Pokazywanie postów oznaczonych etykietą susanna clarke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą susanna clarke. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 marca 2022

„Mam nadzieję”, „Piranesi” oraz „Podłość” – książki przeczytane w lutym

Nie miałam zbyt wiele chęci na czytanie i pisanie o książkach, ale udało mi się w ostatnim czasie skończyć te trzy lektury. Powoli wracam zatem do działania i pisania. Topornie, ale do przodu. 

Mam nadzieję.


„Mam nadzieję”  w nadziei siła

Mam nadzieję
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

Gatunek: poradnik
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: WAB

Warto też zadać sobie kluczowe pytanie, czy każdy ma obowiązek pragnąć więcej? Sukcesu? Osiągnięć? Często zachowujemy się tak, jakby proponowany przepis na dobre życie był jedynym obowiązującym.
 

Opis wydawcy

Dowcipny, mądry i prosty poradnik dla wszystkich tych, którzy starają się zachować zdrowie psychiczne w czasach, gdy świat zdaje się walić. Czy nasze życie ma deadline? Czy każdy musi być bogaty? Czy żyjemy w najgorszym kraju na świecie? Czy jeśli napijesz się z plastikowego kubeczka, to zaaresztuje cię ekologiczna policja?


Moja recenzja

Bardzo lubię czytać co, co pisze autorka bloga zwierz popkulturalny, Katarzyna Czajka-Kominiarczuk. Zaczęłam przygodę od śledzenia jej postów kulturalnych, ale szybko przerzuciłam się na obserwowanie wszystkiego, co dziewczyna robi w mediach społecznościowych. Świetnie się jej słucha i nawet, kiedy zdanie mam odmienne, to przeczytany post autorki pozwala mi nabrać szerszej perspektywy. Mimo że jej najnowsza książka nie jest związana z kulturą, postanowiłam dać jej szansę właśnie ze względu na sympatię do autorki. Za poradnikami raczej nie przepadam, chyba ze względu na to, że nie wierzę w jakieś uniwersalne rady, które będą odnosić się do wszystkich czytelników. Dodatkowo ten gatunek stawia autora na piedestale, przestawia jako takiego trenera umysłu. Jednak w książce Mam nadzieję nie znajdziemy typowych porad, a raczej wyjaśnienia i wskazówki, które mogą nam pomóc pewne rzeczy zrozumieć oraz spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Mam nadzieję to książka, którą można polecić każdemu, bo jest jak ciepły koc w chłodniejszą noc  może nie zmieni diametralnie naszego życia, ale z nim będzie się jakoś przyjemniej iść do przodu. Było kilka rozdziałów, których konkluzja wydawała mi się bardzo oczywista, ale to upewnianie się również ma swój urok. Autorka przypomina, że życie nie kończy się na trzydziestce i nie ma z góry ustalonych terminów, w których musimy się zmieścić ze swoimi celami. Błędy to nie są zmarnowane okazje, a raczej momenty, dzięki którym nauczyliśmy się czegoś nowego, które doprowadziły nas do kolejnych szans. Przypadły mi do gustu rozdziały, które mówiły o tym, żeby spojrzeć na swoje życie jako wystarczające, bez pogoni za kolejnymi rzeczami, za kolejnymi awansami i dążeniu do „bogactwa”. Dodatkowo, rozdział o zmianie poglądów okazał mi się szczególnie bliski.

Warto mieć na swojej szafce nocnej tę książkę i podczytywać po trochę, żeby spokojniej spać. Może nie odkrywa Ameryki, ale autorka nie narzuca nam swojego toku myślenia, bardziej skłania do popatrzenia na pewne życiowe sytuacje z innej perspektywy. I mnie to pomaga.

 

„Piranesi”  w labiryncie wyobraźni

Piranesi
Susanna Clarke

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 208
Wydawnictwo: MAG

Piękno Domu jest niezmierzone, a jego Dobroć bezgraniczna.
 

Opis wydawcy

Piranesi mieszka w Domu. Być może, mieszka w nim od zawsze. W swoich dziennikach dzień po dniu sumiennie opisuje jego cudowności: labirynt komnat, tysiące tysięcy posągów, przypływy morza przetaczające się z hukiem po schodach, chmury płynące w wolnej procesji przez górne sale. We wtorki i piątki Piranesi spotyka się ze swoim przyjacielem, Tym Drugim. Kiedy indziej składa Umarłym ofiary z jedzenia i lilii wodnych. Najczęściej jednak jest samotny.


Moja recenzja

Susanna Clarke jest dobrze znana fanom fantastyki za sprawą oryginalnej powieści Jonathan Strange i pan Norrell, w której snuła historię angielskich magów w początkach XIX wieku. To taka porządna cegła, w której fabuła długo się rozkręca i rozrasta się na opowieść o wielu bohaterach. Finalnie pozostawia wrażenie zachwytu. Więcej o niej pisałam tutaj.

Autorka napisała swoją najnowszą książkę Piranesi, będąc przykuta do łóżka ze względu na chorobę. Temat izolacji, osamotnienia mógł się okazać wiodącym ze względu właśnie na jej sytuację. Jednak premiera podczas pandemii, sprawiła, że Piranesi staje się jeszcze bardziej bliskie czytelnikowi. Powieść ta jest zgoła inna od historii angielskich magów i pod względem fabularnym lepiej niewiele o niej wiedzieć, żeby nie psuć sobie zabawy z czytania. Jest to naprawdę piękna przygoda, szczególnie, że styl autorki zachwyca. W ekspresowym tempie pozwala czytelnikowi przenieść się do tajemniczego, pełnego posągów Domu, wnętrza przywodzącego na myśl antyczne świątynie. Główny bohater jest człowiekiem empatycznym, świetnym obserwatorem otoczenia, a zarazem trochę naiwnym, który zaczyna błądzić i kwestionować wszystko, w co wierzył. Czytelnik natomiast nie ma pojęcia co tu jest prawdą, gdzie się bohaterowie znajdują ani kim tak naprawdę są. I to właśnie rozwikłanie tajemnicy będzie napędzało akcję, która może nie należy do wartkich, ale zdecydowanie do tych fascynujących. Szczególnie, że całość poznajemy z pierwszej ręki, czytając zapiski z dzienników, stworzonych przez główną postać.

Piranesi zyskał sobie wielu fanów wśród czytelników, a ja właśnie do nich dołączyłam. Siłą tej powieści jest fakt, że można odkrywać w lekturze inne rzeczy w zależności od tego, czego dany czytelnik szuka. Dlatego zdecydowanie jestem chętna do niej wrócić, żeby odnaleźć kolejne ukryte znaczenia. W głowie ciągle kołacze mi się fakt, że aktualnie marzę o takiej ucieczce do miejsca, w którym można się wyciszyć i uporządkować myśli. Takiej odskoczni od rzeczywistości, w której brak nienawistnych ludzi. Byle nie zostać tam za długo. Traktować jako fragment raju, a nie więzienie.

Ciekawostka: Giovanni Battista Piranesi to XVIII architekt, który zajmował się rysowaniem fantastycznej wersji więzień.


„Podłość”  zatopieni w fałszywych informacjach

Podłość
Olga Mildyn

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: WAB

W czyjejś opowieści każdy z nas jest zły.
 

Opis wydawcy

Na polskich drogach dziennie ginie średnio jedenaście osób. Ale kiedy czworo jedzie tym samym samochodem, jest szansa na zmartwychwstanie. Pośmiertnie staną się wydarzeniem, newsem, wylądują w gazetach i serwisach informacyjnych, a tam mogą zacząć żyć własnym życiem. Podobnie jak Andżelika, ostatnia z tej pięcioosobowej rodziny, zamordowana w swoim własnym łóżku.


Moja recenzja

Podłość to powieść, którą teoretycznie można wrzucić w worek historii kryminalnych, ale nie dziwię się, że wydawnictwo wcale jej w ten sposób nie reklamuje. Co prawda to właśnie zagadkowy wypadek i powiązane z nim morderstwo są motorem napędowym akcji, ale autorka nie chciała po prostu skupić się na napięciu związanym z poszukiwaniem odpowiedzi. Siłą Podłości są detaliczne opisy, wielowątkowość i odpowiednio zarysowane sylwetki bohaterów. Widać, że autorka jest świetnym obserwatorem codzienności, bo w swoich postaciach przemyciła sporo cech, które są nam dobrze znane.

Mildyn przedstawia obraz zepsucia naszego społeczeństwa, tego, w jaki sposób postępujemy dla własnego pożytku, wykorzystując okoliczności i napotkanych ludzi. Bardzo ciekawie wypada wątek fake newsów i manipulacji opinią publiczną. Zresztą najbardziej podobało mi się w jaki sposób my, jako czytelnicy zostaliśmy wciągnięci w intrygę. Jedyne czego żałuję, to że nie udało mi się wciągnąć i prawdziwie zaangażować w fabułę  wielość postaci sprawiła, że z żadnym tak naprawdę nie sympatyzowałam, a wydarzenia raczej powoli toczą się do przodu. Najważniejsze jest opisywanie otoczenia, a nie wartkość akcji. Mając to na uwadze mam wrażenie, że wiele osób będzie chciało śledzić dalszą karierę autorki. 


Za egzemplarze „Mam nadzieję” oraz „Podłość” dziękuję wydawnictwu WAB.

piątek, 21 czerwca 2019

Angielska magia nie umarła - „Jonathan Strange i pan Norrell” Susanna Clarke


*Jonathan Strange i pan Norell*
Susanna Clarke

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Jonathan Strange and Mr Norell
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2004
*Liczba stron:* 816
*Wydawnictwo:* MAG
Być może ich nie usłyszała, bo chociaż w pokoju panowała cisza, cisza pół setki kotów jest bardzo szczególna, niczym pięćdziesiąt osobnych cisz, jedna na drugiej.
*Krótko o fabule:*
Anglia, początek XIX wieku. Tajemniczy pan Norrell jest jednym z nielicznych, którzy zajmują się jeszcze czarami. Ale to właśnie dzięki niemu i jego młodemu przyjacielowi - Jonathanowi Strange'owi, Anglia stanie się na powrót krainą tajemnej sztuki. Dwaj bohaterowie posiądą niezwykłą władzę, a sam rząd poprosi ich o pomoc w walce z Napoleonem. Lecz magia ma swoją cenę...
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Wiele razy już słyszałam, że jeżeli ktoś uważa się za fana fantastyki to powinien sięgnąć po pozycję Jonathan Strange i pan Norrell. Aktualnie dość ciężką do zdobycia klasykę gatunku, ponad ośmiusetstronicową powieść będącą pastiszem książek historycznych przypominających styl z powieści Jane Austen. Tyle że z dodatkiem magii.

Autorka, Susanna Clarke, na tworzenie tego opus magnum poświęciła dziesięć lat swojego życia. Zaczęła od pisania poszczególnych przygód magów-dżentelmenów, umiejscowionych na początku XIX wieku, a kiedy kilka z jej opowiadań trafiło do znanych i cenionych pisarzy fantastyki, którzy okazali się zachwyceni pomysłem, postanowiła stworzyć z tego powieść. Za Jonathana Strange i pana Norrella otrzymała w 2005 roku nagrodę Hugo.

Zdarzało mi się kiedyś napotykać recenzje tej książki, ale ostatnio zrobiło się o niej już dość cicho. Teraz kiedy powróciłam do opinii innych czytelników muszę powiedzieć, że jestem zaskoczona jak bardzo ta książka ich dzieli. Jedni są nią zafascynowani, inni nie rozumieją fenomenu. Mnie bliżej do tych pierwszych, ale nie jestem ślepa na kilka potknięć, które przeszkadzały mi podczas lektury. Od razu od nich zacznę. Chodzi o fakt, że fabuła potrzebuje naprawdę długiego czasu na nabranie kolorów. Początek się ciągnie, czytelnik nie wie czego powinien się złapać, co tutaj jest głównym punktem, a co tylko koloryzowaniem autorki. Wprowadzane są coraz to nowe postaci, opisywane są ich przeszłe przygody i teraźniejsze przemyślenia. Wszystko to bardzo w duchu rasowej powieści historycznej, ale takiemu zwykłemu fanowi fantastyki może wydawać się przytłaczające.

źródło
Kiedy nastąpił moment, w którym fabuła się rozkręciła (w końcu!), to byłam już zachwycona. Zazwyczaj nie przeszkadza mi rozwlekły styl opisów, a przebywanie w towarzystwie dobrze wychowanych dżentelmenów i dam zawsze sprawiało mi przyjemność. Także, gdy już dobrze poznałam bohaterów, ich przeszłość i charakter to pokochałam przeżywanie ich kolejnych przygód. Te nie są może dynamiczne i nafaszerowane wartką akcją, ale to powolne tempo po przeczytaniu prawie połowy wypełnionych stron zaczęło pasować do całości i pozwoliło na rozkoszowanie się światem przedstawionym i charakterystyką postaci.

Uwielbiam kiedy autorzy proponują oryginalne podejście do kreacji świata przedstawionego w fantastyce, a Susanna Clarke na pewno do takich twórców należy. Napisała powieść historyczną, do której musiała wykonać naprawdę spory research. Akcja książki Jonathan Strange i pan Norrell ma miejsce na początku XIX wieku, podczas wojen neapolitańskich, a wśród jej bohaterów znajdziemy wiele znanych osób, które żyły w tamtych czasach. Między innymi będziemy przebywać z księciem Wellingtonem czy poetą Lordem Byronem. Czyli Clarke przedstawia nam alternatywną wersję Anglii lat minionych. Magia też jest tutaj dokładnie przemyślana - autorka wprowadza całą jej historię w postaci cytatów z wymyślonych książek historycznych o angielskich magach z przeszłości. Pozwala nam uwierzyć, że oni naprawdę istnieli, a my możemy czytać ich biografie i powtarzać ich nazwiska. Na dodatek sam pomysł na grupkę osób, która uważa się za angielskich magów-teoretyków, zmuszoną do konfrontacji z magiem-praktykiem jest genialna.

Dla mnie jednak największym plusem było przedstawienie postaci. Dzięki temu, że sporo czasu zostało poświęcone na pokazanie ich przeszłości, że spędziliśmy z nimi chwile zwątpienia, radości i strachu, że ewoluowali i przez całą powieść mogliśmy nawiązać z nimi więź. Nikt tutaj nie jest bezbarwny, każdy z nich wprowadzony jest w jakimś celu. Świetnie rozwiązany został pomysł na elfa, nazywanego mężczyzną o włosach jak puch ostu. Wspaniale wykreowane postaci Lady Pole czy lokaja Stephena Blacka. Pokochałam Strange'a, rozumiałam jego decyzje i posunięcia. Norrell to również bardzo charakterystyczny dżentelmen, który czasami wzbudzał złość, ale zawsze działał zgodnie ze sobą. To jest często pułapka dla autorów - kreują postaci, a później wkładają im w usta słowa bądź pchają ich do uczynków, które po prostu do danego charakteru nie pasują. U Clarke natomiast wszystko było na swoim miejscu.

Cóż, ogólnie byłam bardzo zadowolona z lektury książki Jonathan Strange i pan Norrell. Kiedy już się w nią wkręciłam to miałam połączenie dwóch lubianych gatunków - fantastyki i powieści historycznej w stylu Austen. Czy polecam ją każdemu? Raczej nie. To pozycja właśnie dla takich osób, które nie boją się pokaźnej liczby stron, długich opisów i powolnej akcji. Jeżeli jednak na to przymknąć oko to można otrzymać prawdziwą ucztę literacką.

Moja ocena: 8/10



Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka