wtorek, 16 czerwca 2020

Szukasz serialu do zobaczenia w jeden weekend? Polecam ostatnio obejrzane miniseriale

Byłam z siebie dumna, że udało mi się niedawno nadrobić klasyki serialowe: lekkie Gilmore Girls (link) i mocne Breaking Bad (link).  Pierwszy z nich to aż siedem sezonów po ponad 20 odcinków w każdym, drugi krótszy, ale oglądanie okazało się równie czasochłonne. Czasami nie jest nam łatwo znaleźć tyle czasu na nadrobienie serialu. Dlatego dzisiaj coś zgoła innego - miniseriale, czyli kilkuodcinkowe serie, które tworzą zamkniętą całość. Może brakuje w nich tego napięcia pod koniec sezonu i czekania na premierę kolejnego, ale jednocześnie można poznać całość w dość krótkim czasie. Tytuły opisane poniżej obejrzałam stosunkowo niedawno, ale na końcu dorzucę linki do opinii o różnych miniserialach, które napisałam już wcześniej. Zapraszam!

Mildred Pierce (2011), reż. Todd Haynes -> HBO GO

liczba odcinków: 5


Ten tytuł powstał na podstawie powieści Jamesa M. Caina, w czasach kiedy miniseriale nie były jeszcze tak popularne. Trzeba jednak przyznać, że Kate Winslet w roli głównej okazała się wystarczającym powodem, dla którego po ten tytuł warto sięgnąć. Historia opisuje losy Mildred, kobiety po rozwodzie, która stara się rozkręcić własny biznes i dołożyć starań, żeby jej córka miała wszystko, czego tylko zapragnie. Sam serial ogląda się bardzo przyjemnie, scenografia, kostiumy i muzyka przenoszą nas w czasie, a widzowie mogą kibicować Mildred we wspinaniu się po ścieżce kariery. Później na pierwszy plan wysuwa się wątek konfliktu z córką, który jest bardzo intensywny. Przyznaję, że trochę mocno zarysowano zły charakter jednej i wybaczający drugiej, za to momenty w których można było zaobserwować Mildred tracącą cierpliwość nadawały całości realizmu. Szkoda, że jej postać koniec końców wybielano. Wciąż, ten konflikt jest naprawdę żywy i może za rzadko spotykany w kulturze.
Dlaczego warto oglądać? Szczególnie dla Kate Winslet, która daje świetny, równy popis umiejętności. Także partnerujący jej aktorzy radzą sobie bardzo dobrze, na czele z Evan Rachel Wood, wspaniale oddającą blaski i cienie swojej postaci. Sama historia jest ciekawa i chociaż nie jest to serial wybitny to warto się z nim zapoznać.

Czarnobyl (2019), reż. Johan Renck -> HBO GO

liczba odcinków: 5


Kiedy wybuchła fala popularności tego serialu sama byłam bardzo zainteresowana. Wydarzenia z Czarnobyla to wciąż świeża i bardzo bliska nam historia, którą czasami jeszcze wspomina nawet moja mama. Także z ciekawością zasiadłam do tego krótkiego, bo jedynie pięcioodcinkowego tytułu. Nie napisałam o nim nic na stronie, bo wszędzie Czarnobyl się pojawiał, nie widziałam więc w tym większego sensu.
Serial jest naprawdę świetnie zrealizowany, ciężko znaleźć w nim słabszy element. Bardzo dobrze napisany scenariusz, mocne postacie, muzyka w punkt, świetny montaz i zdjęcia. Wszystkie małe elementy stworzyły podróż pełną napięcia. Zagranie z posiadaną wiedzą widza sprawdziło się w stu procentach i kiedy widzimy w pierwszym odcinku kolorową chmurę zmierzającą w stronę grupki ludzi na moście, to aż przechodzi dreszcz. Bo my wiemy, a oni jeszcze nie.
Były w Czarnobylu sceny, na które wręcz nie mogłam patrzeć (chyba okolice trzeciego odcinka, podczas wizyt w szpitalu). Nie jest to kontent dla osób o słabych nerwach.
Dlaczego warto oglądać? To pełna napięcia podróż, która przyczyni się do wzrostu nerwów u widza i dostarczy adrenaliny, mimo znanego zakończenia. To także świetnie poprowadzona historia, w której jak dziecku wytłumaczone zostanie działanie reaktora i przyczyny, dlaczego mogło dojść do tego słynnego wypadku. Naprawdę warto te kilka godzin na Czarnobyl poświęcić.


Ostatni taniec (2020), reż. Jason Hehir -> Netflix

liczba odcinków: 10


W ogóle nie planowałam oglądania tego serialu. Dokument opowiadający historię legendy koszykówki Michaela Jordana i drużyny Chicago Bulls w drodze na szczyt? To raczej nie jest temat, który mógłby mnie zainteresować. Chłop mój włączył jednak pierwszy odcinek, na który kątem oka zerkałam i jakoś tak się wciągnęłam, że szybko pochłonęliśmy cały sezon.
Nie jest łatwą rzeczą zainteresować poczynaniami koszykówkarzy człowieka, który na tej grze się nie zna, a jedyną styczność miał ćwicząc dwutakt i rzucając do kosza na lekcjach wychowania fizycznego. W tym tkwi jednak piękno Ostatniego tańca. To jest tak dobrze technicznie zrobiony serial, że trudno przejść obok niego obojętnie. Patrząc na młodego Michaela Jordana, który sam przebija się przez grupę przeciwników, wyskakuje, rzuca piłkę prosto do kosza, człowiek nabiera motywacji do działania. Członkowie Chicago Bulls to ciężko pracująca grupa ludzi pełnych pasji i to dlatego tak dobrze śledzi się ich losy. Bo, mimo tego że Jordan jest w centrum wydarzeń, to serial przybliży nam sylwetki kilku innych członków zespołu, jak Pippen czy Rodman. Widać, że to ich współpraca doprowadziła zespół na szczyt.
Dlaczego warto oglądać? Bo nawet jeżeli nie jesteście fanami koszykówki czy sportu to serial Was wciągnie, wzbudzi mocne emocje i dostarczy satysfakcji z kibicowania. Członkowie Chicago Bulls pokażą natomiast co znaczy życie pełne pasji, będą dobrymi motywatorami do pracowania na swój sukces.

Ostre przedmioty (2018), reż. Jean-Marc Vallée -> HBO GO

liczba odcinków: 8


Fanką kryminałów nie byłam i chyba już nigdy nie będę, chociaż zdarza mi się po nie sięgać o wiele częściej w wersji filmowej niż książkowej. Pamiętam, że szał na autorkę Gillian Flynn jakoś mnie nie wciągnął, ale ekranizację jej prozy w reżyserii Finchera, Zaginiona dziewczyna, oglądałam z wypiekami na twarzy. Dlaczego zatem od razu nie rzuciłam się na Ostre Przedmioty, wiedząc, że to ta sama autorka pierwowozoru? Chyba właśnie dlatego, że to kryminał. Kiedy jednak w końcu włączyłam pierwszy odcinek to kompletnie przepadłam. To historia dziennikarki, która wraca do swojego rodzinnego miasta, żeby napisać artykuł o dwóch zamordowanych nastolatkach.
Natknęłam się na widzów narzekających na tempo serialu. Ja uważam, że jest idealne. Pozwala, żeby ten niepokojący klimat przepełnił człowieka, dzięki czemu czujemy się ciągle nieswojo i nie mamy pojęcia o czym finalnie będzie ten serial. Szybko bowiem tajemnica tożsamości mordercy usuwa się w cień, a my skupiamy się na skomplikowanych relacjach głównej bohaterki z matką i przyrodnią siostrą. Małe miasteczko daje sporo możliwości, przeszłość Camillie odkrywana jest powoli, a widz dostaje prawdziwą ucztę. To jest tak dobre na poziomie technicznym: urywany montaż, mroczne zdjęcia przeplatane ze słodyczą matki Camillie, genialny soundtrack - to wszystko tworzy dzieło kompletne. Aktorsko to prawdziwa perełka, Amy po raz kolejny udowadnia, że zasługuje na miejsce jednej z najbardziej znanych aktorek Hollywood, ale cała obsada radzi sobie tutaj świetnie. Gdybym miała się czegoś przyczepić to tylko samego zakońzcenia, scen przy napisach, które dla mnie były lekko naciągane, ale tak to już było w pierwowzorze.
Dlaczego warto oglądać? Po pierwsze klimat. To jak reżyser (znany także ze wspaniałego Big Little Lies) prowadzi widza przez meandry życia małomiasteczkowej społeczności, przez traumatyczne wydarzenia bohaterów i buduje świat wzudza niekończącą ekscytację, sprawiając, że widz poczuje się zaniepokojony. Cała strona techniczna w tym pomaga łącznie z niezapomnianymi rolami aktorskimi. Oglądajcie, to mój ulubiony tytuł z wszystkich opisanych w tej notce.


American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona (2016), reż. Ryan Murphy / Anthony Hemingway / John Singleton -> Netflix

liczba odcinków: 10


Ryan Murphy to człowiek, którego trzeba znać w świecie serialów. Zdobył sławę na musicalowym Glee, który niegdyś namiętnie oglądałam, ale to jeden z tych tytułów, które z sezonu na sezon traciły czar i nawet go nie skończyłam. Widać, że oprócz musicali darzy też sympatią świat dawnego Hollywood (seriale Hollywood i Feud) oraz historie mrożące krew w żyłach (seria American Horror Story i Screem Queens). Ja postanowiłam sięgnąć po chwalony tytuł, do zobaczenia na Netflixie i przyznaję - jest co chwalić.
Ten miniserial opowiada historię procesu O.J. Simpsona, słynnego amerykańskiego futbolisty, oskarżonego o brutalne zabójstwo swojej byłej żony i jej znajomego. Rzecz dzieje się w latach 90tych i muszę przyznać, że to przeniesienie w czasie wyszło bardzo dobrze, szczególnie przebitki na to, jak wyglądało oglądanie procesu w starych odbiornikach pozwalało poczuć klimat tamtych czasów. Dodatkowo cała charakteryzacja, kostiumy i scenografia odzworowywały czas akcji. Serial zdobył wiele nagród i pochwał od krytyków, a miał do tego mocne podstawy. Ten dziesięcioodcinkowy tytuł ogląda się lepiej z odcinka na odcinek, a dodatkowej ekscytacji dodaje niewiedza jak proces się zakończy. Ja zupełnie nic nie wiedziałam o tym wydarzeniu ani nawet o istnieniu O.J. Simpsona, więc nie czytając niczego w Internecie spędziłam kilka odcinków na zmienianiu swojego zdania co do wyniku procesu. Jedynym elementem, który kojarzyłam to chyba rodzeństwo Kardashian (Robert, ich ojciec, był przyjacielem i obrońcą Simpsona). Dlatego, warto podejść do niego z czystą głową, a wzbudzi wtedy najwięcej emocji. Murphy w przypadku tego tytułu świetnie sobie poradził z przekazaniem problemu jątrzącego się w amerykańskiej społeczeności, który ostatnio jest nad wyraz głośny. Chodzi o dyskryminację osób o innym kolorze skóry przez policjantów, problem rasizmu, który wciąż trzyma się mocno we współczesnych czasach.
Dlaczego warto oglądać? Przede wszystkim to dobrze rozpisana, wciągająca historia mężczyzny oskarżonego o morderstwo (czy zasadnie czy niezasadnie - musicie się przekonać sami, nie będę psuła Wam zabawy w detektywa). Jednak największym plusem pierwszego sezonu ACS jest fakt poruszania aktualnego tematu, pokazywania niesprawiedliwości niektórych funkcjonariuszy. To dobry seans na ten czas.
Dodatkowo, to nie jest tak, że forma serialu broni się sama. Zaczęłam oglądać drugi sezon, o zabójstwie założyciela marki Versace i po połowie wciąż nie załapał. A wydawałoby się, że temat mi bliższy, bo przynajmniej wiedziałam kim Gianni Versace był.


Niewiarygodne (2019), reż. Lisa Cholodenko / Michael Dinner / Susannah Grant -> Netflix

liczba odcinków: 8


To chyba najbardziej nieprzyjemny do oglądania serial z tej listy. Już w pierwszym odcinku zalałam się łzami i przeklinałam niesprawiedliwość bohaterów. Oparty został na podstawie artykułu An Unbelievable Story of Rape, za którego autorzy otrzymali nagrodę Pulitzera. To historia Marie, zgwałconej dziewczyny, którą policjanci oskarżyli o składanie fałszywych zeznań, Akcja serialu toczy się dwutorowo - jeden wątek dotyczy Marie i jej życia po traumatycznych wydarzeniach, a drugi skupia się na postaciach dwóch pań detektyw, badających podobne sprawy gwałtów w innym mieście.
Niewiarygodne to ważny serial, pokazujący, że nie ma jednego wzorca zachowania osoby, która przeszła przez traumatyczne wydarzenie. To, że dana osoba dalej potrafi się uśmiechać albo spotkać się z przyjacielem, nie może być podstawą do tego, żeby oskarżyć ją o kłamstwo. Zaprezentowane zachowanie policjantów było dla mnie zupełnie obrzydliwe i tak niesprawiedliwe oraz krzywdzące. Dla widza, który posiada jakąkolwiek zdolność empatii oglądanie tego będzie mordęgą.
Ważnym elementem jest to, że serial nie popada w przesadny melodramat - ta historia sama w sobie wyciska łzy, a twórcy nie muszą dokładać do tego starań. Mocnym punktem serialu jest na pewno obsada. Tym razem nie potrafię powiedzieć, że ktoś ciągnął całość, to raczej praca zespołowa - każdy sprawdził się w swojej roli, wpływając na odbiór całości. Toni Collette, Kaitlyn Dever i Merritt Wever stworzyły niezapomniane kreacje serialowe.
Dlaczego warto oglądać? Temat tego serialu jest niesamowicie ważny i uważam, że każdy powinien się z nim zapoznać. Dodatkowo to naprawdę dobrze zrealizowany tytuł ze świetnymi wykonami aktorskimi. Naprawdę warto.



Inne miniseriale warte uwagi, już opisane wcześniej na blogu:


Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka