Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sqn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sqn. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 marca 2024

Cykl „Wilcza Jagoda” Magdaleny Kubasiewicz – warszawskie urban fantasy, które Was pochłonie

Wilcza Jagoda (Kołysanka dla czarownicy, Przysługa dla czarnoksiężnika, Klątwa dla demona, Zaklęcie dla czarownika)
Magdalena Kubasiewicz

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2022, 2022, 2023, 2023
Liczba stron: 310, 368, 384, 496
Wydawnictwo: SQN

Skończyła równo o północy i uśmiechnęła się pod nosem, bo było w tym coś ironicznego. Północ, godzina duchów, godzina czarownic. – Wiedźma Jaga. Uważaj, bo cię przeklnie - mruknęła do siebie, obracając jabłko w dłoni.
 

Opis wydawcy (Kołysanka dla czarownicy)

Jagoda, specjalistka od klątw, przez złośliwych zwana Wilczą Jagodą, ma trzy problemy. Młodą czarownicę, chcącą zostać jej uczennicą, krewnych mających skłonności do pakowania się w kłopoty oraz rzuconą przed laty klątwę, może mocno namieszać w życiu wiedźmy.


Moja recenzja

W czytaniu książek różnorodnych gatunkowo uwielbiam to, że spełniają tak wiele potrzeb. Kiedy czułam się przebodźcsowana i szukałam lekkiej opowieści do słuchania w drodze do pracy wybrałam Kołysankę dla czarownicy. Już kilkukrotnie trafiałam w sieci na książki Magdaleny Kubasiewicz. Wiele osób polecało, a ja akurat tęskniłam za gatunkiem urban fantasy. Cykl Wilczej Jagody okazał się strzałem w dziesiątkę. Po pierwszym tomie od razu przepadłam w kolejnych i w styczniu udało mi się skończyć ostatnią część. Bawiłam się świetnie!

Rozpoczynanie nowych serii często wiąże się z pewnym uczuciem niepokoju. Na półkach piętrzą się nieukończone książkowe cykle, do których trudno wrócić po przerwie. W przypadku przygód Wilczej Jagody wyszło idealnie, bo podczas kiedy ja czytałam pierwszy tom, wydawnictwo przygotowywało do wypuszczenia finałową część. Dzięki temu gładko przeszłam przez cztery przygody Jagi, warszawskiej specjalistki od klątw.

źródło

Powrót do polskiej fantastyki okazał się czystą przyjemnością. Fabuła wciągnęła, bohaterowie intrygowali, tajemnice się piętrzyły, a wszystko to w otoczeniu trochę znanym, a jednak magicznym. W tej wersji opowieści warszawska syrenka to nie jest tylko pomnik wart zobaczenia. Jak zajdzie potrzeba to i ostrzeże mieszkańców przed zbliżającą się katastrofą. Takie wykorzystanie znanych miejsc i przekształcenie ich, żeby pasowały do opowieści pozwoliło poczuć się jak w domu. Kubasiewicz radzi sobie z tym śpiewająco, nie przesadza, ale co jakiś czas daje nam powód do uśmiechu i pokiwania głową na zasadzie: „znam to”. Prezentuje postacie z legend, miejsca znane ze stolicy, wplata w akcję raczej niezaskakujących przeciwników do pokonania, jak wilkołaka biegającego wieczorem po pobliskim parku. Dzięki temu, nawet kiedy w ostanim tomie akcja przenosi się za granicę, czujemy, że ten świat jest nam bliski.

W każdej z części akcja wydaje się być podobna – Jaga „przypadkowo” zostaje wmieszana w walkę ze złem i pomaga wydziałowi do spraw magicznych jako specjalistka od klątw. Autorka nie decyduje się na długie opisy systemu magicznego w swoim świecie. Poznajemy go raczej w biegu, podczas kolejnych przygód. Świetnym pomysłem było postawienie w centrum akcji wiedźmy klątw. Wypadło to oryginalnie i po lekturze, aż chciałoby się posiadać umiejętności Jagi.

Poznawanie głównej bohaterki, Jagody Wilczek, to czysta przyjemność. Kobieta jest silna, pewna swoich zdolności i oczywiście ładuje się w sytuacje, których powinna unikać. Brzmi to trochę oklepanie, ale Jaga jest dowodem, że da się stworzyć bohaterkę o wybitnych magicznych umiejętnościach, która nie irytuje. W sportretowaniu tej postaci pomagają również odkrywane tajemnice z jej przeszłości, która nie należała do łatwych. Te strzępki wiadomości rozłożone na kilka części idealnie podsycały ciekawość.

W cyklu o Wilczej Jagodzie jest mnóstwo ciekawych bohaterów. Ich opis jest wnikliwy, dzięki czemu z łatwością potrafimy ich sobie wyobrazić. Wątek romantyczny również się pojawia, ale przez większość czasu składa się z domysłów czytelnika. Nabiera rozpędu dopiero w ostatniej części, ale jest tak niewydumany i naturalny, że nie można na niego narzekać. Udało się autorce stworzyć takie postaci, za którymi czytelnik będzie tęsknić po zakończeniu ostatniego tomu. I chociaż cieszy mnie zamknięcie tej historii, to część mnie ma ochotę na kontynuację. Taka to była zabawa.


wtorek, 26 lutego 2019

Nienawiści przeciwstawcie miłość - „Muza Koszmarów” Laini Taylor



*Muza Koszmarów*
Laini Taylor

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Muse of Nightmares
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 480
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Istnieje pewne idealne miejsce, gdzie można upchnąć przeszłość - powiedziała Suheyla. - A jeśli jej tam nie schowacie, zagraci teraźniejszość i ciągle będziecie się o nią potykać.
*Krótko o fabule:*
Lazlo i Sarai nie są już dłużej tym, czym byli. Sarai, Muza Koszmarów, dopiero odkrywa pełnię swoich możliwości, tymczasem Lazlo musi dokonać wyboru niemożliwego: ocalić życie ukochanej czy wszystkich mieszkańców Szlochu? Otwarcie zapomnianych drzwi do nowych światów zamiast odpowiedzi przynosi wiele pytań – czy bohaterowie zawsze muszą zabijać potwory, czy mogą je… ocalić?
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Ustalmy jedną rzecz - jeżeli jesteście fanami młodzieżowej fantastyki to musieliście słyszeć o Marzycielu, czyli pierwszej części dylogii o tajemniczym mieście Szlochu, nad którym unosi się ogromny serafin zbudowany z magicznego metalu, mesartjum. Kiedy ją wydano było o tej książce bardzo głośno, a zachwyty zdawały się nie cichnąć i dużo później. Czytałam ją zaraz po premierze, napalona wszystkimi tymi pozytywnymi opiniami. Z perspektywy czasu kojarzyłam ją jako przyjemną młodzieżówkę, napisaną w nietypowym stylu, ale trochę mało angażującą i niezapadającą w pamięć. Na dodatek jakoś przeszkadzał mi ten wątek miłosny, co często się mi przydarza w tego typu literaturze. Z drugą częścią historia jest zgoła inna.

Dostałam możliwość przeczytania Muzy Koszmarów przed premierą i postanowiłam dać jej szansę. Gdyby nie ta propozycja to może sporo wody upłynęłoby w Odrze zanim zabrałabym się za kontynuację Marzyciela. Nie dlatego, że mi się nie podobał, bo uważam go za naprawdę dobrą młodzieżówkę, a raczej dlatego, że sporo ciekawszych lektur czeka na mojej półce, a jakoś nie kwapiłam się do poznania dalszych losów Lazlo i reszty bohaterów. Teraz wiem, że sporo bym straciła.

Wydaje mi się, że jeżeli podobała Wam się pierwsza część to musi zachwycić Was też kontynuacja. Mam wrażenie, że autorka zostawiła to co było najlepszego w Marzycielu, poprawiła się w miejscach, które trochę kulały i dodała sporo dodatkowych atutów. Jeżeli pierwsza część Was satysfakcjonowała to będą to tylko bonusy, ale jeśli nie przekonał Was Marzyciel to szczerze polecam dać szansę Muzie Koszmarów. Bo jest lepsza. A nuż, ona może zachwyci?
źródło
Akcja rusza tutaj z kopyta, już od pierwszych stron powieści. Ci, którzy znają zakończenie poprzedniczki wiedzą, że Taylor zostawiła bohaterów w dość osobliwej sytuacji, a Muza Koszmarów zabiera się za fabułę dokładnie w tym samym miejscu, w którym pozostawił nas pierwszy tom. Także nie będzie żadnych przeskoków w czasie, a tę dylogię można będzie połknąć jako jedną, długą opowieść. Dzięki temu, że Marzyciel poświęcił sporo czasu na zbudowanie podwalin, o wiele łatwiej będzie nam się odnaleźć i poczuć dobrze w tym świecie. Znamy już dość świeżą historię miasta Szlochu, znamy przeszłość Lazla i reszty jego drużyny, znamy też mieszkańców podniebnego serafina. Autorka jednak nie pozostaje w miejscu i nie skupia się wyłącznie na posiadanej przez nas już wiedzy, a zgrabnie wprowadza rozbudowywanie swojego świata. Jest to na tyle zajmująca część historii, że czytając miałam ochotę tylko przeskakiwać do kolejnych retrospekcji. Przedstawienie nam epizodów z życia uzdolnionych sióstr, Kory i Novy, okazało się wspaniałym silnikiem napędowym tego tomu.

Nie znaczy to, że wszystko inne bledło w ich cieniu. Przeżycia Lazla i boskich pomiotów były również intrygujące, bo bardzo intymne, zamknięte w magicznym pudełku, zupełnie jak w dziwnej, zrekonstruowanej rodzinie. W takiej, w której nie wszyscy potrafią o miłości mówić i czasami musimy niemal coś stracić, żeby to docenić. Świetne jest to, że na pierwszy plan Muzy Koszmarów wypływa właśnie ta miłość między rodzeństwem. Możemy ją obserwować pod różną postacią: przedstawiona jako siła napędowa, czyli chęć uratowania siostry (w przypadku Novy), a także pomagająca rozwiązać problemy, poprzez próbę spojrzenia wgłąb drugiej osoby (co robi Sarai wkradając się do snów Minyi). Te więzi rodzinne są w Muzie Koszmarów wystawiane na wiele różnych prób, bo mamy tutaj i długi czas rozłąki, i możliwość pojawienia się zazdrości o umiejętności, i niechęć dzielenia się traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa, o których reszta nie ma pojęcia, i poczucie zdrady, kiedy rodzeństwo nie zgadza się z naszym zdaniem. Jednak pięknie jest oglądać jak zakorzenione głęboko więzi, które wytwarzają się między bohaterami tak naturalnie, poprzez czystą miłość rodzinną, wpływają na wspólną walkę. Razem starają się wyjść z kryzysowych sytuacji obronną ręką. Tak ramię w ramię, po prostu.

Wiecie jednak, co jest w Muzie Koszmarów najlepsze? Że ona łączy wszystko co pyszne, a zarazem lekkostrawne w literaturze młodzieżowej z możliwością wyniesienia z lektury czegoś więcej. Bo ja się tutaj rozpisuję o tej więzi siostrzanej / braterskiej, ale ktoś inny mógłby wypunktować inne motywy i je uwypuklić. Przykładowo to, że przez czyny z przeszłości nie możemy przekreślać teraźniejszości drugiego człowieka, dopóki nie poznamy jakie kierowały nim motywy. Albo, że czysta nienawiść może prowadzić tylko do nienawiści i czasami lepiej sobie odpuścić, zamiast marnować życie na poświęcenie się zemście. Także musicie mi po prostu uwierzyć, że sporo tutaj różnych wątków, których można się chwycić i za nimi podążać. Ja będę wspominała czytanie Muzy Koszmarów niczym wspaniałą podróż po magicznym, zajmującym świecie z masą barwnych bohaterów. I przymknę nawet oko na ten wątek miłosny, który do moich ulubionych nadal nie należy. Wam natomiast polecam tę dylogię, szczególnie czytaną jako całość.

Moja ocena: 8+/10



Za możliwość przeczytania dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl


sobota, 20 października 2018

Magia wokół nas, czyli o tym, że gatunek urban fantasy ma się dobrze

Zastanawiając się nad fantastyką, a konkretniej nad światem przedstawionym tego gatunku najczęściej materializują się w naszych myślach klimaty przypominające średniowiecze. Warowne zamki, odważni rycerze, bezwzględni królowie, przerażające wiedźmy, nawiedzone lasy i walka dobra ze złem. Zazwyczaj autorzy muszą się wtedy postarać przy kreowaniu rzeczywistości, tak żeby wydała się czytelnikowi oryginalna (co czasami ich przerasta). Jednak o tym kiedy indziej, a dzisiaj zamierzam ugryźć temat z innej strony. Bo wrzucenie czytelnika w zupełnie nowy świat, napędzany wyobraźnią autora jest niesamowite, ale równie ciekawe wydaje się inne podejście. Mianowicie, wymieszanie otaczającego nas świata (wraz z wszystkimi jego technicznymi aspektami) z magicznymi stworzeniami. Najczęściej w tym przypadku mówimy o gatunku urban fantasy, który zyskuje wciąż nowych fanów i jest coraz częściej eksploatowany. Co to takiego?

źródło
Możemy mówić o urban fantasy jako podgatunku fantastyki, w którego przypadku magia wkracza do świata techniki - może to być w czasach teraźniejszych, ale też w przeszłości i w przyszłości, najczęściej dotyczy to istniejących miejsc na naszej planecie. Słowo „urban” zobowiązuje do tego, żeby akcja miała miejsce w jednym z miast, chociaż wyróżniamy też tzw. „rural fantasy”, którego akcja rozgrywa się w mniejszych miejscowościach lub wsiach. Za prekursorkę gatunku uważa się Emmę Bull, autorkę powieści Wojna o dąb. Aktualnie autorzy bardzo często skłaniają się do pisania powieści urban fantasy, wspaniale można to zaobserwować na naszym, krajowym poletku. Zacznijmy jednak od głośniejszych tytułów na świecie.
Moją pierwszą stycznością z gatunkiem była powieść Neila Gaimana pod tytułem Nigdziebądź. Jej bohater, Richard to zwykły, szary mieszkaniec Londynu, którego życie zmienia się diametralnie po tym jak pomaga rannej dziewczynie. Traci pracę, narzeczoną i spokój ducha, ale zyskuje przyjaźń i przeżywa niesamowite przygody kiedy okazuje się, że pod ulicami Londynu tętni inne, magiczne życie. Powieść ma wszystko, czego wypatrujemy w porządnym urban fantasy - wartką, rozrywkową akcję, pomieszanie prawdziwego miasta z magiczną otoczką, trzymające w napięciu sceny pościgu i łączenie rzeczywistych elementów z fantastyką. Oczywiście, jak na Gaimana przystało, wszystko bardzo oryginalne i zaskakujące. W swojej karierze stworzył jeszcze kilka tego typu powieści - trzeba w tym miejscu polecić cudownych Amerykańskich bogów, Chłopaków Anansiego czy Księgę Cmentarną.
źródło
We wszelkich zagraniczych zestawieniach książek urban fantasy pojawia się kilka konkretnych, sztandarowych tytułów. Przede wszystkim wymieniany jest Jim Butcher i jego seria Akta Harry'ego Dresdena. Harry pracuje jako konsultant w chicagowskiej policji, gdzie pomaga przy śledztwach paranormalnych, tam, gdzie zwykli śmiertelnicy nie dają sobie rady. Kolejna pozycja to przygody Kate Daniels napisane przez Ilonę Andrews. Dziewczyna mieszka w Atlancie, w której czary płatają figle - co jakiś czas fale magii wyłączają całą elektryczność. Kate natomiast nie ufa technologii i przy sobie woli nosić staromodny, ale niezawodny miecz. Seria właśnie niedawno była wznawiana przez Fabrykę Słów i zamierzam zebrać całą, odświeżyć sobie pierwszy tom i ruszyć dalej z przygodami Kate. Oprócz tych dwóch pozycji mogliście się też spotkać z serią o Mercedes Thompson autorstwa Patricii Briggs bądź Kronikami Żelaznego Druida Kevina Hearne'a.
Chciałabym zwrócić jednak uwagę, że zagranica zagranicą, ale u nas gatunek urban fantasy ma się naprawdę świetnie. Zacznę może od najczęściej wymienianej autorki, czyli Anety Jadowskiej, której książki koniecznie muszę nadrobić. W jej dorobku znajduje się seria o Dorze Wilk, ale też świeższa pozycja rozpoczynająca się książką Dziewczyna z Dzielnicy Cudów. Skłonię się jednak w stronę autorów, z którymi miałam przyjemność się zaznajomić. Urban fantasy w wykonaniu Marty Kisiel zawsze sprawia ogromną frajdę. W Nomen Omen wspaniale wplotła swoją magiczną fabułę w klimatyczny wrocławski krajobraz. To samo udaje się Martynie Raduchowskiej, która w Szamance od umarlaków przedstawia nam świeżo upieczoną studentkę wrocławskiego uniwersytetu - Idę, która ma pewną przypadłość. Otóż, widzi martwych ludzi. Jednak należałoby też wspomnieć o męskiej reprezentacji, czyli Jakubie Ćwieku, który nie dość, że plącze w swoich opowieściach otaczający nas świat z magią, to jeszcze dorzuca do niej postacie znane z mitologii bądź bajek. I w przypadku Kłamcy, i w przypadku Chłopców wychodzi mu to przednio. Teraz czekam aż zabiorę się za Grimm City. Nie wypada też ominąć Anny Lange i jej książki Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, w której bohaterowie prowadzą śledztwo w XIX-wiecznym Londynie, ale oczywiście niepozbawionym ciekawego systemu magicznego. 
źródło
Skąd takie zainteresowanie gatunkiem? Wydaje mi się, że jest kilka powodów. Przede wszystkim urban fantasy jest o wiele lżejsze i przyjemniejsze od typowej fantastyki. Zarazem jeżeli mówimy o historii raczej pogodnej, zabawnej (jak w książkach Marty Kisiel), jak i w pozycjach bardziej mrocznych (jak u Gaimana). To zawsze będzie opowieść napisana dla rozrywki czytelnika, która wciąga niepostrzeżenie w świat, który o wiele szybciej możemy przyswoić, bo jest nam dobrze znany. Pozwala też czytelnikowi wierzyć, że wokół nas może istnieć magia, a sąsiad to tak naprawdę potężny czarodziej, tylko wszystko to jest sprytnie schowane i jedynie wybrańcy mogą z tym obcować. Na dodatek zazwyczaj w tego typu książkach mamy do czynienia z jakimś śledztwem, zabójstwami, sprawami kryminalnymi. Dodając do tego dużą metropolię otrzymujemy świetną, magiczną książkę sensacyjną, a nawet taki kryminał na sterydach z potężnym, czarodziejskim kopem. I nawet fani romansów znajdą tutaj swoje miejsce, bo urban fantasy często jest punktem wyjścia do napisania paranormal romance'u, jak to było chociażby w przypadku serii o Sookie Stackhouse czy naszej rodzimej Szeptuchy Katarzyny Bereniki Miszczuk.


Co myślicie o tym gatunku? Lubicie tego typu książki? Może polecicie mi swoich ulubieńców?


Krótka lista dla osób chcących przeżywać przygodę z urban fantasy:
1) Akta Harry'ego Dresdena, Jim Butcher, wyd. MAG
2) Kate Daniels, Ilona Andrews, wyd. Fabryka Słów
3) Mercedes Thompson, Patricia Briggs, wyd. Fabryka Słów
4) Kroniki Żelaznego Druida, Kevin Hearne, wyd. Rebis
5) Szamanka od umarlaków, Martyna Raduchowska, wyd. Uroboros
6) Chłopcy, Kłamca, Grimm City, Jakub Ćwiek, wyd. SQN
7) Dziewczyna z Dzielnicy Cudów i inne książki autorki - Aneta Jadowska, wyd. SQN
8) Nomen Omen, Marta Kisiel, wyd. Uroboros
9) Amerykańscy bogowie, Nigdziebądź, Chłopaki Anansiego i w ogóle Neil Gaiman, wyd. MAG
10) Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, Anna Lande, wyd. SQN



sobota, 7 kwietnia 2018

O dwóch książkach słów kilka - „Dziennik Bridget Jones” Helen Fielding i „Exodus” Łukasz Orbitowski

Doszłam do momentu, w którym mam do napisania recenzje dwóch książek i jakoś nie potrafię usiąść i zrobić tego chociaż w pewnym stopniu merytorycznie. Dlatego dzisiaj nowa forma - krótkie opinie. Zapraszam ;)

*Dziennik Bridget Jones*
Helen Fielding

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Bridget Jones's Diary
*Gatunek:* kobieca
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1996
*Liczba stron:* 235
*Wydawnictwo:* Zysk i S-ka
Mogę oficjalnie potwierdzić, że w dzisiejszych czasach kluczem do serca mężczyzny nie jest uroda, kuchnia, seks czy dobry charakter, tylko umiejętność sprawiania wrażenia, że nie jesteś nim zainteresowana.
*Krótko o fabule:*
Bridget stara się odnieść w życiu sukces albo przynajmniej utrzymać się na powierzchni. Za każdym razem, gdy jej plany biorą w łeb, Bridget daje radę się pozbierać, szuka pociechy w życiu towarzyskim i mówi sobie, że wszystko będzie dobrze już rankiem, kiedy to jej życie będzie inne, wolne od alkoholu, zbędnych kalorii i emocjonalnych popaprańców.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Powieść Dziennik Bridget Jones znalazła się na mojej liście do przeczytania, ze względu na jej pozycję na liście 100 książek BBC. Do tej pory lektury, które tam się znalazły satysfakcjonowały mnie i były zdecydowanie godne przeczytania. A jak było z tą Bridget?
Kiedy pierwszy raz oglądałam film na podstawie powieści miałam przy nim kupę frajdy. Bo to taka przyjemna rozrywka, z bardzo brytyjskim zacięciem, świetnie zagrana i miejscami nieoczywista (choć ogólnie rzecz biorąc, jednak schematyczna). I książka jest podobna. To jedna z tych pozycji, którą można wziąć do ręki i przeczytać za jednym razem od deski do deski. Błyskawicznie przeskakuje się z jednej przygody Bridget do kolejnej. Może to za sprawą formy - książka napisana jest jako tytułowy dziennik głównej bohaterki. Na początku każdego wpisu pojawiają się informacje na temat ilości spożytych, dziennych kalorii, jednostek alkoholu, sztuk papierosów itd. Później Bridget w nieskomplikowany sposób przedstawia wydarzenia danego okresu (wpisy w dzienniku nie pojawiają się codzienne). Jest lekko, zabawnie i przyjemnie, a lektura spełnia swoje zadanie i sprawdza się jako literatura rozrywkowa. Jednak czy była to książka, która zostanie ze mną na dłużej? Raczej nie. To taka chwilowa frajda, o której zaraz zapomnę. I już chętniej wróciłabym do ekranizacji niż do oryginału.


*Exodus*
Łukasz Orbitowski

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 444
*Wydawnictwo:* SQN
To co wielkie i puste uwiera najbardziej.
*Krótko o fabule:*
Wyobraź sobie, że w jednej chwili porzucasz wszystko: rodzinę, pracę, hobby, dom i kredyt. Nic nie potrafisz. Nic nie wiesz. Poza jednym – musisz uciekać przed siebie.  Przed tobą hałaśliwy Berlin, obóz przesiedleńczy u podnóża Alp, półświatek Lublany i grecka wyspa, gdzie zbliżysz się do strasznej tajemnicy. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Moje pierwsze spotkanie z Łukaszem Orbitowskim przebiegło pomyślnie. Od dłuższego czasu chciałam zapoznać się z jego twórczością i traf chciał, że padło na Exodus.
W książce czuć specyficzny klimat i sposób tworzenia świata autora. Akurat czytałam ją w okresie zimowym i muszę przyznać, że przez lekturę, świat wokół mnie wydawał się jeszcze bardziej przygnębiający. To taka mroczna, dusząca pozycja, która wali bohatera po pysku i każe nam to z bliska, bardzo dokładnie oglądać. Razem z główną postacią docieramy w różne miejsca, gdzie spotykamy nowych ludzi, a będą to raczej osoby borykające się z przerażającymi zmorami przeszłości. Autor porusza wiele problemów współczesnego społeczeństwa, m.in. akcja jednej części ma miejsce w obozie uchodźców. Niestety, przez lekturę ciężko było mi przebrnąć. Trochę przez odpychającego głównego bohatera, trochę przez ten przygnębiający klimat. Po prostu nie złapała mnie tak, jak niektórych, nie sponiewierała emocjonalnie, a tego bym po takiej lekturze oczekiwała. Jednak na pewno wzbudziła ciekawość twórczością autora i zdecydowanie dam mu kolejną szansę.

wtorek, 27 marca 2018

Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń - „Marzyciel” Laini Taylor


*Marzyciel*
Laini Taylor

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Strange the Dreamer
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 511
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Wydawało się to oczywiście niemożliwe. Ale czy kiedykolwiek powstrzymało to jakiegoś marzyciela?
*Krótko o fabule:*
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Z Marzycielem miałam trochę tak, jak z przepięknie wykonanym ciastkiem na wystawie cukierni. Kiedy już raz je zobaczysz i się nim zachwycisz, to nie możesz przestać myśleć o tym, że bardzo go potrzebujesz. Dopóki byłam nieświadoma istnienia Marzyciela, żyłam sobie zgodnie z postanowieniem redukcji młodzieżowej fantastyki w mojej biblioteczce. Ale gdy pierwszy raz zobaczyłam okładkę i opis to przepadłam z kretesem. Musiałam go mieć, musiałam przeczytać. Szczególnie, że coraz częściej natykałam się na pozytywne, pełne zachwytu recenzje w sieci, a okładka co jakiś czas pojawiała się, żeby kusić tą piękną, pozłacaną ćmą na niebieskim tle. Postanowiłam, że powstrzymywanie się nie ma w tym przypadku sensu i zaczęłam lekturę.

Autorkę książki, Laini Taylor, wielu z Was zna z serii Córka dymu i kości. Dla mnie działało to raczej jako negatyw, bo książka nie spodobała mi się, te sześć lat temu, kiedy po nią sięgnęłam. Pamiętam tylko, że największe zarzuty miałam do wątku miłosnego. Stwierdziłam jednak, że dam jej kolejną szansę.

Dobrze zrobiłam, bo Marzyciel podobał mi się o wiele bardziej niż Córka dymu i kości. Przede wszystkim od pierwszych stron wrażenie robi styl autorki, który jest niezwykle magiczny i marzycielski. Widać, że Laini się nie powstrzymywała i kiedy chciała poświęcić dłuższy fragment na poetycki opis, to tak robiła. Dlatego zapewne niektórzy twierdzą, że akcja wolno się rozkręca - dla mnie tempo było w sam raz. Dzięki tym fragmentom, łatwiej było poczuć się częścią tej historii, toteż moim zdaniem styl, ilość wszelkich metafor i rozbudowanych opisów to jeden z największych plusów Marzyciela.
źródło
Nie można odmówić Laini Taylor bujnej wyobraźni. Widać, że temat marzycieli jest jej bliski, bo bardzo zgrabnie wyrwała się wielu schematom, puszczała wodze fantazji, żeby stworzyć swoją historię. Sama oś fabularna skupiająca się na uratowaniu magicznego, tajemniczego miasta to naprawdę ciekawy punkt wyjścia. Do tego problematyka mieszkańców Szlochu, razem z historią z przeszłości, której żniwo nadal jest zbierane - to były wszystko bardzo dobre pomysły. Problem dla mnie zaczął się gdzieś pod koniec książki, gdzie rozwiązanie okazało się trochę pójściem na łatwiznę (zawsze wydaje mi się, że gdy autorzy nie wiedzą jak wyjść z jakiejś sytuacji odwołują się do super-magicznych mocy, które wszystko załatwią). Na dodatek wydaje mi się, że zakończenie zostało napisane specjalnie w ten sposób, żeby zostawić furtkę do kolejnego tomu. Podczas czytania człowiek ma wrażenie, że będzie to pojedyncza powieść i w podziękowaniu autorka sama wspomina, że dopiero z czasem jej pomysł przerodził się w dylogię. I trochę to czuć w zakończeniu, że Taylor na siłę postanowiła pociągnąć jeszcze tę historię.

Podczas lektury trudno nie polubić Lazlo Strange'a. Przede wszystkim to zapalony czytelnik, czyli od razu dostaje od nas kredyt zaufania. Jest takim miłym gościem, który czasami przesadza z naiwnością i wiarą w innych ludzi, ale zarazem to jego pozytywne podejście do życia potrafi nas przekonać. Drugą ważną postacią jest Sarai, o której wolę zbyt dużo nie wspominać, żeby nie zaserwować Wam niepotrzebnych spoilerów. Mogę tylko powiedzieć, że sama jej przeszłość, fakt, skąd się wywodzi był niezwykle intrygujący. Jednak jako ważna postać w książce wypadła moim zdaniem słabo i blado, na tle innych. 
Autorka wprowadza również naprawdę sporo postaci drugoplanowych, którym stara się jak może dać jakiś charakterystyczny rys na życiorysie. Czasami wypada to lepiej, czasami gorzej. Możliwe, że postaci, które poznaliśmy, a które nie odegrały jakiejś roli w fabule, dostaną swoją szansę w kolejnej części. Oby.

I cóż, przejdę teraz do największego minusa książki, który zepsuł mi przyjemność tych ostatnich stu stron czytania. Oczywiście, żeby tradycji stało się zadość, był to wątek miłosny. Laini Taylor starała się jak mogła, żeby wyszło dobrze - sama otoczka, okoliczności, w których spotykają się bohaterowie są bardzo oryginalne. Jednak już to uczucie rozwijające się między nimi to kalka z wielu romansów młodzieżowych z serii - zobaczyłam/zobaczyłem i się zakochałam/zakochałem. 

Marzyciel to książka młodzieżowa, która godna jest Waszej uwagi. Jeżeli jesteście fanami gatunku, to zapewne nie będzie Wam przeszkadzał nawet dość typowy wątek miłosny. A sama otoczka jest naprawdę magiczna i pozwala zatopić się w marzycielskiej głowie Laini Taylor. W wielu momentach zgrabnie wyłamuje się ze schematów, a przy zakończeniu przeżyłam jedno zaskoczenie (myślałam, że autorka nie będzie gotowa na tak drastyczny ruch).
Nie muszę też dodawać, że samo wydanie książki robi ogromne wrażenie - okładka kusi pięknymi zdobieniami, a w środku jest równie wspaniała. 

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.



niedziela, 10 grudnia 2017

Szukając wyjścia - „Ciemna strona” Tarryn Fisher


*Ciemna strona*
Tarryn Fisher

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Mud Vein
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* SQN

Każdy z nas ma kogoś, kto mu przypomina, jak potrafi boleć miłość. Bezwarunkowa miłość przeciekająca nam przez palce niczym piasek.

*Krótko o fabule:*
W dniu swoich trzydziestych trzecich urodzin popularna pisarka Senna Richards budzi się uwięziona w obcym domu. Została porwana, ale nie wie przez kogo ani dlaczego. Szybko staje się jasne, że jeśli chce odzyskać wolność, powinna dokładnie przyjrzeć się swojej przeszłości i odczytać pozostawione jej wskazówki. Jednak przeszłość skrywa mroczne tajemnice…
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Ostatnimi czasy nastąpił prawdziwy wysyp miejsc rozrywki zwanych „Escape Roomami”. Gra polega na tym, że zamykają Ciebie z przyjaciółmi w pokoju. W określonym czasie musicie rozwiązać zagadki, ukryte w pomieszczeniu i znaleźć sposób na wyjście. Adrenalina, wspólna praca nad rozwikłaniem problemu, chęć wykazania się logicznym myśleniem - to wszystko sprawia, że Escape Room jest świetnym sposobem na alternatywne spotkanie ze znajomymi. Sprawa ma się zgoła inaczej jeśli zostajemy zamknięci wbrew własnej woli, z osobą, z którą chcieliśmy zerwać wszelki kontakt. A taka sytuacja spotyka główną bohaterkę Ciemnej strony.

O Tarryn Fisher trudno było nie usłyszeć w ciągu ostatnich miesięcy. Początkowo kojarzyła się przede wszystkim z literaturą młodzieżową (napisała trylogię rozpoczynającą się od tytułu Mimo moich win, a razem z Colleen Hoover stworzyły Never, never). Jednak ostatnio zaczęły się pojawiać książki dla trochę starszych czytelników, trzymające w napięciu, napisane z nutką grozy. Mam tutaj na myśli Margo i Bad mommy. W moje ręce pierwsza trafiła nowość wydawnicza, czyli Ciemna strona.

Trudno nie rozpocząć od wyłuszczenia największej zalety tej powieści - ona wciąga. I nie w taki normalny sposób, że człowiek ma ochotę poznać rozwiązanie zagadki i chciałby szybciej dotrzeć do zakończenia. To raczej jest pewne uzależnienie od czytania, ponieważ po prostu nie potrafimy przestać. Normalnie przeplatam sobie różne książki, jedne czytam w domu, drugie w tramwaju. W przypadku Ciemnej strony po prostu musiałam zostawić wszystko inne i skupić się jedynie na tej jednej powieści, powtarzając sobie w nieskończoność „jeszcze tylko jeden rozdział”.
źródło
Podobał mi się sposób prowadzenia narracji. Brak tutaj powolnego rozwoju akcji i wprowadzania w świat przedstawiony. Pierwsze strony rzucają nas w wir wydarzeń, gdzie razem z bohaterką próbujemy rozwikłać w jakim miejscu się znajdujemy i kto nas w nim umieścił. Poznajemy też w domku partnera (a raczej współwięźnia) i od razu możemy domyślić się, że bohaterka skądś go zna, ale autorka niczego nie zdradzi nam od razu. Na początku przyzwyczaimy się do zamknięcia i wpadniemy w pewien rytm życia bohaterów. A kiedy będziemy gotowi zaczniemy odkrywać wydarzenia z przeszłości, które stworzą z teraźniejszością pełen obraz psychologiczny bohaterów.

Także jest ciekawie, akcja naprawdę wciąga od pierwszych stron do ostatnich. Na dodatek postacie są intrygujące. Główną bohaterką jest Senna, poczytna pisarka, której przeszłość maluje się raczej w ciemnych barwach. To kobieta, która przeżyła wiele traumatycznych wydarzeń, takich, które potrafią złamać nawet najsilniejszą osobowość. Możemy wyczuć bijące od niej uczucie odosobnienia, niechęci do zawierania więzi z innymi. Do tego stopnia, że stara się usunąć ze swojego życia osoby i sytuacje, sprawiające jej radość - może ze względu na fakt, że obawia się niesionych z nimi, kolejnych możliwości na odczuwanie bólu?
Jej współwięźniem jest Isaac, dobrze prosperujący lekarz, którego ciało znaczą tatuaże, dotyczące trudnych spraw z lat młodocianych. Oczywiście domyślamy się, że z Senną się znają i łączy ich wspólna przeszłość. W tym wypadku lepiej więcej nie zdradzać, a poznać ich historię z książki.

Na plus działa powolne rozwiązywanie zagadki domku, szczególnie kiedy zaczynamy rozpoznawać znajdujące się w nim wskazówki, dotyczące wydarzeń z życia bohaterów, poznawane dzięki retrospekcjom. Pojawiły się pewne nielogiczności (jeżeli wszystko szło do kominka to jakim sposobem uchował się stół?), ale autorka nadrabiała je wartką akcją. Oprócz tego ciekawym motywem było wplecenie w fabułę elementów muzycznych, które klimatycznie pasowały do odbioru całości.

Ciemna strona to oryginalny thriller psychologiczny, który potrafi niesamowicie wciągnąć. Fisher kreuje depresyjny klimat, powoli odkrywając przyczyny, stojące za nieprzyjemnym charakterem swojej bohaterki. Czy poszukując wyjścia ze swojego więzienia, znajdzie również remedium na swoje problemy i uda jej się wyjść z depresji? Tego dowiecie się czytając tę książkę. Przygotujcie się na sporą dawkę mroku i dramatycznych sytuacji, poznajcie oryginalną historię miłosną i dajcie się zaskoczyć rozwiązaniem zagadki. Warto przeczytać.


Moja ocena: 7+/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

sobota, 7 października 2017

Współczesna literatura a tradycyjne wartości - „Rdza” Jakub Małecki

Książkę wciąż można wygrać na moim Instagramie (konkurs do 14.10) -> LINK.
Swoją drogą zauważyłam, że co książka od Małeckiego to SQN przedstawia nam lepsze okładki. Nie mogę się doczekać jak będzie wyglądała kolejna powieść Jakuba, ja na pewno muszę ją mieć w swojej biblioteczce. 

*Rdza*
Jakub Małecki

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* społeczna, obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 283
*Wydawnictwo:* SQN
Bo co to jest za wielka sztuka chodzić po ciemku, jak się ciemności nie boisz? Sztuka jest chodzić po ciemku, jak się od tego cały człowiek trzęsie. To jest wielkie szczęście, bać się.  Tylko wtedy można pokazać, że się jest odważnym.”
*Krótko o fabule:*
Lato 2002 roku. Czekając na powrót rodziców z wielkiego miasta, siedmioletni Szymon układa monety na torach. Nie wie, że jego życie już nigdy nie będzie takie, jak dotychczas. 
Kilka dekad wcześniej jego babka, Tośka, wyrusza w podróż, którą zapamięta na zawsze. Wyrwana z bezpiecznego domu dziewczynka trafia do obcego świata, którego zasad musi się nauczyć. Jako dorosła kobieta stanie przed konsekwencją swoich dawnych wyborów. 
Losy tych dwojga splatają się w sposób, którego żadne z nich się nie spodziewa. Zmuszeni żyć ze sobą, pomimo różnic, Szymon i Tośka próbują zrozumieć się nawzajem i uwierzyć, że wszystko będzie dobrze. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
„Rdza” to książka, której nienawidzę i którą kocham jednocześnie. Nienawidzę za to, że Małecki po raz kolejny rzuca na czytelnika czar, który sprawia że nie można się oderwać od czytania. Nie potrafiłam odstawić książki na bok, gdy już raz się w niej zanurzyłam (może to jakiś literacki mentalista). Kocham za to, że przez te krótkie chwile nie istniało nic innego. I tylko gdzieś w głębi rosła mi ogromna, ciemna gula, która narastała z każdą kolejną historią bohaterów, która kolekcjonowała uśmiechy, zagarniała siniaki, ociekała łzami, czytała komiksy i trzymała się za rękę. A na koniec podeszła pod gardło i wywołała lawinę emocji.

Do lektury podchodziłam dość ostrożnie. Dygot i Ślady pochłonęłam niemal jednym tchem, kończąc jedną historię, wchodziłam w kolejną. Na tej podstawie stwierdziłam, że... tak. Że Małecki to nazwisko warte śledzenia. I czekałam, czekałam na tę kolejną powieść, w głowie zbierając te oczekiwania, które wciąż rosły. A później, gdy trzymałam lekturę w ręce pomyślałam: a jeżeli się pomyliłam, a co jeśli tamte zachwyty przeżyłam pod wpływem chwili, a teraz to na pewno będzie inaczej, a teraz przeczytam, przyswoję i po prostu zapomnę, ot tak. Wystarczyło jednak przewrócić pierwsze kartki i przestać myśleć. A zacząć czuć.

Autor ma pewną zdolność, która nie przestaje zadziwiać. On nie opisuje dla mnie rzeczywistości, a pozwala ją odczuwać. Często prosty styl narracji kojarzył mi się z oszczędnością w niesionym ładunku emocjonalnym. Ale teraz już rozumiem, że brak patosu i używania utartych sformowań i zagrywek czasami może kryć pod powierzchnią inny rodzaj emocji. Taki, który nie trafia człowieka w twarz, ale kiełkuje w jego wnętrzu, żeby powoli, wraz z rozwojem akcji, rozlać się po całym ciele. 


źródło
Nie mogę powiedzieć, że podczas lektury Rdzy doszukałam się czegoś nowego w stylu, którym posługuje się Małecki. To nadal ten sam sposób opowiadania, zwięzły, ale zarazem wartościowy, którego zdania składane są w sposób zaskakujący i sprawiają, że chcemy je zapisać, zapamiętać i rozkładać na części pierwsze. Jednak sam wydźwięk powieści, poruszane tematy i uczucie, które pozostawia różnią się, moim zdaniem, od poprzednich książek autora.

Tym razem Jakub Małecki stawia na oklepany literacki temat, jakim jest przyjaźń. I tę przedstawia nam pod wieloma kątami, z perspektywy różnych bohaterów i innych czasów. Na główny plan wychodzi ta łącząca głównego bohatera, Szymka, z Budzikiem. To bardzo dobrze nakreślona relacja, która opowiada o wzlotach i upadkach, a każdy z nich skutkuje zmianą w życiu bohaterów. Książka zaczyna się sceną, w której chłopcy bawią się czy torach i kończy się w tym samym miejscu i w tym samym towarzystwie - wychodzi z tego zgrabna klamra. Jednak jeżeli przyjrzymy się bliżej, to wiele wątków pobocznych również napędzanych jest przez przyjaźń. Doktor zaprzyjaźnia się z Hołowczycem, a Sabina z Józkiem Kłodą. Ci pierwsi są swoimi kompanami do kieliszka, a w alkoholu szukają zapomnienia. Drudzy stają się swoimi powiernikami, wymieniając całą masę listów. Mamy więc temat, który łączy mnóstwo wątków pobocznych, ale w sposób bardzo subtelny i niemal niewidoczny. 

Wiele jest tutaj wtórnych pomysłów, ale opisane są w tak fascynujący sposób, że trudno za to autora winić (a ja nawet poklaskuję i nie obrażę się, jeśli będzie tego jeszcze więcej). Jakub Małecki ponownie za miejsce wydarzeń obiera sobie małą wieś, a za bohaterów prostych, szarych ludzi, którzy może nie robią najbardziej ekscytujących rzeczy pod słońcem, ale zarazem ich codzienność (pięknie opisana przez autora) niezmiennie intryguje i wciąga. Po raz kolejny też odnosi się do wojny i stara się przedstawić to, jaki ślad pozostawia po sobie w mentalności ludzi (widać to podczas fragmentów o Niewidzialnym Człowieku). Znajdziemy tutaj też wątek miejscowej legendy, takiej lokalnej historii, na temat tego co wydarzyło się w sąsiedztwie przed wielu laty. I tego, jak ta historia wpływa na kolejne pokolenia miejscowej ludności.

Nie wiem czy potrafię zrozumieć jak autorowi udało się to po raz kolejny, ale po prostu znowu mnie zachwycił. Rdza to przepiękna historia o przyjaźni, rodzinie, wychowaniu i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Wydaje się, że to proste, tradycyjne wartości, ale przedstawione są w sposób iście magiczny. Na dodatek książka napisana jest w taki sposób, że nie da się odłożyć jej na bok ani na chwilę. Wciąga, fascynuje i wywołuje masę emocji. Mnie nadal mało, więc już czekam na kolejne książki Jakuba Małeckiego!


Moja ocena: 9+/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

poniedziałek, 2 października 2017

Zbiór opowiadań inspirowany wycieczką po Stanach Zjednoczonych - „Drobinki nieśmiertelności” Jakub Ćwiek



*Drobinki nieśmiertelności*
Jakub Ćwiek

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* literatura współczesna
*Forma:* zbiór opowiadań
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 312
*Wydawnictwo:* SQN
 Chodzi o to, że ja wierzę. Zarówno w Boga, jak i w Amerykę właśnie. Wierzę, że to kraj niebywałych możliwości, kraj szans i amerykańskiego snu. Ziemia obiecana? Być może, na pewno kiedyś do tego zmierzaliśmy, kiedyś byliśmy na szczycie. 
*Krótko o fabule:*
Co łączy Rocky’ego Balboę i pewnego starszego pana? Jaką historię kryją stare schody w Georgii? Komu nowoorleańscy muzycy naprawdę sprzedają duszę i jak zostać bogiem w Nowym Jorku? Drobinki nieśmiertelności to podparta licznymi przykładami odpowiedź na najczęściej zadawane pisarzom pytanie, czyli skąd czerpią pomysły. Tym razem źródłem inspiracji dla Jakuba Ćwieka były miejsca i zdarzenia związane z jego popkulturową podróżą przez Stany Zjednoczone.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Jakub Ćwiek znany jest ze swojej fascynacji Stanami Zjednoczonymi. Upust swojej miłości dał w poprzedniej książce, w której opisał wielką przygodę, jaką przeżył z grupą swoich znajomych w podróży śladami popkultury w Ameryce. O książce pisałam już rok temu (link do recenzji). Przyznam, że podobał mi się ten oryginalny pamiętnik, nawet jeżeli wiele odniesień do popkultury było mi obcych. Tym razem Ćwiek napisał coś bliższego mojemu gustowi. Jest to zbiór opowiadań, dla których inspiracją były elementy tej podróży. 

Muszę powiedzieć, że autor ma prawdziwy talent do snucia opowieści. Można to wywnioskować już po przeczytaniu kilku jego książek bądź po prostu po spotkaniu, na którym można posłuchać go na żywo. To naprawdę człowiek, który ma gadane i potrafi z wielu sytuacji wyciągnąć to, co najlepsze, tworząc dzięki temu ciekawe anegdoty. Drobinki nieśmiertelności ten jego talent pokazują. Widać to szczególnie patrząc na konfrontację każdego opowiadania z inspiracją do niego. Te krótkie, zawierające się w kilku zdaniach wstawki, w których autor przedstawia myśl kryjącą się za fabułą sprawiają, że doceniamy jego łatwość w kreowaniu opowieści. Z jednego zdania bądź zapamiętanego widoku potrafił napisać pełnoprawne opowiadanie. To jest rzecz, którą zdecydowanie należy podziwiać i co wróży mu bardzo dobrą przyszłość w świecie literatury. 
źródło
Niestety, pomimo talentu autora, przeszkadza mi zamysł wyciskania historii z drobnych inspiracji, tworząc opowiadania, które nie są wysokich lotów. Nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę dobra rozrywka, ale po prostu znam inne książki autora i uważam, że stać go na o wiele więcej. Porównując z innymi napisanymi przez niego lekturami, ta wypada dość średnio. Niemal jakby były to opowiadania, które napisał jako zadanie na lekcję polskiego. Widać, że ma talent do ich kreowania, ale dla mnie za mało kryło się tam prawdziwej głębi. Tak jakby autor chciał po prostu przelać na karty historie, które nagle mu wpadły do głowy, ale które nie zostały przez niego specjalnie przemyślane. Takie mam przynajmniej wrażenie. Po prostu mogłam mieć zbyt wygórowane oczekiwania, bo w końcu niektóre książki Ćwieka należą do moich ulubionych (kocham serię o Kłamcy!). 

Nie wyciągajcie pochopnych wniosków z poprzedniego akapitu, bo ogólnie jest nieźle. Moim zdaniem poniżej oczekiwań, które mogliśmy mieć na podstawie twórczości autora, ale wciąż dobrze. Ten zbiór opowiadań idealnie sprawdził się jako towarzysz moich podróży. Kiedy miałam tylko niedługą chwilę mogłam otworzyć książkę i przeczytać jeden z tekstów - większość jest naprawdę dość krótkich, a przeczytanie całej książki może zająć dosłownie kilka godzin. Wrażenie robi na pewno wydanie książki. Okładka przykuwa wzrok i moim zdaniem jest naprawdę świetna. Przed każdym z opowiadań znajdziemy też mapkę z zaznaczonym miejscem akcji i ilustracją, dotyczącą danego tekstu. Bardzo mi się ten zabieg podobał.

Co do treści, to jest różnie (chyba nikogo to nie dziwi, skoro mowa o zbiorze opowiadań). Oczywiście w zależności od tekstu albo prawdziwie się wciągałam albo czytałam, tak tylko, żeby skończyć. Podobało mi się opowiadanie Dusza to szkarłatna mgła, może ze względu na inną formę (napisane jako list), ale też dlatego, że niosło spory ładunek emocjonalny, dotyczyło borykania się z traumą wojenną. I przedstawione było w ciekawy sposób, bez zbędnego patosu. Dodatkowo wrażenie zrobiło Nie masz tu więcej przyjaciół, Eugene, szczególnie po przeczytaniu historycznej inspiracji (podczas powodzi po huraganie Katrina, ubogie dzielnice Nowego Orleanu zostały celowo zatopione, tylko żeby ratować tę turystyczną część). Trochę słabiej wspominam chociażby Świętego, który moim zdaniem sprawdziłby się lepiej jako dodatek do poprzedniej książki autora. To w ogóle mógłby być dobry pomysł, żeby połączyć Drobinki nieśmiertelności z Przez stany POPświadomości w jeden tom. Obie lektury świetnie się uzupełniają, a jako osobne książki czegoś im brakuje. 

Zbiór opowiadań Drobinki nieśmiertelności pokaże Wam talent i lekkość autora do tworzenia historii. Dla fanów Jakuba Ćwieka to pozycja obowiązkowa, bo można przekonać się jak radzi sobie z krótką formą w gatunku innym niż fantastyka. Nie należy jednak nastawiać się na arcydzieło, a raczej na przyjemną rozrywkę. Miłe dopełnienie jego poprzedniej książki.

Moja ocena: 6/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka