sobota, 18 kwietnia 2020

„Rebeka” Daphne du Maurier - skrycie jątrząca się zazdrość


*Rebeka*
Daphne du Maurier

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Rebecca
*Gatunek:* kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1938
*Liczba stron:* 447
*Wydawnictwo:* Albatros
Pomyślałam, jakby to było dobrze być łagodną i zrównoważoną (...). Nie denerwować się nigdy, nie dręczyć wątpliwościami i brakiem decyzji, nie stać tak jak ja, pełna nadziei i dobrych chęci, przestraszona, obgryzająca paznokcie, niepewna jaką drogę obrać, jaką kierować się gwiazdą.
*Krótko o fabule:*
Uboga dziewczyna, pracując jako dama do towarzystwa bogatej Amerykanki, pani van Hopper, trafia do Monte Carlo, gdzie poznaje bogatego wdowca Maxima de Wintera. Po krótkiej znajomości poślubia go i zamieszkuje w jego angielskiej posiadłości Manderley.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Od premiery Rebeki minęło ponad 80 lat, a czytelnicy na całym świecie wciąż zaczytują się w tej lekturze i nieustannie zwiększa się liczba osób zachwyconych, których ta powieść porywa w niezapomnianą przygodę. Na mojej półce książka spędziła kilka lat, cieszę się jednak, że w końcu mogę dołączyć do w pełni usatysfakcjonowanych fanów tej powieści.

Daphne du Maurier należy do tego grona autorek, które za życia krytycy uznali za niewarte uwagi, a ich literaturę zamykano w ramach powieści romantycznych dla kobiet szukających przygód. Zaczęła pisać Rebekę pod wpływem tęsknoty za swoim ukochanym domem w Cornish. Podczas pisania przebywała w Egipcie, a jej ukochane miejsce na ziemi pozostawało poza jej zasięgiem (co jest, swoją drogą, sporą analogią do idealizowanego Manderley z kart powieści). Po latach dopiero zaczęto doceniać jej umiejętność prowadzenia narracji i nadawania fabule mistycznego, mrocznego klimatu - czego najgłośniejsza powieść du Maurier, Rebeka, jest idealnym przykładem.

Całość prowadzona jest w pierwszoosobowej narracji przez dziewczynę, której imienia nie dane nam będzie poznać. Niewiele czasu potrzeba, żeby zobaczyć, że jest to bardzo nieśmiała, skromna, nieobyta, umniejszająca swojej wartości dwudziestolatka. Kiedy zaczyna interesować się nią bogaty, ułożony mężczyzna z wyższych sfer oddaje się mu cała, zakochuje się niemal momentalnie, zapewne będąc świadomą, że lepsza partia nigdy się jej nie trafi. Rzuca wszystko i wychodzi za niego za mąż. Nie wie jednak, że razem z nowym towarzyszem życia zyskuje jego mroczną przeszłość, z martwą żoną na pierwszym planie.
źródło, shot z filmu Rebeka (1940)
Główna bohaterka poza prowadzeniem czytelnika przez poszczególne wydarzenia, pokaże nam także co siedzi w jej głowie, na papier przelane zostały wszystkie jej skryte myśli. Dziewczyna ciągle jest prześladowana imieniem Rebeki, pierwszej żony Maxa. Wszelkie porównania wśród znajomych tylko utwierdzają ją w przekonaniu, że nie jest wystarczająco dobra, że nigdy nie dorówna poziomowi uzdolnionej, silnej, towarzyskiej, tryskającej energią i pomysłami na nowe zabawy Rebeki. Właśnie dzięki monologom młodej dziewczyny zobaczymy jak człowiek sam potrafi niszczyć swoją wartość. Wciąż i wciąż analizuje słowa znajomych, dopowiada sobie co jeszcze mogli pomyśleć, wyobraża sobie plotki rozchodzące się wśród służby, wmawia w siebie, że mąż nigdy nie pokocha jej tak, jak kochał tamtą. Du Maurier otwiera nam wrota do głowy tej dziewczyny i pozwala zobaczyć jak z początkowych wyobrażeń o idealnym życiu u boku Maxima powstają koszmarne sceny, które mogły, ale nie musiały się wydarzyć. Zazdrość napędza tę postać, to źródło nieustannie towarzyszącego jej strachu.

Rebeka często była przenoszona na scenę, a jej najsłynniejsza ekranizacja, wyreżyserowana przez mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka, zasłużyła na wyróżnienie Oscarem za najlepszy film. Po obejrzeniu zwiastuna nasunęło mi się jedno pytanie: dlaczego reklamowana była jako „historia miłosna”? Zapewne miało to związek z opinią ówczesnych krytyków, może tak lepiej film się sprzedawał. Moim zdaniem to opowieść wręcz antyromantyczna. Miłość głównej bohaterki do Maxima jest zupełnie ślepa, kocha go dla samej czynności kochania, pragnie tylko, żeby jej nie zostawiał. Patrząc na powieść mogę wymienić jedno szczere uczucie i dotyczy ono służącej, pani Danvers do byłej chlebodawczyni.

Bezimienna narratorka wydaje się stać w cieniu nieobecnej Rebeki, która na zawsze zostanie pierwszą panią de Winter. Jej brak imienia uwypukla fakt, że brakuje jej tożsamości, mocnego charakteru, a to sprawia, że tak łatwo ulega wpływom innych osób. W niektórych sytuacjach postępuje zupełnie przeciwnie do typowego wzorca, ale przez to, że dokładnie znamy każdą jej myśl rozumiemy skąd ta uległość się bierze. Niesamowite jest to, że autorka bawi się z czytelnikiem i pojęciem zbrodni - stara się tak wszystko ułożyć, żebyśmy sympatyzowali z negatywnymi bohaterami. Dopiero po odłożeniu lektury człowiek rozumie, że miał nadzieję na coś, co obiektywnie nazwano by nieszczęśliwym zakończeniem, w którym ludzie winni nie otrzymują kary za swoje czyny.
De Maurier kończy całość piękną klamrą, po której na chwilę wracamy do pierwszych stron powieści, gdzie druga pani de Winter zaczęła snuć swoją opowieść. Czytelnik natomiast ma ochotę wrócić do Manderley i znowu przeżyć tę niesamowitą przygodę. Rebeka bowiem tak szybko nie opuści naszych myśli - tak jak nie opuszcza myśli bohaterów książki.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

„Smoczy książę” (sezony 1-3, Netflix) - na niektóre historie nigdy nie będziemy za starzy

To, że lubię oglądać pełnometrażowe animacje to niezaprzeczalny fakt, ale nie spodziewałam się, że mogę się wciągnąć i śledzić z przyjemnością animowany serial. Dzięki rekomendacji zwierza popkulturalnego sięgnęłam jednak po Smoczego księcia na Netfliksie i oglądanie go przyniosło mi zaskakująco masę frajdy. Czy uważam, że dorośli powinni rzucić wszystko i zacząć to oglądać? Nie wiem. Wiem tyle, że mi (i partnerowi mojemu też) ta produkcja spodobała się bardzo, ale to BARDZO. A swoje latka na karku już mamy.
źródło
Królestwo ludzi i magiczna kraina Xadii od lat są w stanie wojny. Ludzie nie potrafią wybaczyć sąsiadom śmierci swojej królowej, mieszkańcy Xadii natomiast - śmierci smoczego króla. Każda zbrodnia nakręca machinę zemsty i doprowadza do kolejnych morderstw. W tym świecie poznajemy Raylę, która ze swoją drużyną wyrusza z misją: zabić króla ludzi i jego synów. Młoda elfka zaczyna mieć jednak wątpliwości czy uda jej się dokonać tej zbrodni z zimną krwią. Podczas ataku na zamek natyka się na Calluma i Ezrana, czyli książęta które były jej celem, i razem z nimi znajduje w podziemiach jajo smoczego księcia. Cała trójka postanawia zanieść je do Xadii i skończyć tę potworną wrogość pomiędzy królestwami.

Smoczy książę został stworzony przez Justina Richmonda i Aarona Ehasza, który wcześniej pracował nad popularną animacją Avatar: Legenda Aanga. Tytuł netfliksowego serialu wyglądał mi na produkcję skierowaną typowo do młodszego widza, dlatego tak długo wstrzymywałam się z oglądaniem. To było jednak zupełnie niepoprawne stwierdzenie. Owszem, serial korzysta z wielu schematów i przekazuje oklepane wartości, a młodsi widzowie znajdą w nim mnóstwo przyjemności. Zarazem twórcom udaje się świetnie żonglować wszystkimi gatunkowymi kliszami. Mamy co prawda standardowy rozłam: ludzie przeciwko elfom, ale obok tego bardzo oryginalnych bohaterów historii, jak głuchą ciotkę, która każdemu potrafi skopać tyłek czy królewską parę kobiet, rządzących jednym z państw.
źródło
Patrząc na Smoczego księcia z perspektywy obejrzanych trzech sezonów od razu chce się powiedzieć o wspaniale wykreowanych bohaterach. W tym tkwi siła i prawdziwa magia serialu. Postacie ewoluują, przeżywają traumy i próbują sobie z nimi radzić, są ostrożni względem innych, a zarazem zawiązują prawdziwe przyjaźnie, płaczą i pocieszają się nawzajem, ranią innych, bo starają się obronić ich przed smutkiem. To naprawdę niesamowite jak można rozpisać charaktery bohaterów, że człowiek jest zachwycony każdym z osobna. Przez trzy sezony poznajemy sporo postaci drugoplanowych, z których każda jest równie charyzmatyczna. W pewnym momencie zresztą mamy kilka wątków, różnych ścieżek, które śledzimy, a każda z nich jest tak samo intrygująca.

Brawa należą się za łamanie schematów w temacie bohaterów. Przede wszystkim wspaniałe są postacie kobiece, każda silna, a zarazem mierząca się z niesamowicie trudnymi wyborami i drogami. Amaya, głucha ciotka, która stoi na straży honoru, broni królestwa swojej zmarłej siostry za wszelką cenę. Rayla, młoda dziewczyna, mierząca się z różnicami między tym co inni uważają za słuszne, a co podpowiada jej serce, która postanawia doprowadzić do końca długoletniej wojny. Claudia, zapatrzona w swojego ojca, kompletnie oddana rodzinie, która bliskich stawia ponad wykonanie zadania i wypełnianie rozkazów. Każda z nich rozwija się powoli na przestrzeni tych trzech sezonów, ale na tym etapie są wspaniałymi postaciami, którym każdy chce kibicować.
Bohaterowie po obu stronach konfliktu nie są także jednoznacznie dobrzy czy źli. Ich motywacje są jasne, a intencje zupełnie zrozumiałe, dzięki temu, że historia każdego jest odpowiednio zarysowana. Może pod koniec jedna z postaci wychodzi na prowadzenie jako „główny zły”, ale jego droga do tego miejsca była dobrze uargumentowana. Zobaczymy jak będzie dalej.
źródło
Serial idealnie balansuje na granicy komediowego podejścia i heroicznego fantasy. Sprawa jest ważna, ludzie tracą życie walcząc o wygraną swojego królestwa, mamy do czynienia ze zdradą, kłamstwem, a nawet zleconym zabójstwem. Wszystko jednak idealnie równoważy lekkość scenariusza i zabawni towarzysze przygód. Serce łatwo skradnie Robal, czyli zwierz-kompan Ezrana, amator ciastek z dżemem, przywiązany do swojego pana, lojalny i współczujący, a zarazem zblazowany i leniwy (momentami przypomina typowego kota, naprawdę). Jednak sporo innych osób wnosi komediowy aspekt, chociażby Soren i jego złote myśli czy oderwana od rzeczywistości, choć bardzo pomocna, Lujanne.

Smoczy książę to również kawał dobrej roboty od strony technicznej. Animacja zdecydowanie potrafi zachwycić, jest dopracowana i przemyślana, bardzo dobrze prezentuje widzom świat przedstawiony. Szczególnie robi wrażenie, kiedy bohaterowie trafiają do Xadii i możemy podziwiać wiele magicznych miejsc i stworów. Zabawnym elementem jest to, że w celu rozróżnienia mieszkańców dwóch królestw twórcy zdecydowali się elfom dać mocny akcent (chyba irlandzki, ale pewna nie jestem). Jest to szczegół, który pięknie dopełnia różnicę pomiędzy rasami.

Widzowie, którzy uważają się za fanów fantastyki zdecydowanie łatwo zakochają się w tym serialu. To opowieść pełna przygód, magii, wspaniałych bohaterów i zwrotów akcji. Gdyby brakowało nam czegoś do pełni szczęścia to Smoczy książę jest na dodatek mądrą animacją, która uczy wspaniałych wartości. Mamy tutaj bohaterów mniejszości etnicznych, ludzi o innym kolorze skóry i osoby o odmiennej orientacji seksualnej, ale dzięki przedstawieniu różnorodnych bohaterów na równi, bez cienia uprzedzeń zyskujemy czystą przyjemność w oglądaniu. I nie są to postacie poboczne, a nawet wręcz przeciwnie: król jest osobą czarnoskórą, a Raylę wychowało dwóch mężczyzn, pozostających w związku partnerskim i zero tutaj nawet cienia myśli, że coś może być z tym nie tak. To dodatkowa cegiełka dlaczego tę właśnie animację chętnie obejrzę kiedyś ze swoimi dziećmi. A na razie czekamy na kolejny sezon przygód. Z niecierpliwością!

wtorek, 7 kwietnia 2020

„O pięknie” Zadie Smith - różne światopoglądy, te same problemy

*O pięknie*
Zadie Smith

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* On Beauty
*Gatunek:* społeczna, obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2005
*Liczba stron:* 600
*Wydawnictwo:* Znak

Widzę ostatnio bardzo wyraźnie, że nie żyłam dla żadnej idei ani nawet dla Boga - żyłam, bo kochałam właśnie tego człowieka. Jestem bardzo samolubna, naprawdę. Żyłam dla miłości. Nigdy nie interesowałam się moją rolą w świecie - w rodzinie tak, ale nie w świecie. Nie będę bronić mojego modelu życia, ale taka jest prawda.

*Krótko o fabule:*
Rodzina Belseyów jest zbyt normalna, by mogło to być prawdziwe. Troje dzieci, każde innego wyznania, apodyktyczna matka, była aktywistka na rzecz praw kobiet i oderwany od rzeczywistości ojciec, którego życie koncentruje się wokół twórczości Rembrandta. No i śmiertelnego wroga: Monty’ego Kippsa. Ale kiedy Jerome, najstarszy syn Belseyów, oświadcza się córce Monty’ego, wszystko wywraca się do góry nogami. Howard Belsey wyrusza za ocean, by wreszcie rozprawić się z Kippsem. I wywołać lawinę zdarzeń, które na zawsze już splotą losy dwóch rodzin.

- opis wydawcy 

*Moja ocena:*
Zadie Smith to brytyjska autorka, której twórczość w Polsce znana jest przede wszystkim z tytułów Białe zęby oraz Swing time. O pięknie to trzecia powieść w jej dorobku, za którą dostała nominację do Nagrody Bookera. Wydawnictwo Znak postanowiło wznowić tę pozycję, co okazało się idealnym bodźcem dla mnie, żeby w końcu przekonać się czy książki Smith faktycznie zasługują na tak liczne zachwyty.

Autorka powoli wprowadza nas w świat z kart książki, a zaczyna od zaprezentowania konfliktu między dwoma mężczyznami i postaci syna, który połączy te dwie strony. Tak się bowiem złożyło, że Jerome, syn Howarda Belsey'a zatrzymuje się w domu wroga rodziny numer jeden: Monty'ego Kippsa. Mało tego! Zakochuje się w jego córce. W tym punkcie spodziewałam się, że historia ruszy w stronę znaną z wielu innych książek i będzie opowieścią o współczesnych Romeo i Julii, walczących z rodzicami o przetrwanie swojego związku. Oczywiście zwiedziona zostałam tylko na krótki moment, bo fabuła podąży w zupełnie innym kierunku.

Przez to, co słyszałam przed lekturą, proza Zadie Smith kojarzyła mi się z poruszaniem problemów związanych z rasą, z różnicami pomiędzy różnymi grupami etnicznymi, klasami społecznymi, zatem tego też się po książce spodziewałam. Po części to dostałam, ale w niespodziewanej, niejednoznacznej formie. Zupełnie zaskoczył mnie fakt, w jak inteligenty sposób autorka prowadzi swoich bohaterów. Będziemy mieć tutaj styczność z przedstawicielami poglądów skrajnie lewicowych i prawicowych, to konflikt tych jednostek jest podwaliną całej historii. Autorka z siłą i pewnością wkłada postaciom do ust słowa, które będą broniły ich punktów widzenia, a czytając je możemy powiedzieć jedno: oddaje sprawiedliwość obu stronom, z żadnej nie robiąc tej „rażąco gorszej”. Świetnym pomysłem okazało się także ukazanie podobieństwa dwóch rodzin, pomimo sporych różnic w światopoglądzie. Mimo że żyją one zupełnie inaczej, mają całkowicie różne hierarchie wartości, to problemy czysto codziennego życia w rodzinie dopadają ich tak samo. Natomiast w przypadku głów rodzin, które najżarliwiej się ze sobą spierają, te problemy są wręcz identyczne.

źródło
Sposób narracji Smith robi spore wrażenie, jej powieść naszpikowana jest mnogością charakterów, a każdy z nich potraktowany jest z rozwagą, widać poświęconą pracę nad jego budową. Dialogi są przemyślane, podkreślają osobowość postaci - profesorowie perorują wyszukanym słownictwem, a syn Howarda, Levi, który przesiaduje w hip-hopowym towarzystwie podwórkowym z lekkością posługuje się ulicznym slangiem. Styl autorki jest intelektualny i zawiły kiedy opowiada o sztuce czy sporze Kippsa i Belsey'a o zasadność zachwytów nad Rembrandtem, ale z drugiej strony jest prosty i bezpośredni podczas codziennych rozmów, kiedy żony głównych bohaterów konfliktu spotykają się przy herbacie i placku. Naprawdę łatwo docenić tę zdolność operowania słowem, jaką ma Smith.

Mając te wszystkie plusy na uwadze nie uważam, żeby O pięknie było powieścią wybitną. Bardzo dobrze radzi sobie z pokazaniem dwóch światów, konflikt jest tutaj żywy i zgrabnie poprowadzony. Jednak fabularnie zdarzają się w książce mielizny, gdzie tracimy zainteresowanie na dłuższy czas. Winą obarczyłabym tutaj wielowątkowość, lektura wciąż otwiera się na nowe postaci, którym poświęcane jest sporo miejsca. Autorka po czasie złapie nas znowu i zaciekawi, jednak jestem w stanie zrozumieć, że nie każdy będzie miał cierpliwość przebrnąć przez dłuższy czas zwolnienia tempa akcji. Szkoda, bo kiedy ta się rozkręca, to naprawdę śledzimy historię z zaangażowaniem.

Miejscem, w którym O pięknie radzi sobie najlepiej jest poletko rodzinne. Zadie Smith z precyzją wnika do głów Belsey'ów i rysuje nam obraz prawdopodobny, pełen różnorodnych emocji. W pamięci zapadła mi scena, w której trójka rodzeństwa spotyka się niespodziewanie i postanawia wypić wspólnie kawę, żeby po chwili zrozumieć, że brakuje tematów, które połączą ich różne zainteresowania. Rozterka ich rodziców także poprowadzona jest wnikliwie, od kryzysu wieku średniego, folgowania swoim zachciankom, po rozmyślanie na temat sensu utrzymania pozorów i nad tym jak dalece możliwe jest wybaczenie grzechów człowieka, z którym przeżyło się trzydzieści lat.
Także pierwsze spotkanie z prozą Smith mogę uznać za udane, chociaż nie zaprzeczę, że spodziewałam się więcej.

środa, 1 kwietnia 2020

Filmy studia Ghibli na Netfliksie - które animacje (i dlaczego) warto zobaczyć?

Studio Ghibli zostało założone w 1985 roku przez trzy osoby: reżyserów Hayao Miyazaki, Isao Takahata i producenta Toshio Suzuki, po sukcesie filmu Nausicaä of the Valley of the Wind. Do napisania tej notki zostałam zainspirowana pojawieniem się filmów wyprodukowanych przez to studio na Netfliksie. Ostatnia porcja animacji wjechała na platformę pierwszego kwietnia, toteż każdy z nas może się już teraz rozkoszować aż dwudziestoma jeden tytułami! Ja jestem fanką tego studia od wielu lat, swego czasu nadrobiłam sporo ich filmów. Tak się składa, że jak zerknęłam na listę tych, które postanowił udostępnić nam Netflix to okazało się, że większość mam już za sobą. Dlatego postanowiłam, że może warto się podzielić z Wami moimi uwagami i zaznaczyć, które filmy warto obejrzeć, dla kogo będą one najlepszym wyborem i dlaczego filmy studia Ghibli są w ogóle tak wyjątkowe.

źródło

Strona wizualna

Każda z tych animacji jest wspaniała od strony wizualnej. Widać przyłożenie się twórców do detali oraz ich niesamowitą wyobraźnię. Sam Miyazaki, który wyreżyserował większość z filmów studia Ghibli wspomina o tym, że animator to po trosze również aktor. Musi zrozumieć dogłębnie psychikę swoich bohaterów, ich motywacje w danej scenie, charakterystyczne dla ich postaci przyruchy i gesty (fakt: każdy z bohaterów tych animacji biega w inny sposób). Po prostu trzeba starać się myśleć tak jak oni. Dzięki temu animator jest w stanie narysować elementy, które złożą się na charakter postaci. Są to zazwyczaj małe rzeczy, na które normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi, dopiero gdy przyjrzymy się uważniej to możemy je docenić - jak scena, w której bohaterka Spirited Away ubiera buty, po czym uderza jeszcze podeszwą o podłogę, żeby sprawdzić czy dobrze leżą - to są naprawdę detale, które tworzą całość.
Jakość animacji wpływa również na budowanie świata przedstawionego. Twórcy nie boją się pokazywania szerokiej perspektywy miasta czy to podczas wycieczki tramwajem (Howl's Moving Castle) czy przejażdżki na miotle (Kiki's Delivery Service). Dzięki temu rysują obraz tła, który podświadomie zakodujemy i przyjmiemy jako prawdę. Skupienie na małych fragmentach jest w tym przypadku niesamowite, bo przypominam, że spora część pracy nad tymi animacjami przeprowadzona jest oldshoolową techniką, czyli po prostu ręcznie na kartkach papieru. Dodatkowo, warto wspomnieć, że te światy przedstawione szybko stają się dla nas czymś bliskim, co dobrze znamy po kilku minutach animacji, a kolejne sceny uznajemy za „realne” w przypadku wybranego miejsca akcji. Nie dziwią nas magiczni goście łaźni w Spirited Away, nie zaskoczy pojawienie się kociego autobusu w My Neighbour Totoro ani przedstawienie głównego bohatera jako świni w Porco Rosso. Wszystko za sprawą dopracowanego świata przedstawionego.

źródło

Historia i przesłanie

Wiemy już, że animacje robią wrażenie pod względem wizualnym, ale na szczęście to nie jedyny plus tych filmów. Historie opowiadane przez reżyserów są równie wyjątkowe, humor jest inteligentny, a same przesłania niezmiennie ważne. W tym przypadku każda z tych historii niesie ze sobą inne treści i warto zastanowić się, który z filmów będzie najlepszy pod względem tego, czego od seansu oczekujemy. Spokojnie, jest z czego wybierać.

Studio Ghibli może pochwalić się wieloma wspaniałymi historiami, ale ja największym sentymentem darzę Howl's Moving Castle, od którego moja przygoda się zaczęła. To opowieść pełna magii, oparta na książce fantastycznej autorstwa D. W. Jones, w której Sophie, zamieniona przez wiedźmę w staruszkę trafia do tajemniczego ruchomego zamku, należącego do czarodzieja. Akcja jest tutaj wyjątkowo wartka, plenery prawdziwie urokliwe, postaci barwne, a całość to ciekawe podejście do gatunku baśniowej fantastyki. Nie jest skierowana dla najmłodszych widzów, ale już młodzież powinna być w pełni usatysfakcjonowana. Głównym tematem jest miłość, która przezwycięża zło, ale ważna jest także miłość do samego siebie i samoakceptacja. Na dodatek mocno wyczuwalne są pacyfistyczne poglądy reżysera, krytyka wojny, jej bezsensownej brutalności i rozlewu krwi.
W podobym klimacie jest również pierwszy film wyprodukowany przez studio Ghibli, Laputa: Castle in the Sky. Dwójka bohaterów wybiera się w podróż, a ich celem jest odnalezienie legendarnego latającego zamku. Gatunkowo bliżej mu do stylistyki steampunk, całość jest nieco lżejsza niż Howl's Moving Castle, a historia, choć również angażująca, to może już być skierowana do młodszego widza.

Kolejnym tematem, z którym studio dobrze sobie radzi są opowieści o dojrzewaniu, wchodzeniu w świat dorosłych i poszukiwaniu w nim swojego miejsca. W tym przypadku świetnym przykładem będzie film Kiki's Delivery Service, w którym główna bohaterka, trzynastoletnia czarownica, wyrusza odnaleźć swoje przeznaczenie. Wspaniale zbudowana postać, z którą łatwo się utożsamić. Kiki to wesoła, pełna nadziei dziewczynka, która spotka się z wieloma rozczarowaniami na swojej drodze, ale nie podda się i będzie parła wciąż do przodu, mimo chwil zawahania. Całość jest niebywale urocza i lekka, to jeden z filmów, które nadrobiłam niedawno i muszę przyznać, że na ten okres nadaje się idealnie. Dodatkowo to naprawdę mądry film, który pokazuje różne odcienie życia, wskaże jak radzić sobie z samotnością i uczy widzów empatii. I jest jeszcze wspaniały towarzysz Kiki, czyli kot Jiji, mistrz ciętej riposty, dla którego tym bardziej warto animację zobaczyć.
Wybór dla starszej widowni? Zdecydowanie najbardziej doceniany film studia Ghibli - Spirited Away. To górna półka animacji, pokazuje jak nieograniczona jest wyobraźnia Miyazakiego, narysowany jest tak, że możemy zbierać szczękę z podłogi. Główną bohaterką jest dziesięcioletnia Chichiro, która wraz z rodzicami jedzie do swojego nowego domu. Jednak jeden nieodpowiedni zakręt sprawia, że trafiają do magicznej krainy, zamieszkanej przez przedziwne stworzenia. Dziewczynka jest nietypową bohaterką bajki, to osoba dość ponura, niecierpliwa i strachliwa. Mimo wszystko, towarzysząc jej w magicznych przygodach będziemy mogli podziwiać jej determinację, zobaczymy jak nauczy się brać odpowiedzialność za swoje czyny, jak weźmie sprawy w swoje ręce i postanowi ratować siebie oraz swoich bliskich.

źródło
Ważnym elementem filmów studia Ghibli jest również antywojenne przesłanie. Można zauważyć to już w Howl's Moving Castle kiedy czarodziej Howl postanawia w końcu zainterweniować w sprawie wojny i niszczy bronie obu armii czy w Laputa: Castle in the Sky, gdzie główni bohaterowie próbują zapobiec wybuchowi wojny. Jednym z najbardziej antywojennych filmów studia Ghibli jest podobno Grave of the Fireflies, ale tego akurat nie widziałam, a Netflix nie zawarł go w swojej ofercie (niestety!). Zresztą sam temat przewija się w naprawdę wielu tytułach, warto wspomnieć chociażby Porco Rosso, z którego pochodzi słynny cytat ze zdjęcia powyżej.
Warto także wspomnieć o temacie ekologii, który pojawia się w wielu tytułach, ale najmocniej podkreślony jest chyba w Princess Mononoke, gdzie pokazany jest spór między ludźmi, budującymi miasto z materiałów pobliskiej puszczy a jej mieszkańcami. Najbardziej niesamowite w filmie jest to, że ta wojna nie ma mocnych protagonistów i antagonistów - każdy ma tutaj swoje motywacje, zdanie i nic nie jest łatwe do zaszufladkowania.
Mówiąc o ekologii ciężko też nie wspomnieć o roli natury w My Neighbour Totoro. Od razu przychodzi mi na myśl scena, w której rosną sadzonki w ogrodzie rodziny głównych bohaterek. Chociaż sam film to raczej opowieść o siostrzanej miłości, wychowywaniu się bez matki i wspieraniu swoich najbliższych. Zaś sam Totoro stał się postacią kultową, trafił do logo studia i nadal licznie sprzedaje się na całym świecie w postaci zabawek. Nic dziwnego, bo w filmie jest po prostu rozbrajający.

źródło

Lista filmów, które widziałam

Także mamy w czym wybierać. Dla szybkiego podsumowania tytuły, które widziałam w kolejności od najukochańszych:
- Howl's Moving Castle - baśniowa opowieść o miłości, z antywojennym przesłaniem i wciągającą fabułą, pełna czarów z niezapomnianą postacią zabawnego demona ognia;
- Spirited Away - fascynująca historia, niesamowicie narysowana, zdobywca Oscara i chociaż może trochę dziwna na pierwszy ogień to naprawdę warto się zanurzyć w ten świat przedstawiony;
- My Neighbour Totoro - przepiękna opowieść o przyjaźni między siostrami, wychowywanymi przez ojca a dziwnym (ale uroczym) stworzeniem z lasu, rozczulający seans, który wzrusza i bawi;
Princess Kaguya - animacja różna od całej reszty, narysowana całkiem inną kreską, robiąca niesamowite wrażenie wizualne, dodatkowo mówiąca o miłości rodzinnej i wyciskająca rzekę łez;
- Princess Mononoke - skierowana do starszych widzów, brutalna opowieść o wojnie między światem przyrody a ludźmi i ich rozwojem industrialnym z przepięknie wykreowanymi bóstwami puszczy;
- Kiki's Delivery Service - kompletnie rozkoszna animacja o dorastaniu młodej czarownicy, która rozczuli niejednego widza i pozwoli oderwać się od rzeczywistości;
The Secret World of Arriety - historia magicznej postaci, mierzącej 10 centymetrów Arriety, film bardzo spokojny, powoli snujący opowieść o pięknej przyjaźni;
- Porco Rosso - film akcji z głównym bohaterem o facjacie świni na pierwszym planie, pełen wspaniałych podniebnych przygód i świetnie wykreowanych postaci;
Laputa: Castle in the Sky - wartka akcja o dwójce osób, próbujących uchronić świat przed kolejną wojną, w klimatach steampunka, przygodówka na bardzo dobrym poziomie;
Nausicaä of the Valley of the Wind - film, od którego wszystko się zaczęło, ponownie poruszana tematyka ekologii, ale tym razem w wydaniu post-apokaliptycznym;
- The Cat Returns - nie należy może do czołówki produkcji ze studia Ghibli, ale dla przygody toczącej się w świecie kotów warto również po niego sięgnąć;
- Ponyo - historia ryby, która staje się dziewczynką (brzmi znajomo?), animacja skierowana bardziej do młodszych widzów, momentami niesamowita wizualnie i ponownie: przeurocza;
Tales of Earthsea - tytuł oparty na znanej klasyce, której nie czytałam, lata temu bardzo mi się spodobał, ale ledwo co z niego pamiętam, co akurat nie świadczy najlepiej;
- When Marnie Was There - bardziej realistyczna animacja, trochę długo się rozkręca, ale finalnie to satysfakcjonujący seans;
The Wind Rises - najbardziej realistyczna z animacji Miyazakiego o projektancie samolotów, jednocześnie moim zdaniem po prostu poprawny, bez szału.

Podsumowanie 

Studio Ghibli tworzy filmy pełne magii i nostalgii, z detalicznie dopracowanymi światami przedstawionymi i specyficznym humorem, przede wszystkim afirmujące życie z wszystkimi jego elementami. Bohaterowie poddawani są próbom, a pokonując je kształtują swój charakter, rozwijają się. Kobiecie postacie, tak często będące tymi głównymi w filmach studia Ghibli, nie potrzebują rycerza na białym koniu, który wyciągnie je z potrzasku, ale chętnie zawiążą przyjaźnie, żeby wspólnie z towarzyszami stawić czoła przeciwnościom. Filmy te sprawiają, że najbardziej szary dzień staje się przyjemniejszy, więc są idealnym sposobem na wieczorne odprężenie w towarzystwie mądrej animacji.
Szczególnie w tym okresie.

niedziela, 29 marca 2020

„Kocham Cię, ja Ciebie też nie” - Serge Gainsbourg widziany oczami kobiet (Teatr Muzyczny Capitol)

Pewnego zimowego dnia siedzimy sobie w samochodzie, odwozimy znajomych po próbie. Nagle w radio słychać piosenkę Serge Gainsbourga, a z tylnego siedzenia odzywa się głos, że w Teatrze Muzycznym Capitol jest ciekawy spektakl o życiu tego twórcy, na który warto się wybrać. Akurat poleceniom znajomym zazwyczaj od razu wierzę, ale zerknęłam jeszcze pobieżnie na opis, reżysera i grupę aktorską spektaklu, po czym pozostało mi tylko kupić bilety.
źródło
Serge Gainsbourg był prawdziwym objawieniem w branży muzycznej, swego czasu wszystkie największe gwiazdy marzyły o wykonaniu jakiejkolwiek piosenki napisanej właśnie przez niego. Jeżeli chodzi o przebicie się do ogólnej świadomości, to powszechnie najbardziej kojarzona jest jego piosenka Je'taime. Łączy się z nią ciekawa historia: otóż, Bridget Bardot zgłosiła się do Serge'a z prośbą o napisanie dla niej utworu, ale po wykonaniu tej piosenki poprosiła, żeby jej nie wydawał. Finalnie na rynku pojawiła się dopiero w latach 80tych. To tylko jedna z ciekawostek, o których dowiemy się ze scenariusza przedstawienia.

Spektakl przybliża nam sylwetkę tego twórcy, wokół którego zawsze kręciła się grupka kobiet. Jak sam opowiedział ze sceny: uważano, że wygląda „specyficznie”, ale jednak miał w sobie coś, co przyciągało płeć piękną. Znany jest jego długotrwały związek z Jane Birkin, z którą miał córkę Charlotte (teraz słynna aktorka, która często gra u Larsa von Triera). Oprócz tego przeżył kilka burzliwych romansów m.in. z Bridget Bardot.
źródło
Dobrze, przejdźmy jednak do sedna tej notki, czyli spektaklu Kocham Cię, ja Ciebie też nie. Cezary Studniak, reżyser, postarał się w kwestii doboru obsady, która jest tutaj największą perełką. Sam siebie obsadził w roli Serge'a i wydaje mi się, że nikt inny nie zagrałby go tak dobrze. Aktor jest w tej roli zblazowany, pokazuje swoją fascynację kobietami, a paląc papierosa za papierosem wygłasza swoje „złote sentencje”, obserwacje na temat otaczającego go świata. Jego występ jest równy i w pełni satysfakcjonujący dla widza. No, może poza momentami muzycznymi, kiedy co prawda jest zupełnie oddany i przekonywający, ale widz nie rozumie wszystkich wyśpiewywanych przez niego słów. Tak mocno wczuł się w rolę, że zapomniał o odpowiedniej artykulacji. Partneruje mu Helena Sujecka w roli Jane Birkin. Przyznaję, że mam trochę słabość do tej aktorki odkąd zobaczyłam ją pierwszy raz w filmie Małe stłuczki, a później na scenie Capitolu, m.in. w Po Burzy Szekspira. W Kocham Cię, ja Ciebie też nie jest całkowicie hipnotyzująca. Od początku do końca kradnie dla siebie uwagę widzów, oddaje niuansy granej postaci z pełną gracją. Równie duże wrażenie robi reszta aktorek. Świetnie radzi sobie Justyna Antoniak jako Bridget Bardot, jest wystarczająco wyzywająca, a jednocześnie pozostaje pełna słodyczy i pozytywnej energii. To piosenki przez nią wykonane należą do najbardziej znanych, a sceny ich przedstawienia zostają z nami na dłużej. Ogromne brawa należą się także Klaudii Waszek, która nawet od strony czysto fizycznej była podobna do Charlotte, ale i wspaniale zagrała zapatrzoną w ojca córkę. Byłam pod wrażeniem niewielkiej roli Alicji Kalinowskiej jako France Gall, którą zazwyczaj grała Ewelina Adamska-Porczyk. Alicja miała w sobie niewinność, a zarazem charyzmę. Ostatnia kobieta Gainsbourga, grana przez Agnieszkę Oryńską-Lesicką wypadła poprawnie, ale wydaje mi się, że jej postać była najmniej charakterystyczna, a historia najmniej angażująca. Miała też najtrudniejsze zadanie, żeby zakończyć całość mrocznie, zostawić widza z pewnym ciężarem emocjonalnym.

Trzeba przyznać, że świetną robotę wykonano na platformie wizualnej. Na scenie, oprócz łózka, kanapy, stołu z kilkoma krzesłami i (jakże ważnych i często eksploatowanych) pochowanych po kątach popielniczkach, znajdzie się także miejsce dla zespołu, który na żywo akompaniuje przedstawieniu. Grają świetnie, chociaż momentami miałam wrażenie, że za głośno - nie wiem czy to kwestia niewyraźnego śpiewu aktorów czy podkręconych dźwięków instrumentów, ale czasami słowa piosenek uciekały widzowi. Skoro już przy słowach jesteśmy to ich tłumaczenie wyszło bardzo zgrabnie, chociaż wydaje mi się, że materiał źródłowy nie należał do łatwych. Gainsbourg często nadawał swoim tekstom podwójnego znaczenia, dlatego tym większe ukłony należą się Tymonowi Tymańskiemu za swoją pracę tłumacza.

źródło
Dobrą robotę wykonano również w kwestii charakteryzacji i kostiumów, które oddają faktyczne ubrania, które gwiazdy w tamtych czasach nosiły. Wystarczy zerknąć na kilka zdjęć w Internecie, żeby znaleźć chociażby Jane Birkin w kultowej białej boho sukni.
Bardzo dobrze ogląda się także numery muzyczne, pomysły na ich wykonanie były świeże i atrakcyjne dla widza. W głowie zostaje piosenka Je'taime, najpierw wykonana sensualnie przez Bardot w studio nagrań, a później kameralnie, z pełnią emocji zaśpiewana przez Jane Birkin, ale duże wrażenie robią także słynne utwory Bonnie i Clyde oraz Comic Strip. Studniak nie ominie kontrowersyjnej piosenki Lemon Incest, którą wykonuje wraz z córką, Charlotte. Utwór sugeruje kazirodczy związek między tą dwójką. Po jej wydaniu wybuchł skandal, stacje radiowe dopisywały Lomon Incest na listę piosenek zakazanych, ale Serge i Charlotte zaprzeczali wszelkim zarzutom.

Kocham Cię, ja Ciebie też nie to fascynująca opowieść o słynnym artyście, jakim był Serge Gainsbourg. Dla mnie to przede wszystkim przedstawienie jego sylwetki w ciekawej formie, przybliżenie życiorysu poprzez jego twórczość. Mężczyzna przechodzi przez wiele związków, początkowo przyciąga uwagę kobiet, a później odpycha je swoim zachowaniem. To człowiek destrukcyjny, a zarazem potrafiący budować niesamowite utwory. Warto się wybrać na opowieść o jego życiu do teatru.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka