Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 czerwca 2026

Czy ludzkość zasługuje na ocalenie — trylogia „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” Cixin Liu

Problem trzech ciał, Ciemny Las, Koniec śmierci
Cixin Liu

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 2006 / 2008 / 2009
Liczba stron: 452 / 671 / 825
Wydawnictwo: Rebis

Życie zrobiło milowy krok, kiedy wyszło z oceanu na ląd, ale te pierwsze ryby, które wspięły się na ląd, nie były już rybami. Podobnie ludzie przestaną być ludźmi, gdy naprawdę wkroczą w kosmos i uwolnią się od Ziemi. A więc do wszystkich tu obecnych kieruję te słowa: Kiedy pomyślicie o wylocie w przestrzeń kosmiczną bez oglądania się za siebie, zastanówcie się, proszę, co robicie. Cena, jaką będziecie musieli zapłacić, jest dużo wyższa, niż sobie wyobrażacie. 
 

Opis wydawcy

Podczas rewolucji kulturalnej w Chinach tajna baza wojskowa Czerwony Brzeg wysyła sygnały w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Do prac zostaje włączona Ye Wenjie, córka wybitnego fizyka zamordowanego przez czerwonogwardzistów, i dzięki niej badacze w końcu nawiązują kontakt z obcą cywilizacją stojącą u progu zagłady.  

W XXI wieku naukowiec Wang Miao zostaje członkiem komisji badającej przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków. W wyniku prywatnego dochodzenia natyka się na tajemniczą grę wirtualną o nazwie „Trzy ciała”, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Niebawem odkrywa, że świat tej gry wcale nie jest fikcją... 


Moja recenzja

Bestseller, który w pewnym momencie czytali chyba wszyscy — zdobywca nagrody Hugo, z rekomendacją Baracka Obamy na okładce, a dodatkowo zekranizowany przez Netflix w formie serialu. Na razie dostępny jest pierwszy sezon, ale kolejne zostały już zapowiedziane. Przy okazji akcji czytania science fiction, która odbyła się na Instagramie, postanowiłam dać tej trylogii szansę.

Muszę przyznać, że nie była to łatwa lektura. Terminologii naukowej jest tutaj całe mnóstwo, a autor nieustannie zasypuje czytelnika kolejnymi pomysłami, przez co trzeba naprawdę się skupić, żeby nie zgubić wątku. Zdecydowanie nie są to książki, przez które po prostu się płynie. Momentami trzeba wręcz walczyć o utrzymanie uwagi i odnalezienie się w fabule. Myślę, że częściowo wynika to ze stylu autora, który bywa dość chłodny i zdystansowany, ale jeszcze bardziej z konstrukcji bohaterów. Cixin Liu tworzy postaci raczej jako narzędzia do opowiedzenia historii niż pełnokrwistych ludzi, z którymi można się emocjonalnie zżyć. To bohaterowie podporządkowani ideom i wydarzeniom, a nie odwrotnie. I właśnie z tym miałam największy problem, bo w fantastyce zwykle najbardziej interesują mnie wyraziści protagoniści. 

Potrzebowałam więc chwili, żeby przestawić się na inny sposób czytania — zamiast skupiać się na bohaterach, zacząć patrzeć na całość: na wizję świata, pytania filozoficzne i ogrom przedstawionych koncepcji. Gdy udało mi się zmienić perspektywę, dostrzegłam największą siłę tej trylogii. Pomysły autora są naprawdę imponujące i moim zdaniem to właśnie one sprawiają, że książki zdobyły tak ogromną popularność.

źródło: Netflix

Przykłady tych pomysłów można by mnożyć. Gra komputerowa okazująca się czymś znacznie większym niż rozrywką. Podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników obcej cywilizacji. Projekt Wpatrujących się w Ścianę — grupa ludzi obdarzona praktycznie nieograniczoną władzą, mogąca działać poza wszelką kontrolą. Wyścig naukowy prowadzony w cieniu nadciągającej wojny. I wreszcie sama idea Ciemnego Lasu — wizja kosmosu jako miejsca, w którym każda cywilizacja ukrywa się przed innymi, ponieważ ujawnienie swojej obecności może oznaczać natychmiastową zagładę. To jedna z tych koncepcji science fiction, które pozostają w głowie na długo po zakończeniu lektury.

Bardzo mocno wybrzmiewa tutaj również obraz ludzi jako największego zagrożenia dla samych siebie. W obliczu strachu i walki o przetrwanie człowieczeństwo często schodzi na dalszy plan. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena panicznej ucieczki na lotnisku, podczas której ludzie, walcząc o własne życie, przestają zwracać uwagę na innych.

Ciekawie wypadają także liczne skoki w czasie. Bohaterowie hibernują, budzą się w zupełnie nowych realiach i obserwują zmieniające się społeczeństwa oraz technologie. Dzięki temu trylogia zyskuje ogromny rozmach i pozwala spojrzeć na rozwój ludzkości z perspektywy setek lat. Jednocześnie zabieg ten umożliwia powrót znanych bohaterów w kolejnych częściach.

Ostatecznie mam wrażenie, że nie jest to przede wszystkim historia o kosmitach, lecz o ludziach. O tym, jak reagujemy na strach, jak łatwo tracimy moralny kręgosłup, jak istotną rolę odgrywa rozwój technologiczny i czy jako gatunek rzeczywiście zasługujemy na ocalenie. I właśnie to pytanie zostaje z czytelnikiem najdłużej po zakończeniu lektury: czy ludzie są warci ratunku?


niedziela, 26 stycznia 2025

Styczniowe lektury – „Ministerstwo czasu” Kaliane Bradley i „Rozdroże kruków” Andrzej Sapkowski

 

Ministerstwo czasu
Kaliane Bradley

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 2024
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Poznańskie

Wszystkiemu, co kiedykolwiek się wydarzyło, można było zapobiec, a jednak niczemu nie zapobieżono. Jedynym, co można naprawić, jest przyszłość. Uwierz mi, gdy powiem, że właśnie tego nauczyła mnie możliwość podróży w czasie.
 

Opis wydawcy

Brytyjski rząd uruchamia eksperymentalny program, który polega na sprowadzaniu ludzi z przeszłości – ekspatów. Ich opiekunami i przewodnikami po współczesności są specjalni urzędnicy nazywani pomostami. Oficjalny cel: sprawdzenie, jak podróże w czasie wpływają na ludzkie ciało i bieg historii. Nieoficjalnie: coś jest na rzeczy, ale co?  


Moja recenzja

Największy plus czytania Ministerstwa czasuChyba świadomość, że nie każda książka, która zbiera entuzjastyczne recenzje, musi trafiać w mój gust – i to jest w porządku. Niektóre lektury po prostu nie rezonują z czytelnikiem, a Ministerstwo czasu okazało się jedną z takich książek. Gdybym wcześniej dokładniej zapoznała się z opisem wydawcy, mogłabym przewidzieć, że niekoniecznie będzie to coś dla mnie. Spędziłam z nią kilka wieczorów, ale niestety – nie mogę powiedzieć, że wracałam do niej z niecierpliwością. Bardziej chciałam już zakończyć tę przygodę, niż czerpałam przyjemność z samego procesu czytania.

Na pewno nie pomogły tu wysokie oczekiwania, które wynikały z licznych pochwał i pozytywnych opinii. Sam pomysł na fabułę wydawał się niezwykle obiecujący: połączenie science-fiction, romansu i powieści historycznej – brzmi jak mieszanka idealna. Podróże w czasie to przecież świetny punkt wyjścia dla wciągającej fabuły, a ja byłam ciekawa, jak autorka połączy te różnorodne gatunki. Niestety, wykonanie nie do końca sprostało moim oczekiwaniom. Główne miejsce w historii zajęły rozterki bohaterki i powoli rozwijający się romans, który mnie osobiście nie porwał. Mam wrażenie, że wątki science-fiction i historyczne zostały zepchnięte na dalszy plan, a ich potencjał pozostał niewykorzystany.

Jeśli chodzi o bohaterów, niestety również na tym polu książka mnie zawiodła. Narratorka, choć pełni kluczową rolę, nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych postaci. Brakowało mi w niej sprawczości i głębi, a jej perspektywa nie potrafiła mnie wciągnąć. Graham Gore, XIX-wieczny ekspat, zapowiadał się na bohatera z ogromnym potencjałem – opowieść o kimś próbującym odnaleźć się w zupełnie obcej, współczesnej rzeczywistości to przecież świetny materiał na interesującą fabułę. Niestety, przez to, że narratorka jest jednocześnie główną bohaterką, Graham został sprowadzony głównie do roli szarmanckiego i męskiego kontrapunktu, którego zadaniem jest napędzanie wątku romantycznego. Na drugim planie pojawiły się za to postacie z ciekawszym potencjałem – Maggie i Arthur – ale ich rola była zbyt ograniczona, by wywarli większe wrażenie.

Jednym z bardziej intrygujących aspektów książki była metafora porównująca ekspatów z przeszłości do uchodźców. Główna bohaterka pochodzi z rodziny o kambodżańskich korzeniach, co pozwala jej w pewien sposób zrozumieć zagubienie, które towarzyszy wyrwanym ze swojego świata ekspatom. Niestety, ten temat, podobnie jak wiele innych, został potraktowany dość powierzchownie. Autorka podejmuje również kwestie zmian klimatycznych, homofobii czy trudnych wydarzeń z historii – są to ważne tematy, ale wplecione w fabułę w sposób, który sprawia wrażenie odhaczania kolejnych problemów, zamiast głębszego skupienia się na którymkolwiek z nich.

Finalnie Ministerstwo czasu okazało się dla mnie zwykłym czytadłem, które szybko wyparuje z pamięci. Doceniam próbę poruszenia ważnych tematów oraz odważne połączenie gatunków, ale niestety do fanów tej książki nie mogę się zaliczyć.


Rozdroże kruków
Andrzej Sapkowski

Gatunek: fantasy
Rok pierwszego wydania: 2024
Liczba stron: 292
Wydawnictwo: superNOWA

Bo prawda nie jest dla wszystkich. Prawda jest dla tych, co potrafią ją znieść. Potrafisz?
 

Opis wydawcy

Tym razem arcymistrz polskiej fantasy cofa się do młodzieńczych lat Geralta, który stawia dopiero pierwsze kroki w wiedźmińskim fachu i musi sprostać licznym wyzwaniom. Uzbrojony w dwa runiczne miecze, zwalcza potwory, ratuje niewinne dziewice i pomaga nieszczęśliwym kochankom. Zawsze i wszędzie stara się przestrzegać niepisanego kodeksu, który przejął od swoich nauczycieli i mentorów. Jak to zwykle bywa, życie nie szczędzi mu rozczarowań – młodzieńczy idealizm raz po raz zderza się z rzeczywistością.  


Moja recenzja

Któż by pomyślał, że powrót do wiedźmińskiego świata okaże się tak przyjemny? Ja jestem mile zaskoczona – zwłaszcza po ostatniej książce Sapkowskiego, która była dla mnie raczej rozczarowaniem. Może właśnie to doświadczenie z Sezonem burz sprawiło, że podchodziłam do Rozdroża kruków z mniejszymi oczekiwaniami. Spodziewałam się krótkiej historii o początkach Geralta – i dokładnie to dostałam.

Sapkowski nie próbował zapełnić książki masą easter eggów czy opierać się na sentymentalnych powrotach do znanych postaci. Mógł łatwo zdecydować się na odcinanie kuponów, ale zamiast tego postawił na nowych bohaterów, którzy w interesujący sposób wpływają na młodego wiedźmina. Szczególnie spodobała mi się postać Prestona Holta – doświadczonego wiedźmina, który pełni rolę mentora Geralta po jego opuszczeniu Kaer Morhen. Ciekawym i świeżym pomysłem było także wprowadzenie osoby zajmującej się „rozliczeniami” wiedźmińskiego fachu – coś w rodzaju osobistego księgowego czy doradcy.

Powrót do przygód Geralta był co prawda krótki, ale sprawił mi sporo przyjemności. To może nie ta sama ekscytacja, którą czułam, czytając pierwsze opowiadania Sapkowskiego, ale Rozdroże kruków na pewno warto poznać. Podobała mi się forma książki – historia zbudowana jest z mniejszych epizodów, pierwszych przygód wiedźmina, które zgrabnie łączą się w spójną fabułę z satysfakcjonującym zakończeniem. Choć Geralt nie jest tu tym samym pewnym siebie łowcą potworów, jakiego znamy z sagi – jest młodszy, bardziej wycofany i niepewny – miło było obserwować początki jego wiedźmińskiej kariery.


środa, 28 września 2022

„Koniec wieczności” Isaac Asimov – społeczeństwo pozbawione możliwości rozwoju

Koniec wieczności
Isaac Asimov

Gatunek: science fiction
Rok pierwszego wydania: 1969
Liczba stron: 263
Wydawnictwo: Rebis

Każdy system podobny do Wieczności, który pozwala ludziom wybierać sobie przyszłość, skończy się wyborem bezpieczeństwa i przeciętności, wykluczających zdobycie gwiazd.
 

Opis wydawcy

Andrew Harlan żyje w Wieczności, miejscu istniejącym poza Czasem. Elitarna organizacja Wiecznościowców wprowadza dla dobra całej ludzkości drobne, precyzyjnie zaplanowane zmiany w historii. Podczas jednej z misji Harlan poznaje Noÿs Lambent, arystokratkę z 482 Stulecia. Wbrew etyce zawodowej zakochuje się w niej. Kiedy się dowiaduje, że po następnej zmianie Noÿs może przestać istnieć, Harlan podejmuje decyzję, która może zmienić jego przeszłość i zagrozić istnieniu Wieczności. 


Moja recenzja

Kolekcja Wehikuł czasu od wydawnictwa Rebis rozrosła się już do pokaźnych rozmiarów. Postanowiłam zbierać tylko te tytuły, które mnie szczególnie czymś zaintrygują. Kiedy pojawiła się zapowiedź powieści autorstwa Isaaca Asimova, wiedziałam że muszę ją przeczytać. To znany twórca science fiction, nagrodzony siedmiokrotnie nagrodą Hugo. Dla mnie przede wszystkim kojarzony z tytułem Ja, robot (tak, wszystko przez film ze Smithem), ale w świecie literackim najbardziej głośnym jego dziełem jest cykl Fundacja. Na jego podstawie powstał serial dostępny na platformie Apple TV.

Zdecydowałam się na Koniec wieczności z uwagi na to, że mam pewną dozę zaufania do serii Wehikuł czasu. Wśród wydanych w niej tytułów znalazły się takie perełki jak Kwiaty dla Algernona czy Koniec dzieciństwa. Drugim, decydującym elementem był fakt, że to jednotomowa historia. Ostatnio staram się wstrzymywać od rozpoczynania nowych serii, o ile nie jestem pewna, że będę miała czas na ich kontynuowanie.

Początek powieści wrzuca nas w sam środek świata przedstawionego i chociaż powieść jest raczej krótka, to trochę zajmie nam odnalezienie się w otoczeniu. Poznajemy nowe społeczeństwo, mocno hierarchiczne, które istnieje gdzieś zawieszone we wszechświecie, poza czasem. Jego członkowie, Wiecznościowcy, po dokładnych obliczeniach wsiadają w „windę”, podróżują przez wieki, wysiadają, dokonują Zmiany Rzeczywistości, w oparciu o badanie Maksymalnie Pożądanej Odpowiedzi, po czym wracają do Wieczności. Świat toczy się dalej po wyznaczonej przez nich trajektorii.

źródło

Koniec wieczności to tajemnicza powieść. Przez większość czasu czytelnik nie wie czego się spodziewać, aby na koniec poznać wszystkie odpowiedzi i rozwiązania ukrytych zagadek. Przyznaję, że długo nie wiedziałam czego się złapać, postaci wydawały mi się papierowe, w opowieść żadnej z nich nie mogłam się zaangażować. Niektóre z zabiegów autora okazywały się trafne dopiero po czasie. Dobrym przykładem jest związek głównego bohatera, w którym tkwi nie wiadomo z jakiej przyczyny. Po czasie wprowadzenie tej romantycznej relacji jako siły napędowej do działania okazuje się jednak świetnym pomysłem. Po prostu Asimov nie przykładał do tego wątku większej uwagi, poruszając znacznie ważniejsze tematy.

Na pierwszy plan wysuwa się problem z wybraną, elitarną grupą, która sprawuje kontrolę nad społeczeństwem. Grupą, która działa bez wiedzy ludzkości, dokonuje wyborów w oparciu o sprecyzowane obliczenia. Intrygujący był moment, w którym coś przeskoczyło u mnie, jako u czytelnika. Początkowo myślałam, że ich działanie to nie jest zły pomysł  skoro Wiecznościowcy mają wgląd w przyszłość i widzą, że pewne działania doprowadzą przykładowo do zdetonowania bomby atomowej to mogą temu zapobiec. Jednak autor uświadamia, że czasami trzeba pozwolić na popełnienie błędów (nawet jeżeli w tym przypadku są tragiczne w skutkach). Bez nich jako społeczeństwo niczego się nie nauczymy, a to dzięki popełnionym błędom, jednostka ma szansę się  rozwijać. Asimov długo zasypywał czytelnika nowymi terminami czy zadaniami wykonywanymi przez bohaterów, a dopiero kiedy nastąpił moment kulminacyjny, można zauważyć, że przez cały ten czas budował obraz, który miał dać podwaliny do rozważań po lekturze. 


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

sobota, 27 czerwca 2020

„Diuna” Frank Herbert - fanatyzm religijny i intrygi polityczne w dalekiej przyszłości


*Diuna*
Frank Herbert

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Dune
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1 
*Rok pierwszego wydania:* 1965
*Liczba stron:* 670
*Wydawnictwo:* REBIS
Kiedy religia i polityka jadą na tym samym wozie, ci, którzy powożą, wierzą, że nic nie może stanąć na ich drodze. Zaczynają pędzić na łeb, na szyję, coraz szybciej i szybciej. Odsuwają od siebie wszelkie myśli o przeszkodach i nie pamiętają, że pędzącemu na oślep człowiekowi przepaść ukazuje się, kiedy jest już za późno.
*Krótko o fabule:*
Arrakis, zwana Diuną, to jedyne we wszechświecie źródło melanżu – substancji przedłużającej życie, umożliwiającej odbywanie podróży kosmicznych i przewidywanie przyszłości. Z rozkazu Padyszacha Imperatora Szaddama IV rządzący Diuną Harkonnenowie opuszczają swe największe źródło dochodów. Planetę otrzymują w lenno Atrydzi, ich zaciekli wrogowie. Zwycięstwo księcia Leto Atrydy jest jednak pozorne. Przejęcie planety ukartowano. W odpowiedzi na atak połączonych sił Imperium i Harkonnenów dziedzic rodu Atrydów, Paul - końcowe niemal ogniwo planu eugenicznego Bene Gesserit – staje na czele rdzennych mieszkańców Diuny i próbuje zdobyć imperialny tron.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Jak na czytelnika, który uważa się za fana fantastyki to słabo znam i cenię jej podgatunek, czyli literaturę science fiction. Ostatnio staram się dawać tego typu książkom szansę i coraz częściej się zdarza, że pozycja z tej półki mnie porywa. Było tak właśnie w przypadku żelaznej klasyki, powieści Diuna Franka Herberta.

Na początek wypadałoby się przyznać: tak naprawdę to się zabrałam za tę pozycję ze względu na nadchodzącą premierę ekranizacji w reżyserii Denisa Villeneuve. To twórca, który już w przeszłości zdołał mnie przekonać do kina science fiction (konkretnie mówię tutaj o rewelacyjnym filmie Nowy początek), a obsada utwierdza mnie w przekonaniu, że do kina wybrać się trzeba, bo w głównych rolach jedni z najciekawszych aktorów młodego pokolenia: Timothée Chalamet i Zendaya, a poza nimi m.in Oscar Isaac czy Jason Mamoa. Także, jest na co czekać.
W ogóle warto wspomnieć, że Diuna to prawdziwy fenomen, chociaż o wiele mniej się o niej słyszy niż o takich Gwiezdnych wojnach czy Władcy Pierścieni. Nie zmienia to faktu, że fandom Herberta jest naprawdę spory, a z Diuny zrobiła się cała seria, licząca ponad piętnaście tomów. Książka faktycznie łapie się pod gatunek science fiction, ale czyta się ją równie dobrze jak jakąkolwiek pozycję high fantasy. Technologiczne wynalazki, kolonizowane planety, dopracowana ekosfera - to wszystko tam jest, ale nie w ilości, która mogłaby przerazić i odstraszyć tych, którzy za science fiction nie przepadają.

Jeżeli nawet znudził się Wam wątek „Wybrańca”, czyli powtarzalny trop człowieka, którego losy zostały przewidziane dużo wcześniej, którego przybycie ogłoszono lata temu, to w tym przypadku możecie być spokojni, bo Diuna daje nam o wiele więcej. Wspominając jej fabułę trudno mówić o śledzeniu życia Paula, jako zapowiedzianego mesjasza, bo czytelnik będzie poznawał losy świata z wielu perspektyw, żeby otrzymać pełny obraz. Warto wspomnieć, że każdy rozdział jest poprzedzany cytatem z historycznej książki z przyszłości, która nawiązuje do wydarzeń, o których właśnie czytamy.

źródło
Fabuła przenosi nas tysiące lat w przyszłość, gdzie Paul i jego rodzice dostają we władanie nową planetę. Arrakis to miejsce, która kryje w swoich zasobach przysłowiową żyłę złota, przyprawę, która wydłuża życie i pozwala spojrzeć w przyszłość. Ekosystem planety - brak opadów deszczu, trudności w zdobywaniu wody, burze piaskowe oraz ogromne czerwie zamieszkujące pustynię - tworzy spójną całość i jest piekielnie oryginalny. Do tego opis mieszkających tam ludzi i tego jak radzą sobie w takim środowisku wskazuje, że Herbert pomyślał o każdym małym elemencie.

Nie mogę powiedzieć, że Diunę polecam wszystkim, bo trzeba przyznać, że to wymagająca lektura. Po przeczytaniu stu stron miałam wrażenie, że dalej niczego nie wiem o tym świecie, że poznałam jedynie mały wycinek całości. I utrzymywało się ono niemal do końca, bo nawet jeżeli myslałam, że czuję się już swobodnie w tym uniwersum to autor dorzucał nowy element, który znowu zmieniał percepcję całości. Także potrzeba pełnego skupienia, bo łatwo się w tym licznych szczegółach pogubić.

Herbert poradził sobie z wprowadzeniem wielu zróżnicowanych grup społeczeństwa i to jest chyba mój ulubiony element Diuny. W centrum mamy księcia Paula, syna szlachetnego Leto Atrydy i Jessiki, przedstawicielki zakonu Bene Gesserit. Paul od dziecka szkolił się w sztuce walki, ale jednocześnie pobierał także lekcje od matki, mimo że nauki Bene Gesserit skierowane były zawsze do kobiet. Oprócz tych czarownic (jak je w książce nazywają) będziemy mieć również do czynienia z mentatami, czyli ludźmi-komputerami, którzy zostali stworzeni do zbierania danych i analizowania ich, jednak pokażą także swoją przyjacielską stronę. Najciekawsi z nich wszystkich są jednak Fremeni, czyli rdzenni mieszkańcy Arrakis - odkrywanie jak przez lata zaadaptowali się do trudnych pustynnych warunków wprawia w zachwyt.

Diuna ma w sobie wszystko: zapierający dech w piersiach świat przedstawiony, rozwinięte opisy różnorodnych religii, skomplikowane gry polityczne i wyłożenie jak ważne jest dbanie o ekologię. Herbert podobno czerpał inspirację z wielu źródeł: średniowiecznych układów władz (feudalizm), polityki dotyczącej ropy naftowej, buddyzmu, a połączył to w innowacyjnej historii, która po dziś dzień zachwyca czytelników na całym świecie. Jeżeli lubicie klimaty high fantasy bądź science fiction to koniecznie po Diunę sięgnijcie.

piątek, 20 marca 2020

„Wieczna wojna” Joe Haldeman - pacyfistyczna powieść wojenna

*Wieczna wojna*
Joe William Haldeman

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Forever War
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1974
*Liczba stron:* 336
*Wydawnictwo:* Rebis
Nie obchodzi mnie, czy masz dziewięćdziesiąt lat , czy trzydzieści. Jeżeli nie będę mogła być twoją kochanką, będę twoją pielęgniarką.
*Krótko o fabule:*
Wojna to piekło i William Mandella przekonuje się o tym na własnej skórze. Gdy rozpoczyna się konflikt z Taurańczykami, inteligentną rasą z kosmosu, Mandella jest ledwie szeregowcem. Towarzyszymy mu przez całą karierę, obserwując jego oczami okrucieństwa, ogrom cierpień i absurdy walk… a także przemiany technologiczne i społeczne na Ziemi, która w ciągu jego życia - na skutek efektów relatywistycznych – starzeje się o kilkaset lat.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Po dłuższej przerwie postanowiłam powrócić do serii Wehikuł czasu od wydawnictwa Rebis, która składa się z klasyków gatunku science-fiction. Dwa pierwsze tomy serii mnie zachwyciły, trzeci rozczarował. Wieczna wojna akurat pojawiła się na rynku w momencie, kiedy miałam więcej czasu na nowe lektury i dlatego wybrałam właśnie ją na powrót do cyklu.

Przed podejściem do lektury na pewno warto wiedzieć, że autor odbył służbę w Wietnamie jako inżynier wojskowy. Przeżycia z tym czasem związane zdecydowanie wpłynęły na jego twórczość, co widać mocno w Wiecznej wojnie. Joe Haldeman jest z wykształcenia astronomem, a jego wiedza obok doświadczenia była niezbędnym czynnikiem, dzięki któremu powstała tak kompleksowa powieść, za którą otrzymał zasłużone, prestiżowe nagrody: Hugo oraz Nebula.

Wojenne science-fiction tak naprawdę mało mnie interesuje, ale w klasycznych przykładach tego gatunku często można znaleźć coś wyjątkowego. Tak jest w przypadku Wiecznej wojny. Przede wszystkim bardzo wyraźnie pokazuje bezsens wojny, jej wydźwięk jest mocno pacyfistyczny. Przez sporą część książki poznajemy kolejne działania wojskowe, budowanie baz, przejmowanie planet, walki z Taurańczykami, co sprawia, że ta niewielka objętościowo powieść pełna jest akcji. Natomiast wyniesiemy z niej fakt, że każda z tych akcji była zupełnie pozbawiona dalekosiężnego planu, będąca wymysłem kilku ludzi siedzących wygodnie za biurkiem. Czytelnicy natomiast będą świadkami całej masy bezcelowych, brutalnych i nagłych śmierci członków drużyny głównego bohatera.

źródło
Częstym problemem książek science-fiction jest dla mnie brak przywiązania do postaci. W tym przypadku miałam podobnie, bo autor nie poświęca czasu na dokładny rozwój charakterów i skrupulatne zarysowanie sylwetek bohaterów, a raczej skupia się na szerszym, wojennym obrazie. Póki finalny przekaz jest jasny, póty brak intrygujących postaci przestaje mi tak bardzo przeszkadzać. Mandella pozwala nam spojrzeć swoimi oczami ma wydarzenia wokół niego, ale zdecydowanie nie skłania do zbudowania do siebie silniejszych uczuć.

W Wiecznej wojnie znajdziemy sporo technicznego słownictwa i opisów licznych wynalazków przyszłej ludzkości. Dla mnie to pozytyw, bo można docenić wiedzę i przygotowanie autora, który każdy ze szczegółów musiał dobrze przemyśleć. Sam opis zastosowań skafandrów i tego, jak zmieniał się na przestrzeni czasów robi wrażenie. Dobrym pomysłem okazało się też wspomnienie o chemicznym wspomaganiu żołnierzy przed walką, tak żeby nie czuli empatii, a sztucznie wyzwalano nienawiść do wroga. Od razu mi się przypomniał jeden z odcinków serialu Black Mirror. Rozumiem jednak, że niektórzy tym technicznym słownictwem mogą być przytłoczeni.

W czym tkwi siła Wiecznej wojny? Oprócz mocno pacyfistycznego wydźwięku, który wybrzmiewa pośród sporej ilości akcji, autor bardzo ciekawie pokazuje rozwój społeczeństwa. Mandella spędza w kosmosie sporo czasu i kiedy wraca na Ziemię po roku, to na planecie minęło lat o wiele więcej. I w przypadku tej powieści nie mówimy o kilkunastu/kilkudziesięciu latach, a o wiele dłuższym okresie - akcja książki rozpoczyna się w 2007, a kończy w 3143 roku. Dzięki temu czytelnik może zaobserwować zmiany jakie zaszły na przestrzeni lat, a te są naprawdę drastyczne. Od faktu, że walutą przestają być pieniądze a zaczynają kalorie, przez panujące ogólnie bezrobocie i zatrudnianie sobie ochrony w celach przeżycia wycieczki na lotnisko, w końcu po kompletną zmianę podejścia do orientacji seksualnej. Akurat w sprawie tego ostatniego tematu: w pewnym momencie okazuje się, że heteroseksualny Mandella czuje się obco wśród ludzi, którzy w większości są homoseksualni. Jak to dobrze jest zobaczyć w tego typu książce zmienioną perspektywę i poznać to uczucie odosobnienia z powodu czegoś, co dla danej osoby jest zupełnie naturalne.
Także, klasyka science-fiction daje radę!

niedziela, 12 maja 2019

O kondycji człowieczeństwa - „Kwiaty dla Algernona” David Keyes


*Kwiaty dla Algernona*
David Keyes

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Flowers for Algernon
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1966
*Liczba stron:* 288
*Wydawnictwo:* Rebis
Im głębiej zanurzałem się w morze snów i wspomnień, tym bardziej rozumiałem, że problemów emocjonalnych nie da się rozwiązać w ten sam sposób, w jaki rozwiązuje się problemy intelektualne. Tego właśnie dowiedziałem się o sobie wczoraj wieczorem. Pomyślałem, że snuję się po świecie jak dusza potępiona i nagle zdałem sobie sprawę, że jestem potępioną duszą. Gdzieś, kiedyś, oddzielony zostałem emocjonalnie od wszystkiego i wszystkich.
*Krótko o fabule:*
Trzydziestodwuletni Charlie Gordon jest upośledzony umysłowo, ma iloraz inteligencji na poziomie 68 punktów. Uczy się czytać i pisać na zajęciach w Beekman College. Dwaj naukowcy z tej uczelni, doktor Nemur i doktor Strauss, prowadzą badania nad wzrostem inteligencji. Udało im się już za pomocą zabiegu chirurgicznego zwiększyć zdolności umysłowe myszy o imieniu Algernon i teraz chcą przeprowadzić taki sam eksperyment z człowiekiem.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Gatunek science fiction zaskakuje mnie po raz kolejny. Dzięki wydawnictwu Rebis i jego kolekcji klasyków z serii Wehikuł Czasu mamy okazję poznać najbardziej cenione pozycje z gatunku, wielokrotnie nagradzane, zyskujące podziw wśród czytelników na całym świecie. Zapomnijcie o wyświechtanych schematach, bo tym razem to książka inna niż wszystkie - pozycja Kwiaty dla Algernona to historia człowieka, który przechodzi niesamowitą przemianę. Lektura, która napawa nadzieją, zaskakuje, przeraża, po czym zostawia czytelnika z poczuciem przygnębienia.

Początkowo Kwiaty dla Algernona były opowiadaniem, napisanym w 1959 roku, za które autor otrzymał nagrodę Hugo. Kiedy David Keyes rozbudował je do rozmiarów powieści zgarnął także nagrodę Nebula. W życiu autora sporo było bodźców, popychających go do napisania tej pozycji. W młodości był zmuszany przez swoich rodziców do nauki medycyny, mimo że od zawsze interesował się literaturą. Później, jako nauczyciel pracował z upośledzoną młodzieżą. Kilkoro bohaterów książki jest nawet opartych na osobach z otoczenia Keyesa, także widać, że w dużej mierze czerpał z własnych doświadczeń. Ciekawostką jest, że wielu wydawców odrzucało powieść, ponieważ chciano, żeby zakończenie zostało zmienione. Na szczęście autor przystawał przy swojej wizji i upierał się przy obecnej wersji historii.

Kwiaty dla Algernona to powieść napisana w formie dziennika głównego bohatera, Charliego. Forma w tym przypadku ma ogromne znaczenie dla odbioru całości. Pierwsze rozdziały, pierwsze wpisy mężczyzny przypominają notatki dziecka - pod względem gramatycznym, ortograficznym, interpunkcyjnym i zasobu słownictwa. W tym punkcie należą się pochwały dla tłumacza, który bardzo dobrze przekazuje stan Charliego, a zarazem sprawia, że jego wypowiedzi są dla nas zrozumiałe. Z czasem, po operacji, zdolności głównego bohatera zaczynają się rozwijać, a my obserwujemy ten skok inteligencji z pierwszej ręki. Uważam, że był to świetny zabieg - wybór narracji pierwszoosobowej w tym przypadku pozwala nam lepiej odczuć całe spektrum wydarzeń.

źródło
Motorkiem napędowym dla fabuły są badania prowadzone na jednym z uniwersytetów nad wzrostem współczynnika inteligencji. Akcja rozpoczyna się w momencie przygotowań Charliego do operacji, którą wcześniej przeprowadzono z sukcesem na myszy - tytułowym Algernonie. Czytamy o tym, że mężczyzna marzy, żeby w końcu być mądrym, żeby jego koledzy z piekarnii go docenili. Z czasem okazuje się, że jego nieustanne pragnienie zdobycia wiedzy znajduje podłoże jeszcze w dzieciństwie. Wraz ze wzrostem inteligencji Charlie zaczyna sobie przypominać wydarzenia z przeszłości - widzi swoich rodziców, którzy wypierają fakt, że ich syn jest upośledzony. Rodziców, którzy za wszelką cenę chcą zmusić go do nauki, którzy każą go za nieodpowiednie zachowanie, nawet jeśli jest ono w wielu przypadkach nieumyślne, którzy wstydzą się go, obawiają się co pomyślą inni. Łatwo jest nam potępiać ich postępowanie, twierdzić, że jeszcze pogłębiali lęki swojego dziecka - jednak, sytuacja w której się znaleźli jest na tyle złożona, że trudno powiedzieć jak byśmy się zachowali na ich miejscu. Oczywiście, w pewnym momencie dochodziło do ekstremalnych sytuacji, ale były one wypadkową wielu lat starań i poszukiwań pomocy dla dziecka. Wątek rodziny Charliego jest zdecydowanie jednym z najciekawszych pod względem psychologii głównej postaci.

David Keyes w tej historii decyduje się na poruszenie tematów kontrowersyjnych i trudnych, m.in. dotyczących miejsca w społeczeństwie dla osób upośledzonych. Gdy starają się odnaleźć swoją przestrzeń we współczesnym świecie narażeni są na wyzwiska i naśmiewanie ze strony innych. Zaczyna się to we wczesnym dzieciństwie, ale trwa przez całe ich życie. Charliemu wydaje się, że otaczają go przyjaciele, jednak kiedy przestaje być dla nich tematem do wyśmiewania, nagle się od niego odwracają. Mówi, że przez zyskanie inteligencji stracił przyjaciół, ale czy tak naprawdę posiadał ich kiedykolwiek?

Pozostaje jeszcze bardzo interesujący temat związany z zależnością między rozwojem intelektualnym a rozwojem emocjonalnym. Wzrost inteligencji Charliego nie idzie w parze z dojrzałością emocjonalną, wydaje się, że mężczyzna lepiej radził sobie w kontaktach międzyludzkich przed operacją niż po niej. Jego mózg zaczyna nagle inaczej percypować otaczające go wydarzenia. W kwestiach emocjonalnych nie potrafi oddzielić się od starego Charliego, czuje się przez niego ciągle obserwowany.

Kwiaty dla Algernona są dla mnie przede wszystkim pytaniem o kondycję człowieczeństwa. Nieważne czy jesteśmy pracownikiem piekarni czy cenionym na całym świecie naukowcem - za kogo się uważamy, żeby traktować drugiego człowieka jak przedmiot, temat do śmiechu czy obiekt badań? Książka idealnie pokazuje, że inteligencja danego człowieka nie ma tutaj wiele do czynienia, a liczy się jego świadomość emocjonalna, zdolność empatii i zrozumienia. Jest to książka zdecydowanie dla każdego, toteż polecam z całego serca.

Moja ocena: 9+/10


środa, 24 kwietnia 2019

Dokąd zmierza ludzkość - „Koniec dzieciństwa” Arthur C. Clarke


*Koniec dzieciństwa*
Arthur C. Clarke

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Childhood's End
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1953
*Liczba stron:* 270
*Wydawnictwo:* Rebis
Żadna utopia nie zadowoli wszystkich. Gdy warunki życiowe człowieka poprawiają się, podnosi poprzeczkę wyżej i nie zadowala się już władzą ani stanem posiadania, które kiedyś zdawały mu się niemożliwym do spełnienia marzeniem. Nawet kiedy osiągnie już wszystko, co mógł zaoferować świat, pozostają jeszcze głębie umysłu i tęsknoty serca.
*Krótko o fabule:*
Gdy człowiek ma już ruszyć na podbój kosmosu, nad największymi miastami Ziemi pojawiają się statki obcych. Po daremnych próbach oporu sytuacja się normalizuje: przybysze jednoczą państwa, eliminują ubóstwo i przestępczość, zaprowadzają pokój. Większość ludzi jest zadowolona i tylko nieliczni już pytają, jaki cel mają nadzorcy ludzkości.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Odkąd pamiętam stroniłam od czytania horrorów. Strach towarzyszący lekturze nigdy mnie nie pociągał, tak samo jak oglądanie przerażających filmów nieustannie odstręczało. Nadszedł jednak taki czas, że zaczynam rozumieć fascynację wywoływaniem u siebie tego nieprzyjemnego uczucia. Szczególnie, że do mnie przyszło z niespodziewanego źródła. Gdybym sięgnęła po horror po prostu oczekiwałabym pewnych emocji. W przypadku Końca dzieciństwa myślałam, że mam przed sobą przygodową historię science fiction, która umili mi kilka wieczorów. Tymczasem, ta książka prowadzi człowieka w kierunku bardzo niekomfortowych myśli, a zarazem wywołuje ciągłe uczucie niepokoju.

Arthur C. Clarke to dobrze znane nazwisko wśród fanów gatunku. Poza talentem pisarskim był to wizjoner świata techniki - to na jego koncepcji oparto projekty pierwszych stacji orbitalnych. Najbardziej znanym jego dziełem jest na pewno 2001: Odyseja Kosmiczna, której ekranizacja Stanley'a Kubricka (wspólnie napisali do niej scenariusz) stała się filmową klasyką gatunku science fiction.

Koniec dzieciństwa zaczyna się od inwazji obcych. Nie jest to ekscytujące wzięcie szturmem Ziemi - tysiące statków kosmicznych po prostu unosi się nad największymi metropoliami naszej planety, a kierujący nimi osobnicy, tzw. Zwierzchnicy ogłaszają, że przejmują władzę nad planetą. I już, bez zbędnych walk i scen akcji Ziemia przechodzi pod władanie kosmitów. Zdecydowanie na początku lektury towarzyszyły mi podobne emocje co podczas oglądania filmu Arrival z Amy Adams, główna oś fabuły również jest bardzo zbliżona. Więc jeżeli podobał Wam się ten film, po Koniec dzieciństwa sięgnijcie koniecznie.
źródło
Zadajmy sobie od razu pytanie: czy Koniec dzieciństwa zasługuje na miano klasyki gatunku, czy faktycznie ma w sobie coś, co wyróżnia go na tle innych książek science fiction? W końcu po opisie można wnioskować, że to kolejna historia o inwazji obcych, a takich znamy już wiele. Nie będę Was trzymać w niepewności i od razu powiem: tak, moim zdaniem ta książka zdecydowanie ma w sobie coś więcej. Może do tej pory nie czytałam wiele tytułów science fiction i nie znam się na tym gatunku, ale szczerze nie pamiętam kiedy ostatnio jakaś książka utrzymywała mnie w tak ciężkich emocjach po lekturze. Przez ten ciągły niepokój trudno było w nocy zasnąć, a umysł wciąż nasuwał myśli o tym jakie jest znaczenie Ziemi w kontekście ogromu kosmosu. Także książka serwuje emocje niesamowite, ale jednocześnie przerażające.

Zaczynając lekturę człowiek nie jest świadomy, a nawet nie podejrzewa co ta historia jeszcze kryje. Początek, czyli inwazja Zwierzchników szybko okazuje się nie takim złym wydarzeniem. Nowi władcy Ziemi wprowadzają swoje zasady, które wydają się lekiem na całe zło - kompletny zakaz prowadzenia wojen, wprowadzenie zasady równości, zabronienie krzywdzenia zwierząt. Oczywiście, nie wszyscy od razu zaczynają stosować się do nowych praw, ale wystarczy kilka manifestacji potęgi ze strony Zwierzchników, żeby przekonać mieszkańców Ziemi. Planeta staje się z pozoru szczęśliwym miejscem, pokojowo nastawionym, a dzięki wiedzy przybyszów z kosmosu ludzkość staje na szczycie rozwojowym swojego gatunku. Są też skutki uboczne - wszyscy dowiadują się, że ich religie nie mają racji bytu, sztuka jest niepotrzebna i trzeba się pogodzić z uczuciem nudy. Czy to duża zapłata za pokój?

Clarke w swojej książce snuje rozważania na temat celu istnienia całego ludzkiego gatunku, przestrzega, że gwiazdy nie są dla nas, że nasza wiedza to mała kropla w morzu świadomości, która kryje się w kosmosie. W książce nie śledzimy poczynań jednego bohatera, będziemy z perspektywy kilku postaci mogli zobaczyć pełną wizję autora. Pozornie podobną do innych, a zarazem tak różną, tak bardzo oddziałującą na czytelnika.

Nie chcę pisać więcej, żeby nie podzielić się istotnymi spoilerami. Wydaje mi się, że to wznowienie jest zdecydowanie warte uwagi. Po raz pierwszy w pełni rozumiem zachwyt czytelników gatunkiem science fiction. Książka ukazała się w ramach nowej serii wydawnictwa Rebis - Wehikuł czasu. Będzie ona zawierała klasyczne tytuły z gatunku science fiction, więc na pewno będę ją śledzić. I Wam też polecam.

Moja ocena: 9/10


sobota, 3 września 2016

Brutalny świat przyszłości, czyli 'Czerwień' Linda Nagata

Znowu wyjeżdżam na weekend, ale przynajmniej zostawię Wam tę świeżutką recenzję!
*Czerwień*
Linda Nagata

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Red: First Light
*Gatunek:* science fiction
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* 416
*Wydawnictwo:* REBIS
"Chcę przeprosić za piekło, które mu zgotowałem, ale nie robię tego, bo przeprosiny sugerują, że gdyby dano ci taką szansę, to postąpiłbyś inaczej."
*Krótko o fabule:*
Porucznik James Shelley przewodzi Połączonej Grupie Bojowej podczas misji w porcie Dassari. Ich celem jest stawianie czoła afrykańskim buntownikom. Żołnierze Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych wyposażeni są w zaawansowany technologicznie sprzęt, a nad ich działaniami czuwa Nadzór. Jednak tym, co wyróżnia porucznika Shelley jest tajemnicze przeczucie, ostrzegające go przed czyhającymi niebezpieczeństwami.

*Moja ocena:*
Jak na fankę fantasy to dość rzadko sięgam po zbliżony do niej gatunek - science fiction. Od jakiegoś czasu postanowiłam poszerzać swoje literackie horyzonty, więc przeczytanie Czerwieni okazało się bliższym zapoznaniem z kolejną konwencją w literaturze (tak, wiem, że wciąż czytam dużo fantasy, ale staram się ograniczać!). 
Linda Nagata od dziesiątego roku życia mieszka na Hawajach, gdzie rozwija swoją pisarską karierę. Sławę przyniósł jej debiut w 1995 roku, książka The Bohr Maker, za którą otrzymała nagrodę Locus. Specjalizuje się w odmianie science fiction - nanopunku, który skupia się na wpływie nanotechnologii na życie człowieka. Czerwień to pierwsza część jej najnowszej trylogii. 
Książka podzielona jest na trzy rozdziały, a każdy z nich opisuje jedną z misji, których wykonanie spoczywa na barkach naszego głównego bohatera, porucznika Shelley. Poznajemy go kiedy znajduje się w centrum zdarzeń, pośród afrykańskich rebeliantów, a jako narrator powoli wprowadza czytelnika do świata przedstawionego, wykreowanego przez autorkę. A ten jest naprawdę dopracowany i ciekawy. Oczywiście, jak przystało na militarne science fiction, panuje ciężki, surowy klimat, a czytelnik przeczyta o wielu wynalazkach techniki. Otrzymujemy opisy egzoszkieletów (czy jak nazywają je żołnierze - martwych sióstr), czyli takich mundurów, które wspomagają żołnierzy. Cały oddział porozumiewa się za pomocą gen-komu, a noszony na głowie neuroskalp pozwala na kontakt z Nadzorem, a także na kontrolowanie ludzkich emocji. Brzmi dość zawile i można by się w tym pogubić, gdyby nie ta pierwszoosobowa narracja. Shelley przedstawia każde z urządzeń prostym, przystępnym językiem, dzięki czemu nie będziemy zastanawiać się nad jego zastosowaniem. Podobało mi się również wprowadzenie tematyki politycznej, zawiłości związanych z "rekinami" naszego świata, ogromnymi korporacjami, którym na rękę jest prowadzić wojny. Żałuję tylko, że nie było takich tematów trochę więcej, bo jednak ten świat na razie pozostał dość niewielki i chciałabym poczytać więcej na temat sytuacji globalnej.
źródło
Kolejnym ważnym aspektem, który biorę pod uwagę przy tego typu książce, jest akcja. Przyznam, że pierwsza misja (do około 70tej strony) spełniła moje oczekiwania. Autorka nie przesadziła w żadną ze stron - nie można było się nudzić, ale akcja nie gnała też na łeb, na szyję. Niestety, na początku drugiej misji, zaczyna się moment oddechu, który dość mi się dłużył. Co prawda, w tych momentach udaje nam się bliżej poznać głównego bohatera, ponieważ pojawiają się osoby z jego życia przed służbą wojskową, ale moim zdaniem było to trochę przeciągnięte. Trzeba dodać, że to właśnie ta misja zajęła najwięcej miejsca w książce. Na szczęście ostatni rozdział wynagrodził mi momenty nużące i został moim ulubionym fragmentem lektury.
Częstym problemem w powieściach z narracją pierwszoosobową jest kreacja bohaterów. I cóż, miałam tutaj z nią problem. Podejrzewam, że było to spowodowane faktem, że narratorem był żołnierz, który prowadził swoją opowieść dość surowo, bez zbędnych emocji. Niestety, odbiło się to na przedstawianiu drugoplanowych postaci. Tak naprawdę poznałam jedynie Shelley'a, który jest idealnym przykładem głównego bohatera militarnego science fiction. Jest inteligentny, zaradny, ma zdolności przywódcze, poczucie obowiązku wobec kraju, a przede wszystkim dba o swój oddział. Najciekawszą jego cechą jest tytułowa Czerwień, o której więcej Wam nie napiszę, żeby nie spoilerować treści. Oprócz niego przewija się wiele postaci, które wypadają dość mdło bądź po prostu nie dostajemy dostatecznej ilości czasu, żeby je naprawdę poznać. 
To, co działało na korzyść powieści był fakt, że autorka nie bała się przedstawić brutalnej rzeczywistości. Nie jest to typ książki, w której wychodzi się obronną ręką z każdej sytuacji. Będzie krwawo, brutalnie, a żołnierze będą na siebie kląć - i bardzo dobrze! Wprowadziło to wiele realizmu w przedstawioną akcję.
Bardzo podobał mi się fakt, że Linda Nagata przemyca w treści ważne współcześnie kwestie, przede wszystkim inwigilacji, która w świecie Czerwieni dochodzi już do bardzo niebezpiecznego etapu. Istnieje obawa, że wraz z rozwojem technologii świat może znaleźć się w miejscu, gdzie jednostki będą sterowane przez innych, niczym roboty. I to jest dość ponury wniosek nasuwający się po lekturze.
Jak na drugą książkę z gatunku militarnego science fiction było naprawdę dobrze. Nie określiłabym książki mianem świetnej zabawy, ale na pewno były momenty kiedy akcja wciągała mnie na całego, w których obawiałam się o życie bohatera, oraz takich, w których współczułam mu z całego serca. Ciekawy świat, który mam nadzieję zostanie jeszcze rozwinięty w kolejnych częściach. No i zakończenie, które przyciąga uwagę w kierunku kontynuacji. Jednak należy pamiętać o momentach nużących i słabej kreacji bohaterów. Poleciłabym przede wszystkim fanom gatunku.

Moja ocena: 7-/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

Wyzwania:

http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html


 




Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka