Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hbo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hbo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 czerwca 2023

Żegnamy się z telewizyjnymi perełkami – godne zakończenie pięciu seriali


Sukcesja (2018-2023)

twórca: Jesse Armstrong, sezony: 4, dostępny na HBO MAX

Wiele seriali z tego wpisu darzę mocnym uczuciem, ale tylko jeden okazał się ewenementem. Jest to oczywiście Sukcesja, czyli serial, który teoretycznie nie powinien mi się aż tak spodobać. Nie jestem fanką produkcji o świecie finansów czy wielkich korporacji. Główna oś fabuły toczy się wokół rządzenia dużą firmą i problemu wyboru następcy. Zazwyczaj preferuję historie bliższe „domu”, o bohaterach, z którymi mogę się utożsamić. Sukcesja jednak udowodniła, że dobrze zrealizowany serial może być tematycznie daleko od naszych gustów, ale wciąż wzbudzać zachwyt. 

Może nie jest to serial, z którym łatwo rozpocząć przygodę. Przede wszystkim, bije od niego chłód, podkreślany dodatkowo przez scenografię i zdjęcia. Zimni, pozbawieni uczuć wydają się również członkowie rodziny Roy i pracownicy firmy. W końcu jednak łapiemy ten klimat i pozwalamy sobie obserwować z boku poczynania (anty)bohaterów. W Sukcesji trudno doszukać się jakiejkolwiek pozytywnej postaci. Nawet jeśli ktoś wydaje się mniej toksyczny od innych, to przebywanie w okrutnym otoczeniu szybko zmienia tego człowieka w najgorszą wersję siebie. Oglądanie starć tych postaci jest prawdziwie fascynujące, a wszystkie sceny rodzinnych obiadów rodziny Roy to majstersztyk. W tym świecie nikomu nie chcemy kibicować. Jeśli już mamy wybierać – staramy się wyłonić „mniejsze zło”. Twórcy jednak zadbali o to, żeby nie było łatwo. Kiedy już skłaniamy się ku któremuś bohaterowi, on za chwilę udowadnia do czego jest zdolny. Niczego nie da się tutaj przewidzieć, scenarzyści wykonali kawał dobrej roboty.

Mówić o Sukcesji i nie wspomnieć o stronie technicznej to grzech. Warstwa muzyczna jest strzałem w dziesiątkę. Dźwięk otwierającego numeru już zawsze będzie mi się kojarzył z przygotowywaniem na dawkę emocji. Genialne są też zdjęcia i montaż. Kostiumy bohaterów idealnie podkreślają rangę poszczególnych postaci. No i moja największa miłość – aktorzy. Bez tego grona utalentowanych artystów nie mielibyśmy pięknego kawałka telewizji. Oni po prostu stali się tymi postaciami. Uwierzyłam w każdą wygraną przez nich nutę, delektowałam się interakcjami, które są tak żywiołowe. Kiedy patrzę na wymiany zdań między bohaterami to mam wręcz wrażenie, że większość jest zaimprowizowana. Zagrane bezbłędnie.

Te wrażenia są podkręcone ostatnim sezonem, który nie zawiódł oczekiwań. Dostaliśmy naprawdę godny finał. Mam nawet wrażenie, że ten sezon był lepszy od poprzednich. Może dlatego, że każdy odcinek był przeze mnie wyczekany, a poprzednie trzy sezony oglądałam ciągiem. Eksploracja relacji między rodzeństwem poprowadzona brawurowo (scena z blenderem!). Mimo tego, że czas akcji ostatniego sezonu trwał kilka dni, to byliśmy świadkami mnóstwa zwrotów akcji. Relacja Shiv-Tom sprawiła, że krzyczałam w stronę ekranu. Genialne. Po prostu jeden z najlepszych seriali ostatnich lat, a może i wszech czasów.


Wspaniała pani Maisel (2017-2023)

twórczyni: Amy Sherman-Palladino, sezony: 5, dostępny na Amazon Primo

Ten serial wkradł się do mojego świata niepostrzeżenie, ale z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej mnie w sobie rozkochiwał. W przeciągu tych pięciu sezonów miał lepsze i gorsze momenty, ale ani na moment nie zastanawiałam się nad jego porzuceniem. Pani Maisel była tak wspaniałą główną postacią, że nie chciało się opuszczać jej boku.

Od początku ostatniego sezonu twórcy upewniają nas, że to pożegnanie. Każdy odcinek poprzedzony jest fragmentami z przyszłości bohaterów. Zobaczymy w nich dorosłe dzieci Maisel (Ethana i Esther), których stosunek do rodzicielki jest zrozumiały, biorąc pod uwagę interakcje między nimi w latach 60tych. Przede wszystkim dostaniemy wgląd w ścieżkę kariery głównej postaci i jej managerki, Susie. Zabieg skoków w czasie okazał się dla mnie dość toporny i w większości przypadków zdradzający za wiele z fabuły, która dopiero ma nadejść. Jednak kilka z nich zagrało, szczególnie ostatni skok z rozmową telefoniczną między przyjaciółkami.

W piątym sezonie oglądamy finałową walkę Midge i Susie o przebicie się do świata najsłynniejszych stand-uperów, zdominowanego przez mężczyzn. Susie stara się załatwić Maisel jakąkolwiek pracę, która może być szansą na pokazanie umiejętności. W końcu udaje jej się wylądować w najsławniejszym telewizyjnym talk show. Tylko że zamiast występować tam jako stand-uperka, dołącza do działu scenarzystów. Fabularnie wszystko mi się w tym wątku zgadza, ekipa pracująca przy Gordon Ford show jest żywiołowym dodatkiem. Przede wszystkim Midge dostaje szansę, żeby pokazać ile jest w stanie poświęcić dla swojej kariery. Przyjmuje propozycję pracy, wykonuje ją rzetelnie i czeka na okazję.

Uwielbiam nieustępliwość Midge. Kiedy się potyka, otrzepuje spódnicę i idzie dalej. Nie boi się powiedzieć, że jest dobra w tym co robi. Świadoma swojej wartości, uparta, a przy tym urocza i pełna wdzięku. Dzięki tym słodkim cechom jej rynsztokowy humor jeszcze bardziej bawi. Mniej zabawny jest za to wątek Bruce'a. Pamiętam, jak po obejrzeniu trzeciego sezonu dotarła do mnie w końcu informacja, że serial Wspaniała pani Maisel oparty jest luźno na faktach. Obejrzałam film o Lenny'm Bruce, dzięki czemu byłam przygotowana na finał jego wątku. Twórcy sami stworzyli sobie problem – chemia między nim a Midge była niebywała, ale musiało się to tak skończyć. Moim zdaniem, dobry wybór, chociaż smutek pozostaje.

Największymi plusami tych wszystkich pięciu sezonów są: postać Midge, wątek jej niespodziewanej przyjaźni z Susie i specyficzny humor, który opiera się na błyskawicznym tempie i charakternych bohaterach. To chemia między postaciami sprawia, że nie chcemy przestać ich oglądać. Na sukces scen komediowych zapracowali wszyscy aktorzy. Rachel Brosnahan była cudowną główną bohaterką, ale zakochać się można we wszystkich jej towarzyszach. Nie byłoby takich zachwytów gdyby nie odgrywający rodziców Midge, Tony Shalhoub i Marin Hinkle. Już trochę tęsknię za tą zgrają.


Ted Lasso (2020-2023)

twórcy: Brendan Hunt, Joe Kelly, sezony: 3, dostępny na Apple TV

Wszyscy zachwycali się Tedem Lasso, ale ja podchodziłam do niego z lekką rezerwą. Powód? Piłka nożna. Wydaje się, że nie jest to tematyka, która mnie szczególnie interesuje. Okazuje się, że nie trzeba być fanem sportu, żeby rozkoszować się ciepłem tego serialu.

Drugi sezon Teda Lasso trochę mnie rozczarował. Przez to miałam lekko obniżone oczekiwania co do trzeciej odsłony. Zupełnie niepotrzebnie, bo okazało się, że wrócił ciepły, zabawny serial, który skutecznie umili nam czas. Najpierw jednak wyznanie – wiedziałam, że inne seriale się kończą, ale byłam kompletnie nieświadoma, że trzeci sezon Teda Lasso będzie jego finałowym. Dowiedziałam się chyba w okolicy ostatniego odcinka. Tym bardziej było mi smutno, bo jakoś nie przygotowałam się na pożegnanie z bohaterami. 

Wszyscy, którzy serial oglądają wiedzą, że Jason Sudeikis przyłożył rękę do sukcesu produkcji. Trudno nie darzyć sympatią granego przez niego Teda. To człowiek, który decyduje się zawsze widzieć dobre strony w drugiej osobie. Jest zarazem naiwny, a uśmiech, który widzimy na jego twarzy, skrywa wiele obaw i niepewności. W ostatnim sezonie Ted kontynuuje terapię, a my kibicujemy mu w dążeniu do poprawy zdrowia.

Jednak to nie tylko Lasso sprawia, że ten serial jest tak dobry. W finałowym sezonie sporo jest postaci, które zyskują świetne wątki. Wygrywa królowa Rebecca, która wnosi tyle klasy i uroku, że trudno oderwać od niej wzrok. Cieszy jej każda wspólna scena z Keeley – charaktery, które na pierwszy rzut oka nie zapowiadają przyjaźni, idealnie balansują się na ekranie, ich rozmowy są szczere, pełne wsparcia. Drużyna piłkarska też ma świetny klimat, oczywiście na czele z komediową perełką, Kentem. Jamie natomiast zyskuje w tym sezonie order uśmiechu. Zdecydowanie bohater, który przeszedł najciekawszą przemianę na przestrzeni tych trzech sezonów.

Serial ma kilka momentów, które mnie odstręczają – cała akcja z nigeryjską klitką czy postać Bearda w ogóle mnie nie przekonują. Jednak tyle jest tu cudownych rzeczy, że szybko udaje mi się zapomnieć potknięcia i skupić tylko na mocnych stronach. Których jest całe mnóstwo i to dla nich warto ten serial obejrzeć.


Barry (2018-2023)

twórca: Bill Hader, sezony: 4, dostępny na HBO MAX


O Barry'm już kilkukrotnie pisałam, więc będzie trochę krócej. Nie mogłam go jednak ominąć w tym wpisie, bo ten serial najbardziej zaskakiwał na przestrzeni wszystkich sezonów. Zaczęło się od komedii o seryjnym zabójcy, który zapisuje się na lekcje aktorstwa. Pomysł zacny i zebrał grono widzów potrzebne do kontynuowania tej opowieści. Twórcy szykowali dla nas o wiele więcej niż na początku zapowiedzieli.

Barry to opowieść o walce z własnym sumieniem. I ten temat widoczny jest już w pierwszych sezonach, ale dopiero w ostatnim twórcy bawią się ideą wybaczenia. Jest to widoczne przede wszystkim w kontekście głównej postaci, ale tak naprawdę każdy bohater walczy ze swoimi demonami. Mamy takich, którzy chcieli się uratować, poświęcając miłość swojego życia. Mamy tych, którzy porzucają odgrywaną latami rolę i stają się tym, kim zawsze mieli być. Ale są też Ci, których niszczy własne ego i pogoń za sławą. Nie spodziewałam się, że w takim serialu znajdziemy tyle ciekawych perspektyw. Chociaż wraz z tymi tematami przyszła też spora dawka mroku. Od początku finałowego sezonu czuć, że to już od dawna nie jest komedia. Chociaż czasami zdarzy się zabawna scena, to każdy bohater przeżywa swój dramat, stara się jakoś poradzić z sytuacją, w której się znalazł. W poprzednich sezonach wiele uchodziło im na sucho, więc w tym ostatnim za to płacą. Przyznaję, że momentami ten ciężki klimat mnie męczył, dlatego też oglądanie finałowego sezonu zajęło mi sporo czasu.

Bill Hader stworzył niesamowitą historię, wyreżyserował wiele odcinków i zagrał główną rolę. Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra. Szczególnie, że jego nazwisko może być bardziej kojarzone z komedią, zasłynął dzięki Saturday Night Live. Jednak w Barry'm pokazuje, że stać go na wiele więcej. Masa dobrej roboty, która się opłaciła.


Jeszcze nigdy... (2020-2023) 

twórczynie:  Lang Fisher, Mindy Kaling, sezony: 4, dostępny na Netflix


O Jeszcze nigdy... też już kiedyś pisałam na blogu. Wystarczyło mi usłyszeć, że współtwórczynią jest Mindy Kaling, a już byłam przeświadczona o jego jakości. Trudno szukać dla niego konkurencji wśród seriali dla nastolatków. (Dobra, nie oglądam za wiele młodzieżowych seriali, ale ten naprawdę się wybija). Nie ominie nas tutaj cała masa typowych tropów. Będzie bal studniówkowy, umawianie się na korepetycje, główna bohaterka rozdarta między uczuciem do dwóch chłopaków, konflikt z rodzicielką. Jeszcze nigdy... radzi sobie z tymi tematami w sposób, który jest nowatorski i po prostu napawa ciepłem.

Moim zdaniem największa siła tego serialu to opowieść o rodzinie. Rodzice Devi przyjechali z Indii, żeby dać sobie szansę na lepsze życie. Można powiedzieć, że wszystko układało się jak w bajce do czasu śmierci ojca Devi. To wtedy zaczyna się serial, a my śledzimy poczynania dziewczyny, na drodze do przepracowania traumy. W ostatnim sezonie Devi skupi się na dostaniu się do wymarzonej uczelni, chociaż oczywiście nie ominiemy tematu licealnych zalotów.

Twórcy postarali się o to, żeby każdy z bohaterów dostał godne zakończenie. Jest bardzo cukierkowo, postaciom sporo się wybacza, wiele im się magicznie przytrafia, ale to właśnie siła tego serialu. Oglądamy go, żeby poczuć się lepiej, cieszyć się tym, że mamy bliskich obok. Nawet jeżeli bohaterowie natrafiają na przeszkodę, to albo się na niej uczą albo znajdują dzięki niej lepszą drogę.




piątek, 6 sierpnia 2021

Koronowane głowy, czyli seriale „Wielka” (HBO) i „The Crown” (Netflix)

Seriale, których fabuła skupia się na postaciach rządzących – obojętnie czy królach, cesarzach, imperatorach czy politykach – powstają od lat i wciąż cieszą się sporą popularnością. Zmieniają się za to trochę oczekiwania widzów. Niegdyś oglądanie przedstawienia fragmentu historii właściwie wystarczało, widzowie mogli nacieszyć oko pięknymi kostiumami i podziwiać dbałość o szczegóły oddania realiów zamierzchłych czasów, a przy okazji nauczyć się czegoś nowego bądź odświeżyć wiedzę na temat wydarzeń z przeszłości. Obecnie, twórcy muszą się już trochę bardziej postarać, żeby wzbudzić zainteresowanie, bo filmów o Katarzynie Wielkiej czy Żelaznej Damie powstało już przynajmniej kilka. Jednak ewidentnie pole do manewru jest nadal spore, a nowe produkcje często potrafią zaskoczyć i znajdują swoją niszę na rynku. W przypadku tytułów Wielka i The Crown udało się zyskać światowy sukces, a nominacje do nagród i zdobyte statuetki potwierdzają, że dobry serial o władcach nadal jest w cenie.

Wielka to serial komediowy, opisujący dzieje Katarzyny Wielkiej na dworze Piotra, od momentu jej przyjazdu do Rosji. Już na samym początku, przy pojawieniu się tytułu możemy przeczytać uwagę, że historia ta jest częściowo prawdziwa. Po kilku minutach wiemy dlaczego – twórcy w tym przypadku zamiast trzymać się suchych faktów obrali ścieżkę mocno prześmiewczą w celu ponownego przedstawienia historii życia Katarzyny. Żarty sypią się tutaj gęsto, niemal tak często jak pojawiają się trupy, seks, posoka i inne płyny. Jest obrzydliwie, gorsząco, humor trzyma poziom mocno rynsztokowy, ale wszystko to jest częścią konwencji. A jak to z konwencjami bywa – do jednych ona trafi, a pozostałych odrzuci.

Spory miałam problem z tym serialem, bo z jednej strony bardzo go chciałam pokochać i uważam, że dobrze radzi sobie z kwestiami, które chce poruszyć, a z drugiej nie potrafiłam przekonać się do tego humoru. Mocno utrudnia to ocenę, bo obiektywnie potrafię wymienić sporo plusów, ale nie zmienia to faktu, że mnie osobiście nie zachwycił. Właściwie do oglądania przekonało mnie to, że serial ma tylko dziesięć odcinków, więc nie pochłonie dużo mojego czasu. Postanowiłam więc spożytkować ten czas na wyszukiwaniu mocnych stron Wielkiej. Jak wspominałam, tych trochę jest, zaczynając od scenografii i kostiumów. W tej kwestii mamy do czynienia z przepychem, dbałością o szczegóły, różnorodnością – już samo patrzenie na kostiumy Katarzyny przyprawiało mnie o dziką ochotę paradowania w tego typu sukniach. Te gorsety, te kolory, ta objętość, no po prostu cud, miód, malina. Trzeba tutaj zauważyć, że wszystko pięknie dobrane do konkretnych postaci, bo suknie dam dworu różniły się znacznie od tych noszonych przez Katarzynę.

Jednym z największych atutów Wielkiej jest obsada, która w danej konwencji czuje się swobodnie i daje popis swoich umiejętności komediowych. Elle Fanning udowadnia, że jest aktorką młodego pokolenia, której karierę warto śledzić. Jako Katarzyna jest pełna słodyczy, a chwilę później determinacji, to kobieta, będąca niepoprawną marzycielką i to właśnie przez swoją fantazję o wielkiej, carskiej Rosji pruje do przodu z misją obalenia władzy. Jednocześnie jest przy tym delikatna i silna. Towarzyszy jej Nicholas Hoult, który spośród całej obsady najmocniej bawi się przy kreowaniu swojego bohatera. Postać Piotra jest przerysowana do granic wiarygodności, ale aktor sprawia, że ogląda się go z przymrużeniem oka i przyjemnością towarzyszącą każdemu okrzykowi Hazzah!. 

Wielka to feministyczna satyra o carskiej Rosji, przepełniona humorem, świetnymi popisami aktorskimi, z dopracowaną scenografią, charakteryzacją i kostiumami. Jednocześnie to konwencja, którą można pokochać bądź nie, a dla mnie są to żarty, które po prostu nie wywołują uśmiechu. Doceniam ten serial za wiele elementów, ale do moich ulubionych i polecanych należał nie będzie. Ot, po prostu.

The Crown to fabularyzowana historia o władcach Wielkiej Brytanii, poczynając od drogi do korony Elżbiety II, po czasy prawie współczesne. Napisałam „prawie”, bo na razie sezonów doczekaliśmy się czterech, kończąc gdzieś w latach 90tych zeszłego wieku, ale potwierdzone już zostało, że powstanie kolejna część. W odróżnieniu od Wielkiej, w The Crown postawiono na dramat, ale również zatrudniono ekipę utalentowanych aktorów, którzy przybliżają widzowi znane postaci z nadal świeżej historii, pokazując ich wzniosłe chwile i bolesne upadki. 

Na co dzień nie jestem zainteresowana losami rodziny królewskiej, ale dopiero podczas oglądania The Crown zdałam sobie sprawę, że i tak wiem o monarchii dość sporo. Trudno nie kojarzyć Elżbiety II z biegającymi wokół niej pieskami corgi albo skandalu, który miał miejsce między księciem Karolem a księżną Dianą. Niedawno znowu wokół rodziny królewskiej zrobiło się głośno, za sprawą wywiadu księcia Harry'ego i jego żony, Meghan Markle. Także, chcąc nie chcąc – o władcach Wielkiej Brytanii wiemy dużo, nawet, kiedy się ich życiem nie interesujemy. Zatem, skoro historia jest w miarę świeża i znana, a sami członkowie rodziny niezbyt intrygujący, co właściwie przyciąga nas do The Crown?

Może się to wydawać sprawą raczej drugorzędną, ale dla mnie The Crown zawdzięcza swój sukces w dużej części świetnym popisom brytyjskiego aktorstwa. Dzięki przyjęciu formuły, że wraz z upływającym czasem zmieniamy aktorów, w celu dopasowania ich wiekiem do odgrywanych postaci, możemy obserwować poczynania sporej ilości osób i doceniać ich kunszt. Pierwsze skrzypce w początkowych sezonach zagrała Claire Foy, idealnie oddając nieśmiałość, ale i pogodzenie się z losem młodej królowej. Osobiście tak mocno się przyzwyczaiłam do niej w tej roli, że mimo ogromnej sympatii, którą darzę Olivię Colman, długo nie mogłam się przyzwyczaić do tej nowej twarzy Elżbiety. Szczególnie, że miałam wrażenie, że była to spora zmiana w dynamice gry, Colman nawet w spokojnych scenach miała w sobie o wiele więcej energii niż wyciszona Foy. Za to gładko przeszła zmiana aktorki w roli Małgorzaty, której wczesne rozterki cudownie oddała Vanessa Kirby, a temat pociągnęła w kolejnych sezonach Helena Bonham Carter. Oglądanie tych dwóch aktorek na ekranie było czystą przyjemnością. W czwartym, czyli ostatnim do tej pory sezonie, mamy możliwość oglądania jeszcze kilku świetnych występów. Na czołówkę wysuwa się Josh O'Connor, którego postać księcia Karola zyskała ludzki wymiar w trzecim sezonie, a w kolejnym mogliśmy oglądać jego wewnętrzną walkę między tym, co się od niego oczekuje a wyborem serca. Partnerująca mu Emma Corrin to prawdziwe objawienie, za rolę Diany zasługuje na wszelkie słowa uznania. Delikatna, ale z charakterem, ulubienica tłumów, ale nienarzucająca się, pełna empatii i pragnąca miłości. O aktorach The Crown można wiele dobrego powiedzieć, zakończmy więc na tym, że to prawdziwa śmietanka i już nie mogę się doczekać kolejnych castingowych wyborów.

W warstwie fabularnej The Crown ma do zaoferowania porządnie skrojony dramat polityczny z licznymi zagrywkami taktycznymi, grzeszkami głów państwa i wydarzeniami z historii. Ciekawie spojrzeć na niektóre sytuacje z perspektywy monarchów, którzy zmuszeni są do porzucenia własnych marzeń i podporządkowaniu się do panujących zasad. Najmocniej to uwydatnione zostało na przykładzie postaci Małgorzaty, a później Karola, osób, które musiały porzucić swoich ukochanych dla dobra rodziny królewskiej. Jak wiemy, nie kończy się to dobrze, na jaw wychodzi, że przestarzałe zasady, którymi rządzi się monarchia powinny ulec zmianie.

Ogólnie, serial miewa swoje lepsze i gorsze momenty, patrząc jednak na sezon czwarty, możemy być pewni, że twórcy nie opierają się tylko na popularności poprzednich odcinków i nadal walczą o dobrą jakość. To przede wszystkim prawdziwy popis aktorstwa, ale także dobrze napisanych scenariuszy, idealnie oddanych kostiumów i scenografii, dopasowanej charakteryzacji i muzyki. Dodatkowo w kwestiach samej tematyki robi się coraz bardziej intrygująco. W czwartym sezonie możemy dopatrzyć się więcej uwydatniania wad monarchii, w odróżnieniu od poprzednich trzech, gdzie raczej współczuliśmy i sympatyzowaliśmy z władcami. W ostatniej odsłonie o wiele mocniej dostrzegamy mankamenty, przestarzałe zasady i deptanie cudzych potrzeb przez rodzinę królewską i jej świtę. Jedyne co nam pozostaje, to zastanawiać się gdzie nas zaprowadzi kolejny sezon, który na pewno z chęcią obejrzę.

poniedziałek, 29 marca 2021

Kobiety w rolach głównych – polecam trzy krótkie seriale

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto (2020), reż. Martin Scorsese -> Netflix

liczba odcinków: 7

Był sobotni wieczór, siedziałam sama w domu sącząc białe wytrawne wino, bez pomysłu czym zająć swoje myśli. Pierwsze co wpadło mi do głowy, to włączenie czegoś luźnego na Netfliksie. I o mały włos wybór padłby na ówczesną nowość, czyli serial fantastyczny Przeznaczenie: Saga Winx, który od czasu premiery zebrał dość dużo negatywnych ocen. Podkusiło mnie jednak, żeby zerknąć na fragment odcinka serialu dokumentalnego o Fran Lebowitz. Podczas jednego wieczoru wciągnęłam całe siedem epizodów. I dużo wina.

Wystarczyło pierwsze pięć minut, żeby mnie przekonać, iż lepiej nie da się spędzić samotnego wieczoru. Czułam się wręcz jakbym uczestniczyła w rozmowie z tą bardzo charyzmatyczną osobą, której słuchało się z niegasnącym zainteresowaniem. Chociaż w niektórych kwestiach mam odmienne zdanie, to Fran była tak autentyczna, zawsze szczerze przedstawiająca swoje poglądy, że potrafiłam zrozumieć jej punkt widzenia. Za przykład może posłużyć temat mediów społecznościowych, czy w ogóle nowoczesnych technologii i Internetu, gdzie nie zgadzam się może z Lebowitz, ale jej wypowiedź była związana z wnikliwą obserwacją i bardzo dobrze było usłyszeć taki głos trochę starszego pokolenia. Serial skończyłam z uczuciem podziwu dla Fran, przede wszystkim dlatego, że widz odbiera wrażenie, jakby nie było w niej miejsca dla okrutnego zdania: „co ludzie powiedzą”. Ona po prostu bez owijania mówi, co myśli. Sama miewam z tym niemało problemów, presja otoczenia zawsze potrafi ściągnąć w dół i podciąć skrzydła, dlatego tak dobrze ogląda się osobę, która bezkompromisowo dzieli się swoim zdaniem. 

Serial jest wyreżyserowany przez Martina Scorsese, który prywatnie jest długoletnim przyjacielem Fran. Montaż jest bez zarzutu, a przez większość czasu oglądamy główną bohaterkę po prostu siedzącą przy stole, ewentualnie na scenie i opowiadającą historie ze swojego życia (ta ze spadającym żyrandolem na spektaklu Upiór w operze jest cudowna) albo odnoszącą się do konkretnych tematów (świetnie słuchało się Fran tłumaczącej Spike'owi Lee dlaczego sportowiec nie będzie się równał artyście). Podczas tych siedmiu odcinków Scorsese jest towarzyszem rozmów, ale ogranicza się do wybuchania śmiechem i krótkich komentarzy, a cała uwaga skupiona jest na postaci Lebowitz. Z taką charyzmą, ogromnymi pokładami humoru i wiedzą mogłabym słuchać jej jeszcze przez kolejnych siedem odcinków. To była jedna z najwspanialszych, najbardziej niespodziewanych przeżytych ostatnio przygód w serialowym świecie.

Euforia: odcinki specjalne (2020), reż. Sam Levinson -> HBO GO

liczba odcinków: 2

Wpływ pandemii COVID-19 na branżę serialową jest niezaprzeczalnie widoczny, premiery wielu tytułów zostały przesunięte, a prace nad niektórymi wstrzymane bądź odłożone. Twórcy Euforii, po mocnym wejściu na rynek z pierwszym sezonem, którym zyskali sobie wierne grono fanów, musieli wstrzymać się z dalszą pracą. Zamiast jednak zamknąć się i czekać, aż będą mogli wrócić do normalnego harmonogramu postanowili wykorzystać możliwości i zabrali się za wyprodukowanie dwóch odcinków specjalnych. Powstały zatem takie mini dodatki do fabuły znanej z pierwszego sezonu. 

Oba odcinki charakteryzuje statyczność, większość akcji odbywa się w jednym miejscu, mało też pojawia się poznanych wcześniej aktorów. Tutaj widać dość mocno wpływ pandemii i ograniczenia z niej wynikające. Pierwszy epizod to po prostu długa rozmowa, odbywająca się w jednej z przydrożnych jadłodajni, między Rue a jej przyjacielem, pomagającym w walce z nałogiem. Oprócz scen rozgrywających się w tym miejscu pokazane zostaną tylko krótkie przebitki na wyimaginowane życie Rue i Jules. Takie wyobrażenie na temat co by było, gdyby przeniosły się do Nowego Jorku. Reszta to pozornie zwykła rozmowa przy naleśnikach. Słucha się jej jednak cudownie, to naprawdę sprawnie napisany dialog, zgrabnie poruszający masę tematów związanych z dotychczasowym życiem dziewczyny, ale dotyczący przede wszystkim jej uzależnienia i próby naprowadzenia Rue na drogę, w której zrozumie dlaczego warto z nałogiem zerwać. Drugi odcinek dotyczy Jules i mimo że znowu główna akcja będzie skupiać się na rozmowie dwójki osób, tym razem dziewczyny z jej psychologiem, to tutaj dostaniemy o wiele więcej przebitek na inne wydarzenia. Najważniejsze, że w końcu poznajemy historię matki Jules, co rzuca więcej światła na wydarzenia z pierwszego sezonu i pozwoli nam zrozumieć dlaczego jej związek z Rue polegał na tym ciągłym przyciąganiu oraz odpychaniu i skąd się bierze jej niechęć do zaangażowania. Dodatkowo rozwinięty zostanie temat zmiany płci, dlaczego się zdecydowała i jak wpłynęło to na jej sposób patrzenia na otoczenie. Naprawdę wspaniały odcinek, który otwiera oczy na sytuacje, które miały już miejsce w pierwszym sezonie i dają nadzieję na ciekawy rozwój bohaterki w kolejnym. 

Oba epizody to sprawnie napisany, a także cudownie zrealizowany pod względem technicznym, kawałek telewizji. Montaż, zdjęcia i muzyka ponownie powalają na łopatki, twórcy idą w zupełnie inną stronę, mniej psychodeliczną w formie, ale równie mocną w przekazie. O wiele bardziej naturalne są te specjalne odcinki, dzięki czemu aktorki dostały większe pole do popisu, które z dużym powodzeniem wykorzystały. Jeżeli komuś podobał się pierwszy sezon Euforii to zdecydowanie te dwie dodatkowe godziny musi poświęcić na obejrzenie tych epizodów.

Betty (2020), reż. Crystal Moselle -> HBO GO

liczba odcinków: 6

Młodzieńcza energia, babska solidarność, oddawanie się swojemu hobby, spotkania z koleżankami, długie rozmowy i włóczenie się po skąpanym w promieniach słońca Nowym Jorku – to wszystko sprawia, że Betty to serial, przez który się po prostu płynie. Włączasz, żeby się przekonać co to takiego, a za chwilę żałujesz, że tak szybko nadszedł koniec. Każdy z odcinków trwa krótko, bo mniej niż pół godziny, także całość można obejrzeć nawet w jeden dzień.

Serial został stworzony przez Crystal Moselle, która wcześniej wyreżyserowała w podobnym klimacie film – Skejterkę. Chociaż go nie oglądałam, to ze zdjęć i zwiastuna można wywnioskować, że te same aktorki biorą udział i w filmie i w serialu, ale sama historia już trochę się różni. Po obejrzeniu Betty na pewno chętnie nadrobię film, bo Moselle tworzy coś świeżego, mocno współczesnego i takiego bezpretensjonalnego. Potrafi mówić o palących problemach w lekki sposób. Całość przypomina klimatem wakacyjną przygodę, gdzie kilka osób związanych z tym samym hobby – w tym przypadku jazdą na desce – poznaje się, zaprzyjaźnia i zaczyna spędzać ze sobą czas. Sama nazwa serialu nawiązuje do wyzwiska, którym chłopcy lubiący jeżdżenie na deskorolce obdarzają dziewczyny „wchodzące na ich terytorium”. 

Życie prywatne tych pięciu młodych kobiet będzie jedynie lekko zarysowane, historię każdej z nich poznamy pobieżnie, bo reżyserka skupia się raczej na tym jak tworzy się między nimi więź. Także ich personalne problemy służą tutaj do pogłębiania przyjaźni, a nie tworzenia osobnego wątku – kiedy któraś z bolączek wypływa, to reszta składu pomaga w jej rozwiązaniu. Z Betty bije piękne przesłanie kobiecej solidarności oraz wsparcia, i to jest w nim właśnie najpiękniejsze. Bardzo ciekawie poruszony jest rownież temat wykorzystania seksualnego, kształtująca się wiedza na ten temat wśród młodych dziewczyn. W serialu jest kilka głębokich i ważnych wątków, ale całość to po prostu mocno przyjemna przygoda. Taka, w której niemal czuje się promienie słońca na skórze i ma się ochotę spróbować jazdy na desce razem z tą cudowną ekipą.

sobota, 1 lutego 2020

„Euforia”, czyli kontrowersyjnie o świecie nastolatków (HBO)

O Euforii pierwszy raz usłyszałam dość dawno temu, z instagramowego konta Jennifer Morrison (aktorka znana z ról w serialach House MD. i Once Upon a Time), która była odpowiedzialna za reżyserię jednego z odcinków. Kiedy w końcu tytuł pojawił się na HBO przeszedł w Polsce bez większego szumu, niewiele osób o nim mówiło, nie spotkałam się z jakąś masą recenzji. Dopiero kiedy jeden ze znajomych gorąco Euforię polecał, to przypomniałam sobie o jej istnieniu i postanowiłam w końcu dać serialowi szansę. Od razu przestrzegam: jeżeli damy się wciągnąć to nie damy rady przestać oglądać. Potrafi nieźle zahipnotyzować.
Euforia została stworzona przez Sama Levinsona, który napisał scenariusz do wszystkich odcinków i większość wyreżyserował. Oparty jest luźno na produkcji izraelskiej o tym samym tytule. Natomiast za produkcję odpowiedzialne jest A24. Dla tych z Was, którzy nie wiedzą: to jest studio mające na koncie jedne z najciekawszych niezależnych produkcji ostatnich lat, takie jak: Moonlight, The Florida Project, Lady Bird czy najświeższe Waves i The Lighthouse.
Fabuła Euforii w telegraficznym skrócie, który pomoże nam uniknąć zbędnych spoilerów, skupia się na życiu kilku uczniów liceum, odkrywających swoją seksualność, próbujących poradzić sobie z dręczącymi ich traumami, którzy poznają świat pełen narkotyków i brutalności.
źródło
Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam tak dobrze zrealizowany serial. Niezaprzeczalna jakość od strony technicznej to jest coś, co uderza nas od pierwszej sceny i będzie satysfakcjonowało do samego końca. Narracja, prowadzona wartko i dynamicznie przez Rue (Zendaya), niejako koresponduje z tematyką życia nastolatków, którzy nudzą się jednym zajęciem i muszą szybko przeskakiwać do następnego, potrzebują wrażeń i nowości. Znacie ten moment kiedy podczas oglądania serialu czy filmu zerkamy na telefon czy nie przyszło jakieś powiadomienie albo sprawdzamy po prostu która godzina? Euforia nie pozwoli nam nawet na chwilę odwrócić wzorku od tego, co dzieje się na ekranie. Jest tak dobrze zmontowana, że w stu procentach angażuje widza.
Montaż i prowadzenie narracji to jedno, ale to zdjęcia dodają serialowi prawdziwej magii. Genialne, wręcz fantazyjne ujęcia, przypominające wytwory wyobraźni, posypane sporą ilością brokatu z mocno fioletowym zabarwieniem. Ogląda się to niczym najlepszy teledysk, bo muzyka oczywiście wspaniale łączy się z obrazem. Soundtrack składa się z piosenek zupełnie nie w moim guście, które przez Euforię maltretuję od tygodni, bo zostały mi w głowie i przypominają, żebym jeszcze raz je odsłuchała. Ujęcia są też świetnie oświetlone, wzbudzają skojarzenia ze światem fantastycznym, są wręcz odrealnione, a chłonie się te obrazy z przyjemnością, oddziałują na zmysły i poruszają widza. Ironicznie się składa, że Euforia jest tak przepiękna od strony wizualnej, przypomina najpiękniejszy sen, natomiast pod spodem ma tę masę brudu i brzydoty w kwestii poruszanej tematyki.
źródło
Euforia bardzo różni się od jakiegokolwiek innego młodzieżowego serialu dramatycznego. Rue, która jest naszą narratorką, dziewczyna uzależniona od narkotyków, właśnie powracająca z odwyku będzie nas prowadzić przez historię poszczególnych bohaterów. Mimo że określimy ją jako główną postać serialu to Euforia wcale nie opowiada o niej. Mamy tutaj przykład jak idealnie można poprowadzić historię z wieloma bohaterami. Każdy odcinek zaczyna się od wprowadzenia kolejnej osoby, a w tych pierwszych dziesięciu minutach dowiemy się wszystkiego, co potrzebne do zrozumienia charakteru i postępowania danej postaci. Zobaczymy skąd biorą się ich niepewności, w którym momencie życia ich ścieżka została ukierunkowana i poznamy z jakim rodzajem traumy się borykają. Z niecierpliwością oczekiwałam poznania kolejnego bohatera, szczególnie że sposób montażu każdej tej historii był zachwycający.
Intrygująco budują się te charaktery postaci. Świetnym przykładem jest tutaj Nate, chłopak, który trzęsie całym liceum, kapitan drużyny sportowej, a na codzień po prostu dupek, który uważa, że wszystko mu się należy. To jest typowa postać, która budzi masę negatywnych emocji. Jednak kiedy twórcy pokazują jego przeszłość, wyciągają trupy z rodzinnej szafy to zaczynamy rozumieć skąd bierze się ta masa agresji. Także, za każdym razem jak znowu się na niego wkurzamy, to z tyłu głowy głosik nam mówi, że to nie do końca jego wina.

źródło
Nie dałoby się tak zachwycić Euforią gdyby nie praca zespołu aktorskiego. Tutaj chylę czoła przed Zendayą, która pokazuje się z zupełnie innej strony. Jest hipnotyzująca, charyzmatyczna, w postaci Rue siedzi na stówę, nie szarżuje, wierzymy w każde jej słowo, każdy gest. Ale! Równie dobrze jest w przypadku towarzyszącego jej gremium aktorskiego. Pełno tutaj odważnych popisów, których trudno nie docenić, a każdy staje na wysokości zadania. Cudowna jest Hunter Schafer w roli Jules, której bycie dość ekscentryczną postacią przychodzi z zupełną łatwością. Każdy z aktorów miał przede wszystkim kawał ciężkiej pracy do wykonania - nie dość, że często trzeba było się odsłonić cieleśnie, to każdy z nich musiał też obnażyć przed widzem swoje wnętrze, żebyśmy mogli zobaczyć kryjącą się tam wrażliwość.
Fabuła idealnie łączy nihilistyczne postrzeganie świata z niepoprawną radością, emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie, co świetnie pokazuje stany emocjonalne młodzieży. Euforia porusza wiele problemów współczesnych nastolatków: poszukiwanie własnego ja, korzystanie z dobrych i złych stron Internetu, nadużywanie alkoholu i narkotyków, które zaczyna się zazwyczaj niewinnie. Wezmę, żeby poczuć się lepiej, napiję się, żeby nabrać odwagi, żeby zapomnieć, a kończy się na tym, że jeśli nie weźmie się kolejnej dawki to życie przestaje mieć sens. Tutaj może wspomnę, że sam wątek Feza, sprzedającego narkotyki jest dość oklepany, ale znowu sposób operowania kamerą twórców i dziwna słabość którą chłopak ma w stosunku do Rue jakoś nadaje świeżości. Zresztą, scena w której Rue nie chce od niego wyjść i jest obecna na spotkaniu ze starszym gangsterem trzyma nieźle w napięciu.
Kolejny temat to brutalność wobec bliskich. Przerażające jest to, że dziewczyna w tak młodym wieku nie widzi świata poza partnerem i wybacza mu wiele przerażających czynów. Euforia jednak nie jest w tej kwestii jednostronna, tutaj każdy jest mniej lub bardziej złamany. Każdy ma coś za uszami, każdy błądzi.
źródło
Euforia sprawi, że poczujemy się niekomfortowo, przerazimy się tym wyobrażeniem o współczesnym świecie życia młodzieży, a zarazem przypomina jakiś fantastyczny, kolorowy sen.
Serial Sama Levinsona opowiada o traumach. Kiedy nadchodzą w tak młodym wieku nie wiadomo jak sobie z nimi poradzić. W jaki sposób szukać wyjścia, pokonać nawiedzające nas wspomnienia z przeszłości. Jak radzić sobie ze wstrętem do siebie samego, z pokładami agresji, z samotnością. Jednocześnie, mimo że naokoło pełno jest nienawiści, brutalności, przemocy, ogólnego brudu to Ci młodzi ludzie ciągle poszukują światła - miłości, przyjaźni, wolności. Czy udaje im się je znaleźć? Musicie przekonać się sami.

niedziela, 28 lipca 2019

„Barry” i „The Kominsky Method”, czyli w teatrze siła

Barry (2018-)

źródło
Barry to serial komediowy, który gorąco polecał mi jeden ze znajomych. Znając jego poczucie humoru spodziewałam się czegoś ekscentrycznego, ale byłam raczej przekonana, że trafi w mój gust (oboje lubimy m.in. twórczość pana Taika Waititi, więc sami rozumiecie, że o poziom humoru byłam spokojna).

Barry Berkman (Bill Hader) jest byłym żołnierzem, którego poznajemy kilka lat po powrocie z wojny. Aktualnie pracuje jako seryjny zabójca, a zlecenia wynajduje mu wujek, który zdecydowanie zbyt duży procent wynagrodzenia chowa do swojej kieszeni. Podczas kolejnego zadania Barry musi pozbyć się mężczyzny, który uczęszcza na zajęcia teatralne. Mały zastrzyk ze strony świata teatru sprawia, że Berkman skłania się ku zmianie ścieżki rozwoju i zostaniu aktorem.

Pomysł na połączenie dwóch tak różnych światów wydaje się absurdalny z wielu powodów. Chodzi o to, że Barry to człowiek, który przeżył sporo traumatycznych wydarzeń. Mało tego - nadal pomnaża ilość dokonanych morderstw, a wszystkie związane z tymi przygodami emocje skrzętnie tłumi w sobie. Po krótkim zapoznaniu możemy o nim powiedzieć: człowiek z kamienną twarzą, taką wiecie - zupełnie wyprutą z uczuć. A przecież w aktorstwie właśnie o to przekazanie emocji chodzi. Na szczęście Barry trafia na zajęcia z raczej nieporadną grupką osób, więc nawet specjalnie się nie wyróżnia. Wszelkie jego próby zmierzenia się z zadaniami aktorskimi są jednym ze źródeł dobrej zabawy, jaką dostarcza nam serial. To mały fragment karuzeli śmiechu, bo, jak na dobrą komedię przystało, mamy tutaj sporo humoru w różnej formie. Do mnie przede wszystkim trafia ten zupełnie czarny humor, w którym najjaśniejszą gwiazdą jest członek czeczeńskiej mafii. Naprawdę wystarczy, żeby Anthony Carrigan się odezwał, a mój mózg już wytwarza endorfiny. Także wątek walk mafiozów, który wydawał się być na początku zupełnie poboczny stał się moim ulubionym. Zupełnie z innej strony mamy też humor wynikający z nieporadności Barry'ego w odnalezieniu się w grupie rówieśników. Przez fakt, że zazwyczaj zadawał się z typami spod ciemnej gwiazdy, teraz nie wie jak poradzić sobie z nowymi przyjaciółmi i potencjalną miłością. Jest więc na każde zawołanie swojej partnerki, spełniając jej zachcianki, a jednocześnie boryka się z próbą odmawiania podjęcia się kolejnych zleceń ze strony swojego wuja. To ciekawy paradoks - człowiek, który tak dobrze radzi sobie w środku akcji, potrafiący wyjść z niemałych tarapatów nie potrafi być mocny w codziennym życiu i powiedzieć „nie” w twarz drugiej osobie.

Pod względem aktorskim i realizatorskim Barry stoi na bardzo wysokim poziomie. Aktorzy czują się bardzo pewnie w gatunku komedii. Bill Hader, grający główną postać, to człowiek znany i ceniony za Saturday Night Live, który już za rolę Barry'ego został nagrodzony kilkoma statuetkami. To faktycznie on niesie największy aktorski ciężar serialu, ale dostarcza wszystko w świetnej formie - nieważne czy gra nieporadnego członka trupy teatralnej czy pewnego siebie zabijakę - zawsze jest przekonujący. Partnerują mu świetni Henry Winkler w roli zapatrzonego w siebie mentora teatralnego, wuj Stephen Root, przeciągający go na mroczną stronę i Sarah Goldberg, której celem jest odnieść sukces w aktorstwie za wszelką cenę. Każdy jest charakterystyczny, a relacje między poszczególnymi postaciami nie są puste, a zbudowane na mocnym gruncie. Mnie oczywiście najbardziej cieszy wątek znajomości Barry'ego i Noho Hanka (wspomniany wcześniej Carrigan). Ten duet to zabawowa petarda. Natomiast od strony realizatorskiej - wspaniały montaż, a jak wiemy timing w komedii jest bardzo ważny. Już sama czołówka, która zdaje się takim twardym wtrąceniem pokazuje, że twórcy ryzykują i dobrze na tym wychodzą.

Wydaje mi się, że największa siła Barry'ego tkwi w inteligentnym scenariuszu. Twórcy nie idą prostą drogą, robiąc z wszystkiego komedię. Są momenty kiedy Barry naprawdę przynosi masę różnych emocji. Szczególnie warto przytoczyć tutaj morderstwa, których bardzo nie chciał wykonać, ale wiedział, że musi (chociażby pamiętna scena w samochodzie z pierwszego sezonu). Scenarzyści sprytnie wykorzystują przygody związane z mroczną stroną bohatera i pokazują jego walkę z samym sobą. Świetnie ogląda się, jak Barry powoli zaczyna przekuwać silne wydarzenia ze swojego życia w sztukę aktorską (może robi to trochę nieświadomie, ale skutecznie). Drugi sezon wydaje się bardziej mroczny. Winić zapewne należy to, że każdy krok Barry'ego zdaje się pogrążać go coraz głębiej w świecie zbrodni. Niełatwo jest skończyć z życiem mordercy, mając taką przeszłość i ciągnące się niedokończone sprawy.

Serial trzyma poziom przez całe dwa sezony. Dziwi mnie tylko, że nadal niewiele osób go zna i o nim mówi. Warto dać mu szansę. To krótkie, 20-minutowe odcinki, które sprawiają masę frajdy i potrzymają trochę w napięciu. Jeżeli nie znacie, spróbujcie. Ja przepadłam i na razie uważam, że to rewelacyjny twór, ale zobaczymy jak zostaną poprowadzone kolejne sezony.


The Kominsky Method (2018-)

źródło
Niemal w tym samym czasie co Barry pojawił się kolejny serial związany z kursem aktorstwa. Tym razem chodzi o produkcję Netflixa, The Kominsky Method. Jeżeli kojarzycie nazwiska Michael Douglas i Alan Arkin, to już możecie się spodziewać, że mając je w zanadrzu poziom serialu będzie naprawdę wysoki.

Sandy Kominsky (Michael Douglas) to podstarzały aktor, który prowadzi szkółkę aktorską, gdzie naucza „metody Kominsky'ego”. Boryka się z problemami finansowymi, wciąż poszukuje miłości swojego życia, a kolejne zlecenia aktorskie go nie satysfakcjonują. Norman Newlander (Alan Arkin) to jego agent, a zarazem długoletni przyjaciel.

Serial na razie składa się z ośmiu odcinków, a każdy z nich trwa mniej więcej pół godziny. Ogląda się go naprawdę błyskawicznie. Od pierwszych minut wiemy, że będzie to porządna produkcja, ze świetnymi, błyskotliwymi dialogami i genialnym aktorstwem. Sporo tutaj scen, w których dwójka głównych bohaterów po prostu rozmawia, a my oglądamy to z niegasnącym zainteresowaniem. Scenariusz naprawdę pozwolił Douglasowi i Arkinowi błyszczeć. Szczególnie zachwyca ten drugi. Postać Normana jest trochę zgryźliwa, mająca do wszystkiego uszczypliwy komentarz, chodzący przykład pesymisty. Zarazem czuć bijące od niego ciepło. Przede wszystkim widać to w scenach z jego żoną, ale sprawdza się także w postaci przyjaciela Sandy'ego. Także Arkin zdecydowanie kradnie ten serial. Douglas jest także bardzo dobry, ma trochę mniej charakternego bohatera, ale radzi sobie śpiewająco. Możecie więc być spokojni - duet głównych bohaterów staje na wysokości zadania.

Scenariusz najczęściej sięga po tematy trudne i, wydawać by się mogło, mało komediowe. Będzie o przemijaniu, chorobach, starości, o uzależnieniach i szansach, z których się nie skorzystało. Serial należy do gatunku komedii, bo to wszystko przedstawia w sposób lekki, z sarkastycznym komentarzem. Nie zmieniło to jednak faktu, że na kilku pierwszych odcinkach wylewałam rzewne łzy nad losem bohaterów. To było chyba dla mnie największe zaskoczenie - całość ogląda się jako komedyjkę, a zaraz wzrusza jak dobry dramat.

I tym razem zajęcia aktorskie to dobre źródło komedii. Znajdzie się miejsce dla kilku charakterystycznych uczestników, jednak ogólny poziom plasuje się zdecydowanie wyżej niż tych w Barry'm. Czasami zdarzają się przebłyski talentu, a Sandy momentami daje naprawdę dobre rady.

The Kominsky Method ma już na koncie Złotego Globa, a kolejny sezon został zamówiony. To porcja porządnej rozrywki, przy której może nie będziemy boków zrywać, ale na pewno zadowolimy się inteligentnym dialogiem dwójki dojrzałych twórców.




Znacie któryś z tych tytułów? Ja przyznaję, że z dwójki przedstawionych powyżej bliższy mojemu gustowi jest Barry, ale na kolejny sezon The Kominsky Method również czekam. A Wy?

sobota, 9 marca 2019

Serialowy mrok po trzykroć - „Ślepnąc od świateł”, „Russian Doll”, „Chilling Adventures of Sabrina”

Ślepnąc od świateł dostępny na HBO

źródło
Przyznaję, że rzadko oglądam polskie seriale, a jeszcze rzadziej po obejrzeniu jestem zadowolona z seansu - to w moim przypadku święto (ostatnio chyba przy Artystach tak było, których anulowali po jednym sezonie). Od Ślepnąc od świateł nie wymagałam wiele, nawet po licznych pozytywnych recenzjach. Przy Belfrze też sporo ludzi było zachwyconych, a ja jakoś niekoniecznie.
Kuba (Kamil Nożyński) to rozchwytywany warszawski diler narkotykowy. Skrzętnie odkłada zarobione pieniądze i planuje wyjazd z kraju. Wszystkie plany ulegają zmianie gdy wplątuje się w środek kłótni gangsterów - swojego szefa, Jacka (Robert Więckiewicz) i Daria (Jan Frycz), który właśnie opuścił mury więzienia.
Jeżeli też z dystansem podchodziliście do nowej produkcji HBO - przestańcie. Nie ma co się hamować, bo Ślepnąc od świateł to zdecydowanie jeden z najlepszych polskich seriali. Na pewno spora w tym zasługa Jakuba Żulczyka, autora powieści i współautora scenariusza. Jego Polska jest zimna, brudna, oderwana od rzeczywistości, a zarazem tak realistyczna i brutalna. Czasami przypomina zagraniczne produkcje opowiadające o handlarzach narkotyków i podziemnym światku, a zarazem zawiera tyle rodzimych elementów, że pozostaje nam bliska. Starsza sąsiadka dopytująca o nasze życie prywatne i zapraszająca na herbatkę, huczne wesele organizowane, żeby się pochwalić przed rodziną. Sporo tutaj takich typowo polskich motywów, które nadadzą całości więcej prawdy, a zagranicznym widzom pokaże kawałek naszego podwórka. Serial jest przede wszystkim świetnie zrealizowany od strony technicznej: idealnie dobrana ścieżka dźwiękowa, w której znajdziemy sporo ciekawych, polskich kawałków (m.in. twórców takich jak Maanam czy Siekiera), mroczne, odważne zdjęcia, no i wciągający scenariusz, który utrzymywał widza w ciągłym napięciu. Ogólnie, pierwsze odcinki są trochę słabsze od kolejnych, więc nie zrażajcie się od razu. Im dalej, tym lepiej. Szczególnie w momentach kiedy więcej uwagi poświęcone jest Fryczowi, który gra tutaj niesamowicie. W rolę głównego bohatera wciela się amator, muzyk, Kamil Nożyński, który w niektórych momentach nawet pasuje do wycofanej postaci Kuby, ale w innych sporo odstaje. Ale i tak uważam, że to był dobry casting. Serial w większości kręci się wokół mężczyzn, a tematyka narkotyków już może nasuwać, że nie będzie grzecznie. Przestrzegam, że niektóre sceny były bardzo brutalne. Jednak znalazło się też miejsce dla świetnej roli kobiecej, Paziny, granej przez Martę Malikowską. Dużym plusem jest na pewno to, że serial tworzy zamkniętą całość. Tym bardziej warto poświęcić te kilka godzin na zapoznanie się z nim.

Moja ocena: 8/10


Russian Doll dostępny na Netflix

źródło
Russian doll to nowość, która pojawiła się na serwisie Netflix. Zauważyłam, że sporo osób się na nią od razu rzuciło. Mnie już zwiastun przekonał, że warto dać szansę, dodatkowo wiedziałam, że ciekawie będzie popatrzeć na Natashę Lyonne w nowej odsłonie. Możecie kojarzyć tę aktorkę z roli charakternej Nicky z Orange is the new black.
Nadię Vulvokov (Natasha Lyonne) poznajemy w momencie, w którym hucznie świętuje swoje trzydzieste urodziny. Widać, że dziewczyna lubi się bawić, eksperymentować, jest pewna siebie i wyzwolona. Koniec tej imprezy jest dla niej tragiczny - ginie potrącona przez samochód. Jednak zamiast trafić prosto w zaświaty budzi się w toalecie i ponownie przeżywa swoje przyjęcie urodzinowe, po czym znowu ginie. Utknęła w pętli czasu, której restartem jest zawsze jej śmierć.   
Natasha jako Nadia sprawdza się idealnie. W ogóle uważam, że sukces serialu w sporym stopniu zależał właśnie od jej gry. To z nią zaczynamy przygodę i z nią ją kończymy. Co prawda, po kilku odcinkach pojawia się także drugi ważny bohater, ale to na Lyonne leżała większość odpowiedzialności i naszej uwagi. Trzeba zaznaczyć, że aktorka była też twórczynią serialu i widać, że siedziała w tym projekcie całą sobą. Znowu, jak w Orange is the new black, jej postać jest charakterna, ironiczna, wyszczekana, borykająca się z nałogami. Najważniejsze dla historii jest jednak to, że wciąż nie poradziła sobie z przeżyciami z dzieciństwa. Stara się odkładać na bok wspomnienia związane ze swoją matką, ale przeszłość dopada ją z całą brutalnością.
W tym przypadku też polecam Wam dać szansę całemu serialowi. Mnie pierwszy odcinek zaintrygował, ale później, na kilka kolejnych straciłam trochę początkową ekscytację. Wszystko rekompensują jednak kolejne rozdziały, toteż warto zobaczyć całość. Serial ma ładną klamrę i zakończenie, do tego stopnia, że mógłby nie mieć kontynuacji. Chociaż ciekawa jestem, co twórcy wymyśliliby dalej.
Russian doll oprócz warstwy tajemniczości i radzenia sobie z przeciwnościami losu oraz kłodami, które pod nogi rzuca nam życie, jest dobrą komedią. Sporo tutaj ironicznych żartów i czarnego humoru. Mrok tutaj się do nas uśmiecha i puszcza oczko, bo niby to przerażające, że główna bohaterka ciągle umiera, ale jak patrzymy kiedy po raz któryś nie potrafi zejść po schodach bez skręcenia karku to zaczynamy się uśmiechać pod nosem. Polecam.

Moja ocena: 7/10



Chilling Adventures of Sabrina dostępny na Netflix

źródło
Kto oglądał Sabrinę nastoletnią czarownicę? Ja pamiętam, że bardzo lubiłam ten serial. Wtedy przejawiałam pierwsze oznaki zainteresowania fantastyką i wszystko co dotyczyło wydarzeń i sytuacji paranormalnych było dla mnie intrygujące. To była taka lekka komedia dla nastolatek, z niezapomnianą rolą Salema, rozgadanego kota. Kiedy dowiedziałam się o nowej Sabrinie oczywiście chciałam to zobaczyć.
Nastoletnia Sabrina (Kiernan Shipka), w której żyłach płynie krew wiedźm i ludzi, próbuje łączyć życie zwykłej śmiertelniczki z rodzinną tradycją: przynależnością do Kościoła Nocy. Kiedy zbliża się uroczystość chrztu i oddania duszy Szatanowi dziewczyna zaczyna mieć wątpliwości do którego świata chce należeć.
Już po zwiastunie uderzyło mnie jedno - to będzie o wiele bardziej mroczna wersja. Później dowiedziałam się, że serial powstał na podstawie komiksu Chilling Adventures of Sabrina, napisanego przez Roberto Aguirre-Sacasa, który właśnie stworzył alternatywną wersję historii nastoletniej czarownicy, której bliżej do horroru niż obyczajowej historii dla młodzieży. Ja po serialu spodziewałam się wciąż bardzo nastoletniego klimatu, czegoś w stylu Pamiętników wampirów - pojawia się horror, ale wszystko zejdzie na stronę taniego romansu i łatwo będzie przewidzieć kolejne wydarzenia. Sabrina jednak zupełnie mnie zaskoczyła. To było na tyle dobre, że nawet mój mężczyzna, który za historiami młodzieżowymi nie przepada, oglądał z przyjemnością. Przede wszystkim sporo tutaj nieoczywistości. Sabrina i cała rodzina Spellmanów to czarodzieje, ale nie tacy milutcy i grzeczni, ale służący szatanowi. Tym bardziej dziwi mnie, kiedy w pewnym momencie zaczynamy za każdego członka rodziny trzymać kciuki i kibicować w drodze po swoje, bo przecież oni nie są tak naprawdę dobrymi bohaterami tej historii. Jednak przez zgrabny scenariusz trudno ich nie polubić. Sabrina z całej rodzinki jest najbardziej lekkomyślna i impulsywna - reszta familii często musi sprzątać po niej bałagan. Ale w końcu to nastolatka, rozdarta między dwoma światami, więc ja te jej pomysły jak najbardziej rozumiem i uważam, że to dobrze, że błądzi. Szczególnie, że te jej błędy są spore, przez co zaskakujące. Ciekawa jest też jej relacja z Harveyem i dwoma ludzkimi przyjaciółkami, które przedstawione zostały jako walczące o swoje prawa feministki. Przez cały serial w ogóle przemawia hasło girl power. Aktorsko moim zdaniem jest fenomenalnie. Widać, że aktorzy bawią się swoimi postaciami: Ci, którzy są źli do szpiku kości wręcz ociekają żółcią, jak Mary Wardwell, grana przez Michelle Gomez. Zachwycona byłam też Zeldą, graną przez Mirandę Otto (a to przecież Eowina z serii Władcy pierścieni!). Jej postać jest tak nieoczywista, że nie można oderwać od niej wzroku.
Nie oszukujmy się jednak, że to jakieś arcydzieło współczesnej telewizji. To wciąż historia o nastolatkach, którzy często mają też problemy typowych nastolatków. Jednak cała otoczka, mroczny klimat, świetne postacie i ciekawie poprowadzony scenariusz mogą sprawić, że będziecie się przednio bawić. Ja na pewno miałam masę frajdy.

Moja ocena: 8-/10


poniedziałek, 28 stycznia 2019

„Patrick Melrose”, czyli życie pod wpływem traumy z dzieciństwa

Gdybym miała w dwóch słowach skomentować dlaczego ten serial tak bardzo mi się podobał byłyby to: Benedict Cumberbatch. To na jego barkach leżało powodzenie produkcji, twórcy (i sam aktor, bo też do grupy producentów należy) postanowili postawić go w centrum uwagi przez długość trwania wszystkich pięciu odcinków. A on poniósł ten serial z brawurą i potwierdził, że nie bez przyczyny uważany jest za jednego z najlepszych współczesnych aktorów.
Patrick Melrose to historia zagubionego człowieka, który boryka się z demonami przeszłości. Serial powstał na podstawie książek Edwarda St Aubyna, autora, który przyznał się, że cykl ma charakter autobiograficzny. Tym bardziej ta historia potrafi przerazić.
Tytułowego bohatera zastajemy w momencie kiedy dowiaduje się o śmierci ojca. Nie spodziewajmy się jednak typowej żałoby i smutku towarzyszącego tragedii. Patrick wydaje się nawet zadowolony. Przyjeżdża po prochy swojego ojca, a w przerwach między załatwianiem formalności zażywa różnych twardych narkotyków i popija je morzem alkoholu. Przez moment mamy wrażenie, że to nieludzkie zachowanie wynika z rozpieszczenia (rodzice Paricka należeli do arystokracji), ale wystarczy kilka momentów na przebitkę z przeszłości, żeby uświadomić sobie, że kryje się za tym coś więcej.
źródło
W pierwszym odcinku zobaczymy Benedicta, który przeżywa ostre jazdy narkotykowe, gra ryzykownie, z zacięciem, balansując na granicy przeszarżowania. Jest świetny. Na dodatek czasami wkradają się elementy gry, które wręcz wydają się humorystyczne - bawią nas, ale tylko do czasu. Później przychodzi drugi odcinek, w którym przyjrzymy się dzieciństwu Patricka i zobaczymy wydarzenia, które rzutować będą na całe jego życie.
Serial ma tylko pięć odcinków, a każdy ma miejsce w innym czasie. Uważam, że to dość ryzykowny pomysł, ale tym razem wypadł bez zastrzeżeń. Każdy z odcinków przedstawia dosłownie krótki element życia Patricka, kilka dni, które wystarczą, żeby pokazać jego aktualny stan. Mimo że postać tę zobaczymy w różnych sytuacjach, od narkotykowej euforii po drgawki w taksówce i wizytę na odwyku, to Benedictowi udało się utrzymać charakter i ani na chwilę nie wątpimy w istnienie jego niezwykłego bohatera. Napięcie jest tutaj budowane raczej w obrębie poszczególnych odcinków, które dają sporo czasu na rozwój akcji i wgłębienie się w nią widza. Jeden odcinek to przyjęcie wydawane przez znajomą Patricka, a akcja kolejnego będzie się kręciła wokół stypy. Chodzi o to, że między nimi minęły lata. A co się podczas nich wydarzyło? To pozwoli nam wywnioskować zgrabnie napisany scenariusz poszczególnych odcinków, odkrywający fakty, które miały miejsce w tych czasowych dziurach.
źródło
Autor powieści snując historię Patricka rysuje nam obraz elity, który jest odrażający - wszechobecne zepsucie, wyobrażenie o swojej wyższości, brak poczucia odpowiedzialności za swoje czyny. Niemal każdy z bliskiego otoczenia rodziny Melrose jest przesiąknięty wadami tej grupy społecznej, a młode pokolenie ratunek znajduje tylko w substancjach psychoaktywnych. Patrick jest więc trochę ofiarą grupy społecznej, w której się urodził.
Z drugiej strony jego rodzice to osoby, które wypadają wśród całej tej elity najbardziej negatywnie i mają największy impakt na lęki i depresję syna. Może tylko dlatego, że to do tej rodziny zaglądamy dogłębnie i poznamy jej najgorsze i obrzydliwe sekrety. Czujemy prawdziwy dyskomfort oglądając sceny z dzieciństwa Patricka, w których odkrywane są karty jego ojca. Matce trochę współczujemy, ale za chwilę jesteśmy oszołomieni jej odrętwieniem kiedy hamuje się przed udzieleniem pomocy synowi. Ogólny wydźwięk serialu jest więc dramatyczny, ale zarazem ma w zanadrzu wiele innych kolorów, ponieważ scenarzyści wplatają w dialogi masę ironii i czarnego humoru. Wychodzi im to naprawdę zgrabnie, a ogląda się z ciągłym zainteresowaniem.
Bardzo dobrze jest ten serial zrealizowany pod kątem technicznym. Zdjęcia są świetne, odważne, przesycone kolorami. Aktorsko jest cudownie. O Benedictcie już wspomniałam, ale dodam, że moim zdaniem to jego najlepsza do tej pory rola. Odwaga się w tej kwestii opłaciła, a my możemy oglądać prawdziwy popis umiejętności. Pola nie ustępuje mu Hugo Weaving, który w rolach czarnych charakterów sprawdza się jak zawsze świetnie. Zdecydowanie odpychająca kreacja, czyli taka jaka powinna być. Bardzo dobrze radzi sobie także Jennifer Jason Leigh w roli matki i Anna Madeley.
Czy jest to serial dla każdego? Może nie. Warto jednak dać mu szansę, odcinków jest tylko pięć, a dla roli Cumberbatcha naprawdę opłaca się znać ten tytuł.

Moja ocena: 8/10



Serial jest do obejrzenia na HBO GO :)

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka