niedziela, 28 lipca 2019

„Barry” i „The Kominsky Method”, czyli w teatrze siła

Barry (2018-)

źródło
Barry to serial komediowy, który gorąco polecał mi jeden ze znajomych. Znając jego poczucie humoru spodziewałam się czegoś ekscentrycznego, ale byłam raczej przekonana, że trafi w mój gust (oboje lubimy m.in. twórczość pana Taika Waititi, więc sami rozumiecie, że o poziom humoru byłam spokojna).

Barry Berkman (Bill Hader) jest byłym żołnierzem, którego poznajemy kilka lat po powrocie z wojny. Aktualnie pracuje jako seryjny zabójca, a zlecenia wynajduje mu wujek, który zdecydowanie zbyt duży procent wynagrodzenia chowa do swojej kieszeni. Podczas kolejnego zadania Barry musi pozbyć się mężczyzny, który uczęszcza na zajęcia teatralne. Mały zastrzyk ze strony świata teatru sprawia, że Berkman skłania się ku zmianie ścieżki rozwoju i zostaniu aktorem.

Pomysł na połączenie dwóch tak różnych światów wydaje się absurdalny z wielu powodów. Chodzi o to, że Barry to człowiek, który przeżył sporo traumatycznych wydarzeń. Mało tego - nadal pomnaża ilość dokonanych morderstw, a wszystkie związane z tymi przygodami emocje skrzętnie tłumi w sobie. Po krótkim zapoznaniu możemy o nim powiedzieć: człowiek z kamienną twarzą, taką wiecie - zupełnie wyprutą z uczuć. A przecież w aktorstwie właśnie o to przekazanie emocji chodzi. Na szczęście Barry trafia na zajęcia z raczej nieporadną grupką osób, więc nawet specjalnie się nie wyróżnia. Wszelkie jego próby zmierzenia się z zadaniami aktorskimi są jednym ze źródeł dobrej zabawy, jaką dostarcza nam serial. To mały fragment karuzeli śmiechu, bo, jak na dobrą komedię przystało, mamy tutaj sporo humoru w różnej formie. Do mnie przede wszystkim trafia ten zupełnie czarny humor, w którym najjaśniejszą gwiazdą jest członek czeczeńskiej mafii. Naprawdę wystarczy, żeby Anthony Carrigan się odezwał, a mój mózg już wytwarza endorfiny. Także wątek walk mafiozów, który wydawał się być na początku zupełnie poboczny stał się moim ulubionym. Zupełnie z innej strony mamy też humor wynikający z nieporadności Barry'ego w odnalezieniu się w grupie rówieśników. Przez fakt, że zazwyczaj zadawał się z typami spod ciemnej gwiazdy, teraz nie wie jak poradzić sobie z nowymi przyjaciółmi i potencjalną miłością. Jest więc na każde zawołanie swojej partnerki, spełniając jej zachcianki, a jednocześnie boryka się z próbą odmawiania podjęcia się kolejnych zleceń ze strony swojego wuja. To ciekawy paradoks - człowiek, który tak dobrze radzi sobie w środku akcji, potrafiący wyjść z niemałych tarapatów nie potrafi być mocny w codziennym życiu i powiedzieć „nie” w twarz drugiej osobie.

Pod względem aktorskim i realizatorskim Barry stoi na bardzo wysokim poziomie. Aktorzy czują się bardzo pewnie w gatunku komedii. Bill Hader, grający główną postać, to człowiek znany i ceniony za Saturday Night Live, który już za rolę Barry'ego został nagrodzony kilkoma statuetkami. To faktycznie on niesie największy aktorski ciężar serialu, ale dostarcza wszystko w świetnej formie - nieważne czy gra nieporadnego członka trupy teatralnej czy pewnego siebie zabijakę - zawsze jest przekonujący. Partnerują mu świetni Henry Winkler w roli zapatrzonego w siebie mentora teatralnego, wuj Stephen Root, przeciągający go na mroczną stronę i Sarah Goldberg, której celem jest odnieść sukces w aktorstwie za wszelką cenę. Każdy jest charakterystyczny, a relacje między poszczególnymi postaciami nie są puste, a zbudowane na mocnym gruncie. Mnie oczywiście najbardziej cieszy wątek znajomości Barry'ego i Noho Hanka (wspomniany wcześniej Carrigan). Ten duet to zabawowa petarda. Natomiast od strony realizatorskiej - wspaniały montaż, a jak wiemy timing w komedii jest bardzo ważny. Już sama czołówka, która zdaje się takim twardym wtrąceniem pokazuje, że twórcy ryzykują i dobrze na tym wychodzą.

Wydaje mi się, że największa siła Barry'ego tkwi w inteligentnym scenariuszu. Twórcy nie idą prostą drogą, robiąc z wszystkiego komedię. Są momenty kiedy Barry naprawdę przynosi masę różnych emocji. Szczególnie warto przytoczyć tutaj morderstwa, których bardzo nie chciał wykonać, ale wiedział, że musi (chociażby pamiętna scena w samochodzie z pierwszego sezonu). Scenarzyści sprytnie wykorzystują przygody związane z mroczną stroną bohatera i pokazują jego walkę z samym sobą. Świetnie ogląda się, jak Barry powoli zaczyna przekuwać silne wydarzenia ze swojego życia w sztukę aktorską (może robi to trochę nieświadomie, ale skutecznie). Drugi sezon wydaje się bardziej mroczny. Winić zapewne należy to, że każdy krok Barry'ego zdaje się pogrążać go coraz głębiej w świecie zbrodni. Niełatwo jest skończyć z życiem mordercy, mając taką przeszłość i ciągnące się niedokończone sprawy.

Serial trzyma poziom przez całe dwa sezony. Dziwi mnie tylko, że nadal niewiele osób go zna i o nim mówi. Warto dać mu szansę. To krótkie, 20-minutowe odcinki, które sprawiają masę frajdy i potrzymają trochę w napięciu. Jeżeli nie znacie, spróbujcie. Ja przepadłam i na razie uważam, że to rewelacyjny twór, ale zobaczymy jak zostaną poprowadzone kolejne sezony.


The Kominsky Method (2018-)

źródło
Niemal w tym samym czasie co Barry pojawił się kolejny serial związany z kursem aktorstwa. Tym razem chodzi o produkcję Netflixa, The Kominsky Method. Jeżeli kojarzycie nazwiska Michael Douglas i Alan Arkin, to już możecie się spodziewać, że mając je w zanadrzu poziom serialu będzie naprawdę wysoki.

Sandy Kominsky (Michael Douglas) to podstarzały aktor, który prowadzi szkółkę aktorską, gdzie naucza „metody Kominsky'ego”. Boryka się z problemami finansowymi, wciąż poszukuje miłości swojego życia, a kolejne zlecenia aktorskie go nie satysfakcjonują. Norman Newlander (Alan Arkin) to jego agent, a zarazem długoletni przyjaciel.

Serial na razie składa się z ośmiu odcinków, a każdy z nich trwa mniej więcej pół godziny. Ogląda się go naprawdę błyskawicznie. Od pierwszych minut wiemy, że będzie to porządna produkcja, ze świetnymi, błyskotliwymi dialogami i genialnym aktorstwem. Sporo tutaj scen, w których dwójka głównych bohaterów po prostu rozmawia, a my oglądamy to z niegasnącym zainteresowaniem. Scenariusz naprawdę pozwolił Douglasowi i Arkinowi błyszczeć. Szczególnie zachwyca ten drugi. Postać Normana jest trochę zgryźliwa, mająca do wszystkiego uszczypliwy komentarz, chodzący przykład pesymisty. Zarazem czuć bijące od niego ciepło. Przede wszystkim widać to w scenach z jego żoną, ale sprawdza się także w postaci przyjaciela Sandy'ego. Także Arkin zdecydowanie kradnie ten serial. Douglas jest także bardzo dobry, ma trochę mniej charakternego bohatera, ale radzi sobie śpiewająco. Możecie więc być spokojni - duet głównych bohaterów staje na wysokości zadania.

Scenariusz najczęściej sięga po tematy trudne i, wydawać by się mogło, mało komediowe. Będzie o przemijaniu, chorobach, starości, o uzależnieniach i szansach, z których się nie skorzystało. Serial należy do gatunku komedii, bo to wszystko przedstawia w sposób lekki, z sarkastycznym komentarzem. Nie zmieniło to jednak faktu, że na kilku pierwszych odcinkach wylewałam rzewne łzy nad losem bohaterów. To było chyba dla mnie największe zaskoczenie - całość ogląda się jako komedyjkę, a zaraz wzrusza jak dobry dramat.

I tym razem zajęcia aktorskie to dobre źródło komedii. Znajdzie się miejsce dla kilku charakterystycznych uczestników, jednak ogólny poziom plasuje się zdecydowanie wyżej niż tych w Barry'm. Czasami zdarzają się przebłyski talentu, a Sandy momentami daje naprawdę dobre rady.

The Kominsky Method ma już na koncie Złotego Globa, a kolejny sezon został zamówiony. To porcja porządnej rozrywki, przy której może nie będziemy boków zrywać, ale na pewno zadowolimy się inteligentnym dialogiem dwójki dojrzałych twórców.




Znacie któryś z tych tytułów? Ja przyznaję, że z dwójki przedstawionych powyżej bliższy mojemu gustowi jest Barry, ale na kolejny sezon The Kominsky Method również czekam. A Wy?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka