Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uroboros. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2020

Magiczne towarzystwo na tropie tajemnic Dolnego Śląska - „Płacz” Marta Kisiel

*Płacz*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2020
*Liczba stron:* 316
*Wydawnictwo:* Uroboros

"Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje..."
*Krótko o fabule:*
Kiedy prawda o przeszłości, zamiast wyzwolenia, przynosi jedynie nową traumę, trzem pannom Stern pozostaje już tylko ucieczka od siebie nawzajem. Dopiero wołanie z zaświatów sprawia, że ścieżki dawnych przyjaciół spotykają się raz jeszcze. Czy tajemnicze zaginięcie sprzed wielu lat i dramatyczna wyprawa na ratunek Eleonorze zdołają na dobre scementować rodzinę? Czy też kolejna wyprawa w czasie dla wszystkich okaże się tą ostatnią?
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Wszyscy kojarzymy powiedzenie „Cudze chwalicie, swego nie znacie”? Można wymienić przynajmniej kilka nazwisk autorów, którzy potwierdzają jego słuszność. Jednym z nich jest Marta Kisiel, która po raz kolejny udowadnia, że polska literatura może posłużyć za świetną odskocznię od trudów dnia codziennego, przynosić przyjemną i inteligentną rozrywkę oraz przedstawiać czytelnikowi świetnych bohaterów. Na dodatek, zamiast tworzyć zupełnie nowe światy przedstawione, bawi się gatunkiem urban fantasy i eksponuje patriotyzm lokalny. Jej „cykl wrocławski” rozpoczął się świetnym Nomen Omen, następnie czytelnicy zapoznali się z siostrami Stern w książce Toń, a w Płacz zostały przedstawione ich dalsze losy. W tym przypadku potwierdza się stwierdzenie dotyczące prozy Marty Kisiel, że nieważne kto stoi w centrum wydarzeń - i tak będzie się za powodzenie głównych bohaterów trzymało kciuki.

Tym razem akcja książki ponownie rozpoczyna się we Wrocławiu, ale chwilę później przenosi się w okolice Wałbrzycha. Uważam to za bardzo sprytny zabieg, który niedość, że dobrze uzupełnia ciąg fabularny, to zarazem daje możliwość poznania wielu ciekawostek związanych z tajemnicami Dolnego Śląska. Muszę przyznać, że sama niespecjalnie znam krążące w okolicy legendy, w Wałbrzychu byłam raz (i to na chwilę, w teatrze), a chodzenie po górach nigdy nie napawało mnie szczególnym entuzjazmem. Jednak lektura Płacz potrafi pobudzić w człowieku pierwiastek odkrywcy i zaintrygować pobliskimi zabytkami.

grafika: Tomasz Majewski, źródło
Początek książki powoli wprowadzi czytelnika w świat znany z poprzednich części, a poszczególne wydarzenia starannie będą przeplatane wspominkami przeszłych sytuacji. I chwała za to, bo przyznaję, że trochę się szczegóły zatarły w pamięci od premiery drugiego tomu w 2018 roku. Na Martę Kisiel można jednak liczyć - przypomina najważniejsze historie, ale bez sztucznego streszczania.
W Płacz znowu znajdziemy się w otoczeniu mojr, psychopompów i strzygoni, ale wydaje mi się, że na pierwszy plan wysuwa się wątek detektywistyczny, który pozwoli zanurzyć się w tajemnicach przeszłości. To zdecydowanie najmocniejszy punkt powieści, takie mieszanie historii z teraźniejszością, poznawanie minionych wydarzeń z perspektywy ludzi, których już nie ma i kontrastowanie ich z przygodami naszych współczesnych bohaterów. Dzięki niemu liźniemy fragmenty historii m.in. o „Porcelanowym Pałacu” w Jedlince, o kilkunastu niemieckich obozach pracy i prowadzących do nich tajemniczych tunelach.

Sam gatunek fantastyki, który wiąże się w przypadku Płacz z pewnymi specjalnymi zdolnościami bohaterów jest tutaj oczywiście ważny i bez tych nadprzyrodzonych wstawek nie dałoby się otrzymać tak ciekawej, podkoloryzowanej fabuły. Jednak zwykli śmiertelnicy (i ich przyziemne problemy) zdają się tutaj równie potrzebni, co ich nadnaturalni znajomi. Każdy z bohaterów ma moment, w którym wnosi cegiełkę do rozwiązania finalnej zagadki, a na podstawie ich zachowań zobaczymy chociażby, że prawdziwa miłość polega na pozwoleniu drugiej osobie na postępowanie w zgodzie z samym sobą. Dobrze poprowadzony został także wątek, w którym przyjrzymy się trudnościom, z jakimi postacie starają się pogodzić z przeszłością, z dręczącymi wspomnieniami. Dla niektórych bohaterów odejście od niej i puszczenie wolno kurczowo trzymanych myśli będzie najlepszym rozwiązaniem, a dla innych okaże się nim dogłębne zrozumienie i próba naprawienia przeszłego zła. Każdy z tych wyborów jest na swój sposób odpowiedni, jeżeli pomaga poradzić sobie z przebytymi traumami.

Marta Kisiel zamyka cykl wrocławski naprawdę dobrym akcentem. W Płacz znajdzie się miejsce na zagadki przeszłości, tajemnicze zniknięcia, legendy o duchach i nie tak odległą, przerażającą historię. Będą też ulubieni bohaterowie, kochane siostry Bolesne, zorganizowany Karolek, roztrzepana Dżusi, momenty w których się uśmiechniemy, w których docenimy świetny styl autorki. Najlepszą rekomendacją niech będzie to, że gdyby pojawiła się jednak kolejna część tego cyklu to z miłą chęcią bym po nią sięgnęła.
Jak zresztą po każdą książkę Marty Kisiel.

czwartek, 30 maja 2019

Nie taki diabeł straszny, jak go malują - „Oczy uroczne” Marta Kisiel



*Oczy uroczne*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2019
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* Uroboros
[...] najważniejsze, żeby człowiek miał w życiu kogoś takiego, przy kim nie musi otwierać ust, jeżeli nie chce. Kogoś takiego, komu nawet nie musi niczego tłumaczyć, bo ten ktoś po prostu wie. Rozumie. I niczemu się nie dziwi. [...] Nie ma takiego nieszczęścia, z którego nie dałoby się wygrzebać we dwoje, skarbeńku. Tylko musi trafić swój na swego. Swój na swego.


*Krótko o fabule:*
Wraz z nieoczekiwanym atakiem zimy nadciągają równie niespodziewane kłopoty. Ktoś lub coś grasuje po okolicy, atakując przypadkowe osoby. Tymczasem Bazyl wyraźnie coś knuje i w tej intrydze niespodziewanie zyskuje sprzymierzeńca, zaś przyjaźń Ody z Rochem zostaje wystawiona na poważną próbę. Lecz wszystko to blednie w obliczu tajemnic sprzed wielu lat, jakie skrywa pobliski cmentarz — i niewielki staw w samym sercu ciemnego lasu. Nadciąga czas nieprzejednanej nocy. Czas śmierci.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*
Po skończeniu lektury pomyślałam od razu: jak to dobrze, że niektóre rzeczy się nie zmieniają. Czas gna do przodu, a na książki Ałtorki (pisownia zamierzona, fani wiedzą) nadal można liczyć. Podniosą na duchu, zaangażują, rozczulą, a po odłożeniu wzbudzą tęskne uczucia. Co prawda mówiąc o stałej jakości tych książek mam na myśli raczej powieści/części cyklu, które są dłuższymi formami. Wspominam o tym, ponieważ niedawno czytałam zbiór opowiadań Marty Kisiel, który nie do końca przypadł mi do gustu, ale Oczy uroczne nadrobiły to z nawiązką.

Książka ta jest trzecią częścią cyklu rozpoczynającego się od Dożywocia. Jest z nim jednak dość luźno związana i jakby ktoś się uparł to mógłby przygodę zacząć właśnie od Oczu urocznych. Tylko po co zabierać sobie dodatkową zabawę? - przecież Dożywocie jest takie świetne! Także wybór należy do Was, ja jednak radzę czytać wszystko co Kisiel napisała, bo to jest tak przyjemne, że szkoda odbierać sobie okazję do spędzenia miłych chwil przy lekturze. Zmierzam jednak do tego, że to, co wypadałoby znać przed Oczami urocznymi to na pewno opowiadanie Szaławiła, znajdujące się m.in. w zbiorze Pierwsze słowo. To w nim znajduje się wstęp do przygód Ody, tam poznamy okoliczności poznania się bohaterów Oczu urocznych i sposób w jaki ich dom znalazł się właśnie w tym miejscu pośrodku lasu.

źródło - Koszulki, na których widnieje Licho i Bazyl
Oda Kręciszewska to świetna nowa bohaterka. Kobieta około czterdziestoletnia, ze sporym bagażem doświadczeń, dobrym sercem i ciętym językiem, której trudno nie polubić. Autorka ponownie wprowadza nadprzyrodzonego towarzysza głównej postaci. Tym razem zamiast anioła z celofanowymi włosami i cieplutkimi bamboszkami poznamy czorta Bazyla, który z daleka przypomina zwykłą kozę, jednak po bliższym poznaniu okaże się najprawdziwszym diabłem. Diabłem, który ma niesamowitą wadę wymowy i który w kwestii rządzenia piekłem nie podziela wizji swojego ojca. Od czarcich rozrywek woli zabawy z psem i zajadanie się plackami ziemniaczanymi. Rozumiecie zatem, że to taka nowa wersja Licha. I z całą sympatią jaką darzę anioła, to Bazyl w niczym mu nie ustępuje - to ponownie świetny towarzysz głównej postaci.

Lekkim zaskoczeniem było dla mnie wprowadzenie wątku miłosnego. We wcześniejszych książkach romanse owszem, pojawiają się, jednak to dopiero tutaj poczułam, że pełni on trochę większą rolę niż zazwyczaj. Od razu rozwieję wątpliwości i przyznam, że poprowadzenie wątku jak najbardziej spełniło moje oczekiwania. Brak zbędnej słodyczy, nieoczywiste wybory, a dodatkowo nadprzyrodzone przeciwności losu sprawdziły się w stu procentach.

Ponownie Marta Kisiel świetnie radzi sobie z malowaniem swojego świata przedstawionego. Język, którym napisana jest powieść jest barwny, opisy plastyczne, a humor ponownie trafia w punkt. W tej kwestii autorka udowodniła nam, że można na nią liczyć.

W Oczach urocznych więcej jest niż w poprzednich częściach cyklu elementów fantastycznych. Las, otaczający dom Ody zdaje się tętnić magią, o czym na każdym kroku przypomina Roch, a to wbijając tajemnicze gwoździe w bele domu a to przynosząc rzeczy, które mają odstraszyć złe duchy. Główna oś fabularna jest ciekawa, przyznam że element zaskoczenia był w moim przypadku przewidziany, co nie zmienia faktu, że bawiłam się przy lekturze świetnie.

Cóż ja mogę powiedzieć? Uwielbiam książki Marty Kisiel i niech niebiosom będą dzięki, że trafiłam kiedyś na pierwszy tom Dożywocia. Gdy już się jedną przeczyta to nie sposób nie interesować się resztą. Ten cykl to zdecydownie jedna z najlepszych rzeczy na poprawę humoru - lekko, zabawnie, z niebanalnymi postaciami fantastycznymi i sympatycznymi bohaterami. Pozostaje tylko czekać na kolejne książki Kisiel!


Moja ocena: 8/10


niedziela, 28 kwietnia 2019

Od świetnej zabawy po zapomnienie - „Pierwsze słowo” Marta Kisiel



*Pierwsze słowo*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* zbiór opowiadań
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 320
*Wydawnictwo:* Uroboros
Ziemniaczki z ogniska, moja droga Odo, są bezcennym źródłem potasu, szczęścia i powierzchownych poparzeń podniebienia miękkiego.
*Krótko o fabule:*
W tym tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach.  Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie. Zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic. 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Marta Kisiel od jakiegoś czasu stoi wysoko na mojej liście ukochanych, polskich autorów. Nikt tak jak ona nie potrafi bawić się słowem i wymyślać małych absurdów, które z miejsca pokochamy. Wszystko to najczęściej utrzymane w gatunku urban fantasy z sympatycznymi bohaterami. Ja pokochałam jej twórczość od pierwszej styczności, dlatego bardzo chciałam w końcu nadrobić zbiór opowiadań Pierwsze słowo.

Autorka w przedmowie zaznacza, że „Nie umie pisać opowiadań”. Po przeczytaniu całości muszę powiedzieć, że trochę rozumiem skąd takie stwierdzenie przyszło na myśl Marcie Kisiel. Zdecydowanie radzi sobie w długich formach, jednak z opowiadaniami wychodzi jej bardzo różnie.

A wszystko zaczęło się dobrze, bo lekko i przyjemnie od tekstu Rozmowa dyskwalifykacyjna. Pomysł dość prosty, a tak udany - postacie fantastyczne różnych ras przychodzą, żeby się dowiedzieć czy wydawcy są ich osobami zainteresowani. Źródło kilku świetnych gagów i błyskotliwych konkluzji na temat niektórych ras. Szczególna gratka dla fanów fantastyki.

Kolejne dwa tytuły to Katabasis, bardziej mroczne opowiadanie bez śmieszkowania, do których autorka nas przyzwyczaiła, za to czerpiące garściami z mitologii (niestety, szybko przeze mnie zapomniane), a drugie to Dożywocie, czyli po raz kolejny początek przygody Romańczuka. Pierwotnie było ono właśnie tylko opowiadaniem, dopiero później przerodziło się w książkę, a właściwie cykl. I bardzo dobrze, bo to wspaniała historia.

źródło
Nawiedziny to historia zamtuzu, czyli po prostu domu publicznego, w którym pracę zaczyna młody chłopak. Jak sam tytuł wskazuje poznamy też historię pewnego ducha. Trochę się to opowiadanie ciągnęło i jako kolejne zgubiło się w odmętach mojej pamięci. Przeżycie Stanisława Kozika to krótka, ale interesująca historia o zapomnieniu, życiowym zabieganiu i ignorancji. Napisane fajnie i dodatkowo z przesłaniem. Następne opowiadania: Jadeit oraz Miasto motyli i mgły również za długo ze mną nie zostały. Pierwszy nadrabia klimatem śledztwa, przypominającym klasyczne angielskie kryminały, a drugi mrocznym światem tajemniczych Kruków. Oba jednak nie mają czasu się rozpędzić, przez co wypadają średnio.

Ponarzekałam to teraz trzeba przejść do jaśniejszych stron. Zaczynam od W zamku tej nocy, czyli najbardziej rozbawiającego mnie opowiadania, a wszystko za sprawą sprytnego pomysłu. Otóż, śledzimy poczynania skrytobójcy, poety mającego za zadanie zamordowanie cesarza. Tylko plan nie wypala, a śmiałek ląduje w celi z dwójką innych ochotników. I tak zaczyna się rozmowa między Wallenrodem, Winkelriedem i Wawrzyńcem. Świetny ukłon w stronę literatury romantycznej, ironiczny i prześmiewczy, ze specjalnym udziałem nawiedzających upiorów. Uczta literacka.
Zdecydowanie najjaśniejszym punktem tego zbioru opowiadań jest Szaławiła. Za ten tekst autorka otrzymała nagrodę Zajdla, zatem nie tylko ja uważam go za wybitny. To wspaniały powrót do klimatów Lichotki, tym razem z nową, charakterną i ciekawą główną bohaterką - Odą. Opowiadanie jest na tyle długie, że zdążymy polubić bohaterów, zżyć się z nimi i chcieć więcej po skończeniu. Mam nadzieję, że pojawią się jeszcze w twórczości autorki, bo na to zasługują. Nie będę się niepotrzebnie rozpisywać, muszę tylko się przyznać, że odkąd czort Bazyl wyskoczył z piekła, sepleniąc zawodowo, to gęba nie przestawała mi się uśmiechać. Perełka!

Dwa ostatnie opowiadania to takie gorzkie historie, które mogłyby mieć miejsce w naszym sąsiedztwie. Poruszające trochę problemy społeczne, a także zapytujące o moralność / zasadność naszych czynów. Oba niezłe, chociaż po Szaławile trudno już było mi nimi dogodzić.

Także, po tych krótkich podsumowaniach widać ewidentnie, że opowiadania Marty Kisiel poziom mają bardzo różny. Jeżeli jesteście fanami twórczości to zdecydowanie po nie sięgnijcie. Jeżeli chcecie zacząć przygodę to polecałabym opowiadanie Dożywocie - jak się spodoba to można się zabierać za resztę. Ja wciąż Ałtorkę* kocham miłością fanowską i choć wolę jej dłuższe formy to kolejnych opowiadań bym sobie nie odmówiła.

Moja ocena: 6+/10

* Ałtorka to nazwa własna w tym przypadku - tak nazywają Martę Kisiel jej fani

sobota, 20 października 2018

Magia wokół nas, czyli o tym, że gatunek urban fantasy ma się dobrze

Zastanawiając się nad fantastyką, a konkretniej nad światem przedstawionym tego gatunku najczęściej materializują się w naszych myślach klimaty przypominające średniowiecze. Warowne zamki, odważni rycerze, bezwzględni królowie, przerażające wiedźmy, nawiedzone lasy i walka dobra ze złem. Zazwyczaj autorzy muszą się wtedy postarać przy kreowaniu rzeczywistości, tak żeby wydała się czytelnikowi oryginalna (co czasami ich przerasta). Jednak o tym kiedy indziej, a dzisiaj zamierzam ugryźć temat z innej strony. Bo wrzucenie czytelnika w zupełnie nowy świat, napędzany wyobraźnią autora jest niesamowite, ale równie ciekawe wydaje się inne podejście. Mianowicie, wymieszanie otaczającego nas świata (wraz z wszystkimi jego technicznymi aspektami) z magicznymi stworzeniami. Najczęściej w tym przypadku mówimy o gatunku urban fantasy, który zyskuje wciąż nowych fanów i jest coraz częściej eksploatowany. Co to takiego?

źródło
Możemy mówić o urban fantasy jako podgatunku fantastyki, w którego przypadku magia wkracza do świata techniki - może to być w czasach teraźniejszych, ale też w przeszłości i w przyszłości, najczęściej dotyczy to istniejących miejsc na naszej planecie. Słowo „urban” zobowiązuje do tego, żeby akcja miała miejsce w jednym z miast, chociaż wyróżniamy też tzw. „rural fantasy”, którego akcja rozgrywa się w mniejszych miejscowościach lub wsiach. Za prekursorkę gatunku uważa się Emmę Bull, autorkę powieści Wojna o dąb. Aktualnie autorzy bardzo często skłaniają się do pisania powieści urban fantasy, wspaniale można to zaobserwować na naszym, krajowym poletku. Zacznijmy jednak od głośniejszych tytułów na świecie.
Moją pierwszą stycznością z gatunkiem była powieść Neila Gaimana pod tytułem Nigdziebądź. Jej bohater, Richard to zwykły, szary mieszkaniec Londynu, którego życie zmienia się diametralnie po tym jak pomaga rannej dziewczynie. Traci pracę, narzeczoną i spokój ducha, ale zyskuje przyjaźń i przeżywa niesamowite przygody kiedy okazuje się, że pod ulicami Londynu tętni inne, magiczne życie. Powieść ma wszystko, czego wypatrujemy w porządnym urban fantasy - wartką, rozrywkową akcję, pomieszanie prawdziwego miasta z magiczną otoczką, trzymające w napięciu sceny pościgu i łączenie rzeczywistych elementów z fantastyką. Oczywiście, jak na Gaimana przystało, wszystko bardzo oryginalne i zaskakujące. W swojej karierze stworzył jeszcze kilka tego typu powieści - trzeba w tym miejscu polecić cudownych Amerykańskich bogów, Chłopaków Anansiego czy Księgę Cmentarną.
źródło
We wszelkich zagraniczych zestawieniach książek urban fantasy pojawia się kilka konkretnych, sztandarowych tytułów. Przede wszystkim wymieniany jest Jim Butcher i jego seria Akta Harry'ego Dresdena. Harry pracuje jako konsultant w chicagowskiej policji, gdzie pomaga przy śledztwach paranormalnych, tam, gdzie zwykli śmiertelnicy nie dają sobie rady. Kolejna pozycja to przygody Kate Daniels napisane przez Ilonę Andrews. Dziewczyna mieszka w Atlancie, w której czary płatają figle - co jakiś czas fale magii wyłączają całą elektryczność. Kate natomiast nie ufa technologii i przy sobie woli nosić staromodny, ale niezawodny miecz. Seria właśnie niedawno była wznawiana przez Fabrykę Słów i zamierzam zebrać całą, odświeżyć sobie pierwszy tom i ruszyć dalej z przygodami Kate. Oprócz tych dwóch pozycji mogliście się też spotkać z serią o Mercedes Thompson autorstwa Patricii Briggs bądź Kronikami Żelaznego Druida Kevina Hearne'a.
Chciałabym zwrócić jednak uwagę, że zagranica zagranicą, ale u nas gatunek urban fantasy ma się naprawdę świetnie. Zacznę może od najczęściej wymienianej autorki, czyli Anety Jadowskiej, której książki koniecznie muszę nadrobić. W jej dorobku znajduje się seria o Dorze Wilk, ale też świeższa pozycja rozpoczynająca się książką Dziewczyna z Dzielnicy Cudów. Skłonię się jednak w stronę autorów, z którymi miałam przyjemność się zaznajomić. Urban fantasy w wykonaniu Marty Kisiel zawsze sprawia ogromną frajdę. W Nomen Omen wspaniale wplotła swoją magiczną fabułę w klimatyczny wrocławski krajobraz. To samo udaje się Martynie Raduchowskiej, która w Szamance od umarlaków przedstawia nam świeżo upieczoną studentkę wrocławskiego uniwersytetu - Idę, która ma pewną przypadłość. Otóż, widzi martwych ludzi. Jednak należałoby też wspomnieć o męskiej reprezentacji, czyli Jakubie Ćwieku, który nie dość, że plącze w swoich opowieściach otaczający nas świat z magią, to jeszcze dorzuca do niej postacie znane z mitologii bądź bajek. I w przypadku Kłamcy, i w przypadku Chłopców wychodzi mu to przednio. Teraz czekam aż zabiorę się za Grimm City. Nie wypada też ominąć Anny Lange i jej książki Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, w której bohaterowie prowadzą śledztwo w XIX-wiecznym Londynie, ale oczywiście niepozbawionym ciekawego systemu magicznego. 
źródło
Skąd takie zainteresowanie gatunkiem? Wydaje mi się, że jest kilka powodów. Przede wszystkim urban fantasy jest o wiele lżejsze i przyjemniejsze od typowej fantastyki. Zarazem jeżeli mówimy o historii raczej pogodnej, zabawnej (jak w książkach Marty Kisiel), jak i w pozycjach bardziej mrocznych (jak u Gaimana). To zawsze będzie opowieść napisana dla rozrywki czytelnika, która wciąga niepostrzeżenie w świat, który o wiele szybciej możemy przyswoić, bo jest nam dobrze znany. Pozwala też czytelnikowi wierzyć, że wokół nas może istnieć magia, a sąsiad to tak naprawdę potężny czarodziej, tylko wszystko to jest sprytnie schowane i jedynie wybrańcy mogą z tym obcować. Na dodatek zazwyczaj w tego typu książkach mamy do czynienia z jakimś śledztwem, zabójstwami, sprawami kryminalnymi. Dodając do tego dużą metropolię otrzymujemy świetną, magiczną książkę sensacyjną, a nawet taki kryminał na sterydach z potężnym, czarodziejskim kopem. I nawet fani romansów znajdą tutaj swoje miejsce, bo urban fantasy często jest punktem wyjścia do napisania paranormal romance'u, jak to było chociażby w przypadku serii o Sookie Stackhouse czy naszej rodzimej Szeptuchy Katarzyny Bereniki Miszczuk.


Co myślicie o tym gatunku? Lubicie tego typu książki? Może polecicie mi swoich ulubieńców?


Krótka lista dla osób chcących przeżywać przygodę z urban fantasy:
1) Akta Harry'ego Dresdena, Jim Butcher, wyd. MAG
2) Kate Daniels, Ilona Andrews, wyd. Fabryka Słów
3) Mercedes Thompson, Patricia Briggs, wyd. Fabryka Słów
4) Kroniki Żelaznego Druida, Kevin Hearne, wyd. Rebis
5) Szamanka od umarlaków, Martyna Raduchowska, wyd. Uroboros
6) Chłopcy, Kłamca, Grimm City, Jakub Ćwiek, wyd. SQN
7) Dziewczyna z Dzielnicy Cudów i inne książki autorki - Aneta Jadowska, wyd. SQN
8) Nomen Omen, Marta Kisiel, wyd. Uroboros
9) Amerykańscy bogowie, Nigdziebądź, Chłopaki Anansiego i w ogóle Neil Gaiman, wyd. MAG
10) Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu, Anna Lande, wyd. SQN



niedziela, 7 października 2018

Ida śledzi demona. Pech śledzi Idę. - „Demon Luster” Martyna Raduchowska



*Demon Luster*
Martyna Raduchowska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 416
*Wydawnictwo:* Uroboros
"Ona jest niezniszczalna. Wrzucisz taką do wulkanu, to ci pamiątki przyniesie."
*Krótko o fabule:*
Ida powoli godzi się ze swoim przeznaczeniem. Dziewczyna jest szamanką od umarlaków, nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Ida dojrzewa do swojej roli i świata, z jakim będzie musiała się już niedługo zmierzyć. A ten zapowiada się dosyć ponuro. W jej misji przeszkadza jej łaknący dusz Demon luster. Tym razem jednak nie może liczyć na niczyją pomoc. Ponownie przekonuje się, że szósty zmysł nie zawsze jest błogosławieństwem...
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Pierwszą część przygód Idy Brzezińskiej, Szamankę od umarlaków, czytałam jeszcze w 2012 roku. Pamiętam, że wtedy niechcący natknęłam się na nią w bibliotece i skusił mnie opis. Okazało się, że wybór był trafny, bo przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. Teraz, sięgając po Demona Luster zastanawiałam się czy nie wyrosłam już z tego typu historii i czy w ogóle odkurzę jakoś fakty z pierwszej części. Nie było potrzeby martwić się na zapas - to kolejny raz była świetna przygoda.

Martyna Raduchowska utwierdziła mnie tą książką w przekonaniu, że świetnie radzi sobie w operowaniu słowem. Demona Luster czytało się po prostu z czystą przyjemnością. Każdy powrót do lektury wywoływał uśmiech i pozwalał na oderwanie się od rzeczywistości. Akcja jest wartka, ale nie cierpi na brak logiczności - to naprawdę przemyślana intryga. Miło jest przeczytać książkę napisaną dla rozrywki, która dostarcza ją w świetnej, wciągającej formie.

Możliwe, że podświadomie Demon Luster jest mi bliski, bo jego akcja dzieje się we Wrocławiu, czyli „moim” mieście od czasów studiów. Ida też przyjeżdża do niego w celach edukacyjnych, ale mając na głowie demony, duchy i czytaczy myśli musiała lekko zmienić priorytety. Chyba ją rozumiecie, nie? Kto normalny myślałby o sesji, kolokwiach i zaliczeniach, kiedy ma na głowie prawdziwą śmiertelną klątwę i depczącego mu po piętach Pecha? Swoją drogą, chociaż ciężko się do tego przyznać, to z tego Pecha bardzo ciekawa postać wyszła, którą trzeba polubić. Mimo niemiłych przypadłości, które przyciąga jak magnes.

źródło
Tym razem nie tylko Ida będzie naszą główną bohaterką. To prawda, że jej historia jest w centrum wydarzeń, ale okazała się świetnym punktem wyjścia dla pokazania przeszłości innej postaci, czyli Kruchego. Sporo miejsca poświęconego będzie wydarzeniom, które go ukształtowały i doprowadziły do miejsca, w którym się akurat znajduje. Rozjaśni się dzięki temu jego motywacja do pomocy Idzie. Tutaj muszę wtrącić, że ich duet sprawdził się na medal. Relacja została zbudowana tak szybko, a zarazem wypadła tak naturalnie, że zaczynam się zastanawiać czy wkopanie dwójki osób w tego rodzaju śledztwo (paranormalne) nie jest po prostu przepisem na gwarantowany sukces. Chociaż byłoby to krzywdzące w stosunku do autorki, która tę przyjacielską więź zbudowała dzięki zgrabnie napisanym postaciom. Kruchy jest charyzmatyczny, z tą wciskaną na siłę pomocą, wiecznym głodem i paczką papierosów pod ręką. Jednak to Ida zgarnia dla siebie więcej sympatii, szczególnie w porównaniu z pierwszym tomem. Zapamiętałam ją jako zwykłą dziewczynę z problemami, czasami za mocno dramatyzującą, ale na pewno lepszą niż większość bohaterek z młodzieżowych książek fantasy. Tym razem pokazuje się jej inna odsłona, bardziej dojrzała, zaradna, która nie chce obarczać innych swoimi problemami. Oczywiście przechodzi chwile słabości, ale są one całkowicie zrozumiałe w jej sytuacji. I dzięki nim tym bardziej jej kibicujemy.

Demon Luster jest lepszy od poprzedniej części również w warstwie fabularnej. Szamanka od umarlaków dość sporo czasu poświęciła na wprowadzenie czytelnika w świat, zapoznanie się z bohaterami, a akcja rozpędzała się dopiero pod koniec lektury. W kontynuacji intryga zagęszcza się od pierwszych stron i to w świetnej formie - dzięki przesłuchaniu Idy możemy bez przeszkód odświeżyć sobie wydarzenia z poprzedniego tomu i od razu zacząć analizować jej obecną sytuację. Podobała mi się historia złoczyńcy, której kolejne warstwy sukcesywnie otwierały się przed czytelnikiem.

Po prostu warto zapoznać się z przygodami Idy Brzezińskiej i towarzyszącego jej Pecha. To naprawdę przyjemna, niezobowiązująca rozrywka, która potrafi umilić niejedną chwilę. Ja na pewno mam ochotę wrócić kiedyś do świata wykreowanego przez Martynę Raduchowską. Wam też to polecam.


Moja ocena: 8/10


wtorek, 5 czerwca 2018

Bohaterowie toną w czasie, a ja w dobrym humorze po lekturze - „Toń” Marta Kisiel

*Toń*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 416
*Wydawnictwo:* Uroboros
"Jak tonąć, kiedy człowiek za wszelką cenę pragnie utrzymać się na powierzchni wody? [...] Siłą mięśni próbuje zachować kontrolę nad swoim ciałem. Nad życiem i śmiercią. A na powierzchni czasu? Co trzyma go tutaj? Co trzyma tutaj ją, Eleonorę Stern? Żal, odpowiedziała sama sobie. Tęsknota. Pretensje. Samotność i milczenie."
*Krótko o fabule:*
Kiedy Dżusi Stern decyduje się oddać przysługę ciotce, jeszcze nie wie, że uruchomi lawinę wydarzeń, których nie da się już cofnąć. Trzpiotowata dziewczyna, jej poukładana siostra oraz kąśliwa ciotka nieoczekiwanie wplątują się w morderstwo — a to dopiero początek niebezpieczeństw, jakie na nie czyhają.

*Moja ocena:*
Mieszanka urban fantasy z dobrą dawką poczucia humoru, wynikającą ze zdolności operowania słowem od razu wpisuje się w mój czytelniczy must read. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że wychodzi nowa książka Marty Kisiel wiedziałam, że czym prędzej muszę po nią sięgnąć. Każda kolejna wzmianka o niej podsycała moją ciekawość, a kiedy na fanpage'u Ałtorki pojawiła się przepiękna okładka to przepadłam z kretesem. Na szczęście kolejny raz Marta Kisiel udowodniła, że treść nie ustępuje miejsca oczekiwaniom. 

Toń to następna książka Atłorki, po Nomen Omen, której akcja ma miejsce we Wrocławiu. Tak się składa, że od kilku lat jest to również moje miasto. Wszyscy chyba wiemy, że wydarzenia od razu stają się nam bliższe, jeżeli opisywane w nich miejsca znamy z rzeczywistości. W przypadku powieści Toń, mieliśmy na dodatek okazję zerknąć we Wrocław przeszłości oraz poznać tajemnice z nim związane. Po lekturze zdecydowanie można powiedzieć, że Marta Kisiel bardzo swobodnie czuje się w gatunku urban fantasy, korzysta z informacji na temat miasta i sprytnie wplata je w swoją fabułę.

Oczywiście to kolejna książka Kisiel, która napisana została w celach rozrywkowych i jako taka literatura idealnie się sprawdza. Lekkie pióro sprawia, że w błyskawicznym tempie przywiązujemy się do bohaterów, a kolejne wydarzenia wręcz spijamy z kart powieści. Jeżeli szukacie książki, która umili Wam oczekiwanie w długiej kolejce (sprawdzone!) czy leżenie plackiem na plaży, to Toń powinna się sprawdzić (uważajcie tylko na niekontrolowane reakcje podczas lektury). To wspaniały umilacz czasu, a zarazem rozrywka, związana z odrywaniem kolejnych tajemnic, ukrytych w jej treści.
autor okładki - Tomasz Majewski
Nie od dzisiaj wiadomo, że wykorzystywanie wierzeń słowiańskich w tego typu literaturze dobrze się sprawdza. Marta Kisiel również korzysta z tego zabiegu, ale robi to w tak ciekawy sposób, że wzbudza niegasnące zainteresowanie u czytelnika. Od razu po zamknięciu książki wyszukałam zaprezentowaną w książce postać nadnaturalną w Bestiariuszu Słowiańskim i... jestem pod wrażeniem. Wszystkie cechy się pokrywają, a Ałtorka tak sprytnie wplata je po kolei do książki, że wydaje się jakby opis tej postaci w Bestiariuszu był stworzony na podstawie Toni, a nie odwrotnie. Nie wspominając już o tym, że w pewnym momencie pojawia się też wątek romantyczny związany z Ramzesem i jest on tak rozczulający oraz oryginalny, że z miejsca podbił moje serce.

Marta Kisiel w ogóle ma talent do kreślenia bardzo charakterystycznych postaci. U niej nie ma miejsca na szarzyznę, a jeżeli ktoś pojawia się na drugim, a nawet trzecim planie to wciąż będzie miał w sobie coś, co zapamiętamy na dłużej. Przykładowo stara sąsiadka z wyższego piętra, wykrzykująca w kółko „Ja pamiętam” czy listonosz, który wie wszystko o wszystkich. Kiedy poznajemy głównych bohaterów to na pierwszy rzut oka może się wydawać, że tych cech jest wręcz za dużo i są za bardzo ekstremalne. Jednak ze strony na stronę, poznając te postaci bliżej, potrafimy zrozumieć dlaczego zachowują się właśnie w taki sposób. Po raz kolejny przywiązałam się do bohaterów Marty Kisiel i już nie mogę się doczekać kolejnych losów Eleonory, Klary, Gerda i innych. Bo zakończenie daje nadzieję na dalszą część przygód i zdecydowanie w świecie Toni znajduje się jeszcze sporo tajemnic do odkrycia. 

Toń to świetny przykład dobrej powieści rozrywkowej. Mamy tajemnicę, elementy kryminału, lekkie pióro Ałtorki, a jednocześnie wspaniałe żarty słowne (bo co jak co, ale Marta Kisiel świetnie słowem operuje), pełnokrwistych bohaterów, rodzinne dramaty, nadprzyrodzone postaci i podróże w czasie. Ta mieszanka wybuchowa daje nam niesamowicie wciągającą lekturę, w której można się utopić na wspaniałe kilka godzin. I o to w końcu chodzi - jeżeli potraficie, to utońcie w niej, a nie pożałujecie. 

Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Uroboros.

środa, 9 listopada 2016

Licho nie śpi, a czytelnicy dobrze się bawią - „Siła niższa” Marta Kisiel

Praca pochłania mnie niczym gąbka i tylko czekam kiedy mnie wyciśnie, żebym zdążyła nabazgrać dla Was jakąś recenzję. Dziś miałam chwilę oddechu, więc przed Wami nowa książka Marty Kisiel. A w najbliższym czasie nowy Harry Potter i Przez stany POPświadomości. Mam nadzieję, że czekacie ? :)

*Siła niższa*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 319
*Wydawnictwo:* Uroboros
Bo w bamboszkach nie sposób być niemiłym. A kiedy ty jesteś miły dla innych, to inni są mili dla ciebie. Tak działa ten świat. Alleluja.
*Krótko o fabule:*
Kontynuacja kultowego Dożywocia. Wymęczony codzienną rutyną, za to oswojony z niecodziennymi zjawiskami Konrad Romańczuk odkrywa, że nie jest jedynym posiadaczem anioła stróża, a dwie takie istoty pod jednym dachem to dopiero początek kłopotów.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Twórczość Ałtorki (bo tak Martę Kisiel nazywają jej fani), podbiła moje serce, można powiedzieć, że od pierwszego przeczytania - w marcu tego roku. Zaczęło się właśnie od pierwszej części Dożywocia, które szturmem wtargnęło w moje gusta literackie, zaspokajając apetyt na humor i słodycz, które wręcz wypływały z kart powieści. Nomen omen również mnie zadowoliło, więc z niecierpliwością przebierałam nóżkami na Siłę niższą
Na początku muszę przyznać - brakowało mi Lichotki. Pierwsza część wydawała mi się dzięki niej bardziej kameralna, ale też pełna magii i taka swojska. Tym razem, przenosimy się do innego miejsca i niestety nad tym faktem trochę ubolewałam. Szybko jednak porwał mnie niezastąpiony styl Ałtorki i zapomniałam gdzie jesteśmy, ponieważ liczyli się bohaterowie.
Bo tak naprawdę to oni są tutaj najważniejsi, bez nich nie byłoby tego oczekiwania i tego ogromu sympatii do Dożywocia. Każda z postaci, wykreowanych przez Martę Kisiel jest nader osobliwa i charakterystyczna, a co za tym idzie - budzi wiele emocji. Na całe szczęście większość naszych ulubieńców z poprzedniej części pojawia się w kontynuacji i nadal potrafi intrygować. Ałtorka nie poprzestaje na zbudowanych charakterach w Dożywociu, a raczej stara się je rozwijać i stawiać w nowych, wymagających sytuacjach.
źródło - autorem ilustracji jest Sebastian Skrobol
Dochodzę do jednego z największych plusów Siły niższej, tj. postawienia bohaterów w dość niewesołym położeniu i opisania jak sobie z tym radzą, a raczej próbują sobie radzić. To takie życiowe, że w sytuacjach kryzysowych człowiek nie zwraca uwagi na najbliższe otoczenie, biorąc pewne rzeczy za pewnik. Marta Kisiel wykorzystała to w swojej powieści i zakończyła pięknym morałem, czyli mamy edukację i zabawę w jednej, króciutkiej książce. 
Co do nowych bohaterów to podobał mi się pomysł wprowadzenia większej ilości postaci nadprzyrodzonych. Ałtorka ma do nich talent, potrafi z każdego gatunku wyciągnąć jak najwięcej. Zresztą to nie dotyczy tylko wszelakich istot fantastycznych, ale także zwykłych ludzi. Weźmy dla przykładu takiego Turu, wikinga dobrodusznego, który lubi rzucać żartami o rzyci, a para się rzeźbieniem aniołków z drewna. Zezowatych aniołków. I za takie kreacje bohaterów właśnie cenię Martę Kisiel. Oczywiście tak barwnych postaci jest w Sile niższej od groma, więc zawiedziony nimi nikt nie powinien być.
Muszę się jednak przyczepić, bo oczekiwałam ciutkę więcej. Miałam nadzieję, że mając podstawę z cudownych bohaterów i doświadczenie z pełnowymiarową fabułą (tak, chodzi mi o Nomen omen), Ałtorka ruszy w konkretnie zbudowaną historię. Dostajemy jednak po raz kolejny zlepek epizodów z życia naszych ulubieńców. Jest fajnie, ale pozostaje niesmak, że to już było i chciałoby się takiego kroku naprzód. 
I cholera, nikt mi nie potrafi zastąpić Szczęsnego! To była moja ulubiona postać z Dożywocia i smutek mnie ogarnął kiedy na próżno wyglądałam godnego jego następcy. 
Za to kolejny raz zadowolona byłam dzięki nawiązaniom do literatury. Co jakiś czas wkradało się zdanie, które uruchamiało w głowie trybiki naprowadzające na znany odpowiednik, dla przykładu takie niepozorne „Zbrodnia to niesłychana, Konrad zabił bałwana!”, czyli parafraza Mickiewicza. A jest tego w książce naprawdę sporo.
Nie chce mi się wierzyć, że to już ostatnia część przygód naszych bohaterów. Wydaje mi się, że naszym zadaniem jest teraz wymęczenie Ałtorki zapytaniami o kontynuację, bo moim zdaniem powinna taka powstać. Zakończenie Siły niższej otwiera drzwi do naprawdę ciekawego ciągu dalszego, z którym chętnie bym się zapoznała.
Mimo kilku wad, ta książka to wciąż świetna zabawa i pozycja obowiązkowa dla fanów Dożywocia. Ałtorka ma specyficzny styl, w którym trudno się nie zakochać.

Moja ocena: 7/10

Wyzwania:

http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html



piątek, 4 listopada 2016

Alternatywna wersja Pięknej i Bestii - „Dwór Cierni i Róż” Sarah J. Maas


Kolejna recenzja książki opartej na baśni, ale tym razem całkiem inna gatunkowo. Zrobiła furorę wśród czytelników na całym świecie, ale czy spodobała się mi? Dowiecie się poniżej.
*Dwór Cierni i Róż*
Sarah J. Maas

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* A Court of Thorns and Roses
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 524
*Wydawnictwo:* Uroboros
Lepiej umrzeć z uniesioną głową, niż płaszcząc się niczym nędzny robak.
*Krótko o fabule:*
Dziewiętnastoletnia Feyre jest łowczynią – musi polować, by wykarmić i utrzymać rodzinę. Podczas srogiej zimy zapuszcza się w poszukiwaniu zwierzyny coraz dalej, w pobliże muru, który oddziela ludzkie ziemie od Prythian – krainy zamieszkanej przez czarodziejskie istoty. To rasa obdarzonych magią i śmiertelnie niebezpiecznych stworzeń, która przed wiekami panowała nad światem.
Kiedy podczas polowania Feyre zabija ogromnego wilka, nie wie, że tak naprawdę strzela do faerie. Wkrótce w drzwiach jej chaty staje pochodzący z Wysokiego Rodu Tamlin, w postaci złowrogiej bestii, żądając zadośćuczynienia za ten czyn. Feyre musi wybrać – albo zginie w nierównej walce, albo uda się razem z Tamlinem do Prythianu i spędzi tam resztę swoich dni.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Sarah J. Maas szturmem wtargnęła w młodzieżowy literacki świat, dzięki książce Szklany tron. Osobiście byłam nią bardzo zawiedziona, ponieważ po tylu zachwytach spodziewałam się czegoś o wiele lepszego. Miałam nadzieję, że w Dworze Cierni i Róż zaproponuje czytelnikowi coś nowego, a zarazem pokaże jaki zrobiła postęp od czasu jej debiutu. Trochę tak się stało, ale czy wystarczyło, żeby mnie zadowolić? 
Wielokrotnie wspominałam, że lubię historie oparte na motywach z bajek i baśni. W takich przypadkach poszukuję jednak tym więcej oryginalności, takiego przedstawienia znanych ogólnie schematów w innym świetle. Patrząc pod tym kątem byłam rozczarowana wstępem Dworu Cierni i Róż. Czułam, że autorka poszła trochę na łatwiznę, przerzucając historię Pięknej i Bestii w swój świat przedstawiony. I już, kiedy miałam skreślać całość, fabuła powędrowała w ciekawszą stronę
To, czym książka stoi, jest interesujący świat przedstawiony i drugoplanowi bohaterowie. Dzięki nim ocena podskoczyła o oczko w górę. Im bliżej zapoznaję się z twórczością Maas tym bardziej widzę jej upodobania. Zdecydowanie przyklasnę na pomysł z podziałem na rasy - tutaj po raz kolejny mamy posługujących się magią faerie. Co prawda trochę to smutne, że autorka zamyka się na tak podobny gatunek, który występuje również w Szklanym tronie, ale widocznie w tym dobrze się czuje i uważa, że potrafi z niego wiele wyciągnąć. A ja, im więcej czytałam o tej rasie tym bardziej zaczynała mi się podobać. Najciekawszy jednak wydaje się sam świat, tajemnicza Góra i podział na Dwory. Szczególnie, że każde z miejsc charakteryzuje się konkretnymi cechami i wyglądem mieszkańców i ich książąt. 
źródło
Jeżeli chodzi o bohaterów to znowu trochę się zawiodłam na głównej bohaterce. Widać postęp od czasów idealnej Celaeny, jednak Feyra wciąż pozostaje mi obojętna, a wręcz chwilami irytująca. Wpływ na to mógł mieć sposób narracji, który momentami wpada w pierwszoosobową i wtedy boli najbardziej. Na dodatek widać wiele podobieństw między Feyrą a panną Sardothien - ona również potrafi posługiwać się bronią (tym razem to łuk), no i ma smykałkę do sztuki (pianino zastąpił pędzel malarski). 
Natomiast, jak już wspomniałam, w książce rządzą bohaterowie drugoplanowi. Nawet jeżeli pojawiają się na chwilę, to zagarniają więcej mojej uwagi niż główne postaci. Zdecydowany prym wiedzie Rhysand, który na całe szczęście nie jest bohaterem jednoznacznym. Jego charakter ewoluuje, ale w sposób naturalny, bez zbędnej presji ze strony autorki. Na dodatek piekielnie intryguje mnie jego historia i to dla niego sięgnę po kontynuację. Pochwalić muszę również Luciena, który od początku zyskał skrawek mojego serca. Był bardziej ludzki niż Tamlin, który jako główny amant rozczarował mnie najbardziej. Dla mnie był zupełnie nijaki, jego historia mocno schematyczna, a jego poczynania nie dodawały mu ani grama mojej sympatii.
Skoro już przy tym jesteśmy to wątek miłosny to najsłabszy punkt tej książki. Zapewne dlatego, że i Feyra i Tamlin to postaci mdłe, toteż i ich miłość do siebie nie przekonuje. Trochę było tam erotyki, trochę wzdychań, ale mnie żadne z nich nie przekonało, że istnieje tam prawdziwe uczucie. A już tym bardziej na tyle silne, że jedno za drugim mogłoby pójść w ogień. Łudzę się nadzieją, że Maas zdecyduje się na krok w bok i zmieni partnera Feyry na bardziej interesującego (nawet mam swój typ ;)).
Wciąż nie widzę w autorce umiejętności kreowania fabuły, a tym samym napięcia. Skupia się na niepotrzebnych scenach, zamiast zbudować porządną historię. Dlatego dostajemy wiele krótkich epizodów, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą, trochę jak serial telewizyjny, który ma bawić widza przez dłuższy czas. Mam nadzieję, że w kolejnej części dowiemy się czegoś więcej na temat sytuacji na świecie i to narzuci pewien kierunek wydarzeniom. 
Dwór Cierni i Róż to na pewno lepsza pozycja niż Szklany tron, jednak autorka wciąż popełnia podobne błędy. Gdyby nie druga część książki i ciekawe postacie drugoplanowe ocena byłaby taka sama co przy poprzednim pierwszym tomie autorstwa Maas. Jednak w tym przypadku czuję większy potencjał i trzymam kciuki, żeby druga część potoczyła się trochę w innym kierunku. Szczególnie, że furtkę autorka sobie zostawiła idealną. A książkę polecić mogę z czystym sumieniem nastolatkom, które lubią fantastykę i młodzieżowo-romantyczne historie. 

Moja ocena: 6-/10


Wyzwania:
http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html






czwartek, 28 lipca 2016

Po kłębku do nitki, czyli 'Nomen omen' Marta Kisiel

Kolejna (i ostatnia, bo Uległości jednak nie zrecenzuję) BookAThonowa opinia przed Wami ;) Przeczytałam ją w ramach zadania ze swoim zawodem, bo jeden z bohaterów to również student, nawet tej samej uczelni, na której się uczę.


*Nomen omen*
Marta Kisiel

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 331
*Wydawnictwo:* Uroboros
"[...] z perspektywy czasu i wygodnego fotela nawet największe tragedie i dylematy historii bardzo łatwo się ocenia."
*Krótko o fabule:*
Salomea Przygoda ma dość mieszkania z ekscentrycznymi rodzicami, więc postanawia przenieść się do Wrocławia i zmienić swoje życie. Pełna nadziei wprowadza się na stancję, gdzie okazuje się, że nic nie jest tak kolorowe jak się zapowiadało. Nie pomaga też fakt, że nieznośny brat się do niej wprowadza, bo wyrzucili go z akademika. Ach, no i jakby tego było mało, próbuje ją utopić.

*Moja ocena:*
Z panią Kisiel (chociaż poprawniej byłoby chyba Ałtorką :)) polubiłam się już podczas lektury Dożywocia. Trudno odmówić jej oryginalnego stylu pisania, pełnego specyficznego, acz bardzo trafiającego w mój gust, humoru. Przeczytanie jej kolejnej książki to była tylko kwestia czasu. 
Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tego, co otrzymałam. Dożywocie skupiało się na codziennym życiu kilku bohaterów, czyli cała książka zbudowana była z takich krótkich epizodów. I nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że w Nomen omen będzie podobnie. Jednak się myliłam. Książka ta jest powieścią czysto fabularną i okazuje się, że Ałtorka z taką formą radzi sobie po mistrzowsku. Nie brakuje tutaj tego, co pokochałam w Dożywociu, a jednocześnie możemy skupić się na rozwiązywaniu zagadki przez całą książkę. 
Dobra, na początku mogłam być stronnicza, bo zrobiło mi się tak miło, że znałam większość z opisywanych miejsc. Sama od pięciu lat mieszkam we Wrocławiu, więc kiedy bohaterowie odwiedzali dane miejsce, to moja wyobraźnia od razu budowała obraz, który znam z życia codziennego. Kolejnym plusem było nawiązywanie do historii Polski i samego miasta. Poznałam kilka ciekawych faktów z okresu II Wojny Światowej i ówczesnego Breslau. Sama nie przepadam za książkami stricte historycznymi, więc takie wplątane fakty w ciekawą fabułę tym bardziej cieszą.
ilustratorką książki jest Katarzyna Babis
Jeżeli chodzi o bohaterów to od początku byłam o nich spokojna. Znając całą wesołą ferajnę z Dożywocia wiedziałam, że na pewno spotkam tutaj ciekawe charaktery. I tak też się stało. Poczynając od Salomei, która jest trochę niezdarna, niepewna siebie, ale jak najbardziej sympatyczna, kończąc na papudze o imieniu Roy Keane (fani piłki nożnej mogą znać, inni się dowiedzą po kim został nazwany podczas lektury). Postaci pojawia się z czasem coraz więcej i każda jest na swój sposób intrygująca i barwna. Podobał mi się zabieg "rozmnożenia" sióstr (kto czytał, ten wie). I każdy z bohaterów jest na tyle dobrze wykreowany, że czasami po samej wypowiedzi wiemy kto otworzył buzię. Szczególnie kiedy wypowiada się brat Salomei, Niedaś, swoim bardzo współczesnym i potocznym językiem. 
Tym razem fabuła przedstawia zagadkę z przeszłości, którą rozwiązują postaci książki. To takie połączenie klimatu kryminału z humorem i elementami fantastycznymi (swoją drogą, świetnie wprowadzonymi i pasującymi do świata przedstawionego). Świetne jest to, że całą sprawę rozwiązują osoby zwyczajne, takie które moglibyśmy minąć na ulicy - wspomniana już Salomea, filolog Bartek, student Politechniki Niedaś, ostra dziewczyna w glanach, czyli Basia. Widać, że Marta Kisiel czerpie ze świata, który nas otacza i wybiera najciekawsze charaktery, które później konfrontuje z tymi, z którymi może normalnie nie miałyby opcji się spotkać w prawdziwym życiu. 
Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że bohaterowie grają w Warcrafta. Co prawda w wersję online, czyli tak zwanego WoWa, ale ja mam ogromny sentyment do Warcrafta III - to jedyna gra komputerowa, która nie może mi się znudzić. A cały żargon związany z graniem czasami mnie przerastał, ale wiele ze słów znam bardzo dobrze, bo moi znajomi też pykają w takie gry ;)
Może recenzja nie za długa, ale po co mam Was zamęczać swoimi wypocinami, skoro możecie biec po Nomen omen i zaczytywać się w tak przyjemnym tekście? Jeżeli chcecie się rozerwać przy ciekawej lekturze i kupujecie ten rodzaj humoru to sięgajcie czym prędzej. Ja już przebieram nóżkami na myśl o Dożywociu 2!

Moja ocena: 8/10

Wyzwania:
http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html

 
 

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka