niedziela, 21 stycznia 2024

Opowieść o mieście cudów – „Miasto zwycięstwa” Salman Rushdie

Miasto zwycięstwa
Salman Rushdie

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2023
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Rebis

- Jest całkiem możliwe - powiedział łagodnie król - że twoje poglądy są zbyt postępowe jak na czternasty wiek. Po prostu wyprzedzasz nieco swoje czasy. - Tak potężne mocarstwo jak nasze - oznajmiła - to właśnie twór, który powinien próbować prowadzić ludzi ku przyszłości. Niech wszędzie indziej będzie czternasty wiek. Tutaj miejmy piętnasty.
 

Opis wydawcy

Tkając tę opowieść z wątków hinduskiej mitologii, dziejów królestw, państw i państewek, postaci bogiń i bogów, bohaterów z krwi i kości, Rushdie sięga po tak bliskie mu tematy poczucia przynależności, natury ludzkiej, relacji między państwem a religią i jej instytucjami, wielokulturowości, równości, a zwłaszcza pozycji i roli kobiety w patriarchalnym społeczeństwie.


Moja recenzja

Salman Rushdie to autor, którego książki często były mi polecane. Jego powieść Dzieci północy znalazła się na liście 100 książek, które warto przeczytać według dziennikarzy BBC. Wygrała też kilka prestiżowych nagród, m.in. Bookera. Rushdie to pisarz, który nie boi się wyrażać własnego zdania, mimo grożącego mu niebezpieczeństwa. Głośna była sprawa, kiedy w 2022 roku został zaatakowany przez nożownika. W wyniku tego zdarzenia stracił oko i sprawność w jednej ręce. Miasto zwycięstwa to pierwsza książka wydana po tym ataku. Od niej postanowiłam zacząć przygodę z autorem. Nie przeczytałam jej opisu, nie wiedziałam wiele o prozie Rushdiego. Po prostu zaczęłam czytać. I zakochałam się po kilku pierwszych stronach.

Miasto zwycięstwa wzięło mnie z zaskoczenia. Podczas czytania nie mogłam pogodzić się z niespodziewanym gatunkiem – wyglądało na to, że ta książka należy do fantastyki. Po skończonej lekturze i krótkim poszukiwaniu w sieci nastąpiło ponowne zaskoczenie. Rushdie nie opisuje fikcyjnej krainy, a snuje opowieść o istniejącym miejscu! Jego tytułowe „miasto zwycięstwa” to Vijayanagara, powstałe w Indiach w XIV wieku. Czytelnik, który nie zna tego kawałka historii może poczuć się nabrany, że czyta fantastykę. 

Hampi, ruiny miasta zwycięstwa, źródło

Miasto zwycięstwa to opowieść o dziewczynce, która w bardzo młodym wieku była świadkiem tragedii.  Po tym zdarzeniu spływa na nią duch bogini, po której przyjęła imię. Za pomocą magicznych nasionek, wyczarowuje swoje miasto. Wybiera króla, tka wspomnienia mieszkańców i czuwa nad rozwojem Bisnagi. Okazuje się jednak, że nic nie trwa wiecznie, a kontrolę zawsze można stracić. 

Na początku narrator zaznacza, że ta książka powstała na podstawie znalezionego manuskryptu, napisanego przez bohaterkę historii, Pampę Kampanę. Opisane przygody Pampy przeplatane są wtrąceniami autora, które dotyczą procesu przepisywania z pierwowzoru. Ten zabieg sprawia, że czytelnik zaczyna wierzyć w wersję z odnalezieniem fikcyjnej księgi, jak również w to, że Rushdie/narrator tylko przekazuje umieszczone w niej wydarzenia. Narrator wspomina, że omija niektóre fragmenty z pierwowzoru, ingeruje w fabułę. Pokazuje, że opowiadający ma wpływ na to, jak odbierzemy całość.

Rushdie z lekkością wprowadza nas w baśniowy klimat opowieści. Historię Pampy czyta się jednym tchem. Od początku wpłata w narrację tajemnicze moce bogini, dzięki czemu wsiąkamy w ten wykreowany świat, a kolejne opisy pełne magii wydają się adekwatne. W Mieście zwycięstwa są momenty, w których byłam zupełnie oczarowana wyobraźnią autora, są takie, które wywołały śmiech, oraz te, pokazujące nam odbicie ludzkich żądz, które znamy ze swojego otoczenia.

Autor podkreśla w Mieście zwycięstwa temat równości płci. Po akcie stworzenia Bisnagi, kobiety przejmują wiele najważniejszych ról w mieście. Pampa jest szanowaną królową, główne pozycje wojskowe należą do kobiet. Ciekawą drogę przechodzi główna bohaterka, która stara się być we wszystkim najlepsza, ale zawsze coś jej się wymyka. Tak wiele uwagi poświęca miastu, że to ono staje się jej najważniejszym dzieckiem. Stara się je chronić za wszelką cenę, zapominając o swoich biologicznych dzieciach. Po pewnym czasie w utopijnej Bisnadze pojawia się coraz więcej problematycznych tematów, jak dziedziczenie korony. Rushdie ciągle rozwija swoją epicką opowieść, wplata w nią starcia na tle religijnym, rebelie, historie miłosne, otrucia, walkę o tron. Po tak niesamowitej przygodzie z czystą przyjemnością sięgnę po poprzednie książki tego autora.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.


środa, 10 stycznia 2024

„Wytępić całe to bydło” Sven Lindqvist – zbrodnie popełnione w celu „szerzenia cywilizacji”

 

Wytępić całe to bydło. Wyprawa do źródeł kolonialnego terroru i ludobójstwa
Sven Lindqvist

Gatunek: reportaż
Rok pierwszego wydania: 1992
Liczba stron: 448
Wydawnictwo: WAB

To nie wiedzy nam brakuje. Oświecone społeczeństwa w swojej większości i niezależnie od epoki posiadały wiedzę na temat popełnianych dawniej i popełnianych obecnie potworności w imię Postępu, Cywilizacji, Socjalizmu, Demokracji i Rynku.
 

Opis wydawcy

Drugie wspólne wydanie dwóch najważniejszych książek wybitnego dziennikarza, które pokazały, jak w imię pseudomisji niesienia cywilizacji wybijano rdzenną ludność Afryki i Australii. Autor podkreśla przy tym, jak wiele łączyło tamtą rzeź z hekatombą późniejszego Holocaustu.


Moja recenzja

Wydawnictwo WAB wznowiło dwa reportaże szwedzkiego dziennikarza, Svena Lindqvista, akurat kiedy jesteśmy świadkami kolejnego ludobójstwa. W książce znalazły się dwa tytuły: Wytępić całe to bydło oraz Terra Nullius. Lektury sprawnie się uzupełniają, tworząc historię europejskiej kolonizacji i zbrodni popełnionych na rdzennej ludności Afryki i Australii.

Rzadko sięgam po reportaże, ale gdy pojawiła się możliwość przeczytania tego wznowienia, to wiedziałam, że muszę to zrobić. Patrząc na to, co dzieje się na świecie, kiedy z zimną krwią mordowani są mężczyźni, kobiety i dzieci, możemy powiedzieć, że niewiele się zmieniło, w porównaniu z tym, co opisuje Lindqvist. W Wytępić całe to bydło autor poszukuje źródeł ludobójstwa, które miało miejsce podczas II wojny światowej. Okazuje się, że nie trzeba cofać się daleko w przeszłość, wystarczy spojrzeć na kolonizację Afryki w XIX wieku. 

Lindqvist napisał oba reportaże w formie paragrafów. Najbardziej wciągająca część książki obejmuje zapis mrożących krew w żyłach wydarzeń historycznych. Pojawiają się też fragmenty, w których autor dzieli się swoim dziennikiem z wyprawy po ziemiach Afryki/Australii, oferując krótki wgląd w podróż po miejscach, w których miały miejsce opisane zbrodnie. 

źródło

Tytuł reportażu to zdanie wypowiedziane przez Kurtza, bohatera książki Jądro ciemności. Lindqvist często odnosi się do wydarzeń opisanych przez Josepha Conrada i odnajduje analogie do źródeł historycznych. Okrucieństwo przedstawione na kartach lektury okazuje się mieć mało wspólnego z wyobraźnią autora. Tak po prostu wyglądało ludobójstwo w Afryce. W reportażu znajdą się liczne przykłady popełnionych zbrodni. Autor wymienia konkretnych polityków, naukowców, którzy przyczynili się do tego. Przytacza teorię doboru naturalnego Darwina, według której słabsze gatunki znikną z powierzchni Ziemi. Ta teza zadziałała jako dobra wymówka do mordowania rdzennej ludności. 

W drugim reportażu, Terra Nullius (czyli „ziemia niczyja”), autor skupia się na mieszkańcach Australii, pozbawionych swoich praw do ziemi, na której żyli od pokoleń. Na porządku dziennym było porywanie dzieci Aborygenów, wysyłanie ich do obozów pracy, gwałty i mordowanie. To kolejny przerażający opis masakr, które trudno pojąć. Ponownie dostajemy dowód na to, do czego zdolni są ludzie, przekonani o swojej racji.

Bardzo polecam zapoznać się z książką Lindqvista. Oba reportaże przedstawiają mroczne momenty historii. Problem wydaje się tkwić w poczuciu wyższości. Mniemanie, że niektórzy ludzie są lepsi niż mieszkańcy innych kontynentów doprowadza do katastrofalnych wydarzeń. Szerzymy niesprawiedliwość, pozwalamy na to, żeby na naszych oczach dochodziło do tragedii. Kiedy przychodzi czas rozliczenia ze swoich czynów, często przymykamy oczy, szukamy winnych gdzieś indziej, tłumaczymy sobie zbrodnie doborem naturalnym. Wszystko to w imię szerzenia cywilizacji i poszerzania przestrzeni życiowej. Przerażające.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.


czwartek, 4 stycznia 2024

Podsumowanie 2023

Ostatnie dni poprzedniego roku spędziłam na chorowaniu. Dlatego podsumowanie powstawało w częściach, w okresach przebłysków dobrego samopoczucia. Najważniejsze, że jest!

Zeszły rok był bardzo intensywny. Patrząc wstecz, nie chce mi się wierzyć, że to wszystko zmieściło się w dwunastu miesiącach. Przede wszystkim, jestem dumna z wielu osiągnięć z życia prywatnego. Udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy, przetrwałam kolejny rok w pracy (chociaż moje możliwości są nieustannie poddawane testom na wytrwałość ;)) i postawiłam z mężem premierę w teatrze. To wszystko sprawiło, że kulturze przyglądałam się trochę rzadziej niż w poprzednich latach. Co nie znaczy, że nie znalazło się kilku perełek, wartych polecenia. Zapraszam do krótkiego podsumowania i tegorocznych topek.


Książki

W zeszłym roku wróciłam trochę do korzeni i czytałam przede wszystkim fantastykę i klasykę literatury. Udało mi się wykreślić trzy pozycje z listy 100 książek BBC: Trzech muszkieterów, Oliver Twist i Sto lat samotności. Ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie, chociaż najtrudniej było się w nią wciągnąć. Dumas i Dickens raczej mnie rozczarowali, spodziewałam się po tych książkach dużo więcej. Przeczytałam książki Joan Didion, Sigrid Nunez, Elfriede Jelinek i każda z tych autorek mnie czymś oczarowała. Najbardziej chyba Nunez, której przeczytałam trzy książki, jedna po drugiej. I czekam na premierę kolejnej! Udało mi się skończyć dwie serie fantastyczne, Pana Lodowego Ogrodu i Pół króla. Z fantastyki największe wrażenie zrobiło Imię wiatru i muszę jakoś zaplanować kontynuowanie cyklu, póki świeże w pamięci. A najlepsze tego roku książki? Oto one:

Wyróżnienia:

Filmy

Filmowym zwycięzcą tego roku był festiwal Nowe Horyzonty, dzięki któremu ta topka wygląda właśnie tak. To na tym festiwalu zobaczyłam najlepsze filmy i zachwyt pozostał do dzisiaj. W tym roku byliśmy świadkami dużego wydarzenia jakim był Barbenheimer. Oba filmy uważam za bardzo udane. Barbie to niekoniecznie film targetowany do mnie, ale to cudowna rozrywka, świetnie zrealizowana i zagrana. Dodatkowo rozbudziła dyskusje o feminizmie. Oppenheimer to bardzo dobry film, techniczna perełka. W moim zestawieniu najlepszych brakuje kilku tytułów. Dlatego dopiszę, że Poprzednie życie zachwyciło mnie historią miłosną, Na dnie pokazało, że można jeszcze zrobić ciekawy film o licealistach, a Reneissance Beyoncé utwierdził w przekonaniu, że błędem było ominięcie tej trasy koncertowej. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka tytułów, o których nie pamiętam. 




Seriale

Paradoksalnie, to właśnie z serialami miałam największy problem przy tworzeniu listy najlepszych. Kilka razy tytuły zmieniały się miejscami, bo nie mogłam się zdecydować który zasługuje na miejsce w ścisłej piątce. Finalnie, wybór padł na ostatni sezon Sukcesji (wiadomo!), pierwszy sezon Andora (świetne widowisko), The Last of Us (niby nie mój klimat, a trzymał w napięciu cały czas), Dobry Omen 2 (wywołał emocje jak u nastolatki) i Crazy Ex-Girlfriend (pomógł mi w trudnym czasie i planuję napisać o nim więcej od pół roku). Zerknijcie jednak również na listę wyróżnionych, bo sporo tam perełek, którym ciutkę zabrakło, ale wciąż warto je obejrzeć.





I to koniec podsumowania. Jeżeli miałabym mieć jakieś plany na rok 2024 to chyba częstsze wizyty w teatrze. W tym roku zobaczyłam spektakl, który zmiótł konkurencję i był to 1989. Jeżeli macie zaplanować jedną wycieczkę do teatru to polecam wybrać właśnie ten tytuł.

Życzę spokojnego roku 2024!

niedziela, 12 listopada 2023

Magia czy realizm, czyli o dwóch klasykach [„Sto lat samotności” Gabriel García Márquez, „Olivier Twist” Charles Dickens]

 


Sto lat samotności
Gabriel García Márquez

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1967
Liczba stron: 399
Wydawnictwo: Muza

Życie nie jest tym, co człowiek przeżył, ale tym, co i jak zapamiętał.
 

Opis wydawcy

Miała to być pierwsza powieść Gabriela Garcíi Marqueza. Dzięki swym dziadkom znał od dziecka historię Macondo i dzieje rodziny Buendía, prześladowanej fatum kazirodztwa. Świat, w którym rzeczy nadzwyczajne miały wymiar szarej codzienności, zwyczajność zaś przyjmowana była jak zjawisko nadprzyrodzone; świat bez czasu, gdzie wiele rzeczy nie miało jeszcze nazw, był też jego światem. Potrzebował aż dwudziestu lat, by wreszcie spisać te rodzinne opowieści z całym dobrodziejstwem i przekleństwem odniesień biblijnych, baśniowych, literackich, politycznych; uświadomił nam, że „plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi”.


Moja recenzja

Z jednej strony, dla wielu osób Sto lat samotności to jedna z najlepszych książek życia. Z drugiej  sporo czytelników porzuciło ją w trakcie lektury. Trochę strach było do takiej powieści podchodzić. Po przeczytaniu łatwo mi zrozumieć obie grupy. Trudno jest się wkręcić, ale jak się uda to można się rozkochać w prozie Marqueza.

Jeżeli zamierzacie zmierzyć się z historią rodziny Buendia, to polecam wyposażyć się w drzewo genealogiczne bohaterów. Moje wydanie posiada rysunek takiego drzewa i ułatwiło mi to lekturę, szczególnie w początkowej fazie. Sto lat samotności jest powieścią o powtarzalności, o tym, że jako społeczeństwo wciąż kręcimy się w kółko. Żeby tę kwestię podkreślić wszyscy w rodzinie Buendia nazywają swoich potomków tymi samymi imionami. To jest jeden z głównych powodów tego całego zamieszania. Po jakimś czasie już zaczyna się łapać który Aureliano jest synem którego Jose Arcadia. 

Rozumiem osoby, które próbowały i nie przebrnęły. Rozumiem też takie, które przeczytały i nie rozumieją fenomenu. U mnie zajęło to około sto stron, zanim nagle coś zaskoczyło. Jak już zaskoczyło, to fascynacja pozostała do samego końca. W pewnym momencie czytelnik przestaje główkować o czym czyta, a bardziej zatapia się w tej narracji. Przestaje analizować każdą sytuację wprowadzającą element magiczny, a raczej zachwyca się pomysłem i umiejętnością jego przedstawienia. 

Sto lat samotności to będzie tego typu klasyka, której nie zamierzam bronić przed przeciwnikami, ale sama jestem kompletnie zachwycona. Niesamowitą przygodą było zanurzenie się w świecie tej rodziny z niepomyślnym przeznaczeniem, czyhającym nad ich głowami. Momenty, w których bohaterom wiodło się dobrze wprawiały mnie w poczucie oczekiwania na najgorsze. Finalnie, historia kołem się toczy i każdy z nas rodzi się i umiera samotnie. 


Oliver Twist
Charles Dickens

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1839
Liczba stron: 475
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Niestety, czasami życie obchodzi się z nami okrutnie, a my nie możemy nic na to poradzić.
 

Opis wydawcy

Niezwykłe przygody Olivera Twista, sympatycznego i dobrego chłopca, urodzonego w schronisku dla bezdomnych, ciekawią, wzruszają i bawią od ponad stu pięćdziesięciu lat zarówno młodzież, jak i dorosłych. W Londynie, do którego ucieka z sierocińca, Oliver trafia do gangu miejscowych złodziejaszków, którym rządzi Fagin. Wyciągnięty z marginesu przez pana Brownslowa, zostaje porwany ...


Moja recenzja

Charles Dickens uważany jest za ojca literatury brytyjskiej. Aż sześć z jego powieści znalazło się na liście stu książek, które każdy powinien przeczytać według BBC. Powoli staram się wykreślać tytuły z tej listy. Dickensa znałam do tej pory tylko z Opowieści wigilijnej. Postanowiłam pozostać przy powieściach skierowanych do młodszych czytelników i mój wybór padł na historię słynnego chłopca, Olivera Twista.

Bardzo dobrze wspominam Opowieść wigilijną, do tej pory potrafię przywołać pewne szczegóły fabuły, które utknęły mi w pamięci. Oliver Twist niestety nie zostanie przeze mnie zapamiętany na długo. Uważam, że najmocniejszą stroną tej powieści jest nakreślenie tła społecznego, w którym dzieje się akcja. Dickensowi udało się przenieść mnie w czasie na ulice pełne osób, które w trudnych okolicznościach próbują poradzić sobie w życiu. Ta teleportacja nie pomogła mi jednak w śledzeniu fabuły. Akcja nabiera rumieńców dopiero bliżej rozwiązania. Rozwój wydarzeń przez większość książki raczej mnie męczył niż ekscytował. Brakowało mi tutaj interesującego głównego bohatera. Oliverowi przytrafiają się okrutne rzeczy, ale jest mało sprawczy. Wiele sytuacji opisanych jest z perspektywy innych postaci. Często taki zabieg mi nie przeszkadza. Mam nawet wrażenie, że Dickensowi właśnie o to przedstawienie pewnych grup społecznych chodziło. Jednak w tym przypadku rezultowało to tym, że nie przejęłam się losem niemal żadnego z bohaterów. No, może poza Nancy. Ten wątek wypada najciekawiej. Ta bohaterka jako jedna z nielicznych przechodzi jakąś zmianę i nie jest jednowymiarowa. Jej historia to jednak bardziej światełko w tunelu niż coś wywołującego większe emocje. Dodatkowo, w przedstawieniu postaci brakuje szarości  w większości przypadków są albo do szpiku kości źli albo anielsko dobrzy.

Dickens potrafił opisywać i to w zarysie historycznym tkwi moc tej powieści. Jego styl pomaga w wyobrażeniu sobie wszystkich opisanych sytuacji. Niestety, fabuła Olivera Twista zupełnie mnie nie porwała. Może z innymi jego powieściami będzie lepiej? Zobaczymy. 



W tym starciu dwóch klasyków, zdecydowanie bliżej mi do magicznego Sto lat samotności. A Wam?

poniedziałek, 23 października 2023

Seriale do obejrzenia w jeden weekend, część trzecia

Poprzednie wpisy o miniserialach: tutaj i tutaj


Daisy Jones and the Six (2023), reż. Nzingha Stewart, James Ponsoldt and Will Graham -> Amazon Prime

liczba odcinków: 10

Ta produkcja ma wszystkie elementy serialu skrojonego pod mój gust. Tematyka formowania zespołu i jego pierwszych kroków w show biznesie to bardzo ciekawy temat. Dodatkowo, jest to serial muzyczny! Może właśnie ten potencjał sprawił, że każde potknięcie twórców bolało mocniej. Serial Daisy Jones and the Six mógł być moim ulubieńcem, wylądował jednak w strefie umilaczy o których po czasie się zapomina.

Historia fikcyjnego zespołu, działającego w latach 70tych została oparta na bestsellerowej książce autorstwa Taylor Jenkins Reid. Powieść ma rzeszę fanów, a biorąc pod uwagę gawędziarstwo autorki, którego doświadczyłam w Siedmiu mężach Evelyn Hugo, wierzę że wiele osób może się tą opowieścią zachwycić. Ja pierwowzoru nie czytałam, zatem nie będzie w notce porównania. 

Akcja serialu Daisy Jones and the Six została podzielona na dwa plany czasowe. Pierwszym jest współczesność, w której ucharakteryzowani aktorzy udzielają wywiadów o swoich początkach. Drugi przenosi nas w czasie do lat 70tych, gdzie przedstawione zostały opowiadane przez bohaterów historie. Niestety, przeskoki między dwoma planami często mnie wybijały i wprowadzały niepotrzebny komentarz. Jednym z najważniejszych elementów seriali muzycznych jest ścieżka dźwiękowa. Twórcy starali się nagrać coś wyjątkowego, niektóre utwory nawet wpadają w ucho. Niestety, daleko im do hitów typu Shallow z Narodzin gwiazdy czy City of stars z La La Land

Można jeszcze znaleźć kilka rzeczy, które nie działają w tym serialu, ale finalnie, dobrze mi się go oglądało. Uważam, że historia początków zespołu i tego, w jaki sposób dołączyła do niego Daisy wypada uroczo. Riley Keough w tytułowej roli jest bardzo charyzmatyczna, radzi sobie z postacią Daisy zarówno w scenach codziennych rozterek, jak i w scenicznym szale. Jej chemia z Samem Claffinem jest wyczuwalna. Mają kilka świetnych wspólnych scen, jak ta z pisaniem piosenek w domu producenta muzycznego. Na drugim planie natomiast błyszczy postać Kamili, partnerki Sama. To taka bohaterka-anioł, ma w sobie tyle zrozumienia dla innych, że każda wyrządzona jej krzywda boli jeszcze bardziej. Daisy Jones zabrała mnie na przygodę, która może nie została na długo w głowie, ale była przyjemnym doświadczeniem.


Awantura (2023), reż. Hikari, Jake Schreier and Lee Sung Jin -> Netflix

liczba odcinków: 10

Któż mógłby się spodziewać, że jeden z najlepszych tegorocznych miniseriali zostanie wyprodukowany przez Netfliksa? Ja na pewno nie, a jednak Awantura to zdecydowanie najbardziej oryginalny serial w tym zestawieniu.

Głównymi bohaterami są Amy i Danny. Kobieta dorobiła się fortuny na prowadzeniu firmy, w której sprzedaje rośliny i jest o krok od sprzedaży swojej marki za sporą sumę. Marzy o tym, żeby przestać pracować i móc poświęcić się ognisku domowemu, a w szczególności wychowaniu córki. Dla wszystkich wokół niej, jej życie wydaje się idealne. Zatem poziom narastającej w kobiecie frustracji wydaje się nie na miejscu. Z drugiej strony mamy historię Danny'ego, który próbuje związać koniec z końcem, łapiąc budowlane fuchy. Niestety, zawsze brakuje funduszy, więc jego marzenie o kupnie domu dla rodziców wydaje się zupełnie nieosiągalne. Właśnie wtedy, te dwie przepełnione agresją osoby spotykają się w dość codziennej sytuacji - ktoś komuś zajeżdża drogę, agresywnie wygrażając środkowym palcem. Wydawało by się, że to sytuacja, jakich wiele. Dla tych bohaterów jednak to przelewa czarę goryczy i zamiast zapomnieć o wydarzeniu, starają się zemścić na drugiej osobie.

Awantura ma świetnie napisany scenariusz, życie obojga bohaterów rozpisane jest z uwagą na detale. Dzięki temu ich akcje, które są dość przesadzone, da się wytłumaczyć. Nie byłoby też takiej przyjemności z oglądania, gdyby nie Ali i Steven na pierwszym planie. Świetnie radzą sobie z odegraniem tych postaci, szczególnie Steven zrobił na mnie ogromne wrażenie. Twórcy serialu nie zamykają się również na jeden styl, czego przykładem mogą być dwa ostatnie odcinki. Przedostatni przypomina niemal Parasite, w którym dochodzi do napadu na bogaty dom. Ostatni odcinek to zabawa inną formą, w której bohaterowie mogą podzielić się wszystkim, co leży im na wątrobie. Niesamowicie dobrze się to oglądało i zdecydowanie jest to jeden z najciekawszych tytułów, które znajdziemy na Netfliksie.


Czarny ptak (2023), reż. Michaël R. Roskam, Jim McKay and Joe Chappelle -> Apple TV

liczba odcinków: 6

Miniseriale kryminalne zaliczam do moich gatunkowych ulubieńców. Dzięki kilku odcinkom twórcy zyskują czas na powolne rozwinięcie portretów bohaterów, co w kontekście kryminalistów nieustannie fascynuje widzów. Czarny ptak to historia, która zapewne nie miałaby takiego mocnego przekazu w formie filmu, a jako serial sprawdza się świetnie. 

W serialu Czarny ptak zobaczymy jedną z ostatnich ról Roya Liotty, aktora którego kochamy za postać znaną z Chłopaków z ferajny. Jego bohater jest byłym policjantem, który zboczył z drogi prawa. Ważne jest przedstawienie jego relacji z synem. Mężczyzna czuje się winny przestępczemu życiu syna, obwinia się za ścieżkę, którą ten obrał. Próbuje mu pomóc, wyciągnąć go z zaistniałej sytuacji. Ta relacja będzie ważna w porównaniu do tej, która łączy głównego podejrzanego ze swoim ojcem. Od dziecka traktowany był jako ten gorszy syn, więc ze wszystkich sił szukał uznania wśród innych. Postać głównego podejrzanego jest prawdziwie fascynująca i przede wszystkim dla niej warto ten serial obejrzeć. Zagrana brawurowo przez Paula Waltera Hausera. Ten bohater jest mocno ekscentryczny, ale aktor radzi sobie z wszelkimi dziwnościami, nie przekraczając granicy przesady. Taron Egerton dobrze mu partneruje, ale trudno mu przejąć uwagę widza, kiedy Hauser jest obok niego. 

Zawsze kiedy widzę napis, wskazujący że historia oparta jest na faktach to intensywniej przeżywam przedstawione wydarzenia. Łatwiej jest pomyśleć, że to wszystko jest fikcją, a postacie morderców żyją tylko w głowach twórców. Czarny ptak to naprawdę mocny kawał telewizji, polecam szczególnie wszystkim fanom mrocznych kryminałów.


Good Omens 2 (2023), reż. Douglas Mackinnon  -> Amazon Prime

liczba odcinków: 6

Naginam trochę zasady tego wpisu. Miały być miniseriale, a tutaj druga odsłona przygód znanych bohaterów. Dla Good Omens warto jednak złamać kilka reguł.

Pierwszą część serialu traktowałam jako miniserię. Całość zamknięta była w sześciu odcinkach i oparta na historii, którą znamy z książki napisanej przez Pratchetta i Gaimana. Poczułam się szczerze zaskoczona kiedy zapowiedziano kontynuację opowieści. Jako że pierwszy sezon był naprawdę przyjemną, zabawną fantastyką, to nastawiałam się na podobne emocje przy drugiej odsłonie. Jakie zatem było moje zaskoczenie, kiedy dostałam coś tak innego. Gaiman rozwinął skrzydła w drugim sezonie i w centrum historii postawił... wątek romantyczny. Zrobił to w sposób zniuansowany, tak że widz ma wrażenie, że ogląda kolejne starcie nieba z piekłem, kiedy tak naprawdę wszystko kręci się wokół dynamicznej relacji Azirafala i Crowleya.

Mam wrażenie, że od lat nie widziałam tak genialnego duetu aktorskiego jak Sheen i Tennat. Obaj wspinają się na wyżyny aktorstwa, przekuwając demona i anioła w postacie, którym chcemy kibicować. Sukces Dobrego Omena opiera się w ogromnym stopniu na ich chemii. Pomaga fakt, że to aktorzy, którzy znają się nie od dziś. W czasie pandemii zaczęli nawet wspólnie nagrywać serial bazujący na ich przyjaźni (Staged). 

W drugim sezonie sporo się dzieje. Są wspomnienia z przeszłości dwójki bohaterów, gdzie zobaczymy ich pierwsze spotkanie czy historię Hioba (w tym epizodzie w rolach Hioba i jego syna zobaczymy kolejno teścia Tennanta i jego syna). Jest zagadka związana z Gabrielem, który stracił pamięć. Są relacje sąsiadów Azirafala, gdzie na pierwszym planie znajduje się związek dwójki pań, które popychane są w swoje ramiona przez głównych bohaterów. Drugi sezon to jednak przede wszystkim historia pewnej relacji. Uświadamia nam, że najgłębsze uczucia rodzą się, kiedy już daną osobę dobrze poznamy, przejdziemy z nią przez piekło, ale przy każdej kolejnej przygodzie będziemy chcieli ją mieć przy swoim boku. Ja tej parze kibicuję z całego serducha, równocześnie nie mogę doczekać się ich losów w trzecim sezonie!


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka