wtorek, 21 czerwca 2022

Teatralne pół roku

Pierwsza połowa roku już prawie za nami i chociaż czytelniczo nie był to dla mnie najbardziej owocny okres, to pod względem teatralnym zaliczam go do bardzo udanych. Odwiedziłam kilka różnych teatrów, a większość obejrzanych spektakli okazała się strzałem w dziesiątkę. Początkowo, nie miałam zamiaru wracać do tych wszystkich tytułów, ale brak chociażby słowa o tak świetnych przedstawieniach jak Cesarz (Teatr Capitol) byłoby dużym błędem. Gromadzę zatem moje odczucia w zbiorczy post i postaram się krótko napisać na które tytuły warto zwrócić uwagę.

Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie, reż. Agata Kucińska 
(AST Wydział Lalkarski we Wrocławiu)
źródło

Pierwszym spektaklem obejrzanym w tym roku był spektakl dyplomowy studentów Wydziału Lalkarskiego we wrocławskim AST o nazwie Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie w reżyserii Agaty Kucińskiej. Nazwisko reżyserki zapewne wielu wrocławskim fanom teatru jest znane. Wszystko za sprawą Blaszanego Bębenka, gdzie Agata Kucińska wciela się w postać Oscara przy użyciu lalki tintamareski. Jeżeli jeszcze nie byliście, to koniecznie wybierzcie się do Capitolu na ten spektakl. Już samo podziwianie zdolności lalkarskich aktorów jest tego warte.

Zazwyczaj, wybierając się na spektakle dyplomowe obniżam lekko swoje oczekiwania. Wiem, że będę oglądała młodych ludzi, którzy znajdują się jeszcze na początku swojej ścieżki kariery. W przypadku przedstawienia Pomiłość zupełnie niepotrzebnie to zrobiłam. Całość to czysta przyjemność, eksplozja świeżości, młodzieńczego zapału i pomysłowości. Aktorzy przenoszą nas w przyszłość, gdzie nie ma już miłości, takiej, jaką znamy. Grupa bohaterów postanawia jednak zgłębić przeszłość. Za pomocą technologii VR przeżywają historie romantyczne naszych czasów z ich ekscytującą, barwną stroną, a także licznymi rozczarowaniami. Forma „podróży w czasie” pozwala na wprowadzenie wielu różnych scenek, w których poszczególni aktorzy mogą zabłysnąć. Scenki te robią ogromne wrażenie, są zgrabnie napisane, świetnie zagrane i zachwycające od strony technicznej. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej. Do moich ulubionych fragmentów zalicza się ten, który miał miejsce w sanatorium. Pomysł na zrobienie własnej wersji gry, tzw. „piłkarzyków”, używając lalek  petarda! Muszę też wyróżnić Nikolę Czerniecką, bo ta dziewczyna wprowadza prawdziwą magię do etiud, ma masę charyzmy i na pewno będę śledzić jej dalsze poczynania sceniczne. Jedyne, czego mogłabym się przyczepić, to że może trochę brakowało mi jakiejś iskry w scenach grupowych, może większego zgrania, ale to i tak jeden z najprzyjemniejszych wieczorów spędzonych w teatrze w tym roku.

Cesarz, reż. Cezary Studniak
(Teatr Capitol we Wrocławiu)
źródło

W Capitolu dorwałam bilety na świeżutką premierę, czyli Cesarza w reżyserii Cezarego Studniaka. Trochę byłam przerażona wizją przenoszenia książki Kapuścińskiego na deski, bo w końcu spora część mocy tej opowieści tkwi w języku i zabiegach literackich, którymi autor sprawnie operuje. Tym większe było moje zaskoczenie, że wrocławscy artyści poradzili sobie z tą historią aż tak dobrze. Na scenie publiczność ogląda opowieść o zachłyśnięciu się władzą, opresji społecznej i najgorszych stronach ludzkiej natury. Ta wersja Cesarza jest w sporym stopniu wierna swojemu pierwowzorowi i wiele epizodów udało się z sukcesem przenieść na deski teatru. Przykładowo, scena przyjmowania zagranicznych delegatów, kiedy mieszkańcy kraju głodują i czekają na resztki ze stołu  robi równie piorunujące wrażenie jak ta opisana w książce.

Ciekawie wypada tytułowa postać, w którą wciela się Mikołaj Woubishet. Cesarz w jego wykonaniu jest niemą figurą (przez większość czasu), ubraną w nieskazitelnie biały strój, o której reszta bohaterów opowiada, która budzi ich zgrozę, której starają się przypodobać. Wszyscy aktorzy radzą sobie świetnie, nie ma większego sensu nikogo wyróżniać (chociaż ja mam słabość do Heleny Sujeckiej i to ona kradła moją uwagę). Muzyka idealnie koresponduje z wydarzeniami na scenie, a choreografia pozwala na podkreślenie okrucieństwa świata przedstawionego. Cesarz, mimo moich początkowych obaw, okazał się kolejnym świetnym tytułem w repertuarze teatru i premierą, którą po prostu warto obejrzeć.

We wrocławskim Capitolu udało mi się również złapać Alicję, która przyniosła sporo uśmiechu. To na pewno spektakl, na którym dorośli mogą bawić się równie dobrze (jeśli nie lepiej), co młodsi widzowie. Na tegorocznym PPA dotarłam jedynie na finał piosenki aktorskiej. Zachwycił mnie w tym roku pomysł na prowadzenie gali, z wyświetlanymi wiadomościami od zwycięzców poprzednich edycji. Niestety, sam koncert z utworami Mirona Białoszewskiego już nie porwał, tak jak ten z poprzedniego roku. Na usprawiedliwienie  ostatnim razem na przeglądzie widziałam genialnego Ralpha Kamińskiego z utworami Kory, więc ciężko takie wydarzenie przebić.


Historia miłosna, reż. Wojciech Malajkat
(Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu)

Wojciech Malajkat wyreżyserował w opolskim teatrze intymną opowieść o miłości. Mam wrażenie, że adaptacji teatralnych w tym rodzaju jest coraz mniej. Takich, które pozbawione są efekciarstwa, a skupiają się na opowiadanej historii i emocjach bohaterów. W ten wieczór w Opolu twórcom udało się przypomnieć na czym polega magia teatru.

W Historii miłosnej poznajemy dwie kobiety, które spotykają się przypadkiem i zakochują się w sobie. To ich wątek będzie trzonem spektaklu. Fabuła jest linearna, oglądamy chronologiczną opowieść, ale zastosowane zostały przeskoki w czasie, dzięki czemu historia rozciąga się do kilkunastu lat. Aktorzy przechodzą na naszych oczach metamorfozy, zmieniają się pod wpływem wydarzeń i ukazują nam różne oblicza tego samego bohatera. Warto zaznaczyć, że pomysł na scenografię okazał się strzałem w dziesiątkę i pomógł w ekspresowych zmianach miejsca i czasu akcji. Na środku sceny postawiona została ruchoma konstrukcja, która po obrocie staje się mieszkaniem dziewczyn, kawiarnią czy wnętrzem gabinetu lekarskiego

Usiłowanie streszczenia fabuły tego spektaklu zdecydowanie umniejszyłoby opolskiej realizacji. Może ta historia wydawać się typowym melodramatem, ale dzięki wprowadzeniu humorystycznych dialogów i  odpowiedniego poprowadzenia postaci, całość nabiera lekkości. Śmiejemy się z aktorami i cieszymy ich szczęściem, a za chwilę wylewamy łzy nad ich losem. 

Tekst spektaklu podkreśla jakie konsekwencje niosą ze sobą niedotrzymane obietnice. Zobaczymy, że miłości nie da się kontrolować. Zaangażowanie Helene (Karolina Kuklińska) jest intensywne i prawdziwe tak długo jak trwa, ale bohaterka zbyt lekko rzuca słowa „na zawsze”. Po drugiej stronie stoi Katia (Katarzyna Osipuk), która podchodzi do związku zupełnie odwrotnie  wzbrania się przed zaangażowaniem, ale ulega zmianie pod wpływem entuzjastycznej Helene. Tytułowa historia to nie tylko opowieść o tych dziewczynach. To również opowieść o miłości między bratem i siostrą, miłości rodzicielskiej, miłości tragicznie utraconej. Miłość w spektaklu buduje, napawa optymizmem i dodaje skrzydeł, ale miłość też niszczy, rozczarowuje i przeraża. A na pewno znacząco wpływa na życie każdego z bohaterów.

Opolski spektakl pozbawiony jest zbędnych środków, stawia na odpowiednio zagrany komediodramat i tym samym pokazuje, że wzbudzenie emocji w widzach może odbyć się bez używania wielu efektów specjalnych. Malajkat bardzo dobrze poprowadził swoich aktorów, każda z postaci jest charakterystyczna, ich zmiany są wiarygodne i wynikają z odpowiednio rozczytanych motywów i celów. Może najmocniejszym elementem miała być historia dwójki kobiet, ale uwagę kradnie postać brata i jego wątek. Trudno było przejść obojętnie obok dramatu bezbłędnie zagranego przez Karola Kossakowskiego i Magdalenę Maścianicę. Tych emocji na pewno długo nie zapomnę.

Recitale Mariusza Kiljana (Teatr Polski Wrocław), Rzeźnia numer pięć (Teatr Współczesny Wrocław), Król (Teatr Polski Warszawa), Sługa dwóch panów (Teatr Dramatyczny Warszawa), Na wschód od Hollywood (Teatr Rampa Warszawa)

W Teatrze Polskim we Wrocławiu udało mi się pojawić dwukrotnie i za każdym razem wybór padł na recital Mariusza Kiljana. Jeżeli ktoś interesuje się piosenką aktorską to musi znać tego aktora. Ma swój niepowtarzalny styl prowadzenia utworów, jest pełen ekspresji. Gdziekolwiek  wibracje na temat Grechuty to pomysł na pięknie spędzony wieczór, ze znanymi piosenkami w nowych aranżacjach, wszystkie cudownie zaśpiewane. 20 najśmieszniejszych piosenek na świecie to wznowienie, które również udowadnia jaki talent ma Kiljan. W tym krótkim spektaklu aktor przechodzi z postaci w postać w ciągu kilku sekund co robi piorunujące wrażenie. Ten tytuł jest również mocno komediowy, więc jeżeli macie ochotę się pośmiać to aktor na pewno dostarczy Wam do tego powodów. Ja jestem większą fanką Gdziekolwiek, ale oba spektakle warto obejrzeć.

Rzeźnia numer pięć w reżyserii Marcina Libera to świetne przedstawienie i jeden z najlepszych tytułów w repertuarze Teatru Współczesnego. Książkę Vonneguta czytałam już dawno temu, ale spektakl okazał się bardzo wierny pierwowzorowi. Co nie jest takie łatwe  kto czytał, ten wie. Rzeźnia numer pięć złapała moją uwagę od pierwszych scen, aktorzy Teatru Współczesnego wytworzyli między sobą niesamowitą chemię, oglądanie ich to była czysta przyjemność. Dodatkowo, scenografia, kostiumy, gra światłem i muzyka  wszystko to dopełniało spektakl, tworząc satysfakcjonującą całość. Ostrzegam tylko, że czas trwania może niektórych pokonać, bo to ponad trzy godziny. Polecam się zatem przygotować i przyjść wypoczętym. I jeżeli przeszkadza Wam dym papierosowy to radzę usiąść w dalszych rzędach. Sam spektakl gorąco polecam, szczególnie fanom książki.

źródło

W jeden z weekendów wybrałam się również do Warszawy, gdzie udało mi się obejrzeć trzy spektakle. Pierwszym był Król na podstawie książki Twardocha w reżyserii Moniki Strzępki i to ten tytuł zrobił na mnie największe wrażenie. W końcu udało mi się zobaczyć Andrzeja Seweryna na scenie i to niezapomniane przeżycie, aktor jest prawdziwie hipnotyzujący. Historia trzyma się fabuły znanej z książki, ale oczywiście potrzebne były pewne skróty, żeby zmieścić się w ograniczonym czasie. Ja czytałam pierwowzór, więc nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem treści, ale podczas przerwy słyszałam kilka uwag na ten temat, więc polecam się zapoznać z Królem Twardocha przed wizytą w teatrze. Choć spektakl jest długi oglądałam go z niegasnącym zainteresowaniem, zrealizowany został z rozmachem. Świetnie wypadł obraz Warszawy lat minionych, kilka aktorskich występów zapada głęboko w pamięci (Krzysztof Dracz jako Kum!), a sceny w spowolnieniu wyszły moim zdaniem bardzo efektownie.

Drugim spektaklem był Sługa dwóch panów w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. To commedia dell'arte, podczas której trudno nie wybuchnąć kilkukrotnie śmiechem. Tekst Carlo Goldoniego zawiera sporo humoru sytuacyjnego, jednak skupia się oczywiście na zabawnych postaciach. Jak na typową commedię dell'arte przystało aktorzy grają również w maskach, zdarza im się improwizować i przede wszystkim świetnie się bawią na scenie, dzięki czemu i widzowie dobrze się czują. Prym wiedzie Krzysztof Szczepaniak, który w roli sługi jest przezabawny. Dobrze spędzony wieczór w teatrze, polecam dla osób szukających dość prostej rozrywki i dawki humoru. Niestety, już tak zabawnie nie było na spektaklu Na wschód od Hollywood, który nie trafił w moje gusta. Spektakl napisany został przez Tomasza Jachimka, znanego polskiego kabareciarza. Temat wydawał się ciekawy, bo przedstawienie to losy początkującego aktora, który opuścił mury szkoły i marzy o graniu w teatrze. Realizacyjnie nie porywa, a żarty są mocno „kabaretowe”. Epizodyczne role zagrają nawet znani polscy kabareciarze, jak Abelard Giza. Jeżeli jesteście fanami tego humoru to może Wam się spodobać.

Życzę wszystkim samych pięknych teatralnych przygód w drugiej połowie roku!

wtorek, 7 czerwca 2022

„Miasteczko Middlemarch” George Eliot – wielkie marzenia mieszkańców niewielkiej prowincji

Miasteczko Middlemarch
George Eliot

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1871
Liczba stron: 1040
Wydawnictwo: MG

My, śmiertelni, kobiety i mężczyźni, przełykamy wiele zawodów między śniadaniem a kolacją, powstrzymujemy łzy, usta nam bieleją, a zapytani odpowiadamy: 'Och, nic takiego!'. Wspomaga nas duma, a duma wcale nie jest zła, jeśli tylko skłania nas do ukrywania własnych ran, nie zaś do zadawania ich innym.
 

Opis wydawcy

Dzieją się w Anglii lat 20 XIX wieku, rzeczy ważne, a miasteczko Middlemarch, tak jak każde prowincjonalne miasteczko, jest tych wielkich przemian mini sceną, toteż historia toczy się wraz z wątkiem romantycznym i kryminalnym. Losy miasteczka Middlemarch są historycznie i ekonomicznie splecione z losami okolicznej społeczności, mieszkańcami sąsiednich dworów i należących do nich farm.


Moja recenzja

Miasteczko Middlemarch to jeden z klasyków literatury, często wychwalany przez krytyków i bardzo różnie odbierany przez czytelników. W rankingu 100 najlepszych brytyjskich powieści, który ukazał się w 2015 roku, otrzymał zaszczytne pierwsze miejsce (źródło). Autorką książki jest Mary Ann Evans, która ukrywała się pod pseudonimem George Eliot (imię pożyczyła od miłości swojego życia). Wieść niesie, że jej ojciec uważał córkę za słaby materiał na żonę, dlatego od wczesnych lat postawił na jej edukację. Szkoliła się przede wszystkim w filozofii i teologii, oprócz tego sporo czytała. Porządne wykształcenie zaprowadziło ją do kariery redaktorskiej. Mary Ann Evans jako dorosła kobieta przeciwstawiała się ówczesnym tradycjom, była agnostyczką, żyła w wolnym związku z zamężnym George'm Lewesem. Postanowienie pisania pod pseudonimem było podyktowane chęcią ochrony przed oceną jej twórczości przez pryzmat skandalów, które towarzyszyły jej życiu prywatnemu. Autorka napisała łącznie siedem książek, z czego najsłynniejszą jest Miasteczko Middlemarch. Było ono wydawane partiami w latach 1871-1872, podzielone na osiem części.

Moja przygoda z lekturą przechodziła przez kilka etapów. Podeszłam do niej optymistycznie i historia Dorotei, czyli pierwszy tom o nazwie Panna Dorotea Brooke, szybko mnie wciągnęła. Fabuła z czasem zaczyna się mocno rozgałęziać, a wraz z tym mój czytelniczy zapał zaczął słabnąć. Skończyło się na tym, że początkowe 200 stron czytałam łącznie kilka miesięcy. Trudno było się zaangażować, a ciągłe wprowadzenie nowych postaci tworzyło mętlik w głowie. Na szczęście, później zupełnie wsiąknęłam w tę historię, zaczęłam doceniać język powieści i ponadczasowe przemyślenia o ludzkich namiętnościach.

W Miasteczku Middlemarch poruszanych zostaje wiele różnych tematów, ale dla mnie jest to historia o życiowych ambicjach, związanych z nimi oczekiwaniach oraz rozczarowaniach. Bohaterowie maja konkretne cele, do których dążą, a autorka nas o nich wprost informuje. Równocześnie pojawiają się przed nimi przeciwności losu, które powstrzymują ich przed zrobieniem kroku naprzód  doktor Lydgate nie może zaangażować się w rozwój kariery, bo życie małżeńskie zaczyna wpływać negatywnie na jego finanse, Dorotea nie może spełniać swoich marzeń przez pewien mały zapis w testamencie, Fred Vincy nie może zalecać się do Mary, nie obrawszy wcześniej ścieżki kariery. Czasami na drodze do spełnienia stają popełniane przez bohaterów błędy, innym razem zrządzenie losu. Ważnym elementem okaże się umiejętność pójścia na kompromis  niektórzy finalnie osiągają założone cele jedynie w pewnym stopniu. Muszą pogodzić się z tym, że wyobrażenia o przyszłości często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, a człowiek nie jest w stanie wszystkiego zaplanować. 

powieść wydawana była w częściach, w latach 1871-1872, źródło

Powieść ma wolne tempo, autorka pozwala sobie na rozciąganie świata przedstawionego, wprowadzając coraz to nowe postaci i wydarzenia z nimi związane. Przyznaję, że sama w pewnym momencie się zgubiłam i byłam zmuszona do wyszukania w sieci schematu, na którym opisane były relacje między mieszkańcami Middlemarch. Na szczęście to szybko pomogło wrócić na dobre tory. Bohaterowie przedstawieni są wnikliwie, to postacie wielowymiarowe, a ich motywacje są jasno wytłumaczone. Usłyszałam już kilka głosów, że Dorotea jest ulubienicą czytelników i zupełnie mnie to nie dziwi. To silna bohaterka, która mimo wielu ciosów od losu wciąż emanuje dobrą energią i szuka okazji do pomocy innym. Trudno jednak nie docenić tych bardziej dramatycznych bohaterów, jak Lydgate, którego życie potoczyło się zupełnie inaczej niż sobie to zaplanował. Nawet Casaubon, który z dalszej perspektywy wydaje się negatywną postacią, po bliższym zgłębieniu powinien zostać określony bohaterem tragicznym. Eliot nie zapomina, że każdy z nas złożony jest z wielu doświadczeń i pragnień, które formują człowieka i wpływają na jego zachowanie.

Miasteczko Middlemarch ma w swoim sercu trzy historie miłosne, od których wychodzi reszta rozgałęzień. Te trzy podstawy przenikają się i wpływają na siebie, kształtując przy okazji obraz społeczeństwa prowincjonalnego miasteczka. W powieści zostanie przedstawione zupełnie inne podejście do wątków romantycznych, niż to, które znamy z prozy Austen czy Bronte. W tym przypadku śledzimy poczynania par również po etapie zakochania i wstępnej fascynacji. Początkowo bohaterowie wyobrażają sobie przyszłe życie jako usłane różami i angażują się w relacje z partnerem, podtrzymując obraz tej fantazji. Niestety, życie mocno ich doświadcza, okazuje się, że osoba po drugiej stronie nie jest identyczna z wyimaginowanym partnerem. Przynajmniej na przykładzie dwóch par możemy oglądać skutki nieszczęśliwego małżeństwa. Pamiętając o czasie akcji, czytelnikowi po prostu jest szkoda bohaterów duszących się w związkach, z których nie mają ucieczki. Zmuszeni są zaakceptować swoją sytuację, żeby nie być źródłem skandalu. 

Lektura Miasteczka Middlemarch ma zatem sporo do zaoferowania. Dla mnie to kolejna klasyka, która zasłużenie zajmuje miejsce w kanonie, a poruszane w niej tematy są wciąż aktualne, jak wątek walki o władzę czy pragnienia osiągnięcia sukcesu zawodowego z przeszkadzającym w tym życiem prywatnym. Dodatkowo, wiele jest tutaj ciekawych obserwacji na temat małomiasteczkowego społeczeństwa  zmiany w takim miejscu postrzegane są przez mieszkańców jako coś negatywnego, a plotki błyskawicznie potrafią zniszczyć obraz obgadywanej osoby. Wszystko to możemy spotkać po dziś dzień wokół nas. Natomiast czytanie tego w formie zaproponowanej przez George Eliot to prawdziwa uczta. Wydaje mi się, że to powieść do której można wracać i za każdym razem znajdować w niej coś nowego.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka