Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr im. jana kochanowskiego w opolu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr im. jana kochanowskiego w opolu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2024

Rozpoczęcie sezonu teatralnego – trzy miasta, pięć spektakli

Złote płyty, reż. Mateusz Pakuła (Teatr Capitol we Wrocławiu)

fot. Łukasz Giza

Wrocławski Teatr Capitol na Scenie Ciśnień zazwyczaj serwuje historie bardziej kameralne i intymne. Tym razem na scenie oglądamy pokój konferencyjny – z tablicą, kilkoma krzesłami, stołem i kanapą. W tej przestrzeni bohaterowie będą uzgadniać co powinno znaleźć się na złotych płytach, którą planują wysłać w kosmos.

Pomysł na fabułę, czyli akcja Voyager Golden Record przeprowadzona przez NASA w latach siedemdziesiątych, naturalnie napędza rozwój akcji. Aktorzy odgrywają postacie, które pracowały nad projektem płyt. Poruszane tematy, pomysły bohaterów, problemy, na które natrafią, a przede wszystkim piosenki będą dopełniać ten amerykański obrazek. Po spektaklu Złote płyty w głowie pozostają liczne pytania o stan człowieczeństwa, czy też o to czy możemy być z siebie dumni jako społeczeństwo. Reżyser i scenarzysta, Mateusz Pakuła, nie ogranicza się tylko do górnolotnego tematu głównego. Nie zapomina o wprowadzeniu intrygującej dynamiki między postaciami, poznaje ich punkty zapalne i konfrontuje poglądy każdego z nich. W obsadzie znaleźli się aktorzy, którzy z łatwością kreują bohaterów charakternych. Pojawia się wątek romantyczny, w którym Helena Sujecka i Rafał Derkacz przeżywają miłosne uniesienia. Jest też miejsce dla komediowych wstawek. Tutaj prym wiedzie Emose Uhunmwangho, której „naukowe” monologi przemieniają się w najpiękniejszą brednię. Rozbawiła do łez nie tylko widzów, bo i aktorzy nie mogli powstrzymać uśmiechów. Co wskazuje, że może część tych monologów to tak naprawdę improwizacja. 

Złote płyty to intrygująca propozycja wrocławskiego Capitolu. Nie wskoczy do grona moich ulubieńców, ale na pewno skłania do zadawania sobie odpowiednich pytań. Ja po prostu nie jestem fanką polskich musicali z zagranicznymi piosenkami.


Los Endemoniados / Biesy, reż. Marcin Wierzchowski (Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu)

fot. Edgar de Porey

Opolski teatr po raz kolejny zaskakuje. Ich Biesy to połączenie klasycznej powieści Dostojewskiego i tragicznej historii hiszpańskiej grupy teatralnej, która zginęła w tajemniczym pożarze w latach siedemdziesiątych. Pomysł dość karkołomny, budzi masę wątpliwości, ale przedstawienie wychodzi z niego obronną ręką.

Te trzy godziny spektaklu przenoszą nas w miejscu i czasie do Hiszpanii lat 70. Narratorka, grana przez Joannę Osydę, przedstawi widzom tło wydarzeń. Od początku będziemy wiedzieć, że wszyscy na scenie zginą w pożarze teatru. Oglądamy zatem jak do tragedii doszło. Przedstawione zostają kulisy budowania spektaklu na podstawie powieści Dostojewskiego. W tym czasie poznajemy bliżej bohaterów, którzy mają dość obecnej sytuacji w Hiszpanii i postanawiają wspólnie zrobić coś, żeby z nią walczyć. Marcin Wierzchowski umiejętnie buduje paralele między tą grupą hiszpańskich rewolucjonistów i fragmentami z powieści Dostojewskiego. Co jakiś czas pojawiają się sceny z klasycznych Biesów, w pamięci na pewno utkwił mi świetny pojedynek. Wątkiem, który może zainteresować było też samo przygotowywanie kontrowersyjnych Biesów i rozmowy na temat tego jak bardzo teatr może być polityczny i z czym wiąże się to dla aktorów oraz twórców spektaklu.

Nie można mówić o Biesach i nie pochwalić ekipy aktorskiej. Bohaterowie znajdują się na scenie niemal cały czas trwania spektaklu. Nikt nie odpuszcza, wszyscy grają do tej samej bramki. Przyznaję, że mam kilku swoich faworytów, a od Maścianicy znowu trudno było mi oderwać wzrok. Również scenografia i reżyseria światła zasługują na pochwałę. Scena, w której otwiera się widok na tył sceny, a na aktorów wylewa się masa dymu skąpana w pomarańczowym świetle zostaje na długo w pamięci. 

Biesy to spektakl o potrzebie wolności, wspólnocie i rewolucji. Twórcy umiejętnie poruszają kwestię moralności swoich wyborów, rozmawiają o naturze zła i ryzyka związanego z podejmowaniem walki. W pewnym sensie sięgając do klasyki i poprzez wspominanie niedawnych wydarzeń w Hiszpanii, wciąż możemy powiedzieć coś o współczesnym świecie.

Dramat rodzaju męskiego, reż. Marcin Liber (Wrocławski Teatr Współczesny)

fot. Natalia Kabanow

Jeżeli nie wiecie na jaki spektakl Wrocławskiego Teatru Współczesnego się wybrać, to polecam ogólnie: na ten, który wyreżyserował Marcin Liber. Ne można trafić źle, kiedy to on jest u steru.

Dramat rodzaju męskiego powstał na podstawie Stulejki, tekstu autorstwa Jakuba Tabaczka. Reżyser postanowił zmienić tytuł, ponieważ nie chciał zapraszać ludzi na Stulejkę Libera. Dowiemy się tego z jednej z plansz, które pojawiają się przez cały czas trwania spektaklu i zawierają dodatkowy komentarz reżysera do oglądanych scen. 

Już kiedyś o tym mówiłam, ale nie boję się powtórzyć: Wrocławski Teatr Współczesny ma najbardziej zgrany zespół aktorski. To, jak oni dopełniają się w scenach zbiorowych to jest mistrzostwo. Przez to, że skład osobowy jest różnorodny, to każdy z aktorów przynosi swoją energię. Widać zatem indywidualne podejście, różne postaci, a równocześnie idealnie tworzą postać tłumu. 

Przedstawienie składa się z kilku etiud, które mają wspólny temat – męskość. Reżyser dostarcza satysfakcjonujące rozwiązania sceniczne, niesamowicie oryginalne podejście do konkretnych krótkich historii. Wielokrotnie z przymrużeniem oka. Trudno powstrzymać uśmiech zachwytu podczas wizyty u lekarza (doktór, co ma motór) czy monologu intelektualisty (tutaj znowu, świetna robota „tła” aktorskiego). Spektakl niesie ze sobą potrzebny głos w dyskusji o toksycznej męskości. Pokazuje mężczyzn w sytuacjach, w których wcale nie chcą być. Syna, który nigdy nie będzie wystarczająco dobry dla swojego ojca. Mężczyznę-misia, który przeżywa utratę żony. Oprócz tego, że spektakl potrafi rozbawić, to udaje mu się również widza wzruszyć. Wspaniały wieczór w teatrze i mój faworyt z całego dzisiejszego wpisu. 


Zakonnica w przebraniu, reż. Jacek Mikołajczyk (Teatr Muzyczny w Poznaniu)

fot. Fotobueno

Do Poznania wybierałam się w innym celu, ale ta wycieczka musiała wziąć pod uwagę odwiedzenie Teatru Muzycznego. Już od dłuższego czasu planowałam wybrać się do tego teatru, a na celowniku miałam konkretnie tytuły: Deszczowa piosenka, Piękna i Bestia oraz Dear Evan Hansen. W weekend mojej wycieczki grali tylko Zakonnicę w przebraniu, więc wybór dokonał się sam.

Znając filmowy pierwowzór, nie miałam dużych oczekiwań. Podstawą tej opowieści jest główna bohaterka, która musi połączyć swoją humorystyczną stronę z umiejętnością zbudowania siostrzanej więzi z zakonnicami. Widziałam na scenie Dagmarę Rybak i wydawało mi się, że większy nacisk położony został na część komediową. Nie wiem czy tak jest z każdą Deloris, czy akurat w wykonaniu tej aktorki wypada to bardziej humorystycznie. Niestety, przez brak realistycznych relacji między bohaterami, nie mogę powiedzieć, że ten spektakl mi się podobał. Całość wychodzi dość kabaretowo. Bronią się postacie drugoplanowe, takie jak Matka Przełożona w wykonaniu Lucyny Winkel.

Zakonnica w przebraniu to spektakl, który świadomie wybiera drogę kiczu. Bohaterowie obsypani są brokatem, a komedia gra tutaj pierwsze skrzypce. Nie będzie to jednak teatr, który mnie interesuje. 


Młynarski. Trochę miejsca, reż. Mateusz Bieryt (Teatr Nowy w Poznaniu)

fot. Monika Stolarska/Piotr Bontron

Oto główny powód mojej wizyty w Poznaniu, czyli premiera spektaklu Młynarski. Trochę miejsca. Kilkoro aktorów wykonuje znane i kochane utwory w przepięknych aranżacjach. Po spektaklu mam jedno przemyślenie – twórcy koniecznie powinni pojawić się na przyszłorocznej edycji Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu!

Spektakl obejrzałam w ramach festiwalu o twórczości Osieckiej. Może dlatego poznańska publiczność tak mile mnie zaskoczyła. Na widowni było czuć podekscytowanie podczas kolejnych piosenek. Kiedy aktorzy prosili o pomoc w wyśpiewaniu fragmentu „Jesteśmy na wczasach” publiczność nie czekając, zaczęła śpiewać. Rozkoszowanie się piękną muzyką w takim towarzystwie to wspaniałe doświadczenie. 

W przedstawieniu jest trochę współczesnego sznytu, ale twórców ani na chwilę nie opuszcza duch Młynarskiego. Młynarski. Trochę miejsca przypomina klasyczny koncert, w którym wykonawcy są bardzo oddani oryginałowi, ale wpuszczają w piosenki fragment siebie. Spora w tym zasługa wspaniałych, nowych aranżacji, jak i doboru obsady. To grupa młodych artystów, którzy pokazują, że teksty Młynarskiego są jak najbardziej aktualne i bliskie ludziom, bez względu na wiek. Nie dość, że wspaniale się tych wykonań słucha, to jeszcze estetycznie robią przyjemne wrażenie. Charakteryzacja i kostiumy inspirowane są minionymi latami, rekwizyty pojawiają się sporadycznie i są raczej dopełnieniem. Scenografia jest bardzo skromna, ale dokładnie tego potrzebujemy, żeby móc skupić się na utworach, które są tutaj najważniejsze. Kilka piosenek wzbudzi w nas śmiech, kilka utworów rozczuli, a kilka wzbudzi nostalgię za czymś minionym. Zostajemy jednak z nadzieją, bo „jeszcze w zielone gramy”. Młynarski. Trochę miejsca to świetny tytuł, jeżeli chcemy spędzić kulturalny wieczór w teatrze.


wtorek, 21 czerwca 2022

Teatralne pół roku

Pierwsza połowa roku już prawie za nami i chociaż czytelniczo nie był to dla mnie najbardziej owocny okres, to pod względem teatralnym zaliczam go do bardzo udanych. Odwiedziłam kilka różnych teatrów, a większość obejrzanych spektakli okazała się strzałem w dziesiątkę. Początkowo, nie miałam zamiaru wracać do tych wszystkich tytułów, ale brak chociażby słowa o tak świetnych przedstawieniach jak Cesarz (Teatr Capitol) byłoby dużym błędem. Gromadzę zatem moje odczucia w zbiorczy post i postaram się krótko napisać na które tytuły warto zwrócić uwagę.

Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie, reż. Agata Kucińska 
(AST Wydział Lalkarski we Wrocławiu)
źródło

Pierwszym spektaklem obejrzanym w tym roku był spektakl dyplomowy studentów Wydziału Lalkarskiego we wrocławskim AST o nazwie Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie w reżyserii Agaty Kucińskiej. Nazwisko reżyserki zapewne wielu wrocławskim fanom teatru jest znane. Wszystko za sprawą Blaszanego Bębenka, gdzie Agata Kucińska wciela się w postać Oscara przy użyciu lalki tintamareski. Jeżeli jeszcze nie byliście, to koniecznie wybierzcie się do Capitolu na ten spektakl. Już samo podziwianie zdolności lalkarskich aktorów jest tego warte.

Zazwyczaj, wybierając się na spektakle dyplomowe obniżam lekko swoje oczekiwania. Wiem, że będę oglądała młodych ludzi, którzy znajdują się jeszcze na początku swojej ścieżki kariery. W przypadku przedstawienia Pomiłość zupełnie niepotrzebnie to zrobiłam. Całość to czysta przyjemność, eksplozja świeżości, młodzieńczego zapału i pomysłowości. Aktorzy przenoszą nas w przyszłość, gdzie nie ma już miłości, takiej, jaką znamy. Grupa bohaterów postanawia jednak zgłębić przeszłość. Za pomocą technologii VR przeżywają historie romantyczne naszych czasów z ich ekscytującą, barwną stroną, a także licznymi rozczarowaniami. Forma „podróży w czasie” pozwala na wprowadzenie wielu różnych scenek, w których poszczególni aktorzy mogą zabłysnąć. Scenki te robią ogromne wrażenie, są zgrabnie napisane, świetnie zagrane i zachwycające od strony technicznej. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej. Do moich ulubionych fragmentów zalicza się ten, który miał miejsce w sanatorium. Pomysł na zrobienie własnej wersji gry, tzw. „piłkarzyków”, używając lalek – petarda! Muszę też wyróżnić Nikolę Czerniecką, bo ta dziewczyna wprowadza prawdziwą magię do etiud, ma masę charyzmy i na pewno będę śledzić jej dalsze poczynania sceniczne. Jedyne, czego mogłabym się przyczepić, to że może trochę brakowało mi jakiejś iskry w scenach grupowych, może większego zgrania, ale to i tak jeden z najprzyjemniejszych wieczorów spędzonych w teatrze w tym roku.

Cesarz, reż. Cezary Studniak
(Teatr Capitol we Wrocławiu)
źródło

W Capitolu dorwałam bilety na świeżutką premierę, czyli Cesarza w reżyserii Cezarego Studniaka. Trochę byłam przerażona wizją przenoszenia książki Kapuścińskiego na deski, bo w końcu spora część mocy tej opowieści tkwi w języku i zabiegach literackich, którymi autor sprawnie operuje. Tym większe było moje zaskoczenie, że wrocławscy artyści poradzili sobie z tą historią aż tak dobrze. Na scenie publiczność ogląda opowieść o zachłyśnięciu się władzą, opresji społecznej i najgorszych stronach ludzkiej natury. Ta wersja Cesarza jest w sporym stopniu wierna swojemu pierwowzorowi i wiele epizodów udało się z sukcesem przenieść na deski teatru. Przykładowo, scena przyjmowania zagranicznych delegatów, kiedy mieszkańcy kraju głodują i czekają na resztki ze stołu – robi równie piorunujące wrażenie jak ta opisana w książce.

Ciekawie wypada tytułowa postać, w którą wciela się Mikołaj Woubishet. Cesarz w jego wykonaniu jest niemą figurą (przez większość czasu), ubraną w nieskazitelnie biały strój, o której reszta bohaterów opowiada, która budzi ich zgrozę, której starają się przypodobać. Wszyscy aktorzy radzą sobie świetnie, nie ma większego sensu nikogo wyróżniać (chociaż ja mam słabość do Heleny Sujeckiej i to ona kradła moją uwagę). Muzyka idealnie koresponduje z wydarzeniami na scenie, a choreografia pozwala na podkreślenie okrucieństwa świata przedstawionego. Cesarz, mimo moich początkowych obaw, okazał się kolejnym świetnym tytułem w repertuarze teatru i premierą, którą po prostu warto obejrzeć.

We wrocławskim Capitolu udało mi się również złapać Alicję, która przyniosła sporo uśmiechu. To na pewno spektakl, na którym dorośli mogą bawić się równie dobrze (jeśli nie lepiej), co młodsi widzowie. Na tegorocznym PPA dotarłam jedynie na finał piosenki aktorskiej. Zachwycił mnie w tym roku pomysł na prowadzenie gali, z wyświetlanymi wiadomościami od zwycięzców poprzednich edycji. Niestety, sam koncert z utworami Mirona Białoszewskiego już nie porwał, tak jak ten z poprzedniego roku. Na usprawiedliwienie – ostatnim razem na przeglądzie widziałam genialnego Ralpha Kamińskiego z utworami Kory, więc ciężko takie wydarzenie przebić.


Historia miłosna, reż. Wojciech Malajkat
(Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu)

Wojciech Malajkat wyreżyserował w opolskim teatrze intymną opowieść o miłości. Mam wrażenie, że adaptacji teatralnych w tym rodzaju jest coraz mniej. Takich, które pozbawione są efekciarstwa, a skupiają się na opowiadanej historii i emocjach bohaterów. W ten wieczór w Opolu twórcom udało się przypomnieć na czym polega magia teatru.

W Historii miłosnej poznajemy dwie kobiety, które spotykają się przypadkiem i zakochują się w sobie. To ich wątek będzie trzonem spektaklu. Fabuła jest linearna, oglądamy chronologiczną opowieść, ale zastosowane zostały przeskoki w czasie, dzięki czemu historia rozciąga się do kilkunastu lat. Aktorzy przechodzą na naszych oczach metamorfozy, zmieniają się pod wpływem wydarzeń i ukazują nam różne oblicza tego samego bohatera. Warto zaznaczyć, że pomysł na scenografię okazał się strzałem w dziesiątkę i pomógł w ekspresowych zmianach miejsca i czasu akcji. Na środku sceny postawiona została ruchoma konstrukcja, która po obrocie staje się mieszkaniem dziewczyn, kawiarnią czy wnętrzem gabinetu lekarskiego. 

Usiłowanie streszczenia fabuły tego spektaklu zdecydowanie umniejszyłoby opolskiej realizacji. Może ta historia wydawać się typowym melodramatem, ale dzięki wprowadzeniu humorystycznych dialogów i  odpowiedniego poprowadzenia postaci, całość nabiera lekkości. Śmiejemy się z aktorami i cieszymy ich szczęściem, a za chwilę wylewamy łzy nad ich losem. 

Tekst spektaklu podkreśla jakie konsekwencje niosą ze sobą niedotrzymane obietnice. Zobaczymy, że miłości nie da się kontrolować. Zaangażowanie Helene (Karolina Kuklińska) jest intensywne i prawdziwe tak długo jak trwa, ale bohaterka zbyt lekko rzuca słowa „na zawsze”. Po drugiej stronie stoi Katia (Katarzyna Osipuk), która podchodzi do związku zupełnie odwrotnie – wzbrania się przed zaangażowaniem, ale ulega zmianie pod wpływem entuzjastycznej Helene. Tytułowa historia to nie tylko opowieść o tych dziewczynach. To również opowieść o miłości między bratem i siostrą, miłości rodzicielskiej, miłości tragicznie utraconej. Miłość w spektaklu buduje, napawa optymizmem i dodaje skrzydeł, ale miłość też niszczy, rozczarowuje i przeraża. A na pewno znacząco wpływa na życie każdego z bohaterów.

Opolski spektakl pozbawiony jest zbędnych środków, stawia na odpowiednio zagrany komediodramat i tym samym pokazuje, że wzbudzenie emocji w widzach może odbyć się bez używania wielu efektów specjalnych. Malajkat bardzo dobrze poprowadził swoich aktorów, każda z postaci jest charakterystyczna, ich zmiany są wiarygodne i wynikają z odpowiednio rozczytanych motywów i celów. Może najmocniejszym elementem miała być historia dwójki kobiet, ale uwagę kradnie postać brata i jego wątek. Trudno było przejść obojętnie obok dramatu bezbłędnie zagranego przez Karola Kossakowskiego i Magdalenę Maścianicę. Tych emocji na pewno długo nie zapomnę.

Recitale Mariusza Kiljana (Teatr Polski Wrocław), Rzeźnia numer pięć (Teatr Współczesny Wrocław), Król (Teatr Polski Warszawa), Sługa dwóch panów (Teatr Dramatyczny Warszawa), Na wschód od Hollywood (Teatr Rampa Warszawa)

W Teatrze Polskim we Wrocławiu udało mi się pojawić dwukrotnie i za każdym razem wybór padł na recital Mariusza Kiljana. Jeżeli ktoś interesuje się piosenką aktorską to musi znać tego aktora. Ma swój niepowtarzalny styl prowadzenia utworów, jest pełen ekspresji. Gdziekolwiek – wibracje na temat Grechuty to pomysł na pięknie spędzony wieczór, ze znanymi piosenkami w nowych aranżacjach, wszystkie cudownie zaśpiewane. 20 najśmieszniejszych piosenek na świecie to wznowienie, które również udowadnia jaki talent ma Kiljan. W tym krótkim spektaklu aktor przechodzi z postaci w postać w ciągu kilku sekund co robi piorunujące wrażenie. Ten tytuł jest również mocno komediowy, więc jeżeli macie ochotę się pośmiać to aktor na pewno dostarczy Wam do tego powodów. Ja jestem większą fanką Gdziekolwiek, ale oba spektakle warto obejrzeć.

Rzeźnia numer pięć w reżyserii Marcina Libera to świetne przedstawienie i jeden z najlepszych tytułów w repertuarze Teatru Współczesnego. Książkę Vonneguta czytałam już dawno temu, ale spektakl okazał się bardzo wierny pierwowzorowi. Co nie jest takie łatwe – kto czytał, ten wie. Rzeźnia numer pięć złapała moją uwagę od pierwszych scen, aktorzy Teatru Współczesnego wytworzyli między sobą niesamowitą chemię, oglądanie ich to była czysta przyjemność. Dodatkowo, scenografia, kostiumy, gra światłem i muzyka – wszystko to dopełniało spektakl, tworząc satysfakcjonującą całość. Ostrzegam tylko, że czas trwania może niektórych pokonać, bo to ponad trzy godziny. Polecam się zatem przygotować i przyjść wypoczętym. I jeżeli przeszkadza Wam dym papierosowy to radzę usiąść w dalszych rzędach. Sam spektakl gorąco polecam, szczególnie fanom książki.

źródło

W jeden z weekendów wybrałam się również do Warszawy, gdzie udało mi się obejrzeć trzy spektakle. Pierwszym był Król na podstawie książki Twardocha w reżyserii Moniki Strzępki i to ten tytuł zrobił na mnie największe wrażenie. W końcu udało mi się zobaczyć Andrzeja Seweryna na scenie i to niezapomniane przeżycie, aktor jest prawdziwie hipnotyzujący. Historia trzyma się fabuły znanej z książki, ale oczywiście potrzebne były pewne skróty, żeby zmieścić się w ograniczonym czasie. Ja czytałam pierwowzór, więc nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem treści, ale podczas przerwy słyszałam kilka uwag na ten temat, więc polecam się zapoznać z Królem Twardocha przed wizytą w teatrze. Choć spektakl jest długi oglądałam go z niegasnącym zainteresowaniem, zrealizowany został z rozmachem. Świetnie wypadł obraz Warszawy lat minionych, kilka aktorskich występów zapada głęboko w pamięci (Krzysztof Dracz jako Kum!), a sceny w spowolnieniu wyszły moim zdaniem bardzo efektownie.

Drugim spektaklem był Sługa dwóch panów w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. To commedia dell'arte, podczas której trudno nie wybuchnąć kilkukrotnie śmiechem. Tekst Carlo Goldoniego zawiera sporo humoru sytuacyjnego, jednak skupia się oczywiście na zabawnych postaciach. Jak na typową commedię dell'arte przystało aktorzy grają również w maskach, zdarza im się improwizować i przede wszystkim świetnie się bawią na scenie, dzięki czemu i widzowie dobrze się czują. Prym wiedzie Krzysztof Szczepaniak, który w roli sługi jest przezabawny. Dobrze spędzony wieczór w teatrze, polecam dla osób szukających dość prostej rozrywki i dawki humoru. Niestety, już tak zabawnie nie było na spektaklu Na wschód od Hollywood, który nie trafił w moje gusta. Spektakl napisany został przez Tomasza Jachimka, znanego polskiego kabareciarza. Temat wydawał się ciekawy, bo przedstawienie to losy początkującego aktora, który opuścił mury szkoły i marzy o graniu w teatrze. Realizacyjnie nie porywa, a żarty są mocno „kabaretowe”. Epizodyczne role zagrają nawet znani polscy kabareciarze, jak Abelard Giza. Jeżeli jesteście fanami tego humoru to może Wam się spodobać.

Życzę wszystkim samych pięknych teatralnych przygód w drugiej połowie roku!

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka