Pokazywanie postów oznaczonych etykietą euforia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą euforia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 marca 2021

Kobiety w rolach głównych – polecam trzy krótkie seriale

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto (2020), reż. Martin Scorsese -> Netflix

liczba odcinków: 7

Był sobotni wieczór, siedziałam sama w domu sącząc białe wytrawne wino, bez pomysłu czym zająć swoje myśli. Pierwsze co wpadło mi do głowy, to włączenie czegoś luźnego na Netfliksie. I o mały włos wybór padłby na ówczesną nowość, czyli serial fantastyczny Przeznaczenie: Saga Winx, który od czasu premiery zebrał dość dużo negatywnych ocen. Podkusiło mnie jednak, żeby zerknąć na fragment odcinka serialu dokumentalnego o Fran Lebowitz. Podczas jednego wieczoru wciągnęłam całe siedem epizodów. I dużo wina.

Wystarczyło pierwsze pięć minut, żeby mnie przekonać, iż lepiej nie da się spędzić samotnego wieczoru. Czułam się wręcz jakbym uczestniczyła w rozmowie z tą bardzo charyzmatyczną osobą, której słuchało się z niegasnącym zainteresowaniem. Chociaż w niektórych kwestiach mam odmienne zdanie, to Fran była tak autentyczna, zawsze szczerze przedstawiająca swoje poglądy, że potrafiłam zrozumieć jej punkt widzenia. Za przykład może posłużyć temat mediów społecznościowych, czy w ogóle nowoczesnych technologii i Internetu, gdzie nie zgadzam się może z Lebowitz, ale jej wypowiedź była związana z wnikliwą obserwacją i bardzo dobrze było usłyszeć taki głos trochę starszego pokolenia. Serial skończyłam z uczuciem podziwu dla Fran, przede wszystkim dlatego, że widz odbiera wrażenie, jakby nie było w niej miejsca dla okrutnego zdania: „co ludzie powiedzą”. Ona po prostu bez owijania mówi, co myśli. Sama miewam z tym niemało problemów, presja otoczenia zawsze potrafi ściągnąć w dół i podciąć skrzydła, dlatego tak dobrze ogląda się osobę, która bezkompromisowo dzieli się swoim zdaniem. 

Serial jest wyreżyserowany przez Martina Scorsese, który prywatnie jest długoletnim przyjacielem Fran. Montaż jest bez zarzutu, a przez większość czasu oglądamy główną bohaterkę po prostu siedzącą przy stole, ewentualnie na scenie i opowiadającą historie ze swojego życia (ta ze spadającym żyrandolem na spektaklu Upiór w operze jest cudowna) albo odnoszącą się do konkretnych tematów (świetnie słuchało się Fran tłumaczącej Spike'owi Lee dlaczego sportowiec nie będzie się równał artyście). Podczas tych siedmiu odcinków Scorsese jest towarzyszem rozmów, ale ogranicza się do wybuchania śmiechem i krótkich komentarzy, a cała uwaga skupiona jest na postaci Lebowitz. Z taką charyzmą, ogromnymi pokładami humoru i wiedzą mogłabym słuchać jej jeszcze przez kolejnych siedem odcinków. To była jedna z najwspanialszych, najbardziej niespodziewanych przeżytych ostatnio przygód w serialowym świecie.

Euforia: odcinki specjalne (2020), reż. Sam Levinson -> HBO GO

liczba odcinków: 2

Wpływ pandemii COVID-19 na branżę serialową jest niezaprzeczalnie widoczny, premiery wielu tytułów zostały przesunięte, a prace nad niektórymi wstrzymane bądź odłożone. Twórcy Euforii, po mocnym wejściu na rynek z pierwszym sezonem, którym zyskali sobie wierne grono fanów, musieli wstrzymać się z dalszą pracą. Zamiast jednak zamknąć się i czekać, aż będą mogli wrócić do normalnego harmonogramu postanowili wykorzystać możliwości i zabrali się za wyprodukowanie dwóch odcinków specjalnych. Powstały zatem takie mini dodatki do fabuły znanej z pierwszego sezonu. 

Oba odcinki charakteryzuje statyczność, większość akcji odbywa się w jednym miejscu, mało też pojawia się poznanych wcześniej aktorów. Tutaj widać dość mocno wpływ pandemii i ograniczenia z niej wynikające. Pierwszy epizod to po prostu długa rozmowa, odbywająca się w jednej z przydrożnych jadłodajni, między Rue a jej przyjacielem, pomagającym w walce z nałogiem. Oprócz scen rozgrywających się w tym miejscu pokazane zostaną tylko krótkie przebitki na wyimaginowane życie Rue i Jules. Takie wyobrażenie na temat co by było, gdyby przeniosły się do Nowego Jorku. Reszta to pozornie zwykła rozmowa przy naleśnikach. Słucha się jej jednak cudownie, to naprawdę sprawnie napisany dialog, zgrabnie poruszający masę tematów związanych z dotychczasowym życiem dziewczyny, ale dotyczący przede wszystkim jej uzależnienia i próby naprowadzenia Rue na drogę, w której zrozumie dlaczego warto z nałogiem zerwać. Drugi odcinek dotyczy Jules i mimo że znowu główna akcja będzie skupiać się na rozmowie dwójki osób, tym razem dziewczyny z jej psychologiem, to tutaj dostaniemy o wiele więcej przebitek na inne wydarzenia. Najważniejsze, że w końcu poznajemy historię matki Jules, co rzuca więcej światła na wydarzenia z pierwszego sezonu i pozwoli nam zrozumieć dlaczego jej związek z Rue polegał na tym ciągłym przyciąganiu oraz odpychaniu i skąd się bierze jej niechęć do zaangażowania. Dodatkowo rozwinięty zostanie temat zmiany płci, dlaczego się zdecydowała i jak wpłynęło to na jej sposób patrzenia na otoczenie. Naprawdę wspaniały odcinek, który otwiera oczy na sytuacje, które miały już miejsce w pierwszym sezonie i dają nadzieję na ciekawy rozwój bohaterki w kolejnym. 

Oba epizody to sprawnie napisany, a także cudownie zrealizowany pod względem technicznym, kawałek telewizji. Montaż, zdjęcia i muzyka ponownie powalają na łopatki, twórcy idą w zupełnie inną stronę, mniej psychodeliczną w formie, ale równie mocną w przekazie. O wiele bardziej naturalne są te specjalne odcinki, dzięki czemu aktorki dostały większe pole do popisu, które z dużym powodzeniem wykorzystały. Jeżeli komuś podobał się pierwszy sezon Euforii to zdecydowanie te dwie dodatkowe godziny musi poświęcić na obejrzenie tych epizodów.

Betty (2020), reż. Crystal Moselle -> HBO GO

liczba odcinków: 6

Młodzieńcza energia, babska solidarność, oddawanie się swojemu hobby, spotkania z koleżankami, długie rozmowy i włóczenie się po skąpanym w promieniach słońca Nowym Jorku – to wszystko sprawia, że Betty to serial, przez który się po prostu płynie. Włączasz, żeby się przekonać co to takiego, a za chwilę żałujesz, że tak szybko nadszedł koniec. Każdy z odcinków trwa krótko, bo mniej niż pół godziny, także całość można obejrzeć nawet w jeden dzień.

Serial został stworzony przez Crystal Moselle, która wcześniej wyreżyserowała w podobnym klimacie film – Skejterkę. Chociaż go nie oglądałam, to ze zdjęć i zwiastuna można wywnioskować, że te same aktorki biorą udział i w filmie i w serialu, ale sama historia już trochę się różni. Po obejrzeniu Betty na pewno chętnie nadrobię film, bo Moselle tworzy coś świeżego, mocno współczesnego i takiego bezpretensjonalnego. Potrafi mówić o palących problemach w lekki sposób. Całość przypomina klimatem wakacyjną przygodę, gdzie kilka osób związanych z tym samym hobby – w tym przypadku jazdą na desce – poznaje się, zaprzyjaźnia i zaczyna spędzać ze sobą czas. Sama nazwa serialu nawiązuje do wyzwiska, którym chłopcy lubiący jeżdżenie na deskorolce obdarzają dziewczyny „wchodzące na ich terytorium”. 

Życie prywatne tych pięciu młodych kobiet będzie jedynie lekko zarysowane, historię każdej z nich poznamy pobieżnie, bo reżyserka skupia się raczej na tym jak tworzy się między nimi więź. Także ich personalne problemy służą tutaj do pogłębiania przyjaźni, a nie tworzenia osobnego wątku – kiedy któraś z bolączek wypływa, to reszta składu pomaga w jej rozwiązaniu. Z Betty bije piękne przesłanie kobiecej solidarności oraz wsparcia, i to jest w nim właśnie najpiękniejsze. Bardzo ciekawie poruszony jest rownież temat wykorzystania seksualnego, kształtująca się wiedza na ten temat wśród młodych dziewczyn. W serialu jest kilka głębokich i ważnych wątków, ale całość to po prostu mocno przyjemna przygoda. Taka, w której niemal czuje się promienie słońca na skórze i ma się ochotę spróbować jazdy na desce razem z tą cudowną ekipą.

sobota, 1 lutego 2020

„Euforia”, czyli kontrowersyjnie o świecie nastolatków (HBO)

O Euforii pierwszy raz usłyszałam dość dawno temu, z instagramowego konta Jennifer Morrison (aktorka znana z ról w serialach House MD. i Once Upon a Time), która była odpowiedzialna za reżyserię jednego z odcinków. Kiedy w końcu tytuł pojawił się na HBO przeszedł w Polsce bez większego szumu, niewiele osób o nim mówiło, nie spotkałam się z jakąś masą recenzji. Dopiero kiedy jeden ze znajomych gorąco Euforię polecał, to przypomniałam sobie o jej istnieniu i postanowiłam w końcu dać serialowi szansę. Od razu przestrzegam: jeżeli damy się wciągnąć to nie damy rady przestać oglądać. Potrafi nieźle zahipnotyzować.
Euforia została stworzona przez Sama Levinsona, który napisał scenariusz do wszystkich odcinków i większość wyreżyserował. Oparty jest luźno na produkcji izraelskiej o tym samym tytule. Natomiast za produkcję odpowiedzialne jest A24. Dla tych z Was, którzy nie wiedzą: to jest studio mające na koncie jedne z najciekawszych niezależnych produkcji ostatnich lat, takie jak: Moonlight, The Florida Project, Lady Bird czy najświeższe Waves i The Lighthouse.
Fabuła Euforii w telegraficznym skrócie, który pomoże nam uniknąć zbędnych spoilerów, skupia się na życiu kilku uczniów liceum, odkrywających swoją seksualność, próbujących poradzić sobie z dręczącymi ich traumami, którzy poznają świat pełen narkotyków i brutalności.
źródło
Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam tak dobrze zrealizowany serial. Niezaprzeczalna jakość od strony technicznej to jest coś, co uderza nas od pierwszej sceny i będzie satysfakcjonowało do samego końca. Narracja, prowadzona wartko i dynamicznie przez Rue (Zendaya), niejako koresponduje z tematyką życia nastolatków, którzy nudzą się jednym zajęciem i muszą szybko przeskakiwać do następnego, potrzebują wrażeń i nowości. Znacie ten moment kiedy podczas oglądania serialu czy filmu zerkamy na telefon czy nie przyszło jakieś powiadomienie albo sprawdzamy po prostu która godzina? Euforia nie pozwoli nam nawet na chwilę odwrócić wzorku od tego, co dzieje się na ekranie. Jest tak dobrze zmontowana, że w stu procentach angażuje widza.
Montaż i prowadzenie narracji to jedno, ale to zdjęcia dodają serialowi prawdziwej magii. Genialne, wręcz fantazyjne ujęcia, przypominające wytwory wyobraźni, posypane sporą ilością brokatu z mocno fioletowym zabarwieniem. Ogląda się to niczym najlepszy teledysk, bo muzyka oczywiście wspaniale łączy się z obrazem. Soundtrack składa się z piosenek zupełnie nie w moim guście, które przez Euforię maltretuję od tygodni, bo zostały mi w głowie i przypominają, żebym jeszcze raz je odsłuchała. Ujęcia są też świetnie oświetlone, wzbudzają skojarzenia ze światem fantastycznym, są wręcz odrealnione, a chłonie się te obrazy z przyjemnością, oddziałują na zmysły i poruszają widza. Ironicznie się składa, że Euforia jest tak przepiękna od strony wizualnej, przypomina najpiękniejszy sen, natomiast pod spodem ma tę masę brudu i brzydoty w kwestii poruszanej tematyki.
źródło
Euforia bardzo różni się od jakiegokolwiek innego młodzieżowego serialu dramatycznego. Rue, która jest naszą narratorką, dziewczyna uzależniona od narkotyków, właśnie powracająca z odwyku będzie nas prowadzić przez historię poszczególnych bohaterów. Mimo że określimy ją jako główną postać serialu to Euforia wcale nie opowiada o niej. Mamy tutaj przykład jak idealnie można poprowadzić historię z wieloma bohaterami. Każdy odcinek zaczyna się od wprowadzenia kolejnej osoby, a w tych pierwszych dziesięciu minutach dowiemy się wszystkiego, co potrzebne do zrozumienia charakteru i postępowania danej postaci. Zobaczymy skąd biorą się ich niepewności, w którym momencie życia ich ścieżka została ukierunkowana i poznamy z jakim rodzajem traumy się borykają. Z niecierpliwością oczekiwałam poznania kolejnego bohatera, szczególnie że sposób montażu każdej tej historii był zachwycający.
Intrygująco budują się te charaktery postaci. Świetnym przykładem jest tutaj Nate, chłopak, który trzęsie całym liceum, kapitan drużyny sportowej, a na codzień po prostu dupek, który uważa, że wszystko mu się należy. To jest typowa postać, która budzi masę negatywnych emocji. Jednak kiedy twórcy pokazują jego przeszłość, wyciągają trupy z rodzinnej szafy to zaczynamy rozumieć skąd bierze się ta masa agresji. Także, za każdym razem jak znowu się na niego wkurzamy, to z tyłu głowy głosik nam mówi, że to nie do końca jego wina.

źródło
Nie dałoby się tak zachwycić Euforią gdyby nie praca zespołu aktorskiego. Tutaj chylę czoła przed Zendayą, która pokazuje się z zupełnie innej strony. Jest hipnotyzująca, charyzmatyczna, w postaci Rue siedzi na stówę, nie szarżuje, wierzymy w każde jej słowo, każdy gest. Ale! Równie dobrze jest w przypadku towarzyszącego jej gremium aktorskiego. Pełno tutaj odważnych popisów, których trudno nie docenić, a każdy staje na wysokości zadania. Cudowna jest Hunter Schafer w roli Jules, której bycie dość ekscentryczną postacią przychodzi z zupełną łatwością. Każdy z aktorów miał przede wszystkim kawał ciężkiej pracy do wykonania - nie dość, że często trzeba było się odsłonić cieleśnie, to każdy z nich musiał też obnażyć przed widzem swoje wnętrze, żebyśmy mogli zobaczyć kryjącą się tam wrażliwość.
Fabuła idealnie łączy nihilistyczne postrzeganie świata z niepoprawną radością, emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie, co świetnie pokazuje stany emocjonalne młodzieży. Euforia porusza wiele problemów współczesnych nastolatków: poszukiwanie własnego ja, korzystanie z dobrych i złych stron Internetu, nadużywanie alkoholu i narkotyków, które zaczyna się zazwyczaj niewinnie. Wezmę, żeby poczuć się lepiej, napiję się, żeby nabrać odwagi, żeby zapomnieć, a kończy się na tym, że jeśli nie weźmie się kolejnej dawki to życie przestaje mieć sens. Tutaj może wspomnę, że sam wątek Feza, sprzedającego narkotyki jest dość oklepany, ale znowu sposób operowania kamerą twórców i dziwna słabość którą chłopak ma w stosunku do Rue jakoś nadaje świeżości. Zresztą, scena w której Rue nie chce od niego wyjść i jest obecna na spotkaniu ze starszym gangsterem trzyma nieźle w napięciu.
Kolejny temat to brutalność wobec bliskich. Przerażające jest to, że dziewczyna w tak młodym wieku nie widzi świata poza partnerem i wybacza mu wiele przerażających czynów. Euforia jednak nie jest w tej kwestii jednostronna, tutaj każdy jest mniej lub bardziej złamany. Każdy ma coś za uszami, każdy błądzi.
źródło
Euforia sprawi, że poczujemy się niekomfortowo, przerazimy się tym wyobrażeniem o współczesnym świecie życia młodzieży, a zarazem przypomina jakiś fantastyczny, kolorowy sen.
Serial Sama Levinsona opowiada o traumach. Kiedy nadchodzą w tak młodym wieku nie wiadomo jak sobie z nimi poradzić. W jaki sposób szukać wyjścia, pokonać nawiedzające nas wspomnienia z przeszłości. Jak radzić sobie ze wstrętem do siebie samego, z pokładami agresji, z samotnością. Jednocześnie, mimo że naokoło pełno jest nienawiści, brutalności, przemocy, ogólnego brudu to Ci młodzi ludzie ciągle poszukują światła - miłości, przyjaźni, wolności. Czy udaje im się je znaleźć? Musicie przekonać się sami.

czwartek, 15 września 2016

Chętnie zobaczyłabym to na ekranie (część pierwsza)

Kto z Was nie wyobraża sobie wydarzeń z książki w głowie, marząc że kiedyś można będzie je przewijać i oglądać w nieskończoność? Niestety, czasami mam wrażenie, że moje marzenia dotyczące ekranizacji nigdy się nie spełnią. Z tego względu podzielę się nimi przynajmniej z Wami! Dzisiaj przedstawię kilka książek, które chętnie zobaczyłabym w formie ekranizacji.

1. Kłamca Jakub Ćwiek
 Zaczynamy z przytupem od polskiej serii książkowej autorstwa Jakuba Ćwieka. Moim zdaniem książki o Lokim idealnie nadałyby się na serial telewizyjny, ponieważ mają wszystko czego taki tasiemiec potrzebuje. Bardzo charakterystycznych bohaterów, na czele z długowłosym bogiem kłamstw, który przez cały czas żuje swój nieodłączny atrybut - wykałaczkę, a w ręce ściska pluszaka. Oprócz niego spotykamy też zgraję buńczucznych, powoli zapominanych bogów i kilku aniołów. Na dodatek Jakub Ćwiek postarał się o masę ciekawych przygód, których doświadczają postaci - z łatwością znajdzie się epizod świąteczny z gościnnym występem samego świętego Mikołaja.
W ogóle nie rozumiem dlaczego polscy twórcy nie biorą częściej na warsztat naszej rodzimej literatury, której naprawdę nie możemy się wstydzić. Szczególnie, że nasze seriale w większości są o tym samym i wieje od nich nudą na kilometry (oczywiście, nie chciałabym generalizować, bo taki Bez tajemnic to akurat bardzo dobry serial).

2. Euforia Lily King
Kojarzycie te wszystkie filmy, w których kobieta wyjeżdża w nieznane, gdzie poznaje tajemnicze plemiona, z którymi spędza jakiś czas? To Euforia mogłaby się okazać jeszcze lepszym materiałem, ponieważ tą kobietą byłoby odzwierciedlenie żyjącej w XX wieku antropolog - Margaret Mead. To już brzmi jak film, który mógłby być pretendentem do Oscara. Jeżeli jeszcze nie jesteście przekonani to dodajmy, że akcja dzieje się w Nowej Gwinei, porusza problemy kolonizacyjne, ale zarazem rozlicza ze zwykłego człowieczeństwa. I nie zapominajmy, że w tym parnym klimacie rozgrywa się także wątek nieco poboczny, ale istotny, czyli trójkąt miłosny pomiędzy panią antropolog, jej mężem i dość tajemniczym mężczyzną. Na szczęście książka Lily King została bestsellerem New York Times, więc jest szansa, że taki film faktycznie dojdzie do skutku. Ja trzymam kciuki.

3. Wybrana Naomi Novik
 No dobra, sama trochę popsioczyłam na tę książkę w recenzji, chociaż wciąż uważam, że była warta przeczytania. Dlaczego więc znalazła się w tym notowaniu? A bo moim zdaniem idealnie nadaje się na animację! Według mnie, to co przeszkadzało mi w książce, czyli nieprzekonywujący bohaterowie, mogliby sprawdzić się jako narysowane postaci. Wydaje mi się, że tacy wymalowani przez zdolnych ludzi Agnieszka i Smok zyskaliby więcej wdzięku i łatwiej byłoby obdarzyć ich sympatią. I wyobraźcie sobie animację, a najlepiej anime, w których bohaterowie zaczynają rzucać zaklęcia, z tymi rozrastającymi się kwiatami! Albo w ogóle podróż do magicznego antagonisty, czyli Boru, skrywającego mnóstwo niebezpieczeństw oraz przerażających stworów! To mogłoby wyglądać naprawdę cudownie.

4. Saga księżycowa, Marissa Meyer
 Tutaj typowo wychodzi mój fangirling, musicie mi, starej, wybaczyć. Ostatnio panuje duży boom na ekranizowanie fantastycznych powieści młodzieżowych. Niektóre okazują się sukcesem (jak Igrzyska śmierci), inne niewypałem (jak seria o Percym Jacksonie). Wciąż więc jest nadzieja, że i Saga księżycowa doczeka się swojej ekranizacji. Sama wciąż nie mogę się zdecydować czy wolałabym serial czy film, jednak przechylałabym się na szalę tego drugiego. Serial mógłby wydać się za bardzo mdły i poszatkowany. Za to filmów musiałoby się ukazać pięć, ponieważ Winter jest taką cegłą (800+ stron), że trzeba by podzielić ją na pół. Wydaje mi się, że ta ekranizacja mogłaby okazać się sporym sukcesem, jako że całość oparta jest na znanych ogółowi bajkach z dzieciństwa. Do tego dochodzi klimat Gwiezdnych wojen połączonych z Czarodziejkami z Księżyca - to naprawdę mogłoby się udać!

5. Dygot Jakub Małecki
 Chciałoby się powiedzieć, last but not least. Jedna z ostatnio przeze mnie przeczytanych książek, która idealnie nadałaby się do polskiego kina.Wielu współczesnych twórców w naszym kraju lubi takie historie rodzinne, które kryją w sobie coś więcej. Już widzę jak można by oddać klimat powieści samymi zdjęciami czy muzyką! To jest naprawdę bardzo ciekawy materiał i mam nadzieję, że ktoś weźmie go na warsztat. Mogłoby wyjść ciekawe kino spod szyldu tych artystycznych, mrocznych i z klimatem. A ja obiecuję, że na pewno pojawię się wtedy w kinie.


Mam nadzieję kontynuować ten cykl co jakiś czas na moim blogu. A Was pytam: co Wy byście chcieli zobaczyć na ekranach, tych dużych i tych małych?

sobota, 9 kwietnia 2016

Odmienne kultury i ludzkie namiętności, czyli 'Euforia' Lily King

Wiem, że ostatnio Was trochę zaniedbuję, ale proszę o wyrozumiałość. Poświąteczny powrót na studia uświadomił mi moje zacofanie, a o pracy magisterskiej już może przestanę Wam truć. (Ale tak, jeszcze nie zaczęłam, mam oddać do 19stego czerwca - brawo ja!). Za to czytelniczo to był dobry okres!
*Euforia*
Lily King

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Euphoria
*Gatunek:* literatura zagraniczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 313
*Wydawnictwo:* REBIS
"Przez następne cztery i pół godziny Nell obserwowała, jak wystrojone pary piją, dokuczają sobie, flirtują, nawzajem się ranią, zbywają śmiechem, przepraszają, rozstają się i na powrót godzą. Przyglądała się ich młodym, niepewnym twarzom, widziała, jak cienka jest warstwa odmalowanego na nich poczucia własnej wartości i jak łatwo opada, kiedy wydaje im się, że nikt nie patrzy. "

*Krótko o fabule:* 
Fabuła skupia się na trójce bohaterów - antropologów, w latach 30stych XX wieku w Nowej Gwinei. Małżeństwo: Nell oraz Fen poznają podczas swojej podróży badawczej samotnego Banksona, który przez długi czas mieszkał z plemieniem Kionów. Postanawia pomóc parze znaleźć nowy obiekt do badań.

*Moja ocena:*
Czytając opis myślałam raczej: to nie jest książka w moim guście. I właśnie ten fakt, że to nie jest typowa dla mnie literatura, trochę popchnął mnie w jej objęcia. Oczywiście, wpływ na to miały również nagrody, które Euforia zgarnęła za granicą - Kirkus Prize, jedna z 10 najlepszych książek roku 2014 według The New York Times'a. Stwierdziłam, że dam jej szansę.
Lily King ukończyła kierunek literatura angielska na University of North Carolina, a na wielu uczelniach nauczała później kreatywnego pisania. Mimo tego, że ma już na koncie kilka powieści, również licznie nagradzanych, to Euforia przyniosła jej największy sukces.
Znacie to uczucie kiedy otwieracie książkę, czytacie pierwsze strony i już TO wiecie. Książka w magiczny sposób zabiera Was ze sobą, odcina od rzeczywistości i pozwala spijać z uwielbieniem kolejne zdania. Tak zadziałała na mnie Euforia, a tytułowe uczucie faktycznie towarzyszyło mi przez całość lektury. 
Wspominałam już, że sam opis nie robi wrażenia. Zmienia się to, kiedy dowiadujemy się, że sylwetki trójki głównych bohaterów oparte są na prawdziwych postaciach. Nell to fikcyjne odzwierciedlenie Margaret Mead, która była znaną i poważaną na świecie antropolożką. I już w początkowych podziękowaniach byłam pod wrażeniem pracy, jaką włożyła Lily King w poznanie niuansów związanych z zawodami bohaterów i światem przedstawionym. Autorka przekłada mnóstwo pozycji literaturowych, które służyły jej za źródło inspiracji.
Wzbudzenie zainteresowania osoby, która nie ma pojęcia o danej odnodze nauki, to rzecz niesłychanie trudna. Lily King natomiast zwięźle, ale z dużą dozą poetyckości, przeprowadza czytelnika przez kolejne wydarzenia. Euforia jest książką liczącą niewiele stron, ale dzięki temu każda z nich jest niesamowicie cenna, pozwala rozbudować nam w głowie świat przedstawiony. Stylistycznie autorka jest nie do podrobienia. Nigdy bym nie pomyślała, że tak ograniczonymi środkami można rozbudzić wyobraźnię czytelnika. Pani King nie sili się na piękne opisy, one samoistnie wyrastają wśród kart książki. Kolejne plemiona, ich członkowie, obrzędy, stroje, tańce po prostu pojawiały się w mojej głowie.
Margaret Mead podczas pracy - źródło
Portrety bohaterów to kolejny świetny punkt powieści. Byłam pod wrażeniem tego, jak o każdym z nich dowiadywaliśmy się więcej wraz z rozwojem wydarzeń. Autorka nie przedstawia nam suchych faktów, a ważne wydarzenia z życia postaci wplątane są idealnie w fabułę. Zauważyć można również liczne wymiany zdań między trójką głównych bohaterów, które prowadzą do ciekawych spostrzeżeń na temat osobowości i tego, jakie cechy determinują nasz charakter. Nell, Fen i Bankson to naukowcy, więc do każdego pomysłu podchodzą badawczo. Najpiękniejsze jest to, że ta trójka różni się od siebie również podejściem do samej antropologii. Przykładowo kiedy Nell skupia się na notowaniu swoich przemyśleń i rozwijaniu badań, Fen po prostu spędza czas z rdzennymi mieszkańcami, poznając ich codzienność. Przyznam, że wiele razy po przeczytaniu któregoś stwierdzenia cytowałam książkę mojemu Lubemu, żeby rozpocząć krótką dyskusję na dany temat. 
Klimat tropików wpływa też na podgrzewanie emocji wśród bohaterów. Krótkie spojrzenia, oszczędne słowa i przyklejone do ciała koszule sprawiają, że czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek oryginalnego trójkąta miłosnego, który jest idealnym dopełnieniem całości. Bardzo mi się podobały fragmenty pochodzące z dziennika Nell - często autorzy tak bardzo starają się pamiętniki spersonalizować, że nie da się tego czytać. W tym przypadku Lily znowu się popisała, bo rozdziały zawierające wpisy Nell były jak najbardziej prawdziwe, ale zarazem łatwo przyswajalne i były świetnym dopełnieniem fabuły. 
Dodatkowo autorka pokazała również jak trudna była praca tych antropologów. To, jak powoli tworzyli więzi z mieszkańcami plemion, jak wpływało odcięcie się od rodziny i wygód rozwijającego się świata. I na przykładzie Banksona, jak bardzie potrafi doskwierać samotność. Świadczy to, o ogromnej empatii autorki i przede wszystkim, zrozumieniu o czym się pisze. 
Przyznam, że samo zakończenie zostawiło u mnie trochę gorzki posmak. Oczywiście liczyłam na to, że historia inaczej się potoczy, ale coraz bardziej przyzwyczajam się do tego i rozumiem dlaczego Lily King zdecydowała się podążyć taką ścieżką.
Wiele osób porównuje Euforię do dzieła Josepha Conrada, Jądra ciemności. Jest to jedna z dwóch lektur, których nie przeczytałam będąc w liceum. I przyznam, że takie porównanie jest dla mnie najlepszą rekomendacją, teraz czym prędzej będę chciała ten klasyk nadrobić!
Naprawdę polecam tę powieść. To książka pełna ludzkich namiętności, napisana z dużą dozą inteligencji i empatii. Główni bohaterowie nie dadzą Wam się nudzić, a oprócz tego dowiecie się wielu ciekawych rzeczy na temat ludów zamieszkujących Nową Gwineę w zeszłym wieku. Warto.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

Wyzwania:

http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html









Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka