Pokazywanie postów oznaczonych etykietą albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą albatros. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2023

Fantastyka inspirowana mitologią grecką – „Kirke” i „Pieśń o Achillesie” Madeline Miller

Kirke & Pieśń o Achillesie
Madeline Miller

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2018 & 2011
Liczba stron: 414 & 384
Wydawnictwo: Albatros

Jego słowa nie mówią, że nie zaznamy bólu. Że nie zaznamy strachu. Znaczą tylko: jesteśmy tu. Płyniemy z prądem, kroczymy po ziemi, czujemy ją pod stopami. Żyjemy.

Opis wydawcy, Kirke

W domu Heliosa, boga słońca i najpotężniejszego z tytanów, rodzi się córka. Kirke jest dziwnym dzieckiem – nie tak potężnym jak ojciec ani tak bezwzględnym jak matka... Dziewczyna próbuje odnaleźć się w świecie śmiertelników, lecz odkrywa w sobie czarnoksięską moc, dzięki której może zagrozić samym bogom… Z tego powodu zostaje wygnana. Nie zamierza jednak przestać kształcić się w czarach. Jej ścieżki skrzyżują się z Minotaurem, Dedalem, jego synem Ikarem, morderczą Medeą i, oczywiście, z przebiegłym Odyseuszem.

Opis wydawcy, Pieśń o Achillesie

Pod lśniącą zbroją bohatera kryje się człowiek z krwi i kości. W historii Achillesa obok okrucieństwa i siły jest miejsce na miłość i poświęcenie. Nad Achillesem, synem króla i pięknej nimfy, ciąży straszliwe fatum. Tylko on może zapewnić Grecji wygraną w wyniszczającej wojnie. Ale zwycięstwo dopełni się wtedy, kiedy zginie. Zapowiedź tej tragedii nie opuszcza go ani na krok, lecz Achilles nie żyje w jej cieniu. Jest najpiękniejszym, najsilniejszym i najbardziej utalentowanym synem Grecji, złotym dzieckiem, które z czasem przeistacza się w największego bohatera swoich czasów. Patroklosowi brakuje tego wszystkiego, co ma Achilles. Jest wygnańcem – dziwnym, słabym i nic nieznaczącym. A jednak pewnego dnia między chłopcami zadzierzga się nić przyjaźni… Kiedy po latach Grecję obiega wieść o porwaniu do Troi pięknej Heleny, Achilles, uwiedziony obietnicą nieśmiertelnej sławy, z innymi bohaterami gotuje się do walki. Razem z nim rusza Patroklos. Jeszcze nie wiedzą, że na polach pod Troją los upomni się o swoje – niezależnie od prób, które podejmą, aby go oszukać. To opowieść o bogach, królach, nieśmiertelnej sławie i ludzkich uczuciach.

Moja recenzja

Znani i lubiani autorzy fantastyki często korzystają z umieszczania mitologicznych postaci w nowych światach przedstawionych. Kilkukrotnie w swojej twórczości zrobił to Neil Gaiman, chociaż on nie ogranicza się do korzystania tylko z greckiego panteonu bogów. Innymi przykładami mogą być: komiks Wonder Women, gdzie główna bohaterka to córka Zeusa i Hippolity; seria o Percym Jacksonie, w której Rick Riordan opanował do perfekcji opowiadanie nowych przygód greckich bogów. Trochę inną stronę prezentuje nurt tak zwanych retellingów. Zamiast korzystać z umieszczania znanych postaci w nowym miejscu to raczej ponowne opowiadanie klasycznej historii. Biorąc do ręki książki Kirke i Pieśń o Achillesie możemy się spodziewać, że historia wiedźmy Kirke i herosa Achillesa odhaczy wszystkie znane nam fakty. Zatem w przypadku tego gatunku ważniejsze jest to, w jaki sposób autorka opowiada i jaki dodatkowy element chce przemycić w swojej książce niż sama fabuła, którą znamy przed lekturą.

Pieśń o Achillesie z opowieści o bezwzględnym greckim herosie robi historię o zmysłowej relacji między dwójką osób. Zaskakujący jest już styl narracji, pełen czułości, wrażliwego spojrzenia na życie wewnętrzne młodych chłopaków. Rzuceni w okrutny świat znajdują ukojenie w swoim towarzystwie. Razem czują się bezpiecznie, ramię w ramię łatwiej jest im stawiać czoła przeciwnościom. Achilles wyruszy na wojnę i zostanie bohaterem, tak jak opisano w Iliadzie. Jednak Pieśń o Achillesie skupia się przede wszystkim na jego życiu uczuciowym. Zmienia się też punkt widzenia, bo narratorem jest Patroklos, wierny towarzysz herosa. To jego oczami będziemy obserwować całą historię od pierwszego spotkania z Achillesem po sam kres wydarzeń (chyba wszyscy wiemy jak to się skończyło?). Przedstawienie tej dwójki jako kochanków nie jest niczym nowym – już Platon ich za takowych uważał. Miller w swojej opowieści proponuje to samo podejście i to zdecydowanie przyciąga czytelników. Pomimo wielu wzmianek o wojnie, gatunek książki bardzo mocno przypomina romans. Nie jestem jego fanką i zapewne dlatego lektura wielokrotnie mnie nudziła. Możliwe, że jestem już trochę za stara na takie wzniosłe młodzieżowe miłości. Gdybym to od Pieśni o Achillesie zaczęła przygodę z autorką to może byśmy się nie polubiły. Pierwsza jednak była Kirke.

“Circe,” by John Collier, 1885. źródło

W Kirke autorka postanowiła oddać głos jednej z kobiet, którą spotkał Odyseusz na swojej długiej drodze do domu. Moje skojarzenia z Kirke przed lekturą ograniczyły się do prostego: wiedźma, która zamieniała mężczyzn w świnie. Dla Miller punktem zapalnym do stworzenia retellingu było dość pobieżne przedstawienie postaci kobiecych w Odysei. Homer stworzył piękną opowieść o tęsknocie za domem i walce z przeznaczeniem, skupiając się na męskim punkcie widzenia. Miller to zmienia, ponownie stosuje czułą narrację, budując wnikliwy obraz życia wewnętrznego bohaterki. Z kart książki bije kobieca siła i upór. Kirke zostaje doświadczona przez los, odtrącona przez własną rodzinę, postanawia więc szukać chwil szczęścia wewnątrz sytuacji, w której się znalazła. Z zagubionej, naiwnej dziewczynki staje się symbolem kobiety z niesamowitą mocą. Radzi sobie z samodzielnym wychowywaniem dziecka czy najazdami mężczyzn, próbujących ją wykorzystać. Na początku jest ufna i otwarta, ale uczy się na własnej skórze rozpoznawać tych, którzy ją oszukują dla swojego dobra. Żeby ich rozpoznać musi zostać wielokrotnie doświadczona przez los i ludzi, których na swojej drodze spotyka. W Kirke również sporo miejsca poświęcone jest tematowi miłości, jednak żaden ze związków nie przykrywa wątku rozwoju głównej bohaterki. Świetnie sprawdziły się w książce wzmianki o sytuacjach, w których tytułowa postać „maczała palce”. Na kartach powieści spotkamy zatem Medeę i Jazona, Minotaura czy Dedala. Spędziłam w towarzystwie bohaterki kilka miłych godzin, szczególnie polecam formę audiobooka. Mi udało się go dorwać podczas akcji czytaj.pl.

Madeline Miller znalazła pomysł na swoją literaturę. Nie są to może powieści, które wstrząsną literackim światem czy zmienią naszą perspektywę patrzenia na klasyki. Przyniosą za to rozrywkę i pozwolą nam rozkoszować się przebywaniem w innym, alternatywnym świecie. Jest w czytaniu retellingów coś uspokajającego, bo w końcu znamy już tę historię, wiemy gdzie zmierza. Możemy zatem skupić się na wyłapywaniu wszystkich smaczków, które zostawiła nam autorka.

sobota, 18 kwietnia 2020

„Rebeka” Daphne du Maurier - skrycie jątrząca się zazdrość


*Rebeka*
Daphne du Maurier

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Rebecca
*Gatunek:* kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1938
*Liczba stron:* 447
*Wydawnictwo:* Albatros
Pomyślałam, jakby to było dobrze być łagodną i zrównoważoną (...). Nie denerwować się nigdy, nie dręczyć wątpliwościami i brakiem decyzji, nie stać tak jak ja, pełna nadziei i dobrych chęci, przestraszona, obgryzająca paznokcie, niepewna jaką drogę obrać, jaką kierować się gwiazdą.
*Krótko o fabule:*
Uboga dziewczyna, pracując jako dama do towarzystwa bogatej Amerykanki, pani van Hopper, trafia do Monte Carlo, gdzie poznaje bogatego wdowca Maxima de Wintera. Po krótkiej znajomości poślubia go i zamieszkuje w jego angielskiej posiadłości Manderley.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Od premiery Rebeki minęło ponad 80 lat, a czytelnicy na całym świecie wciąż zaczytują się w tej lekturze i nieustannie zwiększa się liczba osób zachwyconych, których ta powieść porywa w niezapomnianą przygodę. Na mojej półce książka spędziła kilka lat, cieszę się jednak, że w końcu mogę dołączyć do w pełni usatysfakcjonowanych fanów tej powieści.

Daphne du Maurier należy do tego grona autorek, które za życia krytycy uznali za niewarte uwagi, a ich literaturę zamykano w ramach powieści romantycznych dla kobiet szukających przygód. Zaczęła pisać Rebekę pod wpływem tęsknoty za swoim ukochanym domem w Cornish. Podczas pisania przebywała w Egipcie, a jej ukochane miejsce na ziemi pozostawało poza jej zasięgiem (co jest, swoją drogą, sporą analogią do idealizowanego Manderley z kart powieści). Po latach dopiero zaczęto doceniać jej umiejętność prowadzenia narracji i nadawania fabule mistycznego, mrocznego klimatu - czego najgłośniejsza powieść du Maurier, Rebeka, jest idealnym przykładem.

Całość prowadzona jest w pierwszoosobowej narracji przez dziewczynę, której imienia nie dane nam będzie poznać. Niewiele czasu potrzeba, żeby zobaczyć, że jest to bardzo nieśmiała, skromna, nieobyta, umniejszająca swojej wartości dwudziestolatka. Kiedy zaczyna interesować się nią bogaty, ułożony mężczyzna z wyższych sfer oddaje się mu cała, zakochuje się niemal momentalnie, zapewne będąc świadomą, że lepsza partia nigdy się jej nie trafi. Rzuca wszystko i wychodzi za niego za mąż. Nie wie jednak, że razem z nowym towarzyszem życia zyskuje jego mroczną przeszłość, z martwą żoną na pierwszym planie.
źródło, shot z filmu Rebeka (1940)
Główna bohaterka poza prowadzeniem czytelnika przez poszczególne wydarzenia, pokaże nam także co siedzi w jej głowie, na papier przelane zostały wszystkie jej skryte myśli. Dziewczyna ciągle jest prześladowana imieniem Rebeki, pierwszej żony Maxa. Wszelkie porównania wśród znajomych tylko utwierdzają ją w przekonaniu, że nie jest wystarczająco dobra, że nigdy nie dorówna poziomowi uzdolnionej, silnej, towarzyskiej, tryskającej energią i pomysłami na nowe zabawy Rebeki. Właśnie dzięki monologom młodej dziewczyny zobaczymy jak człowiek sam potrafi niszczyć swoją wartość. Wciąż i wciąż analizuje słowa znajomych, dopowiada sobie co jeszcze mogli pomyśleć, wyobraża sobie plotki rozchodzące się wśród służby, wmawia w siebie, że mąż nigdy nie pokocha jej tak, jak kochał tamtą. Du Maurier otwiera nam wrota do głowy tej dziewczyny i pozwala zobaczyć jak z początkowych wyobrażeń o idealnym życiu u boku Maxima powstają koszmarne sceny, które mogły, ale nie musiały się wydarzyć. Zazdrość napędza tę postać, to źródło nieustannie towarzyszącego jej strachu.

Rebeka często była przenoszona na scenę, a jej najsłynniejsza ekranizacja, wyreżyserowana przez mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka, zasłużyła na wyróżnienie Oscarem za najlepszy film. Po obejrzeniu zwiastuna nasunęło mi się jedno pytanie: dlaczego reklamowana była jako „historia miłosna”? Zapewne miało to związek z opinią ówczesnych krytyków, może tak lepiej film się sprzedawał. Moim zdaniem to opowieść wręcz antyromantyczna. Miłość głównej bohaterki do Maxima jest zupełnie ślepa, kocha go dla samej czynności kochania, pragnie tylko, żeby jej nie zostawiał. Patrząc na powieść mogę wymienić jedno szczere uczucie i dotyczy ono służącej, pani Danvers do byłej chlebodawczyni.

Bezimienna narratorka wydaje się stać w cieniu nieobecnej Rebeki, która na zawsze zostanie pierwszą panią de Winter. Jej brak imienia uwypukla fakt, że brakuje jej tożsamości, mocnego charakteru, a to sprawia, że tak łatwo ulega wpływom innych osób. W niektórych sytuacjach postępuje zupełnie przeciwnie do typowego wzorca, ale przez to, że dokładnie znamy każdą jej myśl rozumiemy skąd ta uległość się bierze. Niesamowite jest to, że autorka bawi się z czytelnikiem i pojęciem zbrodni - stara się tak wszystko ułożyć, żebyśmy sympatyzowali z negatywnymi bohaterami. Dopiero po odłożeniu lektury człowiek rozumie, że miał nadzieję na coś, co obiektywnie nazwano by nieszczęśliwym zakończeniem, w którym ludzie winni nie otrzymują kary za swoje czyny.
De Maurier kończy całość piękną klamrą, po której na chwilę wracamy do pierwszych stron powieści, gdzie druga pani de Winter zaczęła snuć swoją opowieść. Czytelnik natomiast ma ochotę wrócić do Manderley i znowu przeżyć tę niesamowitą przygodę. Rebeka bowiem tak szybko nie opuści naszych myśli - tak jak nie opuszcza myśli bohaterów książki.

wtorek, 24 września 2019

Wszyscy jesteśmy szaleni - „Lot nad kukułczym gniazdem” Ken Kesey



*Lot nad kukułczym gniazdem*
Ken Kesey

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* One flew over the cuckoo's nest
*Gatunek:* społeczna/obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1962
*Liczba stron:* 368
*Wydawnictwo:* Albatros 

Świat należy do silnych, przyjacielu! Nasza egzystencja oparta jest na zasadzie, że silni rosną w siłę, pożerając słabszych. Musimy się z tym pogodzić. To zupełnie normalne. Poniekąd prawo przyrody. 
*Krótko o fabule:*
McMurphy, szuler, dziwkarz i zabijaka, udaje wariata, żeby wykpić się od odsiadywania wyroku. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym wydaje mu się dobrym żartem. Do chwili, gdy dowiaduje się, że nie odzyska wolności, dopóki nie uznają go za wyleczonego. Decyzja należy do Wielkiej Oddziałowej, z pozoru uosobienia słodyczy i dobroci, w rzeczywistości sadystki znęcającej się nad pacjentami. McMurphy, który buntuje przeciwko niej chorych, nagle zdaje sobie sprawę, że jeśli się przed nią nie ukorzy, nie opuści szpitala. Czy da się pokonać bezdusznemu Kombinatowi?

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Bez trudu możemy wymienić kilka tytułów książek, które każdemu z nas są znane, nieważne czy czytaliśmy daną powieść czy tylko gdzieś o niej usłyszeliśmy. Lot nad kukułczym gniazdem zdecydowanie do tej grupy należy. Co prawda mam wrażenie, że większość kojarzy go przede wszystkim z ekranizacją z 1975 roku. Swoją drogą bardzo udaną ekranizacją, która zgarnęła pięć Oscarów w najważniejszych kategoriach. Reżyserem był Milos Forman, a główną rolę zagrał Jack Nicholson i jest to jeden z jego najlepszych występów na dużym ekranie. Ja film oglądałam lata temu, ale zrobił na mnie wtedy spore wrażenie i zapadł w pamięci jako przedstawienie walki jednostki z totalitarnym systemem. Sięgając po książkę spodziewałam się pewnego rodzaju powtórki, a okazało się, że dostałam coś zgoła odmiennego.

Ken Kesey znany był jako nonkonformista, człowiek sprzeciwiający się przyjętym normom społecznym, stale poszukujący wolności. Podobno sporo jego książek powstało pod wpływem narkotyków, za których posiadanie był nawet prawnie karany. Lot nad kukułczym gniazdem był jego debiutem w świecie literackim, a impulsem do napisania powieści okazała się praca w roli sanitariusza w szpitalu psychiatrycznym.

Teoretycznie książkę można potraktować dość powierzchownie: po prostu jako historię o oddziale dla osób chorych psychicznie, obserwować ich zachowanie i sposób, w jaki przeprowadzano terapię. Fabuła przedstawiona jest z perspektywy jednego z pacjentów, „Wodza”, niezwykle wysokiego i silnego mężczyzny, pochodzenia indiańskiego. W szpitalu udaje głuchoniemego, dzięki czemu często jest obecny przy istotnych rozmowach personelu - bardzo to wygodny zabieg, pozwalający czytelnikowi zobaczyć pełny obraz tego środowiska: nie tylko pacjentów, ale także pracujących tam osób.
źródło
Patrząc na Lot nad kukułczym gniazdem czysto fabularnie stwierdziłam, że nie była to książka wybitna, która by mnie wciągnęła, której nie mogłam odłożyć na bok. Dość długo męczyłam się czytając, nie mogłam wsiąknąć w historię i polubić bohaterów. Przede wszystkim od początku uderzyła mnie lekka niesprawiedliwość: wszyscy uważają McMurphy'ego za dobrego bohatera, a Oddziałową za obraz najgorszego zła. Problem jest taki, że McMurphy to prawdziwy rzezimieszek, częstokrotnie karany, otwarcie opowiadający o swojej ciemnej stronie, a nawet skazany za gwałt na nieletniej. Przyjęcie opinii o tym człowieku jako o wybitnej jednostce, która walczy z systemem wbrew całemu światu, której powinniśmy kibicować jakoś mnie w tym momencie raziło. Równocześnie robienie z siostry Ratched antagonistki z piekła rodem także wydawało mi się na wyrost. W końcu starała się utrzymać porządek na oddziale i nie mogła ulegać wszystkim prośbom pacjentów. To, że jej sposób terapii był błędny to inna sprawa - może nie umiała inaczej, myślała, że robi dobrze, że powinno się silną ręką trzymać tę grupę? Przede wszystkim postawiona na czele pielęgniarek miała w rękach siłę, która dała jej pewność siebie i poczucie, że jest ponad innych, że to reszta powinna dopasować się do jej poglądów. Współcześnie pełno znamy takich właśnie osób, które zdobywając pozycję, korzystają z niej w nieadekwatny sposób. Także to jest bardzo nieodpowiednie, ale jakże ludzkie zachowanie. Dlatego z takiej czysto fabularnej perspektywy odcięłabym się tutaj od przyjęcia konfrontacji w postaci: dobry McMurphy walczący przeciwko złej Oddziałowej.

Oglądając film odczytałam go jako problem walki jednostki z systemem, jednak z książki wyciągnęłam raczej coś innego. O wiele bardziej uderzyło mnie, że to historia, która mówi o nas, jako o społeczeństwie. Większość z nas postępuje według przyjętych reguł, stara się robić wszystko tak, jak wypada, idzie ścieżką, którą wybierało wielu przed nami. Jednak zawsze znajdą się Ci, którzy chcą iść pod prąd, którzy myślą inaczej, czują inaczej, nie potrafią odnaleźć się w tym układzie, którzy obawiają się wpasować w ten porządek. Większość z nich jest przerażona na myśl głośnego wypowiadania się o tym, że są odmienni, wolą po cichu przejść przez życie, znaleźć jakąś norę i przesiedzieć w niej, starając się dopasować do całej reszty, nie dzieląc się swoimi przemyśleniami. Jednak wystarczy, że znajdzie się jeden, który pokaże, że można mówić głośno o swoich problemach, że można domagać się traktowania nas jako człowieka, mimo że mamy inne poglądy, odczuwamy inaczej. I chodzi o to, że postaci McMurphy'ego nie odczytuję tutaj jako tej wybitnej jednostki, która stawiła czoła reszcie społeczeństwa. To był po prostu dość bezczelny, bezpośredni człowiek, który nie bał się powiedzieć, co myśli. Niepozbawiony pozytywnych cech (naprawdę przejmował się losem kolegów), ale równocześnie pogubiony i często odpychający dla czytelnika. Jednak sam fakt, że się postawił okazał się wystarczającym bodźcem, żeby grupka społeczeństwa mogła powiedzieć: „nie” i przestała chować się przed całą resztą (tutaj: zdecydowała się wyjść ze szpitala, gdzie większość siedziała dobrowolnie). Także dla mnie intencje McMurphy'ego były mniej altruistyczne niż mogłoby się wydawać, ale okazały się wystarczające do stymulacji „chorych” do zrobienia kroku do przodu.

Siła tej książki polega przede wszystkim na uniwersalności - w dzisiejszych czasach odczuwam bardziej niż kiedykolwiek kategoryzację ludzi. Mam wrażenie, że społeczeństwo nabrało jakiejś okrutnej lekkości w dobieraniu etykietek i przyklejaniu do poszczególnych osób. Większość bohaterów książki żyje w szpitalu, bo jest przerażona wizją powrotu do społeczeństwa. A my, jako społeczeństwo sprawiamy, że niektórzy czują się w nim nieswojo, obawiają się mówić głośno o sobie i swoich odczuciach. Nie mówię, żeby rozwalić cały system, bo reguły też są potrzebne, ale nie bądźmy jak Oddziałowa i patrząc na bliźniego zobaczmy po prostu człowieka, który ma prawo myśleć inaczej niż wszyscy.
Trochę to zabawne, że podczas czytania byłam daleka od zachwytów, a po przetrawieniu treści jestem pod sporym wrażeniem. Naprawdę warto tę książkę przeczytać, a później przemyśleć. Ciekawa jestem jak Wy ją odebraliście.


wtorek, 20 lutego 2018

Stracone życie - „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro




*Okruchy dnia*
Kazuo Ishiguro

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Remains of the Day
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1989
*Liczba stron:* 303
*Wydawnictwo:* Albatros
Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego.

*Krótko o fabule:*
Narratorem książki jest Stevens, angielski kamerdyner, który wierność wobec pracodawcy i wypełnianie obowiązków stawia ponad wszystko. Swoje dotychczasowe życie w całości podporządkował służbie u lorda Darlingtona. Po śmierci chlebodawcy nadal prowadzi jego dom. Podczas krótkiego urlopu wyrusza samochodem do Kornwalii, by namówić do powrotu dawną gospodynię pannę Kenton. Podczas podróży rozpamiętuje minione lata.
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Czytanie książki Okruchy dnia było dla mnie prawdziwą przygodą. Na początku poczułam się zaskoczona, że to taka zwykła, prosta historia. W końcu ma na koncie nagrody, umieszczana jest na listach najlepszych książek wszechczasów, a tutaj ot, angielska posiadłość i opowieść kamerdynera, wspominającego przeszłość. Jednak im dłużej czytałam, im jaśniejsze zdawało się znaczenie tej książki, tym bardziej rozumiałam wszelkie nad nią zachwyty. 

Nazwisko Kazuo Ishiguro nie powinno być Wam obce - jest zeszłorocznym laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Urodził się w Japonii, ale w wieku pięciu lat jego rodzina przeniosła się do Wielkiej Brytanii. Za powieść Okruchy dnia został wyróżniony Nagrodą Bookera.

Podziw od pierwszych stron budzi styl autora. Narratorem jest kamerdyner Stevens, który spisuje wydarzenia w formie swojego dziennika - opisuje w nim co zdarzyło się w danym dniu (akcja książki trwa sześć dni), a także wraca do przeszłości i snuje opowieść o czasach minionych. To z jego punktu widzenia poznamy historię właściciela domu Darlington Hall oraz panny Kenton, która była tam główną gospodynią.

Jest coś niesamowicie melancholijnego w tej opowieści zdystansowanego kamerdynera. Czasami może się złudnie wydawać, że to człowiek pozbawiony głębszych uczuć, przypominający niemal robota - żyjący tylko po to, by wykonywać rozkazy. Co rusz spotykamy się z sytuacją, w której jego zachowanie odbiega od takiego zwykłego, ludzkiego odruchu. Przykładem może tutaj być chociażby niezłożenie kondolencji po śmierci bliskiej pannie Kenton osoby. Jednak cały geniusz tej powieści polega na tym, że Ishiguro nie zrobił pana Stevensa tylko naszym głównym bohaterem, a zrobił go rownież narratorem. Dzięki temu, możemy zobaczyć, że żadne z jego zimnych zachowań nie jest podyktowane brakiem uczuć, a raczej nieumiejętnością ich okazywania.
genialni: Anthony Hopkins i Emma Thomson, w ekranizacji z 1993 roku, źródło
Mimo że powieści daleko do jakiegokolwiek melodramatyzmu, to ja doszukałam się tam przede wszystkim smutnej historii nieszczęśliwego człowieka. Zniszczonego przez otoczenie, w którym się wychowywał, ślepo wierzącego w idee, którymi karmił się od dziecka. Ojciec pana Stevensa również był kamerdynerem, a nasz bohater w pełni go gloryfikował i ewidentnie chciał kroczyć jego śladami. Jego ojciec także należał do perfekcjonistów, całe swoje życie oddał pracy i ograniczał kontakty z synem, a przez to brak między nimi prawdziwej więzi rodzicielskiej. Niech za przykład posłuży fakt, że podczas gdy ojciec Stevensa oddawał ostatnie tchnienie, to nasz kamerdyner świadomie wybrał obsługę przyjęcia - i wiedział, że tata pochwaliłby tę decyzję.

Właśnie przez to pan Stevens okazał się dla mnie jedną z najbardziej zasługujących na współczucie postaci literackich. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło, ale wciąż myślę o tym, że miło byłoby go tak po ludzku przytulić i poklepać po plecach. To prawda, że wiele bohaterów ma gorsze życie - brak im rodziny, brak pieniędzy, brak dachu nad głową, brak bliskich osób. Ale to Stevens jest największym przegranym. I wpływ ma na to jego wychowanie, ale także uparte dążenie do bycia okrzykniętym kamerdynerem „godnym”. Po drodze do tego celu, Stevens nie zauważa tak wielu ważkich rzeczy bądź (jeszcze gorzej) świadomie je ignoruje. Kiedy lord Darlington zadaje się ze światowymi przedstawicielami faszyzmu i nagle każe zwolnić dwie pokojówki żydowskiego pochodzenia, Stevens po prostu wykonuje polecenie. Chociaż w głębi serca wie, że to niewłaściwe, nie mówi na ten temat ani jednego słowa. Aż trudno sobie wyobrazić, że jeden człowiek może powstrzymywać wszystkie te emocje i trzymać je głęboko w sobie. Jednak już na początku Stevens nam powie, że prawdziwie „godnymi” kamerdynerami mogą być jedynie Brytyjczycy, bo „wielkością tego kraju jest jego spokój, jego poczucie umiaru”.

Czytając te zwierzenia kamerdynera z niecierpliwością czekamy na finalne spotkanie między nim a panną Kenton. Jest to główny cel historii, ponieważ to w związku z tym mityngiem, pan Stevens w ogóle zaczyna swoją podróż i spisywanie dziennika. I samo spotkanie nie mogło być poprowadzone w lepszą stronę. Czytelnikowi pozostaje cierpki smak po tej subtelnej, a jednocześnie emocjonalnej rozmowie. A Stevens? Stevensowi pozostają gorzkie refleksje na temat przebytego życia i tytułowe okruchy dnia.

Moja ocena: 9/10

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka