Pokazywanie postów oznaczonych etykietą laini taylor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą laini taylor. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lutego 2019

Nienawiści przeciwstawcie miłość - „Muza Koszmarów” Laini Taylor



*Muza Koszmarów*
Laini Taylor

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Muse of Nightmares
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 480
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Istnieje pewne idealne miejsce, gdzie można upchnąć przeszłość - powiedziała Suheyla. - A jeśli jej tam nie schowacie, zagraci teraźniejszość i ciągle będziecie się o nią potykać.
*Krótko o fabule:*
Lazlo i Sarai nie są już dłużej tym, czym byli. Sarai, Muza Koszmarów, dopiero odkrywa pełnię swoich możliwości, tymczasem Lazlo musi dokonać wyboru niemożliwego: ocalić życie ukochanej czy wszystkich mieszkańców Szlochu? Otwarcie zapomnianych drzwi do nowych światów zamiast odpowiedzi przynosi wiele pytań – czy bohaterowie zawsze muszą zabijać potwory, czy mogą je… ocalić?
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Ustalmy jedną rzecz - jeżeli jesteście fanami młodzieżowej fantastyki to musieliście słyszeć o Marzycielu, czyli pierwszej części dylogii o tajemniczym mieście Szlochu, nad którym unosi się ogromny serafin zbudowany z magicznego metalu, mesartjum. Kiedy ją wydano było o tej książce bardzo głośno, a zachwyty zdawały się nie cichnąć i dużo później. Czytałam ją zaraz po premierze, napalona wszystkimi tymi pozytywnymi opiniami. Z perspektywy czasu kojarzyłam ją jako przyjemną młodzieżówkę, napisaną w nietypowym stylu, ale trochę mało angażującą i niezapadającą w pamięć. Na dodatek jakoś przeszkadzał mi ten wątek miłosny, co często się mi przydarza w tego typu literaturze. Z drugą częścią historia jest zgoła inna.

Dostałam możliwość przeczytania Muzy Koszmarów przed premierą i postanowiłam dać jej szansę. Gdyby nie ta propozycja to może sporo wody upłynęłoby w Odrze zanim zabrałabym się za kontynuację Marzyciela. Nie dlatego, że mi się nie podobał, bo uważam go za naprawdę dobrą młodzieżówkę, a raczej dlatego, że sporo ciekawszych lektur czeka na mojej półce, a jakoś nie kwapiłam się do poznania dalszych losów Lazlo i reszty bohaterów. Teraz wiem, że sporo bym straciła.

Wydaje mi się, że jeżeli podobała Wam się pierwsza część to musi zachwycić Was też kontynuacja. Mam wrażenie, że autorka zostawiła to co było najlepszego w Marzycielu, poprawiła się w miejscach, które trochę kulały i dodała sporo dodatkowych atutów. Jeżeli pierwsza część Was satysfakcjonowała to będą to tylko bonusy, ale jeśli nie przekonał Was Marzyciel to szczerze polecam dać szansę Muzie Koszmarów. Bo jest lepsza. A nuż, ona może zachwyci?
źródło
Akcja rusza tutaj z kopyta, już od pierwszych stron powieści. Ci, którzy znają zakończenie poprzedniczki wiedzą, że Taylor zostawiła bohaterów w dość osobliwej sytuacji, a Muza Koszmarów zabiera się za fabułę dokładnie w tym samym miejscu, w którym pozostawił nas pierwszy tom. Także nie będzie żadnych przeskoków w czasie, a tę dylogię można będzie połknąć jako jedną, długą opowieść. Dzięki temu, że Marzyciel poświęcił sporo czasu na zbudowanie podwalin, o wiele łatwiej będzie nam się odnaleźć i poczuć dobrze w tym świecie. Znamy już dość świeżą historię miasta Szlochu, znamy przeszłość Lazla i reszty jego drużyny, znamy też mieszkańców podniebnego serafina. Autorka jednak nie pozostaje w miejscu i nie skupia się wyłącznie na posiadanej przez nas już wiedzy, a zgrabnie wprowadza rozbudowywanie swojego świata. Jest to na tyle zajmująca część historii, że czytając miałam ochotę tylko przeskakiwać do kolejnych retrospekcji. Przedstawienie nam epizodów z życia uzdolnionych sióstr, Kory i Novy, okazało się wspaniałym silnikiem napędowym tego tomu.

Nie znaczy to, że wszystko inne bledło w ich cieniu. Przeżycia Lazla i boskich pomiotów były również intrygujące, bo bardzo intymne, zamknięte w magicznym pudełku, zupełnie jak w dziwnej, zrekonstruowanej rodzinie. W takiej, w której nie wszyscy potrafią o miłości mówić i czasami musimy niemal coś stracić, żeby to docenić. Świetne jest to, że na pierwszy plan Muzy Koszmarów wypływa właśnie ta miłość między rodzeństwem. Możemy ją obserwować pod różną postacią: przedstawiona jako siła napędowa, czyli chęć uratowania siostry (w przypadku Novy), a także pomagająca rozwiązać problemy, poprzez próbę spojrzenia wgłąb drugiej osoby (co robi Sarai wkradając się do snów Minyi). Te więzi rodzinne są w Muzie Koszmarów wystawiane na wiele różnych prób, bo mamy tutaj i długi czas rozłąki, i możliwość pojawienia się zazdrości o umiejętności, i niechęć dzielenia się traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa, o których reszta nie ma pojęcia, i poczucie zdrady, kiedy rodzeństwo nie zgadza się z naszym zdaniem. Jednak pięknie jest oglądać jak zakorzenione głęboko więzi, które wytwarzają się między bohaterami tak naturalnie, poprzez czystą miłość rodzinną, wpływają na wspólną walkę. Razem starają się wyjść z kryzysowych sytuacji obronną ręką. Tak ramię w ramię, po prostu.

Wiecie jednak, co jest w Muzie Koszmarów najlepsze? Że ona łączy wszystko co pyszne, a zarazem lekkostrawne w literaturze młodzieżowej z możliwością wyniesienia z lektury czegoś więcej. Bo ja się tutaj rozpisuję o tej więzi siostrzanej / braterskiej, ale ktoś inny mógłby wypunktować inne motywy i je uwypuklić. Przykładowo to, że przez czyny z przeszłości nie możemy przekreślać teraźniejszości drugiego człowieka, dopóki nie poznamy jakie kierowały nim motywy. Albo, że czysta nienawiść może prowadzić tylko do nienawiści i czasami lepiej sobie odpuścić, zamiast marnować życie na poświęcenie się zemście. Także musicie mi po prostu uwierzyć, że sporo tutaj różnych wątków, których można się chwycić i za nimi podążać. Ja będę wspominała czytanie Muzy Koszmarów niczym wspaniałą podróż po magicznym, zajmującym świecie z masą barwnych bohaterów. I przymknę nawet oko na ten wątek miłosny, który do moich ulubionych nadal nie należy. Wam natomiast polecam tę dylogię, szczególnie czytaną jako całość.

Moja ocena: 8+/10



Za możliwość przeczytania dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl


wtorek, 27 marca 2018

Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń - „Marzyciel” Laini Taylor


*Marzyciel*
Laini Taylor

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Strange the Dreamer
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 511
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Wydawało się to oczywiście niemożliwe. Ale czy kiedykolwiek powstrzymało to jakiegoś marzyciela?
*Krótko o fabule:*
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Z Marzycielem miałam trochę tak, jak z przepięknie wykonanym ciastkiem na wystawie cukierni. Kiedy już raz je zobaczysz i się nim zachwycisz, to nie możesz przestać myśleć o tym, że bardzo go potrzebujesz. Dopóki byłam nieświadoma istnienia Marzyciela, żyłam sobie zgodnie z postanowieniem redukcji młodzieżowej fantastyki w mojej biblioteczce. Ale gdy pierwszy raz zobaczyłam okładkę i opis to przepadłam z kretesem. Musiałam go mieć, musiałam przeczytać. Szczególnie, że coraz częściej natykałam się na pozytywne, pełne zachwytu recenzje w sieci, a okładka co jakiś czas pojawiała się, żeby kusić tą piękną, pozłacaną ćmą na niebieskim tle. Postanowiłam, że powstrzymywanie się nie ma w tym przypadku sensu i zaczęłam lekturę.

Autorkę książki, Laini Taylor, wielu z Was zna z serii Córka dymu i kości. Dla mnie działało to raczej jako negatyw, bo książka nie spodobała mi się, te sześć lat temu, kiedy po nią sięgnęłam. Pamiętam tylko, że największe zarzuty miałam do wątku miłosnego. Stwierdziłam jednak, że dam jej kolejną szansę.

Dobrze zrobiłam, bo Marzyciel podobał mi się o wiele bardziej niż Córka dymu i kości. Przede wszystkim od pierwszych stron wrażenie robi styl autorki, który jest niezwykle magiczny i marzycielski. Widać, że Laini się nie powstrzymywała i kiedy chciała poświęcić dłuższy fragment na poetycki opis, to tak robiła. Dlatego zapewne niektórzy twierdzą, że akcja wolno się rozkręca - dla mnie tempo było w sam raz. Dzięki tym fragmentom, łatwiej było poczuć się częścią tej historii, toteż moim zdaniem styl, ilość wszelkich metafor i rozbudowanych opisów to jeden z największych plusów Marzyciela.
źródło
Nie można odmówić Laini Taylor bujnej wyobraźni. Widać, że temat marzycieli jest jej bliski, bo bardzo zgrabnie wyrwała się wielu schematom, puszczała wodze fantazji, żeby stworzyć swoją historię. Sama oś fabularna skupiająca się na uratowaniu magicznego, tajemniczego miasta to naprawdę ciekawy punkt wyjścia. Do tego problematyka mieszkańców Szlochu, razem z historią z przeszłości, której żniwo nadal jest zbierane - to były wszystko bardzo dobre pomysły. Problem dla mnie zaczął się gdzieś pod koniec książki, gdzie rozwiązanie okazało się trochę pójściem na łatwiznę (zawsze wydaje mi się, że gdy autorzy nie wiedzą jak wyjść z jakiejś sytuacji odwołują się do super-magicznych mocy, które wszystko załatwią). Na dodatek wydaje mi się, że zakończenie zostało napisane specjalnie w ten sposób, żeby zostawić furtkę do kolejnego tomu. Podczas czytania człowiek ma wrażenie, że będzie to pojedyncza powieść i w podziękowaniu autorka sama wspomina, że dopiero z czasem jej pomysł przerodził się w dylogię. I trochę to czuć w zakończeniu, że Taylor na siłę postanowiła pociągnąć jeszcze tę historię.

Podczas lektury trudno nie polubić Lazlo Strange'a. Przede wszystkim to zapalony czytelnik, czyli od razu dostaje od nas kredyt zaufania. Jest takim miłym gościem, który czasami przesadza z naiwnością i wiarą w innych ludzi, ale zarazem to jego pozytywne podejście do życia potrafi nas przekonać. Drugą ważną postacią jest Sarai, o której wolę zbyt dużo nie wspominać, żeby nie zaserwować Wam niepotrzebnych spoilerów. Mogę tylko powiedzieć, że sama jej przeszłość, fakt, skąd się wywodzi był niezwykle intrygujący. Jednak jako ważna postać w książce wypadła moim zdaniem słabo i blado, na tle innych. 
Autorka wprowadza również naprawdę sporo postaci drugoplanowych, którym stara się jak może dać jakiś charakterystyczny rys na życiorysie. Czasami wypada to lepiej, czasami gorzej. Możliwe, że postaci, które poznaliśmy, a które nie odegrały jakiejś roli w fabule, dostaną swoją szansę w kolejnej części. Oby.

I cóż, przejdę teraz do największego minusa książki, który zepsuł mi przyjemność tych ostatnich stu stron czytania. Oczywiście, żeby tradycji stało się zadość, był to wątek miłosny. Laini Taylor starała się jak mogła, żeby wyszło dobrze - sama otoczka, okoliczności, w których spotykają się bohaterowie są bardzo oryginalne. Jednak już to uczucie rozwijające się między nimi to kalka z wielu romansów młodzieżowych z serii - zobaczyłam/zobaczyłem i się zakochałam/zakochałem. 

Marzyciel to książka młodzieżowa, która godna jest Waszej uwagi. Jeżeli jesteście fanami gatunku, to zapewne nie będzie Wam przeszkadzał nawet dość typowy wątek miłosny. A sama otoczka jest naprawdę magiczna i pozwala zatopić się w marzycielskiej głowie Laini Taylor. W wielu momentach zgrabnie wyłamuje się ze schematów, a przy zakończeniu przeżyłam jedno zaskoczenie (myślałam, że autorka nie będzie gotowa na tak drastyczny ruch).
Nie muszę też dodawać, że samo wydanie książki robi ogromne wrażenie - okładka kusi pięknymi zdobieniami, a w środku jest równie wspaniała. 

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka