Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2026

Krótko o cierpieniu — „Zielone sari” Amanda Devi i „Wściekły pies” Wojciech Tochman

 

Zielone sari
Amanda Devi

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2009
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: Wydawnictwo w Podwórku

Strach ogłupia tak bardzo, że nie liczy się nic innego, ani pragnienia, ani nadzieje, ani możliwość buntu. Strach jest ostateczną niewolą, z której wychodzi się tylko przez śmierć. 
 

Opis wydawcy

Na treść powieści składa się monolog umierającego starego lekarza, którym opiekują się 64-letnia córka i 40-letnia wnuczka. Stary Doktor przez całe życie był tyranem i manipulatorem. W dialogach z żoną, córką i wnuczką (rzeczywistych, a może wyimaginowanych?),ściera się z nimi, skłóca je między sobą, starając się odtworzyć i utrzymać dawną uprzywilejowaną pozycję domowego despoty. Powoli, ale nie do końca, rozwija się tu wątek rodzinnej przemocy, w którym dopatrzeć się można również symbolicznego przedstawienia stosunków panujących w konserwatywnym, patriarchalnym społeczeństwie.


Moja recenzja

Książka Amandy Devi była wielokrotnie polecana na polskim bookstagramie, dlatego trafiła na moją listę do przeczytania. Już od pierwszych stron czujemy, że nie będzie to łatwa lektura – raczej powolne zanurzanie się w odmętach mroku. Wszystko za sprawą narratora – mizoginistycznego, zapatrzonego w siebie starca leżącego na łożu śmierci. To z jego perspektywy poznajemy całą historię, uwięzieni w jego głowie, bez możliwości ucieczki. 

Podczas lektury nie próbujemy nawet tłumaczyć sobie jego okrutnych zachowań, bo wiemy, że on po prostu tak myśli – i właśnie ta świadomość jest najbardziej niepokojąca. Według narratora to jemu należą się oklaski, a on sam jest gatunkiem wyższym od swojej żony, córki i wnuczki. Całe szczęście książka jest krótka, bo nie wiem, jak długo byłabym w stanie wytrzymać w głowie tego despoty – głowie pełnej pogardy i przemocy ukrytej pod pozorami wielkości. 

Amanda Devi to autorka tworząca w języku francuskim, która przez jakiś czas mieszkała na Mauritiusie — i właśnie tam rozgrywa się akcja Zielonego sari. Poznajemy fragmenty dotyczące sytuacji na wyspie z młodości narratora, jednak większość wydarzeń zamyka się w czterech ścianach, w przestrzeni klaustrofobicznej, dusznej i naznaczonej strachem. Autorka ma niezwykłą umiejętność opisywania scen, które na długo zapadają w pamięć. Nie wiem, czy ktoś mógł pozostać obojętny wobec obrazu ryżu wysypanego na zielone sari — symbolu ostatecznego upokorzenia. Ja na pewno nie potrafię się go pozbyć z myśli. Okrutne wydarzenia zostają tu opisane poetyckim, niezwykle obrazowym językiem — pięknym w formie, a przez to jeszcze bardziej okrutnym w wydźwięku. 

Zielone sari to opowieść o ogromnym cierpieniu i o osobie, która zadaje je z zimną kalkulacją. To także historia utknięcia w miejscu, z którego nie da się uciec — ani fizycznie, ani mentalnie. Na szczęście pojawia się tu również promyk nadziei: że być może nadejdzie moment, w którym będzie można zostawić okrutną przeszłość za sobą i zrobić ten jeden, ważny krok do przodu — nawet jeśli miałby być bolesny i niepewny.


Wściekły pies
Wojciech Tochman

Gatunek: zbiór reportaży
Rok pierwszego wydania: 2007
Liczba stron: 180
Wydawnictwo: Znak

Często śni mi się pies, jest agresywny, pianę toczy z pyska, warczy. Ale mnie nie gryzie. Rzuci się na mnie, kiedy zrobię krok. Więc stoję bez ruchu, bez oddechu. Udaję, że mnie nie ma, że nie istnieję. Nie przełykam śliny. A pies patrzy na mnie. I czeka.
 

Opis wydawcy

Wojciech Tochman, jeden z najlepszych polskich reporterów, zwięzłym i precyzyjnym językiem opisuje ludzkie dramaty, ludzką samotność, ale i podłość, obłudę, nienawiść. Opowieść o katastrofie autobusu maturzystów pielgrzymujących do Częstochowy, historia człowieka, który powstał z torów i nie pamięta, kim jest, oraz zapis walki samotnej kobiety z księdzem molestującym dzieci, przywołują najbardziej uniwersalne pytania: o przyczyny zła, sens cierpienia i milczenie Boga.


Moja recenzja

Nie sięgam często po reportaże, a ten trafił na moją półkę przypadkiem, zupełnie bez planu. Przeglądając ofertę antykwariatu online, przykuł moją uwagę, a po szybkim przejrzeniu opinii postanowiłam go kupić. Wojciech Tochman to nazwisko dobrze znane w świecie reportażu — autor kojarzony z trudnymi, często przygnębiającymi tematami. We Wściekłym psie jego reputacja zostaje potwierdzona: to książka o ludzkim cierpieniu w jego najczystszej, najbardziej dotkliwej formie. 

Reportaże są krótkie, wcześniej publikowane na łamach czasopism. Każdy z nich uderza w czytelnika inaczej, ale trudno pozostać obojętnym wobec opisywanych dramatów. Pierwsza historia przedstawia wypadek autobusowy, w którym zginęli maturzyści wracający z pielgrzymki. To porażający obraz, który nie pozwala oderwać myśli od pytania: jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji? 

Siła tych tekstów tkwi w konfrontacji zwykłych ludzi z cierpieniem przekraczającym ich siły. Jak żyć dalej po stracie dziecka? Jak patrzeć, gdy syn mówi wszystkim, że popełni samobójstwo? Jak mierzyć się z chorobą, która pozostanie z nami aż do końca życia? Jak pogodzić się z tajemniczym zniknięciem dziecka wracającego ze szkolnej dyskoteki? W tych reportażach trudno oceniać opowiedziane historie — napisało je samo życie. Warto natomiast docenić wrażliwość autora, który te historie odnalazł i odważył się je nam przekazać. Ta samotność człowieka mierzącego się z tragedią wzbudza współczucie i pragnienie zrozumienia

Wiele z tekstów podkreśla także rolę Boga w opowiadanych historiach. Maturzyści jechali przecież na pielgrzymkę, a pytanie „Gdzie wtedy był Bóg?” nasuwa się niemal automatycznie. Poruszający jest również reportaż o księdzu, który wciąż umyka sprawiedliwości. Powracająca tematyka religijna może niektórym przeszkadzać, dla mnie stanowiła spoiwo łączące poszczególne teksty w jedną, przemyślaną całość. 

We Wściekłym psie Tochman pokazuje, że reportaż to nie tylko opowieść o wydarzeniach, lecz przede wszystkim o człowieku — o jego bólu, wyborach i samotności. To niełatwa lektura, którą czyta się z gulą w gardle.



środa, 10 stycznia 2024

„Wytępić całe to bydło” Sven Lindqvist – zbrodnie popełnione w celu „szerzenia cywilizacji”

 

Wytępić całe to bydło. Wyprawa do źródeł kolonialnego terroru i ludobójstwa
Sven Lindqvist

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 1992
Liczba stron: 448
Wydawnictwo: WAB

To nie wiedzy nam brakuje. Oświecone społeczeństwa w swojej większości i niezależnie od epoki posiadały wiedzę na temat popełnianych dawniej i popełnianych obecnie potworności w imię Postępu, Cywilizacji, Socjalizmu, Demokracji i Rynku.
 

Opis wydawcy

Drugie wspólne wydanie dwóch najważniejszych książek wybitnego dziennikarza, które pokazały, jak w imię pseudomisji niesienia cywilizacji wybijano rdzenną ludność Afryki i Australii. Autor podkreśla przy tym, jak wiele łączyło tamtą rzeź z hekatombą późniejszego Holocaustu.


Moja recenzja

Wydawnictwo WAB wznowiło dwa reportaże szwedzkiego dziennikarza, Svena Lindqvista, akurat kiedy jesteśmy świadkami kolejnego ludobójstwa. W książce znalazły się dwa tytuły: Wytępić całe to bydło oraz Terra Nullius. Lektury sprawnie się uzupełniają, tworząc historię europejskiej kolonizacji i zbrodni popełnionych na rdzennej ludności Afryki i Australii.

Rzadko sięgam po reportaże, ale gdy pojawiła się możliwość przeczytania tego wznowienia, to wiedziałam, że muszę to zrobić. Patrząc na to, co dzieje się na świecie, kiedy z zimną krwią mordowani są mężczyźni, kobiety i dzieci, możemy powiedzieć, że niewiele się zmieniło, w porównaniu z tym, co opisuje Lindqvist. W Wytępić całe to bydło autor poszukuje źródeł ludobójstwa, które miało miejsce podczas II wojny światowej. Okazuje się, że nie trzeba cofać się daleko w przeszłość, wystarczy spojrzeć na kolonizację Afryki w XIX wieku. 

Lindqvist napisał oba reportaże w formie paragrafów. Najbardziej wciągająca część książki obejmuje zapis mrożących krew w żyłach wydarzeń historycznych. Pojawiają się też fragmenty, w których autor dzieli się swoim dziennikiem z wyprawy po ziemiach Afryki/Australii, oferując krótki wgląd w podróż po miejscach, w których miały miejsce opisane zbrodnie. 

źródło

Tytuł reportażu to zdanie wypowiedziane przez Kurtza, bohatera książki Jądro ciemności. Lindqvist często odnosi się do wydarzeń opisanych przez Josepha Conrada i odnajduje analogie do źródeł historycznych. Okrucieństwo przedstawione na kartach lektury okazuje się mieć mało wspólnego z wyobraźnią autora. Tak po prostu wyglądało ludobójstwo w Afryce. W reportażu znajdą się liczne przykłady popełnionych zbrodni. Autor wymienia konkretnych polityków, naukowców, którzy przyczynili się do tego. Przytacza teorię doboru naturalnego Darwina, według której słabsze gatunki znikną z powierzchni Ziemi. Ta teza zadziałała jako dobra wymówka do mordowania rdzennej ludności. 

W drugim reportażu, Terra Nullius (czyli „ziemia niczyja”), autor skupia się na mieszkańcach Australii, pozbawionych swoich praw do ziemi, na której żyli od pokoleń. Na porządku dziennym było porywanie dzieci Aborygenów, wysyłanie ich do obozów pracy, gwałty i mordowanie. To kolejny przerażający opis masakr, które trudno pojąć. Ponownie dostajemy dowód na to, do czego zdolni są ludzie, przekonani o swojej racji.

Bardzo polecam zapoznać się z książką Lindqvista. Oba reportaże przedstawiają mroczne momenty historii. Problem wydaje się tkwić w poczuciu wyższości. Mniemanie, że niektórzy ludzie są lepsi niż mieszkańcy innych kontynentów doprowadza do katastrofalnych wydarzeń. Szerzymy niesprawiedliwość, pozwalamy na to, żeby na naszych oczach dochodziło do tragedii. Kiedy przychodzi czas rozliczenia ze swoich czynów, często przymykamy oczy, szukamy winnych gdzieś indziej, tłumaczymy sobie zbrodnie doborem naturalnym. Wszystko to w imię szerzenia cywilizacji i poszerzania przestrzeni życiowej. Przerażające.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.


sobota, 26 sierpnia 2023

„Remake. Apokalipsa popkultury” Michał Ochnik – dokąd zmierza współczesna popkultura

Remake. Apokalipsa popkultury
Michał Ochnik

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Fandomy są zdrowym, pozytywnym komponentem kultury popularnej. Budują żywą, zaangażowaną twórczo i organizacyjnie społeczność, która - w dużej mierze bezinteresowanie - dba o popularność franczyzy oraz pomaga jej przetrwać lata chude i skuteczniej kapitalizować lata tłuste. 

Opis wydawcy

Michał Ochnik z Mistycyzmu Popkulturowego z miłością i krytycyzmem prawdziwego fana pochyla się nad historią popkultury i udowadnia, czemu teraz łatwiej obejrzeć kolejną część Gwiezdnych wojen niż oryginalne science fiction.

Moja recenzja

Twórcy kultury od zawsze czerpali inspiracje z dzieł przodków, przez co nowo powstała sztuka często koresponduje z istniejącymi utworami. Natomiast konsumenci kultury uwielbiają wyłapywać wszelkie nawiązania, tzw. „puszczanie oka” w stronę odbiorcy. Wystarczy spojrzeć na sukces filmów Marvela i ilość artykułów o ester eggach w kolejnych odsłonach przygód superbohaterów. Podobnej metody używa Sanderson w swoim uniwersum cosmere, gdzie poszczególne serie korespondują z poprzednimi. Pytanie brzmi, jak daleko można się posunąć w tym cytowaniu, żeby nie zapomnieć o jakości dzieła kultury jako odrębnego, działającego samodzielnie produktu. Tego typu rozważania znajdziemy w książce Remake. Apokalipsa popkultury.

Michał Ochnik w przystępny sposób rozkłada współczesne trendy na części pierwsze. Przedstawia fenomen filmów o superbohaterach, poczynając od komiksów, rozwijając temat praw autorskich, trademarków i udziału dużych studiów filmowych. We wstępie napisał o dwóch funkcjach sztuki. Z jednej strony służy ona do wzbudzania emocji, pobudzania rozmów wśród konsumentów poprzez przedstawianie przez autora jakiegoś problemu czy doświadczenia. To część funkcji artystycznej. Z drugiej strony, sztuka ma zarabiać. Biznesmeni bardzo szybko znaleźli gałęzie popkultury, na której najłatwiej jest się wzbogacić. Z powodzeniem to robią i wszystko wskazuje, że będą to robić nadal.

zdjęcie wygenerowane przez AI, źródło

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, w których autor skupia się na tematach związanych z popkulturą. Część poświęcona jest zjawisku fandomu i tego, jaki wpływ fani mieli na wygląd danej produkcji. Ochnik przedstawia nieznane mi wcześniej fakty. Niektórzy znawcy danego uniwersum mieli bezpośredni wpływ na tworzony serial, jak w przypadku Star Treka. Fani mogli wysyłać pomysły na scenariusz kolejnych przygód bohaterów. Intrygujący jest również temat odmładzania aktorów czy nawet przywracania ich do życia. To zjawisko, którego byliśmy świadkami w najnowszej trylogii Gwiezdnych Wojen, kiedy nieżyjący już aktor pojawił się na ekranie wygenerowany przy pomocy najnowszej technologii. Pojawia się zatem pytanie o moralność takiego przedsięwzięcia  aktor nie mógł odmówić wystąpienia w tej scenie, jego wizerunek stał się narzędziem w rękach twórców. Jest to również ciekawe w kontekście przyszłości aktorskiej profesji. 

Bardzo podobał mi się sposób, w jaki książka została zakończona. Na finał autor zostawił temat dotyczący sztucznej inteligencji przejmującej pracę artystów. Było tam kilka kwestii, o których w kontekście AI nie myślałam. Przykładowo fakt, że sieci neuronowe uczą się na podstawie istniejących dzieł artystów, żeby później wygenerować dzieło w stylu danego malarza. Co w takim przypadku z prawami autorskimi? Z jednej strony, nie jest to praca danej osoby, ale z drugiej, to jednak jej twórczość została podana sztucznej inteligencji jako pożywka. 

Autor wykonał dobrą robotę, przygotowując materiał. Wszystkie źródła są wypisane i odpowiednio oznaczone, a na końcu książki znajdziemy również krótki słowniczek pojęć. Sprawia to, że Remake. Apokalipsa popkultury dostarcza sporo ciekawych faktów, a zarazem zadaje pytania o stan współczesnej popkultury i kierunek, w którym zmierza. W oczach autora jest to dość mroczna wizja, w której ogromne firmy zarabiają na powszechnie uwielbianych postaciach i światach. Co najgorsze – często bez zastanowienia się nad artystyczną funkcją sztuki.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Horyzont.

piątek, 14 kwietnia 2023

„Panie przodem” Wojciech Harpula i Maria Mazurek – rozmowy o roli płci we współczesnym świecie

Panie przodem
Wojciech Harpula i Maria Mazurek

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Znak Literanova

Bo choć chcemy egalitarnej rodziny i równości, na której skorzystają obie płcie, choć na poziomach logicznym, konceptualnym, ideologicznym tworzymy fajne konstrukty i potrafimy sprawnie je argumentować  to na poziomie podświadomym mamy wbite do głów różne patriarchalne przekonania i przekazy transgeneracyjne. W psychologii Gestalt mówimy na nie: introjekty. My ich w ogóle świadomie nie postrzegamy, one są „na blaszkę” wbite w nasz mózg: faceci nie płaczą, rudy to fałszywy i tak dalej.
 

Opis wydawcy

Autorzy prowadzą nieoczywiste i prowokujące rozmowy, w których pytają o podział obowiązków, przemoc, miłość, pieniądze i władzę. Odpowiadają m.in. Bogdan de Barbaro, Andrzej Depko, Zuzanna Radzik i Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Moja recenzja

Wojciech Harpula i Maria Mazurek w swojej książce poruszają tematy związane z rolami kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie, walką o równe prawa i zmianami, których jesteśmy świadkami. Autorzy wybrali formę wywiadów. Psychoterapeuci, językoznawcy i seksuolodzy odpowiadając na pytania, odmalowują obraz współczesnego społeczeństwa i wysnuwają wnioski w którą stronę powinniśmy zmierzać.

Jeżeli kiedykolwiek brakowało Wam argumentów w dyskusji na temat różnicy w prawach, wynikających z płci to książka Panie przodem może być dla Was odpowiednim źródłem informacji. Odpowie na wątpliwości w różnych kwestiach: skąd biorą się różnice w ścieżkach kariery, jak różni się sposób werbalizacji swoich oczekiwań w relacji, dlaczego ludzie odwołują się do użycia przemocy w związku. Uważam, że wybór formy wywiadu sprawdził się bardzo dobrze. Przede wszystkim, rozmówcy prezentują różne punkty widzenia, dzięki czemu można rozszerzyć swój światopogląd. Cieszy fakt, że autorzy nie poszli po linii najmniejszego oporu, wybierając do dyskusji osoby, promujące ten sam sposób myślenia.

Kolejność wywiadów sprawia, że książkę czyta się z niegasnącym zainteresowaniem. Zaczyna się od rozmowy z aktywistką, Anną Kowalczyk o tym, że patriarchat ma się dobrze. Ciekawie w rozmowie wypada kwestia podziału obowiązków domowych, wypychania kobiet z rynku pracy. Zwrócona zostaje uwaga na nierówności, o których na co dzień nie myślimy (wypunktowany tutaj temat damskich toalet i pomysł jak problemowi zaradzić). Przechodząc do kolejnego rozdziału, myślałam, że jestem w stanie przewidzieć, czego się po treści spodziewać. Okazało się, że czeka mnie niespodzianka, bo mimo wspólnej myśli przewodniej, ta rozmowa o feminatywach zawierała ciekawe spostrzeżenia. Podane zostają konkretne przykłady, jak to, że narzekamy na trudność wymowy „chirurżki”, ale słowo „zmarszczka” jakoś nie sprawia nam problemu, bo jesteśmy do niego przyzwyczajeni. Zwracana zostaje uwaga na podział na „pannę” i „panią”, kiedy w przypadku mężczyzn używamy po prostu „pan”, bez względu na jego status małżeński. W każdej z tych rozmów znalazło się coś, co może otworzyć nam oczy na pewne zjawiska. Wypunktowany zostaje fakt, że podświadomie często używamy stwierdzeń, które są krzywdzące dla danej płci, nawet jeżeli nie mamy złych intencji. Kiedy widzimy słabego kierowcę, utarło się używać stereotypowego zdania, że kieruje zapewne kobieta. Wydaje mi się, że ważne, żebyśmy byli świadomi, ile takich myśli pojawia się zupełnie naturalnie, bo tak się mówiło w naszym otoczeniu od zawsze.

Dla wielu z Was ta książka może nie być odkrywcza, często porusza tematy, które były wałkowane już wielokrotnie. Ale jestem przekonana, że poza moją „bańką” jest spore grono osób, które zyskałyby na przeczytaniu tych wywiadów. Dobrze jest sobie uświadomić ile zmian zostało wprowadzonych, jak daleko zaszliśmy w dążeniu do równości, ale zarazem ile jest jeszcze przestrzeni do kolejnych ulepszeń. 


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

sobota, 9 lipca 2022

„Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu” Jakub Wojtaszczyk – wolność ekspresji

Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu
Jakub Wojtaszczyk

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 496
Wydawnictwo: Znak

Drag nie jest tyko dla osoby, która go robi i spełnia swoje fantazje. Drag jest włączony w działania aktywistyczne.
 

Opis wydawcy

Cudowne przegięcie to wnikliwy reportaż o współczesnej scenie dragowej, jej czołowych performerach i performerkach, ich dziełach oraz działaniach. To także wyjątkowa opowieść o akceptacji i pasji, ale przede wszystkim – o wolności.


Moja recenzja

Moje zainteresowanie dragiem narodziło się kilka lat temu za sprawą programu RuPaul's Drag Race, którego kilkanaście sezonów można obejrzeć na platformie Netflix. To reality show, w którym uczestnicy walczą o tytuł najlepszej drag queen Ameryki. Program przynosi całe mnóstwo dobrej zabawy, a jednocześnie uświadamia widzów w wielu kwestiach dotyczących queerowej społeczności. Mnie sporo nauczył. Podążając za tym zainteresowaniem, udało mi się w niewielkim stopniu poznać również świat polskiego dragu. Zaczęło się od zeszłorocznego spektaklu, wystawianego w konkursie OFF na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, o tytule Najczęściej zadawane pytania. Rewia Drag Queen. Później były też quizy o programie RuPaul's Drag Race, które prowadziła Twoja Stara w jednym z wrocławskich pubów. To właśnie Twoja Stara znalazła się na okładce Cudownego przegięcia i kiedy tylko zobaczyłam to zdjęcie, wiedziałam, że muszę ten reportaż przeczytać.

Jakub Wojtaszczyk, autor książki, przeprowadził serię wywiadów z wieloma osobami, po czym odmalował nam obraz współczesnego świata polskiego dragu, który jest bardzo różnorodny i odbiega od znanego z programu RuPaula. Nic tu nie jest na sztywno zdefiniowane, coraz to nowe osoby eksplorują temat i wciąż dokładają elementy do tego świata. Dla osoby pobieżnie zorientowanej w temacie książka jest bogatym źrodłem informacji. Dowiedziałam się przykładowo, że sporo polskich wykonawców zaczynało bądź specjalizuje się w sztuce wcielania się w słynne osoby, a bycie sobowtórem Dody czy Adele pozwala na łatwiejsze zdobycie pracy. Autor umieścił w reportażu dużo cytatów z różnych źródeł, przez co w książce znajdziemy mocno rozbudowany dział przypisów. Moim zdaniem, lekko przeszkadzały w rozkoszowaniu się lekturą  jeżeli zaczynają zajmować ponad pół strony, to wolałabym, żeby były umieszczone na końcu książki. 

źródło

W Cudownym przegięciu wielokrotnie pojawi się wzmianka, że drag to nie tylko przebieranie się w kobiece ubrania, ale też aktywizm i walka o prawa. Niektóre z drag queen znane są przede wszystkim jako aktywistki, jak siostra Mary Read, a inne przemycają działania na rzecz społeczności w swoich występach. Jeszcze dla innych ważny jest proces twórczy, chęć podzielenia się swoją historią, swoją wrażliwością. Nie możemy jednak zapominać, że to również czysta forma zabawy, dostarczanie widzom rozrywki. Wystarczy przejść się na show Twojej Starej, żeby zobaczyć, że drag jest formą, do której warto podejść z dystansem i otwartą głową.

Było również kilka smutnych wniosków, które nasunęły mi się podczas czytania Cudownego przegięcia. Najbardziej uderzyła mnie wzmianka o przypadkach braku wsparcia dla drag queen od części społeczności LGBT+. Niektórzy uważają, że królowe ściągają na siebie zbyt wiele uwagi, przez co ludzie oceniają queerowe osoby w negatywny sposób. Jeżeli nawet w swojej społeczności spotyka się z dyskryminacją to musi być to szczególnie trudne do uniesienia. Liczę na to, że dzięki takim książkom jak Cudowne przegięcie, ten temat zostanie oswojony i więcej osób zrozumie kto kryje się pod tym kolorowym makijażem, perukami i cekinowymi sukienkami. 

W reportażu Wojtaszczyka najważniejsze jest jednak poznanie ludzkich historii i zagłębienie się w świat ich emocji. Czytelnik może przeczytać o tym z jakimi trudnościami borykali się w życiu, co musieli poświęcić, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Ich determinacja i odwaga robią wrażenie, dają nadzieję na przyszłość. Budzą chęć wspierania i kibicowania w drodze do spełniania marzeń. I nie jest tutaj ważne jaką formę dragu wybierają, jaka jest ich płeć czy orientacja  najważniejsza jest wolność ekspresji. I o tę warto walczyć.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

niedziela, 22 listopada 2020

„Strona świata” Wojciech Jagielski - dawka świeżej historii z różnych stron świata w pigułce

„Strona świata”
Wojciech Jagielski

*Gatunek:* podróżniczy, zbiór reportaży
*Rok pierwszego wydania:* 2020
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* Znak

Nigdy za to nie brakowało krzywd i pokrzywdzonych. Wystarczyło ich tylko skrzyknąć, wcisnąć w garść karabiny i poprowadzić. Wojny, rozpychająca się pustynia i susze pozbawiły ludzi zajęcia i grosza, martwa ziemia przestała żywić. Wystarczyło, by partyzanci pojawili się w wiosce, a za garść banknotów każdy prawie mężczyzna gotów był do nich przystać. Tym bardziej, że wojna nadawała życiu ułudę sensu i celu, jakiego nie dawała głodowa wegetacja.

*Krótko o fabule:*
Strona świata jest wyborem najciekawszych, aktualnych tekstów Wojciecha Jagielskiego z ostatnich lat, publikowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”.
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*

Czy nazwanie dziecka Donald Trump może przynieść pecha? Które państwa nie tak dawno zmieniły nazwy swoich stolic bądź je przeniosły? Jak potoczyła się historia żony Nelsona Mandeli? Co Egipcjanie myślą o znanym piłkarzu Mohammedzie Salah? To tylko część pytań, które próbuje rozwikłać dziennikarz w tomie Strona świata, czyli niedawno wydanym zbiorze reportaży napisanych przez Wojciecha Jagielskiego. Są to teksty, które stworzył na przestrzeni ostatnich trzech lat dla Tygodnika Powszechnego, a ogólnym tematem jest współczesny świat i zmiany w nim zachodzące.

Strona świata to moje drugie spotkanie z twórczością słynnego reportażysty, wcześniej czytałam jego Na wschód od zachodu, czyli sprawozdanie z sytuacji współczesnych hipisów, szukających swojej oazy spokoju i wolności. W przypadku Strony świata będziemy mieć do czynienia z naprawdę sporą ilością informacji na różne tematy, ponieważ tym razem Jagielski nie skupia się na jednym i konkretnym problemie, a raczej próbuje dać nam obraz świata, analizując go na podstawie najświeższej historii. Powód nagromadzenia w lekturze wielu tematów jest prosty - same teksty powstawały w celu opublikowania ich na łamach Tygodnika Powszechnego, a nie były zaplanowane na formę zamkniętej książki. Jednak wydaje mi się, że pomysł umieszczenia tych różnych reportaży w jednym miejscu okazał się strzałem w dziesiątkę.

Nelson Mandela i Winnie Mandela, źródło

Od razu warto zaznaczyć, że to nie jest tego typu książka, z którą zasiada się w fotelu i czyta od deski do deski. Ja przyznaję, że nawet tego próbowałam, ale szybko poległam. Przede wszystkim moja niewielka wiedza na temat zmian w państwach Dalekiego Wschodu czy w krajach afrykańskich wymagała dodatkowych pokładów skupienia podczas lektury. Są w Stronie świata teksty, w których autor swobodnie używa nazwisk, miejsc, wydarzeń, które dla mnie były obce i wtedy czytanie szło dość opornie. Same rozdziały są jednak na tyle krótkie (cóż, w końcu zajmują tyle co standardowy materiał w gazecie), że dawkowanie czytania wpływa pozytywnie na odbiór całości. I takie podejście Wam polecam, bo je sprawdziłam na własnej skórze.

Siłą reportaży Wojciecha Jagielskiego jest to, że potrafi z perspektywy historii zwykłego człowieka przedstawić problem całego kraju. Z jednej strony: tak, wiele jego tesktów dotyczy głów państw i ważnych polityków, ale często rzuca więcej światła na życie zwykłego członka społeczeństwa - tak jest np. w pierwszym tekście o podupadającym biznesie domów na wodzie, który jest punktem wyjścia do objaśnienia sytuacji w Kaszmirze po wojnach indyjsko-pakistańskich. 

To również niesamowite, że statystyczny Europejczyk tak niewiele wie o wydarzeniach na świecie. Dla nas istnieje tylko nasz kontynent i może jeszcze Ameryka, a reszta przemija gdzieś bokiem. Dlatego kiedy w końcu czytamy o tych omijanych fragmentach globu to okazuje się, że wydarzenia rozgrywające się na Wschodzie czy w Afryce potrafią mocno zadziwić i wstrząsnąć. Już ostatnio przeraziła mnie brutalna historia Iranu, o której przeczytałam w Szachinszachu Kapuścińskiego, a teraz przekonałam się, że sporo innych krajów przechodzi podobne kryzysy. Tym bardziej warto po Stronę świata siegnąć, ponieważ reportaże tego typu potrafią naprawdę otworzyć oczy mieszkańcowi Europy.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 6 października 2020

„Szachinszach” Ryszard Kapuściński - niekończąca się polityka strachu

„Szachinszach”
Ryszard Kapuściński

Gatunek: literatura faktu
Rok pierwszego wydania: 1982
Liczba stron: 143
Wydawnictwo: Agora

Wszystkie książki o wszystkich rewolucjach zaczynają się od rozdziału, który mówi o zgniliźnie władzy upadającej albo o nędzy i cierpieniach ludu. A przecież powinny one zaczynać się od rozdziału z dziedziny psychologii - o tym jak udręczony, zalękniony człowiek nagle przełamuje strach, przestaje się bać. Powinien być opisany cały ten niezwykły proces, który czasem dokonuje się w jednej chwili, jak wstrząs, jak oczyszczenie. Człowiek pozbywa się strachu, czuje się wolny. Bez tego nie byłoby rewolucji.

Krótko o fabule:
Obraz panowania i upadku szacha Iranu Mohammeda Rezy Pahlaviego. Fascynujący reportaż ukazuje kluczowy konflikt końca XX wieku między odgórną rewolucją, usiłującą wprowadzić „nowoczesność”, a kontrrewolucją fanatycznego integryzmu muzułmańskiego ajatollaha Chomeiniego.  
- opis wydawcy 


Moja ocena:

Patrząc wstecz na minione miesiące 2020 roku, stwierdzam, że mogę być zadowolona z jakości tegorocznych lektur. Dotychczas nie natknęłam się jednak na coś, co poruszyłoby mnie głębiej, co mogłabym z czystym sumieniem okrzyknąć rewelacją. Aż do teraz, bo oto we wrześniu przyszła w końcu pora, żeby sięgnąć po moją pierwszą książkę Ryszarda Kapuścińskiego. I to było zupełnie niesamowite spotkanie. 

Nie wiem czego się spodziewałam otwierając tę książkę. Wiedziałam oczywiście, że autor jest okrzyknięty królem reportażu, że to prawdziwy mistrz w kategorii literatury faktu. Ja jednak nie bardzo potrafię się odnaleźć w meandrach tego gatunku, dlatego podchodziłam do niej z pewną dozą rezerwy. Lektura okazała się zupełnie innym przeżyciem niż się spodziewałam, o wiele bardziej angażującym, otwierającym oczy i takim... ludzkim. 

Ryszard Kapuściński w prawdziwie magiczny sposób snuje opowieść o historii Iranu. Osobiście często załamuję ręce nad swoją ignorancją i obojętnością w sprawie śledzenia wydarzeń ze świata i przyznaję ze wstydem, że sam temat rewolucji irańskiej był dla mnie obcy. Jednak nie trzeba być wcześniej przygotowanym, bo autor nie dość, że wszystkie ważne wydarzenia nam przybliży, to jednocześnie sprawi, że odczujemy je o wiele intensywniej, dzięki jego wnikliwym spostrzeżeniom. Szachinszach nie przedstawi nam po prostu faktów dotyczących rewolucji w Iranie, on pozwoli nam się pochylić nad przykładami zachowania ludzi w tak odmiennej kulturze, które na własne oczy zobaczył autor, a komentarze Kapuścińskiego pozwolą odczuć ogromne pokłady jego empatii i ciekawości względem drugiego człowieka. 

źródło

Styl autora jest lekki, co zaskakuje, szczególnie w zestawieniu z poruszaną tematyką. Nakreślając kolejne zdarzenia odwołuje się przykładowo do fotografii - zaczyna czytelnikowi opisywać zdjęcie, a przy okazji rozszerza ten opis o wydarzenia i fakty z nim związane. Zabieg oryginalny, a wykonanie bez zarzutu. Wizja świata w Szachinszachu jest przerażająca, a autor sprawia, że zarazem niesamowicie fascynuje nas podczas czytania. Zdecydowanie nie jest to kolejna lektura, którą przeczytamy i o której zapomnimy. Opisy zostają z nami na dłużej, szczególnie przedstawienie brutalnych tortur i obrazu społeczeństwa, które wciąż wpada w te same pułapki, mszcząc się na swoich oprawcach i wprowadzając po raz wtóry politykę strachu.

Wiele z przytoczonych w Szachinszachu faktów zdawało mi się wręcz czystą abstrakcją, trudno uwierzyć, że to wszystko miało miejsce w tak niedalekiej przeszłości. Oto Iran, mając w swoich zasobach płynne złoto w postaci ropy naftowej dobija targu z Ameryką i podwyższa roczny dochód państwa o miliardy dolarów. Pieniądze, które zamiast zainwestować w edukację i rozwój państwa szach poświęca na zupełnie abstrakcyjne cele. Oczywiście pokaźna suma trafi do osób u władzy, które budują sobie wille i przechowują pieniądze w zagranicznych bankach, starając się wyciągnąć jak największe kwoty kosztem życia milionów szarych mieszkańców państwa. Co jeszcze było głównym wydatkiem? Otóż, prawdziwa obsesja szacha, czyli sprzęt bojowy i uzbrojenie. Ogromną część majątku Iranu poświęcono dla armii, która to skrupulatnie wykonuje misję szacha - trzyma społeczeństwo w ryzach porywając ludzi z ulicy, torturując i w końcu mordując z zimną krwią. Szach w końcu musi być pewny, że nikt nie zwróci się przeciwko niemu, a nawet nie wypowie zdania, które może w jakiś sposób insynuować sprzeciw wobec władzy. W tym przedziwnym sposobie prowadzenia państwa posuwa się jednak o krok dalej i żeby doścignąć rozwinięty świat Zachodu postanawia dokonać poważnych zakupów. Inwestuje w najdroższe czołgi, samoloty i sprzęty, których używają rozwinięte technologicznie kraje, zapominając tylko o jednym - nie posiada w państwie ludzi, którzy potrafiliby je obsłużyć. Zamiast jednak tworzyć nowe miejsca rozwoju i pracy, postanawia zapłacić obcokrajowcom, kusząc ich niebotycznymi kwotami. Dochodzi do kolejnego absurdu - na pustyniach zalegają drogie helikoptery i czołgi, a zwykły mieszkaniec Iranu nie ma dostępu do studni z wodą. Tego typu ciekawostek i nie mieszczących się w głowie, ale prawdziwych wydarzeń znajdzie się w książce o wiele więcej.

Wszystko to zostaje w czytelniku, szczególnie że słyszy te historie od człowieka, który był w Iranie, który opisuje codzienność prostych ludzi, którzy tak długo żyli w strachu, że w końcu musieli się zbuntować przeciwko władzy. Ale także człowieka, który szczerze przeżywa los tego społeczeństwa, który był świadkiem wielu rewolucji, a każda odcisnęła w nim swoje piętno. Dzięki Szachinszachowi spojrzymy na fakty w zupełnie inny sposób, zwrócimy uwagę na sprawdzoną tutaj zasadę utrzymywania nieedukowanego społeczeństwa w ciągłym strachu, dowiemy się gdzie znajduje się punkt zapalny dla wybuchu rewolucji i dlaczego zmian nie da się wprowadzić z dnia na dzień, a także posłuchamy o nienawiści, która rodzi nienawiść. Koniec książki Kapuścińskiego przepełniony jest uczuciem smutku i melancholii, bo ludzie, którzy w końcu wyrwali się ze szponów tyrana popełniają jego błędy. Brakuje przywódców, którzy znają odpowiedź na pytanie „Co dalej?”, więc społeczeństwo wpada w znane i wypróbowane tory. Torturowani stają się egzekutorami. 

sobota, 7 grudnia 2019

Integralna część naszego życia - „Nie ma” Mariusz Szczygieł



*Nie ma*
Mariusz Szczygieł

*Język oryginalny:* polski
*Forma:* zbiór reportaży
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 336
*Wydawnictwo:* Dowody na istnienie

Miał zwyczaj: codziennie robił mi herbatę. Usiądź, wypijemy razem. To było takie hasło. (...) Młodzi ludzie często myślą, że w związku ważne są namiętności, a na końcu się okazuje, że najważniejsza ze wszystkiego jest herbata. I że potem brak jej najbardziej.
*Krótko o fabule:*
Rozmówcami Szczygła są ludzie z różnych światów: czeska poetka, ukraiński żołnierz, polska księgowa, izraelska pisarka, a także jego ojciec, z którym autor wybiera się ostatni raz w życiu do Pragi. Nad książką unosi się rada, którą dała autorowi Hanna Krall: „Wszystko musi mieć swoją formę, swój rytm, panie Mariuszu. Zwłaszcza nieobecność".

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Długo stawiałam czytelniczy opór wobec literatury faktu. Na szczęście ten gatunek staje się coraz bardziej popularny oraz doceniany i mam wrażenie że coraz więcej czytelników w stronę non-fiction spogląda przychylnym okiem. Mariusz Szczygieł to znany polski reportażysta, któremu nadzwyczaj bliska jest tematyka związana z naszymi czeskimi sąsiadami. Jednak w przypadku omawianej tutaj pozycji postanowił skręcić w inną stronę. Za swoją książkę Nie ma otrzymał w tym roku aż dwie nagrody Nike: od jury konkursu i od zachwyconych czytelników. W wyniku zbiegu okoliczności trafiłam na spotkanie z autorem podczas tegorocznego festiwalu Pol'and'Rock (dawnego Woodstocku). Także wiele czynników złożyło się na zachętę do sięgnięcia po tę pozycję: od nagród, przez polecenia, po interesującą rozmowę na festiwalu. Po lekturze najbardziej cieszy mnie jedno: nareszcie czuję przełom w kwestii czytania reportaży, bo Mariusz Szczygieł pokazuje, że ten gatunek ma zdecydowanie sporo do zaoferowania.

Ciekawy jest temat przewodni, tytułowe 'nie ma'. Autor sprawnie łączy różne jego przyczyny: związane z utratą bliskich, z pozbyciem się zbędnych rzeczy w swoim życiu, z porzuceniem starego, wygodnego życia, z brakiem spokoju związanym z wyparciem przeszłych, traumatycznych wydarzeń, z wszechobecnym w naszym życiu uczuciu określanym przez autora mianem NIE MA. Tematyka odzwierciedlana jest z innej strony w każdym z teksów, a ich mnogość pokazuje, że o tym zagadnieniu wiele i różnorodnie możemy opowiedzieć.
Problematyka jest chyba głównym źródłem zachwytów nad tą pozycją. To temat, który dotyczy każdego z nas, bo ciągle coś tracimy, ten brak, NIE MA, jest nierozłączną częścią naszej codzienności. Jednak u Szczygła nie jesteśmy straceni, nie ma poczucia beznadziei, wszechobecnego smutku następującego na myśl o stracie. Często opowiadając o utracie, o braku czegoś, pozwala nam docenić to, co jest. W wielu tekstach potrafiłam odnaleźć ziarenko szczęścia, mogłam zrobić krok do tyłu i przyjrzeć się swojemu życiu, zobaczyć, że nawet rzeczy, których NIE MA, a kiedyś były, zostawiły wspomnienia i czegoś mnie nauczyły. Pozwala także zrozumieć, że NIE MA jest integralną częścią naszego życia, którą powinniśmy po prostu zaakceptować. To chyba największa siła tej książki.
źródło
Nie ma składa się z krótkich form, można spokojnie dawkować sobie całość i czytać partiami, z podziałem na rozdziały. Jednak, jak to z krótkimi formami bywa, odczucia co do poszczególnych teksów są bardzo różne. Niektóre rozdziały robią ogromne wrażenie, po odłożeniu lektury na półkę wciąż w nas żyją i zatruwają myśli. Z pamięci wysuwa się na prowadzenie sprawa Ewy T., która wstrząsa na początku okrucieństwem, później brakiem pokory bohaterki, wybiórczym powoływaniem się na religię chrześcijańską, a na końcu jeszcze reakcją czytelników i nakręconym kołem okrucieństwa. Szczygieł już wcześniej pokazał czytelnikom tę historię na łamach Dużego Formatu, a w Nie ma uzupełnia ją o swoje przemyślenia na temat szumu, który po publikacji wśród czytających się podniósł.

Innym tekstem, który zapadł mi w pamięci jest historia sióstr Woźnickich. W przypadku tego tekstu możemy przyjrzeć się bliżej niesamowitej więzi między rodzeństwem. Siostry Woźnickie razem przeszły przez piekło wojny, a później były sobie towarzyszkami przez całe życie. Poświęciły się tworzeniu literatury i choć jedna radziła sobie z pisaniem lepiej, natomiast druga była bardziej krytykiem literackim to robiły to, jak wszystko inne, razem. Ich powolne popadanie w obłęd, widziane oczami przyjaciół robi wrażenie - na początku poznajemy tę historię z zapisków jednej z sióstr, jako zupełnie normalną egzystencję, ale gdy do głosu dochodzą ludzie z ich otoczenia zobaczymy całkiem inną historię. Użycie wielu punktów widzenia pomogło spojrzeć na te same wydarzenia z różnych perspektyw i pozwoliło zbudować sobie pełen obraz.
Spodobały mi się także teksty o polskim rzeźbiarzu i czeskiej willi. Przede wszystkim napisane były w sposób tak intrygujący, że po lekturze sprawdziłam nazwiska pojawiające się na kartach książki. Natomiast jeden z najbardziej emocjonalnie oddziałujących rozdziałów, oprócz sprawy Ewy T., był tekst Rzeka. Świetny pomysł w kwestii zabawy formą - wykropkowane fragmenty korespondowały z tematyką Nie ma i pozwalały mocniej wybrzmieć wyznaniu bohaterki.

Wydaje mi się, że wybór tej książki jest dobrym pomysłem dla ludzi, którzy chcą gładko przejść w stronę czytania reportaży. Autor miesza prawdziwe historie ze swoimi przemyśleniami, zręcznie łączy różnych bohaterów, różne sytuacje, żeby dać obraz całości. Warto dać mu szansę, nawet jeżeli fanami literatury faktu nie jesteście (jeszcze!).
        

wtorek, 27 lutego 2018

Nierówne szanse - „Elegia dla bidoków” J. D. Vance


*Elegia dla bidoków*
J. D. Vance

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Hillbilly Elegy
*Gatunek:* reportaż
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 318
*Wydawnictwo:* Marginesy
Być może najlepszym sposobem patrzenia na te sprawy jest uświadomienie sobie, że najprawdopodobniej nie uda się ich naprawić. Te problemy będą z nami zawsze. Możesz jednak próbować trochę przechylać szalę na korzyść tych, co są na krawędzi.

*Krótko o fabule:*
Historia Vance’ów zaczyna się w pełnych nadziei latach powojennych. Ciężką pracą udało im się awansować do klasy średniej, a ukoronowaniem sukcesu stał się J.D., który jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom wyższej uczelni. Vance pokazuje jednak, że nie da się uciec od spuścizny przemocy, alkoholizmu, biedy i traum, tak typowych dla rejonu, z którego się wywodzili. 
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Do przeczytania Elegii dla bidoków skłania wiele czynników. Chociażby to, że z okładki książki wołają do nas hasła: „najważniejsza książka o Ameryce ostatnich lat” czy „2 miliony sprzedanych egzemplarzy”. Ja akurat niedawno poczułam się zaciekawiona poznawaniem kolejnych reportaży (dzięki książce pana Jagielskiego). Dlatego właśnie postanowiłam po tę pozycję sięgnąć. Można powiedzieć, że to reportaż z całkiem innej beczki, bo tym razem przenosimy się na drugą stronę oceanu, gdzie będzie nam dane poznać społeczność amerykańskich „bidoków”.

Od razu zaskoczył mnie fakt, że reportaż może przyjąć tak różne oblicza. W przypadku Elegii dla bidoków mamy wręcz do czynienia z osobistym pamiętnikiem J. D. Vance'a. Przeprowadzi nas on przez meandry swojego życia, a w międzyczasie pozwoli poznać bliżej społeczność amerykańskiej, białej klasy robotniczej z okolic Pasa Rdzy. Przyznaję, że chwilami czułam się trochę zdystansowana do czytanych wydarzeń, przeżywałam momenty znużenia, jednak już kilka stron później znowu autor łapał moją pełną uwagę.

Sporym plusem tej książki jest fakt, że Vance ma bardzo lekkie pióro, a jego historia z życia wzięta potrafi wciągnąć nas w świat przedstawiony. Zresztą z treści dowiemy się, że mężczyzna sporo pracował nad swoimi zdolnościami pisarskimi, podczas zajęć na Uniwersytecie Yale, gdzie skończył prawo. Dlatego bardzo szybko zdołamy załapać kontakt z autorem, a zarazem głównym bohaterem książki i kolejno, będziemy poznawać wspomnienia historii jego życia, a także życia jego bliskich.
źródło
Z jednej strony książkę można traktować jako zwykłą, fabularną powieść. Po szybkim przedstawieniu przodków Vance'a, skupiamy się na pełnoprawnej historii zaczynając od życia jego dziadków - Papaw i Mamaw, jak nazywa ich w książce. Później poznamy rodzeństwo mamy Vance'a, będziemy świadkami problemów, które jątrzą tę rodzinę od pokoleń - niewyparzone języki, brutalność, alkoholizm, przemoc. I ta historia jest naprawdę wciągająca. Wręcz kibicujemy autorowi, żeby przetrwał ciężkie chwile i jak najszybciej wyszedł na prostą. Znajdujemy wśród tych prawdziwych ludzi swoich ulubieńców, chociaż trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - w otoczeniu Vance'a trudno znaleźć prawdziwe autorytety. Zostali nimi w końcu jego dziadkowie, chociaż i oni popadali w ludzkie słabości (problemy z alkoholem, brutalne kłótnie). Trudno nam będzie polubić matkę Vance'a. To kobieta borykająca się z wieloma udrękami: zmieniająca mężczyzn niczym rękawiczki, w krytycznych sytuacjach stawiająca siebie ponad innymi, zapatrzona we własne problemy, bagatelizująca bolączki innych, a do tego łatwo popadająca w nałogi. Jednak sam autor stara nam się przedstawić przyczyny tych zachowań. Kiedy w domu i najbliższym otoczeniu widzisz raczej negatywne wzorce, to trudno kroczyć później dobrą drogą.

Wydaje mi się, że siła książki Vance'a tkwi w tym, że pomimo bardzo osobistego wydźwięku całości, tak łatwo zobaczyć w tej rodzinie odbicie jakiejś społeczności. I nawet nie tylko tej amerykańskiej. Wystarczy rozejrzeć się wokół nas - tu też znajdziemy rejony, w których nasilenie podobnych patologii jest porównywalnie duże. Nasuwa się więc ważkie pytanie: czy każdy z nas ma w życiu takie same szanse na sukces, na udane życie? To moim zdaniem najważniejsza rzecz, którą możemy wynieść z tej książki. Otóż, prawdą jest, że przy odpowiednio dużej ilości pracy i wysiłku, każdy z nas ma szansę wspiąć się wyżej i osiągnąć założone cele. Jednak już narodziny w danym społeczeństwie determinują nasze życie, a także cały proces wychowania i osoby, na których się wzorujemy. Bo o ileż trudniej będzie osobie wywodzącej się z patologicznej rodziny osiągnąć sukces! Ten przykład idealnie pokazuje właśnie Vance, który nawet będąc na studiach prawniczych w Yale wciąż rozmyślał o tym, co dzieje się w jego rodzinnych stronach. Nawet mając już własne życie, ten bagaż wielu nieprzyjemnych doświadczeń zawsze będzie tłukł mu się gdzieś z tyłu głowy.

Zauważyłam, że wielu recenzentów skupia się na politycznym wydźwięku książki, który szczerze powiedziawszy, najmniej mnie zainteresował. Dlatego dla mnie pozostaje to reportaż o społeczeństwie i tym, jak bardzo nierówne mamy szanse na starcie. Vance poszedł pod prąd, a ciężką pracą i poświęceniem sięgnął po swój amerykański sen. Ilu jednak jest mieszkańców Ohio, pochodzących z klasy robotniczej, którym się to udało?


Moja ocena: 7+/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy

piątek, 16 lutego 2018

Śladami dzieci kwiatów - „Na wschód od zachodu” Wojciech Jagielski



*Na wschód od zachodu*
Wojciech Jagielski

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* podróżnicze
*Forma:* reportaż
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 313
*Wydawnictwo:* Znak
Czasami czujesz, że jest ci źle, i coś ci mówi, że lepiej nie będzie. Najgorsze wtedy to załamać ręce i czekać na Bóg wie co. (...) Trzeba wtedy pakować manatki i zbierać się w drogę, przed siebie. I mieć oczy szeroko otwarte, żeby nie przegapić tego nowego, dobrego miejsca, gdzie można wszystko zacząć od nowa.

*Krótko o fabule:*
Kamal opuściła Warszawę z jednym plecakiem. Nie chciała dwóch fakultetów, mieszkania i pędu za karierą. Wybrała Indie – kraj, w którym największą wartością jest osiągnięcie duchowej równowagi. Dziś już nie pamięta poprzedniego życia... Ale ono do niej wraca ze zdwojoną siłą.  Od cywilizacji Zachodu uciekł też hippis „Święty”. Jego życie to wolna miłość, narkotykowe seanse, religijne komuny i hedonistyczne wspólnoty na Goa. Wszędzie szuka jednego – szczęścia. A ono wciąż mu się wymyka.  
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Każdy z nas ma takie gatunki literackie, po które raczej nie sięga. Z niewiadomych przyczyn kojarzą mu się z czymś kompletnie nie z jego planety, odbiegające od gustu czytelniczego. Ja miałam ten problem z reportażami. Mnóstwo osób chwaliło, znajdywałam pełno wzmianek, że to najlepszy gatunek literacki, a mnie jakoś odrzucało. Wyobrażałam sobie je, jako taką łatwiej przyswajalną książkę do nauki historii. Okazało się, że tym przeświadczeniem wiele traciłam.

Książka Na wschód od zachodu została napisana przez Wojciecha Jagielskiego, we współpracy z jego żoną, Grażyną, absolwentką indologii (zajęła się ona konkretnie napisaniem części książki o Kamal). Przestrzegam przed pułapką - imię i nazwisko złudnie może się kojarzyć z innym, znanym dziennikarzem, Wojciechem Jagielskim. To nie ta sama osoba. Autor Na wschód od zachodu to dziennikarz, reportażysta, specjalista od spraw Afryki, Kaukazu, Azji Środkowej, chwalony przez samego Ryszarda Kapuścińskiego (!).

Po odłożeniu tej książki wydarzyła się dziwna rzecz. Zapragnęłam od razu sięgnąć po kolejny reportaż i to najlepiej autorstwa pana Jagielskiego. Chyba po prostu fascynuje mnie ta część świata, którą on eksploruje. Wszystkie te krainy, tak egzotyczne i odmienne, przyciągają niczym magnes - RPA, Afganistan, Pakistan, Indie. A okazało się, że reportaż to nie rozwleczone fakty o tych miejscach i mieszkańcach, a coś o wiele większego i ważniejszego. Po przeczytaniu Na wschód od zachodu mogę spokojnie stwierdzić, że dobrze napisane reportaże niosą ze sobą więcej emocji niż niejedna fikcja. A najpiękniejsze jest to, że osoby których historie poznajemy są prawdziwymi ludźmi, a nie wymyślonymi bohaterami.
źródło
Wojciech Jagielski wybrał się do Delhi, żeby zobaczyć się z Kamal, ale zbiegiem okoliczności poznał innego hippisa - Świętego (nazywa się tak, ponieważ jeden z kapłanów nadał mu nowe, hinduskie imię, które w tłumaczeniu oznacza właśnie „Święty”). To mężczyzna, który wiele lat temu wyjechał z Holandii i wybrał życie dziecka kwiatów. Bardzo ciekawie wypadają rozmowy między autorem a tym hippisem. Spotykają się przypadkowo, w jednej z kawiarni, później nie umawiają się na kolejne spotkania, ale Świętego nie jest trudno znaleźć - codziennie przesiaduje w tym samym miejscu. Toteż, powoli w dyskusji poznajemy całą przeszłość tego człowieka, która jest niezwykle barwna. Jeżeli chodzi o historię Kamal, to sprawa ma się trochę inaczej. Całe tło zostanie nam opowiedziane wcześniej, ponieważ Wojciech Jagielski ma kontakt z dziennikarką, matką Kamal (kiedyś Kamili), która winą za wyjazd córki obarcza reportaże, które napisał. Kiedy w końcu dojdzie do spotkania z Kamal, autor nie będzie potrafił do końca zrozumieć jej nowego życia i toku myślenia, to dlatego z pomocą w dopisaniu jej historii przyszła żona pana Jagielskiego, Grażyna.

Książka Na wschód od zachodu bardzo nienachalnie przekaże nam kilka gorzkich prawd o naszym świecie. Poznamy w niej ludzi, którzy zapragnęli uciec od konsumpcjonizmu, ciągłej pogoni za pieniądzem, karierą. Takich, którzy postanowili poszukać prawdziwej wolności. A gdzie najlepiej zacząć szukać, jeśli nie na Dalekim Wschodzie? To tutaj mogli się przenieść i żyć niemal za grosze, poznawać ludzi podobnych sobie, oddawać się medytacjom i odetchnąć od zachodniego kultu pieniądza. Bardzo ciekawy wydaje się tutaj fakt, jak wiele się zmieniło przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Kiedy Święty przyjechał do Indii życie niemal nic go nie kosztowało. Myślał, że znalazł swoje miejsce na Ziemi, czyli Goa. Podczas rozmowy z Jagielskim, mówi jednak, że już nie chce tam wracać. Plaża, która przez wiele lat była schronieniem i niebiańskim miejscem dla hippisów, teraz przepełniona jest turystami, wybrzeże roi się od luksusowych hoteli, a dodatkowo mają tam miejsce śmiertelne w skutkach napaści - to zdecydowanie nie jest już raj, który sobie wymarzył. Ciekawym spostrzeżeniem jest to, że tak jak ludzie zachodu chcieli uciec od kultu pieniądza, tak ludzie wschodu pragną do niego dotrzeć. Czyli dochodzimy do wniosku, że człowiek zawsze szuka czegoś, czego mieć nie może, co nieosiągalne.

Pozostaję pod sporym wrażeniem, jak umiejętnie autor wplata fakty/informacje w swoją książkę. Co jakiś czas pojawią się wzmianki na temat polityki Indii, walk trwających w Afganistanie, różnych ludów zamieszkujących tamte ziemie, sporów o Kaszmir, rozłączenie Indii i Pakistanu, znanych osób, jak Dalajlama. Wydaje mi się, że dobrze się stało, że pierwszym przeczytanym przeze mnie reportażem okazał się ten o Indiach i hippisach (wcześniej autor pisał przede wszystkim o wojnie).

Wojciech Jagielski napisał reportaż o ludziach, którzy poszukują wolności. Takich, którzy gotowi są zostawić stare życie i odrodzić się na nowo. I takich, którzy potępiają kierunek, w którym zmierza świat Zachodu (a powoli, niestety też Wschodu). Czy udaje im się znaleźć to, czego poszukują? To już pozostawiam Wam do sprawdzenia. Polecam.

Moja ocena: 8/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka