Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american film festival. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american film festival. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2024

Filmowe perełki na zakończenie roku 2024 i książka „1001 filmów, które musisz zobaczyć”

Początkowo planowałam stworzyć wpis na temat filmów, które obejrzałam na American Film Festival we Wrocławiu. Później kilka razy wybrałam się do kina i lista mocnych tytułów zaczęła rosnąć. Zatem w formie graficznej i z krótkim wyjaśnieniem  o tym, co dobrego ostatnio widziałam w kinie.

Na American Film Festival pojawiło się kilka perełek. Przede wszystkim Światełko w tunelu (Ghostlight) w reżyserii Kelly O'Sullivan i Alexa Thompsona – poruszający film o stracie i terapeutycznej mocy teatru. Budowlaniec, który dołącza do amatorskiej grupy teatralnej, próbuje zmierzyć się z rolą Romea, jednocześnie dźwigając traumę po stracie członka rodziny. Niezwykła jest relacja ojca z córką, pięknie zagrana przez rzeczywisty duet ojca i córki – Keitha Kupferera i Katherine Mallen-Kupferer. Film jest wzruszający, zabawny, ciepły i zdecydowanie wart uwagi. Polecam go bardzo mocno, bo mam wrażenie, że jest o nim cicho, a to prawdziwa ukryta perełka.

Teatr był powracającym motywem na festiwalu. W edycji online obejrzałam chwalony za granicą Sing Sing o grupie więźniów uczestniczących w zajęciach teatralnych. Podobnie jak w Ghostlight, film opowiada o leczniczej mocy sztuki, która w tym przypadku pozwala bohaterom oderwać myśli od wyroku. Produkcja, oparta na prawdziwych wydarzeniach, wyróżniała się ciekawym podejściem – do ról zaangażowano więźniów biorących udział w programie. Niestety, gdzieś po drodze film mnie zgubił. Scenariusz wpada w moralizatorstwo, bohaterowie nie wzbudzają empatii, a całość traci naturalność.

Rozczarował mnie także film Wakacje Griffina. Historia młodego chłopaka, który pisze scenariusz sztuki teatralnej o tematyce wykraczającej poza zainteresowania typowego nastolatka, zapowiadała się obiecująco. Niestety, potencjał nie został wykorzystany, a wątek z buntowniczym artystą kompletnie nie zagrał. Dodatkowo, główny bohater wydał mi się nieco odpychający, co utrudniło mi zaangażowanie w jego historię.

Za to ogromne wrażenie zrobiła na mnie Brie Larson w Short Term 12. Od lat próbowałam dorwać ten film, więc jego obejrzenie było dla mnie dużym wydarzeniem. To opowieść o pomaganiu najmłodszym, prowadzona bez cienia patosu. Narracja jest naturalna, bohaterowie szybko zyskują naszą sympatię, a film dosłownie wciąga w ich świat. Cieszę się, że w końcu mogłam go zobaczyć.

Na festiwalu nie zabrakło też lżejszych tytułów. Udało mi się obejrzeć dwie komedie z ulubienicą publiczności, Aubrey Plazą. Safety Not Guaranteed to świetna, niezależna komedia o poszukiwaniu swojego miejsca w życiu. Z kolei My Old Ass, dostępny obecnie na Amazon Prime, to opowieść, w której Plaza wciela się w postać nawiedzającą nastoletnią wersję siebie. Film prowokuje do refleksji: co powiedzielibyśmy sobie, znając wydarzenia, które nas czekają? Plaza jest tu jednak postacią drugoplanową, a na pierwszy plan wysuwa się młoda Maisy Stella, której historia dorastania stanowi serce fabuły.

Sporym wydarzeniem na festiwalu była premiera filmu The Brutalist – monumentalnej opowieści o architekcie, który próbuje odbudować swoje życie w Stanach Zjednoczonych. Produkcja zachwyca niesamowitymi zdjęciami, a Adrien Brody po raz kolejny udowadnia, że potrafi znakomicie oddać emocje bohatera zmagającego się z tragiczną przeszłością. Film trwa ponad trzy godziny, ale w tym przypadku nie ma mowy o nudzie – każda scena trzyma w napięciu.

Chociaż nie jestem znawczynią programu Saturday Night Live, znam jego ogólne założenia i kojarzę kilka skeczów, które przewinęły się przez media społecznościowe. Okazało się, że nie trzeba być ekspertem, by świetnie się bawić na filmie Saturday Night. Całość osnuta jest wokół odliczania czasu do nagrania premierowego odcinka programu. Obserwowanie kulis, podekscytowania i związanych z tym wątpliwości sprawia, że film ogląda się z dużą przyjemnością.

Frajdy dostarczył mi też klasyk Dorothy Arzner – Tańcz, dziewczyno, tańcz. Wspaniałe aktorki w rolach głównych, klarowny konflikt i wciągająca fabuła sprawiają, że ten film wciąż ogląda się z wielką przyjemnością.

A co poza festiwalem? Przede wszystkim wyczekiwany Wicked. Uwielbiam musicale, ale przenoszenie tego typu widowisk na ekrany filmowe bywa ryzykowne. Na szczęście tym razem nie było powodów do obaw – reżyser John M. Chu stanął na wysokości zadania. Scenografia i kostiumy są barwne, bajkowe i zachwycają w wielu miejscach. Widać ogromne przywiązanie do detali – łatwo przenosimy się w zaprezentowane lokacje, takie jak szkoła Shiz, magiczne Szmaragdowe Miasto czy Munchkinlandia z milionami tulipanów.

Do tej pory znałam Wicked głównie z kilku piosenek, które w filmie wykonano naprawdę pięknie. Fakt, że aktorzy śpiewali na żywo, zdecydowanie pomaga w odbiorze – utwory są naturalnie wplecione w fabułę i nie sprawiają wrażenia „doklejonych na siłę”. Ariana Grande i Cynthia Erivo tworzą wspaniały duet, a ich umiejętności wokalne naprawdę poruszają. Jedyny problem, jaki miałam z filmem, to przedstawienie relacji między bohaterkami. O ile na końcu wierzę w ich przyjaźń, to moment, w którym zaczynają się do siebie zbliżać, nie do końca mnie przekonuje. Być może to kwestia oryginalnej historii. Piszę o tym, bo jako fanka musicali powinnam uznać Wicked za absolutną rewelację, a jednak pozostał dla mnie „tylko” bardzo dobrym musicalem. Zobaczymy, co przyniesie druga część.

W kinach widziałam też dwie perełki. Pierwsza to Anora – nowa historia od Seana Bakera. Reżyser ponownie pochyla się nad losem osób z konkretnej grupy społecznej. Tym razem śledzimy życie pracownicy seksualnej, granej brawurowo przez Mikey Madison. Baker zaskakuje mieszanką gatunków. Otrzymujemy połączenie komedii romantycznej, filmu akcji i satyrycznej komedii. Druga perełka to irlandzki kandydat do Oscara – Kneecap. Nie potrafię znaleźć słabego punktu w tej produkcji. Film oferuje świetną rozrywkę, ani chwili nudy, a do tego fenomenalną muzykę. Rewolucja prowadzona za pomocą dźwięków działa tutaj znakomicie. Irlandzki język brzmi egzotycznie, najchętniej śpiewałabym te piosenki razem z bohaterami.


Z filmów, które zapewniają świetną rozrywkę, polecam In Bruges. Doskonale zagrany, szczególnie przypadnie do gustu fanom Duchów Inisherin, bo w głównych rolach ponownie występuje ten sam duet aktorski, a za scenariusz i reżyserię odpowiada Martin McDonagh. Didi to z kolei film o dorastaniu, który przenosi widza w czasie. Wspaniale oddaje początki YouTube'a i ery początków mediów społecznościowych, oferując ciekawy wgląd w tamten okres. W czasie przenosi nas także dokument New Wave, opowiadający o muzycznej fascynacji Wietnamczyków w latach 80. Co prawda muzyka to głównie covery znanych utworów w rytmie disco, ale zaangażowanie społeczności, która po przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych odnalazła wspólne zainteresowanie, wypada naprawdę ciekawie. Historia osobista reżyserki dodaje całości głębi i również jest bardzo interesująca. Przy okazji takich filmów zastanawiam się czemu nie oglądam więcej dokumentów.


Przy okazji notki o filmach, muszę wspomnieć jeszcze o książce-albumie, która niedawno trafiła do mnie od Wydawnictwa Publicat


1001 filmów, które musisz zobaczyć to wspaniała pozycja dla każdego fana kina. Niezależnie od tego, jak dużym kinomanem jesteś, raczej niemożliwe, byś widział wszystkie tytuły z tej listy. W moim przypadku wciąż wiele przede mną!

Jedną z największych zalet książki jest chronologiczne ułożenie filmów. Dzięki temu otrzymujemy nie tylko listę wybitnych dzieł, ale także krótką historię kinematografii. Na duży plus zasługuje również różnorodność – nie ograniczono się tutaj wyłącznie do filmów hollywoodzkich, lecz uwzględniono klasyki z całego świata. Miło widzieć też reprezentację polskiego kina – obecność Krzysztofa Kieślowskiego na tej liście jest w pełni zasłużona.

Książka to również doskonały pomysł na prezent. Nie tylko jej lektura jest fascynującą przygodą – już samo przeglądanie dostarcza satysfakcji dzięki pięknemu wydaniu. Każdy film został opatrzony listą osób zaangażowanych w jego produkcję, a najciekawsze są zwięzłe, ale niezwykle zachęcające opisy, które skutecznie inspirują do obejrzenia danego tytułu. Każdy opis zawiera argumenty, które wyjaśniają, dlaczego dany film znalazł się wśród najlepszych. Oczywiście, zdarzyło mi się pomyśleć, że „ten film nie powinien trafić na listę”, ale większość wyborów ma solidne uzasadnienie. W końcu decyzja, czy dany film jest „najlepszy”, często zależy od gustu widza.

Do 1001 filmów, które musisz zobaczyć będę wracać jeszcze nie raz, a każdy fan kina powinien być tą książką zachwycony.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Publicat

środa, 23 listopada 2022

Podsumowanie American Film Festival 2022

Po tegorocznej edycji American Film Festival doszłam do wniosku, że muszę trochę inaczej dobierać repertuar. Zawsze rzucam się na filmy z sekcji Highlights, gdzie znajdują się głośne tytuły, które jeszcze nie dotarły do kin w Polsce. Spotkało mnie tam kilka rozczarowań, spowodowanych zbyt wysokimi oczekiwaniami. Chyba pora zacząć szukać tytułów poza tą najgłośniejszą sekcją. Zanim jednak pomysły na przyszły rok, krótko o filmach, które udało mi się na tej edycji obejrzeć.

Wieloryb (2022), reż. Darren Aronofsky

Wieloryb wzbudził spore zainteresowanie krytyków już podczas weneckiego festiwalu filmowego. Powracający do świata filmu Brendan Fraser po seansie został nagrodzony kilkuminutowymi owacjami od publiczności. I z tymi oklaskami się zgadzam, ale z samym filmem nie do końca było mi po drodze.

Cierpiący na poważną otyłość nauczyciel angielskiego próbuje odbudować więź ze swoją nastoletnią córką.*

Wieloryb był najbardziej wyczekiwanym przeze mnie seansem tegorocznego festiwalu. Pozytywnie nastrajały mnie głosy zza granicy wychwalające nowy film Aronofsky'ego, powrót Frasera i parterująca mu Sadie Sink, którą znamy z roli Max w serialu Stranger Things. Wieloryb w moich oczach jest filmem niezłym, ale daleko mi do ekstazy większości krytyków. Aronofsky podąża znanym z ostatnich jego tytułów tropem  ponownie cytuje ustępy z Biblii, wplata wątki religijne w środek tej opowieści o chorobliwie otyłym człowieku, który próbuje odbudować relację z porzuconą przed laty córką. Ta religijność ma twarz młodego misjonarza, który bierze sobie za cel nawrócenie Charliego. Wątek młodego chłopaka był najbardziej rozczarowujący, a scena z kłótnią, w której chłopak w końcu wybucha, emocjonalnie się ze mną rozjechała. Jest to spory problem, szczególnie, że scena była zaplanowana na coś, co powinno poruszyć widza. Najciekawszym wątkiem wydawała się więź Charliego z córką, szkoda tylko że dziewczyna gra przez cały czas nastoletni bunt, pozbawiając swoją postać wielowymiarowości. Fragment z końca filmu trochę ratuje tę relację, ale jest tego zbyt mało i zbyt późno.

Wieloryb jest tak dobrze odbierany, bo Brandon Fraser udźwignął rolę Charliego z niesamowitą gracją. Jego wzrok mówi wszystko, wierzymy w jego przesadną naiwność. Przedstawienie go jako świętego, który widzi w innych tylko dobro, kiedy wokół dzieje się tak wiele okropności, działa tylko dlatego, że Fraser włożył w to tyle serca. Sam film można obejrzeć, jest duże prawdopodobieństwo, że zachwycicie się jak niektórzy. Ja zostaję raczej obojętna, ale warto zobaczyć na dużym ekranie właśnie dla Frasera w tej roli.

Jednym głosem (2022), reż. Maria Schrader

Zastanawiałam się czy warto iść na ten film w ramach festiwalu, bo kinową premierę będzie miał jeszcze w listopadzie. W końcu wskoczył do koszyka. Przed seansem nie nastawiałam się na nic specjalnego, dzięki czemu bardzo miło się zaskoczyłam.

W 2017 r. światem wstrząsnęła informacja o wielkim skandalu w Hollywood. Reporterki New York Timesa, Megan Twohey i Jodi Kantor przedstawiły historię, która skruszyła milczenie wokół tematu molestowania seksualnego przez najpotężniejszego producenta Hollywood- Harveya Weinsteina. *

Wiele osób wymieniało tytuły filmów, do których Jednym głosem jest podobny. Wśród nich znajduje się zdobywca Oscara, traktujący o pedofilskim skandalu wśród księży, czyli Spotlight. Zgadzam się, że sama konstrukcja Jednym głosem przypomina ten tytuł. Maria Schrader, reżyserka znana z dostępnego na Nefliksie Unorthodox, przedstawia chronologicznie całą historię dziennikarskiego śledztwa w sprawie Weinsteina. Tę opowieść ogląda się z ciągłym skupieniem, zwroty akcji i zaskoczenia czekają na każdym kroku, sprawiając że całość jest niemal sensacyjna. To, że ta historia naprawdę się wydarzyła wzbudza obrzydzenie. Droga do napisania artykułu przedstawiona została jako żmudna i pełna przeszkód, bo jak to powtarzają bohaterowie: to nie była walka z jedną osobą, ale z całym systemem, który chronił oskarżonego.

Jednym głosem nie jest filmem wybitnym, nie przeciera nowych szlaków w kinematografii, ale jest na tyle rzetelny, że widz wychodzi z seansu uświadomiony w temacie. Świetnie ogląda się te silne kobiety na drodze do celu, a Carey Mulligan ponownie kradnie uwagę za każdym razem gdy pojawia się na ekranie. Razem z Zoe Kazan tworzą dynamiczny duet, któremu z przyjemnością się kibicuje.

Do ostatniej kości (2022), reż. Luca Guadagnino

Nowy film reżysera Tamtych dni, tamtych nocy musiał znaleźć się na mojej liście do obejrzenia. Oczywiście, byłam świadoma, że to horror o kanibalach, ale stwierdziłam, że to przeboleję i uczepię się słówka romans w sloganach reklamowych. Reżyser się jednak nie wstrzymywał.

Młoda kobieta uczy się jak przetrwać na marginesie społeczeństwa.*

Już pierwsze sceny filmu potwierdzają, że oznaczenie Do ostatniej kości mianem horroru ma oczywiste podstawy. Na początku będziemy świadkami epizodu z bardzo krwawą konsumpcją części ciała przez główną bohaterkę, a wraz z biegiem historii tych obrzydliwych scen pojawi się więcej. Trudno mi powiedzieć jak bardzo są odpychające, bo przez ich większość trzymałam oczy zamknięte. Chociaż nawet wtedy dźwięki mlaskania były wystarczająco odrażające. Zatem  tak, w filmie o kanibalach będzie sporo jedzenia ludzi. Mając to ustalone, sam film zrealizowany jest naprawdę dobrze  czujemy niepokój, jak na gatunek przystało, ale jednocześnie poznajemy świat oczami osób, które od dziecka skazane są na życie poza społeczeństwem, odrzutków, samotników. Moment, w którym spotykają osobę, z którą potrafią znaleźć wspólny język, która jest w podobnej sytuacji, zwyczajnie podnosi ich na duchu. Olśnienie myślą: „nie jestem sama” sprawia, że życie nabiera więcej kolorów. Wiedząc to wszystko, wciąż trudno byłoby mi ten film komuś polecić, bo dla mnie to było o wiele więcej niż mogłam znieść.

Dobra jest w filmie Taylor Russel w głównej roli, świetnie partnerują sobie z Chalametem, ale aktorsko najbardziej wymiata Rylance, którego postać przyprawia o gęsią skórkę za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Jeżeli chodzi o romans między dwójką młodych aktorów, to niektórzy są zachwyceni, dla mnie ich chemia była po prostu w porządku, obyło się bez motylków w brzuchu. Nigdy nie wrócę do tego filmu, to jest pewne. 

Aftersun (2022), reż. Charlotte Wells

Jeden z filmów, który znalazł się w sekcji Highlights, ale akurat niewiele o nim słyszałam. Kilka razy przewinął mi się w poleceniach na Instagramie, ale zapamiętałam z tych informacji tylko to, że gra tam Paul Mescal. To jednak wystarczyło, żebym wybrała się do kina.

Młody ojciec Calum i jego córka Sophie wyjeżdżają razem do tureckiego kurortu. Podczas wspólnych wakacji, które nagrywają na kasecie VHS, stają się sobie bliżsi, niż kiedykolwiek.*

W Aftersun przedstawiona została relacja z wakacji ojca i córki. Historia przeplatana jest nieprofesjonalnymi nagraniami, wykonanymi przez głównych bohaterów. Trzydziestoletni ojciec nie jest na co dzień obecny w życiu jedenastoletniej córki. Postanawia zabrać ją na niezapomniane wakacje do kurortu w Turcji. Spędzają czas przy basenie, grają w bilard, wybierają się nurkować, a wieczorami słuchają hotelowych występów animatorów. Całość toczy się w bardzo powolnym tempie, kamera momentami przykleja się do ojca, który ćwiczy tai-chi, głęboko oddychając, innym razem do córki, która wpatruje się w rodzica jak w obrazek. Widzowie natomiast przyglądają się tym niewinnym czynnościom, wiedząc że zbliża się coś nieuchronnego. Nie do końca wiemy, z której strony to uderzy, ale wiemy, że coś nas czeka.

Film Charlotte Wells zapewne podzieli widzów, na tych, którzy się wynudzą i na tych oczarowanych  ja należę do drugiej grupy. To obraz bezwarunkowej miłości, ale zarazem zagubienia i duszenia się w swoim życiu. Piękna relacja, genialnie zagrana przez Paula Mescala i Francescę Corio. Paul trochę powtarza rolę z Normalnych ludzi, wydobywając całe pokłady wrażliwości i delikatności. Francesca to prawdziwa bomba, dziewczynka z naturalnością podbija serca widzów. 

Armagedon (2022), reż. James Gray

Warto wykorzystać każdą okazję do obejrzenia Anthony'ego Hopkinsa na dużym ekranie. Tym razem gatunek coming of age, czyli ten, który bardzo w kinie sobie cenię. 

Historia o dorastaniu w Queens w latach 80.*

W obsadzie filmu Armagedon znajdziemy kilka ciekawych nazwisk, bo oprócz Hopkinsa w roli dziadka (cudownego jak zawsze), w roli ojca zobaczymy znajomą twarz Jeremy'ego Stronga, znanego z serialu Sukcesja, gdzie wciela się w rolę Kednalla Roya i Anne Hathaway w roli matki. Niestety, nawet ta mocna obsada nie pomogła mi w zainteresowaniu się fabułą. Reżyser próbuje poruszyć wiele ważnych kwestii, szczególnie o segregacji rasowej, traktowaniu inaczej ludzi z różnych warstw społecznych, ale mówi też o przemocy w rodzinie i niezrozumieniu nastolatków. Sposób, w jaki to robi zupełnie mnie nie porusza i Armagedon był filmem, który mnie zmęczył i przede wszystkim wynudził. Banks Repeta w głównej roli ma odpowiednią ilość charyzmy, jego twarz przyciąga wzrok, ale niestety, aktorstko czasami odstaje od reszty obsady. To taki film, o którym za chwilę zupełnie zapomnę.

Marcel Muszelka w różowych bucikach (2022), reż. Dean Fleischer-Camp

Rzadko zdarza mi się wybrać podczas festiwalu na animację. Coś w zapowiedziach historii Marcela sprawiło, że musiałam kupić bilet na ten seans.

Marcel, który jest małą muszlą, zostaje gwiazdą Internetu. Dzięki zdobytej sławie zaczyna rodzić się w nim nadzieja na odnalezienie rodziny.*

Ciemna sala kinowa, godzina 10:30, a ja cała zapłakana. Dzięki Marcel!

Kiedy zobaczyłam, że Marcel mieszka z babcią, bo został rozdzielony z rodziną, to już wiedziałam, że czeka mnie rzeka łez. Czasami mam wrażenie, że jak sobie to uświadomię, to będę mogła się przygotować i może trochę powstrzymać. W tym przypadku się nie udało. Marcela poznajemy dzięki dokumentowi, który tworzy mężczyzna, wynajmujący dom muszelek przez Airbnb. Ta forma mockumentu sprawdza się idealnie, Marcel jest otwartą muszelką i chętnie dzieli się swoimi wynalazkami, które pomagają mu w codziennym życiu. Jest pełen optymizmu, mimo że wielokrotnie dostał od życia w kość, jest czuły, opiekuje się swoją babcią, martwi o jej stan zdrowia. Jest ciekawy świata, zalewa pytaniami mężczyznę, który trzyma kamerę. Przez to, że dobrze go poznajemy, trzymamy kciuki za dalsze poszukiwania tego małego bohatera.

Marcel Muszelka w różowych bucikach to seans wzruszający, ale zarazem pełen ciepła i światła. O potrzebie życia w społeczeństwie, codziennych bolączkach i wierze, że zawsze można znaleźć wyjście z sytuacji. To film niekonwencjonalny, świetnie napisany, który widza rozbawi, ale też skłoni do refleksji. Chyba mój ulubiony film festiwalu.

McCabe i pani Miller (1971), reż. Robert Altman

Retrospektywa Roberta Altmana na festiwalu cieszyła się sporym zainteresowaniem, wiele osób było zachwyconych możliwością obejrzenia jego filmów na dużym ekranie. Ja znam jego twórczość ze świetnego Gosford Park i mocno pokręconego Trzy kobiety. Nie wiedziałam czego się spodziewać, więc postanowiłam wybrać sobie tylko jeden tytuł z repertuaru.

Zawodowy hazardzista i mająca głowę do interesów prostytutka otwierają dom publiczny. Interes szybko zaczyna prosperować, co nie podoba się lokalnej korporacji.*

Od razu po zakończeniu seansu zaczęłam żałować, że wybrałam tylko jeden film Altmana do nadrobienia. Co to była za przyjemność!

Pisałam o tym już niejednokrotnie, ale ja za westernami nie przepadam, za to coraz częściej z ciekawością zerkam na gatunek antywesternu. Altman prezentuje go od najlepszej strony. Jego Dziki Zachód jest chłodny, pełen dobrze zbudowanych postaci, fabuła jest wciągająca, a klimat gęściutki. I cieszy obecność tych kilku piosenek Leonarda Cohena, które pasowały tutaj idealnie.

Fabuła filmu na papierze nie brzmi interesująco, ale Altman sprawia, że chcemy to oglądać, chcemy wiedzieć jak potoczą się losy tytułowej dwójki. McCabe to mężczyzna, któremu udało się dobrze zainwestować pieniądze, nieustannie popija whiskey z surowym jajem i gra w pokera. Pani Miller nie daje sobie w kaszę dmuchać, prowadzi interes z zaciętością i dbałością o detale, marząc o wyrwaniu się ze swojej sytuacji. Sceny między tą dwójką są intensywne, trudno od nich oderwać wzrok. Nie potrafię wyjść z podziwu, że aż tak dobrze się na tym filmie bawiłam. Może ta ostatnia sekwencja była zbyt przeciągnięta, ale zrzucam to na karb roku produkcji  kiedyś takie sceny polowania budowały napięcie, teraz odczuwa się je jako trochę nużące. W każdym razie, Altman w tym wydaniu cudowny.

Jethica (2022), reż. Pete Ohm, Acidman (2022), reż. Alex Lehmann

W ramach edycji online postanowiłam wybrać tytuły z sekcji Spectrum. Na pierwszy ogień poszedł tegoroczny zwycięzca, czyli Acidman.

Film wyreżyserował Alex Lehmann. Jeden z jego poprzednich filmów, Blue Jay, który jest dostępny na Netfliksie, bardzo mi się spodobał. W Acidmanie przedstawiona została historia trudnej relacji między ojcem a córką. Mężczyzna jest nieco oderwany od rzeczywistości, uciekł od życia rodzinnego lata temu, urywając kontakt z bliskimi. Po żmudnych poszukiwaniach, córce udaje się go odnaleźć, mieszkającego na odludziu, gdzie oddaje się swojemu hobby, czyli próbom nawiązania kontaktu z istotami pozaziemskimi. Przepiękne są w tym filmie zdjęcia, które oddają klimat samotności tej dwójki, obawy przed życiem w społeczeństwie i podporządkowaniu się normom. Czasami ucieczka wydaje się jedynym wyjściem, ale przy wsparciu drugiej osoby może się okazać, że warto powalczyć o szczęście. Chemia między aktorami niesamowita, na słowa uznania zasługują oboje: Dianna Agron i Thomas Haden Church. Blue Jay podobał mi się ciut bardziej, ale i Acidman wart jest obejrzenia.

Drugim tytułem ze Spectrum, który obejrzałam był film Jethica. Akcja zaczyna się opowieścią Eleny o tym jak spotkała po latach Jessicę. Dziewczyna zwierzyła się z problemu ze stalkerem, który śledzi każdy jej krok. Postanowiła wprowadzić się do Eleny na jakiś czas. Są tutaj momenty, których nie powstydziłby się dobry thriller, jak scena w której widzimy zbliżającego się do okna mężczyznę, a po zasunięciu i odsłonięciu rolet nikogo na zewnątrz nie ma. Moje serce zaczęło bić ciutkę szybciej. To opowieść o potrzebie znalezienia kompana na całe życie i o bólach życia w samotności. Ma momenty, chociaż na długo w pamięci zapewne nie zostanie.

Bezkresne lato (1966), reż. Bruce Brown, Bonnie (2022), reż. Simon Wallon

Zazwyczaj omijam filmy dokumentalne na festiwalu, ale pomyślałam, że może warto w tym roku to zmienić. I był to bardzo dobry pomysł. Kiedy włączyłam Bezkresne lato nie spodziewałam się, że obejrzę najbardziej rozrywkowy film festiwalu. To opowieść o dwójce surferów z Kalifornii, którzy przemierzają świat w pogoni za latem, odnajdując nieodkryte jeszcze plaże z falami zdatnymi do uprawiania surfingu. Brzmi to dość prosto, ale sam dokument zyskuje na odbiorze przez formę, jaką reżyser zaproponował. Przez cały czas trwania słuchamy głosu narratora, który korzystając z humorystycznych tesktów opisuje poszczególne ujęcia. Dzięki temu, ogląda się to jak lekką komedię, z której aż bije ciepło. Bliżej zakończenia pomysł na tę formę zaczyna się wyczerpywać i lekko męczyć, ale i tak seans należy do przyjemnych.

Równie dobrze wspominam drugi dokument, czyli Bonnie. W dokumencie przedstawiona została sylwetka Bonnie Timmermann, słynnej reżyserki castingu (casting director). To ona odkryła takie gwiazdy jak Sean Penn, Jennifer Grey, Liam Neeson, Benico del Toro czy Steve Buscemi. W filmie Bonnie dzieli się swoimi doświadczeniami, opowiada o swoich wycieczkach do niszowych teatrów w poszukiwaniu talentów, opisuje jak wygląda standardowy casting, który przeprowadza z początkującymi aktorami. Te historie przeplatane są z archiwalnymi nagraniami z castingów, w których brały udział gwiazdy Hollywood. Możemy oglądać m.in. aktorów, którzy nie otrzymali angażu, chociaż poradzili sobie świetnie przed ekranem, jak Kate Winslet, czytająca do roli Lauren z Gorączki, którą otrzymała w końcu Natalie Portman. Ciekawy wgląd w to, jak trudną ścieżką kariery jest aktorstwo i jak ważny jest ten szósty zmysł i upartość, którą może pochwalić się Bonnie Timmermann.

American Shorts

Pierwszy raz na festiwalu postanowiłam również obejrzeć paczkę krótkometrażówek. Mogę szczerze polecić tę formę, w przeciągu godziny można zapoznać się z pięcioma bardzo różnymi filmami. Żaden nie ma okazji nas znudzić, bo trwają maksymalnie piętnaście minut. W tegorocznej paczce krótkometrażówek kilka się wyróżniało. Na pewno F^¢K '€M R!GHT B@¢K, z którego pochodzi zdjęcie. Okazał się dobrym filmem otwarcia. Raper Sammy piosenką potrafi rozświetlić każdy dzień. W jednym z tytułów pojawił się głos w sprawie dostępu do broni w Ameryce, w innym o zmianach klimatycznych, które zachodzą za naszym oknem, a my udajemy, że ich nie widzimy. W wersji online znalazła się również krótkometrażówka o kulisach powstania filmu Inaczej niż w raju i ten seans natychmiast pokochałam  nie dość, że historia debiutu Jarmuscha była ciekawa, to jeszcze forma animacji, którą zaproponowali twórcy była odkrywcza i idealnie pasowała do klimatu Inaczej niż w raju.


Do zobaczenia za rok, AFF!


* opisy filmów pochodzą z portalu filmweb

poniedziałek, 29 listopada 2021

Co obejrzałam podczas American Film Festival 2021? (i co warto obejrzeć na edycji online)

Tegoroczna edycja American Film Festival odbyła się stacjonarnie we Wrocławiu między 9-tym a 14-tym listopada, a od 1-ego grudnia rozpocznie się wersja online. Wiele „dużych”, wysokobudżetowych i głośnych tytułów nie będzie dostępna w domowym zaciszu, ale w zamian można dorwać kilka świetnych, bardziej niszowych produkcji. Sama mam sprecyzowane tytuły na liście do obejrzenia, na czele z filmem, który zdobył główną nagrodę w sekcji American Docs, czyli Królową pracującą (historia dotyczy znanej z RuPaul's Drag Race Kashy Davis i ja naprawdę nie wiem jak mogłam to przeoczyć). Dodatkowo, na pewno chętnie obejrzę kolejne filmy z retrospektywy Jarmuscha i może dorzucę coś Idy Lupino, której twórczości również była poświęcona część programu. Zobaczymy na ile czas mi pozwoli. Chęci są, bo filmy, które widziałam w kinie naprawdę zrobiły dobre wrażenie, o czym poniżej możecie przeczytać. Dorzucam gratisowo opinię o The French Dispatch, który był w programie festiwalu, ale nie udało mi się wówczas na niego dotrzeć.

Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun (2021), reż. Wes Anderson

źródło

Jakbym miała wymienić kilku moich ulubionych reżyserów to Wes Anderson znalazłby się zapewne w takiej grupie. Co prawda nie widziałam wciąż Bottle Rocket, ale poza tym wszystkie jego długie metraże obejrzałam. Nadal nie jestem aż taką fanką jak moja siostra, która nawet pracę magisterską oparła na twórczości Andersona, ale uwielbiam jego podejście do kinematografii. Dlatego na nowy film czekałam z niecierpliwością.

Po śmierci Arthura Howitzera Juniora (Bill Murray), pochodzącego z Kansas, cenionego redaktora popularnego amerykańskiego magazynu „Kurier Francuski”, z siedzibą w Ennui-sur-Blasé we Francji, zespół redakcyjny zbiera się w celu napisania nekrologu. Wspomnienia o Howitzerze składają się na cztery opowieści: „Reporter na rowerze”, „Konkretne arcydzieło”, „Poprawki do manifestu” oraz „Prywatna jadalnia komisarza”. *

Naczytałam się przed seansem sporo narzekania na tego nowego Andersona, a od filmu dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam. Jeżeli chodzi o pomysły  na ujęcia, kolorystykę (tutaj zaskoczeniem okazała się spora ilość czarno-białych scen), rozwiązania scenograficzne, kostiumy, makijaż – to po prostu szczęka opada. Wes zrobił to ponownie i pokazał, że jest prawdziwym wizjonerem, a jego filmy od pierwszych ujęć krzyczą, że to właśnie dzieło tego reżysera. Charakterystyczne kadry, prowadzenie narracji z ciągłym puszczaniem oka do widza  wszystko to w jego filmach uwielbiam. I tutaj nie było inaczej. Tym razem całość podzielona jest na części, a każda reprezentuje inny artykuł z gazety „Kurier Francuski”. Pomysł świetnie się sprawdził, a dla mnie wszystkie epizody były interesujące i nie powiedziałabym, że któryś mocno odstaje w negatywny sposób od reszty. Chociaż ulubionym fragmentem zostało dla mnie Konkretne arcydzieło. Anderson oddaje hołd dla starego dziennikarstwa, kreuje pokręcone postaci, które chce się na ekranie oglądać. Scenariusz jest tak obszerny, że mam ochotę film obejrzeć jeszcze raz, żeby wyłapać to, co mi umknęło. Dodatkowo, oglądanie aktorów, którzy tak bawią się rolami to czysta przyjemność, w tej gwiazdorskiej obsadzie ciężko znaleźć słabsze ogniwo. Wszyscy tutaj są trochę oderwani od rzeczywistości, jak to u Andersona bywa, barwni i zagrani brawurowo. Często wydają się wyzbyci z emocji, niemal mechanicznie recytują kwestie, ale w tej konwencji się to sprawdza. Po prostu przyjemność z oglądania! I chociaż do mojego ulubionego filmu reżysera nie doskakuje, to nadal jest to właśnie coś, czego po Andersonie się spodziewałam.

C'mon C'mon (2021), reż. Mike Mills

źródło

Najnowsze dzieło Millsa, reżysera słynnych Debiutantów, to jeden z filmów, na które czekałam najbardziej. Zwiastun zapowiadał coś w moim stylu, estetycznie wpisujący się w gust, ale też zwiastujący wywołanie wzruszenia podczas seansu. A ja akurat wzruszam się na filmach raczej łatwo, więc mentalnie przygotowywałam się na zasmarkaną maseczkę. Niepotrzebnie.

Johnny (Joaquin Phoenix) to nowojorski singiel, który przemierza Amerykę z mikrofonem, pytając dzieciaki i młodzież o ich życie, marzenia, supermoce i plany na przyszłość. Po drodze reporter odwiedza mieszkającą w Los Angeles siostrę (Gaby Hoffmann), z którą nie rozmawiał od lat, a która teraz potrzebuje jego pomocy. Żeby wesprzeć ją w opiece nad dziewięcioletnim synkiem (Woody Norman), Johnny zabiera go ze sobą do Nowego Jorku. *

Od razu zaznaczę, że dla mnie najmocniejszą stroną filmu były właśnie te wspomniane w opisie wywiady. Biła z nich szczerość i naturalność, dzieci bez ogródek mówiły o tym czego oczekują od przyszłości, co je boli w zachowaniu dorosłych, co można zrobić, żeby poprawić nasz świat. W ogóle film C'mon C'mon fajnie mówi o wyrażaniu emocji, o tym jak dorośli tracą umiejętność szczerego mówienia o uczuciach, jak się wstydzą, jak krążą wokół tematu, zamiast mówić co im siedzi na wątrobie, tak jak dzieci potrafią to robić. Trudno także nie docenić tutaj pracy aktorskiej, Joaquin pokazuje swoje wrażliwe oblicze, grając intymnie i kameralnie, bazując na niuansach, co idealnie sprawdza się w tym filmie. Partneruje mu naturszczyk, który wlewa iskierkę życia w ten duet, dzięki czemu ma ta dwójka kilka scen, które są prawdziwymi perełkami. Co do kwestii technicznej, to jest naprawdę pięknie  czarno-białe zdjęcia sprawiają, że całość staje się jeszcze bardziej kameralna, ale zarazem lekko magiczna i to szare tło wygląda często po prostu wspaniale. Wszystkie te plusy mając na uwadze  uważam, że to naprawdę dobry film. Niestety, rozminął się ze mną emocjonalnie, nie złapał za rękę i nie poprowadził w życie wewnętrzne bohaterów, zostawił z boku i sprawił, że byłam widzem raczej słabo zaangażowanym. Momentami wręcz miałam wrażenie, że sceny wpadają trochę w pretensjonalny ton, co w połączeniu z czarno-białymi zdjęciami i monologami z offu zepsuły mi seans. Uważam jednak, że jeżeli ktoś się zaangażuje emocjonalnie w tę historię to będzie zachwycony C'mon C'mon i ma on szansę być dla wielu widzów najlepszym seansem roku. Dla mnie nie będzie, ale warto było go zobaczyć.

Inaczej niż w raju (1984), reż Jim Jarmusch (dostępny online)

źródło

Po seansie C'mon C'mon zastanawiałam się chwilę czy coś jest ze mną nie w porządku i czy nie za bardzo się czepiam. Później przyszła pora na ten film z początku kariery Jarmuscha i już wiedziałam, że to wszystko kwestia estetyki  tak jak z C'mon C'mon się rozjechałam emocjonalnie, tak z Jarmuschem złapałam flow od pierwszych scen.

Fabuła przedstawia w sposób linearny kilka epizodów z życia dwojga węgierskich imigrantów w USA. Młodego człowieka Willie (John Lurie), osiadłego już od pewnego czasu w Nowym Jorku i jego kuzynki Evy (Eszter Balint), która właśnie przybyła z Budapesztu, zatrzymując się u Williego w drodze do ciotki zamieszkałej w Clevland. Jest jeszcze przyjaciel Williego - Eddie (Richard Edson), jakby jego sobowtór, taki sam obibok i włóczęga. *

Przed filmem obejrzeliśmy krótką wiadomość wideo od reżysera, który pozdrowił festiwalową publiczność i opowiedział trochę o swojej miłości do kina, gdzie wspomniał, że dla niego filmy są najbliższe uczuciu śnienia. Kiedy wyszłam z seansu Inaczej niż w raju czułam, że jeżeli to był sen, to był on naprawdę cudowny. Już w założeniu Jarmusch bawi się ze znanym określeniem american dream. Imigranci przyjeżdżają do Ameryki marząc o wspaniałym życiu, do którego prowadzi prosta droga, bez większej ilości pracy. Często jednak kończą odkładając grosz do grosza i po prostu egzystując, jedzą odgrzewane obiady i oglądają nocne programy telewizyjne, czekając aż coś się zmieni. Eva wydaje się mieć zupełnie inne oczekiwania, to kobieta, która wyrwała się z Węgier i wystarczy jej praca w budce z hot dogami, jednocześnie jest osobą spontaniczną, gotowa jest rzucić wszystko i wyjechać na wycieczkę przez pół Stanów. Czy ta lekkoduszność jej się opłaci, musicie przekonać się sami. Jarmusch kreuje postaci, które są niejako oderwane od reszty społeczeństwa, tworzą swoje własne miejsce w kraju, a w tym odosobnieniu znajdują wspólny język. W Inaczej niż w raju sporo jest ciszy i niewypowiedzianych zdań, wiszących nad bohaterami, którzy wypalają wagony papierosów i często zawieszają wzrok gdzieś w przestrzeni, ale to wtedy rodzi się pewna nić porozumienia między nimi, buduje się ona po prostu samoistnie. Oglądało się to wspaniale, a przemycone elementy komediowe wyszły złociutko (ciotka z Węgier cudowna!).

Red Rocket (2021), reż. Sean Baker

źródło

Sean Baker to reżyser, który zupełnie mnie zaczarował filmem The Florida Project, czekałam zatem na efekty jego pracy nad kolejnym tytułem. Ubolewam, że nadal nie udało mi się obejrzeć jego debiutu, czyli Mandarynki, ale na jego nowy film musiałam wybrać się do kina.

Główny bohater filmu, były gwiazdor porno Mikey Saber (Simon Rex), wraca do dawnego domu w Teksasie i żony (Bree Elrod), z którą zapomniał się rozwieść. Choć nikt za nim nie tęsknił, w oczach kilku lokalnych chłopaków ciągle jest "kimś". Mikey, który z braku funduszy szybko zaczyna handlować trawką, wciąż zresztą wierzy, że gdzieś tam czeka na niego ogromna szansa. *

Film zaczyna się sceną podróży głównego bohatera, w rytm melodii Bye Bye Bye zespołu N'Sync, która w różnych momentach fabuły będzie się jeszcze pojawiać. Podróż tę odbywa Mikey Saber, postać, której poczynania śledzimy i która od pierwszych scen na ekranie roztacza nad widzami swój zwodniczy czar. Gada jak najęty, wygląda na człowieka sympatycznego, zabawnego, z dystansem do życia, wiele sytuacji przyjmuje na klatę i wciąż prze do przodu. Wraz z rozwojem fabuły zobaczymy jednak tę samą osobę w zupełnie innym świetle, gdzie wszystkie jego wady, które na początku uważaliśmy za mało istotne i trochę zabawne zaczną się wyolbrzymiać i sprawiać, że z bohatera, któremu kibicujemy, staje się wręcz antybohaterem. Zabieg ten wypadł świetnie, szczególnie że w rękach aktora, Simona Rexa, główny bohater zyskuje tyle charyzmy, że ciężko nie śledzić jego wzlotów i upadków z pełnym zaangażowaniem. Pomaga tutaj również nienachalny humor, cięte dialogi i niepowtarzalne zdjęcia. Baker ponownie świetnie umiejscawia bohaterów, tym razem na tle industrialnej okolicy teksańskiego miasteczka, w którym ludzie z marginesu społeczeństwa mogą zarobić tylko, jeżeli będą rozprowadzać narkotyki. Może Red Rocket wypada gorzej od The Florida Project, ale Sean Baker to reżyser, którego twórczość z przyjemnością będę śledzić.

Italian studies (2021), reż. Adam Leon (dostępny online) 

źródło

Na ten film, jak zapewne wielu innych widzów, wybrałam się ze względu na Vanessę Kirby w roli głównej. Przed samym festiwalem widziałam również go na jednej z list filmów, które warto na AFF obejrzeć, a spotkanie z twórcami po seansie uświadomiło mi ile rozmowa z reżyserem potrafi wnieść do opinii widza.

Maszerując przez nieznane ulice zatłoczonego Nowego Jorku, Alina (Vanessa Kirby) stopniowo poznaje samą siebie, ktoś ją przywołuje, ona myśli, że rozpoznaje kogoś innego, pojawiają się przebłyski pamięci i świadomości. *

Tyle jest ciepła, spontaniczności i młodzieńczej energii w nastoletniej części obsady, że trudno się podczas seansu nie uśmiechnąć. Są tutaj momenty, w których Italian studies zmienia się w dokument, gdzie młodzież bierze udział w wywiadach. To sceny bardzo autentyczne, naturalne, a ujęcia roześmianych twarzy młodych postaci sprawiają, że nie chcemy tych bohaterów opuszczać. Nic więc dziwnego, że i Kirby przyłącza się do tej nastoletniej ekipy. Sama będąc zagubioną w dużym mieście, gdzie nikt zdaje się nie zauważać jej problemu, odnajduje azyl wśród młodzieży. Po seansie była krótka sesja pytań z reżyserem i autorem zdjęć, podczas której jeden z widzów powiedział piękne zdanie. Nie zacytuje dosłownie, ale chodziło o to, że cudownie w filmie wybrzmiało to, że kiedy zagubiona Kirby szuka swojej tożsamości to trafia właśnie na grupę nastolatków, którzy sami są w swoim okresie buntu i poszukiwania przyszłej drogi. Świetna to była obserwacja. Film, chociaż momentami wydawał mi się zbyt pogmatwany i zagubiony, wart obejrzenia dla młodych zdolnych ludzi i nieoczywistej roli Kirby.

Różowe flamingi (1972), reż. John Waters

źródło

Johna Watersa pierwszy raz zobaczyłam na ekranie telewizora w siódmym sezonie RuPaul's Drag Race gdzie był członkiem jury. Wszyscy uczestnicy byli podekscytowani, wyglądało na to, że to głośne nazwisko, a głównym zadaniem odcinka było odegranie scenek inspirowanych twórczością reżysera. Kiedy usłyszałam, że Waters przyjeżdża do Wrocławia, a na AFF będzie sekcja poświęcona jego filmom ucieszyłam się niezmiernie. Później trochę poszperałam o konkretnych tytułach i przyznaję, ze zaczęłam się obawiać. Cóż, opinii najlepszych nie zbiera. Postanowiłam więc wybrać jeden film, na którym sprawdzę co to takiego.

Divine (Babs Johnson) i jej krewni chlubią się, że są najbardziej ohydną i plugawą rodziną, jaka obecnie stąpa po powierzchni ziemi. Pewnego dnia pojawia się jednak konkurencja, niejacy Connie (Link Stole) i Raymond Marble (David Lochary) twierdzą, że to im powinno przypadać to zaszczytne miano. *

Mam trzydzieści lat i najdziwniejszy seans w życiu za sobą  dzięki Waters! O filmie za dużo Wam nie powiem, bo to jazda bez trzymanki, obrzydliwa, wulgarna i niesamowicie wciągająca. Jeżeli to nie jest definicja kampu to nie wiem co nią jest. Było kilka scen, które potrafią zgorszyć, ale było też komediowe złoto (proces pod koniec filmu to karuzela śmiechu). Film nie dla wszystkich, ale na pewno niezapomniany to seans.

Lekcje języka (2021), reż. Natalie Morales (dostępny online)

źródło

Filmy, które powstały w czasie pandemii miewają się różnie, a takie, które w całości nagrane są kamerką w telefonie czy laptopie mają jeszcze bardziej utrudnione zadanie  utrzymać uwagę widza podczas seansu, mimo braku scen akcji.

Adam (Mark Duplass) prowadzi uporządkowane życie do czasu, kiedy pewnego dnia otrzymuje nietypowy prezent – kurs języka hiszpańskiego on-line. Początkowo niechętny nowym obowiązkom, z czasem uzależni się od spotkań ze swoją nauczycielką – Cariño (Natalie Morales) i zrozumie, że nauka płynąca z zajęć, wykracza daleko poza program. *

Lekcje języka to taki niepozorny film, który ze sceny na scenę coraz bardziej się lubi. Jest w nim sporo dramatycznych sytuacji, bohaterowie znajdą się w nieciekawych miejscach w swoim życiu, ale Morales w Lekcjach języka skupia się na czymś kompletnie innym. To przede wszystkim seans pełen ciepła, który pokazuje, że życie potrafi dać w kość, ale przyjaciele to nasze jasne światełko w tunelu. Dzięki sile wsparcia potrafimy wychodzić z traum, kładąc niepewny krok za krokiem. Jakimś magicznym sposobem oglądanie dwóch osób rozmawiających na Zoomie nam się nie nudzi, ich rozmowy sprawiają, że się uśmiechamy i nie chcemy przerywać podglądania tych zwierzeń. Może momentami się angażujemy w mniejszym stopniu, ale całościowo ten film to ciepła perełka, świetnie zagrana, sprawnie napisana (to nie jest łatwa rzecz, kiedy scenariusz skupia się na internetowych rozmowach) i zostawiająca widza z nadzieją na lepsze jutro.

Córka (2021), reż. Maggie Gyllenhaal

źródło

Debiutu reżyserskiego Maggie Gyllenhaal wyczekiwałam szczególnie ze względu właśnie na reżyserkę. Lubię obserwować aktorki, które decydują się przenieść na krzesło reżysera, żeby przekonać się jak wygląda ich wrażliwość. W przypadku Grety Gerwig ta zmiana wypadła wspaniale, więc i za Gyllenhaal trzymałam mocno kciuki.

Leda (Olivia Colman) jedzie na wakacje, ale zamiast odpoczywać woli obserwować młodą mamę (Dakota Johnson), jej córkę i dziwaczną, agresywną rodzinę mieszkającą w różowej willi i terroryzującą całe miasteczko. Leda rozumie, przez co przechodzi fascynująca dziewczyna – wiele lat temu sama musiała walczyć o przetrwanie we własnym domu, gdzie jej córeczki domagały się od niej pełni uwagi, a mąż skupiał się na własnej karierze. *

Córka to przykład dramatu, który zdobył szczególne miejsce w moim sercu. Nie chcę zbyt wiele zdradzić, bo wydaje mi się, ze tajemnicza otoczka wokół fabuły sprawia, że seans jest jeszcze ciekawszy. Trzeba przyznać, że Maggie Gyllenhaal bardzo dobrze poradziła sobie z tematem przewodnim i teraz możemy spokojnie czekać na kolejne tytuły w jej reżyserskiej karierze. Temat macierzyństwa ujęty został z zupełnie innej strony i jest to prawdziwa uczta dla fanów kina, bo wciąż rzadko się taką perspektywę ogląda. Atmosfera filmu robi się na tyle gęsta, że oczekujemy ciągle na ten dramat z przeszłości, na tragiczną sytuację, coś, co odciska ślad na lata. Rozwiązanie tego oczekiwania jest cudowne. Brak tutaj jakiekolwiek rozliczania człowieka ze swoich czynów, oglądamy wydarzenia, które nie są od początku w daną stronę nacechowane, Gyllenhaal nie potępia i nie wychwala, pokazuje rzeczywistość. Pomysł na przenikanie przeszłości z teraźniejszością wypadł bardzo dobrze, a Jessie Buckley, grająca młodą Colman, ponownie pokazuje kawał świetnego aktorstwa (to aktorka, która grała w Może pora z tym skończyć, do zobaczenia na Netflix). Poza tym, oczywiście niesamowita Colman w roli głównej, która po prostu JEST na ekranie i to wystarcza, żeby trudno było oderwać od niej wzrok. To film, w którym kobiece twórczynie błyszczą, a ja jestem zdecydowanie na tak!

Oczy Tammy Faye (2021), reż. Michael Showalter

źródło

Doszłam ostatnio do wniosku, że po prostu nie przepadam za filmami biograficznymi. Czasami jakiś mi się spodoba bardziej, ale to nigdy nie będzie gatunek, który budziłby we mnie jakąś szczególną ekscytację. Zazwyczaj oglądam je dla popisów aktorskich i nie było inaczej w przypadku Oczu Tammy Faye.

Film przybliża niezwykłą historię sukcesów i niepowodzeń telewizyjnej ewangelistki Tammy Faye Bakker (Jessica Chastain). W latach 70. i 80. ubiegłego stulecia Tammy Faye i jej mąż Jim Bakker (Andrew Garfield) zbudowali od podstaw największą na świecie religijną sieć medialną oraz chrześcijański park rozrywki. *

Na Oczy Tammy Faye szłam jedynie dla Jessici Chastain, a nazwisko z tytułu nic mi nie mówiło. Wydaje mi się, że to podziałało na plus odbioru, bo zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, przez co fabuła miała większą szansę, żeby mnie zainteresować. Od samego początku wyczuwamy, że całość jest mocno cukierkowa i kiczowata, a jeżeli taki był zamysł twórców to wyszło im bardzo dobrze. Już podczas pierwszych scen możemy zauważyć, że aktorzy trochę prześmiewczo grają te postacie, jakby one same siebie kreowały, nakładając maskę przed każdym, aż wreszcie taka maska gdzieś na człowieku zostaje. Sam film kojarzy mi się z takim dobrym tytułem na towarzysza niedzielnego obiadu, który warto obejrzeć ewentualnie ze względu na dwie rzeczy. Pierwsza to sama historia, jeżeli tak jak ja nie byliście jej świadomi. Druga to oczywiście Jessica Chastain, która ten film ciągnie do góry, ile tylko sił aktorskich jej wystarczy. Jest w tym trochę przesady, ale jakoś to się wszystko zgadza. Czego nie można powiedzieć o Garfieldzie, który wypada zupełnie blado, może właśnie na tle tej mocnej roli tytułowej. Podsumowując, to taki średniak, może mnie nie odrzucił, ale też nie przekonał.

Odkupienie (2021), reż. Fran Kranz (dostępny online)

źródło

To jeden z filmów, na który bilet kupiłam przez polecenie na którymś z filmowych portali. Nie wiedziałam o nim nic i chyba to sprawiło, że tym więcej przyjemności wyciągnęłam z oglądania.

Dwa małżeństwa spotykają się pewnego dnia w przykościelnej sali konferencyjnej. Nie od początku wiadomo, jaki jest cel spotkania. *

W tym przypadku radziłabym Wam również nie czytać nic o fabule przed seansem. Jeżeli lubicie powolne filmy, które przypominają sztukę teatralną to po prostu będzie coś dla Was. Dwie pary spotykają się, żeby porozmawiać o traumatycznym wydarzeniu z przeszłości. Nic nie wiedząc o tej historii, miałam kilka pomysłów co się mogło stać, zanim zostało to wyjawione. Świetnie budowana jest atmosfera, która zaczyna gęstnieć dopiero po dobrych kilkudziesięciu minutach seansu. Aktorzy mieli bardzo trudne zadanie, ze względu na ciężką tematykę i teatralną formę. To też dzięki nim tak dobrze ogląda się ten film, który polega tylko na rozmowie, w której wszyscy czekamy na przełamanie i tytułowe odkupienie. I chociaż to zapewne nie jest film dla każdego, to jeżeli nie przeszkadza Wam oglądanie ponad godzinnej rozmowy i brak scen akcji, koniecznie sprawdźcie go na edycji online.

Nowicjuszka (2021), reż. Lauren Hadaway

źródło

Ostatni film, jaki udało mi się obejrzeć na festiwalu to Nowicjuszka, który wylądował w moim koszyku z nieznanego mi powodu. Może po prostu był to odpowiedni termin w kalendarzu, a może przekonała mnie Isabelle Fuhrman w roli głównej. Nieważne co to było, cieszę się że się na niego wybrałam.

Studentka pierwszego roku (Isabelle Fuhrman) dołącza do uniwersyteckiej drużyny wioślarskiej i podejmuje obsesyjną, fizyczną i psychiczną walkę, aby bez względu na koszty zostać mistrzynią. *

W niedzielny wieczór już trochę nie miałam siły na oglądanie, po seansie Odkupienia wyszłam cała zasmarkana i zmęczona. Jednak coś w Nowicjuszce sprawiło, że szybko zaangażowałam się w tę historię. Główna bohaterka uwielbia niezdrową rywalizację, taką w której stawia sobie niemal niedoścignione cele i później poświęca wszystko, żeby je zrealizować. Było coś przerażającego i fascynującego w tej postaci, której autodestrukcyjne zapędy doprowadzały do okropnych sytuacji. Jednocześnie warto tutaj docenić wybranie sportu, który nie jest często portretowany w kinie, a okazał się świetnym tłem dla tej człowieczej walki samego z sobą. Kolejnymi atutami są także mroczne ujęcia, dynamiczny montaż i cudowna rola główna w wykonaniu Isabelle Fuhrman, aktorki znanej chociażby z pierwszej części Igrzysk śmierci. Naprawdę dobry seans.


* wszystkie opisy pochodzą z filmweb.pl

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka