poniedziałek, 25 lipca 2022

„Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz” Tom Shone – największy fan kina wśród reżyserów

Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz
Tom Shone

Gatunek: biografia
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Znak

Moim pierwszym celem jest zrobienie filmu, którego fabuła wciąga. Liczy się to, by opowiedziana historia była interesująca, a widzowie zaangażowali się w losy bohaterów.
 

Opis wydawcy

W młodości Quentin Tarantino był zwykłym, nierzucającym się w oczy pracownikiem wypożyczalni DVD i nic nie wskazywało na to, że stanie się ikoną amerykańskiej popkultury. 

Dziś lubi szokować przemocą na ekranie, ma bzika na punkcie wizualnej precyzji, a także kocha igrać z przyzwyczajeniami widzów, dzięki czemu przyciąga do kin zarówno tłumy zapalonych fanów, jak i grono zagorzałych krytyków. Uwielbiany i znienawidzony jednocześnie. Obok jego filmów nie można przejść obojętnie. Swoim ciętym językiem od lat wzbudza kontrowersje.


Moja recenzja

Na początku mojej przygody że światem kina poszukiwałam informacji jakie filmy warto oglądać i którzy reżyserzy są warci poznania. Jak zapewne się domyślacie nazwisko Quentina Tarantino pojawiało się na przeróżnych listach wielokrotnie. Postanowiłam zacząć od najbardziej popularnego jego filmu, czyli Pulp Fiction i była to natychmiastowa miłość. Do tej pory film pozostaje moim ulubieńcem, nie tylko wśród dorobku Tarantino, ale w ogóle wśród wszystkich obejrzanych tytułów. Przyznaję, że nie widziałam jeszcze całej filmografii tego reżysera, bo powoli ją sobie dawkuję. Na szczęście, dotychczas obyło się bez rozczarowań.

Fani Quentina Tarantino zapewne już nieraz słyszeli o jego historii. Przeszedł on drogę od największego fana kina do jednego z najpopularniejszych współcześnie twórców. Jako nastolatek pracował w wypożyczalni kaset video, a każdą wolną chwilę spędzał na oglądaniu filmów. Wiele z nich należało do tanich dzieł klasy B, których fanem jest po dziś dzień. Otwarcie mówi o tym, że sporo ze scen, które pojawiają się w jego filmach, jest pewnym zapożyczeniem z istniejących już dzieł. Śmiało czerpie inspiracje od swoich kolegów po fachu i poprzedników, a każdy, kto go poznaje opowiada z uznaniem o jego ogromnej wiedzy na temat kina. 

Podczas lektury książki Toma Shone dowiemy się trochę o tej drodze Tarantina, o jego scenariuszach i pierwszych podejmowanych próbach reżyserowania. Jednak nie nazwałabym tej pozycji typową biografią. To raczej gratka dla fanów kina, taki mini album, który warto mieć na półce. Całość jest podzielona na kilka części. Na początku znajduje się krótkie wprowadzenie, rozdział o młodości reżysera i o jego pierwszych scenariuszach. Właśnie to wprowadzenie, w którym poznajemy historię Tarantina przed podbojem Hollywood, jest dość okrojone. Pojawia się, żebyśmy mieli lepszy wgląd w inspiracje i tematy, które reżyser lubił w swoich filmach podejmować. Nie jest to jednak najważniejsza, najbardziej rozbudowana część książki, zajmuje około 50 stron. Reszta wypełniona jest już danymi na temat konkretnych, wyreżyserowanych przez Tarantino tytułów, a każdemu z nich poświęcony został jeden rozdział. 

Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz to przede wszystkim podróż przez filmografię reżysera, a jest to podróż ekscytująca i pełna barw. Strony książki są bogato ilustrowane, zawierają wiele zdjęć zza kulis, fotosów promocyjnych, plakatów filmów, które służyły za inspirację dla twórcy. To poniekąd dlatego łatwo w tę książkę wsiąknąć i nieprzerwanie przerzucać strony. A dzięki skupieniu się na konkretnych tytułach z filmografii reżysera, czytelnik może poczuć, że jest trochę bliżej procesu twórczego Tarantino. 

Książkę polecam fanom reżysera, warto mieć ją na swojej półce. Świetnie sprawdzi się też jako prezent.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

sobota, 16 lipca 2022

„Stranger Things” i „Hamilton” przypominają czym jest dobra zabawa przed telewizorem

„Stranger Things” sezon 4 (2022), Netflix

Na nowy sezon Stranger Things czekaliśmy tak długo, że właściwie zdążyłam zapomnieć jak ja ten serial ubóstwiam. Kiedy pojawiały się zapowiedzi to czułam lekką ekscytację, obejrzałam zwiastun, ale nie szukałam dodatkowych informacji ani nie nastawiałam się na coś epickiego. Po premierze minęło dobrych kilka dni zanim zdecydowałam się włączyć pierwszy odcinek i na pewno nie byłam przygotowana na dawkę emocji, która finalnie towarzyszyła mi podczas oglądania.

źródło

Warto ustalić jedną rzecz – to nie jest tak, że wszystko mi w tym sezonie pasowało. Nawet wręcz przeciwnie, bo miałam problem z wieloma wątkami. Niektóre postaci zostały potraktowane po macoszemu, co najbardziej widać w przypadku Jonathana Byersa. Jego historia w tym sezonie to palenie trawki i znaczące spojrzenia w stronę brata. Niewiele miał chłopak do zagrania. I właściwie cała ekipa z pizzowego vana wypada blado, ich część spowalnia akcję. Szkoda, bo postaci Mike'a i Willa to jednak mocny trzon Stranger Things, smutno byłoby stracić zainteresowanie ich losami. Wątek Hoppera bywa angażujący, szczególnie w scenach prób ucieczki z więzienia. Co prawda zrobił się z niego trochę niezniszczalny superbohater, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Jedenastka ma swoje mocniejsze i słabsze momenty, a jej wątek nabiera rozpędu im bardziej zbliżamy się do finału. I okazał się niezbędny do wyjaśnienia pochodzenia antagonisty sezonu, czyli Vecny. Widać, że twórcy chcą tę historię doprowadzić do sensownego finału i powoli czyszczą wątki, dopowiadając przeszłość. Dla mnie kilka pomysłów na Vecnę sprawdziło się cudownie, jak jego fascynacja pająkami, która przekuła się w znany nam kształt. Żałuję, że bardzo pobieżnie wyjaśniono jego motywację do zostania antybohaterem. Pojawiła się wzmianka o chęci zostania predatorem, a zabrakło mi zagłębienia się w jego pierwotny motyw. Chociaż w momentach, w których mam ochotę się do czegoś przyczepić, przypominam sobie co ja właściwie oglądam. Przecież Stranger Things to dla mnie przede wszystkim frajda płynąca z tej nostalgicznej podróży w czasie! 

Przechodzę zatem do moich zachwytów, czyli całego wątku w Hawkins. Wszystko, co dzieje się w miasteczku zasługuje na najwyższe oceny i może gdyby reszta wątków miała podobny poziom to sezon czwarty mógłby przeskoczyć w moim rankingu pierwszy. Przede wszystkim od samego początku akcja w Hawkins kręci się na wysokich obrotach, nie ma tam miejsca na nudę. W pierwszym odcinku wprowadzona zostaje nowa postać – Eddie, metalowiec, przewodniczący Hellfire Club, czyli klubu graczy D&D. Chłopak czaruje nas swoją charyzmą aż do ostatniego odcinka. Ta postać zbudowana jest na mocnych fundamentach, w te kilka epizodów przechodzi dobrze uargumentowaną zmianę, wnosi lekkość i zabawę, a jednocześnie ma tak cudownie buntowniczy charakter. W pierwszym odcinku widzimy też, że Max zerwała kontakt z paczką chłopaków (cudownie zabawna scena z zaproszeniem od Dustina), a Lucas zaczął trzymać się z popularnymi dzieciakami z drużyny koszykówki. Zabieg rozbicia paczki, niby schematyczny, sprawnie zbudował napięcie. Z wypiekami czekałam, aż nastąpi ich zjednoczenie. Dopiero w tym sezonie w pełni zrozumiałam jak silną więź zbudowały te postacie w poprzednich częściach. Teraz twórcy mogą odcinać kupony, co robią w najnowszej odsłonie kilkakrotnie. Bardzo często widzimy flashbacki z przeszłości, w których dzieci świetnie się bawią w swoim towarzystwie, dzięki czemu zdajemy sobie sprawę jak wiele ich łączy.

kultowa scena, z jednego z najlepszych odcinków „Dear Billy”, źródło

Moim zdaniem serial Stranger Things rozkochuje widzów z dwóch głównych powodów: pierwszym jest ekipa utalentowanych aktorów, którzy wykreowali niezapomniane postaci, a drugim jest strona techniczna. Co do bohaterów, to czwarty sezon mocno mnie zaskoczył wątkiem Max. Max i Lucas zawsze wydawali mi się takimi pobocznymi postaciami, wspierającymi działania trzonu paczki. Tym razem do nich należały moje ulubione sceny. W rozpisaniu wątku postaci Max wszystko mi się zgadzało, a Sadie Sink zagrała ją przekonująco. Warto znowu wyróżnić Steve'a i Dustina, którzy utrzymują status najlepszej pary serialu, a robią to z typową dla nich lekkością. Eddie, Robin i Nancy to też bohaterowie, którym nie sposób w tym sezonie nie kibicować. Jednak królowe są dla mnie dwie: Sadie Sink i Kate Bush, niezaprzeczalnie. 

Technicznie Stranger Things to po prostu wyższy poziom na etapie produkcji. Jest w tym sezonie kilka takich scen, że człowieka przechodzi dreszcz ekscytacji. Idealny montaż do Running up That Hill, spotkanie Jedenastki z Max czy przejście kamery między jadącymi na rowerach dzieciakami w Hawkins a starszą ekipą w Upside Down. Ale nagroda dla najbardziej czadowej sceny wędruje z czystym sumieniem do metalowego koncertu do Master of puppets! Uwielbiam to, że twórcy dostarczają nam tak kultowe sceny. I serio, dawno się tak dobrze nie bawiłam podczas oglądania czegokolwiek, jak podczas tego sezonu Stranger Things. Śledzenie losów bohaterów niezmiennie wzbudza we mnie emocje, tym razem nie obyło się i bez odrobiny płaczu, i bez krzyczenia w stronę ekranu. Twórcy po prostu przypomnieli mi, za co pokochałam oglądanie seriali!


„Hamilton” (2020), reż. Thomas Kail, Disney+

źródło

Kiedy Disney+ nareszcie pojawił się w Polsce ja miałam jeden cel na horyzoncie – obejrzeć Hamiltona. Jeżeli człowiek interesuje się w jakimkolwiek stopniu kulturą to musiał słyszeć o tej produkcji. Szum medialny zdawał się nie cichnąć, a kiedy w końcu powstała wersja telewizyjna (nagranie spektaklu na żywo) to zgarnęła nagrodę Emmy w kategorii Outstanding Variety Special Pre-Recorded. Pokonała w tej kategorii Bo Burnhama i jego Inside, co zresztą wzbudziło wiele kontrowersji w sieci, bo z jednej strony nikt nie umniejsza Hamiltonowi, a z drugiej fani byli sercem przy Inside. Po obejrzeniu obu rozumiem rozterki, bo te tytuły są rewelacyjne i trudno się złościć na wygraną któregokolwiek.

Z Hamiltonem zrobiłam rzecz, której zwykle unikam – postanowiłam obejrzeć go z grupą znajomych. Zazwyczaj pojawia się wtedy obawa, że niektórym się nie spodoba i będą swoje niezadowolenie głośno wyrażać podczas seansu. Na szczęście okazało się, że poziom produkcji jest tak wysoki, że wszyscy wyszli zadowoleni. I chociaż sporo zostało już o tej produkcji powiedziane, to nie mogłam odpuścić swojej porcji zachwytów. Szczególnie, że w tym roku obejrzałam już kilka nagranych spektakli, za sprawą przygody z National Theatre Online i muszę przyznać, że Hamilton robi największe wrażenie. Chociaż w tej opinii zapewne zawarzyło również to, że ja musicale kocham od dawna, a ten jest ewenementem nawet wśród tego gatunku. Bo wzięcie na warsztat historycznej postaci polityka z XVIII wieku i zrobić z tego połączenie klasycznej historii ze współczesną muzyką i śpiewem, było odważnym posunięciem. I gdybym usłyszała o tym pomyśle to uznałabym go za zupełnie szalony i raczej nie w moim guście. Lin-Manuel Miranda udowodnił, że bardzo, BARDZO w moim.

źródło

Musical złożony jest z niemal 50 utworów, a historię poznajemy jedynie z piosenek, które płynnie przechodzą jedna w drugą. Opowieści o politykach czasami wydają mi się skomplikowane, ale w przypadku Hamiltona wszystko wyśpiewane jest zrozumiale, historyczne wydarzenia przedstawione są w tak angażującej formie, że widz nie ma dość ani przez chwilę. Chociaż trzeba przyznać, że tempo rapowania bywa zabójcze. Oprócz głównego wątku politycznego, w którym Hamilton pnie się po stopniach kariery politycznej, toczy się tutaj kilka ciekawych historii pobocznych. Wątek romantyczny zawiera niektóre z najlepszych utworów, jak Helpless, Satisfied czy Burn. Wszystkie pięknie wyśpiewane przez siostry Schuyler, Angelikę i Elizę. Jak to w musicalach bywa, raczej nie oglądamy długiego procesu poznania i zakochania, widzimy tylko telegraficzny skrót i to w zupełności wystarcza. Pojawia się w Hamiltonie epizodyczna rola króla Jerzego, który wpada zaśpiewać dosłownie kilka piosenek, ale kradnie show za każdym razem. Czysto komediowa część, bezbłędnie zagrana przez Jonathana Groffa, którego kocham od czasów usłyszenia soundtracku do Spring Awakening (polecam!). Najlepszym jednak pomysłem było rozwinięcie wątku Aarona Burra. Jego historia mogłaby być nieszczegółowa, a twórcy mogli postawić go w jednoznacznej roli głównego przeciwnika naszego bohatera. Natomiast rozpisują jego wątek z dbałością o detale, wprowadzają rodzinne tło, dzięki czemu widzimy wiele podobieństw między nim a Hamiltonem (piosenka, w której obaj śpiewają do swoich dzieci).

Przed obejrzeniem Hamiltona wielokrotnie słuchałam soundtracku. Zakochałam się w tych piosenkach, ale starałam się omijać jakiekolwiek wideo ze sceny. Podczas seansu poczułam jak obraz pięknie dopełnia tę muzykę! Wszystko nabrało zupełnie nowego wymiaru, aktorzy w kostiumach z epoki wydobyli z siebie pokłady energii i sprawili, że scena ożyła. Mimo oszczędnej scenografii ciągle miało się wrażenie pełnej sceny, akcja pędziła do przodu, emocje buzowały, a całość była po prostu dynamiczna. Obrazu dopełniła też choreografia, dopracowana co do najmniejszych gestów, ze świetną ekipą tancerzy (można wśród nich wypatrzyć zdobywczynię Oskara za rolę drugoplanową, Arianę DeBose). I chociaż można się zachwycać nad wszystkimi elementami to największe wrażenie pozostawia po sobie tekst sztuki. Miranda zarysowuje intrygujące konflikty, a jego dialogi zaskakują świeżością podejścia do tematu. Podziwiam cięte riposty, których jest tutaj co niemiara. Świetnie sprawdzają się fragmenty, które są powtarzane w różnych momentach historii (za każdym razem jak pada „That would be enough” ściska mnie w piersiach). I powtórzenia są nie tylko w dialogach, ale i w motywach muzycznych, które wciąż powracają, ale z różnym tekstem. Spina się to wszystko w niezapomniane przeżycie. 

I polecam mocno, ale warto może ostrzec, że po seansie człowiek ma ochotę kupować bilet na Broadway!

sobota, 9 lipca 2022

„Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu” Jakub Wojtaszczyk – wolność ekspresji

Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu
Jakub Wojtaszczyk

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 496
Wydawnictwo: Znak

Drag nie jest tyko dla osoby, która go robi i spełnia swoje fantazje. Drag jest włączony w działania aktywistyczne.
 

Opis wydawcy

Cudowne przegięcie to wnikliwy reportaż o współczesnej scenie dragowej, jej czołowych performerach i performerkach, ich dziełach oraz działaniach. To także wyjątkowa opowieść o akceptacji i pasji, ale przede wszystkim – o wolności.


Moja recenzja

Moje zainteresowanie dragiem narodziło się kilka lat temu za sprawą programu RuPaul's Drag Race, którego kilkanaście sezonów można obejrzeć na platformie Netflix. To reality show, w którym uczestnicy walczą o tytuł najlepszej drag queen Ameryki. Program przynosi całe mnóstwo dobrej zabawy, a jednocześnie uświadamia widzów w wielu kwestiach dotyczących queerowej społeczności. Mnie sporo nauczył. Podążając za tym zainteresowaniem, udało mi się w niewielkim stopniu poznać również świat polskiego dragu. Zaczęło się od zeszłorocznego spektaklu, wystawianego w konkursie OFF na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, o tytule Najczęściej zadawane pytania. Rewia Drag Queen. Później były też quizy o programie RuPaul's Drag Race, które prowadziła Twoja Stara w jednym z wrocławskich pubów. To właśnie Twoja Stara znalazła się na okładce Cudownego przegięcia i kiedy tylko zobaczyłam to zdjęcie, wiedziałam, że muszę ten reportaż przeczytać.

Jakub Wojtaszczyk, autor książki, przeprowadził serię wywiadów z wieloma osobami, po czym odmalował nam obraz współczesnego świata polskiego dragu, który jest bardzo różnorodny i odbiega od znanego z programu RuPaula. Nic tu nie jest na sztywno zdefiniowane, coraz to nowe osoby eksplorują temat i wciąż dokładają elementy do tego świata. Dla osoby pobieżnie zorientowanej w temacie książka jest bogatym źrodłem informacji. Dowiedziałam się przykładowo, że sporo polskich wykonawców zaczynało bądź specjalizuje się w sztuce wcielania się w słynne osoby, a bycie sobowtórem Dody czy Adele pozwala na łatwiejsze zdobycie pracy. Autor umieścił w reportażu dużo cytatów z różnych źródeł, przez co w książce znajdziemy mocno rozbudowany dział przypisów. Moim zdaniem, lekko przeszkadzały w rozkoszowaniu się lekturą – jeżeli zaczynają zajmować ponad pół strony, to wolałabym, żeby były umieszczone na końcu książki. 

źródło

W Cudownym przegięciu wielokrotnie pojawi się wzmianka, że drag to nie tylko przebieranie się w kobiece ubrania, ale też aktywizm i walka o prawa. Niektóre z drag queen znane są przede wszystkim jako aktywistki, jak siostra Mary Read, a inne przemycają działania na rzecz społeczności w swoich występach. Jeszcze dla innych ważny jest proces twórczy, chęć podzielenia się swoją historią, swoją wrażliwością. Nie możemy jednak zapominać, że to również czysta forma zabawy, dostarczanie widzom rozrywki. Wystarczy przejść się na show Twojej Starej, żeby zobaczyć, że drag jest formą, do której warto podejść z dystansem i otwartą głową.

Było również kilka smutnych wniosków, które nasunęły mi się podczas czytania Cudownego przegięcia. Najbardziej uderzyła mnie wzmianka o przypadkach braku wsparcia dla drag queen od części społeczności LGBT+. Niektórzy uważają, że królowe ściągają na siebie zbyt wiele uwagi, przez co ludzie oceniają queerowe osoby w negatywny sposób. Jeżeli nawet w swojej społeczności spotyka się z dyskryminacją to musi być to szczególnie trudne do uniesienia. Liczę na to, że dzięki takim książkom jak Cudowne przegięcie, ten temat zostanie oswojony i więcej osób zrozumie kto kryje się pod tym kolorowym makijażem, perukami i cekinowymi sukienkami. 

W reportażu Wojtaszczyka najważniejsze jest jednak poznanie ludzkich historii i zagłębienie się w świat ich emocji. Czytelnik może przeczytać o tym z jakimi trudnościami borykali się w życiu, co musieli poświęcić, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Ich determinacja i odwaga robią wrażenie, dają nadzieję na przyszłość. Budzą chęć wspierania i kibicowania w drodze do spełniania marzeń. I nie jest tutaj ważne jaką formę dragu wybierają, jaka jest ich płeć czy orientacja – najważniejsza jest wolność ekspresji. I o tę warto walczyć.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 21 czerwca 2022

Teatralne pół roku

Pierwsza połowa roku już prawie za nami i chociaż czytelniczo nie był to dla mnie najbardziej owocny okres, to pod względem teatralnym zaliczam go do bardzo udanych. Odwiedziłam kilka różnych teatrów, a większość obejrzanych spektakli okazała się strzałem w dziesiątkę. Początkowo, nie miałam zamiaru wracać do tych wszystkich tytułów, ale brak chociażby słowa o tak świetnych przedstawieniach jak Cesarz (Teatr Capitol) byłoby dużym błędem. Gromadzę zatem moje odczucia w zbiorczy post i postaram się krótko napisać na które tytuły warto zwrócić uwagę.

Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie, reż. Agata Kucińska 
(AST Wydział Lalkarski we Wrocławiu)
źródło

Pierwszym spektaklem obejrzanym w tym roku był spektakl dyplomowy studentów Wydziału Lalkarskiego we wrocławskim AST o nazwie Pomiłość. Przeraźliwie kiczowate i banalne historie w reżyserii Agaty Kucińskiej. Nazwisko reżyserki zapewne wielu wrocławskim fanom teatru jest znane. Wszystko za sprawą Blaszanego Bębenka, gdzie Agata Kucińska wciela się w postać Oscara przy użyciu lalki tintamareski. Jeżeli jeszcze nie byliście, to koniecznie wybierzcie się do Capitolu na ten spektakl. Już samo podziwianie zdolności lalkarskich aktorów jest tego warte.

Zazwyczaj, wybierając się na spektakle dyplomowe obniżam lekko swoje oczekiwania. Wiem, że będę oglądała młodych ludzi, którzy znajdują się jeszcze na początku swojej ścieżki kariery. W przypadku przedstawienia Pomiłość zupełnie niepotrzebnie to zrobiłam. Całość to czysta przyjemność, eksplozja świeżości, młodzieńczego zapału i pomysłowości. Aktorzy przenoszą nas w przyszłość, gdzie nie ma już miłości, takiej, jaką znamy. Grupa bohaterów postanawia jednak zgłębić przeszłość. Za pomocą technologii VR przeżywają historie romantyczne naszych czasów z ich ekscytującą, barwną stroną, a także licznymi rozczarowaniami. Forma „podróży w czasie” pozwala na wprowadzenie wielu różnych scenek, w których poszczególni aktorzy mogą zabłysnąć. Scenki te robią ogromne wrażenie, są zgrabnie napisane, świetnie zagrane i zachwycające od strony technicznej. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej. Do moich ulubionych fragmentów zalicza się ten, który miał miejsce w sanatorium. Pomysł na zrobienie własnej wersji gry, tzw. „piłkarzyków”, używając lalek – petarda! Muszę też wyróżnić Nikolę Czerniecką, bo ta dziewczyna wprowadza prawdziwą magię do etiud, ma masę charyzmy i na pewno będę śledzić jej dalsze poczynania sceniczne. Jedyne, czego mogłabym się przyczepić, to że może trochę brakowało mi jakiejś iskry w scenach grupowych, może większego zgrania, ale to i tak jeden z najprzyjemniejszych wieczorów spędzonych w teatrze w tym roku.

Cesarz, reż. Cezary Studniak
(Teatr Capitol we Wrocławiu)
źródło

W Capitolu dorwałam bilety na świeżutką premierę, czyli Cesarza w reżyserii Cezarego Studniaka. Trochę byłam przerażona wizją przenoszenia książki Kapuścińskiego na deski, bo w końcu spora część mocy tej opowieści tkwi w języku i zabiegach literackich, którymi autor sprawnie operuje. Tym większe było moje zaskoczenie, że wrocławscy artyści poradzili sobie z tą historią aż tak dobrze. Na scenie publiczność ogląda opowieść o zachłyśnięciu się władzą, opresji społecznej i najgorszych stronach ludzkiej natury. Ta wersja Cesarza jest w sporym stopniu wierna swojemu pierwowzorowi i wiele epizodów udało się z sukcesem przenieść na deski teatru. Przykładowo, scena przyjmowania zagranicznych delegatów, kiedy mieszkańcy kraju głodują i czekają na resztki ze stołu – robi równie piorunujące wrażenie jak ta opisana w książce.

Ciekawie wypada tytułowa postać, w którą wciela się Mikołaj Woubishet. Cesarz w jego wykonaniu jest niemą figurą (przez większość czasu), ubraną w nieskazitelnie biały strój, o której reszta bohaterów opowiada, która budzi ich zgrozę, której starają się przypodobać. Wszyscy aktorzy radzą sobie świetnie, nie ma większego sensu nikogo wyróżniać (chociaż ja mam słabość do Heleny Sujeckiej i to ona kradła moją uwagę). Muzyka idealnie koresponduje z wydarzeniami na scenie, a choreografia pozwala na podkreślenie okrucieństwa świata przedstawionego. Cesarz, mimo moich początkowych obaw, okazał się kolejnym świetnym tytułem w repertuarze teatru i premierą, którą po prostu warto obejrzeć.

We wrocławskim Capitolu udało mi się również złapać Alicję, która przyniosła sporo uśmiechu. To na pewno spektakl, na którym dorośli mogą bawić się równie dobrze (jeśli nie lepiej), co młodsi widzowie. Na tegorocznym PPA dotarłam jedynie na finał piosenki aktorskiej. Zachwycił mnie w tym roku pomysł na prowadzenie gali, z wyświetlanymi wiadomościami od zwycięzców poprzednich edycji. Niestety, sam koncert z utworami Mirona Białoszewskiego już nie porwał, tak jak ten z poprzedniego roku. Na usprawiedliwienie – ostatnim razem na przeglądzie widziałam genialnego Ralpha Kamińskiego z utworami Kory, więc ciężko takie wydarzenie przebić.


Historia miłosna, reż. Wojciech Malajkat
(Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu)

Wojciech Malajkat wyreżyserował w opolskim teatrze intymną opowieść o miłości. Mam wrażenie, że adaptacji teatralnych w tym rodzaju jest coraz mniej. Takich, które pozbawione są efekciarstwa, a skupiają się na opowiadanej historii i emocjach bohaterów. W ten wieczór w Opolu twórcom udało się przypomnieć na czym polega magia teatru.

W Historii miłosnej poznajemy dwie kobiety, które spotykają się przypadkiem i zakochują się w sobie. To ich wątek będzie trzonem spektaklu. Fabuła jest linearna, oglądamy chronologiczną opowieść, ale zastosowane zostały przeskoki w czasie, dzięki czemu historia rozciąga się do kilkunastu lat. Aktorzy przechodzą na naszych oczach metamorfozy, zmieniają się pod wpływem wydarzeń i ukazują nam różne oblicza tego samego bohatera. Warto zaznaczyć, że pomysł na scenografię okazał się strzałem w dziesiątkę i pomógł w ekspresowych zmianach miejsca i czasu akcji. Na środku sceny postawiona została ruchoma konstrukcja, która po obrocie staje się mieszkaniem dziewczyn, kawiarnią czy wnętrzem gabinetu lekarskiego. 

Usiłowanie streszczenia fabuły tego spektaklu zdecydowanie umniejszyłoby opolskiej realizacji. Może ta historia wydawać się typowym melodramatem, ale dzięki wprowadzeniu humorystycznych dialogów i  odpowiedniego poprowadzenia postaci, całość nabiera lekkości. Śmiejemy się z aktorami i cieszymy ich szczęściem, a za chwilę wylewamy łzy nad ich losem. 

Tekst spektaklu podkreśla jakie konsekwencje niosą ze sobą niedotrzymane obietnice. Zobaczymy, że miłości nie da się kontrolować. Zaangażowanie Helene (Karolina Kuklińska) jest intensywne i prawdziwe tak długo jak trwa, ale bohaterka zbyt lekko rzuca słowa „na zawsze”. Po drugiej stronie stoi Katia (Katarzyna Osipuk), która podchodzi do związku zupełnie odwrotnie – wzbrania się przed zaangażowaniem, ale ulega zmianie pod wpływem entuzjastycznej Helene. Tytułowa historia to nie tylko opowieść o tych dziewczynach. To również opowieść o miłości między bratem i siostrą, miłości rodzicielskiej, miłości tragicznie utraconej. Miłość w spektaklu buduje, napawa optymizmem i dodaje skrzydeł, ale miłość też niszczy, rozczarowuje i przeraża. A na pewno znacząco wpływa na życie każdego z bohaterów.

Opolski spektakl pozbawiony jest zbędnych środków, stawia na odpowiednio zagrany komediodramat i tym samym pokazuje, że wzbudzenie emocji w widzach może odbyć się bez używania wielu efektów specjalnych. Malajkat bardzo dobrze poprowadził swoich aktorów, każda z postaci jest charakterystyczna, ich zmiany są wiarygodne i wynikają z odpowiednio rozczytanych motywów i celów. Może najmocniejszym elementem miała być historia dwójki kobiet, ale uwagę kradnie postać brata i jego wątek. Trudno było przejść obojętnie obok dramatu bezbłędnie zagranego przez Karola Kossakowskiego i Magdalenę Maścianicę. Tych emocji na pewno długo nie zapomnę.

Recitale Mariusza Kiljana (Teatr Polski Wrocław), Rzeźnia numer pięć (Teatr Współczesny Wrocław), Król (Teatr Polski Warszawa), Sługa dwóch panów (Teatr Dramatyczny Warszawa), Na wschód od Hollywood (Teatr Rampa Warszawa)

W Teatrze Polskim we Wrocławiu udało mi się pojawić dwukrotnie i za każdym razem wybór padł na recital Mariusza Kiljana. Jeżeli ktoś interesuje się piosenką aktorską to musi znać tego aktora. Ma swój niepowtarzalny styl prowadzenia utworów, jest pełen ekspresji. Gdziekolwiek – wibracje na temat Grechuty to pomysł na pięknie spędzony wieczór, ze znanymi piosenkami w nowych aranżacjach, wszystkie cudownie zaśpiewane. 20 najśmieszniejszych piosenek na świecie to wznowienie, które również udowadnia jaki talent ma Kiljan. W tym krótkim spektaklu aktor przechodzi z postaci w postać w ciągu kilku sekund co robi piorunujące wrażenie. Ten tytuł jest również mocno komediowy, więc jeżeli macie ochotę się pośmiać to aktor na pewno dostarczy Wam do tego powodów. Ja jestem większą fanką Gdziekolwiek, ale oba spektakle warto obejrzeć.

Rzeźnia numer pięć w reżyserii Marcina Libera to świetne przedstawienie i jeden z najlepszych tytułów w repertuarze Teatru Współczesnego. Książkę Vonneguta czytałam już dawno temu, ale spektakl okazał się bardzo wierny pierwowzorowi. Co nie jest takie łatwe – kto czytał, ten wie. Rzeźnia numer pięć złapała moją uwagę od pierwszych scen, aktorzy Teatru Współczesnego wytworzyli między sobą niesamowitą chemię, oglądanie ich to była czysta przyjemność. Dodatkowo, scenografia, kostiumy, gra światłem i muzyka – wszystko to dopełniało spektakl, tworząc satysfakcjonującą całość. Ostrzegam tylko, że czas trwania może niektórych pokonać, bo to ponad trzy godziny. Polecam się zatem przygotować i przyjść wypoczętym. I jeżeli przeszkadza Wam dym papierosowy to radzę usiąść w dalszych rzędach. Sam spektakl gorąco polecam, szczególnie fanom książki.

źródło

W jeden z weekendów wybrałam się również do Warszawy, gdzie udało mi się obejrzeć trzy spektakle. Pierwszym był Król na podstawie książki Twardocha w reżyserii Moniki Strzępki i to ten tytuł zrobił na mnie największe wrażenie. W końcu udało mi się zobaczyć Andrzeja Seweryna na scenie i to niezapomniane przeżycie, aktor jest prawdziwie hipnotyzujący. Historia trzyma się fabuły znanej z książki, ale oczywiście potrzebne były pewne skróty, żeby zmieścić się w ograniczonym czasie. Ja czytałam pierwowzór, więc nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem treści, ale podczas przerwy słyszałam kilka uwag na ten temat, więc polecam się zapoznać z Królem Twardocha przed wizytą w teatrze. Choć spektakl jest długi oglądałam go z niegasnącym zainteresowaniem, zrealizowany został z rozmachem. Świetnie wypadł obraz Warszawy lat minionych, kilka aktorskich występów zapada głęboko w pamięci (Krzysztof Dracz jako Kum!), a sceny w spowolnieniu wyszły moim zdaniem bardzo efektownie.

Drugim spektaklem był Sługa dwóch panów w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. To commedia dell'arte, podczas której trudno nie wybuchnąć kilkukrotnie śmiechem. Tekst Carlo Goldoniego zawiera sporo humoru sytuacyjnego, jednak skupia się oczywiście na zabawnych postaciach. Jak na typową commedię dell'arte przystało aktorzy grają również w maskach, zdarza im się improwizować i przede wszystkim świetnie się bawią na scenie, dzięki czemu i widzowie dobrze się czują. Prym wiedzie Krzysztof Szczepaniak, który w roli sługi jest przezabawny. Dobrze spędzony wieczór w teatrze, polecam dla osób szukających dość prostej rozrywki i dawki humoru. Niestety, już tak zabawnie nie było na spektaklu Na wschód od Hollywood, który nie trafił w moje gusta. Spektakl napisany został przez Tomasza Jachimka, znanego polskiego kabareciarza. Temat wydawał się ciekawy, bo przedstawienie to losy początkującego aktora, który opuścił mury szkoły i marzy o graniu w teatrze. Realizacyjnie nie porywa, a żarty są mocno „kabaretowe”. Epizodyczne role zagrają nawet znani polscy kabareciarze, jak Abelard Giza. Jeżeli jesteście fanami tego humoru to może Wam się spodobać.

Życzę wszystkim samych pięknych teatralnych przygód w drugiej połowie roku!

wtorek, 7 czerwca 2022

„Miasteczko Middlemarch” George Eliot – wielkie marzenia mieszkańców niewielkiej prowincji

Miasteczko Middlemarch
George Eliot

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1871
Liczba stron: 1040
Wydawnictwo: MG

My, śmiertelni, kobiety i mężczyźni, przełykamy wiele zawodów między śniadaniem a kolacją, powstrzymujemy łzy, usta nam bieleją, a zapytani odpowiadamy: 'Och, nic takiego!'. Wspomaga nas duma, a duma wcale nie jest zła, jeśli tylko skłania nas do ukrywania własnych ran, nie zaś do zadawania ich innym.
 

Opis wydawcy

Dzieją się w Anglii lat 20 XIX wieku, rzeczy ważne, a miasteczko Middlemarch, tak jak każde prowincjonalne miasteczko, jest tych wielkich przemian mini sceną, toteż historia toczy się wraz z wątkiem romantycznym i kryminalnym. Losy miasteczka Middlemarch są historycznie i ekonomicznie splecione z losami okolicznej społeczności, mieszkańcami sąsiednich dworów i należących do nich farm.


Moja recenzja

Miasteczko Middlemarch to jeden z klasyków literatury, często wychwalany przez krytyków i bardzo różnie odbierany przez czytelników. W rankingu 100 najlepszych brytyjskich powieści, który ukazał się w 2015 roku, otrzymał zaszczytne pierwsze miejsce (źródło). Autorką książki jest Mary Ann Evans, która ukrywała się pod pseudonimem George Eliot (imię pożyczyła od miłości swojego życia). Wieść niesie, że jej ojciec uważał córkę za słaby materiał na żonę, dlatego od wczesnych lat postawił na jej edukację. Szkoliła się przede wszystkim w filozofii i teologii, oprócz tego sporo czytała. Porządne wykształcenie zaprowadziło ją do kariery redaktorskiej. Mary Ann Evans jako dorosła kobieta przeciwstawiała się ówczesnym tradycjom, była agnostyczką, żyła w wolnym związku z zamężnym George'm Lewesem. Postanowienie pisania pod pseudonimem było podyktowane chęcią ochrony przed oceną jej twórczości przez pryzmat skandalów, które towarzyszyły jej życiu prywatnemu. Autorka napisała łącznie siedem książek, z czego najsłynniejszą jest Miasteczko Middlemarch. Było ono wydawane partiami w latach 1871-1872, podzielone na osiem części.

Moja przygoda z lekturą przechodziła przez kilka etapów. Podeszłam do niej optymistycznie i historia Dorotei, czyli pierwszy tom o nazwie Panna Dorotea Brooke, szybko mnie wciągnęła. Fabuła z czasem zaczyna się mocno rozgałęziać, a wraz z tym mój czytelniczy zapał zaczął słabnąć. Skończyło się na tym, że początkowe 200 stron czytałam łącznie kilka miesięcy. Trudno było się zaangażować, a ciągłe wprowadzenie nowych postaci tworzyło mętlik w głowie. Na szczęście, później zupełnie wsiąknęłam w tę historię, zaczęłam doceniać język powieści i ponadczasowe przemyślenia o ludzkich namiętnościach.

W Miasteczku Middlemarch poruszanych zostaje wiele różnych tematów, ale dla mnie jest to historia o życiowych ambicjach, związanych z nimi oczekiwaniach oraz rozczarowaniach. Bohaterowie maja konkretne cele, do których dążą, a autorka nas o nich wprost informuje. Równocześnie pojawiają się przed nimi przeciwności losu, które powstrzymują ich przed zrobieniem kroku naprzód – doktor Lydgate nie może zaangażować się w rozwój kariery, bo życie małżeńskie zaczyna wpływać negatywnie na jego finanse, Dorotea nie może spełniać swoich marzeń przez pewien mały zapis w testamencie, Fred Vincy nie może zalecać się do Mary, nie obrawszy wcześniej ścieżki kariery. Czasami na drodze do spełnienia stają popełniane przez bohaterów błędy, innym razem zrządzenie losu. Ważnym elementem okaże się umiejętność pójścia na kompromis – niektórzy finalnie osiągają założone cele jedynie w pewnym stopniu. Muszą pogodzić się z tym, że wyobrażenia o przyszłości często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, a człowiek nie jest w stanie wszystkiego zaplanować. 

powieść wydawana była w częściach, w latach 1871-1872, źródło

Powieść ma wolne tempo, autorka pozwala sobie na rozciąganie świata przedstawionego, wprowadzając coraz to nowe postaci i wydarzenia z nimi związane. Przyznaję, że sama w pewnym momencie się zgubiłam i byłam zmuszona do wyszukania w sieci schematu, na którym opisane były relacje między mieszkańcami Middlemarch. Na szczęście to szybko pomogło wrócić na dobre tory. Bohaterowie przedstawieni są wnikliwie, to postacie wielowymiarowe, a ich motywacje są jasno wytłumaczone. Usłyszałam już kilka głosów, że Dorotea jest ulubienicą czytelników i zupełnie mnie to nie dziwi. To silna bohaterka, która mimo wielu ciosów od losu wciąż emanuje dobrą energią i szuka okazji do pomocy innym. Trudno jednak nie docenić tych bardziej dramatycznych bohaterów, jak Lydgate, którego życie potoczyło się zupełnie inaczej niż sobie to zaplanował. Nawet Casaubon, który z dalszej perspektywy wydaje się negatywną postacią, po bliższym zgłębieniu powinien zostać określony bohaterem tragicznym. Eliot nie zapomina, że każdy z nas złożony jest z wielu doświadczeń i pragnień, które formują człowieka i wpływają na jego zachowanie.

Miasteczko Middlemarch ma w swoim sercu trzy historie miłosne, od których wychodzi reszta rozgałęzień. Te trzy podstawy przenikają się i wpływają na siebie, kształtując przy okazji obraz społeczeństwa prowincjonalnego miasteczka. W powieści zostanie przedstawione zupełnie inne podejście do wątków romantycznych, niż to, które znamy z prozy Austen czy Bronte. W tym przypadku śledzimy poczynania par również po etapie zakochania i wstępnej fascynacji. Początkowo bohaterowie wyobrażają sobie przyszłe życie jako usłane różami i angażują się w relacje z partnerem, podtrzymując obraz tej fantazji. Niestety, życie mocno ich doświadcza, okazuje się, że osoba po drugiej stronie nie jest identyczna z wyimaginowanym partnerem. Przynajmniej na przykładzie dwóch par możemy oglądać skutki nieszczęśliwego małżeństwa. Pamiętając o czasie akcji, czytelnikowi po prostu jest szkoda bohaterów duszących się w związkach, z których nie mają ucieczki. Zmuszeni są zaakceptować swoją sytuację, żeby nie być źródłem skandalu. 

Lektura Miasteczka Middlemarch ma zatem sporo do zaoferowania. Dla mnie to kolejna klasyka, która zasłużenie zajmuje miejsce w kanonie, a poruszane w niej tematy są wciąż aktualne, jak wątek walki o władzę czy pragnienia osiągnięcia sukcesu zawodowego z przeszkadzającym w tym życiem prywatnym. Dodatkowo, wiele jest tutaj ciekawych obserwacji na temat małomiasteczkowego społeczeństwa – zmiany w takim miejscu postrzegane są przez mieszkańców jako coś negatywnego, a plotki błyskawicznie potrafią zniszczyć obraz obgadywanej osoby. Wszystko to możemy spotkać po dziś dzień wokół nas. Natomiast czytanie tego w formie zaproponowanej przez George Eliot to prawdziwa uczta. Wydaje mi się, że to powieść do której można wracać i za każdym razem znajdować w niej coś nowego.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka