wtorek, 12 października 2021

Nie tacy znowu superbohaterowie – seriale „Invincible” i „The Boys” (Amazon Prime)

Mamy modę na filmy o superbohaterach – to stwierdzenie już chyba nikogo nie dziwi. Najwięksi fani gatunku potrafią w nieskończoność rozmawiać o tym czy lepsze są dzieła DC czy Marvela, rozważać kto jest najsilniejszym bohaterem, ekscytować się wchodzeniem w kolejną fazę MCU, wyszukiwać specjalne easter eggi w kolejnych filmach i spokojnie czekać na sceny po napisach. Sama lubię te filmy oglądać, chociaż do fanów pewnie mi daleko, raczej traktuje tego typu kino jako przyjemną i niezobowiązującą rozrywkę. Schematów w takich produkcjach jest co nie miara, origin story każdego kolejnego superbohatera wygląda podobnie do jego poprzedników, antagoniści często mają niedostatecznie zbudowane podstawy i o wiele za często skupiają się na chęci zdobycia władzy nad światem. Twórcy próbują nad tymi kulejącymi elementami pracować, co na pewno zachęca do dalszego śledzenia poczynań gatunku. Jedyne co pozostaje niezmienne – nieważne czy historia jest oklepana czy skręca w bardziej oryginalną ścieżkę – wciąż po seansie widzowie wychodzą z kina z uczuciem uwielbienia czy też podziwu dla pozytywnego superbohatera z nadnaturalnymi mocami (nie mówię tutaj o origin story antagonistów, bo to trochę inna bajka). Dlatego tak bardzo doceniam dwa tytuły, do których dzisiaj postaram się Was przekonać.



Invincible (2021-)

sezony: 1

źródło

Na pierwszy ogień pozachwycam się tą szaloną animacją, do której scenariusz powstał na podstawie komiksu o tym samym tytule autorstwa Roberta Kirkmana (co ciekawe, autora słynnego The Walking Dead), którą obejrzeć możecie na Amazon Prime. Właściwie włączyłam ją dlatego, że po prostu lubię oglądać wszelakie baje o superbohaterach, czy tam w klimatach nadprzyrodzonych (w końcu kocham Smoczego księcia czy She-rę, mimo że jestem pewnie sporo za stara na tego typu tytuły). I chyba dlatego przeżyłam to cudowne zauroczenie Invincible, bo wcześniej zupełnie nic o animacji nie wiedziałam. Może od razu zaznaczę, że jeżeli to wprowadzenie wystarczy, to nie czytajcie dalej, tylko bierzcie się za oglądanie, bo wtedy przyjmuje się serial najlepiej.

Z opisu wynika, że Invincible będzie kolejnym origin story superbohatera. Głównym protagonistą jest tutaj Mark Grayson (mówiący głosem Stevena Yeuna, którego możemy znać chociażby z „Minari”). Siedemnastolatek w końcu zaczyna przejawiać supermoce i może zacząć trening pod czujnym okiem swojego ojca, najsłynniejszego obrońcy Ziemi, Omni-Mana (tutaj głosu użycza cudowny J.K. Simmons). No i z taką wiedzą człowiek ogląda sobie spokojnie pierwszy odcinek. Na początku dostajemy wszystko, czego byśmy oczekiwali: nastolatka z ambicjami do ratowania świata, ale borykającego się z typowymi dla wieku bolączkami, zdarzy mu się wdać w bójkę w szkole, zauroczy się dziewczyną ze swojego liceum, będzie się kłócił z rodzicami. Wszelkie podstawy gatunku coming-of-age zostaną tutaj odhaczone. I wtedy, pod koniec pierwszego odcinka, dostajemy niezłą bombę! Nagle nasze myślenie o serialu ulega zmianie, wiemy już, że to serial skierowany raczej do dorosłego widza i niekoniecznie to będzie standardowa historia dorastania kolejnego superbohatera.

Świetnie sprawdza się tutaj taka klasyczna kreska, animacja jest dynamiczna i pełna kolorów, daleko jej do mrocznego klimatu The Boys. Jednocześnie w tych jasnych i wyraźnych barwach tym mocniej oddziałują sceny brutalne, w świetle dnia okrutna śmierć potrafi zostawić człowieka w szoku. W ogóle zaskoczenia to mocny atut Invincible. Często się zastanawiamy po której stronie stoi dana osoba i czy jest opcja, że tę stronę zmieni. I nic tutaj nie jest pewne. Przede wszystkim jednak, Invincible to masa dobrej zabawy w świecie superbohaterów, na której trudno się nudzić.


The Boys (2019-)

sezony: 2

źródło

Z tytułem The Boys historia jest zupełnie inna. O nim po premierze było bardzo głośno w serialowym świecie i opowiadano o nim w samych superlatywach. Powstał na podstawie komiksów stworzonych przez Garth Ennis i Daricka Robertsona. Patrząc na zdjęcia i materiały promocyjne, wiedziałam że to może być serial dla mnie, ale wciąż nie mogłam się przemóc, żeby włączyć pierwszy odcinek. Chyba trochę bałam się, że będzie to mroczny i po prostu cięższy kawałek „rozrywkowej” telewizji. I cóż, taki właśnie był.

The Boys prezentuje wszystko to, czego fani produkcji o superbohaterach oczekują. Grupa postaci z super mocami, zwana Siódemką składa się z Maeve, wojowniczki mocno przypominającej Wonder Women, superszybkiego A-Traina, rozmawiającego z rybami The Deep, a na czele stoi Homelander, który jest takim połączeniem Kapitana Ameryki z Supermanem. Odziany w patriotyczne barwy, strzelający laserami z oczu, niepokonany blondas z uśmiechem i wciąż powielanym zdaniem: „Zapomnijcie o nas, to WY jesteście prawdziwymi bohaterami”. Jak szybko się przekonujemy, nasi superbohaterowie tak naprawdę są skorumpowani i brutalni, działają ponad prawem i wszystkie haniebne czyny uchodzą im płazem. Przykład: A-train pędząc przez miasto przebiega przez Robin, po której zostają jedynie ręce. Ręce, które w chwili śmierci trzymał jej partner, Hughie. I to właśnie to wydarzenie wprawi w ruch fabułę, bo Hughie w ramach zemsty zapragnie zrzucić supków z piedestału.

Wydaje mi się, że jeżeli miałabym wskazać na największy plus serialu to byliby to główni bohaterowie. Dawno nie widziałam na ekranie tak cudownie pokręconej postaci jak Homelander. Bohater, który jest uwielbiany przez tłumy, taki obrazek największego patrioty, a pod spodem ma tyle brudu, że ciężko go za tę grę przed kamerami nie kochać. Serio, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale na tę postać chce się patrzyć, mimo że za każdym razem powtarzam sobie, jaki to on jest nienormalny. Ekscytuje każda scena z jego udziałem, kocham jak jest zagrany, kocham jak jest rozpisany. Naprawdę to główny antagonista serialu, a ja mam nadzieję, że zostanie z nami jak najdłużej. Z drugiej strony mamy też Butchera, z którym niby sympatyzujemy, ale który też ma swoje za uszami. Jednak jego sposób bycia i zaangażowanie sprawiają, że świetnie sprawdza się jako przeciwnik Homelandera. Oprócz nich trudno nie polubić Frenchiego i tajemniczej supki, która dołącza do chłopaków. Niestety, rozczarowuje pociągnięcie wątku Hughiego i Starlight, po kilku odcinkach ich sceny zaczynają być mdłe i w drugim sezonie zdecydowanie obniżają poziom całości. Podsumowując, jest to tego typu serial, w którym kochamy jedne sceny, a rozczarowujemy się innymi, przede wszystkim z powodu występujących w danym epizodzie bohaterów.


Oba seriale wprowadzają powiew świeżości do gatunku produkcji o superbohaterach i chociaż wiele pomysłów mają podobnych, to wykonanie już mocno się różni. Brutalność jest na podobnym poziomie, sama właściwie za gore w ogóle nie przepadam, ale w przypadku tych dwóch seriali przymykam oko na ten przesadzony rozlew krwi. Wydaje mi się, że The Boys uderza jednak mocniej, bo to w końcu live-action, a nie animacja, ale pomysły w Invincible na powalenie przeciwnika też potrafią mocno wstrząsnąć. W kwestii postaci to The Boys może pochwalić się wspaniałymi głównymi bohaterami, ale wielu pobocznych jest nijakich, szczególnie ten wspomniany pomysł na poprowadzenie wątku Hughie i Starlight, który szybko się wytraca. Natomiast w Invincible brakuje słabych ogniw, nieważne czy mówimy o głównych bohaterach, czy osobach zupełnie pobocznych, a dodatkowo sporo jest tutaj postaci typowo komediowych. Oba seriale spełniają nadal funkcję „rozrywkową”, przepełnione są akcją i posługują się humorem (ten w The Boys jest o wiele bardziej mroczny, natomiast w Invincible dużo lżejszy, skupiający się na kreowaniu bohaterów, jak bliźniaków, kłócących się o to, kto jest czyim klonem). Innym ciekawym punktem wspólnym jest podejście do superbohaterów we współczesnym świecie, przepełnionym zachwytem nad mediami społecznościowymi. W tym wypadku o wiele głębiej temat eksploruje The Boys, w którym kilka memów potrafi zmienić miejsce supka w rankingu.

Jeżeli miałabym wybrać tylko jeden z tych tytułów, to mi bliżej do Invincible, przez to że oprócz rozważań na temat osób posiadających zbyt dużą władzę niż reszta społeczeństwa, jest także bardzo bliski codziennym rozterkom. Mark przechodzi kryzys tożsamości, musi zdecydować jakim człowiekiem chce zostać, a na dodatek ma niezwykle ciekawe relacje z rodzicami i równieśnikami. Oprócz tego oczywiście, całość jest dla mnie łatwiej przyswajalna niż na siłę mroczni The Boys. Chociaż zaznaczam, że na pewno będę kontynuować przygodę z obydwoma tytułami. I jeżeli czyta to jakiś fan DC czy Marvela – Was najserdeczniej zachęcam do zapoznania się z tymi serialami.

sobota, 25 września 2021

„Dziesięć Żelaznych Strzał” Sam Sykes – obsesja na punkcie zemsty

*Dziesięć Żelaznych Strzał*
Sam Sykes

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Ten Arrows of Iron
*Gatunek:* fantastyka
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2021
*Liczba stron:* 720
*Wydawnictwo:* Rebis

Przychodzisz na ten świat z imieniem i niczym więcej. Całą resztę, pieniądze, krew, kochających cię ludzi, zdobywasz. - Podniosła szkło, zapatrzyła się w nie. - I tracisz.


*Krótko o fabule:*
Sal Kakofonia – znajdująca się w mniejszości przestępczyni, wyrzutek – nisz-czy wszystko, co kocha. Wobec tego, że jej kochanka zaginęła, a ona pozostawiła za sobą spalone miasta, została jej tylko magiczna broń i nieokiełznane dążenie do wywarcia zemsty na tych, którzy skradli jej moc i odebrali niebo.Kiedy łajdacki wysłannik tajemni-czego zleceniodawcy daje jej szansę uczestniczenia w kradzieży źródła niewyobrażalnej mocy ze słynnej floty okrętów powietrznych, Dziesięciu Strzał, Sal znajduje nowy cel. Jednak intryga zmierzająca do uratowania świata za sprawą obalenia imperiów szybko eskaluje w spisek magii i odwetu, który grozi spaleniem na popiół wszystkiego, łącznie z nią samą.
- opis wydawcy


*Moja ocena:*

Pierwszą część cyklu Śmierć Imperiów czytałam niemal dokładnie rok temu (recenzję znajdziecie tutaj).  Kiedy dostałam propozycję poznania dalszych losów bezwzględnej Sal Kakofonii, to z chęcią ją przyjęłam. Czułam, że to dobry moment na powrót do takiej niewymagającej, typowo rozrywkowej lektury.

W Siedmiu czarnych mieczach główna oś fabularna kręci się wokół tematu zemsty, a akcje podejmowane przez Sal mają na celu znalezienie i wykreślenie kolejnych nazwisk z listy. W tamtym tomie poznajemy również fragment przeszłości kobiety, z którego dowiemy się skąd wzięła się fiksacja bohaterki na pozbycie się tych konkretnych osób. Początek Dziesięciu Żelaznych Strzał robi nam małą powtórkę z rozrywki, bo Sal poszerza swoją listę do wszystkich trzydziestu ludzi, zaangażowanych w pamiętne wydarzenie z przeszłości. Punkt wyjścia zatem średnio mnie zaintrygował, bo powielał pomysł z pierwszej części. Na szczęście Sykes trochę skręcił z typowego wątku „łowcy na tropie zwierzyny” i zaangażował Sal w dołączenie do osobliwej drużyny, a biorąc udział w akcji miała otrzymać w nagrodę pomoc w dorwaniu złoczyńców ze swojej listy.

Pomysł na zamieszanie głównej bohaterki w ten dodatkowy spisek był bardzo udany – łatwo było wprowadzić nowych bohaterów, pozwolić Sal nawiązać relacje, poprowadzić akcję w nieznane wcześniej miejsca, nadać całości klimatu niczym z gatunku heist, czyli w skrócie – gatunku, w którym grupa osób, ma na celu trudną do wykonania kradzież. Niestety, tak jak sam pomysł wypada świetnie, tak akcja trochę się rozciąga, przynajmniej na początku. Gdzieś te napady nie są tak ekscytujące, a postaci, mimo że bardzo charakterystyczne, to przede wszystkim wyróżniają się mocno niewyszukanym słownictwem. Co normalnie mi nie przeszkadza, ale w takiej ilości jak u Sykes'a jakoś ciężko czasami to przełknąć.

źródło

Akcja książki zyskuje gdzieś w okolicach ostatnich dwustu stron. To dość powszechne zjawisko w książkach fantastycznych, że jest moment kiedy fabuła zaczyna pędzić, a my nie chcemy odłożyć lektury. Dla mnie było to w momencie spotkania Liette, czyli romantycznego obiektu westchnień Sal z poprzedniej części. Tak jak psioczyłam na ich związek w Siedmiu czarnych mieczach, tak tutaj muszę docenić ich więź. Wspólnych scen nie miały zbyt dużo, a jednak rozpisane były w o wiele bardziej ekscytujący sposób.

Książka ponownie przyjmuje formę opowieści głównej bohaterki, czyli prowadzona jest narracja pierwszoosobowa. W poprzednim tomie Sal, czekając na wyrok, opowiadała swoją historię żołnierce Rewolucji, a tym razem zwierza się medykowi, który opatruje rany jej towarzyszki. Nie spodziewałam się, że motyw relacjonowania przeszłości się powtórzy, ale wypada całkiem dobrze. Jedynym minusem jest to, że wiemy kto wszystkie przygody przeżyje. Chociaż, wiadomo chyba, że autor nie uśmierciłby swojej głównej bohaterki. Jeżeli chodzi o ulubione postaci, to poza Sal i Liette polubiłam Agne Młot. Chyba dlatego, że to taka osoba pełna sprzeczności, nad wyraz silna, ale zarazem posiadająca czarującą osobowość. Za to wiele wątków innych postaci poprowadzonych było dużo słabiej, czego przykładem może być Darrish, magini z listy, która miała reprezentować kobietę bardzo bliską dla Sal w przeszłości, a jakoś w poprzedniej książce została pominięta – trochę się to nie spinało w całość.

Motyw osoby tak mocno zapatrzonej w swój cel, mającej obsesję na punkcie zemsty jest znany, ale nadal się sprawdza. Lubię czytać o tym ludzkim zamroczeniu, kiedy dąży się do czegoś po trupach, z klapkami na oczach, nie widząc tego, co niszczy się przy okazji wokół. Nasuwa się czytelnikowi taka myśl, że czasami jednak warto zrobić krok w tył i zastanowić się: czy cel jest tego wart? I czy ta zemsta da nam uczucie spełnienia? Za to lubię tę serię i może dalej będę kontynuować z nią przygodę.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

środa, 15 września 2021

Biurowa rodzina, czyli dlaczego „The Office” jest najlepszym sitcomem

Ostatnio internetowy świat obiegła wiadomość, że słynny tytuł The Office, który do tej pory dostępny był na Amazon Prime, od października pojawi się w ofercie Netflixa. Ten amerykański sitcom, który na przestrzeni lat 2005-2013 rozrósł się do dziewięciu sezonów, przedstawia historię pracowników biura, którzy w firmie Dunder Mifflin sprzedają papier. Twórcy serialu zdecydowali się nadać mu mockumentalną formę, czyli taką satyrę naśladującą dokument. Sam pomysł został zaczerpnięty z brytyjskiego pierwowzoru, o tym samym tytule, który został wyprodukowany przez Ricky'ego Gervaisa. I chociaż oryginalnej wersji nie oglądałam, to mogę powiedzieć, że amerykański The Office świetnie sobie z tematem poradził i na ten moment to najzabawniejszy sitcom, jaki oglądałam.

O serialu słyszałam dużo wcześniej, ale jakoś nie mogłam się przemóc, żeby zacząć go oglądać. Widziałam kiedyś jeden odcinek na Comedy Central i cóż, totalnie mnie odstraszył – formuła mockumentu zupełnie mi wtedy nie podeszła, a żarty wydawały się mocno nie na miejscu. Wciąż jednak natykałam się na pozytywne reakcje, a kultowe gify czy fragmenty z serialu atakowały mnie przy okazji wielu konwersacji ze znajomymi, bardzo często w pracy (klimat panujący na „ołpenspejsie” w korporacji bardzo przypomina ten biurowy). Nawet bez znajomości serialu trudno nie kojarzyć Michaela karmiącego gołębie chlebem tostowym czy skaczącego na kanapę z okrzykiem „Parkour!”. W końcu po zmianie pracy nowi znajomi wręcz wymusili na mnie obejrzenie The Office, bo „jak to możliwe, że jeszcze go nie widziałam?!”. I teraz mogę być im tylko wdzięczna.

Mockument

Jednym z filarów serialu jest podejście do jego nakręcenia – wszystko utrzymane jest w formacie mockumentu, czyli takiego sztucznego dokumentu. Ja już zdążyłam pokochać ten gatunek dzięki Taika Waititiemu i filmowi, a później także serialowi, Co robimy w ukryciu. Okazuje się, że taka forma daje mnóstwo możliwości na poprowadzenie wątków komediowych, a w The Office idealnie sprawdza się jako podstawa żartów – czasami wystarczy znaczące spojrzenie aktora w kamerę, taki krótki, niemy komentarz, który wywołuje u nas reakcję. Innym razem żart zostaje dopełniony, kiedy sytuację w biurze komentuje osoba, z którą akurat przeprowadzany jest mini wywiad. Przez to, że postacie wypowiadają się indywidualnie do kamery widzowie mogą łatwiej zbudować z nimi więź i sympatyzować nawet z najdziwniejszymi charakterami. Bo, jak tutaj nie kochać Creeda, mimo wszystkich jego odjazdów?

Bohaterowie

Trudno się sprzeczać z faktem, że najbardziej kojarzonym bohaterem The Office jest szef biura, Michael Scott, brawurowo zagrany przez Steve'a Carrella. To on jest bohaterem największej ilości memów, to on nadał ton początkowym sezonom i to zapewne dzięki jego charyzmie możemy się cieszyć aż dziewięcioma sezonami. Postać Michaela jest bardzo osobliwa – podczas opisywania jego charakteru można się zastanowić czy możliwe jest w ogóle polubienie takiego człowieka. W końcu to bohater, którego żarty są często obraźliwe, do tego jest ignorantem, w pracy leniuchem i ogólnie nie wygląda na osobę, z którą chciałoby się przebywać. A i tak przez większość serialu oczekujemy tylko na sceny z jego udziałem. Finalnie zdobywa masę sympatii, bo obok wielu wad ma też cechy, których trudno nie docenić – jest opiekuńczy, zawsze chce najlepiej dla swoich przyjaciół (a za przyjaciół uważa wszystkich pracowników biura), no i po prostu ma dobre serce. Jednak Michael opuszcza serial w siódmym sezonie. Jak zatem udało się przedłużyć żywot The Office? Po prostu dobrze wykreowanymi bohaterami towarzyszącymi.

Oprócz Michaela Scotta mamy jeszcze kilku głównych bohaterów. Jest Jim (John Krasiński), słodki chłopak zapatrzony w recepcjonistkę Pam (Jenna Fisher). Jest Dwight Schrute (Rainn Wilson), znawca w temacie buraków, Battlestar Galactica i niedźwiedzi, jest Angela, kocia mama, wciąż narzekająca na wszystko wokół, jest Phyllis, matczyna, choć posiadająca i zadziorną stronę, jest Stanley, codziennie wyczekujący wybijającej godziny 17stej. Odpuszczę opis każdego, ale chodzi o to, że postaci te są mocno charakterystyczne, każdy z nich ma jakieś typowe dla siebie zachowanie, często o zabawnym zabarwieniu, a przez to relacje między nimi są żywe i interesujące. To dzięki sporej ekipie świetnych bohaterów udaje się pociągnąć historię, nawet bez Michaela.

Humor

Wrócę na chwilę do faktu, że wyrwany z kontekstu odcinek mnie zupełnie nie bawił. Wydaje mi się, że jest to kwestia tego, że humor opiera się tutaj na poznaniu bohaterów i śmiech ze względu na zachowanie konkretnych postaci w danej sytuacji. Czasami same kwestie nie byłyby zabawne, ale kiedy wypowiada je dany bohater to zaczyna nas rozśmieszać, dlatego obejrzenie przypadkowego odcinka nie przynosi nam frajdy, a może ją sprawić dopiero poznanie kontekstu. Inną sprawą jest sam pomysł zamiany typowych momentów cringe'owych na żart. Trudna to rzecz, bo jednak kiedy widzimy takie sytuacje automatycznie mamy coś, co nazywamy czasami „ciarkami głupoty”. Tutaj magicznie wiedziałam, że to żart, może przez dociśnięcie cringe'u do maksimum, dzięki czemu jesteśmy świadomi, że weszliśmy w świat komedii i takie sytuacje pokazane są w zupełnie innym świetle. Po prostu często zupełnie nonsensowne historie przeobrażają się w czysty komizm. Po raz kolejny też zaznaczę, że humor w The Office jest mocno niepoprawny politycznie, potrafi urazić wiele grup społecznych i kto wie, może współcześnie nie mógłby już powstać. Jednak magicznym sposobem dalej rozbawia widzów do łez. Dodatkowo postaci zagrane są na medal, ponieważ aktorzy w tych dziwnych sytuacjach pozostają zupełnie prawdziwi. Ostatnią kwestią, którą chyba warto poruszyć jest fakt, że w The Office nie znajdziemy „śmiechu z puszki”. Mnie osobiście zazwyczaj on nie przeszkadza, ale uważam, że to był świetny wybór – taki sztuczny śmiech zupełnie zrujnowałby pomysł na „realistyczny dokument”, a ponadto widz może sam zdecydować co go bawi, a co nie.

Aktorstwo

Ogólnie przyjmuje się, że trudniej jest zrobić dobrą komedię niż dobry dramat. W przypadku tworów zabawnych często łatwiej jest przesadzić bądź zupełnie nie trafić w gusta widzów. Wiele elementów musi się tutaj zgadzać, a finalnie wszystkie pomysły scenarzystów, reżyserów muszą zrealizować aktorzy. W przypadku The Office wydaje się, że ludzie od castingu to jacyś geniusze komedii, bo oprócz tego, że członkowie obsady idealnie pasowali do swoich postaci, to dodatkowo tworzyli niesamowite relacje z pozostałymi bohaterami. Na początku powtórzę, że królem komedii jest dla mnie Steve Carell, który z każdej kwestii potrafił wykrzesać dodatkowy potencjał. Kiedy deklaruje bankructwo – absurdalnie wykrzykuje zdanie, kiedy wypowiada słynne „I understand nothing” – jego twarz nie wyraża niczego. Dokładnie wie w jaki sposób sprzedać nam tekst, który bawi i idealnie pasuje do jego charakteru. 

Widać, że wszyscy aktorzy jadą na tym samym wózku i czasami godzą się na pozostanie w cieniu, żeby dać innym zabłyszczeć. Najważniejsze, że kurczowo trzymają się swoich charakterów. Zabawnie jest później oglądać materiały zza kulis, gdzie Angela jest uosobieniem słodyczy, kiedy zna się tę serialową wersję, wiecznie niezadowoloną i oczekującą perfekcji. Dodatkową ciekawostką może być fakt, że wiele postaci w serialu ma tak samo na imię jak aktorzy ich grający. Nie dotyczy to może tych głównych, ale przykładowo: Angeli, Phyllis i Creeda.

Uczucia

Jeżeli mówimy o The Office to przede wszystkim podkreślamy zabawny aspekt serialu. Jednak to, co sprawia, że z czystą miłością wspominamy seans, to zupełnie inna rzecz. Widzowie po prostu wchodzą w głowy bohaterów i zaczynają z nimi sympatyzować. Wszystko zaczyna się od relacji Jima i Pam, jednej z najlepszych serialowych par. Aktorzy wykrzesali morze chemii, scenarzyści pomogli rozpisać tę historię na dziewięć sezonów, przez które wciąż za tę dwójkę trzymamy kciuki. Wiadomo, że początek jest dość trudny, pojawia się typowy wątek „mam już partnera” i często zbliżamy się niebezpiecznie do tematu zdrady. Wciąż, patrzę na to przymrużonym okiem, bo aktorom udało się z tego wiele wyciągnąć. Szybko jednak się okazuje, że nie tylko ta dwójka wzbudza ciepłe emocje. Po wielu odcinkach zrozumiemy w końcu, że Michael to tak naprawdę dziecięca słodycz zamknięta w ignoranckiej otoczce dorosłości. Będziemy czekać na każdą kolejną scenę Jima i Dwighta, których relacja początkowo polega na sporej ilości kawałów, a pod robieniem sobie na złość tkwi cała masa sympatii. Z radością przyjmiemy także kolejny idiotyczny pomysł pary Ryan-Kelly.


Po co to wszystko?

Polecając The Office wystarczy powiedzieć o jego rozrywkowej stronie, o świetnie połączonych powtarzających się gagach, jak te z That's what she said albo o cudownych cold openingach, które można sobie odtwarzać w nieskończoność, bo nie potrafią się znudzić. Jednak to również jest serial, który pokaże nam, żeby nie brać wszystkiego w życiu na serio, że czasami wystarczy się z czegoś zaśmiać, a zły okres dopada każdego, ale finalnie minie. Dla mnie najważniejsze było jeszcze coś innego: uświadomienie sobie, że różni ludzie mają różne priorytety i czasami wyścig szczurów w celu otrzymania najlepszej pracy nie ma sensu. Czasami znalezienie miejsca dla siebie, w którym przyjemnie się czujemy, gdzie otaczają nas dobrzy ludzie, po prostu wystarcza, a codzienne życie nie musi być pełne fajerwerków, możemy się po prostu cieszyć z najzwyklejszego dnia precla w pracy. I to jest w porządku.

czwartek, 26 sierpnia 2021

Czego o emocjach dowiemy się z literatury azjatyckiej – „Ministerstwo moralnej paniki” Amanda Lee Koe i „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawa

Ministerstwo moralnej paniki
Amanda Lee Koe

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2020
Liczba stron: 216
Wydawnictwo: Tajfuny

Ja ci mówię o moich uczuciach, a ty zachowujesz się, jakby chodziło o ciebie. A twoje uczucia nie dotyczą przypadkiem mnie?

Opis wydawcy

Ministerstwo moralnej paniki to tytuł kultowy na singapurskiej scenie literackiej. Debiut nagrodzony w 2014 roku Singapore Literature Prize for Fiction i Singapore Book Award w 2016 roku zachwycił wszystkich. Nic dziwnego – w każdym opowiadaniu autorka przekracza literackie normy, łamie społeczne tabu, żeby – koniec końców – napisać o tym, co w życiu najważniejsze.


Moja recenzja

Od dłuższego czasu na Instagramie można było oglądać zdjęcia książek, które na polskim rynku pojawiły się dzięki wydawnictwu Tajfuny. To powieści azjatyckich autorów, które spotkały się w dużej mierze z pozytywnym odbiorem wśród polskich czytelników. Sama postanowiłam dać im szansę i zamówiłam tytuł chyba najmocniej chwalony czyli Ukochane równanie profesora, a później dobrałam do tego jeszcze Ministerstwo moralnej paniki. Ta druga książka, autorstwa Amandy Lee Koe, wygląda bardzo niepozornie, a na jej zaledwie 216 stronach znajdziemy kilkanaście opowiadań.

Chciałabym zacząć krótko od tego, że obie książki z tej notki są przepięknie wydane. Bardzo proste, graficzne okładki przyciągają wzrok, a cała seria ma charakterystyczny wygląd, który od razu przykuwa wzrok. I szczerze powiedziawszy już dla samej oprawy graficznej chciałabym wszystkie pozostałe tytuły mieć na swojej półce.

W Ministerstwie moralnej paniki Amanda Lee Koe, singapurska autorka, eksploruje temat miłości, w różnych układach i sytuacjach, podczas starcia się różnych kultur czy osobowości, dotyczących ludzi pochodzących z różnych grup społecznych. Jak na zbiór opowiadań przystało, niektóre teksty wypadają lepiej od innych, ale muszę przyznać, że podczas czytania można wyczuć wspólny mianownik i to właśnie temat potrzeby miłości sprawnie połączy poszczególne opowiadania. Styl autorki określiłabym jako dość oszczędny, ale w magiczny sposób pozwala nam odczuwać te wszystkie bolączki emocjonalne bohaterów. Muszę przyznać, że Ministerstwo moralnej paniki finalnie zrobiło na mnie większe wrażenie niż Ukochane równanie profesora, w tym tomiku znalazłam o wiele więcej tematów mi bliskich, a brak oczekiwań wobec niego pozwolił na czystą przyjemność z poznawania kolejnych tekstów.

Ukochane równanie profesora
Yōko Ogawa

Gatunek: literatura piękna
Rok pierwszego wydania: 2019
Liczba stron: 240
Wydawnictwo: Tajfuny

Nawet w przypadku najprostszego rachunku cieszymy się nie dlatego, że znamy odpowiedź, ale dlatego, że poprawna odpowiedź łączy nas z innymi ludźmi, którzy też rozumieją zadanie.

Opis wydawcy

Jak przystało na wybitnego matematyka, Profesor ma swoje dziwactwa. Pewnego dnia w progu jego domu pojawia się nowa gosposia z synem, od tej pory nazywanym pieszczotliwie Pierwiastkiem. Wspólne życie pokaże, że znacznie łatwiej napisać skomplikowane równanie niż ułożyć relacje z drugim człowiekiem. Językiem, który pozwoli im zbudować namiastkę rodziny, stają się matematyka i baseball. Ale swoją relację będą musieli odbudowywać co osiemdziesiąt minut…


Moja recenzja

Książka Ukochane równanie profesora zrobiła prawdziwą furorę na Instagramie. Zdjęcia z nią w roli głównej szybko zalały liczne konta i naprawdę nie było opcji, żeby przeoczyć ten tytuł. Na skutek tego zamówiłam książkę i był to pierwszy tytuł z Tajfunów, który postanowiłam przeczytać. W skrócie mogę powiedzieć, że miła to była lektura. Samo określenie „miła” to oczywiście mocny atut, ale finalnie jestem też lekko rozczarowana, ponieważ oczekiwałam po tej książce czegoś więcej.

Porównując ją z Ministerstwem moralnej paniki, przyznaję, że bliżej mi do singapurskiego zbioru opowiadań. Nie mogę jednak kłócić się z opiniami na temat Ukochanego równania profesora. Dużo jest w tej malutkiej książce ciepła, rodzinnych uczuć, a równocześnie mocno wypływa temat osamotnienia, problemów osób starszych i niesamodzielnych, a także choroby, która wywraca życie do góry nogami. Bohaterowie jednak się nie poddają, dostosowują się do sytuacji i znajdują w niej pozytywne elementy, starają się dopasować życie do problemów zdrowotnych profesora i stworzyć rodzinną atmosferę. Kiedy wspominam fabułę może wydawać się ona wręcz przesłodzona, jednak sposób narracji ratuje całość i podczas czytania nie będzie to przeszkadzać.

Ukochane równanie profesora to taka bardzo ciepła literatura, którą określiłabym jako dobry tytuł do rozpoczęcia przygody z twórczością azjatyckich autorów. W poznawaniu przygód sympatycznych bohaterów pomaga lekki styl autora, a dla fanów królowej nauk znajdzie się też sporo zagadnień matematycznych, przedstawionych w łatwo przyswajalny sposób. Jeżeli jednak równania Was przerażają to uspokajam – to jedynie tło do tej ładnej historii. Podsumowując, sama książka warta przeczytania, lektura pójdzie Wam bardzo szybko, ale dla mnie nie jest to literatura w żaden sposób wybitna. Biorąc jednak pod uwagę liczne zachwyty pozostałych czytelników, zapewne warto przekonać się na własnej skórze.

piątek, 6 sierpnia 2021

Koronowane głowy, czyli seriale „Wielka” (HBO) i „The Crown” (Netflix)

Seriale, których fabuła skupia się na postaciach rządzących – obojętnie czy królach, cesarzach, imperatorach czy politykach – powstają od lat i wciąż cieszą się sporą popularnością. Zmieniają się za to trochę oczekiwania widzów. Niegdyś oglądanie przedstawienia fragmentu historii właściwie wystarczało, widzowie mogli nacieszyć oko pięknymi kostiumami i podziwiać dbałość o szczegóły oddania realiów zamierzchłych czasów, a przy okazji nauczyć się czegoś nowego bądź odświeżyć wiedzę na temat wydarzeń z przeszłości. Obecnie, twórcy muszą się już trochę bardziej postarać, żeby wzbudzić zainteresowanie, bo filmów o Katarzynie Wielkiej czy Żelaznej Damie powstało już przynajmniej kilka. Jednak ewidentnie pole do manewru jest nadal spore, a nowe produkcje często potrafią zaskoczyć i znajdują swoją niszę na rynku. W przypadku tytułów Wielka i The Crown udało się zyskać światowy sukces, a nominacje do nagród i zdobyte statuetki potwierdzają, że dobry serial o władcach nadal jest w cenie.

Wielka to serial komediowy, opisujący dzieje Katarzyny Wielkiej na dworze Piotra, od momentu jej przyjazdu do Rosji. Już na samym początku, przy pojawieniu się tytułu możemy przeczytać uwagę, że historia ta jest częściowo prawdziwa. Po kilku minutach wiemy dlaczego – twórcy w tym przypadku zamiast trzymać się suchych faktów obrali ścieżkę mocno prześmiewczą w celu ponownego przedstawienia historii życia Katarzyny. Żarty sypią się tutaj gęsto, niemal tak często jak pojawiają się trupy, seks, posoka i inne płyny. Jest obrzydliwie, gorsząco, humor trzyma poziom mocno rynsztokowy, ale wszystko to jest częścią konwencji. A jak to z konwencjami bywa – do jednych ona trafi, a pozostałych odrzuci.

Spory miałam problem z tym serialem, bo z jednej strony bardzo go chciałam pokochać i uważam, że dobrze radzi sobie z kwestiami, które chce poruszyć, a z drugiej nie potrafiłam przekonać się do tego humoru. Mocno utrudnia to ocenę, bo obiektywnie potrafię wymienić sporo plusów, ale nie zmienia to faktu, że mnie osobiście nie zachwycił. Właściwie do oglądania przekonało mnie to, że serial ma tylko dziesięć odcinków, więc nie pochłonie dużo mojego czasu. Postanowiłam więc spożytkować ten czas na wyszukiwaniu mocnych stron Wielkiej. Jak wspominałam, tych trochę jest, zaczynając od scenografii i kostiumów. W tej kwestii mamy do czynienia z przepychem, dbałością o szczegóły, różnorodnością – już samo patrzenie na kostiumy Katarzyny przyprawiało mnie o dziką ochotę paradowania w tego typu sukniach. Te gorsety, te kolory, ta objętość, no po prostu cud, miód, malina. Trzeba tutaj zauważyć, że wszystko pięknie dobrane do konkretnych postaci, bo suknie dam dworu różniły się znacznie od tych noszonych przez Katarzynę.

Jednym z największych atutów Wielkiej jest obsada, która w danej konwencji czuje się swobodnie i daje popis swoich umiejętności komediowych. Elle Fanning udowadnia, że jest aktorką młodego pokolenia, której karierę warto śledzić. Jako Katarzyna jest pełna słodyczy, a chwilę później determinacji, to kobieta, będąca niepoprawną marzycielką i to właśnie przez swoją fantazję o wielkiej, carskiej Rosji pruje do przodu z misją obalenia władzy. Jednocześnie jest przy tym delikatna i silna. Towarzyszy jej Nicholas Hoult, który spośród całej obsady najmocniej bawi się przy kreowaniu swojego bohatera. Postać Piotra jest przerysowana do granic wiarygodności, ale aktor sprawia, że ogląda się go z przymrużeniem oka i przyjemnością towarzyszącą każdemu okrzykowi Hazzah!. 

Wielka to feministyczna satyra o carskiej Rosji, przepełniona humorem, świetnymi popisami aktorskimi, z dopracowaną scenografią, charakteryzacją i kostiumami. Jednocześnie to konwencja, którą można pokochać bądź nie, a dla mnie są to żarty, które po prostu nie wywołują uśmiechu. Doceniam ten serial za wiele elementów, ale do moich ulubionych i polecanych należał nie będzie. Ot, po prostu.

The Crown to fabularyzowana historia o władcach Wielkiej Brytanii, poczynając od drogi do korony Elżbiety II, po czasy prawie współczesne. Napisałam „prawie”, bo na razie sezonów doczekaliśmy się czterech, kończąc gdzieś w latach 90tych zeszłego wieku, ale potwierdzone już zostało, że powstanie kolejna część. W odróżnieniu od Wielkiej, w The Crown postawiono na dramat, ale również zatrudniono ekipę utalentowanych aktorów, którzy przybliżają widzowi znane postaci z nadal świeżej historii, pokazując ich wzniosłe chwile i bolesne upadki. 

Na co dzień nie jestem zainteresowana losami rodziny królewskiej, ale dopiero podczas oglądania The Crown zdałam sobie sprawę, że i tak wiem o monarchii dość sporo. Trudno nie kojarzyć Elżbiety II z biegającymi wokół niej pieskami corgi albo skandalu, który miał miejsce między księciem Karolem a księżną Dianą. Niedawno znowu wokół rodziny królewskiej zrobiło się głośno, za sprawą wywiadu księcia Harry'ego i jego żony, Meghan Markle. Także, chcąc nie chcąc – o władcach Wielkiej Brytanii wiemy dużo, nawet, kiedy się ich życiem nie interesujemy. Zatem, skoro historia jest w miarę świeża i znana, a sami członkowie rodziny niezbyt intrygujący, co właściwie przyciąga nas do The Crown?

Może się to wydawać sprawą raczej drugorzędną, ale dla mnie The Crown zawdzięcza swój sukces w dużej części świetnym popisom brytyjskiego aktorstwa. Dzięki przyjęciu formuły, że wraz z upływającym czasem zmieniamy aktorów, w celu dopasowania ich wiekiem do odgrywanych postaci, możemy obserwować poczynania sporej ilości osób i doceniać ich kunszt. Pierwsze skrzypce w początkowych sezonach zagrała Claire Foy, idealnie oddając nieśmiałość, ale i pogodzenie się z losem młodej królowej. Osobiście tak mocno się przyzwyczaiłam do niej w tej roli, że mimo ogromnej sympatii, którą darzę Olivię Colman, długo nie mogłam się przyzwyczaić do tej nowej twarzy Elżbiety. Szczególnie, że miałam wrażenie, że była to spora zmiana w dynamice gry, Colman nawet w spokojnych scenach miała w sobie o wiele więcej energii niż wyciszona Foy. Za to gładko przeszła zmiana aktorki w roli Małgorzaty, której wczesne rozterki cudownie oddała Vanessa Kirby, a temat pociągnęła w kolejnych sezonach Helena Bonham Carter. Oglądanie tych dwóch aktorek na ekranie było czystą przyjemnością. W czwartym, czyli ostatnim do tej pory sezonie, mamy możliwość oglądania jeszcze kilku świetnych występów. Na czołówkę wysuwa się Josh O'Connor, którego postać księcia Karola zyskała ludzki wymiar w trzecim sezonie, a w kolejnym mogliśmy oglądać jego wewnętrzną walkę między tym, co się od niego oczekuje a wyborem serca. Partnerująca mu Emma Corrin to prawdziwe objawienie, za rolę Diany zasługuje na wszelkie słowa uznania. Delikatna, ale z charakterem, ulubienica tłumów, ale nienarzucająca się, pełna empatii i pragnąca miłości. O aktorach The Crown można wiele dobrego powiedzieć, zakończmy więc na tym, że to prawdziwa śmietanka i już nie mogę się doczekać kolejnych castingowych wyborów.

W warstwie fabularnej The Crown ma do zaoferowania porządnie skrojony dramat polityczny z licznymi zagrywkami taktycznymi, grzeszkami głów państwa i wydarzeniami z historii. Ciekawie spojrzeć na niektóre sytuacje z perspektywy monarchów, którzy zmuszeni są do porzucenia własnych marzeń i podporządkowaniu się do panujących zasad. Najmocniej to uwydatnione zostało na przykładzie postaci Małgorzaty, a później Karola, osób, które musiały porzucić swoich ukochanych dla dobra rodziny królewskiej. Jak wiemy, nie kończy się to dobrze, na jaw wychodzi, że przestarzałe zasady, którymi rządzi się monarchia powinny ulec zmianie.

Ogólnie, serial miewa swoje lepsze i gorsze momenty, patrząc jednak na sezon czwarty, możemy być pewni, że twórcy nie opierają się tylko na popularności poprzednich odcinków i nadal walczą o dobrą jakość. To przede wszystkim prawdziwy popis aktorstwa, ale także dobrze napisanych scenariuszy, idealnie oddanych kostiumów i scenografii, dopasowanej charakteryzacji i muzyki. Dodatkowo w kwestiach samej tematyki robi się coraz bardziej intrygująco. W czwartym sezonie możemy dopatrzyć się więcej uwydatniania wad monarchii, w odróżnieniu od poprzednich trzech, gdzie raczej współczuliśmy i sympatyzowaliśmy z władcami. W ostatniej odsłonie o wiele mocniej dostrzegamy mankamenty, przestarzałe zasady i deptanie cudzych potrzeb przez rodzinę królewską i jej świtę. Jedyne co nam pozostaje, to zastanawiać się gdzie nas zaprowadzi kolejny sezon, który na pewno z chęcią obejrzę.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka