wtorek, 17 grudnia 2019

Jesienny maraton skończony, czyli czy w dzisiejszych czasach warto oglądać „Gilmore Girls”?

źródło
Czasami bywa tak, że odpowiedni czas na obejrzenie danego tytułu przeminął wraz z młodzieńczym etapem w życiu. Po latach, jako dorosłe osoby oglądamy klasyki, na których wielu widzów się wychowało, ale zupełnie inaczej je odbieramy. Tak właśnie się czułam podczas oglądania Gilmore Girls, jakbym żałowała, że nie był częścią mojej młodości, bo teraz to już nie to samo.
Serial Gilmore Girls, w Polsce znany pod pociesznym tytułem Kochane kłopoty, nadal cieszy się sporym zainteresowaniem, szczególnie wśród fanów książek, filmów i ogólnie pojętej popkultury. Wielu cytuje znane powiedzonka czy wraca po raz któryś do ulubionych fragmentów. Jakimś cudem ominął mnie szum wokół tego tytułu, kiedy znajdował się na szczycie popularności. Jednak dwa lata temu, kiedy Neflix postanowił nakręcić czteroodcinkową kontynuację w postaci mini serialu trudno było o Gilmorkach sobie nie przypomnieć. Mimo że wcześniej kilkukrotnie robiłam podejście do Kochanych kłopotów i odpadałam znudzona po pierwszych odcinkach, to postanowiłam, że tym razem pójdę na całość. No i się udało.

Długie jesienne wieczory, zamiast z książką spędziłam więc w towarzystwie dziewczyn Gilmore. W centrum wydarzeń twórcy umieścili codzienne życie Lorelai, pracującej na recepcji w dobrze prosperującym hotelu, wychowującej nastoletnią córkę Rory. Lorelai pochodzi z zamożnej rodziny, ale gdy w wieku szesnastu lat zaszła w ciążę to opuściła rodzinny dom i postanowiła radzić sobie sama, porzucając świat bogatych rodziców. Zerwała z nimi kontakt, a córkę wychowywała na własnych warunkach. Teraz nastoletnia Rory, wzorowa uczennica, marzy o dołączeniu do prestiżowej, prywatnej szkoły średniej, a żeby pomóc jej to urzeczywistnić matka chwyta się ostatniej deski ratunku - zwraca się z prośbą o pożyczkę do swoich rodziców, Emily i Richarda. Korzystając z możliwości poznania wnuczki dziadkowie się zgadzają pod jednym warunkiem: każdy piątkowy wieczór Lorelai i Rory mają spędzać w ich domu.
źródło
Od razu widać, że fabuła jest tutaj tylko pretekstem do kolejnej opowieści o codziennych przeprawach bohaterów. Nie ma tutaj konkretnego celu, do którego poszczególne wydarzenia mogłyby prowadzić. Widz po prostu ma okazję przebywać w towarzystwie postaci i przechodzić z nimi wzloty i upadki, obserwować ich rozterki sercowe. Także do sukcesu komercyjnego Kochanych kłopotów mogło doprowadzić tylko jedno: dobrze rozpisani bohaterowie. I w tym rejonie faktycznie tkwi największy plus serialu. Tym razem nie w kwestii pojedynczego bohatera, a raczej świetnego tandemu, czyli Lorelai i Rory. Każdy widząc tę relację matka-córka pomyśli, chociażby przez chwilę, że też chce mieć taki kontakt ze swoim dzieckiem. Gilmorki nie przypominają typowego wzorca, brak tutaj schematycznej hierarchii rodzinnej. Dziewczyny prawie wszystko robią razem, pożyczają sobie ubrania, plotkują, wlewają w siebie hektolitry kawy, a wieczorami spotykają się przed telewizorem z pizzą w ręku, żeby móc poobgadywać bohaterów z ekranu. To taka relacja, którą chciałoby się mieć ze swoją przyjaciółką, a tutaj proszę: przyjaciółka i matka w jednym!

Kolejnym sporym plusem produkcji jest ciągłe nawiązywanie do popkultury i zainteresowanie młodej Rory literaturą. W Internecie można znaleźć całe wyzwania czytelnicze Rory Gilmore, sporo tam ciekawej klasyki i choć sama przeczytałam niewielki procent tego, co bohaterka to faktycznie mogę potwierdzić, że warto się z tą listą zapoznać. W Kochanych kłopotach często książka czy film będzie źródłem dowcipu, który zrozumieć może tylko ktoś, kto się z danym tytułem zaznajomił. Z jednej strony to mały minus, a z drugiej - pozwala na żarty, które każdy popkulturalny geek pokocha. Oprócz tych nawiązań dużą rolę w serialu odgrywają także dwa elementy: kawa i jedzenie. Gilmorki wciągają niewyobrażalne ilości obu, brzydzą się uprawianiem sportu, a jednak mają zawsze świetną figurę. Przyznaję, że jedzenie akurat na mnie tak nie działa, ale za każdym razem gdy widziałam Lorelai poszukującą kubka kawy to czułam głód kofeinowy. Lokowanie produktu działa cuda!
źródło
Czy serial się postarzał? Z jednej strony nie, bo w centrum wydarzeń mamy tutaj relacje rodzinne, związki, naukę i rozwój kariery, czyli rzeczy jak najbardziej uniwersalne. Z drugiej, trochę to oglądanie codzienności stało się passe. Teraz widzowie oczekują, że serial będzie miał jakąś ścieżkę przewodnią, którą można podążać. Jeżeli już oglądamy codzienność bohaterów to wybieramy ją raczej w formie czysto komediowej, jak chociażby w One day at a time.

Wracając jeszcze do postaci to zdania dotyczące głównych bohaterek są raczej podzielone. I ja się nie dziwię, bo Gilmorki to trochę te popularne dziewczyny, z którymi każdy chciałby się przyjaźnić, ale może później tego żałować. Ciągle żartują, docinki rzucają z pewnością siebie i szerokim uśmiechem na twarzy, a dla siebie są największym wsparciem. Jednak patrząc z perspektywy reszty bohaterów to mają sporo negatywnych cech, ot chociażby okropne z nich plotkary, na nikim z miasta nie zostawiają suchej nitki. Do tego, szczególnie we wznowieniu, widać, że są dziecinne i uparte. Wszystko chcą mieć po swojemu i koniec, kropka. Kompromisy? Nie z nimi. Ich postawa w związkach też jest dyskusyjna. Za każdym razem źle traktują swoich partnerów, odpychają ich nieudolnie, kręcą, zamiast mówić szczerze. Zarazem, jakimś magicznym sposobem przyciągają jednak nasza uwagę i zdobywają sympatię tysięcy ludzi. W zależności od wieku widza zmieniają się też zdania dotycząceo bohaterów. Nastolatki utożsamiają się z Rory, sympatyzują z Lorelai i nie przepadają za Emily, natomiast dorosłych uczuciowe rozterki najmłodszej Gilmore raczej nudzą, najciekawszą postacią zostaje Lorelai, a babcia wychodzi na świetnie zbudowaną bohaterkę, charakterną, ale niesamowicie czułą pod warstwą zimnej, wycofanej postawy.

Inne minusy Gilmore Girls? Sposób pokazywania ludzi różnych kultur jest dość dyskusyjny. Wydaje mi się, że to typowa kwestia starszych produkcji: mamy bohaterkę z Azji? Niech będzie sztywną tradycjonalistką, która mówi z twardym akcentem, nie pozwala córce słuchać muzyki i nakładać makijażu. Sporo tych stereotypów i żartów wokół tematu obcokrajowców czy ludzi innej orientacji seksualnej tutaj znajdziemy.
Dodatkowo, w pierwszych sezonach trochę ciężko oglądało się Alexis Bledel, która mimo niezaprzeczalnego czaru nie miała do pokazania zbyt wiele umiejętności aktorskich. To jednocześnie ciekawy przypadek obserwacji jak z czasem młody aktor nabiera praktyki i z roku na rok jest coraz lepszy w swoim fachu.
źródło
Trochę się notka rozrasta, bo i sporo tutaj kontentu. Gilmore Girls to 7 sezonów, każdy zawiera 22 odcinki, trwające 45 minut. Wróćmy jednak do tytułowego pytania. Czy w dzisiejszych czasach warto oglądać Gilmore Girls? Odpowiedź brzmi: tak. Jeżeli jesteście starymi fanami to będzie to ciekawa podróż w przeszłość i nowe, świeże spojrzenie na perypetie bohaterek. Jeżeli nigdy wcześniej nie oglądaliście to sprawdzi się to jako miły dodatek do sobotniej kawy (niewskazane oglądać na głodzie kofeinowym!). Warto dla wspaniałych postaci pobocznych, bo Richard i Emily są cudowni, a mieszkańcy Stars Hollow to mieszanka wybuchowa, nie pozwalająca się nudzić, z ekscentrycznym Kirkiem na czele i depczących mu po piętach: Sookie i Michelem. Warto dla nawiązań do literatury i filmów, chociaż w przypadku filmów akurat nie nadrabiałabym wszystkich tytułów wymienionych przez Lorelai, bo gust ma dość... osobliwy. Warto dla Lauren Graham, która gra świetnie, wyrzuca całe masy tekstu z humorem, lekkością i prędkością światła (btw. podobno scenariusz odcinka Gilmore Girls był kilkukrotnie dłuższy od typowego). Warto też dla wielu aktorów w rolach pobocznych (tutaj tylko młodzi aktorzy radzili sobie gorzej). Warto dla mocnych postaci kobiecych, które wiodą tutaj prym i wydaje się, że nie ma przed nimi przeszkód, których nie pokonają - girl power pełną gębą, mężczyźni pełnią tutaj rolę bardziej dopełnienia do tych silnych, kobiecych bohaterek. Warto dla przepięknego wątku miłosnego, który wzbudza niesamowite emocje, a jest zbudowany na wzajemnej przyjaźni dwójki dorosłych ludzi (oczywiście mam na myśli Lorelai i Luke'a), wciąż błądzących, przyciągających i odpychających się w nieskończoność. Warto w końcu dla rodzinnego klimatu, dla miłości, przyjaźni, wybaczenia, zrozumienia i wszystkich ciepłych emocji płynących z ekranu.

I jeszcze na koniec dwa słowa o wznowieniu. To musiało być coś wspaniałego dla fanów serialu, oczekiwane z niecierpliwością przez tysiące ludzi. Oglądając jednym ciągiem widać jednak jak bardzo odstaje ten mini serial od starszych odcinków. Oprócz kilku ciekawych wątków (tutaj zdecydowanie Emily miała najciekawszą historię), więcej złego niż dobrego to wznowienie zrobiło dla Gilmorek. Za to dla ostatniego odcinka, z naciskiem na przemowę Luke'a w kuchni - nie żałuję spędzonego z nim czasu.

źródło
Znacie ten serial? Oglądaliście w młodości?

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka