wtorek, 4 sierpnia 2026

Fantastyka inspirowana innymi kulturami – „Yumi i Malarz Koszmarów” Brandon Sanderson i „Ostatnie promienie słońca” Guy Gavriel Kay

 

Yumi i Malarz Koszmarów
Brandon Sanderson

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: MAG

Tak czy inaczej, chodzi o to - sztuka nie musi być dobra, by być wartościowa. Ktoś kiedyś powiedział, że sztuka jest jedynym prawdziwie bezużytecznym tworem - który nie ma żadnego mechanicznego celu. A jest ceniona jedynie ze względu na percepcję ludzi, którzy ją oglądają.
 

Opis wydawcy

Samodzielna opowieść z uniwersum Cosmere, w której dwoje ludzi pochodzących z zupełnie różnych światów musi się porozumieć i współpracować, żeby ocalić swoje społeczności przed zagładą. Yumi pochodzi z krainy ogrodów, medytacji i duchów, zaś Malarz żyje na świecie ciemności, techniki i koszmarów. Kiedy ich losy splatają się nagle w dziwny sposób, czy uda im się zapomnieć o różnicach i współpracować, by odkryć tajemnicę wiążącą się z ich sytuacją i uratować swoje wspólnoty?


Moja recenzja

Sanderson to marka sama w sobie. Kiedy mam ochotę na fantastykę, jest jak bezpieczna przystań, do której mogę się udać po wciągającą, oryginalną i pobudzającą wyobraźnię opowieść. Yumi i Malarz Koszmarów to jeden z tajnych projektów autora – podczas pandemii Sanderson nagle ogłosił, że wyda pięć dodatkowych książek z uniwersum Cosmere, ku zaskoczeniu i zachwytowi fanów. 

Powieść czerpie przede wszystkim z kultur Korei i Japonii, co świetnie sprawdza się przy budowaniu obu światów. Choć dwójka głównych bohaterów pochodzi z różnych rzeczywistości, obie są mocno zakorzenione w kulturach Wschodu. Yumi wychowywana jest przez opiekunki i od dziecka przygotowywana do ważnej pracy – przywoływania duchów za pomocą skomplikowanych kamiennych instalacji. Otacza się ją czcią niczym najsłynniejszą gejszę, a służące osłaniają ją wachlarzami przed wścibskimi oczami. Malarz wieczorami walczy z koszmarami za pomocą pędzla, a jego jedyna pozytywna interakcja odbywa się z właścicielką restauracji podającej kluski. Ta azjatycka nutka pasuje tutaj idealnie. 

Tym, w czym Sanderson bryluje, jest ponownie historia. Opowieść zawiera sporo tajemnic i znowu nie udało mi się przewidzieć niespodzianki, którą autor przygotował. Szczególnie dobrze wychodzi mu zwodzenie czytelnika – jeżeli przez większość powieści powtarza się jakieś przypuszczenie, w końcu sami zaczynamy w nie wierzyć. Podobało mi się również oparcie magicznego elementu na sztuce. To właśnie dzięki podobnemu zajęciu bohaterowie tak dobrze ze sobą rezonują – łatwiej im zrozumieć swoją pracę, która opiera się przecież na tworzeniu sztuki jako formie pomocy innym. 

Przy okazji ostatniego tomu Wiatru i prawdy miałam pewne zastrzeżenia do języka autora i niestety tutaj mam podobne przemyślenia. Nie wiem, czy we wcześniejszych książkach po prostu tego nie zauważałam, czy może coś zmieniło się w jego prozie, ale ponownie wszystkie żartobliwe teksty wywoływały we mnie raczej zniesmaczenie niż uśmiech. Dodatkowo muszę z ciężkim sercem przyznać, że Sanderson nie udźwignął pisania romantycznej relacji. Sceny w rytualnej kąpieli najchętniej wycięłabym ze swojej pamięci. To szczególnie uwiera, bo autor określa tę książkę jako swoją książkę romantyczną. Wiem jednak, że wielu czytelników jest z tej relacji zadowolonych, więc musicie przekonać się na własnej skórze. Na szczęście historia i sami bohaterowie są na tyle dobrzy, że mogłam przymknąć oko na ten romans. 

Czy warto Yumi i Malarza Koszmarów przeczytać? Jeżeli lubicie magiczne historie, to jak najbardziej. Wyobraźnia autora nadal robi ogromne wrażenie, a opowieść wciąga od początku do końca. Mankamenty są, ale nie na tyle przeszkadzające, żeby zakłócić radość z poznawania tej historii. To też bardziej kameralna opowieść, pewnie dlatego, że miała być przede wszystkim romansem. Nie ma tutaj epickich bitew – zamiast tego Sanderson skupia się na dwójce bohaterów, ich relacji i wykorzystaniu sztuki do naprawienia świata. A dla fanów Cosmere to oczywiście dodatkowa przyjemność, bo nawiązania do znanego uniwersum, jak to u Sandersona, pojawiają się tu i ówdzie. Wystarczy wspomnieć, że narratorem tej opowieści jest sam Hoid.


Ostatnie promienie słońca
Guy Gavriel Kay

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2006
Liczba stron: 456
Wydawnictwo: MAG

Język może sprowadzić na człowieka kłopoty szybciej niż cokolwiek innego.
 

Opis wydawcy

Powieść rozpoczyna się, kiedy młody Wiking Bern Thorkellson ucieka z rodzinnego domu ze skradzionym koniem i dołącza do morskiej wyprawy Jormsvików wyruszających na podbój wybrzeży wysp Brytyjskich. W tym czasie Alun ab Owyn, Książe Celtów przysięga Jormsvikom zemstę po tym, jak w brutalnym ataku zabili jego brata Dai. Dusza Dai przyłączyła się do królowej elfów i podąża za nią do świętego lasu. Aeldred, król Celtów broni swojego królestwa przed najazdem Jomsvików pod przywództwem wnuka legendarnego bohatera Wikingów, Siggura Volgansona. Podczas bitwy córka Aeldreda odkrywa psychiczną więź z księciem celtyckim Alunem.


Moja recenzja

Dla fanów fantastyki nazwisko Guy Gavriel Kay powinno być dobrze znane. To jeden z tych autorów, których często wymienia się wśród tuzów gatunku. Co prawda Ostatnie promienie słońca nie należą do jego najgłośniejszych tytułów, ale takie książki jak Tigana czy Lwy z Al-Rassanu często znajdują się na listach najlepszych książek fantasy. 

Chociaż na półce czeka na mnie Tigana, cieszę się, że przygodę z Kayem zaczęłam od mniej docenianej pozycji. Ostatnie promienie słońca to książka mocno inspirowana kulturami nordyckimi, celtyckimi i anglosaskimi. Jej akcja rozgrywa się na fantastycznym odpowiedniku średniowiecznych Wysp Brytyjskich, a autor pokazuje świat, w którym trzy różne kultury ścierają się ze sobą, zawierają sojusze i próbują odnaleźć się w zmieniającej się rzeczywistości. 

Opowieść snuta jest z perspektywy wielu bohaterów. Jest ich tylu, że można się trochę w tych historiach pogubić, ale pomaga mały spis postaci na początku książki. Dzięki temu wielogłosowi poznajemy różne punkty widzenia, śledzimy poczynania zarówno bohaterów, jak i ich przeciwników. Zresztą zdarza się tutaj, że wrogowie nagle stają się sojusznikami, a zmiany stron wydają się naturalną częścią historii. Kay nie dzieli świata po prostu na bohaterów i złoczyńców – pokazuje raczej, że każda ze stron ma własne racje, lęki i interesy. 

Bardzo dobrze sprawdza się również element magiczny, czyli zamieszkujące lasy faerie. To istoty niewidzialne dla zwykłych śmiertelników, które mogą przejąć duszę opuszczającą ciało po śmierci i włączyć ją do orszaku królowej wróżek. Wszelkie opisy ich pojawienia się były bardzo obrazowe i działały na wyobraźnię. Strach przed ciemnym lasem, z którego ludzie nie wychodzą żywi, również świetnie budował napięcie. Nie można też zapomnieć o tajemniczych volvach – skandynawskich wieszczkach przypominających kobiety z sabatu czarownic, które pociągają za sznurki w okolicy. Co ciekawe, magia nie jest tu tylko dodatkiem do historii – faerie reprezentują stary świat wierzeń, który powoli ustępuje nowemu porządkowi

Ostatnie promienie słońca to przykład historycznego fantasy, w którym autor czerpie z prawdziwych wydarzeń i kultur, tworzy wokół nich własny świat, a następnie dodaje do niego szczyptę magii. W tym przypadku Kayowi przede wszystkim udało się przenieść mnie do wykreowanej przez siebie rzeczywistości. Jego styl jest bardzo obrazowy – opisy działają na wyobraźnię i pozwalają łatwo zanurzyć się w tym świecie. Podobało mi się też to, jak splata ze sobą losy kolejnych bohaterów – czasem pozornie niewielkie wydarzenie z życia jednej osoby okazuje się mieć wpływ na losy innych.

Nie jest to jednak najbardziej porywająca lektura. Wielość postaci i wątków sprawia, że historia momentami zwalnia, a niektóre dygresje wybijały mnie z rytmu. Miałam też wrażenie, że kobiece bohaterki nie są zbyt wyraziste. Autor pokazuje ich pozycję w zdominowanych przez mężczyzn społeczeństwach, ale zabrakło mi postaci, z którą mogłabym związać się równie mocno jak z męskimi bohaterami. Mimo wszystko czytało mi się tę książkę jak dobrą przygodę. I chyba tylko tyle od Ostatnich promieni słońca oczekiwałam.



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka