Pokazywanie postów oznaczonych etykietą netfliks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą netfliks. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2023

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część trzecia

Poprzednie wpisy o miniserialach: tutaj i tutaj


Daisy Jones and the Six (2023), reż. Nzingha Stewart, James Ponsoldt and Will Graham -> Amazon Prime

liczba odcinków: 10

Ta produkcja ma wszystkie elementy serialu skrojonego pod mój gust. Tematyka formowania zespołu i jego pierwszych kroków w show biznesie to bardzo ciekawy temat. Dodatkowo, jest to serial muzyczny! Może właśnie ten potencjał sprawił, że każde potknięcie twórców bolało mocniej. Serial Daisy Jones and the Six mógł być moim ulubieńcem, wylądował jednak w strefie umilaczy o których po czasie się zapomina.

Historia fikcyjnego zespołu, działającego w latach 70tych została oparta na bestsellerowej książce autorstwa Taylor Jenkins Reid. Powieść ma rzeszę fanów, a biorąc pod uwagę gawędziarstwo autorki, którego doświadczyłam w Siedmiu mężach Evelyn Hugo, wierzę że wiele osób może się tą opowieścią zachwycić. Ja pierwowzoru nie czytałam, zatem nie będzie w notce porównania. 

Akcja serialu Daisy Jones and the Six została podzielona na dwa plany czasowe. Pierwszym jest współczesność, w której ucharakteryzowani aktorzy udzielają wywiadów o swoich początkach. Drugi przenosi nas w czasie do lat 70tych, gdzie przedstawione zostały opowiadane przez bohaterów historie. Niestety, przeskoki między dwoma planami często mnie wybijały i wprowadzały niepotrzebny komentarz. Jednym z najważniejszych elementów seriali muzycznych jest ścieżka dźwiękowa. Twórcy starali się nagrać coś wyjątkowego, niektóre utwory nawet wpadają w ucho. Niestety, daleko im do hitów typu Shallow z Narodzin gwiazdy czy City of stars z La La Land. 

Można jeszcze znaleźć kilka rzeczy, które nie działają w tym serialu, ale finalnie, dobrze mi się go oglądało. Uważam, że historia początków zespołu i tego, w jaki sposób dołączyła do niego Daisy wypada uroczo. Riley Keough w tytułowej roli jest bardzo charyzmatyczna, radzi sobie z postacią Daisy zarówno w scenach codziennych rozterek, jak i w scenicznym szale. Jej chemia z Samem Claffinem jest wyczuwalna. Mają kilka świetnych wspólnych scen, jak ta z pisaniem piosenek w domu producenta muzycznego. Na drugim planie natomiast błyszczy postać Kamili, partnerki Sama. To taka bohaterka-anioł, ma w sobie tyle zrozumienia dla innych, że każda wyrządzona jej krzywda boli jeszcze bardziej. Daisy Jones zabrała mnie na przygodę, która może nie została na długo w głowie, ale była przyjemnym doświadczeniem.


Awantura (2023), reż. Hikari, Jake Schreier and Lee Sung Jin -> Netflix

liczba odcinków: 10

Któż mógłby się spodziewać, że jeden z najlepszych tegorocznych miniseriali zostanie wyprodukowany przez Netfliksa? Ja na pewno nie, a jednak Awantura to zdecydowanie najbardziej oryginalny serial w tym zestawieniu.

Głównymi bohaterami są Amy i Danny. Kobieta dorobiła się fortuny na prowadzeniu firmy, w której sprzedaje rośliny i jest o krok od sprzedaży swojej marki za sporą sumę. Marzy o tym, żeby przestać pracować i móc poświęcić się ognisku domowemu, a w szczególności wychowaniu córki. Dla wszystkich wokół niej, jej życie wydaje się idealne. Zatem poziom narastającej w kobiecie frustracji wydaje się nie na miejscu. Z drugiej strony mamy historię Danny'ego, który próbuje związać koniec z końcem, łapiąc budowlane fuchy. Niestety, zawsze brakuje funduszy, więc jego marzenie o kupnie domu dla rodziców wydaje się zupełnie nieosiągalne. Właśnie wtedy, te dwie przepełnione agresją osoby spotykają się w dość codziennej sytuacji - ktoś komuś zajeżdża drogę, agresywnie wygrażając środkowym palcem. Wydawało by się, że to sytuacja, jakich wiele. Dla tych bohaterów jednak to przelewa czarę goryczy i zamiast zapomnieć o wydarzeniu, starają się zemścić na drugiej osobie.

Awantura ma świetnie napisany scenariusz, życie obojga bohaterów rozpisane jest z uwagą na detale. Dzięki temu ich akcje, które są dość przesadzone, da się wytłumaczyć. Nie byłoby też takiej przyjemności z oglądania, gdyby nie Ali i Steven na pierwszym planie. Świetnie radzą sobie z odegraniem tych postaci, szczególnie Steven zrobił na mnie ogromne wrażenie. Twórcy serialu nie zamykają się również na jeden styl, czego przykładem mogą być dwa ostatnie odcinki. Przedostatni przypomina niemal Parasite, w którym dochodzi do napadu na bogaty dom. Ostatni odcinek to zabawa inną formą, w której bohaterowie mogą podzielić się wszystkim, co leży im na wątrobie. Niesamowicie dobrze się to oglądało i zdecydowanie jest to jeden z najciekawszych tytułów, które znajdziemy na Netfliksie.


Czarny ptak (2023), reż. Michaël R. Roskam, Jim McKay and Joe Chappelle -> Apple TV

liczba odcinków: 6

Miniseriale kryminalne zaliczam do moich gatunkowych ulubieńców. Dzięki kilku odcinkom twórcy zyskują czas na powolne rozwinięcie portretów bohaterów, co w kontekście kryminalistów nieustannie fascynuje widzów. Czarny ptak to historia, która zapewne nie miałaby takiego mocnego przekazu w formie filmu, a jako serial sprawdza się świetnie. 

W serialu Czarny ptak zobaczymy jedną z ostatnich ról Roya Liotty, aktora którego kochamy za postać znaną z Chłopaków z ferajny. Jego bohater jest byłym policjantem, który zboczył z drogi prawa. Ważne jest przedstawienie jego relacji z synem. Mężczyzna czuje się winny przestępczemu życiu syna, obwinia się za ścieżkę, którą ten obrał. Próbuje mu pomóc, wyciągnąć go z zaistniałej sytuacji. Ta relacja będzie ważna w porównaniu do tej, która łączy głównego podejrzanego ze swoim ojcem. Od dziecka traktowany był jako ten gorszy syn, więc ze wszystkich sił szukał uznania wśród innych. Postać głównego podejrzanego jest prawdziwie fascynująca i przede wszystkim dla niej warto ten serial obejrzeć. Zagrana brawurowo przez Paula Waltera Hausera. Ten bohater jest mocno ekscentryczny, ale aktor radzi sobie z wszelkimi dziwnościami, nie przekraczając granicy przesady. Taron Egerton dobrze mu partneruje, ale trudno mu przejąć uwagę widza, kiedy Hauser jest obok niego. 

Zawsze kiedy widzę napis, wskazujący że historia oparta jest na faktach to intensywniej przeżywam przedstawione wydarzenia. Łatwiej jest pomyśleć, że to wszystko jest fikcją, a postacie morderców żyją tylko w głowach twórców. Czarny ptak to naprawdę mocny kawał telewizji, polecam szczególnie wszystkim fanom mrocznych kryminałów.


Good Omens 2 (2023), reż. Douglas Mackinnon  -> Amazon Prime

liczba odcinków: 6

Naginam trochę zasady tego wpisu. Miały być miniseriale, a tutaj druga odsłona przygód znanych bohaterów. Dla Good Omens warto jednak złamać kilka reguł.

Pierwszą część serialu traktowałam jako miniserię. Całość zamknięta była w sześciu odcinkach i oparta na historii, którą znamy z książki napisanej przez Pratchetta i Gaimana. Poczułam się szczerze zaskoczona kiedy zapowiedziano kontynuację opowieści. Jako że pierwszy sezon był naprawdę przyjemną, zabawną fantastyką, to nastawiałam się na podobne emocje przy drugiej odsłonie. Jakie zatem było moje zaskoczenie, kiedy dostałam coś tak innego. Gaiman rozwinął skrzydła w drugim sezonie i w centrum historii postawił... wątek romantyczny. Zrobił to w sposób zniuansowany, tak że widz ma wrażenie, że ogląda kolejne starcie nieba z piekłem, kiedy tak naprawdę wszystko kręci się wokół dynamicznej relacji Azirafala i Crowleya.

Mam wrażenie, że od lat nie widziałam tak genialnego duetu aktorskiego jak Sheen i Tennat. Obaj wspinają się na wyżyny aktorstwa, przekuwając demona i anioła w postacie, którym chcemy kibicować. Sukces Dobrego Omena opiera się w ogromnym stopniu na ich chemii. Pomaga fakt, że to aktorzy, którzy znają się nie od dziś. W czasie pandemii zaczęli nawet wspólnie nagrywać serial bazujący na ich przyjaźni (Staged). 

W drugim sezonie sporo się dzieje. Są wspomnienia z przeszłości dwójki bohaterów, gdzie zobaczymy ich pierwsze spotkanie czy historię Hioba (w tym epizodzie w rolach Hioba i jego syna zobaczymy kolejno teścia Tennanta i jego syna). Jest zagadka związana z Gabrielem, który stracił pamięć. Są relacje sąsiadów Azirafala, gdzie na pierwszym planie znajduje się związek dwójki pań, które popychane są w swoje ramiona przez głównych bohaterów. Drugi sezon to jednak przede wszystkim historia pewnej relacji. Uświadamia nam, że najgłębsze uczucia rodzą się, kiedy już daną osobę dobrze poznamy, przejdziemy z nią przez piekło, ale przy każdej kolejnej przygodzie będziemy chcieli ją mieć przy swoim boku. Ja tej parze kibicuję z całego serducha, równocześnie nie mogę doczekać się ich losów w trzecim sezonie!


czwartek, 10 listopada 2022

„Sandman” komiks vs. serial – czy udało się przenieść tę historię na ekran?

Ekranizowanie kultowych dzieł z gatunku fantastyki nie należy do najprostszych zadań. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu twórcy filmowi i telewizyjni preferują przenosić na ekrany fantastykę młodzieżową. Możliwe, że gwarantuje to bardziej zaangażowaną i wierną młodszą widownię, a zarazem nie kosztuje tyle, co wyprodukowanie serialu high fantasy. Udało się to w przypadku Cienia i kości, Pamiętników wampirów, Shadowhunters czy The 100, które oglądały rzesze fanów gatunku, często nastolatków. Jeżeli jednak mówimy o tytułach, którym bliżej do epickiego fantasy, to opcje są raczej ograniczone. Dostaliśmy genialną ekranizację Gry o tron, ale poza tym większość produkcji nie wypaliła. Przykładem może być Miecz prawdy na podstawie książek Terry'ego Goodkinda. Osobiście serial oglądałam z wypiekami na twarzy ze względu na świetny pomysł na świat przedstawiony, rządzące nim prawa i głównych bohaterów. Jednak na poziomie produkcji Miecz prawdy do wybitnych nie należał. Podobnie było z Kronikami Shannary na podstawie książek Terry'ego Brooksa. Serial zapowiadał się bardzo dobrze, ale czegoś przy produkcji zabrakło i skończył się po dwóch sezonach. 

Z ekranizacjami prozy Neila Gaimana jest chyba jeszcze trudniej. Jego książki opierają się na specyficznej stylistyce, zaskakujących rozwiązaniach fabularnych, nieoczywistych połączeniach, często opartych na mieszance różnych mitologii. Do tej pory doczekaliśmy się ekranizacji Gwiezdnego pyłu (książka i film w sporym stopniu się od siebie różnią), serialowej wersji Amerykańskich bogów (niestety, serialowi daleko do geniuszu pierwowzoru), animacji Koraliny (film jest bardzo dobry, ale w tym przypadku nie znam oryginału) i serialu Dobry omen, chyba najlepiej oddającego ducha Gaimana i Pratchetta (tę książkę napisali wspólnie). Kiedy ogłoszono wieść o rozpoczęciu prac nad Sandmanem moją pierwszą reakcją była czysta radość. Jednak już przy pierwszych zapowiedziach zaczęłam czuć nutkę sceptycyzmu. Zdjęcia zapowiadały coś, co wyglądało na zbyt grzeczne, a rewolucyjnemu komiksowi do takiej grzeczności bardzo daleko.


Komiksy (tomy 1-4)

Kiedy serial pojawił się na Netfliksie pierwsze co zrobiłam to sięgnęłam po komiksy. Na półce miałam łącznie cztery tomy, z czego jedynie pierwszy już czytałam (pisałam o nim tutaj). Drugi tom, czyli Dom lalek, okazał się dobrym sposobem na przypomnienie sobie postaci, oryginalnej kreski i świetnych pomysłów Gaimana. W opowieść wkraczamy w miejscu, gdzie autor zostawił nas na końcu poprzedniego tomu. Sandman, władca krainy snów, po odzyskaniu swoich atrybutów, skupia się na ogarnięciu spraw, nagromadzonych podczas jego nieobecności. Będzie musiał poszukać zaginionych demonów, a ponadto pojawiają się w Śnieniu plotki o budzącym grozę Wirze.

Znowu jest kilka takich epizodów, po których zbieramy szczękę z podłogi. Przede wszystkim w pamięci zostaje ten ze zjazdem fanów płatków śniadaniowych. Komiksy czyta się błyskawicznie, więc szybko przeszłam do trzeciego, a później czwartego tomu. Znając dalszą historię muszę stwierdzić, że drugi tom wypada dość blado. W trzecim brakuje jakiegoś wiodącego wątku, to raczej zestaw krótkich historii. W tym Gaiman jest akurat świetny i pokazuje możliwości swojej wyobraźni. Raczy nas opowieścią o kotach, które kiedyś rządziły światem czy wystawianiem sztuki Sen nocy letniej przed prawdziwym Oberynem i Tytanią. Jednak nic się nie umywa do tomu czwartego, gdzie w końcu wyłonił się wątek przewodni, który po prostu wymiata. Gdybym miała więcej tomów Sandmana na półce na pewno wciągnęłabym wszystkie, ta historia tak się rozkręca. I na pewno się w kolejne zeszyty uzbroję.

Komiksy vs. serial

W serialu zekranizowana została historia z dwóch tomów. Dodatkowo, otrzymaliśmy odcinek specjalny, z krótkimi opowiadaniami z tomu trzeciego. Okazuje się, że ekranizacja komiksu jest bardzo wierna pierwowzorowi. Nad całością czuwa sam Gaiman – widać, że pilnował produkcji i chyba jest dumny z osiągniętego efektu. Ja przyznaję, że do czystej ekstazy mi trochę brakuje, bo mam coś do zarzucenia, ale zdecydowanie wyszło lepiej niż się spodziewałam. 

źródło

Casting

Zacznijmy od najmocniejszej strony, czyli castingu. Przede wszystkim postać Morfeusza, której najbardziej się obawiałam. W komiksie jest to mistyczny bohater, z oczami pełnymi gwiazd i lekko niebieskawą skórą. W serialu wygląda dość... zwyczajnie. Chłopak z bałaganem na głowie, noszący dobrze skrojony czarny płaszcz. Jednak w wykonaniu Toma Sturridge w magiczny sposób to działa. Aktor oddaje Morfeuszowi sprawiedliwość, jest wycofany, cichy, ale jednocześnie pełen siły, momentami niepewny, czasami chłodny, ale szukający kontaktu z drugą osobą. Wszystko to zgadza się z obrazem Sandmana, który zbudowałam sobie w głowie po przeczytaniu komiksów. Podobnie z postaciami drugoplanowymi, nawet jeżeli różnią się trochę od tych przedstawionych w komiksie, to zachowana została ich esencja – cudowna jest Gwendoline Christie jako Lucyfer, świetni Mason Alexander Park jako Pożądanie. Twórcy wybierając grono rodzeństwa Morfeusza wiedzieli co ich czeka w przyszłych tomach, z pełną świadomością wybrali najlepszych z najlepszych. Bardzo mnie to cieszy w perspektywie kolejnych sezonów.

Zmiany płci

Wielu widzów narzekało na zmiany wprowadzone w serialu, szczególnie w kontekście wyglądu/płci aktorów. Zupełnie tych zarzutów nie rozumiem, już nawet biorąc pod uwagę, że to fantastyczny świat, nad którym piecze trzyma autor pierwowzoru. Dodatkowo, głosy oburzenia można zrozumieć, jeżeli ktoś zobaczy jak dany aktor gra, ale w tym przypadku burza rozpętała się już przy ogłoszeniu obsady. Okazało się jednak, że te zmiany wypadły naprawdę satysfakcjonująco – Lucyfer i Pożądanie to jedne z najbardziej intrygujących postaci, a Śmierć wypadła tak sympatycznie jak jej pierwowzór. Damska wersja Constantine'a również podbiła moje serce, szczególnie, że Jenna Coleman w tej roli jest harda i trochę bezczelna, dzięki czemu od razu przykuwa uwagę.

źródło

Poszczególne odcinki / Wierność oryginałowi

Jeżeli chcemy rozmawiać o ciągłości serialu, porównując do siebie różne odcinki, to trzeba przyznać, że pierwszy sezon jest nierówny. Z jednej strony – ma to sens, bo poszczególne zeszyty Sandmana też się od siebie różnią, jedne zachwycają mocniej, drugie trochę mniej. I tak jak komiks nie był najmocniejszy w tomie Dom lalki, tak w serialu zauważalny jest spadek jakości gdzieś od siódmego odcinka. To wtedy zakończyła się historia z pierwszego tomu komiksu, w której śledziliśmy perypetie wyzwolonego Morfeusza, który odzyskuje swoje atrybuty i przenosimy się do opowieści o Rose Walker. Dziewczyna jest Wirem, stanowiącym niebezpieczeństwo dla Śnienia, dlatego Sandman jej poszukuje. Rose budzi również zainteresowanie Koryntczyka, który chce użyć jej siły, żeby wyzwolić się od Morfeusza. Postać koszmaru w postaci Koryntczyka to jeden z najsilniejszych elementów tej części opowieści. Niestety, poza nim, w wielu momentach ta historia budzi znużenie. Na pocieszenie, uważam, że to również słabiej działało w komiksie, więc jest nadzieja, że kolejne wydarzenia w serialu będą bardziej angażujące, tak jak rozwija się to w powieści graficznej.

Różnic jest kilka: John Dee w serialu przedstawiony został trochę mniej złowieszczo i poświęcono więcej miejsca na wyjaśnienie jego motywacji; w komiksie to demon Choronzon walczy z Morfeuszem w piekle, a nie Lucyfer; postać Koryntczyka pojawia się wcześniej i poświęcono jej więcej miejsca w serialu. Uważam, że wszystkie te zmiany były naprawdę niewielkie, a wpłynęły na całość bardzo pozytywnie. Mam cichą nadzieję, że w przyszłych sezonach twórcy pozwolą sobie na więcej takich odstępstw.

źródło

Technikalia

Jak już wspomniałam, przenieść Sandmana na ekran nie jest łatwo. Komiks pozwala na sporo wizualnej zabawy, praca grafików robi spore wrażenie. Obrazki pozwalają czytelnikom wczuć się w mroczny klimat świata przedstawionego. Serialowa wersja ucierpiała na próbie przenoszenia ich 1:1 – przykładowo sny współlokatorów Rose Walker na papierze wypadały dużo ciekawiej. Nie znaczy to, że wszędzie jest źle, bo przykładowo projekt krainy snów w serialu wypadł świetnie. Mam jednak wrażenie, że momentami zatraca się magia. Może jest to kwestia zbyt wiernego trzymania się oryginału, twórcy boja się zaszaleć. Zadanie mają trudne – połączenie śnienia ze światem przebudzonym i ten przedziwny miks bohaterów: bogowie, koszmary, ludzie, demony. Dla mnie wypadło to momentami zbyt poprawnie.

Na szczęście okazuje się, że Sandman otrzymał zielone światło dla drugiego sezonu. Cieszy to niezmiernie. Z tego co już wyżej wypisałam: historia w kolejnych tomach daje spore pole do popisu, a obsada dobrana jest genialnie, więc ma to duży potencjał. I jeżeli mogłabym na coś liczyć, to marzyłoby mi się więcej szaleństwa w obszarze wizualnym i muzycznym. Trzymam kciuki i na pewno obejrzę kolejne odsłony Sandmana.

sobota, 16 lipca 2022

„Stranger Things” i „Hamilton” przypominają czym jest dobra zabawa przed telewizorem

„Stranger Things” sezon 4 (2022), Netflix

Na nowy sezon Stranger Things czekaliśmy tak długo, że właściwie zdążyłam zapomnieć jak ja ten serial ubóstwiam. Kiedy pojawiały się zapowiedzi to czułam lekką ekscytację, obejrzałam zwiastun, ale nie szukałam dodatkowych informacji ani nie nastawiałam się na coś epickiego. Po premierze minęło dobrych kilka dni zanim zdecydowałam się włączyć pierwszy odcinek i na pewno nie byłam przygotowana na dawkę emocji, która finalnie towarzyszyła mi podczas oglądania.

źródło

Warto ustalić jedną rzecz – to nie jest tak, że wszystko mi w tym sezonie pasowało. Nawet wręcz przeciwnie, bo miałam problem z wieloma wątkami. Niektóre postaci zostały potraktowane po macoszemu, co najbardziej widać w przypadku Jonathana Byersa. Jego historia w tym sezonie to palenie trawki i znaczące spojrzenia w stronę brata. Niewiele miał chłopak do zagrania. I właściwie cała ekipa z pizzowego vana wypada blado, ich część spowalnia akcję. Szkoda, bo postaci Mike'a i Willa to jednak mocny trzon Stranger Things, smutno byłoby stracić zainteresowanie ich losami. Wątek Hoppera bywa angażujący, szczególnie w scenach prób ucieczki z więzienia. Co prawda zrobił się z niego trochę niezniszczalny superbohater, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Jedenastka ma swoje mocniejsze i słabsze momenty, a jej wątek nabiera rozpędu im bardziej zbliżamy się do finału. I okazał się niezbędny do wyjaśnienia pochodzenia antagonisty sezonu, czyli Vecny. Widać, że twórcy chcą tę historię doprowadzić do sensownego finału i powoli czyszczą wątki, dopowiadając przeszłość. Dla mnie kilka pomysłów na Vecnę sprawdziło się cudownie, jak jego fascynacja pająkami, która przekuła się w znany nam kształt. Żałuję, że bardzo pobieżnie wyjaśniono jego motywację do zostania antybohaterem. Pojawiła się wzmianka o chęci zostania predatorem, a zabrakło mi zagłębienia się w jego pierwotny motyw. Chociaż w momentach, w których mam ochotę się do czegoś przyczepić, przypominam sobie co ja właściwie oglądam. Przecież Stranger Things to dla mnie przede wszystkim frajda płynąca z tej nostalgicznej podróży w czasie! 

Przechodzę zatem do moich zachwytów, czyli całego wątku w Hawkins. Wszystko, co dzieje się w miasteczku zasługuje na najwyższe oceny i może gdyby reszta wątków miała podobny poziom to sezon czwarty mógłby przeskoczyć w moim rankingu pierwszy. Przede wszystkim od samego początku akcja w Hawkins kręci się na wysokich obrotach, nie ma tam miejsca na nudę. W pierwszym odcinku wprowadzona zostaje nowa postać – Eddie, metalowiec, przewodniczący Hellfire Club, czyli klubu graczy D&D. Chłopak czaruje nas swoją charyzmą aż do ostatniego odcinka. Ta postać zbudowana jest na mocnych fundamentach, w te kilka epizodów przechodzi dobrze uargumentowaną zmianę, wnosi lekkość i zabawę, a jednocześnie ma tak cudownie buntowniczy charakter. W pierwszym odcinku widzimy też, że Max zerwała kontakt z paczką chłopaków (cudownie zabawna scena z zaproszeniem od Dustina), a Lucas zaczął trzymać się z popularnymi dzieciakami z drużyny koszykówki. Zabieg rozbicia paczki, niby schematyczny, sprawnie zbudował napięcie. Z wypiekami czekałam, aż nastąpi ich zjednoczenie. Dopiero w tym sezonie w pełni zrozumiałam jak silną więź zbudowały te postacie w poprzednich częściach. Teraz twórcy mogą odcinać kupony, co robią w najnowszej odsłonie kilkakrotnie. Bardzo często widzimy flashbacki z przeszłości, w których dzieci świetnie się bawią w swoim towarzystwie, dzięki czemu zdajemy sobie sprawę jak wiele ich łączy.

kultowa scena, z jednego z najlepszych odcinków „Dear Billy”, źródło

Moim zdaniem serial Stranger Things rozkochuje widzów z dwóch głównych powodów: pierwszym jest ekipa utalentowanych aktorów, którzy wykreowali niezapomniane postaci, a drugim jest strona techniczna. Co do bohaterów, to czwarty sezon mocno mnie zaskoczył wątkiem Max. Max i Lucas zawsze wydawali mi się takimi pobocznymi postaciami, wspierającymi działania trzonu paczki. Tym razem do nich należały moje ulubione sceny. W rozpisaniu wątku postaci Max wszystko mi się zgadzało, a Sadie Sink zagrała ją przekonująco. Warto znowu wyróżnić Steve'a i Dustina, którzy utrzymują status najlepszej pary serialu, a robią to z typową dla nich lekkością. Eddie, Robin i Nancy to też bohaterowie, którym nie sposób w tym sezonie nie kibicować. Jednak królowe są dla mnie dwie: Sadie Sink i Kate Bush, niezaprzeczalnie. 

Technicznie Stranger Things to po prostu wyższy poziom na etapie produkcji. Jest w tym sezonie kilka takich scen, że człowieka przechodzi dreszcz ekscytacji. Idealny montaż do Running up That Hill, spotkanie Jedenastki z Max czy przejście kamery między jadącymi na rowerach dzieciakami w Hawkins a starszą ekipą w Upside Down. Ale nagroda dla najbardziej czadowej sceny wędruje z czystym sumieniem do metalowego koncertu do Master of puppets! Uwielbiam to, że twórcy dostarczają nam tak kultowe sceny. I serio, dawno się tak dobrze nie bawiłam podczas oglądania czegokolwiek, jak podczas tego sezonu Stranger Things. Śledzenie losów bohaterów niezmiennie wzbudza we mnie emocje, tym razem nie obyło się i bez odrobiny płaczu, i bez krzyczenia w stronę ekranu. Twórcy po prostu przypomnieli mi, za co pokochałam oglądanie seriali!


„Hamilton” (2020), reż. Thomas Kail, Disney+

źródło

Kiedy Disney+ nareszcie pojawił się w Polsce ja miałam jeden cel na horyzoncie – obejrzeć Hamiltona. Jeżeli człowiek interesuje się w jakimkolwiek stopniu kulturą to musiał słyszeć o tej produkcji. Szum medialny zdawał się nie cichnąć, a kiedy w końcu powstała wersja telewizyjna (nagranie spektaklu na żywo) to zgarnęła nagrodę Emmy w kategorii Outstanding Variety Special Pre-Recorded. Pokonała w tej kategorii Bo Burnhama i jego Inside, co zresztą wzbudziło wiele kontrowersji w sieci, bo z jednej strony nikt nie umniejsza Hamiltonowi, a z drugiej fani byli sercem przy Inside. Po obejrzeniu obu rozumiem rozterki, bo te tytuły są rewelacyjne i trudno się złościć na wygraną któregokolwiek.

Z Hamiltonem zrobiłam rzecz, której zwykle unikam – postanowiłam obejrzeć go z grupą znajomych. Zazwyczaj pojawia się wtedy obawa, że niektórym się nie spodoba i będą swoje niezadowolenie głośno wyrażać podczas seansu. Na szczęście okazało się, że poziom produkcji jest tak wysoki, że wszyscy wyszli zadowoleni. I chociaż sporo zostało już o tej produkcji powiedziane, to nie mogłam odpuścić swojej porcji zachwytów. Szczególnie, że w tym roku obejrzałam już kilka nagranych spektakli, za sprawą przygody z National Theatre Online i muszę przyznać, że Hamilton robi największe wrażenie. Chociaż w tej opinii zapewne zawarzyło również to, że ja musicale kocham od dawna, a ten jest ewenementem nawet wśród tego gatunku. Bo wzięcie na warsztat historycznej postaci polityka z XVIII wieku i zrobić z tego połączenie klasycznej historii ze współczesną muzyką i śpiewem, było odważnym posunięciem. I gdybym usłyszała o tym pomyśle to uznałabym go za zupełnie szalony i raczej nie w moim guście. Lin-Manuel Miranda udowodnił, że bardzo, BARDZO w moim.

źródło

Musical złożony jest z niemal 50 utworów, a historię poznajemy jedynie z piosenek, które płynnie przechodzą jedna w drugą. Opowieści o politykach czasami wydają mi się skomplikowane, ale w przypadku Hamiltona wszystko wyśpiewane jest zrozumiale, historyczne wydarzenia przedstawione są w tak angażującej formie, że widz nie ma dość ani przez chwilę. Chociaż trzeba przyznać, że tempo rapowania bywa zabójcze. Oprócz głównego wątku politycznego, w którym Hamilton pnie się po stopniach kariery politycznej, toczy się tutaj kilka ciekawych historii pobocznych. Wątek romantyczny zawiera niektóre z najlepszych utworów, jak Helpless, Satisfied czy Burn. Wszystkie pięknie wyśpiewane przez siostry Schuyler, Angelikę i Elizę. Jak to w musicalach bywa, raczej nie oglądamy długiego procesu poznania i zakochania, widzimy tylko telegraficzny skrót i to w zupełności wystarcza. Pojawia się w Hamiltonie epizodyczna rola króla Jerzego, który wpada zaśpiewać dosłownie kilka piosenek, ale kradnie show za każdym razem. Czysto komediowa część, bezbłędnie zagrana przez Jonathana Groffa, którego kocham od czasów usłyszenia soundtracku do Spring Awakening (polecam!). Najlepszym jednak pomysłem było rozwinięcie wątku Aarona Burra. Jego historia mogłaby być nieszczegółowa, a twórcy mogli postawić go w jednoznacznej roli głównego przeciwnika naszego bohatera. Natomiast rozpisują jego wątek z dbałością o detale, wprowadzają rodzinne tło, dzięki czemu widzimy wiele podobieństw między nim a Hamiltonem (piosenka, w której obaj śpiewają do swoich dzieci).

Przed obejrzeniem Hamiltona wielokrotnie słuchałam soundtracku. Zakochałam się w tych piosenkach, ale starałam się omijać jakiekolwiek wideo ze sceny. Podczas seansu poczułam jak obraz pięknie dopełnia tę muzykę! Wszystko nabrało zupełnie nowego wymiaru, aktorzy w kostiumach z epoki wydobyli z siebie pokłady energii i sprawili, że scena ożyła. Mimo oszczędnej scenografii ciągle miało się wrażenie pełnej sceny, akcja pędziła do przodu, emocje buzowały, a całość była po prostu dynamiczna. Obrazu dopełniła też choreografia, dopracowana co do najmniejszych gestów, ze świetną ekipą tancerzy (można wśród nich wypatrzyć zdobywczynię Oskara za rolę drugoplanową, Arianę DeBose). I chociaż można się zachwycać nad wszystkimi elementami to największe wrażenie pozostawia po sobie tekst sztuki. Miranda zarysowuje intrygujące konflikty, a jego dialogi zaskakują świeżością podejścia do tematu. Podziwiam cięte riposty, których jest tutaj co niemiara. Świetnie sprawdzają się fragmenty, które są powtarzane w różnych momentach historii (za każdym razem jak pada „That would be enough” ściska mnie w piersiach). I powtórzenia są nie tylko w dialogach, ale i w motywach muzycznych, które wciąż powracają, ale z różnym tekstem. Spina się to wszystko w niezapomniane przeżycie. 

I polecam mocno, ale warto może ostrzec, że po seansie człowiek ma ochotę kupować bilet na Broadway!

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka