasy. Przykładowo, zdarza się, że dopiero w momencie śmierci bohatera dowiadujemy się o jego uczuciach wobec innej postaci. Brakuje wcześniejszych sygnałów, które naturalnie przygotowałyby czytelnika na takie wyznanie, przez co sprawia to wrażenie dopowiadania faktów post factum — jakby autor chciał w ostatniej chwili wzmocnić emocjonalny wydźwięk sceny. Podobnych fabularnych „fikołków” jest w powieści wiele. Dlatego, jeśli ktoś chce sięgnąć po tę klasykę, najlepiej zapomnieć o rygorystycznej logice i pozwolić sobie na swobodną, nieskrępowaną zabawę — tylko wtedy ta lektura naprawdę się sprawdza. 

Największym mankamentem pozostaje fakt, że jest to dopiero pierwszy tom dwunastoczęściowej serii, a akcja urywa się nagle, bez domknięcia kluczowych wątków. Zamiast konkluzji pojawiają się nowe, zaskakujące informacje, które mają zostać rozwinięte w kolejnych częściach. Na ten moment brak kontynuacji w polskim wydaniu, co sprawia, że dalsze losy bohaterów pozostają niewiadomą. Pozostaje więc poczucie dobrej, choć niedokończonej zabawy.


Czarodziejska góra
Thomas Mann

Gatunek: literatura piękna
Rok polskiego wydania: 1924
Liczba stron: 800
Wydawnictwo: Muza

Czasu w ogóle nie ma „właściwie”. Jeżeli komuś się dłuży, płynie wtedy powoli, jeżeli przeciwnie, to upływa prędko, ale przecież nikt nie wie, z jaką szybkością biegnie w rzeczywistości.
 

Opis wydawcy

Dwudziestotrzyletni Hans Castorp jedzie do Szwajcarii, by odwiedzić kuzyna, który przebywa na leczeniu w sanatorium "Berghof", położonym wysoko w górach. Pobyt zaplanowany na trzy tygodnie w rezultacie trwał siedem lat (siódemka miała dla Thomasa Manna znaczenie magiczne!). Przerwał go dopiero wybuch pierwszej wojny światowej. Świat zastany przez Castorpa "na górze", tak odległy od normalności i różny od tego na "nizinie", to po mistrzowsku sportretowane panopticum napotkanych tam ludzi, dla których czas - konstytutywny czynnik powieści! - upływa bez celu i bez refleksji. 


Moja recenzja

Czarodziejska góra Thomasa Manna to klasyka literatury, która przez kilka lat czekała na swoją kolej na mojej półce. Gdyby nie fakt, że wylosowałam ten tytuł do przeczytania, trudno powiedzieć, kiedy zdecydowałabym się sięgnąć po tę imponującą objętościowo powieść.

Początek historii jest wyjątkowo wciągający. Hans Castorp przybywa do sanatorium w górach, aby odwiedzić kuzyna, jednak po wstępnych badaniach decyduje się zostać tam na dłużej. Z dnia na dzień poznajemy mieszkańców sanatorium oraz panującą w nim rutynę: spacery, badania, wspólne posiłki, wykłady doktora, a także słynne „werandowanie”, gdzie kluczową umiejętnością okazuje się odpowiednie okrycie się kocem. Ten powtarzalny rytm buduje sugestywny obraz społeczności funkcjonującej w oderwaniu od świata „na dole”, jakby poza realnym czasem i prawdziwym życiem. Bohaterowie sprawiają wrażenie zgnuśniałych, pozbawionych woli działania i energii życiowej, a choroba staje się jakby wytłumaczeniem ich bierności.

Interesująco zarysowana jest relacja Hansa z Settembrinim. Choć Włoch stara się intelektualnie stymulować młodego Castorpa, ten podąża za nim raczej bezrefleksyjnie. Jednocześnie, gdy tylko nadarza się okazja, krytykuje Settembriniego za plecami i unika bezpośredniej konfrontacji. Ten marazm oraz brak zdecydowanych działań ze strony postaci tworzą intrygujące, gęste tło powieści. 

Czarodziejska góra obfituje w liczne wątki i daje się interpretować na wiele sposobów. Jednym z kluczowych tematów jest upływ czasu oraz jego subiektywne doświadczanie. Pojawiają się rozważania dotyczące sakralizacji choroby i śmierci, ale nie brakuje też lżejszych fragmentów — jak choćby tych poświęconych muzycznym fascynacjom bohatera przy okazji korzystania z nowego gramofonu. Szczególnie zapadł mi w pamięć znakomity rozdział poświęcony spirytyzmowi. 

Muszę jednak przyznać, że filozoficzne dyskusje prowadzone między Settembrinim a Naphtą bywały dla mnie wyczerpujące. Wracałam do ich dialogów kilkukrotnie, próbując utrzymać skupienie i w pełni uchwycić sens wymiany myśli. Ostatecznie doceniam tę lekturę, choć nie wszystkie jej znaczenia okazały się dla mnie w pełni czytelne — wiele z nich pozostaje ukrytych pod warstwą symboliki. 

Uważam jednak, że Czarodziejska góra to książka, po którą warto sięgnąć — nawet jeśli nie wszystko od razu stanie się jasne. To powieść, która zachęca do samodzielnych poszukiwań i własnych interpretacji.


Empuzjon
Olga Tokarczuk

Gatunek: literatura piękna
Rok polskiego wydania: 2022
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Literackie

Każdy z nas jest potencjalnym wariatem, młodzieńcze. Norma to jest mrzonka. Każdy z nas siedzi okrakiem na granicy między własnym światem wewnętrznym a światem zewnętrznym i niebezpiecznie balansuje. To bardzo niewygodna pozycja i niewielu udaje się utrzymać równowagę.
 

Opis wydawcy

Wrzesień 1913 roku, uzdrowisko Görbersdorf (dzisiejsze Sokołowsko na Dolnym Śląsku). Właśnie tutaj, u podnóża gór, od przeszło pół wieku działa jedno z pierwszych na świecie i słynne w całej Europie specjalistyczne sanatorium leczące choroby „piersiowe i gardlane”. Mieczysław Wojnicz, student ze Lwowa, przyjeżdża do  uzdrowiska z nadzieją, że nowatorskie metody i krystalicznie czyste powietrze powstrzymają rozwój jego choroby, a może nawet całkowicie go uleczą. Diagnoza nie pozostawia jednak złudzeń – tuberculosis. Gruźlica. 


Moja recenzja

Po tę książkę sięgnęłam tuż przed końcem roku. Prozę Olgi Tokarczuk znałam dotąd jedynie z jednego tytułu – Dom dzienny, dom nocny – i nie miałam jeszcze wyrobionego zdania o jej literaturze. Empuzjon jest jej najnowszą powieścią, wydaną już po otrzymaniu Nagrody Nobla; kolejna książka ma ukazać się dopiero w tym roku. 

Co ciekawe, wybrałam Empuzjon wyłącznie ze względu na autorkę, nie znając opisu fabuły ani żadnych szczegółów dotyczących treści. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że dostałam niejako powtórkę z Czarodziejskiej góry. Oto historia Mieczysława, który przyjeżdża ze Lwowa do uzdrowiska, by leczyć płuca. Znowu mamy grupę kuracjuszy, znowu ich rozmowy i dyskusje o stanie współczesnego świata. U Tokarczuk jednak wszystko jest bardziej tajemnicze, momentami wręcz mistyczne. Już sam opis na okładce zapowiada horror. Zagadkowe śmierci, które co roku mają miejsce w Sokołowsku, wiszą nad bohaterami niczym cień. Szybko okazuje się jednak, że prawdziwym horrorem mogą być nie tyle nadnaturalne potwory, ile sposób, w jaki ludzie traktują innych, gdy ich ego rozrasta się zbyt mocno

Muszę przyznać, że między Czarodziejską górą a Empuzjonem zdecydowanie bliższa jest mi książka Tokarczuk. To, że autorka – wychodząc od podobnych założeń co Mann – stworzyła dzieło zupełnie inne w wydźwięku mocno mnie zaintrygowało. Przede wszystkim jest to powieść wyraźnie feministyczna. Początkowo sądziłam, że będzie to jeden z moich zarzutów wobec książki: męscy bohaterowie wypowiadają się bowiem niemal wyłącznie w sposób pejoratywny i lekceważący o kobietach. Jednak w nocie od autorki Tokarczuk wymienia nazwiska myślicieli i pisarzy, których wypowiedzi o kobietach parafrazowała – wśród nich Darwina, Kerouaca czy Sartre’a. W ten sposób autorka komentuje kulturę, w której mizoginia była wpisana w jej podstawy.

Kobiety w powieści Tokarczuk pojawiają się na scenie sporadycznie; to mężczyźni są głównymi bohaterami. A jednak wszystko kręci się wokół płci pięknej. Są one obecne niczym oczy patrzące z mroku obrazu, który widzi Mieczysław – niepokojące, czujne, niemożliwe do zignorowania. Powraca tu również motyw kobiet jako czarownic: istot budzących lęk, niezrozumiałych, wymykających się męskiej potrzebie kontroli. 

Empuzjon to powieść, która nawiązuje do klasyki, ale nie pozostaje w jej cieniu. Horror w wykonaniu Tokarczuk okazuje się narzędziem do obnażenia lęków, uprzedzeń i mechanizmów władzy, a feministyczna perspektywa totalnie się tutaj sprawdza. 


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka