wtorek, 20 lutego 2018

Stracone życie - „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro




*Okruchy dnia*
Kazuo Ishiguro

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Remains of the Day
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1989
*Liczba stron:* 303
*Wydawnictwo:* Albatros
Obrał w życiu jakąś drogę, okazało się, że niesłuszną, ale przynajmniej coś wybrał. A ja? Ja nie mogę powiedzieć o sobie nawet tego.

*Krótko o fabule:*
Narratorem książki jest Stevens, angielski kamerdyner, który wierność wobec pracodawcy i wypełnianie obowiązków stawia ponad wszystko. Swoje dotychczasowe życie w całości podporządkował służbie u lorda Darlingtona. Po śmierci chlebodawcy nadal prowadzi jego dom. Podczas krótkiego urlopu wyrusza samochodem do Kornwalii, by namówić do powrotu dawną gospodynię pannę Kenton. Podczas podróży rozpamiętuje minione lata.
- opis wydawcy 


*Moja ocena:*
Czytanie książki Okruchy dnia było dla mnie prawdziwą przygodą. Na początku poczułam się zaskoczona, że to taka zwykła, prosta historia. W końcu ma na koncie nagrody, umieszczana jest na listach najlepszych książek wszechczasów, a tutaj ot, angielska posiadłość i opowieść kamerdynera, wspominającego przeszłość. Jednak im dłużej czytałam, im jaśniejsze zdawało się znaczenie tej książki, tym bardziej rozumiałam wszelkie nad nią zachwyty. 

Nazwisko Kazuo Ishiguro nie powinno być Wam obce - jest zeszłorocznym laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Urodził się w Japonii, ale w wieku pięciu lat jego rodzina przeniosła się do Wielkiej Brytanii. Za powieść Okruchy dnia został wyróżniony Nagrodą Bookera.

Podziw od pierwszych stron budzi styl autora. Narratorem jest kamerdyner Stevens, który spisuje wydarzenia w formie swojego dziennika - opisuje w nim co zdarzyło się w danym dniu (akcja książki trwa sześć dni), a także wraca do przeszłości i snuje opowieść o czasach minionych. To z jego punktu widzenia poznamy historię właściciela domu Darlington Hall oraz panny Kenton, która była tam główną gospodynią.

Jest coś niesamowicie melancholijnego w tej opowieści zdystansowanego kamerdynera. Czasami może się złudnie wydawać, że to człowiek pozbawiony głębszych uczuć, przypominający niemal robota - żyjący tylko po to, by wykonywać rozkazy. Co rusz spotykamy się z sytuacją, w której jego zachowanie odbiega od takiego zwykłego, ludzkiego odruchu. Przykładem może tutaj być chociażby niezłożenie kondolencji po śmierci bliskiej pannie Kenton osoby. Jednak cały geniusz tej powieści polega na tym, że Ishiguro nie zrobił pana Stevensa tylko naszym głównym bohaterem, a zrobił go rownież narratorem. Dzięki temu, możemy zobaczyć, że żadne z jego zimnych zachowań nie jest podyktowane brakiem uczuć, a raczej nieumiejętnością ich okazywania.
genialni: Anthony Hopkins i Emma Thomson, w ekranizacji z 1993 roku, źródło
Mimo że powieści daleko do jakiegokolwiek melodramatyzmu, to ja doszukałam się tam przede wszystkim smutnej historii nieszczęśliwego człowieka. Zniszczonego przez otoczenie, w którym się wychowywał, ślepo wierzącego w idee, którymi karmił się od dziecka. Ojciec pana Stevensa również był kamerdynerem, a nasz bohater w pełni go gloryfikował i ewidentnie chciał kroczyć jego śladami. Jego ojciec także należał do perfekcjonistów, całe swoje życie oddał pracy i ograniczał kontakty z synem, a przez to brak między nimi prawdziwej więzi rodzicielskiej. Niech za przykład posłuży fakt, że podczas gdy ojciec Stevensa oddawał ostatnie tchnienie, to nasz kamerdyner świadomie wybrał obsługę przyjęcia - i wiedział, że tata pochwaliłby tę decyzję.

Właśnie przez to pan Stevens okazał się dla mnie jedną z najbardziej zasługujących na współczucie postaci literackich. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło, ale wciąż myślę o tym, że miło byłoby go tak po ludzku przytulić i poklepać po plecach. To prawda, że wiele bohaterów ma gorsze życie - brak im rodziny, brak pieniędzy, brak dachu nad głową, brak bliskich osób. Ale to Stevens jest największym przegranym. I wpływ ma na to jego wychowanie, ale także uparte dążenie do bycia okrzykniętym kamerdynerem „godnym”. Po drodze do tego celu, Stevens nie zauważa tak wielu ważkich rzeczy bądź (jeszcze gorzej) świadomie je ignoruje. Kiedy lord Darlington zadaje się ze światowymi przedstawicielami faszyzmu i nagle każe zwolnić dwie pokojówki żydowskiego pochodzenia, Stevens po prostu wykonuje polecenie. Chociaż w głębi serca wie, że to niewłaściwe, nie mówi na ten temat ani jednego słowa. Aż trudno sobie wyobrazić, że jeden człowiek może powstrzymywać wszystkie te emocje i trzymać je głęboko w sobie. Jednak już na początku Stevens nam powie, że prawdziwie „godnymi” kamerdynerami mogą być jedynie Brytyjczycy, bo „wielkością tego kraju jest jego spokój, jego poczucie umiaru”.

Czytając te zwierzenia kamerdynera z niecierpliwością czekamy na finalne spotkanie między nim a panną Kenton. Jest to główny cel historii, ponieważ to w związku z tym mityngiem, pan Stevens w ogóle zaczyna swoją podróż i spisywanie dziennika. I samo spotkanie nie mogło być poprowadzone w lepszą stronę. Czytelnikowi pozostaje cierpki smak po tej subtelnej, a jednocześnie emocjonalnej rozmowie. A Stevens? Stevensowi pozostają gorzkie refleksje na temat przebytego życia i tytułowe okruchy dnia.

Moja ocena: 9/10

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka