poniedziałek, 3 stycznia 2022

„Rytm Wojny” i „Odprysk Świtu” Brandon Sanderson – rozwój uniwersum cosmere i epicka zabawa

Rytm Wojny + Odprysk Świtu
Brandon Sanderson

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 656 + 720 + 176
Wydawnictwo: MAG

- Nie zawsze postrzegamy siłę we właściwy sposób. Na przykład kto jest lepszym pływakiem? Marynarz, który tonie... w koścu poddaje się prądom po wielu godzinach walki.. .czy skryba, która nigdy nie weszła do wody? (...) Nie umiem tego dobrze wyjaśnić. Ja po prostu... nie sądzę, by Shallan była tak słaba, jak mówisz. Widzisz, słabość nie czyni nikogo słabym. Wręcz przeciwnie.

Opis wydawcy

W opanowanym przez pieśniarzy i Stopionych Urithiru Kaladin i Navani walczą o ocalenie Rodzeństwa, sprena wieży, przed całkowitym zepsuciem. Upadek wieży, stanowiącej główny punkt przerzutowy dla wojsk koalicji monarchów, oznaczałby katastrofę i ostateczne zwycięstwo sił Odium. Aby osiągnąć swój cel, Navani decyduje się na niebezpieczną grę z Raboniel, Stopioną zwaną niegdyś nie bez powodu Panią Bólu.


Moja recenzja

Brandon Sanderson to nazwisko, które na tej stronie pojawiło się już wielokrotnie. Na pewno mogę się zaliczyć do fanów jego twórczości, przeczytałam większość dostępnych na rynku książek, a resztę mam w planach. Zdarzały się pewne rozczarowania, chociażby w przypadku komiksu Biały piasek, ale niezmiennie do powieści Sandersona wracam. Śledzę również rozwój cosmere, czyli uniwersum, w którym mają miejsce wydarzenia z niektórych jego serii.

Uwielbienie fanów autor zyskał dzięki temu w jaki sposób kreuje światy przedstawione, ile uwagi poświęca detalom i jak różnorodnych tworzy bohaterów. Nie należy zapominać, że za każdym razem wprowadzony system magii jest zupełnie oryginalnym pomysłem, który w tym świecie ma mocne podstawy i rozpisany jest w zrozumiały sposób. Najlepsze jest jednak to, czego doświadczamy w przypadku takich kontynuacji jak Rytm Wojny – elementy różnych światów, należących do cosmere zaczynają się zazębiać, a fani wyłapując kolejną taką niespodziankę czują jak serce zaczyna im mocniej bić. To jest porównywalne z tym, co stworzył Marvel – kiedy słyszymy w jednym tomie o postaci czy przedmiocie z innej serii to potrafi to wzbudzić czysty zachwyt fana. Nawet sobie nie wyobrażam co by było, gdyby Sanderson napisał coś w stylu Avengersów, gdzie wszystkie te postacie się spotykają, żeby walczyć ramię w ramię z Thanosem w wersji cosmere. 

Przejdźmy jednak do meritum, bo na razie ogólnie zachwycam się nad twórczością Sandersona, a wpis miał być poświęcony konkretnym tytułom. Najpierw nowelka ze świata Archiwum Burzowego Światła, czyli Odprysk Świtu. Króciutka historia, ale niezwykle wciągająca, to idealny przykład literatury przygodowej. Główna bohaterka wyrusza w morską podróż w celu odkrycia tajemnic wyspy. Dodatkowo wiąże się z tym jej osobista misja, w której chce pomóc towarzyszącemu jej skowrończykowi. Czysta przyjemność z czytania, która zaostrza apetyt na Rytm Wojny.

źródło

Właściwie o podstawach, czyli świecie Rosharu, o postaciach i pomysłach pisałam już we wpisach dotyczących poprzednich tomów. To, czym Rytm Wojny różni się od poprzedniczek jest próg wejścia w historię. Dotychczas dostaliśmy trzy tomy, po tysiąc stron każdy, w których Sanderson malował nam obraz tego świata. Przy każdym powrocie czytelnik potrzebował czasu na przypomnienie sobie tła wydarzeń i wciągnięcie się w fabułę. W Rytmie Wojny wpadłam w wir historii niemal od razu. Może faktycznie była to zasługa poprzedzającej lektury Odprysku Świtu, a może ta część ma jednak mocniejsze rozpoczęcie. Ważne jest to, że od razu wróciły wszystkie emocje związane z Rosharem.

W pisaniu o kontynuacjach zawsze jest taki problem, że niewiele osób jednak te wpisy czyta. Bo człowiek, który nie zna poprzednich tomów raczej nie interesuje się wrażeniami z czwartej serii. Jednak nie omieszkam trochę się w wydarzenia najnowszej części zagłębić. Przede wszystkim, jestem zachwycona rozwojem postaci Navani. Królowa do tej pory pokazywała się jako silna bohaterka, której nie moglibyśmy zarzucić braku charyzmy, ale to dopiero w Rytmie Wojny możemy przebywać z nią dłużej. Navani wspaniale sprawdza się jako postać prowadząca wątek naukowy i rozwoju maszyn, w oparciu o działanie fabriali. I to właśnie tutaj wielokrotnie serce biło mocniej na wzmianki o właściwościach metali (od razu kojarzy się ze światem Scandrial z serii Z mgły zrodzony), a tajemniczy piasek przypomina o komiksie od Sandersona. Same wynalazki i droga do ich wytworzenia nie nudziła ani na chwilę, a połączenie dźwięków ze światłem to kolejny wspaniały pomysł autora. Wątek współpracy Pieśniarzy przy badaniach, a konkretnie Raboniel też sprawdził się świetnie.

Wielu z lubianych przez nas bohaterów dostało satysfakcjonujące rozwinięcie swojej historii. W końcu odkrywamy karty z przeszłości Shallan, Adolin próbuje udowodnić swoją wartość w wojnie, a Kaladin boryka się z bitewną traumą i utratą towarzyszy. Z tej trójki to Kaladin otrzymuje najwięcej czasu i trzeba przyznać, że wyrósł na najlepszego bohatera tej serii, a ukazywanie jego słabości tylko procentuje w większej sympatii czytelników. Doceniam też fragment związany z leczeniem umysłu, które ewidentnie w świecie Rosharu kuleje. Temat ważny, a Sanderson tworzy z niego kolejny ciekawy wątek.

Trudno tutaj napisać o wszystkim, co w Rytmie Wojny działa. Wystarczy chyba stwierdzenie, że ponownie Sanderson potwierdza, że Archiwum Burzowego Światła to jego najlepszy cykl. Rozwój kolejnych postaci, wybór na wysunięcie do poziomu głównych bohaterów Venli czy Navani, chociaż wydawał mi się dyskusyjny, to okazał się strzałem w dziesiątkę. A przenikanie różnych elementów z cosmere sprawia, że czytanie to dodatkowo czysto fanowska frajda. Nie wierzę, że tylko jeden tom nas dzieli od zakończenia pierwszej fazy (ABŚ jest zaplanowane na dziesięć tomów, z czego pierwszych pięć ma miejsce w jednej erze, a kolejne pięć w drugiej). Ja już nie mogę się doczekać.

czwartek, 30 grudnia 2021

Podsumowanie 2021

Pamiętam, że poprzedni rok był dla mnie, a zapewne również dla wielu z Was, bardzo trudny. Życie w zamknięciu i odizolowaniu nie wpłynęło dobrze na samopoczucie. W 2021 poczułam, że trochę ruszyliśmy do przodu, udało się zaszczepić (jestem nawet już po trzeciej dawce), kultura zaczęła się nieśmiało otwierać, festiwale zmieniły sposób funkcjonowania, ale się odbyły. A ja patrząc na mijający rok myślę sobie, że wykorzystałam go w stu procentach, wyciskałam każde wydarzenie jak cytrynę. I właściwie nie wiedziałabym o tym, gdybym nie zerknęła w archiwum relacji na Instagramie, więc media społecznościowe czasami bardzo się przydają.

Instagram

Może zacznę zatem od tych wydarzeń, w których udało mi się uczestniczyć. Po rocznej przerwie wrócił Woodstock, a raczej Pol'and'Rock. Zmiana miejsca i ograniczenie liczby uczestników zupełnie nie przeszkodziło we wspaniałej zabawie i na pewno planuję wybrać się ponownie w przyszłym roku. Ogromnie mnie ucieszyło otwarcie kin i jako pierwszy seans po przerwie wybrałam się na Palm Springs (więcej: tutaj), a był to film bardzo ciepły i przyjemny – idealny na przypomnienie sobie, jak mocno kochamy siedzenie na widowni. Kinowo najbardziej mnie ucieszył jednak powrót festiwali filmowych i tym razem udało mi się obejrzeć kilka tytułów na festiwalach: Nowe Horyzonty, Pięć Smaków i American Film Festival (relacja: tutaj). Odbywały się one hybrydowo, zatem część filmów dostępnych było online, a część stacjonarnie, co tylko pomogło w obejrzeniu większej liczby tytułów. 

Teatralnie udało się dotrzeć na kilka spektakli w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej, z czego zakochałam się w koncercie Ralpha Kamińskiego, śpiewającego piosenki Kory, zobaczyłam świetny występ Pusty Riot, a później zaczarował mnie spektakl Najczęściej zadawane pytania: Rewia Drag Queen. Wrocławski Teatr Capitol to w ogóle miejsce, które najczęściej odwiedzałam, bo udało mi się też dorwać bilety na Lazarusa, Wyzwolenie: królowe i Wesele. Pierwszy raz widziałam również grupę Improkracji w Mów coś, śpiewaj!, czyli improwizowanym przedstawieniu, w których biorą też udział artyści Capitolu. Dobra zabawa gwarantowana! We Wrocławiu udało mi się też zobaczyć spektakl Słowo na G., którym Układ Formalny pokazuje, że wie jak mówić do młodych odbiorców o rzeczach ważnych – cudownie, że to się dzieje! Wydarzeniem wartym wspomnienia był też spektakl W dwóch językach polskich, w ramach Teatru na faktach – potrafi otworzyć oczy na problemy ludzi głuchych, naprawdę robi wrażenie. Poza Wrocławiem udało mi się dwukrotnie odwiedzić Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu, raz na Maratonie Teatralnym (więcej: tutaj), a później na premierze Badania ściśle tajne (więcej: tutaj). Oprócz tego – otworzyliśmy również nasz amatorski teatr, po ponad rocznej przerwie, więc pod koniec roku radość sięgnęła zenitu.

Jeżeli chodzi o przeczytane książki i obejrzane filmy/seriale, to zdecydowanie więcej czasu spędziłam na gapieniu się w ekran niż w papier. Książek przeczytałam czterdzieści, co mieści się gdzieś w mojej rocznej średniej. Nigdy nie czytałam jakoś bardzo dużo i chyba nie mam ochoty tego zmieniać, czytam tyle, na ile mam ochotę. Jakościowo był to naprawdę dobry rok, ponownie udało mi się sięgnąć po kilka klasyków, jak Nowy wspaniały świat, Północ i południe, a nawet Charlie i fabryka czekolady, fantastyki również było trochę, bo wpadły najnowsze książki z Archiwum Burzowego Światła Sandersona, ale też trylogia Bardugo, na podstawie której powstał serial Cień i kość. Pod koniec roku rzuciłam się też na książki Jakuba Małeckiego i już prawie wszystkie jego powieści przeczytałam. Jednak, tak jak wcześniej pisałam, to filmy i seriale wygrały w tym roku. Tych drugich trudno mi zliczyć, bo nie śledzę ich zbyt skrupulatnie, ale filmów obejrzałam prawie sto pięćdziesiąt. Rozumiecie zatem, że ta lista pięciu najlepszych, nawet z bonusem, nie zawiera wielu wspaniałych tytułów. 

Wnioski z tego mam następujące: miło by było więcej o filmach pisać. Nawet krótkich opinii, żeby gdzieś mi te wrażenia nie zaginęły, żebym pamiętała co obejrzałam i jak mi się dany tytuł podobał. Z książkami idzie mi całkiem dobrze, w miarę na bieżąco, ale filmy, seriale i spektakle gdzieś uciekają. Dobrze byłoby je w przyszłym roku połapać. I tego sobie na przyszły rok życzę!

A Wam – mnóstwa pysznych kulturalnych wrażeń!

* o Rytmie wojny i Papudze Flauberta notki pojawią się wkrótce




niedziela, 19 grudnia 2021

„Dobre wychowanie” Amor Towles – o tym, że czasami warto wyjść ze strefy komfortu

Dobre wychowanie
Amor Towles

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2011
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Znak

Większość ludzi ma więcej potrzeb niż pragnień. To dlatego wiodą takie życie, jakie wiodą. Ale światem rządzą ci, u których pragnienia górują nad potrzebami. 
 

Opis wydawcy

Nowy Jork, ostatnia noc 1937 roku. W drugorzędnym klubie jazzowym Katey Kontent przypadkowo poznaje młodego bankiera, Tinkera Greya. Ich światy dzieli wszystko. A jednak to spotkanie i jego zaskakujące konsekwencje sprawią, że tej nocy dziewczyna wyruszy w mającą trwać rok podróż w nieznane. Wśród najbogatszych i najbardziej wpływowych, w świecie wielkich nadziei i pragnień będzie musiała zaufać wyłącznie swojej inteligencji i być wierna swoim zasadom…


Moja recenzja

Amor Towles to autor, który zachwycił mnie i wielu innych czytelników w Polsce powieścią Dżentelmen w Moskwie. Wydawnictwo Znak zdecydowało się na wznowienie jego debiutanckiej książki o tytule Dobre wychowanie. Jeżeli lubicie klimat starego kina Hollywood albo powieści takie jak Wielki Gatsby czy Śniadanie u Tifanny'ego, to ta pozycja powinna przypaść Wam do gustu.

Tym razem za miejsce akcji Towles wybrał Nowy Jork pierwszej połowy XX. wieku. Główną bohaterkę poznajemy jednak później, bo w 1966 na wystawie w Museum of Modern Art, gdzie za sprawą zdjęcia wracają do niej wspomnienia z młodości. Zaczyna zatem snuć swoją opowieść o pamiętnym roku 1938, w którym jej życie obrało nowy kierunek. Katey to miła towarzyszka w tej podróży, postać pełna sprytu i charyzmy, która wie jak się odnaleźć w nowym miejscu, nie boi się spróbować wykonania kolejnego kroku. Jej wspinanie się po szczeblach kariery to przykład takiego standardowego „od zera do bohatera”. Jednak najbardziej ciekawy jest właśnie sposób w jaki Katey, osoba, która nie boi się ryzyka i ciągle bywa w towarzystwie, te kolejne awanse zdobywa.

źródło

Towles znowu piękne rysuje tło wydarzeń. Nowy Jork przeszłości pełen jest interesujących miejsc, małych, zadymionych spelunek z jazzmanami umilającymi czas i pełnych przepychu restauracji, gdzie martini leje się litrami, biur, w którym przesiaduje ekipa początkujących, aspirujących sekretarek i wieżowców, w których tworzy się kontent do najgorętszych czasopism. Śledząc historię Katey poznamy wielu bohaterów drugoplanowych z różnych sfer społeczeństwa, przyjrzymy się tym, którzy noszą maskę jako drugą twarz, bezbłędnie odgrywając przybraną rolę w towarzystwie. Magia Manhattanu polegała na tym, że każdy mógł udawać tego, kogo chciał, finalnie okazuje się jednak, że szczęście nie idzie w parze z oszukiwaniem samego siebie. Czasami dopiero skromne i uczciwe życie może przynieść spełnienie.

Autor znowu czaruje słowem, jego styl jest naprawdę magiczny i trudno się od powieści oderwać. Przez historię płynie się z czystą przyjemnością, świetnie budowana jest atmosfera, oddany klimat lat i miasta, dzięki czemu łatwo w tę fabułę wsiąknąć. W Dobrym wychowaniu wybrzmiewa dla mnie przede wszystkim zachęta do próbowania nowych rzeczy, do wchodzenia tam, gdzie niekoniecznie nas oczekują. Czasami poznana przypadkowo osoba może zmienić całe nasze życie. I tak, liczą się też podejmowane przez nas decyzje, ale jeżeli nie zaryzykujemy to nasza szansa może uciec sprzed nosa. 

Jedyne, co mogę dodać na koniec to: panie Towles, proszę pisać więcej!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 14 grudnia 2021

„Badania ściśle tajne” – czy ludzie są najgorszym wirusem na Ziemi? (Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu)

Badania ściśle tajne to premiera Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, inscenizacja tekstu Iwana Wyrypajewa – słynnego dramatopisarza, pochodzącego z Rosji. Sztuka została napisana na początku tego roku, ale jej akcja ma miejsce w 2019, na moment przed wybuchem światowej pandemii. Jej bohaterami są zasłużeni naukowcy, którzy biorą udział w tytułowym badaniu, odpowiadając na pytania o przyszłość naszego świata, o człowieczeństwo, o specyfikę wykonywanej pracy oraz zagadnień z nią związanych. Wraz z upływem czasu ankieterzy poruszają również drażniące kwestie związane z życiem osobistym przepytywanych.

Trudne zadanie stało przed reżyserem, bo w warstwie fabularnej niewiele się w spektaklu dzieje. Pełno w sztuce jest długich, naukowych monologów, opinii wygłaszanych przez światłych badaczy, a tego typu przesyt skutkować może znużeniem widza. Okazało się jednak, że kilka dobrze przemyślanych posunięć doprowadziło do wspaniałego efektu końcowego i nawet człowiek niewyspany łatwo zaangażuje się w śledzenie wydarzeń na scenie. Uwierzcie mi, sama ledwo zipałam w tę niedzielę, ale Badania ściśle tajne wystarczająco mnie pobudziły.

Jedną z najlepszych decyzji reżysera było skompletowanie takiej obsady spektaklu. Pierwszą przepytywaną osobą w badaniu jest psycholożka, profesorka Uniwersytetu Columbia, postać grana przez Katarzynę Herman. Niesamowicie było zobaczyć tę aktorkę na żywo w teatrze i muszę przyznać, że wypełniła swoją bohaterkę taką ilością charyzmy, że trudno było oderwać od niej wzrok. To ona pomogła rozpędzić się temu spektaklowi i nadać mu odpowiedni ton. Zatem już od pierwszej rozmowy widz się angażuje, czuje, że będzie mu dane wysłuchać wielu ciekawych obserwacji, podanych w przejrzysty sposób. Świetna jest także Karolina Kuklińska w roli biolożki, która ze swoją pewnością siebie i butą kreuje zupełnie odmienną postać ze świata nauki. Poznając jej historię i wygłaszane opinie można śmiało powiedzieć, że to postać zdecydowana i kompletna. Ostatnim przepytywanym bohaterem jest neurobiolog, również profesor Uniwersytetu Columbia, grany przez Bartosza Woźnego, który wypada w tej roli bardzo dobrze. Oprócz trójki głównych postaci ważną funkcję pełnią także aktorzy, których na spektaklu nie widzimy, a jedynie słyszymy. To Joanna Osyda i Karol Kossakowski, wcielający się w ankieterów. Wydawać by się mogło, że takie głosy z offu można nagrać i odtwarzać za każdym razem w ten sam sposób, jednak przy okazji opolskiej inscenizacji przekonamy się jak ważna jest ich obecność, świadomość wydarzeń na scenie i czujność na partnera. Odpowiednio zadane pytanie, odpowiednio umieszczona pauza potrafią wzbudzić w przepytywanym aktorze zupełnie inne emocje. 

Ogromnym zaskoczeniem dla mnie było to, że te naukowe teksty odbierało się tak naturalnie. Aktorzy dokładnie wiedzieli co mówią, jaki ich postać ma do danych tematów stosunek, co przeżyli oraz jak wygląda ich życie – dzięki temu w każdym ruchu, w każdym zdaniu byli zupełnie prawdziwi. Całemu zespołowi należą się zatem ogromne brawa.

Iwan Wyrypajew w dramacie Badania ściśle tajne za miejsce akcji wybrał sobie mały pokój, w którym po kolei zamknięci są ankietowani bohaterowie. Reżyser opolskiego spektaklu, Norbert Rakowski, postanowił pójść w innym kierunku i wybrał ogromną przestrzeń. Z elementów scenografii pojawiła się jedynie ławeczka, stojąca na środku sceny. Całość przestrzeni przez większość czasu trwania przedstawienia skąpana jest w białym, niemal oślepiającym, szpitalnym kolorze. Ta duża powierzchnia sceny sprawiła, że aktorzy wydają się małym elementem, który w tym sterylnym otoczeniu automatycznie przyciąga wzrok. Równocześnie podkreśla ich samotność, pokazuje, że jeden mały człowiek, który zdaje sobie sprawę z problemów i wie o co powinno się walczyć, niewiele zdziała w obliczu nadchodzącej katastrofy. Norbert Rakowski nie pozwala nam jednak zapomnieć, że wszyscy jesteśmy częścią społeczeństwa, że ciągle mamy kontakt z drugim człowiekiem. I tutaj przejdę od razu do kolejnego pomysłu, który warto docenić. W spektaklu, poza aktorami, bierze udział również grupa osób wyłoniona podczas warsztatów teatralnych, mieszkańców miasta w różnym wieku, którzy pojawiają się między scenami na krótkie ruchowe etiudy. Janusz Orlik wykonał naprawdę kawał dobrej roboty przy tworzeniu choreografii dla występujących, każde ich pojawienie się na scenie to pokaz pewności siebie, zaangażowania i świetnie wykonanej pracy. Pomysł na dodanie tego ruchowego elementu podbija wartość estetyczną spektaklu, ale również przypomina nam, że każdy z bohaterów gdzieś w tym społeczeństwie egzystuje, razem z „tancerzami” współodczuwają, doświadczają bólu i miłości bliźniego, są świadomi otaczających ich ludzi.

Badania ściśle tajne to spektakl kompletny i zupełnie nie spodziewałam się, że format składający się z naukowych wywiadów, złożonych często z długich monologów, może widza tak zaangażować. Tekst Wyrypajewa jest tutaj zdecydowanie solidnym fundamentem, a twórcy poradzili sobie z przeniesieniem go na deski opolskiej sceny. Poruszonych w nim zostało wiele palących problemów, z których najmocniej wybrzmiewa ten dotyczący kryzysu klimatycznego i nieciekawej przyszłości, która nas, a raczej nasze dzieci, czeka. Wynosimy ze spektaklu to, że przede wszystkim trzeba o tym mówić i nagłaśniać sprawę. 

Udało się w Badaniach ściśle tajnych znaleźć balans między postaciami zdystansowanych naukowców a kryjącym się pod powierzchnią zwykłym człowiekiem, którego ponoszą emocje i który ma swoje za uszami. Człowiekiem, który finalnie potrzebuje bliskości. Podczas tych rozmów wyłania się również wiele bardzo ciekawych obserwacji o tym, skąd bierze się w nas tyle okrucieństwa, o człowieczeństwie, o wierze w Boga, o tym do czego jesteśmy zdolni, czym jest wolność i gdzie się ona kończy, a także o kłamstwie, wyobrażeniach o naszych bliskich i zderzeniu ich z rzeczywistością. Bo czasami warto po prostu porozmawiać, a nie przypuszczać co ta druga osoba by sobie pomyślała czy powiedziała. I to nie wszystko, bo jest w Badaniach ściśle tajnych dużo więcej trafnych spostrzeżeń, ale żeby je wszystkie wyłapać trzeba chyba obejrzeć po raz kolejny.

poniedziałek, 29 listopada 2021

Co obejrzałam podczas American Film Festival 2021? (i co warto obejrzeć na edycji online)

Tegoroczna edycja American Film Festival odbyła się stacjonarnie we Wrocławiu między 9-tym a 14-tym listopada, a od 1-ego grudnia rozpocznie się wersja online. Wiele „dużych”, wysokobudżetowych i głośnych tytułów nie będzie dostępna w domowym zaciszu, ale w zamian można dorwać kilka świetnych, bardziej niszowych produkcji. Sama mam sprecyzowane tytuły na liście do obejrzenia, na czele z filmem, który zdobył główną nagrodę w sekcji American Docs, czyli Królową pracującą (historia dotyczy znanej z RuPaul's Drag Race Kashy Davis i ja naprawdę nie wiem jak mogłam to przeoczyć). Dodatkowo, na pewno chętnie obejrzę kolejne filmy z retrospektywy Jarmuscha i może dorzucę coś Idy Lupino, której twórczości również była poświęcona część programu. Zobaczymy na ile czas mi pozwoli. Chęci są, bo filmy, które widziałam w kinie naprawdę zrobiły dobre wrażenie, o czym poniżej możecie przeczytać. Dorzucam gratisowo opinię o The French Dispatch, który był w programie festiwalu, ale nie udało mi się wówczas na niego dotrzeć.

Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun (2021), reż. Wes Anderson

źródło

Jakbym miała wymienić kilku moich ulubionych reżyserów to Wes Anderson znalazłby się zapewne w takiej grupie. Co prawda nie widziałam wciąż Bottle Rocket, ale poza tym wszystkie jego długie metraże obejrzałam. Nadal nie jestem aż taką fanką jak moja siostra, która nawet pracę magisterską oparła na twórczości Andersona, ale uwielbiam jego podejście do kinematografii. Dlatego na nowy film czekałam z niecierpliwością.

Po śmierci Arthura Howitzera Juniora (Bill Murray), pochodzącego z Kansas, cenionego redaktora popularnego amerykańskiego magazynu „Kurier Francuski”, z siedzibą w Ennui-sur-Blasé we Francji, zespół redakcyjny zbiera się w celu napisania nekrologu. Wspomnienia o Howitzerze składają się na cztery opowieści: „Reporter na rowerze”, „Konkretne arcydzieło”, „Poprawki do manifestu” oraz „Prywatna jadalnia komisarza”. *

Naczytałam się przed seansem sporo narzekania na tego nowego Andersona, a od filmu dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam. Jeżeli chodzi o pomysły – na ujęcia, kolorystykę (tutaj zaskoczeniem okazała się spora ilość czarno-białych scen), rozwiązania scenograficzne, kostiumy, makijaż – to po prostu szczęka opada. Wes zrobił to ponownie i pokazał, że jest prawdziwym wizjonerem, a jego filmy od pierwszych ujęć krzyczą, że to właśnie dzieło tego reżysera. Charakterystyczne kadry, prowadzenie narracji z ciągłym puszczaniem oka do widza – wszystko to w jego filmach uwielbiam. I tutaj nie było inaczej. Tym razem całość podzielona jest na części, a każda reprezentuje inny artykuł z gazety „Kurier Francuski”. Pomysł świetnie się sprawdził, a dla mnie wszystkie epizody były interesujące i nie powiedziałabym, że któryś mocno odstaje w negatywny sposób od reszty. Chociaż ulubionym fragmentem zostało dla mnie Konkretne arcydzieło. Anderson oddaje hołd dla starego dziennikarstwa, kreuje pokręcone postaci, które chce się na ekranie oglądać. Scenariusz jest tak obszerny, że mam ochotę film obejrzeć jeszcze raz, żeby wyłapać to, co mi umknęło. Dodatkowo, oglądanie aktorów, którzy tak bawią się rolami to czysta przyjemność, w tej gwiazdorskiej obsadzie ciężko znaleźć słabsze ogniwo. Wszyscy tutaj są trochę oderwani od rzeczywistości, jak to u Andersona bywa, barwni i zagrani brawurowo. Często wydają się wyzbyci z emocji, niemal mechanicznie recytują kwestie, ale w tej konwencji się to sprawdza. Po prostu przyjemność z oglądania! I chociaż do mojego ulubionego filmu reżysera nie doskakuje, to nadal jest to właśnie coś, czego po Andersonie się spodziewałam.

C'mon C'mon (2021), reż. Mike Mills

źródło

Najnowsze dzieło Millsa, reżysera słynnych Debiutantów, to jeden z filmów, na które czekałam najbardziej. Zwiastun zapowiadał coś w moim stylu, estetycznie wpisujący się w gust, ale też zwiastujący wywołanie wzruszenia podczas seansu. A ja akurat wzruszam się na filmach raczej łatwo, więc mentalnie przygotowywałam się na zasmarkaną maseczkę. Niepotrzebnie.

Johnny (Joaquin Phoenix) to nowojorski singiel, który przemierza Amerykę z mikrofonem, pytając dzieciaki i młodzież o ich życie, marzenia, supermoce i plany na przyszłość. Po drodze reporter odwiedza mieszkającą w Los Angeles siostrę (Gaby Hoffmann), z którą nie rozmawiał od lat, a która teraz potrzebuje jego pomocy. Żeby wesprzeć ją w opiece nad dziewięcioletnim synkiem (Woody Norman), Johnny zabiera go ze sobą do Nowego Jorku. *

Od razu zaznaczę, że dla mnie najmocniejszą stroną filmu były właśnie te wspomniane w opisie wywiady. Biła z nich szczerość i naturalność, dzieci bez ogródek mówiły o tym czego oczekują od przyszłości, co je boli w zachowaniu dorosłych, co można zrobić, żeby poprawić nasz świat. W ogóle film C'mon C'mon fajnie mówi o wyrażaniu emocji, o tym jak dorośli tracą umiejętność szczerego mówienia o uczuciach, jak się wstydzą, jak krążą wokół tematu, zamiast mówić co im siedzi na wątrobie, tak jak dzieci potrafią to robić. Trudno także nie docenić tutaj pracy aktorskiej, Joaquin pokazuje swoje wrażliwe oblicze, grając intymnie i kameralnie, bazując na niuansach, co idealnie sprawdza się w tym filmie. Partneruje mu naturszczyk, który wlewa iskierkę życia w ten duet, dzięki czemu ma ta dwójka kilka scen, które są prawdziwymi perełkami. Co do kwestii technicznej, to jest naprawdę pięknie – czarno-białe zdjęcia sprawiają, że całość staje się jeszcze bardziej kameralna, ale zarazem lekko magiczna i to szare tło wygląda często po prostu wspaniale. Wszystkie te plusy mając na uwadze – uważam, że to naprawdę dobry film. Niestety, rozminął się ze mną emocjonalnie, nie złapał za rękę i nie poprowadził w życie wewnętrzne bohaterów, zostawił z boku i sprawił, że byłam widzem raczej słabo zaangażowanym. Momentami wręcz miałam wrażenie, że sceny wpadają trochę w pretensjonalny ton, co w połączeniu z czarno-białymi zdjęciami i monologami z offu zepsuły mi seans. Uważam jednak, że jeżeli ktoś się zaangażuje emocjonalnie w tę historię to będzie zachwycony C'mon C'mon i ma on szansę być dla wielu widzów najlepszym seansem roku. Dla mnie nie będzie, ale warto było go zobaczyć.

Inaczej niż w raju (1984), reż Jim Jarmusch (dostępny online)

źródło

Po seansie C'mon C'mon zastanawiałam się chwilę czy coś jest ze mną nie w porządku i czy nie za bardzo się czepiam. Później przyszła pora na ten film z początku kariery Jarmuscha i już wiedziałam, że to wszystko kwestia estetyki – tak jak z C'mon C'mon się rozjechałam emocjonalnie, tak z Jarmuschem złapałam flow od pierwszych scen.

Fabuła przedstawia w sposób linearny kilka epizodów z życia dwojga węgierskich imigrantów w USA. Młodego człowieka Willie (John Lurie), osiadłego już od pewnego czasu w Nowym Jorku i jego kuzynki Evy (Eszter Balint), która właśnie przybyła z Budapesztu, zatrzymując się u Williego w drodze do ciotki zamieszkałej w Clevland. Jest jeszcze przyjaciel Williego - Eddie (Richard Edson), jakby jego sobowtór, taki sam obibok i włóczęga. *

Przed filmem obejrzeliśmy krótką wiadomość wideo od reżysera, który pozdrowił festiwalową publiczność i opowiedział trochę o swojej miłości do kina, gdzie wspomniał, że dla niego filmy są najbliższe uczuciu śnienia. Kiedy wyszłam z seansu Inaczej niż w raju czułam, że jeżeli to był sen, to był on naprawdę cudowny. Już w założeniu Jarmusch bawi się ze znanym określeniem american dream. Imigranci przyjeżdżają do Ameryki marząc o wspaniałym życiu, do którego prowadzi prosta droga, bez większej ilości pracy. Często jednak kończą odkładając grosz do grosza i po prostu egzystując, jedzą odgrzewane obiady i oglądają nocne programy telewizyjne, czekając aż coś się zmieni. Eva wydaje się mieć zupełnie inne oczekiwania, to kobieta, która wyrwała się z Węgier i wystarczy jej praca w budce z hot dogami, jednocześnie jest osobą spontaniczną, gotowa jest rzucić wszystko i wyjechać na wycieczkę przez pół Stanów. Czy ta lekkoduszność jej się opłaci, musicie przekonać się sami. Jarmusch kreuje postaci, które są niejako oderwane od reszty społeczeństwa, tworzą swoje własne miejsce w kraju, a w tym odosobnieniu znajdują wspólny język. W Inaczej niż w raju sporo jest ciszy i niewypowiedzianych zdań, wiszących nad bohaterami, którzy wypalają wagony papierosów i często zawieszają wzrok gdzieś w przestrzeni, ale to wtedy rodzi się pewna nić porozumienia między nimi, buduje się ona po prostu samoistnie. Oglądało się to wspaniale, a przemycone elementy komediowe wyszły złociutko (ciotka z Węgier cudowna!).

Red Rocket (2021), reż. Sean Baker

źródło

Sean Baker to reżyser, który zupełnie mnie zaczarował filmem The Florida Project, czekałam zatem na efekty jego pracy nad kolejnym tytułem. Ubolewam, że nadal nie udało mi się obejrzeć jego debiutu, czyli Mandarynki, ale na jego nowy film musiałam wybrać się do kina.

Główny bohater filmu, były gwiazdor porno Mikey Saber (Simon Rex), wraca do dawnego domu w Teksasie i żony (Bree Elrod), z którą zapomniał się rozwieść. Choć nikt za nim nie tęsknił, w oczach kilku lokalnych chłopaków ciągle jest "kimś". Mikey, który z braku funduszy szybko zaczyna handlować trawką, wciąż zresztą wierzy, że gdzieś tam czeka na niego ogromna szansa. *

Film zaczyna się sceną podróży głównego bohatera, w rytm melodii Bye Bye Bye zespołu N'Sync, która w różnych momentach fabuły będzie się jeszcze pojawiać. Podróż tę odbywa Mikey Saber, postać, której poczynania śledzimy i która od pierwszych scen na ekranie roztacza nad widzami swój zwodniczy czar. Gada jak najęty, wygląda na człowieka sympatycznego, zabawnego, z dystansem do życia, wiele sytuacji przyjmuje na klatę i wciąż prze do przodu. Wraz z rozwojem fabuły zobaczymy jednak tę samą osobę w zupełnie innym świetle, gdzie wszystkie jego wady, które na początku uważaliśmy za mało istotne i trochę zabawne zaczną się wyolbrzymiać i sprawiać, że z bohatera, któremu kibicujemy, staje się wręcz antybohaterem. Zabieg ten wypadł świetnie, szczególnie że w rękach aktora, Simona Rexa, główny bohater zyskuje tyle charyzmy, że ciężko nie śledzić jego wzlotów i upadków z pełnym zaangażowaniem. Pomaga tutaj również nienachalny humor, cięte dialogi i niepowtarzalne zdjęcia. Baker ponownie świetnie umiejscawia bohaterów, tym razem na tle industrialnej okolicy teksańskiego miasteczka, w którym ludzie z marginesu społeczeństwa mogą zarobić tylko, jeżeli będą rozprowadzać narkotyki. Może Red Rocket wypada gorzej od The Florida Project, ale Sean Baker to reżyser, którego twórczość z przyjemnością będę śledzić.

Italian studies (2021), reż. Adam Leon (dostępny online) 

źródło

Na ten film, jak zapewne wielu innych widzów, wybrałam się ze względu na Vanessę Kirby w roli głównej. Przed samym festiwalem widziałam również go na jednej z list filmów, które warto na AFF obejrzeć, a spotkanie z twórcami po seansie uświadomiło mi ile rozmowa z reżyserem potrafi wnieść do opinii widza.

Maszerując przez nieznane ulice zatłoczonego Nowego Jorku, Alina (Vanessa Kirby) stopniowo poznaje samą siebie, ktoś ją przywołuje, ona myśli, że rozpoznaje kogoś innego, pojawiają się przebłyski pamięci i świadomości. *

Tyle jest ciepła, spontaniczności i młodzieńczej energii w nastoletniej części obsady, że trudno się podczas seansu nie uśmiechnąć. Są tutaj momenty, w których Italian studies zmienia się w dokument, gdzie młodzież bierze udział w wywiadach. To sceny bardzo autentyczne, naturalne, a ujęcia roześmianych twarzy młodych postaci sprawiają, że nie chcemy tych bohaterów opuszczać. Nic więc dziwnego, że i Kirby przyłącza się do tej nastoletniej ekipy. Sama będąc zagubioną w dużym mieście, gdzie nikt zdaje się nie zauważać jej problemu, odnajduje azyl wśród młodzieży. Po seansie była krótka sesja pytań z reżyserem i autorem zdjęć, podczas której jeden z widzów powiedział piękne zdanie. Nie zacytuje dosłownie, ale chodziło o to, że cudownie w filmie wybrzmiało to, że kiedy zagubiona Kirby szuka swojej tożsamości to trafia właśnie na grupę nastolatków, którzy sami są w swoim okresie buntu i poszukiwania przyszłej drogi. Świetna to była obserwacja. Film, chociaż momentami wydawał mi się zbyt pogmatwany i zagubiony, wart obejrzenia dla młodych zdolnych ludzi i nieoczywistej roli Kirby.

Różowe flamingi (1972), reż. John Waters

źródło

Johna Watersa pierwszy raz zobaczyłam na ekranie telewizora w siódmym sezonie RuPaul's Drag Race gdzie był członkiem jury. Wszyscy uczestnicy byli podekscytowani, wyglądało na to, że to głośne nazwisko, a głównym zadaniem odcinka było odegranie scenek inspirowanych twórczością reżysera. Kiedy usłyszałam, że Waters przyjeżdża do Wrocławia, a na AFF będzie sekcja poświęcona jego filmom ucieszyłam się niezmiernie. Później trochę poszperałam o konkretnych tytułach i przyznaję, ze zaczęłam się obawiać. Cóż, opinii najlepszych nie zbiera. Postanowiłam więc wybrać jeden film, na którym sprawdzę co to takiego.

Divine (Babs Johnson) i jej krewni chlubią się, że są najbardziej ohydną i plugawą rodziną, jaka obecnie stąpa po powierzchni ziemi. Pewnego dnia pojawia się jednak konkurencja, niejacy Connie (Link Stole) i Raymond Marble (David Lochary) twierdzą, że to im powinno przypadać to zaszczytne miano. *

Mam trzydzieści lat i najdziwniejszy seans w życiu za sobą – dzięki Waters! O filmie za dużo Wam nie powiem, bo to jazda bez trzymanki, obrzydliwa, wulgarna i niesamowicie wciągająca. Jeżeli to nie jest definicja kampu to nie wiem co nią jest. Było kilka scen, które potrafią zgorszyć, ale było też komediowe złoto (proces pod koniec filmu to karuzela śmiechu). Film nie dla wszystkich, ale na pewno niezapomniany to seans.

Lekcje języka (2021), reż. Natalie Morales (dostępny online)

źródło

Filmy, które powstały w czasie pandemii miewają się różnie, a takie, które w całości nagrane są kamerką w telefonie czy laptopie mają jeszcze bardziej utrudnione zadanie – utrzymać uwagę widza podczas seansu, mimo braku scen akcji.

Adam (Mark Duplass) prowadzi uporządkowane życie do czasu, kiedy pewnego dnia otrzymuje nietypowy prezent – kurs języka hiszpańskiego on-line. Początkowo niechętny nowym obowiązkom, z czasem uzależni się od spotkań ze swoją nauczycielką – Cariño (Natalie Morales) i zrozumie, że nauka płynąca z zajęć, wykracza daleko poza program. *

Lekcje języka to taki niepozorny film, który ze sceny na scenę coraz bardziej się lubi. Jest w nim sporo dramatycznych sytuacji, bohaterowie znajdą się w nieciekawych miejscach w swoim życiu, ale Morales w Lekcjach języka skupia się na czymś kompletnie innym. To przede wszystkim seans pełen ciepła, który pokazuje, że życie potrafi dać w kość, ale przyjaciele to nasze jasne światełko w tunelu. Dzięki sile wsparcia potrafimy wychodzić z traum, kładąc niepewny krok za krokiem. Jakimś magicznym sposobem oglądanie dwóch osób rozmawiających na Zoomie nam się nie nudzi, ich rozmowy sprawiają, że się uśmiechamy i nie chcemy przerywać podglądania tych zwierzeń. Może momentami się angażujemy w mniejszym stopniu, ale całościowo ten film to ciepła perełka, świetnie zagrana, sprawnie napisana (to nie jest łatwa rzecz, kiedy scenariusz skupia się na internetowych rozmowach) i zostawiająca widza z nadzieją na lepsze jutro.

Córka (2021), reż. Maggie Gyllenhaal

źródło

Debiutu reżyserskiego Maggie Gyllenhaal wyczekiwałam szczególnie ze względu właśnie na reżyserkę. Lubię obserwować aktorki, które decydują się przenieść na krzesło reżysera, żeby przekonać się jak wygląda ich wrażliwość. W przypadku Grety Gerwig ta zmiana wypadła wspaniale, więc i za Gyllenhaal trzymałam mocno kciuki.

Leda (Olivia Colman) jedzie na wakacje, ale zamiast odpoczywać woli obserwować młodą mamę (Dakota Johnson), jej córkę i dziwaczną, agresywną rodzinę mieszkającą w różowej willi i terroryzującą całe miasteczko. Leda rozumie, przez co przechodzi fascynująca dziewczyna – wiele lat temu sama musiała walczyć o przetrwanie we własnym domu, gdzie jej córeczki domagały się od niej pełni uwagi, a mąż skupiał się na własnej karierze. *

Córka to przykład dramatu, który zdobył szczególne miejsce w moim sercu. Nie chcę zbyt wiele zdradzić, bo wydaje mi się, ze tajemnicza otoczka wokół fabuły sprawia, że seans jest jeszcze ciekawszy. Trzeba przyznać, że Maggie Gyllenhaal bardzo dobrze poradziła sobie z tematem przewodnim i teraz możemy spokojnie czekać na kolejne tytuły w jej reżyserskiej karierze. Temat macierzyństwa ujęty został z zupełnie innej strony i jest to prawdziwa uczta dla fanów kina, bo wciąż rzadko się taką perspektywę ogląda. Atmosfera filmu robi się na tyle gęsta, że oczekujemy ciągle na ten dramat z przeszłości, na tragiczną sytuację, coś, co odciska ślad na lata. Rozwiązanie tego oczekiwania jest cudowne. Brak tutaj jakiekolwiek rozliczania człowieka ze swoich czynów, oglądamy wydarzenia, które nie są od początku w daną stronę nacechowane, Gyllenhaal nie potępia i nie wychwala, pokazuje rzeczywistość. Pomysł na przenikanie przeszłości z teraźniejszością wypadł bardzo dobrze, a Jessie Buckley, grająca młodą Colman, ponownie pokazuje kawał świetnego aktorstwa (to aktorka, która grała w Może pora z tym skończyć, do zobaczenia na Netflix). Poza tym, oczywiście niesamowita Colman w roli głównej, która po prostu JEST na ekranie i to wystarcza, żeby trudno było oderwać od niej wzrok. To film, w którym kobiece twórczynie błyszczą, a ja jestem zdecydowanie na tak!

Oczy Tammy Faye (2021), reż. Michael Showalter

źródło

Doszłam ostatnio do wniosku, że po prostu nie przepadam za filmami biograficznymi. Czasami jakiś mi się spodoba bardziej, ale to nigdy nie będzie gatunek, który budziłby we mnie jakąś szczególną ekscytację. Zazwyczaj oglądam je dla popisów aktorskich i nie było inaczej w przypadku Oczu Tammy Faye.

Film przybliża niezwykłą historię sukcesów i niepowodzeń telewizyjnej ewangelistki Tammy Faye Bakker (Jessica Chastain). W latach 70. i 80. ubiegłego stulecia Tammy Faye i jej mąż Jim Bakker (Andrew Garfield) zbudowali od podstaw największą na świecie religijną sieć medialną oraz chrześcijański park rozrywki. *

Na Oczy Tammy Faye szłam jedynie dla Jessici Chastain, a nazwisko z tytułu nic mi nie mówiło. Wydaje mi się, że to podziałało na plus odbioru, bo zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, przez co fabuła miała większą szansę, żeby mnie zainteresować. Od samego początku wyczuwamy, że całość jest mocno cukierkowa i kiczowata, a jeżeli taki był zamysł twórców to wyszło im bardzo dobrze. Już podczas pierwszych scen możemy zauważyć, że aktorzy trochę prześmiewczo grają te postacie, jakby one same siebie kreowały, nakładając maskę przed każdym, aż wreszcie taka maska gdzieś na człowieku zostaje. Sam film kojarzy mi się z takim dobrym tytułem na towarzysza niedzielnego obiadu, który warto obejrzeć ewentualnie ze względu na dwie rzeczy. Pierwsza to sama historia, jeżeli tak jak ja nie byliście jej świadomi. Druga to oczywiście Jessica Chastain, która ten film ciągnie do góry, ile tylko sił aktorskich jej wystarczy. Jest w tym trochę przesady, ale jakoś to się wszystko zgadza. Czego nie można powiedzieć o Garfieldzie, który wypada zupełnie blado, może właśnie na tle tej mocnej roli tytułowej. Podsumowując, to taki średniak, może mnie nie odrzucił, ale też nie przekonał.

Odkupienie (2021), reż. Fran Kranz (dostępny online)

źródło

To jeden z filmów, na który bilet kupiłam przez polecenie na którymś z filmowych portali. Nie wiedziałam o nim nic i chyba to sprawiło, że tym więcej przyjemności wyciągnęłam z oglądania.

Dwa małżeństwa spotykają się pewnego dnia w przykościelnej sali konferencyjnej. Nie od początku wiadomo, jaki jest cel spotkania. *

W tym przypadku radziłabym Wam również nie czytać nic o fabule przed seansem. Jeżeli lubicie powolne filmy, które przypominają sztukę teatralną to po prostu będzie coś dla Was. Dwie pary spotykają się, żeby porozmawiać o traumatycznym wydarzeniu z przeszłości. Nic nie wiedząc o tej historii, miałam kilka pomysłów co się mogło stać, zanim zostało to wyjawione. Świetnie budowana jest atmosfera, która zaczyna gęstnieć dopiero po dobrych kilkudziesięciu minutach seansu. Aktorzy mieli bardzo trudne zadanie, ze względu na ciężką tematykę i teatralną formę. To też dzięki nim tak dobrze ogląda się ten film, który polega tylko na rozmowie, w której wszyscy czekamy na przełamanie i tytułowe odkupienie. I chociaż to zapewne nie jest film dla każdego, to jeżeli nie przeszkadza Wam oglądanie ponad godzinnej rozmowy i brak scen akcji, koniecznie sprawdźcie go na edycji online.

Nowicjuszka (2021), reż. Lauren Hadaway

źródło

Ostatni film, jaki udało mi się obejrzeć na festiwalu to Nowicjuszka, który wylądował w moim koszyku z nieznanego mi powodu. Może po prostu był to odpowiedni termin w kalendarzu, a może przekonała mnie Isabelle Fuhrman w roli głównej. Nieważne co to było, cieszę się że się na niego wybrałam.

Studentka pierwszego roku (Isabelle Fuhrman) dołącza do uniwersyteckiej drużyny wioślarskiej i podejmuje obsesyjną, fizyczną i psychiczną walkę, aby bez względu na koszty zostać mistrzynią. *

W niedzielny wieczór już trochę nie miałam siły na oglądanie, po seansie Odkupienia wyszłam cała zasmarkana i zmęczona. Jednak coś w Nowicjuszce sprawiło, że szybko zaangażowałam się w tę historię. Główna bohaterka uwielbia niezdrową rywalizację, taką w której stawia sobie niemal niedoścignione cele i później poświęca wszystko, żeby je zrealizować. Było coś przerażającego i fascynującego w tej postaci, której autodestrukcyjne zapędy doprowadzały do okropnych sytuacji. Jednocześnie warto tutaj docenić wybranie sportu, który nie jest często portretowany w kinie, a okazał się świetnym tłem dla tej człowieczej walki samego z sobą. Kolejnymi atutami są także mroczne ujęcia, dynamiczny montaż i cudowna rola główna w wykonaniu Isabelle Fuhrman, aktorki znanej chociażby z pierwszej części Igrzysk śmierci. Naprawdę dobry seans.


* wszystkie opisy pochodzą z filmweb.pl

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka