Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 sierpnia 2023

„Remake. Apokalipsa popkultury” Michał Ochnik – dokąd zmierza współczesna popkultura

Remake. Apokalipsa popkultury
Michał Ochnik

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Fandomy są zdrowym, pozytywnym komponentem kultury popularnej. Budują żywą, zaangażowaną twórczo i organizacyjnie społeczność, która - w dużej mierze bezinteresowanie - dba o popularność franczyzy oraz pomaga jej przetrwać lata chude i skuteczniej kapitalizować lata tłuste. 

Opis wydawcy

Michał Ochnik z Mistycyzmu Popkulturowego z miłością i krytycyzmem prawdziwego fana pochyla się nad historią popkultury i udowadnia, czemu teraz łatwiej obejrzeć kolejną część Gwiezdnych wojen niż oryginalne science fiction.

Moja recenzja

Twórcy kultury od zawsze czerpali inspiracje z dzieł przodków, przez co nowo powstała sztuka często koresponduje z istniejącymi utworami. Natomiast konsumenci kultury uwielbiają wyłapywać wszelkie nawiązania, tzw. „puszczanie oka” w stronę odbiorcy. Wystarczy spojrzeć na sukces filmów Marvela i ilość artykułów o ester eggach w kolejnych odsłonach przygód superbohaterów. Podobnej metody używa Sanderson w swoim uniwersum cosmere, gdzie poszczególne serie korespondują z poprzednimi. Pytanie brzmi, jak daleko można się posunąć w tym cytowaniu, żeby nie zapomnieć o jakości dzieła kultury jako odrębnego, działającego samodzielnie produktu. Tego typu rozważania znajdziemy w książce Remake. Apokalipsa popkultury.

Michał Ochnik w przystępny sposób rozkłada współczesne trendy na części pierwsze. Przedstawia fenomen filmów o superbohaterach, poczynając od komiksów, rozwijając temat praw autorskich, trademarków i udziału dużych studiów filmowych. We wstępie napisał o dwóch funkcjach sztuki. Z jednej strony służy ona do wzbudzania emocji, pobudzania rozmów wśród konsumentów poprzez przedstawianie przez autora jakiegoś problemu czy doświadczenia. To część funkcji artystycznej. Z drugiej strony, sztuka ma zarabiać. Biznesmeni bardzo szybko znaleźli gałęzie popkultury, na której najłatwiej jest się wzbogacić. Z powodzeniem to robią i wszystko wskazuje, że będą to robić nadal.

zdjęcie wygenerowane przez AI, źródło

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, w których autor skupia się na tematach związanych z popkulturą. Część poświęcona jest zjawisku fandomu i tego, jaki wpływ fani mieli na wygląd danej produkcji. Ochnik przedstawia nieznane mi wcześniej fakty. Niektórzy znawcy danego uniwersum mieli bezpośredni wpływ na tworzony serial, jak w przypadku Star Treka. Fani mogli wysyłać pomysły na scenariusz kolejnych przygód bohaterów. Intrygujący jest również temat odmładzania aktorów czy nawet przywracania ich do życia. To zjawisko, którego byliśmy świadkami w najnowszej trylogii Gwiezdnych Wojen, kiedy nieżyjący już aktor pojawił się na ekranie wygenerowany przy pomocy najnowszej technologii. Pojawia się zatem pytanie o moralność takiego przedsięwzięcia  aktor nie mógł odmówić wystąpienia w tej scenie, jego wizerunek stał się narzędziem w rękach twórców. Jest to również ciekawe w kontekście przyszłości aktorskiej profesji. 

Bardzo podobał mi się sposób, w jaki książka została zakończona. Na finał autor zostawił temat dotyczący sztucznej inteligencji przejmującej pracę artystów. Było tam kilka kwestii, o których w kontekście AI nie myślałam. Przykładowo fakt, że sieci neuronowe uczą się na podstawie istniejących dzieł artystów, żeby później wygenerować dzieło w stylu danego malarza. Co w takim przypadku z prawami autorskimi? Z jednej strony, nie jest to praca danej osoby, ale z drugiej, to jednak jej twórczość została podana sztucznej inteligencji jako pożywka. 

Autor wykonał dobrą robotę, przygotowując materiał. Wszystkie źródła są wypisane i odpowiednio oznaczone, a na końcu książki znajdziemy również krótki słowniczek pojęć. Sprawia to, że Remake. Apokalipsa popkultury dostarcza sporo ciekawych faktów, a zarazem zadaje pytania o stan współczesnej popkultury i kierunek, w którym zmierza. W oczach autora jest to dość mroczna wizja, w której ogromne firmy zarabiają na powszechnie uwielbianych postaciach i światach. Co najgorsze – często bez zastanowienia się nad artystyczną funkcją sztuki.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Horyzont.

sobota, 9 lipca 2022

„Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu” Jakub Wojtaszczyk – wolność ekspresji

Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu
Jakub Wojtaszczyk

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 496
Wydawnictwo: Znak

Drag nie jest tyko dla osoby, która go robi i spełnia swoje fantazje. Drag jest włączony w działania aktywistyczne.
 

Opis wydawcy

Cudowne przegięcie to wnikliwy reportaż o współczesnej scenie dragowej, jej czołowych performerach i performerkach, ich dziełach oraz działaniach. To także wyjątkowa opowieść o akceptacji i pasji, ale przede wszystkim – o wolności.


Moja recenzja

Moje zainteresowanie dragiem narodziło się kilka lat temu za sprawą programu RuPaul's Drag Race, którego kilkanaście sezonów można obejrzeć na platformie Netflix. To reality show, w którym uczestnicy walczą o tytuł najlepszej drag queen Ameryki. Program przynosi całe mnóstwo dobrej zabawy, a jednocześnie uświadamia widzów w wielu kwestiach dotyczących queerowej społeczności. Mnie sporo nauczył. Podążając za tym zainteresowaniem, udało mi się w niewielkim stopniu poznać również świat polskiego dragu. Zaczęło się od zeszłorocznego spektaklu, wystawianego w konkursie OFF na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, o tytule Najczęściej zadawane pytania. Rewia Drag Queen. Później były też quizy o programie RuPaul's Drag Race, które prowadziła Twoja Stara w jednym z wrocławskich pubów. To właśnie Twoja Stara znalazła się na okładce Cudownego przegięcia i kiedy tylko zobaczyłam to zdjęcie, wiedziałam, że muszę ten reportaż przeczytać.

Jakub Wojtaszczyk, autor książki, przeprowadził serię wywiadów z wieloma osobami, po czym odmalował nam obraz współczesnego świata polskiego dragu, który jest bardzo różnorodny i odbiega od znanego z programu RuPaula. Nic tu nie jest na sztywno zdefiniowane, coraz to nowe osoby eksplorują temat i wciąż dokładają elementy do tego świata. Dla osoby pobieżnie zorientowanej w temacie książka jest bogatym źrodłem informacji. Dowiedziałam się przykładowo, że sporo polskich wykonawców zaczynało bądź specjalizuje się w sztuce wcielania się w słynne osoby, a bycie sobowtórem Dody czy Adele pozwala na łatwiejsze zdobycie pracy. Autor umieścił w reportażu dużo cytatów z różnych źródeł, przez co w książce znajdziemy mocno rozbudowany dział przypisów. Moim zdaniem, lekko przeszkadzały w rozkoszowaniu się lekturą  jeżeli zaczynają zajmować ponad pół strony, to wolałabym, żeby były umieszczone na końcu książki. 

źródło

W Cudownym przegięciu wielokrotnie pojawi się wzmianka, że drag to nie tylko przebieranie się w kobiece ubrania, ale też aktywizm i walka o prawa. Niektóre z drag queen znane są przede wszystkim jako aktywistki, jak siostra Mary Read, a inne przemycają działania na rzecz społeczności w swoich występach. Jeszcze dla innych ważny jest proces twórczy, chęć podzielenia się swoją historią, swoją wrażliwością. Nie możemy jednak zapominać, że to również czysta forma zabawy, dostarczanie widzom rozrywki. Wystarczy przejść się na show Twojej Starej, żeby zobaczyć, że drag jest formą, do której warto podejść z dystansem i otwartą głową.

Było również kilka smutnych wniosków, które nasunęły mi się podczas czytania Cudownego przegięcia. Najbardziej uderzyła mnie wzmianka o przypadkach braku wsparcia dla drag queen od części społeczności LGBT+. Niektórzy uważają, że królowe ściągają na siebie zbyt wiele uwagi, przez co ludzie oceniają queerowe osoby w negatywny sposób. Jeżeli nawet w swojej społeczności spotyka się z dyskryminacją to musi być to szczególnie trudne do uniesienia. Liczę na to, że dzięki takim książkom jak Cudowne przegięcie, ten temat zostanie oswojony i więcej osób zrozumie kto kryje się pod tym kolorowym makijażem, perukami i cekinowymi sukienkami. 

W reportażu Wojtaszczyka najważniejsze jest jednak poznanie ludzkich historii i zagłębienie się w świat ich emocji. Czytelnik może przeczytać o tym z jakimi trudnościami borykali się w życiu, co musieli poświęcić, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Ich determinacja i odwaga robią wrażenie, dają nadzieję na przyszłość. Budzą chęć wspierania i kibicowania w drodze do spełniania marzeń. I nie jest tutaj ważne jaką formę dragu wybierają, jaka jest ich płeć czy orientacja  najważniejsza jest wolność ekspresji. I o tę warto walczyć.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 18 stycznia 2022

„Papuga Flauberta” Julian Barnes & „Nie w humorze” Fran Lebowitz – nietypowa biografia i felietony legendy Nowego Jorku

Papuga Flauberta
Julian Barnes

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1984
Liczba stron: 270
Wydawnictwo: Świat książki

Książki to miejsce, gdzie wyjaśnia się różne rzeczy; w życiu tak nie jest. Nie dziwię się, że niektórzy wolą książki. Książki nadają sens życiu. Jedyny kłopot polega na tym, że nadają sens życiu innych ludzi, nigdy zaś twojemu.
 

Opis wydawcy

Przewrotna powieść, esej i przewodnik po meandrach ludzkiej, niedostępnej innym, duszy. Słynna biografia słynnego autora. Narratorem tej oryginalnej książki jest fikcyjny biograf Flauberta, Geoffrey Braithwaite, z zawodu lekarz. Próbuje poznać swego idola przez pryzmat jego stosunku do ludzi, zwierząt, czasów, w których żył. 


Moja recenzja

W urodzinowym prezencie od siostry otrzymałam książkę Papuga Flauberta i było to dla mnie zupełne zaskoczenie. Nic o tej powieści wcześniej nie słyszałam. Ba! Nie słyszałam nawet o samym autorze. Jedyne co wskazywało jakąś drogę w ciemności to nazwisko Flauberta w tytule. Ale dlaczego siostra pomyślała, że zainteresuje mnie biografia o powieściopisarzu, którego twórczości niemal w ogóle nie znam? Przecież czytałam tylko, i to dość niedawno, Panią Bovary. Okazuje się jednak, że wcale nie trzeba znać książek autora, bo w Papudze Flauberta chodzi o coś więcej niż poznanie szczegółów z życia tytułowej postaci.

Przyznaję się, że do książki miałam dwa podejścia. Najpierw czytałam wyrywkami, po kilka stron i tak doszłam gdzieś do połowy, po czym odłożyłam ją na jakiś czas. Doceniałam kilka pomysłów, ale wtedy lektura mnie nie porwała. Kiedy postanowiłam wrócić stwierdziłam, że muszę zacząć od początku. I to była świetna decyzja, bo czytelnik wypoczęty znajdzie w powieści magię, jaka towarzyszy dobrej literaturze.

Niech nie zwiedzie nikogo tytuł i opis, Papudze Flauberta bardzo daleko do typowej biografii. To zupełnie nowatorski sposób pisania o twórczości znanej postaci. Barnes wykorzystuje nietuzinkowe pomysły – czasami skupia się na szczególe z życia Flauberta, czasami odpływa w dalekie rejony, wciąż dzieląc się z czytelnikiem przemyśleniami na tematy związane z literaturą, czasami wymyśla też ciekawe formy rozdziałów. Przede wszystkim umiejętnie miesza fikcję literacką z elementami biografii, tworząc jakiś nowy, hybrydowy gatunek. Narratorem całości jest fikcyjna postać, która szuka informacji potrzebnych do napisania książki o Flaubercie i możemy przyjąć, że to takie alter-ego Barnesa. Niektóre rozdziały opisują zmagania towarzyszące próbie znalezienia materiałów do biografii, co prowadzi do intrygujących zagadnień. Nasuwa mi się przykład, który został ze mną na dłużej, czyli taki dylemat moralny narratora dotyczący prawa do buszowania w prywatnej korespondencji zmarłego autora, w przypadku kiedy on nie wyraził na to zgody.

W kwestii formy jest tutaj bardzo różnorodnie. Oprócz takiego kręgosłupa historii, którym jest wątek autora biografii, mamy na przykład rozdział napisany z perspektywy miłości Flauberta, stworzony na podstawie ich korespondencji, będący pysznym kawałkiem literatury. Mamy też rozdział, w którym wypisane są kolejno wydarzenia z przeszłości francuskiego powieściopisarza, każde oznaczone datą i krótką notką – taki przykład biogramu. Jest on dość nietypowy, ponieważ przez epizody z życia autora przejdziemy trzykrotnie i zobaczymy jak różnie można o tych samych okresach mówić, w zależności od przyjętego nastawienia. Znajdziemy w książce też ciekawe spostrzeżenia na temat krytyków, którzy wyłapali niekonsekwencję w prozie Flauberta w sprawie oczu Emmy Bovary, których kolor zmienia się w powieści kilkukrotnie. Świetnie o tym Barnes pisze, rozkłada na wiele czynników, wspomina chociażby ile implikacji niesie za sobą, wydawałoby się, że nieskomplikowany, wybór koloru oczu głównej bohaterki książki.

Papuga Flauberta to wspaniała literatura i jestem szczęśliwa, że udało mi się z nią zapoznać. Mało się o niej mówi, a warto po nią sięgnąć. Dodatkowo, przygoda z tą lekturą udowodniła mi, że moment w jakim czytamy daną książkę ma znaczenie. (9/10)

Nie w humorze
Fran Lebowitz

Gatunek: zbiór felietonów
Rok pierwszego wydania: 1994
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Znak

Pomyśl, zanim coś powiesz. Poczytaj, zanim coś pomyślisz.
 

Opis wydawcy

Lebowitz bierze na celownik swojego ciętego humoru wszystko – od dzieci ("rzadko dysponują sensowną gotówką, którą można by od nich pożyczyć") przez rozmowy o seksie („gdyby twoje fantazje erotyczne kogoś interesowały, już dawno nie byłyby fantazjami") po nowojorskich kamieniczników ("świętym obowiązkiem każdego kamienicznika jest utrzymywanie w budynku odpowiedniej liczby karaluchów").


Moja recenzja

Postać Fran Lebowitz poznałam dzięki serialowi Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto, o którym z pełnym uwielbieniem pisałam tutaj. Wtedy jej postać zrobiła na mnie ogromne wrażenie, charyzmatyczna, z ciętym językiem i wieloma błyskotliwymi przemyśleniami. Przede wszystkim podziwiam jej umiejętność operowania słowem i odwagę w wypowiadaniu się na temat otaczających nas zjawisk, czasami w dość kontrowersyjny sposób.

Książka Nie w humorze to zbiór felietonów, w których Fran Lebowitz robi to, co potrafi najlepiej – opisuje otaczającą ją rzeczywistość w satyryczny sposób. I trzeba przyznać, że Lebowitz potrafi wyciągnąć ciekawe wnioski i zapisywać swoje myśli w humorystyczny sposób, który zmusza czytelnika do docenienia jej pisarskich umiejętności. Jednak, jeżeli porównać autorkę książki do bohaterki serialu w reżyserii Scorsese to o wiele ciekawiej spędzało się czas z tą ekranową wersją.

Wydaje mi się, że może to być problem z tłumaczeniem, które musiało być w tym przypadku ciężką harówką. U Fran Lebowitz wszystko krąży wokół Nowego Jorku, obyczajów tam panujących i wiele z żartów mogłoby być niezrozumiałych dla polskiego czytelnika. Tłumacz w notce z książki wyjaśnia, że sporo elementów musiał zupełnie zmienić, żeby zatrzymać sens i sprawić, że będziemy w stanie wyłapać żart. Wydaje mi się, że tu mógł tkwić problem, bo w końcu żarty mają to do siebie, że użyte słowa bądź konkretne porównania mają kluczowe znaczenie. Dlatego właśnie, Nie w humorze wypada w moim odczuciu o wiele słabiej niż Udawaj, że to miasto. Kilka felietonów jest świetnych, docenić można obserwacje i żart Lebowitz, ale równocześnie wiele tekstów czyta się po prostu bez emocji. Dlatego, jeżeli macie chwilę i chcecie poznać tę charyzmatyczną kobietę oraz jej światopogląd to polecam zacząć od serialu. (6/10)

niedziela, 19 grudnia 2021

„Dobre wychowanie” Amor Towles – o tym, że czasami warto wyjść ze strefy komfortu

Dobre wychowanie
Amor Towles

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2011
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Znak

Większość ludzi ma więcej potrzeb niż pragnień. To dlatego wiodą takie życie, jakie wiodą. Ale światem rządzą ci, u których pragnienia górują nad potrzebami. 
 

Opis wydawcy

Nowy Jork, ostatnia noc 1937 roku. W drugorzędnym klubie jazzowym Katey Kontent przypadkowo poznaje młodego bankiera, Tinkera Greya. Ich światy dzieli wszystko. A jednak to spotkanie i jego zaskakujące konsekwencje sprawią, że tej nocy dziewczyna wyruszy w mającą trwać rok podróż w nieznane. Wśród najbogatszych i najbardziej wpływowych, w świecie wielkich nadziei i pragnień będzie musiała zaufać wyłącznie swojej inteligencji i być wierna swoim zasadom…


Moja recenzja

Amor Towles to autor, który zachwycił mnie i wielu innych czytelników w Polsce powieścią Dżentelmen w Moskwie. Wydawnictwo Znak zdecydowało się na wznowienie jego debiutanckiej książki o tytule Dobre wychowanie. Jeżeli lubicie klimat starego kina Hollywood albo powieści takie jak Wielki Gatsby czy Śniadanie u Tifanny'ego, to ta pozycja powinna przypaść Wam do gustu.

Tym razem za miejsce akcji Towles wybrał Nowy Jork pierwszej połowy XX. wieku. Główną bohaterkę poznajemy jednak później, bo w 1966 na wystawie w Museum of Modern Art, gdzie za sprawą zdjęcia wracają do niej wspomnienia z młodości. Zaczyna zatem snuć swoją opowieść o pamiętnym roku 1938, w którym jej życie obrało nowy kierunek. Katey to miła towarzyszka w tej podróży, postać pełna sprytu i charyzmy, która wie jak się odnaleźć w nowym miejscu, nie boi się spróbować wykonania kolejnego kroku. Jej wspinanie się po szczeblach kariery to przykład takiego standardowego „od zera do bohatera”. Jednak najbardziej ciekawy jest właśnie sposób w jaki Katey, osoba, która nie boi się ryzyka i ciągle bywa w towarzystwie, te kolejne awanse zdobywa.

źródło

Towles znowu piękne rysuje tło wydarzeń. Nowy Jork przeszłości pełen jest interesujących miejsc, małych, zadymionych spelunek z jazzmanami umilającymi czas i pełnych przepychu restauracji, gdzie martini leje się litrami, biur, w którym przesiaduje ekipa początkujących, aspirujących sekretarek i wieżowców, w których tworzy się kontent do najgorętszych czasopism. Śledząc historię Katey poznamy wielu bohaterów drugoplanowych z różnych sfer społeczeństwa, przyjrzymy się tym, którzy noszą maskę jako drugą twarz, bezbłędnie odgrywając przybraną rolę w towarzystwie. Magia Manhattanu polegała na tym, że każdy mógł udawać tego, kogo chciał, finalnie okazuje się jednak, że szczęście nie idzie w parze z oszukiwaniem samego siebie. Czasami dopiero skromne i uczciwe życie może przynieść spełnienie.

Autor znowu czaruje słowem, jego styl jest naprawdę magiczny i trudno się od powieści oderwać. Przez historię płynie się z czystą przyjemnością, świetnie budowana jest atmosfera, oddany klimat lat i miasta, dzięki czemu łatwo w tę fabułę wsiąknąć. W Dobrym wychowaniu wybrzmiewa dla mnie przede wszystkim zachęta do próbowania nowych rzeczy, do wchodzenia tam, gdzie niekoniecznie nas oczekują. Czasami poznana przypadkowo osoba może zmienić całe nasze życie. I tak, liczą się też podejmowane przez nas decyzje, ale jeżeli nie zaryzykujemy to nasza szansa może uciec sprzed nosa. 

Jedyne, co mogę dodać na koniec to: panie Towles, proszę pisać więcej!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

poniedziałek, 30 listopada 2020

„Gorzko, gorzko” Joanna Bator — saga rodzinna na cztery głosy

„Gorzko, gorzko”
Joanna Bator

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 650
Wydawnictwo: Znak

[...] w życiu nie ma przedtem ani potem. Nie ma również teraz. Teraz nie ma najbardziej. Jest raczej wszystko naraz, to, co było, co jest i co będzie, splecione jak warkocz, którego nie da się już rozsupłać. A do tego żyje się nie tylko swoje życie, ale też tych, którzy byli przed tobą, i nic na to nie można poradzić.

Krótko o fabule:
„Gorzko, gorzko” to opowieść o pragnieniu miłości i wolności, które dojrzewa w życiu i marzeniach czterech pokoleń kobiet. Dlaczego Berta popełniła zbrodnię? Kiedy Barbara nauczyła się tak dobrze rzucać nożem? Dlaczego Violetta otworzyła wek Pandory i co w nim było? Czy Kalinie uda się poznać prawdę? Historię Berty, Barbary i Violetty opowiada Kalina, która w Wałbrzychu, Unisławiu Śląskim i Sokołowsku odnajduje brakujące fragmenty rodzinnej historii i zszywa je w całość. Mozolnie rekonstruując pamięć swej naznaczonej traumą rodziny, mierzy się zarazem z własną miłosną utratą.
- opis wydawcy 


Moja recenzja

W swojej najnowszej książce Joanna Bator serwuje nam historie czterech połączonych więzami krwi kobiet, która rozgrywa się na przestrzeni prawie stu lat — opowieść rozpoczyna się przed drugą wojną światową, a kończy współcześnie.

Bator dzieli powieść na cztery — przeplatające się ze sobą w kolejnych rozdziałach — głosy. Każda część należy do innej postaci i od jej imienia zostaje nazwana, kolejno Berta, Barbara, Violetta i Kalina. Na początku każdy z fragmentów jest skoncentrowany na historii tytułowej bohaterki danego rozdziału, ale szybko daje o sobie znać wpływ reszty kobiecych postaci. Tworzy się rozbudowana saga rodzinna, którą można traktować jako cztery oddzielne historie, ale która zyskuje swój dodatkowy wydźwięk, kiedy spojrzymy na nią, jako spójny zapis losów jednej rodziny.

Wprawdzie w książce mamy cztery bohaterki, ale wszystkie wydarzenia są przefiltrowane przez postać Kaliny — narratorki, która często stara się chować za postacią wszechwiedzącego narratora, ale momentami wychyla się i mówi do nas w pierwszej osobie. To ona postanawia przeprowadzić dokładne poszukiwania, które naprowadzą ją na ślady przodków, tych z najbliższej, i tych z nieco dalszej przeszłości. To właśnie jej postać stanowi klamrę całej opowieści.

Autorka na miejsce akcji wybiera Unisław Śląski, Sokołowsko, Wałbrzych i Wrocław. Myślę, że to, że mieszkam we Wrocławiu, i odwiedziłam też kiedyś Sokołowsko i Wałbrzych, sprawiło, że łatwiej było mi wczuć się w klimat książki i od razu stała mi się ona bliższa. Pewnie też dzięki temu odkrywanie przeszłości Dolnego Śląska i historii słynnego sanatorium dla chorych na gruźlicę w dawnym Görbersdorf, sprawiło mi sporo satysfakcji.

źródło

Gorzko, gorzko to przede wszystkim opowieść o kobietach mocno doświadczonych przez życie. Traumatyczne wydarzenia nie zniszczyły ich ducha, chociaż naznaczyły ich późniejsze losy. Te trudne przeżycia dały im siłę oraz motywację do podjęcia skrajnych i nieraz bardzo dramatycznych działań. Muszę tu wspomnieć, że zdarzają się w tej książce opisy, które mogą budzić odrazę czy powodować dreszcz obrzydzenia. Niektóre przedstawione w niej historie wywołują bardzo skrajne emocje i trudno pozostać wobec nich obojętnym.

Poza tym rozpoczynając lekturę, miałam wrażenie, że jej początek nieco się dłuży, bo wprowadzenie do historii każdej z postaci odbywa się dość powoli, ale później ich losy bardzo mnie wciągnęły. Podczas czytania dużą przyjemność sprawiło mi również rozkoszowanie się długimi opisami i zgłębianiem życia postaci drugoplanowych, które przewijają się przez całą opowieść, a historie ich życia przeplatają się z losami głównych bohaterek.

Gorzko, gorzko to kolejny przykład dobrej polskiej literatury. Duszny, mroczny klimat w połączeniu z realizmem magicznym czyni cuda. Czasami miałam wrażenie, że słyszę kaszel zmarłego Zbyszka Papugi, któremu marzyło się Kilimandżaro. W swojej najnowszej powieści Bator okazuje się wnikliwą obserwatorką kobiecej psychiki. Kreuje obrazy kobiety kochanki, kobiety wojowniczki, kobiety marzycielki, poszukujących swojego miejsca w świecie. To powieść o straconych marzeniach, palących pragnieniach, codziennych zmaganiach, pokładach siły do walki o przetrwanie, o tym jak przeszłość miesza się z teraźniejszością wpływając na przyszłość, o zawiłych relacjach między kobietami w rodzinie oraz o echach przeszłych wydarzeń, które rzucają cień na losy przyszłych pokoleń. Nie jest to może literatura lekka i przyjemna, ale skłania do przemyśleń.


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak.

niedziela, 22 listopada 2020

„Strona świata” Wojciech Jagielski - dawka świeżej historii z różnych stron świata w pigułce

„Strona świata”
Wojciech Jagielski

*Gatunek:* podróżniczy, zbiór reportaży
*Rok pierwszego wydania:* 2020
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* Znak

Nigdy za to nie brakowało krzywd i pokrzywdzonych. Wystarczyło ich tylko skrzyknąć, wcisnąć w garść karabiny i poprowadzić. Wojny, rozpychająca się pustynia i susze pozbawiły ludzi zajęcia i grosza, martwa ziemia przestała żywić. Wystarczyło, by partyzanci pojawili się w wiosce, a za garść banknotów każdy prawie mężczyzna gotów był do nich przystać. Tym bardziej, że wojna nadawała życiu ułudę sensu i celu, jakiego nie dawała głodowa wegetacja.

*Krótko o fabule:*
Strona świata jest wyborem najciekawszych, aktualnych tekstów Wojciecha Jagielskiego z ostatnich lat, publikowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”.
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*

Czy nazwanie dziecka Donald Trump może przynieść pecha? Które państwa nie tak dawno zmieniły nazwy swoich stolic bądź je przeniosły? Jak potoczyła się historia żony Nelsona Mandeli? Co Egipcjanie myślą o znanym piłkarzu Mohammedzie Salah? To tylko część pytań, które próbuje rozwikłać dziennikarz w tomie Strona świata, czyli niedawno wydanym zbiorze reportaży napisanych przez Wojciecha Jagielskiego. Są to teksty, które stworzył na przestrzeni ostatnich trzech lat dla Tygodnika Powszechnego, a ogólnym tematem jest współczesny świat i zmiany w nim zachodzące.

Strona świata to moje drugie spotkanie z twórczością słynnego reportażysty, wcześniej czytałam jego Na wschód od zachodu, czyli sprawozdanie z sytuacji współczesnych hipisów, szukających swojej oazy spokoju i wolności. W przypadku Strony świata będziemy mieć do czynienia z naprawdę sporą ilością informacji na różne tematy, ponieważ tym razem Jagielski nie skupia się na jednym i konkretnym problemie, a raczej próbuje dać nam obraz świata, analizując go na podstawie najświeższej historii. Powód nagromadzenia w lekturze wielu tematów jest prosty - same teksty powstawały w celu opublikowania ich na łamach Tygodnika Powszechnego, a nie były zaplanowane na formę zamkniętej książki. Jednak wydaje mi się, że pomysł umieszczenia tych różnych reportaży w jednym miejscu okazał się strzałem w dziesiątkę.

Nelson Mandela i Winnie Mandela, źródło

Od razu warto zaznaczyć, że to nie jest tego typu książka, z którą zasiada się w fotelu i czyta od deski do deski. Ja przyznaję, że nawet tego próbowałam, ale szybko poległam. Przede wszystkim moja niewielka wiedza na temat zmian w państwach Dalekiego Wschodu czy w krajach afrykańskich wymagała dodatkowych pokładów skupienia podczas lektury. Są w Stronie świata teksty, w których autor swobodnie używa nazwisk, miejsc, wydarzeń, które dla mnie były obce i wtedy czytanie szło dość opornie. Same rozdziały są jednak na tyle krótkie (cóż, w końcu zajmują tyle co standardowy materiał w gazecie), że dawkowanie czytania wpływa pozytywnie na odbiór całości. I takie podejście Wam polecam, bo je sprawdziłam na własnej skórze.

Siłą reportaży Wojciecha Jagielskiego jest to, że potrafi z perspektywy historii zwykłego człowieka przedstawić problem całego kraju. Z jednej strony: tak, wiele jego tesktów dotyczy głów państw i ważnych polityków, ale często rzuca więcej światła na życie zwykłego członka społeczeństwa - tak jest np. w pierwszym tekście o podupadającym biznesie domów na wodzie, który jest punktem wyjścia do objaśnienia sytuacji w Kaszmirze po wojnach indyjsko-pakistańskich. 

To również niesamowite, że statystyczny Europejczyk tak niewiele wie o wydarzeniach na świecie. Dla nas istnieje tylko nasz kontynent i może jeszcze Ameryka, a reszta przemija gdzieś bokiem. Dlatego kiedy w końcu czytamy o tych omijanych fragmentach globu to okazuje się, że wydarzenia rozgrywające się na Wschodzie czy w Afryce potrafią mocno zadziwić i wstrząsnąć. Już ostatnio przeraziła mnie brutalna historia Iranu, o której przeczytałam w Szachinszachu Kapuścińskiego, a teraz przekonałam się, że sporo innych krajów przechodzi podobne kryzysy. Tym bardziej warto po Stronę świata siegnąć, ponieważ reportaże tego typu potrafią naprawdę otworzyć oczy mieszkańcowi Europy.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 7 kwietnia 2020

„O pięknie” Zadie Smith - różne światopoglądy, te same problemy

*O pięknie*
Zadie Smith

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* On Beauty
*Gatunek:* społeczna, obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 600
*Wydawnictwo:* Znak

Widzę ostatnio bardzo wyraźnie, że nie żyłam dla żadnej idei ani nawet dla Boga - żyłam, bo kochałam właśnie tego człowieka. Jestem bardzo samolubna, naprawdę. Żyłam dla miłości. Nigdy nie interesowałam się moją rolą w świecie - w rodzinie tak, ale nie w świecie. Nie będę bronić mojego modelu życia, ale taka jest prawda.

*Krótko o fabule:*
Rodzina Belseyów jest zbyt normalna, by mogło to być prawdziwe. Troje dzieci, każde innego wyznania, apodyktyczna matka, była aktywistka na rzecz praw kobiet i oderwany od rzeczywistości ojciec, którego życie koncentruje się wokół twórczości Rembrandta. No i śmiertelnego wroga: Monty’ego Kippsa. Ale kiedy Jerome, najstarszy syn Belseyów, oświadcza się córce Monty’ego, wszystko wywraca się do góry nogami. Howard Belsey wyrusza za ocean, by wreszcie rozprawić się z Kippsem. I wywołać lawinę zdarzeń, które na zawsze już splotą losy dwóch rodzin.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Zadie Smith to brytyjska autorka, której twórczość w Polsce znana jest przede wszystkim z tytułów Białe zęby oraz Swing time. O pięknie to trzecia powieść w jej dorobku, za którą dostała nominację do Nagrody Bookera. Wydawnictwo Znak postanowiło wznowić tę pozycję, co okazało się idealnym bodźcem dla mnie, żeby w końcu przekonać się czy książki Smith faktycznie zasługują na tak liczne zachwyty.

Autorka powoli wprowadza nas w świat z kart książki, a zaczyna od zaprezentowania konfliktu między dwoma mężczyznami i postaci syna, który połączy te dwie strony. Tak się bowiem złożyło, że Jerome, syn Howarda Belsey'a zatrzymuje się w domu wroga rodziny numer jeden: Monty'ego Kippsa. Mało tego! Zakochuje się w jego córce. W tym punkcie spodziewałam się, że historia ruszy w stronę znaną z wielu innych książek i będzie opowieścią o współczesnych Romeo i Julii, walczących z rodzicami o przetrwanie swojego związku. Oczywiście zwiedziona zostałam tylko na krótki moment, bo fabuła podąży w zupełnie innym kierunku.

Przez to, co słyszałam przed lekturą, proza Zadie Smith kojarzyła mi się z poruszaniem problemów związanych z rasą, z różnicami pomiędzy różnymi grupami etnicznymi, klasami społecznymi, zatem tego też się po książce spodziewałam. Po części to dostałam, ale w niespodziewanej, niejednoznacznej formie. Zupełnie zaskoczył mnie fakt, w jak inteligenty sposób autorka prowadzi swoich bohaterów. Będziemy mieć tutaj styczność z przedstawicielami poglądów skrajnie lewicowych i prawicowych, to konflikt tych jednostek jest podwaliną całej historii. Autorka z siłą i pewnością wkłada postaciom do ust słowa, które będą broniły ich punktów widzenia, a czytając je możemy powiedzieć jedno: oddaje sprawiedliwość obu stronom, z żadnej nie robiąc tej „rażąco gorszej”. Świetnym pomysłem okazało się także ukazanie podobieństwa dwóch rodzin, pomimo sporych różnic w światopoglądzie. Mimo że żyją one zupełnie inaczej, mają całkowicie różne hierarchie wartości, to problemy czysto codziennego życia w rodzinie dopadają ich tak samo. Natomiast w przypadku głów rodzin, które najżarliwiej się ze sobą spierają, te problemy są wręcz identyczne.

źródło
Sposób narracji Smith robi spore wrażenie, jej powieść naszpikowana jest mnogością charakterów, a każdy z nich potraktowany jest z rozwagą, widać poświęconą pracę nad jego budową. Dialogi są przemyślane, podkreślają osobowość postaci - profesorowie perorują wyszukanym słownictwem, a syn Howarda, Levi, który przesiaduje w hip-hopowym towarzystwie podwórkowym z lekkością posługuje się ulicznym slangiem. Styl autorki jest intelektualny i zawiły kiedy opowiada o sztuce czy sporze Kippsa i Belsey'a o zasadność zachwytów nad Rembrandtem, ale z drugiej strony jest prosty i bezpośredni podczas codziennych rozmów, kiedy żony głównych bohaterów konfliktu spotykają się przy herbacie i placku. Naprawdę łatwo docenić tę zdolność operowania słowem, jaką ma Smith.

Mając te wszystkie plusy na uwadze nie uważam, żeby O pięknie było powieścią wybitną. Bardzo dobrze radzi sobie z pokazaniem dwóch światów, konflikt jest tutaj żywy i zgrabnie poprowadzony. Jednak fabularnie zdarzają się w książce mielizny, gdzie tracimy zainteresowanie na dłuższy czas. Winą obarczyłabym tutaj wielowątkowość, lektura wciąż otwiera się na nowe postaci, którym poświęcane jest sporo miejsca. Autorka po czasie złapie nas znowu i zaciekawi, jednak jestem w stanie zrozumieć, że nie każdy będzie miał cierpliwość przebrnąć przez dłuższy czas zwolnienia tempa akcji. Szkoda, bo kiedy ta się rozkręca, to naprawdę śledzimy historię z zaangażowaniem.

Miejscem, w którym O pięknie radzi sobie najlepiej jest poletko rodzinne. Zadie Smith z precyzją wnika do głów Belsey'ów i rysuje nam obraz prawdopodobny, pełen różnorodnych emocji. W pamięci zapadła mi scena, w której trójka rodzeństwa spotyka się niespodziewanie i postanawia wypić wspólnie kawę, żeby po chwili zrozumieć, że brakuje tematów, które połączą ich różne zainteresowania. Rozterka ich rodziców także poprowadzona jest wnikliwie, od kryzysu wieku średniego, folgowania swoim zachciankom, po rozmyślanie na temat sensu utrzymania pozorów i nad tym jak dalece możliwe jest wybaczenie grzechów człowieka, z którym przeżyło się trzydzieści lat.
Także pierwsze spotkanie z prozą Smith mogę uznać za udane, chociaż nie zaprzeczę, że spodziewałam się więcej.

niedziela, 3 marca 2019

Nierówna walka o sprawiedliwość - „Gdyby ulica Beale umiała mówić” James Baldwin


*Gdyby ulica Beale umiała mówić*
James Baldwin

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* If Beale street could talk
*Gatunek:* obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1974
*Liczba stron:* 250
*Wydawnictwo:* Znak
Ludzie spoglądają na nas jak na zebry. A jak wiecie, jedni lubią zebry, a drudzy nie. Ale nikt nie pyta zebry o zdanie.
*Krótko o fabule:*
Harlem, Nowy Jork. Tish i Fonny byli razem zawsze. Dorastali w jednej dzielnicy, w jednej społeczności, a ich miłość rosła wraz z nimi. Niepostrzeżenie stała się dla nich najważniejsza. I chociaż nie mają nic prócz siebie, Tish wierzy, że będą żyli długo i szczęśliwie.  W przeddzień ślubu Fonny zostaje oskarżony o gwałt. Ma mocne alibi, ale jest czarny. Tish zrobi wszystko, by wyciągnąć go z więzienia. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Wydawnictwo Znak postanowiło wznowić powieść Jamesa Baldwina, a w kinach nadal możecie oglądać jej ekranizację. Ja jakoś zaspałam i nie udało mi się jej obejrzeć przed rozdaniem Oscarów, więc postanowiłam, że poczekam już i zerknę na nią po przeczytaniu pierwowzoru. Co prawda film nie zdobył w końcu wielu nagród (chociaż Regina King była w tym przypadku czarnym koniem w kategorii aktorka drugoplanowa), ale zwiastun i opis historii wystarczająco mnie zaintrygowały.

W tym miejscu warto wspomnieć kilka słów o autorze, czyli Jamesie Baldwinie. Jest to nazwisko bardzo znane, szczególnie wśród Afroamerykanów. Wiedziałam, że warto się z nim zaznajomić, kiedy Regina King wspomniała podczas mowy oscarowej, że to zaszczyt zagrać w filmie, napisanym na podstawie jego książki. Tematyka jego utworów najczęściej dotyczyła pojęcia rasizmu, tolerancji, prześladowania oraz homoseksualizmu. Baldwin był zwolennikiem Martina Luthera Kinga, zaangażowany w ruch praw obywatelskich. Podsumowując, jest to nazwisko, które warto znać.

Książka Gdyby ulica Beale umiała mówić jest naprawę niewielka objętościowo, ale niesie ze sobą na tyle sporo treści, że po lekturze czujemy się nasyceni. Baldwin zdecydowanie miał ciekawy styl i potrafił oddać klimat czasów (książka napisana została w latach 70tych). Przede wszystkim jednak zaskoczył mnie sposób, w jaki pisał o uczuciach. Ta książka w sporym stopniu jest romansem, a miłość między Tish i Fonnym nie jest może cukierkowa i słodka, ale niezwykle prawdziwa. Baldwin opisując sceny między nimi nie silił się na przedstawianie ich uczucia jako czegoś niezwykłego, czego moglibyśmy im zazdrościć. Pisał o zwykłym życiu, którego Tish nie wyobrażała sobie bez Fonny'ego, a Fonny bez Tish. I było w tym mnóstwo prostego piękna.
źródło
Wydaje mi się, że ruch #blacklivesmatter, opisywany przez twórców w Ameryce już od wielu lat, w Polsce jest mniej znany i trochę bardziej odległy. Sam wątek rasizmu i prześladowań jest jednak na tyle uniwersalny, że łatwo odnieść go do naszych realiów. Zawsze znajdzie się grupa ludzi mająca przewagę, która będzie chciała wykorzystać swoją pozycję do gnębienia innych. Nie oszukujmy się, każdy z nas zna to ze swojego otoczenia. W książce Gdyby ulica Beale umiała mówić spotkamy się z rażącym przykładem niesprawiedliwości, wykorzystania, bezczelnego niszczenia czyjegoś życia, jakby nie miało ono żadnego znaczenia. Jest to temat przerażający, a czytanie o kolejnych uprzedzeniach i walce o prawo do normalnego życia potrafi uświadomić w jakich warunkach egzystowali Afroamerykanie (zwróćmy też uwagę, że nie były to „stare dzieje”, a lata 70te poprzedniego wieku).

Także można powiedzieć, że na przykładzie intymnej historii miłosnej Baldwin porusza globalny temat rasizmu i wykluczenia niektórych grup ze społeczeństwa. Nie jest jednak bezkrytyczny jeżeli chodzi o grupę głównych bohaterów. Tak, Tish ma wspaniałą rodzinę, ale matka i siostry Fonny'ego nie są już przedstawione w dobrym świetle. Także mimo tego podziału na wyobcowanych Afroamerykanów i bezlitosnych białych, możemy zobaczyć też pojawiające się odcienie szarości wśród obu tych grup.

Gdyby ulica Beale umiała mówić napisana jest z perspektywy głównej bohaterki, Tish. Niełatwe to zadanie, kiedy autor zabiera się za pisanie z perspektywy kobiety, ale James Baldwin poradził sobie z tym naprawdę świetnie. Co prawda czasami miałam wątpliwości co do momentów dialogowych, które wydawały się jakoś tak nie na miejscu, ale były to sporadyczne przypadki. Ogólnie warto czasami zwolnić czytanie i pochylić się nad niektórymi fragmentami, bo stylistycznie znajdą się prawdziwie piękne fragmenty. A najbardziej ciepło wspominać będę więzy między członkami rodziny Tish. Bezwarunkowe wsparcie, akceptacja i wiara w córkę sprawiają, że rodzice głównej bohaterki są właśnie tym, czego dziewczyna potrzebuje. Bez wiedzy, że ma w nich i w swojej siostrze oparcie zapewne nie udałoby się utrzymać siły i niezłomności w walce o sprawiedliwość dla ukochanego. A jak ta walka się kończy, musicie przekonać się sami.

Moja ocena: 8/10



Za egzemplarz powieści dziękuję wydawnictwu Znak.

sobota, 13 października 2018

Morza szum, ptaków śpiew i pohamowany ziew - „Manhattan Beach” Jennifer Egan



*Manhattan Beach*
Jennifer Egan

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Manhattan Beach
*Gatunek:* literatura piękna współczesna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 592
*Wydawnictwo:* Znak Literanova

"Ilekroć Anna przenosiła się ze świata ojca do świata matki i Lydii, miała wrażenie, że uwolniła się od jednego życia na rzecz drugiego, głębszego."
*Krótko o fabule:*
Jest rok 1943, dziewiętnastoletnia Anna Kerrigan nurkuje w okolicach Staten Island. Do tej pory, jako jedyna kobieta nurek, schodziła pod wodę, by naprawiać zniszczone statki, które walczyły na Pacyfiku. Teraz nurkuje w poszukiwaniu ciała swojego ojca. Kilka lat wcześniej Anna towarzyszyła ojcu podczas wizyty w posiadłości Dextera Stylesa, szemranego biznesmena, który dorobił się na czarnym rynku w czasach prohibicji. Spotkanie na Manhattan Beach trwało krótko, jednak losy tych trojga splotły się już na zawsze.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Bardzo często kuszą mnie książki nagradzane, wyróżniane w różnych konkursach i plebiscytach. Mimo że opis Manhattan Beach wydawał mi się mało interesujący, to już określenie jej powieścią roku przez mieszkańców Nowego Jorku, nominacja do National Book Award i fakt, że autorka była wcześniej nagrodzona Pulitzerem przyciągało mnie do powieści jak magnes. Trudno też było nie zauważyć całej masy pozytywnych recenzji po premierze. Niestety, w tym przypadku pełne ekscytacji oczekiwania roztrzaskały się o nużącą fabułę.

W Manhattan Beach śledzimy niejako dwa osobne wątki, z których obszerniejszym jest ten dotyczący Anny, a pobocznym jest burzliwa historia podróży morskiej jej ojca. Chociaż oba mają mocne momenty, to żaden nie zostaje z nami na dłużej i nie wywołuje większych emocji. Początek sprawił, że miałam nadzieję na pełnokrwiste, charyzmatyczne postaci, za którymi będę maszerowała z przyjemnością przez lekturę. Pierwszy rozdział naprawdę sporo obiecuje, autorka czaruje czytelnika pięknymi, surowymi opisami, a kiedy Anna zrzuca buty i zanurza gołe stopy w zimnym piasku na tytułowej plaży, możemy aż poczuć przechodzący ją dreszcz. Jednak z czasem traci się ten niesamowity magnetyzm i zostaje nam zwykła historia w ładnym opakowaniu. Brakuje mi w niej jakiejś iskry, czegoś co pozwoliłoby mi ją zapamiętać.
źródło
Nie przepadam za powieściami obyczajowymi i w przypadku Manhattan Beach nie było w tej kwestii zaskoczenia. Tak liczne pochwalne recenzje sprawiły, że spodziewałam się przełamania mojej awersji, myślałam: „to pewnie taka książka, która w końcu mnie do tego gatunku przekona”. Jednak tak się nie stało. Wydaje mi się, że to musi być wspaniała podróż w przeszłość dla mieszkańców Nowego Jorku - autorka wykonała masę rzetelnej roboty wyszukując informacje z czasów wojennych na przeróżne tematy, przykładowo: specjalistycznej pracy w stoczni, precyzyjnie opisanej czynności nurkowania, po takie szczegóły jak tytuły filmów granych w kinach czy dawnych audycji radiowych. I ta jej ciężka praca wyszła na dobre, bo wstawki historyczne sprawiały mi najwięcej przyjemności.

Wspaniale jest ta książka napisana, styl robi ogromne wrażenie, wyczuwa się w nim taką surowość, ale zarazem i subtelność. Wątek feministyczny wybrzmiewa w jak najlepszych nutach, pokazywanie kobiety walczącej o swoje miejsce w bardzo męskim świecie wydaje nam się naturalną koleją rzeczy, za sprawą postawy Anny i jej podejścia do życia. Ona nie chce pokazać mężczyznom, że też da radę, ona po prostu chce zostać nurkiem. A że żadna kobieta wcześniej tego nie robiła? To trudno, będzie pierwsza! Problem polegał na tym, że to była tylko kropla w morzu wątków. Ich ilość i poprowadzenie fabuły sprawiły, że żaden nie stał się dla mnie głównym i prowadzącym, a zarazem żaden nie był mi naprawdę bliski. Kiedy już zaczynałam zakochiwać się w relacji Anny z ojcem, ten nagle znika. Kiedy rozwija się jakieś uczucie miedzy dwójką osób, nagle zostaje przerwane. Kiedy zaczynam z zainteresowaniem śledzić losy siostrzanej więzi i ta gdzieś ulatuje. Także były motywy, które wydawały mi się bardziej interesujące, jak chociażby relacja między Anną a Lydią, ale zabrakło miejsca na satysfakcjonujący ich rozwój. Zamiast tego pojawiało się znowu kilka kolejnych wątków.

Mam trochę problem z Manhattan Beach. Doceniam jej zalety, wiem, że wiele osób może ją pokochać, ale ja nie zostałam do niej przekonana. Dla mnie jest poprawna, a nie tego się po tym głośnym tytule spodziewałam. Ogromny misz-masz wątków w tym przypadku zadziałał moim zdaniem na niekorzyść, a ja czułam się przerzucana między zamkniętymi przyjęciami dla elity, mafijnymi porachunkami, przygodami morskiej żeglugi i miłosnymi uniesieniami. Co za tym idzie - po lekturze nie został większy ślad.
Za to po inne książki Egan sięgnę na pewno, chociażby dlatego, że ta podobno jest tak różna od tych, które wcześniej pisała.

Moja ocena: 6-/10



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka