Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sqn imaginatio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sqn imaginatio. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lutego 2019

Nienawiści przeciwstawcie miłość - „Muza Koszmarów” Laini Taylor



*Muza Koszmarów*
Laini Taylor

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Muse of Nightmares
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 480
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Istnieje pewne idealne miejsce, gdzie można upchnąć przeszłość - powiedziała Suheyla. - A jeśli jej tam nie schowacie, zagraci teraźniejszość i ciągle będziecie się o nią potykać.
*Krótko o fabule:*
Lazlo i Sarai nie są już dłużej tym, czym byli. Sarai, Muza Koszmarów, dopiero odkrywa pełnię swoich możliwości, tymczasem Lazlo musi dokonać wyboru niemożliwego: ocalić życie ukochanej czy wszystkich mieszkańców Szlochu? Otwarcie zapomnianych drzwi do nowych światów zamiast odpowiedzi przynosi wiele pytań – czy bohaterowie zawsze muszą zabijać potwory, czy mogą je… ocalić?
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Ustalmy jedną rzecz - jeżeli jesteście fanami młodzieżowej fantastyki to musieliście słyszeć o Marzycielu, czyli pierwszej części dylogii o tajemniczym mieście Szlochu, nad którym unosi się ogromny serafin zbudowany z magicznego metalu, mesartjum. Kiedy ją wydano było o tej książce bardzo głośno, a zachwyty zdawały się nie cichnąć i dużo później. Czytałam ją zaraz po premierze, napalona wszystkimi tymi pozytywnymi opiniami. Z perspektywy czasu kojarzyłam ją jako przyjemną młodzieżówkę, napisaną w nietypowym stylu, ale trochę mało angażującą i niezapadającą w pamięć. Na dodatek jakoś przeszkadzał mi ten wątek miłosny, co często się mi przydarza w tego typu literaturze. Z drugą częścią historia jest zgoła inna.

Dostałam możliwość przeczytania Muzy Koszmarów przed premierą i postanowiłam dać jej szansę. Gdyby nie ta propozycja to może sporo wody upłynęłoby w Odrze zanim zabrałabym się za kontynuację Marzyciela. Nie dlatego, że mi się nie podobał, bo uważam go za naprawdę dobrą młodzieżówkę, a raczej dlatego, że sporo ciekawszych lektur czeka na mojej półce, a jakoś nie kwapiłam się do poznania dalszych losów Lazlo i reszty bohaterów. Teraz wiem, że sporo bym straciła.

Wydaje mi się, że jeżeli podobała Wam się pierwsza część to musi zachwycić Was też kontynuacja. Mam wrażenie, że autorka zostawiła to co było najlepszego w Marzycielu, poprawiła się w miejscach, które trochę kulały i dodała sporo dodatkowych atutów. Jeżeli pierwsza część Was satysfakcjonowała to będą to tylko bonusy, ale jeśli nie przekonał Was Marzyciel to szczerze polecam dać szansę Muzie Koszmarów. Bo jest lepsza. A nuż, ona może zachwyci?
źródło
Akcja rusza tutaj z kopyta, już od pierwszych stron powieści. Ci, którzy znają zakończenie poprzedniczki wiedzą, że Taylor zostawiła bohaterów w dość osobliwej sytuacji, a Muza Koszmarów zabiera się za fabułę dokładnie w tym samym miejscu, w którym pozostawił nas pierwszy tom. Także nie będzie żadnych przeskoków w czasie, a tę dylogię można będzie połknąć jako jedną, długą opowieść. Dzięki temu, że Marzyciel poświęcił sporo czasu na zbudowanie podwalin, o wiele łatwiej będzie nam się odnaleźć i poczuć dobrze w tym świecie. Znamy już dość świeżą historię miasta Szlochu, znamy przeszłość Lazla i reszty jego drużyny, znamy też mieszkańców podniebnego serafina. Autorka jednak nie pozostaje w miejscu i nie skupia się wyłącznie na posiadanej przez nas już wiedzy, a zgrabnie wprowadza rozbudowywanie swojego świata. Jest to na tyle zajmująca część historii, że czytając miałam ochotę tylko przeskakiwać do kolejnych retrospekcji. Przedstawienie nam epizodów z życia uzdolnionych sióstr, Kory i Novy, okazało się wspaniałym silnikiem napędowym tego tomu.

Nie znaczy to, że wszystko inne bledło w ich cieniu. Przeżycia Lazla i boskich pomiotów były również intrygujące, bo bardzo intymne, zamknięte w magicznym pudełku, zupełnie jak w dziwnej, zrekonstruowanej rodzinie. W takiej, w której nie wszyscy potrafią o miłości mówić i czasami musimy niemal coś stracić, żeby to docenić. Świetne jest to, że na pierwszy plan Muzy Koszmarów wypływa właśnie ta miłość między rodzeństwem. Możemy ją obserwować pod różną postacią: przedstawiona jako siła napędowa, czyli chęć uratowania siostry (w przypadku Novy), a także pomagająca rozwiązać problemy, poprzez próbę spojrzenia wgłąb drugiej osoby (co robi Sarai wkradając się do snów Minyi). Te więzi rodzinne są w Muzie Koszmarów wystawiane na wiele różnych prób, bo mamy tutaj i długi czas rozłąki, i możliwość pojawienia się zazdrości o umiejętności, i niechęć dzielenia się traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa, o których reszta nie ma pojęcia, i poczucie zdrady, kiedy rodzeństwo nie zgadza się z naszym zdaniem. Jednak pięknie jest oglądać jak zakorzenione głęboko więzi, które wytwarzają się między bohaterami tak naturalnie, poprzez czystą miłość rodzinną, wpływają na wspólną walkę. Razem starają się wyjść z kryzysowych sytuacji obronną ręką. Tak ramię w ramię, po prostu.

Wiecie jednak, co jest w Muzie Koszmarów najlepsze? Że ona łączy wszystko co pyszne, a zarazem lekkostrawne w literaturze młodzieżowej z możliwością wyniesienia z lektury czegoś więcej. Bo ja się tutaj rozpisuję o tej więzi siostrzanej / braterskiej, ale ktoś inny mógłby wypunktować inne motywy i je uwypuklić. Przykładowo to, że przez czyny z przeszłości nie możemy przekreślać teraźniejszości drugiego człowieka, dopóki nie poznamy jakie kierowały nim motywy. Albo, że czysta nienawiść może prowadzić tylko do nienawiści i czasami lepiej sobie odpuścić, zamiast marnować życie na poświęcenie się zemście. Także musicie mi po prostu uwierzyć, że sporo tutaj różnych wątków, których można się chwycić i za nimi podążać. Ja będę wspominała czytanie Muzy Koszmarów niczym wspaniałą podróż po magicznym, zajmującym świecie z masą barwnych bohaterów. I przymknę nawet oko na ten wątek miłosny, który do moich ulubionych nadal nie należy. Wam natomiast polecam tę dylogię, szczególnie czytaną jako całość.

Moja ocena: 8+/10



Za możliwość przeczytania dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl


wtorek, 27 marca 2018

Wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń - „Marzyciel” Laini Taylor


*Marzyciel*
Laini Taylor

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Strange the Dreamer
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 511
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Wydawało się to oczywiście niemożliwe. Ale czy kiedykolwiek powstrzymało to jakiegoś marzyciela?
*Krótko o fabule:*
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę. 
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Z Marzycielem miałam trochę tak, jak z przepięknie wykonanym ciastkiem na wystawie cukierni. Kiedy już raz je zobaczysz i się nim zachwycisz, to nie możesz przestać myśleć o tym, że bardzo go potrzebujesz. Dopóki byłam nieświadoma istnienia Marzyciela, żyłam sobie zgodnie z postanowieniem redukcji młodzieżowej fantastyki w mojej biblioteczce. Ale gdy pierwszy raz zobaczyłam okładkę i opis to przepadłam z kretesem. Musiałam go mieć, musiałam przeczytać. Szczególnie, że coraz częściej natykałam się na pozytywne, pełne zachwytu recenzje w sieci, a okładka co jakiś czas pojawiała się, żeby kusić tą piękną, pozłacaną ćmą na niebieskim tle. Postanowiłam, że powstrzymywanie się nie ma w tym przypadku sensu i zaczęłam lekturę.

Autorkę książki, Laini Taylor, wielu z Was zna z serii Córka dymu i kości. Dla mnie działało to raczej jako negatyw, bo książka nie spodobała mi się, te sześć lat temu, kiedy po nią sięgnęłam. Pamiętam tylko, że największe zarzuty miałam do wątku miłosnego. Stwierdziłam jednak, że dam jej kolejną szansę.

Dobrze zrobiłam, bo Marzyciel podobał mi się o wiele bardziej niż Córka dymu i kości. Przede wszystkim od pierwszych stron wrażenie robi styl autorki, który jest niezwykle magiczny i marzycielski. Widać, że Laini się nie powstrzymywała i kiedy chciała poświęcić dłuższy fragment na poetycki opis, to tak robiła. Dlatego zapewne niektórzy twierdzą, że akcja wolno się rozkręca - dla mnie tempo było w sam raz. Dzięki tym fragmentom, łatwiej było poczuć się częścią tej historii, toteż moim zdaniem styl, ilość wszelkich metafor i rozbudowanych opisów to jeden z największych plusów Marzyciela.
źródło
Nie można odmówić Laini Taylor bujnej wyobraźni. Widać, że temat marzycieli jest jej bliski, bo bardzo zgrabnie wyrwała się wielu schematom, puszczała wodze fantazji, żeby stworzyć swoją historię. Sama oś fabularna skupiająca się na uratowaniu magicznego, tajemniczego miasta to naprawdę ciekawy punkt wyjścia. Do tego problematyka mieszkańców Szlochu, razem z historią z przeszłości, której żniwo nadal jest zbierane - to były wszystko bardzo dobre pomysły. Problem dla mnie zaczął się gdzieś pod koniec książki, gdzie rozwiązanie okazało się trochę pójściem na łatwiznę (zawsze wydaje mi się, że gdy autorzy nie wiedzą jak wyjść z jakiejś sytuacji odwołują się do super-magicznych mocy, które wszystko załatwią). Na dodatek wydaje mi się, że zakończenie zostało napisane specjalnie w ten sposób, żeby zostawić furtkę do kolejnego tomu. Podczas czytania człowiek ma wrażenie, że będzie to pojedyncza powieść i w podziękowaniu autorka sama wspomina, że dopiero z czasem jej pomysł przerodził się w dylogię. I trochę to czuć w zakończeniu, że Taylor na siłę postanowiła pociągnąć jeszcze tę historię.

Podczas lektury trudno nie polubić Lazlo Strange'a. Przede wszystkim to zapalony czytelnik, czyli od razu dostaje od nas kredyt zaufania. Jest takim miłym gościem, który czasami przesadza z naiwnością i wiarą w innych ludzi, ale zarazem to jego pozytywne podejście do życia potrafi nas przekonać. Drugą ważną postacią jest Sarai, o której wolę zbyt dużo nie wspominać, żeby nie zaserwować Wam niepotrzebnych spoilerów. Mogę tylko powiedzieć, że sama jej przeszłość, fakt, skąd się wywodzi był niezwykle intrygujący. Jednak jako ważna postać w książce wypadła moim zdaniem słabo i blado, na tle innych. 
Autorka wprowadza również naprawdę sporo postaci drugoplanowych, którym stara się jak może dać jakiś charakterystyczny rys na życiorysie. Czasami wypada to lepiej, czasami gorzej. Możliwe, że postaci, które poznaliśmy, a które nie odegrały jakiejś roli w fabule, dostaną swoją szansę w kolejnej części. Oby.

I cóż, przejdę teraz do największego minusa książki, który zepsuł mi przyjemność tych ostatnich stu stron czytania. Oczywiście, żeby tradycji stało się zadość, był to wątek miłosny. Laini Taylor starała się jak mogła, żeby wyszło dobrze - sama otoczka, okoliczności, w których spotykają się bohaterowie są bardzo oryginalne. Jednak już to uczucie rozwijające się między nimi to kalka z wielu romansów młodzieżowych z serii - zobaczyłam/zobaczyłem i się zakochałam/zakochałem. 

Marzyciel to książka młodzieżowa, która godna jest Waszej uwagi. Jeżeli jesteście fanami gatunku, to zapewne nie będzie Wam przeszkadzał nawet dość typowy wątek miłosny. A sama otoczka jest naprawdę magiczna i pozwala zatopić się w marzycielskiej głowie Laini Taylor. W wielu momentach zgrabnie wyłamuje się ze schematów, a przy zakończeniu przeżyłam jedno zaskoczenie (myślałam, że autorka nie będzie gotowa na tak drastyczny ruch).
Nie muszę też dodawać, że samo wydanie książki robi ogromne wrażenie - okładka kusi pięknymi zdobieniami, a w środku jest równie wspaniała. 

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.



sobota, 8 lipca 2017

Odpowiedzialność za losy świata leży na Twoich barkach - „Wrota obelisków” N.K. Jemisin



*Wrota obelisków*
N.K. Jemisin

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Obelisk Gate
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2 Pęknięta Ziemia
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 432
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
To zadziwiająco ożywcze uczucie. Być osądzanym na podstawie tego, co robisz, a nie tego, czym jesteś.
*Krótko o fabule:*
Tak właśnie kończy się świat – po raz ostatni.
Nastaje Sezon, a ludzkość pogrąża się w długiej, zimnej nocy.
Essun – kiedyś opiekuńcza matka, obecnie mścicielka – znalazła schronienie, nie zdołała jednak odszukać córki. Spotyka dziesięciopierściennika Alabastra, który ma do niej prośbę. Jeśli Essun ją spełni, los Bezruchu zostanie przypieczętowany na zawsze. Daleko stamtąd jej córka, Nassun, rośnie w siłę, a jej wybory mogą doprowadzić do rozerwania świata.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
 W grudniu zachwycałam się pierwszym tomem trylogii Pękniętej Ziemi - Piątą porą roku, która została laureatką m.in. nagrody Hugo. Była to właśnie jedna z tych książek, której kontynuacji wypatrywałam z niecierpliwością i na którą rzuciłam się od razu, kiedy dostałam ją w swoje ręce. Po skończonej lekturze zadałam sobie pytanie: czy sprostała moim wymaganiom, po świetnym pierwszym tomie? Odpowiedź brzmi - oczywiście, że tak!
Zazwyczaj przy kontynuacjach powoli wkraczam z powrotem w świat przedstawiony, przypominam sobie bohaterów, koneksje między postaciami, wydarzenia z poprzednich tomów. Tym razem było inaczej - już od pierwszych stron poczułam się jak w domu. Znowu duża w tym zasługa drugoosobowej narracji, która tak świetnie się sprawdza w przypadku tej serii. Szczególnie, że po Piątej porze roku jesteśmy już świadomi kto opowiada nam tę historię, do kogo się zwraca i kim jest. Tym razem postać tego narratora zostanie trochę rozwinięta, a my dowiemy się trochę więcej na temat jego przyszłych planów związanych z Essun.
Właśnie - Essun. To naprawdę cudowna główna bohaterka. Jej przeszłość dość precyzyjnie przedstawił nam pierwszy tom, więc we Wrotach obelisków mamy do czynienia z w pełni wykreowaną postacią. Na dodatek tak oryginalną! Tak, to znowu bohaterka z silną, kobiecą osobowością, ale w tak różnym rodzaju od reszty występujących w fantastyce/dystopiach. Przede wszystkim różni ją wiek - Essun to ponad czterdziestoletnia, dojrzała kobieta. Do swoich celów podchodzi też trochę inaczej, bo nie porywa się z motyką na księżyc, a stara się analizować, uczyć, zrozumieć otoczenie. A wspólnotę, w której się znalazła zaczyna traktować jako swój nowy dom, którego mieszkańców chce uchronić przed efektami Piątej pory roku. Najbardziej jednak zależy jej na znalezieniu swojej córki, Nassun. I w tym miejscu należy wspomnieć o tym, że narracja jest dwutorowa - z jednej strony poznajemy dalsze losy Essun we wspólnocie, a z drugiej dowiemy się co stało się z jej córką, po rozpoczęciu Piątej pory roku.
źródło
Siłą rzeczy akcja książki też jest trochę podzielona. Wydarzenia we wspólnocie nie są przepełnione akcją - to raczej opisy zmieniającego się świata, pojawiających się w związku z tym problemów i tego, jak sobie z różnymi nowościami poradzić. Wiele zatem będzie rozmów z przywódczynią wspólnoty czy poznania funkcjonowania tego społeczeństwa. Jednak najciekawszym wątkiem w tej części książki okazał się ten dotyczący Alabastra i historii obelisków. Nie wiem dlaczego, ale po przeczytaniu drugiej części mam mocne skojarzenia z animowaną Atlantydą (te unoszące się obeliski, działające trochę za pomocą mocy; świat działający po kataklizmie; kobieta, zdolna połączyć się z ogromnymi kamieniami). I cóż, jestem bardzo ciekawa jak te wątki się rozwiną w kolejnej części, bo spodziewam się, że zajmą sporą jej część.
Druga część to historia Nassun, w której akcji jest już trochę więcej. Szczególnie, że dziewczyna wpada w dość interesujące towarzystwo. W tych segmentach uda nam się bliżej poznać charakter nastolatki, przejdziemy z nią przez szkolenie, a także, dzięki jej wątkowi, dokładniej poznamy  intrygujące postacie Stróżów. Bardzo podobało mi się wspominanie momentów, w których Essun uczyła swoją córkę górotwórstwa, ukrywając się z tym przed mieszkańcami Yumenes, a przede wszystkim przed własnym mężem - dzięki temu postacie nabrały jeszcze więcej kolorów.
Książka wzbudziła we mnie dość silne emocje. Jedna ze scen sprawiła, że łzy stanęły mi w oczach - a wszystko to opisane oszczędnym językiem, przynoszącym jednak sporą falę emocjonalną. W takich przypadkach muszę się zgodzić, że mniej znaczy więcej. Porusza także fakt, że nadal można zauważyć zainteresowanie autorki tematem dyskryminacji całych grup społecznych ze względów od nich niezależnych - cech, z którymi po prostu się rodzą. Ten wątek wciąż się pojawia, przedstawiany jest z różnych perspektyw, a czytelnika wciąż może zadziwiać brutalność niektórych względem górotworów.
Jedyne czego mi brakowało to tego efektu wow, jaki towarzyszył mi podczas czytania pierwszej części. Wiadomo, że coś takiego trudno przebić. Ale spokojnie, Jemisin nadal zaskakuje, tylko to już nie jest na taką samą skalę co w Piątej porze roku.
Trylogia Pękniętej Ziemi trzyma na razie poziom bardzo dobry. To na pewno książki, o których niełatwo będzie zapomnieć, tak oryginalne w mrowiu pozycji z gatunku. Nadal załamuje mnie jedno - dlaczego one tak szybko się kończą? Zdecydowanie chcę już trzeci tom! 

Moja ocena: 8+/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Historia cierpi przez brak umiaru - „Wiatrodziej” Susan Dennard

Nie lubię tego uczucia rozczarowania. Naprawdę myślałam, że w drugiej części autorka rozwinie swój pomysł i w końcu wciągnie mnie do świata Czaroziem. Niestety, nie udało się, a wręcz podobało mi się mniej niż Prawdodziejka. Więcej poniżej.


*Wiatrodziej*
Susan Dennard

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Windwitch
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2 Czaroziemie
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 399
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Wszystko na tym świecie ma wiele kolorów, wiele odcieni szarości niemieszczących się w twojej czarno-białej wizji świata, w której istnieje tylko prawda i fałsz.
*Krótko o fabule:*
Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął jego okręt. Za wszystkim stoi jego siostra, Vivia, która za wszelką cenę chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Czy wiatrodziej wyjdzie z tego starcia cało? Czaroziemie opanowuje wojna. Nubreveni pokładają nadzieję w tajemniczej postaci – Furii, ale Vivia nie ma zamiaru w nią uwierzyć.
Safi i Iseult, więziosiostry, wpadły w nie lepsze kłopoty. Przyjaciółki znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a piekielni bardowie depczą im po piętach. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie. Jej moc może zdecydować o powodzeniu w politycznych rozgrywkach. Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z krwiodziejem. A może powinna mu zaufać?
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
W swojej opinii na temat poprzedniego tomu wspominałam o rozczarowaniu jakie mi towarzyszyło przy lekturze Prawdodziejki. Spodziewałam się po prostu czegoś naprawdę mocnego, a otrzymałam dość zwykłą młodzieżówkę, zawierającą jednak kilka ciekawych wątków. Na ich rozwinięcie i pojawienie nowych liczyłam z całego serca. Miałam nadzieję, że autorka wyjaśni trochę bliżej system magiczny, żebyśmy lepiej poznali ten świat. Liczyłam na pogłębienie charakterów nam już znanych i dokładniejsze opisy postaci rzadziej się pojawiających. A nade wszystko chciałam, żeby autorka ruszyła krok dalej w kreowaniu tego głównego celu, do którego cała historia ma zmierzać. I cóż, po raz kolejny się przejechałam.
Nie bądźcie zdziwieni, że w recenzjach natkniecie się na spore rozbieżności na temat tempa akcji Wiatrodzieja. Niektórzy piszą o tym, jak zostaniemy wrzuceni w wir wydarzeń, a inni twierdzą, że druga część jest o wiele spokojniejsza, wręcz nic się tam nie dzieje. I nie, to nie tak, że każdy czyta inną książkę. Po prostu na akcję opisaną przez autorkę można spojrzeć dwojako. Bo tak, dzieje się niby sporo, szczególnie, że wydarzenia poznajemy z perspektywy wielu bohaterów. Ale koniec końców nie dzieje się nic naprawdę ważnego i frapującego, co faktycznie można by uznać za przyspieszenie właściwej akcji książki. Niestety, kiedy co chwilę któryś z bohaterów wpada w tarapaty i historia opiera się tylko na tym, jak poszczególne postacie sobie z takimi kłopotami radzą, to główna oś książki gdzieś się rozmywa. I to w tej kwestii mam najwięcej do zarzucenia Wiatrodziejowi. Bo tak bardzo liczyłam na rozwój wydarzeń, przybliżenie historii pary Cahr Awen, mitycznej dwójki, która ma przywrócić równowagę magiczną w krainie. Moim zdaniem to powinien być najważniejszy wątek książki, a niestety zostaje wspomniany mimochodem jedynie kilka razy. 
Na czym w takim razie skupia się fabuła? Właśnie trudno jednoznacznie określić. Przez to, że autorka zdecydowała się na wielogłos w narracji to otrzymaliśmy tak jakby kilka osobnych historii. Czyli: Aeduan ma na celu złapanie i dostarczenie więziosiostry - Iseult; Merik postanawia dokonać zemsty na swojej siostrze Vivii; Safi wpada w towarzystwo piekielnych bardów, od których stara się uciec, a Iseult stara się dotrzeć do swojej przyjaciółki. I mimo że jakieś wątki się przeplatają (Aeduan i Iseult) to i tak czułam się jakbym po prostu czytała kilka różnych historii, umiejscowionych w jednym świecie przedstawionym.
źródło
Moim zdaniem akcja jeszcze mogłaby się wybronić, gdyby autorka zrezygnowała z historii Safi, która wnosiła najmniej do całości. Kiedy już zaczynałam się wciągać w losy Merika czy Iseult i Aeduana, to wprowadzanie wątku Safi wszystko niszczyło i odbierało radość z czytania. Najjaśniejszymi momentami były moim zdaniem te, których bohaterem był Merik. Postać zdecydowanie zyskuje na charakterze w drugim tomie. To już nie jest rozpieszczony książę, a rozgoryczony, szukający zemsty człowiek. Na dodatek to w jego wątku dostajemy najciekawsze elementy - osobliwego antagonistę czy intrygującą postać Vivii. Moim zdaniem najlepszą decyzją było wprowadzenie jej jako nowej bohaterki, gdyż wniosła trochę życia i koloru do świata Czaroziem. 
Wątek Iseult i Aeduana miał ciekawe momenty, ale cóż, po pierwszym tomie liczyłam na o wiele więcej. Moim zdaniem ta para miała ogromne pokłady potencjału, który został wykorzystany w minimalnym stopniu. Tak naprawdę najbardziej zaciekawiona byłam podczas ich ostatnich kilku rozdziałów, gdzie pojawia się nowy element układanki, zdecydowanie intrygujący. Szkoda, że tak późno.
Żałuję trochę tych podwalin, które autorka stworzyła w pierwszym tomie. Z książki o przyjaźni zostało tylko wspomnienie, Wiatrodziej to po prostu zlepek krótkich scenek akcji, czasem bardziej wciągających, a czasami wręcz nudnych. Wydaje mi się, że Dennard nie potrafiła skupić się na głównej osi fabularnej, więc dorzuciła mnóstwo wątków pobocznych, które nie zachwycają, a nawet przeszkadzają w odbiorze całości. Może uda jej się wrócić na dobre tory w kolejnym tomie? Kto to wie.
Nie jest też tak, że książka jest zła. To naprawdę miła lektura do przeczytania, przykładowo w komunikacji miejskiej. Nie potrzeba wiele uwagi czytelnika, styl autorki jest lekki i przyjemny. Jeżeli ktoś nie jest wymagającym fanem fantastyki (cóż, ja trochę jestem) to powinien być zadowolony.
Seria Czaroziem nie jest skierowana do wszystkich. Powinna się spodobać, jeżeli szukacie czegoś lekkiego, rozrywkowego, bez wymyślnej fabuły i zawiłych relacji. To dość prosta historia, do której autorka wrzuciła bardzo dużo wątków, dzięki czemu ciągle się coś dzieje, chociaż niekoniecznie wnosi to coś więcej do głównej historii. Moim oczekiwaniom Wiatrodziej nie sprostał, ale może Tobie się spodoba? Warto się przekonać na własnej skórze.

Moja ocena: 5/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.


wtorek, 23 maja 2017

Spójrz w zaświaty - „Czas Żniw” Samantha Shannon

Jak zapewne zauważyliście mam małą przerwę. Akurat trochę zawirowania wpłynęło w moje życie prywatne i muszę poświęcić więcej czasu na załatwienie pewnych bardzo ważnych dla mnie spraw. Mam nadzieję, że zrozumiecie - wracam z pełną parą w drugim tygodniu czerwca, a tymczasem pojawiać się będę raczej sporadycznie. I tutaj, i na facebooku, i na instagramie :)


*Czas Żniw*
Samantha Shannon

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Bone Season
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1 The Bone Season
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* 513
*Wydawnictwo:* SQN

Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić.
*Krótko o fabule:*
Rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sajonu Londyn. Jej szefem jest Jaxon Hall, na którego zlecenie pozyskuje informacje, włamując się do ludzkich umysłów. Paige jest sennym wędrowcem i w świecie, w którym przyszło jej żyć, zdradą jest już sam fakt, że oddycha.

Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Na skutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do Oksfordu – tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od dwustu lat utrzymywane jest w tajemnicy. Kontrolę nad nią sprawuje potężna, pochodząca z innego świata rasa Refaitów. Paige trafia pod protektorat tajemniczego Naczelnika – staje się on jej panem i trenerem, jej naturalnym wrogiem. Jeśli Paige chce odzyskać wolność, musi poddać się zasadom panującym w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Cykl Czasu Żniw od jakiegoś czasu zyskuje coraz większy rozgłos. Osobiście zaczęłam się nim interesować ponad rok temu, kiedy zakupiłam dwie pierwsze części, ale wciąż nie miałam czasu się za nie zabrać, chociaż kusiły z półki. Jeszcze w styczniu zaplanowałam, że w tym roku muszę je nadrobić i na szczęście udało mi się lekturę Czasu Żniw wcisnąć w napięty grafik. 
Samantha Shannon urodziła się w Londynie, w 1991 roku. Od razu możemy się trochę nadziwić, że tak młoda osoba zyskała taką sławę (jest w moim wieku!). Otóż, jej debiut (!), czyli Czas Żniw został sprzedany w 21 krajach, zostały również wykupione prawa do ekranizacji. Pozostaje jej gratulować i trzymać kciuki za dalszą karierę.
Z książką miałam problem, często spotykany przy sięganiu po światowe bestsellery, ogólnie chwalone przez znajomych. Miałam zbyt wysokie oczekiwania, którym lektura nie sprostała. Spodziewałam się swoistego arcydzieła młodzieżowej dystopii, a dostałam ciekawą historię, która okazała się nie budzić u mnie zachwytu, który pojawiał się u innych, licznych czytelników. To kolejny argument za tym, że powinnam przestać nastawiać się na genialne powieści, po przeczytaniu licznych pochwalnych recenzji - cóż, czasami moje zdanie jest różne od większości.
Nie chciałabym tutaj bynajmniej powiedzieć, że Czas Żniw mi się nie spodobał. I nawet wydaje mi się, że rozumiem czym tak bardzo chwycił za serca czytelników. Książka jest przede wszystkim niezwykle oryginalna. Mimo że korzysta z kilku schematów, jak uzdolniona nastolatka, kryminalna, podziemna szajka czy przeniesienie do miejsca, w którym młodzi zdolni przechodzą szkolenie, to cała otoczka sprawia, że te powtórki z rozrywki nie przeszkadzają. Wszystko za sprawą pomysłu z jasnowidzami, wykorzystaniem zaświatów, duchów, aur, wróżenia z kart - cały system magiczny jest tutaj doprawdy na wysokim poziomie. Niestety, przez to że jest on tak rozbudowany to początek powieści niezwykle mnie zmęczył. Autorka zasypuje nas pojęciami, które trudno zrozumieć i dopiero gdzieś w połowie potrafiłam sobie większość faktów poukładać. Nie chodzi o to, że nie lubię długiego kreowania świata przedstawionego (wręcz przeciwnie, nawet wolę takie, chociażby jak w przypadku Drogi Królów Sandersona). Jednak pani Shannon nie poradziła sobie z powolnym wprowadzaniem czytelnika w swój świat. Postanowiła zasypać go informacjami, a dla swojego usprawiedliwienia dorzuciła na końcu słowniczek pojęć (który odkryłam po przeczytaniu całości - BRAWO JA.). Dlatego mogę stwierdzić, że pomysł na magię i świat był świetny - wykonanie już nie bardzo.
źródło
Chciałabym pochwalić tutaj bohaterów, jednak nie mogę tego z czystym sumieniem zrobić. Główna postać, z której perspektywy poznajemy całą historię zyskała moją sympatię, mimo dość wycofanego charakteru i pewnej oziębłości, która od niej biła. Przynajmniej była dość stała przez całość książki i nie miała zbyt wielu młodzieżowych problemów, które tak mnie męczą w tego typu literaturze. Najciekawiej wypada Naczelnik, który jest w sumie drugą dobrze wykreowaną postacią w Czasie Żniw. Budzi w czytelniku uczucie zainteresowania i to o nim chciało się czytać najwięcej. Szczególnie, że autorka powoli odkrywała karty jego charakteru. I gdyby książka skupiła się w stu procentach na tych dwóch bohaterach to byłabym zadowolona. Niestety, pojawia się dość sporo postaci drugoplanowych, które są tak lekko zarysowane, że o żadnej z nich nie potrafiłabym napisać więcej niż po dwa zdania. I na dodatek kiedy któraś z tych postaci stawała się ranna, czy nawet umierała, nie odczuwałam tego w żaden sposób, ponieważ nie miałam czasu na przywiązanie się do którejkolwiek z nich. Może autorka nadrobi ten mankament w kolejnych częściach, ja mam taką nadzieję.
Dużym plusem książki jest sama fabuła, koleje losu opowiedziane przez autorkę i to jakie niosą ze sobą przesłanie. Krytyka systemu totalitarnego, przedstawienie historii z perspektywy uciskanych przez rządzących grup społecznych wypada naprawdę bardzo dobrze. Widać, że autorka czerpie z bliskiej nam przeszłości, a zarazem przestrzega przed popełnianiem tych samych błędów. To na pewno aspekt, który najbardziej mi się spodobał.
Jeżeli chodzi o wątek romantyczny, który jak na młodzieżową fantastykę przystało, oczywiście się pojawia, to podchodzę do niego dość ambiwalentnie. To na pewno nie był jeden z lepszych wątków w książce, poprowadzony bez zbędnych fajerwerków, z kilkoma kamieniami milowymi po drodze, ale żaden z nich nie wzbudził we mnie większych emocji i finalnie w tę miłość nie do końca uwierzyłam. Jednak zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek i liczę, że z biegiem czasu ulegnie on poprawie.
Czas Żniw nie okazał się tak dobry, jak większość to twierdziła, ale to wciąż lektura, która potrafi zaintrygować. Szczególnie wpływa na to wybór tematu jasnowidzenia i zaświatów, w połączeniu z krytyką totalitaryzmu i rasizmu. Na pewno dam szansę kolejnym tomom, chociaż liczę na bardziej dopracowane sylwetki bohaterów. Obym się nie zawiodła.

Moja ocena: 6/10


poniedziałek, 20 marca 2017

Przygoda nabiera rozpędu - „Grom i szkwał” Jacek Łukawski


*Grom i szkwał*
Jacek Łukawski

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2 Krainy Martwej Ziemi
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 396
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Mój ojciec powtarzał, że trzeba poznać swojego wroga tak jak sojusznika, bo nigdy nie wiadomo kto kim się stanie.
*Krótko o fabule:*
Arthornowi udaje się uciec z zamku opanowanego przez zdrajców, lecz najgorsze dopiero przed nim. Wkrótce znów wyruszy ku Martwicy, tym razem bez przygotowania, drużyny i wbrew własnej woli. Jednocześnie stary Garhard stara się opanować sytuację w Wondettel. To zadanie tym trudniejsze, że lord Auriss nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – podobnie jak wysłannicy sił potężniejszych, niż przeczuwają najwięksi mędrcy. Impas, jak się wydaje, może przełamać tylko obecność księżniczki Azure, która jednak przepadła bez wieści. Co zrobi Arthorn, gdy ją odnajdzie? Czy zdoła nakłonić ją do powrotu? Ile zdecyduje się poświęcić dla królestwa?
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Każdy głośny debiut pociąga za sobą wysokie oczekiwania co do kolejnych książek danego autora. Jacek Łukawski zebrał wiele pozytywnych opinii na temat pierwszego tomu serii - Krwi i stali, przez co grono czytelników liczyło na porządną kontynuację. I na szczęście, właśnie to dostaliśmy.
Już pierwsze rozdziały utrwalą nas w przekonaniu, że Łukawski się rozwinął i jego Grom i szkwał zaserwuje nam jeszcze lepszą przygodę niż tom pierwszy. Przede wszystkim nie spodziewajmy się jakichkolwiek wstępów - autor wrzuca nas w środek wydarzeń, Wondettel jest oblegane przez wrogie wojsko, a znani bohaterowie szukają wyjścia z sytuacji. To zdecydowany plus książki, bo Krew i stal jednak trochę nudziła przydługim początkiem. Jednak mało tego, że akcja rusza z kopyta od pierwszych stron - ona ani na chwilę nie zwalnia! Zazwyczaj nie jestem fanką tego typu ciągłego zaskakiwania czytelnika, jednak w Gromie i szkwale to akurat działa na plus. Zasługa w tym na pewno wyobraźni autora, jak i pomysłów na zaczerpnięcie wielu sytuacji ze znanych nam dzieł popkultury. Przykładowo - gdy Arthorn będzie chciał przebyć rzekę natrafi na bandę złodziejaszków, w której to Maluch żąda myta za przejście przez rzekę. To oczywiście odwołanie do Robin Hooda. Pewnie wielu innych nie potrafiłam zlokalizować, ale na pewno znajdziemy też fragment przypominający scenę z Nic śmiesznego (o tym pisał autor na swoim fanpage'u) czy znaną nam historię Czerwonego Kapturka. Zastanawiam się też, czy latające okręty to odwołanie do Gaimana i jego Gwiezdnego Pyłu czy sięga to gdzieś głębiej w fantastykę.
Można zacząć się obawiać, że tak liczne inspiracje popsują nam frajdę z czytania, przez co zamiast skupić się na historii będziemy zastanawiać się z którego źródła tym razem autor zaczerpnął. Nie obawiajcie się jednak - każde z tych wplątań fabularnych zrobione jest tak sprytnie, żeby czytelnika rozbawić, ale zarazem ma wytłumaczenie i sens w ramach całej opowieści. To tylko smaczki, które dodają jeszcze kolorytu.
źródło
W opisie fabuły przeczytamy, że Arthorn znów ruszy ku Martwicy. Wydawało mi się to słabym pomysłem, takim powieleniem tego, co było ciekawe w pierwszym tomie, ale powtórzone po raz kolejny może zrazić. Na szczęście Łukawski dobrze wiedział co robi i nie wysłał bohatera po swoich śladach, a zaserwował mu całkiem inny środek lokomocji. I co ważniejsze, dorzucił do tego nowych i ciekawych kompanów. Ja najbardziej się cieszę z eksploatacji postaci kobiecych! Nareszcie dostaliśmy kilka świetnych damskich sylwetek - i tych dobrych, i tych, które mogły nas irytować. Jednak na tym nie koniec, bo Łukawski kreuje również wiele bohaterów z gatunków nieludzkich. I tutaj należą się brawa za konsekwencję w klimacie, ponieważ wciąż przeważają słowiańskie korzenie autora. Bardzo podobały mi się nowe gatunki, szczególnie historia Dwargów. Pod koniec pojawili się również Płanetnicy, także bardzo oryginalny lud, z ciekawą historią. Nawet jeden z jego przedstawicieli zostanie pewnie z nami na potrzeby trzeciego tomu.
Książka przepełniona jest staroświeckim, polskim słownictwem, które do wyszukanych i kulturalnych, cóż, nie należy. Mnie to bardzo pasowało - autor się nie hamuje i wciska w usta bohaterów pełno wulgaryzmów, które dodają im realistyczności, a także sprawiają, że kilka razy zaśmiejemy się z wymiany zdań w książce.
Przyznać muszę, że mimo ciągłej akcji kilka spraw wciąż mnie trochę raziło. Nadal nie potrafię tak naprawdę zżyć się z bohaterami i przeżywać ich troski, kibicować w drodze do szczęścia. Na dodatek wiele historii, mimo że ciekawych, wydawało się niewiele związanych z główną osią fabuły. Wydaje mi się jednak, że możemy na to przymknąć oko i spodziewać się, iż w kolejnym tomie i to zostanie poprawione.
Podsumowując, Jacek Łukawski po udanym debiucie wydał bardzo dobry tom drugi. Historia nabrała rumieńców, poznaliśmy nowe rasy, a zarazem przedstawiono nam kolejnych bohaterów. Natomiast odniesienia do znanych dzieł kultury i staropolski, wulgarny język sprawiły, że uśmiech towarzyszył mi podczas lektury. Fantastyka warta poznania! :)

Moja ocena: 8/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

niedziela, 5 marca 2017

Uważaj na to, czego sobie życzysz - „Zakazane życzenie” Jessica Khoury


*Zakazane życzenie*
Jessica Khoury

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Forbidden Wish
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 278
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Nie można wybrać swojego losu, ale można wybrać, kim stajemy się za jego sprawą.
*Krótko o fabule:*
Ona jest potężnym dżinnem. On złodziejem z ulicy. Połączyła ich pradawna magia. Kiedy Aladyn odnajduje magiczną lampę, Zahra zostaje przywrócona światu, którego nie widziała od pięciuset lat. Ludzie i dżinny pozostają w stanie wojny, więc aby przetrwać, musi ukrywać swą tożsamość. Przybierając różne kształty, będzie trwać przy swoim nowym panu aż do czasu, kiedy ten wypowie swoje trzy życzenia. Wszystko się komplikuje, gdy Nardukha, potężny król dżinnów, oferuje Zahrze szansę całkowitego uwolnienia od magii lampy. Uratowanie siebie oznacza jednak zdradzenie Aladyna – człowieka, w którym Zahra… zakochała się wbrew sobie.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Kto z nas nie wzdychał kiedyś do bohaterów bajek Disney'a? Dziewczynki chciały być takie jak Pocahontas, Śnieżka czy Jasmine'a i znaleźć dla siebie księcia, czyli kogoś, kto będzie dla nich stworzony, dopełni połówkę jabłka. Oczywiście, później dziewczynki dorosły i skonfrontowały oczekiwania z rzeczywistością. Na szczęście istnieją jeszcze takie książki, które potrafią przenieść nas, stare baby, w czasy dzieciństwa i pozwolić nam trochę powzdychać do bajkowych książąt.
Jessica Khoury to młodziutka autorka, ma na karku 27 lat, a na koncie popularną trylogię The Corpus Trilogy i nowość Zakazane życzenie. Nic dziwnego, że tak dobrze jej idzie, bo swoją przyszłość jako pisarki odkryła już w wieku 4 lat, kiedy to napisała swoją pierwszą powieść, fanfik. 
Pomysł z retellingiem znanych nam historii z dzieciństwa jest dość popularny. Wiele głośnych tytułów młodzieżowych książek fantastycznych opiera się na bajkach. Wspomnieć można chociażby Sagę Księżycową, Dwór Cierni i Róż, Gniew i świt. Muszę przyznać, że do tej pory nie zostałam zmęczona tym czerpaniem ze znanych schematów, ale warunek jest jeden - zrobić to oryginalnie. Ogromnym atutem książki Khoury jest to, że autorka przyjęła ciekawy punkt widzenia. Mianowicie nie skupiła się na historii Aladyna i księżniczki Jasmine, a wyciągnęła o wiele bogatszy wątek, związku dżinna z właścicielem lampy. Na dodatek magiczną istotą jest tutaj dżinn płci pięknej, co automatycznie tworzy podwaliny wątku romantycznego (chyba nie spodziewaliście się, że takiego tutaj nie znajdziecie?).
Z młodzieżową fantastyką często miewam spore problemy, jednak wciąż daję szansę kolejnym tytułom. Na szczęście Zakazane życzenie należy do tych książek, które naprawdę spełniły moje oczekiwania. Była to przyjemna historia, którą czytało się z zainteresowaniem, a styl autorki pasował do klimatu powieści. Nie można o tym zapomnieć, bo wśród młodych pisarzy nie jest  łatwo znaleźć tak oryginalnego stylu. Całość napisana jest w pierwszej osobie, ale słowa Zahry zalatują takim oldschoolem - w końcu dżinn ma tysiące lat na karku. Dobrze wypadła więc konfrontacja jej wypowiedzi z młodzieżowym, bezpośrednim Aladynem.
źródło
Fabuła rozkręca się ze strony na stronę, a czytelnik co chwilę zostaje zaskakiwany. Khoury wprowadza mnóstwo tajemnic z przeszłości bohaterów, które zostają powoli odsłaniane. Te proste zabiegi sprawiają, że książkę czyta się z ciągłym zainteresowaniem. Do końca nie wiedziałam, w którą stronę potoczy się fabuła tej powieści. Podobało mi się przeplatanie wątków władców Parthenii ze światem dżinnów i przedstawienie stosunku tych dwóch ras do siebie. 
Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, Zakazane życzenie to przede wszystkim historia o miłości i jej walce z przeciwnościami. Na szczęście ta książka nie stara się udawać, że traktuje o czymś innym. Pobieżnie mówi też o potrzebie wolności czy tyranizujących władcach, ale nikt nie zaprzeczy, że głównym tematem jest tutaj miłość. Jessica Khoury sprawnie snuje wątek więzi między dżinnem a właścicielem lampy. Jest tutaj trochę przekomarzania, powolnego poznawania siebie nawzajem, a w końcu silniejszego uczucia, któremu oboje starają się zaprzeczyć. Całość wypada przyjemnie, a przede wszystkim nie wywołuje mdłości z przesłodzenia.
Postaci są intrygujące, szczególnie ze względu na klimat całości. Czuć tutaj inspirację Dalekim Wschodem i opowieściami znanymi z Baśni tysiąca i jednej nocy. Zahra i Aladyn dają się lubić, są to bohaterowie, którym z radością będziemy kibicować przez całość książki. Postaci drugoplanowe, mimo sporadycznego pojawiania się na kartach, w naszych oczach kształtują się na konkretne, charakterystyczne osoby. Podobał mi się wątek Caspidy, w której można było odnaleźć obraz dawnej władczyni. Także Zhian i Nardhuka, czyli potężni dżinnowie wypadali intrygująco, tutaj jednak mam mały zarzut - chciałabym poznać bliżej ich życie, świat, taką codzienność. Jednak autorka konsekwentnie skupiła się na głównej parze bohaterów.
Podsumowując, w morzu młodzieżowej fantastyki, opartej na znanych nam bajkach z dzieciństwa, Zakazane życzenie wypada bardzo dobrze. Autorka pozwala nam przenieść się na ciepłe piaski Parthenii, gdzie będziemy trzymać kciuki za powodzenie misji dżinna i jej pana. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie jest to początek kolejnej trylogii! To powieść, po którą warto sięgnąć, szczególnie jeśli gatunek jest Wam bliski. Na dodatek to polskie wydanie jest tak piękne, że grzechem byłoby nie mieć go na półce!


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.


środa, 7 grudnia 2016

Moment, w którym kończy się świat - „Piąta pora roku” N.K. Jemisin


*Piąta pora roku*
N.K. Jemisin

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Fifth Season
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1 Pęknięta Ziemia
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 436
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
- To nie dar, to przekleństwo. - Sjenit zamyka oczy. (...)
- Jeśli czyni nas lepszymi, jest darem. Jeśli pozwalamy, żeby nas zniszczyło, jest przekleństwem. To my o tym decydujemy.
*Krótko o fabule:*
Rozpoczął się czas końca.
Rozpoczął się wielką czerwoną wyrwą biegnącą przez środek kontynentu i plującą popiołem.
Rozpoczął się śmiercią syna i porwaniem córki.
Rozpoczął się zdradą i zaognieniem ran.
Oto Bezruch, przywykły do katastrof świat, gdzie mocą ziemi włada się jak bronią. I gdzie nie ma litości.

Essun, kobieta z pozoru zwyczajna, za nic ma nadchodzącą zagładę. Jej mąż właśnie jedno z ich dzieci zabił, a drugie uprowadził. Pogrążona w żałobie i rozdarta rozpaczą, przemierza dogorywający świat. Jest zdolna dokonać jeszcze większych zniszczeń, jeśli pomoże jej to odzyskać córkę.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Nowość wydawnicza, Piąta pora roku, skusiła mnie przede wszystkim wielką informacją na okładce o treści "Laureatka nagrody HUGO". Zdobywając to wyróżnienie prześcignęła w konkursie wiele innych bardzo dobrych książek. Już po zakończonej lekturze mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że Jemisin zasłużyła na nagrodę.
Nora Jemisin mieszka i tworzy na Brooklynie, w Nowym Jorku. Na koncie ma sporo krótkich opowiadań, a za swoją debiutancką powieść była nominowana do nagrody Nebula. Jej codziennym towarzyszem jest piękny, rudy kot - King Ozymandias, dla przyjaciół Ozzy. Autorka prowadzi również bloga, na którym możecie poznać ją bliżej. (link do jednego z jej ostatnich wpisów)
Wydaje mi się, że im ktoś jest bardziej zagorzałym fanem fantastyki tym trudniej go zadowolić. Nawet jeżeli książka jest na dobrym poziomie to wciąż wadzą pewne schematy - typowy bohater, który musi uratować świat przed złym antagonistą. Jeżeli jednak obawiacie się, że coś podobnego spotka Was podczas czytania Piątej pory roku to możecie w tej chwili przestać, wierzcie mi.
Powieść od razu uderza swoją oryginalnością. Nawet przed poznaniem faktycznej fabuły, świata przedstawionego i bohaterów wiemy, że mamy do czynienia z czymś odmiennym od reszty gatunku. A to wszystko za sprawą ciekawej narracji. Narrator czasami zwraca się personalnie do czytelnika (prolog historii nosi tytuł „Jesteś tutaj”), przez co czujemy z nim pewną więź od pierwszych stron książki i zastanawiamy się kim może on być. Na dodatek od razu mamy okazję poczuć się słuchaczami jakiegoś bajarza, który ma nam do opowiedzenia jedną ze swoich historii. W innym przypadku mamy do czynienia z narracją drugoosobową, kiedy pojawia się okazja, żeby znaleźć się w głowie Essun. Występują również fragmenty, w których narrator jest wszechwiedzący, trzecioosobowy.
Sam styl pisania trafił w moje gusta w stu procentach. Zapewne jest tutaj trochę zasługi tłumacza, czyli Jakuba Małeckiego. Niemal wyczuwałam w tej powieści klimat Dygotu czy Śladów, poprzez podobną, oszczędną, ale pełną ukrytych emocji narrację. Neologizmów jest dość sporo, ale mi udało się nie pogubić. A jeżeli miałam chwile wątpliwości to zaglądałam do słowniczka na końcu książki.
źródło
Jemisin zbudowała świat inny niż wszystkie, przedstawiła nam jego tło historyczne, hierarchizację społeczeństwa, nakreśliła jego mapę, z geograficznymi niuansami. A udało jej się to zrobić na około czterystu stronach, równocześnie nie zapominając o akcji swojej historii. Niech się autorzy fantastyki od niej uczą. System magiczny również zyskał moją aprobatę. Dość dokładnie zostały opisane metody korzystania z mocy, którymi władają górotworzy, proces ich nauki, zdobywanie kolejnych stopni oraz zadania, którymi zajmują się uzdolnieni na co dzień. Autorka jednak nie poprzestaje na wymyślonym systemie, wraz z biegiem fabuły widzimy, że przed bohaterami stoi jeszcze sporo możliwości, które zapewne zaczną wykorzystywać w kolejnych tomach. Oprócz górotworów dużo uwagi przykuwają również zjadacze kamieni, o których mam nadzieję poczytać więcej w przyszłości.
Kreacja bohaterów to kolejna zaleta książki. Całą historię poznajemy z trzech perspektyw - Damai, Sjenit oraz Essun. Przez większą część powieści zachodziłam w głowę jak traktować ten podział na tak różne wątki - czasami wydawało mi się, że te kobiety dzielą kilometry a czasami że wręcz dekady. Jemisin potrafi trzymać czytelnika w niepewności, a na dodatek wielokrotnie udało jej się mnie zaskoczyć. Na dodatek bardzo pozytywnie zaskoczyć. Kiedy wątki zaczynały się przeplatać szczęka opadała mi po prostu coraz niżej, a radość z czytania zaczynała narastać. 
Wszystkie postaci w książce są intrygujące i wzbudzają wiele emocji. Najpiękniejsze jest jednak to, że po przeczytaniu całości trudno jest określić czy główne postaci są nacechowane pozytywnie czy raczej negatywnie. Wszystko tak naprawdę zależy tutaj od perspektywy, z której będziemy chcieli ich oceniać. Czy to nie jest wspaniałe? Że czytelnik sam może określić po której stronie barykady stoją bohaterowie? Wyszło to wspaniale, ponieważ każda z postaci to taka cebula, z mnóstwem warstw, powoli ściąganych przed czytelnikiem ze strony na stronę. Nie ma tutaj ideałów. Ktoś może posiadać niewyobrażalną moc górotwórstwa, ale jednocześnie być nieszczęśliwy w życiu prywatnym. Wydawać by się mogło, że nad każdym z bohaterów wisi pewne fatum, które powoli prowadzi ich do jakiegoś końca świata, nieważne czy osobistego czy kontynentalnego.
Autorka zdecydowanie punktuje u mnie na jeszcze jednym polu - inteligentnie przenosi do swojej powieści sytuacje znane nam ze współczesnego świata. Przede wszystkim często dzięki niej stajemy się świadkami szykanowania jednostek za ich odmienność. Fakt, że ktoś urodził się górotworem z góry skazuje taką osobę na konkretny styl życia i traktowanie przez innych w odpowiedni, często pełny nienawiści, sposób.
Piąta pora roku trafia do ścisłego grona książek, które wzbudziły we mnie wiele emocji. Za pomocą surowych środków, bez zbędnego rozczulania się potrafiła sprawić, że ścisnęło mi się gardło, a oczy stawały się wilgotne. Bardzo szybko przywiązałam się do bohaterów, którym kibicowałam, nawet w chwilach, kiedy sytuacja wydawała się beznadziejna. Pozostaje mi tylko czekać na kolejne tomy, na które autorka przygotowała sobie oryginalny i pełen możliwości fundament. Czuję się oczarowana, a zarazem trochę zawiedziona, że tak szybko lektura się skończyła, ale Wam polecam również dać się oczarować!

Moja ocena: 8+/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

Wyzwania:
http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html





Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka