Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak literanova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak literanova. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 kwietnia 2023

„Panie przodem” Wojciech Harpula i Maria Mazurek – rozmowy o roli płci we współczesnym świecie

Panie przodem
Wojciech Harpula i Maria Mazurek

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Znak Literanova

Bo choć chcemy egalitarnej rodziny i równości, na której skorzystają obie płcie, choć na poziomach logicznym, konceptualnym, ideologicznym tworzymy fajne konstrukty i potrafimy sprawnie je argumentować  to na poziomie podświadomym mamy wbite do głów różne patriarchalne przekonania i przekazy transgeneracyjne. W psychologii Gestalt mówimy na nie: introjekty. My ich w ogóle świadomie nie postrzegamy, one są „na blaszkę” wbite w nasz mózg: faceci nie płaczą, rudy to fałszywy i tak dalej.
 

Opis wydawcy

Autorzy prowadzą nieoczywiste i prowokujące rozmowy, w których pytają o podział obowiązków, przemoc, miłość, pieniądze i władzę. Odpowiadają m.in. Bogdan de Barbaro, Andrzej Depko, Zuzanna Radzik i Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Moja recenzja

Wojciech Harpula i Maria Mazurek w swojej książce poruszają tematy związane z rolami kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie, walką o równe prawa i zmianami, których jesteśmy świadkami. Autorzy wybrali formę wywiadów. Psychoterapeuci, językoznawcy i seksuolodzy odpowiadając na pytania, odmalowują obraz współczesnego społeczeństwa i wysnuwają wnioski w którą stronę powinniśmy zmierzać.

Jeżeli kiedykolwiek brakowało Wam argumentów w dyskusji na temat różnicy w prawach, wynikających z płci to książka Panie przodem może być dla Was odpowiednim źródłem informacji. Odpowie na wątpliwości w różnych kwestiach: skąd biorą się różnice w ścieżkach kariery, jak różni się sposób werbalizacji swoich oczekiwań w relacji, dlaczego ludzie odwołują się do użycia przemocy w związku. Uważam, że wybór formy wywiadu sprawdził się bardzo dobrze. Przede wszystkim, rozmówcy prezentują różne punkty widzenia, dzięki czemu można rozszerzyć swój światopogląd. Cieszy fakt, że autorzy nie poszli po linii najmniejszego oporu, wybierając do dyskusji osoby, promujące ten sam sposób myślenia.

Kolejność wywiadów sprawia, że książkę czyta się z niegasnącym zainteresowaniem. Zaczyna się od rozmowy z aktywistką, Anną Kowalczyk o tym, że patriarchat ma się dobrze. Ciekawie w rozmowie wypada kwestia podziału obowiązków domowych, wypychania kobiet z rynku pracy. Zwrócona zostaje uwaga na nierówności, o których na co dzień nie myślimy (wypunktowany tutaj temat damskich toalet i pomysł jak problemowi zaradzić). Przechodząc do kolejnego rozdziału, myślałam, że jestem w stanie przewidzieć, czego się po treści spodziewać. Okazało się, że czeka mnie niespodzianka, bo mimo wspólnej myśli przewodniej, ta rozmowa o feminatywach zawierała ciekawe spostrzeżenia. Podane zostają konkretne przykłady, jak to, że narzekamy na trudność wymowy „chirurżki”, ale słowo „zmarszczka” jakoś nie sprawia nam problemu, bo jesteśmy do niego przyzwyczajeni. Zwracana zostaje uwaga na podział na „pannę” i „panią”, kiedy w przypadku mężczyzn używamy po prostu „pan”, bez względu na jego status małżeński. W każdej z tych rozmów znalazło się coś, co może otworzyć nam oczy na pewne zjawiska. Wypunktowany zostaje fakt, że podświadomie często używamy stwierdzeń, które są krzywdzące dla danej płci, nawet jeżeli nie mamy złych intencji. Kiedy widzimy słabego kierowcę, utarło się używać stereotypowego zdania, że kieruje zapewne kobieta. Wydaje mi się, że ważne, żebyśmy byli świadomi, ile takich myśli pojawia się zupełnie naturalnie, bo tak się mówiło w naszym otoczeniu od zawsze.

Dla wielu z Was ta książka może nie być odkrywcza, często porusza tematy, które były wałkowane już wielokrotnie. Ale jestem przekonana, że poza moją „bańką” jest spore grono osób, które zyskałyby na przeczytaniu tych wywiadów. Dobrze jest sobie uświadomić ile zmian zostało wprowadzonych, jak daleko zaszliśmy w dążeniu do równości, ale zarazem ile jest jeszcze przestrzeni do kolejnych ulepszeń. 


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

niedziela, 18 września 2022

„Lincoln Highway” Amor Towles – niedokończone porachunki, spłata długów i pytania o moralność

Lincoln Highway
Amor Towles

Gatunek: literatura współczesna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Znak Literanova

Mówią, że Bóg odpowiada na wszystkie modlitwy - po prostu czasem odpowiedź brzmi "nie".
 

Opis wydawcy

Emmett Watson właśnie wyszedł z poprawczaka. Wraca na rodzinną farmę w Nebrasce, gdzie czeka na niego młodszy brat, długi po ojcu i błękitny studebaker – jego jedyny majątek. Emmett ledwo skończył 18 lat, a już może liczyć tylko na siebie. 

Chce zabrać brata do słonecznej Kalifornii, gdzie zaczną wszystko od nowa. Może nawet uda im się odnaleźć matkę, która lata temu bez słowa wyjechała do San Francisco? Ale przewrotny los sprawia, że Emmett i Billy muszą wyruszyć w przeciwnym kierunku. Do Nowego Jorku – miasta, gdzie początek bierze legendarna autostrada Lincolna, pierwsza droga łącząca ze sobą dwa krańce Ameryki.


Moja recenzja

Amor Towles to autor, który nie przestaje mnie zadziwiać. Po udanym debiutanckim Dobrym wychowaniu [moje wrażenia] i genialnym Dżentelmenie w Moskwie [moje wrażenia] w swojej najnowszej powieści stawia na zupełnie inną historię. W jego poprzednich książkach w centrum wydarzeń były osoby ze śmietanki towarzyskiej, otoczeni postaciami z wyższych sfer, mieszkającymi w rezydencjach Nowego Jorku lat 30. czy w szykownym hotelu Metropol. Natomiast w Lincoln Highway głównymi bohaterami są ubodzy bracia z małej farmy w Nebrasce.

Autor proponuje nam dobrze znany trop w literaturze, czyli powieść drogi. Główny bohater, Emmett, zostaje zwolniony przedwcześnie z zakładu poprawczego, ze względu na śmierć swojego ojca. Postanawia sprzedać farmę i wraz z bratem przenieść się do Kalifornii. Autor od pierwszych rozdziałów kieruje czytelnika na to, czego może się po lekturze spodziewać, jednak nic w tej podróży nie będzie takie, jakie się wydaje. Komplikacje zaczynają się już na starcie, kiedy Emmett spotyka swoich dwóch przyjaciół, Duchessa i Woolly'ego, którzy zdołali uciec z poprawczaka, ukrywając się w bagażniku. 

Towles zwodzi czytelnika, zapowiada pewne wydarzenia, żeby chwilę później popchnąć fabułę w zupełnie innym kierunku. Oczekiwanie na powrót na początkową ścieżkę przypomina czekanie na powrót Odysa do domu  już kiedy wydaje się, że kurs został ponownie ustawiony coś staje na przeszkodzie dalszej podróży. Tytułowa autostrada zaczyna się jawić jako nieosiągalny cel, a nie źródło tej wycieczki. Bo finalnie, nie o fizyczną drogę będzie chodzić, a raczej o wewnętrzne przeżycia bohaterów.

Autostrada Lincolna, źródło


Powieść Lincoln Highway podzielona jest na dziesięć części, z czego każda odpowiada kolejnemu dniu podróży. Narrator jest wieloosobowy, a w momencie, kiedy stwierdzamy, że wszystkich narratorów już poznaliśmy, pojawia się ktoś nowy. Towles nie boi się także powtarzać opisu tych samych wydarzeń, używając innej perspektywy. Dzięki temu możemy obserwować nie jedną podróż, ale kilka, bo każdy bohater poprowadzi nas swoją ścieżką. Ich motywacje są różne, ale wszyscy podejmują akcje, żeby zbliżyć się do swoich celów. Emmett rusza w drogę, żeby zostawić bolesną przeszłość za sobą i zbudować przyszłość ze swoim bratem, Duchess poszukuje wyrównania rachunków (nie tylko zbiera długi, ale też oddaje te zaciągnięte przez siebie), Sally pragnie wyrwać się z dotychczasowego życia, które poświęca innym i skupić się na swoich potrzebach. Każdy z bohaterów jest barwny, a ich interakcje napędzają akcję. Kiedy zaczynają zbaczać z obranego kursu, reagują na to w różny sposób, w zależności od tego, co jest ich kołem napędowym. Dla Emmetta, napędzanego amerykańskim snem i planem dorobienia się majątku, każda stracona chwila jest na wagę złota. Dla Woolly'ego, wrażliwego dzieciaka pochodzącego z bogatej rodziny, najważniejsze są momenty spędzone w gronie przyjaciół.

Dawno nie czytałam o tak sympatycznej postaci, jaką jest brat Emmetta, ośmioletni Billy. To fan literatury, a szczególnie jednej książki, w której opisane zostały przygody znanych bohaterów od Achillesa po Zorro. Billy pragnie odnaleźć matkę, ale jednocześnie ma nadzieję przeżyć przygodę swojego życia. To świetny obserwator, a równocześnie naiwny chłopak, patrzący na wszystkich wokół z ufnością i sporą dozą sympatii. Dzięki jego wątkowi nawiązania do literatury są jeszcze milej widziane – wspomnieć wystarczy o chłopcach jako muszkieterach lub wspaniałym połączeniu historii Ulissesa z opowieścią o słynnym herosie.

Tematem przewodnim w powieści są rozważania o moralności popełnionych czynów. Jeżeli nie mamy złych intencji, ale nasze akcje przynoszą czyjąś tragedię, to czy zasługujemy na karę? Jeżeli tak, to jak wysoka powinna być? Postaci prezentują różne kodeksy honorowe, na czele z Duchessem i jego podejściem „oko za oko, ząb za ząb”. Po lekturze wciąż zostajemy z pytaniami bez odpowiedzi. W głowie nadal krąży myśl czy nieświadomość wyrządzonej krzywdy bądź nieumyślna akcja, mająca tragiczne konsekwencje usprawiedliwia nasze czyny.

Lincoln Highway jest lekturą pełną energii, przygody bohaterów są angażujące, a akcja nie chce się znudzić, nawet jeżeli jest powtarzana oczami innej postaci. Dzięki wielości narratorów możemy bliżej poznać ich motywacje, przez co trudno jednoznacznie potępiać któregokolwiek zachowanie. Powieść drogi Towlesa ponownie przynosi przyjemność z czytania, a postać Billy'ego to idealny przykład sympatycznego bohatera w literaturze. Niesamowite jest to, że Towles za każdym razem spełnia oczekiwania czytelnika, mimo że poprzeczka wciąż rośnie. Ten człowiek jest po prostu urodzonym gawędziarzem. Szkoda tylko, że na kolejną powieść znowu będziemy musieli poczekać.

sobota, 13 października 2018

Morza szum, ptaków śpiew i pohamowany ziew - „Manhattan Beach” Jennifer Egan



*Manhattan Beach*
Jennifer Egan

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Manhattan Beach
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 592
*Wydawnictwo:* Znak Literanova

"Ilekroć Anna przenosiła się ze świata ojca do świata matki i Lydii, miała wrażenie, że uwolniła się od jednego życia na rzecz drugiego, głębszego."
*Krótko o fabule:*
Jest rok 1943, dziewiętnastoletnia Anna Kerrigan nurkuje w okolicach Staten Island. Do tej pory, jako jedyna kobieta nurek, schodziła pod wodę, by naprawiać zniszczone statki, które walczyły na Pacyfiku. Teraz nurkuje w poszukiwaniu ciała swojego ojca. Kilka lat wcześniej Anna towarzyszyła ojcu podczas wizyty w posiadłości Dextera Stylesa, szemranego biznesmena, który dorobił się na czarnym rynku w czasach prohibicji. Spotkanie na Manhattan Beach trwało krótko, jednak losy tych trojga splotły się już na zawsze.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Bardzo często kuszą mnie książki nagradzane, wyróżniane w różnych konkursach i plebiscytach. Mimo że opis Manhattan Beach wydawał mi się mało interesujący, to już określenie jej powieścią roku przez mieszkańców Nowego Jorku, nominacja do National Book Award i fakt, że autorka była wcześniej nagrodzona Pulitzerem przyciągało mnie do powieści jak magnes. Trudno też było nie zauważyć całej masy pozytywnych recenzji po premierze. Niestety, w tym przypadku pełne ekscytacji oczekiwania roztrzaskały się o nużącą fabułę.

W Manhattan Beach śledzimy niejako dwa osobne wątki, z których obszerniejszym jest ten dotyczący Anny, a pobocznym jest burzliwa historia podróży morskiej jej ojca. Chociaż oba mają mocne momenty, to żaden nie zostaje z nami na dłużej i nie wywołuje większych emocji. Początek sprawił, że miałam nadzieję na pełnokrwiste, charyzmatyczne postaci, za którymi będę maszerowała z przyjemnością przez lekturę. Pierwszy rozdział naprawdę sporo obiecuje, autorka czaruje czytelnika pięknymi, surowymi opisami, a kiedy Anna zrzuca buty i zanurza gołe stopy w zimnym piasku na tytułowej plaży, możemy aż poczuć przechodzący ją dreszcz. Jednak z czasem traci się ten niesamowity magnetyzm i zostaje nam zwykła historia w ładnym opakowaniu. Brakuje mi w niej jakiejś iskry, czegoś co pozwoliłoby mi ją zapamiętać.
źródło
Nie przepadam za powieściami obyczajowymi i w przypadku Manhattan Beach nie było w tej kwestii zaskoczenia. Tak liczne pochwalne recenzje sprawiły, że spodziewałam się przełamania mojej awersji, myślałam: „to pewnie taka książka, która w końcu mnie do tego gatunku przekona”. Jednak tak się nie stało. Wydaje mi się, że to musi być wspaniała podróż w przeszłość dla mieszkańców Nowego Jorku - autorka wykonała masę rzetelnej roboty wyszukując informacje z czasów wojennych na przeróżne tematy, przykładowo: specjalistycznej pracy w stoczni, precyzyjnie opisanej czynności nurkowania, po takie szczegóły jak tytuły filmów granych w kinach czy dawnych audycji radiowych. I ta jej ciężka praca wyszła na dobre, bo wstawki historyczne sprawiały mi najwięcej przyjemności.

Wspaniale jest ta książka napisana, styl robi ogromne wrażenie, wyczuwa się w nim taką surowość, ale zarazem i subtelność. Wątek feministyczny wybrzmiewa w jak najlepszych nutach, pokazywanie kobiety walczącej o swoje miejsce w bardzo męskim świecie wydaje nam się naturalną koleją rzeczy, za sprawą postawy Anny i jej podejścia do życia. Ona nie chce pokazać mężczyznom, że też da radę, ona po prostu chce zostać nurkiem. A że żadna kobieta wcześniej tego nie robiła? To trudno, będzie pierwsza! Problem polegał na tym, że to była tylko kropla w morzu wątków. Ich ilość i poprowadzenie fabuły sprawiły, że żaden nie stał się dla mnie głównym i prowadzącym, a zarazem żaden nie był mi naprawdę bliski. Kiedy już zaczynałam zakochiwać się w relacji Anny z ojcem, ten nagle znika. Kiedy rozwija się jakieś uczucie miedzy dwójką osób, nagle zostaje przerwane. Kiedy zaczynam z zainteresowaniem śledzić losy siostrzanej więzi i ta gdzieś ulatuje. Także były motywy, które wydawały mi się bardziej interesujące, jak chociażby relacja między Anną a Lydią, ale zabrakło miejsca na satysfakcjonujący ich rozwój. Zamiast tego pojawiało się znowu kilka kolejnych wątków.

Mam trochę problem z Manhattan Beach. Doceniam jej zalety, wiem, że wiele osób może ją pokochać, ale ja nie zostałam do niej przekonana. Dla mnie jest poprawna, a nie tego się po tym głośnym tytule spodziewałam. Ogromny misz-masz wątków w tym przypadku zadziałał moim zdaniem na niekorzyść, a ja czułam się przerzucana między zamkniętymi przyjęciami dla elity, mafijnymi porachunkami, przygodami morskiej żeglugi i miłosnymi uniesieniami. Co za tym idzie - po lekturze nie został większy ślad.
Za to po inne książki Egan sięgnę na pewno, chociażby dlatego, że ta podobno jest tak różna od tych, które wcześniej pisała.

Moja ocena: 6-/10



środa, 23 sierpnia 2017

Prawda bardziej przerażająca niż fikcja - „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” Jung Chang



*Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin*
Jung Chang

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Wild Swans: Three Daughters of China
*Gatunek:* biografia/autobiografia/pamiętnik
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1991
*Liczba stron:* 640
*Wydawnictwo:* Znak literanova
„Porządnej kobiecie” nie wolno było mieć zdania, a jeśli już je miała, z pewnością nie powinna być do tego stopnia bezczelna, żeby je wypowiadać.
*Krótko o fabule:*
Przejmująca opowieść o trzech pokoleniach jednej rodziny, której doświadczenia tworzą niezwykły obraz przemian, jakie dokonały się w Chinach.
Babka autorki zgodnie ze starą tradycją miała zabandażowane stopy, a rodzice przeznaczyli ją na konkubinę generała.
Matka stała się zaangażowaną komunistką walczącą o nowe Chiny. Jednak gdy razem z mężem zaczęli dostrzegać okrucieństwo Mao, oboje doświadczyli bezwzględnych prześladowań podczas Rewolucji Kulturalnej, byli torturowani i zostali zesłani do obozów pracy.
Mała Jung dorastała jako Pionierka z Czerwoną Książeczką pod pachą, ale jako młoda kobieta zdecydowała się skorzystać z cudem nadarzającej się okazji i opuścić swój kraj na zawsze. Mieszkając w Londynie, napisała książkę, która pozwoliła zrozumieć światu, czym tak naprawdę są współczesne Chiny.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Nie wiem czy się z Wami kiedyś tym faktem dzieliłam, ale rzadko czytam opisy książek. Zazwyczaj wybiórczo skupiam się na kilku zdaniach z notki wydawniczej, do tego przejrzę recenzje na goodreads i często na tej podstawie wybieram sobie lektury. Do Dzikich łabędzi zachęciło mnie, oprócz powyższych, miejsce akcji, czyli Chiny. Pamiętam jak kilka lat temu czytałam Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz, w którym spore wrażenie zrobiła na mnie kultura tego kraju. W każdym razie mój sposób selekcji okazał się odpowiedni, a Dzikie łabędzie bardzo dobre.
Jung Chang urodziła się w 1952 roku w rodzinie chińskich komunistów. Dzięki podjęciu studiów anglistycznych dostała możliwość wyjazdu do Wielkiej Brytanii, gdzie później osiadła na stałe. Postanowiła opisać wydarzenia z życia swojego, jej matki i babki, na tle wydarzeń historycznych w Chinach. Powieść Dzikie łabędzie przyniosła jej światową sławę, sprzedano ponad 13 milionów egzemplarzy. Do tej pory jej czytanie jest zakazane przez władze w Chinach.
Przez to, że nie czytam opisów, nie wiedziałam, że spotkam się ze swoistym pamiętnikiem. Początkowe zaskoczenie szybko zostało zastąpione zaciekawieniem. Autorka ma ogromny dar wciągania w swoją historię. Pomimo dość obszernej treści, owocującej w sporą liczbę opisów i wątków pobocznych, czytelnik się przy niej nie nudzi. I duża w tym zasługa tego, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Czytając, trudno było mi się z tym pogodzić, że na świecie wciąż można żyć w ten sposób, będąc niewolnikiem systemu, bez możliwości podjęcia z nim walki, ponieważ od razu zostaje się eliminowanym. Ale to jeszcze nic. Największe wrażenie robi to, że system wyniszczał własnych popleczników. To było tak głęboko niesprawiedliwe, że pewnie wyśmiałabym bujną wyobraźnię autorki - gdyby nie były to prawdziwe wydarzenia.
rodzice Jung Chang, źródło
Często ubolewam nad tym, że słabo znam się na historii. Na szczęście wciąż z pomocą przychodzą mi tego typu książki. Dzięki niej dowiedziałam się wielu faktów na temat współczesnej historii Chin, przy okazji poznając życie konkretnej rodziny, do której mogłam się przywiązać i z którą przeżywałam poszczególne wydarzenia. Oczywiście słyszałam wcześniej o kulcie Mao i dojściu komunistów do władzy w Chinach, ale wszelkie szczegóły były dla mnie wielką niewiadomą. Dlatego Dzikie łabędzie to prawdziwa skarbnica wiedzy, jeżeli o to chodzi.
Wiecie już, że wiele tutaj polityki, przemian społecznych, ekonomicznych tego azjatyckiego kraju. Przyznaję, że może to brzmieć trochę nudno. Jednak nie martwcie się, z pomocą przychodzą bowiem trzy główne bohaterki, których życie opisane jest w książce. Najpierw poznajemy dzieciństwo babki pani Chang. Dorastała w czasach, kiedy nadal panowała moda na krępowanie stóp (jeżeli nie wiecie co to takiego, to pozostawię Was w słodkiej nieświadomości - dowiedzcie się z książki), a kobieta była niemal przedmiotem sprzedawanym mężczyznom. Jako że babka była piękną dziewczyną została konkubiną (jedną z wielu!) wysoko postawionego generała. To już jest wyjście do bardzo ciekawej historii. Następnie poznamy mamę autorki, która przeszła przez prawdziwe piekło dla dobra partii komunistycznej, ale nieprzerwanie wierzyła w jej moc. Natomiast ojciec Jung Chang zawsze przekładał dobro kraju nad dobrem rodziny i było to dla wszystkich jak najbardziej normalne, a nawet wskazane. 
Cała ta rodzina przeżywała wydarzenia tragiczne, po których wielu ludzi nie potrafiłoby się pozbierać. I nie mówię tu tylko o psychicznej walce - ciągłym strachu, żeby się nie wychylać, palić książki, żeby nie być posądzonym o burżujstwo bądź powinowactwo z kimś, kto kiedyś należał do Kuomintangu. Chodzi też o czysto fizyczną przemoc, jak klęczenie w deszczu przed domem, w celach nauczki. A uwierzcie, to jeszcze nic, bo w książce pełno jest realistycznych opisów pobić i znęcania się nad innymi. Tym bardziej jest przerażająca i tym większe robi na czytelniku wrażenie.
Nie będę się niepotrzebnie rozpisywać. Dzikie łabędzie to ważna powieść, którą powinniście poznać. Szczególnie jeżeli, tak jak ja, nie jesteście w pełni świadomi co jeszcze kilkadziesiąt lat temu działo się w Chinach. Polecam!

Moja ocena: 8/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak literanova.

czwartek, 4 maja 2017

Cofnijmy się w czasie - „Rodzina O. Sezon I. 1968/69” Ewa Madeyska

  Dzisiaj moja opinia na temat polskiej powieści obyczajowej. Jak zapewne wiecie, rzadko sięgam po ten gatunek, jednak okazało się, że czasem warto dać mu szansę!

*Rodzina O. Sezon I. 1968/69*
Ewa Madeyska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 533
*Wydawnictwo:* Znak Literanova
Wojna zmieniła nie tylko pogodę, fundując ludziom nieustające ataki mrozu. Niektórym przerobiła życiorysy, daty urodzenia, a nawet daty śmierci. W sprzyjających okolicznościach (...) modyfikowała rasę i narodowość. Oczywiście za stosowną cenę (...).
 *Krótko o fabule:*
Rodzina rzecz święta, choć czasem przeklęta.

Helena, jednooka głowa rodziny O.
Tadeusz, syn Heleny, psychiatra czy wariat?
Barbara, żona Tadeusza, kochanka czy prostytutka?
Paweł, starszy syn, ofiara czy zdrajca?
Andrzej, młodszy syn, rozrabiaka czy morderca?
Nieślubne dziecko, zdrada, zagadkowa śmierć.

Ta rodzina wciągnie cię w swoje kłamstwa i półprawdy, uczucia i natręctwa. Między rok ’68 a ’69. Między wielką Historię a codzienność małego miasteczka.
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Z książką Rodzina O. przeżyłam prawdziwą huśtawkę emocji. Na początku nawet wcale nie chciałam jej czytać. Bo to obyczajówka, na dodatek polska, traktująca o czasach, które w niewielkim stopniu budzą moje zainteresowanie. Później niepozornie zerknęłam na pierwsze rozdziały, a te utwierdziły mnie w zdaniu, że książka nie jest warta poświęcenia mojego czasu. Wydawało się, że panuje tam spore zamieszanie, wciąż poznawaliśmy nowych bohaterów, których nie potrafiłam ze sobą powiązać, a na dodatek wszystko było takie... brudne i wulgarne. Ale później wszystko zaczęło się zazębiać, a ja zostałam pochłonięta przez te polskie czasy minione i byłam zmuszona zmienić zdanie na temat całości.
Ewa Madeyska to polska pisarka, scenarzystka i dramatopisarka, pochodząca z Białegostoku. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Za swoją wcześniejszą powieść, Katonielę, została nominowana do Nagrody Nike.
Rodzina O. to, jak okładka dumnie twierdzi, pierwszy polski serial literacki. Osobiście za polskimi serialami w większości przypadków nie przepadam, choć zdarzają się wyjątki (zeszłoroczni Artyści, na przykład). Muszę przyznać, że przeniesienie takiej serialowej struktury na książkę sprawdziło się naprawdę dobrze. Każde zakończenie jednego wątku było w jakiś sposób powiązane z rozpoczęciem kolejnego. Zazwyczaj wiązało się to po prostu z użyciem tych samych słów, dla przykładu jeden wątek kończy się zdaniem „O służbie. Teraz chciałbym zostać sam.” a kolejny rozpoczyna od „Sama? Przyszłaś sama? - zapytały niemal jednocześnie Ryta i Zyta.”. Trochę brakowało mi chwilami oryginalności w tych powiązaniach, ale na pewno trzeba przyznać, że pomysł oryginalny i do tej serialowej formy pasuje idealnie. 
Oprócz tego zagrania dostajemy jeszcze kilka elementów typowych dla oglądanych przez nas tasiemców. Są to na pewno liczni bohaterowie, których historie rozrastają się ze strony na stronę. Wydaje się, że autorka nie chciała żadnego z nich pominąć i starała się przekazać czytelnikowi dlaczego mają taki charakter, jakie wydarzenia z przeszłości ich ukształtowały. Znajdziemy tutaj również wiele krótkich scen, widać, że autorka skupia się na przekazywaniu meritum, nie układa długich dialogów między bohaterami, nie bombarduje nas przytłaczającymi opisami. Jest krótko i na temat.
Bohaterów jest sporo, bo oprócz członków rodziny Opolskich, poznamy rzesze ich znajomych, przyjaciół, wrogów, sąsiadów, współpracowników i tak dalej, i tak dalej. Na dodatek większość tych pobocznych postaci dostanie sporo miejsca w książce, zostanie przedstawiona ich przeszłość i motywy działania. Moim zdaniem autorka dobrze poradziła sobie z ich kreacją, sprawnie przedstawiała ich losy i czytelnik mógł zrozumieć ich portret psychologiczny. Niestety, za mankament uważam fakt, że wszyscy tutaj wydają się na wskroś dramatyczni. Ja rozumiem, że to buduje napięcie i akcję, ale każda z postaci ma tak bardzo pod górkę, że to aż boli. Czytelnik przez to wyciąga wniosek z całości, że możesz się starać, a od życia i tak dostaniesz w pysk, a później gdy będziesz się starał wygrzebać z powrotem na powierzchnię, to los dorzuci kopniaka. Przez to bohaterowie, wciąż tłamszeni przez życie, zaczynają mu oddawać z nawiązką, popełniając sporo błędów. I wiem, że to zazwyczaj jest plus, bo postacie wydają się przez to bliższe rzeczywistości, ale tym razem uważam to za przesadzone. Z prostej przyczyny - żadnego bohatera szczerze nie obdarzyłam sympatią. Miałam tych, o których wolałam czytać, ale nikomu nie kibicowałam.
Plusem tej książki, zdecydowanie jest umiejscowienie jej akcji w latach 1968-69. Wcześniej w ogóle mnie ten okres historii Polski nie intrygował, ale Ewa Madeyska sprawiła, że o wszelkich ciekawostkach czytałam z zainteresowaniem. Małe wzmianki w tle akcji, jak palenie papierosów Sportów czy wspominanie kolejek do sklepów, dodawały całości realistycznego wydźwięku. Ciekawe też było czytanie o tym pokoleniu, które przeżyło wojnę i o jego konfrontacji z młodszymi pokoleniami - jak zmieniło się myślenie całego społeczeństwa i w jaki sposób trzeba było się podporządkować aktualnej władzy, żeby nie podpaść prawu. 
Uważam, że Rodzina O. to książka, która znajdzie spore grono fanów w naszym kraju. Ja wspominam ją z przyjemnością, szczególnie że tak pozytywnie mnie zaskoczyła. Na pewno będzie to pozycja, którą podsunę mojej mamie, ciekawa jestem jakie będzie jej zdanie, w końcu tamte czasy są jej o wiele bliższe. I takie spostrzeżenie na koniec - okładka przywodzi trochę na myśl opening z Gotowych na wszystko: to drzewo, czerwone jabłka i dopisek na temat serialu. Raczej nie było to celowe nawiązanie, ale to zapewne kolejna rzecz, która przyciągnie uwagę.

Moja ocena: 7/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

niedziela, 12 marca 2017

Zły z natury czy zmuszony przez okoliczności? - „Wakacje nad Adriatykiem” Zofia Posmysz



*Wakacje nad Adriatykiem*
Zofia Posmysz

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1970
*Liczba stron:* 315
*Wydawnictwo:* Znak Literanova
Człowiek, kiedy zgadza się wziąć w rękę kij, nie zawsze wie, co przyjmuje. Chętnie myśli, że to tylko symbol, że dzierżąc go, można żyć tak, jakby się go nie miało. Nieprawda, to nie symbol. Nie ma nic mniej symbolicznego, nic bardziej rzeczywistego i konkretnego niż kij.
*Krótko o fabule:*
Jak daleko może posunąć się człowiek – w okrucieństwie i miłości?
Dwie kobiety, które trafiły do piekła.
Pierwsza wierzy, że uda jej się przeżyć. Druga nie ma nawet nadziei.
Choć wcześniej się nie znały, zaczyna je łączyć szczególna więź. Silniejsza wie, że musi uratować słabszą. Zrobi dla niej wszystko. Nawet to, do czego w innym czasie nie byłaby zdolna.
Ale czy da się uratować kogoś, kto sam wydał na siebie wyrok?
Powieść o niezwykłej relacji dwóch kobiet, oparta na wstrząsających wydarzeniach z życia Zofii Posmysz; zaskakująco nowoczesna i odważna.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Czytanie tej książki od początku było taką niezwykłą przygodą. To pierwsza lektura poruszająca temat obozów koncentracyjnych, którą przeczytałam z własnej, nieprzymuszonej woli. Po prostu poczułam się zainteresowana. Chyba przede wszystkim tym, że autorka skupia się na losach kobiet zamkniętych w Auschwitz oraz tym, że sama była na ich miejscu.
Zofia Posmysz to pisarka i dziennikarka, która na koncie ma między innymi głośną Pasażerkę, która została zekranizowana przez Andrzeja Munka. Tematyka jej prac dotyczy obozów zagłady, jako że sama była więźniarką Auschwitz. Książka Wakacje nad Adriatykiem pierwszy raz została wydana w 1970 roku, a niedawno ukazało się to wznowienie, które udało mi się przeczytać.
Książki dotyczące tego haniebnego okresu w historii długo mnie nie interesowały. Pamiętam jeszcze lektury szkolne, chociażby takie jak Inny świat, traktujące na ten temat. To była powieść, która niosła ze sobą silny ładunek emocjonalny i chociaż mogę uznać ją za wspaniałą książkę to niechętnie chciałam zagłębiać się w kolejnych opisach tamtych zdarzeń. Za to w tym roku obiecałam sobie bardziej różnicować czytane książki, a powieść pani Posmysz wydała się do tego celu idealna. Na dodatek pokazała, jak wiele tracę omijając tego typu literaturę.
Od początku uderza czytelnika styl autorki. Już podczas pierwszego zdania poczujemy się świadkiem wszystkich wydarzeń, jakbyśmy siedzieli obok pani Zofii i słuchali jej opowieści. Przeważają bardzo długie, złożone zdania, w których poza treścią możemy odnaleźć ogromny ładunek emocjonalny. Były jednak zredagowane tak umiejętnie, że ani na chwilę nie zgubimy się wśród treści.
Inaczej ma się sprawa z budowaniem fabuły. Autorka zrezygnowała z linearnego prowadzenia historii. Ten zabieg sprawia, że czytelnik może chwilami poczuć się zagubiony w czasie i przestrzeni, ale nie bójcie się - to tylko chwilowe uczucie. Po jakimś czasie przyzwyczajamy się do tego i z łatwością będziemy się odnajdywać.
źródło
Moim zdaniem Wakacje nad Adriatykiem idealnie sprawdzą się jako lektura dla osób, chcących poczytać o obozach, ale niekoniecznie lubiących ciężką literaturę. Pani Posmysz przedstawia nam prawdę w bardzo przyswajalny sposób. Nie stara się szukać na siłę brutalnych momentów i nieodpowiedniego ludzkiego zachowania. Te elementy się znajdą, ale tak po prostu - podczas czytania historii. Przez to całość jest realistyczna, ale nie zniechęca tych bardziej wrażliwych czytelników. Wydaje mi się, że to w tej prostocie tkwi siła książki, właśnie przez styl i sposób prowadzenia historii chcemy dłużej zastanowić się nad ważkimi kwestiami, poruszanymi na kartach powieści.
Ogromnie podobało mi się przedstawienie życia kobiet w obozie. Główne bohaterki są bardzo różne - Ptaszka to delikatna dziewczyna, bardzo wrażliwa, a zarazem wspierająca i dobroduszna. Natomiast narratorka jest silną kobietą, która kurczowo trzyma się nadziei. Autorka znalazła między nimi idealny balans,  wywiązuje się tam więź, która sprawia, że czytelnik zaangażuje się w ich historię i będzie z niepokojem śledził ich kolejne losy. Piękna historia przyjaźni, która trwa pomimo niesprzyjających okoliczności i potrafi wzruszyć do łez.
Poruszony został również temat samorządów więźniarskich. Z boku łatwo jest ocenić kobiety, które pracowały w ten sposób, jednak po przedstawieniu historii w książce nic nie wydaje się już takie zero-jedynkowe. Czy to źle, że człowiek trzyma się nadziei i stara się dopasować do okoliczności? Czy egoizmem jest pomaganie bliskiemu, nawet kiedy cierpieć może za to osoba trzecia? To dylematy, które porusza autorka w powieści i nad nimi mamy okazję się zastanowić. 
Podsumowując, Wakacje nad Adriatykiem to dla mnie piękne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że lektura otworzy mi oczy na tyle problemów. Na dodatek styl i narracja sprawiają, że czyta się ją z zaangażowaniem, aż wydawać by się mogło, że słuchamy opowieści osoby, która siedzi obok nas i relacjonuje swoje życie. Polecam!

Moja ocena: 8/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka