Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wab. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 marca 2023

„Pianistka” Elfriede Jelinek – niepokojąca opowieść o władzy

Pianistka
Elfride Jelinek

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1983
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: WAB

Każde dziecko instynktownie idzie tam, gdzie brud, jeśli się go w porę nie odciągnie.
 

Opis wydawcy

Erika, prawie czterdziestoletnia niespełniona artystka, mieszka z demoniczną matką, od której jest uzależniona psychicznie. Wychowana bez ojca i w izolacji od męskiego towarzystwa, kobieta nie radzi sobie z własną seksualnością. Czy młody mężczyzna, który pojawi się w życiu Eriki, przerwie destrukcyjny związek matki i córki?


Moja recenzja

Kilka lat temu obejrzałam film Pianistka w reżyserii Michaela Hanekego. Zrobił na mnie wtedy porażające wrażenie. Czytanie pierwowzoru okazało się ciekawym doświadczeniem  niektóre sceny przywołały wspomnienia obrazów z filmu, ale znalazłam w książce o wiele więcej esencji. Przede wszystkim dzięki prozie Jelinek otrzymujemy wnikliwe spojrzenie na psychologię bohaterów. Postać, grana w filmie przez Huppert, w porównaniu z oryginalną Eriką Kohut wypada nawet na wygładzoną wersję. Kto oglądał film pewnie się zastanawia jak to możliwe, ale uwierzcie mi  może być jeszcze brutalniej.

Styl Elfride Jelinek sprawia, że ta historia jest jeszcze bardziej odpychająca. Autorka odpowiednimi słowami potrafi podbić brutalnie realistyczny klimat, który momentami jest nie do zniesienia. Jednocześnie trudno się od tej fabuły oderwać, w pewien sposób hipnotyzuje nas ten chory świat, pełen złamanych ludzi. Jelinek jest w swojej prozie bezkompromisowa  jeżeli pisze o samookaleczeniu to opisuje je bardzo dokładnie i czytanie tych fragmentów niemal fizycznie bolało.

Tytułowa bohaterka, Erika Kohut, zatraca się w seksualności. To tam znajduje ujście swoich stresów i niepokojów. Kobieta nie miała lekko w życiu, jej ojciec wylądował w ośrodku, a matka traktuje ją bardziej jako życiową partnerkę niż córkę. Sporo w książce będzie mowy o przeszłości Kohut, jej dzieciństwie i presji nałożonej przez matkę. Dziewczyna wychowywała się pod kloszem, podążając za marzeniami rodzicielki. Matka chciała odnieść upragniony sukces poprzez kierowanie życiem swojej córki. Nie pozwalała jej na zabawy z innymi dziećmi, zabraniała kontaktu z chłopakami. Nakierowała ją na drogę prowadzącą do zostania uznaną pianistką. Niestety, Erice się to nie udaje, a po wielu latach nauki najlepsze na co ją stać to praca nauczycielki gry na pianinie.

Ta relacja matki z córką jest patologiczna, a Jelinek nie hamuje się przed pokazaniem całego spektrum tego związku. Nie możemy powiedzieć, że matka nie kocha swojej córki. Jest to jednak miłość chora  matka zatraca się w codzienności Eriki, traktuje ją jako bohaterkę opowieści, którą chce prowadzić niczym narrator. Nie może znieść innych osób, próbujących przedostać się do tego duetu. Nie powstrzymuje się przez zadawaniem bólu, również fizycznego. Córka natomiast nie pozostaje jej dłużna. W tym porażającym obrazie relacji próbujemy szukać usprawiedliwienia dla okrutnych czynów Eriki.

Jakby było mało dramatyzmu w życiu Kohut, pojawia się jeszcze młody student zapatrzony w nauczycielkę. Zaczyna wypływać wątek władzy i tego, co robi ona z człowiekiem. Wykorzystywanie innych, podporządkowywanie ich pod swoje potrzeby przechodzi z wątku matki i córki do związku Kohut z Klimmerem. Przypomniało mi to performance Abramovic, w którym pozwoliła ludziom robić z jej ciałem, na co mają ochotę. Ciekawie obserwuje się zjawisko, w którym ktoś dostaje władzę nad innymi i bardzo szybko potrafi się zatracić, przekroczyć granicę człowieczeństwa.

Pianistka określana jest mianem obscenicznej, wulgarnej i pornograficznej książki. Trudno się z tymi przymiotnikami nie zgodzić. Zatem jeżeli nie macie ochoty na brutalną i mroczną opowieść, to możecie sobie odpuścić. Jednak z mojej strony polecam dać jej szansę. To wręcz sadystyczne doświadczenie, którego długo nie zapomnę.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAB.

niedziela, 19 lutego 2023

„Uratuj kotka! Ostatnia książka o pisaniu, jaką przeczytasz” Blake Snyder – poradnik nie tylko dla scenopisarzy!

Uratuj kotka! Ostatnia książka o pisaniu, jaką przeczytasz
Blake Snyder

Gatunek: poradnik
Rok pierwszego wydania: 2005
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: WAB

Czy to komedia, czy dramat, najważniejsze jest wyciśnięcie z widzów emocji. (...) Chodzimy do kina nie tylko po to, by uciec przed rzeczywistością i dowiedzieć się wreszcie czegoś o życiu, ale też po to, by doświadczyć bliskiego snu stanu, w którym życie i towarzyszące mu emocje można odtworzyć w bezpiecznych warunkach. 

Opis wydawcy

Blake Snyder napisał bestsellerową książkę, po którą od lat sięgają nie tylko scenarzyści z całego świata, ale również pisarze i storytellerzy. To zbiór uniwersalnych porad budowania historii, dzięki którym pisanie staje się łatwiejsze niż kiedykolwiek.

Moja recenzja

Po Uratuj kotka! sięgnęłam z pozycji osoby zainteresowanej światem kina. Zupełnie nie myślę o tym, że mogłabym w przyszłości napisać scenariusz filmowy. Jednak gdybym była zainteresowana taką ścieżką kariery to książka Snydera byłaby w mojej biblioteczce punktem obowiązkowym.

Uratuj kotka! napisana jest w zupełnie inny sposób niż można się spodziewać po poradniku dla pisarzy. Nie ma tutaj podręcznikowego języka. Czytelnik może się poczuć, jakby był na kawie z autorem, który dzieli się z nim sprawdzonymi radami. To masa ciekawych spostrzeżeń podana w niespotykany sposób. Autor wprowadza innowacyjne pomysły, ale również systematyzuje wiedzę o kreowaniu bohaterów i konfliktów w filmie. Z nowości – przedstawia swój podział gatunków filmowych. Zapomnijmy o komediach, dramatach czy horrorach. U Snydera posługujemy się takimi terminami jak: dżinn z lampy (Bruce Wszechmogący, Dzień świstaka), złote runo (Gwiezdne wojny, Czarnoksiężnik z krainy Oz) czy potwór w domu (Azyl, Fatalne zauroczenie). Wyjaśnienia tego nowego podziału naprawdę mają sens, a wskazywanie wspólnych elementów i wyszukiwanie tytułów pasujących do nowego gatunku sprawiają wiele frajdy.

źródło

Niektóre z rad autora wydają się dość surowe. Podział scenariusza na części, z których na konkretnej stronie powinniśmy się spodziewać danej akcji, wydaje się przesadzony. We współczesnym świecie kina na pewno znajdą się dobre scenariusze, które nie trzymają się tego podziału. Czytając jednak argumentację Snydera trudno się z nim nie zgodzić. To, że najpierw musimy poznać bohatera, główny konflikt filmu, później obserwować jego przemianę z nieodzownym krokiem „wszystko stracone”  to stałe elementy dobrego kina. 

Nie dziwi mnie fakt, że wielu powieściopisarzy korzysta z rad Snydera. W Uratuj kotka! znajdziemy kilka uniwersalnych rad, które można odnieść do różnych dziedzin sztuki. Bo nieważne czy piszemy scenariusz czy powieść, to zawsze istotnych będzie kilka podstawowych kwestii. Czy nasz bohater jest kimś z kim zechcemy spędzić czas, czy będziemy mu kibicować? Czy przechodzi zmianę podczas trwania akcji? Czy potrafimy w jednym zdaniu przekazać o czym jest dany tytuł? I czy to zdanie zachęci ludzi do wybrania się do kina/przeczytania książki?

Świetną robotę wykonało wydawnictwo przy realizacji polskiego wydania. Kocham tę okładkę, kocham kotki wyglądające na rogu każdej strony. Największe brawa za dołączenie wstępu w wykonaniu Michała Oleszczyka. To naprawdę kawał dobrze zrobionej pracy. I zdecydowanie można tę książkę polecić jako prezent dla kinomaniaków czy początkujących pisarzy.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAB.

wtorek, 22 marca 2022

„Mam nadzieję”, „Piranesi” oraz „Podłość” – książki przeczytane w lutym

Nie miałam zbyt wiele chęci na czytanie i pisanie o książkach, ale udało mi się w ostatnim czasie skończyć te trzy lektury. Powoli wracam zatem do działania i pisania. Topornie, ale do przodu. 

Mam nadzieję.


„Mam nadzieję”  w nadziei siła

Mam nadzieję
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

Gatunek: poradnik
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: WAB

Warto też zadać sobie kluczowe pytanie, czy każdy ma obowiązek pragnąć więcej? Sukcesu? Osiągnięć? Często zachowujemy się tak, jakby proponowany przepis na dobre życie był jedynym obowiązującym.
 

Opis wydawcy

Dowcipny, mądry i prosty poradnik dla wszystkich tych, którzy starają się zachować zdrowie psychiczne w czasach, gdy świat zdaje się walić. Czy nasze życie ma deadline? Czy każdy musi być bogaty? Czy żyjemy w najgorszym kraju na świecie? Czy jeśli napijesz się z plastikowego kubeczka, to zaaresztuje cię ekologiczna policja?


Moja recenzja

Bardzo lubię czytać co, co pisze autorka bloga zwierz popkulturalny, Katarzyna Czajka-Kominiarczuk. Zaczęłam przygodę od śledzenia jej postów kulturalnych, ale szybko przerzuciłam się na obserwowanie wszystkiego, co dziewczyna robi w mediach społecznościowych. Świetnie się jej słucha i nawet, kiedy zdanie mam odmienne, to przeczytany post autorki pozwala mi nabrać szerszej perspektywy. Mimo że jej najnowsza książka nie jest związana z kulturą, postanowiłam dać jej szansę właśnie ze względu na sympatię do autorki. Za poradnikami raczej nie przepadam, chyba ze względu na to, że nie wierzę w jakieś uniwersalne rady, które będą odnosić się do wszystkich czytelników. Dodatkowo ten gatunek stawia autora na piedestale, przestawia jako takiego trenera umysłu. Jednak w książce Mam nadzieję nie znajdziemy typowych porad, a raczej wyjaśnienia i wskazówki, które mogą nam pomóc pewne rzeczy zrozumieć oraz spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Mam nadzieję to książka, którą można polecić każdemu, bo jest jak ciepły koc w chłodniejszą noc  może nie zmieni diametralnie naszego życia, ale z nim będzie się jakoś przyjemniej iść do przodu. Było kilka rozdziałów, których konkluzja wydawała mi się bardzo oczywista, ale to upewnianie się również ma swój urok. Autorka przypomina, że życie nie kończy się na trzydziestce i nie ma z góry ustalonych terminów, w których musimy się zmieścić ze swoimi celami. Błędy to nie są zmarnowane okazje, a raczej momenty, dzięki którym nauczyliśmy się czegoś nowego, które doprowadziły nas do kolejnych szans. Przypadły mi do gustu rozdziały, które mówiły o tym, żeby spojrzeć na swoje życie jako wystarczające, bez pogoni za kolejnymi rzeczami, za kolejnymi awansami i dążeniu do „bogactwa”. Dodatkowo, rozdział o zmianie poglądów okazał mi się szczególnie bliski.

Warto mieć na swojej szafce nocnej tę książkę i podczytywać po trochę, żeby spokojniej spać. Może nie odkrywa Ameryki, ale autorka nie narzuca nam swojego toku myślenia, bardziej skłania do popatrzenia na pewne życiowe sytuacje z innej perspektywy. I mnie to pomaga.

 

„Piranesi”  w labiryncie wyobraźni

Piranesi
Susanna Clarke

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 208
Wydawnictwo: MAG

Piękno Domu jest niezmierzone, a jego Dobroć bezgraniczna.
 

Opis wydawcy

Piranesi mieszka w Domu. Być może, mieszka w nim od zawsze. W swoich dziennikach dzień po dniu sumiennie opisuje jego cudowności: labirynt komnat, tysiące tysięcy posągów, przypływy morza przetaczające się z hukiem po schodach, chmury płynące w wolnej procesji przez górne sale. We wtorki i piątki Piranesi spotyka się ze swoim przyjacielem, Tym Drugim. Kiedy indziej składa Umarłym ofiary z jedzenia i lilii wodnych. Najczęściej jednak jest samotny.


Moja recenzja

Susanna Clarke jest dobrze znana fanom fantastyki za sprawą oryginalnej powieści Jonathan Strange i pan Norrell, w której snuła historię angielskich magów w początkach XIX wieku. To taka porządna cegła, w której fabuła długo się rozkręca i rozrasta się na opowieść o wielu bohaterach. Finalnie pozostawia wrażenie zachwytu. Więcej o niej pisałam tutaj.

Autorka napisała swoją najnowszą książkę Piranesi, będąc przykuta do łóżka ze względu na chorobę. Temat izolacji, osamotnienia mógł się okazać wiodącym ze względu właśnie na jej sytuację. Jednak premiera podczas pandemii, sprawiła, że Piranesi staje się jeszcze bardziej bliskie czytelnikowi. Powieść ta jest zgoła inna od historii angielskich magów i pod względem fabularnym lepiej niewiele o niej wiedzieć, żeby nie psuć sobie zabawy z czytania. Jest to naprawdę piękna przygoda, szczególnie, że styl autorki zachwyca. W ekspresowym tempie pozwala czytelnikowi przenieść się do tajemniczego, pełnego posągów Domu, wnętrza przywodzącego na myśl antyczne świątynie. Główny bohater jest człowiekiem empatycznym, świetnym obserwatorem otoczenia, a zarazem trochę naiwnym, który zaczyna błądzić i kwestionować wszystko, w co wierzył. Czytelnik natomiast nie ma pojęcia co tu jest prawdą, gdzie się bohaterowie znajdują ani kim tak naprawdę są. I to właśnie rozwikłanie tajemnicy będzie napędzało akcję, która może nie należy do wartkich, ale zdecydowanie do tych fascynujących. Szczególnie, że całość poznajemy z pierwszej ręki, czytając zapiski z dzienników, stworzonych przez główną postać.

Piranesi zyskał sobie wielu fanów wśród czytelników, a ja właśnie do nich dołączyłam. Siłą tej powieści jest fakt, że można odkrywać w lekturze inne rzeczy w zależności od tego, czego dany czytelnik szuka. Dlatego zdecydowanie jestem chętna do niej wrócić, żeby odnaleźć kolejne ukryte znaczenia. W głowie ciągle kołacze mi się fakt, że aktualnie marzę o takiej ucieczce do miejsca, w którym można się wyciszyć i uporządkować myśli. Takiej odskoczni od rzeczywistości, w której brak nienawistnych ludzi. Byle nie zostać tam za długo. Traktować jako fragment raju, a nie więzienie.

Ciekawostka: Giovanni Battista Piranesi to XVIII architekt, który zajmował się rysowaniem fantastycznej wersji więzień.


„Podłość”  zatopieni w fałszywych informacjach

Podłość
Olga Mildyn

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: WAB

W czyjejś opowieści każdy z nas jest zły.
 

Opis wydawcy

Na polskich drogach dziennie ginie średnio jedenaście osób. Ale kiedy czworo jedzie tym samym samochodem, jest szansa na zmartwychwstanie. Pośmiertnie staną się wydarzeniem, newsem, wylądują w gazetach i serwisach informacyjnych, a tam mogą zacząć żyć własnym życiem. Podobnie jak Andżelika, ostatnia z tej pięcioosobowej rodziny, zamordowana w swoim własnym łóżku.


Moja recenzja

Podłość to powieść, którą teoretycznie można wrzucić w worek historii kryminalnych, ale nie dziwię się, że wydawnictwo wcale jej w ten sposób nie reklamuje. Co prawda to właśnie zagadkowy wypadek i powiązane z nim morderstwo są motorem napędowym akcji, ale autorka nie chciała po prostu skupić się na napięciu związanym z poszukiwaniem odpowiedzi. Siłą Podłości są detaliczne opisy, wielowątkowość i odpowiednio zarysowane sylwetki bohaterów. Widać, że autorka jest świetnym obserwatorem codzienności, bo w swoich postaciach przemyciła sporo cech, które są nam dobrze znane.

Mildyn przedstawia obraz zepsucia naszego społeczeństwa, tego, w jaki sposób postępujemy dla własnego pożytku, wykorzystując okoliczności i napotkanych ludzi. Bardzo ciekawie wypada wątek fake newsów i manipulacji opinią publiczną. Zresztą najbardziej podobało mi się w jaki sposób my, jako czytelnicy zostaliśmy wciągnięci w intrygę. Jedyne czego żałuję, to że nie udało mi się wciągnąć i prawdziwie zaangażować w fabułę  wielość postaci sprawiła, że z żadnym tak naprawdę nie sympatyzowałam, a wydarzenia raczej powoli toczą się do przodu. Najważniejsze jest opisywanie otoczenia, a nie wartkość akcji. Mając to na uwadze mam wrażenie, że wiele osób będzie chciało śledzić dalszą karierę autorki. 


Za egzemplarze „Mam nadzieję” oraz „Podłość” dziękuję wydawnictwu WAB.

wtorek, 20 kwietnia 2021

„Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney – zachęta do dyskusji o związkach i wierności

Rozmowy z przyjaciółmi
Sally Rooney

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: W.A.B.

Zakazane rzeczy zawsze pobudzają wyobraźnię.

Opis wydawcy

Mieszkająca w Dublinie Frances ma dwadzieścia jeden lat i chłodny umysł obserwatorki. Jest studentką i początkującą pisarką; ze swoją najlepszą przyjaciółką i byłą dziewczyną Bobbi występuje na slamach poetyckich. Przypadkowa znajomość z Melissą, popularną dziennikarką, której mąż Nick jest aktorem, otwiera im drzwi do świata pięknych domów, hałaśliwych przyjęć i wakacji w Bretanii. Gdy Frances i Nick niespodziewanie zbliżają się do siebie, błyskotliwa i stroniąca od uczuć Frances musi po raz pierwszy zmierzyć się ze swoimi słabościami.


Moja recenzja

W moim popkulturowym podsumowaniu zeszłego roku, a dokładnie w rankingu najlepszych seriali, znalazło się miejsce dla Normalnych ludzi – tytułu, który podbił wiele serialowych serc na świecie. W ramach szybkiego przypomnienia: przede wszystkim urzekała intymność i jednocześnie żarliwość przedstawionej historii miłosnej, a dodatkowo czarował chłodny klimat, podbijany przez piękne zdjęcia i klimatyczną ścieżkę dźwiękową. Jeszcze przed seansem dowiedziałam się, że to ekranizacja powieści autorstwa Sally Rooney o tym samym tytule, która to czytelników w Polsce mocno podzieliła na dwie grupy: zachwyconych oszczędnością i siłą przekazu oraz niezadowolonych z poprowadzenia fabuły tej historii. 

Na tyle mnie ta ekranizacja wypieściła emocjonalnie, że nie czułam potrzeby ponownego przechodzenia przez przedstawione wydarzenia w formie książkowej. Szczęśliwie się złożyło, że fenomen Normalnych ludzi zachęcił do wydania debiutu literackiego Sally Rooney, czyli książki Rozmowy z przyjaciółmi. Sięgnęłam zatem po nią, żeby przekonać się co proza autorki ma do zaoferowania. Dobrze się złożyło, ponieważ prawa do ekranizacji debiutanckiej powieści zostały już wykupione, więc tym razem najpierw poznałam pierwowzór, a później przekonam się jak poszło przenoszenie jego na ekran. Poprzeczka postawiona przez twórców Normalnych ludzi znajduje się dość wysoko.

Lekturę Rozmów z przyjaciółmi skończyłam dość rozdarta. Na początku warto zaznaczyć, że trudno mnie było od książki oderwać, tę historię wręcz się pochłania, wzbudza ciągłe zainteresowanie tym, jak potoczą się losy bohaterów. Styl autorki jest dość prosty i przejrzysty, ale zarazem jest w nim coś świeżego i absorbującego. Właśnie dzięki temu, jak książka jest napisana, z chęcią przechodzi się przez kolejne przygody bohaterów.

Gdyby zastanowić się nad jakimś motywem przewodnim tej historii to zapewne byłyby nim związki. Związki przyjacielskie, partnerskie, małżeńskie i te, które ciężko jednoznacznie określić. Na początku poznajemy naszą narratorkę, Frances i jej byłą dziewczynę, Bobbi, które w dublińskim barze prezentują swoją poezję. Młode kobiety wzbudzają zainteresowanie fotografki i reporterki, Melissy, i jej męża, aktora Nicka. To starsze od nich o dziesięć lat małżeństwo. Właśnie te cztery osoby będą trzonem fabuły – ich rozwijające się uczucia, tlące się jeszcze dawne emocje, liczne zmiany nastawienia, a także towarzyszące związkom żale, zmiany poziomu zaangażowania, początkowa ekstaza, napięcie seksualne i pojawiający się wstyd. Sporo tematów, ale tak jak tytuł podpowiada, rozmowy dotyczące związkowych spraw toczą się tutaj często. Oprócz nich poruszone zostaną w debatach problemy związane z kapitalizmem, patriarchatem czy sztuką. Autorce dość lekko przychodzi rozpisywanie tych dialogów, może dlatego, że sama debatami zajmowała się w przeszłości, i to z dużymi sukcesami. Te rozmowy są żywe, fascynujące i czyta się je z przyjemnością. 

Dla mnie siłą Rozmów z przyjaciółmi są takie zderzenia wyobrażeń z rzeczywistością. Frances widzi siebie jako osobę nieciekawą, zazdrości swojej przyjaciółce, która jest otwarta i dobrze czuje się, będąc w centrum zainteresowania. Nasza narratorka jest wrażliwa, zagubiona i niepewna siebie, a na zewnątrz deklaruje, że po prostu jest pozbawiona emocji, co służy tylko jako mur, za którym kryje się zbłąkana osoba. Rooney świetnie radzi sobie z nakreśleniem zdolnej, autodestrukcyjnej młodej kobiety. Podobnie sprawa się miała z postacią w Normalnych ludziach i wydaje mi się, że na podstawie tych dwóch historii można zobaczyć gdzie leżą zainteresowania autorki.

Co jednak z tym rozdarciem, o którym wspominałam? To, że bohaterowie Rozmów z przyjaciółmi postępują bardzo kontrowersyjnie i czasami czytelnikowi nie chce się wierzyć w takie zachowanie. Wydaje mi się, że to punkt do ciekawej dyskusji, zadanie pytania czy faktycznie człowiek mógłby żyć w poligamii, a dalej: czy dwie partnerki jednej osoby mogą utrzymywać kontakt i gdzie leży granica wierności. Dla mnie sposób w jaki postacie postępują jest zbyt nierealny. Jednocześnie wiem, że podobne zarzuty pojawiały się w kontekście bohaterów Normalnych ludzi, a w serialu aktorzy te zachowania wygrali bez fałszywej nuty. Dodatkowym zarzutem może być fakt, że to książka podobna do Normalnych ludzi, także niektóre elementy fabuły wydawały się wtórne. Przykładowo, ten wyjazd grupy ludzi do dużego domu za granicą na wspólne spędzanie czasu. 

Rozmowy z przyjaciółmi to oszczędna w środkach historia młodej kobiety, która popełnia błędy i podnosi się po porażkach. Książka, którą czyta się ekspresowo, podczas lektury potrafi wciągnąć w swój świat, ale po skończeniu nie zostaje zbyt długo z czytelnikiem. Jednak na pewno cieszy mnie fakt, że udało się z prozą Sally Rooney zapoznać, bo to bardzo młoda pisarka i na pewno jej dalszą karierę warto śledzić.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 18 grudnia 2018

Przypadek rządzi ludzkim życiem - „Nieznośna lekkość bytu” Milan Kundera




*Nieznośna lekkość bytu*
Milan Kundera

*Język oryginalny:* czeski
*Tytuł oryginału:* Nesnesitelna lehkost byti
*Gatunek:* literatura współczesna, obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1984
*Liczba stron:* 384
*Wydawnictwo:* W.A.B
Życie ludzkie dzieje się tylko raz i dlatego nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, która z naszych decyzji była słuszna, a która zła, ponieważ w danej sytuacji mogliśmy decydować tylko jeden raz. Nie dano nam żadnego drugiego, trzeciego, czwartego życia, abyśmy mogli porównać konsekwencje różnych decyzji.
*Krótko o fabule:*
Najbardziej znana powieść Kundery, której akcja w większej części rozgrywa się w Pradze i na czeskiej wsi w latach komunizmu, dłuższy czas niewydawana oficjalnie w Czechach ze względów cenzuralnych. Filozoficzna przypowieść, w której autor rozważa między innymi wpływ historii i polityki na los jednostki, stosunek człowieka do własnej cielesności, konflikt między potrzebą wolności i zakorzenienia.
- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Lekkość czytania tej lektury nie zdołała ukryć ciężaru jej przekazu. Ta książka to zdecydowanie skarbnica tematów do dyskusji, gdzie między wierszami wciśnięte są nieśmiertelne motywy, które od lat ciekawią twórców. Czy nasze życie to tylko splot przypadków, które doprowadziły nas do tego miejsca, w którym jesteśmy? Czy lepiej przejść przez życie lekko i bez zobowiązań czy poświęcić się i poszukać czegoś ciężkiego, co ma prawdziwą wartość? Czy kiedyś będziemy w stanie odpowiednio zinterpretować czyny naszego partnera, domyślimy się co się za nimi kryje? Kundera rzuca nam pełno takich dyskusyjnych kwestii i pozostawia je do przemyślenia.

Autor urodził się w Czechosłowacji, jego młodzieńcze lata przypadły na czas okupacji niemieckiej, a następnie przejęcia władzy przez komunistów. Często odnosił się do wydarzeń ze swojego kraju, w sposób satyryczny przedstawił komunistyczną Czechosłowację w powieści Żart, za co trafiła na czarną listę w kraju. Przez narastające problemy Kundera w 1975 roku wyemigrował do Francji, jak wielu czeskich twórców i tam napisał resztę swoich książek. Nieznośną lekkość bytu postanowiła przetłumaczyć Agnieszka Holland, która niegdyś była studentką Kundery.

Nie dziwię się, że rodzima reżyserka zainteresowała się przekładem książki. Pomijając fakt, że to inteligenta, błyskotliwa i bawiąca się z czytelnikiem pozycja, to tło historyczne jest bardzo bliskie nam, Polakom. Przejęcie władzy przez komunistów, a następnie ukierunkowanie życia mieszkańców przez polityków, chociażby poprzez kontrolowanie kultury to dla nas dość świeża i dobrze znana historia.

źródło
Nie będę Wam jednak opowiadać jak to zachwycałam się tłem historycznym. Moim zdaniem był to idealnie wyważony wątek, ważny dla powieści i autora, ale nie wchodzący z butami na pierwszy plan. Ja akurat zostałam pod najmocniejszym wrażeniem wszelkich tematów filozoficznych. Poczynając już od tytułowego -  lekkość a ciężkość. Tylko ciężkość ma znaczenie, ma jakąś wartość, egzystowanie lekkie jest przez Kunderę nacechowane negatywnie, nasuwa to już sam tytuł, gdzie lekkość bytu jest „nieznośna”. Następnie kwestia przypadku, który prowadzi nas przez życie. Patrząc wstecz możemy powiedzieć, że to, gdzie jesteśmy ukształtowała masa zbiegów okoliczności - spotkaliśmy nauczyciela, który popchnął nas w stronę naszej przyszłości, poznaliśmy w pubie swojego partnera, a poszliśmy tam, bo odwołali koncert na który mieliśmy bilety, itd. Można powiedzieć, że całe nasze życie to wypadkowa miliona przypadków.

Bardzo podobał mi się wątek związany z artykułem, w którym Tomasz opisywał, a właściwie porównywał, życie Edypa do współczesnych polityków. Wspominał o tym, że niewiedza o złym postępowaniu nie zwalnia człowieka z poczucia winy. Nie chodzi jednak od razu o to, żeby „wydłubać sobie oczy”, bo niechcący się kogoś skrzywdziło, ale o samo przyznanie się do błędu. W otoczeniu Tomasza jednak wszyscy woleli wskazywać dalej palcem - a bo ktoś zmusił, a bo nie powiedział wszystkiego, a bo nie wytłumaczył. Żaden jednak do winy się nie poczuwał.

Kiedy uświadomiłam sobie ile cytatów z Nieznośnej lekkości bytu krąży w sieci zaczęłam się zastanawiać nad zarzutami niektórych czytelników - że książka przeintelektualizowana i pełna banałów, wciskanych na siłę. Jednak po prostu się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. Chyba dzięki temu, że podeszłam do lektury bez przygotowania, nie wiedząc o tym, że Kundera lubi filozofować i wciskać te liczne tematy do dyskusji w treść fabuły. Przez to czytanie przynosiło mi same zaskoczenia i każda kwestia wciągała, otwierając kolejne klapki w głowie. I nie mam nic przeciwko osobom, które Nieznośną lekkością bytu się rozczarowały. To tego rodzaju sztuka, która jeżeli trafi to prosto w serce (ach, Kundera byłby „dumny” z tego kiczu!).

Świetne są tutaj wątki dwóch par bohaterów, a wszystko dzięki temu, że ich perypetie poznajemy z punktu widzenia każdej z postaci. Dzięki temu możemy być świadkami jak nieumiejętnie starają się odczytywać znaki drugiej osoby, tłumacząc sobie jej zachowanie. W głowie utkwił mi też rozdział ze słowniczkiem pojęć, zwykłych słów, takich jak „cmentarz”, które były różnie pojmowane w zależności od autopsji opisującego. Widać było, jak bardzo nasze doświadczenia wpływają na postrzeganie rzeczywistości. Nie ma tutaj słowa krytyki, po prostu najwięcej chłoniemy w wieku młodzieńczym, kiedy poznajemy otaczający nas świat i staramy się do niego ustosunkować. Im dłużej chodzimy po Ziemi tym konkretniejsze mamy poglądy na wiele spraw.

Mam wrażenie, że mogłabym jeszcze wiele pisać - o kiczu, o zwierzętach, o miłości u Kundery. Ale wolę Wam powiedzieć, żebyście po prostu dali Nieznośnej lekkości bytu szansę. Może zaskoczy Was tak jak i mnie?

Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 23 lipca 2018

Zabawa mitologią słowiańską - „Kwiat paproci” Katarzyna Berenika Miszczuk

Tym razem trochę inaczej niż zwykle - hurtowo o całej serii :)


*Kwiat paproci*
Katarzyna Berenika Miszczuk

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2016-2018
*Liczba stron:* 412, 415, 495, 462
*Wydawnictwo:* WAB
”Jedno można śmiało powiedzieć o Słowianach – umiemy się dobrze bawić.”
*Krótko o fabule (części pierwszej):*
A wszystko przez to, że Mieszko I zdecydował się nie przyjąć chrztu… 
Gosława Brzózka, zwana Gosią, po ukończeniu medyny wybiera się do świętokrzyskiej wsi Bieliny na obowiązkową praktykę u szeptuchy, wiejskiej znachorki. Problem polega na tym, że Gosia – kobieta nowoczesna, przyzwyczajona do życia w wielkim mieście – nie cierpi wsi, przyrody i panicznie boi się kleszczy. W dodatku nie wierzy w te wszystkie słowiańskie zabobony. Bogowie nie istnieją, koniec, kropka! Pobyt w Bielinach wywróci jednak do góry nogami jej dotychczasowe życie. Na Gosię czeka bowiem miłość. Czy jednak Mieszko, najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego do tej pory widziała, naprawdę jest tym, za kogo go uważa? I co się stanie, gdy słowiańscy bogowie postanowią sprawić, by w nich uwierzyła? 
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Kiedy życie daje Ci w kość i nie masz czasu się na niczym skupić najlepiej znaleźć sobie jakąś serię dla nastolatek i traktować ją jako najczystszą formę guilty pleasure. Taki okres mnie akurat złapał, a książek nie musiałam szukać daleko - właściwie to o Kwiecie Paproci trąbią na prawo i lewo, w większości zachwalając. Na szczęście opinie negatywne przygotowały mnie trochę na nieprzyjemności podczas lektury, toteż swoje oczekiwania ograniczyłam do prostego „potrzebuję rozrywki - prostej, ale interesującej”. Czy seria Kwiat Paproci je spełniła?

Katarzyna Berenika Miszczuk z wykształcenia jest lekarką (co tłumaczy wiedzę bohaterek Szeptuchy z zakresu medycyny), ale książki pisze od piętnastego roku życia. Najbardziej znane jej serie to trylogia Ja, diablica, a także właśnie Kwiat Paproci. Jako że ja od jakiegoś czasu miałam ochotę na porządną dawkę mitologii słowiańskiej to ta seria wydawała mi się idealnym wyborem. Z mitologii greckiej wszyscy czerpią garściami, a nasza rodzima wydawała mi się jakoś pomijana. Na szczęście widać, że ten trend zaczyna rozkwitać i coraz więcej pozycji stara nam się przybliżyć te wierzenia (m.in. pięknie wydane Bestiariusze Słowiańskie). I ta chęć poznania wierzeń słowiańskich zaważyła na czytelniczym wyborze Kwiatu Paproci.

Muszę przyznać, że wszelkie nawiązania do dawnych wierzeń były największymi zaletami tej serii. Autorka przez kilka lat zbierała materiały, które pomogły jej oddać obrzędy, opisać bogów czy upiry, żyjące w jej świecie. Zawsze podobał mi się pomysł na mieszanie postaci mitologicznych ze współczesnym światem (wspomnę chociażby Amerykańskich bogów Gaimana bądź Kłamcę Jakuba Ćwieka). Tutaj również był to najciekawszy element - tym lepiej, że akurat o tych bogach nie miałam większego pojęcia. Jeżeli więc chcecie bliżej poznać Swarożyca, Welesa czy Mokosz to tutaj będzie Wam to dane. Również wszelkie obrzędy były ciekawie przedstawione, szczególnie takie, które znamy pod innymi postaciami - będziemy mieli okazję zobaczyć jak wygląda słowiański wieczór panieński czy obchody Dziadów. Upiry może zachwycały troszkę mniej, ze względu na powtarzalność. Te ciekawe, mniej popularne pojawiały się raczej na dalszym planie, a główną oś fabularną obsiadł wąpierz (czyli taki słowiański wampir) i strzyga. Wolałabym jednak, żeby więcej miejsca poświęcone było południcom, utopcom i rusałkom.

Podobał mi się także pomysł na świat przedstawiony. To bardzo ciekawy zabieg - zmienić coś w przeszłości Polski i dzięki temu zbudować trochę inny obraz współczesności. Co prawda, wydaje mi się, że autorka poszła na łatwiznę i wielu rzeczy wolała nie zmieniać, toteż wybór Mieszka I, który odrzucił propozycję przyjęcia chrztu nie wpłynęła jakoś znacznie na rozwój świata - jedynie tyle, że w naszym kraju wierzono nadal w słowiańskich bogów i obrzędy. Ciekawiło mnie zestawienie z innymi krajami, z innymi religiami - tego tutaj zabrakło (np. co z wojnami związanymi z chrześcijaństwem, co z krucjatami?). Także pomysł bardzo dobry, chociaż niewystarczająco zgłębiony.

To, co znowu mi przeszkadzało to typowe, wciąż powtarzalne elementy książek młodzieżowych. Kolejny raz mamy do czynienia z bohaterką, która nie robi na nas pozytywnego wrażenia. Przyznaję, że początkowe było dość negatywne, a skończyło się na ambiwalentności - a to i tak słabo jak na główną postać. Przez to brakowało mi emocji podczas czytania, nie miałam komu kibicować. To jednak nie jedyny szkopuł - oczywiście pojawił się bardzo typowy i bardzo nieciekawy wątek miłosny. Mężczyzna oczywiście jest tajemniczy i przystojny, oczywiście też zwraca uwagę na naszą całkiem zwyczajną bohaterkę, oczywiście po drodze raz po raz znika i pojawia się w jej życiu. Dużo tych oczywistości, prawda?

Na drugim planie jest na pewno ciekawiej, ale przyznam szczerze, że do nikogo z żywych się nie przekonałam. Dla mnie najlepszą postacią był Swarożyc, a później Weles - czyli bogowie, którzy pojawiali się raczej sporadycznie. Wydaje mi się, że spodziewałam się więcej fantastyki, a ta seria skupia się jednak na problemach Gosi (często sercowych), w której życiu przewijają się postacie nadprzyrodzone. I tyle.

Na pewno na plus działa tutaj postawa, którą przyjęła autorka - ona naprawdę słucha swoich fanów. Dzięki temu mieliśmy w kolejnych książkach m.in. sporo historii z przeszłości Mieszka, które były jednymi z ciekawszych wątków w serii. Wiem to z podziękowań, w których wspominała o fragmentach napisanych pod wpływem próśb innych.

Jako że całość serii połknęłam razem, to trudno wypowiadać mi się osobno o poszczególnych częściach. Wiem na pewno, że bardzo podobał mi się początek pierwszej części, chociaż później było trochę gorzej. Gdybym miała na jakieś postawić, to najlepiej wypadają chyba Noc Kupały i Żerca. Sporo osób twiedzi, że czwarta część była słabsza od pozostałych - moim zdaniem jakoś bardzo nie odstawała, chociaż lekko czuć spadek po trzecim tomie.

Seria Kwiat paproci trafiła na odpowiedni moment w moim życiu, kiedy po prostu potrzebowałam czegoś lekkiego, rozrywkowego, trochę naiwnego i mało wciągającego. Jednak nie mogę jej uznać za bardzo dobrą, bo po prostu miała w sobie za dużo małych szkopułów, które psuły ciekawy pomysł na świat przedstawiony i wplecenie w niego wierzeń słowiańskich. Wydaje mi się, że to jednak pozycja dla trochę młodszych czytelniczek, które uwierzą w tę miłość i będą mogły kibicować Gosi w walce o szczęście. Ja już tak łatwo nie daję się przekonać.

Poniżej znajduje się średnia ocena wszystkich części.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka