Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry omen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry omen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2023

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część trzecia

Poprzednie wpisy o miniserialach: tutaj i tutaj


Daisy Jones and the Six (2023), reż. Nzingha Stewart, James Ponsoldt and Will Graham -> Amazon Prime

liczba odcinków: 10

Ta produkcja ma wszystkie elementy serialu skrojonego pod mój gust. Tematyka formowania zespołu i jego pierwszych kroków w show biznesie to bardzo ciekawy temat. Dodatkowo, jest to serial muzyczny! Może właśnie ten potencjał sprawił, że każde potknięcie twórców bolało mocniej. Serial Daisy Jones and the Six mógł być moim ulubieńcem, wylądował jednak w strefie umilaczy o których po czasie się zapomina.

Historia fikcyjnego zespołu, działającego w latach 70tych została oparta na bestsellerowej książce autorstwa Taylor Jenkins Reid. Powieść ma rzeszę fanów, a biorąc pod uwagę gawędziarstwo autorki, którego doświadczyłam w Siedmiu mężach Evelyn Hugo, wierzę że wiele osób może się tą opowieścią zachwycić. Ja pierwowzoru nie czytałam, zatem nie będzie w notce porównania. 

Akcja serialu Daisy Jones and the Six została podzielona na dwa plany czasowe. Pierwszym jest współczesność, w której ucharakteryzowani aktorzy udzielają wywiadów o swoich początkach. Drugi przenosi nas w czasie do lat 70tych, gdzie przedstawione zostały opowiadane przez bohaterów historie. Niestety, przeskoki między dwoma planami często mnie wybijały i wprowadzały niepotrzebny komentarz. Jednym z najważniejszych elementów seriali muzycznych jest ścieżka dźwiękowa. Twórcy starali się nagrać coś wyjątkowego, niektóre utwory nawet wpadają w ucho. Niestety, daleko im do hitów typu Shallow z Narodzin gwiazdy czy City of stars z La La Land. 

Można jeszcze znaleźć kilka rzeczy, które nie działają w tym serialu, ale finalnie, dobrze mi się go oglądało. Uważam, że historia początków zespołu i tego, w jaki sposób dołączyła do niego Daisy wypada uroczo. Riley Keough w tytułowej roli jest bardzo charyzmatyczna, radzi sobie z postacią Daisy zarówno w scenach codziennych rozterek, jak i w scenicznym szale. Jej chemia z Samem Claffinem jest wyczuwalna. Mają kilka świetnych wspólnych scen, jak ta z pisaniem piosenek w domu producenta muzycznego. Na drugim planie natomiast błyszczy postać Kamili, partnerki Sama. To taka bohaterka-anioł, ma w sobie tyle zrozumienia dla innych, że każda wyrządzona jej krzywda boli jeszcze bardziej. Daisy Jones zabrała mnie na przygodę, która może nie została na długo w głowie, ale była przyjemnym doświadczeniem.


Awantura (2023), reż. Hikari, Jake Schreier and Lee Sung Jin -> Netflix

liczba odcinków: 10

Któż mógłby się spodziewać, że jeden z najlepszych tegorocznych miniseriali zostanie wyprodukowany przez Netfliksa? Ja na pewno nie, a jednak Awantura to zdecydowanie najbardziej oryginalny serial w tym zestawieniu.

Głównymi bohaterami są Amy i Danny. Kobieta dorobiła się fortuny na prowadzeniu firmy, w której sprzedaje rośliny i jest o krok od sprzedaży swojej marki za sporą sumę. Marzy o tym, żeby przestać pracować i móc poświęcić się ognisku domowemu, a w szczególności wychowaniu córki. Dla wszystkich wokół niej, jej życie wydaje się idealne. Zatem poziom narastającej w kobiecie frustracji wydaje się nie na miejscu. Z drugiej strony mamy historię Danny'ego, który próbuje związać koniec z końcem, łapiąc budowlane fuchy. Niestety, zawsze brakuje funduszy, więc jego marzenie o kupnie domu dla rodziców wydaje się zupełnie nieosiągalne. Właśnie wtedy, te dwie przepełnione agresją osoby spotykają się w dość codziennej sytuacji - ktoś komuś zajeżdża drogę, agresywnie wygrażając środkowym palcem. Wydawało by się, że to sytuacja, jakich wiele. Dla tych bohaterów jednak to przelewa czarę goryczy i zamiast zapomnieć o wydarzeniu, starają się zemścić na drugiej osobie.

Awantura ma świetnie napisany scenariusz, życie obojga bohaterów rozpisane jest z uwagą na detale. Dzięki temu ich akcje, które są dość przesadzone, da się wytłumaczyć. Nie byłoby też takiej przyjemności z oglądania, gdyby nie Ali i Steven na pierwszym planie. Świetnie radzą sobie z odegraniem tych postaci, szczególnie Steven zrobił na mnie ogromne wrażenie. Twórcy serialu nie zamykają się również na jeden styl, czego przykładem mogą być dwa ostatnie odcinki. Przedostatni przypomina niemal Parasite, w którym dochodzi do napadu na bogaty dom. Ostatni odcinek to zabawa inną formą, w której bohaterowie mogą podzielić się wszystkim, co leży im na wątrobie. Niesamowicie dobrze się to oglądało i zdecydowanie jest to jeden z najciekawszych tytułów, które znajdziemy na Netfliksie.


Czarny ptak (2023), reż. Michaël R. Roskam, Jim McKay and Joe Chappelle -> Apple TV

liczba odcinków: 6

Miniseriale kryminalne zaliczam do moich gatunkowych ulubieńców. Dzięki kilku odcinkom twórcy zyskują czas na powolne rozwinięcie portretów bohaterów, co w kontekście kryminalistów nieustannie fascynuje widzów. Czarny ptak to historia, która zapewne nie miałaby takiego mocnego przekazu w formie filmu, a jako serial sprawdza się świetnie. 

W serialu Czarny ptak zobaczymy jedną z ostatnich ról Roya Liotty, aktora którego kochamy za postać znaną z Chłopaków z ferajny. Jego bohater jest byłym policjantem, który zboczył z drogi prawa. Ważne jest przedstawienie jego relacji z synem. Mężczyzna czuje się winny przestępczemu życiu syna, obwinia się za ścieżkę, którą ten obrał. Próbuje mu pomóc, wyciągnąć go z zaistniałej sytuacji. Ta relacja będzie ważna w porównaniu do tej, która łączy głównego podejrzanego ze swoim ojcem. Od dziecka traktowany był jako ten gorszy syn, więc ze wszystkich sił szukał uznania wśród innych. Postać głównego podejrzanego jest prawdziwie fascynująca i przede wszystkim dla niej warto ten serial obejrzeć. Zagrana brawurowo przez Paula Waltera Hausera. Ten bohater jest mocno ekscentryczny, ale aktor radzi sobie z wszelkimi dziwnościami, nie przekraczając granicy przesady. Taron Egerton dobrze mu partneruje, ale trudno mu przejąć uwagę widza, kiedy Hauser jest obok niego. 

Zawsze kiedy widzę napis, wskazujący że historia oparta jest na faktach to intensywniej przeżywam przedstawione wydarzenia. Łatwiej jest pomyśleć, że to wszystko jest fikcją, a postacie morderców żyją tylko w głowach twórców. Czarny ptak to naprawdę mocny kawał telewizji, polecam szczególnie wszystkim fanom mrocznych kryminałów.


Good Omens 2 (2023), reż. Douglas Mackinnon  -> Amazon Prime

liczba odcinków: 6

Naginam trochę zasady tego wpisu. Miały być miniseriale, a tutaj druga odsłona przygód znanych bohaterów. Dla Good Omens warto jednak złamać kilka reguł.

Pierwszą część serialu traktowałam jako miniserię. Całość zamknięta była w sześciu odcinkach i oparta na historii, którą znamy z książki napisanej przez Pratchetta i Gaimana. Poczułam się szczerze zaskoczona kiedy zapowiedziano kontynuację opowieści. Jako że pierwszy sezon był naprawdę przyjemną, zabawną fantastyką, to nastawiałam się na podobne emocje przy drugiej odsłonie. Jakie zatem było moje zaskoczenie, kiedy dostałam coś tak innego. Gaiman rozwinął skrzydła w drugim sezonie i w centrum historii postawił... wątek romantyczny. Zrobił to w sposób zniuansowany, tak że widz ma wrażenie, że ogląda kolejne starcie nieba z piekłem, kiedy tak naprawdę wszystko kręci się wokół dynamicznej relacji Azirafala i Crowleya.

Mam wrażenie, że od lat nie widziałam tak genialnego duetu aktorskiego jak Sheen i Tennat. Obaj wspinają się na wyżyny aktorstwa, przekuwając demona i anioła w postacie, którym chcemy kibicować. Sukces Dobrego Omena opiera się w ogromnym stopniu na ich chemii. Pomaga fakt, że to aktorzy, którzy znają się nie od dziś. W czasie pandemii zaczęli nawet wspólnie nagrywać serial bazujący na ich przyjaźni (Staged). 

W drugim sezonie sporo się dzieje. Są wspomnienia z przeszłości dwójki bohaterów, gdzie zobaczymy ich pierwsze spotkanie czy historię Hioba (w tym epizodzie w rolach Hioba i jego syna zobaczymy kolejno teścia Tennanta i jego syna). Jest zagadka związana z Gabrielem, który stracił pamięć. Są relacje sąsiadów Azirafala, gdzie na pierwszym planie znajduje się związek dwójki pań, które popychane są w swoje ramiona przez głównych bohaterów. Drugi sezon to jednak przede wszystkim historia pewnej relacji. Uświadamia nam, że najgłębsze uczucia rodzą się, kiedy już daną osobę dobrze poznamy, przejdziemy z nią przez piekło, ale przy każdej kolejnej przygodzie będziemy chcieli ją mieć przy swoim boku. Ja tej parze kibicuję z całego serducha, równocześnie nie mogę doczekać się ich losów w trzecim sezonie!


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

„Good Omens” T. Pratchett i N. Gaiman - książka vs. serial

Swego czasu miałam lekkiego świra na punkcie książek Neila Gaimana. Czytałam jedną po drugiej i z każdą kolejną lekturą coraz bardziej go ceniłam. Ostatnią wydaną pozycją, Mitologią nordycką, akurat się rozczarowałam, ale mam jeszcze kilka starszych jego powieści do nadrobienia, łącznie z komiksami o Sandmanie.
Kiedy świat obiegła wiadomość o ekranizacji Dobrego Omena, to bardzo się ucieszyłam. Amerykańscy bogowie, serial na podstawie innej jego książki, przypadł mi do gustu (więcej możecie przeczytać o nim TUTAJ). Był dość pokręcony, zresztą tak samo jak pierwowzór, ale oglądało się naprawdę dobrze. W przypadku Good Omens doświadczymy czegoś zupełnie innego.
Zaznaczam, że przede mną była przygoda z książką i z serialem - właśnie w takiej kolejności udało mi się je poznać w ciągu ostatnich kilku tygodni.
źródło
Jest to coś zupełnie innego od chociażby wspomnianych Amerykańskich bogów dlatego, że mamy do czynienia z pracą wspólną. Zaczęło się właśnie od Gaimana, który inspirując się powieściami/filmami The Jew of Malta Christophera Marlowe, The Omen i Just William Richmala Cromptona napisał niejako parodię tej ostatniej pozycji o tytule: William The Antichrist. Kiedy wysłał szkic książki do Terry'ego Pratchetta, ten zapytał czy może wziąć udział w przedsięwzięciu. Gaiman, jako fan i przyjaciel Pratchetta był propozycją zachwycony i oczywiście się zgodził. Obaj autorzy mieszkali wtedy w Anglii, a pracowali przekazując między sobą kolejne zapiski na dyskietkach (pamiętajmy moi drodzy, że mówimy o circa 1988 roku!). Podsumowując współpracę stwierdzili, że trudno na sztywno oddzielić kto był odpowiedzialny za którą część książki, jednak wspomnieli, że Gaiman bardziej skupił się na Czterech Jeźdźcach, a Pratchett na Adamie i jego przyjaciołach. Finalnie to Terry fizycznie napisał większą część powieści, chociaż sporo pomysłów miało źródło w długich rozmowach telefonicznych, które autorzy często prowadzili.

Także mamy za sobą kilka słów o genezie książki, warto przejść do przedstawienia fabuły. W telegraficznym skrócie: diabeł i anioł wypełniają na przestrzeni wieków zadania na Ziemi, podczas których ich ścieżki często się przecinają. W końcu demon Crowley dostaje za zadanie dostarczyć do wybranej angielskiej rodziny Antychrysta i trzymać pieczę nad jego dojrzewaniem. Obawiając się skutków Apokalipsy, czyli zniszczenia wszelkiego życia na Ziemi, które zdążył już znacznie polubić, postanawia połączyć siły z aniołem Azirafalem i zapobiec nieszczęściu.
źródło

Książka

Jeżeli chodzi o pierwowzór: moim zdaniem bardzo czuć wpływ Terry'ego Pratchetta na całość. Do tej pory czytałam tylko jedną jego powieść (całe lata temu - Kolor magii) i miałam z nią niemały problem. Jakoś wtedy nie przekonał mnie pokręcony humor autora i chociaż ogólnie książka mi się spodobała to nieszczególnie zachęciła do dalszego czytania Świata Dysku. Prawdą jest, że z wiekiem człowiek zaczyna doceniać trochę inne aspekty literatury i cóż, teraz ten zabawny koloryt bardzo mi się spodobał. To nadal specyficzny humor, ale tym razem naprawdę polubiłam inteligentny dowcip Pratchetta.
Fabuła rozwijała się w ciekawy, często zaskakujący sposób, całość idzie do przodu raczej mozolnie, pozwalając sobie na liczne zboczenia z głównej ścieżki. Wprowadzenie kilku głównych postaci było świetnym pomysłem, przeskakiwanie między ich historiami okazało się absorbujące. Problematyczne natomiast były częste nawiązania do sytuacji i bohaterów niemal zupełnie niezwiązanych z główną akcją. Czasem lekturze towarzyszyło lekkie zdezorientowanie, zdawało mi się, że nie potrafię śledzić fabuły, a zaraz okazywało się, że dany fragment to tylko dygresja, która wnosi małe ziarenko do całości. Kiedy już się przyzwyczaiłam do tych anegdotek to nawet je polubiłam, ale potrzebowałam trochę czasu na zasymilowanie się z nimi. Trzeba przyznać, że jest ich naprawdę sporo jak na tak niewielką powieść.
Na koniec dodam, że podczas czytania miałam wrażenie, że nijak nie jest to materiał na serial. Także tym bardziej chciałam zobaczyć jak twórcy z tego zadania wybrnęli.

Serial

Książka Dobry Omen została napisana przez dwa głośne nazwiska z grona twórców fantastycznej literatury, także nic w tym dziwnego, że wiele osób pragnęło ją zekranizować. Jednym z zainteresowanych reżyserów był Terry Gilliam, a w głównych rolach planował obsadzić Johnny'ego Deppa i Robina Williamsa (mówimy o początkach lat dwutysięcznych).
Nad wersją, którą możemy teraz oglądać pieczę trzymał Neil Gaiman, który zaznaczył w wielu wywiadach, że chciał przede wszystkim stworzyć coś, co spodobałoby się Terry'emu, który zmarł w 2015 roku. Podobno blisko końca swoich dni napisał do Neila list ze zdaniem: Please do this for me (pl: Proszę, zrób to dla mnie). Kiedy Gaiman wrócił z pogrzebu od razu usiadł do pisania scenariusza.
Za reżyserię odpowiedzialny został Douglas Mackinnon (na koncie ma takie tytuły jak Doctor Who czy Outlander). Natomiast wśród obsady pojawiły się same perełki brytyjskiego aktorstwa. Przede wszystkim główna dwójka: Michael Sheen i David Tennant. Na drugim planie równie ciekawie. Warto wspomnieć, że wiele z tych osób to Neil Gaiman zachęcił do współpracy, m.in. napisał do Jona Hamma czy chciałby zagrać Gabriela, na co aktor odpisał krótkim: Tak.
Całość składa się z sześciu odcinków i, o dziwo, naprawdę trzyma się kupy z wydarzeniami znanymi z książki. Serio, moim zdaniem w sporym stopniu oddaje klimat pierwowzoru, z dziwacznym humorem, ale także większością wydarzeń. Nawet wiele dygresji z książki zostało zachowanych w ekranizacji. Wychodzi na to, że czasami warto oddać pisanie scenariusza w ręce człowieka odpowiedzialnego za pierwotną historię.
źródło

Książka a serial

Jeżeli miałabym porównać książkę do serialu to powiem Wam tyle: one świetnie ze sobą współgrają. Oczywiście, polecam Wam zacząć od papierowej wersji, poznać klimat tej historii i przejść ją z uśmiechem na twarzy. Mam wrażenie, że odwrotna kolejność sporo odbierze książce. Chociaż może ktoś próbował poznawać przygody anioła i demona właśnie zaczynając od serialu i jest z tego powodu zadowolony? Dajcie znać.
W serialu zostało zastosowanych kilka świetnych chwytów, żeby wzbudzać ciekawość a zarazem trzymać się oryginału. Przede wszystkim wprowadzono postać narratora-Boga, któremu głosu użyczyła genialna Frances McDormand. To dzięki niemu tak gładko przejdziemy między różnymi anegdotkami. Dodatkowo, główną odczuwalną dla mnie różnicą, była waga postaci Crowleya i Azirafala. W książce pełnią faktycznie ważną rolę, ale to w serialu są naprawdę na pierwszym planie. I chwała niebiosom, bo Tennant i Sheen to wybuchowa mieszanka, której nie da się nie kochać. Obaj nadają swoim postaciom taką masę charakteru, że nie można mieć ich dosyć. Na szczęście Gaiman zaspokoił spragnionych widzów i dołożył w trzecim odcinku całą sekwencję opowiadającą historię ich relacji na przestrzeni wieków - nie było tego w książce, a ogląda się z czystą uciechą. W serialu sporo miejsca poświęcone także zostało mieszkańcom piekła i nieba. Przede wszystkim całkiem nowa postać Gabriela (wspaniale oddana przez przezabawnego Hamma), ale także sekwencja w ostanim odcinku została dopisana na potrzeby serialu. Podobno elementy związane z archaniołem Gaiman z Pratchettem wypracowali na rzecz zaplanowanej kontynuacji, która nie ujrzała światła dziennego.
Natomiast w drugą stronę - z serialu został wycięty wątek z tymi drugimi jeźdźcami, pojawiło się też kilka zmian w treści (zabawa Ich czy kolor włosów Crowleya), a niektóre anegdoty zostały pominięte.

Neil Gaiman i Terry Pratchett, źródło

Muszę przyznać, że i przy książce i przy serialu bawiłam się przednio. Uważam, że pierwowzór momentami jest zbyt chaotyczny, a ekranizacja tak bardzo skupia się na głównej dwójce bohaterów, że po macoszemu traktuje resztę wątków, ale całościowo to prawdziwa perełka dla fanów tego dziwnego humoru. Natomiast dla fanów fantastyki punkt obowiązkowy, najlepiej w kolejności: książka -> serial.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka