niedziela, 23 maja 2021

„Cień i kość” – jak zrobić dobrą ekranizację młodzieżowej książki i zadowolić fandom

Serial Cień i kość powstał na podstawie słynnej serii książek autorstwa Leigh Bardugo. Kiedy w sieci pojawiły się materiały z planu, wiedziałam, że niewiele czasu zostało mi na przeczytanie trylogii przed premierą pierwszego odcinka. Ci, którzy mnie śledzą, wiedzą, że się udało i niedawno skończyłam przygodę z trylogią Grisza, o której zdanie mam dość ambiwalentne (więcej informacji znaleźć można tutaj). W skrócie – było w książkach kilka bardzo mocnych punktów, ale całości brakowało dodatkowego kopa, a młodzieżowe schematy i nieciekawi bohaterowie mocno obniżyli wrażenia z czytania. Natomiast po zapoznaniu się z pierwszymi entuzjastycznymi opiniami na temat serialu, byłam pełna optymizmu i nadziei, że mankamenty z pierwowzoru będą na ekranie poprawione. Zastanawiałam się jedynie nad tym, jak na moje wrażenia wpłynie wplecenie wątku z Szóstki wron, dylogii z tego samego uniwersum, której jeszcze nie przeczytałam.

W pierwszym odcinku poznajemy krótki zarys historii i jest to dość wierny obraz tego, z czym mamy do czynienia również w książce. Pojawia się główna bohaterka, Alina, zajmująca się w wojsku kartografią, która ląduje na statku przemierzającym przerażającą Fałdę, czyli część ziemi zamieszkaną przez złowrogie volcry. Już w pierwszym odcinku dowiemy się, że dziewczyna posiada niespotykaną moc kontrolowania światła. Moc, która akurat jest w Ravce bardzo potrzebna, zatem Alina stanie się osobą przez wielu poszukiwaną.

Uwielbiam to, że mój mąż ogląda ze mną te wszystkie młodzieżowe produkcje, ponieważ mam dzięki temu przykład perspektywy człowieka, dla którego ta historia jest czymś zupełnie świeżym. Pozwoliło mi to inaczej spojrzeć na wiele sytuacji, jak wrzucenie widza na głęboką wodę od samego początku serialu. W pierwszym odcinku dość intensywnie jesteśmy atakowani informacjami dotyczącymi świata przedstawionego, nazwy krain, tytuły poszczególnych magów, kto z kim toczy wojnę i skąd wzięła się Fałda – to już dużo nowości, a do tego twórcy zaczynają ciągnąć drugi wątek, znany fanom z książki Szóstka wron. Informacji jest sporo, ale w jakiś dziwny sposób działa to na korzyść, ponieważ widz zostaje zmuszony do skupienia uwagi na wszelkich niuansach, dzięki czemu łatwiej wchodzi w ten fantastyczny świat.

Ożywienie świata znanego z trylogii to zresztą jeden z najmocniejszych punktów serialu Cień i kość. Od pierwszych minut widać, że budżet nie był problemem, a twórcy wykorzystali go w najlepszy możliwy sposób, przykładając się do detali. W tym świecie przedstawionym czuć rosyjski klimat nawet mocniej niż w książce, bo zamiast wciąż powtarzać rosyjsko brzmiące nazwy krain czy słowa przypominające język rosyjski, to po prostu wykorzystano zabawę scenografią i kostiumem. Największe wrażenie robią chyba kefty, czyli te kubraczki noszone przez Grisze. Wyobrażałam je sobie podobnie, ale dopiero zobaczenie ich na ekranie naprawdę dopełniło tę wizję.

Jednym z najmocniej chwalonych elementów ekranizacji jest obsada. Co chwilę można natknąć się na zachwyty nad Benem Barnes'em, który dostał ważną rolę w postaci Zmrocza. Niestety, ja się trochę z fandomem w tej kwestii rozjeżdżam, bo cała ekipa z ekranizacji trylogii Cień i kość jest dla mnie co najwyżej poprawna, ale brakuje jej charyzmy. Przede wszystkim gra Aliny po pierwszym odcinku zaczyna uwierać, ewidentnie dziewczyna świetnie radzi sobie w scenach luźnych pogawędek z początku serialu, ale im więcej ciężaru emocjonalnego spada na bohaterkę, tym aktorka bardziej się gubi. Finalnie, Alina jest mocno podobna do tej postaci książkowej, bo wypada raczej irytująco, chociaż z innych powodów niż ta z pierwowzoru. Smutno mi z powodu Zmrocza, którego wyobrażałam sobie jako mocny, czarny charakter, a w wykonaniu Barnes'a jest chłopcem raczej delikatnym, któremu brakuje siły i zdecydowania, których oczekiwałam. Chemii między tymi bohaterami nie wyczułam w ogóle, więc ten wątek należy w moich oczach do najmniej ciekawych. Jeżeli jednak miałabym kogoś tutaj wskazać palcem, to uważam, że to reżyser zawinił z poprowadzeniem postaci, bo ewidentnie czuć w nich było potencjał. Lepiej jest na drugim planie, bo Mal radzi sobie lepiej niż mdły, książkowy pierwowzór, Zoya jest świetna, a Baghra rządzi. Żal trochę tych głównych postaci. Po prostu.

Twórcy serialu postanowili połączyć opowieść z trylogii Grisza z historią bohaterów Szóstki wron. I tutaj, może kwestia tego, że ten wątek był dla mnie nowością, ale perspektywa Kaza, Inej i Jaspera była najbardziej angażująca. Ktokolwiek zdecydował się zaryzykować i połączyć te dwie historie, dokonał dobrego wyboru. Początkowo miałam problem z wiecznie zaciętą miną Kaza i trochę nie rozumiałam zasadności tej grupki, ale im dłużej poświęcano im czasu, tym mocniej wciągał mnie ten wątek. Przede wszystkim charakterne postacie, z robiącymi wrażenie umiejętnościami, do tego klimat trochę przypominający Stop prawa Sandersona, czyli rewolwerowcy, spiski, porwania, szajka do wynajęcia. No, po prostu miodzio. Muszę także zaznaczyć, że aktorsko jest tutaj o wiele lepiej niż wśród ekipy Cienia i kości – do Kaza może i trzeba się trochę przyzwyczaić, ale Inej i Jasper kradną show. Najmocniej Jasper, który jest takim promyczkiem serialu, zagrany naturalnie, ale zarazem charyzmatycznie i trudno nie docenić tutaj świetnego castingu. Najlepsza postać serialu. Obok kozy, oczywiście. Kto oglądał, ten wie.


Cień i kość to przykład dobrze wykonanej pracy nad ekranizacją. Twórcy czerpali z pierwowzoru to, co najlepsze, przyłożyli się do zbudowania wiarygodnej scenografii, stworzyli odpowiednie kostiumy, przeprowadzili porządny casting, a do tego zaryzykowali. Zazwyczaj fani książek drżą na myśl o zmianach w ich ulubionej historii, ale tutaj magicznie te dodatkowe wątki tylko pomagają rozwinąć świat, a osobom znającym fabułę trylogii dać dodatkowy dreszczyk wrażeń przy poznawaniu nowych postaci. I może sama nie należę do fandomu uniwersum Bardugo, a książki podobały mi się raczej umiarkowanie, to nie mogę zaprzeczyć, że ekranizacja wyszła dobrze. Nie jest to „moja filiżanka herbaty”, ale docenić potrafię. Na pewno też będę oglądała dalej i czekała na pojawienie się Nikołaja!


czwartek, 13 maja 2021

Klasyki różnych gatunków, czyli Kapuściński, Atwood, Cook i Dahl czytani w lutym

Czas nieubłaganie pędzi do przodu, a ja wciąż mam trochę zaległych książek, o których chciałam opowiedzieć. Będzie więc krótko na temat czterech pozycji, przeczytanych jeszcze w lutym. Tak się złożyło, że każda reprezentuje inny gatunek literacki, ale łączy je fakt, że są uważane za tytuły, które zajmują miejsce w kanonie i które po prostu warto znać.

„Cesarz”
Ryszard Kapuściński

Gatunek: literatura faktu
Rok pierwszego wydania: 1978
Liczba stron: 118
Wydawnictwo: Kolekcja Gazety Wyborczej

Na szczytach nigdy nie jest ciepło. Wieją lodowate wichry, każdy stoi skulony i musi pilnować się, żeby sąsiad nie strącił go w przepaść.



Rozpocznę od zupełnej rewelacji, czyli kolejnej książki docenianego na całym świecie polskiego autora, Ryszarda Kapuścińskiego. Pierwszy raz z jego twórczością zapoznałam się dopiero w zeszłym roku, kiedy przeczytałam powieść Szachinszach (tutaj link do poczytania o moich wrażeniach). Cesarz to jeden z jego najgłośniejszych reportaży, a po lekturze nie mam już żadnych wątpliwości, że jego sława jest zupełnie zasłużona. Kapuściński pisał o faktach z życia etiopskiego cesarza Hajle Sellasje, a Cesarz to właściwie zbiór wypowiedzi ludzi, którzy pracowali dla władcy i przeżyli rewolucję. Z autorem podzielili się opisem swoich obowiązków za panowania Hajle Sellasje, tym jak wyglądało ich codzienne życie na dworze, gdzie niektórych praca ograniczała się do podsuwania poduszki pod dyndające z tronu nogi cesarza. Zarazem, książka ta mówiąc o konkretnym wydarzeniu wnosi również głos do ogólnej dyskusji o władzy – to nie tylko przedstawienie pewnego wycinka historii Etiopii, bo łatwo znaleźć tutaj podobieństwa do innych rządzących. Hajle Sellasje otaczał się podwładnymi, którymi łatwo było manipulować, których można przekupić. Jego władza opierała się na sieci donosicieli. Kapuściński z precyzją buduje obraz władzy, prezentuje jak działa system totalitarny – zastraszanie podwładnych, manipulowanie ludźmi, wykorzystywanie ich do swoich celów. Łatwo można zauważyć podobieństwo w sposobie rządzenia do tej władzy, którą znamy z historii naszego kraju. 

W książce mamy do czynienia z przepięknym stylem, autor nadaje pewnego rodzaju dramatyczności fabule, dzięki niezaprzeczalnym umiejętnościom literackim. Jest to dzieło wieloznaczne, a zdolność Kapuścińskiego do operowania słowem na pewno potrafi oczarować czytelnika. Piękna, mądra, wartościowa literatura, którą każdy znać powinien.

„Ślepy zabójca”
Margaret Atwood

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2000
Liczba stron: 632
Wydawnictwo: Wielka Litera

Pożegnania mogą być wstrząsające, ale powroty z pewnością są jeszcze gorsze.


Twórczość Margaret Atwood znałam dotychczas jedynie z jej światowego bestsellera, Opowieści podręcznej (moje wrażenia tutaj). Ślepy zabójca znalazł się w mojej biblioteczce dość przypadkowo, bo kupiłam tę książkę podczas jednej z wyprzedaży w internetowej księgarni wydawnictwa. Zachęcam do śledzenia ich strony, ponieważ często można kupić tę książkę w bardzo dobrej cenie. Dopiero kiedy zaczęłam czytać powieść Ślepy zabójca, to dowiedziałam się, że właśnie za ten tytuł przyznano Margaret Atwood nagrodę Bookera. Może zatem jest to najmniej „klasyczna” książka z tego wpisu, ale na pewno zajmuje miejsce w literackim kanonie.

Ślepy zabójca to taki przykład literatury, który po prostu może do czytelnika trafić albo zupełnie przestrzelić – z czego mnie akurat oczarował od pierwszych stron. Mocnych punktów powieści mogłabym wymienić naprawdę sporo, poczynając od przepięknego stylu, przez ciekawą zabawę perspektywą i czasem akcji, użycie różnych form do napisania poszczególnych rozdziałów, a kończąc na intrygującej kobiecej historii. W książce przedstawione są losy dwóch sióstr, które wiele w swoim życiu przeszły – burzliwą miłość, wykorzystywanie, utratę majątku, a towarzyszyło im ciągłe uczucie osamotnienia. 

Część fabuły została opowiedziana z perspektywy Iris Chase, kobiety pochodzącej z niegdyś bogatej rodziny przemysłowców. Jej współczesne życie przeplatane jest z fragmentami dotyczącymi wspomnień z młodości jej siostry, Laury, która zginęła tragicznie w wypadku zaraz po wydaniu swojej książki o tytule Ślepy zabójca. Siłą powieści Atwood jest zbudowanie intrygujących kobiecych charakterów, bo to główne bohaterki rządzą tą powieścią i napędzają wydarzenia. Dodatkowo, różnorodność form w książce robi ogromne wrażenie – znajdziemy tutaj wycinki artykułów z gazet, uzupełniające treść, ale też dużo miejsca poświęcono gatunkowi fantastyki – wszystko za sprawą młodego rewolucjonisty, który opowiadał jednej z bohaterek fabułę swojej książki. Ten miszmasz porywa, klimat powieści jest gęsty i tajemniczy, a Atwood ląduje u mnie w gronie najbardziej zaskakujących autorek. Mnie zupełnie ta książka oczarowała, warto dać jej szansę.

„Kroniki Czarnej Kompanii”
Glen Cook

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 1984
Liczba stron: 920
Wydawnictwo: Rebis

Religia to coś, co wbijają ludziom do łba od dziecka i co nigdy całkiem stamtąd nie wychodzi. Ponadto dostarcza ona motywacji, która daleko wykracza poza granice rozumu.


W lutym, krótko po przeczytaniu kolejnych dwóch książek autorstwa Brandona Sandersona, poczułam się trochę winna. Uważam się za fankę literatury fantastycznej, a nadal niewiele znam lektur spośród kanonu i tak zwanych „klasyków gatunku”. Od razu zatem stwierdziłam, że kolejną książką będzie coś, o czym słyszę już od wielu lat, taki tytuł, który pojawia się w sporej ilości rankingów, który polecają także współcześni autorzy fantastyki. Na mojej półce były akurat Kroniki Czarnej Kompanii Glena Cooka i to od tej powieści postanowiłam rozpocząć.

W mojej wersji, wznowionej przez wydawnictwo Rebis, znajdują się pierwsze trzy części: Czarna Kompania, Cień w ukryciu i Biała Róża. Wszystkie trzy zamknięte w niemal tysiącstronicowym egzemplarzu i może był to dobry wybór, ponieważ gdyby nie połączono tych książek w jedno wydanie to nie wiem czy po Czarnej Kompanii w ogóle sięgnęłabym po Cień w ukryciu. Krótko mówiąc, pierwsza część nie była zbyt przyjemną rozrywką – mnogość bohaterów, a zarazem rozwleczona akcja potrafiły mocno odstraszyć. Historia z perspektywy współczesnego widza także nie należy do ekscytujących. Obserwujemy losy grupy najemników, którzy brutalnie i bezwzględnie wykonują swoje zadania. Znajdzie się także miejsce dla standardowego wątku mrocznej przepowiedni, której jedni chcą uniknąć, a drudzy czekają tylko na jej spełnienie. Na szczęście im dłużej się czyta, tym bardziej ten świat potrafi do siebie przekonać. Kolejne części były już o wiele bardziej angażujące, czytelnik zaczyna przyzwyczajać się do bohaterów, fabuła staje się bardziej magiczna, a wybory postaci należą do trudniejszych i potrafią zaskoczyć – nie ma tu miejsca na jednoznaczne, czarno-białe podziały.

Podsumowując, cieszę się, że udało mi się te trzy tomy przeczytać, Konował był przyjemnym towarzyszem przygód, a jako fanka gatunku dowiedziałam się skąd wielu autorów czerpało inspirację. Jednak nie mogę powiedzieć, żeby mnie Kroniki Czarnej Kompanii porwały i nie jestem również zainteresowana dalszymi perypetiami bohaterów. W związku z czym, na poznanych wydarzeniach z życia najemników poprzestanę i za dalsze części podziękuję. 

„Charlie i fabryka czekolady”
Roald Dahl

Gatunek: dziecięca
Rok pierwszego wydania: 1964
Liczba stron: 250
Wydawnictwo: Znak Emotikon

Wszystko jest tutaj jadalne, łącznie ze mną. Ale to nazywa się kanibalizmem, drogie dzieci, i spotyka się z dezaprobatą w większości społeczeństw.


Tytuł Charlie i fabryka czekolady jest wszystkim dobrze znany, ale zapewne większość kojarzy go ze słynnej ekranizacji, stworzonej na podstawie książki. Ja właściwie również najpierw obejrzałam film, a dokładnie wersję z Johnnym Deepem w roli Willy'ego Wonki, w reżyserii Tima Burtona. Co prawda oglądałam ponad dziesięć lat temu, ale wtedy bardzo mi się ten film podobał. Natomiast, wstyd się przyznać, wersji z 1971 roku wciąż nie obejrzałam, chociaż jestem niezmiernie ciekawa jak sobie Gene Wilder poradził w roli ekscentrycznego Wonki, bo słyszałam o nim dużo dobrego.

Fabuła powieści rozpoczyna się od przedstawienia tytułowej postaci, czyli Charliego. To chłopiec, który mieszka z rodzicami, dwoma babciami i dwoma dziadkami, na bardzo małym metrażu, w pobliżu fabryki czekolady. Sytuacja finansowa rodziny jest niewesoła, często jej członkowie nie mają co do garnka włożyć. Darzą się jednak piękną, czystą, rodzinną miłością. Charlie dostaje jedną tabliczkę czekolady rocznie, dokładnie na swoje urodziny i potrafi docenić każdy jej kawałek. Zrządzeniem losu, to właśnie on w opakowaniu słodyczy znajduje złoty bilet, który pozwala mu wziąć udział w zwiedzaniu fabryki czekolady Willy'ego Wonki.

Moim zdaniem to bardzo słodka (aż tak, że można zgłodnieć podczas czytania, ostrzegam) książka dla dzieci i żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej. W swojej powieści Roald Dahl kładzie duży nacisk na kwestie dydaktyczne, znajdą się w niej piosenki i pouczenia skierowane typowo dla dzieci. Jednocześnie przeżyjemy szalone przygody, poznamy magicznych Umpa-Lumpasów, zaintryguje nas mocno niejednoznaczna postać Wonki, a do tego lekkie pióro Dahla osłodzi nam te kilka chwil spędzonych na lekturze. Moim zdaniem zawsze warto do literatury dziecięcej wracać, bo kiedy nam smutno i źle to potrafi podnieść na duchu, jak żadna inna. Jakby nie patrzeć, same plusy z czytania, zatem jeśli nie znacie, to koniecznie powieść Charlie i fabryka czekolady przeczytajcie. Podróż do krainy dzieciństwa – gwarantowana. 

czwartek, 6 maja 2021

„Gustaw. Opowieść o Holoubku” Zofia Turowska – o człowieku, który kochał teatr

Gustaw. Opowieść o Holoubku
Zofia Turowska

Gatunek: biografia
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Marginesy

Jestem dawcą, a nie biorcą. Moją główną radością jest możliwość dawania czegoś ludziom. Teatr też jest darowizną wobec innych.

Opis wydawcy

Pierwsza po wielu latach biografia Gustawa Holoubka. Dlaczego teraz? Bo ciągle żyje w naszej pamięci. Bo był i nadal jest kimś więcej niż wspaniałym aktorem. Bo teraz – bardziej niż kiedykolwiek – ważna jest jego niezłomna postawa etyczna.


Moja recenzja

Czasy mamy takie, że słowo „teatr” wzbudza przede wszystkim uczucie tęsknoty. Kiedy scena była na wyciągnięcie ręki, to jakoś zawsze brakowało czasu i ochoty na oglądanie spektakli, a teraz wielu z nas marzy tylko o ponownym otwarciu teatrów, żeby móc znowu zasiąść na widowni. Podczas ostatniego poluzowania obostrzeń udało mi się obejrzeć nawet kilka przedstawień, ale głód wciąż nie został zaspokojony. Zapewne dlatego postanowiłam przeczytać książkę Gustaw. Opowieść o Holoubku. Biografie nie należą do gatunku, po który często sięgam, można zapewne uśrednić, że czytam jedną tego typu książkę rocznie. Nowość od wydawnictwa Marginesy, opisująca życie i twórczość Gustawa Holoubka, przyciągnęła moją uwagę ze względu na nazwisko, które zna każdy entuzjasta świata teatru i filmu.

Książka nie zawiera jedynie suchych faktów opisujących życie Holoubka i nie jest napisana w sposób chronologiczny. Zamiast tego podzielona jest na różne rodzaje scen: jest zatem scena najpierwsza, w której krótko poznamy dzieciństwo aktora, a później już scena krakowska, teatralna, filmowa, prywatna, polityczna czy kibica i pasjonata. Na pewno jest to ciekawy pomysł, ale wprowadza jeden zdecydowany minus – fakt, że niektóre fragmenty biografii czytamy z większym zainteresowaniem niż pozostałe. Dla mnie opisy rozwijającej się kariery teatralnej i filmowej, fragmenty o szkole aktorskiej, współpracy i przyjaźni z innymi osobami ze środowiska artystycznego były najbardziej intrygujące. Jednak opisy związane przykładowo ze sportem czy górskimi podróżami już mniej mnie interesowały. Przez to lektura była nierówna – momentami nie potrafiłam się oderwać, ale przy nudniejszych rozdziałach historie mnie nużyły, a czytanie książki zazwyczaj przerywałam.

Tak jak już wspominałam, nazwisko Gustawa Holoubka jest powszechnie znane w naszym kraju. Dla mnie, a podejrzewam, że dla większości osób w mojej grupie wiekowej, pierwsze spotkanie nastąpiło w liceum, a wszystko za sprawą ekranizacji Dziadów w reżyserii Tadeusza Konwickiego, czyli filmu Lawa. Ekranizacja zrobiła wtedy na mnie dobre wrażenie, ale muszę przyznać, że potrzebuję powtórki, bo nieco się fragmenty w pamięci zatarły. Za to doznanie jakie serwuje nam Gustaw Holoubek w swojej interpretacji Wielkiej Improwizacji jest czymś, co trudno zapomnieć.

źródło

Wszelkie anegdoty związane ze sceną, aktorstwem i zarządzaniem zespołem artystów zawsze sprawiają mi sporo przyjemności, także w przypadku tej biografii nie było inaczej. Ciekawych historii jest tutaj dużo – już w pierwszych rozdziałach poznamy fragment opisujący moment przystąpienia Gustawa Holoubka do egzaminu wstępnego do szkoły teatralnej. Podczas wygłaszania wiersza sprzedał swoje serce, zalał się łzami, a w komisji tylko zapytano czy dobrze się czuje i stwierdzono, że w ogóle nie zrozumiał tekstu, który prezentował. To tylko jedna z wielu anegdot, a w książce zaprezentowany zostanie kawał ciekawego życia zawodowego, w którym poznamy najsłynniejsze role teatralne oraz filmowe aktora, ale także dowiemy się jak radził sobie jako reżyser, pedagog w Akademii Teatralnej i dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie. 

Z ocenianiem biografii zawsze mam problem, bo nie czytam ich zbyt wiele, a kiedy już po jakąś sięgam to dlatego, żeby poznać życie danej osoby i nie wymagam od niej za dużo. To takie lektury, które mogę czytać fragmentami, raczyć się ciekawostkami po trochę, niespiesznie. Mimo to, mogłam wyczuć w tej pozycji tworzenie laurki dla Holoubka – stawiany on jest na piedestale jako człowiek, jako aktor, reżyser, a właściwie w każdej roli. Może ewentualnie obraz jego jako ojca zawodzi, bo nie poświęcał dzieciom zbyt wiele czasu, ale nawet w wypowiedziach córek i syna nie czuć zbyt wiele żalu. Nie przeszkadzało mi to podczas czytania, ale jest to informacja warta odnotowania. Gustaw. Opowieść o Holoubku jest również książką bardzo ładnie wydaną – wewnątrz roi się od zdjęć, które sprawiają, że lektura jest po prostu bogatsza, a my możemy trochę przenieść się w tamten miniony świat. Dodatkowo znalazło się miejsce na cytaty znanych osób ze świata teatru i filmu, które często przytaczały zabawne historie związane z Holoubkiem. Wśród tych wszystkich wypowiedzi znalazły się także fragmenty komentarzy Internautów na temat aktora, co było dość oryginalnym zabiegiem.

Z biografii Gustawa Holoubka wyłania się portret człowieka piekielnie inteligentnego, sympatycznego, kochającego swój zawód, zabawnego, niestroniącego od niecenzuralnego humoru. Człowieka z pasją, który żył sztuką i o którym długo polska scena nie zapomni. Z książką spędziłam sporo miłych chwil, pozwoliła mi przenieść się do teatru, na próby, premiery czy plan filmowy i za to jestem jej najbardziej wdzięczna.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy

niedziela, 25 kwietnia 2021

Komu dałabym Oscara? (edycja 2021)

Tradycyjnie ta notka pojawiała się w okolicy lutego, wszyscy jednak wiemy, że ten rok jest szczególny. Data gali oscarowej została przełożona na 25 kwietnia, a odbywać się będzie nie tylko w słynnym Dolby Theatre – część uroczystości przeniesiona zostanie na dworzec Union Station w Los Angeles, a gwiazdy będą łączyć się satelitarne z Paryża i Londynu. W związku z tym, zabraknie powtórki z corocznych tłumów na czerwonym dywanie oraz hucznych występów na dużej scenie. Przede wszystkim, ze względu na pandemię ucierpiała ilość filmów, które miały premierę w zeszłym roku. Przesunięto sporo projektów, nie doczekaliśmy się nowej odsłony Diuny w reżyserii Denisa Villeneuve’a, najnowszy tytuł Wesa Andersona, The French Dispatch, z imponującą obsadą ma pojawić się dopiero w okolicach tegorocznych wakacji, a film o kolejnych przygodach Bonda już niejednokrotnie zmieniał datę premiery. To przesunięcie gali na kwieceń było całkiem dobrym pomysłem, ponieważ dzięki temu zebrano większą ilość produkcji do ograniczonej już puli. 

Żałuję, że nie udało mi się nadrobić wielu filmów nominowanych, ponieważ kina w Polsce otwarte były tylko na krótką chwilę, a nie wszystko udało się legalnie obejrzeć w Internecie. Na szczęście okres, w którym można było odwiedzać kina wykorzystałam w stu procentach i obejrzałam tyle, ile mogłam tytułów nominowanych, za co należą się podziękowania repertuarowi wrocławskich Nowych Horyzontów.


Najlepszy film

W tym roku mamy zatem tylko osiem filmów nominowanych w głównej kategorii, z czego udało mi się obejrzeć sześć. Seanse Judas and the Black Messiah oraz Ojciec poczekają zapewne na kolejne otwarcie kin, z czego ten drugi tytuł zapowiada się naprawdę ciekawie. Mam takie ciche podejrzenie, że mógłby być nawet moim faworytem w tej kategorii, bo i tematyka, i obsada, i sama historia z zapowiedzi wygląda na coś w moim typie. Nie ma co się jednak rozwodzić nad tymi tytułami, przejdźmy do tych obejrzanych. Na pierwszy ogień – Proces siódemki z Chicago, bardzo dobrze napisany, mocno rezonujący z wydarzeniami, które miały miejsce niedawno w Polsce. Dla mnie było w nim za dużo emanowania patosem i schematycznych amerykańskich chwytów, brakowało czegokolwiek odkrywczego. Ciekawym pretendentem do statuetki za najlepszy film jest za to Minari, film o koreańskiej rodzinie, która przeprowadza się na pustkowie, w poszukiwaniu spełnienia słynnego „amerykańskiego snu”. Przez większość czasu trwania jest to seans lekki i po prostu rozczulający. Postać syna kradnie uwagę, a szczególnie w pamięci zapadają jego sceny z babcią, które potrafią widza rozbawić. Miło zobaczyć coś tak innego w głównej kategorii, jednak dla mnie to po prostu dobry film, który nie zachwycił szczególnie mocno, chociażby jak zeszłoroczne Parasite. Zresztą, to dwa różne bieguny filmowe, Minari to raczej kino familijne, gdzie ważne są relacje i dążenie do realizacji marzeń, zdjęcia utrzymane są w przyjemnych barwach, a całość okraszona jest piękną muzyką. Kolejny nominowany film, Sound of metal, wart jest uwagi przede wszystkim ze względu na Riza Ahmeda w roli głównej. To przykład całkiem dobrze napisanego filmu, który główny aktor wynosi na wyższy poziom. Początek jest naprawdę mocny, montaż dźwięku robi wrażenie, szczególnie można to odczuć, kiedy siedzi się na sali kinowej (nie jestem pewna, czy w zaciszu domowym osiągnąłby taki efekt). Oglądamy zmagania głównego bohatera z nowym światem – ludzi głuchych, w którym się znalazł. Sound of metal to takie porządnie skrojone kino, ale znajdzie się tam też kilka mankamentów, dla przykładu: poprowadzenie wątku dziewczyny głównego bohatera. Najwięcej zarzutów pojawiło się chyba w tym roku wobec filmu Mank, czyli nowej produkcji słynnego reżysera, Davida Finchera, do którego scenariusz napisał jego ojciec, Jack Fincher. To historia powstawania scenariusza do Obywatela Kane'a, a sam film nakręcony został raczej dla zagorzałych kinomanów, dla których powrót do klimatu dawnego kina Hollywood będzie wiązał się z podejściem sentymentalnym. Ja zawsze te stare filmy lubiłam, Obywatela Kane'a obejrzałam dość niedawno, więc świetnie się bawiłam wyłapując podobieństwa. Najbardziej zaskakujący w tym roku był chyba seans Obiecującej. Młodej. Kobiety, o którym to pisałam już wcześniej, więc powtarzać się nie będę. Krótko mówiąc, moim zdaniem to najważniejszy film roku i miło widzieć, że dobrze radzi sobie w sezonie nagród, zyskując sobie spore grono fanów. Ja na pewno do nich należę. Na koniec kilka słów o Nomadland, niepozornie zapowiadającym się filmie, który w tym roku podbił sporo serc. Mnie również ten seans porwał, w jego chłodnym klimacie było coś fascynującego, a Frances McDormand znowu zawładnęła ekranem z właściwą sobie charyzmą i to jej rola sprawiła, że Nomadland jest właśnie aż tak dobry. Sam fakt, że postaci, spotykane po drodze przez główną bohaterkę, są grane przez prawdziwych nomadów sprawia, że seans jest jeszcze bardziej imponujący. Nie jest to jednak film pozbawiony wad. Zdecydowanie uwierały złote myśli wygłaszane przez bohaterów – momentami trącały infantylnością, ale tym razem przymykam na to oko. 

Oscar dla najlepszego filmu: Nomadland
Mój wybór: Obiecująca. Młoda. Kobieta., ale jeśli wygra Nomadland to też się nie obrażę

zdjęcie zza kulis filmu Sound of metal, źródło

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Kategorie aktorskie w tym roku są chyba najciekawszym elementem rozdania. Przede wszystkim dlatego, że nie ma jednego faworyta wyścigu, którym w zeszłym roku był akurat w tej kategorii Joaquin Phoenix. Jak już wspominałam przy powyższej kategorii, ja byłam pod ogromnym wrażeniem kreacji Riza Ahmeda w Sound of metal. Aktora, którego nazwiska wcześniej w ogóle nie kojarzyłam, a który cały film udźwignął na swoich barkach, portretując wrażliwego, kruchego człowieka, a jednocześnie pełnego pasji i determinacji. Nie miał łatwego zadania, a poradził sobie wspaniale. Tajemnicą jest dla mnie popis Hopkinsa w filmie Ojciec, ale znając tego aktora, możemy spodziewać się aktorstwa z najwyższej półki – ja przekonam się o tym dopiero po otwarciu kin. Gary Oldman w Manku radzi sobie bardzo dobrze, ale mam wrażenie, że on jest najrzadziej typowanym zwycięzcą. Podobnie sprawa ma się ze Stevenem Yeun, który świetnie odegrał postać marzyciela, ale jednak odstaje lekko od konkurencji. Także końcowy wyścig będzie rozgrywał się zapewne między Ahmedem, Hopkinsem i Bosemanem. Ten ostatni stworzył charakterną kreację w filmie Ma Rainey: Matka bluesa, postać Leevy'ego była pełna charyzmy, zarazem lekka i niosąca ciężki bagaż emocjonalny. Jest zatem prawdopodobne, że tegoroczny Oscar pośmiertnie otrzyma właśnie Chadwick Boseman.


Oscar dla najlepszego aktora dostanie Chadwick Boseman za rolę w filmie Ma Rainey: Matka bluesa
Mój wybór: Riz Ahmed za Sound of metal

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Tutaj kolejny ciekawy pojedynek, szczególnie, że tym razem widziałam każdą z nominowanych aktorek w akcji i faktycznie, każda świetnie poradziła sobie ze swoją rolą. Z tego zestawienia może najmniej przekonała mnie kreacja Violi Davis, ponieważ była raczej przeszarżowana, ale zdecydowanie zagrała matkę bluesa całą sobą i trudno o tej kreacji zapomnieć. Andra Day, która za występ w Billie Holliday już dostała Złotego Globa, to najmocniejszy punkt bardzo słabego filmu. Oglądanie jego już zawsze kojarzyć mi się będzie z czystą męką i ciężko docenić tak naprawdę kunszt aktorski. Mimo to, Day poradziła sobie z utrzymaniem pewnej ciągłości postaci, co przy tak dziurawym scenariuszu i słabym montażu robi wrażenie. Zdecydowanie jest to nazwisko, które warto będzie śledzić w przyszłości. Przyznaję, że w tej kategorii mam mocny problem z wytypowaniem mojej ulubionej roli, bo trzy kolejne są równie imponujące. Najpierw Vanessa Kirby, która w Cząstkach kobiety wznosi się na szczyty aktorstwa – ta początkowa, półgodzinna scena porodu mocno przypomina scenę żywcem wyciętą z teatru, bardzo niewiele cięć, cała uwaga na barkach aktorów. I to Kirby jest powodem, dla którego ten film warto obejrzeć. Następnie mamy Carey Mulligan, która świetnie radzi sobie z oryginalną konwencją filmu Obiecująca. Młoda. Kobieta. Nie ma tutaj typowego poprowadzenia rozwoju, przemiany bohaterki, to raczej gotujące się gdzieś wewnątrz emocje potrafią w tym przypadku oczarować. Kolejny raz – gdyby ktoś inny zagrał Cassie, mogłoby wyjść o wiele gorzej. Podobnie sprawa ma się z Nomadland, gdzie właściwie Frances McDormand ciągnie cały film, będąc tak piekielnie naturalną, że ma się wrażenie oglądania filmu dokumentalnego. Przykład tytułu, w którym to warunki aktora definiują finalny sukces. Powalające wykonanie.


Oscar dla najlepszej aktorki powędruje do Frances McDormand za Nomadland, a może do Carey Mulligan za Obiecującą. Młodą. Kobietę.
Mój wybór: Frances McDormand za Nomadland / Vanessa Kirby za Cząstki kobiety

zdjęcie zza kulis filmu Nomadland, źródło

Najlepszy reżyser

Kolejna kategoria, w której udało mi się zobaczyć wszystkich nominowanych i historyczna chwila wśród dotychczasowych nominacji do Oscarów – mamy dwie kobiety właśnie w reżyserskiej kategorii. Do tego są to dwa mocne nazwiska, z czego dla Emerald Fennell to debiut! Gratulacje się należą, szczególnie że jej film jest bardzo autorski, sama napisała scenariusz i wyreżyserowała Obiecującą. Młodą. Kobietę. i po prostu widać, że był to dla niej ważny temat, a do pracy podeszła z pełnym zaangażowaniem. Zaryzykowała i to jej się opłaciło. Na czele wyścigu wydaje się być jednak Chloé Zhao i to jej najmocniej kibicuję. Przed Nomadland nawet o niej nie słyszałam, ale w tym roku udowodniła, że mistrzowsko potrafi poprowadzić emocje widza, a człowiek długo się zastanawia czy to aktorzy tak dobrze grają nomadów, czy nomadzi tak naturalnie wypadają na ekranie, co daje to dokumentalne wrażenie. Także naprawdę trzymam za nią kciuki. David Fincher i Lee Isaac Chung wykonali rzetelną pracę i dobrze widzieć ich wśród nominowanych, jednak moim zdaniem żaden z nich nie wybija się ponad konkurencję. Co innego Thomas Vinterberg, który filmem Na rauszu udowadnia, że duńskie kino ma sporo do zaoferowania, a on umiejętność balansowania między lekkością i tragedią, podczas opowiadania o powszechnym problemie, w tym przypadku alkoholizmie.

Oscar dla najlepszego reżysera odbierze zapewne Chloé Zhao za Nomadland
Mój wybór: Chloé Zhao za Nomadland


Najlepszy aktor drugoplanowy / Najlepsza aktorka drugoplanowa

Szczerze powiem, że mało ekscytują mnie te dwie kategorie w tym roku. Wśród aktorów nie widziałam dwóch nominowanych, bo oboje występują w filmie Judas and the Black Messiah. Także Daniel Kaluuya, który typowany jest na zwycięzcę i zgarnął jednak najwięcej nagród na innych festiwalach, pozostaje dla mnie tajemnicą. Znając jego kreację w Uciekaj! możemy się spodziewać czegoś dobrego. Jeżeli miałabym wybierać z trójki nominowanych, których widziałam, czyli aktorów: Sacha Baron Cohen, Leslie Odom Jr. i Paul Raci to chyba zdecydowałbym się na tego ostatniego. Podejrzewam, że w tym przypadku ma znaczenie fakt, że Paul Raci sprawił, że jego postać była tak sympatyczna, a po wyjściu z kina długo pamięta się jego przyjemną aurę. Nie jest to jednak popis aktorstwa. Wśród kobiecych ról widziałam o jedną więcej, a jedyną, która mnie ominęła była kreacja Olivii Colman w filmie Ojciec, ale po tej aktorce można spodziewać się samych dobrych rzeczy, więc zapewne jest tutaj mocną konkurencją. Amanda Seyfried zaskoczyła chyba wszystkich swoją rolą w filmie Mank, to była naprawdę urocza postać i świetnie wypadała w swoich scenach z Gary'm Oldmanem. Glenn Close to najmocniejsza strona słabego filmu, Elegia dla bidoków, jej postać zapada w pamięć, a wszyscy wiemy, ze ta aktorka już długo czeka na Oscara. Jednak wychodzi na to, że jeszcze trochę poczeka. Po ostatnich rozdaniach wydaje się, że na prowadzenie wysunęła się Yuh-Jung Youn, która w Minari stworzyła postać kontrowersyjnej babci, która mówi to, co jej ślina na język przyniesie. Razem z młodym aktorem wytwarzają komediową, ale i pełną czułości magię na ekranie. Na koniec moje tegoroczne zaskoczenie, Maria Bakalova. Nie spodziewałam się, że zdecyduję się na oglądanie filmu Borat, a jednak okazało się, że pod grubą warstwą momentami obrzydliwego humoru kryje się mocne i aktualne przesłanie. Aktorka miała bardzo trudną rolę, w której sporo było improwizacji i reagowania na bodźce, także zasłużyła na miejsce wśród wyróżnionych. Chociaż ta filmowa estetyka chyba nigdy mnie do siebie nie przekona.

Oscar dla najlepszego aktora drugoplanowego: Daniel Kaluuya za Judas and the Black Messiah
Mój wybór: Paul Raci za Sound of metal
Oscar dla najlepszej aktorki drugoplanowej: Yuh-Jung Youn za Minari
Mój wybór: właściwie nikt mnie jakoś specjalnie nie przekonał, niech będzie Glenn Close, tylko dlatego, że zasłużyła w końcu na statuetkę

zdjęcie zza kulis filmu Obiecująca. Młoda. Kobieta., źródło

Szybka przebieżka przez resztę kategorii:
Najlepszy scenariusz adaptowany: wygra pewnie Nomadland i byłby to dobry wybór, chociaż z nominowanych nie widziałam filmu Ojciec, który też może być mocnym konkurentem
Najlepszy scenariusz oryginalny: zapewne Proces siódemki z Chicago, który scenariusz ma akurat bardzo dobry, ale kibicuję Obiecującej. Młodej. Kobiecie.
Najlepszy film nieanglojęzyczny: Na rauszu
Najlepsza charakteryzacja i fryzury: Ma Rainey: Matka bluesa
Najlepsza muzyka oryginalna: zasłużenie byłoby dla Co w duszy gra, ale Minari też ma przepiękną ścieżkę dźwiękową i tak idealnie uzupełnia film
Najlepsza piosenka: duże szanse ma Speak Now z Pewnej nocy w Miami, ale osobiście jestem za piosenką z Eurovision Song Contest ;)
Najlepsza scenografia: Mank
Najlepsze kostiumy: Ma Rainey: Matka bluesa
Najlepsze zdjęcia: Nomadland
Najlepszy dźwięk/Najlepszy montaż dźwięku: Sound of metal
Najlepszy montaż: Sound of metal

A Wy, komu wręczylibyście statuetki?

wtorek, 20 kwietnia 2021

„Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney – zachęta do dyskusji o związkach i wierności

Rozmowy z przyjaciółmi
Sally Rooney

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: W.A.B.

Zakazane rzeczy zawsze pobudzają wyobraźnię.

Opis wydawcy

Mieszkająca w Dublinie Frances ma dwadzieścia jeden lat i chłodny umysł obserwatorki. Jest studentką i początkującą pisarką; ze swoją najlepszą przyjaciółką i byłą dziewczyną Bobbi występuje na slamach poetyckich. Przypadkowa znajomość z Melissą, popularną dziennikarką, której mąż Nick jest aktorem, otwiera im drzwi do świata pięknych domów, hałaśliwych przyjęć i wakacji w Bretanii. Gdy Frances i Nick niespodziewanie zbliżają się do siebie, błyskotliwa i stroniąca od uczuć Frances musi po raz pierwszy zmierzyć się ze swoimi słabościami.


Moja recenzja

W moim popkulturowym podsumowaniu zeszłego roku, a dokładnie w rankingu najlepszych seriali, znalazło się miejsce dla Normalnych ludzi – tytułu, który podbił wiele serialowych serc na świecie. W ramach szybkiego przypomnienia: przede wszystkim urzekała intymność i jednocześnie żarliwość przedstawionej historii miłosnej, a dodatkowo czarował chłodny klimat, podbijany przez piękne zdjęcia i klimatyczną ścieżkę dźwiękową. Jeszcze przed seansem dowiedziałam się, że to ekranizacja powieści autorstwa Sally Rooney o tym samym tytule, która to czytelników w Polsce mocno podzieliła na dwie grupy: zachwyconych oszczędnością i siłą przekazu oraz niezadowolonych z poprowadzenia fabuły tej historii. 

Na tyle mnie ta ekranizacja wypieściła emocjonalnie, że nie czułam potrzeby ponownego przechodzenia przez przedstawione wydarzenia w formie książkowej. Szczęśliwie się złożyło, że fenomen Normalnych ludzi zachęcił do wydania debiutu literackiego Sally Rooney, czyli książki Rozmowy z przyjaciółmi. Sięgnęłam zatem po nią, żeby przekonać się co proza autorki ma do zaoferowania. Dobrze się złożyło, ponieważ prawa do ekranizacji debiutanckiej powieści zostały już wykupione, więc tym razem najpierw poznałam pierwowzór, a później przekonam się jak poszło przenoszenie jego na ekran. Poprzeczka postawiona przez twórców Normalnych ludzi znajduje się dość wysoko.

Lekturę Rozmów z przyjaciółmi skończyłam dość rozdarta. Na początku warto zaznaczyć, że trudno mnie było od książki oderwać, tę historię wręcz się pochłania, wzbudza ciągłe zainteresowanie tym, jak potoczą się losy bohaterów. Styl autorki jest dość prosty i przejrzysty, ale zarazem jest w nim coś świeżego i absorbującego. Właśnie dzięki temu, jak książka jest napisana, z chęcią przechodzi się przez kolejne przygody bohaterów.

Gdyby zastanowić się nad jakimś motywem przewodnim tej historii to zapewne byłyby nim związki. Związki przyjacielskie, partnerskie, małżeńskie i te, które ciężko jednoznacznie określić. Na początku poznajemy naszą narratorkę, Frances i jej byłą dziewczynę, Bobbi, które w dublińskim barze prezentują swoją poezję. Młode kobiety wzbudzają zainteresowanie fotografki i reporterki, Melissy, i jej męża, aktora Nicka. To starsze od nich o dziesięć lat małżeństwo. Właśnie te cztery osoby będą trzonem fabuły – ich rozwijające się uczucia, tlące się jeszcze dawne emocje, liczne zmiany nastawienia, a także towarzyszące związkom żale, zmiany poziomu zaangażowania, początkowa ekstaza, napięcie seksualne i pojawiający się wstyd. Sporo tematów, ale tak jak tytuł podpowiada, rozmowy dotyczące związkowych spraw toczą się tutaj często. Oprócz nich poruszone zostaną w debatach problemy związane z kapitalizmem, patriarchatem czy sztuką. Autorce dość lekko przychodzi rozpisywanie tych dialogów, może dlatego, że sama debatami zajmowała się w przeszłości, i to z dużymi sukcesami. Te rozmowy są żywe, fascynujące i czyta się je z przyjemnością. 

Dla mnie siłą Rozmów z przyjaciółmi są takie zderzenia wyobrażeń z rzeczywistością. Frances widzi siebie jako osobę nieciekawą, zazdrości swojej przyjaciółce, która jest otwarta i dobrze czuje się, będąc w centrum zainteresowania. Nasza narratorka jest wrażliwa, zagubiona i niepewna siebie, a na zewnątrz deklaruje, że po prostu jest pozbawiona emocji, co służy tylko jako mur, za którym kryje się zbłąkana osoba. Rooney świetnie radzi sobie z nakreśleniem zdolnej, autodestrukcyjnej młodej kobiety. Podobnie sprawa się miała z postacią w Normalnych ludziach i wydaje mi się, że na podstawie tych dwóch historii można zobaczyć gdzie leżą zainteresowania autorki.

Co jednak z tym rozdarciem, o którym wspominałam? To, że bohaterowie Rozmów z przyjaciółmi postępują bardzo kontrowersyjnie i czasami czytelnikowi nie chce się wierzyć w takie zachowanie. Wydaje mi się, że to punkt do ciekawej dyskusji, zadanie pytania czy faktycznie człowiek mógłby żyć w poligamii, a dalej: czy dwie partnerki jednej osoby mogą utrzymywać kontakt i gdzie leży granica wierności. Dla mnie sposób w jaki postacie postępują jest zbyt nierealny. Jednocześnie wiem, że podobne zarzuty pojawiały się w kontekście bohaterów Normalnych ludzi, a w serialu aktorzy te zachowania wygrali bez fałszywej nuty. Dodatkowym zarzutem może być fakt, że to książka podobna do Normalnych ludzi, także niektóre elementy fabuły wydawały się wtórne. Przykładowo, ten wyjazd grupy ludzi do dużego domu za granicą na wspólne spędzanie czasu. 

Rozmowy z przyjaciółmi to oszczędna w środkach historia młodej kobiety, która popełnia błędy i podnosi się po porażkach. Książka, którą czyta się ekspresowo, podczas lektury potrafi wciągnąć w swój świat, ale po skończeniu nie zostaje zbyt długo z czytelnikiem. Jednak na pewno cieszy mnie fakt, że udało się z prozą Sally Rooney zapoznać, bo to bardzo młoda pisarka i na pewno jej dalszą karierę warto śledzić.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu W.A.B.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka