Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2025

„Na wschód od Edenu” John Steinbeck – między dobrem a złem

Na wschód od Edenu
John Steinbeck

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1952
Liczba stron: 848
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

(...) wyraz timszel - możesz - daje prawo wyboru. Kto wie, czy to nie najważniejsze słowo na świecie. Mówi ono, że droga jest otwarta. Przenosi odpowiedzialność na człowieka (...) Przecież to daje człowiekowi wielkość, czyni go równym bogom. Bo w swej słabości i brudzie, w morderstwie własnego brata ma zawsze to wielkie prawo wyboru. Może wybrać swoją własną drogę, stanąć do walki i zwyciężyć.  
 

Opis wydawcy

Powieść - uznawana za jedno z najwybitniejszych dzieł Steinbecka - opowiada o tragicznym losie rodziny Trasków, która na przełomie XIX i XX wieku osiedliła się w dolinie Salinas. Adam Trask, farmer, samotnie wychowuje dwóch synów - Arona i Kaleba. Chłopcy różnią się od siebie jak woda i ogień, a jedyne, co ich łączy, to nieustanna rywalizacja o miłość surowego ojca. Aron jest spokojny i posłuszny, Kal to urodzony buntownik, który żywi wyraźną niechęć do brata i za wszelką cenę chce odnaleźć matkę. 


Moja recenzja

Na wschód od Edenu to jedna z najbardziej znanych i cenionych powieści XX wieku. Już od dawna chciałam sięgnąć po kolejną książkę Johna Steinbecka, bo nie dość, że internet tonie w zachwytach, to jeszcze wśród znajomych wielokrotnie słyszałam, że koniecznie trzeba go czytać. Z prozą autora miałam wcześniej styczność tylko raz – przy okazji książki Myszy i ludzie. Pamiętam, że ta niewielka objętościowo książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale w porównaniu z innymi książkami autora była to forma bardziej kameralna. 

W powieści Na wschód od Edenu można dostrzec liczne wątki autobiograficzne. Miejsce akcji – Salinas Valley – to dolina, w której Steinbeck się wychował, a autor, podobnie jak Adam Trask, miał dwóch synów. Sam Steinbeck określał Na wschód od Edenu jako swoje opus magnum, więc oczekiwania miałam spore.

W okresie kiedy przeżywałam fascynację kinem lat 50., sięgnęłam po ekranizację Na wschód od Edenu z Jamesem Deanem w roli Caleba. Przed chwilą zajrzałam do swojej oceny sprzed trzynastu lat – film oceniłam bardzo wysoko. Szczerze mówiąc, niewiele z niego pamiętałam, więc lektura książki była dla mnie niemal całkowicie nowym doświadczeniem – i może właśnie dzięki temu tak mnie wciągnęła.

Steinbeck pozostaje autorem niezwykle aktualnym, bo jego proza dotyka tematów bliskich każdemu człowiekowi. Choć od wydania powieści minęły dekady, ludzka natura niewiele się zmieniła – wciąż zmagamy się z tymi samymi emocjami: zazdrością, pragnieniem miłości i uznania, próbą postępowania w dobry sposóbNa wschód od Edenu to opowieść o odwiecznej walce dobra ze złem, w której nie ma prostych odpowiedzi. Autor podkreśla, że człowiek ma w sobie oba pierwiastki, a klucz tkwi w decyzjach, które podejmuje. W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera ważne w powieści słowo „timszel”, czyli „możesz” – symbol wolnej woli i wyboru moralnego. Jak wspomina Samuel Hamilton, który nie wierzy w zło przekazywane we krwi – to my sami decydujemy, kim jesteśmy.

źródło

Mimo swojej objętości książka okazała się niezwykle przystępna dla czytelnika. Steinbeck nie epatuje filozoficznymi wywodami – skupia się na ludziach, motywacjach i ich akcjach. To prosta, ale głęboka opowieść, z której każdy może wyciągnąć coś dla siebie. Jeśli pojawiają się odniesienia, na przykład biblijne, autor wprowadza je w sposób bezpośredni i czytelny. Konflikt braci, motyw winy i przebaczenia, a nawet fizyczne znaki – jak blizna na czole – natychmiast przywodzą na myśl historię Kaina i Abla.

Bohaterowie Steinbecka są znakomicie skonstruowani – wielowymiarowi, autentyczni, często moralnie niejednoznaczni. Nietrudno sobie wyobrazić, że wielu aktorów marzyłoby o zagraniu tak bogatych psychologicznie postaci. Szczególnie kontrowersyjna może być Cathy – postać uosabiająca zło, które nie niszczy wprost, lecz zatruwa wszystko wokół. Jej wpływ na innych staje się studium tego, jak destrukcyjne może być zło, jeśli pozwolimy mu działać bez sprzeciwu. Można się jednak zastanawiać, czy autor nie posunął się tu o krok za daleko, przedstawiając ją w tak jednoznacznie negatywnym świetle. Moim zdaniem ratują ją przebłyski z końcowych partii powieści – wygląda na to, że nawet najczarniejszy charakter może mieć moment zawahania. I choć to ewidentnie postać negatywna, nie mogłam się doczekać, aż znów pojawi się na kartach książki. To doskonały przykład bohatera, który przyciąga uwagę i budzi emocje.

Na wschód od Edenu to monumentalna, poruszająca opowieść o naturze człowieka – o miłości, grzechu, winie i przebaczeniu. Steinbeck przypomina, że każdy z nas ma wybór. I choć nie zawsze jest on łatwy, właśnie w tej możliwości decydowania tkwi nasza największa siła.


wtorek, 7 czerwca 2022

„Miasteczko Middlemarch” George Eliot – wielkie marzenia mieszkańców niewielkiej prowincji

Miasteczko Middlemarch
George Eliot

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1871
Liczba stron: 1040
Wydawnictwo: MG

My, śmiertelni, kobiety i mężczyźni, przełykamy wiele zawodów między śniadaniem a kolacją, powstrzymujemy łzy, usta nam bieleją, a zapytani odpowiadamy: 'Och, nic takiego!'. Wspomaga nas duma, a duma wcale nie jest zła, jeśli tylko skłania nas do ukrywania własnych ran, nie zaś do zadawania ich innym.
 

Opis wydawcy

Dzieją się w Anglii lat 20 XIX wieku, rzeczy ważne, a miasteczko Middlemarch, tak jak każde prowincjonalne miasteczko, jest tych wielkich przemian mini sceną, toteż historia toczy się wraz z wątkiem romantycznym i kryminalnym. Losy miasteczka Middlemarch są historycznie i ekonomicznie splecione z losami okolicznej społeczności, mieszkańcami sąsiednich dworów i należących do nich farm.


Moja recenzja

Miasteczko Middlemarch to jeden z klasyków literatury, często wychwalany przez krytyków i bardzo różnie odbierany przez czytelników. W rankingu 100 najlepszych brytyjskich powieści, który ukazał się w 2015 roku, otrzymał zaszczytne pierwsze miejsce (źródło). Autorką książki jest Mary Ann Evans, która ukrywała się pod pseudonimem George Eliot (imię pożyczyła od miłości swojego życia). Wieść niesie, że jej ojciec uważał córkę za słaby materiał na żonę, dlatego od wczesnych lat postawił na jej edukację. Szkoliła się przede wszystkim w filozofii i teologii, oprócz tego sporo czytała. Porządne wykształcenie zaprowadziło ją do kariery redaktorskiej. Mary Ann Evans jako dorosła kobieta przeciwstawiała się ówczesnym tradycjom, była agnostyczką, żyła w wolnym związku z zamężnym George'm Lewesem. Postanowienie pisania pod pseudonimem było podyktowane chęcią ochrony przed oceną jej twórczości przez pryzmat skandalów, które towarzyszyły jej życiu prywatnemu. Autorka napisała łącznie siedem książek, z czego najsłynniejszą jest Miasteczko Middlemarch. Było ono wydawane partiami w latach 1871-1872, podzielone na osiem części.

Moja przygoda z lekturą przechodziła przez kilka etapów. Podeszłam do niej optymistycznie i historia Dorotei, czyli pierwszy tom o nazwie Panna Dorotea Brooke, szybko mnie wciągnęła. Fabuła z czasem zaczyna się mocno rozgałęziać, a wraz z tym mój czytelniczy zapał zaczął słabnąć. Skończyło się na tym, że początkowe 200 stron czytałam łącznie kilka miesięcy. Trudno było się zaangażować, a ciągłe wprowadzenie nowych postaci tworzyło mętlik w głowie. Na szczęście, później zupełnie wsiąknęłam w tę historię, zaczęłam doceniać język powieści i ponadczasowe przemyślenia o ludzkich namiętnościach.

W Miasteczku Middlemarch poruszanych zostaje wiele różnych tematów, ale dla mnie jest to historia o życiowych ambicjach, związanych z nimi oczekiwaniach oraz rozczarowaniach. Bohaterowie maja konkretne cele, do których dążą, a autorka nas o nich wprost informuje. Równocześnie pojawiają się przed nimi przeciwności losu, które powstrzymują ich przed zrobieniem kroku naprzód  doktor Lydgate nie może zaangażować się w rozwój kariery, bo życie małżeńskie zaczyna wpływać negatywnie na jego finanse, Dorotea nie może spełniać swoich marzeń przez pewien mały zapis w testamencie, Fred Vincy nie może zalecać się do Mary, nie obrawszy wcześniej ścieżki kariery. Czasami na drodze do spełnienia stają popełniane przez bohaterów błędy, innym razem zrządzenie losu. Ważnym elementem okaże się umiejętność pójścia na kompromis  niektórzy finalnie osiągają założone cele jedynie w pewnym stopniu. Muszą pogodzić się z tym, że wyobrażenia o przyszłości często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, a człowiek nie jest w stanie wszystkiego zaplanować. 

powieść wydawana była w częściach, w latach 1871-1872, źródło

Powieść ma wolne tempo, autorka pozwala sobie na rozciąganie świata przedstawionego, wprowadzając coraz to nowe postaci i wydarzenia z nimi związane. Przyznaję, że sama w pewnym momencie się zgubiłam i byłam zmuszona do wyszukania w sieci schematu, na którym opisane były relacje między mieszkańcami Middlemarch. Na szczęście to szybko pomogło wrócić na dobre tory. Bohaterowie przedstawieni są wnikliwie, to postacie wielowymiarowe, a ich motywacje są jasno wytłumaczone. Usłyszałam już kilka głosów, że Dorotea jest ulubienicą czytelników i zupełnie mnie to nie dziwi. To silna bohaterka, która mimo wielu ciosów od losu wciąż emanuje dobrą energią i szuka okazji do pomocy innym. Trudno jednak nie docenić tych bardziej dramatycznych bohaterów, jak Lydgate, którego życie potoczyło się zupełnie inaczej niż sobie to zaplanował. Nawet Casaubon, który z dalszej perspektywy wydaje się negatywną postacią, po bliższym zgłębieniu powinien zostać określony bohaterem tragicznym. Eliot nie zapomina, że każdy z nas złożony jest z wielu doświadczeń i pragnień, które formują człowieka i wpływają na jego zachowanie.

Miasteczko Middlemarch ma w swoim sercu trzy historie miłosne, od których wychodzi reszta rozgałęzień. Te trzy podstawy przenikają się i wpływają na siebie, kształtując przy okazji obraz społeczeństwa prowincjonalnego miasteczka. W powieści zostanie przedstawione zupełnie inne podejście do wątków romantycznych, niż to, które znamy z prozy Austen czy Bronte. W tym przypadku śledzimy poczynania par również po etapie zakochania i wstępnej fascynacji. Początkowo bohaterowie wyobrażają sobie przyszłe życie jako usłane różami i angażują się w relacje z partnerem, podtrzymując obraz tej fantazji. Niestety, życie mocno ich doświadcza, okazuje się, że osoba po drugiej stronie nie jest identyczna z wyimaginowanym partnerem. Przynajmniej na przykładzie dwóch par możemy oglądać skutki nieszczęśliwego małżeństwa. Pamiętając o czasie akcji, czytelnikowi po prostu jest szkoda bohaterów duszących się w związkach, z których nie mają ucieczki. Zmuszeni są zaakceptować swoją sytuację, żeby nie być źródłem skandalu. 

Lektura Miasteczka Middlemarch ma zatem sporo do zaoferowania. Dla mnie to kolejna klasyka, która zasłużenie zajmuje miejsce w kanonie, a poruszane w niej tematy są wciąż aktualne, jak wątek walki o władzę czy pragnienia osiągnięcia sukcesu zawodowego z przeszkadzającym w tym życiem prywatnym. Dodatkowo, wiele jest tutaj ciekawych obserwacji na temat małomiasteczkowego społeczeństwa  zmiany w takim miejscu postrzegane są przez mieszkańców jako coś negatywnego, a plotki błyskawicznie potrafią zniszczyć obraz obgadywanej osoby. Wszystko to możemy spotkać po dziś dzień wokół nas. Natomiast czytanie tego w formie zaproponowanej przez George Eliot to prawdziwa uczta. Wydaje mi się, że to powieść do której można wracać i za każdym razem znajdować w niej coś nowego.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

sobota, 6 lutego 2021

„Wojna światów” Herbert George Wells i „Folwark zwierzęcy” George Orwell – lepiej późno niż wcale

W końcu postanowiłam nadrobić te dwa głośne tytuły literatury brytyjskiej. Jako że na ich temat napisano już prawie wszystko, to nie będę wymyślała kolejnych długich tekstów – dzisiaj będzie po prostu bardzo krótko o moich wrażeniach z lektury.

„Wojna światów
Herbert George Wells

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1898
Liczba stron: 216
Wydawnictwo: Vesper

Wojna ta powinna była nauczyć nas przynajmniej jednego. Litości dla wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które znosić muszą nasze nad sobą panowanie.

Opis wydawcy
Jak zachowują się ludzie – zarówno jednostki, jak i całe społeczności – w obliczu inwazji, która grozi masową zagładą? Kim jesteśmy dla najeźdźców i kim oni są dla nas? Jaką rolę odgrywają w tym nowe technologie? I co może nas uratować? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Herbert George Wells w sposób wciąż atrakcyjny dla współczesnego czytelnika, a powszechne już chyba poczucie niepokoju, niepewności i zagrożenia sprawia, że „Wojnę światów” odbieramy jako powieść ciekawą i aktualną również w XXI wieku.


Moja recenzja

Wojna światów była zapewne jedną z pierwszych powieści o inwazji Marsjan, jakie zostały napisane. To porcja literatury, którą każdy fan fantastyki powinien poznać, szczególnie w tym pięknie ilustrowanym wydaniu. Wydawnictwo Vesper wykonało kawał dobrej roboty, podczas czytania możemy się zachwycać ilustracjami H. A. Corrêi, które świetnie dopełniają wrażenia z lektury. 

Główny bohater prowadzi nas przez fabułę relacjonując wszystkie wydarzenia z pierwszej ręki. Akurat w pobliżu jego domu rozbił się pierwszy cylinder z kosmosu i to właśnie tam rozpoczynają się początkowe ataki Marsjan. Autor obdarzył narratora lekkim piórem, dzięki czemu wszelkie opisy kosmicznych maszyn będą ciekawe, ale nie przeintelektualizowane – to po prostu relacja naocznego świadka wydarzeń. Sam przebieg fabuły jest zupełnie nieoczywisty dla współczesnego czytelnika – atak zaczyna się od pierwszej strony, a w finale nie ma przesadnych fajerwerków, bohaterów poświęcających się dla sprawy i specjalnych patentów na pokonanie przybyszów z Marsa.

Książka wydawała się najmocniejsza dopiero w drugiej części, już po opisie początkowej inwazji i po okiełznaniu wybuchu paniki wśród mieszkańców Anglii. Kiedy całe tłumy uciekały z Londynu, a nasz bohater ukrywał się przed śmiercionośnymi kosmitami zaczęło się pojawiać miejsce dla interesujących wniosków. Spotykani po drodze towarzysze byli katalizatorami myśli, które pojawiały się u narratora podczas inwazji – czy tak właśnie czują się mrówki, patrzące na potęgę człowieka? Czy Marsjanie uważają ludzi za gatunek, który nadaje się tylko do zniszczenia, niegodny im się równać? Czy ludzkość dotychczas była tak bardzo zapatrzona w siebie, że z całą pewnością uznała się za niepokonaną? Sporo tego podczas czytania przychodzi na myśl. Wojna światów zapewnia dość szybką lekturę i chociaż mnie specjalnie w sobie nie rozkochała, to na pewno warto się z nią zapoznać.

„Folwark zwierzęcy
George Orwell

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1945
Liczba stron: 136
Wydawnictwo: Muza

Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.

Opis wydawcy
Powieść angielskiego dziennikarza i pisarza George’a Orwella, przedstawiająca zwierzęta hodowlane, które wygnały ludzi i zaczęły same rządzić folwarkiem.


Moja recenzja

Z przeczytaniem tego klasyka literatury długo zwlekałam, co może wydawać się dziwne, bo Rok 1984 George'a Orwella należy do grona moich ulubionych powieści. Folwark zwierzęcy dość niedawno pojawił się na mojej półce i mimo niewielkiej objętości jakoś nie mogłam się przekonać do lektury. Kiedy w końcu udało mi się ją zacząć to przeczytałam całość ekspresowo – naprawdę jest to króciutka historia. Pierwszym wnioskiem po zakończeniu powieści było to, że żałuję, iż nie była to moja lektura szkolna, bo omawianie jej i docieranie do źródła każdego wydarzenia musiałoby być świetnym doświadczeniem podczas lekcji z polonistką.

Orwell opowiada o zmaganiach zwierząt na folwarku, a wszystkie wydarzenia i postacie mają swoich odpowiedników w historii Rosji. Właśnie przez to dość dosadne przedstawienie stalinizmu w negatywnym zabarwieniu autor długo miał problem ze znalezieniem wydawcy dla Folwarku zwierzęcego. Przykładowo, jedna ze świń jest odzwierciedleniem Stalina, druga Trockiego, a koń reprezentuje zapatrzony we władzę lud, który zapracowuje się, tylko żeby dogodzić rządzącym. Autor w dość jasny sposób sygnalizuje tutaj kto jest kim, czytelnik może w tych odniesieniach się odnaleźć, a jeżeli po lekturze będziecie ciekawi, to w Internecie z łatwością znajdziecie opis korespondujących wydarzeń z rosyjskiej historii. 

Ja jednak nie rozkładałam całości na części, żeby dopasować do historii, a skupiłam się na bardziej ogólnych wrażeniach. Bo to, co Orwell napisał okazuje się oczywiście bardzo uniwersalne. Rewolucja, wybór nowej władzy, mydlenie oczu społeczeństwa, wymyślanie tematów zastępczych, żeby ukryć błędy, podział na „równych i równiejszych” – to przecież ciągle się dzieje, a już chyba nie muszę mówić jak wiele z tych obrzydliwych zagrywek jest widoczne w działaniach naszej aktualnej władzy. Także Folwark zwierzęcy na pewno zasługuje na miano jednej z najlepszych książek właśnie przez swój uniwersalizm, mimo że sam Orwell odnosił się do konkretnych osób i wydarzeń. Okazuje się, że ciągle kręcimy się w kółko i dajemy się nabrać na te same slogany, przekształcane później dla dobra rządzących. Zdecydowanie lektura obowiązkowa, żałuję, że nie we wszystkich szkołach.

wtorek, 2 lutego 2021

„Północ i południe” Elizabeth Gaskell – elektryzujący świat przeciwieństw

„Północ i południe
Elizabeth Gaskell

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1855
Liczba stron: 576
Wydawnictwo: Świat książki

Wielokrotnie od myślenia robiłem się smutny, a od działania nigdy.

Opis wydawcy
Margaret Hale i John Thornton to niezwykła para. Ona, dobra i wrażliwa na ludzką krzywdę, pochodzi z zamożnego południa Anglii. On, przemysłowiec z północy i znajomy jej ojca, uważa, że najważniejsze są prawa ekonomii. Poznają się, gdy Margaret wraz z rodziną przenosi się z zielonego Helstone do robotniczego Milton. W zadymionym mieście młoda kobieta odkrywa świat, o jakim nie miała pojęcia: pełen biedy, chorób i nieustannego wiązania końca z końcem. Tak właśnie wygląda życie pracującej dla Thorntona rodziny Higginsów, z którą się zaprzyjaźnia. Gdy w fabryce wybucha strajk, Margaret nie ma wątpliwości, po czyjej stanąć stronie. Ale w dramatycznej sytuacji to właśnie Thornton będzie potrzebował jej pomocy.


Moja recenzja

Impulsem do rozpoczęcia roku z lekturą Północ i południe było obejrzenie serialu Bridgertonowie, który jest dostępny na platformie Netflix. Poczułam mocną potrzebę zanurzenia się w książce napisanej wyszukanym językiem, w której bohater walczy o serce ukochanej, wszyscy wystrojeni są w piękne kostiumy i wyróżniają się nienagannymi manierami. Zatęskniłam za klimatem XIX-wiecznej opowieści, ale w ujęciu raczej poważnym, czyli zupełnie odmiennym niż w przytoczonej wcześniej ekranizacji romansu. Także zamiast po prostu czytać pierwowzór Bridgertonów sięgnęłam po klasykę epoki wiktoriańskiej w wykonaniu Elizabeth Gaskell.

Z prozą autorstwa Jane Austen jestem dość dobrze zaznajomiona, a z twórczości sióstr Bronte czytałam tylko najważniejsze tytuły, czyli Dziwne losy Jane Eyre i Wichrowe wzgórza. Za to książek pani Gaskell nie znałam zupełnie, toteż zastanawiałam się czy będą przypominać którąś z napisanych przez wspomniane autorki. Z ciekawostek warto zaznaczyć, że prywatnie Gaskell była przyjaciółką Charlotte Bronte i nawet napisała jej pierwszą biografię. Podczas lektury książki Północ i południe okazało się, że są pewne cechy wspólne ich twórczości – na pewno to, że Elizabeth Gaskell, również przedstawicielka pisarzy epoki wiktoriańskiej, świetnie rozpisała główną kobiecą postać, której jedynym zadaniem nie jest tylko służenie za obiekt męskiego zauroczenia.

Północ i południe to nie jest tak do końca romans, a jego przewagi się po książce spodziewałam. Pierwsze skrzypce gra tutaj jednak rewolucja przemysłowa, a obserwowanie tego jak zmieniał się w tamtych czasach świat jest kompletnie pochłaniające. Zielone południe, na którym nadal wszyscy mieszkają w uroczych domkach na wsi, uprawiają pola, a po radę udają się do proboszcza zestawione z ciemnym, brudnym, głośnym i rozwijającym się miastem północy, Milton. Zarys tego tła historii wypada w książce na spory plus.

Kadr z serialu, który wciąż przede mną, źródło

Kolejnym ważnym wątkiem jest oczywiście temat wyzysku pracowników, którzy w nieodpowiednich warunkach zapracowują się w fabrykach za marną zapłatę. W tym przypadku udało się bardzo sprawnie połączyć dwa światy. Z jednej strony – Margaret poznaje Bessy, która choruje na zapalenie płuc przez pracę w niezdrowych warunkach, a jej ojciec jest jednym z przewodniczących strajku. Z drugiej – tata Margaret, pan Hale, prowadzi długie rozmowy z Thortonem, właścicielem dużej fabryki, w której produkcja cierpi przez strajk. Dzięki tym dwóm perspektywom zobaczymy mocne i słabe punkty każdej ze stron, a naszym bohaterom łatwiej będzie zrozumieć postępowania przeciwników.

Romans jest tutaj bardzo skąpy. Znaczy to tyle, że nie będziemy świadkami wielu scen romantycznych, opisów wzniosłych uczuć i miłosnych westchnień. Za to dość dobrze poznamy charaktery głównych postaci. Margaret to świetna bohaterka, która wiele zniesie – na początku widać to w pomocy przy przeprowadzce i utrzymywaniu domu, a później w poświęceniu dobrego imienia dla pewnego członka rodziny. Nie narzeka, szybko przyzwyczaja się do nowej sytuacji majątkowej, a nawet stara się przekonać swoją matkę, że wszystko się ułoży, żeby wnieść trochę pozytywnego spojrzenia na okoliczności, w których rodzina Hale się znalazła. Margaret to bardzo empatyczna postać, która niestrudzenie próbuje uświadomić Thortona, że drastyczne środki w walce ze strajkującymi nie przyniosą oczekiwanych skutków. Samo sparowanie tej dwójki wypadło bardzo ciekawie i cieszy mnie brak uromantycznienia na siłę wszystkich sytuacji ich dotyczących. Mimo świadomości tlącego się uczucia, bohaterowie rozmawiają na inne tematy, próbują zostawić emocje z boku w celu przedyskutowania ważniejszych spraw.

Dla mnie Północ i południe to przede wszystkim przykład tego, że żaden człowiek nie jest nieomylny, a zdanie na dany temat czasami warto zmienić, a na pewno sensownym jest przynajmniej wysłuchać drugiej strony. Nabranie trochę dystansu do swoich przekonań, otwarcie się na przemyślenia innych osób, nieważne z jakiej grupy społecznej pochodzą, może sporo pomóc. W książce znajdziemy oczywiście romans, ale w centrum znajduje się przemysłowa rewolucja z problemami klasowymi, etycznymi, z wieloma prywatnymi tragediami. Całość napisana pięknym językiem, a i w przebiegu fabuły łatwo można się zakochać. Północ i południe trafi do moich ulubieńców literatury z epoki wiktoriańskiej.

sobota, 17 października 2020

„Niebezpieczne związki” Pierre Choderlos de Laclos - bezlitosna zabawa uczuciami

„Niebezpieczne związki”
Pierre Choderlos de Laclos

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1782
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: MG

Co za pewność siebie u tego człowieka, który ośmiela się zasypiać spokojnie, gdy obrażona przezeń kobieta nie zemściła się jeszcze.

Krótko o fabule:
Czy miłość może zabić? U źródeł intrygi leży urażona ambicja pięknej markizy de Merteuil. Aby zemścić się na mężczyźnie, który przedłożył nad jej wdzięki świeżość i niewinność wychowanego w klasztorze dziewczęcia, namawia dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont, aby uwiódł Cecylię de Volanges – właśnie ową cnotliwą i naiwną pannę. Pragnie, aby młody małżonek znalazł w swoim łożu zamiast zawstydzonej dziewicy wyrafinowaną kochankę. Valmont początkowo odmawia, gdyż nudzi go perspektywa łatwej zdobyczy, zwłaszcza że zafascynowany jest niedostępną pięknością – prezydentową de Tourvel. W przeciwieństwie do markizy, która jedynie udaje cnotliwą i pobożną damę, pani de Tourvel rzeczywiście zasługuje na swoją znakomitą reputację; dlatego też cyniczny Valmont traktuje ten podbój jako wielkie wyzwanie. Markiza musi więc działać innymi sposobami: jako przyjaciółka matki Cecylii często widuje młodą dziewczynę. Stopniowo zdobywa zaufanie dziewczyny, staje się powiernicą i doradczynią. Widząc odwzajemnione zainteresowanie młodej panny kawalerem Danceny, podsyca je i steruje wydarzeniami, by wzniecić ogień uczucia Cecylii…
- opis wydawcy 


Moja ocena:

Rok 1782, Francja. Laclos wydaje Niebezpieczne związki i od razu wybucha skandal, ludzie oburzają się tę przepełnioną miłosnymi igraszkami deprawującą treść, a sama powieść zostaje zakazana - we Francji nie można było jej czytać od 1815 aż do 1875 roku. Tyle kontrowersji wokół książki sprawia, że tym bardziej wszyscy są nią zainteresowani, także staje się prawdziwym bestsellerem i wkrada się do grona klasyków literatury. 

Ja popełniłam jeden podstawowy błąd: przed sięgnięciem po powieść obejrzałam film z 1988 roku w reżyserii Stephena Frears. Swoją drogą bardzo dobry film ze świetnymi popisami aktorskimi Glenn Close i Johna Malkovicha w rolach głównych. W pewnym stopniu odebrałam sobie radość z poznawania tej historii i zagłębiania się w zawiłe intrygi oraz obrzydliwe knowania zepsutych bogaczy. Bez znajomości treści byłabym zapewne mocniej zaintrygowana, ale na szczęście sama lektura kryła o wiele więcej wrażeń. Także i tak trudno było się od czytania oderwać. 

Niebezpieczne związki napisane są w formie ponad stu listów. Korespondencja dotyczy przede wszystkim dwójki słynnych i cenionych arystokratów: markizy de Merteuil i wicehrabiego Valmonta. Ich listów jest chyba najwięcej i są one najdłuższe - zajmują się w nich przede wszystkim detalicznym planowaniem uwiedzenia konkretnych bohaterów, ale będą nam również opowiadać historie z ich otoczenia, poznamy dzięki nim sporo plotek. Autorów listów będzie jednak więcej, każdy z ważnych bohaterów będzie prowadził swój wątek - Cecylia pisuje do swojej przyjaciółki z klasztoru, pani de Tourvel do zaufanej bliskiej osoby - ten zabieg pozwolił na ciągłe zmiany punktu widzenia (szczególnie przydatne w momentach, kiedy różne osoby opisują to samo wydarzenie), a dodatkowo, sprawia że powieść staje się wielowarstwowa. Będziemy mogli zobaczyć rozterki kobiet, które zostają wplątane w intrygę, obserwować jak powoli zaczynają coraz głębiej wpadać w sieć rozstawioną przez wicehrabiego i markizę.

źródło

Zainteresowanie tą powieścią epistolarną wydaje się niegasnące, kolejne pokolenia czytelników zagłębiają się w arystokratyczny świat Francji XVIII wieku i zdają się znajdować tam coś dla siebie. Autor zasłużył sobie na tę uwagę, ponieważ jego postaci są przemyślane, mają mocne podstawy psychologiczne, ich charaktery są żywe i wzbudzają emocje. Valmont i de Merteuil to postacie napędzane znudzeniem, szukają sobie rozrywki mieszając w życiu innych, cieszy ich psucie kolejnych osób, szerzenie deprawacji, sami znajdują uciechę w zmienianiu partnerów łóżkowych i w wielu podbojach seksualnych. Główni bohaterowie, którzy są tak naprawdę czarnymi charakterami historii tym bardziej zaciekawiają czytelnika. 

Książka ta pozostaje również zapisem minionej epoki. Wydana na krótko przed rewolucją pokazuje jak wyglądało życie ówczesnej arystokracji zamkniętej w pałacach, z nudów oddającej się gorszącym czynom. Pozwalają sobie na nie, dopóki nikt o nich nie wie. To społeczeństwo szuka sensacji w życiu innych, uwielbia plotki i pragnie poniżyć znajomych, a najlepiej doprowadzić do skandalu. Samemu w tym wszystkim pozostać bez skazy w opinii publicznej. W tym społeczeństwie nie ma miejsca dla szczerości, prawdy, jeżeli ktoś ma zasady moralne zostaje od razu okrzyknięty na salonach „świętoszką” i niemal wykluczony z towarzystwa. 

Niebezpieczne związki mimo swoich lat wciąż zachęcają uniwersalnymi tematami, znajdziemy wśród nich m. in. zemstę, zazdrość, pożądanie i miłość. Z ekscytacją ogląda się jak skrupulatnie utkana intryga ulega rozpadowi kiedy ludzie nie chcą dokonywać kroków, które zostały im wybrane przez innych bohaterów. Okazuje się, że nie da się przewidzieć ludzkiego zachowania, ludzkich uczuć, a miłość traktowana jako zabawa towarzyska z komedii przeradza się w tragedię głównych intrygantów. 

I na koniec dodam tylko, że tłumaczenie Tadeusza Boya-Żeleńskiego to perełka.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

sobota, 4 lipca 2020

„Pani Bovary” Gustav Flaubert - nienasycona dusza w poszukiwaniu spełnienia marzeń

*Pani Bovary*
Gustav Flaubert

*Język oryginalny:* francuski
*Tytuł oryginału:* Madame Bovary
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1857
*Liczba stron:* 324
*Wydawnictwo:* Świat Książki

Czyż nie wie pani, że istnieją dusze wiecznie udręczone? Potrzebują kolejno marzeń i czynów, najczystszych uczuć i najdzikszych namiętności i tak popełniają wszelkiego rodzaju wybryki i szaleństwa.
*Krótko o fabule:*
Pani Bovary opowiada o młodej, cnotliwej z pozoru Emmie Rouault, która wychodzi z rozsądku za mąż za poczciwego doktora Karola Bovary, by pod wpływem niezaspokojonych pragnień i marzeń o wielkiej miłości porzucić moralne konwenanse i puścić się w wir namiętnych romansów, rozrzutności i kłamstwa. 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Pani Bovary to książka o której słyszałam sporo na przestrzeni kilku lat. Od pojedynczych recenzji, na które natykałam się w sieci, po ostatnie wspominki na jej temat w rozmowach z książki Pokaż mi swoją bibliotekę Aleksandry Rybki. Idąc wciąż tropem klasyki podczas wypełniania wyzwania Czytam Europę postanowiłam w końcu się z tą głośną francuską powieścią zapoznać.

Czym ta ksiązka zasłużyła sobie na zaszczytne miejsce w panteonie żelaznej klasyki? Zapewne umiejętnością Flauberta do operowania piórem i kreowania charakterów. Wszyscy bohaterowie w Pani Bovary są niesamowicie ludzcy, napędzają ich pasje i oczekiwania oraz nadzieja na lepsze jutro. Z czasem jednak wszystkie ich marzenia, jedno po drugim, ulegają destrukcji. Najbliżej przyjrzymy się postaci tytułowej, nieszczęsnej Emmie Bovary. Istnieje przypuszczenie, że jej historia została luźno oparta na życiu prawdziwej osoby, żony wiejskiego doktora o nazwisku Delamare.

Przez dość długi czas autor skupia się raczej na przeszłości, przedstawia dzieje rodziców doktora Bovary, opisuje pierwsze spotkanie Karola i Emmy, ale dopiero, gdy dochodzi do ślubu powieść tak naprawdę się zaczyna. W pamięć zapadło mi zakończenie jednego z rozdziałów słowami: Przed ślubem zdawało jej się, że go kocha, ale oczekiwane szczęście nie nadeszło. „Pomyliłam się więc” - myślała które nakreśliły niejako ścieżkę, jaką potoczą się dalsze losy bohaterów.

źródło
Emma to jedna z najciekawszych nieszczęśliwych postaci w literaturze. Wnioskując po samych czynach można określić ją jako bohatera negatywnego - naprawdę pozwala czytelnikowi poznać swoje wady. Dziewczyna swoją młodość spędziła na czytaniu romantycznych powieści i zawsze liczyła na to, że w przyszłości czeka na nią coś niezwykłego. Po ślubie jednak każdy kolejny dzień zaczynał przypominać poprzedni. Kiedy Emma przekonała się o monotonności, zrozumiała, że trzeba coś zrobić, żeby życie nabrało rumieńców. Jej romantyczne oczekiwania musiały znaleźć upust, ciągle potrzebowała więcej i mocniej. Ta pogoń za doznaniem uczucia spełnienia to historia bardzo uniwersalna i sprawia, że Pani Bovary to lektura, która nie traci na wartości mimo swojego wieku.

Pani Bovary rozwija się powoli, a choć czyta się ją dość przyjemnie, to akcja nabiera rumieńców mocno po połowie. Czytelnik śledzi losy Emmy, nie tyle z symaptii do głównej bohaterki, a raczej z uczucia nieustannego napięcia - wciąż oczekując momentu kulminacyjnego, który musi być tragiczny. To jest tego typu książka, w której dość wcześnie czujemy, że akcja nie ma możliwości potoczyć się w dobrą stronę. Emma pokazuje swoją samolubną stronę, odrzuca uczucia męża, unika kontaktu z córką, a jednak wciąż jest osobą, o której losach dobrze się czyta. Jej nieustanne uczucie zamknięcia i niespełnienia napędzają akcję.

Podobno każdy powrót do Pani Bovary przynosi nowe doznania, dlatego chętnie w przyszłości ponownie po nią sięgnę, może w innym tłumaczeniu. Na tę chwilę powieść doceniam, jednak nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, jak tego oczekiwałam. Chociaż znowu - to właśnie w Pani Bovary zobaczymy, jak bardzo wygórowane oczekiwania i zbyt rozdmuchane marzenia mogą niszczyć faktyczne doświadczenie.

sobota, 18 kwietnia 2020

„Rebeka” Daphne du Maurier - skrycie jątrząca się zazdrość


*Rebeka*
Daphne du Maurier

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Rebecca
*Gatunek:* kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1938
*Liczba stron:* 447
*Wydawnictwo:* Albatros
Pomyślałam, jakby to było dobrze być łagodną i zrównoważoną (...). Nie denerwować się nigdy, nie dręczyć wątpliwościami i brakiem decyzji, nie stać tak jak ja, pełna nadziei i dobrych chęci, przestraszona, obgryzająca paznokcie, niepewna jaką drogę obrać, jaką kierować się gwiazdą.
*Krótko o fabule:*
Uboga dziewczyna, pracując jako dama do towarzystwa bogatej Amerykanki, pani van Hopper, trafia do Monte Carlo, gdzie poznaje bogatego wdowca Maxima de Wintera. Po krótkiej znajomości poślubia go i zamieszkuje w jego angielskiej posiadłości Manderley.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Od premiery Rebeki minęło ponad 80 lat, a czytelnicy na całym świecie wciąż zaczytują się w tej lekturze i nieustannie zwiększa się liczba osób zachwyconych, których ta powieść porywa w niezapomnianą przygodę. Na mojej półce książka spędziła kilka lat, cieszę się jednak, że w końcu mogę dołączyć do w pełni usatysfakcjonowanych fanów tej powieści.

Daphne du Maurier należy do tego grona autorek, które za życia krytycy uznali za niewarte uwagi, a ich literaturę zamykano w ramach powieści romantycznych dla kobiet szukających przygód. Zaczęła pisać Rebekę pod wpływem tęsknoty za swoim ukochanym domem w Cornish. Podczas pisania przebywała w Egipcie, a jej ukochane miejsce na ziemi pozostawało poza jej zasięgiem (co jest, swoją drogą, sporą analogią do idealizowanego Manderley z kart powieści). Po latach dopiero zaczęto doceniać jej umiejętność prowadzenia narracji i nadawania fabule mistycznego, mrocznego klimatu - czego najgłośniejsza powieść du Maurier, Rebeka, jest idealnym przykładem.

Całość prowadzona jest w pierwszoosobowej narracji przez dziewczynę, której imienia nie dane nam będzie poznać. Niewiele czasu potrzeba, żeby zobaczyć, że jest to bardzo nieśmiała, skromna, nieobyta, umniejszająca swojej wartości dwudziestolatka. Kiedy zaczyna interesować się nią bogaty, ułożony mężczyzna z wyższych sfer oddaje się mu cała, zakochuje się niemal momentalnie, zapewne będąc świadomą, że lepsza partia nigdy się jej nie trafi. Rzuca wszystko i wychodzi za niego za mąż. Nie wie jednak, że razem z nowym towarzyszem życia zyskuje jego mroczną przeszłość, z martwą żoną na pierwszym planie.
źródło, shot z filmu Rebeka (1940)
Główna bohaterka poza prowadzeniem czytelnika przez poszczególne wydarzenia, pokaże nam także co siedzi w jej głowie, na papier przelane zostały wszystkie jej skryte myśli. Dziewczyna ciągle jest prześladowana imieniem Rebeki, pierwszej żony Maxa. Wszelkie porównania wśród znajomych tylko utwierdzają ją w przekonaniu, że nie jest wystarczająco dobra, że nigdy nie dorówna poziomowi uzdolnionej, silnej, towarzyskiej, tryskającej energią i pomysłami na nowe zabawy Rebeki. Właśnie dzięki monologom młodej dziewczyny zobaczymy jak człowiek sam potrafi niszczyć swoją wartość. Wciąż i wciąż analizuje słowa znajomych, dopowiada sobie co jeszcze mogli pomyśleć, wyobraża sobie plotki rozchodzące się wśród służby, wmawia w siebie, że mąż nigdy nie pokocha jej tak, jak kochał tamtą. Du Maurier otwiera nam wrota do głowy tej dziewczyny i pozwala zobaczyć jak z początkowych wyobrażeń o idealnym życiu u boku Maxima powstają koszmarne sceny, które mogły, ale nie musiały się wydarzyć. Zazdrość napędza tę postać, to źródło nieustannie towarzyszącego jej strachu.

Rebeka często była przenoszona na scenę, a jej najsłynniejsza ekranizacja, wyreżyserowana przez mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka, zasłużyła na wyróżnienie Oscarem za najlepszy film. Po obejrzeniu zwiastuna nasunęło mi się jedno pytanie: dlaczego reklamowana była jako „historia miłosna”? Zapewne miało to związek z opinią ówczesnych krytyków, może tak lepiej film się sprzedawał. Moim zdaniem to opowieść wręcz antyromantyczna. Miłość głównej bohaterki do Maxima jest zupełnie ślepa, kocha go dla samej czynności kochania, pragnie tylko, żeby jej nie zostawiał. Patrząc na powieść mogę wymienić jedno szczere uczucie i dotyczy ono służącej, pani Danvers do byłej chlebodawczyni.

Bezimienna narratorka wydaje się stać w cieniu nieobecnej Rebeki, która na zawsze zostanie pierwszą panią de Winter. Jej brak imienia uwypukla fakt, że brakuje jej tożsamości, mocnego charakteru, a to sprawia, że tak łatwo ulega wpływom innych osób. W niektórych sytuacjach postępuje zupełnie przeciwnie do typowego wzorca, ale przez to, że dokładnie znamy każdą jej myśl rozumiemy skąd ta uległość się bierze. Niesamowite jest to, że autorka bawi się z czytelnikiem i pojęciem zbrodni - stara się tak wszystko ułożyć, żebyśmy sympatyzowali z negatywnymi bohaterami. Dopiero po odłożeniu lektury człowiek rozumie, że miał nadzieję na coś, co obiektywnie nazwano by nieszczęśliwym zakończeniem, w którym ludzie winni nie otrzymują kary za swoje czyny.
De Maurier kończy całość piękną klamrą, po której na chwilę wracamy do pierwszych stron powieści, gdzie druga pani de Winter zaczęła snuć swoją opowieść. Czytelnik natomiast ma ochotę wrócić do Manderley i znowu przeżyć tę niesamowitą przygodę. Rebeka bowiem tak szybko nie opuści naszych myśli - tak jak nie opuszcza myśli bohaterów książki.

poniedziałek, 16 marca 2020

„Dobre żony” Louisa May Alcott - trudy i znoje życia dorosłego

*Dobre żony*
Louisa May Alcott

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Good Wives
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1869
*Liczba stron:* 445
*Wydawnictwo:* MG 

Mężczyźnie rzadko się to zdarza, bo jeżeli kobieta podaje radę, pan świata dopiero wówczas ją przyjmuje, gdy wmówi w siebie, że właśnie zamierzał to samo uczynić.
*Krótko o fabule:*
Upłynęło kilka lat i dziewczęta powoli wkraczają w inny świat, dorośleją, zmieniają się, przeżywają smutki i rozczarowania, nawet tragedie, ale jednocześnie życie nie skąpi im także radosnych i szczęśliwych chwil. Cztery siostry - cztery różne drogi życiowe.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Tym razem zacznę od trochę innej strony niż zwykle. Otóż, warto pozachwycać się krótko nad nowymi wydaniami książek Alcott, które będą ozdobą każdej biblioteczki. Jako że klasyczna historia sióstr March, mająca początek w Małych kobietkach, należy do kanonu powieści dziecięcych/młodzieżowych to warto mieć ją na swojej półce. Szczególnie w tym wydaniu: twarda oprawa, obicie materiałem, proste, ale przepiękne rysunki w środku. Po prostu wspaniała robota wydawnicza, człowiek wręcz nie może się napatrzyć.

Oczekiwałam z niecierpliwością kiedy uda mi się zasiąść do lektury drugiej części Małych kobietek. Pierwszy tom to niejako wprowadzenie, przedstawienie postaci w ich młodzieńczych latach, ale czytelnik szybko odczuwa, że ostatni rozdział powieści jest zawieszony w powietrzu - wiemy, że to dopiero początek ich poważnych przygód.

Tak się złożyło, że między lekturą pierwszego i drugiego tomu udało mi się obejrzeć ekranizację Małych kobietek w reżyserii Grety Gerwig. Film obejmuje wydarzenia z dwóch części, więc siłą rzeczy zaspoilerował mi sporo historii opisanych przez Alcott. Nie odebrał mi za to przyjemności z czytania. Przez to, że ekranizacja tak bardzo mi się spodobała jeszcze milej było mi wrócić do znanych bohaterów. Tym razem miałam przed oczami aktorów z filmu, ale dodawało to tylko więcej życia i energii każdej z postaci. Także wiadomo, że lepiej najpierw przeczytać książkę, a później zobaczyć film, jednak jeżeli jesteście po seansie to możecie spokojnie sięgnąć po oryginał, żeby poznać szerszy obraz i liczne historie, na które nie znalazło się miejsce w ekranizacji.

źródło
Dobre żony to powieść mniej cukierkowa niż pierwsza część przygód sióstr March. Całe szczęście, bo przyznaję, że drugiej takiej dawki słodyczy mogłabym nie przetrawić. Wraz z mijającym okresem dzieciństwa panny March doświadczają trudów związanych z dorosłym życiem, a całość jawi się w o wiele ciemniejszych barwach. To wciąż nie jest dramatyczna powieść, ale zawiera w sobie kilka wydarzeń tragicznych, wystawia naszych bohaterów na próbę charakteru i siły woli. To, co mnie najbardziej kupiło to nieoczywiste wybory niektórych postaci. Czytelnik zdecydowanie miał w głowie pewien schemat, według którego mogła się potoczyć historia dziewcząt, a szczególnie niekonwencjonalnej Jo. Alcott jednak idzie tutaj pod prąd i nie daje nam typowych rozwiązań. Przyznaję, że to, na które się finalnie zdecydowała nie do końca mnie przekonuje - wierzę jednak, że wydawcy w tamtych czasach naciskali na zakończenia w tym rodzaju. Bardzo dobrze komentuje to Gerwig w najnowszej ekranizacji, oddając słuszność słowu napisanemu, ale dopowiadając historię ówczesnych pisarzy literatury młodzieżowej, skierowanej przede wszystkim do młodych panien.

Rzadko z taką sytuacją się spotykam, ale muszę przyznać, że w przypadku Małych kobietek to druga część wypada ciekawiej. Chociaż najlepiej byłoby potraktować tę historię jako całość, bo pierwszy tom faktycznie tylko lekko wprowadza nas w świat postaci, a dopiero drugi pozwala poznać ich charaktery. To z lektury Dobrych żon będziemy mogli wyciągnąć wnioski na przyszłość, nauczyć się czegoś na podstawie historii bohaterek. To tutaj znajdziemy podsumowanie bez zbędnego moralizatorstwa (szczególnie ze strony matki dziewcząt). Patrząc na życie poszczególnych postaci zaobserwujemy, że każdemu czasami zdarzy się zły dzień, w którym strzeli gafę w towarzystwie i trzeba się z tym pogodzić; że warto postępować zgodnie ze sobą i swoim sumieniem, a nie tak, żeby zadowolić wszystkich wokół; że każdy ma szansę popracować nad swoimi wadami i wyjść na prostą; że po prostu dobrze jest cieszyć się z małych chwil w życiu. Najważniejsze jednak, że po każdej, nawet najgorszej dla nas burzy, wyjdzie w końcu słońce - czasami trzeba na nie po prostu dłużej poczekać. Bywają momenty kiedy taka lektura z prostym, pozytywnym przekazem jest najlepszym czytelniczym wyborem.

czwartek, 31 października 2019

Wchodzenie w dorosłość - „Małe kobietki” Louisa May Alcott



*Małe kobietki*
Louisa May Alcott

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Little Women
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1868
*Liczba stron:* 350
*Wydawnictwo:* MG 

Pamiętajcie o jednym, moje dziewczynki - matka zawsze gotowa jest być waszym powiernikiem, ojciec waszym przyjacielem, a oboje pełni jesteśmy wiary i nadziei, że nasze córki, zamężne lub nie, będą dumą i pociechą naszego życia.
*Krótko o fabule:*
Córki pani March – stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy – starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Wielkimi krokami zbliża się premiera kolejnej ekranizacji Małych kobietek. Tym razem za kamerą stanęła młoda, dobrze rokująca reżyserka, Greta Gerwig (jej debiut Lady Bird okazał się sporym sukcesem). Już od lat odkładam przeczytanie literackiego pierwowzoru tej młodzieżowej klasyki, a nic nie mogło mnie mocniej nakłonić niż nowa, przepięknie ilustrowana edycja od wydawnictwa MG. Trudno było się oprzeć tak pysznie zapowiadającej się lekturze.

Małe kobietki to książka luźno oparta na życiu autorki, wiele z postaci przypomina członków jej rodziny (podstawowe podobieństwo - Alcott także miała 3 siostry) i bliskich przyjaciół. Lektura ta odniosła natychmiastowy sukces i uznanie wśród czytelników, co sprawiło, że autorka zdecydowała się napisać jeszcze trzy części przygód bohaterów - Dobre żony, Mali mężczyźni i U progu życia. U nas niewiele się o nich mówi i sama myślałam, że Małe kobietki to historia zamknięta w jednym tomie, a jednak to tylko początek, niejako wprowadzenie w świat sióstr March.

Można powiedzieć, że Alcott była prekursorem powieści coming-of-age - Małe kobietki to historia o czterech siostrach i ich wchodzeniu w dorosły wiek. Pierwsze miłości mieszają się tutaj z wciąż dziecięcym pragnieniem zabaw. Dziewczynki mają spore szczęście, bo posiadają świetnego przewodnika życiowego w postaci swojej matki. To ona wskazuje im odpowiednie ścieżki, wytyka błędy i prowadzi przez kolejne przeszkody nastoletniej egzystencji. Na dodatek wszystkie członkinie domu Marchów łączy głębokie uczucie, bezgraniczna miłość, która wręcz wypływa ze stron książki. Dla współczesnego czytelnika czasami robi się aż za słodko - niejednokrotnie emanacja przyjemnych uczuć zdaje się oblewać wszystkich bohaterów, a my mamy wrażenie, że tak dobrze być nie może. Szczęśliwie, Alcott udaje się po chwili znaleźć odpowiedni balans. Momenty cukierkowe przesłaniane są nieustannie tragedią w postaci braku ojca w ich życiu (mężczyzna przez całą powieść stacjonuje z wojskiem w oddalonym mieście). Także nieobecność taty wciąż pada cieniem na, wydawać by się mogło, sielankowe życie kobietek.

źródło
Córki pani March nakreślone są bardzo książkowo. Otóż, mimo że wychowywane w ten sam sposób, to każda ma skrajnie odmienny charakter. Wiemy, że ten zabieg zawsze wpływa pozytywnie na przyjemność czytania, bo od samego początku czytelnik potrafi odnieść się do uczynków danej postaci, wiedząc że dane zachowanie wynika ze specyficznych cech osobowości. Na główny plan wśród bohaterów wydaje się wysuwać Jo March - najbardziej porywcza i szalona, chłopczyca zakochana w świecie książek. To ona zrobi pierwszy krok w stronę poznania rodziny Laurie'go, przyszłego przyjaciela rodziny, to ona będzie powodem wielu kłótni przez swój wybuchowy charakter, to też ona będzie gotowa do najbardziej odważnych i alturistycznych czynów, żeby pomóc drugiemu. Jo zdecydowanie jest najciekawsza z całej czwórki rodzeństwa, przez co reszta wtapia się w tło. Oprócz niej mamy Meg, najstarszą, najbardziej odpowiedzialną, ale wciąż zahukaną w towarzystwie przez ciagły wstyd za sytuację finansową rodziny. Ona jako jedyna pamięta czasy kiedy i państwo March byli ludźmi zamożnymi, także zdaje się jej najbardziej brakować pieniędzy. Beth to ta słodka, zamknięta w sobie duszyczka, która woli pozostawać na uboczu i boi się wychodzić ze swojej strefy komfortu. Najchętniej siedziałaby w domu, grała na fortepianie i szyła ubrania dla odziedziczonych po siostrach lalek. Jest jeszcze Amy, najmłodsza, która zdaje się myśleć przede wszystkim o sobie i swojej urodzie. To też dziewczyna, która ma przed sobą sporo nauki, ale ze strony na stronę robi postępy.

Lektura Małych kobietek przebiega w uczuciu błogiego spokoju i przyjemnego poznawania perypetii bohaterek. Na dzień dzisiejszy nie jest to może nic odkrywczego, ale niezaprzeczalnie czytanie jej wpłynie na zwiększenie poziomu ciepła w serduchu. Uważam, że o wiele bardziej można ją docenić jeżeli ma się trochę mniej lat - rady pani March są jak najbardziej uniwersalne, jednak starszy czytelnik jest ich wszystkich świadom i może czasami odebrać je jako moralizatorskie kazania. Jednocześnie to lektura, którą z całą pewnością poleciłabym dziewczynkom na początku lat nastoletnich, bo jest tu wszystko czego po książce można w tym wieku oczekiwać - są błędy bohaterów, wynikające ze zbytniego leniuchowania, egoizmu, zazdrości, są przemyślenia, następujące po ich analizie i próby poprawy zachowania, są pierwsze miłości, są pasje: do czytania, grania na instrumentach, malowania. Słowem, wszystko co potrzebne młodzieńczej duszy.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka