Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr wrocław. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 czerwca 2022

Teatralne pół roku

Pierwsza połowa roku już prawie za nami i chociaż czytelniczo nie był to dla mnie najbardziej owocny okres, to pod względem teatralnym zaliczam go do bardzo udanych. Odwiedziłam kilka różnych teatrów, a większość obejrzanych spektakli okazała się strzałem w dziesiątkę. Początkowo, nie miałam zamiaru wracać do tych wszystkich tytułów, ale brak chociażby słowa o tak świetnych przedstawieniach jak Cesarz (Teatr Capitol) byłoby dużym błędem. Gromadzę zatem moje odczucia w zbiorczy post i postaram się krótko napisać na które tytuły warto zwrócić uwagę.

Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie, reż. Agata Kucińska 
(AST Wydział Lalkarski we Wrocławiu)
źródło

Pierwszym spektaklem obejrzanym w tym roku był spektakl dyplomowy studentów Wydziału Lalkarskiego we wrocławskim AST o nazwie Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie w reżyserii Agaty Kucińskiej. Nazwisko reżyserki zapewne wielu wrocławskim fanom teatru jest znane. Wszystko za sprawą Blaszanego Bębenka, gdzie Agata Kucińska wciela się w postać Oscara przy użyciu lalki tintamareski. Jeżeli jeszcze nie byliście, to koniecznie wybierzcie się do Capitolu na ten spektakl. Już samo podziwianie zdolności lalkarskich aktorów jest tego warte.

Zazwyczaj, wybierając się na spektakle dyplomowe obniżam lekko swoje oczekiwania. Wiem, że będę oglądała młodych ludzi, którzy znajdują się jeszcze na początku swojej ścieżki kariery. W przypadku przedstawienia Pomiłość zupełnie niepotrzebnie to zrobiłam. Całość to czysta przyjemność, eksplozja świeżości, młodzieńczego zapału i pomysłowości. Aktorzy przenoszą nas w przyszłość, gdzie nie ma już miłości, takiej, jaką znamy. Grupa bohaterów postanawia jednak zgłębić przeszłość. Za pomocą technologii VR przeżywają historie romantyczne naszych czasów z ich ekscytującą, barwną stroną, a także licznymi rozczarowaniami. Forma „podróży w czasie” pozwala na wprowadzenie wielu różnych scenek, w których poszczególni aktorzy mogą zabłysnąć. Scenki te robią ogromne wrażenie, są zgrabnie napisane, świetnie zagrane i zachwycające od strony technicznej. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej. Do moich ulubionych fragmentów zalicza się ten, który miał miejsce w sanatorium. Pomysł na zrobienie własnej wersji gry, tzw. „piłkarzyków”, używając lalek  petarda! Muszę też wyróżnić Nikolę Czerniecką, bo ta dziewczyna wprowadza prawdziwą magię do etiud, ma masę charyzmy i na pewno będę śledzić jej dalsze poczynania sceniczne. Jedyne, czego mogłabym się przyczepić, to że może trochę brakowało mi jakiejś iskry w scenach grupowych, może większego zgrania, ale to i tak jeden z najprzyjemniejszych wieczorów spędzonych w teatrze w tym roku.

Cesarz, reż. Cezary Studniak
(Teatr Capitol we Wrocławiu)
źródło

W Capitolu dorwałam bilety na świeżutką premierę, czyli Cesarza w reżyserii Cezarego Studniaka. Trochę byłam przerażona wizją przenoszenia książki Kapuścińskiego na deski, bo w końcu spora część mocy tej opowieści tkwi w języku i zabiegach literackich, którymi autor sprawnie operuje. Tym większe było moje zaskoczenie, że wrocławscy artyści poradzili sobie z tą historią aż tak dobrze. Na scenie publiczność ogląda opowieść o zachłyśnięciu się władzą, opresji społecznej i najgorszych stronach ludzkiej natury. Ta wersja Cesarza jest w sporym stopniu wierna swojemu pierwowzorowi i wiele epizodów udało się z sukcesem przenieść na deski teatru. Przykładowo, scena przyjmowania zagranicznych delegatów, kiedy mieszkańcy kraju głodują i czekają na resztki ze stołu  robi równie piorunujące wrażenie jak ta opisana w książce.

Ciekawie wypada tytułowa postać, w którą wciela się Mikołaj Woubishet. Cesarz w jego wykonaniu jest niemą figurą (przez większość czasu), ubraną w nieskazitelnie biały strój, o której reszta bohaterów opowiada, która budzi ich zgrozę, której starają się przypodobać. Wszyscy aktorzy radzą sobie świetnie, nie ma większego sensu nikogo wyróżniać (chociaż ja mam słabość do Heleny Sujeckiej i to ona kradła moją uwagę). Muzyka idealnie koresponduje z wydarzeniami na scenie, a choreografia pozwala na podkreślenie okrucieństwa świata przedstawionego. Cesarz, mimo moich początkowych obaw, okazał się kolejnym świetnym tytułem w repertuarze teatru i premierą, którą po prostu warto obejrzeć.

We wrocławskim Capitolu udało mi się również złapać Alicję, która przyniosła sporo uśmiechu. To na pewno spektakl, na którym dorośli mogą bawić się równie dobrze (jeśli nie lepiej), co młodsi widzowie. Na tegorocznym PPA dotarłam jedynie na finał piosenki aktorskiej. Zachwycił mnie w tym roku pomysł na prowadzenie gali, z wyświetlanymi wiadomościami od zwycięzców poprzednich edycji. Niestety, sam koncert z utworami Mirona Białoszewskiego już nie porwał, tak jak ten z poprzedniego roku. Na usprawiedliwienie  ostatnim razem na przeglądzie widziałam genialnego Ralpha Kamińskiego z utworami Kory, więc ciężko takie wydarzenie przebić.


Historia miłosna, reż. Wojciech Malajkat
(Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu)

Wojciech Malajkat wyreżyserował w opolskim teatrze intymną opowieść o miłości. Mam wrażenie, że adaptacji teatralnych w tym rodzaju jest coraz mniej. Takich, które pozbawione są efekciarstwa, a skupiają się na opowiadanej historii i emocjach bohaterów. W ten wieczór w Opolu twórcom udało się przypomnieć na czym polega magia teatru.

W Historii miłosnej poznajemy dwie kobiety, które spotykają się przypadkiem i zakochują się w sobie. To ich wątek będzie trzonem spektaklu. Fabuła jest linearna, oglądamy chronologiczną opowieść, ale zastosowane zostały przeskoki w czasie, dzięki czemu historia rozciąga się do kilkunastu lat. Aktorzy przechodzą na naszych oczach metamorfozy, zmieniają się pod wpływem wydarzeń i ukazują nam różne oblicza tego samego bohatera. Warto zaznaczyć, że pomysł na scenografię okazał się strzałem w dziesiątkę i pomógł w ekspresowych zmianach miejsca i czasu akcji. Na środku sceny postawiona została ruchoma konstrukcja, która po obrocie staje się mieszkaniem dziewczyn, kawiarnią czy wnętrzem gabinetu lekarskiego

Usiłowanie streszczenia fabuły tego spektaklu zdecydowanie umniejszyłoby opolskiej realizacji. Może ta historia wydawać się typowym melodramatem, ale dzięki wprowadzeniu humorystycznych dialogów i  odpowiedniego poprowadzenia postaci, całość nabiera lekkości. Śmiejemy się z aktorami i cieszymy ich szczęściem, a za chwilę wylewamy łzy nad ich losem. 

Tekst spektaklu podkreśla jakie konsekwencje niosą ze sobą niedotrzymane obietnice. Zobaczymy, że miłości nie da się kontrolować. Zaangażowanie Helene (Karolina Kuklińska) jest intensywne i prawdziwe tak długo jak trwa, ale bohaterka zbyt lekko rzuca słowa „na zawsze”. Po drugiej stronie stoi Katia (Katarzyna Osipuk), która podchodzi do związku zupełnie odwrotnie  wzbrania się przed zaangażowaniem, ale ulega zmianie pod wpływem entuzjastycznej Helene. Tytułowa historia to nie tylko opowieść o tych dziewczynach. To również opowieść o miłości między bratem i siostrą, miłości rodzicielskiej, miłości tragicznie utraconej. Miłość w spektaklu buduje, napawa optymizmem i dodaje skrzydeł, ale miłość też niszczy, rozczarowuje i przeraża. A na pewno znacząco wpływa na życie każdego z bohaterów.

Opolski spektakl pozbawiony jest zbędnych środków, stawia na odpowiednio zagrany komediodramat i tym samym pokazuje, że wzbudzenie emocji w widzach może odbyć się bez używania wielu efektów specjalnych. Malajkat bardzo dobrze poprowadził swoich aktorów, każda z postaci jest charakterystyczna, ich zmiany są wiarygodne i wynikają z odpowiednio rozczytanych motywów i celów. Może najmocniejszym elementem miała być historia dwójki kobiet, ale uwagę kradnie postać brata i jego wątek. Trudno było przejść obojętnie obok dramatu bezbłędnie zagranego przez Karola Kossakowskiego i Magdalenę Maścianicę. Tych emocji na pewno długo nie zapomnę.

Recitale Mariusza Kiljana (Teatr Polski Wrocław), Rzeźnia numer pięć (Teatr Współczesny Wrocław), Król (Teatr Polski Warszawa), Sługa dwóch panów (Teatr Dramatyczny Warszawa), Na wschód od Hollywood (Teatr Rampa Warszawa)

W Teatrze Polskim we Wrocławiu udało mi się pojawić dwukrotnie i za każdym razem wybór padł na recital Mariusza Kiljana. Jeżeli ktoś interesuje się piosenką aktorską to musi znać tego aktora. Ma swój niepowtarzalny styl prowadzenia utworów, jest pełen ekspresji. Gdziekolwiek  wibracje na temat Grechuty to pomysł na pięknie spędzony wieczór, ze znanymi piosenkami w nowych aranżacjach, wszystkie cudownie zaśpiewane. 20 najśmieszniejszych piosenek na świecie to wznowienie, które również udowadnia jaki talent ma Kiljan. W tym krótkim spektaklu aktor przechodzi z postaci w postać w ciągu kilku sekund co robi piorunujące wrażenie. Ten tytuł jest również mocno komediowy, więc jeżeli macie ochotę się pośmiać to aktor na pewno dostarczy Wam do tego powodów. Ja jestem większą fanką Gdziekolwiek, ale oba spektakle warto obejrzeć.

Rzeźnia numer pięć w reżyserii Marcina Libera to świetne przedstawienie i jeden z najlepszych tytułów w repertuarze Teatru Współczesnego. Książkę Vonneguta czytałam już dawno temu, ale spektakl okazał się bardzo wierny pierwowzorowi. Co nie jest takie łatwe  kto czytał, ten wie. Rzeźnia numer pięć złapała moją uwagę od pierwszych scen, aktorzy Teatru Współczesnego wytworzyli między sobą niesamowitą chemię, oglądanie ich to była czysta przyjemność. Dodatkowo, scenografia, kostiumy, gra światłem i muzyka  wszystko to dopełniało spektakl, tworząc satysfakcjonującą całość. Ostrzegam tylko, że czas trwania może niektórych pokonać, bo to ponad trzy godziny. Polecam się zatem przygotować i przyjść wypoczętym. I jeżeli przeszkadza Wam dym papierosowy to radzę usiąść w dalszych rzędach. Sam spektakl gorąco polecam, szczególnie fanom książki.

źródło

W jeden z weekendów wybrałam się również do Warszawy, gdzie udało mi się obejrzeć trzy spektakle. Pierwszym był Król na podstawie książki Twardocha w reżyserii Moniki Strzępki i to ten tytuł zrobił na mnie największe wrażenie. W końcu udało mi się zobaczyć Andrzeja Seweryna na scenie i to niezapomniane przeżycie, aktor jest prawdziwie hipnotyzujący. Historia trzyma się fabuły znanej z książki, ale oczywiście potrzebne były pewne skróty, żeby zmieścić się w ograniczonym czasie. Ja czytałam pierwowzór, więc nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem treści, ale podczas przerwy słyszałam kilka uwag na ten temat, więc polecam się zapoznać z Królem Twardocha przed wizytą w teatrze. Choć spektakl jest długi oglądałam go z niegasnącym zainteresowaniem, zrealizowany został z rozmachem. Świetnie wypadł obraz Warszawy lat minionych, kilka aktorskich występów zapada głęboko w pamięci (Krzysztof Dracz jako Kum!), a sceny w spowolnieniu wyszły moim zdaniem bardzo efektownie.

Drugim spektaklem był Sługa dwóch panów w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. To commedia dell'arte, podczas której trudno nie wybuchnąć kilkukrotnie śmiechem. Tekst Carlo Goldoniego zawiera sporo humoru sytuacyjnego, jednak skupia się oczywiście na zabawnych postaciach. Jak na typową commedię dell'arte przystało aktorzy grają również w maskach, zdarza im się improwizować i przede wszystkim świetnie się bawią na scenie, dzięki czemu i widzowie dobrze się czują. Prym wiedzie Krzysztof Szczepaniak, który w roli sługi jest przezabawny. Dobrze spędzony wieczór w teatrze, polecam dla osób szukających dość prostej rozrywki i dawki humoru. Niestety, już tak zabawnie nie było na spektaklu Na wschód od Hollywood, który nie trafił w moje gusta. Spektakl napisany został przez Tomasza Jachimka, znanego polskiego kabareciarza. Temat wydawał się ciekawy, bo przedstawienie to losy początkującego aktora, który opuścił mury szkoły i marzy o graniu w teatrze. Realizacyjnie nie porywa, a żarty są mocno „kabaretowe”. Epizodyczne role zagrają nawet znani polscy kabareciarze, jak Abelard Giza. Jeżeli jesteście fanami tego humoru to może Wam się spodobać.

Życzę wszystkim samych pięknych teatralnych przygód w drugiej połowie roku!

czwartek, 14 listopada 2019

Kochać, jak to trudno powiedzieć - „Magnolia” Wrocławski Teatr Współczesny

Spektakl Magnolia we Wrocławskim Teatrze Współczesnym rozpoczyna się od informacji z offu, że wszyscy występujący tego dnia aktorzy są niedysponowani uczuciowo. Nad publicznością gaśnie światło, a z dużej dziury na scenie wyłaniają się jedna po drugiej postacie aktorów w zielonych kostiumach żab. Oglądamy wycinek z ich życia, w którym wylegują się w słońcu, zdobywają jedzenie, wchodzą między sobą w interakcje, ale tak ogólnie - mają się dobrze. W ten sposób Skonieczny koresponduje z symboliczną finałową sceną pochodzącą z filmowej wersji Magnolii P.T. Andersona, czyli przypominającym biblijną plagę deszczem żab. Reżyser teatralnej adaptacji w swojej wersji pokazuje, że mimo upływu jakiegoś czasu od premiery filmu, żaby nadal lęgną się w ludziach. Ba! Żyje im się wciąż całkiem dobrze. W jego oczach płazy symbolizują potwora, który mieszka w człowieku, wstrzymującego go od uczucia miłości i empatii, dręczącego go wątpliwościami, lękiem przed odrzuceniem, przed spojrzeniem w przyszłość bez rozpamiętywania przeszłości. Anderson deszczem żab kończy film, a Skonieczny podkreśla, że te same problemy dalej się we współczesnym człowieku jątrzą.
źródło
O Krzysztofie Skoniecznym zrobiło się głośno po tym jak stanął za sterami produkcji HBO, Ślepnąc od świateł (btw. bardzo dobrej, więcej pisałam tutaj). Oglądając Magnolię widać jego charakterystyczny styl, mocna muza i stroboskopowe światła, a na scenie porozstawiane ekrany, które będą współgrały z wydarzeniami na scenie. Skonieczny spory nacisk kładzie na efekty audiowizualne, widać, że to jego konik, korzysta ze środków sprawnie i ze świetnymi rezultatami. Często wyświetlane na ekranach były zbliżenia na twarze aktorów, nagrywane na żywo podczas trwania spektaklu. W ten sposób naprawił jeden z problematycznych teatralnych elementów, czyli niemożność przyjrzenia się mimice aktorów. Na Magnolii miałam okazję oglądać obraz pełnej sceny, ale dostałam możliwość, żeby skupić się także na przepełnionych emocjami twarzach aktorów, na których pięknie malowały się męczące ich lęki i niepewności.
Scenariusz spektaklu oparty jest na podstawie filmowej wersji Magnolii. Adaptacją tekstu zajęli się Krzysztof Skonieczny i Anka Herbut. Oboje wyszli z tego przedsięwzięcia obronną ręką, ponieważ dramaturgia jest zbudowana w sposób bardzo efektowny. Początek, czyli epizod, w którym obserwujemy życie żab jest odpowiednio zabawny, kostiumy płazów robią spore wrażenie, pomysły scenograficzne, bardzo tutaj proste, niczym namalowane ręką dziecka wywołują uśmiech, a na dodatek aktorzy porozumiewają się kumkaniem zawodowo.
Wiadomo, że spektakl, który trwa ponad trzy godziny może trochę znużyć, jednak twórcy zrobili wszystko, żeby widz mógł przeżywać intensywne wydarzenia razem z bohaterami. Pierwszy akt przepełniony jest przeskakującą między różnymi postaciami akcją, która zwalnia po przerwie, czyli w części drugiej. Nam to jednak nie przeszkadzało, druga odsłona mimo że spokojniejsza, pozwalała tym bardziej odczuć samotność i rozgoryczenie bohaterów, a każdy aktor dostał tam sporo miejsca na pokazanie swoich umiejętności.
źródło, fot. Krzysztof Skonieczny
Magnolia nie okazałaby się dla mnie takim sukcesem, gdyby nie świetny zespół aktorski. Każdy z nich miał przed sobą trudne zadanie, bo postacie w spektaklu są rozbite, szukają wyjścia z patowej sytuacji, nie potrafią mówić o uczuciach, unikają ich, nie umieją znaleźć swojej drogi do szczęścia. To spory ładunek emocjonalny, który każdy z aktorów dźwiga z autentycznością i niebywałą charyzmą. Najciekawiej wypada para Klaudia (w tej roli widziałam Marię Kanię) i January Kundelek (Piotr Łukaszczyk). Nie dość, że są to dobrze zagrane role (świetny timing!), to jeszcze ich dialogi przepełnia dynamizm i są źródłem humoru wśród otaczającego nas zewsząd tragizmu. Trzeba jednak przyznać, że aktorsko nie ma tutaj przegranych, wszyscy stają na wysokości zadania. Wspaniały jest Maciej Tomaszewski, którego Nestor Krok, wygłaszając kwestie z łoża śmierci, przeszywa widza na wskroś. Świetna jest para Róża-Szczepan Jaszczur (Ewelina Paszke-Lowitzsch i Wiesław Cichy), genialnie prezentują się też Miłosz Pietruski, Mateusz Łasowski i Anna Kieca. Cóż, po prostu wszyscy razem tworzą świetny zespół aktorski. Na dodatek potrafią także zaskoczyć w kwestiach muzycznych, bo co jakiś czas sprawnie używają instrumentów dostępnych na scenie bądź mają niewielkie wstawki śpiewane.
Jako że fabułę znałam już z filmu to cieszy mnie przede wszystkim podkręcenie wszelkich dodatkowych elementów przez ekipę Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Kiedy kończy się początkowa sekwencja z żabami w rolach głównych i ukazuje się widzom reszta scenografii to musiałam zbierać szczękę z podłogi. Podwieszona klatka-szklarnia, pod nią staw pełen wody, psychodeliczne oświetlenie, sztuczne kwiaty - to wszystko wizualnie robi piorunujące wrażenie.  Fabien Lédé w duecie z Michałem Dymkiem stworzyli niezapomniany klimat. Skonieczny natomiast ma świetne wyczucie i korzysta z zabiegów scenograficznych i odpowiedniego oświetlenia, podbijając sytuacje sceniczne w sposób bardzo filmowy (scena padającego deszczu wręcz hipnotyzująca!).
źródło, fot. Krzysztof Skonieczny
Na Magnolię warto przyjść wypoczętym i przygotowanym na długie posiedzenie, jednak jeżeli będziemy otwarci możemy przeżyć współczesno-baśniowe przeżycie. To na pewno ciekawy głos na wrocławskim poletku teatralnym, któremu warto dać szansę. Śledzenie poczynań bohaterów angażuje naszą uwagę, daje nam obraz wnętrza człowieka: pełnego sprzeczności, niepotrafiącego podjąć decyzji, walczącego z samym sobą, pragnącego miłości i jednocześnie obawiającego się miłości. Wszystko to znamy z otoczenia, mamy z tym styczność dzień w dzień, a Magnolia pozwoli nam tylko przypomnieć sobie jak złożone i destrukcyjne są ludzkie lęki.

sobota, 19 października 2019

Życie to sztuka akrobacji - „Mock. Czarna burleska” Teatr Muzyczny Capitol

Marek Krajewski nazywany jest ojcem chrzestnym polskiego kryminału. Wykreowana przez niego postać - komisarz Eberhard Mock, pracujący w przedwojennym Breslau stał się inspiracją dla stworzenia najnowszej premiery w Teatrze Muzycznym Capitol. Tak się złożyło, że autor w tym roku świętuje dwudziestolecie swojej twórczości, a Capitol działający od 1929 roku swoje dziewięćdziesięciolecie. Takie dwa jubileusze postanowiono połączyć. Konrad Imiela, dyrektor teatru wyreżyserował burleskę, w której centrum postawił postać Mocka, a jego przygody z kolejnych książek przedstawił za pomocą poszczególnych utworów. Można powiedzieć, że obok takiego wydarzenia Wrocławianie nie mogą przejść obojętnie. Tutejszy świat teatru i literatury spotkał się, żeby razem świętować jubileusze, a widzowie powinni się bawić razem z twórcami.
źródło
Przed wybraniem się na spektakl warto sobie uświadomić jedną rzecz - jak pełna nazwa wskazuje nowe przedstawienie Capitolu to burleska, czyli forma teatralna opierająca się na grupowych tańcach,  śpiewach, często wulgarna i parodiująca ważne tematy. Nie ma więc po co streszczać fabuły spektaklu, bo tutaj raczej będziemy mieć kontakt z kolejnymi songami, dotyczącymi przygód komisarza Mocka, ale brak będzie linearnej opowieści.
Pomysły reżysera okazały się strzałem w dziesiątkę. Przede wszystkim dobrze sprawdza się fakt, że całość podzielona jest na kolejne grzeszki, słabości głównego bohatera, będące niejako tematem piosenek. Mamy m.in.: „wrażliwość”, „samotność”, „urodę”, „rodzinę”. Nakieruje to publiczność na odpowiednie tory i pozwoli skupić się na danej kwestii. Widzom nie pozwolą się zagubić także damy ulicy, czyli sześć kobiet, które są niejako narratorami opowieści, wypełnią przestrzeń między dużymi songami swoimi przyśpiewkami i przygrywaniu na ukulele.
źródło
Testy piosenek napisał Konrad Imiela wspólnie z Romanem Kołakowskim, który zmarł w styczniu tego roku. W większości były one zgrabnie złożone, jasne w przekazie, dawały odpowiedni obraz danego tematu. I choć ogólny wydźwięk jest raczej pozytywny to czasami miałam problem z dość topornie poskładanymi zdaniami.
Na pewno wrażenie robi warstwa muzyczna. W tej kwestii brawa należą się młodemu kompozytorowi, Grzegorzowi Rdzakowi. Jego show to przede wszystkim różnorodność, która się w tym przypadku opłaciła. Będziemy słyszeć tutaj rytmy tanga czy samby, potowarzyszą nam przyśpiewki przy ukulele i poruszające piosenki aktorskie, doświadczymy zabawnych brzmień cyrkowych, a zaskoczą także elementy rapu i muzyki elektronicznej. Okazuje się, że ta dziwna mieszanka ma sens i sprawia, że publiczność z piosenki na piosenkę jest coraz bardziej zaangażowana i zaciekawiona kolejnymi rozwiązaniami.
Skoro już przy utworach jesteśmy to warto też pochwalić choreografię i zespół taneczny, który ponownie wnosi bonusowe atuty do przedstawienia. Szczególnie w pamięci zapadła świetna scena z kina Capitol - proste ruchy, które wykonane z odpowiednią precyzją dają świetny efekt, a także piosenka żony Mocka, wykonana raczej w nowoczesny sposób, jednocześnie z zachowaniem klasycznej choreografii w otoczeniu wachlarzy z białych piór.
źródło
Jeżeli chodzi o aktorskie perełki to mam ich kilka. Pierwsze duże wrażenie robi piosenka wykonana przez Tomasza Wysockiego. Ten człowiek śpiewa tak, że nie da się od niego odwrócić uwagi. Znalazł idealny balans między realnością a karykaturą, a ja zostałam zdecydowanie oczarowana. Pomysł na piosenkę również wypadł bardzo dobrze, z zaskoczeniem w końcówce utworu. Drugim mocnym wejściem była oczywiście Emose Uhunmwangho. Mimo że już tyle razy słyszałam ją na żywo, to ta kobieta za każdym razem zaskakuje mnie swoją barwą, brzmieniem, które przenika dogłębnie i wzbudza dreszcze. Tym bardziej, że jej piosenka była wzruszająca, mówiąca o współczesnych problemach, jak pogardzanie drugim człowiekiem, traktowanie innych jako gorszych od siebie. Kiedy została zamknięta w neonowej klatce naprawdę ściskało się gardło. Ostatnim wyróżnieniem okrasiłabym Ewę Szlempo-Kruszyńską, żonę Mocka, która dostała dość trudną aranżację, gdzie szybkim tempem musiała recytować spore ilości tekstu. Poradziła sobie świetnie, a jej postać została w pamięci jako jedna z bardziej charakterystycznych. Warto też wspomnieć o zabawnym utworze z cyrku i piosence w kinie, która robiła wrażenie wizualne, a nucę ją do dzisiaj.
źródło
Jakimś magicznym sposobem udało mi się zdobyć bilety już na pierwsze publiczne wystawienie Mocka. Czarnej burleski, także byłam na spektaklu 10 października, a uroczysta premiera odbyła się 12 października. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby wybrać się akurat tak wcześnie. Zazwyczaj pierwsze spektakle są jeszcze trochę chwiejne i dopiero z każdym kolejnym wystawieniem całość lepiej się układa. Dlatego miałam kilka uwag do całości. Przede wszystkim u dam ulicy czasami widać było niedogranie. Każda z nich miała mieć inną, ale silną osobowość, a wyszło na to, że w pamięć zapadają może trzy, a reszta trochę odstaje. Po takim zbiorowym narratorze spodziewałabym się więcej harmidru i energii, a czułam raczej jego przebłyski (wejście na drugi akt było zdecydowanie mocniejsze). Oprócz tego waga odgrywania głównego bohatera trochę przycisnęła Artura Caturiana, a jednocześnie konstrukcja spektaklu nie dała mu możliwości zabłysnąć. To, że aktor jest zdolny już wiemy, widzieliśmy go w Blaszanym Bębenku i na pamiętnym Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Tutaj wydaje się pasować idealnie do roli wycofanego, chociaż czasami niepanującego nad sobą Mocka. Niestety wydawało mi się, że sporo było O głównej postaci, ale BEZ głównej postaci, przez co trudno było nawiązać prawdziwą więź z tym człowiekiem i poznać go bliżej. Większość akcji została opowiedziana przez innych bohaterów, a Mock jedynie pojawiał się na chwilę i rozwiązywał sprawę. Sam Artur momentami był świetny, ale ogólnie wypadł tylko znośnie. Spodziewałam się o wiele więcej.
źródło
Spektakl świetnie się sprawdza jako dostarczyciel rozrywki - przez cały czas ogląda się całość z niegasnącym zainteresowaniem, dzięki różnorodności piosenek i wykonawców. To wspaniała laurka dla Marka Krajewskiego i jego twórczości. Wciąż mam przed sobą niektóre sceny, bawiłam się naprawdę przednio. Podejrzewam, że Ci, którzy czytali twórczość Krajewskiego również byli zadowoleni. Może nie jest to jeden z najmocniejszych spektakli Teatru Muzycznego Capitol, ale wciąż warto się na niego wybrać i miło spędzić czas.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka