poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Ludzie samotni – „W oddali” Hernan Diaz i „Gdzie jesteś, piękny świecie” Sally Rooney

W oddali
Hernan Diaz

Gatunek: literatura piękna zagraniczna
Rok pierwszego wydania: 2017
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: WAB

Oto prawdziwa religia: wiedzieć, że wszystkie żywe istoty łączy więź. Jeśli człowiek to zrozumie, nie ma czego opłakiwać, ponieważ choć niczego nie można zachować, niczego się nigdy nie traci.
 

Opis wydawcy

Młody szwedzki imigrant trafia do Kalifornii, samotnie i bez grosza. Chłopiec idzie piechotą na wschód w poszukiwaniu brata, pod prąd wielkiego strumienia emigrantów zdążających na zachód. Wykraczając poza ramy gatunkowe, Diaz proponuje wnikliwe spojrzenie na stereotypy zamieszkujące naszą przeszłość i kreśli portret radykalnej cudzoziemskości.


Moja recenzja

Kilka lat temu powieść W oddali znalazła się wśród tytułów nominowanych do Nagrody Pulitzera. Autor, Hernan Diaz, urodził się w Argentynie, ale młodzieńcze lata spędził w Szwecji, skąd później przeprowadził się do USA. Od razu nasuwa się porównanie z sytuacją wyjściową głównego bohatera książki, jak i eksplorowanym w niej tematem imigracji.

Już na samym początku przygód Håkana w nowym kraju historia obiera pesymistyczny ton, bo chłopiec zostaje rozdzielony od swojego starszego brata. Zupełnie sam na obcej ziemi, z pustymi rękami, nie zna nawet obowiązującego języka. Nie poddaje się jednak, a obiera konkretnie określony cel  odnaleźć brata. Zaczyna zatem wędrówkę przez ten ogromny kraj. Na każdym kroku czuć tutaj klimat westernu, ale jakby w krzywym zwierciadle, sprawnie przekształcony przez styl autora. Znajdziemy wiele znanych tropów – Håkan podczas wędrówki trafia do domu uciech w małym miasteczku, pomaga w wydobyciu surowców, a w sklepach wiszą jego podobizny z notatką, że jest człowiekiem ściganym. To też świat, w którym posiadanie konia jest na wagę złota. Jednak powieść bardziej przypomina anty-western, gdzie przemoc nie wiąże się z czynem bohaterskim, a raczej z największym błędem.

W oddali to powieść drogi, w której czeka nas sporo zwrotów akcji i zaskoczeń. Główna postać podczas wędrówki poznaje wielu bohaterów drugoplanowych, których autor zarysowuje raczej pobieżnie. Wydaje się to na tyle dobrym pomysłem, że zdajemy sobie sprawę kto tutaj gra pierwsze skrzypce. To historia Håkana jest najważniejsza, a inni bohaterowie tylko napędzają akcję. Dzięki temu mocniej będziemy odczuwać emocje chłopaka, a tych jest sporo i do wesołych nie należą. W oddali zarysowuje przede wszystkim obraz samotności, tak głębokiej, że na samą myśl człowiekowi chce się płakać. Młodzieniec, który nie zaznał w życiu miłości, błąkający się po obcym kraju, natykający się na wielu niegodziwych ludzi. Jego zderzenie z ludzką brutalnością i chciwością sprawia, że sam decyduje się na życie w odosobnieniu, bo to dla niego dużo lepszy wybór niż kolejna tragedia wynikająca ze zderzeniem z innym człowiekiem. Ogromnie smutna jest ta jego tułaczka, a w głowie od razu widzimy obraz imigrantów, którzy poszukują lepszego miejsca na świecie. Jednak nie zawsze mogą je odnaleźć. 

Debiut w wykonaniu Hernana Diaza to dobra porcja literatury, z jednej strony powieść surowa, realistyczna, a z drugiej przypominająca nieszczęśliwy sen. Pozostawia po sobie gorzki smak związany z ludzkim bestialstwem, które wydaje się niepojęte. Chociaż mając tyle świadectw na jego istnienie we współczesnym świecie, wciąż bardzo realne. 

Gdzie jesteś, piękny świecie
Sally Rooney

Gatunek: literatura piękna zagraniczna
Rok pierwszego wydania: 2021
Liczba stron: 367
Wydawnictwo: WAB

Więc oczywiście w kontekście tego wszystkiego, co się dzieje, gdy stan świata jest taki, jaki jest, a ludzkość stoi na skraju zagłady, oto ja piszę kolejnego mejla o seksie i przyjaźni. Czyż jest coś innego, dla czego warto żyć?
 

Opis wydawcy

Alice, pisarka, poznaje Felixa, pracownika magazynu wysyłkowego, i proponuje mu wspólną podróż do Rzymu. W Dublinie jej najlepsza przyjaciółka Eileen próbuje dojść do siebie po rozstaniu z partnerem i zaczyna flirtować z Simonem, mężczyzną, którego zna z dzieciństwa.


Moja recenzja

Sally Rooney to prawdziwa sensacja w literackim świecie. Trzydziestoletnia autorka ma na koncie trzy świetnie sprzedające się powieści. Poprzednia premiera, Normalni ludzie, została przeniesiona, i to z dużym sukcesem, na ekran w postaci serialu, który możecie obejrzeć na HBO. Ja jestem fanką tej ekranizacji, za to pierwowzoru nie czytałam. Natomiast mam za sobą jej debiut literacki, czyli Rozmowy z przyjaciółmi.

Styl Rooney utrzymuje poziom  przez Gdzie jesteś, piękny świecie po prostu się płynie. Czytelnik szybko przewraca kolejne strony, poznając młodych, zagubionych ludzi i ich przygody. Niektóre rozdziały są wycinkami z korespondencji mailowej przyjaciółek  Eileen i Alice. To w tych emaliach znajdziemy rozważania na tematy polityczne, społeczne czy związane z seksualnością. Jednak motorem napędowym akcji jest ponownie historia kilku związków. Autorka skupia się na intymności, relacjach międzyludzkich, zarówno tych romantycznych, jak i przyjacielskich. Przyznaję, że przyglądanie się poczynaniom bohaterów skłoniło mnie do kilku refleksji. Przede wszystkim pokazuje jak przez nieumiejętność komunikacji sami skazujemy się na samotność. Nawet otoczeni znajomymi twarzami nie potrafimy otworzyć się przed drugim człowiekiem, skazując się na użalanie nad sobą. Czujemy się opuszczeni, nieszczęśliwi, bo nie potrafimy znaleźć wspólnego języka z innymi. I wychodzą na jaw wszystkie nasze kompleksy. 

Rooney uważana jest za głos pokolenia, zdaje się dobrze rozumieć zagubienie młodych ludzi, zderzenie oczekiwań z brutalną rzeczywistością, ciekawie prezentuje konwersacje, które lubimy prowadzić. Istotne tematy nieustannie pojawiają się na językach bohaterów. Wiele z tych rozmów wydaje się jednak pustych, pozbawionych konsekwencji. Bohaterowie narzekają na to, jak wygląda świat wokół nich, ale nie podejmują żadnych akcji, żeby go poprawić.

Najlepiej w powieści wypada scena zderzenia całej czwórki bohaterów, kiedy to pracujący w fabryce Felix wygarnia gościom ich hipokryzję. Mam wrażenie, że te przyjaźnie, relacje zbudowane są na niepewnym gruncie, opatrzonym masą niedopowiedzeń, a nawet kłamstw. Nie jestem fanką tych przyjaźni i tego typu rozmów. Nie jestem również fanką związku Alice z Felixem, zupełnie nie rozumiem dlaczego i po co są razem. Mam wrażenie, że postać Felixa była wprowadzona po to, żeby przedstawić perspektywę danej klasy społecznej, to osoba, która miała za zadanie namieszać w relacjach pozostałej trójki. Jest niestety bohaterem, dla którego miałam niewiele sympatii. Biorę jednak pod uwagę to, że takie relacje, te wszystkie blokady związane z kompleksami istnieją we współczesnym świecie. Po prostu fanką Rooney raczej nie zostanę, ale jestem w stanie docenić pewne aspekty jej powieści. I jeżeli Gdzie jesteś, piękny świecie zostanie przeniesiona na ekran ma duże szanse poprawić w moich oczach ocenę tej historii. 


Za egzemplarze dziękuję wydawnictwu WAB.

niedziela, 27 marca 2022

Komu dałabym Oscara? (edycja 2022)

Podczas tegorocznego sezonu nagród dobrze mi szło oglądanie filmów, które zostały nominowane. Aż w końcu przestało. Miałam kilkutygodniowy detoks od kina, przez co ominęły mnie niektóre premiery, jak Spencer czy Matki równoległe. Na Drive my car próbuję dotrzeć od tygodnia i finalnie poniosłam klęskę, nad czym ubolewam. To jedyny film nominowany w głównej kategorii, którego nie udało mi się obejrzeć. Natomiast wiele seansów zostało uratowanych za sprawą serwisów streamingowych. 

Przed rozdaniem nie czuję większych emocji  było kilka naprawdę dobrych filmów, ale nie rozumiem obecności niektórych tytułów wśród nominowanych. Innymi słowy, minęły się po prostu z moim gustem kinowym.


Najlepszy film

Filmów w tym roku nominowanych jest aż dziesięć, więc fakt, że udało mi się obejrzeć dziewięć z nich uznaję za sukces. Jest wśród nich kilka, które naprawdę mnie przekonały, na czele z Licorice Pizza. Fanką twórczości Paula Thomasa Andersona jestem nie od dzisiaj. Z każdym kolejnym filmem tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. To prawdziwa umiejętność, żeby tworzyć tak różne filmy, które za każdym razem trafiają w sedno. Nie inaczej jest z Licorice Pizza, który rozczula, sentymentalnie wspomina minione lata i snuje ciekawą opowieść o dwójce młodych ludzi. Z rozrzewnieniem patrzy w przeszłość również Kenneth Branagh w filmie Belfast. Reżyser sam wyemigrował z Irlandii, a widzom przedstawia ówczesne realia z perspektywy jednej rodziny. I tutaj właśnie tkwi cały urok filmu  trudno tej rodziny nie polubić. Najmocniej zapadł mi w pamięć młody Jude Hill, który jest iskierką radości. Takich naturszczyków ze świecą szukać. Jednak wiele tutaj jest małych-wielkich ról, cudowna jest Caitriona Balfe grająca matkę, niesamowici są Judy Dench i Ciaran Hinds jako dziadkowie (oboje nominowani w kategorii aktorów drugoplanowych). Mocnym kandydatem w zestawieniu jest zdecydowanie film Psie pazury w reżyserii Jane Campion. Trochę już o nim na blogu pisałam i to jest tytuł, którego zwycięstwo by mnie ucieszyło. Świetnie porusza temat toksycznej męskości, postacie są żywe i zagrane bezbłędnie, a ten powolny klimat idealnie pasuje do wykreowanego antywesternowego świata. Wiele nagród w sezonie otrzymał film CODA, w którym śledzimy wokalne przygody dziewczyny pochodzącej z rodziny głuchych. Zdecydowanie najbardziej przyjemny film w zestawieniu, idealny na niedzielne popołudnie spędzone w gronie rodziny przed telewizorem. Dla mnie jednak brakuje mu trochę do tytułu najlepszego filmu roku. W zestawieniu jest jeszcze Diuna, która okazała się świetną ekranizacją powieści Herberta i na pewno wielu z widzów będzie z niecierpliwością czekało na kontynuację. Reszta filmów dla mnie trochę odstaje. Z Nie patrz w górę miałam kilka problemów i chociaż uważam, że koncept był dobry, to wykonanie już mnie nie przekonało. West Side Story to nie był i nadal nie jest „mój” typ musicalu, ale trzeba przyznać, że Spielberg stworzył dzieło przemyślane i kompletne (dla mnie ta historia miłosna jest zbyt nierzeczywista). Zaułek koszmarów to taki film, o którym szybko zapomniałam, a po del Toro spodziewałam się więcej. King Richard zupełnie się ze mną minął.


Oscar dla najlepszego filmu: Psie pazury / CODA
Mój wybór: Najgorszy człowiek na świecie! Ale jako że nie został nominowany to mi najmocniej podobał się Licorice Pizza

zdjęcie zza kulis Psich pazurów

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Ta kategoria w tym roku budzi we mnie lekką konsternację. Patrząc na przyznane w tym sezonie nagrody, Oscar powędruje zapewne do Willa Smitha za tytułową rolę w King Richard. I naprawdę zachwytów nie rozumiem. Może poza tym, że faktycznie gra postać biograficzną, co zawsze przy rozdaniach zostaje mocniej doceniane. Jednak moim zdaniem nie doskakuje do pięt Benedictowi Cumberbatchowi, który w Psich pazurach robi niesamowite wrażenie. Ta postać jest tak dopracowana, gra niuansami, przechodzi zmiany, pokazuje mocniejszą i wrażliwszą stronę. Po prostu  czapki z głów. Co do reszty: Javier Bardem jest cudowny, ale niczym szczególnym się nie odznaczył, a sam film Being the Ricardos wyleciał mi z głowy chwilę po seansie. Denzel Washington w Tragedii Makbeta robi bardzo dobrą, solidną robotę. Natomiast Andrew Garfield w Tick, Tick... Boom! cudownie oddaje hołd Larsonowi, jest w tym swobodny i z lekkością prowadzi widza przez wycinek życia Jonathana.


Oscar dla najlepszego aktora dostanie Will Smith za rolę w filmie King Richard
Mój wybór: Benedict Cumberbatch za Psie pazury


Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Tutaj dwa filmy, które mi umknęły  Spencer z Kirsten Stewart i Matki równolegle z Penelope Cruz. Cruz u Almodovara zawsze błyszczała, więc spodziewam się, że tutaj nie było inaczej. Jednak to rola Stewart jako księżnej Diany mocno mnie intryguje. Mam nadzieję, że za niedługo uda się obejrzeć na którymś z serwisów streamingowaych. Z Nicole Kidman mam trochę jak z Bardemem  było to dobre, ale sam film na tyle średni, że niewiele z niego mi w pamięci zostało. Dodatkowo, to rola biograficzna, a ja Lucy nie znam, nie oglądałam kultowego sitcomu, kojarzę tylko z referencji w kulturze. Jessica Chastain w Oczach Tammy Faye faktycznie jest najmocniejszym punktem filmu i niesie jego ciężar na swoich barkach. Robi to z rozmachem i brawurą. Dodatkowo zupełnie zmienia swoją fizjonomię pod masą makijażu. Wiemy, że takie tricki często działają na Akademię, szczególnie w przypadku ról w filmach biograficznych. Moim zdaniem z trójki aktorek, które udało mi się zobaczyć najlepsza jest Olivia Colman w Córce. Podobnie do sytuacji z Cumberbatchem  tworzy postać kompletną, wielopoziomową i jest tak piekielnie naturalna, że nie można wzroku oderwać.


Oscar dla najlepszej aktorki może powędruje do Jessici Chastain za Oczy Tammy Faye? 
Mój wybór: Renate Reinsve za Najgorszego człowieka na świecie! Nie otrzymała jednak nominacji (skandal!), więc wybrałabym Olivię Colman za Córkę

zdjęcie zza kulis Córki

Najlepszy reżyser

W tym roku to naprawdę mocna kategoria. Na tyle, że jestem zaskoczona, że nie znalazło się tutaj jeszcze jedno nazwisko  Denis Villeneuve. Jego Diuna jest tak dobra w dużej mierze dzięki umiejętnej reżyserii, dlatego aż szkoda, że wśród tak wielu nominacji dla ekranizacji powieści Herberta, nie udało się wcisnąć tak znaczącej. Powtarzam jednak, że w tym roku konkurencja była duża. Steven Spielberg udowadnia, że jest sprawnym rzemieślnikiem w świecie kina, biorąc na warsztat klasyczny musical. Fani oryginału musieli drżeć z niepewności, ale myśle, że po seansie odetchnęli z ulgą. Reżyser wprowadził do filmu powiew świeżości, jednocześnie trzymając się ram oryginalnej historii. I mnie właściwie to nie pasowało, bo mam problem właśnie z pierwowzorem. Ale trzeba przyznać, że od strony reżyserii w West Side Story wszystko się zgadza. Branagh uchylił przed nami drzwi do swojego dzieciństwa i zrobił to z taką czułością, że trudno Belfastu nie polubić. Wszelkie zarzuty w temacie zbytniego sentymentalizmu słyszę, ale się nie do końca zgadzam. To, że na ten czas w życiu patrzymy z nutką rozrzewnienia jest zrozumiałe, a to w końcu historia opowiadana przede wszystkim z perspektywy młodego chłopaka. O Andersonie już trochę pisałam, ale powtórzę, że umiejętności nie można mu odmówić i to dzięki nim tworzy filmy różne, ale za każdym razem angażujące. Tegoroczną faworytką jest Jane Campion i nikogo to nie powinno dziwić. Sposób w jaki rekonstruuje gatunek westernu, rozkłada w filmie akcenty, prowadzi aktorów i buduje klimat sprawia, że Psie pazury tak mocno uderzają widza.

Oscar dla najlepszego reżysera odbierze zapewne Jane Campion za Psie pazury
Mój wybórJane Campion za Psie pazury

zdjęcie zza kulis West Side Story

Najlepszy aktor drugoplanowy / Najlepsza aktorka drugoplanowa

Z całą sympatią jaką darzę J. K. Simmonsa  nie rozumiem trochę jego nominacji. Oglądając Being the Ricardos starałam się specjalnie zwracać uwagę na jego rolę i naprawdę nie wiem czym się wyróżnił. Hinds w Belfaście zagrał cudownie, bez zbędnego wysiłku tworzy wokół atmosferę ciepła i miłości. Dwójka aktorów z Psich pazurów pojawiła się w nominowanych nie bez przyczyny. Dają świetne występy, z czego w głowie dłużej zostaje Kodi Smit-McPhee. Chyba ze względu na postać, którą gra, bo ma tam więcej możliwości do zabłyśnięcia i te możliwości z lekkością wykorzystuje. Jest to zdecydowanie bohater, który zapada w pamięć. Jednak, nagrodę może mu sprzed nosa sprzątnąć Troy Kotsur, który w filmie CODA jest cudowny. Aktor kreuje rozczulającą postać głuchego ojca, który pragnie szczęścia swojej rodziny.

W gronie aktorek raczej nie powinno być zaskoczeń i statuetkę zgarnie zapewne Ariana DeBose. Jej Anita w West Side Story to energetyczna kobieta, która pokazuje widzowi pazur, a równocześnie pełna jest wrażliwości. Aktorka przy tym pięknie śpiewa i tańczy. Dla mnie jednak bank rozbiła Jessie Buckley w Córce. Już w Może pora z tym skończyć ta aktorka mnie zahipnotyzowała, a w debiucie Gyllenhaal udowadnia, że jej wachlarz umiejętności jest szeroki. Świetna jest także Kirsten Dunst w Psich pazurach, Judi Dench po raz kolejny daje popis aktorski w Belfaście, a Ellis jest bardzo dobra jako partnerka Smitha w King Richard


Oscar dla najlepszego aktora drugoplanowegoTroy Kotsur za CODA
Mój wybór: Troy Kotsur za CODA 
Oscar dla najlepszej aktorki drugoplanowejAriana DeBose za West Side Story
Mój wybór: Jessie Buckley za Córkę

zdjęcie zza kulis Diuny

Szybka przebieżka przez resztę kategorii:

Najlepszy scenariusz adaptowany: strzelałabym, że wygrają Psie pazury, ale może to być też CODA
Najlepszy scenariusz oryginalny: ja to bym wszystko co mogę wręczyła Najgorszemu człowiekowi na świecie, ale wygrana Licorice Pizza czy Belfastu też by mnie zadowoliła
Najlepszy długometrażowy film animowany: Encanto
Najlepszy film nieanglojęzyczny: tutaj raczej pewne, że nagrodę otrzyma Drive my car, nominowany też w głównej kategorii. Mój typ to: Najgorszy człowiek na świecie.
Najlepsza charakteryzacja i fryzury: Oczy Tammy Faye
Najlepsza muzyka oryginalna: Diuna
Najlepsza piosenka: „No time to die” z Bonda
Najlepsza scenografia: Diuna
Najlepsze kostiumy: Cruella
Najlepsze zdjęcia: trzymam kciuki za Diunę, chociaż mocna konkurencja
Najlepszy dźwięk/Najlepszy montaż dźwięku: Diuna
Najlepszy montaż: Montaż błyszczy w Tick, Tick... Boom! zatem trzymam za niego kciuki!

A Wy, komu wręczylibyście statuetki?

wtorek, 22 marca 2022

„Mam nadzieję”, „Piranesi” oraz „Podłość” – książki przeczytane w lutym

Nie miałam zbyt wiele chęci na czytanie i pisanie o książkach, ale udało mi się w ostatnim czasie skończyć te trzy lektury. Powoli wracam zatem do działania i pisania. Topornie, ale do przodu. 

Mam nadzieję.


„Mam nadzieję”  w nadziei siła

Mam nadzieję
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

Gatunek: poradnik
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: WAB

Warto też zadać sobie kluczowe pytanie, czy każdy ma obowiązek pragnąć więcej? Sukcesu? Osiągnięć? Często zachowujemy się tak, jakby proponowany przepis na dobre życie był jedynym obowiązującym.
 

Opis wydawcy

Dowcipny, mądry i prosty poradnik dla wszystkich tych, którzy starają się zachować zdrowie psychiczne w czasach, gdy świat zdaje się walić. Czy nasze życie ma deadline? Czy każdy musi być bogaty? Czy żyjemy w najgorszym kraju na świecie? Czy jeśli napijesz się z plastikowego kubeczka, to zaaresztuje cię ekologiczna policja?


Moja recenzja

Bardzo lubię czytać co, co pisze autorka bloga zwierz popkulturalny, Katarzyna Czajka-Kominiarczuk. Zaczęłam przygodę od śledzenia jej postów kulturalnych, ale szybko przerzuciłam się na obserwowanie wszystkiego, co dziewczyna robi w mediach społecznościowych. Świetnie się jej słucha i nawet, kiedy zdanie mam odmienne, to przeczytany post autorki pozwala mi nabrać szerszej perspektywy. Mimo że jej najnowsza książka nie jest związana z kulturą, postanowiłam dać jej szansę właśnie ze względu na sympatię do autorki. Za poradnikami raczej nie przepadam, chyba ze względu na to, że nie wierzę w jakieś uniwersalne rady, które będą odnosić się do wszystkich czytelników. Dodatkowo ten gatunek stawia autora na piedestale, przestawia jako takiego trenera umysłu. Jednak w książce Mam nadzieję nie znajdziemy typowych porad, a raczej wyjaśnienia i wskazówki, które mogą nam pomóc pewne rzeczy zrozumieć oraz spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Mam nadzieję to książka, którą można polecić każdemu, bo jest jak ciepły koc w chłodniejszą noc  może nie zmieni diametralnie naszego życia, ale z nim będzie się jakoś przyjemniej iść do przodu. Było kilka rozdziałów, których konkluzja wydawała mi się bardzo oczywista, ale to upewnianie się również ma swój urok. Autorka przypomina, że życie nie kończy się na trzydziestce i nie ma z góry ustalonych terminów, w których musimy się zmieścić ze swoimi celami. Błędy to nie są zmarnowane okazje, a raczej momenty, dzięki którym nauczyliśmy się czegoś nowego, które doprowadziły nas do kolejnych szans. Przypadły mi do gustu rozdziały, które mówiły o tym, żeby spojrzeć na swoje życie jako wystarczające, bez pogoni za kolejnymi rzeczami, za kolejnymi awansami i dążeniu do „bogactwa”. Dodatkowo, rozdział o zmianie poglądów okazał mi się szczególnie bliski.

Warto mieć na swojej szafce nocnej tę książkę i podczytywać po trochę, żeby spokojniej spać. Może nie odkrywa Ameryki, ale autorka nie narzuca nam swojego toku myślenia, bardziej skłania do popatrzenia na pewne życiowe sytuacje z innej perspektywy. I mnie to pomaga.

 

„Piranesi”  w labiryncie wyobraźni

Piranesi
Susanna Clarke

Gatunek: fantastyka
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 208
Wydawnictwo: MAG

Piękno Domu jest niezmierzone, a jego Dobroć bezgraniczna.
 

Opis wydawcy

Piranesi mieszka w Domu. Być może, mieszka w nim od zawsze. W swoich dziennikach dzień po dniu sumiennie opisuje jego cudowności: labirynt komnat, tysiące tysięcy posągów, przypływy morza przetaczające się z hukiem po schodach, chmury płynące w wolnej procesji przez górne sale. We wtorki i piątki Piranesi spotyka się ze swoim przyjacielem, Tym Drugim. Kiedy indziej składa Umarłym ofiary z jedzenia i lilii wodnych. Najczęściej jednak jest samotny.


Moja recenzja

Susanna Clarke jest dobrze znana fanom fantastyki za sprawą oryginalnej powieści Jonathan Strange i pan Norrell, w której snuła historię angielskich magów w początkach XIX wieku. To taka porządna cegła, w której fabuła długo się rozkręca i rozrasta się na opowieść o wielu bohaterach. Finalnie pozostawia wrażenie zachwytu. Więcej o niej pisałam tutaj.

Autorka napisała swoją najnowszą książkę Piranesi, będąc przykuta do łóżka ze względu na chorobę. Temat izolacji, osamotnienia mógł się okazać wiodącym ze względu właśnie na jej sytuację. Jednak premiera podczas pandemii, sprawiła, że Piranesi staje się jeszcze bardziej bliskie czytelnikowi. Powieść ta jest zgoła inna od historii angielskich magów i pod względem fabularnym lepiej niewiele o niej wiedzieć, żeby nie psuć sobie zabawy z czytania. Jest to naprawdę piękna przygoda, szczególnie, że styl autorki zachwyca. W ekspresowym tempie pozwala czytelnikowi przenieść się do tajemniczego, pełnego posągów Domu, wnętrza przywodzącego na myśl antyczne świątynie. Główny bohater jest człowiekiem empatycznym, świetnym obserwatorem otoczenia, a zarazem trochę naiwnym, który zaczyna błądzić i kwestionować wszystko, w co wierzył. Czytelnik natomiast nie ma pojęcia co tu jest prawdą, gdzie się bohaterowie znajdują ani kim tak naprawdę są. I to właśnie rozwikłanie tajemnicy będzie napędzało akcję, która może nie należy do wartkich, ale zdecydowanie do tych fascynujących. Szczególnie, że całość poznajemy z pierwszej ręki, czytając zapiski z dzienników, stworzonych przez główną postać.

Piranesi zyskał sobie wielu fanów wśród czytelników, a ja właśnie do nich dołączyłam. Siłą tej powieści jest fakt, że można odkrywać w lekturze inne rzeczy w zależności od tego, czego dany czytelnik szuka. Dlatego zdecydowanie jestem chętna do niej wrócić, żeby odnaleźć kolejne ukryte znaczenia. W głowie ciągle kołacze mi się fakt, że aktualnie marzę o takiej ucieczce do miejsca, w którym można się wyciszyć i uporządkować myśli. Takiej odskoczni od rzeczywistości, w której brak nienawistnych ludzi. Byle nie zostać tam za długo. Traktować jako fragment raju, a nie więzienie.

Ciekawostka: Giovanni Battista Piranesi to XVIII architekt, który zajmował się rysowaniem fantastycznej wersji więzień.


„Podłość”  zatopieni w fałszywych informacjach

Podłość
Olga Mildyn

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2022
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: WAB

W czyjejś opowieści każdy z nas jest zły.
 

Opis wydawcy

Na polskich drogach dziennie ginie średnio jedenaście osób. Ale kiedy czworo jedzie tym samym samochodem, jest szansa na zmartwychwstanie. Pośmiertnie staną się wydarzeniem, newsem, wylądują w gazetach i serwisach informacyjnych, a tam mogą zacząć żyć własnym życiem. Podobnie jak Andżelika, ostatnia z tej pięcioosobowej rodziny, zamordowana w swoim własnym łóżku.


Moja recenzja

Podłość to powieść, którą teoretycznie można wrzucić w worek historii kryminalnych, ale nie dziwię się, że wydawnictwo wcale jej w ten sposób nie reklamuje. Co prawda to właśnie zagadkowy wypadek i powiązane z nim morderstwo są motorem napędowym akcji, ale autorka nie chciała po prostu skupić się na napięciu związanym z poszukiwaniem odpowiedzi. Siłą Podłości są detaliczne opisy, wielowątkowość i odpowiednio zarysowane sylwetki bohaterów. Widać, że autorka jest świetnym obserwatorem codzienności, bo w swoich postaciach przemyciła sporo cech, które są nam dobrze znane.

Mildyn przedstawia obraz zepsucia naszego społeczeństwa, tego, w jaki sposób postępujemy dla własnego pożytku, wykorzystując okoliczności i napotkanych ludzi. Bardzo ciekawie wypada wątek fake newsów i manipulacji opinią publiczną. Zresztą najbardziej podobało mi się w jaki sposób my, jako czytelnicy zostaliśmy wciągnięci w intrygę. Jedyne czego żałuję, to że nie udało mi się wciągnąć i prawdziwie zaangażować w fabułę  wielość postaci sprawiła, że z żadnym tak naprawdę nie sympatyzowałam, a wydarzenia raczej powoli toczą się do przodu. Najważniejsze jest opisywanie otoczenia, a nie wartkość akcji. Mając to na uwadze mam wrażenie, że wiele osób będzie chciało śledzić dalszą karierę autorki. 


Za egzemplarze „Mam nadzieję” oraz „Podłość” dziękuję wydawnictwu WAB.

poniedziałek, 14 lutego 2022

Moje ulubione filmowe musicale

Nie pamiętam dokładnie skąd się wzięło moje zauroczenie musicalami. W pewnym stopniu może to mieć jeszcze korzenie w dzieciństwie, kiedy w kółko odtwarzało się u mnie w domu bajki Disneya. Animacje takie jak Hercules, Dzwonnik z Notre Dame czy Król Lew to naturalnie pierwsze filmy z wplecionymi piosenkami jakie oglądałam. Wielu często przechodzi później w fazę, w której to wyrażanie uczuć za pomocą śpiewanych utworów wydaje się sztuczne i wymuszone. U mnie jednak ta zmiana nigdy nie nastąpiła. Nadal uwielbiam obserwować jak szczęśliwy bohater zaczyna z ekstazy tańczyć i śpiewać na środku ulicy, a smutny siada w kącie zadymionego baru i nuci smętną balladę. Ta forma do mnie przemawia i nie przeszkadza mi pewne jej oderwanie od rzeczywistości.

Notka dotycząca filmów o miłości już się pojawiła na początku przygody z blogowaniem (tutaj). Później dołączyła do niej ta o trochę innym spojrzeniu na ekranowy romans (tutaj). Pomyślałam zatem, że na tegoroczne święto ludzi zakochanych przedstawię listę moich ukochanych filmów z gatunku musicalu. Ten rok dostarczył sporo ciekawych tytułów, twórcy pokazali, że filmy muzyczne mają się dobrze, a widzowie nadal lubią je oglądać (w wyścigu oscarowym nominacje w różnych kategoriach otrzymały m.in. nowa wersja West Side Story, Tick, Tick... Boom! i Cyrano). Wydaje mi się również, że musical ma coś wspólnego z Walentynkami  jest tu miejsce dla miłości, kiczu i tandety, którą się albo kupuje albo nie. Mam nadzieję, że któryś z tytułów zainteresuje nawet i przeciwników śpiewania na ekranie.

Chicago (2002), reż. Rob Marshall

Na początek coś z klasyki. Miałam tutaj nie lada zagwozdkę i prawie znalazł się na tym miejscu inny film, który uwielbiam  Moulin Rouge!. Reżyser, Baz Luhrmann, z wszechobecnymi cekinami i brokatem olśniewa widza, kicz w jego wykonaniu jest wyjątkowo dobrze strawny, a Kidman i McGregor tworzą zapadającą w pamięć parę. Postawiłam jednak na Chicago, bo to prawdziwy majstersztyk, nagrodzony sześcioma Oscarami, w tym dla najlepszego filmu. Akcja musicalu ma miejsce w 1929 roku. Główna bohaterka, grana przez Renee Zellweger Roxie Hart, zostaje oskarżona o morderstwo swojego kochanka. Szum medialny wokół sprawy sprawia, że Roxie staje się kryminalną gwiazdą, przez co wszyscy z zaciekawieniem śledzą jej proces. Na Broadwayu musical wystawiał Bob Fosse i był to duży hit, chociaż nie zachwycił krytyków. Film pozwolił jedynie większej liczbie osób zakochać się w tej historii. Realizacja robi wrażenie, dużo scen jest mocno teatralnych, wodewilowych, a aktorzy mogą popisać się umiejętnościami tanecznymi i wokalnymi. Nie mam porównania z wersją wystawianą w teatrze, ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jeden z najlepiej zrealizowanych musicali. Do tego ścieżka dźwiękowa należy do moich ulubionych, swingowe utwory przenoszą nas w czasy prohibicji, a Cell Block Tango można słuchać na powtórzeniu całymi tygodniami.

Rocky Horror Picture Show (1975), reż. Jim Sharman

Z zupełnie innej beczki, mamy musical, który pokazuje, że bycie dziwakiem jest w porządku. Twórcy nie znają pojęcia powściągliwości i pozwalają sobie na kompletnie pokręcone sceny. Takie, na które w musicalu chętnie przymykamy oko, póki dostarczą odpowiedniej ilości rozrywki. Co ciekawe, pierwszy raz o tym musicalu usłyszałam oglądając serial Glee. W jednym z odcinków dzieciaki postanowiły przenieść Rocky Horror Picture Show na deski ich licealnego teatru. To, w jaki sposób wypowiadali się o filmie i o impakcie jaki miał na wszystkich, którzy kiedykolwiek czuli, że odstają od reszty było niesamowite. Oprócz tego ten tytuł pojawia się również w filmie The Perks of Being a Wallflower, gdzie dowiadujemy się o specjalnych pokazach musicalu, w którym biorą udział widzowie przebrani za postaci, znane z ekranu. Ten film jest jedyny w swoim rodzaju, gloryfikuje bycie outsiderem, pełen jest wpadających w ucho piosenek, które będziemy nucić jeszcze długo po seansie. Przede wszystkim jest jednak dziką przygodą z ekscentrycznymi bohaterami, niespodziewanymi zwrotami akcji i całą masą rozrywkowej frajdy.

Spotkamy się w St. Louis (1944), reż. Vincente Minnelli

Od lat 40-tych w Hollywood powstawało naprawdę sporo musicali, które teraz należą do klasyki gatunku. Często lubię wracać do tych historii, są one zazwyczaj prostymi opowieściami o miłości i poszukiwaniu szczęścia. W pewnym momencie wydaje nam się, że wiele z nich jest do siebie podobnych, ale najważniejsze jest to, że wywołują w nas to ciepłe uczucie  tak jakbyśmy wracali do czasów dzieciństwa, kiedy wszystko było prostsze. Musicale z tej ery Hollywood zasługiwałyby na swój własny ranking, ale mój wybór padł m.in. na tytuł Spotkamy się w St. Louis. Co prawda pierwszym filmem muzycznym, który przyszedł mi na myśl przy tworzeniu rankingu był Czarnoksiężnik z krainy Oz, również wart wyróżnienia. Postawiłam jednak na film w reżyserii Vincente Minnelliego, który snuje typową romantyczną historię, pełną wspaniałych utworów muzycznych, barwnych postaci i ciepła. Judy Garland jest tutaj niesamowita, przesłanie o sile rodziny jak najbardziej aktualne, a historia miłosna angażująca. Dodatkowo trudno zapomnieć klimatyczne sceny podczas świąt Bożego Narodzenia, szczególnie z Garland śpiewającą Have Yourself a Merry Little Christmas.

Rent (2005), reż. Chris Columbus

Przechodząc do czasów współczesnych, na mojej liście nie mogło zabraknąć Rent. Jeżeli widzieliście Tick, Tick... Boom! to wiecie już, że autor musicalu, Jonathan Larson zmarł dzień przed premierą i nigdy się nie dowiedział jak ogromny sukces odniosła ta sztuka. Pierwszy raz widziałam sceniczną odsłonę Rent, kiedy natrafiłam w telewizji na retransmisję z Broadwayu. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Historia o artystach, którzy borykają się z zebraniem pieniędzy na czynsz, ale nie porzucają swoich marzeń związanych z tworzeniem sztuki. Oparta jest na Cyganerii Pucciniego, tylko zamiast Paryża mamy Nowy Jork, a zamiast gruźlicy  epidemię AIDS. Przede wszystkim muzyka zupełnie różni się od reszty podanych tutaj musicali, bo to brzmienia bardziej rockowe. Teksty chwytają za serce i wpadają w ucho. Uwielbiam tak wiele piosenek z Rent, że trudno byłoby mi wybrać najlepszą  La Vie Boheme skłania mnie to głośnego wycia przy kieliszku, dragowy wykon Today for U nieustannie zachwyca, a Seasons of love wzrusza. Przyznaję, że wersja filmowa jest gorsza od tej scenicznej, ale nadrabia fakt, że udało się zebrać w obsadzie sporo osób, znanych ze świata Broadwayu.

La La Land (2016), reż. Damien Chazelle

La La Land to jeden z moich ulubionych filmów ostatnich lat. Dokładnie pamiętam tę ekscytację związaną z oglądaniem go w kinie. To było na chwilę przed tym jak okazał się hitem, bo udało mi się go złapać na pokazie przedpremierowym. Cudownie było odczuwać te motyle w brzuchu i czystą radość z pełnego zaangażowania w oglądaną na ekranie opowieść. Historia znowu jest trochę o artystach, znowu trochę o miłości, więc to, co w musicalach się dobrze sprawdza. W La La Land znajdziemy wiele nawiązań do klasyki gatunku. Świetnie wypada gama kolorystyczna, kostiumy i scenografia są w punkt. Uwielbiam przekaz filmu, który skierowany jest do marzycieli, dodaje im odwagi, ale pokazuje też z czym wiąże się próba spełniania swoich pragnień, ilość poświęceń, która czeka na ich drodze. Do tego cudowny duet w postaci Emmy Stone i Ryana Goslinga (chemia niesamowita) i genialny soundtrack, który katowałam miesiącami po premierze. Więcej moich zachwytów nad tym filmem już kiedyś opisywałam tutaj.

Parasolki z Cherbourga (1964), reż. Jacques Demy

Skoro pojawił się La La Land to musi się znaleźć i miejsce dla ogromnej inspiracji, ulubionego filmu Damiana Chazelle, czyli Parasolek z Cherbourga. Ten film zasłużył sobie na miejsce w kanonie z wielu powodów. Nie można odmówić Jacuesowi Demy odwagi w poprowadzeniu tej historii. Przede wszystkim każdy tekst jest tutaj zaśpiewany. I mam na myśli KAŻDY, nawet pojawienie się listonosza, który mówi (w przypadku Parasolek z Cherbourga śpiewa) „Dzień dobry”. Oprócz tego kolorystyka jest niesamowita i widać, że Chazelle mógł czerpać stąd inspirację do La La Land. Żywe, ciekawe zestawienia pastelowych kolorów przenoszą nas w bajkowy świat. Fabuła na początku wydaje się typowa dla gatunku  pracownica sklepu z parasolkami poznaje mechanika i rodzi się między nimi uczucie. Po jakimś czasie z cukierkowego romansu skręca ta historia w bardziej dramatyczną stronę. Nie mogę też pominąć zjawiskowej Catherine Denevue, od której nie sposób oderwać oczu.

Once (2007), reż. John Carney

Once okazał się prawdziwym fenomenem w świecie musicali. Pozbawiony przepychu, blichtru i fantazji, stawia na naturalność. Okazuje się, że nie każdy musical musi mieć w sobie coś z kiczu. To mniej rozrywkowa forma, a raczej intymna opowieść o dwójce młodych ludzi, którzy są muzykami. Akcja ma miejsce w Dublinie, gdzie się spotykają i wspólnie tworzą piosenki. Czuć tutaj luźną atmosferę, kreatywną pracę dwójki uzdolnionych osób w kameralnym otoczeniu. Sam klimat przypomina trochę ten znany z trylogii Linklatera. Brak zbędnych efektów sprawdza się tutaj świetnie, a film wciąż pozostaje umilaczem czasu i ogląda się go z czystą przyjemnością. Ścieżka dźwiękowa trafiła w mój gust, a aktorzy wypadają naturalnie.

Kabaret (1972), reż. Bob Fosse

Grzechem byłoby nie zawrzeć w takim zestawieniu filmu w reżyserii Boba Fosse  postaci, która była fenomenem teatru muzycznego (dla zainteresowanych postacią reżysera polecam serial Fosse/Verdon). W Kabarecie znowu na pierwszym planie historia miłosna, tym razem między pracującą w kabarecie Sally a pochodzącym z Anglii, Braianem. Miejscem akcji jest Berlin wczesnych lat 30-tych, w tle romansu obserwujemy dochodzenie nazistów do władzy w Niemczech. Libretto powstało na podstawie noweli Pożegnanie z Berlinem i sztuki teatralnej I am a Camera. To pełen fantazji obraz minionych czasów, w których zagrożenie faszyzmem wisi w powietrzu. Niezapomniana jest kreacja Lizy Minnelli, która olśniewa w roli Sally (sam reżyser uparł się na ten wybór castingowy, chociaż producenci odradzali nieznaną wtedy Minnelli). Genialny jest też Joel Grey jako karykaturalny Konferansjer, narrator historii. Piosenki to prawdziwa petarda i nawet Ci, którzy nie są fanami musicali kojarzą na pewno tytułowy Cabaret czy Wilkommen.

Deszczowa piosenka (1952), reż. Stanley Donen/Gene Kelly 

Ponownie czekał mnie trudny wybór między musicalami ze Złotej Ery Hollywood. Uwielbiam wiele tytułów z tamtych czasów, m.in. Paradę Wielkanocną z duetem Judy Garland i Fred Astaire, My fair lady z Audrey Hepburn, Podnieść kotwicę z Frankiem Sinatrą i Dźwięki muzyki z cudowną Julie Andrews. Stanęło jednak na Deszczowej piosence. Co ciekawe, najpierw powstała tytułowa piosenka, a dopiero później dopisano do niej scenariusz. Jednak ten film to o wiele więcej niż ten jeden, kultowy utwór. Genialny jest Gene Kelly (to gwiazda musicali z tamtych czasów), ale kroku dotrzymują mu partnerzy: Debbie Reynolds i Donald O'Connor. Świetnie sprawdza się też pomysł na fabułę, czyli kręcenie filmu niemego, a następnie przeobrażenie go w musical. Problem polegał na tym, że gwiazda filmu... nie potrafi śpiewać. Humor jest trafiony, sam film podnosi na duchu, pełen jest ciepła i czaru, tak typowego dla starego kina. Deszczową piosenkę po prostu trzeba zobaczyć.

Bo Burnham: Inside (2021), reż. Bo Burnham

Na dokładkę dorzucam oczywiście najlepszy musical ostatniego roku  Bo Burnham: Inside. O nim pisałam już wcześniej, odsyłam tutaj. Nie mogłam go tutaj nie umieścić po tym jak maltretowałam w nieskończoność pochodzące z niego piosenki.


Skończyłam tę listę z uczuciem niespełnienia. Mam wrażenie, że pominęłam tyle ukochanych filmów! Przecież dobrze pamiętam te emocje związane z oglądaniem klasyków jak Nędznicy (I dreamed a dream to piosenka petarda, ale kocham też Empty Chairs at Empty Tables w wykonaniu Redmayne'a), Upiór w operze (jeszcze niedawno wersja sceniczna była do obejrzenia na YouTube i nadal jestem tą historią oczarowana). Do tego już wspomniany Moulin Rouge! (c'mon taniec do Roxanne przyprawia o ciary) oraz pełen świetnych utworów i elektryzujących scen tańca Grease

Z trochę innych tytułów świetnie się bawiłam podczas oglądania mrocznego Sweeney Todda, sprawnie zbudowany jest tam mroczny klimat, a casting wymarzony  Helena Bonham Carter i Johnny Depp tworzą pięknie pokręconą parę. Morze łez wylałam na Tańcząc w ciemnościach, to oryginalna produkcja, a główną rolę gra Björk i jej piękna muzyka. Płacz towarzyszył również oglądaniu belgijskiego filmu W kręgu miłości, do którego ścieżki dźwiękowej często wracam.

Rozrywkę przynosi Hairspray, a także bajkowe, aczkolwiek zawierające współczesny twist Into the Woods. Cudownie ogląda się drogę do sławy głównych bohaterek filmu Dreamgirls. Z tego musicalu doceniam soundtrack, szczególnie piosenkę And I'm Telling You I'm Not Going w wykonaniu Hudson, która wywołuje ciary, a przy Listen Beyoncé wyłam niejeden raz pod prysznicem. Dla poprawienia humoru sprawdza się młodzieżowa opowieść o grupie a cappella  Pitch perfect.

Są też musicale związane z konkretnymi twórcami świata muzyki. Świetną zabawę gwarantuje wakacyjna opowieść z muzyką Abby w tle, czyli Mamma mia!. Najlepszą muzyczną biografią pozostaje dla mnie wciąż świeża produkcja o Eltonie Johnie  Rocketman. Zakochałam się też w filmie Across the Universe, szczególnie że w czasie jego premiery przeżywałam fascynację Beatlesami. Wykorzystanie ich utworów i stworzenie wokół nich fabuły naprawdę mnie zachwyciło. 

Wszystkie te tytuły cenię za różne elementy i trochę wstyd, że nie umieściłam ich na liście. Jest też grupa filmów muzycznych, których seanse wciąż przede mną: m.in. tegoroczne In the Heights i Hamilton (czekam na Disney+). Jeżeli jesteście fanami musicali dajcie koniecznie znać, które filmy są Waszymi ulubieńcami.

środa, 2 lutego 2022

„Sońka” Ignacy Karpowicz, dwie książki Doroty Masłowskiej – to, co było / to, co jest

Sońka
Ignacy Karpowicz

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2014
Liczba stron: 208
Wydawnictwo: Literackie

I że dzieciństwo na zawsze w człowieku zostaje, jak pory roku czy okrucieństwo: można się go zaprzeć, ono jednak nie da się zabić, zamalować, zapomnieć - można co najwyżej rozstawić parawan. 
 

Opis wydawcy

W życiu Sońki wszystko skończyło się dawno, dawno temu, wraz z wojną. Przeżyła i poczuła wtedy tyle, że później już ani żyła, ani czuła, mając jedynie wspomnienia i psią obrożę z gotyckim napisem. Przypadkowe spotkanie przy wiejskiej drodze daje początek opowieści, która wreszcie może zostać wysłuchana.


Moja recenzja

Mimo upływu lat, II wojna światowa to wciąż temat, który łatwo wzbudza w nas emocje  niewielkie to wyzwanie, żeby autor skłonił czytelnika do sympatyzowania z bohaterami, którzy znaleźli się w beznadziejnej sytuacji, którą znamy z historii. Na twórców opowiadających o czasach wojny czyha zatem pułapka w postaci popadania w zbytni sentymentalizm. Sońka to moje pierwsze spotkanie z prozą Karpowicza, ale jestem przekonana, że w tym przypadku to nie obrana tematyka, a sposób opowiadania rozpalił te wszystkie uczucia.

Wspominając lekturę, muszę przyznać, że najsłabszym jej elementem była dla mnie historia, co nie znaczy, że książka wypadła pod tym względem źle. To właśnie jest najdziwniejsze w Sońce  mimo że nie przepadam za tego typu fabułą, to w wykonaniu Karpowicza trudno się tą prozą nie zachwycić. Przede wszystkim za sprawą sposobu, w jaki autor snuje opowieść. Nie jest to styl pełen wydumanych zdań i wymyślnego słownictwa, raczej zgrabnie połączone piękne słowa z brudem dnia codziennego. I jeszcze posypane odrobiną magicznego absurdu, w którym i pies dostanie możliwość wypowiedzenia się na temat swojej pani.

Ciekawie wypada połączenie teraźniejszości z przeszłością, zestawienie dwóch zupełnie różnych światów. Po jednej stronie stara Sońka, która niejedno przeżyła, a teraz wiedzie samotne życie w małej wsi. Po drugiej  reżyser teatralny, szukający inspiracji. Może oczekiwałam, że gdzieś to się dalej potoczy, to zderzenie, ale w mojej głowie pozostało przede wszystkim pretekstem do opowiedzenia historii. Czytanie tej książki było pyszną ucztą literacką, nawet jeśli fabularnie to nie moje klimaty. A jeżeli ktoś lubi historie miłosne osadzone w czasach wojny, połączone z trudnymi przejściami bohaterów, którzy otoczeni są przez mnogie traumy, to w wykonaniu Karpowicza jest to wspaniałe.



Inni ludzie & Dramaty
Dorota Masłowska

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2018 & 2010
Liczba stron: 160 & 168
Wydawnictwo: Literackie & Noir Sur Blanc

...się łudzisz, że grasz główną rolę, a jesteś na zastępstwie. 
 

Opis wydawcy: „Inni ludzie”

Miasto zatrute smogiem i pogardą, drogie auta, tanie relacje, wysokie aspiracje i najniższe pobudki. Z dzikich potoków hiphopowej nawijki wyłania się wizja współczesnej Warszawy najwyższej literackiej próby, zarazem poetycka i wulgarna, zabawna i mroczna. Tak potrafi tylko Dorota Masłowska.

Opis wydawcy: „Dramaty. Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku. Między nami dobrze jest”

Dwa najważniejsze (jak dotąd) dramaty Doroty Masłowskiej „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” i „Między nami dobrze jest” pokazują, że autorka nie tylko znakomicie operuje językiem, jest niezwykle wyczuloną obserwatorką naszej codzienności, ale też doskonale czuje scenę.

Moja recenzja

Przypominam sobie, że jeszcze kilka lat temu bardzo rzadko sięgałam po polską literaturę współczesną. Teraz zdaję sobie sprawę, jak wiele można przez to stracić. I chociaż w kwestii fabuły różnie te powieści odbieram, to pod kątem stylu pisania polscy autorzy coraz częściej pozytywnie mnie zaskakują.

Tak było u mnie z Masłowską  od początku uderza w czytelnika oryginalną formą i stylem. Inni ludzie to było moje pierwsze spotkanie z autorką i natychmiastowy zachwyt. Przez fabułę się po prostu płynie, kiwając głową w rytm słów, które kuszą, żeby wypowiadać je na głos. Dodatkowo, widać, że autorka jest uważną obserwatorką codzienności, sporo tutaj zdań, które można usłyszeć w naszym otoczeniu, sporo też takich, które robią wrażenie pomysłowością/umieszczeniem je w danym miejscu historii.

Kupuję tę historię o samotności, która nie zależy od miejsca zajmowanego w społecznej hierarchii. Nie uważam, żeby to było wydumane albo na siłę smutne. To opowieść o ludziach, których wszędzie wokół pełno, szukających chwili ciepła, zderzających się z rzeczywistością. A że przy tym będzie miejscami brutalnie i brzydko  cóż, jak w życiu.

W swoich dramatach: Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku i Między nami dobrze jest autorka po raz kolejny udowadnia, że operowanie słowem nie jest jej obce, a współczesne bolączki to coś, co szczególnie ją interesuje. W pierwszej sztuce, napisanej dla warszawskiego Teatru Rozmaitości, Masłowska mierzy się z problemem nierówności społecznych i implikacji jakie ze sobą niosą. Dwoje tytułowych bohaterów poszukuje transportu i w końcu wsiada do samochodu, jednak kierowca nie jest im przychylny, żeby wyrazić się delikatnie. Na początku zdecydowanie nie czuć większego ciężaru, czytelnik próbuje się połapać kto jest kim w tej sztuce, w jakim celu postacie podróżują, co kryje ich przeszłość. Rozwiązanie zagadki jest zaskakujące i satysfakcjonujące. Fabuła natomiast powoli, z każdą kolejną przewróconą stroną, prowadzi w o wiele mroczniejsze rewiry, a jednocześnie nie popada w przesadny dramatyzm.

Zakończę małą klamrą, bo Między nami dobrze jest to opowieść o zderzeniu pokoleń, podobna do tego z Sońki. Tym razem po dwóch stronach znajdują się: wspominająca II wojnę światową Babcia i głośno wyrażająca swoje zdanie na każdy temat Mała Metalowa Dziewczynka. Chociaż klimat jest zupełnie inny niż u Karpowicza, ponieważ zamiast melancholii dostaniemy całą masę absurdu i groteski. W przypadku tego dramatu język jest wymagający, Masłowska mocno bawi się słowem. Sama momentami czułam się zagubiona i mam wrażenie, że dopiero obejrzenie tej sztuki na deskach teatru pozwoliłoby na pełne jej doświadczenie.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka