Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2026

Mistrzowie snucia opowieści — „Stolik dla dwojga” Amor Towles i „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesław Myśliwski

 

Stolik dla dwojga
Amor Towles

Gatunek: literatura piękna, opowiadania
Rok pierwszego wydania: 2025
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Znak Literanova

Jedyny plus starzenia się jest taki, że kurczą się apetyty. Po sześćdziesiątym piątym roku życia chce się mniej podróżować, mniej jeść, mniej posiadać. Na tym etapie trudno sobie wyobrazić lepsze zakończenie dnia niż klika łyków leciwej szkockiej, parę stron starej powieści i duże, wygodne łóżko bez bodźców rozpraszających.
 

Opis wydawcy

Znudzony fałszerz, zuchwały koneser sztuki, kobieta próbująca odkryć sekret ojczyma i Evelyn, ukochana bohaterka „Dobrego wychowania”, która powraca, by dokończyć swoją historię. Co się stanie, gdy jedno z nich nie wysiądzie z pociągu, czyjś lot do domu zostanie odwołany, a ktoś inny otrzyma propozycję nie do odrzucenia? 

Jakie będą konsekwencje podjętych pochopnie, błahych decyzji? 


Moja recenzja

Amor Towles swoim zbiorem opowiadań po raz kolejny udowadnia, że jest autorem, na którego zawsze można liczyć. Wszystko zaczęło się od mojego zachwytu nad Dżentelmenem w Moskwie i od tamtej pory sięgam po każdą jego nową książkę z niemal pełnym zaufaniem. Co ciekawe, tym razem to mój mąż pierwszy zabrał się za lekturę Stolika dla dwojga. Jego żywe reakcje podczas czytania sprawiły, że nie potrafiłam już dłużej czekać.

Po lekturze zbiorów opowiadań zwykle dochodzę do tego samego wniosku: jedne historie zachwycają bardziej, inne mniej. U Towlesa było inaczej. Autor postawił sobie zresztą wyjątkowo trudne zadanie, bo otworzył książkę prawdziwą perełką. „Kolejka” – opowiadanie o Puszkinie, którego największym życiowym talentem okazuje się stanie w kolejkach – to historia pięknie absurdalna, pełna subtelnego humoru, a jednocześnie zdolna poruszyć do głębi. Narracyjna pętla, w której bohater trafia do kolejki z innego kraju, okazała się pomysłem znakomitym. Po tak mocnym początku można było spodziewać się spadku formy. Nic bardziej mylnego. Każde kolejne opowiadanie dawało mi równie wiele czytelniczej satysfakcji.

Siła Towlesa tkwi w kilku elementach. Przede wszystkim w stylu – przez jego prozę po prostu się płynie. Punkty wyjścia wydają się niepozorne, ale sposób, w jaki autor rozwija je w pełnokrwiste historie, budzi szczery podziw. To tak, jakby najpierw dostrzegł jedną krótką scenę – choćby tę, w której starszy mężczyzna ukradkiem nagrywa fragment koncertu – a następnie wokół niej zbudował pełen emocji świat. To właśnie to opowiadanie zostawiło mnie zresztą kompletnie zapłakaną. U Towlesa uderza również niezwykła czułość wobec bohaterów. Doskonale rozumie ich motywacje i marzenia, dzięki czemu tworzy postaci z krwi i kości. 

Obok pięciu krótszych form znajdziemy tu także minipowieść zajmującą niemal połowę tomu. Jej bohaterką jest Eve, znana z Dobrego wychowania. Ja tę powieść czytałam, mój mąż już nie, a mimo to zgodnie uznaliśmy, że wcześniejsza znajomość tej historii nie jest konieczna, by w pełni cieszyć się lekturą. Z ogromną przyjemnością obserwowałam, jak Towles rozgaszcza się w świecie dawnego Hollywood. A gdy do tej scenerii dołożył jeszcze atmosferę kina noir, powstała znakomita, pełna elegancji opowieść kryminalna.

W swoim zbiorze Towles rozstawia dla czytelnika stolik i zaprasza, by na chwilę przy nim usiąść. Serwuje kolejne literackie dania, a każde okazuje się dopracowane i satysfakcjonujące na swój własny sposób. I uwierzcie mi – to jedna z tych kolacji, których nie ma się ochoty kończyć.


Traktat o łuskaniu fasoli
Wiesław Myśliwski

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2006
Liczba stron: 446
Wydawnictwo: Znak

Ile niewypowiedzianych słów przepadło na zawsze. A może ważniejsze były od tych wszystkich wypowiedzianych.
 

Opis wydawcy

Narrator w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza dokonuje bilansu całego życia. W jakim stopniu sam wpłynął na swój los, a jak bardzo ukształtowały go traumatyczne doznania z dzieciństwa i zakręty polskiej historii.


Moja recenzja

Moje pierwsze spotkanie z twórczością niedawno zmarłego Wiesława Myśliwskiego. O jego pisarstwie słyszałam od lat same zachwyty, a Traktat o łuskaniu fasoli cierpliwie czekał na półce na swoją kolej.

Myśliwski miał niezwykły dar operowania słowem – taki, który potrafi oczarować czytelnika już od pierwszych stron. Prostym językiem zamyka doświadczenia codzienności, opowiada o ludzkich losach i bolączkach społeczeństwa naznaczonego historią. Punktem wyjścia jest spotkanie dwóch osób, choć tylko jedna z nich naprawdę zabiera głos. Do narratora przychodzi gość z prośbą o łuskaną fasolę. Fasola wprawdzie jest, ale najpierw trzeba ją wyłuskać, więc gość zostaje zaproszony do wspólnej pracy. To właśnie podczas tej z pozoru zwyczajnej czynności narrator rozpoczyna swój monolog, snując opowieść o własnym życiu.

Trzeba przyznać autorowi, że z niezwykłą swobodą prowadzi czytelnika przez meandry tej historii. Narrator nieustannie przeskakuje między wydarzeniami, a opowieść daleka jest od linearności. Paradoksalnie to właśnie ta fragmentaryczność sprawia, że trudno się od niej oderwać. Jako czytelnicy chcemy wypełnić wszystkie luki, odnaleźć zależności i samodzielnie ułożyć tę mozaikę we spójną całość.

Proza Myśliwskiego nie ma tu słabych punktów. Opowieść o wojnie jest przejmująca, wątek podróży z Siostrą – niezwykle intrygujący, zwłaszcza że pokazuje partyzantkę z nowej dla mnie perspektywy. Równie ciekawie wypadają powojenne lata, nauka zawodu elektryka i późniejsza praca, a historia nauki gry na saksofonie nie przestaje zaskakiwać. Nawet refleksje o współczesności, o ludziach przyjeżdżających do domków letniskowych, stają się pretekstem do błyskotliwych obserwacji na temat kondycji społeczeństwa.

Traktat o łuskaniu fasoli mógłby łatwo popaść w banał. Tymczasem język Myśliwskiego sprawia, że staje się opowieścią piękną i ponadczasową. O tym, co nieodwracalnie minęło. O spotkaniu dwojga nieznajomych przy prostej, codziennej czynności, która otwiera przestrzeń do opowiedzenia całego życia. Takie chwile powoli odchodzą w niepamięć, ale ta powieść przypomina, że kiedyś były czymś zupełnie naturalnym.




sobota, 26 sierpnia 2023

„Remake. Apokalipsa popkultury” Michał Ochnik – dokąd zmierza współczesna popkultura

Remake. Apokalipsa popkultury
Michał Ochnik

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Fandomy są zdrowym, pozytywnym komponentem kultury popularnej. Budują żywą, zaangażowaną twórczo i organizacyjnie społeczność, która - w dużej mierze bezinteresowanie - dba o popularność franczyzy oraz pomaga jej przetrwać lata chude i skuteczniej kapitalizować lata tłuste. 

Opis wydawcy

Michał Ochnik z Mistycyzmu Popkulturowego z miłością i krytycyzmem prawdziwego fana pochyla się nad historią popkultury i udowadnia, czemu teraz łatwiej obejrzeć kolejną część Gwiezdnych wojen niż oryginalne science fiction.

Moja recenzja

Twórcy kultury od zawsze czerpali inspiracje z dzieł przodków, przez co nowo powstała sztuka często koresponduje z istniejącymi utworami. Natomiast konsumenci kultury uwielbiają wyłapywać wszelkie nawiązania, tzw. „puszczanie oka” w stronę odbiorcy. Wystarczy spojrzeć na sukces filmów Marvela i ilość artykułów o ester eggach w kolejnych odsłonach przygód superbohaterów. Podobnej metody używa Sanderson w swoim uniwersum cosmere, gdzie poszczególne serie korespondują z poprzednimi. Pytanie brzmi, jak daleko można się posunąć w tym cytowaniu, żeby nie zapomnieć o jakości dzieła kultury jako odrębnego, działającego samodzielnie produktu. Tego typu rozważania znajdziemy w książce Remake. Apokalipsa popkultury.

Michał Ochnik w przystępny sposób rozkłada współczesne trendy na części pierwsze. Przedstawia fenomen filmów o superbohaterach, poczynając od komiksów, rozwijając temat praw autorskich, trademarków i udziału dużych studiów filmowych. We wstępie napisał o dwóch funkcjach sztuki. Z jednej strony służy ona do wzbudzania emocji, pobudzania rozmów wśród konsumentów poprzez przedstawianie przez autora jakiegoś problemu czy doświadczenia. To część funkcji artystycznej. Z drugiej strony, sztuka ma zarabiać. Biznesmeni bardzo szybko znaleźli gałęzie popkultury, na której najłatwiej jest się wzbogacić. Z powodzeniem to robią i wszystko wskazuje, że będą to robić nadal.

zdjęcie wygenerowane przez AI, źródło

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, w których autor skupia się na tematach związanych z popkulturą. Część poświęcona jest zjawisku fandomu i tego, jaki wpływ fani mieli na wygląd danej produkcji. Ochnik przedstawia nieznane mi wcześniej fakty. Niektórzy znawcy danego uniwersum mieli bezpośredni wpływ na tworzony serial, jak w przypadku Star Treka. Fani mogli wysyłać pomysły na scenariusz kolejnych przygód bohaterów. Intrygujący jest również temat odmładzania aktorów czy nawet przywracania ich do życia. To zjawisko, którego byliśmy świadkami w najnowszej trylogii Gwiezdnych Wojen, kiedy nieżyjący już aktor pojawił się na ekranie wygenerowany przy pomocy najnowszej technologii. Pojawia się zatem pytanie o moralność takiego przedsięwzięcia  aktor nie mógł odmówić wystąpienia w tej scenie, jego wizerunek stał się narzędziem w rękach twórców. Jest to również ciekawe w kontekście przyszłości aktorskiej profesji. 

Bardzo podobał mi się sposób, w jaki książka została zakończona. Na finał autor zostawił temat dotyczący sztucznej inteligencji przejmującej pracę artystów. Było tam kilka kwestii, o których w kontekście AI nie myślałam. Przykładowo fakt, że sieci neuronowe uczą się na podstawie istniejących dzieł artystów, żeby później wygenerować dzieło w stylu danego malarza. Co w takim przypadku z prawami autorskimi? Z jednej strony, nie jest to praca danej osoby, ale z drugiej, to jednak jej twórczość została podana sztucznej inteligencji jako pożywka. 

Autor wykonał dobrą robotę, przygotowując materiał. Wszystkie źródła są wypisane i odpowiednio oznaczone, a na końcu książki znajdziemy również krótki słowniczek pojęć. Sprawia to, że Remake. Apokalipsa popkultury dostarcza sporo ciekawych faktów, a zarazem zadaje pytania o stan współczesnej popkultury i kierunek, w którym zmierza. W oczach autora jest to dość mroczna wizja, w której ogromne firmy zarabiają na powszechnie uwielbianych postaciach i światach. Co najgorsze – często bez zastanowienia się nad artystyczną funkcją sztuki.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Horyzont.

piątek, 14 kwietnia 2023

„Panie przodem” Wojciech Harpula i Maria Mazurek – rozmowy o roli płci we współczesnym świecie

Panie przodem
Wojciech Harpula i Maria Mazurek

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Znak Literanova

Bo choć chcemy egalitarnej rodziny i równości, na której skorzystają obie płcie, choć na poziomach logicznym, konceptualnym, ideologicznym tworzymy fajne konstrukty i potrafimy sprawnie je argumentować  to na poziomie podświadomym mamy wbite do głów różne patriarchalne przekonania i przekazy transgeneracyjne. W psychologii Gestalt mówimy na nie: introjekty. My ich w ogóle świadomie nie postrzegamy, one są „na blaszkę” wbite w nasz mózg: faceci nie płaczą, rudy to fałszywy i tak dalej.
 

Opis wydawcy

Autorzy prowadzą nieoczywiste i prowokujące rozmowy, w których pytają o podział obowiązków, przemoc, miłość, pieniądze i władzę. Odpowiadają m.in. Bogdan de Barbaro, Andrzej Depko, Zuzanna Radzik i Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Moja recenzja

Wojciech Harpula i Maria Mazurek w swojej książce poruszają tematy związane z rolami kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie, walką o równe prawa i zmianami, których jesteśmy świadkami. Autorzy wybrali formę wywiadów. Psychoterapeuci, językoznawcy i seksuolodzy odpowiadając na pytania, odmalowują obraz współczesnego społeczeństwa i wysnuwają wnioski w którą stronę powinniśmy zmierzać.

Jeżeli kiedykolwiek brakowało Wam argumentów w dyskusji na temat różnicy w prawach, wynikających z płci to książka Panie przodem może być dla Was odpowiednim źródłem informacji. Odpowie na wątpliwości w różnych kwestiach: skąd biorą się różnice w ścieżkach kariery, jak różni się sposób werbalizacji swoich oczekiwań w relacji, dlaczego ludzie odwołują się do użycia przemocy w związku. Uważam, że wybór formy wywiadu sprawdził się bardzo dobrze. Przede wszystkim, rozmówcy prezentują różne punkty widzenia, dzięki czemu można rozszerzyć swój światopogląd. Cieszy fakt, że autorzy nie poszli po linii najmniejszego oporu, wybierając do dyskusji osoby, promujące ten sam sposób myślenia.

Kolejność wywiadów sprawia, że książkę czyta się z niegasnącym zainteresowaniem. Zaczyna się od rozmowy z aktywistką, Anną Kowalczyk o tym, że patriarchat ma się dobrze. Ciekawie w rozmowie wypada kwestia podziału obowiązków domowych, wypychania kobiet z rynku pracy. Zwrócona zostaje uwaga na nierówności, o których na co dzień nie myślimy (wypunktowany tutaj temat damskich toalet i pomysł jak problemowi zaradzić). Przechodząc do kolejnego rozdziału, myślałam, że jestem w stanie przewidzieć, czego się po treści spodziewać. Okazało się, że czeka mnie niespodzianka, bo mimo wspólnej myśli przewodniej, ta rozmowa o feminatywach zawierała ciekawe spostrzeżenia. Podane zostają konkretne przykłady, jak to, że narzekamy na trudność wymowy „chirurżki”, ale słowo „zmarszczka” jakoś nie sprawia nam problemu, bo jesteśmy do niego przyzwyczajeni. Zwracana zostaje uwaga na podział na „pannę” i „panią”, kiedy w przypadku mężczyzn używamy po prostu „pan”, bez względu na jego status małżeński. W każdej z tych rozmów znalazło się coś, co może otworzyć nam oczy na pewne zjawiska. Wypunktowany zostaje fakt, że podświadomie często używamy stwierdzeń, które są krzywdzące dla danej płci, nawet jeżeli nie mamy złych intencji. Kiedy widzimy słabego kierowcę, utarło się używać stereotypowego zdania, że kieruje zapewne kobieta. Wydaje mi się, że ważne, żebyśmy byli świadomi, ile takich myśli pojawia się zupełnie naturalnie, bo tak się mówiło w naszym otoczeniu od zawsze.

Dla wielu z Was ta książka może nie być odkrywcza, często porusza tematy, które były wałkowane już wielokrotnie. Ale jestem przekonana, że poza moją „bańką” jest spore grono osób, które zyskałyby na przeczytaniu tych wywiadów. Dobrze jest sobie uświadomić ile zmian zostało wprowadzonych, jak daleko zaszliśmy w dążeniu do równości, ale zarazem ile jest jeszcze przestrzeni do kolejnych ulepszeń. 


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

poniedziałek, 6 lutego 2023

„W snach to ja trzymam nóż” Ashley Winstead – morderca poszukiwany wśród (nie)przyjaciół

W snach to ja trzymam nóż
Ashley Winstead

Gatunek: kryminał
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Znak Crime

Spójrz na siebie ich oczami. Tego właśnie zawsze pragnęłam. Zobaczyć, kim jestem w oczach innych. Jessica ofiara. Jessica bohaterka. Wyjątkowa Jessica. Jednak wszyscy się mylili.
 

Opis wydawcy

Sześcioro przyjaciół. Spotkanie po dziesięciu latach. I jedna brutalna, niewyjaśniona zbrodnia. Wszyscy pragniemy akceptacji, a niektórzy nie cofną się przed niczym w pogoni za perfekcją. 

Spotkanie po latach na uczelni to idealny moment, aby powspominać w gronie dawnych przyjaciół, a przy okazji wskrzesić głęboko pogrzebane sekrety. Jedno z nich zabiło z zimną krwią, a drugie zastawiło pułapkę na mordercę i zrobi wszystko, aby osoba winna śmierci Heather dostała wreszcie to, na co zasłużyła. Tylko kto jest kim? 

Mint, Caro, Frankie, Coop, Heather, Jack i Jessica. Przeżyli razem najlepsze i najgorsze chwile w życiu. Jedno z nich jest potworem skrytym pod piękną maską. A drugie zaplanowało zemstę.   


Moja recenzja

Początek roku okazał się dla mnie dość intensywny, przez co nie miałam ochoty na wymagające książki. Kiedy pojawiła się propozycja przeczytania zachwalanego kryminału od nowej serii wydawnictwa Znak, pomyślałam, że to świetny pomysł. Potrzebowałam czegoś rozrywkowego, co wciągnie mnie w swój świat. Powieść W snach to ja trzymam nóż zdecydowanie należy do takich niewymagających lektur.

Pomysł jest dość sztampowy  poznajemy grupkę przyjaciół ze studiów, którzy spotykają się na zjeździe absolwentów. Wracają do zagadki śmierci ich koleżanki i próbują rozwikłać, które z nich mogło się do niej przyczynić. Szybko wkraczamy w schemat, gdzie pod ostrzałem pytań znajdują się po kolei wszystkie osoby. Broniąc swojej niewinności, dzielą się wstydliwymi tajemnicami z przeszłości. Fabuła kryminału biegnie zatem dwutorowo  jedna część dotyczy teraźniejszości na zjeździe absolwentów. Druga z nich zawiera wspomnienia bohaterów z lat spędzonych na kampusie uniwersytetu Duquette

źródło

Główne skrzypce w W snach to ja trzymam nóż gra Jessica. To postać zrodzona z chorej ambicji, której celem jest zdobyć uznanie, czy to w oczach rodzica, czy rówieśników. Jest zazdrosna w stosunku do bogatych przyjaciół, odpycha potencjalnych sojuszników, wybiera rozwiązania, które mogą przynieść jej najwięcej korzyści. Trudno odczytać jej charakter w pozytywnych barwach, przez co miałam z nią niemały problem. Z jednej strony – lubię kiedy podkreślone zostają wady głównej postaci, dzięki czemu staje się bardziej rzeczywista, wielowymiarowa. Niestety, mam wrażenie, że w tym przypadku za mało było pozytywów. Trudno jest kibicować osobie, która będąc łatwą do przeoczenia szarą myszką, myśli o wszystkich z pogardą. Może przedstawienie wyrywkowo jej przeszłości i trudnej sytuacji rodzinnej miało ją trochę wytłumaczyć, ale moim zdaniem to nie zadziałało. 

Plusem tego pomysłu na zebranie grupki osób i szukanie wśród nich zabójcy była możliwość obstawienia potencjalnego mordercy. Po krótkim przedstawieniu wszystkich bohaterów wybrałam swojego kandydata. Nawet kiedy fabuła zdawała się przeczyć mojemu wyborowi, liczyłam na to, że jeszcze zmieni swoje tory, co wprowadziło dodatkowe podekscytowanie zagadką. Trzeba też przyznać, że styl autorki jest bardzo lekki i książkę czyta się błyskawicznie. Niestety, jest kilka scen wręcz cringe'owych, z czego scena w restauracji wyryła się najmocniej w mojej pamięci. Wiem, że sporo się mówi o tej książce w kontekście nurtu dark akademia, ale dla mnie to bardziej kryminalna wersja Plotkary. Więcej tutaj licealnych dram niż mrocznego klimatu. Jeżeli lubicie takie lektury, to może być powieść dla Was. Ja po tych wszystkich zachwytach spodziewałam się jednak czegoś lepszego.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Crime.

niedziela, 18 września 2022

„Lincoln Highway” Amor Towles – niedokończone porachunki, spłata długów i pytania o moralność

Lincoln Highway
Amor Towles

Gatunek: literatura współczesna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Znak Literanova

Mówią, że Bóg odpowiada na wszystkie modlitwy - po prostu czasem odpowiedź brzmi "nie".
 

Opis wydawcy

Emmett Watson właśnie wyszedł z poprawczaka. Wraca na rodzinną farmę w Nebrasce, gdzie czeka na niego młodszy brat, długi po ojcu i błękitny studebaker – jego jedyny majątek. Emmett ledwo skończył 18 lat, a już może liczyć tylko na siebie. 

Chce zabrać brata do słonecznej Kalifornii, gdzie zaczną wszystko od nowa. Może nawet uda im się odnaleźć matkę, która lata temu bez słowa wyjechała do San Francisco? Ale przewrotny los sprawia, że Emmett i Billy muszą wyruszyć w przeciwnym kierunku. Do Nowego Jorku – miasta, gdzie początek bierze legendarna autostrada Lincolna, pierwsza droga łącząca ze sobą dwa krańce Ameryki.


Moja recenzja

Amor Towles to autor, który nie przestaje mnie zadziwiać. Po udanym debiutanckim Dobrym wychowaniu [moje wrażenia] i genialnym Dżentelmenie w Moskwie [moje wrażenia] w swojej najnowszej powieści stawia na zupełnie inną historię. W jego poprzednich książkach w centrum wydarzeń były osoby ze śmietanki towarzyskiej, otoczeni postaciami z wyższych sfer, mieszkającymi w rezydencjach Nowego Jorku lat 30. czy w szykownym hotelu Metropol. Natomiast w Lincoln Highway głównymi bohaterami są ubodzy bracia z małej farmy w Nebrasce.

Autor proponuje nam dobrze znany trop w literaturze, czyli powieść drogi. Główny bohater, Emmett, zostaje zwolniony przedwcześnie z zakładu poprawczego, ze względu na śmierć swojego ojca. Postanawia sprzedać farmę i wraz z bratem przenieść się do Kalifornii. Autor od pierwszych rozdziałów kieruje czytelnika na to, czego może się po lekturze spodziewać, jednak nic w tej podróży nie będzie takie, jakie się wydaje. Komplikacje zaczynają się już na starcie, kiedy Emmett spotyka swoich dwóch przyjaciół, Duchessa i Woolly'ego, którzy zdołali uciec z poprawczaka, ukrywając się w bagażniku. 

Towles zwodzi czytelnika, zapowiada pewne wydarzenia, żeby chwilę później popchnąć fabułę w zupełnie innym kierunku. Oczekiwanie na powrót na początkową ścieżkę przypomina czekanie na powrót Odysa do domu  już kiedy wydaje się, że kurs został ponownie ustawiony coś staje na przeszkodzie dalszej podróży. Tytułowa autostrada zaczyna się jawić jako nieosiągalny cel, a nie źródło tej wycieczki. Bo finalnie, nie o fizyczną drogę będzie chodzić, a raczej o wewnętrzne przeżycia bohaterów.

Autostrada Lincolna, źródło


Powieść Lincoln Highway podzielona jest na dziesięć części, z czego każda odpowiada kolejnemu dniu podróży. Narrator jest wieloosobowy, a w momencie, kiedy stwierdzamy, że wszystkich narratorów już poznaliśmy, pojawia się ktoś nowy. Towles nie boi się także powtarzać opisu tych samych wydarzeń, używając innej perspektywy. Dzięki temu możemy obserwować nie jedną podróż, ale kilka, bo każdy bohater poprowadzi nas swoją ścieżką. Ich motywacje są różne, ale wszyscy podejmują akcje, żeby zbliżyć się do swoich celów. Emmett rusza w drogę, żeby zostawić bolesną przeszłość za sobą i zbudować przyszłość ze swoim bratem, Duchess poszukuje wyrównania rachunków (nie tylko zbiera długi, ale też oddaje te zaciągnięte przez siebie), Sally pragnie wyrwać się z dotychczasowego życia, które poświęca innym i skupić się na swoich potrzebach. Każdy z bohaterów jest barwny, a ich interakcje napędzają akcję. Kiedy zaczynają zbaczać z obranego kursu, reagują na to w różny sposób, w zależności od tego, co jest ich kołem napędowym. Dla Emmetta, napędzanego amerykańskim snem i planem dorobienia się majątku, każda stracona chwila jest na wagę złota. Dla Woolly'ego, wrażliwego dzieciaka pochodzącego z bogatej rodziny, najważniejsze są momenty spędzone w gronie przyjaciół.

Dawno nie czytałam o tak sympatycznej postaci, jaką jest brat Emmetta, ośmioletni Billy. To fan literatury, a szczególnie jednej książki, w której opisane zostały przygody znanych bohaterów od Achillesa po Zorro. Billy pragnie odnaleźć matkę, ale jednocześnie ma nadzieję przeżyć przygodę swojego życia. To świetny obserwator, a równocześnie naiwny chłopak, patrzący na wszystkich wokół z ufnością i sporą dozą sympatii. Dzięki jego wątkowi nawiązania do literatury są jeszcze milej widziane – wspomnieć wystarczy o chłopcach jako muszkieterach lub wspaniałym połączeniu historii Ulissesa z opowieścią o słynnym herosie.

Tematem przewodnim w powieści są rozważania o moralności popełnionych czynów. Jeżeli nie mamy złych intencji, ale nasze akcje przynoszą czyjąś tragedię, to czy zasługujemy na karę? Jeżeli tak, to jak wysoka powinna być? Postaci prezentują różne kodeksy honorowe, na czele z Duchessem i jego podejściem „oko za oko, ząb za ząb”. Po lekturze wciąż zostajemy z pytaniami bez odpowiedzi. W głowie nadal krąży myśl czy nieświadomość wyrządzonej krzywdy bądź nieumyślna akcja, mająca tragiczne konsekwencje usprawiedliwia nasze czyny.

Lincoln Highway jest lekturą pełną energii, przygody bohaterów są angażujące, a akcja nie chce się znudzić, nawet jeżeli jest powtarzana oczami innej postaci. Dzięki wielości narratorów możemy bliżej poznać ich motywacje, przez co trudno jednoznacznie potępiać któregokolwiek zachowanie. Powieść drogi Towlesa ponownie przynosi przyjemność z czytania, a postać Billy'ego to idealny przykład sympatycznego bohatera w literaturze. Niesamowite jest to, że Towles za każdym razem spełnia oczekiwania czytelnika, mimo że poprzeczka wciąż rośnie. Ten człowiek jest po prostu urodzonym gawędziarzem. Szkoda tylko, że na kolejną powieść znowu będziemy musieli poczekać.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Krótko o książkach – „Weź z nią zatańcz”, „Wierzyliśmy jak nikt”, „Dywan z wkładką” i „Efekt pandy”


Weź z nią zatańcz
Filip Zawada

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 288
Wydawnictwo: Znak

Słuchała mnie tylko wtedy, kiedy coś mówiła. Czuła, że jej słowa są moimi, bo przecież mnie urodziła. Nikt nie potrafi zrozumieć syna lepiej niż matka. Martwiła się o mnie, żeby móc się niepokoić o siebie.


Opis wydawcy

Ojciec zmarł nagle, bez zapowiedzi. Zostawił po sobie duszne mieszkanie, dziwną książkę pełną indiańskich mądrości i nieoswojonego psa gryzącego do krwi. Stanisław niewiele z tego rozumie. Życie w wygodnej symbiozie z mamcią, której miłość szczelnie wypełniała każdy brak, nie wymagało aktów odwagi. Temu wszystkiemu musi jednak stawić czoła w pojedynkę. Bierze więc żarłocznego Rambo za przewodnika i meandrując między wieczną nieobecnością ojca i nadobecnością mamci, próbuje odkryć prawdę o mężczyźnie, który sprowadził go na ten świat, a przede wszystkim – o sobie samym.


Moja recenzja

Nazwisko Filipa Zawady jest na mojej liście osób, których twórczość warto śledzić, od czasów przeczytania Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek. To było jedno z literackich zaskoczeń 2019 roku i rozkochałam się wówczas w stylu autora (więcej -> tutaj). Najnowszą książką, Weź z nią zatańcz, Zawada utwierdził mnie w przekonaniu, że jest jednym z najciekawszych polskich współczesnych pisarzy.

Bohater powieści, ponad czterdziestoletni Stanisław, dowiaduje się, że jego ojciec, który porzucił rodzinę lata temu, umarł. Po jego śmierci Stanisław odziedzicza mieszkanie i to od wizyty w nim rozpoczyna się historia. Bohater zatapia się w świecie zmarłego rodzica – wyprowadza jego psa, poznaje znajomego sąsiada, czyta książki, które znalazł w mieszkaniu. Stara się poznać ojca po śmierci, skoro nie dane mu było zrobić tego za życia. Z drugiej strony, poznajemy jego więź z mamcią, którą zna wręcz za dobrze. Relacja z nią jest toksyczna, wypełnia całe życie Stanisława, który nie może się z niej wyrwać, nie może uciec. W tym uwięzieniu jest człowiekiem samotnym i zagubionym. Jednocześnie, nie chce się oddalić od mamci, jest mu wygodnie żyć w takim układzie. Stanisław to postać, która posiada sporo wad, jego zachowanie często odstręcza czytelnika i trudno z nim sympatyzować. Autorowi udało się zarysować jego historię precyzyjnie, w większości przypadków winimy otoczenie, w którym dorastał i wzorce, które miał wokół siebie. Jak widać, miłość rodziny może budować, ale może też więzić i niszczyć.

Nowa książka Zawady to literatura, którą warto znać, obserwacje autora są wnikliwe i oryginalne, a kolejne przygody Stanisława czyta się jednym tchem. Jednocześnie ostrzegam, ze to bardzo gorzka historia, pełna smutku, melancholii, tęsknoty za czymś na zawsze utraconym. Dużo w niej rozważań o śmierci, jak również o życiu w obliczu otaczającej nas beznadziei.


Wierzyliśmy jak nikt
Rebecca Makkai

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 624
Wydawnictwo: Poznańskie

Zaczynasz się czegoś bać i już po chwili boisz się wszystkiego.


Opis wydawcy

W 1985 roku młody Yale Tishman, dyrektor rozwoju chicagowskiej galerii sztuki, zamierza namieszać w środowisku amerykańskiej bohemy, wprowadzając na wystawę zbiór nadzwyczaj udanych obrazów z lat 20. Jego kariera zdaje się kwitnąć, ale wokół AIDS zbiera okrutne żniwo – przyjaciele Yale’a jeden po drugim umierają i wkrótce zostaje on niemal zupełnie sam.


Moja recenzja

O tej książce słyszałam naprawdę sporo dobrego, wielu czytelników jest po prostu zachwyconych jej lekturą. Fabuła podzielona jest na dwa przeplatające się wątki, jeden toczy się w 1989 podczas epidemii AIDS, a drugi w 2015 roku. Oba łączy postać Fiony, która w latach osiemdziesiątych przeżyła śmierć swojego brata, a w drugiej części historii przyjeżdża do Paryża w poszukiwaniu zaginionej córki.

Przez długi czas trudno było mi się wciągnąć w lekturę tej powieści. Główne wątki wydawały mi się materiałem na dwie rozłączne książki. Pomimo że wątek Fiony jest ewidentnym spoiwem, to uczucie towarzyszące obu historiom zupełnie się u mnie różniło. W historii z '89 wybijały się tematy potrzeby korzystania z życia, poczucia uciekających okazji, trwania pod ciągłą oceną społeczeństwa. Druga część trochę przypominała historię kryminalną, w której Fiona wynajmuje prywatnego detektywa, żeby pomógł odnaleźć jej córkę. Więcej było w niej tajemnicy, rozwiązywania zagadki. 

Z czasem przyzwyczaiłam się do bohaterów, po bliższym poznaniu udało się do nich przywiązać. Każda kolejna strata młodego chłopaka na rzecz okrutnej choroby bolała mocniej. Yale, który jest główną postacią z części '89 roku, zyskiwał w moich oczach z każdym kolejnym rozdziałem. Najbardziej podobał mi się jednak sposób poprowadzenia historii Fiony. To, jak po spotkaniu w 2015 roku z Richardem, którego znała jako młodego chłopaka, czuje się przytłoczona powrotem przeszłości, chociaż tak naprawdę ta mroczna historia nigdy jej nie opuściła. 

Pod koniec powieści zobaczyłam, że te dwa wątki mają wspólny mianownik, oba traktują o stracie i tęsknocie za ukochanymi osobami. Dzięki części z przeszłości łatwiej było zrozumieć postać Fiony i finalnie była to bohaterka, którą poznajemy najbliżej. Historia kobiety porusza czytelników ze względu na to, co przeżyła, kogo straciła i z jakimi wspomnieniami musiała sobie poradzić. Może Wierzyliśmy jak nikt nie okazała się dla mnie tak wspaniała, jak dla wielu czytelników, ale warto było ją przeczytać.





Dywan z wkładką & Efekt pandy
Marta Kisiel

Gatunek: kryminał
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 331 & 352
Wydawnictwo: WAB

Rany boskie, co ja z tobą mam... – jęknęła.          – Dwoje dzieci – dobiegło spod kołdry, zdumiewająco przytomnie. – I kredyt.



Opis wydawcy

Dywan z wkładką to zwariowana komedia kryminalna. A miało być tak pięknie. I było, dopóki pewnego dnia z lodówki Trawnych nie zaczęły wydobywać się odgłosy miłosnych uciech od sąsiadki z naprzeciwka. Mąż Tereski, zamiast remontować rzeczoną kuchnię, zdecydował się kupić prawie dom na wsi. Skuszona wizjami kawy na tarasie z widokami na nieskażoną ręką człowieka przyrodę Tereska na przeprowadzkę ochoczo przystała. Sielsko było jednak tylko do momentu znalezienia w lesie dywanu – z wkładką w postaci trupa.


Moja recenzja

Proza Marty Kisiel niezmiennie potrafi wprowadzić mnie w dobry humor. Nie jest to może tego typu komedia, przy której śmiejemy się w głos, ale lektura wyzwala przyjemne emocje. Nie wiem czy czytałam wcześniej jakąś komedię kryminalną, przynajmniej żadnego tytułu nie potrafię sobie teraz przypomnieć. Za to gatunek ten lubię dzięki filmom, na czele z genialnym Na noże

U Kisiel jest znowu ciekawie w warstwie stylistycznej, wykreowane przez nią postaci są barwne, a zderzenie różnych charakterów przynosi okazje do wielu zabawnych dialogów. I te okazje autorka niejednokrotnie wykorzystuje. W Dywanie z wkładką poznajemy rodzinę Tereski Trawnej, która wraz z mężem i dwójką dzieci przeprowadza się na wieś. Familia zabiera ze sobą psiaka, po chwili pojawia się też teściowa. Do pełni szczęścia brakuje tylko zagadki tytułowego dywanu z wkładką. Z tego kociołka Kisiel tworzy szaloną przygodę miastowej rodzinki. To jest taka leciuchna lektura, w której fabuła jest raczej sprawą drugorzędną, a bohaterowie czasami zachowują się dość dziwacznie, ale jakoś ubarwienie tego niecodziennym stylem pisania autorki działa cuda. Przyznaję, że sama intryga w obu częściach słabo mnie zaciekawiła, wydarzenia raczej nie są zaskakujące, jak moglibyśmy się spodziewać po gatunku kryminału. Za to i Dywan z wkładką i Efekt pandy to takie idealne przykłady lekkiej, wakacyjnej lektury. Sama słuchałam w audiobooku, w drodze do pracy i spędziłam z Trawnymi wiele miłych poranków.

sobota, 9 lipca 2022

„Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu” Jakub Wojtaszczyk – wolność ekspresji

Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu
Jakub Wojtaszczyk

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 496
Wydawnictwo: Znak

Drag nie jest tyko dla osoby, która go robi i spełnia swoje fantazje. Drag jest włączony w działania aktywistyczne.
 

Opis wydawcy

Cudowne przegięcie to wnikliwy reportaż o współczesnej scenie dragowej, jej czołowych performerach i performerkach, ich dziełach oraz działaniach. To także wyjątkowa opowieść o akceptacji i pasji, ale przede wszystkim – o wolności.


Moja recenzja

Moje zainteresowanie dragiem narodziło się kilka lat temu za sprawą programu RuPaul's Drag Race, którego kilkanaście sezonów można obejrzeć na platformie Netflix. To reality show, w którym uczestnicy walczą o tytuł najlepszej drag queen Ameryki. Program przynosi całe mnóstwo dobrej zabawy, a jednocześnie uświadamia widzów w wielu kwestiach dotyczących queerowej społeczności. Mnie sporo nauczył. Podążając za tym zainteresowaniem, udało mi się w niewielkim stopniu poznać również świat polskiego dragu. Zaczęło się od zeszłorocznego spektaklu, wystawianego w konkursie OFF na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, o tytule Najczęściej zadawane pytania. Rewia Drag Queen. Później były też quizy o programie RuPaul's Drag Race, które prowadziła Twoja Stara w jednym z wrocławskich pubów. To właśnie Twoja Stara znalazła się na okładce Cudownego przegięcia i kiedy tylko zobaczyłam to zdjęcie, wiedziałam, że muszę ten reportaż przeczytać.

Jakub Wojtaszczyk, autor książki, przeprowadził serię wywiadów z wieloma osobami, po czym odmalował nam obraz współczesnego świata polskiego dragu, który jest bardzo różnorodny i odbiega od znanego z programu RuPaula. Nic tu nie jest na sztywno zdefiniowane, coraz to nowe osoby eksplorują temat i wciąż dokładają elementy do tego świata. Dla osoby pobieżnie zorientowanej w temacie książka jest bogatym źrodłem informacji. Dowiedziałam się przykładowo, że sporo polskich wykonawców zaczynało bądź specjalizuje się w sztuce wcielania się w słynne osoby, a bycie sobowtórem Dody czy Adele pozwala na łatwiejsze zdobycie pracy. Autor umieścił w reportażu dużo cytatów z różnych źródeł, przez co w książce znajdziemy mocno rozbudowany dział przypisów. Moim zdaniem, lekko przeszkadzały w rozkoszowaniu się lekturą  jeżeli zaczynają zajmować ponad pół strony, to wolałabym, żeby były umieszczone na końcu książki. 

źródło

W Cudownym przegięciu wielokrotnie pojawi się wzmianka, że drag to nie tylko przebieranie się w kobiece ubrania, ale też aktywizm i walka o prawa. Niektóre z drag queen znane są przede wszystkim jako aktywistki, jak siostra Mary Read, a inne przemycają działania na rzecz społeczności w swoich występach. Jeszcze dla innych ważny jest proces twórczy, chęć podzielenia się swoją historią, swoją wrażliwością. Nie możemy jednak zapominać, że to również czysta forma zabawy, dostarczanie widzom rozrywki. Wystarczy przejść się na show Twojej Starej, żeby zobaczyć, że drag jest formą, do której warto podejść z dystansem i otwartą głową.

Było również kilka smutnych wniosków, które nasunęły mi się podczas czytania Cudownego przegięcia. Najbardziej uderzyła mnie wzmianka o przypadkach braku wsparcia dla drag queen od części społeczności LGBT+. Niektórzy uważają, że królowe ściągają na siebie zbyt wiele uwagi, przez co ludzie oceniają queerowe osoby w negatywny sposób. Jeżeli nawet w swojej społeczności spotyka się z dyskryminacją to musi być to szczególnie trudne do uniesienia. Liczę na to, że dzięki takim książkom jak Cudowne przegięcie, ten temat zostanie oswojony i więcej osób zrozumie kto kryje się pod tym kolorowym makijażem, perukami i cekinowymi sukienkami. 

W reportażu Wojtaszczyka najważniejsze jest jednak poznanie ludzkich historii i zagłębienie się w świat ich emocji. Czytelnik może przeczytać o tym z jakimi trudnościami borykali się w życiu, co musieli poświęcić, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Ich determinacja i odwaga robią wrażenie, dają nadzieję na przyszłość. Budzą chęć wspierania i kibicowania w drodze do spełniania marzeń. I nie jest tutaj ważne jaką formę dragu wybierają, jaka jest ich płeć czy orientacja  najważniejsza jest wolność ekspresji. I o tę warto walczyć.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 18 stycznia 2022

„Papuga Flauberta” Julian Barnes & „Nie w humorze” Fran Lebowitz – nietypowa biografia i felietony legendy Nowego Jorku

Papuga Flauberta
Julian Barnes

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1984
Liczba stron: 270
Wydawnictwo: Świat książki

Książki to miejsce, gdzie wyjaśnia się różne rzeczy; w życiu tak nie jest. Nie dziwię się, że niektórzy wolą książki. Książki nadają sens życiu. Jedyny kłopot polega na tym, że nadają sens życiu innych ludzi, nigdy zaś twojemu.
 

Opis wydawcy

Przewrotna powieść, esej i przewodnik po meandrach ludzkiej, niedostępnej innym, duszy. Słynna biografia słynnego autora. Narratorem tej oryginalnej książki jest fikcyjny biograf Flauberta, Geoffrey Braithwaite, z zawodu lekarz. Próbuje poznać swego idola przez pryzmat jego stosunku do ludzi, zwierząt, czasów, w których żył. 


Moja recenzja

W urodzinowym prezencie od siostry otrzymałam książkę Papuga Flauberta i było to dla mnie zupełne zaskoczenie. Nic o tej powieści wcześniej nie słyszałam. Ba! Nie słyszałam nawet o samym autorze. Jedyne co wskazywało jakąś drogę w ciemności to nazwisko Flauberta w tytule. Ale dlaczego siostra pomyślała, że zainteresuje mnie biografia o powieściopisarzu, którego twórczości niemal w ogóle nie znam? Przecież czytałam tylko, i to dość niedawno, Panią Bovary. Okazuje się jednak, że wcale nie trzeba znać książek autora, bo w Papudze Flauberta chodzi o coś więcej niż poznanie szczegółów z życia tytułowej postaci.

Przyznaję się, że do książki miałam dwa podejścia. Najpierw czytałam wyrywkami, po kilka stron i tak doszłam gdzieś do połowy, po czym odłożyłam ją na jakiś czas. Doceniałam kilka pomysłów, ale wtedy lektura mnie nie porwała. Kiedy postanowiłam wrócić stwierdziłam, że muszę zacząć od początku. I to była świetna decyzja, bo czytelnik wypoczęty znajdzie w powieści magię, jaka towarzyszy dobrej literaturze.

Niech nie zwiedzie nikogo tytuł i opis, Papudze Flauberta bardzo daleko do typowej biografii. To zupełnie nowatorski sposób pisania o twórczości znanej postaci. Barnes wykorzystuje nietuzinkowe pomysły – czasami skupia się na szczególe z życia Flauberta, czasami odpływa w dalekie rejony, wciąż dzieląc się z czytelnikiem przemyśleniami na tematy związane z literaturą, czasami wymyśla też ciekawe formy rozdziałów. Przede wszystkim umiejętnie miesza fikcję literacką z elementami biografii, tworząc jakiś nowy, hybrydowy gatunek. Narratorem całości jest fikcyjna postać, która szuka informacji potrzebnych do napisania książki o Flaubercie i możemy przyjąć, że to takie alter-ego Barnesa. Niektóre rozdziały opisują zmagania towarzyszące próbie znalezienia materiałów do biografii, co prowadzi do intrygujących zagadnień. Nasuwa mi się przykład, który został ze mną na dłużej, czyli taki dylemat moralny narratora dotyczący prawa do buszowania w prywatnej korespondencji zmarłego autora, w przypadku kiedy on nie wyraził na to zgody.

W kwestii formy jest tutaj bardzo różnorodnie. Oprócz takiego kręgosłupa historii, którym jest wątek autora biografii, mamy na przykład rozdział napisany z perspektywy miłości Flauberta, stworzony na podstawie ich korespondencji, będący pysznym kawałkiem literatury. Mamy też rozdział, w którym wypisane są kolejno wydarzenia z przeszłości francuskiego powieściopisarza, każde oznaczone datą i krótką notką – taki przykład biogramu. Jest on dość nietypowy, ponieważ przez epizody z życia autora przejdziemy trzykrotnie i zobaczymy jak różnie można o tych samych okresach mówić, w zależności od przyjętego nastawienia. Znajdziemy w książce też ciekawe spostrzeżenia na temat krytyków, którzy wyłapali niekonsekwencję w prozie Flauberta w sprawie oczu Emmy Bovary, których kolor zmienia się w powieści kilkukrotnie. Świetnie o tym Barnes pisze, rozkłada na wiele czynników, wspomina chociażby ile implikacji niesie za sobą, wydawałoby się, że nieskomplikowany, wybór koloru oczu głównej bohaterki książki.

Papuga Flauberta to wspaniała literatura i jestem szczęśliwa, że udało mi się z nią zapoznać. Mało się o niej mówi, a warto po nią sięgnąć. Dodatkowo, przygoda z tą lekturą udowodniła mi, że moment w jakim czytamy daną książkę ma znaczenie. (9/10)

Nie w humorze
Fran Lebowitz

Gatunek: zbiór felietonów
Rok pierwszego wydania: 1994
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Znak

Pomyśl, zanim coś powiesz. Poczytaj, zanim coś pomyślisz.
 

Opis wydawcy

Lebowitz bierze na celownik swojego ciętego humoru wszystko – od dzieci ("rzadko dysponują sensowną gotówką, którą można by od nich pożyczyć") przez rozmowy o seksie („gdyby twoje fantazje erotyczne kogoś interesowały, już dawno nie byłyby fantazjami") po nowojorskich kamieniczników ("świętym obowiązkiem każdego kamienicznika jest utrzymywanie w budynku odpowiedniej liczby karaluchów").


Moja recenzja

Postać Fran Lebowitz poznałam dzięki serialowi Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto, o którym z pełnym uwielbieniem pisałam tutaj. Wtedy jej postać zrobiła na mnie ogromne wrażenie, charyzmatyczna, z ciętym językiem i wieloma błyskotliwymi przemyśleniami. Przede wszystkim podziwiam jej umiejętność operowania słowem i odwagę w wypowiadaniu się na temat otaczających nas zjawisk, czasami w dość kontrowersyjny sposób.

Książka Nie w humorze to zbiór felietonów, w których Fran Lebowitz robi to, co potrafi najlepiej – opisuje otaczającą ją rzeczywistość w satyryczny sposób. I trzeba przyznać, że Lebowitz potrafi wyciągnąć ciekawe wnioski i zapisywać swoje myśli w humorystyczny sposób, który zmusza czytelnika do docenienia jej pisarskich umiejętności. Jednak, jeżeli porównać autorkę książki do bohaterki serialu w reżyserii Scorsese to o wiele ciekawiej spędzało się czas z tą ekranową wersją.

Wydaje mi się, że może to być problem z tłumaczeniem, które musiało być w tym przypadku ciężką harówką. U Fran Lebowitz wszystko krąży wokół Nowego Jorku, obyczajów tam panujących i wiele z żartów mogłoby być niezrozumiałych dla polskiego czytelnika. Tłumacz w notce z książki wyjaśnia, że sporo elementów musiał zupełnie zmienić, żeby zatrzymać sens i sprawić, że będziemy w stanie wyłapać żart. Wydaje mi się, że tu mógł tkwić problem, bo w końcu żarty mają to do siebie, że użyte słowa bądź konkretne porównania mają kluczowe znaczenie. Dlatego właśnie, Nie w humorze wypada w moim odczuciu o wiele słabiej niż Udawaj, że to miasto. Kilka felietonów jest świetnych, docenić można obserwacje i żart Lebowitz, ale równocześnie wiele tekstów czyta się po prostu bez emocji. Dlatego, jeżeli macie chwilę i chcecie poznać tę charyzmatyczną kobietę oraz jej światopogląd to polecam zacząć od serialu. (6/10)

niedziela, 19 grudnia 2021

„Dobre wychowanie” Amor Towles – o tym, że czasami warto wyjść ze strefy komfortu

Dobre wychowanie
Amor Towles

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2011
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Znak

Większość ludzi ma więcej potrzeb niż pragnień. To dlatego wiodą takie życie, jakie wiodą. Ale światem rządzą ci, u których pragnienia górują nad potrzebami. 
 

Opis wydawcy

Nowy Jork, ostatnia noc 1937 roku. W drugorzędnym klubie jazzowym Katey Kontent przypadkowo poznaje młodego bankiera, Tinkera Greya. Ich światy dzieli wszystko. A jednak to spotkanie i jego zaskakujące konsekwencje sprawią, że tej nocy dziewczyna wyruszy w mającą trwać rok podróż w nieznane. Wśród najbogatszych i najbardziej wpływowych, w świecie wielkich nadziei i pragnień będzie musiała zaufać wyłącznie swojej inteligencji i być wierna swoim zasadom…


Moja recenzja

Amor Towles to autor, który zachwycił mnie i wielu innych czytelników w Polsce powieścią Dżentelmen w Moskwie. Wydawnictwo Znak zdecydowało się na wznowienie jego debiutanckiej książki o tytule Dobre wychowanie. Jeżeli lubicie klimat starego kina Hollywood albo powieści takie jak Wielki Gatsby czy Śniadanie u Tifanny'ego, to ta pozycja powinna przypaść Wam do gustu.

Tym razem za miejsce akcji Towles wybrał Nowy Jork pierwszej połowy XX. wieku. Główną bohaterkę poznajemy jednak później, bo w 1966 na wystawie w Museum of Modern Art, gdzie za sprawą zdjęcia wracają do niej wspomnienia z młodości. Zaczyna zatem snuć swoją opowieść o pamiętnym roku 1938, w którym jej życie obrało nowy kierunek. Katey to miła towarzyszka w tej podróży, postać pełna sprytu i charyzmy, która wie jak się odnaleźć w nowym miejscu, nie boi się spróbować wykonania kolejnego kroku. Jej wspinanie się po szczeblach kariery to przykład takiego standardowego „od zera do bohatera”. Jednak najbardziej ciekawy jest właśnie sposób w jaki Katey, osoba, która nie boi się ryzyka i ciągle bywa w towarzystwie, te kolejne awanse zdobywa.

źródło

Towles znowu piękne rysuje tło wydarzeń. Nowy Jork przeszłości pełen jest interesujących miejsc, małych, zadymionych spelunek z jazzmanami umilającymi czas i pełnych przepychu restauracji, gdzie martini leje się litrami, biur, w którym przesiaduje ekipa początkujących, aspirujących sekretarek i wieżowców, w których tworzy się kontent do najgorętszych czasopism. Śledząc historię Katey poznamy wielu bohaterów drugoplanowych z różnych sfer społeczeństwa, przyjrzymy się tym, którzy noszą maskę jako drugą twarz, bezbłędnie odgrywając przybraną rolę w towarzystwie. Magia Manhattanu polegała na tym, że każdy mógł udawać tego, kogo chciał, finalnie okazuje się jednak, że szczęście nie idzie w parze z oszukiwaniem samego siebie. Czasami dopiero skromne i uczciwe życie może przynieść spełnienie.

Autor znowu czaruje słowem, jego styl jest naprawdę magiczny i trudno się od powieści oderwać. Przez historię płynie się z czystą przyjemnością, świetnie budowana jest atmosfera, oddany klimat lat i miasta, dzięki czemu łatwo w tę fabułę wsiąknąć. W Dobrym wychowaniu wybrzmiewa dla mnie przede wszystkim zachęta do próbowania nowych rzeczy, do wchodzenia tam, gdzie niekoniecznie nas oczekują. Czasami poznana przypadkowo osoba może zmienić całe nasze życie. I tak, liczą się też podejmowane przez nas decyzje, ale jeżeli nie zaryzykujemy to nasza szansa może uciec sprzed nosa. 

Jedyne, co mogę dodać na koniec to: panie Towles, proszę pisać więcej!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

poniedziałek, 30 listopada 2020

„Gorzko, gorzko” Joanna Bator — saga rodzinna na cztery głosy

„Gorzko, gorzko”
Joanna Bator

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 650
Wydawnictwo: Znak

[...] w życiu nie ma przedtem ani potem. Nie ma również teraz. Teraz nie ma najbardziej. Jest raczej wszystko naraz, to, co było, co jest i co będzie, splecione jak warkocz, którego nie da się już rozsupłać. A do tego żyje się nie tylko swoje życie, ale też tych, którzy byli przed tobą, i nic na to nie można poradzić.

Krótko o fabule:
„Gorzko, gorzko” to opowieść o pragnieniu miłości i wolności, które dojrzewa w życiu i marzeniach czterech pokoleń kobiet. Dlaczego Berta popełniła zbrodnię? Kiedy Barbara nauczyła się tak dobrze rzucać nożem? Dlaczego Violetta otworzyła wek Pandory i co w nim było? Czy Kalinie uda się poznać prawdę? Historię Berty, Barbary i Violetty opowiada Kalina, która w Wałbrzychu, Unisławiu Śląskim i Sokołowsku odnajduje brakujące fragmenty rodzinnej historii i zszywa je w całość. Mozolnie rekonstruując pamięć swej naznaczonej traumą rodziny, mierzy się zarazem z własną miłosną utratą.
- opis wydawcy 


Moja recenzja

W swojej najnowszej książce Joanna Bator serwuje nam historie czterech połączonych więzami krwi kobiet, która rozgrywa się na przestrzeni prawie stu lat — opowieść rozpoczyna się przed drugą wojną światową, a kończy współcześnie.

Bator dzieli powieść na cztery — przeplatające się ze sobą w kolejnych rozdziałach — głosy. Każda część należy do innej postaci i od jej imienia zostaje nazwana, kolejno Berta, Barbara, Violetta i Kalina. Na początku każdy z fragmentów jest skoncentrowany na historii tytułowej bohaterki danego rozdziału, ale szybko daje o sobie znać wpływ reszty kobiecych postaci. Tworzy się rozbudowana saga rodzinna, którą można traktować jako cztery oddzielne historie, ale która zyskuje swój dodatkowy wydźwięk, kiedy spojrzymy na nią, jako spójny zapis losów jednej rodziny.

Wprawdzie w książce mamy cztery bohaterki, ale wszystkie wydarzenia są przefiltrowane przez postać Kaliny — narratorki, która często stara się chować za postacią wszechwiedzącego narratora, ale momentami wychyla się i mówi do nas w pierwszej osobie. To ona postanawia przeprowadzić dokładne poszukiwania, które naprowadzą ją na ślady przodków, tych z najbliższej, i tych z nieco dalszej przeszłości. To właśnie jej postać stanowi klamrę całej opowieści.

Autorka na miejsce akcji wybiera Unisław Śląski, Sokołowsko, Wałbrzych i Wrocław. Myślę, że to, że mieszkam we Wrocławiu, i odwiedziłam też kiedyś Sokołowsko i Wałbrzych, sprawiło, że łatwiej było mi wczuć się w klimat książki i od razu stała mi się ona bliższa. Pewnie też dzięki temu odkrywanie przeszłości Dolnego Śląska i historii słynnego sanatorium dla chorych na gruźlicę w dawnym Görbersdorf, sprawiło mi sporo satysfakcji.

źródło

Gorzko, gorzko to przede wszystkim opowieść o kobietach mocno doświadczonych przez życie. Traumatyczne wydarzenia nie zniszczyły ich ducha, chociaż naznaczyły ich późniejsze losy. Te trudne przeżycia dały im siłę oraz motywację do podjęcia skrajnych i nieraz bardzo dramatycznych działań. Muszę tu wspomnieć, że zdarzają się w tej książce opisy, które mogą budzić odrazę czy powodować dreszcz obrzydzenia. Niektóre przedstawione w niej historie wywołują bardzo skrajne emocje i trudno pozostać wobec nich obojętnym.

Poza tym rozpoczynając lekturę, miałam wrażenie, że jej początek nieco się dłuży, bo wprowadzenie do historii każdej z postaci odbywa się dość powoli, ale później ich losy bardzo mnie wciągnęły. Podczas czytania dużą przyjemność sprawiło mi również rozkoszowanie się długimi opisami i zgłębianiem życia postaci drugoplanowych, które przewijają się przez całą opowieść, a historie ich życia przeplatają się z losami głównych bohaterek.

Gorzko, gorzko to kolejny przykład dobrej polskiej literatury. Duszny, mroczny klimat w połączeniu z realizmem magicznym czyni cuda. Czasami miałam wrażenie, że słyszę kaszel zmarłego Zbyszka Papugi, któremu marzyło się Kilimandżaro. W swojej najnowszej powieści Bator okazuje się wnikliwą obserwatorką kobiecej psychiki. Kreuje obrazy kobiety kochanki, kobiety wojowniczki, kobiety marzycielki, poszukujących swojego miejsca w świecie. To powieść o straconych marzeniach, palących pragnieniach, codziennych zmaganiach, pokładach siły do walki o przetrwanie, o tym jak przeszłość miesza się z teraźniejszością wpływając na przyszłość, o zawiłych relacjach między kobietami w rodzinie oraz o echach przeszłych wydarzeń, które rzucają cień na losy przyszłych pokoleń. Nie jest to może literatura lekka i przyjemna, ale skłania do przemyśleń.


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka