Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tv show. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tv show. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2023

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część trzecia

Poprzednie wpisy o miniserialach: tutaj i tutaj


Daisy Jones and the Six (2023), reż. Nzingha Stewart, James Ponsoldt and Will Graham -> Amazon Prime

liczba odcinków: 10

Ta produkcja ma wszystkie elementy serialu skrojonego pod mój gust. Tematyka formowania zespołu i jego pierwszych kroków w show biznesie to bardzo ciekawy temat. Dodatkowo, jest to serial muzyczny! Może właśnie ten potencjał sprawił, że każde potknięcie twórców bolało mocniej. Serial Daisy Jones and the Six mógł być moim ulubieńcem, wylądował jednak w strefie umilaczy o których po czasie się zapomina.

Historia fikcyjnego zespołu, działającego w latach 70tych została oparta na bestsellerowej książce autorstwa Taylor Jenkins Reid. Powieść ma rzeszę fanów, a biorąc pod uwagę gawędziarstwo autorki, którego doświadczyłam w Siedmiu mężach Evelyn Hugo, wierzę że wiele osób może się tą opowieścią zachwycić. Ja pierwowzoru nie czytałam, zatem nie będzie w notce porównania. 

Akcja serialu Daisy Jones and the Six została podzielona na dwa plany czasowe. Pierwszym jest współczesność, w której ucharakteryzowani aktorzy udzielają wywiadów o swoich początkach. Drugi przenosi nas w czasie do lat 70tych, gdzie przedstawione zostały opowiadane przez bohaterów historie. Niestety, przeskoki między dwoma planami często mnie wybijały i wprowadzały niepotrzebny komentarz. Jednym z najważniejszych elementów seriali muzycznych jest ścieżka dźwiękowa. Twórcy starali się nagrać coś wyjątkowego, niektóre utwory nawet wpadają w ucho. Niestety, daleko im do hitów typu Shallow z Narodzin gwiazdy czy City of stars z La La Land. 

Można jeszcze znaleźć kilka rzeczy, które nie działają w tym serialu, ale finalnie, dobrze mi się go oglądało. Uważam, że historia początków zespołu i tego, w jaki sposób dołączyła do niego Daisy wypada uroczo. Riley Keough w tytułowej roli jest bardzo charyzmatyczna, radzi sobie z postacią Daisy zarówno w scenach codziennych rozterek, jak i w scenicznym szale. Jej chemia z Samem Claffinem jest wyczuwalna. Mają kilka świetnych wspólnych scen, jak ta z pisaniem piosenek w domu producenta muzycznego. Na drugim planie natomiast błyszczy postać Kamili, partnerki Sama. To taka bohaterka-anioł, ma w sobie tyle zrozumienia dla innych, że każda wyrządzona jej krzywda boli jeszcze bardziej. Daisy Jones zabrała mnie na przygodę, która może nie została na długo w głowie, ale była przyjemnym doświadczeniem.


Awantura (2023), reż. Hikari, Jake Schreier and Lee Sung Jin -> Netflix

liczba odcinków: 10

Któż mógłby się spodziewać, że jeden z najlepszych tegorocznych miniseriali zostanie wyprodukowany przez Netfliksa? Ja na pewno nie, a jednak Awantura to zdecydowanie najbardziej oryginalny serial w tym zestawieniu.

Głównymi bohaterami są Amy i Danny. Kobieta dorobiła się fortuny na prowadzeniu firmy, w której sprzedaje rośliny i jest o krok od sprzedaży swojej marki za sporą sumę. Marzy o tym, żeby przestać pracować i móc poświęcić się ognisku domowemu, a w szczególności wychowaniu córki. Dla wszystkich wokół niej, jej życie wydaje się idealne. Zatem poziom narastającej w kobiecie frustracji wydaje się nie na miejscu. Z drugiej strony mamy historię Danny'ego, który próbuje związać koniec z końcem, łapiąc budowlane fuchy. Niestety, zawsze brakuje funduszy, więc jego marzenie o kupnie domu dla rodziców wydaje się zupełnie nieosiągalne. Właśnie wtedy, te dwie przepełnione agresją osoby spotykają się w dość codziennej sytuacji - ktoś komuś zajeżdża drogę, agresywnie wygrażając środkowym palcem. Wydawało by się, że to sytuacja, jakich wiele. Dla tych bohaterów jednak to przelewa czarę goryczy i zamiast zapomnieć o wydarzeniu, starają się zemścić na drugiej osobie.

Awantura ma świetnie napisany scenariusz, życie obojga bohaterów rozpisane jest z uwagą na detale. Dzięki temu ich akcje, które są dość przesadzone, da się wytłumaczyć. Nie byłoby też takiej przyjemności z oglądania, gdyby nie Ali i Steven na pierwszym planie. Świetnie radzą sobie z odegraniem tych postaci, szczególnie Steven zrobił na mnie ogromne wrażenie. Twórcy serialu nie zamykają się również na jeden styl, czego przykładem mogą być dwa ostatnie odcinki. Przedostatni przypomina niemal Parasite, w którym dochodzi do napadu na bogaty dom. Ostatni odcinek to zabawa inną formą, w której bohaterowie mogą podzielić się wszystkim, co leży im na wątrobie. Niesamowicie dobrze się to oglądało i zdecydowanie jest to jeden z najciekawszych tytułów, które znajdziemy na Netfliksie.


Czarny ptak (2023), reż. Michaël R. Roskam, Jim McKay and Joe Chappelle -> Apple TV

liczba odcinków: 6

Miniseriale kryminalne zaliczam do moich gatunkowych ulubieńców. Dzięki kilku odcinkom twórcy zyskują czas na powolne rozwinięcie portretów bohaterów, co w kontekście kryminalistów nieustannie fascynuje widzów. Czarny ptak to historia, która zapewne nie miałaby takiego mocnego przekazu w formie filmu, a jako serial sprawdza się świetnie. 

W serialu Czarny ptak zobaczymy jedną z ostatnich ról Roya Liotty, aktora którego kochamy za postać znaną z Chłopaków z ferajny. Jego bohater jest byłym policjantem, który zboczył z drogi prawa. Ważne jest przedstawienie jego relacji z synem. Mężczyzna czuje się winny przestępczemu życiu syna, obwinia się za ścieżkę, którą ten obrał. Próbuje mu pomóc, wyciągnąć go z zaistniałej sytuacji. Ta relacja będzie ważna w porównaniu do tej, która łączy głównego podejrzanego ze swoim ojcem. Od dziecka traktowany był jako ten gorszy syn, więc ze wszystkich sił szukał uznania wśród innych. Postać głównego podejrzanego jest prawdziwie fascynująca i przede wszystkim dla niej warto ten serial obejrzeć. Zagrana brawurowo przez Paula Waltera Hausera. Ten bohater jest mocno ekscentryczny, ale aktor radzi sobie z wszelkimi dziwnościami, nie przekraczając granicy przesady. Taron Egerton dobrze mu partneruje, ale trudno mu przejąć uwagę widza, kiedy Hauser jest obok niego. 

Zawsze kiedy widzę napis, wskazujący że historia oparta jest na faktach to intensywniej przeżywam przedstawione wydarzenia. Łatwiej jest pomyśleć, że to wszystko jest fikcją, a postacie morderców żyją tylko w głowach twórców. Czarny ptak to naprawdę mocny kawał telewizji, polecam szczególnie wszystkim fanom mrocznych kryminałów.


Good Omens 2 (2023), reż. Douglas Mackinnon  -> Amazon Prime

liczba odcinków: 6

Naginam trochę zasady tego wpisu. Miały być miniseriale, a tutaj druga odsłona przygód znanych bohaterów. Dla Good Omens warto jednak złamać kilka reguł.

Pierwszą część serialu traktowałam jako miniserię. Całość zamknięta była w sześciu odcinkach i oparta na historii, którą znamy z książki napisanej przez Pratchetta i Gaimana. Poczułam się szczerze zaskoczona kiedy zapowiedziano kontynuację opowieści. Jako że pierwszy sezon był naprawdę przyjemną, zabawną fantastyką, to nastawiałam się na podobne emocje przy drugiej odsłonie. Jakie zatem było moje zaskoczenie, kiedy dostałam coś tak innego. Gaiman rozwinął skrzydła w drugim sezonie i w centrum historii postawił... wątek romantyczny. Zrobił to w sposób zniuansowany, tak że widz ma wrażenie, że ogląda kolejne starcie nieba z piekłem, kiedy tak naprawdę wszystko kręci się wokół dynamicznej relacji Azirafala i Crowleya.

Mam wrażenie, że od lat nie widziałam tak genialnego duetu aktorskiego jak Sheen i Tennat. Obaj wspinają się na wyżyny aktorstwa, przekuwając demona i anioła w postacie, którym chcemy kibicować. Sukces Dobrego Omena opiera się w ogromnym stopniu na ich chemii. Pomaga fakt, że to aktorzy, którzy znają się nie od dziś. W czasie pandemii zaczęli nawet wspólnie nagrywać serial bazujący na ich przyjaźni (Staged). 

W drugim sezonie sporo się dzieje. Są wspomnienia z przeszłości dwójki bohaterów, gdzie zobaczymy ich pierwsze spotkanie czy historię Hioba (w tym epizodzie w rolach Hioba i jego syna zobaczymy kolejno teścia Tennanta i jego syna). Jest zagadka związana z Gabrielem, który stracił pamięć. Są relacje sąsiadów Azirafala, gdzie na pierwszym planie znajduje się związek dwójki pań, które popychane są w swoje ramiona przez głównych bohaterów. Drugi sezon to jednak przede wszystkim historia pewnej relacji. Uświadamia nam, że najgłębsze uczucia rodzą się, kiedy już daną osobę dobrze poznamy, przejdziemy z nią przez piekło, ale przy każdej kolejnej przygodzie będziemy chcieli ją mieć przy swoim boku. Ja tej parze kibicuję z całego serducha, równocześnie nie mogę doczekać się ich losów w trzecim sezonie!


sobota, 24 czerwca 2023

Żegnamy się z telewizyjnymi perełkami – godne zakończenie pięciu seriali


Sukcesja (2018-2023)

twórca: Jesse Armstrong, sezony: 4, dostępny na HBO MAX

Wiele seriali z tego wpisu darzę mocnym uczuciem, ale tylko jeden okazał się ewenementem. Jest to oczywiście Sukcesja, czyli serial, który teoretycznie nie powinien mi się aż tak spodobać. Nie jestem fanką produkcji o świecie finansów czy wielkich korporacji. Główna oś fabuły toczy się wokół rządzenia dużą firmą i problemu wyboru następcy. Zazwyczaj preferuję historie bliższe „domu”, o bohaterach, z którymi mogę się utożsamić. Sukcesja jednak udowodniła, że dobrze zrealizowany serial może być tematycznie daleko od naszych gustów, ale wciąż wzbudzać zachwyt. 

Może nie jest to serial, z którym łatwo rozpocząć przygodę. Przede wszystkim, bije od niego chłód, podkreślany dodatkowo przez scenografię i zdjęcia. Zimni, pozbawieni uczuć wydają się również członkowie rodziny Roy i pracownicy firmy. W końcu jednak łapiemy ten klimat i pozwalamy sobie obserwować z boku poczynania (anty)bohaterów. W Sukcesji trudno doszukać się jakiejkolwiek pozytywnej postaci. Nawet jeśli ktoś wydaje się mniej toksyczny od innych, to przebywanie w okrutnym otoczeniu szybko zmienia tego człowieka w najgorszą wersję siebie. Oglądanie starć tych postaci jest prawdziwie fascynujące, a wszystkie sceny rodzinnych obiadów rodziny Roy to majstersztyk. W tym świecie nikomu nie chcemy kibicować. Jeśli już mamy wybierać – staramy się wyłonić „mniejsze zło”. Twórcy jednak zadbali o to, żeby nie było łatwo. Kiedy już skłaniamy się ku któremuś bohaterowi, on za chwilę udowadnia do czego jest zdolny. Niczego nie da się tutaj przewidzieć, scenarzyści wykonali kawał dobrej roboty.

Mówić o Sukcesji i nie wspomnieć o stronie technicznej to grzech. Warstwa muzyczna jest strzałem w dziesiątkę. Dźwięk otwierającego numeru już zawsze będzie mi się kojarzył z przygotowywaniem na dawkę emocji. Genialne są też zdjęcia i montaż. Kostiumy bohaterów idealnie podkreślają rangę poszczególnych postaci. No i moja największa miłość – aktorzy. Bez tego grona utalentowanych artystów nie mielibyśmy pięknego kawałka telewizji. Oni po prostu stali się tymi postaciami. Uwierzyłam w każdą wygraną przez nich nutę, delektowałam się interakcjami, które są tak żywiołowe. Kiedy patrzę na wymiany zdań między bohaterami to mam wręcz wrażenie, że większość jest zaimprowizowana. Zagrane bezbłędnie.

Te wrażenia są podkręcone ostatnim sezonem, który nie zawiódł oczekiwań. Dostaliśmy naprawdę godny finał. Mam nawet wrażenie, że ten sezon był lepszy od poprzednich. Może dlatego, że każdy odcinek był przeze mnie wyczekany, a poprzednie trzy sezony oglądałam ciągiem. Eksploracja relacji między rodzeństwem poprowadzona brawurowo (scena z blenderem!). Mimo tego, że czas akcji ostatniego sezonu trwał kilka dni, to byliśmy świadkami mnóstwa zwrotów akcji. Relacja Shiv-Tom sprawiła, że krzyczałam w stronę ekranu. Genialne. Po prostu jeden z najlepszych seriali ostatnich lat, a może i wszech czasów.


Wspaniała pani Maisel (2017-2023)

twórczyni: Amy Sherman-Palladino, sezony: 5, dostępny na Amazon Primo

Ten serial wkradł się do mojego świata niepostrzeżenie, ale z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej mnie w sobie rozkochiwał. W przeciągu tych pięciu sezonów miał lepsze i gorsze momenty, ale ani na moment nie zastanawiałam się nad jego porzuceniem. Pani Maisel była tak wspaniałą główną postacią, że nie chciało się opuszczać jej boku.

Od początku ostatniego sezonu twórcy upewniają nas, że to pożegnanie. Każdy odcinek poprzedzony jest fragmentami z przyszłości bohaterów. Zobaczymy w nich dorosłe dzieci Maisel (Ethana i Esther), których stosunek do rodzicielki jest zrozumiały, biorąc pod uwagę interakcje między nimi w latach 60tych. Przede wszystkim dostaniemy wgląd w ścieżkę kariery głównej postaci i jej managerki, Susie. Zabieg skoków w czasie okazał się dla mnie dość toporny i w większości przypadków zdradzający za wiele z fabuły, która dopiero ma nadejść. Jednak kilka z nich zagrało, szczególnie ostatni skok z rozmową telefoniczną między przyjaciółkami.

W piątym sezonie oglądamy finałową walkę Midge i Susie o przebicie się do świata najsłynniejszych stand-uperów, zdominowanego przez mężczyzn. Susie stara się załatwić Maisel jakąkolwiek pracę, która może być szansą na pokazanie umiejętności. W końcu udaje jej się wylądować w najsławniejszym telewizyjnym talk show. Tylko że zamiast występować tam jako stand-uperka, dołącza do działu scenarzystów. Fabularnie wszystko mi się w tym wątku zgadza, ekipa pracująca przy Gordon Ford show jest żywiołowym dodatkiem. Przede wszystkim Midge dostaje szansę, żeby pokazać ile jest w stanie poświęcić dla swojej kariery. Przyjmuje propozycję pracy, wykonuje ją rzetelnie i czeka na okazję.

Uwielbiam nieustępliwość Midge. Kiedy się potyka, otrzepuje spódnicę i idzie dalej. Nie boi się powiedzieć, że jest dobra w tym co robi. Świadoma swojej wartości, uparta, a przy tym urocza i pełna wdzięku. Dzięki tym słodkim cechom jej rynsztokowy humor jeszcze bardziej bawi. Mniej zabawny jest za to wątek Bruce'a. Pamiętam, jak po obejrzeniu trzeciego sezonu dotarła do mnie w końcu informacja, że serial Wspaniała pani Maisel oparty jest luźno na faktach. Obejrzałam film o Lenny'm Bruce, dzięki czemu byłam przygotowana na finał jego wątku. Twórcy sami stworzyli sobie problem – chemia między nim a Midge była niebywała, ale musiało się to tak skończyć. Moim zdaniem, dobry wybór, chociaż smutek pozostaje.

Największymi plusami tych wszystkich pięciu sezonów są: postać Midge, wątek jej niespodziewanej przyjaźni z Susie i specyficzny humor, który opiera się na błyskawicznym tempie i charakternych bohaterach. To chemia między postaciami sprawia, że nie chcemy przestać ich oglądać. Na sukces scen komediowych zapracowali wszyscy aktorzy. Rachel Brosnahan była cudowną główną bohaterką, ale zakochać się można we wszystkich jej towarzyszach. Nie byłoby takich zachwytów gdyby nie odgrywający rodziców Midge, Tony Shalhoub i Marin Hinkle. Już trochę tęsknię za tą zgrają.


Ted Lasso (2020-2023)

twórcy: Brendan Hunt, Joe Kelly, sezony: 3, dostępny na Apple TV

Wszyscy zachwycali się Tedem Lasso, ale ja podchodziłam do niego z lekką rezerwą. Powód? Piłka nożna. Wydaje się, że nie jest to tematyka, która mnie szczególnie interesuje. Okazuje się, że nie trzeba być fanem sportu, żeby rozkoszować się ciepłem tego serialu.

Drugi sezon Teda Lasso trochę mnie rozczarował. Przez to miałam lekko obniżone oczekiwania co do trzeciej odsłony. Zupełnie niepotrzebnie, bo okazało się, że wrócił ciepły, zabawny serial, który skutecznie umili nam czas. Najpierw jednak wyznanie – wiedziałam, że inne seriale się kończą, ale byłam kompletnie nieświadoma, że trzeci sezon Teda Lasso będzie jego finałowym. Dowiedziałam się chyba w okolicy ostatniego odcinka. Tym bardziej było mi smutno, bo jakoś nie przygotowałam się na pożegnanie z bohaterami. 

Wszyscy, którzy serial oglądają wiedzą, że Jason Sudeikis przyłożył rękę do sukcesu produkcji. Trudno nie darzyć sympatią granego przez niego Teda. To człowiek, który decyduje się zawsze widzieć dobre strony w drugiej osobie. Jest zarazem naiwny, a uśmiech, który widzimy na jego twarzy, skrywa wiele obaw i niepewności. W ostatnim sezonie Ted kontynuuje terapię, a my kibicujemy mu w dążeniu do poprawy zdrowia.

Jednak to nie tylko Lasso sprawia, że ten serial jest tak dobry. W finałowym sezonie sporo jest postaci, które zyskują świetne wątki. Wygrywa królowa Rebecca, która wnosi tyle klasy i uroku, że trudno oderwać od niej wzrok. Cieszy jej każda wspólna scena z Keeley – charaktery, które na pierwszy rzut oka nie zapowiadają przyjaźni, idealnie balansują się na ekranie, ich rozmowy są szczere, pełne wsparcia. Drużyna piłkarska też ma świetny klimat, oczywiście na czele z komediową perełką, Kentem. Jamie natomiast zyskuje w tym sezonie order uśmiechu. Zdecydowanie bohater, który przeszedł najciekawszą przemianę na przestrzeni tych trzech sezonów.

Serial ma kilka momentów, które mnie odstręczają – cała akcja z nigeryjską klitką czy postać Bearda w ogóle mnie nie przekonują. Jednak tyle jest tu cudownych rzeczy, że szybko udaje mi się zapomnieć potknięcia i skupić tylko na mocnych stronach. Których jest całe mnóstwo i to dla nich warto ten serial obejrzeć.


Barry (2018-2023)

twórca: Bill Hader, sezony: 4, dostępny na HBO MAX


O Barry'm już kilkukrotnie pisałam, więc będzie trochę krócej. Nie mogłam go jednak ominąć w tym wpisie, bo ten serial najbardziej zaskakiwał na przestrzeni wszystkich sezonów. Zaczęło się od komedii o seryjnym zabójcy, który zapisuje się na lekcje aktorstwa. Pomysł zacny i zebrał grono widzów potrzebne do kontynuowania tej opowieści. Twórcy szykowali dla nas o wiele więcej niż na początku zapowiedzieli.

Barry to opowieść o walce z własnym sumieniem. I ten temat widoczny jest już w pierwszych sezonach, ale dopiero w ostatnim twórcy bawią się ideą wybaczenia. Jest to widoczne przede wszystkim w kontekście głównej postaci, ale tak naprawdę każdy bohater walczy ze swoimi demonami. Mamy takich, którzy chcieli się uratować, poświęcając miłość swojego życia. Mamy tych, którzy porzucają odgrywaną latami rolę i stają się tym, kim zawsze mieli być. Ale są też Ci, których niszczy własne ego i pogoń za sławą. Nie spodziewałam się, że w takim serialu znajdziemy tyle ciekawych perspektyw. Chociaż wraz z tymi tematami przyszła też spora dawka mroku. Od początku finałowego sezonu czuć, że to już od dawna nie jest komedia. Chociaż czasami zdarzy się zabawna scena, to każdy bohater przeżywa swój dramat, stara się jakoś poradzić z sytuacją, w której się znalazł. W poprzednich sezonach wiele uchodziło im na sucho, więc w tym ostatnim za to płacą. Przyznaję, że momentami ten ciężki klimat mnie męczył, dlatego też oglądanie finałowego sezonu zajęło mi sporo czasu.

Bill Hader stworzył niesamowitą historię, wyreżyserował wiele odcinków i zagrał główną rolę. Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra. Szczególnie, że jego nazwisko może być bardziej kojarzone z komedią, zasłynął dzięki Saturday Night Live. Jednak w Barry'm pokazuje, że stać go na wiele więcej. Masa dobrej roboty, która się opłaciła.


Jeszcze nigdy... (2020-2023) 

twórczynie:  Lang Fisher, Mindy Kaling, sezony: 4, dostępny na Netflix


O Jeszcze nigdy... też już kiedyś pisałam na blogu. Wystarczyło mi usłyszeć, że współtwórczynią jest Mindy Kaling, a już byłam przeświadczona o jego jakości. Trudno szukać dla niego konkurencji wśród seriali dla nastolatków. (Dobra, nie oglądam za wiele młodzieżowych seriali, ale ten naprawdę się wybija). Nie ominie nas tutaj cała masa typowych tropów. Będzie bal studniówkowy, umawianie się na korepetycje, główna bohaterka rozdarta między uczuciem do dwóch chłopaków, konflikt z rodzicielką. Jeszcze nigdy... radzi sobie z tymi tematami w sposób, który jest nowatorski i po prostu napawa ciepłem.

Moim zdaniem największa siła tego serialu to opowieść o rodzinie. Rodzice Devi przyjechali z Indii, żeby dać sobie szansę na lepsze życie. Można powiedzieć, że wszystko układało się jak w bajce do czasu śmierci ojca Devi. To wtedy zaczyna się serial, a my śledzimy poczynania dziewczyny, na drodze do przepracowania traumy. W ostatnim sezonie Devi skupi się na dostaniu się do wymarzonej uczelni, chociaż oczywiście nie ominiemy tematu licealnych zalotów.

Twórcy postarali się o to, żeby każdy z bohaterów dostał godne zakończenie. Jest bardzo cukierkowo, postaciom sporo się wybacza, wiele im się magicznie przytrafia, ale to właśnie siła tego serialu. Oglądamy go, żeby poczuć się lepiej, cieszyć się tym, że mamy bliskich obok. Nawet jeżeli bohaterowie natrafiają na przeszkodę, to albo się na niej uczą albo znajdują dzięki niej lepszą drogę.




czwartek, 10 listopada 2022

„Sandman” komiks vs. serial – czy udało się przenieść tę historię na ekran?

Ekranizowanie kultowych dzieł z gatunku fantastyki nie należy do najprostszych zadań. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu twórcy filmowi i telewizyjni preferują przenosić na ekrany fantastykę młodzieżową. Możliwe, że gwarantuje to bardziej zaangażowaną i wierną młodszą widownię, a zarazem nie kosztuje tyle, co wyprodukowanie serialu high fantasy. Udało się to w przypadku Cienia i kości, Pamiętników wampirów, Shadowhunters czy The 100, które oglądały rzesze fanów gatunku, często nastolatków. Jeżeli jednak mówimy o tytułach, którym bliżej do epickiego fantasy, to opcje są raczej ograniczone. Dostaliśmy genialną ekranizację Gry o tron, ale poza tym większość produkcji nie wypaliła. Przykładem może być Miecz prawdy na podstawie książek Terry'ego Goodkinda. Osobiście serial oglądałam z wypiekami na twarzy ze względu na świetny pomysł na świat przedstawiony, rządzące nim prawa i głównych bohaterów. Jednak na poziomie produkcji Miecz prawdy do wybitnych nie należał. Podobnie było z Kronikami Shannary na podstawie książek Terry'ego Brooksa. Serial zapowiadał się bardzo dobrze, ale czegoś przy produkcji zabrakło i skończył się po dwóch sezonach. 

Z ekranizacjami prozy Neila Gaimana jest chyba jeszcze trudniej. Jego książki opierają się na specyficznej stylistyce, zaskakujących rozwiązaniach fabularnych, nieoczywistych połączeniach, często opartych na mieszance różnych mitologii. Do tej pory doczekaliśmy się ekranizacji Gwiezdnego pyłu (książka i film w sporym stopniu się od siebie różnią), serialowej wersji Amerykańskich bogów (niestety, serialowi daleko do geniuszu pierwowzoru), animacji Koraliny (film jest bardzo dobry, ale w tym przypadku nie znam oryginału) i serialu Dobry omen, chyba najlepiej oddającego ducha Gaimana i Pratchetta (tę książkę napisali wspólnie). Kiedy ogłoszono wieść o rozpoczęciu prac nad Sandmanem moją pierwszą reakcją była czysta radość. Jednak już przy pierwszych zapowiedziach zaczęłam czuć nutkę sceptycyzmu. Zdjęcia zapowiadały coś, co wyglądało na zbyt grzeczne, a rewolucyjnemu komiksowi do takiej grzeczności bardzo daleko.


Komiksy (tomy 1-4)

Kiedy serial pojawił się na Netfliksie pierwsze co zrobiłam to sięgnęłam po komiksy. Na półce miałam łącznie cztery tomy, z czego jedynie pierwszy już czytałam (pisałam o nim tutaj). Drugi tom, czyli Dom lalek, okazał się dobrym sposobem na przypomnienie sobie postaci, oryginalnej kreski i świetnych pomysłów Gaimana. W opowieść wkraczamy w miejscu, gdzie autor zostawił nas na końcu poprzedniego tomu. Sandman, władca krainy snów, po odzyskaniu swoich atrybutów, skupia się na ogarnięciu spraw, nagromadzonych podczas jego nieobecności. Będzie musiał poszukać zaginionych demonów, a ponadto pojawiają się w Śnieniu plotki o budzącym grozę Wirze.

Znowu jest kilka takich epizodów, po których zbieramy szczękę z podłogi. Przede wszystkim w pamięci zostaje ten ze zjazdem fanów płatków śniadaniowych. Komiksy czyta się błyskawicznie, więc szybko przeszłam do trzeciego, a później czwartego tomu. Znając dalszą historię muszę stwierdzić, że drugi tom wypada dość blado. W trzecim brakuje jakiegoś wiodącego wątku, to raczej zestaw krótkich historii. W tym Gaiman jest akurat świetny i pokazuje możliwości swojej wyobraźni. Raczy nas opowieścią o kotach, które kiedyś rządziły światem czy wystawianiem sztuki Sen nocy letniej przed prawdziwym Oberynem i Tytanią. Jednak nic się nie umywa do tomu czwartego, gdzie w końcu wyłonił się wątek przewodni, który po prostu wymiata. Gdybym miała więcej tomów Sandmana na półce na pewno wciągnęłabym wszystkie, ta historia tak się rozkręca. I na pewno się w kolejne zeszyty uzbroję.

Komiksy vs. serial

W serialu zekranizowana została historia z dwóch tomów. Dodatkowo, otrzymaliśmy odcinek specjalny, z krótkimi opowiadaniami z tomu trzeciego. Okazuje się, że ekranizacja komiksu jest bardzo wierna pierwowzorowi. Nad całością czuwa sam Gaiman – widać, że pilnował produkcji i chyba jest dumny z osiągniętego efektu. Ja przyznaję, że do czystej ekstazy mi trochę brakuje, bo mam coś do zarzucenia, ale zdecydowanie wyszło lepiej niż się spodziewałam. 

źródło

Casting

Zacznijmy od najmocniejszej strony, czyli castingu. Przede wszystkim postać Morfeusza, której najbardziej się obawiałam. W komiksie jest to mistyczny bohater, z oczami pełnymi gwiazd i lekko niebieskawą skórą. W serialu wygląda dość... zwyczajnie. Chłopak z bałaganem na głowie, noszący dobrze skrojony czarny płaszcz. Jednak w wykonaniu Toma Sturridge w magiczny sposób to działa. Aktor oddaje Morfeuszowi sprawiedliwość, jest wycofany, cichy, ale jednocześnie pełen siły, momentami niepewny, czasami chłodny, ale szukający kontaktu z drugą osobą. Wszystko to zgadza się z obrazem Sandmana, który zbudowałam sobie w głowie po przeczytaniu komiksów. Podobnie z postaciami drugoplanowymi, nawet jeżeli różnią się trochę od tych przedstawionych w komiksie, to zachowana została ich esencja – cudowna jest Gwendoline Christie jako Lucyfer, świetni Mason Alexander Park jako Pożądanie. Twórcy wybierając grono rodzeństwa Morfeusza wiedzieli co ich czeka w przyszłych tomach, z pełną świadomością wybrali najlepszych z najlepszych. Bardzo mnie to cieszy w perspektywie kolejnych sezonów.

Zmiany płci

Wielu widzów narzekało na zmiany wprowadzone w serialu, szczególnie w kontekście wyglądu/płci aktorów. Zupełnie tych zarzutów nie rozumiem, już nawet biorąc pod uwagę, że to fantastyczny świat, nad którym piecze trzyma autor pierwowzoru. Dodatkowo, głosy oburzenia można zrozumieć, jeżeli ktoś zobaczy jak dany aktor gra, ale w tym przypadku burza rozpętała się już przy ogłoszeniu obsady. Okazało się jednak, że te zmiany wypadły naprawdę satysfakcjonująco – Lucyfer i Pożądanie to jedne z najbardziej intrygujących postaci, a Śmierć wypadła tak sympatycznie jak jej pierwowzór. Damska wersja Constantine'a również podbiła moje serce, szczególnie, że Jenna Coleman w tej roli jest harda i trochę bezczelna, dzięki czemu od razu przykuwa uwagę.

źródło

Poszczególne odcinki / Wierność oryginałowi

Jeżeli chcemy rozmawiać o ciągłości serialu, porównując do siebie różne odcinki, to trzeba przyznać, że pierwszy sezon jest nierówny. Z jednej strony – ma to sens, bo poszczególne zeszyty Sandmana też się od siebie różnią, jedne zachwycają mocniej, drugie trochę mniej. I tak jak komiks nie był najmocniejszy w tomie Dom lalki, tak w serialu zauważalny jest spadek jakości gdzieś od siódmego odcinka. To wtedy zakończyła się historia z pierwszego tomu komiksu, w której śledziliśmy perypetie wyzwolonego Morfeusza, który odzyskuje swoje atrybuty i przenosimy się do opowieści o Rose Walker. Dziewczyna jest Wirem, stanowiącym niebezpieczeństwo dla Śnienia, dlatego Sandman jej poszukuje. Rose budzi również zainteresowanie Koryntczyka, który chce użyć jej siły, żeby wyzwolić się od Morfeusza. Postać koszmaru w postaci Koryntczyka to jeden z najsilniejszych elementów tej części opowieści. Niestety, poza nim, w wielu momentach ta historia budzi znużenie. Na pocieszenie, uważam, że to również słabiej działało w komiksie, więc jest nadzieja, że kolejne wydarzenia w serialu będą bardziej angażujące, tak jak rozwija się to w powieści graficznej.

Różnic jest kilka: John Dee w serialu przedstawiony został trochę mniej złowieszczo i poświęcono więcej miejsca na wyjaśnienie jego motywacji; w komiksie to demon Choronzon walczy z Morfeuszem w piekle, a nie Lucyfer; postać Koryntczyka pojawia się wcześniej i poświęcono jej więcej miejsca w serialu. Uważam, że wszystkie te zmiany były naprawdę niewielkie, a wpłynęły na całość bardzo pozytywnie. Mam cichą nadzieję, że w przyszłych sezonach twórcy pozwolą sobie na więcej takich odstępstw.

źródło

Technikalia

Jak już wspomniałam, przenieść Sandmana na ekran nie jest łatwo. Komiks pozwala na sporo wizualnej zabawy, praca grafików robi spore wrażenie. Obrazki pozwalają czytelnikom wczuć się w mroczny klimat świata przedstawionego. Serialowa wersja ucierpiała na próbie przenoszenia ich 1:1 – przykładowo sny współlokatorów Rose Walker na papierze wypadały dużo ciekawiej. Nie znaczy to, że wszędzie jest źle, bo przykładowo projekt krainy snów w serialu wypadł świetnie. Mam jednak wrażenie, że momentami zatraca się magia. Może jest to kwestia zbyt wiernego trzymania się oryginału, twórcy boja się zaszaleć. Zadanie mają trudne – połączenie śnienia ze światem przebudzonym i ten przedziwny miks bohaterów: bogowie, koszmary, ludzie, demony. Dla mnie wypadło to momentami zbyt poprawnie.

Na szczęście okazuje się, że Sandman otrzymał zielone światło dla drugiego sezonu. Cieszy to niezmiernie. Z tego co już wyżej wypisałam: historia w kolejnych tomach daje spore pole do popisu, a obsada dobrana jest genialnie, więc ma to duży potencjał. I jeżeli mogłabym na coś liczyć, to marzyłoby mi się więcej szaleństwa w obszarze wizualnym i muzycznym. Trzymam kciuki i na pewno obejrzę kolejne odsłony Sandmana.

sobota, 10 września 2022

Seriale komediowe na poprawę humoru [Netflix, HBO Max, Amazon Prime, Apple TV, Disney+]

Nadszedł dla mnie czas długo wyczekiwanego urlopu. Towarzyszy mi nadzwyczajnie pozytywny nastrój, którym postanowiłam się w jakiś sposób podzielić. Wybór padł na zrobienie krótkiej listy seriali podnoszących na duchu, które luźno pogrupowałam w poniższe kategorie. 

Ogólnie: co oglądać i gdzie oglądać, żeby poprawić sobie humor.


1) O przyjaźni


  • Jess i chłopaki [Disney Plus]
  • Przyjaciele [HBO Max]
  • Grace i Frankie [Netflix]

Pierwsza grupa, to tytuły, do których można wracać w nieskończoność – wystarczy wybrać jakikolwiek odcinek i cieszyć się ponownym spotkaniem z bohaterami. To historie, w których sercu znajduje się opowieść o relacjach przyjaciół. Może to być większa grupka, jak w Przyjaciołach czy w Jess i chłopaki, a może być dwójka bohaterek, jak w przypadku Grace i Frankie. W serialach tych humorystyczne sytuacje oparte są często na zderzeniu postaci z mocno różniącymi się charakterami. Odnosi się to do wszystkich wymienionych tytułów, ale dla przykładu: w Jess i chłopaki Schmidt to pewny siebie, ambitny facet z bezwstydnym poczuciem humoru, a jego najlepszym przyjacielem jest leniwy, sarkastyczny, a do tego supermiły Nick. Ich współlokatorką w pierwszym odcinku zostaje ekscentryczna, słodka, pozytywnie nastawiona do życia Jess. Jesteśmy świadkami rozwoju ich przyjaźni, a w tle jest całe mnóstwo zabawnych sytuacji. Zarazem rozgrywają się wydarzenia, które testują relacje między bohaterami, utwierdzając ich w przekonaniu, że na prawdziwych przyjaciół zawsze można liczyć. 

2) O rodzinie


  • One day at a time [Netflix]
  • Współczesna rodzina [Disney Plus]

Kiedy zatęsknimy za domem rodzinnym to warto sięgnąć po seriale, w których śledzimy historię członków jednej familii. Mam wrażenie, że jak byłam nastolatką, to pełno było takich seriali w ramówce: nie tylko zagraniczne, jak Różowe lata 70, ale też rodzime, chociażby Rodzina zastępcza. Przeglądając listę tytułów, które niedawno oglądałam, znalazłam dwa tego typu seriale. Pierwszy to One Day at a Time, o którym niewiele się niestety słyszało w mediach, aż w końcu został anulowany. Ogromna szkoda, bo to jedna z tych ciepłych, rozgrzewających serducho opowieści, a szczególna w tym zasługa sprawnie nakreślonych relacji między członkami rodziny. Oglądanie poczynań samotnej matki, która wychowuje dwójkę nastoletnich dzieci, mając na głowie ich ekscentryczną babcię (cudowna Rita Moreno) to czysta przyjemność. Pustkę po tym serialu zapełniła mi na dłuższy czas Współczesna rodzina, bo to aż jedenaście sezonów do nadrobienia. Oryginalna rodzinka, która rozrasta się wraz z kolejnymi sezonami to źródło niekończących się żartów. Natomiast Phil Dunphy to jedna z najlepszych komediowych postaci w historii, a powracające co sezon odcinki walentynkowe zawsze potrafiły dostarczyć niezapomnianych wrażeń.

3) Abstrakcyjne


  • Co robimy w ukryciu [HBO Max]
  • Dobre miejsce [Netflix]

W przypadku takich seriali można powiedzieć, że są dwie szkoły – albo twórcom się uda albo poniosą sromotną klęskę. Zdecydowanie się na dziwaczny pomysł wyjściowy to już odważny krok, dlatego trzeba dopilnować, żeby kwestie scenariusza, obsady i technicznego wykonania były na odpowiednim poziomie. W przypadku dwóch zaproponowanych przeze mnie tytułów, twórcom się udało. Co robimy w ukryciu powtórzył sukces filmu o tym samym tytule, rozwija pomysł mockumentu, w którym śledzimy poczynania wampirów mieszkających na Staten Island w Nowym Jorku. Trójka krwiopijców, jeden sługa i jeden wampir energetyczny to grupa, która nie zawodzi i od czterech sezonów dostarcza frajdy, a twórcy nie boją się decydować na odważne kroki fabularne (uśmiercenie bohatera, który wraca jako błyskawicznie rosnące dziecko – nie ma problemu!). Innym przykładem jest Dobre miejsce, o którym dłużej pisałam już kiedyś, ale niezmiennie polecam. Rozwinięcie pomysłu życia pośmiertnego w idyllicznym miejscu dostarcza (oprócz przyjemności z oglądania) kilka przykładów ciekawych rozważań na tematy społeczne. Warto obejrzeć!

4) W miejscu pracy


  • Ted Lasso [Apple TV]
  • Biuro [HBO Max/Amazon Prime/ Netflix]
  • Parks and recreation [HBO Max]
  • Brooklyn 9-9 [Netflix]

Któż by się spodziewał, że miejsce pracy może być tak dobrym materiałem do komedii. W tej grupie znajdują się seriale, które najbardziej potrafią mnie rozśmieszyć. Na czele z królem sitcomów, czyli Biurem. Pisałam o nim więcej tutaj, mogę tylko potwierdzić, że to najlepszy serial komediowy, jaki oglądałam. Brooklyn 9-9, którego akcja ma miejsce na posterunku policji potrzebuje trochę czasu na rozkręcenie, ale po obejrzeniu jednego sezonu człowiek zaczyna przepadać za tymi bohaterami. Szczególnie, że znowu starcie różnych charakterów postaci pozwala na masę zabawnych sytuacji. I te cold openingi są strzałem w dziesiątkę. Ted Lasso nadrobiłam dość niedawno, ze względu na ilość otrzymanych przez niego nagród, a także poleceń ze strony znajomych. Dużo żartów opiera się na pomyśle zatrudnienia amerykańskiego trenera futbolu jako trenera drużyny piłkarskiej w Anglii. Tutaj jest może mniej przaśnych żartów, to bardziej ciepły kawał telewizyjnego tasiemca. Drugi sezon trochę słabszy, ale przyjemność z oglądania gwarantowana. Na koniec, Parks and recreation, który chciałam zostawić po kilku odcinkach, ale się przemogłam. W tym przypadku im dalej, tym lepiej, nie da się nie pokochać niektórych bohaterów (Ron!), a całość pokazuje, że miejsce pracy może być źródłem znalezienia przyjaciół na całe życie.

5) W połączeniu z kryminałem


  • Zbrodnie po sąsiedzku [Disney Plus]
  • Gotowe na wszystko [Disney Plus]

Jeżeli jesteście fanami kryminałów to też dla Was znajdzie się coś lekkiego i zabawnego. Między innymi Zbrodnie po sąsiedzku, w którym trójka bohaterów próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa popełnionego w ich budynku. Postanawiają założyć na ten temat podcast, a w każdym odcinku przybliżają się do rozwiązania. To stylowy serial, w którym czas spędzamy w otoczeniu śmietanki Nowego Jorku (nie ma co oszukiwać – nie każdego stać na apartament w takim budynku). Szczególnie polecam fanom gatunku true crime. Sama do nich nie należę, ale ogląda się przyjemnie, chociaż przede mną wciąż połowa drugiego sezonu. Ze staroci warto przywołać tutaj Gotowe na wszystko, jeden z tytułów, od którego miłość do seriali dla wielu starszych widzów się zaczęła. Będąc w liceum oglądałam z wypiekami na twarzy. Cudowna czwórka w rolach głównych, morderstwa na przedmieściach, romanse, problemy rodzinne, całe mnóstwo zagadek. Jedyny problem, to że nie wiem jak się zestarzał, bo sama oglądałam dziesięć lat temu, zatem lekko przestrzegam. 

6) Młodzieżowe


  • Sex Education [Netflix]
  • Derry Girls [Netflix]
  • Jeszcze nigdy... [Netflix]
  • Glee [Disney Plus]

W dziale seriali młodzieżowych jest kilka komediowych perełek. Jeszcze nigdy..., którego trzeci sezon udowadnia, że twórcy nadal potrafią sklecić intrygującą historię. Chociaż sam wątek młodzieżowych rozterek Devi, gdzie problem polega na tym, którego chłopaka wybrać, mniej mnie interesuje, to trudno oderwać się od oglądania. Przede wszystkim ze względu na jej relację z matką i wzmianki o zmarłym ojcu, które za każdym razem wzruszają. Trochę się przy nim człowiek popłacze, ale całość nadal jest bardziej komediowa. Inny tytuł wart uwagi to Derry Girls o grupce dziewczyn z Irlandii lat 90tych. Chyba najbardziej śmieszny ze wszystkich wymienionych, czekam na kolejny sezon i pewnie wciągnę przy jednym posiedzeniu. Oprócz tego warto wspomnieć Sex Education, który nie dość, że zabawny i lekki, to jeszcze może choć trochę wypełnić lukę w naszym programie szkolnej edukacji seksualnej. I jeden ze staroci, czyli Glee, który lata temu był moim ulubieńcem, oglądałam te same odcinki po kilka razy. Niestety, z czasem poziom spadł i ostatniego sezonu nie skończyłam oglądać. Za to początkowe są cudowne, obsada świetnie dobrana, a znane utwory w wykonaniu chóru nie mogły mi się znudzić (szczególnie ich mashupy!).

7) Z mocnym charakterem w roli głównej

  • Fleabag [Amazon Prime]
  • Wspaniała pani Maisel [Amazon Prime]
  • Barry [HBO Max]

Wiele z wymienionych wyżej seriali jest tak świetnych ze względu na zderzenie różnych bohaterów. Czasami jednak wystarczy jedna postać, która potrafi całość wynieść na wyższy poziom. Zaczynając od Fleabag, do którego miałam dwa podejścia, bo za pierwszym jakoś nie załapałam klimatu. Za drugim się zachwyciłam. Phoebe Waller-Bridge gra tutaj główną rolę, napisała scenariusz i w ogóle stworzyła serial zupełnie inny niż wszystkie. Jest to obraz raczej słodko-gorzki, czarna komedia. To przykład jak z wyczuciem korzystać z efektu burzenia czwartej ściany, wychodzi to naprawdę genialnie. Barry, którego powstały już trzy sezony, nadal nie zawodzi. Z jednej strony jest to komedia, ale traktuje o byłym żołnierzu, który walczy z demonami przeszłości. Próbuje szukać ukojenia w teatrze, ale ciemna strona go wabi, więc szybko ląduje w środku potyczek między Czeczenami i Boliwijczykami. Pięknie się ten serial rozwija, jest zabawnie, ale też mrocznie, a twórcy dobrze między tymi dwoma stronami balansują. Ostatni tytuł na liście to Wspaniała pani Maisel, który tak dobrze się ogląda właśnie ze względu na tytułową bohaterkę, której standupowe występy nie chcą się znudzić. To najbardziej lekki z wymienionych w tej kategorii, ma też rozwinięty wątek rodziny bohaterki, ale to jednak ona jest tutaj główną gwiazdą. Na leniwy wieczór jest to wybór idealny.


Zostaje mi wciąż cała masa komediowych seriali do nadrobienia. Ciągle chcę zobaczyć BoJack Horsman, Dziewczyny, Teorię wielkiego podrywu czy Jak poznałem Waszą matkę. To dobrze, że wciąż zostały mi tytuły, które mogą poznać. Z drugiej strony, w razie napadu gorszego humoru zawsze mogę wrócić do któregoś z seriali opisanych wyżej.

Jakie są Wasze typy komediowych seriali?

sobota, 16 lipca 2022

„Stranger Things” i „Hamilton” przypominają czym jest dobra zabawa przed telewizorem

„Stranger Things” sezon 4 (2022), Netflix

Na nowy sezon Stranger Things czekaliśmy tak długo, że właściwie zdążyłam zapomnieć jak ja ten serial ubóstwiam. Kiedy pojawiały się zapowiedzi to czułam lekką ekscytację, obejrzałam zwiastun, ale nie szukałam dodatkowych informacji ani nie nastawiałam się na coś epickiego. Po premierze minęło dobrych kilka dni zanim zdecydowałam się włączyć pierwszy odcinek i na pewno nie byłam przygotowana na dawkę emocji, która finalnie towarzyszyła mi podczas oglądania.

źródło

Warto ustalić jedną rzecz – to nie jest tak, że wszystko mi w tym sezonie pasowało. Nawet wręcz przeciwnie, bo miałam problem z wieloma wątkami. Niektóre postaci zostały potraktowane po macoszemu, co najbardziej widać w przypadku Jonathana Byersa. Jego historia w tym sezonie to palenie trawki i znaczące spojrzenia w stronę brata. Niewiele miał chłopak do zagrania. I właściwie cała ekipa z pizzowego vana wypada blado, ich część spowalnia akcję. Szkoda, bo postaci Mike'a i Willa to jednak mocny trzon Stranger Things, smutno byłoby stracić zainteresowanie ich losami. Wątek Hoppera bywa angażujący, szczególnie w scenach prób ucieczki z więzienia. Co prawda zrobił się z niego trochę niezniszczalny superbohater, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Jedenastka ma swoje mocniejsze i słabsze momenty, a jej wątek nabiera rozpędu im bardziej zbliżamy się do finału. I okazał się niezbędny do wyjaśnienia pochodzenia antagonisty sezonu, czyli Vecny. Widać, że twórcy chcą tę historię doprowadzić do sensownego finału i powoli czyszczą wątki, dopowiadając przeszłość. Dla mnie kilka pomysłów na Vecnę sprawdziło się cudownie, jak jego fascynacja pająkami, która przekuła się w znany nam kształt. Żałuję, że bardzo pobieżnie wyjaśniono jego motywację do zostania antybohaterem. Pojawiła się wzmianka o chęci zostania predatorem, a zabrakło mi zagłębienia się w jego pierwotny motyw. Chociaż w momentach, w których mam ochotę się do czegoś przyczepić, przypominam sobie co ja właściwie oglądam. Przecież Stranger Things to dla mnie przede wszystkim frajda płynąca z tej nostalgicznej podróży w czasie! 

Przechodzę zatem do moich zachwytów, czyli całego wątku w Hawkins. Wszystko, co dzieje się w miasteczku zasługuje na najwyższe oceny i może gdyby reszta wątków miała podobny poziom to sezon czwarty mógłby przeskoczyć w moim rankingu pierwszy. Przede wszystkim od samego początku akcja w Hawkins kręci się na wysokich obrotach, nie ma tam miejsca na nudę. W pierwszym odcinku wprowadzona zostaje nowa postać – Eddie, metalowiec, przewodniczący Hellfire Club, czyli klubu graczy D&D. Chłopak czaruje nas swoją charyzmą aż do ostatniego odcinka. Ta postać zbudowana jest na mocnych fundamentach, w te kilka epizodów przechodzi dobrze uargumentowaną zmianę, wnosi lekkość i zabawę, a jednocześnie ma tak cudownie buntowniczy charakter. W pierwszym odcinku widzimy też, że Max zerwała kontakt z paczką chłopaków (cudownie zabawna scena z zaproszeniem od Dustina), a Lucas zaczął trzymać się z popularnymi dzieciakami z drużyny koszykówki. Zabieg rozbicia paczki, niby schematyczny, sprawnie zbudował napięcie. Z wypiekami czekałam, aż nastąpi ich zjednoczenie. Dopiero w tym sezonie w pełni zrozumiałam jak silną więź zbudowały te postacie w poprzednich częściach. Teraz twórcy mogą odcinać kupony, co robią w najnowszej odsłonie kilkakrotnie. Bardzo często widzimy flashbacki z przeszłości, w których dzieci świetnie się bawią w swoim towarzystwie, dzięki czemu zdajemy sobie sprawę jak wiele ich łączy.

kultowa scena, z jednego z najlepszych odcinków „Dear Billy”, źródło

Moim zdaniem serial Stranger Things rozkochuje widzów z dwóch głównych powodów: pierwszym jest ekipa utalentowanych aktorów, którzy wykreowali niezapomniane postaci, a drugim jest strona techniczna. Co do bohaterów, to czwarty sezon mocno mnie zaskoczył wątkiem Max. Max i Lucas zawsze wydawali mi się takimi pobocznymi postaciami, wspierającymi działania trzonu paczki. Tym razem do nich należały moje ulubione sceny. W rozpisaniu wątku postaci Max wszystko mi się zgadzało, a Sadie Sink zagrała ją przekonująco. Warto znowu wyróżnić Steve'a i Dustina, którzy utrzymują status najlepszej pary serialu, a robią to z typową dla nich lekkością. Eddie, Robin i Nancy to też bohaterowie, którym nie sposób w tym sezonie nie kibicować. Jednak królowe są dla mnie dwie: Sadie Sink i Kate Bush, niezaprzeczalnie. 

Technicznie Stranger Things to po prostu wyższy poziom na etapie produkcji. Jest w tym sezonie kilka takich scen, że człowieka przechodzi dreszcz ekscytacji. Idealny montaż do Running up That Hill, spotkanie Jedenastki z Max czy przejście kamery między jadącymi na rowerach dzieciakami w Hawkins a starszą ekipą w Upside Down. Ale nagroda dla najbardziej czadowej sceny wędruje z czystym sumieniem do metalowego koncertu do Master of puppets! Uwielbiam to, że twórcy dostarczają nam tak kultowe sceny. I serio, dawno się tak dobrze nie bawiłam podczas oglądania czegokolwiek, jak podczas tego sezonu Stranger Things. Śledzenie losów bohaterów niezmiennie wzbudza we mnie emocje, tym razem nie obyło się i bez odrobiny płaczu, i bez krzyczenia w stronę ekranu. Twórcy po prostu przypomnieli mi, za co pokochałam oglądanie seriali!


„Hamilton” (2020), reż. Thomas Kail, Disney+

źródło

Kiedy Disney+ nareszcie pojawił się w Polsce ja miałam jeden cel na horyzoncie – obejrzeć Hamiltona. Jeżeli człowiek interesuje się w jakimkolwiek stopniu kulturą to musiał słyszeć o tej produkcji. Szum medialny zdawał się nie cichnąć, a kiedy w końcu powstała wersja telewizyjna (nagranie spektaklu na żywo) to zgarnęła nagrodę Emmy w kategorii Outstanding Variety Special Pre-Recorded. Pokonała w tej kategorii Bo Burnhama i jego Inside, co zresztą wzbudziło wiele kontrowersji w sieci, bo z jednej strony nikt nie umniejsza Hamiltonowi, a z drugiej fani byli sercem przy Inside. Po obejrzeniu obu rozumiem rozterki, bo te tytuły są rewelacyjne i trudno się złościć na wygraną któregokolwiek.

Z Hamiltonem zrobiłam rzecz, której zwykle unikam – postanowiłam obejrzeć go z grupą znajomych. Zazwyczaj pojawia się wtedy obawa, że niektórym się nie spodoba i będą swoje niezadowolenie głośno wyrażać podczas seansu. Na szczęście okazało się, że poziom produkcji jest tak wysoki, że wszyscy wyszli zadowoleni. I chociaż sporo zostało już o tej produkcji powiedziane, to nie mogłam odpuścić swojej porcji zachwytów. Szczególnie, że w tym roku obejrzałam już kilka nagranych spektakli, za sprawą przygody z National Theatre Online i muszę przyznać, że Hamilton robi największe wrażenie. Chociaż w tej opinii zapewne zawarzyło również to, że ja musicale kocham od dawna, a ten jest ewenementem nawet wśród tego gatunku. Bo wzięcie na warsztat historycznej postaci polityka z XVIII wieku i zrobić z tego połączenie klasycznej historii ze współczesną muzyką i śpiewem, było odważnym posunięciem. I gdybym usłyszała o tym pomyśle to uznałabym go za zupełnie szalony i raczej nie w moim guście. Lin-Manuel Miranda udowodnił, że bardzo, BARDZO w moim.

źródło

Musical złożony jest z niemal 50 utworów, a historię poznajemy jedynie z piosenek, które płynnie przechodzą jedna w drugą. Opowieści o politykach czasami wydają mi się skomplikowane, ale w przypadku Hamiltona wszystko wyśpiewane jest zrozumiale, historyczne wydarzenia przedstawione są w tak angażującej formie, że widz nie ma dość ani przez chwilę. Chociaż trzeba przyznać, że tempo rapowania bywa zabójcze. Oprócz głównego wątku politycznego, w którym Hamilton pnie się po stopniach kariery politycznej, toczy się tutaj kilka ciekawych historii pobocznych. Wątek romantyczny zawiera niektóre z najlepszych utworów, jak Helpless, Satisfied czy Burn. Wszystkie pięknie wyśpiewane przez siostry Schuyler, Angelikę i Elizę. Jak to w musicalach bywa, raczej nie oglądamy długiego procesu poznania i zakochania, widzimy tylko telegraficzny skrót i to w zupełności wystarcza. Pojawia się w Hamiltonie epizodyczna rola króla Jerzego, który wpada zaśpiewać dosłownie kilka piosenek, ale kradnie show za każdym razem. Czysto komediowa część, bezbłędnie zagrana przez Jonathana Groffa, którego kocham od czasów usłyszenia soundtracku do Spring Awakening (polecam!). Najlepszym jednak pomysłem było rozwinięcie wątku Aarona Burra. Jego historia mogłaby być nieszczegółowa, a twórcy mogli postawić go w jednoznacznej roli głównego przeciwnika naszego bohatera. Natomiast rozpisują jego wątek z dbałością o detale, wprowadzają rodzinne tło, dzięki czemu widzimy wiele podobieństw między nim a Hamiltonem (piosenka, w której obaj śpiewają do swoich dzieci).

Przed obejrzeniem Hamiltona wielokrotnie słuchałam soundtracku. Zakochałam się w tych piosenkach, ale starałam się omijać jakiekolwiek wideo ze sceny. Podczas seansu poczułam jak obraz pięknie dopełnia tę muzykę! Wszystko nabrało zupełnie nowego wymiaru, aktorzy w kostiumach z epoki wydobyli z siebie pokłady energii i sprawili, że scena ożyła. Mimo oszczędnej scenografii ciągle miało się wrażenie pełnej sceny, akcja pędziła do przodu, emocje buzowały, a całość była po prostu dynamiczna. Obrazu dopełniła też choreografia, dopracowana co do najmniejszych gestów, ze świetną ekipą tancerzy (można wśród nich wypatrzyć zdobywczynię Oskara za rolę drugoplanową, Arianę DeBose). I chociaż można się zachwycać nad wszystkimi elementami to największe wrażenie pozostawia po sobie tekst sztuki. Miranda zarysowuje intrygujące konflikty, a jego dialogi zaskakują świeżością podejścia do tematu. Podziwiam cięte riposty, których jest tutaj co niemiara. Świetnie sprawdzają się fragmenty, które są powtarzane w różnych momentach historii (za każdym razem jak pada „That would be enough” ściska mnie w piersiach). I powtórzenia są nie tylko w dialogach, ale i w motywach muzycznych, które wciąż powracają, ale z różnym tekstem. Spina się to wszystko w niezapomniane przeżycie. 

I polecam mocno, ale warto może ostrzec, że po seansie człowiek ma ochotę kupować bilet na Broadway!

wtorek, 12 października 2021

Nie tacy znowu superbohaterowie – seriale „Invincible” i „The Boys” (Amazon Prime)

Mamy modę na filmy o superbohaterach – to stwierdzenie już chyba nikogo nie dziwi. Najwięksi fani gatunku potrafią w nieskończoność rozmawiać o tym czy lepsze są dzieła DC czy Marvela, rozważać kto jest najsilniejszym bohaterem, ekscytować się wchodzeniem w kolejną fazę MCU, wyszukiwać specjalne easter eggi w kolejnych filmach i spokojnie czekać na sceny po napisach. Sama lubię te filmy oglądać, chociaż do fanów pewnie mi daleko, raczej traktuje tego typu kino jako przyjemną i niezobowiązującą rozrywkę. Schematów w takich produkcjach jest co nie miara, origin story każdego kolejnego superbohatera wygląda podobnie do jego poprzedników, antagoniści często mają niedostatecznie zbudowane podstawy i o wiele za często skupiają się na chęci zdobycia władzy nad światem. Twórcy próbują nad tymi kulejącymi elementami pracować, co na pewno zachęca do dalszego śledzenia poczynań gatunku. Jedyne co pozostaje niezmienne – nieważne czy historia jest oklepana czy skręca w bardziej oryginalną ścieżkę – wciąż po seansie widzowie wychodzą z kina z uczuciem uwielbienia czy też podziwu dla pozytywnego superbohatera z nadnaturalnymi mocami (nie mówię tutaj o origin story antagonistów, bo to trochę inna bajka). Dlatego tak bardzo doceniam dwa tytuły, do których dzisiaj postaram się Was przekonać.



Invincible (2021-)

sezony: 1

źródło

Na pierwszy ogień pozachwycam się tą szaloną animacją, do której scenariusz powstał na podstawie komiksu o tym samym tytule autorstwa Roberta Kirkmana (co ciekawe, autora słynnego The Walking Dead), którą obejrzeć możecie na Amazon Prime. Właściwie włączyłam ją dlatego, że po prostu lubię oglądać wszelakie baje o superbohaterach, czy tam w klimatach nadprzyrodzonych (w końcu kocham Smoczego księcia czy She-rę, mimo że jestem pewnie sporo za stara na tego typu tytuły). I chyba dlatego przeżyłam to cudowne zauroczenie Invincible, bo wcześniej zupełnie nic o animacji nie wiedziałam. Może od razu zaznaczę, że jeżeli to wprowadzenie wystarczy, to nie czytajcie dalej, tylko bierzcie się za oglądanie, bo wtedy przyjmuje się serial najlepiej.

Z opisu wynika, że Invincible będzie kolejnym origin story superbohatera. Głównym protagonistą jest tutaj Mark Grayson (mówiący głosem Stevena Yeuna, którego możemy znać chociażby z „Minari”). Siedemnastolatek w końcu zaczyna przejawiać supermoce i może zacząć trening pod czujnym okiem swojego ojca, najsłynniejszego obrońcy Ziemi, Omni-Mana (tutaj głosu użycza cudowny J.K. Simmons). No i z taką wiedzą człowiek ogląda sobie spokojnie pierwszy odcinek. Na początku dostajemy wszystko, czego byśmy oczekiwali: nastolatka z ambicjami do ratowania świata, ale borykającego się z typowymi dla wieku bolączkami, zdarzy mu się wdać w bójkę w szkole, zauroczy się dziewczyną ze swojego liceum, będzie się kłócił z rodzicami. Wszelkie podstawy gatunku coming-of-age zostaną tutaj odhaczone. I wtedy, pod koniec pierwszego odcinka, dostajemy niezłą bombę! Nagle nasze myślenie o serialu ulega zmianie, wiemy już, że to serial skierowany raczej do dorosłego widza i niekoniecznie to będzie standardowa historia dorastania kolejnego superbohatera.

Świetnie sprawdza się tutaj taka klasyczna kreska, animacja jest dynamiczna i pełna kolorów, daleko jej do mrocznego klimatu The Boys. Jednocześnie w tych jasnych i wyraźnych barwach tym mocniej oddziałują sceny brutalne, w świetle dnia okrutna śmierć potrafi zostawić człowieka w szoku. W ogóle zaskoczenia to mocny atut Invincible. Często się zastanawiamy po której stronie stoi dana osoba i czy jest opcja, że tę stronę zmieni. I nic tutaj nie jest pewne. Przede wszystkim jednak, Invincible to masa dobrej zabawy w świecie superbohaterów, na której trudno się nudzić.


The Boys (2019-)

sezony: 2

źródło

Z tytułem The Boys historia jest zupełnie inna. O nim po premierze było bardzo głośno w serialowym świecie i opowiadano o nim w samych superlatywach. Powstał na podstawie komiksów stworzonych przez Garth Ennis i Daricka Robertsona. Patrząc na zdjęcia i materiały promocyjne, wiedziałam że to może być serial dla mnie, ale wciąż nie mogłam się przemóc, żeby włączyć pierwszy odcinek. Chyba trochę bałam się, że będzie to mroczny i po prostu cięższy kawałek „rozrywkowej” telewizji. I cóż, taki właśnie był.

The Boys prezentuje wszystko to, czego fani produkcji o superbohaterach oczekują. Grupa postaci z super mocami, zwana Siódemką składa się z Maeve, wojowniczki mocno przypominającej Wonder Women, superszybkiego A-Traina, rozmawiającego z rybami The Deep, a na czele stoi Homelander, który jest takim połączeniem Kapitana Ameryki z Supermanem. Odziany w patriotyczne barwy, strzelający laserami z oczu, niepokonany blondas z uśmiechem i wciąż powielanym zdaniem: „Zapomnijcie o nas, to WY jesteście prawdziwymi bohaterami”. Jak szybko się przekonujemy, nasi superbohaterowie tak naprawdę są skorumpowani i brutalni, działają ponad prawem i wszystkie haniebne czyny uchodzą im płazem. Przykład: A-train pędząc przez miasto przebiega przez Robin, po której zostają jedynie ręce. Ręce, które w chwili śmierci trzymał jej partner, Hughie. I to właśnie to wydarzenie wprawi w ruch fabułę, bo Hughie w ramach zemsty zapragnie zrzucić supków z piedestału.

Wydaje mi się, że jeżeli miałabym wskazać na największy plus serialu to byliby to główni bohaterowie. Dawno nie widziałam na ekranie tak cudownie pokręconej postaci jak Homelander. Bohater, który jest uwielbiany przez tłumy, taki obrazek największego patrioty, a pod spodem ma tyle brudu, że ciężko go za tę grę przed kamerami nie kochać. Serio, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale na tę postać chce się patrzyć, mimo że za każdym razem powtarzam sobie, jaki to on jest nienormalny. Ekscytuje każda scena z jego udziałem, kocham jak jest zagrany, kocham jak jest rozpisany. Naprawdę to główny antagonista serialu, a ja mam nadzieję, że zostanie z nami jak najdłużej. Z drugiej strony mamy też Butchera, z którym niby sympatyzujemy, ale który też ma swoje za uszami. Jednak jego sposób bycia i zaangażowanie sprawiają, że świetnie sprawdza się jako przeciwnik Homelandera. Oprócz nich trudno nie polubić Frenchiego i tajemniczej supki, która dołącza do chłopaków. Niestety, rozczarowuje pociągnięcie wątku Hughiego i Starlight, po kilku odcinkach ich sceny zaczynają być mdłe i w drugim sezonie zdecydowanie obniżają poziom całości. Podsumowując, jest to tego typu serial, w którym kochamy jedne sceny, a rozczarowujemy się innymi, przede wszystkim z powodu występujących w danym epizodzie bohaterów.


Oba seriale wprowadzają powiew świeżości do gatunku produkcji o superbohaterach i chociaż wiele pomysłów mają podobnych, to wykonanie już mocno się różni. Brutalność jest na podobnym poziomie, sama właściwie za gore w ogóle nie przepadam, ale w przypadku tych dwóch seriali przymykam oko na ten przesadzony rozlew krwi. Wydaje mi się, że The Boys uderza jednak mocniej, bo to w końcu live-action, a nie animacja, ale pomysły w Invincible na powalenie przeciwnika też potrafią mocno wstrząsnąć. W kwestii postaci to The Boys może pochwalić się wspaniałymi głównymi bohaterami, ale wielu pobocznych jest nijakich, szczególnie ten wspomniany pomysł na poprowadzenie wątku Hughie i Starlight, który szybko się wytraca. Natomiast w Invincible brakuje słabych ogniw, nieważne czy mówimy o głównych bohaterach, czy osobach zupełnie pobocznych, a dodatkowo sporo jest tutaj postaci typowo komediowych. Oba seriale spełniają nadal funkcję „rozrywkową”, przepełnione są akcją i posługują się humorem (ten w The Boys jest o wiele bardziej mroczny, natomiast w Invincible dużo lżejszy, skupiający się na kreowaniu bohaterów, jak bliźniaków, kłócących się o to, kto jest czyim klonem). Innym ciekawym punktem wspólnym jest podejście do superbohaterów we współczesnym świecie, przepełnionym zachwytem nad mediami społecznościowymi. W tym wypadku o wiele głębiej temat eksploruje The Boys, w którym kilka memów potrafi zmienić miejsce supka w rankingu.

Jeżeli miałabym wybrać tylko jeden z tych tytułów, to mi bliżej do Invincible, przez to że oprócz rozważań na temat osób posiadających zbyt dużą władzę niż reszta społeczeństwa, jest także bardzo bliski codziennym rozterkom. Mark przechodzi kryzys tożsamości, musi zdecydować jakim człowiekiem chce zostać, a na dodatek ma niezwykle ciekawe relacje z rodzicami i równieśnikami. Oprócz tego oczywiście, całość jest dla mnie łatwiej przyswajalna niż na siłę mroczni The Boys. Chociaż zaznaczam, że na pewno będę kontynuować przygodę z obydwoma tytułami. I jeżeli czyta to jakiś fan DC czy Marvela – Was najserdeczniej zachęcam do zapoznania się z tymi serialami.

piątek, 6 sierpnia 2021

Koronowane głowy, czyli seriale „Wielka” (HBO) i „The Crown” (Netflix)

Seriale, których fabuła skupia się na postaciach rządzących – obojętnie czy królach, cesarzach, imperatorach czy politykach – powstają od lat i wciąż cieszą się sporą popularnością. Zmieniają się za to trochę oczekiwania widzów. Niegdyś oglądanie przedstawienia fragmentu historii właściwie wystarczało, widzowie mogli nacieszyć oko pięknymi kostiumami i podziwiać dbałość o szczegóły oddania realiów zamierzchłych czasów, a przy okazji nauczyć się czegoś nowego bądź odświeżyć wiedzę na temat wydarzeń z przeszłości. Obecnie, twórcy muszą się już trochę bardziej postarać, żeby wzbudzić zainteresowanie, bo filmów o Katarzynie Wielkiej czy Żelaznej Damie powstało już przynajmniej kilka. Jednak ewidentnie pole do manewru jest nadal spore, a nowe produkcje często potrafią zaskoczyć i znajdują swoją niszę na rynku. W przypadku tytułów Wielka i The Crown udało się zyskać światowy sukces, a nominacje do nagród i zdobyte statuetki potwierdzają, że dobry serial o władcach nadal jest w cenie.

Wielka to serial komediowy, opisujący dzieje Katarzyny Wielkiej na dworze Piotra, od momentu jej przyjazdu do Rosji. Już na samym początku, przy pojawieniu się tytułu możemy przeczytać uwagę, że historia ta jest częściowo prawdziwa. Po kilku minutach wiemy dlaczego – twórcy w tym przypadku zamiast trzymać się suchych faktów obrali ścieżkę mocno prześmiewczą w celu ponownego przedstawienia historii życia Katarzyny. Żarty sypią się tutaj gęsto, niemal tak często jak pojawiają się trupy, seks, posoka i inne płyny. Jest obrzydliwie, gorsząco, humor trzyma poziom mocno rynsztokowy, ale wszystko to jest częścią konwencji. A jak to z konwencjami bywa – do jednych ona trafi, a pozostałych odrzuci.

Spory miałam problem z tym serialem, bo z jednej strony bardzo go chciałam pokochać i uważam, że dobrze radzi sobie z kwestiami, które chce poruszyć, a z drugiej nie potrafiłam przekonać się do tego humoru. Mocno utrudnia to ocenę, bo obiektywnie potrafię wymienić sporo plusów, ale nie zmienia to faktu, że mnie osobiście nie zachwycił. Właściwie do oglądania przekonało mnie to, że serial ma tylko dziesięć odcinków, więc nie pochłonie dużo mojego czasu. Postanowiłam więc spożytkować ten czas na wyszukiwaniu mocnych stron Wielkiej. Jak wspominałam, tych trochę jest, zaczynając od scenografii i kostiumów. W tej kwestii mamy do czynienia z przepychem, dbałością o szczegóły, różnorodnością – już samo patrzenie na kostiumy Katarzyny przyprawiało mnie o dziką ochotę paradowania w tego typu sukniach. Te gorsety, te kolory, ta objętość, no po prostu cud, miód, malina. Trzeba tutaj zauważyć, że wszystko pięknie dobrane do konkretnych postaci, bo suknie dam dworu różniły się znacznie od tych noszonych przez Katarzynę.

Jednym z największych atutów Wielkiej jest obsada, która w danej konwencji czuje się swobodnie i daje popis swoich umiejętności komediowych. Elle Fanning udowadnia, że jest aktorką młodego pokolenia, której karierę warto śledzić. Jako Katarzyna jest pełna słodyczy, a chwilę później determinacji, to kobieta, będąca niepoprawną marzycielką i to właśnie przez swoją fantazję o wielkiej, carskiej Rosji pruje do przodu z misją obalenia władzy. Jednocześnie jest przy tym delikatna i silna. Towarzyszy jej Nicholas Hoult, który spośród całej obsady najmocniej bawi się przy kreowaniu swojego bohatera. Postać Piotra jest przerysowana do granic wiarygodności, ale aktor sprawia, że ogląda się go z przymrużeniem oka i przyjemnością towarzyszącą każdemu okrzykowi Hazzah!. 

Wielka to feministyczna satyra o carskiej Rosji, przepełniona humorem, świetnymi popisami aktorskimi, z dopracowaną scenografią, charakteryzacją i kostiumami. Jednocześnie to konwencja, którą można pokochać bądź nie, a dla mnie są to żarty, które po prostu nie wywołują uśmiechu. Doceniam ten serial za wiele elementów, ale do moich ulubionych i polecanych należał nie będzie. Ot, po prostu.

The Crown to fabularyzowana historia o władcach Wielkiej Brytanii, poczynając od drogi do korony Elżbiety II, po czasy prawie współczesne. Napisałam „prawie”, bo na razie sezonów doczekaliśmy się czterech, kończąc gdzieś w latach 90tych zeszłego wieku, ale potwierdzone już zostało, że powstanie kolejna część. W odróżnieniu od Wielkiej, w The Crown postawiono na dramat, ale również zatrudniono ekipę utalentowanych aktorów, którzy przybliżają widzowi znane postaci z nadal świeżej historii, pokazując ich wzniosłe chwile i bolesne upadki. 

Na co dzień nie jestem zainteresowana losami rodziny królewskiej, ale dopiero podczas oglądania The Crown zdałam sobie sprawę, że i tak wiem o monarchii dość sporo. Trudno nie kojarzyć Elżbiety II z biegającymi wokół niej pieskami corgi albo skandalu, który miał miejsce między księciem Karolem a księżną Dianą. Niedawno znowu wokół rodziny królewskiej zrobiło się głośno, za sprawą wywiadu księcia Harry'ego i jego żony, Meghan Markle. Także, chcąc nie chcąc – o władcach Wielkiej Brytanii wiemy dużo, nawet, kiedy się ich życiem nie interesujemy. Zatem, skoro historia jest w miarę świeża i znana, a sami członkowie rodziny niezbyt intrygujący, co właściwie przyciąga nas do The Crown?

Może się to wydawać sprawą raczej drugorzędną, ale dla mnie The Crown zawdzięcza swój sukces w dużej części świetnym popisom brytyjskiego aktorstwa. Dzięki przyjęciu formuły, że wraz z upływającym czasem zmieniamy aktorów, w celu dopasowania ich wiekiem do odgrywanych postaci, możemy obserwować poczynania sporej ilości osób i doceniać ich kunszt. Pierwsze skrzypce w początkowych sezonach zagrała Claire Foy, idealnie oddając nieśmiałość, ale i pogodzenie się z losem młodej królowej. Osobiście tak mocno się przyzwyczaiłam do niej w tej roli, że mimo ogromnej sympatii, którą darzę Olivię Colman, długo nie mogłam się przyzwyczaić do tej nowej twarzy Elżbiety. Szczególnie, że miałam wrażenie, że była to spora zmiana w dynamice gry, Colman nawet w spokojnych scenach miała w sobie o wiele więcej energii niż wyciszona Foy. Za to gładko przeszła zmiana aktorki w roli Małgorzaty, której wczesne rozterki cudownie oddała Vanessa Kirby, a temat pociągnęła w kolejnych sezonach Helena Bonham Carter. Oglądanie tych dwóch aktorek na ekranie było czystą przyjemnością. W czwartym, czyli ostatnim do tej pory sezonie, mamy możliwość oglądania jeszcze kilku świetnych występów. Na czołówkę wysuwa się Josh O'Connor, którego postać księcia Karola zyskała ludzki wymiar w trzecim sezonie, a w kolejnym mogliśmy oglądać jego wewnętrzną walkę między tym, co się od niego oczekuje a wyborem serca. Partnerująca mu Emma Corrin to prawdziwe objawienie, za rolę Diany zasługuje na wszelkie słowa uznania. Delikatna, ale z charakterem, ulubienica tłumów, ale nienarzucająca się, pełna empatii i pragnąca miłości. O aktorach The Crown można wiele dobrego powiedzieć, zakończmy więc na tym, że to prawdziwa śmietanka i już nie mogę się doczekać kolejnych castingowych wyborów.

W warstwie fabularnej The Crown ma do zaoferowania porządnie skrojony dramat polityczny z licznymi zagrywkami taktycznymi, grzeszkami głów państwa i wydarzeniami z historii. Ciekawie spojrzeć na niektóre sytuacje z perspektywy monarchów, którzy zmuszeni są do porzucenia własnych marzeń i podporządkowaniu się do panujących zasad. Najmocniej to uwydatnione zostało na przykładzie postaci Małgorzaty, a później Karola, osób, które musiały porzucić swoich ukochanych dla dobra rodziny królewskiej. Jak wiemy, nie kończy się to dobrze, na jaw wychodzi, że przestarzałe zasady, którymi rządzi się monarchia powinny ulec zmianie.

Ogólnie, serial miewa swoje lepsze i gorsze momenty, patrząc jednak na sezon czwarty, możemy być pewni, że twórcy nie opierają się tylko na popularności poprzednich odcinków i nadal walczą o dobrą jakość. To przede wszystkim prawdziwy popis aktorstwa, ale także dobrze napisanych scenariuszy, idealnie oddanych kostiumów i scenografii, dopasowanej charakteryzacji i muzyki. Dodatkowo w kwestiach samej tematyki robi się coraz bardziej intrygująco. W czwartym sezonie możemy dopatrzyć się więcej uwydatniania wad monarchii, w odróżnieniu od poprzednich trzech, gdzie raczej współczuliśmy i sympatyzowaliśmy z władcami. W ostatniej odsłonie o wiele mocniej dostrzegamy mankamenty, przestarzałe zasady i deptanie cudzych potrzeb przez rodzinę królewską i jej świtę. Jedyne co nam pozostaje, to zastanawiać się gdzie nas zaprowadzi kolejny sezon, który na pewno z chęcią obejrzę.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka