poniedziałek, 29 listopada 2021

Co obejrzałam podczas American Film Festival 2021? (i co warto obejrzeć na edycji online)

Tegoroczna edycja American Film Festival odbyła się stacjonarnie we Wrocławiu między 9-tym a 14-tym listopada, a od 1-ego grudnia rozpocznie się wersja online. Wiele „dużych”, wysokobudżetowych i głośnych tytułów nie będzie dostępna w domowym zaciszu, ale w zamian można dorwać kilka świetnych, bardziej niszowych produkcji. Sama mam sprecyzowane tytuły na liście do obejrzenia, na czele z filmem, który zdobył główną nagrodę w sekcji American Docs, czyli Królową pracującą (historia dotyczy znanej z RuPaul's Drag Race Kashy Davis i ja naprawdę nie wiem jak mogłam to przeoczyć). Dodatkowo, na pewno chętnie obejrzę kolejne filmy z retrospektywy Jarmuscha i może dorzucę coś Idy Lupino, której twórczości również była poświęcona część programu. Zobaczymy na ile czas mi pozwoli. Chęci są, bo filmy, które widziałam w kinie naprawdę zrobiły dobre wrażenie, o czym poniżej możecie przeczytać. Dorzucam gratisowo opinię o The French Dispatch, który był w programie festiwalu, ale nie udało mi się wówczas na niego dotrzeć.

Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun (2021), reż. Wes Anderson

źródło

Jakbym miała wymienić kilku moich ulubionych reżyserów to Wes Anderson znalazłby się zapewne w takiej grupie. Co prawda nie widziałam wciąż Bottle Rocket, ale poza tym wszystkie jego długie metraże obejrzałam. Nadal nie jestem aż taką fanką jak moja siostra, która nawet pracę magisterską oparła na twórczości Andersona, ale uwielbiam jego podejście do kinematografii. Dlatego na nowy film czekałam z niecierpliwością.

Po śmierci Arthura Howitzera Juniora (Bill Murray), pochodzącego z Kansas, cenionego redaktora popularnego amerykańskiego magazynu „Kurier Francuski”, z siedzibą w Ennui-sur-Blasé we Francji, zespół redakcyjny zbiera się w celu napisania nekrologu. Wspomnienia o Howitzerze składają się na cztery opowieści: „Reporter na rowerze”, „Konkretne arcydzieło”, „Poprawki do manifestu” oraz „Prywatna jadalnia komisarza”. *

Naczytałam się przed seansem sporo narzekania na tego nowego Andersona, a od filmu dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam. Jeżeli chodzi o pomysły  na ujęcia, kolorystykę (tutaj zaskoczeniem okazała się spora ilość czarno-białych scen), rozwiązania scenograficzne, kostiumy, makijaż – to po prostu szczęka opada. Wes zrobił to ponownie i pokazał, że jest prawdziwym wizjonerem, a jego filmy od pierwszych ujęć krzyczą, że to właśnie dzieło tego reżysera. Charakterystyczne kadry, prowadzenie narracji z ciągłym puszczaniem oka do widza  wszystko to w jego filmach uwielbiam. I tutaj nie było inaczej. Tym razem całość podzielona jest na części, a każda reprezentuje inny artykuł z gazety „Kurier Francuski”. Pomysł świetnie się sprawdził, a dla mnie wszystkie epizody były interesujące i nie powiedziałabym, że któryś mocno odstaje w negatywny sposób od reszty. Chociaż ulubionym fragmentem zostało dla mnie Konkretne arcydzieło. Anderson oddaje hołd dla starego dziennikarstwa, kreuje pokręcone postaci, które chce się na ekranie oglądać. Scenariusz jest tak obszerny, że mam ochotę film obejrzeć jeszcze raz, żeby wyłapać to, co mi umknęło. Dodatkowo, oglądanie aktorów, którzy tak bawią się rolami to czysta przyjemność, w tej gwiazdorskiej obsadzie ciężko znaleźć słabsze ogniwo. Wszyscy tutaj są trochę oderwani od rzeczywistości, jak to u Andersona bywa, barwni i zagrani brawurowo. Często wydają się wyzbyci z emocji, niemal mechanicznie recytują kwestie, ale w tej konwencji się to sprawdza. Po prostu przyjemność z oglądania! I chociaż do mojego ulubionego filmu reżysera nie doskakuje, to nadal jest to właśnie coś, czego po Andersonie się spodziewałam.

C'mon C'mon (2021), reż. Mike Mills

źródło

Najnowsze dzieło Millsa, reżysera słynnych Debiutantów, to jeden z filmów, na które czekałam najbardziej. Zwiastun zapowiadał coś w moim stylu, estetycznie wpisujący się w gust, ale też zwiastujący wywołanie wzruszenia podczas seansu. A ja akurat wzruszam się na filmach raczej łatwo, więc mentalnie przygotowywałam się na zasmarkaną maseczkę. Niepotrzebnie.

Johnny (Joaquin Phoenix) to nowojorski singiel, który przemierza Amerykę z mikrofonem, pytając dzieciaki i młodzież o ich życie, marzenia, supermoce i plany na przyszłość. Po drodze reporter odwiedza mieszkającą w Los Angeles siostrę (Gaby Hoffmann), z którą nie rozmawiał od lat, a która teraz potrzebuje jego pomocy. Żeby wesprzeć ją w opiece nad dziewięcioletnim synkiem (Woody Norman), Johnny zabiera go ze sobą do Nowego Jorku. *

Od razu zaznaczę, że dla mnie najmocniejszą stroną filmu były właśnie te wspomniane w opisie wywiady. Biła z nich szczerość i naturalność, dzieci bez ogródek mówiły o tym czego oczekują od przyszłości, co je boli w zachowaniu dorosłych, co można zrobić, żeby poprawić nasz świat. W ogóle film C'mon C'mon fajnie mówi o wyrażaniu emocji, o tym jak dorośli tracą umiejętność szczerego mówienia o uczuciach, jak się wstydzą, jak krążą wokół tematu, zamiast mówić co im siedzi na wątrobie, tak jak dzieci potrafią to robić. Trudno także nie docenić tutaj pracy aktorskiej, Joaquin pokazuje swoje wrażliwe oblicze, grając intymnie i kameralnie, bazując na niuansach, co idealnie sprawdza się w tym filmie. Partneruje mu naturszczyk, który wlewa iskierkę życia w ten duet, dzięki czemu ma ta dwójka kilka scen, które są prawdziwymi perełkami. Co do kwestii technicznej, to jest naprawdę pięknie  czarno-białe zdjęcia sprawiają, że całość staje się jeszcze bardziej kameralna, ale zarazem lekko magiczna i to szare tło wygląda często po prostu wspaniale. Wszystkie te plusy mając na uwadze  uważam, że to naprawdę dobry film. Niestety, rozminął się ze mną emocjonalnie, nie złapał za rękę i nie poprowadził w życie wewnętrzne bohaterów, zostawił z boku i sprawił, że byłam widzem raczej słabo zaangażowanym. Momentami wręcz miałam wrażenie, że sceny wpadają trochę w pretensjonalny ton, co w połączeniu z czarno-białymi zdjęciami i monologami z offu zepsuły mi seans. Uważam jednak, że jeżeli ktoś się zaangażuje emocjonalnie w tę historię to będzie zachwycony C'mon C'mon i ma on szansę być dla wielu widzów najlepszym seansem roku. Dla mnie nie będzie, ale warto było go zobaczyć.

Inaczej niż w raju (1984), reż Jim Jarmusch (dostępny online)

źródło

Po seansie C'mon C'mon zastanawiałam się chwilę czy coś jest ze mną nie w porządku i czy nie za bardzo się czepiam. Później przyszła pora na ten film z początku kariery Jarmuscha i już wiedziałam, że to wszystko kwestia estetyki  tak jak z C'mon C'mon się rozjechałam emocjonalnie, tak z Jarmuschem złapałam flow od pierwszych scen.

Fabuła przedstawia w sposób linearny kilka epizodów z życia dwojga węgierskich imigrantów w USA. Młodego człowieka Willie (John Lurie), osiadłego już od pewnego czasu w Nowym Jorku i jego kuzynki Evy (Eszter Balint), która właśnie przybyła z Budapesztu, zatrzymując się u Williego w drodze do ciotki zamieszkałej w Clevland. Jest jeszcze przyjaciel Williego - Eddie (Richard Edson), jakby jego sobowtór, taki sam obibok i włóczęga. *

Przed filmem obejrzeliśmy krótką wiadomość wideo od reżysera, który pozdrowił festiwalową publiczność i opowiedział trochę o swojej miłości do kina, gdzie wspomniał, że dla niego filmy są najbliższe uczuciu śnienia. Kiedy wyszłam z seansu Inaczej niż w raju czułam, że jeżeli to był sen, to był on naprawdę cudowny. Już w założeniu Jarmusch bawi się ze znanym określeniem american dream. Imigranci przyjeżdżają do Ameryki marząc o wspaniałym życiu, do którego prowadzi prosta droga, bez większej ilości pracy. Często jednak kończą odkładając grosz do grosza i po prostu egzystując, jedzą odgrzewane obiady i oglądają nocne programy telewizyjne, czekając aż coś się zmieni. Eva wydaje się mieć zupełnie inne oczekiwania, to kobieta, która wyrwała się z Węgier i wystarczy jej praca w budce z hot dogami, jednocześnie jest osobą spontaniczną, gotowa jest rzucić wszystko i wyjechać na wycieczkę przez pół Stanów. Czy ta lekkoduszność jej się opłaci, musicie przekonać się sami. Jarmusch kreuje postaci, które są niejako oderwane od reszty społeczeństwa, tworzą swoje własne miejsce w kraju, a w tym odosobnieniu znajdują wspólny język. W Inaczej niż w raju sporo jest ciszy i niewypowiedzianych zdań, wiszących nad bohaterami, którzy wypalają wagony papierosów i często zawieszają wzrok gdzieś w przestrzeni, ale to wtedy rodzi się pewna nić porozumienia między nimi, buduje się ona po prostu samoistnie. Oglądało się to wspaniale, a przemycone elementy komediowe wyszły złociutko (ciotka z Węgier cudowna!).

Red Rocket (2021), reż. Sean Baker

źródło

Sean Baker to reżyser, który zupełnie mnie zaczarował filmem The Florida Project, czekałam zatem na efekty jego pracy nad kolejnym tytułem. Ubolewam, że nadal nie udało mi się obejrzeć jego debiutu, czyli Mandarynki, ale na jego nowy film musiałam wybrać się do kina.

Główny bohater filmu, były gwiazdor porno Mikey Saber (Simon Rex), wraca do dawnego domu w Teksasie i żony (Bree Elrod), z którą zapomniał się rozwieść. Choć nikt za nim nie tęsknił, w oczach kilku lokalnych chłopaków ciągle jest "kimś". Mikey, który z braku funduszy szybko zaczyna handlować trawką, wciąż zresztą wierzy, że gdzieś tam czeka na niego ogromna szansa. *

Film zaczyna się sceną podróży głównego bohatera, w rytm melodii Bye Bye Bye zespołu N'Sync, która w różnych momentach fabuły będzie się jeszcze pojawiać. Podróż tę odbywa Mikey Saber, postać, której poczynania śledzimy i która od pierwszych scen na ekranie roztacza nad widzami swój zwodniczy czar. Gada jak najęty, wygląda na człowieka sympatycznego, zabawnego, z dystansem do życia, wiele sytuacji przyjmuje na klatę i wciąż prze do przodu. Wraz z rozwojem fabuły zobaczymy jednak tę samą osobę w zupełnie innym świetle, gdzie wszystkie jego wady, które na początku uważaliśmy za mało istotne i trochę zabawne zaczną się wyolbrzymiać i sprawiać, że z bohatera, któremu kibicujemy, staje się wręcz antybohaterem. Zabieg ten wypadł świetnie, szczególnie że w rękach aktora, Simona Rexa, główny bohater zyskuje tyle charyzmy, że ciężko nie śledzić jego wzlotów i upadków z pełnym zaangażowaniem. Pomaga tutaj również nienachalny humor, cięte dialogi i niepowtarzalne zdjęcia. Baker ponownie świetnie umiejscawia bohaterów, tym razem na tle industrialnej okolicy teksańskiego miasteczka, w którym ludzie z marginesu społeczeństwa mogą zarobić tylko, jeżeli będą rozprowadzać narkotyki. Może Red Rocket wypada gorzej od The Florida Project, ale Sean Baker to reżyser, którego twórczość z przyjemnością będę śledzić.

Italian studies (2021), reż. Adam Leon (dostępny online) 

źródło

Na ten film, jak zapewne wielu innych widzów, wybrałam się ze względu na Vanessę Kirby w roli głównej. Przed samym festiwalem widziałam również go na jednej z list filmów, które warto na AFF obejrzeć, a spotkanie z twórcami po seansie uświadomiło mi ile rozmowa z reżyserem potrafi wnieść do opinii widza.

Maszerując przez nieznane ulice zatłoczonego Nowego Jorku, Alina (Vanessa Kirby) stopniowo poznaje samą siebie, ktoś ją przywołuje, ona myśli, że rozpoznaje kogoś innego, pojawiają się przebłyski pamięci i świadomości. *

Tyle jest ciepła, spontaniczności i młodzieńczej energii w nastoletniej części obsady, że trudno się podczas seansu nie uśmiechnąć. Są tutaj momenty, w których Italian studies zmienia się w dokument, gdzie młodzież bierze udział w wywiadach. To sceny bardzo autentyczne, naturalne, a ujęcia roześmianych twarzy młodych postaci sprawiają, że nie chcemy tych bohaterów opuszczać. Nic więc dziwnego, że i Kirby przyłącza się do tej nastoletniej ekipy. Sama będąc zagubioną w dużym mieście, gdzie nikt zdaje się nie zauważać jej problemu, odnajduje azyl wśród młodzieży. Po seansie była krótka sesja pytań z reżyserem i autorem zdjęć, podczas której jeden z widzów powiedział piękne zdanie. Nie zacytuje dosłownie, ale chodziło o to, że cudownie w filmie wybrzmiało to, że kiedy zagubiona Kirby szuka swojej tożsamości to trafia właśnie na grupę nastolatków, którzy sami są w swoim okresie buntu i poszukiwania przyszłej drogi. Świetna to była obserwacja. Film, chociaż momentami wydawał mi się zbyt pogmatwany i zagubiony, wart obejrzenia dla młodych zdolnych ludzi i nieoczywistej roli Kirby.

Różowe flamingi (1972), reż. John Waters

źródło

Johna Watersa pierwszy raz zobaczyłam na ekranie telewizora w siódmym sezonie RuPaul's Drag Race gdzie był członkiem jury. Wszyscy uczestnicy byli podekscytowani, wyglądało na to, że to głośne nazwisko, a głównym zadaniem odcinka było odegranie scenek inspirowanych twórczością reżysera. Kiedy usłyszałam, że Waters przyjeżdża do Wrocławia, a na AFF będzie sekcja poświęcona jego filmom ucieszyłam się niezmiernie. Później trochę poszperałam o konkretnych tytułach i przyznaję, ze zaczęłam się obawiać. Cóż, opinii najlepszych nie zbiera. Postanowiłam więc wybrać jeden film, na którym sprawdzę co to takiego.

Divine (Babs Johnson) i jej krewni chlubią się, że są najbardziej ohydną i plugawą rodziną, jaka obecnie stąpa po powierzchni ziemi. Pewnego dnia pojawia się jednak konkurencja, niejacy Connie (Link Stole) i Raymond Marble (David Lochary) twierdzą, że to im powinno przypadać to zaszczytne miano. *

Mam trzydzieści lat i najdziwniejszy seans w życiu za sobą  dzięki Waters! O filmie za dużo Wam nie powiem, bo to jazda bez trzymanki, obrzydliwa, wulgarna i niesamowicie wciągająca. Jeżeli to nie jest definicja kampu to nie wiem co nią jest. Było kilka scen, które potrafią zgorszyć, ale było też komediowe złoto (proces pod koniec filmu to karuzela śmiechu). Film nie dla wszystkich, ale na pewno niezapomniany to seans.

Lekcje języka (2021), reż. Natalie Morales (dostępny online)

źródło

Filmy, które powstały w czasie pandemii miewają się różnie, a takie, które w całości nagrane są kamerką w telefonie czy laptopie mają jeszcze bardziej utrudnione zadanie  utrzymać uwagę widza podczas seansu, mimo braku scen akcji.

Adam (Mark Duplass) prowadzi uporządkowane życie do czasu, kiedy pewnego dnia otrzymuje nietypowy prezent – kurs języka hiszpańskiego on-line. Początkowo niechętny nowym obowiązkom, z czasem uzależni się od spotkań ze swoją nauczycielką – Cariño (Natalie Morales) i zrozumie, że nauka płynąca z zajęć, wykracza daleko poza program. *

Lekcje języka to taki niepozorny film, który ze sceny na scenę coraz bardziej się lubi. Jest w nim sporo dramatycznych sytuacji, bohaterowie znajdą się w nieciekawych miejscach w swoim życiu, ale Morales w Lekcjach języka skupia się na czymś kompletnie innym. To przede wszystkim seans pełen ciepła, który pokazuje, że życie potrafi dać w kość, ale przyjaciele to nasze jasne światełko w tunelu. Dzięki sile wsparcia potrafimy wychodzić z traum, kładąc niepewny krok za krokiem. Jakimś magicznym sposobem oglądanie dwóch osób rozmawiających na Zoomie nam się nie nudzi, ich rozmowy sprawiają, że się uśmiechamy i nie chcemy przerywać podglądania tych zwierzeń. Może momentami się angażujemy w mniejszym stopniu, ale całościowo ten film to ciepła perełka, świetnie zagrana, sprawnie napisana (to nie jest łatwa rzecz, kiedy scenariusz skupia się na internetowych rozmowach) i zostawiająca widza z nadzieją na lepsze jutro.

Córka (2021), reż. Maggie Gyllenhaal

źródło

Debiutu reżyserskiego Maggie Gyllenhaal wyczekiwałam szczególnie ze względu właśnie na reżyserkę. Lubię obserwować aktorki, które decydują się przenieść na krzesło reżysera, żeby przekonać się jak wygląda ich wrażliwość. W przypadku Grety Gerwig ta zmiana wypadła wspaniale, więc i za Gyllenhaal trzymałam mocno kciuki.

Leda (Olivia Colman) jedzie na wakacje, ale zamiast odpoczywać woli obserwować młodą mamę (Dakota Johnson), jej córkę i dziwaczną, agresywną rodzinę mieszkającą w różowej willi i terroryzującą całe miasteczko. Leda rozumie, przez co przechodzi fascynująca dziewczyna – wiele lat temu sama musiała walczyć o przetrwanie we własnym domu, gdzie jej córeczki domagały się od niej pełni uwagi, a mąż skupiał się na własnej karierze. *

Córka to przykład dramatu, który zdobył szczególne miejsce w moim sercu. Nie chcę zbyt wiele zdradzić, bo wydaje mi się, ze tajemnicza otoczka wokół fabuły sprawia, że seans jest jeszcze ciekawszy. Trzeba przyznać, że Maggie Gyllenhaal bardzo dobrze poradziła sobie z tematem przewodnim i teraz możemy spokojnie czekać na kolejne tytuły w jej reżyserskiej karierze. Temat macierzyństwa ujęty został z zupełnie innej strony i jest to prawdziwa uczta dla fanów kina, bo wciąż rzadko się taką perspektywę ogląda. Atmosfera filmu robi się na tyle gęsta, że oczekujemy ciągle na ten dramat z przeszłości, na tragiczną sytuację, coś, co odciska ślad na lata. Rozwiązanie tego oczekiwania jest cudowne. Brak tutaj jakiekolwiek rozliczania człowieka ze swoich czynów, oglądamy wydarzenia, które nie są od początku w daną stronę nacechowane, Gyllenhaal nie potępia i nie wychwala, pokazuje rzeczywistość. Pomysł na przenikanie przeszłości z teraźniejszością wypadł bardzo dobrze, a Jessie Buckley, grająca młodą Colman, ponownie pokazuje kawał świetnego aktorstwa (to aktorka, która grała w Może pora z tym skończyć, do zobaczenia na Netflix). Poza tym, oczywiście niesamowita Colman w roli głównej, która po prostu JEST na ekranie i to wystarcza, żeby trudno było oderwać od niej wzrok. To film, w którym kobiece twórczynie błyszczą, a ja jestem zdecydowanie na tak!

Oczy Tammy Faye (2021), reż. Michael Showalter

źródło

Doszłam ostatnio do wniosku, że po prostu nie przepadam za filmami biograficznymi. Czasami jakiś mi się spodoba bardziej, ale to nigdy nie będzie gatunek, który budziłby we mnie jakąś szczególną ekscytację. Zazwyczaj oglądam je dla popisów aktorskich i nie było inaczej w przypadku Oczu Tammy Faye.

Film przybliża niezwykłą historię sukcesów i niepowodzeń telewizyjnej ewangelistki Tammy Faye Bakker (Jessica Chastain). W latach 70. i 80. ubiegłego stulecia Tammy Faye i jej mąż Jim Bakker (Andrew Garfield) zbudowali od podstaw największą na świecie religijną sieć medialną oraz chrześcijański park rozrywki. *

Na Oczy Tammy Faye szłam jedynie dla Jessici Chastain, a nazwisko z tytułu nic mi nie mówiło. Wydaje mi się, że to podziałało na plus odbioru, bo zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, przez co fabuła miała większą szansę, żeby mnie zainteresować. Od samego początku wyczuwamy, że całość jest mocno cukierkowa i kiczowata, a jeżeli taki był zamysł twórców to wyszło im bardzo dobrze. Już podczas pierwszych scen możemy zauważyć, że aktorzy trochę prześmiewczo grają te postacie, jakby one same siebie kreowały, nakładając maskę przed każdym, aż wreszcie taka maska gdzieś na człowieku zostaje. Sam film kojarzy mi się z takim dobrym tytułem na towarzysza niedzielnego obiadu, który warto obejrzeć ewentualnie ze względu na dwie rzeczy. Pierwsza to sama historia, jeżeli tak jak ja nie byliście jej świadomi. Druga to oczywiście Jessica Chastain, która ten film ciągnie do góry, ile tylko sił aktorskich jej wystarczy. Jest w tym trochę przesady, ale jakoś to się wszystko zgadza. Czego nie można powiedzieć o Garfieldzie, który wypada zupełnie blado, może właśnie na tle tej mocnej roli tytułowej. Podsumowując, to taki średniak, może mnie nie odrzucił, ale też nie przekonał.

Odkupienie (2021), reż. Fran Kranz (dostępny online)

źródło

To jeden z filmów, na który bilet kupiłam przez polecenie na którymś z filmowych portali. Nie wiedziałam o nim nic i chyba to sprawiło, że tym więcej przyjemności wyciągnęłam z oglądania.

Dwa małżeństwa spotykają się pewnego dnia w przykościelnej sali konferencyjnej. Nie od początku wiadomo, jaki jest cel spotkania. *

W tym przypadku radziłabym Wam również nie czytać nic o fabule przed seansem. Jeżeli lubicie powolne filmy, które przypominają sztukę teatralną to po prostu będzie coś dla Was. Dwie pary spotykają się, żeby porozmawiać o traumatycznym wydarzeniu z przeszłości. Nic nie wiedząc o tej historii, miałam kilka pomysłów co się mogło stać, zanim zostało to wyjawione. Świetnie budowana jest atmosfera, która zaczyna gęstnieć dopiero po dobrych kilkudziesięciu minutach seansu. Aktorzy mieli bardzo trudne zadanie, ze względu na ciężką tematykę i teatralną formę. To też dzięki nim tak dobrze ogląda się ten film, który polega tylko na rozmowie, w której wszyscy czekamy na przełamanie i tytułowe odkupienie. I chociaż to zapewne nie jest film dla każdego, to jeżeli nie przeszkadza Wam oglądanie ponad godzinnej rozmowy i brak scen akcji, koniecznie sprawdźcie go na edycji online.

Nowicjuszka (2021), reż. Lauren Hadaway

źródło

Ostatni film, jaki udało mi się obejrzeć na festiwalu to Nowicjuszka, który wylądował w moim koszyku z nieznanego mi powodu. Może po prostu był to odpowiedni termin w kalendarzu, a może przekonała mnie Isabelle Fuhrman w roli głównej. Nieważne co to było, cieszę się że się na niego wybrałam.

Studentka pierwszego roku (Isabelle Fuhrman) dołącza do uniwersyteckiej drużyny wioślarskiej i podejmuje obsesyjną, fizyczną i psychiczną walkę, aby bez względu na koszty zostać mistrzynią. *

W niedzielny wieczór już trochę nie miałam siły na oglądanie, po seansie Odkupienia wyszłam cała zasmarkana i zmęczona. Jednak coś w Nowicjuszce sprawiło, że szybko zaangażowałam się w tę historię. Główna bohaterka uwielbia niezdrową rywalizację, taką w której stawia sobie niemal niedoścignione cele i później poświęca wszystko, żeby je zrealizować. Było coś przerażającego i fascynującego w tej postaci, której autodestrukcyjne zapędy doprowadzały do okropnych sytuacji. Jednocześnie warto tutaj docenić wybranie sportu, który nie jest często portretowany w kinie, a okazał się świetnym tłem dla tej człowieczej walki samego z sobą. Kolejnymi atutami są także mroczne ujęcia, dynamiczny montaż i cudowna rola główna w wykonaniu Isabelle Fuhrman, aktorki znanej chociażby z pierwszej części Igrzysk śmierci. Naprawdę dobry seans.


* wszystkie opisy pochodzą z filmweb.pl

poniedziałek, 22 listopada 2021

„Książka o przyjaźni” Maciej Marcisz – ewolucja pewnej przyjaźni

Książka o przyjaźni
Maciej Marcisz

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: W.A.B.

- To przecież będzie pogrzeb przyjaźni – odpowiedziała i uśmiechnęła się jak jakieś zwariowane zwierzątko.
 

Opis wydawcy

Kasia, Michał i Dorota znają się od zawsze. Ich przyjaźń przetrwała kilkanaście lat, przeprowadzki do odległych miast, a nawet coraz bardziej rozjeżdżające się życiowe drogi. Gdy jednak skrzętnie skrywana tajemnica wycieka na grupowym czacie, los relacji zaczyna wisieć na włosku. Czy należy walczyć o marniejącą przyjaźń przez wzgląd na stare dobre czasy? A może pewnym rzeczom należy pozwolić umrzeć? Czy nasi rodzice mieli rację mówiąc, że w pewnym wieku prawdziwych przyjaciół policzymy na palcach jednej ręki?


Moja recenzja

Przyjaźń to temat, który często pojawia się w powieściach gdzieś na drugim planie, wydaje się, że w wielu przypadkach traktowany jest po macoszemu. Natomiast na co dzień to nieodłączny punkt naszego życia – czujemy potrzebę otaczania się ludźmi, którzy nas zrozumieją i na których możemy liczyć w trudnych chwilach. Maciej Marcisz postanowił swoją najnowszą powieść napisać właśnie na ten temat. Wielu czytelników czekało na tę książkę po przeczytaniu debiutu autora, czyli Taśm rodzinnych, które zebrały bardzo dobre opinie. Ja poprzedniego tytułu nie czytałam, więc Książka o przyjaźni jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością Marcisza.

Początek książki przedstawia trójkę głównych bohaterów w dość trudnym momencie ich życia, co zwięźle sygnalizuje nam, jak będzie wyglądać przyszłość ich relacji. W kolejnym rozdziale cofamy się już w czasie i będziemy obserwować początki przyjaźni – Kasia, Michał i Dorota poznają się w liceum, a ich znajomość rodzi się niespodziewanie, szczególnie że na pierwszy rzut oka wydaje się, iż niewiele te postaci łączy. Ich więzi się rozwijają i utrwalają przez lata nauki w szkole średniej. Czytelnicy są świadkami ich rozmów o literaturze, urywania się ze szkoły, a także momentów, w których mogą na sobie wzajemnie polegać, mogą się podzielić przemyśleniami i bolączkami.

Pomysł na rozpoczęcie powieści od sytuacji konfliktowej dobrze się sprawdził  obserwujemy spięcie, a później wracamy do korzeni, momentu, w którym przyjaźń zaczęła się formować. Przez to, że znamy już punkt kulminacyjny to obserwowanie tej historii nabiera rumieńców i czytelnik trochę poszukuje różnic między bohaterami, potencjalnych punktów zapalnych. Same sylwetki bohaterów są bardzo dobrze nakreślone, Marcisz zdecydowanie ma pióro lekkie, a jego talent do obserwacji codzienności robi wrażenie. Potrafił sprawnie nakreślić tło dla każdego poznanego bohatera, co pomogło zrozumieć ich motywacje i cele.

Książka o przyjaźni przyniesie czytelnikowi uczucie nostalgii, pozwoli przypomnieć sobie czasy kiedy to zawiązywaliśmy pierwsze znajomości, próbując znaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Pokaże nam także, że jako ludzie wciąż ewoluujemy i się uczymy czegoś więcej o sobie samym, o tym, czego w naszym życiu potrzeba, a co jest nam zbędne. Dlatego lista osób, którymi się otaczamy ulega zmianie na przestrzeni lat. Są jednak takie znajomości, które przetrwają próbę czasu. I chociaż wiele jest w tej powieści ciekawych obserwacji, dobrze oddany jest duch przeszłych czasów, to przyznaję, że mojego serca czytelniczego pan Marcisz nie podbił. Miałam wrażenie, że wydarzenia płyną trochę obok czytelnika, a z bohaterami nie potrafiłam złapać wspólnego rytmu. Po prostu gdzieś się emocjonalnie rozjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że chętnie sięgnę po poprzednią książkę autora.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.

piątek, 12 listopada 2021

„Obsesja piękna” Renee Engeln – książka, którą każda kobieta powinna przeczytać

Obsesja piękna
dr Renee Engeln

Gatunek: poradnik
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: W.A.B.

Życie kobiet wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby wykorzystały energię i troskę, jakie poświęcają swemu wyglądowi, aby uczynić świat lepszym. 
 

Opis wydawcy

Obrazy szczupłych kobiet o doskonałej cerze i lśniących włosach towarzyszą nam od najmłodszych lat. Bywa, że nawet pięcioletnie dziewczynki świadomie kontrolują swoją wagę. Renee Engeln w swojej przełomowej książce „Obsesja piękna” wyjaśnia, jak ciągłe monitorowanie własnego wyglądu – tak powszechne w czasach Facebooka i Instagrama – negatywnie wpływa na życie kobiet i podkopuje ich zdrowie, dobre samopoczucie i finanse. Podprogowe nękanie doskonałym wizerunkiem powoduje u kobiet depresję, redukuje ich ambicje, obniża zdolności poznawcze, wywołuje lęk przed naturalnym procesem starzenia się, a także zaburzenia w odżywianiu. Walka z potęgą mediów jest z założenia nierówna. Nie jesteśmy jednak całkiem bezradni. Dzięki tej książce nauczymy się, jak porzucić krzywdzące schematy myślenia, zmienić sposób postrzegania swojego ciała, odwrócić się od lustra i zamiast się w nim przeglądać – zacząć działać.  


Moja recenzja

Zdarzyło Wam się rozważać czy warto wyjść na imprezę/spotkanie z przyjaciółmi, bo pojawił się nowy wyprysk na twarzy bądź fałdka na ciele, przez co czułyście się nieatrakcyjnie? Czy widząc zdjęcia w mediach społecznościowych bądź oglądając reklamy porównujecie się do widzianych postaci? Dużo czasu i pieniędzy poświęcacie na kwestie związane z wyglądem? Jeżeli na jakiekolwiek pytanie odpowiedź brzmi: tak, to nie jesteście same. Większość kobiet zostaje dotknięta obsesją piękna, nawet jeżeli nie jest tego świadoma, a poradnik doktor Engeln pokaże nam, że we współczesnych czasach to zjawisko nadal ma się świetnie.

Muszę przyznać, że sama wiele z opisanych w książce sytuacji znałam ze swojego życia, przykładowo to katowanie się zdjęciami innych, porównywanie się i wstyd przez to, że tak daleko się ma do ideału urody. W ostatnich latach staram się nad tym trochę pracować, zauważam, że wiele z moich czarnych myśli nie prowadzi do niczego dobrego, a po prostu mocno psuje mi samopoczucie. Zatem warto te siły spędzane na męczeniu się skierować w inne miejsce. Po przeczytaniu Obsesji piękna widzę jednak, że jeszcze długa droga przede mną, ale jedno jest pewne – czuję się zmotywowana, żeby z tymi przeklętymi głosami w głowie walczyć.

Doktor Renee Engeln w swoim poradniku spełni główne założenie gatunku, czyli przekaże czytelniczkom kilka rad jak w świecie ogarniętym obsesją piękna z tymi szkodliwymi przekonaniami walczyć. W treści książki zostaną przedstawione wyniki wielu przeprowadzonych badań, które pomogą nam otworzyć oczy na mechanizmy współczesnego świata. Na początku dowiemy się, że już wśród najmłodszych dziewczynek największą obelgą jest „jesteś gruba i brzydka”, tak jakby to od urody był uzależniony cel naszego życia. I w ten sposób, cały czas słuchając o tym czy jesteśmy wystarczająco szczupłe, czy mamy filigranowe noski, czy nieskazitelną cerę ta obsesja zaczyna wpływać na nasze życie.

Osobiście nigdy nie myślałam, że mam jakiś większy problem z myśleniem o swojej urodzie, ale podczas lektury mogłam sobie przypomnieć przynajmniej kilka sytuacji, gdzie wygląd determinował moje zachowanie bądź nastrój w danym momencie. Przede wszystkim byłam zaskoczona, że tyle czasu poświęcamy kwestiom wizerunkowym, zamiast skupiać się na ważniejszych sprawach. Oczywiście, to nie jest nasza wina, wszystko wokół mówi nam, że powinniśmy zawsze wyglądać dobrze, niezależnie od sytuacji  w bikini na plaży bądź na ważnej prezentacji w pracy. Ale uderza to porównanie o ile mniejszą wagę do wyglądu przykładają mężczyźni, a co za tym idzie  o ile więcej czasu mają na samorozwój.

Możecie zatem zauważyć, że książka Obsesja piękna to bardzo potrzebna lektura, która wielu osobom pomoże pewne rzeczy zauważyć, innym utrwalić i pokazać drogę w przyszłość. Oprócz wyników licznych badań w książce poznamy punkt widzenia różnych bohaterek, które zgłosiły się do wywiadu z Renee Engeln. Uważam, że to zestawienie statystyki z rzeczywistymi odczuciami współczesnych kobiet sprawdziło się bardzo dobrze. Jedyne, do czego można się przyczepić, to że niektóre rzeczy wydawały się dość oczywiste bądź powtarzalne. Biorąc jednak pod uwagę, że książka powinna być również skierowana do osób zupełnie nieświadomych problemu, można ten mankament wybaczyć. Mnie Obsesja piękna otworzyła oczy na wiele spraw i liczę na to, że dzięki radom Renee Engeln będę mogła umniejszyć znaczenia tej obsesji w swoim otoczeniu. Już wiem, że będzie to trudna przeprawa, ale będę walczyć.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 1 listopada 2021

„Sielanki” George Saunders – satyrycznie o życiowych nieudacznikach



Sielanki

George Saunders

Gatunek: zbiór opowiadań
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 236
Wydawnictwo: Znak

'Jedni mają wszystko, a ja nie miałam nic. Dlaczego? Czemu tak wyszło?' Za każdym razem odpowiadam, że nie wiem. No bo nie wiem. 
 

Opis wydawcy

Tancerz erotyczny nawiedzany przez ducha zmarłej ze strachu ciotki, podejrzany coach udzielający światłych rad swoim wyznawcom, czy para neandertalczyków, zmuszanych do przejścia na wegetarianizm – na pozór zabawne opowieści pełne są wieloznaczności, niedopowiedzeń i zwrotów akcji.


Moja recenzja

Alternatywne rzeczywistości, powroty zza grobu, dziwaczne profesje, a przede wszystkim historie o ludziach, którzy utknęli w beznadziejnej sytuacji  to właśnie rzeczy, które możemy znaleźć w prozie George'a Saundersa. Pisarza, którego sama poznałam przy okazji lektury Lincoln w Bardo i bardzo chciałam przeczytać coś więcej. Padło na Sielanki, czyli zbiór jego wczesnych opowiadań, pierwszy raz wydanych dwadzieścia lat temu, ponieważ takie spojrzenie na początki zmagań pisarskich Saundersa wydał mi się niesamowicie kuszący.

W książce znajdziemy sześć opowiadań. Tytułowe Sielanki to najbardziej rozbudowane z nich, które przedstawia parę bohaterów, pracujących w osobliwym parku rozrywki  przez cały dzień grają postaci jaskiniowców, nie mogą odzywać się po angielsku, jedynie chrząkają, udają, że jedzą robaki, pilnują rozpalonego ogniska, a w ramach rozrywki tworzą malunki ścienne. Dostajemy również wgląd w ich życie prywatne, kiedy park się zamyka, a oni kontaktują się ze swoimi rodzinami za pomocą faksu. Ich codzienne problemy, przykładowo związane z chorobą w rodzinie, wpłynęły na przymus pracy właśnie w takich warunkach, gdzie firma wyzyskuje pracowników, płacąc im ochłapy, a nawet momentami głodząc zatrudnionych, żeby wymusić na nich pewne zachowania. Ciekawie tutaj wypada zestawienie tekstów, które są taką korpo-gadką (skupiającą się na powtarzaniu utartych frazesów) z niewyszukanymi przemyśleniami jaskiniowców. Finalnie, to gorzka historia o przetrwaniu i o tym, że nawet dobrzy ludzie, mogą zboczyć na mroczną ścieżkę w walce o rodzinę. 

źródło

Saunders najmocniejszy wydaje się kiedy miesza ze sobą świat rzeczywisty z wyimaginowanym, zahaczając o gatunek fantastyki, czyli dokładnie tak, jak to zrobił w nagrodzonym Nagrodą Bookera Lincolnie w Bardo. Dlatego moim zdaniem najlepszym opowiadaniem jest Morszczyn, w którym to rodzina tancerza erotycznego musi sobie radzić z powracającą zza grobu ciotką. Plan kobiety to wyciągnąć familię z beznadziejnej sytuacji finansowej. Sprawia to, że przez jakiś czas mamy wrażenie, że to taki anioł stróż, który przy użyciu magicznego pstryknięcia odmieni okropną egzystencję rodziny. Jak to się kończy, przekonać musicie się sami.

Z resztą opowiadań bywa różnie, niektóre były raczej skazane na szybkie zapomnienie, niektóre cenię za pomysł (poprowadzenie ostatniego tekstu o tytule Wodospad, kojarzył mi się ze strumieniem świadomości, jak w Ulisses Joyce'a), ale raczej niezbyt ze mną rezonowały. Co jednak muszę docenić to kunszt pisarski Saundersa, bo jego styl potrafi naprawdę zaskoczyć, szczególnie w przypadku tytułowych Sielanek, gdzie pozwala sobie na najwięcej, pokazując przykładowo jak bohaterowie nie radzą sobie z zasadami gramatyki.

Bardzo dobrze sprawdza się temat wspólny opowiadań z antologii. Każdy z bohaterów przedstawiony jest jako przegrany, nieudacznik, który jakoś próbuje poprawić swój stan. Postaci przyjmują kolejne ciosy od życia jakby było to coś normalnego, tak przyzwyczajone są do otaczającej ich beznadziei, że nie zaskakują ich abstrakcyjnie okropne sytuacje. Są wykorzystywani przez szefów, raz po raz rozczarowywani przez swoich bliskich, wykonują zawody, o których nie pomyślelibyśmy, że są nawet możliwe. I teraz, kiedy to zapisuję myślę sobie, że wszystkie te dziwne sytuacje są tak naprawdę bliskie współczesnym czasom. Zatem jeżeli jesteście chętni przeczytać ten zbiór opowiadań, ale w życiu akurat Wam się nie układa to może lepiej poczekać na lepsze dni, bo nawet jeżeli sytuacje bohaterów wydają się momentami tak abstrakcyjne, że aż zabawne, to wciąż jest to raczej śmiech przez łzy.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

środa, 27 października 2021

„Pewnego razu w Hollywood” Quentin Tarantino – jak reżyser sprawdził się jako powieściopisarz?

Pewnego razu w Hollywood
Quentin Tarantino

Gatunek: powieść
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Marginesy

Cliff nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak postąpiłaby Ameryka w przypadku wrogiego najazdu Rosjan, hitlerowców, Japończyków, Meksykanów, wikingów albo armii Aleksandra Wielkiego. Wiedział, jak zachowaliby się Amerykanie. Zesraliby się w gacie i zadzwonili po pieprzone gliny. A widząc, że policja nie tylko nie zamierza im pomóc, lecz wręcz wspiera okupantów, po krótkiej rozpaczy by się podporządkowali.

Opis wydawcy

Długo oczekiwane pierwsze dzieło fabularne Quentina Tarantino – jednocześnie zabawne, smakowite i brutalne – to nieustannie zaskakująca, czasem szokująca adaptacja jego nagrodzonego Oscarem filmu.


Moja recenzja

Quentin Tarantino to reżyser filmowy, którego nazwisko dobrze znają wszyscy fani kina, oczekujący z niecierpliwością na kolejne jego twórcze eksperymenty. To również człowiek, który najpierw był entuzjastą kinematografii, a dopiero później postanowił wiedzę o tej sztuce przekuć we własne tytuły. I zrobił to bardzo dobrze, łącząc różne nurty i pomysły, żeby finalnie stworzyć własny, niepowtarzalny styl, w którym trup ściele się gęsto, postaci często pokazują nam swoją mroczną stronę, a całość ogląda się z niegasnącą uwagą.

W zeszłym roku na ekranach kin zagościł dziewiąty film reżysera, Pewnego razu... w Hollywood, który przez niektórych został okrzyknięty arcydziełem, a niektórych rozczarował. Zapowiedzi wskazywały, że ważne miejsce w tej opowieści odegra historia grupy Mansona i ich ataku na dom Polańskiego. U Tarantino nic jednak nie jest takie oczywiste. Reżyser przez większość filmu pozwalał nam zaglądać do ówczesnego świata Hollywood, przede wszystkim skupiając się na postaciach dwóch kumpli: aktora westernów i jego kaskadera. Dla mnie tematyka okołofilmowa sprawdziła się w tym przypadku wspaniale, a Pewnego razu... w Hollywood zdecydowanie mnie zaczarowało. Kiedy dowiedziałam się, że reżyser wydaje tę historię w postaci książki to oczywiście chciałam ją przeczytać i dowiedzieć się jak Tarantino poradził sobie w nowym medium.

Zastanawiam się nad zasadnością napisania takiej powieści. W założeniu ma ona sens jeśli chcemy nadać historii pewnego kontekstu, rozwinąć jakieś wątki i rozbudować element, którego nie udało się przenieść na ekran kinowy. Jednak już po początkowych rozdziałach, jedna myśl boleśnie tłukła mi się po głowie – czytanie tej książki to jakby czytanie scenariusza przepisanego w formie powieści z notatkami reżyserskimi. Co, jako pewne doświadczenie obcowania z głową reżysera było dla mnie naprawdę ciekawe. Wręcz wyobrażałam sobie, że podczas reżyserowania danej sceny Tarantino rzucał Pittowi szerszy kontekst w postaci historii z przeszłości jego bohatera albo to, co powinno mu przechodzić przez myśl w danej chwili, tak żeby aktor w pełni mógł oddać sprawiedliwość granej postaci. Czy to jednak wystarczy na uzasadnienie powstania tej książki? Chyba nie.

Tarantino też w wielu miejscach rozpisuje się o świecie Hollywood, wymieniając nazwiska i tytuły, w których łatwo można się pogubić. Zapewne dlatego, że przeciętnemu czytelnikowi trudno jest ustalić które z nich istniały w rzeczywistości, a które są wymysłem autora w celu rozbudowania jego fikcyjnych postaci. Jednak trzeba przyznać, że sam klimat panujący wówczas w świecie twórców filmowych oddany był akuratnie, a wiele wstawek wypadło merytorycznie i interesująco. Przykładowo przedstawienie dorobku Polańskiego w wykonaniu Tarantino czytało się naprawdę dobrze.

Pewnego razu w Hollywood w wersji książkowej jest typową gratką dla super fanów reżysera, ale nie jest to coś, co wniesie nam powiew świeżości do znanej z filmu historii. Faktycznie, więcej dowiemy się o przeszłości bohaterów i okolicznościach, w jakich pracują, jednak nie jest to nic, czego byśmy potrzebowali po seansie filmu. Mnie osobiście niektóre momenty popsuły trochę wizerunek Tarantino, bo czytanie zdań, które mieli w głowie bohaterowie podczas poszczególnych scen często wzbudzały niesmak. Tak naprawdę już w filmach mamy tego zalążek, gdzie chociażby widać fascynację brutalnością czy wiele obliczy fetyszy reżysera, ale dopiero na kartach książki te opisy potrafiły odpychać. 

Autor posługuje się prostym stylem i finalnie wypada bardziej jako taki „opowiadacz historii” niż pisarz. Z tego wynika akurat jeden duży plus – książkę czyta się ekspresowo i ona naprawdę wciąga. Mimo tego, że już wcześniej znałam wydarzenia to wciąż oddawanie się lekturze było przyjemną odskocznią, która pozwoliła mi trochę oderwać się od codziennych obowiązków. Wydaje mi się, że w takiej rozrywkowej formie może się wielu osobom spodobać. Ja jednak bardziej polecam powrót do filmowego pierwowzoru.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy.

sobota, 23 października 2021

IV Opolski Maraton Teatralny, czyli jak miło spędzić kilka dni w teatrze

Macie czasami tak, że chętnie wybralibyście się do teatru w innym mieście, ale długa wyprawa na jeden spektakl wydaje się sporym przedsięwzięciem? Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu znalazł na to rozwiązanie. Organizując Maraton Teatralny, pozwolono widzom w cztery dni zobaczyć sześć spektakli, a wśród nich nowości repertuarowe. Dodatkowo, w ofercie biletowej znalazły się również karnety, dzięki czemu przy chęci zobaczenia kilku tytułów, widzowie otrzymali odpowiednią zniżkę. Aż żal z takiej okazji nie skorzystać.

Podjeżdżając pod budynek teatru trudno nie westchnąć z podziwu. Po przebudowie miejsce robi spore wrażenie, poczynając od zewnętrznego dziedzińca, a na ozdobionym neonami wnętrzu kończąc. Wydaje się, że to idealne spełnienie definicji miejsca insta-friendly. Jednak największym plusem wydaje się coś innego. Prawdziwą umiejętnością jest stworzyć kulturalne miejsce, które przyciągnie mieszkańców. Wygląda na to, że ekipa teatru robi dobrą robotę  w repertuarze sporo tytułów klasycznych (mamy Króla Leara, ale też Moralność pani Dulskiej), a dodatkowo twórcy często angażują mieszkańców Opola, dzięki czemu można mieć wrażenie, że mają oni faktyczny wpływ na działanie placówki. Już nie wspominając o tym, że we foyer teatru znajdziemy bar z pysznymi przekąskami i kawką  uwierzcie mi na słowo, że w tak pięknym wnętrzu można przesiadywać godzinami.

Z oferty Maratonu udało mi się wybrać na cztery z sześciu spektakli. Nie przedłużając, napiszę kilka słów o każdym z nich.


Kim jestem i kim chciałbym być?  „Amator 2020”, reż. Norbert Rakowski

Patrząc na tytuł pierwszego spektaklu automatycznie nasuwa nam się skojarzenie z filmem w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. I bardzo słusznie, bo na scenie będziemy oglądać właśnie przedłużenie fabuły Amatora, gdzie głównym bohaterem jest syn Filipa Mosza. W warstwie fabularnej sporo mamy też podobieństw do filmu, w którym Jerzy Stuhr zagrał rolę zapalonego filmowca-amatora. Jego syn ma stałą pracę, w której otrzymuje propozycję nakręcenia filmu, mającego być peanem na temat firmy i atmosfery w niej panującej. Bohater nie zgadza się na taki obrót rzeczy, decyduje się postawić w swoim dziele na prawdę i umieszcza na taśmie szarą rzeczywistość pracowników. Wciąż walczy z tym co się od niego oczekuje, a co uważa za słuszne. I ta jego walka świetnie jest zagrana przez Dariusza Chojnackiego.

Obserwujemy zatem, że wraz z zabytkową kamerą Filipa Mosza, przekazuje ojciec synowi fatum człowieka-artysty, który nie godzi się na półśrodki i szuka sposobu na pokazanie prawdy. Podczas natchnionego zgłębiania tematu i kwestionowania zasadności tworzonej sztuki, jego życiu rodzinnemu dostaje się rykoszetem. Te podobieństwa do produkcji Kieślowskiego sprawiły, że spektakl stracił trochę na oryginalności, szczególnie że człowiek automatycznie porównuje te dwa tytuły, a wiadomo   Kieślowski to Kieślowski, więc tłumaczyć nie ma potrzeby, który tytuł takie porównanie wygrywa.

Spektakl w reżyserii Norberta Rakowskiego zdecydowanie triumfuje w momentach połączenia teatru ze sztuką filmową. Jeszcze przed pojawieniem się na scenie aktorów, na ekranach oglądamy wywiady przeprowadzone z mieszkańcami miasta, w których odpowiadają na niewygodne pytania o to kim są i kim chcieliby być. Bije z tych monologów autentyczność, całość została umiejętnie zmontowana, a wybranie osób z różnych grup wiekowych pozwoliło otrzymać szerszą perspektywę. Jednak to nie koniec jeżeli chodzi o wideo wykorzystane w Amatorze 2020  w czasie trwania spektaklu otrzymamy przebitki na takie mini wywiady z poszczególnymi bohaterami i są to momenty, w których aktorzy naprawdę błyszczą. Dzięki tym mimowolnie wypowiadanym zdaniom, możemy się dowiedzieć więcej o postaciach i ich życiu, niż podczas oglądania ich na żywo na scenie. Zabieg ciekawy, ale przede wszystkim idealnie korespondujący z treścią.

Amator 2020 to dobry tytuł w repertuarze opolskiego teatru, który dość prosto mówi o marzeniach, o tym, żeby nie czekać i nie bać się ich spełniać, ale też o tym, że wszystko ma swoją cenę. Żałuję, że temat sztuczności we współczesnym świecie nie został mocniej eksplorowany, bo wydaje się, że tutaj tkwi prawdziwa kopalnia pomysłów. Trochę miała to symbolizować firma, w której pracuje główny bohater, ale ta wydaje się oderwana od rzeczywistości. Jest za to w Amatorze 2020 kilka mocnych dialogów, ciekawych pomysłów, a towarzyszenie Dariuszowi Chojnackiemu w jego podróży po prostu sprawia przyjemność.


Posłuchać drugiego człowieka  „bez tytułu 09/21”, reż. Anna Karasińska

Spektakl bez tytułu 09/21 był dla mnie największą niewiadomą festiwalu. Jest to praca warsztatowa, którą zdecydowano się przenieść na deski teatru, co wydaje się odważnym przedsięwzięciem, które może mieć bardzo różny finał. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać i przypuszczalnie dlatego odbieranie tego spektaklu okazało się najciekawszym doświadczeniem Maratonu.

Na scenę wchodzi szóstka osób, z czego dwie są etatowymi aktorami teatru, a cztery pozostałe zgłosiły się do udziału w warsztatowej pracy z reżyserką. Jedna z dziewczyn trzyma kartkę, z której po kolei występujący będą czytać swoje krótkie monologi. Gdyby ktoś opowiedział mi o formie, w której mam oglądać ludzi czytających z kartki, to zapewne stwierdziłabym, że to nie może zadziałać na scenie. Anna Karasińska udowodniła mi, że się mylę.

Jedną rzecz trzeba ustalić od początku  to pewnie nie będzie spektakl dla każdego. Ten tytuł mocno widzów podzieli i wszystko rozbija się o to, po której stronie akurat Ty się znajdziesz. Dla mnie było to zdecydowanie magiczne doświadczenie, może dlatego, że sama w jakichś tam warsztatach teatralnych miałam przyjemność brać udział. Reżyserce udało się stworzyć na scenie atmosferę sympatii, wzajemnego wsparcia i wspólnoty. To, w jaki sposób aktorzy na siebie patrzyli, jak razem parli do przodu, przy akompaniamencie uśmiechu, a nawet wspierającego dotyku, było niesamowite. Może jedynie fakt powtarzalności zadania aktorskiego jest w stanie trochę zmęczyć, ale to raczej mała cena za takie przeżycie.

I to właśnie bez tytułu 09/21 muszę uznać za zaskoczenie Maratonu, bo ta prawda na scenie potrafi człowieka zwalić z nóg. Poszczególne teksty świetnie się balansują, momentami są mocno wzruszające (jak fragment o niedomagającym sercu), a później zabawne (adekwatne porównanie świnek z bajki o Peppie do suszarek). Najmocniej jednak zostaje z widzem to uczucie wsparcia, każdy z aktorów powtarzał po partnerze tekst z pełnym zrozumieniem i miłością. Dlatego zapewne reżyserka wspomina o inspiracji postacią matki, po której dziecko powtarza czynności, zapatrzone w nią jako swoją prekursorkę. Sprawdza się to na scenie, szczególnie autentycznie wybrzmiewa ze względu na zaangażowanie amatorów i jest to warsztat, który będę długo wspominać.

źródło


Kobiety przejmują Szekspira  „Król Lear”, reż. Anna Augustynowicz

Kiedy w repertuarze teatru pojawia się tytuł sztuki Szekspira, zawsze budzi ona zainteresowanie. Wybór takiej klasyki ciągnie za sobą również spore oczekiwania  jako że adaptacji powstało już całe mnóstwo, to nadal mamy nadzieję, że zobaczymy świeże spojrzenie i mimowolnie zastanawiamy się, co nas może jeszcze zaskoczyć. Wydaje mi się, że w kwestii nowego podejścia do tego tekstu Anna Augustynowicz spisała się bardzo dobrze.

Przyznaję, że sama miałam z tym spektaklem dziwną relację. Aktorzy wygłaszali swoje kwestie w stronę widowni, która przez większość czasu była podświetlona, niejako będąc częścią przedstawienia. Widzowie zatem mogą się poczuć trochę jak sędziowie oceniający zachowania poszczególnych postaci, które tłumaczą się ze swoich czynów i chwalą niecnymi pomysłami. W momencie kiedy Zbrojewicz (tytułowy Lear) schodzi ze sceny, to również nie znika za kulisami, a siada blisko widzów, niemal stając się obserwatorem teatru kobiet. Jednak to kierowanie tekstu Szekspira w kierunku widowni miało dla mnie problematyczny efekt uboczny  trudniej było mi zaangażować się w to, co działo się na scenie, słabiej zarysowane były relacje miedzy bohaterami, brakowało mi znaczących spojrzeń i kontaktu między nimi. To niemal marionetki, które chcą nas przekonać o swojej racji, a nie ludzie, którzy próbują rozwiązać sprawy rozmawiając ze sobą.

Pomysł obsadzenia kobiet we wszystkich rolach, oprócz tytułowego Leara, okazał się udany. Zaczynając od bardzo prozaicznej strony  statystycznie zainteresowanie teatrem częściej wykazują kobiety (chociażby patrząc na listę osób chętnych na dostanie się do szkół teatralnych), a jednak w tekstach dramatycznych częściej zobaczymy role męskie. W spektaklu wiele znaczeń mi zapewne umknęło, ale samo patrzenie na świetne kreacje aktorskie było pysznym doświadczeniem. W tym męskim, szekspirowskim świecie panie radzą sobie równie dobrze co panowie, knując, mordując i dążąc do władzy. Szczególnie intryguje moment, w którym dochodzi do kulminacyjnych wydarzeń, a siostry Goneryla i Regana zaczynają zapamiętale sprzeczać się o serce mężczyzny  nagle z zimnych i bezwzględnych zawodniczek przeobrażają się w bohaterki farsy, przesadnie walczące o miłość. W tym mrocznym świecie autor zdecydował się zniszczyć siłę bohaterek, poprzez uczuciowe zaangażowanie, które tutaj zostaje dosłownie wyśmiane.

Król Lear to na pewno tytuł, który dobrze poradzi sobie w repertuarze teatru. Klasyczny tekst w przekładzie Barańczaka, w adaptacji Anny Augustynowicz sprawdzi się i jako sposób na spędzenie jesiennego wieczora, i jako punkt zapalny do dyskusji na temat patriarchatu. Chociaż niektórym, tak jak i mnie, zabraknie zaangażowania się w historię bohaterów. Obsada za to robi spore wrażenie i tutaj szczególnie wyróżnić muszę Weronikę Krystek w roli Błazna i Judytę Paradzińską w roli Gloucestera, bo to prawdziwie hipnotyzujące kreacje. Prosta scenografia, świetne kostiumy i przemyślana gama kolorystyczna tworzą mroczny klimat, gdzie nawet krew ma czarny kolor. Fani Szekspira nie powinni być zawiedzeni tym nowym spojrzeniem na klasykę.


Trzydziestolatkowie poszukują  „Coś pomiędzy”, reż. Tomasz Cymerman

W ostatni dzień Maratonu widzowie zostali zaproszeni na salę nazywaną w opolskim teatrze Bunkrem. Przestrzeń, która wspaniale zostaje wypełniona przez twórców spektaklu Coś pomiędzy. Na środku krucha konstrukcja ze starych mebli ułożonych aż po sufit, za łóżko służą dwa niedbale rzucone w kącie materace, wokół kilka kamer, monitorów, mikrofonów i instrumentów, a po trzech stronach sceny ustawione miejsca dla widowni. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że źle wybrane krzesło będzie skutkować trudnością w oglądaniu akcji spektaklu, jednak szybko się przekonujemy w jaki sposób artyści sobie z tym poradzili – łącząc teatr z wyświetlanymi na małych ekranach wideo relacjami.

W momencie kiedy widzowie zajęci są zajmowaniem miejsc po scenie spaceruje Jan, chłopak z gitarą, który szuka inspiracji i śpiewa improwizowaną piosenkę. Po chwili pojawia się też jego partnera, An, wracająca z kolejnej nieudanej wizyty w urzędzie pracy. Widzowie będą mogli podejrzeć siedem dni z codzienności tej dwójki, która spala się twórczo nad filmem, mającym być czymś odkrywczym, oryginalnym, po prostu dziełem ich wspólnego życia.

Tematycznie jest to chyba najciekawszy dla mnie spektakl, w której dwójka trzydziestolatków miota się po scenie swojego życia, szukając jakiegoś sensu, omijając tematy trudne, skupiających się na sztuce i zrobieniu czegoś dużego, równocześnie zapominając o jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ich codzienność zbudowana jest na tak samo kruchych fundamentach, jak scenografia, wydaje się, że wyciagnięcie jednego fragmentu sprawi, że całość runie. Bohaterowie unikają obowiązków i olewają oczekiwania społeczeństwa, chowają się pod ogromną, bezpieczną kołdrą przed czyhającą gdzieś za rogiem rzeczywistością.

Spektakl ma świetną oprawę dźwiękową, to częściowo musical, w którym dla sporej ilości gatunków muzycznych znajdzie się miejsce. Aktorzy natomiast bardzo dobrze radzą sobie z wokalami, a i graniem na instrumentach. Oprócz tego często obsługują rozstawione strategicznie kamery, tworząc dla nas ciekawe obrazy, korespondujące z wydarzeniami na scenie. W ogóle nie przeszkadza, że czasami musimy zerknąć na monitor, żeby zobaczyć co dzieje się z drugiej strony scenografii. Co natomiast mi przeszkadzało w odbiorze całości, to osoby siedzące obok mnie, które cały spektakl rozmawiały, przez co nie udało mi się w pełni oddać uwagi artystom na scenie. Uważam też, że było w Coś pomiędzy ciut za dużo zabawy, a za mało zderzenia z rzeczywistością. Wydaje się, że taki właśnie był zamysł, żeby w momencie w którym spadają maski „artysty poszukującego” prace nad sztuką zakończyć, ale osobiście wolałabym dłuższe rozwiązanie akcji. Wciąż, jest to tytuł, który na pewno warto zobaczyć!




Kończąc, mogę tylko powiedzieć, że każdemu polecam wybranie się na taki Maraton Teatralny. To dobry sposób na nadrobienie spektakli, a przy okazji zwiedzenie tego niesamowitego miejsca i spędzenie kilku wieczorów na miłych pogawędkach o sztuce, za które dziękuję dziewczynom: Anna Fit, kulturalniecom, Kulturalna Pyra. Ja na pewno chętnie do Opola wrócę!

wtorek, 12 października 2021

Nie tacy znowu superbohaterowie – seriale „Invincible” i „The Boys” (Amazon Prime)

Mamy modę na filmy o superbohaterach  to stwierdzenie już chyba nikogo nie dziwi. Najwięksi fani gatunku potrafią w nieskończoność rozmawiać o tym czy lepsze są dzieła DC czy Marvela, rozważać kto jest najsilniejszym bohaterem, ekscytować się wchodzeniem w kolejną fazę MCU, wyszukiwać specjalne easter eggi w kolejnych filmach i spokojnie czekać na sceny po napisach. Sama lubię te filmy oglądać, chociaż do fanów pewnie mi daleko, raczej traktuje tego typu kino jako przyjemną i niezobowiązującą rozrywkę. Schematów w takich produkcjach jest co nie miara, origin story każdego kolejnego superbohatera wygląda podobnie do jego poprzedników, antagoniści często mają niedostatecznie zbudowane podstawy i o wiele za często skupiają się na chęci zdobycia władzy nad światem. Twórcy próbują nad tymi kulejącymi elementami pracować, co na pewno zachęca do dalszego śledzenia poczynań gatunku. Jedyne co pozostaje niezmienne – nieważne czy historia jest oklepana czy skręca w bardziej oryginalną ścieżkę  wciąż po seansie widzowie wychodzą z kina z uczuciem uwielbienia czy też podziwu dla pozytywnego superbohatera z nadnaturalnymi mocami (nie mówię tutaj o origin story antagonistów, bo to trochę inna bajka). Dlatego tak bardzo doceniam dwa tytuły, do których dzisiaj postaram się Was przekonać.



Invincible (2021-)

sezony: 1

źródło

Na pierwszy ogień pozachwycam się tą szaloną animacją, do której scenariusz powstał na podstawie komiksu o tym samym tytule autorstwa Roberta Kirkmana (co ciekawe, autora słynnego The Walking Dead), którą obejrzeć możecie na Amazon Prime. Właściwie włączyłam ją dlatego, że po prostu lubię oglądać wszelakie baje o superbohaterach, czy tam w klimatach nadprzyrodzonych (w końcu kocham Smoczego księcia czy She-rę, mimo że jestem pewnie sporo za stara na tego typu tytuły). I chyba dlatego przeżyłam to cudowne zauroczenie Invincible, bo wcześniej zupełnie nic o animacji nie wiedziałam. Może od razu zaznaczę, że jeżeli to wprowadzenie wystarczy, to nie czytajcie dalej, tylko bierzcie się za oglądanie, bo wtedy przyjmuje się serial najlepiej.

Z opisu wynika, że Invincible będzie kolejnym origin story superbohatera. Głównym protagonistą jest tutaj Mark Grayson (mówiący głosem Stevena Yeuna, którego możemy znać chociażby z „Minari”). Siedemnastolatek w końcu zaczyna przejawiać supermoce i może zacząć trening pod czujnym okiem swojego ojca, najsłynniejszego obrońcy Ziemi, Omni-Mana (tutaj głosu użycza cudowny J.K. Simmons). No i z taką wiedzą człowiek ogląda sobie spokojnie pierwszy odcinek. Na początku dostajemy wszystko, czego byśmy oczekiwali: nastolatka z ambicjami do ratowania świata, ale borykającego się z typowymi dla wieku bolączkami, zdarzy mu się wdać w bójkę w szkole, zauroczy się dziewczyną ze swojego liceum, będzie się kłócił z rodzicami. Wszelkie podstawy gatunku coming-of-age zostaną tutaj odhaczone. I wtedy, pod koniec pierwszego odcinka, dostajemy niezłą bombę! Nagle nasze myślenie o serialu ulega zmianie, wiemy już, że to serial skierowany raczej do dorosłego widza i niekoniecznie to będzie standardowa historia dorastania kolejnego superbohatera.

Świetnie sprawdza się tutaj taka klasyczna kreska, animacja jest dynamiczna i pełna kolorów, daleko jej do mrocznego klimatu The Boys. Jednocześnie w tych jasnych i wyraźnych barwach tym mocniej oddziałują sceny brutalne, w świetle dnia okrutna śmierć potrafi zostawić człowieka w szoku. W ogóle zaskoczenia to mocny atut Invincible. Często się zastanawiamy po której stronie stoi dana osoba i czy jest opcja, że tę stronę zmieni. I nic tutaj nie jest pewne. Przede wszystkim jednak, Invincible to masa dobrej zabawy w świecie superbohaterów, na której trudno się nudzić.


The Boys (2019-)

sezony: 2

źródło

Z tytułem The Boys historia jest zupełnie inna. O nim po premierze było bardzo głośno w serialowym świecie i opowiadano o nim w samych superlatywach. Powstał na podstawie komiksów stworzonych przez Garth Ennis i Daricka Robertsona. Patrząc na zdjęcia i materiały promocyjne, wiedziałam że to może być serial dla mnie, ale wciąż nie mogłam się przemóc, żeby włączyć pierwszy odcinek. Chyba trochę bałam się, że będzie to mroczny i po prostu cięższy kawałek „rozrywkowej” telewizji. I cóż, taki właśnie był.

The Boys prezentuje wszystko to, czego fani produkcji o superbohaterach oczekują. Grupa postaci z super mocami, zwana Siódemką składa się z Maeve, wojowniczki mocno przypominającej Wonder Women, superszybkiego A-Traina, rozmawiającego z rybami The Deep, a na czele stoi Homelander, który jest takim połączeniem Kapitana Ameryki z Supermanem. Odziany w patriotyczne barwy, strzelający laserami z oczu, niepokonany blondas z uśmiechem i wciąż powielanym zdaniem: „Zapomnijcie o nas, to WY jesteście prawdziwymi bohaterami”. Jak szybko się przekonujemy, nasi superbohaterowie tak naprawdę są skorumpowani i brutalni, działają ponad prawem i wszystkie haniebne czyny uchodzą im płazem. Przykład: A-train pędząc przez miasto przebiega przez Robin, po której zostają jedynie ręce. Ręce, które w chwili śmierci trzymał jej partner, Hughie. I to właśnie to wydarzenie wprawi w ruch fabułę, bo Hughie w ramach zemsty zapragnie zrzucić supków z piedestału.

Wydaje mi się, że jeżeli miałabym wskazać na największy plus serialu to byliby to główni bohaterowie. Dawno nie widziałam na ekranie tak cudownie pokręconej postaci jak Homelander. Bohater, który jest uwielbiany przez tłumy, taki obrazek największego patrioty, a pod spodem ma tyle brudu, że ciężko go za tę grę przed kamerami nie kochać. Serio, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale na tę postać chce się patrzyć, mimo że za każdym razem powtarzam sobie, jaki to on jest nienormalny. Ekscytuje każda scena z jego udziałem, kocham jak jest zagrany, kocham jak jest rozpisany. Naprawdę to główny antagonista serialu, a ja mam nadzieję, że zostanie z nami jak najdłużej. Z drugiej strony mamy też Butchera, z którym niby sympatyzujemy, ale który też ma swoje za uszami. Jednak jego sposób bycia i zaangażowanie sprawiają, że świetnie sprawdza się jako przeciwnik Homelandera. Oprócz nich trudno nie polubić Frenchiego i tajemniczej supki, która dołącza do chłopaków. Niestety, rozczarowuje pociągnięcie wątku Hughiego i Starlight, po kilku odcinkach ich sceny zaczynają być mdłe i w drugim sezonie zdecydowanie obniżają poziom całości. Podsumowując, jest to tego typu serial, w którym kochamy jedne sceny, a rozczarowujemy się innymi, przede wszystkim z powodu występujących w danym epizodzie bohaterów.


Oba seriale wprowadzają powiew świeżości do gatunku produkcji o superbohaterach i chociaż wiele pomysłów mają podobnych, to wykonanie już mocno się różni. Brutalność jest na podobnym poziomie, sama właściwie za gore w ogóle nie przepadam, ale w przypadku tych dwóch seriali przymykam oko na ten przesadzony rozlew krwi. Wydaje mi się, że The Boys uderza jednak mocniej, bo to w końcu live-action, a nie animacja, ale pomysły w Invincible na powalenie przeciwnika też potrafią mocno wstrząsnąć. W kwestii postaci to The Boys może pochwalić się wspaniałymi głównymi bohaterami, ale wielu pobocznych jest nijakich, szczególnie ten wspomniany pomysł na poprowadzenie wątku Hughie i Starlight, który szybko się wytraca. Natomiast w Invincible brakuje słabych ogniw, nieważne czy mówimy o głównych bohaterach, czy osobach zupełnie pobocznych, a dodatkowo sporo jest tutaj postaci typowo komediowych. Oba seriale spełniają nadal funkcję „rozrywkową”, przepełnione są akcją i posługują się humorem (ten w The Boys jest o wiele bardziej mroczny, natomiast w Invincible dużo lżejszy, skupiający się na kreowaniu bohaterów, jak bliźniaków, kłócących się o to, kto jest czyim klonem). Innym ciekawym punktem wspólnym jest podejście do superbohaterów we współczesnym świecie, przepełnionym zachwytem nad mediami społecznościowymi. W tym wypadku o wiele głębiej temat eksploruje The Boys, w którym kilka memów potrafi zmienić miejsce supka w rankingu.

Jeżeli miałabym wybrać tylko jeden z tych tytułów, to mi bliżej do Invincible, przez to że oprócz rozważań na temat osób posiadających zbyt dużą władzę niż reszta społeczeństwa, jest także bardzo bliski codziennym rozterkom. Mark przechodzi kryzys tożsamości, musi zdecydować jakim człowiekiem chce zostać, a na dodatek ma niezwykle ciekawe relacje z rodzicami i równieśnikami. Oprócz tego oczywiście, całość jest dla mnie łatwiej przyswajalna niż na siłę mroczni The Boys. Chociaż zaznaczam, że na pewno będę kontynuować przygodę z obydwoma tytułami. I jeżeli czyta to jakiś fan DC czy Marvela  Was najserdeczniej zachęcam do zapoznania się z tymi serialami.

sobota, 25 września 2021

„Dziesięć Żelaznych Strzał” Sam Sykes – obsesja na punkcie zemsty

*Dziesięć Żelaznych Strzał*
Sam Sykes

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Ten Arrows of Iron
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2021
*Liczba stron:* 720
*Wydawnictwo:* Rebis

Przychodzisz na ten świat z imieniem i niczym więcej. Całą resztę, pieniądze, krew, kochających cię ludzi, zdobywasz. - Podniosła szkło, zapatrzyła się w nie. - I tracisz.


*Krótko o fabule:*
Sal Kakofonia – znajdująca się w mniejszości przestępczyni, wyrzutek – nisz-czy wszystko, co kocha. Wobec tego, że jej kochanka zaginęła, a ona pozostawiła za sobą spalone miasta, została jej tylko magiczna broń i nieokiełznane dążenie do wywarcia zemsty na tych, którzy skradli jej moc i odebrali niebo.Kiedy łajdacki wysłannik tajemni-czego zleceniodawcy daje jej szansę uczestniczenia w kradzieży źródła niewyobrażalnej mocy ze słynnej floty okrętów powietrznych, Dziesięciu Strzał, Sal znajduje nowy cel. Jednak intryga zmierzająca do uratowania świata za sprawą obalenia imperiów szybko eskaluje w spisek magii i odwetu, który grozi spaleniem na popiół wszystkiego, łącznie z nią samą.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*

Pierwszą część cyklu Śmierć Imperiów czytałam niemal dokładnie rok temu (recenzję znajdziecie tutaj).  Kiedy dostałam propozycję poznania dalszych losów bezwzględnej Sal Kakofonii, to z chęcią ją przyjęłam. Czułam, że to dobry moment na powrót do takiej niewymagającej, typowo rozrywkowej lektury.

W Siedmiu czarnych mieczach główna oś fabularna kręci się wokół tematu zemsty, a akcje podejmowane przez Sal mają na celu znalezienie i wykreślenie kolejnych nazwisk z listy. W tamtym tomie poznajemy również fragment przeszłości kobiety, z którego dowiemy się skąd wzięła się fiksacja bohaterki na pozbycie się tych konkretnych osób. Początek Dziesięciu Żelaznych Strzał robi nam małą powtórkę z rozrywki, bo Sal poszerza swoją listę do wszystkich trzydziestu ludzi, zaangażowanych w pamiętne wydarzenie z przeszłości. Punkt wyjścia zatem średnio mnie zaintrygował, bo powielał pomysł z pierwszej części. Na szczęście Sykes trochę skręcił z typowego wątku „łowcy na tropie zwierzyny” i zaangażował Sal w dołączenie do osobliwej drużyny, a biorąc udział w akcji miała otrzymać w nagrodę pomoc w dorwaniu złoczyńców ze swojej listy.

Pomysł na zamieszanie głównej bohaterki w ten dodatkowy spisek był bardzo udany  łatwo było wprowadzić nowych bohaterów, pozwolić Sal nawiązać relacje, poprowadzić akcję w nieznane wcześniej miejsca, nadać całości klimatu niczym z gatunku heist, czyli w skrócie  gatunku, w którym grupa osób, ma na celu trudną do wykonania kradzież. Niestety, tak jak sam pomysł wypada świetnie, tak akcja trochę się rozciąga, przynajmniej na początku. Gdzieś te napady nie są tak ekscytujące, a postaci, mimo że bardzo charakterystyczne, to przede wszystkim wyróżniają się mocno niewyszukanym słownictwem. Co normalnie mi nie przeszkadza, ale w takiej ilości jak u Sykes'a jakoś ciężko czasami to przełknąć.

źródło

Akcja książki zyskuje gdzieś w okolicach ostatnich dwustu stron. To dość powszechne zjawisko w książkach fantastycznych, że jest moment kiedy fabuła zaczyna pędzić, a my nie chcemy odłożyć lektury. Dla mnie było to w momencie spotkania Liette, czyli romantycznego obiektu westchnień Sal z poprzedniej części. Tak jak psioczyłam na ich związek w Siedmiu czarnych mieczach, tak tutaj muszę docenić ich więź. Wspólnych scen nie miały zbyt dużo, a jednak rozpisane były w o wiele bardziej ekscytujący sposób.

Książka ponownie przyjmuje formę opowieści głównej bohaterki, czyli prowadzona jest narracja pierwszoosobowa. W poprzednim tomie Sal, czekając na wyrok, opowiadała swoją historię żołnierce Rewolucji, a tym razem zwierza się medykowi, który opatruje rany jej towarzyszki. Nie spodziewałam się, że motyw relacjonowania przeszłości się powtórzy, ale wypada całkiem dobrze. Jedynym minusem jest to, że wiemy kto wszystkie przygody przeżyje. Chociaż, wiadomo chyba, że autor nie uśmierciłby swojej głównej bohaterki. Jeżeli chodzi o ulubione postaci, to poza Sal i Liette polubiłam Agne Młot. Chyba dlatego, że to taka osoba pełna sprzeczności, nad wyraz silna, ale zarazem posiadająca czarującą osobowość. Za to wiele wątków innych postaci poprowadzonych było dużo słabiej, czego przykładem może być Darrish, magini z listy, która miała reprezentować kobietę bardzo bliską dla Sal w przeszłości, a jakoś w poprzedniej książce została pominięta  trochę się to nie spinało w całość.

Motyw osoby tak mocno zapatrzonej w swój cel, mającej obsesję na punkcie zemsty jest znany, ale nadal się sprawdza. Lubię czytać o tym ludzkim zamroczeniu, kiedy dąży się do czegoś po trupach, z klapkami na oczach, nie widząc tego, co niszczy się przy okazji wokół. Nasuwa się czytelnikowi taka myśl, że czasami jednak warto zrobić krok w tył i zastanowić się: czy cel jest tego wart? I czy ta zemsta da nam uczucie spełnienia? Za to lubię tę serię i może dalej będę kontynuować z nią przygodę.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka