czwartek, 17 listopada 2022

Różne oblicza fantastyki – „Czerwony śnieg”, „Ruchomy zamek Hauru” i „Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib”

W tym roku wśród przeczytanych przeze mnie książek niewiele znalazło się gatunku fantastyki. Poczułam ukłucie tęsknoty i rzuciłam się do tych króciutkich opowieści z dzisiejszego wpisu. Skutecznie mi przypomniały ile różnych emocji może skrywać w sobie ten gatunek. Mój wybór padł na mrożący krew w żyłach horror, słodką i magiczną opowieść dla młodszych czytelników oraz kolejną część Diuny w wersji graficznej.


Czerwony śnieg
Ian R. MacLeod

Gatunek: fantastyka/horror
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: MAG

Plany się zmieniają. Albo w ogóle przestają być planami.

  

Opis wydawcy

Na pobojowisku po ostatniej wielkiej bitwie Wojny Secesyjnej rozczarowany życiem unionista-lekarz natrafia na obrabiającą trupy dziwną postać i jego życie zmienia się na zawsze… 

W Strasburgu, parę lat przed Rewolucją Francuską, konserwator obrazów dostaje zlecenie namalowania cyklu portretów pięknej kobiety w różnych fazach jej życia, choć sama kobieta najwyraźniej się nie starzeje… 

W Nowym Jorku z czasów prohibicji młoda marksistka pojawia się nagle wśród elit, w dodatku podszywając się pod osobę, która nigdy nie istniała…

Moja recenzja

Historii o wampirach powstało już bardzo wiele, ale Czerwony śnieg należy do grona tych, które potrafią zaskoczyć czytelnika. Chociaż warto zaznaczyć, że nie należę do znawców tego tropu w literaturze. Czytałam jedynie klasykę gatunku, czyli Draculę Brama Stokera i kilka młodzieżówek, w których wampir był bardziej obiektem westchnień niż przerażającym potworem.

W Czerwonym śniegu przede wszystkim intrygująco wypada klimat opowiadanej historii. Autor potrafi przenieść czytelnika do czasów wojny secesyjnej, snuje powolną opowieść, w której przeplata się kilka wątków. W pierwszej części przyjrzymy się życiu pewnego rodzeństwa, pochodzącego z bogatej rodziny i ich przyjaciela – Karla Haupmanna. Karl to lekarz wojskowy, który służył na wojnie. Kiedy ta dobiegała końca, kiedy gdzieś w Ameryce podpisywano już traktat pokojowy, on zagłębił się w las, gdzie zmieniło się całe jego życie. MacLeod pozwala nam poczuć przerażenie żołnierzy i bliskość śmierci. Jego opisy potrafią wywołać dreszcz przerażenia, a scena krwawej masakry w kościele zostaje na długo w pamięci. Autor decyduje się na przeskoki w czasie, przedstawia nam bohaterów, którzy przejmują historię od Karla. Niektóre wątki były ciekawe, jak opowieść o Sybilli Lys, ale inne przygaszały napięcie. Zdecydowanie nie jest to typowa historia o wampirach, warto się przygotować, że tempo akcji należy raczej do powolnych.

Czerwony śnieg okazał się dobrym wyborem na halloweenowy wieczór. Literatura wprowadziła mnie w klimat grozy, krew została przelana wielokrotnie, a jednocześnie nie był to zbyt mocny kaliber. Nawet taka strachliwa buła jak ja zniesie te opisy. Umieszczenie akcji w Stanach Zjednoczonych, w czasach wojny secesyjnej wypadło oryginalnie. Z zainteresowaniem śledziłam losy Karla Haupmanna, dżentelmena w nieodłącznym meloniku i ciemnych okularach, uzbrojonego w rewolwer ze srebrnymi kulami oraz zapas morfiny. Kibicowałam mu w poszukiwaniach głównego sprawcy swojego nieszczęścia. Postaci mistycznej, legendarnej bestii, która to wszystko zapoczątkowała. Czy udało mu się ją znaleźć – musicie przekonać się sami.


Ruchomy zamek Hauru
Diana Wynne Jones

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2001
Liczba stron: 310
Wydawnictwo: Nowa baśń

Jako młoda dziewczyna Sophie spaliłaby się ze wstydu za swoje zachowanie. Jako staruszka nie przejmowała się niczym, co zrobiła czy powiedziała. Co za ulga.  
 

Opis wydawcy

Młoda Sophie Kapeluszniczka, z krainy zwaną Ingarią, przykuwa niechcianą uwagę czarownicy i zostaje zamieniona w staruszkę… Decydując, że nie ma nic do stracenia, wyrusza do ruchomego zamku czarodzieja Hauru, który podobno zjada dusze młodych dziewcząt… 

W zamku Sophie spotyka Michaela, ucznia Hauru, oraz Kalcyfera, demona ognia, z którym zawiera pewien pakt.  

Moja recenzja

Jeżeli mnie pamięć nie myli, Ruchomy zamek Hauru był pierwszą animacją ze studia Ghibli, którą obejrzałam i była to natychmiastowa miłość. Te dziesięć lat temu przeszukiwałam biblioteki w celu odnalezienia książkowego pierwowzoru – bezskutecznie. Na szczęście wydawnictwo Nowa Baśń postanowiło ją wznowić.

Historia Sophie Kapeluszniczki z jednej strony jest bardzo wiernie oddana w animacji, ale z drugiej różni się w wielu ważnych kwestiach. Sprawiło to, że lektura przypomniała mi obrazki znane z dzieła Miyazakiego, ale równocześnie nie przestawała trzymać w ciągłej niepewności. Przyznaję, że ten powrót do magicznego zamku na nóżkach, napędzanego siłą demona ognia, Kalcyfera, okazał się czystą przyjemnością. Uwielbiam charaktery Sophie i Hauru, bo oboje są tak dalecy do ideałów. Dziewczyna jest bezczelna, a czarodziej narcystyczny i jest to niespotykane, a zarazem cudowne. Diana Wynne Jones pokazuje ogrom swojej wyobraźni, jej pomysły za każdym razem szokują i oczarowują czytelnika. W zamku na nóżkach znajdują się drzwi prowadzące do czterech różnych krain, które mają swój mały świat przedstawiony, zatem autorka zamiast wymyślać jedno magiczne miejsce, opisała od razu cztery. Czego tutaj nie ma! Pojawia się klątwa, w której wiedźma zamienia dziewczynę w staruszkę, magiczny strach na wróble, który utknął na pustkowiu wśród kamieni, czarodzieje przekazujący wiedzę o zaklęciach młodym adeptom, król poszukujący pomocy w odnalezieniu swojego brata. I wszystkie te wątki znajdują rozwiązanie w pięknym finale.

Ruchomy zamek Hauru to raczej powieść dla młodszych czytelników, ale ja znalazłam w niej spokój, którego potrzebowałam. Przeniesienie się do świata baśniowej literatury pomaga w gorszych chwilach, a ten tytuł należy do słusznie docenianych dzieł gatunku fantastyki młodzieżowej. Nie ma się co dziwić, że czytelnicy zachwycają się nim nawet prawie czterdzieści lat po premierze.


Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib
Raul Allen, Kevin J. Anderson, Brian Patrick Herbert, Frank Herbert, Patricia Martin

Gatunek: komiks
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: Rebis

Dżamis nauczył mnie, że kiedy zabijamy, płacimy za to.
 

Opis wydawcy

Młody Paul Atryda i jego matka, lady Jessika, znaleźli się na głębokiej pustyni Arrakis. Zdradzeni przez zaufanego lekarza, doktora Yuego, i skazani na zgubę przez swych największych wrogów, Harkonnenów, aby przeżyć, muszą odnaleźć tajemniczych Fremenów. W miarę odkrywania pilnie strzeżonych sekretów planety każde z nich staje przed wyborami, które odmienią ich losy – i życie – na zawsze.

Moja recenzja

Kolejna odsłona komiksu, w którym przedstawiona została historia znana z Diuny Franka Herberta. To świetny kąsek dla fanów pierwowzoru, idealnie sprawdzi się też jako prezent. Ja oryginał czytałam już jakiś czas temu, więc ten powrót okazał się ekscytujący. Szczególnie, że jesteśmy po pierwszej części ekranizacji, a czeka nas jej kontynuacja. Komiks pokrywa wydarzenia z obu tych części, zatem trochę przypomni wydarzenia, które już widzieliśmy na ekranie, ale pójdzie też o krok dalej.

Powrót na planetę Arrakis sprawia sporo frajdy. Powieść graficzna nie służy do eksploatowania tematów poruszanych w Diunie, bo te rozważania polityczne czy ekologiczne trudno przenieść na karty komiksu. Natomiast świetnie radzi sobie z przedstawianiem świata. W obrazach nocnej pustyni czuć czającą się pod piaskiem grozę, podczas scen walk z grafik bije niesamowita dynamika. Na jeden z bardziej wymagających elementów fabuły zapowiadała się wizja Jessici. W tym przypadku twórcy również potrafili oddać odczucia, które pamiętałam z lektury. Obudzili we mnie pełne ekscytacji oczekiwanie, żeby zobaczyć te same sceny na dużym ekranie w kolejnej odsłonie ekranizacji.

Diuna. Powieść graficzna. Księga 2. Muad'Dib to świetna okazja do odwiedzenia słynnego już świata przedstawionego. Sprawdza się jako uzupełnienie do książki, grafiki są wizjonerskie i oddają klimat powieści. Polecam, przede wszystkim jako prezent dla fanów pierwowzoru.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

czwartek, 10 listopada 2022

„Sandman” komiks vs. serial – czy udało się przenieść tę historię na ekran?

Ekranizowanie kultowych dzieł z gatunku fantastyki nie należy do najprostszych zadań. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu twórcy filmowi i telewizyjni preferują przenosić na ekrany fantastykę młodzieżową. Możliwe, że gwarantuje to bardziej zaangażowaną i wierną młodszą widownię, a zarazem nie kosztuje tyle, co wyprodukowanie serialu high fantasy. Udało się to w przypadku Cienia i kości, Pamiętników wampirów, Shadowhunters czy The 100, które oglądały rzesze fanów gatunku, często nastolatków. Jeżeli jednak mówimy o tytułach, którym bliżej do epickiego fantasy, to opcje są raczej ograniczone. Dostaliśmy genialną ekranizację Gry o tron, ale poza tym większość produkcji nie wypaliła. Przykładem może być Miecz prawdy na podstawie książek Terry'ego Goodkinda. Osobiście serial oglądałam z wypiekami na twarzy ze względu na świetny pomysł na świat przedstawiony, rządzące nim prawa i głównych bohaterów. Jednak na poziomie produkcji Miecz prawdy do wybitnych nie należał. Podobnie było z Kronikami Shannary na podstawie książek Terry'ego Brooksa. Serial zapowiadał się bardzo dobrze, ale czegoś przy produkcji zabrakło i skończył się po dwóch sezonach. 

Z ekranizacjami prozy Neila Gaimana jest chyba jeszcze trudniej. Jego książki opierają się na specyficznej stylistyce, zaskakujących rozwiązaniach fabularnych, nieoczywistych połączeniach, często opartych na mieszance różnych mitologii. Do tej pory doczekaliśmy się ekranizacji Gwiezdnego pyłu (książka i film w sporym stopniu się od siebie różnią), serialowej wersji Amerykańskich bogów (niestety, serialowi daleko do geniuszu pierwowzoru), animacji Koraliny (film jest bardzo dobry, ale w tym przypadku nie znam oryginału) i serialu Dobry omen, chyba najlepiej oddającego ducha Gaimana i Pratchetta (tę książkę napisali wspólnie). Kiedy ogłoszono wieść o rozpoczęciu prac nad Sandmanem moją pierwszą reakcją była czysta radość. Jednak już przy pierwszych zapowiedziach zaczęłam czuć nutkę sceptycyzmu. Zdjęcia zapowiadały coś, co wyglądało na zbyt grzeczne, a rewolucyjnemu komiksowi do takiej grzeczności bardzo daleko.


Komiksy (tomy 1-4)

Kiedy serial pojawił się na Netfliksie pierwsze co zrobiłam to sięgnęłam po komiksy. Na półce miałam łącznie cztery tomy, z czego jedynie pierwszy już czytałam (pisałam o nim tutaj). Drugi tom, czyli Dom lalek, okazał się dobrym sposobem na przypomnienie sobie postaci, oryginalnej kreski i świetnych pomysłów Gaimana. W opowieść wkraczamy w miejscu, gdzie autor zostawił nas na końcu poprzedniego tomu. Sandman, władca krainy snów, po odzyskaniu swoich atrybutów, skupia się na ogarnięciu spraw, nagromadzonych podczas jego nieobecności. Będzie musiał poszukać zaginionych demonów, a ponadto pojawiają się w Śnieniu plotki o budzącym grozę Wirze.

Znowu jest kilka takich epizodów, po których zbieramy szczękę z podłogi. Przede wszystkim w pamięci zostaje ten ze zjazdem fanów płatków śniadaniowych. Komiksy czyta się błyskawicznie, więc szybko przeszłam do trzeciego, a później czwartego tomu. Znając dalszą historię muszę stwierdzić, że drugi tom wypada dość blado. W trzecim brakuje jakiegoś wiodącego wątku, to raczej zestaw krótkich historii. W tym Gaiman jest akurat świetny i pokazuje możliwości swojej wyobraźni. Raczy nas opowieścią o kotach, które kiedyś rządziły światem czy wystawianiem sztuki Sen nocy letniej przed prawdziwym Oberynem i Tytanią. Jednak nic się nie umywa do tomu czwartego, gdzie w końcu wyłonił się wątek przewodni, który po prostu wymiata. Gdybym miała więcej tomów Sandmana na półce na pewno wciągnęłabym wszystkie, ta historia tak się rozkręca. I na pewno się w kolejne zeszyty uzbroję.

Komiksy vs. serial

W serialu zekranizowana została historia z dwóch tomów. Dodatkowo, otrzymaliśmy odcinek specjalny, z krótkimi opowiadaniami z tomu trzeciego. Okazuje się, że ekranizacja komiksu jest bardzo wierna pierwowzorowi. Nad całością czuwa sam Gaiman – widać, że pilnował produkcji i chyba jest dumny z osiągniętego efektu. Ja przyznaję, że do czystej ekstazy mi trochę brakuje, bo mam coś do zarzucenia, ale zdecydowanie wyszło lepiej niż się spodziewałam. 

źródło

Casting

Zacznijmy od najmocniejszej strony, czyli castingu. Przede wszystkim postać Morfeusza, której najbardziej się obawiałam. W komiksie jest to mistyczny bohater, z oczami pełnymi gwiazd i lekko niebieskawą skórą. W serialu wygląda dość... zwyczajnie. Chłopak z bałaganem na głowie, noszący dobrze skrojony czarny płaszcz. Jednak w wykonaniu Toma Sturridge w magiczny sposób to działa. Aktor oddaje Morfeuszowi sprawiedliwość, jest wycofany, cichy, ale jednocześnie pełen siły, momentami niepewny, czasami chłodny, ale szukający kontaktu z drugą osobą. Wszystko to zgadza się z obrazem Sandmana, który zbudowałam sobie w głowie po przeczytaniu komiksów. Podobnie z postaciami drugoplanowymi, nawet jeżeli różnią się trochę od tych przedstawionych w komiksie, to zachowana została ich esencja  cudowna jest Gwendoline Christie jako Lucyfer, świetni Mason Alexander Park jako Pożądanie. Twórcy wybierając grono rodzeństwa Morfeusza wiedzieli co ich czeka w przyszłych tomach, z pełną świadomością wybrali najlepszych z najlepszych. Bardzo mnie to cieszy w perspektywie kolejnych sezonów.

Zmiany płci

Wielu widzów narzekało na zmiany wprowadzone w serialu, szczególnie w kontekście wyglądu/płci aktorów. Zupełnie tych zarzutów nie rozumiem, już nawet biorąc pod uwagę, że to fantastyczny świat, nad którym piecze trzyma autor pierwowzoru. Dodatkowo, głosy oburzenia można zrozumieć, jeżeli ktoś zobaczy jak dany aktor gra, ale w tym przypadku burza rozpętała się już przy ogłoszeniu obsady. Okazało się jednak, że te zmiany wypadły naprawdę satysfakcjonująco  Lucyfer i Pożądanie to jedne z najbardziej intrygujących postaci, a Śmierć wypadła tak sympatycznie jak jej pierwowzór. Damska wersja Constantine'a również podbiła moje serce, szczególnie, że Jenna Coleman w tej roli jest harda i trochę bezczelna, dzięki czemu od razu przykuwa uwagę.

źródło

Poszczególne odcinki / Wierność oryginałowi

Jeżeli chcemy rozmawiać o ciągłości serialu, porównując do siebie różne odcinki, to trzeba przyznać, że pierwszy sezon jest nierówny. Z jednej strony  ma to sens, bo poszczególne zeszyty Sandmana też się od siebie różnią, jedne zachwycają mocniej, drugie trochę mniej. I tak jak komiks nie był najmocniejszy w tomie Dom lalki, tak w serialu zauważalny jest spadek jakości gdzieś od siódmego odcinka. To wtedy zakończyła się historia z pierwszego tomu komiksu, w której śledziliśmy perypetie wyzwolonego Morfeusza, który odzyskuje swoje atrybuty i przenosimy się do opowieści o Rose Walker. Dziewczyna jest Wirem, stanowiącym niebezpieczeństwo dla Śnienia, dlatego Sandman jej poszukuje. Rose budzi również zainteresowanie Koryntczyka, który chce użyć jej siły, żeby wyzwolić się od Morfeusza. Postać koszmaru w postaci Koryntczyka to jeden z najsilniejszych elementów tej części opowieści. Niestety, poza nim, w wielu momentach ta historia budzi znużenie. Na pocieszenie, uważam, że to również słabiej działało w komiksie, więc jest nadzieja, że kolejne wydarzenia w serialu będą bardziej angażujące, tak jak rozwija się to w powieści graficznej.

Różnic jest kilka: John Dee w serialu przedstawiony został trochę mniej złowieszczo i poświęcono więcej miejsca na wyjaśnienie jego motywacji; w komiksie to demon Choronzon walczy z Morfeuszem w piekle, a nie Lucyfer; postać Koryntczyka pojawia się wcześniej i poświęcono jej więcej miejsca w serialu. Uważam, że wszystkie te zmiany były naprawdę niewielkie, a wpłynęły na całość bardzo pozytywnie. Mam cichą nadzieję, że w przyszłych sezonach twórcy pozwolą sobie na więcej takich odstępstw.

źródło

Technikalia

Jak już wspomniałam, przenieść Sandmana na ekran nie jest łatwo. Komiks pozwala na sporo wizualnej zabawy, praca grafików robi spore wrażenie. Obrazki pozwalają czytelnikom wczuć się w mroczny klimat świata przedstawionego. Serialowa wersja ucierpiała na próbie przenoszenia ich 1:1  przykładowo sny współlokatorów Rose Walker na papierze wypadały dużo ciekawiej. Nie znaczy to, że wszędzie jest źle, bo przykładowo projekt krainy snów w serialu wypadł świetnie. Mam jednak wrażenie, że momentami zatraca się magia. Może jest to kwestia zbyt wiernego trzymania się oryginału, twórcy boja się zaszaleć. Zadanie mają trudne – połączenie śnienia ze światem przebudzonym i ten przedziwny miks bohaterów: bogowie, koszmary, ludzie, demony. Dla mnie wypadło to momentami zbyt poprawnie.

Na szczęście okazuje się, że Sandman otrzymał zielone światło dla drugiego sezonu. Cieszy to niezmiernie. Z tego co już wyżej wypisałam: historia w kolejnych tomach daje spore pole do popisu, a obsada dobrana jest genialnie, więc ma to duży potencjał. I jeżeli mogłabym na coś liczyć, to marzyłoby mi się więcej szaleństwa w obszarze wizualnym i muzycznym. Trzymam kciuki i na pewno obejrzę kolejne odsłony Sandmana.

wtorek, 1 listopada 2022

Przesłuchane książki – „Seriale. Do następnego odcinka”, „Gdzie śpiewają raki”, „Ziemia obiecana” oraz „Duchy Jeremiego”

Do tej pory audiobooków słuchałam rzadko, przede wszystkim podczas długich podróży samochodem. Niedawno zdecydowałam się na słuchanie również w drodze do pracy. Większość drogi przechodzę pieszo, a samo siedzenie w pociągu zajmuje mi około 5 minut. W tej sytuacji audiobooki sprawdzają się idealnie. Okazało się, że nie wszystkie tytuły nadają się do słuchania, przez niektóre trudno było mi przebrnąć. Na szczęście, poniższe tytuły słuchało się bardzo dobrze.

Seriale. Do następnego odcinka
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

Gatunek: popularnonaukowa
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 394
Wydawnictwo: WAB

O tym, jak wielkie znaczenie ma dla widzów zakończenie sitcomu, niech świadczy fakt, że na piętnaście telewizyjnych finałów z największą oglądalnością aż dziesięć było finałami sitcomów.
 

Opis wydawcy

Kim jest showrunner i co to jest bottle episode? Czym różni się sitcom od proceduralu i serialu analogowego? Co robi się, gdy aktor grający główną rolę złamie nogę? 

Seriale stały się jednym z najważniejszych elementów współczesnej kultury. Nawet Olga Tokarczuk w swoim przemówieniu noblowskim wspomniała o serialowej narracji. Bo bez niej trudno zrozumieć współczesnego człowieka. Seriale to niesłychanie ciekawe zjawisko kulturowe, w którym kwestie biznesowe, technologiczne czy nawet prywatne problemy aktorów potrafią mieć bezpośredni wpływ na fabułę i sposób prowadzenia narracji.


Moja recenzja

Seriale. Do następnego odcinka to prawdziwie idealna pozycja do słuchania w audiobooku. Wszyscy oglądamy seriale, mam wrażenie, że w ostatnich latach produkcje telewizyjne przejęły sporą część widzów filmowych. O wiele łatwiej włączyć nam jeden odcinek niż pełnometrażowy film. Dlatego wydaje mi się, że ta książka może zainteresować wielu fanów seriali. Audiobook sprawdzi się jako zastępstwo dla słuchania podcastu, z którego chcemy czerpać ogólną wiedzę o serialach. Książka Czajki-Kominiarczuk służy do edukowania, ale w sposób przystępny. Nie jesteśmy zasypywani zbyt dużą ilością informacji, autorka prowadzi nas przez zagadnienia związane ze światem telewizji sprawnie, budząc zainteresowanie.

Książka podzielona jest na kilka części. W pierwszej z nich autorka opowiada krótko o showrunnerach, pomysłach jak rozegrać sytuację, w której aktorka zachodzi w ciążę bądź ktoś z ekipy odnosi kontuzję. W kolejnych dowiemy się o tym jak działa algorytm wyszukiwania na Netliksie, jakie gatunki seriali rozróżniamy, jakie są rodzaje odcinków oraz o archetypach serialowych bohaterów. Wszystko to w formie audio jest bardzo lekko przyswajalne, a niektóre informacje potrafią naprawdę zaskoczyć, jak fakt że pilot Gry o tron nigdy nie dostał się do szerszej dystrybucji i wymagał dość grubych poprawek, po których to Emilia Clarke przejęła rolę Dannerys Targeryan.

Seriale. Do następnego odcinka może nie zmieni Waszego życia, nie zrobi ogromnego wrażenia, ale na pewno okaże się dobrym kompendium wiedzy i dostarczy kilku ciekawostek ze świata telewizji. Trochę trudno wskazać grupę docelową, bo z jednej strony, warto przed lekturą znać serialowe klasyki, ponieważ autorka odnosi się do konkretnych scen, spoilerując historię. Z drugiej strony, jeżeli ktoś jest mocno obeznany ze światem seriali, może określić książkę jako mało odkrywczą. Dlatego polecam szczególnie w audiobooku, z podejściem „zamiast podcastu”.


Gdzie śpiewają raki
Delia Owens

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Świat książki

Powoli rozszyfrowała wszystkie słowa w zdaniu : "Niektórzy mogą żyć z dala od natury, a niektórzy nie".  - Umiesz czytać. Już nigdy nie będzie to dla ciebie problem.  - Nie chodzi tylko o to - odpowiedziała niemal szeptem. - Nie przypuszczałam, że słowa mogą znaczyć tak wiele i że zdanie może zawierać aż tyle treści.  Uśmiechnął się.  - To bardzo dobre zdanie. Nie wszystkie znaczą aż tyle.
 

Opis wydawcy

Pogłoski o Dziewczynie z Bagien latami krążyły po Barkley Cove, sennym miasteczku u wybrzeży Karoliny Północnej. Dlatego pod koniec 1969 roku, gdy na mokradłach znaleziono ciało przystojnego Chase’a Andrewsa, miejscowi zwrócili się przeciwko Kyi Clark, zwanej Dziewczyną z Bagien. 

Lecz Kya nie jest taka, jak o niej szepczą. Wrażliwa i inteligentna, zdołała sama przetrwać wiele lat na bagnach, które nazywa domem, choć jej ciało tęskniło za dotykiem i miłością. Przyjaźni szukała u mew, a wiedzę czerpała z natury. Kiedy dzikie piękno dziewczyny intryguje dwóch młodych mężczyzn z miasteczka, Kya otwiera się na nowe doznania — i dzieją się rzeczy niewyobrażalne.


Moja recenzja

Książka spędziła sporo czasu na liście bestsellerów, w pewnym momencie czytali ją niemal wszyscy. Niedawno pojawiła się rownież ekranizacja, która zgarnęła raczej niezbyt optymistyczne recenzje. Na film nie udało mi się wybrać, ale postanowiłam, że przynajmniej przesłucham książkę.

Muszę się przyznać, że nie podzielam zachwytów czytelników. Może mają na to wpływ zbyt duże oczekiwania, ale dla mnie ta historia już od strony stylistycznej była niestrawna. I to był jeden z największych zawodów, ponieważ sporo w powieści znalazło się wzniosłych zdań, które nie niosły ze sobą niczego konkretnego (przykładowo to zdanie: „Niektórzy mogą żyć z dala od natury, a niektórzy nie”). Natomiast wplątanie w fabułę poezji sprawiło, że książka Gdzie śpiewają raki stała się jeszcze bardziej egzaltowana.

Przechodząc do plusów powieści, historia kryminalna z „teraźniejszości”, której rozwiązanie poznajemy równolegle z przeszłością bohaterki, sprawdziła się dobrze – szczerze byłam ciekawa jak to się wszystko rozwiąże. Bohaterów raczej nie polubiłam, a mam wrażenie że współczucie dla nich było dość kluczowe. I nie wiem teraz, czy to ja jestem bez serca, czy to opowieść Delii Owens nie potrafiła za nie złapać. Zastanawiam się, czy interpretacja lektorki audiobooka również nie wpłynęła na moje wrażenia. Ostatecznie, mogę chyba podsumować, że książka po prostu do mnie nie trafiła. Wiem jednak, że jestem w tym zdaniu raczej osamotniona.


Ziemia obiecana
Władysław Reymont

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 1899
Liczba stron: 324 (I tom) + 301 (II tom)
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Ja nie będę robił, robił, robił! Bo ja chcę żyć, żyć, żyć! Nie jestem bydlęciem pociągowym ani maszyną, jestem człowiekiem. Tylko głupiec chce pieniędzy i dla zrobienia milionów poświęca wszystko, życie i miłość, i prawdę, i filozofię, i wszystkie skarby człowieczeństwa, a gdy się już tak nasyci, że może pluć milionami, cóż wtedy? 
 

Opis wydawcy

Powieść ta ukazuje z wielkim realizmem powstanie kolosa przemysłowego w Łodzi. Rozrost fortun fabrykantów, nędza wykorzystywanych przez pracodawców mas ludzkich, które ten moloch łódzki wchłania w siebie i wysysa w interesie garstki kapitalistycznych rekinów przemysłowych, zostały przedstawione bardzo sugestywnie. Już w tej powieści wykazał Reymont rozmach epicki, który do szczytu doszedł w "Chłopach".

Moja recenzja

Ziemię obiecaną kupiłam zapewne podczas którejś wizyty w antykwariacie i dłuższy czas przeleżała na półce. Kiedy zobaczyłam ten tytuł w aplikacji Storytel, stwierdziłam, że będzie to dobry pomysł na rozpoczęcie lektury. Niestety, po przesłuchaniu około godziny, zerknęłam do swojego egzemplarza i okazało się, że audiobook jest w wersji skróconej. Zaczęło mieć sens to, że trudno mi się go słuchało. Później przerzuciłam się na inny audiobook, który był już w pełnej wersji. Nie zmienia to faktu, że w przypadku Ziemi obiecanej przeskakiwałam między wersją audio i książką, bo słuchanie jej wymagało większego skupienia. 

W książce przedstawiony został obraz brudnej, odpychającej przemysłowej Łodzi, w której liczą się tylko ludzie majętni, a Ci z niższych warstw społecznych traktowani są jak wyrzutki, niemal podludzie, których można wykorzystać do zwiększenia swoich zysków. Ziemia obiecana zaskakuje aktualnością poruszanych tematów, szczególnie wszechobecnej pogoni za pieniądzem. Młodzi ludzie pną się po drabinie sukcesu, zakładają własne fabryki, tylko żeby dorobić się majątku, którego nie mają na co wydawać. Stawiają pałace, w których nikt nie mieszka, wyprawiają przyjęcia, na których nikt się dobrze nie bawi.

Gdybym miała wskazać głównych bohaterów książki to byliby nimi zapewne: Łódź i pieniądze. Tak jak w filmie (świetna ekranizacja Wajdy) prym wiodą Borowiecki, Baum i Wolf, tak w książce trudno wskazać jednoznaczenie postaci, które są na pierwszym planie. To opowieść na wiele głosów, która składa się w obraz społeczeństwa zepsutego, pozbawionego zasad moralnych, w którym nieliczne jednostki wykazują dobrą wolę (jak postać Anki). Przez tą wielość bohaterów można się czasami pogubić, szczególnie w przypadku audiobooka. Przyznaję, że kilkukrotnie musiałam przewijać dany rozdział, bo nie załapałam kontekstu. Zatem ostrzegam, że Ziemia obiecana wymaga wzmożonego skupienia.

Po przeczytaniu zostaje jeden wniosek: najlepiej przenieść się na wieś!


Duchy Jeremiego
Robert Rient

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 296
Wydawnictwo: Wielka Litera

Uczyłem się raczkować. Niezbyt mi to wychodziło, bo chociaż chciałem iść do przodu, cofałem się, a to było strasznie frustrujące, tak samo frustrujące jak ostatnie tygodnie na wsi. Ten ruch, na który nie mam wpływu, chociaż wydaje się łatwy. Zostawić za sobą kawałek podłogi i ruszyć dalej.
 

Opis wydawcy

„Duchy Jeremiego” to przejmująca narracja dwunastolatka, konfrontującego się z chorobą mamy i własnymi demonami. Nie było w polskiej prozie powieści, która mierząc się z tematem rodzinnych upiorów, wybrzmiewa głosem tak świeżym i przejmującym. „Duchy Jeremiego” to portret rodziny uwikłanej w historię Zagłady, ale przede wszystkim kameralna, intymna opowieść o nadwrażliwym chłopcu, doświadczającym jednego z najtrudniejszych momentów w życiu każdego człowieka – odchodzenia mamy. Literatura dowodząca pisarskiej dojrzałości i wrażliwości. Napisana niepokojącą, naiwną frazą, nad którą autor ma pełną kontrolę.

Moja recenzja

Duchy Jeremiego to książka, którą kupiłam pod wpływem poleceń z Instagrama. W 2018 roku została nominowana do Nagrody Nike, które to rozdanie wygrał Marcin Wicha z powieścią Rzeczy, których nie wyrzuciłem. Duchy Jeremiego to opowieść, którą poznajemy z perspektywy dwunastoletniego chłopaka i ta narracja naprawdę robi wrażenie. Wszystkie wydarzania są przefiltrowane przez uczucia Jeremiego, podane w sposób dość prosty, typowy dla dziecka. Chłopak musi w ekspresowym tempie wydorośleć, ze względu na sytuację rodzinną – ojciec Jeremiego ich opuścił, a mama ciężko choruje. Przenoszą się na wieś, do dziadka, gdzie chłopak po raz pierwszy usłyszy o trudnej przeszłości swojej żydowskiej rodziny.

Duchy Jeremiego to książka silnie działająca na wrażliwość. Poznawanie tej na wskroś smutnej historii, którą przeżywa bezbronne dziecko potrafi rozłożyć na łopatki. Szczerość, bezpośredniość Jeremiego sprawiają, że otaczające go zło oddziałuje na nas tym mocniej. Mimo że przeczuwamy dokąd zmierza ta historia, chcemy odbyć tę podróż z młodym bohaterem, starając się być dla niego jednym z dobrych duchów. Liczba tragedii, jaka spotyka chłopaka potrafi przytłoczyć, ale na szczęście narracja ratuje książkę od bycia przesadnie łzawą. Jeremi posługuje się językiem potocznym, często żartuje ze spraw poważnych, jak na dziecko przystało. Pomysł prób odkrywania tajemnic rodziny, które ukryte są w niedalekiej przeszłości sprawdza się bardzo dobrze. Opowiadania dziadka czy sąsiadki Marii potrafią przyprawić o dreszcze, ale ponownie – przez to, że słowa kierowane są do dziecka, brak w nich krztyny przesadzonej tragedii.

Duchy Jeremiego to powieść przeraźliwie smutna, traktująca o stracie i żałobie, a wszystko to przedstawione oczami dziecka. Warto przeczytać (bądź przesłuchać, bo audiobooka słucha się cudownie).


wtorek, 25 października 2022

„To przez ten wiatr” Jakub Nowak – alternatywna historia romansu Modrzejewskiej z Sienkiewiczem na Dzikim Zachodzie

To przez ten wiatr
Jakub Nowak

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 409
Wydawnictwo: Powergraph

Karol rozmyślał o sile, której dodawała miłość. I o tym, ile ta miłość zarazem wymaga odwagi.
 

Opis wydawcy

Kalifornia, rok 1876. Helena Modrzejewska i Henryk Sienkiewicz wynajmują z przyjaciółmi rancho, aby uprawiać winorośl. Polacy, do pobliskiego Anaheim, założonego przez imigrantów z Niemiec, jeżdżą po sprawunki, do golibrody, po whiskey, bójki i inne saloonowe atrakcje. W kalifornijskim upale, w dusznych, gorących podmuchach wiatru Santa Ana, pod okiem Karola Chłapowskiego, męża Modrzejewskiej, rośnie miłosne napięcie między genialną aktorką a warszawskim dziennikarzem, którym jest wtedy Sienkiewicz. Niezwykła kobieta, przywykła do świata leżącego u jej stóp, i bezczelny trzydziestolatek, który sięgnie po nieosiągalne.


Moja recenzja

Debiut Jakuba Nowaka przyciągnął moją uwagę od razu po przeczytaniu opisu. Książka reklamowana jest jako fabularyzowana historia miłosna Heleny Modrzejewskiej i Henryka Sienkiewicza, której akcja rozgrywa się w gorącej Kalifornii. Brzmi to bardzo oryginalnie i odważnie. Czy ten eksperyment literacki się udał? Od razu mogę powiedzieć, że owszem, nawet bardzo dobrze. To również dlatego miałam problem z napisaniem czegokolwiek na temat tej książki  całość tak bardzo mi się spodobała, że jedyne co powinnam przekazać to: przekonajcie się o jej wspaniałości na własnej skórze!

Jestem szczerze zaskoczona, że od tej lektury otrzymałam taką ilość dobrej zabawy. Może nie gustuję w westernach (ani tych książkowych, ani filmowych), ale książka To przez ten wiatr pokazała za co można ten gatunek pokochać. Postaci są wyraziste, pełne zapału, historia przepełniona akcją, czuć w niej klimat Dzikiego Zachodu z kowbojami, rewolwerowcami, saloonami i licznymi krwawymi jatkami. Całość oparta jest bardzo luźno na faktach. Faktem jest, że grupa Polaków: Sienkiewicz, Modrzejewska, jej mąż, czyli Karol Chłapowski, jej syn, towarzysze Sypniewscy, służąca Anusia wylądowali na farmie w Kalifornii z zamiarem hodowania winorośli. Jakub Nowak postanowił opowiedzieć nam swoją wersję wydarzeń, które mogły mieć tam miejsce.

źródło

Chociaż To przez ten wiatr reklamowany jest jako romans, to czytelnicy znajdą tutaj o wiele więcej niż płomienne uczucie między dwójką artystów. Przede wszystkim autor świetnie poradził sobie z obdarciem słynnych postaci z wyobrażeń o ich wielkości. Od początku rysuje bohaterów z krwi i kości, dzięki czemu stają się czytelnikowi tak bliscy. Sienkiewicz to młody dziennikarz, który marzy o napisaniu powieści, ale jest wciąż raczkujący w tym temacie. Wplatanie w historię pewnych faktów z późniejszej twórczości tego autora wyszła Jakubowi Nowakowi bardzo zgrabnie – dostajemy przykładowo krótką opowieść, która łudząco przypomina historię Juranda ze Spychowa.

Trudno nie docenić tego debiutu. Nie dość, że autor wybrał odważne przedsięwzięcie, to bardzo dobrze się do niego przygotował. Musiał wykonać sporo pracy badawczej przed przystąpieniem do pisania. Brawurowo radzi sobie z oszukiwaniem czytelnika, szczególnie takiego niespecjalnie zapoznanego z tematem (jak ja). O tej eskapadzie, o uczuciu Sienkiewicza do Modrzejewskiej nie wiedziałam nic, zatem wielokrotnie się zastanawiałam na ile autor próbuje odtworzyć wydarzenia, a na ile posługuje się wyobraźnią. Sporo rozwiązań fabularnych pokrywa się z faktami, ale możecie być spokojni – jeżeli zastanawiacie się na ile autor podkoloryzował tę historię to czeka Was zakończenie, które rozwiewa wszelkie wątpliwości. 

Jeżeli mogę coś jeszcze pochwalić, to muszę wspomnieć o postaciach kobiet. Są silne, mają wyraźne motywacje, żadna nie jest tutaj tłem dla męskich potyczek. Przy gatunku westernu można się było czegoś takiego obawiać, ale w Przez ten wiatr ich wątki są równie ważne co te męskie. Przede wszystkim postać Heleny Modrzejewskiej, którą poznajemy wnikliwie, z wejrzeniem we wszystkie jątrzące ją traumy przeszłości, ale też z siłą do ciągłego parcia naprzód. Ciekawa jest również historia Anusi, której przeszłość poznajemy w jednym z rozdziałów. Dzięki jej perypetiom możemy zaobserwować, w jakiej sytuacji były stawiane kobiety w tamtych czasach, szczególnie te niższego stanu.

Przez ten wiatr to debiut-petarda! Alternatywna historia w wykonaniu Jakuba Nowaka jest angażująca, naturalistyczna, odważna, a w tym wszystkim lekka w odbiorze (w czym duża zasługa stylu autora). Po takiej powieści na pewno będę wyczekiwać kolejnych tekstów Jakuba Nowaka.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Powergraph

niedziela, 9 października 2022

„Dorosła” Tiffany D. Jackson – dlaczego nadal nie wierzymy dziewczynom?

 

Dorosła
Tiffany D. Jackson

Gatunek: młodzieżowa
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 359
Wydawnictwo: We Need YA

Powiedziałby, że miłość jest skomplikowana. Ale miłość nie powinna ranić. I w głębi duszy wiem, że tamtej nocy poszłam do jego mieszkania z nadzieją, że się zmieni. Zawsze miałam nadzieję, że się zmieni. Ale nie da się nadzieją zmienić człowieka w kogoś, kim nie jest.
 

Opis wydawcy

Enchanted pragnie zostać gwiazdą sceny muzycznej. Nie jest to jednak proste, gdy jest się czarnoskórą nastolatką, pochodzącą z rodziny mocno trzymającej się tradycji. Mimo to dziewczyna nie daje za wygraną i podąża za swoimi marzeniami. Kiedy na przesłuchaniu zostaje zauważona przez legendę R&B, Koreya Fieldsa, wszystko się zmienia. Nagle rozwój jej kariery nabiera tempa, a ona znajduje się w centrum uwagi. Szybko się okazuje, że ich realizacja ma bardzo wysoką cenę. 


Moja recenzja

Literatura młodzieżowa poszła u mnie na dłuższy czas w odstawkę, chociaż kiedyś bardzo lubiłam zrelaksować się przy powieściach tego gatunku. W ich przypadku warto przymknąć oko na schematy rządzące fabułą czy skupienie się akcji na nastoletnich bolączkach, z którymi dorośli już raczej nie potrafią się utożsamiać. Zatem, staram się zawsze podchodzić do tego gatunku z rezerwą, bo to nie jest literatura, od której wymagam nieskazitelności. Pewnym zaskoczeniem okazała się powieść Dorosła, która niesie ze sobą ważny przekaz, udowadniając, że nie każda powieść młodzieżowa służy wyłącznie rozrywce.

Na początku książki wypisana została lista trigger warningów, przestrzegających przed treścią, która może wywołać u czytelnika silną, emocjonalną reakcję. Biorąc pod uwagę jak wiele trudnych tematów porusza autorka, uważam że to świetny pomysł. Fabuła Dorosłej niesie ze sobą liczne nawiązania do sprawy piosenkarza R. Kelly'ego, który został wielokrotnie oskarżony o molestowanie, gwałt i porwania nieletnich dziewczyn. W podsumowaniu autorka umieszcza nazwisko mężczyzny, co tylko potwierdza fakt, że jego sprawa była inspiracją dla Jackson, a może również motorem napędowym do nagłośnienia tematu. 

Fabuła Dorosłej biegnie dwutorowo. W części rozdziałów z oznaczeniem „Teraz” zastajemy bohaterkę, która budzi się zakrwawiona w pokoju hotelowym obok ciała piosenkarza, Koreya Fieldsa. W celu odkrycia rozwiązania zagadki jego śmierci, czytamy retrospektywę Enchanted w rozdziałach z dopiskiem „Wtedy”. Zabieg sprawdził się bardzo dobrze, bo przez pełną napięcia i tajemniczości sytuację w pierwszym wątku, chcemy jak najszybciej poznać szczegóły przeszłych wydarzeń. Jackson ma dar opowiadania, trudno się od tej powieści oderwać. Jedyne, co mi przeszkadzało, to końcowe rozdziały. Czuć w nich było pewien pośpiech, żeby zamknąć wątki, a jednocześnie autorka dorzucała nowe zagadki, które odczytałam jako na siłę sensacyjne.

źródło

Autorce należą się pochwały za sprawnie nakreśloną relację między Enchanted a Koreyem. W książce opisane jest ich pierwsze spotkanie, jak również długi okres budowania relacji. W ostateczności, poświęcenie tego czasu dwójce bohaterów uratowało najbardziej problematyczny element tej historii, czyli wątpliwości „dlaczego ona tego nie widziała / dlaczego nie przerwała”. Moim zdaniem wątek Enchanted został poprowadzony wiarygodnie, poprzez zręczne manipulacje dziewczyna stawała się coraz mocniej uwikłana w związek. Można uwierzyć, że przez długi czas nie zdawała sobie sprawy z tego, co się tak naprawdę wokół niej dzieje. Podejrzewam, że niektórzy będą narzekać na naiwność głównej bohaterki, ale ja biorę poprawkę na gatunek. Czasami miałam ochotę potrząsnąć którymś bohaterem, jednak w większości sytuacji naprawdę rozumiałam motywy ich czynów. Jeżeli poznaje się kogoś z najlepszej strony to naprawdę czasami trudno uwierzyć w istnienie tej gorszej. Dawanie kolejnych szans osobom, które nas ranią nie jest niczym niecodziennym. Sytuacji, w których partner próbuje wykorzystać drugą osobę szantażując, że w przypadku odmowy zrobi sobie krzywdę, nie trzeba daleko szukać. Wiem także, że trudno jest się od takich osób odciąć, nie reagować, nie próbować nieść pomocy. 

W Dorosłej poruszony jest problem traktowania przez społeczeństwo osób czarnoskórych oraz fakt, że nie wierzymy dziewczynom, kiedy zgłaszają problemy na tle molestowania (tutaj  przede wszystkim czarnoskórym dziewczynom). Wydaje mi się, że problem na tle rasowym jest bardziej widoczny w Stanach Zjednoczonych, ale na naszym podwórku również spotykamy się z dyskryminacją w oparciu o pochodzenie. Ta nierówność w książce jest widoczna już na początku, kiedy Enchanted opowiada o tym, że czuje się wyrzutkiem w swojej szkole, w której brakuje osób, podobnych do niej. Przez to ma niskie poczucie własnej wartości i trzyma się trochę z boku swoich rówieśników, co jest kolejnym powodem, dla którego była łatwym celem dla Koreya.

Tiffany Jackson w Dorosłej porusza wiele istotnych tematów. Dla mnie jednym z ważniejszych jest problem nietykalności osób sławnych i bogatych. Ostatecznie, to nie jest historia tylko o jednej chorej osobie, która wykorzystuje te dziewczyny, ale o całym systemie, który daje na to pozwolenie  nieważne czy przymykając oko czy wprost pozwalając, ze względu na społeczną pozycję oprawcy. I to wszystko, żeby na koniec jeszcze nie uwierzyć dziewczynie, która zwraca się z prośbą o pomoc.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu We Need Ya

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka