Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2022

Różne oblicza fantastyki – „Czerwony śnieg”, „Ruchomy zamek Hauru” i „Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib”

W tym roku wśród przeczytanych przeze mnie książek niewiele znalazło się gatunku fantastyki. Poczułam ukłucie tęsknoty i rzuciłam się do tych króciutkich opowieści z dzisiejszego wpisu. Skutecznie mi przypomniały ile różnych emocji może skrywać w sobie ten gatunek. Mój wybór padł na mrożący krew w żyłach horror, słodką i magiczną opowieść dla młodszych czytelników oraz kolejną część Diuny w wersji graficznej.


Czerwony śnieg
Ian R. MacLeod

Gatunek: fantastyka/horror
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: MAG

Plany się zmieniają. Albo w ogóle przestają być planami.

  

Opis wydawcy

Na pobojowisku po ostatniej wielkiej bitwie Wojny Secesyjnej rozczarowany życiem unionista-lekarz natrafia na obrabiającą trupy dziwną postać i jego życie zmienia się na zawsze… 

W Strasburgu, parę lat przed Rewolucją Francuską, konserwator obrazów dostaje zlecenie namalowania cyklu portretów pięknej kobiety w różnych fazach jej życia, choć sama kobieta najwyraźniej się nie starzeje… 

W Nowym Jorku z czasów prohibicji młoda marksistka pojawia się nagle wśród elit, w dodatku podszywając się pod osobę, która nigdy nie istniała…

Moja recenzja

Historii o wampirach powstało już bardzo wiele, ale Czerwony śnieg należy do grona tych, które potrafią zaskoczyć czytelnika. Chociaż warto zaznaczyć, że nie należę do znawców tego tropu w literaturze. Czytałam jedynie klasykę gatunku, czyli Draculę Brama Stokera i kilka młodzieżówek, w których wampir był bardziej obiektem westchnień niż przerażającym potworem.

W Czerwonym śniegu przede wszystkim intrygująco wypada klimat opowiadanej historii. Autor potrafi przenieść czytelnika do czasów wojny secesyjnej, snuje powolną opowieść, w której przeplata się kilka wątków. W pierwszej części przyjrzymy się życiu pewnego rodzeństwa, pochodzącego z bogatej rodziny i ich przyjaciela – Karla Haupmanna. Karl to lekarz wojskowy, który służył na wojnie. Kiedy ta dobiegała końca, kiedy gdzieś w Ameryce podpisywano już traktat pokojowy, on zagłębił się w las, gdzie zmieniło się całe jego życie. MacLeod pozwala nam poczuć przerażenie żołnierzy i bliskość śmierci. Jego opisy potrafią wywołać dreszcz przerażenia, a scena krwawej masakry w kościele zostaje na długo w pamięci. Autor decyduje się na przeskoki w czasie, przedstawia nam bohaterów, którzy przejmują historię od Karla. Niektóre wątki były ciekawe, jak opowieść o Sybilli Lys, ale inne przygaszały napięcie. Zdecydowanie nie jest to typowa historia o wampirach, warto się przygotować, że tempo akcji należy raczej do powolnych.

Czerwony śnieg okazał się dobrym wyborem na halloweenowy wieczór. Literatura wprowadziła mnie w klimat grozy, krew została przelana wielokrotnie, a jednocześnie nie był to zbyt mocny kaliber. Nawet taka strachliwa buła jak ja zniesie te opisy. Umieszczenie akcji w Stanach Zjednoczonych, w czasach wojny secesyjnej wypadło oryginalnie. Z zainteresowaniem śledziłam losy Karla Haupmanna, dżentelmena w nieodłącznym meloniku i ciemnych okularach, uzbrojonego w rewolwer ze srebrnymi kulami oraz zapas morfiny. Kibicowałam mu w poszukiwaniach głównego sprawcy swojego nieszczęścia. Postaci mistycznej, legendarnej bestii, która to wszystko zapoczątkowała. Czy udało mu się ją znaleźć – musicie przekonać się sami.


Ruchomy zamek Hauru
Diana Wynne Jones

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2001
Liczba stron: 310
Wydawnictwo: Nowa baśń

Jako młoda dziewczyna Sophie spaliłaby się ze wstydu za swoje zachowanie. Jako staruszka nie przejmowała się niczym, co zrobiła czy powiedziała. Co za ulga.  
 

Opis wydawcy

Młoda Sophie Kapeluszniczka, z krainy zwaną Ingarią, przykuwa niechcianą uwagę czarownicy i zostaje zamieniona w staruszkę… Decydując, że nie ma nic do stracenia, wyrusza do ruchomego zamku czarodzieja Hauru, który podobno zjada dusze młodych dziewcząt… 

W zamku Sophie spotyka Michaela, ucznia Hauru, oraz Kalcyfera, demona ognia, z którym zawiera pewien pakt.  

Moja recenzja

Jeżeli mnie pamięć nie myli, Ruchomy zamek Hauru był pierwszą animacją ze studia Ghibli, którą obejrzałam i była to natychmiastowa miłość. Te dziesięć lat temu przeszukiwałam biblioteki w celu odnalezienia książkowego pierwowzoru – bezskutecznie. Na szczęście wydawnictwo Nowa Baśń postanowiło ją wznowić.

Historia Sophie Kapeluszniczki z jednej strony jest bardzo wiernie oddana w animacji, ale z drugiej różni się w wielu ważnych kwestiach. Sprawiło to, że lektura przypomniała mi obrazki znane z dzieła Miyazakiego, ale równocześnie nie przestawała trzymać w ciągłej niepewności. Przyznaję, że ten powrót do magicznego zamku na nóżkach, napędzanego siłą demona ognia, Kalcyfera, okazał się czystą przyjemnością. Uwielbiam charaktery Sophie i Hauru, bo oboje są tak dalecy do ideałów. Dziewczyna jest bezczelna, a czarodziej narcystyczny i jest to niespotykane, a zarazem cudowne. Diana Wynne Jones pokazuje ogrom swojej wyobraźni, jej pomysły za każdym razem szokują i oczarowują czytelnika. W zamku na nóżkach znajdują się drzwi prowadzące do czterech różnych krain, które mają swój mały świat przedstawiony, zatem autorka zamiast wymyślać jedno magiczne miejsce, opisała od razu cztery. Czego tutaj nie ma! Pojawia się klątwa, w której wiedźma zamienia dziewczynę w staruszkę, magiczny strach na wróble, który utknął na pustkowiu wśród kamieni, czarodzieje przekazujący wiedzę o zaklęciach młodym adeptom, król poszukujący pomocy w odnalezieniu swojego brata. I wszystkie te wątki znajdują rozwiązanie w pięknym finale.

Ruchomy zamek Hauru to raczej powieść dla młodszych czytelników, ale ja znalazłam w niej spokój, którego potrzebowałam. Przeniesienie się do świata baśniowej literatury pomaga w gorszych chwilach, a ten tytuł należy do słusznie docenianych dzieł gatunku fantastyki młodzieżowej. Nie ma się co dziwić, że czytelnicy zachwycają się nim nawet prawie czterdzieści lat po premierze.


Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib
Raul Allen, Kevin J. Anderson, Brian Patrick Herbert, Frank Herbert, Patricia Martin

Gatunek: komiks
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: Rebis

Dżamis nauczył mnie, że kiedy zabijamy, płacimy za to.
 

Opis wydawcy

Młody Paul Atryda i jego matka, lady Jessika, znaleźli się na głębokiej pustyni Arrakis. Zdradzeni przez zaufanego lekarza, doktora Yuego, i skazani na zgubę przez swych największych wrogów, Harkonnenów, aby przeżyć, muszą odnaleźć tajemniczych Fremenów. W miarę odkrywania pilnie strzeżonych sekretów planety każde z nich staje przed wyborami, które odmienią ich losy – i życie – na zawsze.

Moja recenzja

Kolejna odsłona komiksu, w którym przedstawiona została historia znana z Diuny Franka Herberta. To świetny kąsek dla fanów pierwowzoru, idealnie sprawdzi się też jako prezent. Ja oryginał czytałam już jakiś czas temu, więc ten powrót okazał się ekscytujący. Szczególnie, że jesteśmy po pierwszej części ekranizacji, a czeka nas jej kontynuacja. Komiks pokrywa wydarzenia z obu tych części, zatem trochę przypomni wydarzenia, które już widzieliśmy na ekranie, ale pójdzie też o krok dalej.

Powrót na planetę Arrakis sprawia sporo frajdy. Powieść graficzna nie służy do eksploatowania tematów poruszanych w Diunie, bo te rozważania polityczne czy ekologiczne trudno przenieść na karty komiksu. Natomiast świetnie radzi sobie z przedstawianiem świata. W obrazach nocnej pustyni czuć czającą się pod piaskiem grozę, podczas scen walk z grafik bije niesamowita dynamika. Na jeden z bardziej wymagających elementów fabuły zapowiadała się wizja Jessici. W tym przypadku twórcy również potrafili oddać odczucia, które pamiętałam z lektury. Obudzili we mnie pełne ekscytacji oczekiwanie, żeby zobaczyć te same sceny na dużym ekranie w kolejnej odsłonie ekranizacji.

Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib to świetna okazja do odwiedzenia słynnego już świata przedstawionego. Sprawdza się jako uzupełnienie do książki, grafiki są wizjonerskie i oddają klimat powieści. Polecam, przede wszystkim jako prezent dla fanów pierwowzoru.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

czwartek, 10 listopada 2022

„Sandman” komiks vs. serial – czy udało się przenieść tę historię na ekran?

Ekranizowanie kultowych dzieł z gatunku fantastyki nie należy do najprostszych zadań. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu twórcy filmowi i telewizyjni preferują przenosić na ekrany fantastykę młodzieżową. Możliwe, że gwarantuje to bardziej zaangażowaną i wierną młodszą widownię, a zarazem nie kosztuje tyle, co wyprodukowanie serialu high fantasy. Udało się to w przypadku Cienia i kości, Pamiętników wampirów, Shadowhunters czy The 100, które oglądały rzesze fanów gatunku, często nastolatków. Jeżeli jednak mówimy o tytułach, którym bliżej do epickiego fantasy, to opcje są raczej ograniczone. Dostaliśmy genialną ekranizację Gry o tron, ale poza tym większość produkcji nie wypaliła. Przykładem może być Miecz prawdy na podstawie książek Terry'ego Goodkinda. Osobiście serial oglądałam z wypiekami na twarzy ze względu na świetny pomysł na świat przedstawiony, rządzące nim prawa i głównych bohaterów. Jednak na poziomie produkcji Miecz prawdy do wybitnych nie należał. Podobnie było z Kronikami Shannary na podstawie książek Terry'ego Brooksa. Serial zapowiadał się bardzo dobrze, ale czegoś przy produkcji zabrakło i skończył się po dwóch sezonach. 

Z ekranizacjami prozy Neila Gaimana jest chyba jeszcze trudniej. Jego książki opierają się na specyficznej stylistyce, zaskakujących rozwiązaniach fabularnych, nieoczywistych połączeniach, często opartych na mieszance różnych mitologii. Do tej pory doczekaliśmy się ekranizacji Gwiezdnego pyłu (książka i film w sporym stopniu się od siebie różnią), serialowej wersji Amerykańskich bogów (niestety, serialowi daleko do geniuszu pierwowzoru), animacji Koraliny (film jest bardzo dobry, ale w tym przypadku nie znam oryginału) i serialu Dobry omen, chyba najlepiej oddającego ducha Gaimana i Pratchetta (tę książkę napisali wspólnie). Kiedy ogłoszono wieść o rozpoczęciu prac nad Sandmanem moją pierwszą reakcją była czysta radość. Jednak już przy pierwszych zapowiedziach zaczęłam czuć nutkę sceptycyzmu. Zdjęcia zapowiadały coś, co wyglądało na zbyt grzeczne, a rewolucyjnemu komiksowi do takiej grzeczności bardzo daleko.


Komiksy (tomy 1-4)

Kiedy serial pojawił się na Netfliksie pierwsze co zrobiłam to sięgnęłam po komiksy. Na półce miałam łącznie cztery tomy, z czego jedynie pierwszy już czytałam (pisałam o nim tutaj). Drugi tom, czyli Dom lalek, okazał się dobrym sposobem na przypomnienie sobie postaci, oryginalnej kreski i świetnych pomysłów Gaimana. W opowieść wkraczamy w miejscu, gdzie autor zostawił nas na końcu poprzedniego tomu. Sandman, władca krainy snów, po odzyskaniu swoich atrybutów, skupia się na ogarnięciu spraw, nagromadzonych podczas jego nieobecności. Będzie musiał poszukać zaginionych demonów, a ponadto pojawiają się w Śnieniu plotki o budzącym grozę Wirze.

Znowu jest kilka takich epizodów, po których zbieramy szczękę z podłogi. Przede wszystkim w pamięci zostaje ten ze zjazdem fanów płatków śniadaniowych. Komiksy czyta się błyskawicznie, więc szybko przeszłam do trzeciego, a później czwartego tomu. Znając dalszą historię muszę stwierdzić, że drugi tom wypada dość blado. W trzecim brakuje jakiegoś wiodącego wątku, to raczej zestaw krótkich historii. W tym Gaiman jest akurat świetny i pokazuje możliwości swojej wyobraźni. Raczy nas opowieścią o kotach, które kiedyś rządziły światem czy wystawianiem sztuki Sen nocy letniej przed prawdziwym Oberynem i Tytanią. Jednak nic się nie umywa do tomu czwartego, gdzie w końcu wyłonił się wątek przewodni, który po prostu wymiata. Gdybym miała więcej tomów Sandmana na półce na pewno wciągnęłabym wszystkie, ta historia tak się rozkręca. I na pewno się w kolejne zeszyty uzbroję.

Komiksy vs. serial

W serialu zekranizowana została historia z dwóch tomów. Dodatkowo, otrzymaliśmy odcinek specjalny, z krótkimi opowiadaniami z tomu trzeciego. Okazuje się, że ekranizacja komiksu jest bardzo wierna pierwowzorowi. Nad całością czuwa sam Gaiman – widać, że pilnował produkcji i chyba jest dumny z osiągniętego efektu. Ja przyznaję, że do czystej ekstazy mi trochę brakuje, bo mam coś do zarzucenia, ale zdecydowanie wyszło lepiej niż się spodziewałam. 

źródło

Casting

Zacznijmy od najmocniejszej strony, czyli castingu. Przede wszystkim postać Morfeusza, której najbardziej się obawiałam. W komiksie jest to mistyczny bohater, z oczami pełnymi gwiazd i lekko niebieskawą skórą. W serialu wygląda dość... zwyczajnie. Chłopak z bałaganem na głowie, noszący dobrze skrojony czarny płaszcz. Jednak w wykonaniu Toma Sturridge w magiczny sposób to działa. Aktor oddaje Morfeuszowi sprawiedliwość, jest wycofany, cichy, ale jednocześnie pełen siły, momentami niepewny, czasami chłodny, ale szukający kontaktu z drugą osobą. Wszystko to zgadza się z obrazem Sandmana, który zbudowałam sobie w głowie po przeczytaniu komiksów. Podobnie z postaciami drugoplanowymi, nawet jeżeli różnią się trochę od tych przedstawionych w komiksie, to zachowana została ich esencja  cudowna jest Gwendoline Christie jako Lucyfer, świetni Mason Alexander Park jako Pożądanie. Twórcy wybierając grono rodzeństwa Morfeusza wiedzieli co ich czeka w przyszłych tomach, z pełną świadomością wybrali najlepszych z najlepszych. Bardzo mnie to cieszy w perspektywie kolejnych sezonów.

Zmiany płci

Wielu widzów narzekało na zmiany wprowadzone w serialu, szczególnie w kontekście wyglądu/płci aktorów. Zupełnie tych zarzutów nie rozumiem, już nawet biorąc pod uwagę, że to fantastyczny świat, nad którym piecze trzyma autor pierwowzoru. Dodatkowo, głosy oburzenia można zrozumieć, jeżeli ktoś zobaczy jak dany aktor gra, ale w tym przypadku burza rozpętała się już przy ogłoszeniu obsady. Okazało się jednak, że te zmiany wypadły naprawdę satysfakcjonująco  Lucyfer i Pożądanie to jedne z najbardziej intrygujących postaci, a Śmierć wypadła tak sympatycznie jak jej pierwowzór. Damska wersja Constantine'a również podbiła moje serce, szczególnie, że Jenna Coleman w tej roli jest harda i trochę bezczelna, dzięki czemu od razu przykuwa uwagę.

źródło

Poszczególne odcinki / Wierność oryginałowi

Jeżeli chcemy rozmawiać o ciągłości serialu, porównując do siebie różne odcinki, to trzeba przyznać, że pierwszy sezon jest nierówny. Z jednej strony  ma to sens, bo poszczególne zeszyty Sandmana też się od siebie różnią, jedne zachwycają mocniej, drugie trochę mniej. I tak jak komiks nie był najmocniejszy w tomie Dom lalki, tak w serialu zauważalny jest spadek jakości gdzieś od siódmego odcinka. To wtedy zakończyła się historia z pierwszego tomu komiksu, w której śledziliśmy perypetie wyzwolonego Morfeusza, który odzyskuje swoje atrybuty i przenosimy się do opowieści o Rose Walker. Dziewczyna jest Wirem, stanowiącym niebezpieczeństwo dla Śnienia, dlatego Sandman jej poszukuje. Rose budzi również zainteresowanie Koryntczyka, który chce użyć jej siły, żeby wyzwolić się od Morfeusza. Postać koszmaru w postaci Koryntczyka to jeden z najsilniejszych elementów tej części opowieści. Niestety, poza nim, w wielu momentach ta historia budzi znużenie. Na pocieszenie, uważam, że to również słabiej działało w komiksie, więc jest nadzieja, że kolejne wydarzenia w serialu będą bardziej angażujące, tak jak rozwija się to w powieści graficznej.

Różnic jest kilka: John Dee w serialu przedstawiony został trochę mniej złowieszczo i poświęcono więcej miejsca na wyjaśnienie jego motywacji; w komiksie to demon Choronzon walczy z Morfeuszem w piekle, a nie Lucyfer; postać Koryntczyka pojawia się wcześniej i poświęcono jej więcej miejsca w serialu. Uważam, że wszystkie te zmiany były naprawdę niewielkie, a wpłynęły na całość bardzo pozytywnie. Mam cichą nadzieję, że w przyszłych sezonach twórcy pozwolą sobie na więcej takich odstępstw.

źródło

Technikalia

Jak już wspomniałam, przenieść Sandmana na ekran nie jest łatwo. Komiks pozwala na sporo wizualnej zabawy, praca grafików robi spore wrażenie. Obrazki pozwalają czytelnikom wczuć się w mroczny klimat świata przedstawionego. Serialowa wersja ucierpiała na próbie przenoszenia ich 1:1  przykładowo sny współlokatorów Rose Walker na papierze wypadały dużo ciekawiej. Nie znaczy to, że wszędzie jest źle, bo przykładowo projekt krainy snów w serialu wypadł świetnie. Mam jednak wrażenie, że momentami zatraca się magia. Może jest to kwestia zbyt wiernego trzymania się oryginału, twórcy boja się zaszaleć. Zadanie mają trudne – połączenie śnienia ze światem przebudzonym i ten przedziwny miks bohaterów: bogowie, koszmary, ludzie, demony. Dla mnie wypadło to momentami zbyt poprawnie.

Na szczęście okazuje się, że Sandman otrzymał zielone światło dla drugiego sezonu. Cieszy to niezmiernie. Z tego co już wyżej wypisałam: historia w kolejnych tomach daje spore pole do popisu, a obsada dobrana jest genialnie, więc ma to duży potencjał. I jeżeli mogłabym na coś liczyć, to marzyłoby mi się więcej szaleństwa w obszarze wizualnym i muzycznym. Trzymam kciuki i na pewno obejrzę kolejne odsłony Sandmana.

piątek, 2 lipca 2021

„Diuna. Powieść graficzna. Księga I” R. Allen, K. J. Anderson i inni – estetyczna gratka dla fanów Herberta

Diuna. Powieść graficzna. Księga I
Raul Allen, Kevin J. Anderson, Brian Patrick Herbert, Frank Herbert, Patricia Martin

Gatunek: powieść graficzna
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: Rebis

Głęboko w ludzkiej nieświadomości tkwi przemożna potrzeba logicznego, mającego sens wszechświata, ale rzeczywisty wszechświat jest zawsze o krok poza logiką.

Opis wydawcy

Wydana po raz pierwszy w 1965 roku, a teraz wiernie zaadaptowana na powieść graficzną przez bestsellerowych autorów „New York Timesa” – Briana Herberta, syna Franka, i Kevina J. Andersona – książka ta zgłębia złożone, wielowarstwowe interakcje polityki, religii, ekologii, technologii i ludzkich emocji, podczas gdy siły Imperium walczą ze sobą o kontrolę nad Arrakis.


Moja recenzja

Dużymi krokami zbliża się premiera najnowszej ekranizacji Diuny Franka Herberta, a za jej reżyserię odpowiada Denis Villeneuve, moim zdaniem współczesny geniusz kina science-fiction. Wspomnieć wystarczy chociażby jego kontynuację klasyka gatunku – Blade Runnera 2049  prawdziwie estetyczną bombę, zapadającą w pamięci ze względu na klimat, a także genialne zdjęcia i muzykę. Nowy początek natomiast to jedna z najciekawszych historii traktująca o kontakcie międzyplanetarnym. W obu tych filmach atmosfera jest gęsta, przyszłość intrygująca, a oprócz tego to wizualne cudeńka. Nikogo nie powinno dziwić, że w takim razie oczekuję tej nowej ekranizacji Diuny z niecierpliwością. Jednak książki Franka Herberta nie inspirują jedynie twórców filmowych – przykładem może być świeżutka premiera powieści graficznej, stworzonej na podstawie tego klasyka gatunku science-fiction, wydana przez Wydawnictwo Rebis.

Nad oryginalną Diuną piałam z zachwytu już rok temu (niemal co do dnia, pełna opinia tutaj). Jedyną cechą, która mnie lekko odstraszała od ówczesnej lektury był dość wysoki próg wejścia – Herbert rzuca czytelnika na głęboką wodę i wciąż dostarcza nowych informacji o świecie przedstawionym, o klimacie i ekosystemie planet, o nowych plemionach i zasadach ich obowiązujących, o wynalazkach pozwalających na przetrwanie na piaszczystej planecie. Finalnie, tworzyło to dopracowaną i niesłychanie fascynującą całość, ale trzeba było poświęcić opisom wiele skupienia. I tutaj pojawia się pozytyw graficznej odsłony powieści, w której to rysunek, krajobrazy, kolorystyka i kostiumy oddają obraz świata przedstawionego, który w Diunie opisany był na tak wielu stronach.

W przedmowie autorzy przybliżają czytelnikom okoliczności powstania pomysłu stworzenia tej książki i już tam dostajemy wprost informację, że nie będzie to interpretacja oryginału czy próba modyfikacji dzieła Herberta. Założenie było proste – przełożyć historię z książki na powieść graficzną – i w takich ramach wypada ona bardzo dobrze. Ten egzemplarz to dopiero tom pierwszy, zawiera w przybliżeniu 35 procent fabuły, więc na pewno możemy oczekiwać kolejnych części.

Jeżeli chodzi o stronę estetyczną, twórcy komiksu zasługują na pochwałę. To kawał dobrej roboty, przedstawieni bohaterowie bardzo przypominają tych, opisanych w książce, miejsca akcji oddane są z dbałością o szczegóły, a wszystkie najważniejsze wydarzenia udało się przenieść na karty w postaci rysunków. Mając to wszystko na uwadze i tak uważam, że całość jest po prostu bezpieczna, brakuje tam może trochę szaleństwa twórców. Wybija się tak naprawdę jedynie kilka stron, takich jak rysunek ogromnego czerwia, który jest naprawdę dynamiczny i pozostaje w pamięci na dłużej. Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że zapewne takie było założenie, żeby jak najdokładniej przedstawić wydarzenia z oryginału, bez zbędnych ozdobników. 

Dla mnie ten tom ma przede wszystkim wartość kolekcjonerską. Powieść graficzna nigdy nie zastąpi oryginalnej Diuny, zabraknie tutaj chociażby licznych rozważań bohaterów czy detalicznych opisów. Będzie to jednak wspaniały dodatek do serii, z czym zapewne każdy fan się zgodzi. To naprawdę porządnie wydany komiks, który przypomina historię z dbałością o zgodność z fabułą książki, a autorzy podeszli do materiału bazowego z miłością do twórczości Herberta, i to tutaj widać. Jest to więc czysta frajda z czytania i odkurzania tej fascynującej historii. Po prostu idealna przypominajka przed ekranizacją.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

środa, 27 maja 2020

„Biały piasek” #1 i #2 - Sanderson w wersji komiksowej


*Biały Piasek 1&2*
Brandon Sanderson, Hoskin Rik, Gopez Julius

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* White Sand
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* komiks
*Rok pierwszego wydania:* 2016 & 2018
*Liczba stron:* 160 & 160
*Wydawnictwo:* MAG
Teraz jednak widzę go, czuję w sobie, jak zapomnianą piosenkę z dzieciństwa. A piasek jest piękny. Żywy.
*Krótko o fabule:*
Na planecie Taldain legendarni mistrzowie piasku ujarzmiają tajemne moce i w spektakularny sposób manipulują piaskiem. Ale kiedy w wyniku spisku zostają wymordowani, najsłabszy spośród nich, Kenton, wierzy, że jako jedyny ocalał. Otoczony przez wrogów, zawiera niespodziewany sojusz z Khriss –zagadkową kobietą z Cieniostrony, która skrywa własne tajemnice.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Wystarczy przeczytać jakąkolwiek opinię, którą wyraziłam na temat książek Sandersona, żeby wiedzieć jak ogromnie wielbię jego twórczość. Wyobraźnia, kreowanie bohaterów i światów przedstawionych przez tego autora, porządnie zbudowane charaktery i tempo akcji wzbudzają we mnie niezmiennie podziw oraz zachęcają do licznych powrotów do jego twórczości. Jako że sukcesywnie zbieram wszystkie pozycje napisane przez Sandersona, zakupiłam także dwa tomy Białego piasku, czyli komiksu stworzonego na podstawie jego opowiadań.

W kwestii powieści graficznych jestem kompletnym laikiem. Do tej pory czytałam pierwszy tom opowieści o Sandmanie Neila Gaimana (świetna rzecz, polecam) i trzy części Paper Girls (przednia zabawa). Tytułów do porównania mam zatem niewiele, ale wystarczająco, żeby ze smutkiem określić Biały piasek jako najsłabszy z nich.

Jak to się stało, że mistrz Sanderson mnie rozczarował? Okazało się, że krótka forma, jaką jest komiks, nie wystarczyła na rozwinięcie skrzydeł, rozbudowanie świata czy bohaterów. Oczywiście sam pomysł był ciekawy, a ilustratorzy stanęli na wysokości zadania, tworząc bardzo jednorodny, ułożony świat. W tym jednak był pierwszy problem. Sama kreska nie odznaczała się niczym szczególnym, na dodatek wiele ze stron wyglądało bardzo podobnie, przodowały takie same barwy i zbliżone do siebie pod względem estetycznym sceny. Brakowało w tym jakiejś ekscytacji i prób eksperymentów, wszystko było poprawne, graficznie dobre, ale na płaszczyźnie wizualnej obyło się bez zachwytów.

źródło
Niestety, nie lepiej było z samą historią. Uważam, że gdyby Sanderson usiadł i napisał to w formie powieści to byłabym zadowolona, bo sporo pojawiło się interesujących wątków. Mistrzowie Piasku, jako tajemniczy, zamknięty na świat zewnętrzny zakon, o ścisłej hierarchii i zasadach, przekazujący wiedzę uzdolnionym uczniom. Ekspedycja, która przybyła aż z drugiej strony planety, zwaną Cieniostroną, ludzie różniący się wyglądem, sposobem ubioru, a także przekonaniami i kulturą. Polityczne zagrywki, dawne zatarcia, które wymagają zemsty, knowania i poszukiwania śladów ukochanego - sporo tutaj dobrych pomysłów. W formie komiksu jednak zupełnie się nie sprawdziły.

Winiłabym tutaj fakt, że przez to, że fabuła jest pospieszana brakuje dogłębnego poznania sposobu funkcjonowania tego świata. Czytelnik szybko zostaje zasypany informacjami, wątkami, bohaterami, grupami, tajemnymi mocami. Na tyle, że trudno cokolwiek naprawdę docenić. To raczej worek, do którego wrzucono masę pomysłów po czym ściśnięto go do granic możliwości. Wiadomo, że to zamierzona operacja, bo w komiksie to kreska i rysunki powinny dopowiedzieć sporo na temat świata przedstawionego i uczuć bohaterów. Kiedy jednak fabuła pędzi na łeb na szyję ciężko skupiać się na poszczególnych obrazkach.

Dlatego, z bólem stwierdzam, że Biały piasek to komiks raczej średni, w którym magicznego ducha prozy Sandersona czuć jako bardzo przytłumionego i skondensowanego. Jeżeli lubicie jego styl to polecałabym sięgać nadal po powieści, bo w przypadku komiksu brakowało czasu na odpowiedni rozwój. Z drugiej strony, jeżeli jesteście fanami autora, to na pewno warto się zapoznać - czytanie obu części zajmie Wam jeden dzień, a będzie to dołożona kolejna cegiełka do książek z uniwersum Cosmere. Także decyzję pozostawiam Wam, a sama się głęboko zastanowię czy sięgać po kolejny tom.

sobota, 26 października 2019

Wbrew pierwszej zasadzie porozmawiajmy o „Fight Clubie” (książka, film i komiks)

*Fight Club*
Chuck Palahniuk

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Fight Club
*Gatunek:* thriller
*Forma:* powieść 
*Rok pierwszego wydania:* 1996
*Liczba stron:* 218
*Wydawnictwo:* Vintage Books
Look up into the stars and you're gone.

*Krótko o fabule:*
Przyprawiona czarnym humorem powieść, opowiada historię wyalienowanego młodego człowieka, który stwierdza, że jego bunt wobec życia w świecie pełnym nieprawości i zakłamania nie jest w stanie uśmierzyć jałowa kultura konsumpcyjna. Ujście dla swojej frustracji znajduje w potajemnych walkach na pięści, które wieczorami w piwnicach organizuje Fight Club. Klub ten powołał do życia anarchista Tyler Durden jako sposób na wyrwanie się z pęt narzuconych przez system. A w świecie Tylera nie ma żadnych reguł, żadnych granic, żadnych hamulców. 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Fight Club można z czystym sumieniem określić mianem kultowej książki, która przyniosła autorowi ogromną popularność. Choć na początku powieść była dla wielu wydawnictw zbyt brutalna, w końcu udało się ją opublikować, a po zaledwie trzech latach doczekała się także głośnej ekranizacji. W posłowiu książki Palahniuk napisał o niemal surrealistycznej popularności Fight Clubu, która objawiała się m.in. widocznymi w miastach licznymi graffiti czy powstającymi klubami z zasadami zaczerpniętymi z książki. Pytanie brzmi: czy Fight Club jest wart takiego rozgłosu?

Odpowiedź brzmi: jak najbardziej! Powieść ta zdecydowanie pozwala wsiąknąć w lekturę, zwłaszcza jeśli nie zna się zakończenia. Jednak po tylu latach od premiery, biorąc pod uwagę ogromną popularność filmu, ciężko jest uniknąć spoilerów. Można znaleźć także plusy znajomości rozwiązania - dzięki temu, że wiedziałam jak książka się kończy, mogłam się skupić na wskazówkach, które zostawia dla nas autor. Jest ich sporo i spostrzegawczy czytelnik wyszuka je już na pierwszej stronie. To takie smaczki, może łatwe do przeoczenia podczas pierwotnego czytania, które później nabierają całkiem innego znaczenia. Palahniuk dobrze wiedział, co robi i jak powinien pokierować historią, żeby wszystkie małe elementy ułożyły się finalnie w logiczną całość. Fight Club nie jest tylko opowieścią o poszukiwaniu sensu życia w samodestrukcji, ale sprawdza się także jako komentarz na temat konsumpcjonizmu (problem, który wciąż pozostaje aktualny i jak najbardziej istotny). Od pierwszych stron jesteśmy otoczeni śmiercią, ponieważ narrator odwiedza grupy wsparcia dla osób z nieuleczalnymi chorobami. Podczas tych spotkań poznaje Marlę Singer, która tak jak on, szuka życia wśród umierających. Palahniuk uświadamia czytelnikom jak nierozłączne są życie i śmierć, a także jak wielu z nas potrzebuje bliskiego kontaktu ze śmiercią, by poczuć, że żyje. Dlatego też pomysł na stworzenie klubu, w którym mężczyźni walczą niemal do nieprzytomności nie dziwi czytelnika. Narrator, Tyler Durden oraz inni mężczyźni, poszukują ryzyka, bólu fizycznego i widocznych obrażeń, które przypominają im oraz innym wokół, że na przekór wszystkiemu - wciąż żyją. 

Produkcja oraz sprzedaż mydła z ludzkiego tłuszczu (konkretnie: tłuszczu bogatych kobiet poddających się operacji liposukcji), to kolejne spojrzenie na paradoks społeczeństwa - otóż, te same kobiety kupują mydło z własnego tłuszczu, dodatkowo uważają je za luksusowy produkt, bo pochodzi z naturalnych składników. Palahniuk krytykuje, a nawet przez stworzone postaci, mści się na wymysłach ludzi bogatych. Tyler zaczyna od majstrowania przy klatkach filmowych w filmach familijnych oraz przy daniach, gdy pracuje jak kelner. Z czasem jego małe akty sprzeciwu przeciwko konsumpcjonizmowi oraz burżuazji nabierają na sile i powstaje Projekt Mayhem. Członkowie zaczynają w podziemnym klubie walki, a później dostają zadania - wywołują zamieszki i organizują wybuchowe akcje w całej Ameryce Północnej. Fight Club pokazuje siłę jednostki, której wręcz nihilistyczne poglądy docierają zwłaszcza do outsiderów, poszukujących sensu w życiu i sprzeciwiających się światu, w którym żyją. 

Palahniuk stworzył absolutnie fenomenalną książkę, pełną chaosu, o walce przeciw bezmyślnej konsumpcji produktów masowej produkcji. Nie stroni on od brutalnych opisów walk czy kaleczenia przez środki chemiczne. Autor pokazuje życie tych, którzy może pozostają niezauważani oraz tych, którzy żyją nie zdając sobie sprawy z własnej choroby psychicznej kradnącej minuty i godziny z ich życia.
Which is worse, hell or nothing?


*Fight Club*
David Fincher

*Reżyseria:* David Fincher
*Scenariusz:* Jim Uhls
*Gatunek:* thriller, dramat
*Rok:* 1999
*Obsada:* Edward Norton, Brad Pitt, Helena Bonham Carter, Meat Loaf
The things you own end up owning you.
*Moja ocena:*
David Fincher nie tylko wiedział, że Fight Club to książka, która nie potrzebuje zmian, ale też zdaje się rozumiał punkt widzenia Palahniuka. Dlatego też film jest bardzo wiernym odzwierciedleniem oryginału. Nihilistyczny ton książki objawia się w filmie przez muzykę, utrzymanie scen w ciemnych i zimnych kolorach i użycie slow-motion podczas już kultowych scen. Oczywiście, Fincher nie stroni od pokazania brutalności walk zalewając ekran krwią i potem walczących mężczyzn. Do tego dochodzi problem z bezsennością narratora (w tej roli świetny Edward Norton). Reżyser wziął przykład z Palahniuka i także usiał film wskazówkami, które stają się zrozumiałe, gdy zna się zakończenie. Warto zwrócić uwagę na sekundowe klatki, które można zauważyć (jeśli się skupimy) podczas jednego ze spotkań grupy wsparcia, a także w momencie gdy narrator obserwuje odchodzącą Marlę Singer (Helena Bonham Carter) - na sekundę pojawia się postać Tylera (Brad Pitt), ale znika wraz z mrugnięciem powiek. Pomaga to nakierować nas na stan psychiczny narratora, który sam nie zauważa Tylera, jednak ten jest wszędzie tam, gdzie narrator. Można to również uznać za odniesienie do książki, gdzie Palahniuk opisywał pracę Tylera przy filmach, do których wstawiał sekundowe klatki zdjęć, które nie powinny znaleźć się w kinie familijnym. Sekundy, w których pojawia się Tyler mogą więc też sprawić, że widz zacznie zastanawiać się czy ktoś nie majstrował i przy tej produkcji. 

Fincher wybrał idealną obsadę - gra aktorska jest na najwyższym poziomie. Każda z postaci jest idealnie odzwierciedlona i wiarygodna. Aktorzy ożywili bohaterów, które Palahniuk świetnie zarysował w swojej powieści. Tak sławna obsada jeszcze dodała punktów do popularności Fight Clubu. Ze zdecydowanie większej sławy filmu niż książki Palahniuk śmieje się w komiksie, wplatając do fabuły fanów, którzy dziwią się na wieść, że Fight Club to również książka. Film szybko zdobył status kultowego: wszędzie można znaleźć z niego cytaty, a każdy zna obsadę i fabułę, nawet jeśli go nie widział. 
Ok, you are now firing a gun at your imaginary friend!
*Fight Club 2: Gambit Podziemnego Kręgu*
Chuck Palahniuk i Cameron Stewart

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Fight Club 2: The Tranquility Gambit
*Gatunek:* thriller
*Forma:* powieść graficzna, komiks
*Rok pierwszego wydania:* 2016
*Liczba stron:* 282
*Wydawnictwo:* Niebieska Studnia
A może twój dzieciak służy nam jako przynęta, żeby cię wciągnąć z powrotem do gry?

*Krótko o fabule:*
Po 10 latach od wydania książki, Palahniuk wraca do historii narratora w związku z Marlą, która z tęsknoty za Tylerem podmienia tabletki męża z nadzieją czekając na powrót jego nieobliczalnej osobowości. Jednak Marla nie zdaje sobie sprawy, że pojawienie się Tylera zagraża jej synowi... 


*Moja ocena:*
By opowiedzieć drugą część Fight Clubu, Palahniuk zwrócił się do innego medium, mianowicie komiksu. Z pomocą ilustratora, Camerona Stewarta, stworzył ciąg dalszy historii, którą pokochały miliony. Nie jest to jednak równie satysfakcjonująca lektura. Choć zeszyt wypełniony jest wspaniałymi obrazkami, pełnymi mocnych kolorów i równie mocnych scen walki, sama fabuła nie wciąga tak jak książka. Znów pojawiają się spotkania grup wsparcia, na które wraca Marla - niezadowolona z doczesnego życia z narratorem (Sebastian). Powraca Tyler oraz jego poplecznicy. Powraca chęć wywołania chaosu. Najciekawszym pomysłem jest wprowadzenie do opowieści samego Palahniuka, który opisuje wydarzenia podczas spotkania przy stole, a potem spotyka się z fanami, którzy żądają innego zakończenia historii. Na tych kilku stronach widać jak Fight Club znalazł i wciąż znajduje swoją publikę, która od lat tatuuje sobie pochodzące z niego cytaty i nosi gadżety związane z filmem/książką. 

Jednak oprócz tych krótkich momentów gdy widzimy autora i czasem niesamowicie ciekawych rysunków, historia nie zachwyca i nie zachęca do powrotu, tak jak książka. Pomimo tego, do komiksu warto zajrzeć, by choć na chwilę spotkać się znowu z postaciami, które pokochaliśmy w oryginalnym Fight Clubie. I żeby sobie przypomnieć dwie najważniejsze zasady:

1. Nie mówić o Fight Clubie. 
2. I nie mówić o Fight Clubie.



sobota, 7 lipca 2018

Człowiek człowiekowi wilkiem - „Szczurołap” Jay Asher, Jessica Freeburg


*Szczurołap*
Jay Asher / Jessica Freeburg / Jeff Stokely

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Piper
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* komiks
*Rok pierwszego wydania:* 2018
*Liczba stron:* 144
*Wydawnictwo:* Rebis
Mija sto lat, odkąd nasze dzieci odeszły.
*Krótko o fabule:*
W małym miasteczku pośrodku gęstego mrocznego lasu żyje sobie głucha Magdalena...  Okoliczni mieszkańcy unikają jej i traktują jak popychadło. Jedyną radość daje jej bujna wyobraźnia. Magdalena ma dar wymyślania opowieści… i marzy, że pewnego dnia przeżyje miłość jak z bajki. Kiedy spotyka tajemniczego przybysza, widzi w nim spełnienie swoich najskrytszych marzeń. Oczarowana zakochuje się w nim i wkracza w jego magiczny świat. Dopiero gdy lepiej go poznaje, odkrywa jego mroczną stronę.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Widząc Szczurołapa w zapowiedziach początkowo nie zwróciłam na niego większej uwagi. Myślałam, że to po prostu kolejna młodzieżówka, wnioskując po projekcie okładki i widniejącym na niej nazwisku Jaya Ashera (zapewne go kojarzycie jako autora Trzynastu powodów). Dopiero później zauważyłam, że to nie jest zwykła książka tylko komiks. I wtedy zapragnęłam go przeczytać. 


Wraz z Jayem Asherem nad tekstem książki czuwała Jessica Freeburg. To autorka kilku powieści, z tego co zdążyłam zauważyć, raczej w klimatach fantastyki młodzieżowej. Mogliśmy więc być przygotowani, że połączenie tych dwóch autorów da raczej w skutku komiks skierowany do młodszych czytelników. I taki właśnie jest - dość prosty i w pewnym stopniu mało oryginalny fabularnie, ale zarazem sprawia sporo radości podczas lektury. Szczególna w tym zasługa wspaniałej oprawy ilustratorskiej, autorstwa Jeffa Stokely, który w świecie komiksów przesiaduje nie od dziś. 

To dopiero drugi komiks, jaki udało mi się przeczytać, ale zdecydowanie uważam, że lepiej nadaje się na początek przygody z tą formą literacką. Jest wręcz do tego idealny. Treść jest lekka i przyjemna, przeczytanie całości zajmie Wam najwyżej jedno popołudnie. Jeżeli zaś chodzi o ułożenie chronologiczne obrazów, to nie sprawi czytelnikowi żadnych trudności (w odróżnieniu od takiego Sandmana, który wymaga jednak trochę skupienia i zawiera pewne zaburzenia chronologii ułożenia ilustracji względem siebie).
źródło
Sama historia to powszechnie znana legenda o szczurołapie i tajemniczym zniknięciu wszystkich dzieci z niemieckiego miasteczka Hameln, w 1284 roku. Wielu autorów podejmowało się już opowiedzenia tej historii (m.in. bracia Grimm), ale jak widać temat nadal nie wydaje się wyeksploatowany. Tym razem swoją wersję przedstawiają Jay Asher oraz Jessica Freeburg i jest to ciekawa propozycja. Autorzy kładą nacisk na problemy z akceptacją, odrzuceniem jednostki przez społeczeństwo, a także (zawsze mnie intrygujący) temat słuszności samodzielnego wyznaczania kary. Wydaje mi się, że dzięki temu lektura staje się bardzo wartościowa, szczególnie wśród młodzieży. Gdyby tego było mało to pojawia się także wątek romantyczny, zajmujący dość sporo miejsca w komiksie, więc do swojego targetu wiekowego powinien trafiać w punkt.

Skupmy się jeszcze na tej oprawie graficznej, która jest przepiękna. Tak naprawdę, to nawet tylko dla pięknego wnętrza chciałabym mieć w biblioteczce tę pozycję. Kreska jest bardzo „komiksowa”, a ilustrator użył kilku ciekawych trików, chociażby takich jak zmiana kolorystyki podczas pokazywania zmyślonych opowiadań jednej z bohaterek. Podkreślane są też wszelkie zwroty akcji, rosnące emocje pomiędzy dwójką głównych bohaterów, a niektóre obrazki przedstawiające szczury potrafią naprawdę przerazić. 

Szczurołap to dobry komiks na rozpoczęcie przygody z tą formą literacką. Co prawda, jego fabuła jest przewidywalna przez to, że oparta została na znanej legendzie, ale nie zmienia to faktu, że całość czyta się bardzo przyjemnie. Warto zaznaczyć fakt, że autorzy postarali się dorzucić akurat takie wątki, które wniosą ze sobą nowe przesłanie do całości, pokażą jak bardzo potrzeba nam w życiu akceptacji i zrozumienia oraz zmuszą do zastanowienia się nad wymierzaniem kary na własną odpowiedzialność. Szczególnie spodoba się młodzieży, ale starsi też znajdą w niej coś dla siebie. Chociażby wspaniałą oprawę graficzną, którą każdy będzie mógł nacieszyć oko. 

Moja ocena: 7/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

sobota, 21 kwietnia 2018

Superbohater inny niż wszyscy - „Sandman: Preludia i Nokturny” Neil Gaiman


*Preludia i Nokturny*
Neil Gaiman / Sam Kieth / Mike Dringenberg / Malcolm Jones III

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Preludes and Nocturnes
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* komiks
*Rok pierwszego wydania:* 1989
*Liczba stron:* 237
*Wydawnictwo:* Egmont Polska
Jaką MOC miałoby PIEKŁO, gdyby uwięzieni w nim nie mogli śnić o NIEBIE?
*Krótko o fabule:*
Pierwszy tom bestsellerowej sagi fantastyczno-obyczajowej o Władcy Snów, Sandmanie. W tomie znalazły się dwa wydane w 2002 roku albumy: "Sen sprawiedliwych" i "Nadzieja w piekle". Historia rozpoczyna się od uwięzienia Władcy Snów na Ziemi, przez pana Burgessa i przedstawia próby jego powrotu na swoje stanowisko.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Nareszcie nadszedł ten moment - sięgnęłam po swój pierwszy w życiu komiks. Był czas, kiedy po prostu myślałam, że ta forma nie jest dla mnie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że przeglądam obrazki z dialogami w dymkach i sprawia mi to radość. Powoli jednak, czytając kolejne zachwyty znajomych czy oglądając świetne ekranizacje komiksów, przekonałam się do tej formy i stwierdziłam, że jestem gotowa spróbować. Trochę poszperałam w tytułach, zanim zdecydowałam się na Sandmana. Początkowo myślałam o powieściach graficznych, których ekranizacje widziałam (jak Persepolis czy V jak Vendetta). Jednak po przeanalizowaniu wielu tytułów, stwierdziłam, że najbezpieczniej będzie sięgnąć po autora, który zazwyczaj w pełni mnie zadowala, czyli po genialnego Neila Gaimana.

Początki były dla mnie trudne. Nie wiem, czy to nieznajomość formy czy brak skupienia z mojej strony, ale czasami nie mogłam się połapać kto się wypowiada i jaka jest kolejność obrazków. To znaczy, przechodziłam do zdarzenia po prawej stronie, a powinnam znaleźć się na dole, do czego chwilę później docierałam. Myślałam, że taka już cecha komiksów. A jednak nie! Z czasem tak się wciągnęłam, że wzrok automatycznie przeskakiwał do odpowiedniego obrazka i zdarzenia, a ja jakoś przestałam mieć problem z zobaczeniem historii jako całości, a nie jako serii zagadek pod tytułem „kto, gdzie i w jakiej kolejności rozmawia”.

Trochę z powodu tego początkowego zagubienia wciągnięcie się w historię zajęło mi dłuższą chwilę. A żeby być konkretną, to dokładnie jedno opowiadanie. Bo tak, Sandman: Preludia i Nokturny, to w sumie taki zbiór historii dotyczących Boga Snów. Zaczyna się od uwięzienia i przetrzymywania go przez długie lata. Muszę tutaj wspomnieć o świetnych wstawkach, opisujących zmiany jakie zaszły na świecie, po zamknięciu Morfeusza. To były takie pojedyncze strony, co kilka lat, pokazujące reakcje osób na brak snu/zbyt wiele snu itp. Podsumowując - od kiedy Sandman przestał wykonywać swoje zadania i nie panował już nad Krainą Snów, wiele spraw na świecie się grubo pokiełbasiło.
źródło
Ci z Was, którzy znają twórczość Neila Gaimana dobrze wiedzą, że w jego przypadku nie mamy co się martwić o fabułę i bohaterów. Oczywiście, wszystko oparte jest na znanych ogólnie postaciach, ale okraszone kunsztem autora, przyjmuje postać wciągającej i nowatorskiej historii. Sandman to taki wycofany bóg, kwestionujący wiele swoich zachowań, ale na zewnątrz gra twardziela. Nie jest pewny czy uda mu się wyjść z niektórych sytuacji obronną ręką, ale dodaje sobie animuszu udawaną pewnością siebie. Moim ulubionym momentem jest chyba wizyta w piekle i jego gra z jednym z demonów - to naprawdę świetny wątek. Fabuła nabiera rozpędu gdzieś w drugiej połowie, chociaż od początku chwała Gaimanowi za postawienie przed bohaterem prostego zadania - w czasie uwięzienia ukradziono Sandmanowi trzy artefakty, które przez resztę tomu będzie w różnych miejscach szukał.

Jeżeli oceniam komiks, to muszę przejść do bardzo istotnego elementu, czyli ilustracji. Trudno nie docenić talentu zajmujących się tą kwestią artystów. Bardzo szybko przyzwyczaiłam się do stosowanej kreski, a zmiana ilustratora podczas historii nie wpłynęła jakoś na odbieranie dzieła (Sam Keith pożegnał się z Sandmanem przed opowiadaniem 24 godziny). Wszyscy bohaterowie wyglądali oryginalnie - widać było, że twórcy podzielają jedną wizję tego świata. Sandman z płonącą peleryną, mrocznym wyrazem twarzy i wystającymi kośćmi policzkowymi od razu kupił mnie swoją postacią. A takich oryginałów jest tutaj mnóstwo, chociażby świetnie narysowani Kain i Abel czy zgraja demonów z piekła. No i Śmierć we własnej osobie, siostra naszego Sandmana, pojawiająca się pod koniec tomu - znowu bardzo różna od moich wyobrażeń.

Sandman: Preludia i nokturny to dopiero początek zabawy Gaimana postacią Boga Snu, wprowadzenie w ten świat i przedstawienie jego bohaterów. Z tego co zdążyłam doczytać, to im dłużej zapoznajemy się z przygodami Sandmana, tym jest lepiej. Uważam, że to świetny tytuł, jeżeli dopiero chcecie rozpocząć czytanie komiksów, a dla fanów tej formy to już raczej pozycja obowiązkowa. Wciągająca akcja, zabawa gatunkami (mamy fantastykę, czerpiącą garściami z różnych mitologii, elementy kryminalne, poszukiwanie rozwiązania różnych zagadek, a zdarzą się także opowiadania rodem z horroru), charakterni bohaterowie, a wszystko w przepięknej oprawie graficznej. Ja już ostrze zęby na kolejne tomy, a Wam polecam zapoznać się z pierwszym!

Moja ocena: 8/10


źródło

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka