Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniserial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniserial. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2023

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część trzecia

Poprzednie wpisy o miniserialach: tutaj i tutaj


Daisy Jones and the Six (2023), reż. Nzingha Stewart, James Ponsoldt and Will Graham -> Amazon Prime

liczba odcinków: 10

Ta produkcja ma wszystkie elementy serialu skrojonego pod mój gust. Tematyka formowania zespołu i jego pierwszych kroków w show biznesie to bardzo ciekawy temat. Dodatkowo, jest to serial muzyczny! Może właśnie ten potencjał sprawił, że każde potknięcie twórców bolało mocniej. Serial Daisy Jones and the Six mógł być moim ulubieńcem, wylądował jednak w strefie umilaczy o których po czasie się zapomina.

Historia fikcyjnego zespołu, działającego w latach 70tych została oparta na bestsellerowej książce autorstwa Taylor Jenkins Reid. Powieść ma rzeszę fanów, a biorąc pod uwagę gawędziarstwo autorki, którego doświadczyłam w Siedmiu mężach Evelyn Hugo, wierzę że wiele osób może się tą opowieścią zachwycić. Ja pierwowzoru nie czytałam, zatem nie będzie w notce porównania. 

Akcja serialu Daisy Jones and the Six została podzielona na dwa plany czasowe. Pierwszym jest współczesność, w której ucharakteryzowani aktorzy udzielają wywiadów o swoich początkach. Drugi przenosi nas w czasie do lat 70tych, gdzie przedstawione zostały opowiadane przez bohaterów historie. Niestety, przeskoki między dwoma planami często mnie wybijały i wprowadzały niepotrzebny komentarz. Jednym z najważniejszych elementów seriali muzycznych jest ścieżka dźwiękowa. Twórcy starali się nagrać coś wyjątkowego, niektóre utwory nawet wpadają w ucho. Niestety, daleko im do hitów typu Shallow z Narodzin gwiazdy czy City of stars z La La Land. 

Można jeszcze znaleźć kilka rzeczy, które nie działają w tym serialu, ale finalnie, dobrze mi się go oglądało. Uważam, że historia początków zespołu i tego, w jaki sposób dołączyła do niego Daisy wypada uroczo. Riley Keough w tytułowej roli jest bardzo charyzmatyczna, radzi sobie z postacią Daisy zarówno w scenach codziennych rozterek, jak i w scenicznym szale. Jej chemia z Samem Claffinem jest wyczuwalna. Mają kilka świetnych wspólnych scen, jak ta z pisaniem piosenek w domu producenta muzycznego. Na drugim planie natomiast błyszczy postać Kamili, partnerki Sama. To taka bohaterka-anioł, ma w sobie tyle zrozumienia dla innych, że każda wyrządzona jej krzywda boli jeszcze bardziej. Daisy Jones zabrała mnie na przygodę, która może nie została na długo w głowie, ale była przyjemnym doświadczeniem.


Awantura (2023), reż. Hikari, Jake Schreier and Lee Sung Jin -> Netflix

liczba odcinków: 10

Któż mógłby się spodziewać, że jeden z najlepszych tegorocznych miniseriali zostanie wyprodukowany przez Netfliksa? Ja na pewno nie, a jednak Awantura to zdecydowanie najbardziej oryginalny serial w tym zestawieniu.

Głównymi bohaterami są Amy i Danny. Kobieta dorobiła się fortuny na prowadzeniu firmy, w której sprzedaje rośliny i jest o krok od sprzedaży swojej marki za sporą sumę. Marzy o tym, żeby przestać pracować i móc poświęcić się ognisku domowemu, a w szczególności wychowaniu córki. Dla wszystkich wokół niej, jej życie wydaje się idealne. Zatem poziom narastającej w kobiecie frustracji wydaje się nie na miejscu. Z drugiej strony mamy historię Danny'ego, który próbuje związać koniec z końcem, łapiąc budowlane fuchy. Niestety, zawsze brakuje funduszy, więc jego marzenie o kupnie domu dla rodziców wydaje się zupełnie nieosiągalne. Właśnie wtedy, te dwie przepełnione agresją osoby spotykają się w dość codziennej sytuacji - ktoś komuś zajeżdża drogę, agresywnie wygrażając środkowym palcem. Wydawało by się, że to sytuacja, jakich wiele. Dla tych bohaterów jednak to przelewa czarę goryczy i zamiast zapomnieć o wydarzeniu, starają się zemścić na drugiej osobie.

Awantura ma świetnie napisany scenariusz, życie obojga bohaterów rozpisane jest z uwagą na detale. Dzięki temu ich akcje, które są dość przesadzone, da się wytłumaczyć. Nie byłoby też takiej przyjemności z oglądania, gdyby nie Ali i Steven na pierwszym planie. Świetnie radzą sobie z odegraniem tych postaci, szczególnie Steven zrobił na mnie ogromne wrażenie. Twórcy serialu nie zamykają się również na jeden styl, czego przykładem mogą być dwa ostatnie odcinki. Przedostatni przypomina niemal Parasite, w którym dochodzi do napadu na bogaty dom. Ostatni odcinek to zabawa inną formą, w której bohaterowie mogą podzielić się wszystkim, co leży im na wątrobie. Niesamowicie dobrze się to oglądało i zdecydowanie jest to jeden z najciekawszych tytułów, które znajdziemy na Netfliksie.


Czarny ptak (2023), reż. Michaël R. Roskam, Jim McKay and Joe Chappelle -> Apple TV

liczba odcinków: 6

Miniseriale kryminalne zaliczam do moich gatunkowych ulubieńców. Dzięki kilku odcinkom twórcy zyskują czas na powolne rozwinięcie portretów bohaterów, co w kontekście kryminalistów nieustannie fascynuje widzów. Czarny ptak to historia, która zapewne nie miałaby takiego mocnego przekazu w formie filmu, a jako serial sprawdza się świetnie. 

W serialu Czarny ptak zobaczymy jedną z ostatnich ról Roya Liotty, aktora którego kochamy za postać znaną z Chłopaków z ferajny. Jego bohater jest byłym policjantem, który zboczył z drogi prawa. Ważne jest przedstawienie jego relacji z synem. Mężczyzna czuje się winny przestępczemu życiu syna, obwinia się za ścieżkę, którą ten obrał. Próbuje mu pomóc, wyciągnąć go z zaistniałej sytuacji. Ta relacja będzie ważna w porównaniu do tej, która łączy głównego podejrzanego ze swoim ojcem. Od dziecka traktowany był jako ten gorszy syn, więc ze wszystkich sił szukał uznania wśród innych. Postać głównego podejrzanego jest prawdziwie fascynująca i przede wszystkim dla niej warto ten serial obejrzeć. Zagrana brawurowo przez Paula Waltera Hausera. Ten bohater jest mocno ekscentryczny, ale aktor radzi sobie z wszelkimi dziwnościami, nie przekraczając granicy przesady. Taron Egerton dobrze mu partneruje, ale trudno mu przejąć uwagę widza, kiedy Hauser jest obok niego. 

Zawsze kiedy widzę napis, wskazujący że historia oparta jest na faktach to intensywniej przeżywam przedstawione wydarzenia. Łatwiej jest pomyśleć, że to wszystko jest fikcją, a postacie morderców żyją tylko w głowach twórców. Czarny ptak to naprawdę mocny kawał telewizji, polecam szczególnie wszystkim fanom mrocznych kryminałów.


Good Omens 2 (2023), reż. Douglas Mackinnon  -> Amazon Prime

liczba odcinków: 6

Naginam trochę zasady tego wpisu. Miały być miniseriale, a tutaj druga odsłona przygód znanych bohaterów. Dla Good Omens warto jednak złamać kilka reguł.

Pierwszą część serialu traktowałam jako miniserię. Całość zamknięta była w sześciu odcinkach i oparta na historii, którą znamy z książki napisanej przez Pratchetta i Gaimana. Poczułam się szczerze zaskoczona kiedy zapowiedziano kontynuację opowieści. Jako że pierwszy sezon był naprawdę przyjemną, zabawną fantastyką, to nastawiałam się na podobne emocje przy drugiej odsłonie. Jakie zatem było moje zaskoczenie, kiedy dostałam coś tak innego. Gaiman rozwinął skrzydła w drugim sezonie i w centrum historii postawił... wątek romantyczny. Zrobił to w sposób zniuansowany, tak że widz ma wrażenie, że ogląda kolejne starcie nieba z piekłem, kiedy tak naprawdę wszystko kręci się wokół dynamicznej relacji Azirafala i Crowleya.

Mam wrażenie, że od lat nie widziałam tak genialnego duetu aktorskiego jak Sheen i Tennat. Obaj wspinają się na wyżyny aktorstwa, przekuwając demona i anioła w postacie, którym chcemy kibicować. Sukces Dobrego Omena opiera się w ogromnym stopniu na ich chemii. Pomaga fakt, że to aktorzy, którzy znają się nie od dziś. W czasie pandemii zaczęli nawet wspólnie nagrywać serial bazujący na ich przyjaźni (Staged). 

W drugim sezonie sporo się dzieje. Są wspomnienia z przeszłości dwójki bohaterów, gdzie zobaczymy ich pierwsze spotkanie czy historię Hioba (w tym epizodzie w rolach Hioba i jego syna zobaczymy kolejno teścia Tennanta i jego syna). Jest zagadka związana z Gabrielem, który stracił pamięć. Są relacje sąsiadów Azirafala, gdzie na pierwszym planie znajduje się związek dwójki pań, które popychane są w swoje ramiona przez głównych bohaterów. Drugi sezon to jednak przede wszystkim historia pewnej relacji. Uświadamia nam, że najgłębsze uczucia rodzą się, kiedy już daną osobę dobrze poznamy, przejdziemy z nią przez piekło, ale przy każdej kolejnej przygodzie będziemy chcieli ją mieć przy swoim boku. Ja tej parze kibicuję z całego serducha, równocześnie nie mogę doczekać się ich losów w trzecim sezonie!


piątek, 22 stycznia 2021

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część druga

Już kiedyś pisałam o miniserialach, które można obejrzeć podczas jednego weekendu, do wpisu odsyłam -> TUTAJ. Tym razem wszystkie tytuły to zeszłoroczne premiery.


Normalni ludzie (2020), reż. Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Książka autorstwa Sally Rooney Normalni ludzie, wydana w Polsce w zeszłym roku, wzbudziła sporo kontrowersji wśród czytelników. Z każdej strony bombardowały mnie sprzeczne opinie: „najlepsza książka tego roku”, na przemian z: „największe rozczarowanie roku”. Miałam ją już nawet w koszyku podczas zakupów, ale w ostatnim momencie stwierdziłam, że może nie jest warta mojej uwagi. Jednak, kiedy na HBO GO pojawiła się ekranizacja, postanowiłam dać jej szansę.

Marianne (Daisy Edgar-Jones) i Connel (Paul Mescal) chodzą do tego samego liceum w małej mieścinie północno-zachodniej Irlandii. Ona izoluje się od kolegów, on ma sporą paczkę znajomych. Chociaż na korytarzach szkolnych nie zamieniają ze sobą nawet słowa, to po zajęciach zaczynają się spotykać i budować wspólną relację.

Pierwszy odcinek od razu uświadomił mi, że fabuła Normalnych ludzi nie będzie szła w stronę, której się spodziewałam. Romans nie zostanie ukazany jako słodkie, romantyczne pierwsze zauroczenie, a nastolatkowie nie będą infantylni. Wręcz przeciwnie z ekranu bije emocjonalne napięcie i melancholia, pięknie podkreślana od początku przez scenerię chłodnych krajobrazów Irlandii. Spora zasługa sukcesu serialu tkwi w sprawnym montażu, dobrze dobranej muzyce, pięknych ujęciach i świetnie wykonanej pracy aktorskiej. Brawa należą się duetowi reżyserskiemu, bo Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald stworzyli serial, który w swojej prostocie i momentach ciszy potrafi wywołać lawinę emocji (związek tej pary najmocniejszy wydaje się nie podczas licznych scen łóżkowych, ale kiedy patrzą na siebie przez ekran laptopa). Zresztą budowanie odpowiedniego klimatu, to mocna strona reżysera, Lenny'ego Abrahamsona. Pokazał już na co go stać we wcześniejszych filmach: Frank i Pokój. Normalnymi ludźmi potwierdza, że jest twórcą, którego karierę warto śledzić. Serialowa historia może jest miejscami nierówna, czasami wciąga bardziej, a czasami mniej, ale potrafi widza zahipnotyzować i zaangażować emocjonalnie. Normalni ludzie sprawili, że czułam się jak nastolatka przeżywająca wszystkie wzloty i upadki burzliwej relacji. Chemia między Marianne a Connelem jest niezaprzeczalna i elektryzująca, a aktorzy poradzili sobie z niełatwym materiałem rewelacyjnie. Oprócz historii miłosnej, która gra tutaj pierwsze skrzypce, pojawia się wątek nierówności społecznych. Marienne pochodzi z bogatej rodziny, nie musi martwić się gdzie zamieszka na studiach i czym zapłaci za czynsz, Connel natomiast ciągle myśli, jak pogodzić studia z kilkoma pracami dorywczymi. W tej relacji jednak nie ma podziału na stronę beztroską i tą obarczoną problemami, oboje walczą ze swoimi demonami, a sprawnie poprowadzone wątki poboczne dają nam w pełni zarysowane sylwetki psychologiczne. Normalni ludzie to serial zaskoczenie, który oglądałam z przejęciem i całą masą emocji, a dodatkowo zachęcił mnie do przeczytania książki, chociaż teraz boję się, że nie dorówna ekranizacji.

 

Gambit królowej (2020), reż. Scott Frank -> Netflix

liczba odcinków: 7

O tym serialu powiedziano już zapewne wszystko. Zaraz po pojawieniu się na platformie Netfliksa wszyscy go oglądali, wszyscy o nim pisali i wszyscy go polecali. Ja na szczęście rzuciłam się na niego zaraz po premierze, zanim jeszcze zrobił się wokół niego taki szum i mogłam podejść do niego z niczym niezmąconym nastawieniem. Czy jest w takim razie wart tych wszystkich zachwytów?

Młodziutka Beth Harmon (Anya Taylor-Joy) trafia do sierocińca, w którym dzieciom podaje się leki na uspokojenie, od których dziewczyna szybko się uzależnia. Tam też – podczas partyjek z pracującym w sierocińcu woźnym, który szybko odkrywa, że ma przed sobą prawdziwy talent – zaczyna się jej przygoda z szachami.

Jest taki jeden element, który sprawia, że ciężko nie dać się wciągnąć w świat serialu, jest nim Anya Taylor-Joy w głównej roli. Aktorka, którą na początku 2020 roku widziałam w filmie Emma, tutaj pokazuje zupełnie inną stronę, ale równie intensywnie przykuwa uwagę widza. To naprawdę świetny casting, a Anya z lekkością pokazuje wszystkie strony charakteru Beth i trudno odwrócić wzrok od jej przenikliwego spojrzenia. Sposób, w jaki patrzy na szachy sprawia, że i widz zaczyna fascynować się tą grą. Będąc już przy tym temacie, nie mogę pominąć faktu, że ważne miejsce w obsadzie zajmuje także Marcin Dorociński, grający tutaj rosyjskiego arcymistrza szachowego i wypada w tej roli bardzo dobrze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę skontrastowaną energię obu postaci. Serial jest świetnie napisany, każdy odcinek jest wciągający, niezależnie od tego, którego etapu życia Beth dotyczy. Do tego zdjęcia, muzyka, scenografia i charakteryzacja świetnie spełniają swoją rolę, sprawnie przenosząc nas w przeszłość. Chyba większość widzów oglądając rozgrywki w Gambicie królowej, była też w głębokim szoku, że turniej szachowy można pokazać w tak emocjonujący sposób. Dopracowany montaż i sprawne pokierowanie emocjami widza sprawiają, ze ciężko nie kibicować Beth w drodze na szczyt. Ciekawym pomysłem było też połączenie geniuszu dziewczyny z nałogiem i jej skomplikowanymi relacjami z „nową” mamą czy znajomymi przygotowującymi ją do kolejnych turniejów. Obserwujemy problemy Beth z nawiązywaniem i utrzymywaniem relacji z ludźmi, wynikające z wydarzeń w dzieciństwie, a jednak jej pasja do gry w szachy sprawia, że patrzymy na nią jak na osobę silną i pewną swych umiejętności. Z wszystkich opisanych tutaj seriali to Gambit królowej mogę polecić każdemu, bo jest po prostu porządnie zrealizowany. Co nie znaczy, że jest najbliższy mojemu sercu. 


Bridgertonowie (2020) -> Netflix

liczba odcinków: 8

Pierwszy raz ten serial wzbudził moje zainteresowanie, kiedy o książkach Julii Quinn wspomniała mi autorka bloga Kochajmy książki. Rozrywkowy romans z akcją rozgrywającą się na początku XIX wieku – brzmi jak coś, co mogłoby mi się spodobać, ale stwierdziłam, że wstrzymam się z czytaniem książki i poczekam na serial. Nie znałam wcześniej żadnej recenzji ani nawet opisu fabuły, podeszłam do tego tytułu bez sprecyzowanego nastawienia i spędziłam milutkie kilka godzin w jego towarzystwie.

W Londynie zaczyna się kolejny sezon towarzyski, na którym debiutuje m.in. piękna Daphne Bridgerton (Phoebe Dynevor), a w międzyczasie do miasta wraca niechętny małżeństwu książę Simon Basset (Regé-Jean Page). Wszelkie intrygi, romanse i skandale dworskie opisuje tajemnicza Lady Whistledown w swojej rozchwytywanej broszurze.

Po oglądnięciu ostatniego odcinka zerknęłam na Filmweb i byłam mocno zaskoczona bardzo słabą oceną jak na typowy guilty pleasure w okolicach premiery. Szybko zerknęłam na komentarze i sprawa się wyjaśniła – pełno tam oskarżeń o brak ścisłości historycznej, bo „jak może Afroamerykanin grać angielskiego księcia?”. Chyba się ludzie zapędzili, bo Bridgertonowie nawet nie starają się pozorować na serial historyczny. Cała otoczka kostiumowa i scenograficzna tworzy piękne tło, ale absolutnie twórcy nie silą się na zgodność z historią. Otóż Bridgertonowie to typowy serial rozrywkowy. W pierwszym sezonie wszystko kręci się wokół historii miłosnej młodej panny na wydaniu, Daphne i wycofanego księcia, Simona. To naprawdę romans pełną gębą, z pomysłami udawania związku, przyjaźni przekuwanej w miłość, pożądaniem i wydumanymi bolączkami. Chemia między bohaterami sprawia, że ogląda się to bardzo przyjemnie. Do tego ważnym wątkiem jest oczywiście tożsamość Lady Whistedown, takiej ówczesnej wersji Plotkary, która wydaje swoją broszurkę z najbardziej pikantnymi nowinami ze świata wyższych sfer. Mając to wszystko na uwadze – nie jest to bardzo dobry serial, ale ogląda się go nader przyjemnie. Szczególnie, jeżeli jest się fanem pięknych kostiumów, wzniosłych uczuć i banalnych historii. To także plejada świeżych aktorów, na których miło się patrzy, a w tle słychać co jakiś czas głos kultowej Julie Andrews. Nie nastawiając się na nic wielkiego, można zostać miło zaskoczonym.

Gwoli ścisłości: wiem, że to nie miniserial, ale akurat niedawno go widziałam, na razie ma tylko 8 odcinków, więc stwierdziłam, że go tutaj wcisnę.


Mogę cię zniszczyć (2020), reż. Sam Miller, Michaela Coel -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Właściwie nie jestem pewna, gdzie pierwszy raz usłyszałam o tym serialu. Wiem, że kiedy w końcu wpadł mi w oko podczas przeglądania oferty na HBO GO, miałam w głowie informację, że warto się z nim zapoznać. Po obejrzeniu pierwszego odcinka wiedziałam już, że to coś zdecydowanie świeżego wśród oferty serialowej.

Arabella (Michaela Coel) zyskała sławę wydając książkę, składającą się z jej postów z Twittera. Teraz jest w trakcie pisania kolejnej powieści, na którą podpisała kontrakt z wydawnictwem. Pewnej nocy postanawia zostawić pracę nad książką i wybrać się na imprezę, gdzie staje się ofiarą napaści seksualnej.

Serial został napisany i wyreżyserowany przez odtwórczynię głównej roli – Michaelę Coel. Nie jestem w stanie pojąć jak w jednej osobie może pomieścić się taki talent, to dość rzadko spotykane, żeby człowiek sprawdzał się w tylu rolach równocześnie. Na pewno dzięki objęciu najważniejszych funkcji przy tworzeniu serialu Michaela mogła być pewna jednej rzeczy – Mogę cię zniszczyć jest mocno autorskim tytułem, zgodnym z tym, co sobie artystka założyła. To zdecydowanie najbardziej zaskakujący serial, jaki ostatnio widziałam. Człowiek myśli, że wie, dokąd zmierza akcja, widzi przynajmniej kilka ścieżek, a później przychodzi Michaela Coel i wszystkie domysły biorą w łeb. Oryginalne podejście do budowania fabuły, do rozwoju bohaterów sprawia, że niczego nie możemy być pewni, a zaskoczenie czeka na każdym kroku. Dodatkowo, oglądanie tego serialu wprowadza widza w poczucie dyskomfortu, zachowania bohaterów momentami uwierają, ale jednocześnie wierzymy w ich autentyczność. Temat rape culture został przedstawiony z intrygującej strony, serial otwiera oczy na wiele zachowań, które niektórzy mogą uważać za normalne. Postać oprawcy nie jest stereotypowo zła, będziemy mieli do czynienia z gwałcicielem próbującym się oczyszczać, bo „nie wiedział, że źle robi” i pozującym na tego skrzywdzonego. Każdy odcinek pokazuje nam trochę inny kontekst zagadnienia, pojawia się bardzo ciekawe spojrzenie na media społecznościowe, współczesne przyjaźnie i to, co ludzie ukrywają nawet przed samym sobą. Czasami łatwiej wierzyć, że dane wydarzenie nie było napaścią seksualną, bo wtedy nie czujemy się jako ofiara – to kolejny eksploatowany wątek w Mogę cię zniszczyć. Dla mnie pozostanie to bardzo oryginalne spojrzenie na temat zgody na seks, rape culture i radzenia sobie z traumą. I od teraz na pewno będę śledzić dalszą karierę Coel.


Tacy właśnie jesteśmy (2020), reż. Luca Guadagnino -> HBO GO

liczba odcinków: 8

Luca Guadagnino to reżyser głośnego hitu Tamte dni, tamte noce z młodym Timothéem Chalametem w roli głównej. Film ten podzielił widzów, ale ja należę zdecydowanie do jego zwolenników. Do tego serialu zachęciło mnie już samo nazwisko reżysera i zupełnie nie wiedziałam w co się pakuję włączając pierwszy odcinek.

Fraser (Jack Dylan Grazer) przenosi się do bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych we Włoszech, gdzie jego mama obejmuje wysokie stanowisko. Chłopak zaprzyjaźnia się z sąsiadką, Caitlyn Harper (Jordan Kristine Seamón).

Pierwszy obejrzany w tym roku serial, ale gdyby załapał się do puli 2020 to musiałabym go jakoś wcisnąć do rankingu najlepszych seriali zeszłego roku. Tacy właśnie jesteśmy składa się z ośmiu dość długich odcinków, których akcja rozpoczyna się w momencie przyjazdu Frasera do bazy wojskowej. Chłopak jest typem outsidera, który ma swoje spojrzenie na świat i nie chce się podporządkować panującym zasadom. Jego ekscentryzm szybko przyciąga uwagę Caitlyn – dziewczyny, która do tej pory była zapatrzona w swojego ojca-żołnierza i podążała wytyczoną przez niego ścieżką. Pięknie się ogląda jak te dwie postacie się w serialu poznają, łączą, przenikają, uczą nawzajem, a ich relacja jest żywa i nieoczywista. Luca ma niesamowitą zdolność do eksploracji młodości, pokazuje ją z całą bezczelnością i bez owijania w bawełnę. Imprezy są odpowiednio mocne, zachowanie nastolatków kontrowersyjne. Dzieciaki poszukują własnej tożsamości, zakochują się, zaprzyjaźniają, a wszystko to jest piękne, nawet jeżeli miejscami brutalne i bardzo niegrzeczne. Reżyser wspominał, że Tacy właśnie jesteśmy to tak naprawdę bardzo długi film, pokrojony na części. Widać, że dzięki temu Luca mógł w tej historii pozwolić sobie na dłużyzny, przeciągnięte chwile ciszy, które ogląda się z niegasnącą uwagą, bądź na to, że pierwszy odcinek jest odtworzony ponownie w drugim, tylko z innego punktu widzenia, co okazało się świetnym zabiegiem. Ścieżka dźwiękowa podczas oglądania wydawała się dobra, ale myślałam, że nie powtórzy się moje uwielbienie, które odczuwałam do piosenek z Tamtych dni, tamtych nocy. A jednak! Znowu siedzę i męczę soundtrack z piosenką Time will tell na ciągłym odtwarzaniu. Przy okazji warto wspomnieć, że sporo jest tutaj podobieństw ze wspomnianym filmem, ale mam wrażenie, że Tacy właśnie jesteśmy jest jednak o oczko bardziej odważne od Tamtych dni, tamtych nocy. Bohaterowie są też mocniej zarysowani. Może to kwestia tego, że w serialu jest jednak więcej czasu na eksplorację charakterów. Fraser jako główna postać to na pewno ciekawy wybór, potrafi widza mocno zirytować, ale z czasem coraz bardziej fascynuje, a wszystkie te cechy, które uważamy za negatywne sprawiają, że w całej tej ekscentryczności wierzymy w jego autentyczność. Zresztą wszyscy bohaterowie są tutaj warci docenienia, bo każdy z nich jest na swój sposób intrygujący i wnosi coś świeżego i ciekawego do serialu. Luca zdecydowanie oddaje sprawiedliwość swoim postaciom, będąc przy tym empatycznym obserwatorem i to sprawia, że serial jest taki rewelacyjny.



Z krótkich seriali oglądałam w zeszłym roku również Ratched, ale raczej wyrzuciłam go z pamięci. Oprócz pięknych kadrów i świetnych aktorek w głównych rolach niewiele jest tam ciekawej treści. Dla mnie to kolejny raz, kiedy Ryan Murphy przestrzelił, bo pomysł był intrygujący, a wykonanie pozostawia sporo do życzenia. 

A Wy jakie miniseriale polecacie?

wtorek, 16 czerwca 2020

Szukasz serialu do zobaczenia w jeden weekend? Polecam ostatnio obejrzane miniseriale

Byłam z siebie dumna, że udało mi się niedawno nadrobić klasyki serialowe: lekkie Gilmore Girls (link) i mocne Breaking Bad (link).  Pierwszy z nich to aż siedem sezonów po ponad 20 odcinków w każdym, drugi krótszy, ale oglądanie okazało się równie czasochłonne. Czasami nie jest nam łatwo znaleźć tyle czasu na nadrobienie serialu. Dlatego dzisiaj coś zgoła innego - miniseriale, czyli kilkuodcinkowe serie, które tworzą zamkniętą całość. Może brakuje w nich tego napięcia pod koniec sezonu i czekania na premierę kolejnego, ale jednocześnie można poznać całość w dość krótkim czasie. Tytuły opisane poniżej obejrzałam stosunkowo niedawno, ale na końcu dorzucę linki do opinii o różnych miniserialach, które napisałam już wcześniej. Zapraszam!

Mildred Pierce (2011), reż. Todd Haynes -> HBO GO

liczba odcinków: 5


Ten tytuł powstał na podstawie powieści Jamesa M. Caina, w czasach kiedy miniseriale nie były jeszcze tak popularne. Trzeba jednak przyznać, że Kate Winslet w roli głównej okazała się wystarczającym powodem, dla którego po ten tytuł warto sięgnąć. Historia opisuje losy Mildred, kobiety po rozwodzie, która stara się rozkręcić własny biznes i dołożyć starań, żeby jej córka miała wszystko, czego tylko zapragnie. Sam serial ogląda się bardzo przyjemnie, scenografia, kostiumy i muzyka przenoszą nas w czasie, a widzowie mogą kibicować Mildred we wspinaniu się po ścieżce kariery. Później na pierwszy plan wysuwa się wątek konfliktu z córką, który jest bardzo intensywny. Przyznaję, że trochę mocno zarysowano zły charakter jednej i wybaczający drugiej, za to momenty w których można było zaobserwować Mildred tracącą cierpliwość nadawały całości realizmu. Szkoda, że jej postać koniec końców wybielano. Wciąż, ten konflikt jest naprawdę żywy i może za rzadko spotykany w kulturze.
Dlaczego warto oglądać? Szczególnie dla Kate Winslet, która daje świetny, równy popis umiejętności. Także partnerujący jej aktorzy radzą sobie bardzo dobrze, na czele z Evan Rachel Wood, wspaniale oddającą blaski i cienie swojej postaci. Sama historia jest ciekawa i chociaż nie jest to serial wybitny to warto się z nim zapoznać.

Czarnobyl (2019), reż. Johan Renck -> HBO GO

liczba odcinków: 5


Kiedy wybuchła fala popularności tego serialu sama byłam bardzo zainteresowana. Wydarzenia z Czarnobyla to wciąż świeża i bardzo bliska nam historia, którą czasami jeszcze wspomina nawet moja mama. Także z ciekawością zasiadłam do tego krótkiego, bo jedynie pięcioodcinkowego tytułu. Nie napisałam o nim nic na stronie, bo wszędzie Czarnobyl się pojawiał, nie widziałam więc w tym większego sensu.
Serial jest naprawdę świetnie zrealizowany, ciężko znaleźć w nim słabszy element. Bardzo dobrze napisany scenariusz, mocne postacie, muzyka w punkt, świetny montaz i zdjęcia. Wszystkie małe elementy stworzyły podróż pełną napięcia. Zagranie z posiadaną wiedzą widza sprawdziło się w stu procentach i kiedy widzimy w pierwszym odcinku kolorową chmurę zmierzającą w stronę grupki ludzi na moście, to aż przechodzi dreszcz. Bo my wiemy, a oni jeszcze nie.
Były w Czarnobylu sceny, na które wręcz nie mogłam patrzeć (chyba okolice trzeciego odcinka, podczas wizyt w szpitalu). Nie jest to kontent dla osób o słabych nerwach.
Dlaczego warto oglądać? To pełna napięcia podróż, która przyczyni się do wzrostu nerwów u widza i dostarczy adrenaliny, mimo znanego zakończenia. To także świetnie poprowadzona historia, w której jak dziecku wytłumaczone zostanie działanie reaktora i przyczyny, dlaczego mogło dojść do tego słynnego wypadku. Naprawdę warto te kilka godzin na Czarnobyl poświęcić.


Ostatni taniec (2020), reż. Jason Hehir -> Netflix

liczba odcinków: 10


W ogóle nie planowałam oglądania tego serialu. Dokument opowiadający historię legendy koszykówki Michaela Jordana i drużyny Chicago Bulls w drodze na szczyt? To raczej nie jest temat, który mógłby mnie zainteresować. Chłop mój włączył jednak pierwszy odcinek, na który kątem oka zerkałam i jakoś tak się wciągnęłam, że szybko pochłonęliśmy cały sezon.
Nie jest łatwą rzeczą zainteresować poczynaniami koszykówkarzy człowieka, który na tej grze się nie zna, a jedyną styczność miał ćwicząc dwutakt i rzucając do kosza na lekcjach wychowania fizycznego. W tym tkwi jednak piękno Ostatniego tańca. To jest tak dobrze technicznie zrobiony serial, że trudno przejść obok niego obojętnie. Patrząc na młodego Michaela Jordana, który sam przebija się przez grupę przeciwników, wyskakuje, rzuca piłkę prosto do kosza, człowiek nabiera motywacji do działania. Członkowie Chicago Bulls to ciężko pracująca grupa ludzi pełnych pasji i to dlatego tak dobrze śledzi się ich losy. Bo, mimo tego że Jordan jest w centrum wydarzeń, to serial przybliży nam sylwetki kilku innych członków zespołu, jak Pippen czy Rodman. Widać, że to ich współpraca doprowadziła zespół na szczyt.
Dlaczego warto oglądać? Bo nawet jeżeli nie jesteście fanami koszykówki czy sportu to serial Was wciągnie, wzbudzi mocne emocje i dostarczy satysfakcji z kibicowania. Członkowie Chicago Bulls pokażą natomiast co znaczy życie pełne pasji, będą dobrymi motywatorami do pracowania na swój sukces.

Ostre przedmioty (2018), reż. Jean-Marc Vallée -> HBO GO

liczba odcinków: 8


Fanką kryminałów nie byłam i chyba już nigdy nie będę, chociaż zdarza mi się po nie sięgać o wiele częściej w wersji filmowej niż książkowej. Pamiętam, że szał na autorkę Gillian Flynn jakoś mnie nie wciągnął, ale ekranizację jej prozy w reżyserii Finchera, Zaginiona dziewczyna, oglądałam z wypiekami na twarzy. Dlaczego zatem od razu nie rzuciłam się na Ostre Przedmioty, wiedząc, że to ta sama autorka pierwowozoru? Chyba właśnie dlatego, że to kryminał. Kiedy jednak w końcu włączyłam pierwszy odcinek to kompletnie przepadłam. To historia dziennikarki, która wraca do swojego rodzinnego miasta, żeby napisać artykuł o dwóch zamordowanych nastolatkach.
Natknęłam się na widzów narzekających na tempo serialu. Ja uważam, że jest idealne. Pozwala, żeby ten niepokojący klimat przepełnił człowieka, dzięki czemu czujemy się ciągle nieswojo i nie mamy pojęcia o czym finalnie będzie ten serial. Szybko bowiem tajemnica tożsamości mordercy usuwa się w cień, a my skupiamy się na skomplikowanych relacjach głównej bohaterki z matką i przyrodnią siostrą. Małe miasteczko daje sporo możliwości, przeszłość Camillie odkrywana jest powoli, a widz dostaje prawdziwą ucztę. To jest tak dobre na poziomie technicznym: urywany montaż, mroczne zdjęcia przeplatane ze słodyczą matki Camillie, genialny soundtrack - to wszystko tworzy dzieło kompletne. Aktorsko to prawdziwa perełka, Amy po raz kolejny udowadnia, że zasługuje na miejsce jednej z najbardziej znanych aktorek Hollywood, ale cała obsada radzi sobie tutaj świetnie. Gdybym miała się czegoś przyczepić to tylko samego zakońzcenia, scen przy napisach, które dla mnie były lekko naciągane, ale tak to już było w pierwowzorze.
Dlaczego warto oglądać? Po pierwsze klimat. To jak reżyser (znany także ze wspaniałego Big Little Lies) prowadzi widza przez meandry życia małomiasteczkowej społeczności, przez traumatyczne wydarzenia bohaterów i buduje świat wzudza niekończącą ekscytację, sprawiając, że widz poczuje się zaniepokojony. Cała strona techniczna w tym pomaga łącznie z niezapomnianymi rolami aktorskimi. Oglądajcie, to mój ulubiony tytuł z wszystkich opisanych w tej notce.


American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona (2016), reż. Ryan Murphy / Anthony Hemingway / John Singleton -> Netflix

liczba odcinków: 10


Ryan Murphy to człowiek, którego trzeba znać w świecie serialów. Zdobył sławę na musicalowym Glee, który niegdyś namiętnie oglądałam, ale to jeden z tych tytułów, które z sezonu na sezon traciły czar i nawet go nie skończyłam. Widać, że oprócz musicali darzy też sympatią świat dawnego Hollywood (seriale Hollywood i Feud) oraz historie mrożące krew w żyłach (seria American Horror Story i Screem Queens). Ja postanowiłam sięgnąć po chwalony tytuł, do zobaczenia na Netflixie i przyznaję - jest co chwalić.
Ten miniserial opowiada historię procesu O.J. Simpsona, słynnego amerykańskiego futbolisty, oskarżonego o brutalne zabójstwo swojej byłej żony i jej znajomego. Rzecz dzieje się w latach 90tych i muszę przyznać, że to przeniesienie w czasie wyszło bardzo dobrze, szczególnie przebitki na to, jak wyglądało oglądanie procesu w starych odbiornikach pozwalało poczuć klimat tamtych czasów. Dodatkowo cała charakteryzacja, kostiumy i scenografia odzworowywały czas akcji. Serial zdobył wiele nagród i pochwał od krytyków, a miał do tego mocne podstawy. Ten dziesięcioodcinkowy tytuł ogląda się lepiej z odcinka na odcinek, a dodatkowej ekscytacji dodaje niewiedza jak proces się zakończy. Ja zupełnie nic nie wiedziałam o tym wydarzeniu ani nawet o istnieniu O.J. Simpsona, więc nie czytając niczego w Internecie spędziłam kilka odcinków na zmienianiu swojego zdania co do wyniku procesu. Jedynym elementem, który kojarzyłam to chyba rodzeństwo Kardashian (Robert, ich ojciec, był przyjacielem i obrońcą Simpsona). Dlatego, warto podejść do niego z czystą głową, a wzbudzi wtedy najwięcej emocji. Murphy w przypadku tego tytułu świetnie sobie poradził z przekazaniem problemu jątrzącego się w amerykańskiej społeczeności, który ostatnio jest nad wyraz głośny. Chodzi o dyskryminację osób o innym kolorze skóry przez policjantów, problem rasizmu, który wciąż trzyma się mocno we współczesnych czasach.
Dlaczego warto oglądać? Przede wszystkim to dobrze rozpisana, wciągająca historia mężczyzny oskarżonego o morderstwo (czy zasadnie czy niezasadnie - musicie się przekonać sami, nie będę psuła Wam zabawy w detektywa). Jednak największym plusem pierwszego sezonu ACS jest fakt poruszania aktualnego tematu, pokazywania niesprawiedliwości niektórych funkcjonariuszy. To dobry seans na ten czas.
Dodatkowo, to nie jest tak, że forma serialu broni się sama. Zaczęłam oglądać drugi sezon, o zabójstwie założyciela marki Versace i po połowie wciąż nie załapał. A wydawałoby się, że temat mi bliższy, bo przynajmniej wiedziałam kim Gianni Versace był.


Niewiarygodne (2019), reż. Lisa Cholodenko / Michael Dinner / Susannah Grant -> Netflix

liczba odcinków: 8


To chyba najbardziej nieprzyjemny do oglądania serial z tej listy. Już w pierwszym odcinku zalałam się łzami i przeklinałam niesprawiedliwość bohaterów. Oparty został na podstawie artykułu An Unbelievable Story of Rape, za którego autorzy otrzymali nagrodę Pulitzera. To historia Marie, zgwałconej dziewczyny, którą policjanci oskarżyli o składanie fałszywych zeznań, Akcja serialu toczy się dwutorowo - jeden wątek dotyczy Marie i jej życia po traumatycznych wydarzeniach, a drugi skupia się na postaciach dwóch pań detektyw, badających podobne sprawy gwałtów w innym mieście.
Niewiarygodne to ważny serial, pokazujący, że nie ma jednego wzorca zachowania osoby, która przeszła przez traumatyczne wydarzenie. To, że dana osoba dalej potrafi się uśmiechać albo spotkać się z przyjacielem, nie może być podstawą do tego, żeby oskarżyć ją o kłamstwo. Zaprezentowane zachowanie policjantów było dla mnie zupełnie obrzydliwe i tak niesprawiedliwe oraz krzywdzące. Dla widza, który posiada jakąkolwiek zdolność empatii oglądanie tego będzie mordęgą.
Ważnym elementem jest to, że serial nie popada w przesadny melodramat - ta historia sama w sobie wyciska łzy, a twórcy nie muszą dokładać do tego starań. Mocnym punktem serialu jest na pewno obsada. Tym razem nie potrafię powiedzieć, że ktoś ciągnął całość, to raczej praca zespołowa - każdy sprawdził się w swojej roli, wpływając na odbiór całości. Toni Collette, Kaitlyn Dever i Merritt Wever stworzyły niezapomniane kreacje serialowe.
Dlaczego warto oglądać? Temat tego serialu jest niesamowicie ważny i uważam, że każdy powinien się z nim zapoznać. Dodatkowo to naprawdę dobrze zrealizowany tytuł ze świetnymi wykonami aktorskimi. Naprawdę warto.



Inne miniseriale warte uwagi, już opisane wcześniej na blogu:


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka