sobota, 25 kwietnia 2020

„Fosse/Verdon” (FX) - bo najważniejsza jest sztuka

Założę się, że wiele osób może nie kojarzyć nazwiska Boba Fosse, ale po pierwszych taktach piosenki Willkommen z musicalu Kabaret wykrzykną, że gdzieś to już słyszeli. To taki utwór, który skutecznie przesiąknął do popkultury i jest często eksploatowany. Sam musical natomiast zyskał miano kultowego, tak samo zresztą jak cała kariera reżysera/choreografa. Fosse miał swój niepowtarzalny styl, jedyny szkopuł jest taki, że niewiele filmów po sobie pozostawił.
Produkcja FX Fosse/Verdon to serial biograficzny, przedstawiający sceny z życia Boba i jego żony, Gwen Verdon.
źródło
Bardzo lubię musicale. BARDZO. Nic więc dziwnego, że jak w końcu obejrzałam Kabaret to się kompletnie zachwyciłam. Klimat tego filmu był niesamowity, a ja szybko okrzyknęłam go arcydziełem gatunku. Trochę czasu od seansu minęło i ciekawa jestem czy spodobałby mi się tak samo dzisiaj, ale na razie wrażenie pozostaje całkowicie pozytywne. Oprócz Kabaretu widziałam jeszcze Słodką Charity, która była w porządku (uwielbiam piosenkę Big Spender) i bardzo dobry Cały ten zgiełk. Przyznaję, że moja niewielka wiedza na temat twórczości Fosse'a zaostrzyła apetyt na poznanie go bliżej, a wszelkie nawiązania do widzianych przeze mnie tytułów sprawiły dodatkową porcję radości podczas oglądania serialu. Dlatego na początku mogę powiedzieć, że warto znać któryś z jego filmów przed seansem (polecam zacząć od Kabaretu oczywiście).

Rozpisuję się tutaj o Bobie Fosse, ale jak tytuł wskazuje, to tylko połowa tego serialu. I tak się składa, że dzięki wspaniałej Williams w roli Verdon, ta mniej angażująca połowa. Smutny fakt, że o tej barwnej postaci nie słyszałam nic przed obejrzeniem serialu. Niestety, wielka gwiazda sceniczna nie przebiła się do światowej świadomości, tak jak Bob Fosse. Może gdyby mąż faktycznie dał jej rolę w którymś ze swoich filmów sprawa miałaby się inaczej. Trzeba jednak przyznać, że dla osób z branży musicalowego teatru to prawdziwa ikona, nazwisko, które trzeba znać.
Także, siłą napędową Fosse/Verdon jest dynamika między tytułowymi bohaterami. Sam serial ma budowę nielinearną, więc będziemy przeskakiwać w czasie między różnymi etapami ich życia. Ten zabieg wyszedł całkiem zgrabnie i pozwolił na utrzymywanie ciągłego zainteresowania. I tak na przykład w momencie kryzysu związku Fosse'a i Verdon będziemy mogli przyglądać się początkom ich relacji i zobaczyć skąd wzięła się ta nić porozumienia między nimi. Z drugiej strony, to skakanie może niektórych męczyć i choć sama nie narzekałam i odnalazłam się w tej historii, to nie zdziwię się, że inni mogą nie być zachwyceni.
źródło
Nie potrzebujemy wiele czasu, żeby zauważyć, że związek dwójki bohaterów jest toksyczny, a Bob Fosse to postać destrukcyjna, która lekką ręką niszczy relacje w swoim życiu. To jednocześnie człowiek, który zostawia całego siebie w swojej pracy, kiedy kończy jeden tytuł, już zaczyna myśleć o kolejnym, analizuje i nie pozwala pójść na kompromisy. Jeżeli coś go nie satysfakcjonuje to nie pozwoli wystawić tego na scenie. A co się dzieje kiedy dopada go największe zwątpienie? Zwraca się do Gwen Verdon.

Jakaż to niesamowita, pełna charyzmy postać! Zapewne spora tutaj zasługa genialnej w tej roli Michelle Williams, ale o aktorstwie może później. Tymczasem, Verdon często wydaje się wyprzedzać Fosse'a, ten serial należy bardziej do niej niż do reżysera (mimo że kolejność w tytule może sugerować coś innego). Dla niej także scena jest wszystkim, w teatrze nic nie umknie jej uwadze, potrafi wyczuć emocje postaci i przekuć je w ruch, widzi, w którą stronę powinna dana produkcja się skierować, a ponad wszystko kocha występować, jej taniec jest charakterny i po prostu fascynujący. Tym ciekawsze jest zderzenie tej pasjonującej się pracą dwójki tancerzy z życiem codziennym. Nie radzą sobie z wychowaniem córki, podupadają na zdrowiu, niszczą kontakt z bliskimi osobami, ale nie rezygnują ze sztuki, bo praca nad nią jest dla nich na pierwszym miejscu.

Uwielbiam to, w jaki sposób pokazano w serialu pracę nad musicalem. Wszystkie sceny dotyczące prób, poszukiwanie odpowiedniej choreografii, dopasowywanie utworów do klimatu sceny oglądało się cudownie. Zobaczyć jak Bob i Gwen pracują razem nad finałowym utworem z musicalu Chicago bądź obserwować w jakich okolicznościach wpadają na pomysł dołożenia piosenki Who's Got the Pain do musicalu Damn Yankees zupełnie mnie oczarowało. Równie mocno działały pokazane prace nad filmowymi musicalami, tak jak scena, w której Fosse odwiedza dom uciech w Niemczech, żeby znaleźć odpowiednie statystki do produkcji Kabaretu. Mając to wszystko na uwadze muszę wspomnieć, że były też w serialu momenty, nawet wątki, które nie były równie angażujące, ale te sceny prób rekompensowały mi całą resztę.
źródło
Warto też pochwalić charakteryzację, kostiumy i scenografię - bardzo dobrze uzupełniły obraz przeszłości. Jednak ten serial zdecydowanie należy do Michelle Williams. Jej Gwen Verdon jest ekscytującą postacią, to ją chcemy widzieć na ekranie, to z nią przejść przez tę historię. Tak, Fosse był wspaniałym choreografem, ale oglądając serial mamy wrażenie, że to dodatek do cudownej Verdon. Wszystko za sprawą Williams, która włożyła iskrę życia w tę postać i była wręcz bezbłędna - czy to w scenie tańca/śpiewu czy domowych rozmów przy papierosie. Za każdym razem nie można odwrócić od niej wzroku, jest pełna siły, żeby za chwilę rozpaść się na kawałki, a wszystko z wyczuciem i naturalnością. A Sam Rockwell? Poradził sobie naprawdę dobrze, to nie jego wina, że Williams dała popis umiejętności i zupełnie go przyćmiła.

Komu warto polecić ten serial? Zdecydowanie fanom musicalu, bo to dla nich niezły kąsek. Zobaczyć kulisy powstawania klasycznych teraz choreografii i podejrzeć jak rozwijały się poszczególne pomysły - to sprawia sporo uciechy. Może nie do końca wybrzmiewa myśl przewodnia twórców, bo zabrakło jakiegoś głównego wątku. Z jednej strony to chęć robienia sztuki za wszelką cenę, z drugiej nieumiejętność prowadzenia życia rodzinnego. Pobieżnie poruszanych jest sporo problemów, jak fakt, że starzejącej aktorce ciężko znaleźć pracę w musicalu, ciągły stres dotyczący tego jak publiczność odbierze dane dzieło (Fosse spodziewał się po Kabarecie srogiej porażki), ucieczka w używki (choreograf palił podobno nawet sześć paczek papierosów dziennie, do tego dochodziło nadużywanie leków), a ponadto wątek ścierających się osobowości w związku, dwóch artystów, którzy nieustannie biorą udział w cichym wyścigu. Chociaż przyznaję, że sama bawiłam się podczas oglądania na tyle dobrze, że mnie ta mnogość myśli zupełnie nie przeszkadzała. Para głównych bohaterów była tak hipnotyzująca, że do szczęścia wystarczyło mi oglądanie scen z ich życia. I tylko aż strach pomyśleć, że bez Fosse i Verdon nie mielibyśmy takich tytułów jak Słodka Charity, Kabaret czy Chicago.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka