Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2026

Krótko o cierpieniu — „Zielone sari” Amanda Devi i „Wściekły pies” Wojciech Tochman

 

Zielone sari
Amanda Devi

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2009
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: Wydawnictwo w Podwórku

Strach ogłupia tak bardzo, że nie liczy się nic innego, ani pragnienia, ani nadzieje, ani możliwość buntu. Strach jest ostateczną niewolą, z której wychodzi się tylko przez śmierć. 
 

Opis wydawcy

Na treść powieści składa się monolog umierającego starego lekarza, którym opiekują się 64-letnia córka i 40-letnia wnuczka. Stary Doktor przez całe życie był tyranem i manipulatorem. W dialogach z żoną, córką i wnuczką (rzeczywistych, a może wyimaginowanych?),ściera się z nimi, skłóca je między sobą, starając się odtworzyć i utrzymać dawną uprzywilejowaną pozycję domowego despoty. Powoli, ale nie do końca, rozwija się tu wątek rodzinnej przemocy, w którym dopatrzeć się można również symbolicznego przedstawienia stosunków panujących w konserwatywnym, patriarchalnym społeczeństwie.


Moja recenzja

Książka Amandy Devi była wielokrotnie polecana na polskim bookstagramie, dlatego trafiła na moją listę do przeczytania. Już od pierwszych stron czujemy, że nie będzie to łatwa lektura – raczej powolne zanurzanie się w odmętach mroku. Wszystko za sprawą narratora – mizoginistycznego, zapatrzonego w siebie starca leżącego na łożu śmierci. To z jego perspektywy poznajemy całą historię, uwięzieni w jego głowie, bez możliwości ucieczki. 

Podczas lektury nie próbujemy nawet tłumaczyć sobie jego okrutnych zachowań, bo wiemy, że on po prostu tak myśli – i właśnie ta świadomość jest najbardziej niepokojąca. Według narratora to jemu należą się oklaski, a on sam jest gatunkiem wyższym od swojej żony, córki i wnuczki. Całe szczęście książka jest krótka, bo nie wiem, jak długo byłabym w stanie wytrzymać w głowie tego despoty – głowie pełnej pogardy i przemocy ukrytej pod pozorami wielkości. 

Amanda Devi to autorka tworząca w języku francuskim, która przez jakiś czas mieszkała na Mauritiusie — i właśnie tam rozgrywa się akcja Zielonego sari. Poznajemy fragmenty dotyczące sytuacji na wyspie z młodości narratora, jednak większość wydarzeń zamyka się w czterech ścianach, w przestrzeni klaustrofobicznej, dusznej i naznaczonej strachem. Autorka ma niezwykłą umiejętność opisywania scen, które na długo zapadają w pamięć. Nie wiem, czy ktoś mógł pozostać obojętny wobec obrazu ryżu wysypanego na zielone sari — symbolu ostatecznego upokorzenia. Ja na pewno nie potrafię się go pozbyć z myśli. Okrutne wydarzenia zostają tu opisane poetyckim, niezwykle obrazowym językiem — pięknym w formie, a przez to jeszcze bardziej okrutnym w wydźwięku. 

Zielone sari to opowieść o ogromnym cierpieniu i o osobie, która zadaje je z zimną kalkulacją. To także historia utknięcia w miejscu, z którego nie da się uciec — ani fizycznie, ani mentalnie. Na szczęście pojawia się tu również promyk nadziei: że być może nadejdzie moment, w którym będzie można zostawić okrutną przeszłość za sobą i zrobić ten jeden, ważny krok do przodu — nawet jeśli miałby być bolesny i niepewny.


Wściekły pies
Wojciech Tochman

Gatunek: zbiór reportaży
Rok pierwszego wydania: 2007
Liczba stron: 180
Wydawnictwo: Znak

Często śni mi się pies, jest agresywny, pianę toczy z pyska, warczy. Ale mnie nie gryzie. Rzuci się na mnie, kiedy zrobię krok. Więc stoję bez ruchu, bez oddechu. Udaję, że mnie nie ma, że nie istnieję. Nie przełykam śliny. A pies patrzy na mnie. I czeka.
 

Opis wydawcy

Wojciech Tochman, jeden z najlepszych polskich reporterów, zwięzłym i precyzyjnym językiem opisuje ludzkie dramaty, ludzką samotność, ale i podłość, obłudę, nienawiść. Opowieść o katastrofie autobusu maturzystów pielgrzymujących do Częstochowy, historia człowieka, który powstał z torów i nie pamięta, kim jest, oraz zapis walki samotnej kobiety z księdzem molestującym dzieci, przywołują najbardziej uniwersalne pytania: o przyczyny zła, sens cierpienia i milczenie Boga.


Moja recenzja

Nie sięgam często po reportaże, a ten trafił na moją półkę przypadkiem, zupełnie bez planu. Przeglądając ofertę antykwariatu online, przykuł moją uwagę, a po szybkim przejrzeniu opinii postanowiłam go kupić. Wojciech Tochman to nazwisko dobrze znane w świecie reportażu — autor kojarzony z trudnymi, często przygnębiającymi tematami. We Wściekłym psie jego reputacja zostaje potwierdzona: to książka o ludzkim cierpieniu w jego najczystszej, najbardziej dotkliwej formie. 

Reportaże są krótkie, wcześniej publikowane na łamach czasopism. Każdy z nich uderza w czytelnika inaczej, ale trudno pozostać obojętnym wobec opisywanych dramatów. Pierwsza historia przedstawia wypadek autobusowy, w którym zginęli maturzyści wracający z pielgrzymki. To porażający obraz, który nie pozwala oderwać myśli od pytania: jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji? 

Siła tych tekstów tkwi w konfrontacji zwykłych ludzi z cierpieniem przekraczającym ich siły. Jak żyć dalej po stracie dziecka? Jak patrzeć, gdy syn mówi wszystkim, że popełni samobójstwo? Jak mierzyć się z chorobą, która pozostanie z nami aż do końca życia? Jak pogodzić się z tajemniczym zniknięciem dziecka wracającego ze szkolnej dyskoteki? W tych reportażach trudno oceniać opowiedziane historie — napisało je samo życie. Warto natomiast docenić wrażliwość autora, który te historie odnalazł i odważył się je nam przekazać. Ta samotność człowieka mierzącego się z tragedią wzbudza współczucie i pragnienie zrozumienia

Wiele z tekstów podkreśla także rolę Boga w opowiadanych historiach. Maturzyści jechali przecież na pielgrzymkę, a pytanie „Gdzie wtedy był Bóg?” nasuwa się niemal automatycznie. Poruszający jest również reportaż o księdzu, który wciąż umyka sprawiedliwości. Powracająca tematyka religijna może niektórym przeszkadzać, dla mnie stanowiła spoiwo łączące poszczególne teksty w jedną, przemyślaną całość. 

We Wściekłym psie Tochman pokazuje, że reportaż to nie tylko opowieść o wydarzeniach, lecz przede wszystkim o człowieku — o jego bólu, wyborach i samotności. To niełatwa lektura, którą czyta się z gulą w gardle.



wtorek, 25 października 2022

„To przez ten wiatr” Jakub Nowak – alternatywna historia romansu Modrzejewskiej z Sienkiewiczem na Dzikim Zachodzie

To przez ten wiatr
Jakub Nowak

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 409
Wydawnictwo: Powergraph

Karol rozmyślał o sile, której dodawała miłość. I o tym, ile ta miłość zarazem wymaga odwagi.
 

Opis wydawcy

Kalifornia, rok 1876. Helena Modrzejewska i Henryk Sienkiewicz wynajmują z przyjaciółmi rancho, aby uprawiać winorośl. Polacy, do pobliskiego Anaheim, założonego przez imigrantów z Niemiec, jeżdżą po sprawunki, do golibrody, po whiskey, bójki i inne saloonowe atrakcje. W kalifornijskim upale, w dusznych, gorących podmuchach wiatru Santa Ana, pod okiem Karola Chłapowskiego, męża Modrzejewskiej, rośnie miłosne napięcie między genialną aktorką a warszawskim dziennikarzem, którym jest wtedy Sienkiewicz. Niezwykła kobieta, przywykła do świata leżącego u jej stóp, i bezczelny trzydziestolatek, który sięgnie po nieosiągalne.


Moja recenzja

Debiut Jakuba Nowaka przyciągnął moją uwagę od razu po przeczytaniu opisu. Książka reklamowana jest jako fabularyzowana historia miłosna Heleny Modrzejewskiej i Henryka Sienkiewicza, której akcja rozgrywa się w gorącej Kalifornii. Brzmi to bardzo oryginalnie i odważnie. Czy ten eksperyment literacki się udał? Od razu mogę powiedzieć, że owszem, nawet bardzo dobrze. To również dlatego miałam problem z napisaniem czegokolwiek na temat tej książki  całość tak bardzo mi się spodobała, że jedyne co powinnam przekazać to: przekonajcie się o jej wspaniałości na własnej skórze!

Jestem szczerze zaskoczona, że od tej lektury otrzymałam taką ilość dobrej zabawy. Może nie gustuję w westernach (ani tych książkowych, ani filmowych), ale książka To przez ten wiatr pokazała za co można ten gatunek pokochać. Postaci są wyraziste, pełne zapału, historia przepełniona akcją, czuć w niej klimat Dzikiego Zachodu z kowbojami, rewolwerowcami, saloonami i licznymi krwawymi jatkami. Całość oparta jest bardzo luźno na faktach. Faktem jest, że grupa Polaków: Sienkiewicz, Modrzejewska, jej mąż, czyli Karol Chłapowski, jej syn, towarzysze Sypniewscy, służąca Anusia wylądowali na farmie w Kalifornii z zamiarem hodowania winorośli. Jakub Nowak postanowił opowiedzieć nam swoją wersję wydarzeń, które mogły mieć tam miejsce.

źródło

Chociaż To przez ten wiatr reklamowany jest jako romans, to czytelnicy znajdą tutaj o wiele więcej niż płomienne uczucie między dwójką artystów. Przede wszystkim autor świetnie poradził sobie z obdarciem słynnych postaci z wyobrażeń o ich wielkości. Od początku rysuje bohaterów z krwi i kości, dzięki czemu stają się czytelnikowi tak bliscy. Sienkiewicz to młody dziennikarz, który marzy o napisaniu powieści, ale jest wciąż raczkujący w tym temacie. Wplatanie w historię pewnych faktów z późniejszej twórczości tego autora wyszła Jakubowi Nowakowi bardzo zgrabnie – dostajemy przykładowo krótką opowieść, która łudząco przypomina historię Juranda ze Spychowa.

Trudno nie docenić tego debiutu. Nie dość, że autor wybrał odważne przedsięwzięcie, to bardzo dobrze się do niego przygotował. Musiał wykonać sporo pracy badawczej przed przystąpieniem do pisania. Brawurowo radzi sobie z oszukiwaniem czytelnika, szczególnie takiego niespecjalnie zapoznanego z tematem (jak ja). O tej eskapadzie, o uczuciu Sienkiewicza do Modrzejewskiej nie wiedziałam nic, zatem wielokrotnie się zastanawiałam na ile autor próbuje odtworzyć wydarzenia, a na ile posługuje się wyobraźnią. Sporo rozwiązań fabularnych pokrywa się z faktami, ale możecie być spokojni – jeżeli zastanawiacie się na ile autor podkoloryzował tę historię to czeka Was zakończenie, które rozwiewa wszelkie wątpliwości. 

Jeżeli mogę coś jeszcze pochwalić, to muszę wspomnieć o postaciach kobiet. Są silne, mają wyraźne motywacje, żadna nie jest tutaj tłem dla męskich potyczek. Przy gatunku westernu można się było czegoś takiego obawiać, ale w Przez ten wiatr ich wątki są równie ważne co te męskie. Przede wszystkim postać Heleny Modrzejewskiej, którą poznajemy wnikliwie, z wejrzeniem we wszystkie jątrzące ją traumy przeszłości, ale też z siłą do ciągłego parcia naprzód. Ciekawa jest również historia Anusi, której przeszłość poznajemy w jednym z rozdziałów. Dzięki jej perypetiom możemy zaobserwować, w jakiej sytuacji były stawiane kobiety w tamtych czasach, szczególnie te niższego stanu.

Przez ten wiatr to debiut-petarda! Alternatywna historia w wykonaniu Jakuba Nowaka jest angażująca, naturalistyczna, odważna, a w tym wszystkim lekka w odbiorze (w czym duża zasługa stylu autora). Po takiej powieści na pewno będę wyczekiwać kolejnych tekstów Jakuba Nowaka.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Powergraph

wtorek, 2 sierpnia 2022

„Szczelinami” i „Zagroda zębów” Wit Szostak – eksperymentowanie formą

Szczelinami / Zagroda zębów
Wit Szostak

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022 / 2016
Liczba stron: 360 / 104
Wydawnictwo: Powergraph

Wszędzie szukał domu i wszędzie go gubił.
 

Opis wydawcy

[Szczelinami]

Założenie jest czysto powieściowe: spisać życie – autoportret poetki lecz zrobić to z założenia za pomocą form niepowieściowych krótkich i pełnych przemilczeń, a potem czytelnika zaprosić do niezwykłej gry w sklejanie życia narratorki z okruchów jej najintymniejszych doświadczeń: dojrzewania, miłości i rozstań rozczarowań i macierzyństwa, trudnych relacji rodzinnych długiego cienia przeszłości losu kobiety w świecie rządzonym przez mężczyzn. Zmysłowa i cielesna, niedopowiedziana i bezkompromisowa, nieoczywista i prawdziwa. Ta książka jest jak kobieta.

[Zagroda zębów]

"Zagroda zębów" Wita Szostaka to zbiór miniatur literackich, będących apokryficznymi wersjami mitu Odysa. Autor próbuje w nich prześledzić alternatywne, nieistniejące wersje mitu: Odys nie wraca na Itakę, gdyż zakłada dom gdzie indziej; Odys nie wraca, gdyż pomaga odbudować Troję; Odys wraca, lecz zostaje zabity przez Penelopę; Odys wraca, lecz nikt nie rozpoznaje w nim wielkiego bohatera i umiera w samotności.


Moja recenzja

Z twórczością Wita Szostaka pierwszy raz spotkałam się pod koniec 2020 roku za sprawą powieści Cudze słowa.  Do tej pory pamiętam, że wrażenie zrobiła na mnie zaproponowana przez autora forma. Szostak podzielił fabułę na części, a w każdej z nich narrator opowiadał swoją wersję historii o głównym bohaterze. Lektura zostawiła po sobie dobre wrażenie, a więcej o niej możecie poczytać tutaj. Niedawno premierę miała najnowsza książka autora pod tytułem Szczelinami. Kiedy rozpakowałam paczkę z przesyłką, zamarłam z wrażenia. Trzeba przyznać, że okładka i wyklejka są przepiękne, a wszystko za sprawą talentu ilustratorki, Patrycji Podkościelny. Po zachwytach nad grafiką szybko nastąpiło zaskoczenie wnętrzem, bo wcześniej nic o książce nie słyszałam. Przewróciłam szybko kilka stron, a w środku znalazłam... wiersze!

Na początku muszę się przyznać, że poezji raczej nie czytam. Dlatego wypowiadam się od strony zupełnego laika – nie znam się, mam problemy ze zrozumieniem wielu wierszy i po prostu wolę prozę. Mam jakieś tomiki poezji w domu, ale zazwyczaj sięgam po któryś „z doskoku”, losując stronę na chybił trafił. W przypadku Szczelinami jest to niemożliwe, bo Wit Szostak używając wierszy napisał powieść. Usiadłam zatem do lektury pełna obaw, że nie przyswoję treści historii. Czekało mnie jednak pozytywne zaskoczenie! Może nie wyłapałam wszystkiego, przez niektóre fragmenty trudniej mi się brnęło, ale miejscami mnie ta książka emocjonalnie rozwaliła. Podczas czytania rozdziałów z wierszami dotyczącymi dziadków bohaterki nie mogłam powstrzymać łez, a przy lekturze bardzo rzadko mi się to zdarza (inaczej niż przy filmach, tam płaczę bez przerwy!). Zupełnie mnie zaskoczyło, że treść wierszy tak łatwo rezonowała z moimi uczuciami. Zapewne pomagał fakt, że całość napisana jest z perspektywy kobiety, w pierwszej osobie. I to prowadzenie narracji wyszło Szostakowi bardzo zgrabnie. Wrażliwie, wnikliwie, sensualnie. Poezja w wykonaniu autora jest bardzo różna – niektóre rozdziały zawierają długie, szczegółowe wiersze, inne są bardzo oszczędne, sprowadzone do kilku zdań. To jest chyba ten typ książki, do której chętnie w przyszłości powrócę.

Kiedy skończyłam Szczelinami przypomniałam sobie, że na półce mam jeszcze jedną, skromnie wyglądającą powieść autora pod tytułem Zagroda zębów. I ponownie – Szostak mnie zaskoczył. Tym razem postanowił w krótkich formach przedstawić alternatywną wersję podróży Odysa, poszukującego drogi do domu. Jest to temat, który pasuje mi na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, zawsze bardzo lubiłam czytać mity, słuchać opowieści o starożytności, greckich bogach, niepokonanych herosach i ich błyskotliwych pomysłach. Z perspektywy czasu, myślę że trochę od tej sympatii wzięła się moja fascynacja fantastyką. Zatem sam temat Zagrody zębów sprawił, że byłam zaintrygowana. Dodatkowo, autor zdecydował się na zabawę w „co by było gdyby”, a ja ten temat w sztuce bardzo lubię. To, w jaki sposób przypadek albo jedna decyzja zmieniają całe nasze życie. I pytania: czy gdybyśmy podążyli inną ścieżką to wylądowalibyśmy w podobnym miejscu? A może kompletnie gdzieś indziej?

Szostak znowu bawi się tekstem, wybiera wątki różnych postaci i z nimi eksperymentuje. To nie tylko opowiadania o Odysie, ale też o Telemachu i Penelopie. Wędrówka jawi się jako źródło poszukiwań  bohaterowie szukają odpowiedzi na pytania kim jesteśmy, kim jest heros/bohater, ile uda nam się przeszkód pokonać w drodze i czy na końcu okaże się, że było warto. Ciekawym wątkiem jest ten dotyczący samej sztuki opowiadania. Fragmenty, w których bajarze koloryzują opowieści, żeby osiągnąć lepszy efekt i zainteresowanie słuchaczy. Czuć również w tych opowiadaniach melancholię, a jednocześnie pewne napięcie. Bohaterowie są zagubieni, szukają drogi wyjścia, ale przede wszystkim błądzą. Autor podkreśla to, co starożytni bajarze trzymali za zagrodą zębów – fakt, że herosi też mogli czuć zwątpienie i przygnębienie. Wszystko to w bardzo krótkiej formie, z ciekawą klamrą do współczesnych tułających się Odyseuszy. Pozostaje pytanie: czy dane im będzie znaleźć drogę do domu?


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Powergraph

niedziela, 23 stycznia 2022

W sześciu punktach o twórczości Jakuba Małeckiego + ranking najlepszych książek autora

Moja przygoda z prozą Jakuba Małeckiego zaczęła się w 2016 roku, za sprawą powieści Dygot. To książka o której w świecie polskiej literatury było naprawdę głośno. Kolejna, wydana rok później to zbiór opowiadań Ślady, który doczekał się nominacji do Nagrody Nike. W tamtym czasie rzadko sięgałam po polską literaturę, szczególnie tę współczesną, ale pomyślałam, że dam Dygotowi szansę. Nie spodziewałam się, że zostanę tak wierną fanką i z prozą autora zostanę na tak długo.

Ostatnio przeczytałam cztery książki Jakuba Małeckiego: Horyzont, Dżozef, Historie podniebne i Saturnina. Zamiast pisać o każdej osobną notkę pomyślałam, że może lepszym pomysłem będzie wpis, w którym bardziej ogólnie napiszę o jego twórczości. Mam nadzieję, że niektórych z Was przekonam do sięgnięcia po te powieści.

1. Wielu narratorów

Pierwszym elementem, wiążącym książki Jakuba Małeckiego, jest mnogość narratorów. Zazwyczaj w powieści opisuje wydarzenia z perspektywy kilku postaci. Mogą to być osoby związane romantyczną relacją (jak w Horyzoncie), mogą to to być członkowie rodziny (Saturnin) mogą to być obcy ludzie, których spotykamy na swojej drodze (Dżozef). Autor nie zamyka się zatem na historię opowiedzianą od punktu A do punktu B oczami jednego bohatera, a raczej stara się przedstawić różne spojrzenie na dany temat.  Łączy wątki poszczególnych osób, pokazując nam jak oni odczuwają daną sytuację, jak ona na nich wpływa. Siła stylu autora tkwi w tym, jak potrafi zarysować w rzeczywisty sposób życie naszych przodków, którzy borykali się z podobnymi bolączkami, co współcześni bohaterowie, tylko w innych okolicznościach.

2. Tło wojenne

Po przeczytaniu kilku powieści zaczynamy zauważać, że wiele z historii jako czas akcji obejmuje lata wojny. To ciekawe, że autor młodego pokolenia decyduje się tak często wracać do tego tematu. W tym przypadku oczekujemy, że wykaże się odpowiednią ilością empatii i zrozumienia, jako że nie może odnieść się do swojego doświadczenia. Trzeba przyznać, że Jakub Małecki pisze o wojnie tak, że trudno mu cokolwiek zarzucić. Wybrał bowiem najlepszą możliwą drogę  wojna jest zawsze tłem, nigdy czymś, co napędza akcję. Skupienie poświęca elementom ludzkim, emocjom bohaterów i kameralnym sytuacjom, codziennym rozmowom, zostawiając w tyle napakowane sensacją sceny akcji i ważne wydarzenia z historii. Kiedy bohater wyrusza na wojnę to nie usłyszymy o skomplikowanych misjach, wojskowej hierarchii, patosie towarzyszącym oddaniu służby ojczyźnie, a raczej o trudnej codzienności.

3. Codzienność

Trochę się to już wiąże z tym, co napisałam wyżej. Małecki w swoich książkach skupia się na opisywaniu dnia powszedniego. Najważniejszy jest bohater i to, jaki wpływ ma na niego prosta czynność, do czego skłania ona jego myśli. Poznawanie przemyśleń postaci jest niesamowite i pozwala nam poczuć to, co czuje bohater. Liczne dialogi, które znajdziemy na kartach jego powieści zawsze brzmią autentycznie i po prostu widać, że autor jest świetnym obserwatorem.

4. Styl narracji

Dla mnie jedną z największych zalet prozy Małeckiego jest jego oszczędny styl narracji, bardzo bezpośredni, a zarazem sprawiający, że książki się po prostu pochłania. To spore osiągnięcie wywoływać uczucia u czytelnika, tak jakby nie były one wymuszone, a raczej były naturalnym efektem przedstawionych wydarzeń. Jakub Małecki pisze w sposób zwięzły, ale zarazem pełen przekazu, jego zdania składane są w sposób zaskakujący i sprawiają, że chcemy je zapisać, zapamiętać. Mówiąc o stylu autora warto również wspomnieć o często pojawiającej się klamrze, która wiąże ostatnie strony z pierwszymi.

5. Tematy

Każda książka Małeckiego porusza trochę inne tematy, ale są pewne wątki, które wskazują nam, gdzie leżą zainteresowania autora. Jego literatura wielokrotnie przypomni, że śmierć to nieodłączna część życia. Główny bohater prozy autora to człowiek-odludek, szukający swojego miejsca, czujący, że nie pasuje do życia, pełen kompleksów (w Horyzoncie Mariusz walczący z zespołem stresu pourazowego, w Saturninie sportowiec, któremu odebrano cel w życiu, Wiktor Łabędowicz z Dygotu naznaczony chorobą, żyjący w ciągłym strachu, otoczony nienawiścią sąsiadów). Często pojawia się powszechny wątek, dotyczący życia każdego z nas  potrzeba bliskości (niepewni Mariusz i Zuza z Horyzontu, którzy ciągną do siebie, nie wiedząc jak zrobić kolejny krok, w Saturninie historia matki i jej partnera, zapadającego się w sobie Witolda). Wielokrotnie mamy też do czynienia z osobami starszymi, w których życiu kryje się pewna tajemnica. Za sprawą młodych, głównych bohaterów czytelnik rusza w przeszłość, ścieżkami przodków, żeby ją rozwikłać (w Horyzoncie historia matki Zuzy, opowiadana przez jej babcię, w Saturninie wojenna historia dziadka, w Dżozefie opowieść Czwartego). Wszystkie te tematy często łączy realizm magiczny  wydarzenia opisywane są w sposób oniryczny, baśniowy, magia plącze się z rzeczywistością, zmusza bohaterów do konfrontacji ze swoimi lękami, miesza w ich codziennym życiu (w Dygocie mamy klątwy i przekleństwa, wiary w zabobony i czary, w Dżozefie już bardziej dosłownie  otoczenie powoli zatapiające się w czerni i upiorny kozioł obrazujący lęki bohatera).

6. Podsumowanie

Mimo że książki Jakuba Małeckiego są raczej krótkie, to przenosi w nich wiele prawdy o człowieku. Mówi o naszych lekach, obsesjach, kompleksach, o odrzutkach, którzy nie radzą sobie dobrze w społeczeństwie, czy to w przypadku powracającego z Afganistanu żołnierza czy chłopaka którego ojciec nigdy nie zwracał na niego uwagi. Pozostaje pytanie  co będzie dalej? Czy autor postanowi powielać pomysły, tworząc literaturę zadowalającą czy może zrobi krok naprzód i zaskoczy nas wszystkich nowym podejściem, może bardziej odważnym? Ja na pewno nadal będę jego karierę śledzić.

Personalny ranking

Moja topka książek Jakuba Małeckiego.

  1. Rdza
  2. Dygot
  3. Saturnin
  4. Ślady
  5. Horyzont
  6. Dżozef
  7. Historie podniebne
  8. Nikt nie idzie

Ciekawa jestem, które książki autora Wam najbardziej się podobały?

wtorek, 6 kwietnia 2021

„Zły” Leopold Tyrmand – tropem chuliganów w Warszawie z połowy XX wieku

„Zły
Leopold Tyrmand

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1955
Liczba stron: 774
Wydawnictwo: MG

Ludzie czekający w życiu na coś dzielą się na dwie kategorie: na tych, którzy wiedzą, na co czekają, i na tych, którzy tego nie wiedzą, a tylko czekają.


Opis wydawcy
Zaczyna się od tajemniczych napadów. Z tym, że wszyscy atakowani – to bandziory. Ludowa milicja staje na głowie, by dostać jedynego sprawiedliwego, szeryfa bez twarzy, który sprawia, że ludzie zaczynają się czuć bezpieczni. Podziemny światek Warszawy rusza na wojnę. Bohater ma tylko jeden znak rozpoznawczy, niezwykłe, świetliste spojrzenie. A dodatkowo w tle historia miłosna, której osią jest Marta Majewska, niechcący wciągnięta w przestępcze życie Warszawy.

Moja recenzja

Najgłośniejszy polski kryminał, napisany w czasach PRL-u, bestseller, który po premierze rozchodził się jak świeże bułeczki, powieść, którą każdy obywatel naszego kraju powinien przeczytać  z tego typu hasłami spotykałam już od jakiegoś czasu, zanim chociażby zerknęłam na grzbiet książki Leopolda Tyrmanda. Trzeba przyznać, że wbrew temu, co sugeruje tytuł, o Złym można przeczytać sporo dobrych opiniiWznowienie powieści przez wydawnictwo MG nakłoniło mnie, żeby w końcu przekonać się na własnej skórze czy podzielę te zachwyty i zrozumiem fenomen klasyki polskiego kryminału.

Początek do łatwych nie należał. Pisząc „początek” mam na myśli pierwsze sto stron. W tym przypadku rozchodzi się o to, że książka jest bardzo rozbudowana fabularnie, ma spore grono bohaterów, historia toczy się wielowątkowo, a kiedy myślimy, że już chyba wystarczy, że więcej postaci i tak już nie uda nam się zapamiętać, to przedstawiany jest nam kolejny jegomość. Wydarzenia poboczne również nabierają rozpędu, a autor poświęca czas na oddanie detali każdej sceny. Także zamiast się męczyć, zostawiłam tę lekturę na jakiś czas i dopiero gdy ochota na czytanie powróciła, to zrobiłam do niej drugie podejście. I wtedy zażarło.

Próżno doszukiwać się w Złym głównego bohatera. Gdyby jednak trzeba było wybrać tego jednego, który gra tutaj pierwsze skrzypce, to w moich oczach byłaby nim Warszawa. Miasto, które w każdym kolejnym rozdziale poznajemy trochę bliżej  czy to warszawskich fryzjerów, czy warszawskie targi, czy warszawskie tramwaje  to właśnie charakterystyka miasta nadaje książce odpowiednią atmosferę, a przeniesienie się w przeszłość stolicy sprawia sporo radości, nawet osobom, które topografię Warszawy znają słabo, tak jak ja. Tyrmand potrafi czarować słowem, toteż szybko w tę peerelowską wersję świata wnikamy, widzimy sporo podobieństw i różnic w scenach życia codziennego, porównując je ze współczesnymi obserwacjami, ale przede wszystkim chłoniemy kolejne opisy z czystą przyjemnością.

źródło

Podobno sam zalążek pomysłu na tytułową postać, czyli Złego, który rozprawia się z warszawskimi chuliganami, wpadł do głowy Tyrmandowi podczas jazdy pociągiem, kiedy to podsłuchał rozmowę o człowieku, który karze rabusiów w jednym z polskich miast. Początkowo autor planował stworzyć na podstawie tego pomysłu komiks, szybko jednak zmienił zdanie. Całe szczęście, bo siła i największy atut Złego tkwi właśnie w szczegółowych opisach, tworzeniu odpowiedniej atmosfery i oddawaniu sprawiedliwości ówczesnej Warszawie  mieście w trakcie odbudowy, którego obraz śledzimy świeżo po wojnie, kiedy po jego wcześniejszej chwale architektonicznej zostało tylko wspomnienie.

Zły to taka polska postać-legenda, bohater przypominający zagranicznego Zorro albo nawet współczesnych superbohaterów z uniwersum Marvela czy DC. Tajemniczy człowiek o jasnych oczach, pojawiający się znikąd i przynoszący sprawiedliwość, którego kolejne przygody poznamy przede wszystkim na podstawie opowiadania naocznych świadków. W Złym nie będziemy śledzić poczynań tytułowej postaci, jej historia będzie odkrywana fragmentarycznie, aż do samego finału. Zamiast obserwowania codziennych poczynań bohatera, poznamy go z perspektywy innych postaci, posłuchamy co o nim ma do powiedzenia komendant milicji, dziennikarz warszawskiej gazety czy lekarz przyjmujący na pogotowiu pobitych przez Złego zbójów. Zdecydowanie bliższy wgląd otrzymamy do życia codziennego ekipy warszawskich złoczyńców, gdzie będzie nam dane obserwować ich spotkania, pertraktacje i plany wzbogacenia. Zabieg to ciekawy i zapewne na tamte czasy mocno oryginalny  pisanie książki o tytułowym dobrym bohaterze, ale poświęcenie czasu na przedstawienie perspektywy jego niegodziwych przeciwników zdecydowanie się opłaciło. Znajdzie się w powieści także miejsce dla reklamowanego w opisie romansu, jednak nie musimy oczekiwać romantycznych uniesień, bo ta historia miłosna to przede wszystkim porządnie rozpisany wątek, w którym nakreślone zostanie kilka ciekawych charakterów.

Powieść Zły, która zaraz po wydaniu krytykowana była jako idealny przykład grafomaństwa, przetrwała próbę czasu, a nawet zyskała nowej jakości lata po wydaniu. Oprócz wspomnianej już wcześniej wycieczki do stolicy przeszłości, czeka nas także powrót do słownictwa, które trochę już ucieka, do obserwowania przykładów spędzania wolnego czasu sprzed pół wieku, do zatłoczonych kawiarni, w których toczy się życie towarzyskie. Wszystko to pięknie napisane, opisy, które działają na wyobraźnię, a dialogi między postaciami naturalne i ponadczasowe. Nie każdy potrafi napisać tak intrygującą scenę na kilkanaście stron, w której dwoje osób po prostu rozmawia, a Tyrmand poradził sobie z tym zadaniem pierwszorzędnie. Chyba pozostaje powtórzyć za rzeszą fanów autora, że Zły jest tak naprawdę bardzo dobry i każdemu taką wycieczkę do Warszawy przeszłości serdecznie polecam.


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu MG.

poniedziałek, 30 listopada 2020

„Gorzko, gorzko” Joanna Bator — saga rodzinna na cztery głosy

„Gorzko, gorzko”
Joanna Bator

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 650
Wydawnictwo: Znak

[...] w życiu nie ma przedtem ani potem. Nie ma również teraz. Teraz nie ma najbardziej. Jest raczej wszystko naraz, to, co było, co jest i co będzie, splecione jak warkocz, którego nie da się już rozsupłać. A do tego żyje się nie tylko swoje życie, ale też tych, którzy byli przed tobą, i nic na to nie można poradzić.

Krótko o fabule:
„Gorzko, gorzko” to opowieść o pragnieniu miłości i wolności, które dojrzewa w życiu i marzeniach czterech pokoleń kobiet. Dlaczego Berta popełniła zbrodnię? Kiedy Barbara nauczyła się tak dobrze rzucać nożem? Dlaczego Violetta otworzyła wek Pandory i co w nim było? Czy Kalinie uda się poznać prawdę? Historię Berty, Barbary i Violetty opowiada Kalina, która w Wałbrzychu, Unisławiu Śląskim i Sokołowsku odnajduje brakujące fragmenty rodzinnej historii i zszywa je w całość. Mozolnie rekonstruując pamięć swej naznaczonej traumą rodziny, mierzy się zarazem z własną miłosną utratą.
- opis wydawcy 


Moja recenzja

W swojej najnowszej książce Joanna Bator serwuje nam historie czterech połączonych więzami krwi kobiet, która rozgrywa się na przestrzeni prawie stu lat — opowieść rozpoczyna się przed drugą wojną światową, a kończy współcześnie.

Bator dzieli powieść na cztery — przeplatające się ze sobą w kolejnych rozdziałach — głosy. Każda część należy do innej postaci i od jej imienia zostaje nazwana, kolejno Berta, Barbara, Violetta i Kalina. Na początku każdy z fragmentów jest skoncentrowany na historii tytułowej bohaterki danego rozdziału, ale szybko daje o sobie znać wpływ reszty kobiecych postaci. Tworzy się rozbudowana saga rodzinna, którą można traktować jako cztery oddzielne historie, ale która zyskuje swój dodatkowy wydźwięk, kiedy spojrzymy na nią, jako spójny zapis losów jednej rodziny.

Wprawdzie w książce mamy cztery bohaterki, ale wszystkie wydarzenia są przefiltrowane przez postać Kaliny — narratorki, która często stara się chować za postacią wszechwiedzącego narratora, ale momentami wychyla się i mówi do nas w pierwszej osobie. To ona postanawia przeprowadzić dokładne poszukiwania, które naprowadzą ją na ślady przodków, tych z najbliższej, i tych z nieco dalszej przeszłości. To właśnie jej postać stanowi klamrę całej opowieści.

Autorka na miejsce akcji wybiera Unisław Śląski, Sokołowsko, Wałbrzych i Wrocław. Myślę, że to, że mieszkam we Wrocławiu, i odwiedziłam też kiedyś Sokołowsko i Wałbrzych, sprawiło, że łatwiej było mi wczuć się w klimat książki i od razu stała mi się ona bliższa. Pewnie też dzięki temu odkrywanie przeszłości Dolnego Śląska i historii słynnego sanatorium dla chorych na gruźlicę w dawnym Görbersdorf, sprawiło mi sporo satysfakcji.

źródło

Gorzko, gorzko to przede wszystkim opowieść o kobietach mocno doświadczonych przez życie. Traumatyczne wydarzenia nie zniszczyły ich ducha, chociaż naznaczyły ich późniejsze losy. Te trudne przeżycia dały im siłę oraz motywację do podjęcia skrajnych i nieraz bardzo dramatycznych działań. Muszę tu wspomnieć, że zdarzają się w tej książce opisy, które mogą budzić odrazę czy powodować dreszcz obrzydzenia. Niektóre przedstawione w niej historie wywołują bardzo skrajne emocje i trudno pozostać wobec nich obojętnym.

Poza tym rozpoczynając lekturę, miałam wrażenie, że jej początek nieco się dłuży, bo wprowadzenie do historii każdej z postaci odbywa się dość powoli, ale później ich losy bardzo mnie wciągnęły. Podczas czytania dużą przyjemność sprawiło mi również rozkoszowanie się długimi opisami i zgłębianiem życia postaci drugoplanowych, które przewijają się przez całą opowieść, a historie ich życia przeplatają się z losami głównych bohaterek.

Gorzko, gorzko to kolejny przykład dobrej polskiej literatury. Duszny, mroczny klimat w połączeniu z realizmem magicznym czyni cuda. Czasami miałam wrażenie, że słyszę kaszel zmarłego Zbyszka Papugi, któremu marzyło się Kilimandżaro. W swojej najnowszej powieści Bator okazuje się wnikliwą obserwatorką kobiecej psychiki. Kreuje obrazy kobiety kochanki, kobiety wojowniczki, kobiety marzycielki, poszukujących swojego miejsca w świecie. To powieść o straconych marzeniach, palących pragnieniach, codziennych zmaganiach, pokładach siły do walki o przetrwanie, o tym jak przeszłość miesza się z teraźniejszością wpływając na przyszłość, o zawiłych relacjach między kobietami w rodzinie oraz o echach przeszłych wydarzeń, które rzucają cień na losy przyszłych pokoleń. Nie jest to może literatura lekka i przyjemna, ale skłania do przemyśleń.


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka