niedziela, 20 września 2026

Brutalna fantastyka inspirowana historią Chin – „Wojna makowa” Rebecca F. Kuang

 

Wojna makowa
Rebecca F. Kuang

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 637
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Wojna nie rozstrzyga, która strona ma słuszność. Wojna rozstrzyga, która strona przetrwa.
 

Opis wydawcy

Kiedy jesteś sierotą wojenną świat ma dla ciebie głównie pogardę, odrzucenie, brutalność i ból. Czasem, jeśli akurat masz szczęście, obojętność. Jeśli natomiast do tego jesteś dziewczynką, szczęście ma twoja przybrana rodzina. Zawsze może ubić interes i sprzedać cię na żonę jakiemuś zamożnemu staruchowi.  

Rin doświadczyła tego wszystkiego. Jest nikim, jej życie nie ma dla nikogo żadnego znaczenia, nikogo też nie obchodzi jej los. Jeśli chce wydostać się z rynsztoka, w którym się wychowała, ma tylko dwie drogi. Pierwsza wiedzie przez łóżko obmierzłego starca. Druga, przez bramę Akademii Sinegradzkiej elitarnej szkoły wojskowej. Aby podążyć tą drugą drogą, Rin zrobi wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy. A nawet więcej.

Moja recenzja

Rebecca F. Kuang jest już dość popularna w literackim świecie, a szczególnie w mojej bańce. Kojarzę właściwie wszystkie jej książki. Najwięcej dobrego słyszałam o Babel, które wciąż czeka na mojej półce. Jej pierwszą wydaną powieścią była Wojna makowa, czytałam też Yellowface, choć to akurat książka z zupełnie innego gatunku. Próbowałam również słuchać Katabazy, ale ostatecznie się poddałam. Ciekawił mnie jednak jej debiut, który wprowadził ją do grona autorek fantastyki, które zdecydowanie warto śledzić.  

Książka rozpoczyna się dość schematycznie – mamy sierotę wychowywaną w nieszczęśliwych warunkach, która postanawia wyrwać się z tego otoczenia. Wkłada mnóstwo pracy w to, żeby zdać egzamin na prestiżową uczelnię i zmienić swoje życie. Udaje jej się i trafia do otoczenia dzieci bogatych rodziców, którzy od najmłodszych lat inwestowali w ich edukację. Rin musi więc odnaleźć się w świecie, do którego zdecydowanie nie należy.  

Kuang odważnie kreuje swoją fabułę. Wydawałoby się, że temat uczelni i różnych zajęć to materiał na całą książkę. Tymczasem zajmuje on jedynie około jednej trzeciej powieści, po czym autorka rzuca czytelnika w wir wojny. Mam wrażenie, jakby były to niemal dwie osobne książki. Pierwsza przypomina bardziej powieść młodzieżową – Rin jest wtedy jeszcze nastolatką, a my obserwujemy jej zmagania z nauką, rywalizacją, dokuczaniem w szkole, wyborem ścieżki edukacji i nawiązywaniem przyjaźni. Najlepiej działa w tej części wątek związany z różnymi drogami kariery, a szczególnie droga tajemniczej „tradycji”. Dobrze wypada również sposób, w jaki autorka wyjaśnia zasady rządzące światem przedstawionym – przykładowo poprzez zajęcia ze strategii, na których omawiane są poprzednie wojny. Ta część stanowi więc przede wszystkim przygotowanie do tego, co wydarzy się później.  

Po przedstawieniu bohaterów i świata autorka przechodzi do meritum, czyli momentu rozpoczęcia wojny. Moim zdaniem ten przeskok jest dość nagły i nie daje poczucia zakończenia pewnego etapu, jakim była nauka. Tak jakby autorka spieszyła się, żeby w końcu opowiadać o czymś większym niż szkolne perypetie bohaterki. Książka zmienia wtedy rytm – to już nie jest młodzieżowa opowieść, ale brutalna powieść wojenna, w której fantastyka zaczyna przeplatać się z bardzo realistycznymi obrazami przemocy. Kuang czerpie przy tym z historii XX-wiecznych Chin. Szczególnie brutalne wydarzenia przedstawione w powieści są inspirowane rzeczywistymi zbrodniami z czasów wojny chińsko-japońskiej, między innymi masakrą nankińską oraz działalnością Jednostki 731. Dzięki temu brutalność tej części ma dodatkowy ciężar, choć momentami miałam wrażenie, że autorka wręcz prześciga się w pomysłach na coraz bardziej makabryczne sceny. Graficznych opisów okrucieństwa jest tak dużo, że chwilami przestają robić na mnie takie wrażenie, jakie prawdopodobnie miały wywoływać. 

To, co w Wojnie makowej najmocniej przyciągnęło moją uwagę, to element magiczny. Bohaterowie zażywają opium, żeby wejść w kontakt z bogami z Panteonu, a wybrani szamani mogą korzystać z ich mocy. Ciekawie działa tutaj również pomysł, że magia nie jest czymś, co można wykorzystywać bez konsekwencji – kontakt z bogami ma swoją cenę i może prowadzić do utraty kontroli nad własnym umysłem. Jednym z najmocniejszych elementów książki jest motyw więzienia dla emerytowanych szamanów, którzy po latach korzystania z boskich mocy postradali zmysły. 

Co do bohaterów, ich kreacja jest w porządku, chociaż nie jest to moim zdaniem najmocniejszy element książki. Rin ma dobrze nakreśloną przeszłość, w której czai się tajemnica. Jest odważna, wyszczekana i z uporem walczy o swoje – ma wiele cech typowej bohaterki fantastyki. Obserwujemy, jak te cechy zmieniają się pod wpływem wojny. Jej determinacja stopniowo przeradza się w obsesję na punkcie siły i zemsty. To interesujący, choć znowu dość nagły, kierunek rozwoju postaci.

Na drugim planie pojawia się kilku interesujących bohaterów. Wokół Rin kręci się między innymi jej rywal Nezha, dowódca Altan oraz przyjaciel z czasów szkolnych, Kitaj. Niestety większość z nich została naszkicowana dość zdawkowo i miałam poczucie, że mogliby dostać od autorki trochę więcej przestrzeni. Podoba mi się natomiast to, że relacje między bohaterami nie są podporządkowane wątkowi romantycznemu – znacznie ważniejsze okazują się przyjaźń, rywalizacja, lojalność i wspólne doświadczenia wojenne.  

Wojna makowa jest też mocno nasycona scenami akcji, przez co historia wciąga i czyta się ją bardzo szybko. Jednocześnie pod warstwą fantastycznej przygody Kuang umieszcza sporo cięższych tematów – wojnę, zemstę i konsekwencje przemocy. Nie wszystkie te elementy zadziałały na mnie równie mocno, ale doceniam ambicję autorki i to, jak wiele udało jej się zmieścić w debiutanckiej powieści. 

Zabieram się od razu za kontynuację!


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

czwartek, 17 września 2026

Historia Henryka VIII jako koncert girls bandu – „SIX” Teatr Dialogu we Wrocławiu

Musical SIX powstał jako projekt studencki w Cambridge, przygotowany z myślą o festiwalu Edinburgh Fringe, na który trafił w 2017 roku. Inspiracją do napisania go były m.in. koncerty Beyoncé – stąd pomysł, żeby każda z bohaterek była stylizowana na inną współczesną gwiazdę muzyki popularnej. Ja oglądałam ten musical po raz pierwszy i cieszy mnie, że udało się go zrealizować we Wrocławiu. Teatr Dialogu to zresztą pierwszy na świecie offowy teatr, który otrzymał licencję na wystawienie SIX. 

źródło

Z perspektywy samej konwencji trudno jednak nazwać ten tytuł typowym spektaklem muzycznym. To raczej koncert, w którym każda z bohaterek po kolei prezentuje swoją historię w formie piosenki. Rywalizują o tytuł tej, którą król Henryk VIII potraktował najgorzej. Pomiędzy utworami pojawia się kilka scenek pełnych droczenia się, uszczypliwości i docinków. Nie należy jednak oczekiwać wielkich fabularnych zaskoczeń – dokładnie wiemy, że po jednej żonie na środek wyjdzie kolejna ze swoją piosenką. To jednak zarzut do oryginału, a nie do wrocławskiej inscenizacji.   

Nie dziwi mnie popularność tego przedstawienia, bo pomysł przełożenia jednego z najbardziej znanych wątków brytyjskiej historii na formę koncertu girls bandu okazał się strzałem w dziesiątkę. Każda z żon Henryka VIII różni się od pozostałych, co doskonale wpisuje się w kulturę tworzenia popowych zespołów. Dobrze działa również zróżnicowanie w warstwie gatunkowej – znajdzie się miejsce dla ballady, ale i dla absurdalnej, tanecznej piosenki „Haus of Holbein”. We wrocławskiej inscenizacji to zróżnicowanie między bohaterkami zostało dobrze podkreślone.   

Scena Teatru Dialogu jest niewielka, a z tyłu, za aktorkami, znajduje się jeszcze zespół muzyczny, również złożony wyłącznie z kobiet. Nie ma więc zbyt wiele miejsca na taneczne popisy, ale aktorki świetnie sobie radzą w tej ciasnej przestrzeni. Choreografia dobrze dopełnia utwory, jest dynamiczna i starannie wykonana. Kilka piosenek zostało zaśpiewanych naprawdę znakomicie. Na pochwałę zasługują także nagłośnienie i dykcja występujących – wszystko było w pełni zrozumiałe.  

źródło

Pewien problem miałam natomiast z kostiumami. Nie do końca rozumiem ich koncepcję, bo wydały mi się wyraźnie futurystyczne. W moim odczuciu były nieco przekombinowane i zamiast podkreślać osobowości bohaterek, momentami odwracały od nich uwagę. Możliwe, że to jednak kwestia osobistych preferencji.  

Największą siłą wrocławskiego SIX pozostaje natomiast energia wykonawczyń. Widać ich zaangażowanie i autentyczną przyjemność z występu, co szybko udziela się publiczności. Bardzo dobrze sprawdza się również próba przełamania granicy między sceną a widownią. Aktorki zachęcają publiczność do reakcji i nie rezygnują z tego nawet wtedy, gdy początkowo spotykają się z dość zachowawczym odbiorem. Dzięki temu koncertowa natura spektaklu staje się jeszcze bardziej wyrazista.   

Słabiej wypadają natomiast dialogi i krótkie scenki pomiędzy piosenkami. Ich funkcją jest przede wszystkim budowanie relacji między bohaterkami, ale nie otrzymują one wystarczająco dużo materiału, by rozwinąć je aktorsko. Część tych fragmentów sprawia wrażenie wymuszonych, szczególnie w zestawieniu z bardzo mocną warstwą muzyczną. To właśnie w piosenkach bohaterki mają najwięcej przestrzeni do wyrażenia swoich charakterów, podczas gdy scenki pomiędzy nimi nie dorównują im poziomem.  

Finalnie SIX próbuje opowiadać o sile kobiet i o tym, że razem możemy wszystko. Moim zdaniem nie do końca to wychodzi, bo przeskok z ciągłych docinek do końcowego pojednania był zbyt nagły. Zatem SIX nie jest spektaklem, o którego przesłaniu długo myślałam po wyjściu z teatru. Sprawdza się jednak jako przyjemna, energetyczna rozrywka.   

Jednocześnie trudno nie docenić tego, że sama realizacja SIX jest przykładem bardzo konkretnej kobiecej współpracy. Na scenie występują wyłącznie aktorki, a muzykę wykonuje kobiecy zespół. W spektaklu angażującym tak liczną grupę kobiet idea girl power znajduje więc swoje przekonujące zastosowanie niekoniecznie w fabule, ale w samej strukturze przedstawienia.  

Jeśli więc odpowiednio nastawimy swoje oczekiwania i potraktujemy wizytę w teatrze bardziej jak wyjście na koncert niż na klasyczny musical, jest duża szansa, że wyjdziemy zadowoleni. Ja bawiłam się naprawdę dobrze i Wam też tego życzę!  


Twórcy:
Scenariusz: Toby Marlow, Lucy Moss
Reżyseria: Michał Jagodziński
Tłumaczenie: Jacek Mikołajczyk
Kierownictwo muzyczne: Agata Zemla
Choreografia: Paulina Narożnik
Scenografia i kostiumy: Dżesika Zemsta
Reżyseria świateł: Robert Skolmowski

Obsada:

*zaznaczam tę, którą widziałam*
Magdalena Gałązka
/ Magdalena Kowalska – Katarzyna Aragońska
Michalina Przybyłowska / Alina Chybalska – Anna Boleyn
Marta Kosiorek / Nikola Kopczyk – Jane Seymour
Adrianna Kwiatkowska / Marta Schmidt – Anna von Cleve
Paulina Jeżewska / Anna Śmiałek – Katarzyna Howard
Wiktoria Zaleska / Maria Majewska – Katarzyna Parr

Zespół muzyczny:
Magda Milewska – piano
Zuzanna Rynio – perkusja
Julia Daniluk – gitara
Julia Trela – bas

środa, 2 września 2026

Magia, uprzedzenia i strach przed obcym w alternatywnej XVIII-wiecznej Polsce – „Proces” Katarzyna Wierzbicka

 

Proces
Katarzyna Wierzbicka

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2026
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Mięta

Czy można zło zwalczać złem? Czy można stać obojętnie, kiedy niesprawiedliwość dotyka niewinnych?
 

Opis wydawcy

Losy Konstancji Sawickiej, licencjonowanej czarownicy, jej brata Jerzego, ambitnego i bezlitosnego maga, oraz Franciszka Brodzkiego, jezuity i uczonego, wciąż łączą się ze sobą. Każde z nich dąży do innych celów i jest w stanie poświęcić wiele, aby je osiągnąć. Kto odda za swoje ideały życie? Serce? A może nawet duszę? 


Moja recenzja

Czytanie polskiej fantastyki często kojarzy mi się z czystą, niezobowiązującą rozrywką. Autorki takie jak Magdalena Kubasiewicz czy Joanna Gajzler tworzą światy, które pozwalają na chwilę oderwać się od codzienności. Dlatego po zapoznaniu się z zapowiedzią Procesu Katarzyny Wierzbickiej spodziewałam się podobnej lektury. Co prawda już w zapowiedziach pojawiała się informacja, że tym razem będzie nieco mroczniej, i faktycznie – sceny ataków demonów są opisane dość graficznie. Nie jest to jednak książka, która potrafi naprawdę przerazić. Najbardziej zainteresowało mnie jednak coś innego – przeniesienie akcji do alternatywnej XVIII-wiecznej Polski.

Głównymi bohaterami są Konstancja Sawicka, należąca do społeczności Iskier władających magią, oraz Franciszek Brodzki, przedstawiciel Wybrakowanych, czyli części społeczeństwa pozbawionej magicznych zdolności. Zestawienie tych dwóch światów uważam za bardzo dobry pomysł, szczególnie że Franciszek żywi głęboką urazę do Iskier z powodu wydarzeń ze swojej przeszłości. Ich relacja mogła więc stać się ciekawym punktem wyjścia do opowieści o uprzedzeniach i próbie przełamania wzajemnej nieufności. Niestety, jej rozwój mnie nie przekonał. Punkt kulminacyjny pojawił się dla mnie zbyt szybko i bez odpowiedniego zbudowania emocji, przez co nie udało mi się uwierzyć w tę relację. To jeden z tych przypadków, gdy bohaterowie mają interesujący punkt wyjścia, ale zabrakło między nimi chemii.  Choć sama relacja Konstancji i Franciszka mnie nie przekonała, dobrze działa konflikt, który stoi za ich spotkaniem. Autorka w książce wykorzystuje go do pokazania uprzedzeń wobec określonych grup społecznych i lęku przed tymi, którzy żyją inaczej lub reprezentują coś, czego nie rozumiemy. 

Zdecydowanie najbardziej zainteresował mnie Jerzy, brat Konstancji. Nie ma go może zbyt wiele w tej części historii, ale liczę na to, że jego wątek zostanie rozwinięty w kontynuacji. Ma ciekawą bazę jako mag dążący do poprawy pozycji Iskier, a szczególnie intrygująca wydaje się jego przeszłość i śmierć bliskiej mu Iskry. To wątek, w którym widzę duże możliwości dalszego rozwinięcia, a zakończenie daje nadzieję, że w kolejnych tomach dostaniemy więcej historii związanej z tą postacią.

Jednym z najlepszych pomysłów książki jest osadzenie historii w XVIII-wiecznej Polsce. W tle pojawia się konfederacja barska, a wydarzenia historyczne zostają odpowiednio przekształcone i wplecione w świat magii. To jeden z ciekawszych elementów książki, choć osobiście chętnie zobaczyłabym dużo więcej takich połączeń. Im mocniej historia mieszałaby się tutaj z fantastyką, tym lepiej.  

Podobnie mam ze światem przedstawionym. Dostajemy jego interesujące zalążki – wiemy, że Iskry władają różnymi rodzajami magii, Konstancja jest hydromantką, pojawia się też wyraźny podział między magicznymi i niemagicznymi mieszkańcami. Miałam jednak ochotę dowiedzieć się o tym świecie więcej: poznać inne rodzaje magii, hierarchię wśród Iskier czy po prostu zobaczyć, jak wygląda ich codzienne życie. Mam nadzieję, że kolejne części pozwolą mocniej rozbudować te elementy.  

Najlepszą częścią książki jest dla mnie historia procesu czarownic pod koniec powieści. To właśnie tam pojawia się tajemnica, którą możemy odkrywać razem z bohaterami, robi się bardziej dramatycznie, a mroczniejsza strona tego świata zaczyna wybrzmiewać mocniej. 

Proces Katarzyny Wierzbickiej zapowiadał coś oryginalnego i fascynującego, a finalnie okazał się książką, którą dobrze mi się czytało, ale która nie wywołała we mnie większych emocji. Pierwszy tom zostawia sporo przestrzeni na rozwinięcie zarówno świata przedstawionego, jak i relacji między bohaterami. Może więc Proces to po prostu początek historii, w którym dopiero rozstawiane są elementy większej układanki, by w kolejnych częściach można było wykorzystać je w pełniejszy sposób.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Mięta.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka