Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tv series. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tv series. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2023

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część trzecia

Poprzednie wpisy o miniserialach: tutaj i tutaj


Daisy Jones and the Six (2023), reż. Nzingha Stewart, James Ponsoldt and Will Graham -> Amazon Prime

liczba odcinków: 10

Ta produkcja ma wszystkie elementy serialu skrojonego pod mój gust. Tematyka formowania zespołu i jego pierwszych kroków w show biznesie to bardzo ciekawy temat. Dodatkowo, jest to serial muzyczny! Może właśnie ten potencjał sprawił, że każde potknięcie twórców bolało mocniej. Serial Daisy Jones and the Six mógł być moim ulubieńcem, wylądował jednak w strefie umilaczy o których po czasie się zapomina.

Historia fikcyjnego zespołu, działającego w latach 70tych została oparta na bestsellerowej książce autorstwa Taylor Jenkins Reid. Powieść ma rzeszę fanów, a biorąc pod uwagę gawędziarstwo autorki, którego doświadczyłam w Siedmiu mężach Evelyn Hugo, wierzę że wiele osób może się tą opowieścią zachwycić. Ja pierwowzoru nie czytałam, zatem nie będzie w notce porównania. 

Akcja serialu Daisy Jones and the Six została podzielona na dwa plany czasowe. Pierwszym jest współczesność, w której ucharakteryzowani aktorzy udzielają wywiadów o swoich początkach. Drugi przenosi nas w czasie do lat 70tych, gdzie przedstawione zostały opowiadane przez bohaterów historie. Niestety, przeskoki między dwoma planami często mnie wybijały i wprowadzały niepotrzebny komentarz. Jednym z najważniejszych elementów seriali muzycznych jest ścieżka dźwiękowa. Twórcy starali się nagrać coś wyjątkowego, niektóre utwory nawet wpadają w ucho. Niestety, daleko im do hitów typu Shallow z Narodzin gwiazdy czy City of stars z La La Land. 

Można jeszcze znaleźć kilka rzeczy, które nie działają w tym serialu, ale finalnie, dobrze mi się go oglądało. Uważam, że historia początków zespołu i tego, w jaki sposób dołączyła do niego Daisy wypada uroczo. Riley Keough w tytułowej roli jest bardzo charyzmatyczna, radzi sobie z postacią Daisy zarówno w scenach codziennych rozterek, jak i w scenicznym szale. Jej chemia z Samem Claffinem jest wyczuwalna. Mają kilka świetnych wspólnych scen, jak ta z pisaniem piosenek w domu producenta muzycznego. Na drugim planie natomiast błyszczy postać Kamili, partnerki Sama. To taka bohaterka-anioł, ma w sobie tyle zrozumienia dla innych, że każda wyrządzona jej krzywda boli jeszcze bardziej. Daisy Jones zabrała mnie na przygodę, która może nie została na długo w głowie, ale była przyjemnym doświadczeniem.


Awantura (2023), reż. Hikari, Jake Schreier and Lee Sung Jin -> Netflix

liczba odcinków: 10

Któż mógłby się spodziewać, że jeden z najlepszych tegorocznych miniseriali zostanie wyprodukowany przez Netfliksa? Ja na pewno nie, a jednak Awantura to zdecydowanie najbardziej oryginalny serial w tym zestawieniu.

Głównymi bohaterami są Amy i Danny. Kobieta dorobiła się fortuny na prowadzeniu firmy, w której sprzedaje rośliny i jest o krok od sprzedaży swojej marki za sporą sumę. Marzy o tym, żeby przestać pracować i móc poświęcić się ognisku domowemu, a w szczególności wychowaniu córki. Dla wszystkich wokół niej, jej życie wydaje się idealne. Zatem poziom narastającej w kobiecie frustracji wydaje się nie na miejscu. Z drugiej strony mamy historię Danny'ego, który próbuje związać koniec z końcem, łapiąc budowlane fuchy. Niestety, zawsze brakuje funduszy, więc jego marzenie o kupnie domu dla rodziców wydaje się zupełnie nieosiągalne. Właśnie wtedy, te dwie przepełnione agresją osoby spotykają się w dość codziennej sytuacji - ktoś komuś zajeżdża drogę, agresywnie wygrażając środkowym palcem. Wydawało by się, że to sytuacja, jakich wiele. Dla tych bohaterów jednak to przelewa czarę goryczy i zamiast zapomnieć o wydarzeniu, starają się zemścić na drugiej osobie.

Awantura ma świetnie napisany scenariusz, życie obojga bohaterów rozpisane jest z uwagą na detale. Dzięki temu ich akcje, które są dość przesadzone, da się wytłumaczyć. Nie byłoby też takiej przyjemności z oglądania, gdyby nie Ali i Steven na pierwszym planie. Świetnie radzą sobie z odegraniem tych postaci, szczególnie Steven zrobił na mnie ogromne wrażenie. Twórcy serialu nie zamykają się również na jeden styl, czego przykładem mogą być dwa ostatnie odcinki. Przedostatni przypomina niemal Parasite, w którym dochodzi do napadu na bogaty dom. Ostatni odcinek to zabawa inną formą, w której bohaterowie mogą podzielić się wszystkim, co leży im na wątrobie. Niesamowicie dobrze się to oglądało i zdecydowanie jest to jeden z najciekawszych tytułów, które znajdziemy na Netfliksie.


Czarny ptak (2023), reż. Michaël R. Roskam, Jim McKay and Joe Chappelle -> Apple TV

liczba odcinków: 6

Miniseriale kryminalne zaliczam do moich gatunkowych ulubieńców. Dzięki kilku odcinkom twórcy zyskują czas na powolne rozwinięcie portretów bohaterów, co w kontekście kryminalistów nieustannie fascynuje widzów. Czarny ptak to historia, która zapewne nie miałaby takiego mocnego przekazu w formie filmu, a jako serial sprawdza się świetnie. 

W serialu Czarny ptak zobaczymy jedną z ostatnich ról Roya Liotty, aktora którego kochamy za postać znaną z Chłopaków z ferajny. Jego bohater jest byłym policjantem, który zboczył z drogi prawa. Ważne jest przedstawienie jego relacji z synem. Mężczyzna czuje się winny przestępczemu życiu syna, obwinia się za ścieżkę, którą ten obrał. Próbuje mu pomóc, wyciągnąć go z zaistniałej sytuacji. Ta relacja będzie ważna w porównaniu do tej, która łączy głównego podejrzanego ze swoim ojcem. Od dziecka traktowany był jako ten gorszy syn, więc ze wszystkich sił szukał uznania wśród innych. Postać głównego podejrzanego jest prawdziwie fascynująca i przede wszystkim dla niej warto ten serial obejrzeć. Zagrana brawurowo przez Paula Waltera Hausera. Ten bohater jest mocno ekscentryczny, ale aktor radzi sobie z wszelkimi dziwnościami, nie przekraczając granicy przesady. Taron Egerton dobrze mu partneruje, ale trudno mu przejąć uwagę widza, kiedy Hauser jest obok niego. 

Zawsze kiedy widzę napis, wskazujący że historia oparta jest na faktach to intensywniej przeżywam przedstawione wydarzenia. Łatwiej jest pomyśleć, że to wszystko jest fikcją, a postacie morderców żyją tylko w głowach twórców. Czarny ptak to naprawdę mocny kawał telewizji, polecam szczególnie wszystkim fanom mrocznych kryminałów.


Good Omens 2 (2023), reż. Douglas Mackinnon  -> Amazon Prime

liczba odcinków: 6

Naginam trochę zasady tego wpisu. Miały być miniseriale, a tutaj druga odsłona przygód znanych bohaterów. Dla Good Omens warto jednak złamać kilka reguł.

Pierwszą część serialu traktowałam jako miniserię. Całość zamknięta była w sześciu odcinkach i oparta na historii, którą znamy z książki napisanej przez Pratchetta i Gaimana. Poczułam się szczerze zaskoczona kiedy zapowiedziano kontynuację opowieści. Jako że pierwszy sezon był naprawdę przyjemną, zabawną fantastyką, to nastawiałam się na podobne emocje przy drugiej odsłonie. Jakie zatem było moje zaskoczenie, kiedy dostałam coś tak innego. Gaiman rozwinął skrzydła w drugim sezonie i w centrum historii postawił... wątek romantyczny. Zrobił to w sposób zniuansowany, tak że widz ma wrażenie, że ogląda kolejne starcie nieba z piekłem, kiedy tak naprawdę wszystko kręci się wokół dynamicznej relacji Azirafala i Crowleya.

Mam wrażenie, że od lat nie widziałam tak genialnego duetu aktorskiego jak Sheen i Tennat. Obaj wspinają się na wyżyny aktorstwa, przekuwając demona i anioła w postacie, którym chcemy kibicować. Sukces Dobrego Omena opiera się w ogromnym stopniu na ich chemii. Pomaga fakt, że to aktorzy, którzy znają się nie od dziś. W czasie pandemii zaczęli nawet wspólnie nagrywać serial bazujący na ich przyjaźni (Staged). 

W drugim sezonie sporo się dzieje. Są wspomnienia z przeszłości dwójki bohaterów, gdzie zobaczymy ich pierwsze spotkanie czy historię Hioba (w tym epizodzie w rolach Hioba i jego syna zobaczymy kolejno teścia Tennanta i jego syna). Jest zagadka związana z Gabrielem, który stracił pamięć. Są relacje sąsiadów Azirafala, gdzie na pierwszym planie znajduje się związek dwójki pań, które popychane są w swoje ramiona przez głównych bohaterów. Drugi sezon to jednak przede wszystkim historia pewnej relacji. Uświadamia nam, że najgłębsze uczucia rodzą się, kiedy już daną osobę dobrze poznamy, przejdziemy z nią przez piekło, ale przy każdej kolejnej przygodzie będziemy chcieli ją mieć przy swoim boku. Ja tej parze kibicuję z całego serducha, równocześnie nie mogę doczekać się ich losów w trzecim sezonie!


wtorek, 12 października 2021

Nie tacy znowu superbohaterowie – seriale „Invincible” i „The Boys” (Amazon Prime)

Mamy modę na filmy o superbohaterach – to stwierdzenie już chyba nikogo nie dziwi. Najwięksi fani gatunku potrafią w nieskończoność rozmawiać o tym czy lepsze są dzieła DC czy Marvela, rozważać kto jest najsilniejszym bohaterem, ekscytować się wchodzeniem w kolejną fazę MCU, wyszukiwać specjalne easter eggi w kolejnych filmach i spokojnie czekać na sceny po napisach. Sama lubię te filmy oglądać, chociaż do fanów pewnie mi daleko, raczej traktuje tego typu kino jako przyjemną i niezobowiązującą rozrywkę. Schematów w takich produkcjach jest co nie miara, origin story każdego kolejnego superbohatera wygląda podobnie do jego poprzedników, antagoniści często mają niedostatecznie zbudowane podstawy i o wiele za często skupiają się na chęci zdobycia władzy nad światem. Twórcy próbują nad tymi kulejącymi elementami pracować, co na pewno zachęca do dalszego śledzenia poczynań gatunku. Jedyne co pozostaje niezmienne – nieważne czy historia jest oklepana czy skręca w bardziej oryginalną ścieżkę – wciąż po seansie widzowie wychodzą z kina z uczuciem uwielbienia czy też podziwu dla pozytywnego superbohatera z nadnaturalnymi mocami (nie mówię tutaj o origin story antagonistów, bo to trochę inna bajka). Dlatego tak bardzo doceniam dwa tytuły, do których dzisiaj postaram się Was przekonać.



Invincible (2021-)

sezony: 1

źródło

Na pierwszy ogień pozachwycam się tą szaloną animacją, do której scenariusz powstał na podstawie komiksu o tym samym tytule autorstwa Roberta Kirkmana (co ciekawe, autora słynnego The Walking Dead), którą obejrzeć możecie na Amazon Prime. Właściwie włączyłam ją dlatego, że po prostu lubię oglądać wszelakie baje o superbohaterach, czy tam w klimatach nadprzyrodzonych (w końcu kocham Smoczego księcia czy She-rę, mimo że jestem pewnie sporo za stara na tego typu tytuły). I chyba dlatego przeżyłam to cudowne zauroczenie Invincible, bo wcześniej zupełnie nic o animacji nie wiedziałam. Może od razu zaznaczę, że jeżeli to wprowadzenie wystarczy, to nie czytajcie dalej, tylko bierzcie się za oglądanie, bo wtedy przyjmuje się serial najlepiej.

Z opisu wynika, że Invincible będzie kolejnym origin story superbohatera. Głównym protagonistą jest tutaj Mark Grayson (mówiący głosem Stevena Yeuna, którego możemy znać chociażby z „Minari”). Siedemnastolatek w końcu zaczyna przejawiać supermoce i może zacząć trening pod czujnym okiem swojego ojca, najsłynniejszego obrońcy Ziemi, Omni-Mana (tutaj głosu użycza cudowny J.K. Simmons). No i z taką wiedzą człowiek ogląda sobie spokojnie pierwszy odcinek. Na początku dostajemy wszystko, czego byśmy oczekiwali: nastolatka z ambicjami do ratowania świata, ale borykającego się z typowymi dla wieku bolączkami, zdarzy mu się wdać w bójkę w szkole, zauroczy się dziewczyną ze swojego liceum, będzie się kłócił z rodzicami. Wszelkie podstawy gatunku coming-of-age zostaną tutaj odhaczone. I wtedy, pod koniec pierwszego odcinka, dostajemy niezłą bombę! Nagle nasze myślenie o serialu ulega zmianie, wiemy już, że to serial skierowany raczej do dorosłego widza i niekoniecznie to będzie standardowa historia dorastania kolejnego superbohatera.

Świetnie sprawdza się tutaj taka klasyczna kreska, animacja jest dynamiczna i pełna kolorów, daleko jej do mrocznego klimatu The Boys. Jednocześnie w tych jasnych i wyraźnych barwach tym mocniej oddziałują sceny brutalne, w świetle dnia okrutna śmierć potrafi zostawić człowieka w szoku. W ogóle zaskoczenia to mocny atut Invincible. Często się zastanawiamy po której stronie stoi dana osoba i czy jest opcja, że tę stronę zmieni. I nic tutaj nie jest pewne. Przede wszystkim jednak, Invincible to masa dobrej zabawy w świecie superbohaterów, na której trudno się nudzić.


The Boys (2019-)

sezony: 2

źródło

Z tytułem The Boys historia jest zupełnie inna. O nim po premierze było bardzo głośno w serialowym świecie i opowiadano o nim w samych superlatywach. Powstał na podstawie komiksów stworzonych przez Garth Ennis i Daricka Robertsona. Patrząc na zdjęcia i materiały promocyjne, wiedziałam że to może być serial dla mnie, ale wciąż nie mogłam się przemóc, żeby włączyć pierwszy odcinek. Chyba trochę bałam się, że będzie to mroczny i po prostu cięższy kawałek „rozrywkowej” telewizji. I cóż, taki właśnie był.

The Boys prezentuje wszystko to, czego fani produkcji o superbohaterach oczekują. Grupa postaci z super mocami, zwana Siódemką składa się z Maeve, wojowniczki mocno przypominającej Wonder Women, superszybkiego A-Traina, rozmawiającego z rybami The Deep, a na czele stoi Homelander, który jest takim połączeniem Kapitana Ameryki z Supermanem. Odziany w patriotyczne barwy, strzelający laserami z oczu, niepokonany blondas z uśmiechem i wciąż powielanym zdaniem: „Zapomnijcie o nas, to WY jesteście prawdziwymi bohaterami”. Jak szybko się przekonujemy, nasi superbohaterowie tak naprawdę są skorumpowani i brutalni, działają ponad prawem i wszystkie haniebne czyny uchodzą im płazem. Przykład: A-train pędząc przez miasto przebiega przez Robin, po której zostają jedynie ręce. Ręce, które w chwili śmierci trzymał jej partner, Hughie. I to właśnie to wydarzenie wprawi w ruch fabułę, bo Hughie w ramach zemsty zapragnie zrzucić supków z piedestału.

Wydaje mi się, że jeżeli miałabym wskazać na największy plus serialu to byliby to główni bohaterowie. Dawno nie widziałam na ekranie tak cudownie pokręconej postaci jak Homelander. Bohater, który jest uwielbiany przez tłumy, taki obrazek największego patrioty, a pod spodem ma tyle brudu, że ciężko go za tę grę przed kamerami nie kochać. Serio, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale na tę postać chce się patrzyć, mimo że za każdym razem powtarzam sobie, jaki to on jest nienormalny. Ekscytuje każda scena z jego udziałem, kocham jak jest zagrany, kocham jak jest rozpisany. Naprawdę to główny antagonista serialu, a ja mam nadzieję, że zostanie z nami jak najdłużej. Z drugiej strony mamy też Butchera, z którym niby sympatyzujemy, ale który też ma swoje za uszami. Jednak jego sposób bycia i zaangażowanie sprawiają, że świetnie sprawdza się jako przeciwnik Homelandera. Oprócz nich trudno nie polubić Frenchiego i tajemniczej supki, która dołącza do chłopaków. Niestety, rozczarowuje pociągnięcie wątku Hughiego i Starlight, po kilku odcinkach ich sceny zaczynają być mdłe i w drugim sezonie zdecydowanie obniżają poziom całości. Podsumowując, jest to tego typu serial, w którym kochamy jedne sceny, a rozczarowujemy się innymi, przede wszystkim z powodu występujących w danym epizodzie bohaterów.


Oba seriale wprowadzają powiew świeżości do gatunku produkcji o superbohaterach i chociaż wiele pomysłów mają podobnych, to wykonanie już mocno się różni. Brutalność jest na podobnym poziomie, sama właściwie za gore w ogóle nie przepadam, ale w przypadku tych dwóch seriali przymykam oko na ten przesadzony rozlew krwi. Wydaje mi się, że The Boys uderza jednak mocniej, bo to w końcu live-action, a nie animacja, ale pomysły w Invincible na powalenie przeciwnika też potrafią mocno wstrząsnąć. W kwestii postaci to The Boys może pochwalić się wspaniałymi głównymi bohaterami, ale wielu pobocznych jest nijakich, szczególnie ten wspomniany pomysł na poprowadzenie wątku Hughie i Starlight, który szybko się wytraca. Natomiast w Invincible brakuje słabych ogniw, nieważne czy mówimy o głównych bohaterach, czy osobach zupełnie pobocznych, a dodatkowo sporo jest tutaj postaci typowo komediowych. Oba seriale spełniają nadal funkcję „rozrywkową”, przepełnione są akcją i posługują się humorem (ten w The Boys jest o wiele bardziej mroczny, natomiast w Invincible dużo lżejszy, skupiający się na kreowaniu bohaterów, jak bliźniaków, kłócących się o to, kto jest czyim klonem). Innym ciekawym punktem wspólnym jest podejście do superbohaterów we współczesnym świecie, przepełnionym zachwytem nad mediami społecznościowymi. W tym wypadku o wiele głębiej temat eksploruje The Boys, w którym kilka memów potrafi zmienić miejsce supka w rankingu.

Jeżeli miałabym wybrać tylko jeden z tych tytułów, to mi bliżej do Invincible, przez to że oprócz rozważań na temat osób posiadających zbyt dużą władzę niż reszta społeczeństwa, jest także bardzo bliski codziennym rozterkom. Mark przechodzi kryzys tożsamości, musi zdecydować jakim człowiekiem chce zostać, a na dodatek ma niezwykle ciekawe relacje z rodzicami i równieśnikami. Oprócz tego oczywiście, całość jest dla mnie łatwiej przyswajalna niż na siłę mroczni The Boys. Chociaż zaznaczam, że na pewno będę kontynuować przygodę z obydwoma tytułami. I jeżeli czyta to jakiś fan DC czy Marvela – Was najserdeczniej zachęcam do zapoznania się z tymi serialami.

środa, 15 września 2021

Biurowa rodzina, czyli dlaczego „The Office” jest najlepszym sitcomem

Ostatnio internetowy świat obiegła wiadomość, że słynny tytuł The Office, który do tej pory dostępny był na Amazon Prime, od października pojawi się w ofercie Netflixa. Ten amerykański sitcom, który na przestrzeni lat 2005-2013 rozrósł się do dziewięciu sezonów, przedstawia historię pracowników biura, którzy w firmie Dunder Mifflin sprzedają papier. Twórcy serialu zdecydowali się nadać mu mockumentalną formę, czyli taką satyrę naśladującą dokument. Sam pomysł został zaczerpnięty z brytyjskiego pierwowzoru, o tym samym tytule, który został wyprodukowany przez Ricky'ego Gervaisa. I chociaż oryginalnej wersji nie oglądałam, to mogę powiedzieć, że amerykański The Office świetnie sobie z tematem poradził i na ten moment to najzabawniejszy sitcom, jaki oglądałam.

O serialu słyszałam dużo wcześniej, ale jakoś nie mogłam się przemóc, żeby zacząć go oglądać. Widziałam kiedyś jeden odcinek na Comedy Central i cóż, totalnie mnie odstraszył – formuła mockumentu zupełnie mi wtedy nie podeszła, a żarty wydawały się mocno nie na miejscu. Wciąż jednak natykałam się na pozytywne reakcje, a kultowe gify czy fragmenty z serialu atakowały mnie przy okazji wielu konwersacji ze znajomymi, bardzo często w pracy (klimat panujący na „ołpenspejsie” w korporacji bardzo przypomina ten biurowy). Nawet bez znajomości serialu trudno nie kojarzyć Michaela karmiącego gołębie chlebem tostowym czy skaczącego na kanapę z okrzykiem „Parkour!”. W końcu po zmianie pracy nowi znajomi wręcz wymusili na mnie obejrzenie The Office, bo „jak to możliwe, że jeszcze go nie widziałam?!”. I teraz mogę być im tylko wdzięczna.

Mockument

Jednym z filarów serialu jest podejście do jego nakręcenia – wszystko utrzymane jest w formacie mockumentu, czyli takiego sztucznego dokumentu. Ja już zdążyłam pokochać ten gatunek dzięki Taika Waititiemu i filmowi, a później także serialowi, Co robimy w ukryciu. Okazuje się, że taka forma daje mnóstwo możliwości na poprowadzenie wątków komediowych, a w The Office idealnie sprawdza się jako podstawa żartów – czasami wystarczy znaczące spojrzenie aktora w kamerę, taki krótki, niemy komentarz, który wywołuje u nas reakcję. Innym razem żart zostaje dopełniony, kiedy sytuację w biurze komentuje osoba, z którą akurat przeprowadzany jest mini wywiad. Przez to, że postacie wypowiadają się indywidualnie do kamery widzowie mogą łatwiej zbudować z nimi więź i sympatyzować nawet z najdziwniejszymi charakterami. Bo, jak tutaj nie kochać Creeda, mimo wszystkich jego odjazdów?

Bohaterowie

Trudno się sprzeczać z faktem, że najbardziej kojarzonym bohaterem The Office jest szef biura, Michael Scott, brawurowo zagrany przez Steve'a Carrella. To on jest bohaterem największej ilości memów, to on nadał ton początkowym sezonom i to zapewne dzięki jego charyzmie możemy się cieszyć aż dziewięcioma sezonami. Postać Michaela jest bardzo osobliwa – podczas opisywania jego charakteru można się zastanowić czy możliwe jest w ogóle polubienie takiego człowieka. W końcu to bohater, którego żarty są często obraźliwe, do tego jest ignorantem, w pracy leniuchem i ogólnie nie wygląda na osobę, z którą chciałoby się przebywać. A i tak przez większość serialu oczekujemy tylko na sceny z jego udziałem. Finalnie zdobywa masę sympatii, bo obok wielu wad ma też cechy, których trudno nie docenić – jest opiekuńczy, zawsze chce najlepiej dla swoich przyjaciół (a za przyjaciół uważa wszystkich pracowników biura), no i po prostu ma dobre serce. Jednak Michael opuszcza serial w siódmym sezonie. Jak zatem udało się przedłużyć żywot The Office? Po prostu dobrze wykreowanymi bohaterami towarzyszącymi.

Oprócz Michaela Scotta mamy jeszcze kilku głównych bohaterów. Jest Jim (John Krasiński), słodki chłopak zapatrzony w recepcjonistkę Pam (Jenna Fisher). Jest Dwight Schrute (Rainn Wilson), znawca w temacie buraków, Battlestar Galactica i niedźwiedzi, jest Angela, kocia mama, wciąż narzekająca na wszystko wokół, jest Phyllis, matczyna, choć posiadająca i zadziorną stronę, jest Stanley, codziennie wyczekujący wybijającej godziny 17stej. Odpuszczę opis każdego, ale chodzi o to, że postaci te są mocno charakterystyczne, każdy z nich ma jakieś typowe dla siebie zachowanie, często o zabawnym zabarwieniu, a przez to relacje między nimi są żywe i interesujące. To dzięki sporej ekipie świetnych bohaterów udaje się pociągnąć historię, nawet bez Michaela.

Humor

Wrócę na chwilę do faktu, że wyrwany z kontekstu odcinek mnie zupełnie nie bawił. Wydaje mi się, że jest to kwestia tego, że humor opiera się tutaj na poznaniu bohaterów i śmiech ze względu na zachowanie konkretnych postaci w danej sytuacji. Czasami same kwestie nie byłyby zabawne, ale kiedy wypowiada je dany bohater to zaczyna nas rozśmieszać, dlatego obejrzenie przypadkowego odcinka nie przynosi nam frajdy, a może ją sprawić dopiero poznanie kontekstu. Inną sprawą jest sam pomysł zamiany typowych momentów cringe'owych na żart. Trudna to rzecz, bo jednak kiedy widzimy takie sytuacje automatycznie mamy coś, co nazywamy czasami „ciarkami głupoty”. Tutaj magicznie wiedziałam, że to żart, może przez dociśnięcie cringe'u do maksimum, dzięki czemu jesteśmy świadomi, że weszliśmy w świat komedii i takie sytuacje pokazane są w zupełnie innym świetle. Po prostu często zupełnie nonsensowne historie przeobrażają się w czysty komizm. Po raz kolejny też zaznaczę, że humor w The Office jest mocno niepoprawny politycznie, potrafi urazić wiele grup społecznych i kto wie, może współcześnie nie mógłby już powstać. Jednak magicznym sposobem dalej rozbawia widzów do łez. Dodatkowo postaci zagrane są na medal, ponieważ aktorzy w tych dziwnych sytuacjach pozostają zupełnie prawdziwi. Ostatnią kwestią, którą chyba warto poruszyć jest fakt, że w The Office nie znajdziemy „śmiechu z puszki”. Mnie osobiście zazwyczaj on nie przeszkadza, ale uważam, że to był świetny wybór – taki sztuczny śmiech zupełnie zrujnowałby pomysł na „realistyczny dokument”, a ponadto widz może sam zdecydować co go bawi, a co nie.

Aktorstwo

Ogólnie przyjmuje się, że trudniej jest zrobić dobrą komedię niż dobry dramat. W przypadku tworów zabawnych często łatwiej jest przesadzić bądź zupełnie nie trafić w gusta widzów. Wiele elementów musi się tutaj zgadzać, a finalnie wszystkie pomysły scenarzystów, reżyserów muszą zrealizować aktorzy. W przypadku The Office wydaje się, że ludzie od castingu to jacyś geniusze komedii, bo oprócz tego, że członkowie obsady idealnie pasowali do swoich postaci, to dodatkowo tworzyli niesamowite relacje z pozostałymi bohaterami. Na początku powtórzę, że królem komedii jest dla mnie Steve Carell, który z każdej kwestii potrafił wykrzesać dodatkowy potencjał. Kiedy deklaruje bankructwo – absurdalnie wykrzykuje zdanie, kiedy wypowiada słynne „I understand nothing” – jego twarz nie wyraża niczego. Dokładnie wie w jaki sposób sprzedać nam tekst, który bawi i idealnie pasuje do jego charakteru. 

Widać, że wszyscy aktorzy jadą na tym samym wózku i czasami godzą się na pozostanie w cieniu, żeby dać innym zabłyszczeć. Najważniejsze, że kurczowo trzymają się swoich charakterów. Zabawnie jest później oglądać materiały zza kulis, gdzie Angela jest uosobieniem słodyczy, kiedy zna się tę serialową wersję, wiecznie niezadowoloną i oczekującą perfekcji. Dodatkową ciekawostką może być fakt, że wiele postaci w serialu ma tak samo na imię jak aktorzy ich grający. Nie dotyczy to może tych głównych, ale przykładowo: Angeli, Phyllis i Creeda.

Uczucia

Jeżeli mówimy o The Office to przede wszystkim podkreślamy zabawny aspekt serialu. Jednak to, co sprawia, że z czystą miłością wspominamy seans, to zupełnie inna rzecz. Widzowie po prostu wchodzą w głowy bohaterów i zaczynają z nimi sympatyzować. Wszystko zaczyna się od relacji Jima i Pam, jednej z najlepszych serialowych par. Aktorzy wykrzesali morze chemii, scenarzyści pomogli rozpisać tę historię na dziewięć sezonów, przez które wciąż za tę dwójkę trzymamy kciuki. Wiadomo, że początek jest dość trudny, pojawia się typowy wątek „mam już partnera” i często zbliżamy się niebezpiecznie do tematu zdrady. Wciąż, patrzę na to przymrużonym okiem, bo aktorom udało się z tego wiele wyciągnąć. Szybko jednak się okazuje, że nie tylko ta dwójka wzbudza ciepłe emocje. Po wielu odcinkach zrozumiemy w końcu, że Michael to tak naprawdę dziecięca słodycz zamknięta w ignoranckiej otoczce dorosłości. Będziemy czekać na każdą kolejną scenę Jima i Dwighta, których relacja początkowo polega na sporej ilości kawałów, a pod robieniem sobie na złość tkwi cała masa sympatii. Z radością przyjmiemy także kolejny idiotyczny pomysł pary Ryan-Kelly.


Po co to wszystko?

Polecając The Office wystarczy powiedzieć o jego rozrywkowej stronie, o świetnie połączonych powtarzających się gagach, jak te z That's what she said albo o cudownych cold openingach, które można sobie odtwarzać w nieskończoność, bo nie potrafią się znudzić. Jednak to również jest serial, który pokaże nam, żeby nie brać wszystkiego w życiu na serio, że czasami wystarczy się z czegoś zaśmiać, a zły okres dopada każdego, ale finalnie minie. Dla mnie najważniejsze było jeszcze coś innego: uświadomienie sobie, że różni ludzie mają różne priorytety i czasami wyścig szczurów w celu otrzymania najlepszej pracy nie ma sensu. Czasami znalezienie miejsca dla siebie, w którym przyjemnie się czujemy, gdzie otaczają nas dobrzy ludzie, po prostu wystarcza, a codzienne życie nie musi być pełne fajerwerków, możemy się po prostu cieszyć z najzwyklejszego dnia precla w pracy. I to jest w porządku.

piątek, 6 sierpnia 2021

Koronowane głowy, czyli seriale „Wielka” (HBO) i „The Crown” (Netflix)

Seriale, których fabuła skupia się na postaciach rządzących – obojętnie czy królach, cesarzach, imperatorach czy politykach – powstają od lat i wciąż cieszą się sporą popularnością. Zmieniają się za to trochę oczekiwania widzów. Niegdyś oglądanie przedstawienia fragmentu historii właściwie wystarczało, widzowie mogli nacieszyć oko pięknymi kostiumami i podziwiać dbałość o szczegóły oddania realiów zamierzchłych czasów, a przy okazji nauczyć się czegoś nowego bądź odświeżyć wiedzę na temat wydarzeń z przeszłości. Obecnie, twórcy muszą się już trochę bardziej postarać, żeby wzbudzić zainteresowanie, bo filmów o Katarzynie Wielkiej czy Żelaznej Damie powstało już przynajmniej kilka. Jednak ewidentnie pole do manewru jest nadal spore, a nowe produkcje często potrafią zaskoczyć i znajdują swoją niszę na rynku. W przypadku tytułów Wielka i The Crown udało się zyskać światowy sukces, a nominacje do nagród i zdobyte statuetki potwierdzają, że dobry serial o władcach nadal jest w cenie.

Wielka to serial komediowy, opisujący dzieje Katarzyny Wielkiej na dworze Piotra, od momentu jej przyjazdu do Rosji. Już na samym początku, przy pojawieniu się tytułu możemy przeczytać uwagę, że historia ta jest częściowo prawdziwa. Po kilku minutach wiemy dlaczego – twórcy w tym przypadku zamiast trzymać się suchych faktów obrali ścieżkę mocno prześmiewczą w celu ponownego przedstawienia historii życia Katarzyny. Żarty sypią się tutaj gęsto, niemal tak często jak pojawiają się trupy, seks, posoka i inne płyny. Jest obrzydliwie, gorsząco, humor trzyma poziom mocno rynsztokowy, ale wszystko to jest częścią konwencji. A jak to z konwencjami bywa – do jednych ona trafi, a pozostałych odrzuci.

Spory miałam problem z tym serialem, bo z jednej strony bardzo go chciałam pokochać i uważam, że dobrze radzi sobie z kwestiami, które chce poruszyć, a z drugiej nie potrafiłam przekonać się do tego humoru. Mocno utrudnia to ocenę, bo obiektywnie potrafię wymienić sporo plusów, ale nie zmienia to faktu, że mnie osobiście nie zachwycił. Właściwie do oglądania przekonało mnie to, że serial ma tylko dziesięć odcinków, więc nie pochłonie dużo mojego czasu. Postanowiłam więc spożytkować ten czas na wyszukiwaniu mocnych stron Wielkiej. Jak wspominałam, tych trochę jest, zaczynając od scenografii i kostiumów. W tej kwestii mamy do czynienia z przepychem, dbałością o szczegóły, różnorodnością – już samo patrzenie na kostiumy Katarzyny przyprawiało mnie o dziką ochotę paradowania w tego typu sukniach. Te gorsety, te kolory, ta objętość, no po prostu cud, miód, malina. Trzeba tutaj zauważyć, że wszystko pięknie dobrane do konkretnych postaci, bo suknie dam dworu różniły się znacznie od tych noszonych przez Katarzynę.

Jednym z największych atutów Wielkiej jest obsada, która w danej konwencji czuje się swobodnie i daje popis swoich umiejętności komediowych. Elle Fanning udowadnia, że jest aktorką młodego pokolenia, której karierę warto śledzić. Jako Katarzyna jest pełna słodyczy, a chwilę później determinacji, to kobieta, będąca niepoprawną marzycielką i to właśnie przez swoją fantazję o wielkiej, carskiej Rosji pruje do przodu z misją obalenia władzy. Jednocześnie jest przy tym delikatna i silna. Towarzyszy jej Nicholas Hoult, który spośród całej obsady najmocniej bawi się przy kreowaniu swojego bohatera. Postać Piotra jest przerysowana do granic wiarygodności, ale aktor sprawia, że ogląda się go z przymrużeniem oka i przyjemnością towarzyszącą każdemu okrzykowi Hazzah!. 

Wielka to feministyczna satyra o carskiej Rosji, przepełniona humorem, świetnymi popisami aktorskimi, z dopracowaną scenografią, charakteryzacją i kostiumami. Jednocześnie to konwencja, którą można pokochać bądź nie, a dla mnie są to żarty, które po prostu nie wywołują uśmiechu. Doceniam ten serial za wiele elementów, ale do moich ulubionych i polecanych należał nie będzie. Ot, po prostu.

The Crown to fabularyzowana historia o władcach Wielkiej Brytanii, poczynając od drogi do korony Elżbiety II, po czasy prawie współczesne. Napisałam „prawie”, bo na razie sezonów doczekaliśmy się czterech, kończąc gdzieś w latach 90tych zeszłego wieku, ale potwierdzone już zostało, że powstanie kolejna część. W odróżnieniu od Wielkiej, w The Crown postawiono na dramat, ale również zatrudniono ekipę utalentowanych aktorów, którzy przybliżają widzowi znane postaci z nadal świeżej historii, pokazując ich wzniosłe chwile i bolesne upadki. 

Na co dzień nie jestem zainteresowana losami rodziny królewskiej, ale dopiero podczas oglądania The Crown zdałam sobie sprawę, że i tak wiem o monarchii dość sporo. Trudno nie kojarzyć Elżbiety II z biegającymi wokół niej pieskami corgi albo skandalu, który miał miejsce między księciem Karolem a księżną Dianą. Niedawno znowu wokół rodziny królewskiej zrobiło się głośno, za sprawą wywiadu księcia Harry'ego i jego żony, Meghan Markle. Także, chcąc nie chcąc – o władcach Wielkiej Brytanii wiemy dużo, nawet, kiedy się ich życiem nie interesujemy. Zatem, skoro historia jest w miarę świeża i znana, a sami członkowie rodziny niezbyt intrygujący, co właściwie przyciąga nas do The Crown?

Może się to wydawać sprawą raczej drugorzędną, ale dla mnie The Crown zawdzięcza swój sukces w dużej części świetnym popisom brytyjskiego aktorstwa. Dzięki przyjęciu formuły, że wraz z upływającym czasem zmieniamy aktorów, w celu dopasowania ich wiekiem do odgrywanych postaci, możemy obserwować poczynania sporej ilości osób i doceniać ich kunszt. Pierwsze skrzypce w początkowych sezonach zagrała Claire Foy, idealnie oddając nieśmiałość, ale i pogodzenie się z losem młodej królowej. Osobiście tak mocno się przyzwyczaiłam do niej w tej roli, że mimo ogromnej sympatii, którą darzę Olivię Colman, długo nie mogłam się przyzwyczaić do tej nowej twarzy Elżbiety. Szczególnie, że miałam wrażenie, że była to spora zmiana w dynamice gry, Colman nawet w spokojnych scenach miała w sobie o wiele więcej energii niż wyciszona Foy. Za to gładko przeszła zmiana aktorki w roli Małgorzaty, której wczesne rozterki cudownie oddała Vanessa Kirby, a temat pociągnęła w kolejnych sezonach Helena Bonham Carter. Oglądanie tych dwóch aktorek na ekranie było czystą przyjemnością. W czwartym, czyli ostatnim do tej pory sezonie, mamy możliwość oglądania jeszcze kilku świetnych występów. Na czołówkę wysuwa się Josh O'Connor, którego postać księcia Karola zyskała ludzki wymiar w trzecim sezonie, a w kolejnym mogliśmy oglądać jego wewnętrzną walkę między tym, co się od niego oczekuje a wyborem serca. Partnerująca mu Emma Corrin to prawdziwe objawienie, za rolę Diany zasługuje na wszelkie słowa uznania. Delikatna, ale z charakterem, ulubienica tłumów, ale nienarzucająca się, pełna empatii i pragnąca miłości. O aktorach The Crown można wiele dobrego powiedzieć, zakończmy więc na tym, że to prawdziwa śmietanka i już nie mogę się doczekać kolejnych castingowych wyborów.

W warstwie fabularnej The Crown ma do zaoferowania porządnie skrojony dramat polityczny z licznymi zagrywkami taktycznymi, grzeszkami głów państwa i wydarzeniami z historii. Ciekawie spojrzeć na niektóre sytuacje z perspektywy monarchów, którzy zmuszeni są do porzucenia własnych marzeń i podporządkowaniu się do panujących zasad. Najmocniej to uwydatnione zostało na przykładzie postaci Małgorzaty, a później Karola, osób, które musiały porzucić swoich ukochanych dla dobra rodziny królewskiej. Jak wiemy, nie kończy się to dobrze, na jaw wychodzi, że przestarzałe zasady, którymi rządzi się monarchia powinny ulec zmianie.

Ogólnie, serial miewa swoje lepsze i gorsze momenty, patrząc jednak na sezon czwarty, możemy być pewni, że twórcy nie opierają się tylko na popularności poprzednich odcinków i nadal walczą o dobrą jakość. To przede wszystkim prawdziwy popis aktorstwa, ale także dobrze napisanych scenariuszy, idealnie oddanych kostiumów i scenografii, dopasowanej charakteryzacji i muzyki. Dodatkowo w kwestiach samej tematyki robi się coraz bardziej intrygująco. W czwartym sezonie możemy dopatrzyć się więcej uwydatniania wad monarchii, w odróżnieniu od poprzednich trzech, gdzie raczej współczuliśmy i sympatyzowaliśmy z władcami. W ostatniej odsłonie o wiele mocniej dostrzegamy mankamenty, przestarzałe zasady i deptanie cudzych potrzeb przez rodzinę królewską i jej świtę. Jedyne co nam pozostaje, to zastanawiać się gdzie nas zaprowadzi kolejny sezon, który na pewno z chęcią obejrzę.

niedziela, 23 maja 2021

„Cień i kość” – jak zrobić dobrą ekranizację młodzieżowej książki i zadowolić fandom

Serial Cień i kość powstał na podstawie słynnej serii książek autorstwa Leigh Bardugo. Kiedy w sieci pojawiły się materiały z planu, wiedziałam, że niewiele czasu zostało mi na przeczytanie trylogii przed premierą pierwszego odcinka. Ci, którzy mnie śledzą, wiedzą, że się udało i niedawno skończyłam przygodę z trylogią Grisza, o której zdanie mam dość ambiwalentne (więcej informacji znaleźć można tutaj). W skrócie – było w książkach kilka bardzo mocnych punktów, ale całości brakowało dodatkowego kopa, a młodzieżowe schematy i nieciekawi bohaterowie mocno obniżyli wrażenia z czytania. Natomiast po zapoznaniu się z pierwszymi entuzjastycznymi opiniami na temat serialu, byłam pełna optymizmu i nadziei, że mankamenty z pierwowzoru będą na ekranie poprawione. Zastanawiałam się jedynie nad tym, jak na moje wrażenia wpłynie wplecenie wątku z Szóstki wron, dylogii z tego samego uniwersum, której jeszcze nie przeczytałam.

W pierwszym odcinku poznajemy krótki zarys historii i jest to dość wierny obraz tego, z czym mamy do czynienia również w książce. Pojawia się główna bohaterka, Alina, zajmująca się w wojsku kartografią, która ląduje na statku przemierzającym przerażającą Fałdę, czyli część ziemi zamieszkaną przez złowrogie volcry. Już w pierwszym odcinku dowiemy się, że dziewczyna posiada niespotykaną moc kontrolowania światła. Moc, która akurat jest w Ravce bardzo potrzebna, zatem Alina stanie się osobą przez wielu poszukiwaną.

Uwielbiam to, że mój mąż ogląda ze mną te wszystkie młodzieżowe produkcje, ponieważ mam dzięki temu przykład perspektywy człowieka, dla którego ta historia jest czymś zupełnie świeżym. Pozwoliło mi to inaczej spojrzeć na wiele sytuacji, jak wrzucenie widza na głęboką wodę od samego początku serialu. W pierwszym odcinku dość intensywnie jesteśmy atakowani informacjami dotyczącymi świata przedstawionego, nazwy krain, tytuły poszczególnych magów, kto z kim toczy wojnę i skąd wzięła się Fałda – to już dużo nowości, a do tego twórcy zaczynają ciągnąć drugi wątek, znany fanom z książki Szóstka wron. Informacji jest sporo, ale w jakiś dziwny sposób działa to na korzyść, ponieważ widz zostaje zmuszony do skupienia uwagi na wszelkich niuansach, dzięki czemu łatwiej wchodzi w ten fantastyczny świat.

Ożywienie świata znanego z trylogii to zresztą jeden z najmocniejszych punktów serialu Cień i kość. Od pierwszych minut widać, że budżet nie był problemem, a twórcy wykorzystali go w najlepszy możliwy sposób, przykładając się do detali. W tym świecie przedstawionym czuć rosyjski klimat nawet mocniej niż w książce, bo zamiast wciąż powtarzać rosyjsko brzmiące nazwy krain czy słowa przypominające język rosyjski, to po prostu wykorzystano zabawę scenografią i kostiumem. Największe wrażenie robią chyba kefty, czyli te kubraczki noszone przez Grisze. Wyobrażałam je sobie podobnie, ale dopiero zobaczenie ich na ekranie naprawdę dopełniło tę wizję.

Jednym z najmocniej chwalonych elementów ekranizacji jest obsada. Co chwilę można natknąć się na zachwyty nad Benem Barnes'em, który dostał ważną rolę w postaci Zmrocza. Niestety, ja się trochę z fandomem w tej kwestii rozjeżdżam, bo cała ekipa z ekranizacji trylogii Cień i kość jest dla mnie co najwyżej poprawna, ale brakuje jej charyzmy. Przede wszystkim gra Aliny po pierwszym odcinku zaczyna uwierać, ewidentnie dziewczyna świetnie radzi sobie w scenach luźnych pogawędek z początku serialu, ale im więcej ciężaru emocjonalnego spada na bohaterkę, tym aktorka bardziej się gubi. Finalnie, Alina jest mocno podobna do tej postaci książkowej, bo wypada raczej irytująco, chociaż z innych powodów niż ta z pierwowzoru. Smutno mi z powodu Zmrocza, którego wyobrażałam sobie jako mocny, czarny charakter, a w wykonaniu Barnes'a jest chłopcem raczej delikatnym, któremu brakuje siły i zdecydowania, których oczekiwałam. Chemii między tymi bohaterami nie wyczułam w ogóle, więc ten wątek należy w moich oczach do najmniej ciekawych. Jeżeli jednak miałabym kogoś tutaj wskazać palcem, to uważam, że to reżyser zawinił z poprowadzeniem postaci, bo ewidentnie czuć w nich było potencjał. Lepiej jest na drugim planie, bo Mal radzi sobie lepiej niż mdły, książkowy pierwowzór, Zoya jest świetna, a Baghra rządzi. Żal trochę tych głównych postaci. Po prostu.

Twórcy serialu postanowili połączyć opowieść z trylogii Grisza z historią bohaterów Szóstki wron. I tutaj, może kwestia tego, że ten wątek był dla mnie nowością, ale perspektywa Kaza, Inej i Jaspera była najbardziej angażująca. Ktokolwiek zdecydował się zaryzykować i połączyć te dwie historie, dokonał dobrego wyboru. Początkowo miałam problem z wiecznie zaciętą miną Kaza i trochę nie rozumiałam zasadności tej grupki, ale im dłużej poświęcano im czasu, tym mocniej wciągał mnie ten wątek. Przede wszystkim charakterne postacie, z robiącymi wrażenie umiejętnościami, do tego klimat trochę przypominający Stop prawa Sandersona, czyli rewolwerowcy, spiski, porwania, szajka do wynajęcia. No, po prostu miodzio. Muszę także zaznaczyć, że aktorsko jest tutaj o wiele lepiej niż wśród ekipy Cienia i kości – do Kaza może i trzeba się trochę przyzwyczaić, ale Inej i Jasper kradną show. Najmocniej Jasper, który jest takim promyczkiem serialu, zagrany naturalnie, ale zarazem charyzmatycznie i trudno nie docenić tutaj świetnego castingu. Najlepsza postać serialu. Obok kozy, oczywiście. Kto oglądał, ten wie.


Cień i kość to przykład dobrze wykonanej pracy nad ekranizacją. Twórcy czerpali z pierwowzoru to, co najlepsze, przyłożyli się do zbudowania wiarygodnej scenografii, stworzyli odpowiednie kostiumy, przeprowadzili porządny casting, a do tego zaryzykowali. Zazwyczaj fani książek drżą na myśl o zmianach w ich ulubionej historii, ale tutaj magicznie te dodatkowe wątki tylko pomagają rozwinąć świat, a osobom znającym fabułę trylogii dać dodatkowy dreszczyk wrażeń przy poznawaniu nowych postaci. I może sama nie należę do fandomu uniwersum Bardugo, a książki podobały mi się raczej umiarkowanie, to nie mogę zaprzeczyć, że ekranizacja wyszła dobrze. Nie jest to „moja filiżanka herbaty”, ale docenić potrafię. Na pewno też będę oglądała dalej i czekała na pojawienie się Nikołaja!


poniedziałek, 29 marca 2021

Kobiety w rolach głównych – polecam trzy krótkie seriale

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto (2020), reż. Martin Scorsese -> Netflix

liczba odcinków: 7

Był sobotni wieczór, siedziałam sama w domu sącząc białe wytrawne wino, bez pomysłu czym zająć swoje myśli. Pierwsze co wpadło mi do głowy, to włączenie czegoś luźnego na Netfliksie. I o mały włos wybór padłby na ówczesną nowość, czyli serial fantastyczny Przeznaczenie: Saga Winx, który od czasu premiery zebrał dość dużo negatywnych ocen. Podkusiło mnie jednak, żeby zerknąć na fragment odcinka serialu dokumentalnego o Fran Lebowitz. Podczas jednego wieczoru wciągnęłam całe siedem epizodów. I dużo wina.

Wystarczyło pierwsze pięć minut, żeby mnie przekonać, iż lepiej nie da się spędzić samotnego wieczoru. Czułam się wręcz jakbym uczestniczyła w rozmowie z tą bardzo charyzmatyczną osobą, której słuchało się z niegasnącym zainteresowaniem. Chociaż w niektórych kwestiach mam odmienne zdanie, to Fran była tak autentyczna, zawsze szczerze przedstawiająca swoje poglądy, że potrafiłam zrozumieć jej punkt widzenia. Za przykład może posłużyć temat mediów społecznościowych, czy w ogóle nowoczesnych technologii i Internetu, gdzie nie zgadzam się może z Lebowitz, ale jej wypowiedź była związana z wnikliwą obserwacją i bardzo dobrze było usłyszeć taki głos trochę starszego pokolenia. Serial skończyłam z uczuciem podziwu dla Fran, przede wszystkim dlatego, że widz odbiera wrażenie, jakby nie było w niej miejsca dla okrutnego zdania: „co ludzie powiedzą”. Ona po prostu bez owijania mówi, co myśli. Sama miewam z tym niemało problemów, presja otoczenia zawsze potrafi ściągnąć w dół i podciąć skrzydła, dlatego tak dobrze ogląda się osobę, która bezkompromisowo dzieli się swoim zdaniem. 

Serial jest wyreżyserowany przez Martina Scorsese, który prywatnie jest długoletnim przyjacielem Fran. Montaż jest bez zarzutu, a przez większość czasu oglądamy główną bohaterkę po prostu siedzącą przy stole, ewentualnie na scenie i opowiadającą historie ze swojego życia (ta ze spadającym żyrandolem na spektaklu Upiór w operze jest cudowna) albo odnoszącą się do konkretnych tematów (świetnie słuchało się Fran tłumaczącej Spike'owi Lee dlaczego sportowiec nie będzie się równał artyście). Podczas tych siedmiu odcinków Scorsese jest towarzyszem rozmów, ale ogranicza się do wybuchania śmiechem i krótkich komentarzy, a cała uwaga skupiona jest na postaci Lebowitz. Z taką charyzmą, ogromnymi pokładami humoru i wiedzą mogłabym słuchać jej jeszcze przez kolejnych siedem odcinków. To była jedna z najwspanialszych, najbardziej niespodziewanych przeżytych ostatnio przygód w serialowym świecie.

Euforia: odcinki specjalne (2020), reż. Sam Levinson -> HBO GO

liczba odcinków: 2

Wpływ pandemii COVID-19 na branżę serialową jest niezaprzeczalnie widoczny, premiery wielu tytułów zostały przesunięte, a prace nad niektórymi wstrzymane bądź odłożone. Twórcy Euforii, po mocnym wejściu na rynek z pierwszym sezonem, którym zyskali sobie wierne grono fanów, musieli wstrzymać się z dalszą pracą. Zamiast jednak zamknąć się i czekać, aż będą mogli wrócić do normalnego harmonogramu postanowili wykorzystać możliwości i zabrali się za wyprodukowanie dwóch odcinków specjalnych. Powstały zatem takie mini dodatki do fabuły znanej z pierwszego sezonu. 

Oba odcinki charakteryzuje statyczność, większość akcji odbywa się w jednym miejscu, mało też pojawia się poznanych wcześniej aktorów. Tutaj widać dość mocno wpływ pandemii i ograniczenia z niej wynikające. Pierwszy epizod to po prostu długa rozmowa, odbywająca się w jednej z przydrożnych jadłodajni, między Rue a jej przyjacielem, pomagającym w walce z nałogiem. Oprócz scen rozgrywających się w tym miejscu pokazane zostaną tylko krótkie przebitki na wyimaginowane życie Rue i Jules. Takie wyobrażenie na temat co by było, gdyby przeniosły się do Nowego Jorku. Reszta to pozornie zwykła rozmowa przy naleśnikach. Słucha się jej jednak cudownie, to naprawdę sprawnie napisany dialog, zgrabnie poruszający masę tematów związanych z dotychczasowym życiem dziewczyny, ale dotyczący przede wszystkim jej uzależnienia i próby naprowadzenia Rue na drogę, w której zrozumie dlaczego warto z nałogiem zerwać. Drugi odcinek dotyczy Jules i mimo że znowu główna akcja będzie skupiać się na rozmowie dwójki osób, tym razem dziewczyny z jej psychologiem, to tutaj dostaniemy o wiele więcej przebitek na inne wydarzenia. Najważniejsze, że w końcu poznajemy historię matki Jules, co rzuca więcej światła na wydarzenia z pierwszego sezonu i pozwoli nam zrozumieć dlaczego jej związek z Rue polegał na tym ciągłym przyciąganiu oraz odpychaniu i skąd się bierze jej niechęć do zaangażowania. Dodatkowo rozwinięty zostanie temat zmiany płci, dlaczego się zdecydowała i jak wpłynęło to na jej sposób patrzenia na otoczenie. Naprawdę wspaniały odcinek, który otwiera oczy na sytuacje, które miały już miejsce w pierwszym sezonie i dają nadzieję na ciekawy rozwój bohaterki w kolejnym. 

Oba epizody to sprawnie napisany, a także cudownie zrealizowany pod względem technicznym, kawałek telewizji. Montaż, zdjęcia i muzyka ponownie powalają na łopatki, twórcy idą w zupełnie inną stronę, mniej psychodeliczną w formie, ale równie mocną w przekazie. O wiele bardziej naturalne są te specjalne odcinki, dzięki czemu aktorki dostały większe pole do popisu, które z dużym powodzeniem wykorzystały. Jeżeli komuś podobał się pierwszy sezon Euforii to zdecydowanie te dwie dodatkowe godziny musi poświęcić na obejrzenie tych epizodów.

Betty (2020), reż. Crystal Moselle -> HBO GO

liczba odcinków: 6

Młodzieńcza energia, babska solidarność, oddawanie się swojemu hobby, spotkania z koleżankami, długie rozmowy i włóczenie się po skąpanym w promieniach słońca Nowym Jorku – to wszystko sprawia, że Betty to serial, przez który się po prostu płynie. Włączasz, żeby się przekonać co to takiego, a za chwilę żałujesz, że tak szybko nadszedł koniec. Każdy z odcinków trwa krótko, bo mniej niż pół godziny, także całość można obejrzeć nawet w jeden dzień.

Serial został stworzony przez Crystal Moselle, która wcześniej wyreżyserowała w podobnym klimacie film – Skejterkę. Chociaż go nie oglądałam, to ze zdjęć i zwiastuna można wywnioskować, że te same aktorki biorą udział i w filmie i w serialu, ale sama historia już trochę się różni. Po obejrzeniu Betty na pewno chętnie nadrobię film, bo Moselle tworzy coś świeżego, mocno współczesnego i takiego bezpretensjonalnego. Potrafi mówić o palących problemach w lekki sposób. Całość przypomina klimatem wakacyjną przygodę, gdzie kilka osób związanych z tym samym hobby – w tym przypadku jazdą na desce – poznaje się, zaprzyjaźnia i zaczyna spędzać ze sobą czas. Sama nazwa serialu nawiązuje do wyzwiska, którym chłopcy lubiący jeżdżenie na deskorolce obdarzają dziewczyny „wchodzące na ich terytorium”. 

Życie prywatne tych pięciu młodych kobiet będzie jedynie lekko zarysowane, historię każdej z nich poznamy pobieżnie, bo reżyserka skupia się raczej na tym jak tworzy się między nimi więź. Także ich personalne problemy służą tutaj do pogłębiania przyjaźni, a nie tworzenia osobnego wątku – kiedy któraś z bolączek wypływa, to reszta składu pomaga w jej rozwiązaniu. Z Betty bije piękne przesłanie kobiecej solidarności oraz wsparcia, i to jest w nim właśnie najpiękniejsze. Bardzo ciekawie poruszony jest rownież temat wykorzystania seksualnego, kształtująca się wiedza na ten temat wśród młodych dziewczyn. W serialu jest kilka głębokich i ważnych wątków, ale całość to po prostu mocno przyjemna przygoda. Taka, w której niemal czuje się promienie słońca na skórze i ma się ochotę spróbować jazdy na desce razem z tą cudowną ekipą.

piątek, 22 stycznia 2021

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część druga

Już kiedyś pisałam o miniserialach, które można obejrzeć podczas jednego weekendu, do wpisu odsyłam -> TUTAJ. Tym razem wszystkie tytuły to zeszłoroczne premiery.


Normalni ludzie (2020), reż. Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Książka autorstwa Sally Rooney Normalni ludzie, wydana w Polsce w zeszłym roku, wzbudziła sporo kontrowersji wśród czytelników. Z każdej strony bombardowały mnie sprzeczne opinie: „najlepsza książka tego roku”, na przemian z: „największe rozczarowanie roku”. Miałam ją już nawet w koszyku podczas zakupów, ale w ostatnim momencie stwierdziłam, że może nie jest warta mojej uwagi. Jednak, kiedy na HBO GO pojawiła się ekranizacja, postanowiłam dać jej szansę.

Marianne (Daisy Edgar-Jones) i Connel (Paul Mescal) chodzą do tego samego liceum w małej mieścinie północno-zachodniej Irlandii. Ona izoluje się od kolegów, on ma sporą paczkę znajomych. Chociaż na korytarzach szkolnych nie zamieniają ze sobą nawet słowa, to po zajęciach zaczynają się spotykać i budować wspólną relację.

Pierwszy odcinek od razu uświadomił mi, że fabuła Normalnych ludzi nie będzie szła w stronę, której się spodziewałam. Romans nie zostanie ukazany jako słodkie, romantyczne pierwsze zauroczenie, a nastolatkowie nie będą infantylni. Wręcz przeciwnie z ekranu bije emocjonalne napięcie i melancholia, pięknie podkreślana od początku przez scenerię chłodnych krajobrazów Irlandii. Spora zasługa sukcesu serialu tkwi w sprawnym montażu, dobrze dobranej muzyce, pięknych ujęciach i świetnie wykonanej pracy aktorskiej. Brawa należą się duetowi reżyserskiemu, bo Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald stworzyli serial, który w swojej prostocie i momentach ciszy potrafi wywołać lawinę emocji (związek tej pary najmocniejszy wydaje się nie podczas licznych scen łóżkowych, ale kiedy patrzą na siebie przez ekran laptopa). Zresztą budowanie odpowiedniego klimatu, to mocna strona reżysera, Lenny'ego Abrahamsona. Pokazał już na co go stać we wcześniejszych filmach: Frank i Pokój. Normalnymi ludźmi potwierdza, że jest twórcą, którego karierę warto śledzić. Serialowa historia może jest miejscami nierówna, czasami wciąga bardziej, a czasami mniej, ale potrafi widza zahipnotyzować i zaangażować emocjonalnie. Normalni ludzie sprawili, że czułam się jak nastolatka przeżywająca wszystkie wzloty i upadki burzliwej relacji. Chemia między Marianne a Connelem jest niezaprzeczalna i elektryzująca, a aktorzy poradzili sobie z niełatwym materiałem rewelacyjnie. Oprócz historii miłosnej, która gra tutaj pierwsze skrzypce, pojawia się wątek nierówności społecznych. Marienne pochodzi z bogatej rodziny, nie musi martwić się gdzie zamieszka na studiach i czym zapłaci za czynsz, Connel natomiast ciągle myśli, jak pogodzić studia z kilkoma pracami dorywczymi. W tej relacji jednak nie ma podziału na stronę beztroską i tą obarczoną problemami, oboje walczą ze swoimi demonami, a sprawnie poprowadzone wątki poboczne dają nam w pełni zarysowane sylwetki psychologiczne. Normalni ludzie to serial zaskoczenie, który oglądałam z przejęciem i całą masą emocji, a dodatkowo zachęcił mnie do przeczytania książki, chociaż teraz boję się, że nie dorówna ekranizacji.

 

Gambit królowej (2020), reż. Scott Frank -> Netflix

liczba odcinków: 7

O tym serialu powiedziano już zapewne wszystko. Zaraz po pojawieniu się na platformie Netfliksa wszyscy go oglądali, wszyscy o nim pisali i wszyscy go polecali. Ja na szczęście rzuciłam się na niego zaraz po premierze, zanim jeszcze zrobił się wokół niego taki szum i mogłam podejść do niego z niczym niezmąconym nastawieniem. Czy jest w takim razie wart tych wszystkich zachwytów?

Młodziutka Beth Harmon (Anya Taylor-Joy) trafia do sierocińca, w którym dzieciom podaje się leki na uspokojenie, od których dziewczyna szybko się uzależnia. Tam też – podczas partyjek z pracującym w sierocińcu woźnym, który szybko odkrywa, że ma przed sobą prawdziwy talent – zaczyna się jej przygoda z szachami.

Jest taki jeden element, który sprawia, że ciężko nie dać się wciągnąć w świat serialu, jest nim Anya Taylor-Joy w głównej roli. Aktorka, którą na początku 2020 roku widziałam w filmie Emma, tutaj pokazuje zupełnie inną stronę, ale równie intensywnie przykuwa uwagę widza. To naprawdę świetny casting, a Anya z lekkością pokazuje wszystkie strony charakteru Beth i trudno odwrócić wzrok od jej przenikliwego spojrzenia. Sposób, w jaki patrzy na szachy sprawia, że i widz zaczyna fascynować się tą grą. Będąc już przy tym temacie, nie mogę pominąć faktu, że ważne miejsce w obsadzie zajmuje także Marcin Dorociński, grający tutaj rosyjskiego arcymistrza szachowego i wypada w tej roli bardzo dobrze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę skontrastowaną energię obu postaci. Serial jest świetnie napisany, każdy odcinek jest wciągający, niezależnie od tego, którego etapu życia Beth dotyczy. Do tego zdjęcia, muzyka, scenografia i charakteryzacja świetnie spełniają swoją rolę, sprawnie przenosząc nas w przeszłość. Chyba większość widzów oglądając rozgrywki w Gambicie królowej, była też w głębokim szoku, że turniej szachowy można pokazać w tak emocjonujący sposób. Dopracowany montaż i sprawne pokierowanie emocjami widza sprawiają, ze ciężko nie kibicować Beth w drodze na szczyt. Ciekawym pomysłem było też połączenie geniuszu dziewczyny z nałogiem i jej skomplikowanymi relacjami z „nową” mamą czy znajomymi przygotowującymi ją do kolejnych turniejów. Obserwujemy problemy Beth z nawiązywaniem i utrzymywaniem relacji z ludźmi, wynikające z wydarzeń w dzieciństwie, a jednak jej pasja do gry w szachy sprawia, że patrzymy na nią jak na osobę silną i pewną swych umiejętności. Z wszystkich opisanych tutaj seriali to Gambit królowej mogę polecić każdemu, bo jest po prostu porządnie zrealizowany. Co nie znaczy, że jest najbliższy mojemu sercu. 


Bridgertonowie (2020) -> Netflix

liczba odcinków: 8

Pierwszy raz ten serial wzbudził moje zainteresowanie, kiedy o książkach Julii Quinn wspomniała mi autorka bloga Kochajmy książki. Rozrywkowy romans z akcją rozgrywającą się na początku XIX wieku – brzmi jak coś, co mogłoby mi się spodobać, ale stwierdziłam, że wstrzymam się z czytaniem książki i poczekam na serial. Nie znałam wcześniej żadnej recenzji ani nawet opisu fabuły, podeszłam do tego tytułu bez sprecyzowanego nastawienia i spędziłam milutkie kilka godzin w jego towarzystwie.

W Londynie zaczyna się kolejny sezon towarzyski, na którym debiutuje m.in. piękna Daphne Bridgerton (Phoebe Dynevor), a w międzyczasie do miasta wraca niechętny małżeństwu książę Simon Basset (Regé-Jean Page). Wszelkie intrygi, romanse i skandale dworskie opisuje tajemnicza Lady Whistledown w swojej rozchwytywanej broszurze.

Po oglądnięciu ostatniego odcinka zerknęłam na Filmweb i byłam mocno zaskoczona bardzo słabą oceną jak na typowy guilty pleasure w okolicach premiery. Szybko zerknęłam na komentarze i sprawa się wyjaśniła – pełno tam oskarżeń o brak ścisłości historycznej, bo „jak może Afroamerykanin grać angielskiego księcia?”. Chyba się ludzie zapędzili, bo Bridgertonowie nawet nie starają się pozorować na serial historyczny. Cała otoczka kostiumowa i scenograficzna tworzy piękne tło, ale absolutnie twórcy nie silą się na zgodność z historią. Otóż Bridgertonowie to typowy serial rozrywkowy. W pierwszym sezonie wszystko kręci się wokół historii miłosnej młodej panny na wydaniu, Daphne i wycofanego księcia, Simona. To naprawdę romans pełną gębą, z pomysłami udawania związku, przyjaźni przekuwanej w miłość, pożądaniem i wydumanymi bolączkami. Chemia między bohaterami sprawia, że ogląda się to bardzo przyjemnie. Do tego ważnym wątkiem jest oczywiście tożsamość Lady Whistedown, takiej ówczesnej wersji Plotkary, która wydaje swoją broszurkę z najbardziej pikantnymi nowinami ze świata wyższych sfer. Mając to wszystko na uwadze – nie jest to bardzo dobry serial, ale ogląda się go nader przyjemnie. Szczególnie, jeżeli jest się fanem pięknych kostiumów, wzniosłych uczuć i banalnych historii. To także plejada świeżych aktorów, na których miło się patrzy, a w tle słychać co jakiś czas głos kultowej Julie Andrews. Nie nastawiając się na nic wielkiego, można zostać miło zaskoczonym.

Gwoli ścisłości: wiem, że to nie miniserial, ale akurat niedawno go widziałam, na razie ma tylko 8 odcinków, więc stwierdziłam, że go tutaj wcisnę.


Mogę cię zniszczyć (2020), reż. Sam Miller, Michaela Coel -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Właściwie nie jestem pewna, gdzie pierwszy raz usłyszałam o tym serialu. Wiem, że kiedy w końcu wpadł mi w oko podczas przeglądania oferty na HBO GO, miałam w głowie informację, że warto się z nim zapoznać. Po obejrzeniu pierwszego odcinka wiedziałam już, że to coś zdecydowanie świeżego wśród oferty serialowej.

Arabella (Michaela Coel) zyskała sławę wydając książkę, składającą się z jej postów z Twittera. Teraz jest w trakcie pisania kolejnej powieści, na którą podpisała kontrakt z wydawnictwem. Pewnej nocy postanawia zostawić pracę nad książką i wybrać się na imprezę, gdzie staje się ofiarą napaści seksualnej.

Serial został napisany i wyreżyserowany przez odtwórczynię głównej roli – Michaelę Coel. Nie jestem w stanie pojąć jak w jednej osobie może pomieścić się taki talent, to dość rzadko spotykane, żeby człowiek sprawdzał się w tylu rolach równocześnie. Na pewno dzięki objęciu najważniejszych funkcji przy tworzeniu serialu Michaela mogła być pewna jednej rzeczy – Mogę cię zniszczyć jest mocno autorskim tytułem, zgodnym z tym, co sobie artystka założyła. To zdecydowanie najbardziej zaskakujący serial, jaki ostatnio widziałam. Człowiek myśli, że wie, dokąd zmierza akcja, widzi przynajmniej kilka ścieżek, a później przychodzi Michaela Coel i wszystkie domysły biorą w łeb. Oryginalne podejście do budowania fabuły, do rozwoju bohaterów sprawia, że niczego nie możemy być pewni, a zaskoczenie czeka na każdym kroku. Dodatkowo, oglądanie tego serialu wprowadza widza w poczucie dyskomfortu, zachowania bohaterów momentami uwierają, ale jednocześnie wierzymy w ich autentyczność. Temat rape culture został przedstawiony z intrygującej strony, serial otwiera oczy na wiele zachowań, które niektórzy mogą uważać za normalne. Postać oprawcy nie jest stereotypowo zła, będziemy mieli do czynienia z gwałcicielem próbującym się oczyszczać, bo „nie wiedział, że źle robi” i pozującym na tego skrzywdzonego. Każdy odcinek pokazuje nam trochę inny kontekst zagadnienia, pojawia się bardzo ciekawe spojrzenie na media społecznościowe, współczesne przyjaźnie i to, co ludzie ukrywają nawet przed samym sobą. Czasami łatwiej wierzyć, że dane wydarzenie nie było napaścią seksualną, bo wtedy nie czujemy się jako ofiara – to kolejny eksploatowany wątek w Mogę cię zniszczyć. Dla mnie pozostanie to bardzo oryginalne spojrzenie na temat zgody na seks, rape culture i radzenia sobie z traumą. I od teraz na pewno będę śledzić dalszą karierę Coel.


Tacy właśnie jesteśmy (2020), reż. Luca Guadagnino -> HBO GO

liczba odcinków: 8

Luca Guadagnino to reżyser głośnego hitu Tamte dni, tamte noce z młodym Timothéem Chalametem w roli głównej. Film ten podzielił widzów, ale ja należę zdecydowanie do jego zwolenników. Do tego serialu zachęciło mnie już samo nazwisko reżysera i zupełnie nie wiedziałam w co się pakuję włączając pierwszy odcinek.

Fraser (Jack Dylan Grazer) przenosi się do bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych we Włoszech, gdzie jego mama obejmuje wysokie stanowisko. Chłopak zaprzyjaźnia się z sąsiadką, Caitlyn Harper (Jordan Kristine Seamón).

Pierwszy obejrzany w tym roku serial, ale gdyby załapał się do puli 2020 to musiałabym go jakoś wcisnąć do rankingu najlepszych seriali zeszłego roku. Tacy właśnie jesteśmy składa się z ośmiu dość długich odcinków, których akcja rozpoczyna się w momencie przyjazdu Frasera do bazy wojskowej. Chłopak jest typem outsidera, który ma swoje spojrzenie na świat i nie chce się podporządkować panującym zasadom. Jego ekscentryzm szybko przyciąga uwagę Caitlyn – dziewczyny, która do tej pory była zapatrzona w swojego ojca-żołnierza i podążała wytyczoną przez niego ścieżką. Pięknie się ogląda jak te dwie postacie się w serialu poznają, łączą, przenikają, uczą nawzajem, a ich relacja jest żywa i nieoczywista. Luca ma niesamowitą zdolność do eksploracji młodości, pokazuje ją z całą bezczelnością i bez owijania w bawełnę. Imprezy są odpowiednio mocne, zachowanie nastolatków kontrowersyjne. Dzieciaki poszukują własnej tożsamości, zakochują się, zaprzyjaźniają, a wszystko to jest piękne, nawet jeżeli miejscami brutalne i bardzo niegrzeczne. Reżyser wspominał, że Tacy właśnie jesteśmy to tak naprawdę bardzo długi film, pokrojony na części. Widać, że dzięki temu Luca mógł w tej historii pozwolić sobie na dłużyzny, przeciągnięte chwile ciszy, które ogląda się z niegasnącą uwagą, bądź na to, że pierwszy odcinek jest odtworzony ponownie w drugim, tylko z innego punktu widzenia, co okazało się świetnym zabiegiem. Ścieżka dźwiękowa podczas oglądania wydawała się dobra, ale myślałam, że nie powtórzy się moje uwielbienie, które odczuwałam do piosenek z Tamtych dni, tamtych nocy. A jednak! Znowu siedzę i męczę soundtrack z piosenką Time will tell na ciągłym odtwarzaniu. Przy okazji warto wspomnieć, że sporo jest tutaj podobieństw ze wspomnianym filmem, ale mam wrażenie, że Tacy właśnie jesteśmy jest jednak o oczko bardziej odważne od Tamtych dni, tamtych nocy. Bohaterowie są też mocniej zarysowani. Może to kwestia tego, że w serialu jest jednak więcej czasu na eksplorację charakterów. Fraser jako główna postać to na pewno ciekawy wybór, potrafi widza mocno zirytować, ale z czasem coraz bardziej fascynuje, a wszystkie te cechy, które uważamy za negatywne sprawiają, że w całej tej ekscentryczności wierzymy w jego autentyczność. Zresztą wszyscy bohaterowie są tutaj warci docenienia, bo każdy z nich jest na swój sposób intrygujący i wnosi coś świeżego i ciekawego do serialu. Luca zdecydowanie oddaje sprawiedliwość swoim postaciom, będąc przy tym empatycznym obserwatorem i to sprawia, że serial jest taki rewelacyjny.



Z krótkich seriali oglądałam w zeszłym roku również Ratched, ale raczej wyrzuciłam go z pamięci. Oprócz pięknych kadrów i świetnych aktorek w głównych rolach niewiele jest tam ciekawej treści. Dla mnie to kolejny raz, kiedy Ryan Murphy przestrzelił, bo pomysł był intrygujący, a wykonanie pozostawia sporo do życzenia. 

A Wy jakie miniseriale polecacie?

piątek, 8 maja 2020

Dlaczego „Breaking Bad” odniosło taki sukces?

Breaking Bad - tytuł, który słyszałam w poleceniach od naprawdę wielu, wielu osób. Każdy kto go obejrzał twierdzi, że to kawał dobrego serialu, a fakt, że sama go nie widziałam było zaskoczeniem i szybko radzono mi go nadrobić. Przyznaję, że zawsze jest mi łatwiej zabrać się za coś świeżego, zacząć kiedy odcinków jest niewiele i później powoli czekać na rozwój fabuły. W przypadku Breaking Bad wiedziałam, że będę mieć do czynienia z czymś zamkniętym, na dodatek czymś, co okrzyknięto fenomenem wśród seriali. Na szczęście okazało się, że te pochlebstwa są całkiem zasłużone. Zamiast więc pisać standardową recenzję postaram się znaleźć odpowiedź na pytanie z tytułu posta w punktach poniżej.

1. Bohater przechodzący na „ciemną stronę mocy”

Kiedy sobie przypominam niepozornego Waltera White'a z pierwszego odcinka to trochę trudno jest mi dopasować go do człowieka z piątego sezonu. Oglądając początek widz nie potrafiłby nawet podejrzewać, w którą stronę fabuła się potoczy. Naprawdę rozumiem, że niektórzy przez to szybko wymiękną i zrezygnują z oglądania, bo rozpoczęcie może wskazywać, że serial jest „nie dla nich”, ale tak serio: oni po prostu nie zdają sobie sprawy jak się to rozkręci i jakie emocje będą towarzyszyć kolejnym odcinkom.
Bardzo oryginalnym podejściem okazało się wybranie ścieżki głównego bohatera - tym razem porządny obywatel postanawia zejść na złą drogę, kierując się jak najlepszymi przesłankami. Im dalej, tym ciekawiej, zobaczymy jak zmiana wpływa na jego otoczenie, jego rodzinę, skąd się bierze chęć i siła do puszczenia się w tak niebezpieczny świat, a przy tym cała podróż jest niezwykle ekscytująca i pełna zaskoczeń. Emocje widza mogą się diametralnie zmieniać, bo w moim przypadku raz Waltowi kibicowałam, a raz wręcz miałam człowieka dość. Nie zmienia to faktu, że to jeden z najbardziej nieoczywistych, charyzmatycznych bohaterów serialowych.

źródło

2. Mieszanie scen lekkich z naprawdę mrocznymi, trzymającymi w napięciu

Breaking Bad poradził sobie świetnie z utrzymaniem balansu. Nie możemy określić, że to mocno mroczny serial, bo sporo tam też powodów do uśmiechu, ale na pewno nie powiemy, że to tytuł lekki i przyjemny. Oczywiście bliżej mu chyba do tej pierwszej kategorii (szczególnie w okolicach zakończenia serii), ale warto powiedzieć też o tej lekkiej stronie. W końcu znalazło się w nim sporo zabawnych momentów, żeby wymienić chociażby docinki wujka Hanka w roli głównej czy cięte, ironiczne wypowiedzi prawnika Saula i kultowe już teksty Jesse'go. Twórcy czasami mocno kombinowali i wypuścili nawet cały odcinek o łapaniu muchy (akurat mniej udany eksperyment, ale miało być zabawnie). Mając to wszystko na uwadze trzeba zaznaczyć, że chwilę po lekkiej scenie możemy być świadkami morderstwa z zimną krwią czy stresować się pełną napięcia sytuacją. Także rollercoaster emocji zapewniony.

3. Odpowiednio dobrani partnerzy w zbrodni

Podstarzały, chory na raka nauczyciel chemii i młody gniewny z podwórka, nadużywający narkotyków? Para to raczej nietypowa, ale na ekranie działa cuda. Nie od początku chwyta ich połączenie, ale z sezonu na sezon coraz bardziej widzimy, że to ich relacja będzie w centrum fabuły, ona przechodzi najciekawsze załamania i buduje się od zera do szczerego przywiązania. Pierwsze spotkania opierają się raczej na głupkowatych tekstach Jesse'go i pouczającym tonie Walta, to wręcz ogień i woda, nie potrafimy wyobrazić sobie, że mogą kiedyś być w stanie o siebie wzajemnie dbać i nawiązać więź. Taki odcinek, który najbardziej utkwił mi w pamięci i był dla mnie przełomem w ich relacji, to pichcenie na pustyni, gdzie utknęli po awarii akumulatora. Świetnie napisany, trzymający w napięciu i dający tej dwójce sporo czasu na budowanie relacji. Im dalej, tym więcej sytuacji pełnych napięcia i ściskających za gardło w sprawie tej dwójki, ale tym lepszym czyni to cały serial.
Warto też zaznaczyć, że relacje bohaterów w ogóle były najciekawszym elementem serialu, wrażenie robi nie tylko ta między Jessem a panem Whitem, ale także wewnątrz rodziny Walta i Skyler. To jak członkowie reagują na wieści o chorobie, jak starają się pomóc po traumatycznej akcji Hanka, ciągłe zastanawianie się co będzie jeżeli dowiedzą się o nowej profesji Walta, którzy z nich będą w stanie wybaczyć i iść do przodu, a którzy nie będą w stanie tego zaakceptować - to były kwestie, które najbardziej intrygowały i zmuszały widza do wymyślania wielu przypuszczeń.
źródło

4. Scenariuszowe niespodzianki

Jak ja lubię kiedy serial nie stawia na oczywiste rozwiązania, a stara się iść trochę na przekór, potrafi pozbyć się gracza, którego uważaliśmy za głównego i dalej działać jak dobrze naoliwiona maszyna. Twórcy zdecydowanie nie bali się eksperymentować przy Breaking Bad, usuwali z planszy postacie, które zaczęliśmy uważać za kluczowe i do ostatniej chwili trzymali widza w niepewności czy aby na pewno dany bohater przestaje mieć znaczenie, a może kolejny raz wyjdzie obronną ręką. Wspaniale także bawiono się detalami, fraza rzucona w trzecim sezonie mogła znaleźć odzwierciedlenie w piątym, często momenty, w których bohater wpadał w pułapkę były spowodowane ludzkimi potknięciami, a widz mógł uderzać się w czoło i wołać do bohaterów, że są głupi i „dlaczego Huell zabrał tę trawę no, przecież już mógł sobie odpuścić i byłoby wszystko pięknie”.

5. Mocny technicznie

W kwestiach technicznych wszystko się w serialu zgadza: montaż jest w punkcik, czasami nawet dostajemy ciekawe sekwencje pod muzykę, zdjęcia są klimatyczne, no i aktorsko nie ma słabych punktów. Może w kwestii scenariusza czepiłabym się trzeciego sezonu, tam się na początku trochę wynudziłam. Chociaż, ogólnie często było tak, że pierwsze odcinki sezonu zwalniały tempo. Z perspektywy mogę powiedzieć, że to zagranie całkiem zamierzone i cóż - działa dobrze, bo powolne początki zaciekawiały na tyle, że człowiek zostawał do finału, zazwyczaj bardzo emocjonującego.
Warto też wyróżnić jak były kreowane nawiązania - często odcinek rozpoczynał się jakąś sceną, a dopiero później widzieliśmy jak do danej sytuacji doprowadzono  - czasami rozwiązanie było zamknięte w jednym odcinku, a czasami w prawie całym sezonie. Ogólnie, technicznie nie ma się czego w Breaking Bad przyczepić, bo mimo kilku lat na karku nie czuć na nim piętna czasu, nadal można się nim pozachwycać.
W Breaking Bad aktorzy pokazują klasę, począwszy od genialnego Cranstona (naprawdę zagrać taką przemianę, wręcz dwie różne osobowości w jednym ciele, to nie jest łatwa rzecz) po całą resztę obsady w każdej, nawet niewielkiej roli. Cranstonowi partneruje Aaron Paul, który daje radę, też podczas tych pięciu sezonów się zmienia, przeżywa kilka naprawdę traumatycznych momentów i między nim a głównym bohaterem wywiązuje się świetna chemia. Aktorsko w ogóle kupuję ten serial, bo wspaniały jest Giancarlo Esposito jako Fring, świetny Bob Odenkirk jako Saul (nie dziwię się, że o tej postaci powstał spin-off Better Call Saul), a także cała rodzina Walta, z Deanem Norrisem w roli Hanka czy Anną Gunn w roli Skyler.
zdjęcie zza kulis, źródło

6. Nauka jest fajna

To jest może bardziej skutek uboczny serialu, a nie argument dlaczego odniósł sukces, ale fakt - teraz każdemu kto śmiał się z „kujonów” na lekcjach chemii może być głupio. Walter White pokazuje, że czasami nie potrzebujesz wydawać miliona dolców czy też mieć znajomości - wystarczy nauka i ruszenie głową, żeby pozbyć się przeciwników. Wszelkie pomysły White'a robiły wrażenie i sprawiały, że pozytywne uczucia względem jego rosły. To, w jaki sposób udało się wydostać z pustyni w drugim sezonie było takie cool, a wszystko to zasługa nauki. Dodatkowo zakończenie serialu, w którym także Walt pokazał, że pomysłów mu nie brakuje to taka wisienka na torcie.

7. Zakończenie z przytupem 

I tutaj dochodzimy do bolączki wielu bardzo dobrych seriali - z czasem pomysły się wypalają, a scenariusz dopisywany jest na siłę. Tak się stało chociażby z cudownym House MD czy świetnie rozpoczętym LOST. Breaking Bad to jeden z niewielu, który trzymał poziom. Ba! Uważam, że piąty sezon był nawet najlepszy ze wszystkich. Naprawdę jestem w czystym szoku, że twórcy z bardzo dobrego serialu, który miał już sporą rzeszę fanów potrafili wycisnąć do końca wszystko, co najlepsze. Całość zakończyli mocnym akcentem i chyba wszyscy widzowie byli zadowoleni z tego, jak sprawy się potoczyły. Nie było za słodko, nie było za mrocznie, po prostu w sam raz.


Podsumowując, można stwierdzić, że Breaking Bad zasługuje na swoje miejsce w panteonie serialowym. To porządnie zrealizowana produkcja, która ma bardzo dużo mocnych stron i wiele osób będzie w stanie zadowolić. Jednocześnie rozumiem, że nie wszyscy się dadzą wciągnąć pierwszym odcinkom (chociaż mogą żałować, bo fabuła się rozwija dopiero później). Nie będzie to może mój ulubiony serial, bo przyznaję że sama tematyka nie jest mi jakaś bliska, ale tym bardziej doceniam, że potrafił tak mnie zainteresować. Trzeba przyznać, że twórcy mieli odwagę, zaryzykowali i to się opłaciło.

A Wy, za co lubicie ten serial?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka