Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hbo go. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hbo go. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 sierpnia 2021

Koronowane głowy, czyli seriale „Wielka” (HBO) i „The Crown” (Netflix)

Seriale, których fabuła skupia się na postaciach rządzących – obojętnie czy królach, cesarzach, imperatorach czy politykach – powstają od lat i wciąż cieszą się sporą popularnością. Zmieniają się za to trochę oczekiwania widzów. Niegdyś oglądanie przedstawienia fragmentu historii właściwie wystarczało, widzowie mogli nacieszyć oko pięknymi kostiumami i podziwiać dbałość o szczegóły oddania realiów zamierzchłych czasów, a przy okazji nauczyć się czegoś nowego bądź odświeżyć wiedzę na temat wydarzeń z przeszłości. Obecnie, twórcy muszą się już trochę bardziej postarać, żeby wzbudzić zainteresowanie, bo filmów o Katarzynie Wielkiej czy Żelaznej Damie powstało już przynajmniej kilka. Jednak ewidentnie pole do manewru jest nadal spore, a nowe produkcje często potrafią zaskoczyć i znajdują swoją niszę na rynku. W przypadku tytułów Wielka i The Crown udało się zyskać światowy sukces, a nominacje do nagród i zdobyte statuetki potwierdzają, że dobry serial o władcach nadal jest w cenie.

Wielka to serial komediowy, opisujący dzieje Katarzyny Wielkiej na dworze Piotra, od momentu jej przyjazdu do Rosji. Już na samym początku, przy pojawieniu się tytułu możemy przeczytać uwagę, że historia ta jest częściowo prawdziwa. Po kilku minutach wiemy dlaczego – twórcy w tym przypadku zamiast trzymać się suchych faktów obrali ścieżkę mocno prześmiewczą w celu ponownego przedstawienia historii życia Katarzyny. Żarty sypią się tutaj gęsto, niemal tak często jak pojawiają się trupy, seks, posoka i inne płyny. Jest obrzydliwie, gorsząco, humor trzyma poziom mocno rynsztokowy, ale wszystko to jest częścią konwencji. A jak to z konwencjami bywa – do jednych ona trafi, a pozostałych odrzuci.

Spory miałam problem z tym serialem, bo z jednej strony bardzo go chciałam pokochać i uważam, że dobrze radzi sobie z kwestiami, które chce poruszyć, a z drugiej nie potrafiłam przekonać się do tego humoru. Mocno utrudnia to ocenę, bo obiektywnie potrafię wymienić sporo plusów, ale nie zmienia to faktu, że mnie osobiście nie zachwycił. Właściwie do oglądania przekonało mnie to, że serial ma tylko dziesięć odcinków, więc nie pochłonie dużo mojego czasu. Postanowiłam więc spożytkować ten czas na wyszukiwaniu mocnych stron Wielkiej. Jak wspominałam, tych trochę jest, zaczynając od scenografii i kostiumów. W tej kwestii mamy do czynienia z przepychem, dbałością o szczegóły, różnorodnością – już samo patrzenie na kostiumy Katarzyny przyprawiało mnie o dziką ochotę paradowania w tego typu sukniach. Te gorsety, te kolory, ta objętość, no po prostu cud, miód, malina. Trzeba tutaj zauważyć, że wszystko pięknie dobrane do konkretnych postaci, bo suknie dam dworu różniły się znacznie od tych noszonych przez Katarzynę.

Jednym z największych atutów Wielkiej jest obsada, która w danej konwencji czuje się swobodnie i daje popis swoich umiejętności komediowych. Elle Fanning udowadnia, że jest aktorką młodego pokolenia, której karierę warto śledzić. Jako Katarzyna jest pełna słodyczy, a chwilę później determinacji, to kobieta, będąca niepoprawną marzycielką i to właśnie przez swoją fantazję o wielkiej, carskiej Rosji pruje do przodu z misją obalenia władzy. Jednocześnie jest przy tym delikatna i silna. Towarzyszy jej Nicholas Hoult, który spośród całej obsady najmocniej bawi się przy kreowaniu swojego bohatera. Postać Piotra jest przerysowana do granic wiarygodności, ale aktor sprawia, że ogląda się go z przymrużeniem oka i przyjemnością towarzyszącą każdemu okrzykowi Hazzah!. 

Wielka to feministyczna satyra o carskiej Rosji, przepełniona humorem, świetnymi popisami aktorskimi, z dopracowaną scenografią, charakteryzacją i kostiumami. Jednocześnie to konwencja, którą można pokochać bądź nie, a dla mnie są to żarty, które po prostu nie wywołują uśmiechu. Doceniam ten serial za wiele elementów, ale do moich ulubionych i polecanych należał nie będzie. Ot, po prostu.

The Crown to fabularyzowana historia o władcach Wielkiej Brytanii, poczynając od drogi do korony Elżbiety II, po czasy prawie współczesne. Napisałam „prawie”, bo na razie sezonów doczekaliśmy się czterech, kończąc gdzieś w latach 90tych zeszłego wieku, ale potwierdzone już zostało, że powstanie kolejna część. W odróżnieniu od Wielkiej, w The Crown postawiono na dramat, ale również zatrudniono ekipę utalentowanych aktorów, którzy przybliżają widzowi znane postaci z nadal świeżej historii, pokazując ich wzniosłe chwile i bolesne upadki. 

Na co dzień nie jestem zainteresowana losami rodziny królewskiej, ale dopiero podczas oglądania The Crown zdałam sobie sprawę, że i tak wiem o monarchii dość sporo. Trudno nie kojarzyć Elżbiety II z biegającymi wokół niej pieskami corgi albo skandalu, który miał miejsce między księciem Karolem a księżną Dianą. Niedawno znowu wokół rodziny królewskiej zrobiło się głośno, za sprawą wywiadu księcia Harry'ego i jego żony, Meghan Markle. Także, chcąc nie chcąc – o władcach Wielkiej Brytanii wiemy dużo, nawet, kiedy się ich życiem nie interesujemy. Zatem, skoro historia jest w miarę świeża i znana, a sami członkowie rodziny niezbyt intrygujący, co właściwie przyciąga nas do The Crown?

Może się to wydawać sprawą raczej drugorzędną, ale dla mnie The Crown zawdzięcza swój sukces w dużej części świetnym popisom brytyjskiego aktorstwa. Dzięki przyjęciu formuły, że wraz z upływającym czasem zmieniamy aktorów, w celu dopasowania ich wiekiem do odgrywanych postaci, możemy obserwować poczynania sporej ilości osób i doceniać ich kunszt. Pierwsze skrzypce w początkowych sezonach zagrała Claire Foy, idealnie oddając nieśmiałość, ale i pogodzenie się z losem młodej królowej. Osobiście tak mocno się przyzwyczaiłam do niej w tej roli, że mimo ogromnej sympatii, którą darzę Olivię Colman, długo nie mogłam się przyzwyczaić do tej nowej twarzy Elżbiety. Szczególnie, że miałam wrażenie, że była to spora zmiana w dynamice gry, Colman nawet w spokojnych scenach miała w sobie o wiele więcej energii niż wyciszona Foy. Za to gładko przeszła zmiana aktorki w roli Małgorzaty, której wczesne rozterki cudownie oddała Vanessa Kirby, a temat pociągnęła w kolejnych sezonach Helena Bonham Carter. Oglądanie tych dwóch aktorek na ekranie było czystą przyjemnością. W czwartym, czyli ostatnim do tej pory sezonie, mamy możliwość oglądania jeszcze kilku świetnych występów. Na czołówkę wysuwa się Josh O'Connor, którego postać księcia Karola zyskała ludzki wymiar w trzecim sezonie, a w kolejnym mogliśmy oglądać jego wewnętrzną walkę między tym, co się od niego oczekuje a wyborem serca. Partnerująca mu Emma Corrin to prawdziwe objawienie, za rolę Diany zasługuje na wszelkie słowa uznania. Delikatna, ale z charakterem, ulubienica tłumów, ale nienarzucająca się, pełna empatii i pragnąca miłości. O aktorach The Crown można wiele dobrego powiedzieć, zakończmy więc na tym, że to prawdziwa śmietanka i już nie mogę się doczekać kolejnych castingowych wyborów.

W warstwie fabularnej The Crown ma do zaoferowania porządnie skrojony dramat polityczny z licznymi zagrywkami taktycznymi, grzeszkami głów państwa i wydarzeniami z historii. Ciekawie spojrzeć na niektóre sytuacje z perspektywy monarchów, którzy zmuszeni są do porzucenia własnych marzeń i podporządkowaniu się do panujących zasad. Najmocniej to uwydatnione zostało na przykładzie postaci Małgorzaty, a później Karola, osób, które musiały porzucić swoich ukochanych dla dobra rodziny królewskiej. Jak wiemy, nie kończy się to dobrze, na jaw wychodzi, że przestarzałe zasady, którymi rządzi się monarchia powinny ulec zmianie.

Ogólnie, serial miewa swoje lepsze i gorsze momenty, patrząc jednak na sezon czwarty, możemy być pewni, że twórcy nie opierają się tylko na popularności poprzednich odcinków i nadal walczą o dobrą jakość. To przede wszystkim prawdziwy popis aktorstwa, ale także dobrze napisanych scenariuszy, idealnie oddanych kostiumów i scenografii, dopasowanej charakteryzacji i muzyki. Dodatkowo w kwestiach samej tematyki robi się coraz bardziej intrygująco. W czwartym sezonie możemy dopatrzyć się więcej uwydatniania wad monarchii, w odróżnieniu od poprzednich trzech, gdzie raczej współczuliśmy i sympatyzowaliśmy z władcami. W ostatniej odsłonie o wiele mocniej dostrzegamy mankamenty, przestarzałe zasady i deptanie cudzych potrzeb przez rodzinę królewską i jej świtę. Jedyne co nam pozostaje, to zastanawiać się gdzie nas zaprowadzi kolejny sezon, który na pewno z chęcią obejrzę.

poniedziałek, 29 marca 2021

Kobiety w rolach głównych – polecam trzy krótkie seriale

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto (2020), reż. Martin Scorsese -> Netflix

liczba odcinków: 7

Był sobotni wieczór, siedziałam sama w domu sącząc białe wytrawne wino, bez pomysłu czym zająć swoje myśli. Pierwsze co wpadło mi do głowy, to włączenie czegoś luźnego na Netfliksie. I o mały włos wybór padłby na ówczesną nowość, czyli serial fantastyczny Przeznaczenie: Saga Winx, który od czasu premiery zebrał dość dużo negatywnych ocen. Podkusiło mnie jednak, żeby zerknąć na fragment odcinka serialu dokumentalnego o Fran Lebowitz. Podczas jednego wieczoru wciągnęłam całe siedem epizodów. I dużo wina.

Wystarczyło pierwsze pięć minut, żeby mnie przekonać, iż lepiej nie da się spędzić samotnego wieczoru. Czułam się wręcz jakbym uczestniczyła w rozmowie z tą bardzo charyzmatyczną osobą, której słuchało się z niegasnącym zainteresowaniem. Chociaż w niektórych kwestiach mam odmienne zdanie, to Fran była tak autentyczna, zawsze szczerze przedstawiająca swoje poglądy, że potrafiłam zrozumieć jej punkt widzenia. Za przykład może posłużyć temat mediów społecznościowych, czy w ogóle nowoczesnych technologii i Internetu, gdzie nie zgadzam się może z Lebowitz, ale jej wypowiedź była związana z wnikliwą obserwacją i bardzo dobrze było usłyszeć taki głos trochę starszego pokolenia. Serial skończyłam z uczuciem podziwu dla Fran, przede wszystkim dlatego, że widz odbiera wrażenie, jakby nie było w niej miejsca dla okrutnego zdania: „co ludzie powiedzą”. Ona po prostu bez owijania mówi, co myśli. Sama miewam z tym niemało problemów, presja otoczenia zawsze potrafi ściągnąć w dół i podciąć skrzydła, dlatego tak dobrze ogląda się osobę, która bezkompromisowo dzieli się swoim zdaniem. 

Serial jest wyreżyserowany przez Martina Scorsese, który prywatnie jest długoletnim przyjacielem Fran. Montaż jest bez zarzutu, a przez większość czasu oglądamy główną bohaterkę po prostu siedzącą przy stole, ewentualnie na scenie i opowiadającą historie ze swojego życia (ta ze spadającym żyrandolem na spektaklu Upiór w operze jest cudowna) albo odnoszącą się do konkretnych tematów (świetnie słuchało się Fran tłumaczącej Spike'owi Lee dlaczego sportowiec nie będzie się równał artyście). Podczas tych siedmiu odcinków Scorsese jest towarzyszem rozmów, ale ogranicza się do wybuchania śmiechem i krótkich komentarzy, a cała uwaga skupiona jest na postaci Lebowitz. Z taką charyzmą, ogromnymi pokładami humoru i wiedzą mogłabym słuchać jej jeszcze przez kolejnych siedem odcinków. To była jedna z najwspanialszych, najbardziej niespodziewanych przeżytych ostatnio przygód w serialowym świecie.

Euforia: odcinki specjalne (2020), reż. Sam Levinson -> HBO GO

liczba odcinków: 2

Wpływ pandemii COVID-19 na branżę serialową jest niezaprzeczalnie widoczny, premiery wielu tytułów zostały przesunięte, a prace nad niektórymi wstrzymane bądź odłożone. Twórcy Euforii, po mocnym wejściu na rynek z pierwszym sezonem, którym zyskali sobie wierne grono fanów, musieli wstrzymać się z dalszą pracą. Zamiast jednak zamknąć się i czekać, aż będą mogli wrócić do normalnego harmonogramu postanowili wykorzystać możliwości i zabrali się za wyprodukowanie dwóch odcinków specjalnych. Powstały zatem takie mini dodatki do fabuły znanej z pierwszego sezonu. 

Oba odcinki charakteryzuje statyczność, większość akcji odbywa się w jednym miejscu, mało też pojawia się poznanych wcześniej aktorów. Tutaj widać dość mocno wpływ pandemii i ograniczenia z niej wynikające. Pierwszy epizod to po prostu długa rozmowa, odbywająca się w jednej z przydrożnych jadłodajni, między Rue a jej przyjacielem, pomagającym w walce z nałogiem. Oprócz scen rozgrywających się w tym miejscu pokazane zostaną tylko krótkie przebitki na wyimaginowane życie Rue i Jules. Takie wyobrażenie na temat co by było, gdyby przeniosły się do Nowego Jorku. Reszta to pozornie zwykła rozmowa przy naleśnikach. Słucha się jej jednak cudownie, to naprawdę sprawnie napisany dialog, zgrabnie poruszający masę tematów związanych z dotychczasowym życiem dziewczyny, ale dotyczący przede wszystkim jej uzależnienia i próby naprowadzenia Rue na drogę, w której zrozumie dlaczego warto z nałogiem zerwać. Drugi odcinek dotyczy Jules i mimo że znowu główna akcja będzie skupiać się na rozmowie dwójki osób, tym razem dziewczyny z jej psychologiem, to tutaj dostaniemy o wiele więcej przebitek na inne wydarzenia. Najważniejsze, że w końcu poznajemy historię matki Jules, co rzuca więcej światła na wydarzenia z pierwszego sezonu i pozwoli nam zrozumieć dlaczego jej związek z Rue polegał na tym ciągłym przyciąganiu oraz odpychaniu i skąd się bierze jej niechęć do zaangażowania. Dodatkowo rozwinięty zostanie temat zmiany płci, dlaczego się zdecydowała i jak wpłynęło to na jej sposób patrzenia na otoczenie. Naprawdę wspaniały odcinek, który otwiera oczy na sytuacje, które miały już miejsce w pierwszym sezonie i dają nadzieję na ciekawy rozwój bohaterki w kolejnym. 

Oba epizody to sprawnie napisany, a także cudownie zrealizowany pod względem technicznym, kawałek telewizji. Montaż, zdjęcia i muzyka ponownie powalają na łopatki, twórcy idą w zupełnie inną stronę, mniej psychodeliczną w formie, ale równie mocną w przekazie. O wiele bardziej naturalne są te specjalne odcinki, dzięki czemu aktorki dostały większe pole do popisu, które z dużym powodzeniem wykorzystały. Jeżeli komuś podobał się pierwszy sezon Euforii to zdecydowanie te dwie dodatkowe godziny musi poświęcić na obejrzenie tych epizodów.

Betty (2020), reż. Crystal Moselle -> HBO GO

liczba odcinków: 6

Młodzieńcza energia, babska solidarność, oddawanie się swojemu hobby, spotkania z koleżankami, długie rozmowy i włóczenie się po skąpanym w promieniach słońca Nowym Jorku – to wszystko sprawia, że Betty to serial, przez który się po prostu płynie. Włączasz, żeby się przekonać co to takiego, a za chwilę żałujesz, że tak szybko nadszedł koniec. Każdy z odcinków trwa krótko, bo mniej niż pół godziny, także całość można obejrzeć nawet w jeden dzień.

Serial został stworzony przez Crystal Moselle, która wcześniej wyreżyserowała w podobnym klimacie film – Skejterkę. Chociaż go nie oglądałam, to ze zdjęć i zwiastuna można wywnioskować, że te same aktorki biorą udział i w filmie i w serialu, ale sama historia już trochę się różni. Po obejrzeniu Betty na pewno chętnie nadrobię film, bo Moselle tworzy coś świeżego, mocno współczesnego i takiego bezpretensjonalnego. Potrafi mówić o palących problemach w lekki sposób. Całość przypomina klimatem wakacyjną przygodę, gdzie kilka osób związanych z tym samym hobby – w tym przypadku jazdą na desce – poznaje się, zaprzyjaźnia i zaczyna spędzać ze sobą czas. Sama nazwa serialu nawiązuje do wyzwiska, którym chłopcy lubiący jeżdżenie na deskorolce obdarzają dziewczyny „wchodzące na ich terytorium”. 

Życie prywatne tych pięciu młodych kobiet będzie jedynie lekko zarysowane, historię każdej z nich poznamy pobieżnie, bo reżyserka skupia się raczej na tym jak tworzy się między nimi więź. Także ich personalne problemy służą tutaj do pogłębiania przyjaźni, a nie tworzenia osobnego wątku – kiedy któraś z bolączek wypływa, to reszta składu pomaga w jej rozwiązaniu. Z Betty bije piękne przesłanie kobiecej solidarności oraz wsparcia, i to jest w nim właśnie najpiękniejsze. Bardzo ciekawie poruszony jest rownież temat wykorzystania seksualnego, kształtująca się wiedza na ten temat wśród młodych dziewczyn. W serialu jest kilka głębokich i ważnych wątków, ale całość to po prostu mocno przyjemna przygoda. Taka, w której niemal czuje się promienie słońca na skórze i ma się ochotę spróbować jazdy na desce razem z tą cudowną ekipą.

piątek, 22 stycznia 2021

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część druga

Już kiedyś pisałam o miniserialach, które można obejrzeć podczas jednego weekendu, do wpisu odsyłam -> TUTAJ. Tym razem wszystkie tytuły to zeszłoroczne premiery.


Normalni ludzie (2020), reż. Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Książka autorstwa Sally Rooney Normalni ludzie, wydana w Polsce w zeszłym roku, wzbudziła sporo kontrowersji wśród czytelników. Z każdej strony bombardowały mnie sprzeczne opinie: „najlepsza książka tego roku”, na przemian z: „największe rozczarowanie roku”. Miałam ją już nawet w koszyku podczas zakupów, ale w ostatnim momencie stwierdziłam, że może nie jest warta mojej uwagi. Jednak, kiedy na HBO GO pojawiła się ekranizacja, postanowiłam dać jej szansę.

Marianne (Daisy Edgar-Jones) i Connel (Paul Mescal) chodzą do tego samego liceum w małej mieścinie północno-zachodniej Irlandii. Ona izoluje się od kolegów, on ma sporą paczkę znajomych. Chociaż na korytarzach szkolnych nie zamieniają ze sobą nawet słowa, to po zajęciach zaczynają się spotykać i budować wspólną relację.

Pierwszy odcinek od razu uświadomił mi, że fabuła Normalnych ludzi nie będzie szła w stronę, której się spodziewałam. Romans nie zostanie ukazany jako słodkie, romantyczne pierwsze zauroczenie, a nastolatkowie nie będą infantylni. Wręcz przeciwnie z ekranu bije emocjonalne napięcie i melancholia, pięknie podkreślana od początku przez scenerię chłodnych krajobrazów Irlandii. Spora zasługa sukcesu serialu tkwi w sprawnym montażu, dobrze dobranej muzyce, pięknych ujęciach i świetnie wykonanej pracy aktorskiej. Brawa należą się duetowi reżyserskiemu, bo Lenny Abrahamson i Hettie Macdonald stworzyli serial, który w swojej prostocie i momentach ciszy potrafi wywołać lawinę emocji (związek tej pary najmocniejszy wydaje się nie podczas licznych scen łóżkowych, ale kiedy patrzą na siebie przez ekran laptopa). Zresztą budowanie odpowiedniego klimatu, to mocna strona reżysera, Lenny'ego Abrahamsona. Pokazał już na co go stać we wcześniejszych filmach: Frank i Pokój. Normalnymi ludźmi potwierdza, że jest twórcą, którego karierę warto śledzić. Serialowa historia może jest miejscami nierówna, czasami wciąga bardziej, a czasami mniej, ale potrafi widza zahipnotyzować i zaangażować emocjonalnie. Normalni ludzie sprawili, że czułam się jak nastolatka przeżywająca wszystkie wzloty i upadki burzliwej relacji. Chemia między Marianne a Connelem jest niezaprzeczalna i elektryzująca, a aktorzy poradzili sobie z niełatwym materiałem rewelacyjnie. Oprócz historii miłosnej, która gra tutaj pierwsze skrzypce, pojawia się wątek nierówności społecznych. Marienne pochodzi z bogatej rodziny, nie musi martwić się gdzie zamieszka na studiach i czym zapłaci za czynsz, Connel natomiast ciągle myśli, jak pogodzić studia z kilkoma pracami dorywczymi. W tej relacji jednak nie ma podziału na stronę beztroską i tą obarczoną problemami, oboje walczą ze swoimi demonami, a sprawnie poprowadzone wątki poboczne dają nam w pełni zarysowane sylwetki psychologiczne. Normalni ludzie to serial zaskoczenie, który oglądałam z przejęciem i całą masą emocji, a dodatkowo zachęcił mnie do przeczytania książki, chociaż teraz boję się, że nie dorówna ekranizacji.

 

Gambit królowej (2020), reż. Scott Frank -> Netflix

liczba odcinków: 7

O tym serialu powiedziano już zapewne wszystko. Zaraz po pojawieniu się na platformie Netfliksa wszyscy go oglądali, wszyscy o nim pisali i wszyscy go polecali. Ja na szczęście rzuciłam się na niego zaraz po premierze, zanim jeszcze zrobił się wokół niego taki szum i mogłam podejść do niego z niczym niezmąconym nastawieniem. Czy jest w takim razie wart tych wszystkich zachwytów?

Młodziutka Beth Harmon (Anya Taylor-Joy) trafia do sierocińca, w którym dzieciom podaje się leki na uspokojenie, od których dziewczyna szybko się uzależnia. Tam też – podczas partyjek z pracującym w sierocińcu woźnym, który szybko odkrywa, że ma przed sobą prawdziwy talent – zaczyna się jej przygoda z szachami.

Jest taki jeden element, który sprawia, że ciężko nie dać się wciągnąć w świat serialu, jest nim Anya Taylor-Joy w głównej roli. Aktorka, którą na początku 2020 roku widziałam w filmie Emma, tutaj pokazuje zupełnie inną stronę, ale równie intensywnie przykuwa uwagę widza. To naprawdę świetny casting, a Anya z lekkością pokazuje wszystkie strony charakteru Beth i trudno odwrócić wzrok od jej przenikliwego spojrzenia. Sposób, w jaki patrzy na szachy sprawia, że i widz zaczyna fascynować się tą grą. Będąc już przy tym temacie, nie mogę pominąć faktu, że ważne miejsce w obsadzie zajmuje także Marcin Dorociński, grający tutaj rosyjskiego arcymistrza szachowego i wypada w tej roli bardzo dobrze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę skontrastowaną energię obu postaci. Serial jest świetnie napisany, każdy odcinek jest wciągający, niezależnie od tego, którego etapu życia Beth dotyczy. Do tego zdjęcia, muzyka, scenografia i charakteryzacja świetnie spełniają swoją rolę, sprawnie przenosząc nas w przeszłość. Chyba większość widzów oglądając rozgrywki w Gambicie królowej, była też w głębokim szoku, że turniej szachowy można pokazać w tak emocjonujący sposób. Dopracowany montaż i sprawne pokierowanie emocjami widza sprawiają, ze ciężko nie kibicować Beth w drodze na szczyt. Ciekawym pomysłem było też połączenie geniuszu dziewczyny z nałogiem i jej skomplikowanymi relacjami z „nową” mamą czy znajomymi przygotowującymi ją do kolejnych turniejów. Obserwujemy problemy Beth z nawiązywaniem i utrzymywaniem relacji z ludźmi, wynikające z wydarzeń w dzieciństwie, a jednak jej pasja do gry w szachy sprawia, że patrzymy na nią jak na osobę silną i pewną swych umiejętności. Z wszystkich opisanych tutaj seriali to Gambit królowej mogę polecić każdemu, bo jest po prostu porządnie zrealizowany. Co nie znaczy, że jest najbliższy mojemu sercu. 


Bridgertonowie (2020) -> Netflix

liczba odcinków: 8

Pierwszy raz ten serial wzbudził moje zainteresowanie, kiedy o książkach Julii Quinn wspomniała mi autorka bloga Kochajmy książki. Rozrywkowy romans z akcją rozgrywającą się na początku XIX wieku – brzmi jak coś, co mogłoby mi się spodobać, ale stwierdziłam, że wstrzymam się z czytaniem książki i poczekam na serial. Nie znałam wcześniej żadnej recenzji ani nawet opisu fabuły, podeszłam do tego tytułu bez sprecyzowanego nastawienia i spędziłam milutkie kilka godzin w jego towarzystwie.

W Londynie zaczyna się kolejny sezon towarzyski, na którym debiutuje m.in. piękna Daphne Bridgerton (Phoebe Dynevor), a w międzyczasie do miasta wraca niechętny małżeństwu książę Simon Basset (Regé-Jean Page). Wszelkie intrygi, romanse i skandale dworskie opisuje tajemnicza Lady Whistledown w swojej rozchwytywanej broszurze.

Po oglądnięciu ostatniego odcinka zerknęłam na Filmweb i byłam mocno zaskoczona bardzo słabą oceną jak na typowy guilty pleasure w okolicach premiery. Szybko zerknęłam na komentarze i sprawa się wyjaśniła – pełno tam oskarżeń o brak ścisłości historycznej, bo „jak może Afroamerykanin grać angielskiego księcia?”. Chyba się ludzie zapędzili, bo Bridgertonowie nawet nie starają się pozorować na serial historyczny. Cała otoczka kostiumowa i scenograficzna tworzy piękne tło, ale absolutnie twórcy nie silą się na zgodność z historią. Otóż Bridgertonowie to typowy serial rozrywkowy. W pierwszym sezonie wszystko kręci się wokół historii miłosnej młodej panny na wydaniu, Daphne i wycofanego księcia, Simona. To naprawdę romans pełną gębą, z pomysłami udawania związku, przyjaźni przekuwanej w miłość, pożądaniem i wydumanymi bolączkami. Chemia między bohaterami sprawia, że ogląda się to bardzo przyjemnie. Do tego ważnym wątkiem jest oczywiście tożsamość Lady Whistedown, takiej ówczesnej wersji Plotkary, która wydaje swoją broszurkę z najbardziej pikantnymi nowinami ze świata wyższych sfer. Mając to wszystko na uwadze – nie jest to bardzo dobry serial, ale ogląda się go nader przyjemnie. Szczególnie, jeżeli jest się fanem pięknych kostiumów, wzniosłych uczuć i banalnych historii. To także plejada świeżych aktorów, na których miło się patrzy, a w tle słychać co jakiś czas głos kultowej Julie Andrews. Nie nastawiając się na nic wielkiego, można zostać miło zaskoczonym.

Gwoli ścisłości: wiem, że to nie miniserial, ale akurat niedawno go widziałam, na razie ma tylko 8 odcinków, więc stwierdziłam, że go tutaj wcisnę.


Mogę cię zniszczyć (2020), reż. Sam Miller, Michaela Coel -> HBO GO

liczba odcinków: 12

Właściwie nie jestem pewna, gdzie pierwszy raz usłyszałam o tym serialu. Wiem, że kiedy w końcu wpadł mi w oko podczas przeglądania oferty na HBO GO, miałam w głowie informację, że warto się z nim zapoznać. Po obejrzeniu pierwszego odcinka wiedziałam już, że to coś zdecydowanie świeżego wśród oferty serialowej.

Arabella (Michaela Coel) zyskała sławę wydając książkę, składającą się z jej postów z Twittera. Teraz jest w trakcie pisania kolejnej powieści, na którą podpisała kontrakt z wydawnictwem. Pewnej nocy postanawia zostawić pracę nad książką i wybrać się na imprezę, gdzie staje się ofiarą napaści seksualnej.

Serial został napisany i wyreżyserowany przez odtwórczynię głównej roli – Michaelę Coel. Nie jestem w stanie pojąć jak w jednej osobie może pomieścić się taki talent, to dość rzadko spotykane, żeby człowiek sprawdzał się w tylu rolach równocześnie. Na pewno dzięki objęciu najważniejszych funkcji przy tworzeniu serialu Michaela mogła być pewna jednej rzeczy – Mogę cię zniszczyć jest mocno autorskim tytułem, zgodnym z tym, co sobie artystka założyła. To zdecydowanie najbardziej zaskakujący serial, jaki ostatnio widziałam. Człowiek myśli, że wie, dokąd zmierza akcja, widzi przynajmniej kilka ścieżek, a później przychodzi Michaela Coel i wszystkie domysły biorą w łeb. Oryginalne podejście do budowania fabuły, do rozwoju bohaterów sprawia, że niczego nie możemy być pewni, a zaskoczenie czeka na każdym kroku. Dodatkowo, oglądanie tego serialu wprowadza widza w poczucie dyskomfortu, zachowania bohaterów momentami uwierają, ale jednocześnie wierzymy w ich autentyczność. Temat rape culture został przedstawiony z intrygującej strony, serial otwiera oczy na wiele zachowań, które niektórzy mogą uważać za normalne. Postać oprawcy nie jest stereotypowo zła, będziemy mieli do czynienia z gwałcicielem próbującym się oczyszczać, bo „nie wiedział, że źle robi” i pozującym na tego skrzywdzonego. Każdy odcinek pokazuje nam trochę inny kontekst zagadnienia, pojawia się bardzo ciekawe spojrzenie na media społecznościowe, współczesne przyjaźnie i to, co ludzie ukrywają nawet przed samym sobą. Czasami łatwiej wierzyć, że dane wydarzenie nie było napaścią seksualną, bo wtedy nie czujemy się jako ofiara – to kolejny eksploatowany wątek w Mogę cię zniszczyć. Dla mnie pozostanie to bardzo oryginalne spojrzenie na temat zgody na seks, rape culture i radzenia sobie z traumą. I od teraz na pewno będę śledzić dalszą karierę Coel.


Tacy właśnie jesteśmy (2020), reż. Luca Guadagnino -> HBO GO

liczba odcinków: 8

Luca Guadagnino to reżyser głośnego hitu Tamte dni, tamte noce z młodym Timothéem Chalametem w roli głównej. Film ten podzielił widzów, ale ja należę zdecydowanie do jego zwolenników. Do tego serialu zachęciło mnie już samo nazwisko reżysera i zupełnie nie wiedziałam w co się pakuję włączając pierwszy odcinek.

Fraser (Jack Dylan Grazer) przenosi się do bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych we Włoszech, gdzie jego mama obejmuje wysokie stanowisko. Chłopak zaprzyjaźnia się z sąsiadką, Caitlyn Harper (Jordan Kristine Seamón).

Pierwszy obejrzany w tym roku serial, ale gdyby załapał się do puli 2020 to musiałabym go jakoś wcisnąć do rankingu najlepszych seriali zeszłego roku. Tacy właśnie jesteśmy składa się z ośmiu dość długich odcinków, których akcja rozpoczyna się w momencie przyjazdu Frasera do bazy wojskowej. Chłopak jest typem outsidera, który ma swoje spojrzenie na świat i nie chce się podporządkować panującym zasadom. Jego ekscentryzm szybko przyciąga uwagę Caitlyn – dziewczyny, która do tej pory była zapatrzona w swojego ojca-żołnierza i podążała wytyczoną przez niego ścieżką. Pięknie się ogląda jak te dwie postacie się w serialu poznają, łączą, przenikają, uczą nawzajem, a ich relacja jest żywa i nieoczywista. Luca ma niesamowitą zdolność do eksploracji młodości, pokazuje ją z całą bezczelnością i bez owijania w bawełnę. Imprezy są odpowiednio mocne, zachowanie nastolatków kontrowersyjne. Dzieciaki poszukują własnej tożsamości, zakochują się, zaprzyjaźniają, a wszystko to jest piękne, nawet jeżeli miejscami brutalne i bardzo niegrzeczne. Reżyser wspominał, że Tacy właśnie jesteśmy to tak naprawdę bardzo długi film, pokrojony na części. Widać, że dzięki temu Luca mógł w tej historii pozwolić sobie na dłużyzny, przeciągnięte chwile ciszy, które ogląda się z niegasnącą uwagą, bądź na to, że pierwszy odcinek jest odtworzony ponownie w drugim, tylko z innego punktu widzenia, co okazało się świetnym zabiegiem. Ścieżka dźwiękowa podczas oglądania wydawała się dobra, ale myślałam, że nie powtórzy się moje uwielbienie, które odczuwałam do piosenek z Tamtych dni, tamtych nocy. A jednak! Znowu siedzę i męczę soundtrack z piosenką Time will tell na ciągłym odtwarzaniu. Przy okazji warto wspomnieć, że sporo jest tutaj podobieństw ze wspomnianym filmem, ale mam wrażenie, że Tacy właśnie jesteśmy jest jednak o oczko bardziej odważne od Tamtych dni, tamtych nocy. Bohaterowie są też mocniej zarysowani. Może to kwestia tego, że w serialu jest jednak więcej czasu na eksplorację charakterów. Fraser jako główna postać to na pewno ciekawy wybór, potrafi widza mocno zirytować, ale z czasem coraz bardziej fascynuje, a wszystkie te cechy, które uważamy za negatywne sprawiają, że w całej tej ekscentryczności wierzymy w jego autentyczność. Zresztą wszyscy bohaterowie są tutaj warci docenienia, bo każdy z nich jest na swój sposób intrygujący i wnosi coś świeżego i ciekawego do serialu. Luca zdecydowanie oddaje sprawiedliwość swoim postaciom, będąc przy tym empatycznym obserwatorem i to sprawia, że serial jest taki rewelacyjny.



Z krótkich seriali oglądałam w zeszłym roku również Ratched, ale raczej wyrzuciłam go z pamięci. Oprócz pięknych kadrów i świetnych aktorek w głównych rolach niewiele jest tam ciekawej treści. Dla mnie to kolejny raz, kiedy Ryan Murphy przestrzelił, bo pomysł był intrygujący, a wykonanie pozostawia sporo do życzenia. 

A Wy jakie miniseriale polecacie?

sobota, 25 kwietnia 2020

„Fosse/Verdon” (FX) - bo najważniejsza jest sztuka

Założę się, że wiele osób może nie kojarzyć nazwiska Boba Fosse, ale po pierwszych taktach piosenki Willkommen z musicalu Kabaret wykrzykną, że gdzieś to już słyszeli. To taki utwór, który skutecznie przesiąknął do popkultury i jest często eksploatowany. Sam musical natomiast zyskał miano kultowego, tak samo zresztą jak cała kariera reżysera/choreografa. Fosse miał swój niepowtarzalny styl, jedyny szkopuł jest taki, że niewiele filmów po sobie pozostawił.
Produkcja FX Fosse/Verdon to serial biograficzny, przedstawiający sceny z życia Boba i jego żony, Gwen Verdon.
źródło
Bardzo lubię musicale. BARDZO. Nic więc dziwnego, że jak w końcu obejrzałam Kabaret to się kompletnie zachwyciłam. Klimat tego filmu był niesamowity, a ja szybko okrzyknęłam go arcydziełem gatunku. Trochę czasu od seansu minęło i ciekawa jestem czy spodobałby mi się tak samo dzisiaj, ale na razie wrażenie pozostaje całkowicie pozytywne. Oprócz Kabaretu widziałam jeszcze Słodką Charity, która była w porządku (uwielbiam piosenkę Big Spender) i bardzo dobry Cały ten zgiełk. Przyznaję, że moja niewielka wiedza na temat twórczości Fosse'a zaostrzyła apetyt na poznanie go bliżej, a wszelkie nawiązania do widzianych przeze mnie tytułów sprawiły dodatkową porcję radości podczas oglądania serialu. Dlatego na początku mogę powiedzieć, że warto znać któryś z jego filmów przed seansem (polecam zacząć od Kabaretu oczywiście).

Rozpisuję się tutaj o Bobie Fosse, ale jak tytuł wskazuje, to tylko połowa tego serialu. I tak się składa, że dzięki wspaniałej Williams w roli Verdon, ta mniej angażująca połowa. Smutny fakt, że o tej barwnej postaci nie słyszałam nic przed obejrzeniem serialu. Niestety, wielka gwiazda sceniczna nie przebiła się do światowej świadomości, tak jak Bob Fosse. Może gdyby mąż faktycznie dał jej rolę w którymś ze swoich filmów sprawa miałaby się inaczej. Trzeba jednak przyznać, że dla osób z branży musicalowego teatru to prawdziwa ikona, nazwisko, które trzeba znać.
Także, siłą napędową Fosse/Verdon jest dynamika między tytułowymi bohaterami. Sam serial ma budowę nielinearną, więc będziemy przeskakiwać w czasie między różnymi etapami ich życia. Ten zabieg wyszedł całkiem zgrabnie i pozwolił na utrzymywanie ciągłego zainteresowania. I tak na przykład w momencie kryzysu związku Fosse'a i Verdon będziemy mogli przyglądać się początkom ich relacji i zobaczyć skąd wzięła się ta nić porozumienia między nimi. Z drugiej strony, to skakanie może niektórych męczyć i choć sama nie narzekałam i odnalazłam się w tej historii, to nie zdziwię się, że inni mogą nie być zachwyceni.
źródło
Nie potrzebujemy wiele czasu, żeby zauważyć, że związek dwójki bohaterów jest toksyczny, a Bob Fosse to postać destrukcyjna, która lekką ręką niszczy relacje w swoim życiu. To jednocześnie człowiek, który zostawia całego siebie w swojej pracy, kiedy kończy jeden tytuł, już zaczyna myśleć o kolejnym, analizuje i nie pozwala pójść na kompromisy. Jeżeli coś go nie satysfakcjonuje to nie pozwoli wystawić tego na scenie. A co się dzieje kiedy dopada go największe zwątpienie? Zwraca się do Gwen Verdon.

Jakaż to niesamowita, pełna charyzmy postać! Zapewne spora tutaj zasługa genialnej w tej roli Michelle Williams, ale o aktorstwie może później. Tymczasem, Verdon często wydaje się wyprzedzać Fosse'a, ten serial należy bardziej do niej niż do reżysera (mimo że kolejność w tytule może sugerować coś innego). Dla niej także scena jest wszystkim, w teatrze nic nie umknie jej uwadze, potrafi wyczuć emocje postaci i przekuć je w ruch, widzi, w którą stronę powinna dana produkcja się skierować, a ponad wszystko kocha występować, jej taniec jest charakterny i po prostu fascynujący. Tym ciekawsze jest zderzenie tej pasjonującej się pracą dwójki tancerzy z życiem codziennym. Nie radzą sobie z wychowaniem córki, podupadają na zdrowiu, niszczą kontakt z bliskimi osobami, ale nie rezygnują ze sztuki, bo praca nad nią jest dla nich na pierwszym miejscu.

Uwielbiam to, w jaki sposób pokazano w serialu pracę nad musicalem. Wszystkie sceny dotyczące prób, poszukiwanie odpowiedniej choreografii, dopasowywanie utworów do klimatu sceny oglądało się cudownie. Zobaczyć jak Bob i Gwen pracują razem nad finałowym utworem z musicalu Chicago bądź obserwować w jakich okolicznościach wpadają na pomysł dołożenia piosenki Who's Got the Pain do musicalu Damn Yankees zupełnie mnie oczarowało. Równie mocno działały pokazane prace nad filmowymi musicalami, tak jak scena, w której Fosse odwiedza dom uciech w Niemczech, żeby znaleźć odpowiednie statystki do produkcji Kabaretu. Mając to wszystko na uwadze muszę wspomnieć, że były też w serialu momenty, nawet wątki, które nie były równie angażujące, ale te sceny prób rekompensowały mi całą resztę.
źródło
Warto też pochwalić charakteryzację, kostiumy i scenografię - bardzo dobrze uzupełniły obraz przeszłości. Jednak ten serial zdecydowanie należy do Michelle Williams. Jej Gwen Verdon jest ekscytującą postacią, to ją chcemy widzieć na ekranie, to z nią przejść przez tę historię. Tak, Fosse był wspaniałym choreografem, ale oglądając serial mamy wrażenie, że to dodatek do cudownej Verdon. Wszystko za sprawą Williams, która włożyła iskrę życia w tę postać i była wręcz bezbłędna - czy to w scenie tańca/śpiewu czy domowych rozmów przy papierosie. Za każdym razem nie można odwrócić od niej wzroku, jest pełna siły, żeby za chwilę rozpaść się na kawałki, a wszystko z wyczuciem i naturalnością. A Sam Rockwell? Poradził sobie naprawdę dobrze, to nie jego wina, że Williams dała popis umiejętności i zupełnie go przyćmiła.

Komu warto polecić ten serial? Zdecydowanie fanom musicalu, bo to dla nich niezły kąsek. Zobaczyć kulisy powstawania klasycznych teraz choreografii i podejrzeć jak rozwijały się poszczególne pomysły - to sprawia sporo uciechy. Może nie do końca wybrzmiewa myśl przewodnia twórców, bo zabrakło jakiegoś głównego wątku. Z jednej strony to chęć robienia sztuki za wszelką cenę, z drugiej nieumiejętność prowadzenia życia rodzinnego. Pobieżnie poruszanych jest sporo problemów, jak fakt, że starzejącej aktorce ciężko znaleźć pracę w musicalu, ciągły stres dotyczący tego jak publiczność odbierze dane dzieło (Fosse spodziewał się po Kabarecie srogiej porażki), ucieczka w używki (choreograf palił podobno nawet sześć paczek papierosów dziennie, do tego dochodziło nadużywanie leków), a ponadto wątek ścierających się osobowości w związku, dwóch artystów, którzy nieustannie biorą udział w cichym wyścigu. Chociaż przyznaję, że sama bawiłam się podczas oglądania na tyle dobrze, że mnie ta mnogość myśli zupełnie nie przeszkadzała. Para głównych bohaterów była tak hipnotyzująca, że do szczęścia wystarczyło mi oglądanie scen z ich życia. I tylko aż strach pomyśleć, że bez Fosse i Verdon nie mielibyśmy takich tytułów jak Słodka Charity, Kabaret czy Chicago.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka